Przedruk: Pierre Menard autor Don Kichota (Barataria 103)

Uwaga Adminki: z przykrością konstatuję, że Borges a z nim również Menard NIE zainteresowali się rozdziałem 46 części II czyli historią gubernatorstwa Sancho Pansy w  Baratarii! Ale oczywiście obaj są nieodrodnymi jej mieszkańcami.

Na ilustracji obok – okładka wydania online po niemiecku.

Jorge Luis Borges

(…) Do tego miejsca (…) przedstawiłem dzie­ło widzialne Menarda w porządku chronologicznym. Przechodzę teraz do tego drugiego, ukrytego, nieskończenie bohaterskiego, nie mającego równych sobie. Również — ograniczone są możliwości ludzkie! — nieukończonego. Dzieło to, być może najbardziej znamienne dla naszych czasów, składa się z dziewiątego i trzydziestego ósmego rozdziału Don Kichota* oraz z fragmentu rozdziału dwudziestego drugiego. Wiem, że twierdzenie takie wydaje się absurdalne; uzasadnienie tego absurdu jest głównym zadaniem tej notatki.

Dwa teksty o niejednakowej wartości zainspirowały to przedsięwzięcie. Jednym z nich jest ów fragment filologiczny Novalisa — noszący w wydaniu drezdeńskim numer 2005 — który szkicuje temat całkowitej identyfikacji z określonym autorem. Drugim jest jedna z tych pasożytniczych książek, które umieszczają Chrystusa na bulwarze, Hamleta na Cannebiere czy też don Kichota na Wall Street. Jak każdy człowiek obdarzony dobrym gustem, Menard czuł odrazę do tych zbędnych maskarad — zdolnych jedynie do wywoływania w nas prymitywnej przyjemności anachronizmu czy też (co gorsze) czarowania trywialnym pomysłem, że wszystkie epoki są jednakowe lub że są różne. Bardziej interesujący, choć w realizacji pełen sprzeczności i powierzchowny, wydał mu się słynny zamiar Daudeta: połączenie w jednej postaci, którą jest Tartarin, Przemyślnego Hidalga i jego giermka… Ci, którzy sugerowali, że Menard poświęcił życie, aby napisać współ­czesnego Don Kichota, spotwarzają jego jasną Pamięć.

Nie pragnął ułożyć innego Don Kichota — co byłoby łatwe — lecz właśnie Don Kichota. Zbędne byłoby dodawać, że nie myślał nigdy o mechanicznym przepisaniu oryginału; nie zamierzał go skopiować. Jego podziwu godną ambicją było stworzenie stronic, które zbiegałyby się — słowo w słowo i zdanie po zdaniu — ze stronicami Miguela de Cervantes.

„Mój zamiar jest wręcz zdumiewający — pisał do mnie 30 września 1934 z Bayonne. — Ostateczny rezultat jakiegoś teologicznego czy metafizycznego dowodzenia — świat zewnętrzny, Bóg, przypadkowość, powszechniki — nie jest bardziej uprzedni ani wiadomy niż moja rozpowszechniona powieść. Jedyna różnica polega na tym, że filozofowie publikują w przyjemnych tomach pośrednie etapy swej pracy, a ja postanowiłem je zniszczyć.” I rzeczywiście nie ocalał żaden brulion, który świadczyłby o tej wieloletniej pracy.

Metoda, którą początkowo przyjął, była względnie prosta: poznać dobrze język hiszpański, odzyskać wiarę katolicką, wojować przeciwko Maurom czy przeciwko Turkom, zapomnieć historię Europy od roku 1602 do roku 1918. B y ć Miguelem de Cervantes. Pierre Menard przemyślał tę metodę (wiem, że doszedł do dość wiernego posługiwania się siedemnastowieczną hiszpańszczyzną), ale odrzucił ją jako zbyt łatwą. Raczej jako niemożliwą — powie czytelnik. Zgoda, ale zamiar był już z góry niewykonalny i ze wszystkich możliwych środków na zrealizowanie go ten był najmniej interesujący. Być w dwudziestym wieku popularnym powieściopisarzem z wieku siedemnastego wydało mu się obniżeniem własnej wartości. Być, w jakiś sposób, Cervantesem i dojść do Don Kichota wydało mu się mniej trudne — a więc mniej interesujące — niż pozostać Pierre Menardem i dojść do Don Kichota poprzez doświadczenia Pierre Menarda.(Przekonanie to, powiedzmy mimochodem, sprawiło, że zrezygnował z autobiograficznego prologu do drugiej części Don Kichota. Włączenie tego prologu oznaczałoby stworzenie drugiej postaci — Cervantesa, ale oznaczałoby również przedstawienie Don Kichota jako funkcji tej postaci, a nie Menarda. Ten, oczywiście, zrezygnował z łatwizny.) „Zasadniczo przedsięwzię­cie moje nie jest trudne — czytam w innym miejscu listu. — Wystarczyłoby mi być nieśmiertelnym, aby doprowadzić je do kresu.” Wyznam, że wyobrażam sobie często, iż je ukończył i że czytam Don Kichota — całego Don Kichota — jakby stworzył go Menard. Kilka wieczorów temu, przeglądając rozdział dwudziesty szósty — nie próbowany nigdy przez naszego przyjaciela — rozpozna­łem jego styl i prawie jego głos w tym wyjątkowym zdaniu: „nimfy rzeczne, żałosne a wilgotne Echo”.  To skuteczne połączenie przymiotnika moralnego i fizycznego przywiodło mi na myśl pewien wiersz Szekspira, o któ­rym dyskutowaliśmy jednego wieczoru:

Where a malignant and turbaned Turk… *

Dlaczego właśnie Don Kichota? — powie nasz czytelnik. U Hiszpana preferencja ta nie byłaby niewytłumaczalna; ale jest bez wątpienia niewytłumaczalna u symbolisty z Nîmes, wielkiego wielbiciela Edgara Poe, który zrodził Baudelaire’a, który zrodził Mallarmégo, który zrodził Valéry’ego, który zrodził Edmonda Teste’a. Poprzednio wspomniany list tłumaczy ten punkt. Don Kichotewyjaśnia Menard — interesuje mnie bardzo, ale nie wydaje mi się… jakby to powiedzieć?… nieunikniony. Nie potrafiłbym wyobrazić sobie wszechświata bez okrzyku Edgara Allana Poe:

Ah, bear in mind this garden was enchanted
! ***

lub bez Bateau ivre czy Ancient mariner, ale wiem, że jestem zdolny wyobrazić go sobie bez Don Kichota (mówię oczywiście o mojej zdolności osobistej, nie zaś o historycznym oddźwięku dzieł). Don Kichote jest książką przypadkową, Don Kichote jest niekonieczny. Mogę z góry przemyśleć napisanie go, mogę go napisać nie popadając w tautologię. Przeczytałem go w wieku dwunastu czy trzynastu lat, chyba w całości. Później przeczytałem ponownie z uwagą niektóre rozdziały, te, o które się chwilowo nie
pokuszę. Przeszedłem również przez Intermedia, Galatee, Nowele przykładne, Trudy niewątpliwie męczące Persilesa i Segismundy i Podróż na ParnasOgólne wspomnienie,
jakie pozostało mi z Don Kichota, zubożone przez zapomnienie i obojętność, może doskonale odpowiadać niedokładnemu obrazowi pierwotnemu nienapisanej książki. Skoro przyjmę ten obraz (którego nikt w dobrej wierze nie może mi odmówić), stanie się niewątpliwe, że problem mój jest znacznie trudniejszy niż ten, przed którym stanął Cervantes. Mój łaskawy poprzednik nie odrzucał współpracy przypadku: układał swe nieśmiertelne dzieło trochę à la diable, niesiony bezwładnością języka i inwencji. Ja podjąłem się tajemniczego zadania dosłownej rekonstrukcji jego spontanicznego dzieła. Moją samotną grą rządzą dwa przeciwstawne prawa. Pierwsze pozwala mi wypróbowywać warianty typu formalnego czy psychologicznego; drugie zmusza mnie do poświęcenia ich tekstowi «oryginalnemu» i do wytłumaczenia samemu sobie, w sposób niezbity, tego unicestwienia… Do tych sztucznych utrudnień trzeba dodać jeszcze jedno, wrodzone. Napisanie Don Kichota w początkach wieku siedemnastego było przedsięwzięciem rozsądnym, koniecznym, być może spowodowanym jakimś fatum; w początkach wieku dwudziestego jest ono prawie niemożliwe. Nie na próżno upłynęło trzysta lat, brzemiennych w nader złożone fakty. Wśród nich, aby wymienić jeden tylko: sam Don Kichote.”

Pomimo tych trzech przeszkód fragmentaryczny Don Kichote Menarda jest subtelniejszy niż Don Kichote Cervantesa. Ten ostatni, w jakiś prymitywny sposób, przeciwstawia rycerskim fikcjom ubogą prowincjonalną rzeczywistość swego kraju; Menard obiera jako „rzeczywistość” ziemię Carmen w stuleciu Lepantu i Lope de Vegi. Jakich-że hispanizmów nie podsunąłby podobny wybór Maurice Barrèsowi czy doktorowi Rodriguezowi Larreta! Menard, z całą naturalnością, unika ich. W dziele jego nie ma Cyganów ani konkwistadorów, ani mistyków, ani Filipa II, ani autodafé. Lekceważy lub celowo wyklucza koloryt lokalny. Pogarda ta wskazuje na nowe zrozumienie powieści historycznej. Pogarda ta potępia nieodwołalnie Salambo.
Niemniej interesujące jest branie pod uwagę poszczególnych rozdziałów z osobna. Przyjrzyjmy się na przykład rozdziałowi XXXVIII części pierwszej, który „mówi o ciekawym dyskursie Don Kichota o orężu i pismach”. Wiadomo, że Don Kichote (podobnie jak Quevedo w ustępie analogicznym, i późniejszym, utworu Godzina dla wszystkich) wypowiada się przeciwko literaturze, na korzyść broni. Cervantes był starym żołnierzem; jego sąd jest tu zrozumiały. Ale żeby Don Kichote Pierre Menarda — człowieka współczesnego z La trahison des clercs i z Bertrandem Russellem — popadał ponownie w owe mgliste sofizmaty! Madame Bachelier dostrzegła w nich zachwycające i typowe podporządkowanie się autora psychice bohatera; inni (bez najmniejszej wnikliwości) — transkrypcję Don Kichota; baronowa de Bacourt — wpływ Nietzschego. Nie wiem, czy do tej trzeciej interpretacji (którą uważam za nie do odparcia) ośmielę się dodać czwartą, która pasowałaby doskonale do boskiej niemal skromności Pierre Menarda: jest nią jego uległy czy ironiczny zwyczaj głoszenia idei ściśle sprzecznych z jego własnymi. (Przypomnijmy jeszcze raz jego diatrybę przeciwko Paulowi Valéry na efemerycznej, surrealistycznej stronicy u Jacques’a Reboula.) Teksty Cervantesa i Menarda są pod względem słownym identyczne, ale ten drugi jest niemal nieskończenie bogatszy. (Bardziej dwuznaczny, powiedzą jego potwarcy; ale dwuznaczność jest pewnym bogactwem.)

Porównanie stronic Menarda i Cervantesa jest rewelacyjne. Ten ostatni, na przykład, napisał (Don Kichote, część pierwsza, rozdział dziewiąty):
„… prawda, której matką jest historia, spółzawodniczka czasu, depozytariuszka czynów, świadek przeszłości, przykład i monit dla teraźniejszości i nauka dla wieków przyszłych”.
Zredagowane w wieku siedemnastym, napisane przez „genialnego laika” Cervantesa, wyliczenie to jest po prostu retoryczną pochwałą historii. Menard pisze natomiast:
„… prawda, której matką jest historia, spółzawodniczka czasu, depozytariuszka czynów, świadek przeszłości, przykład i monit dla teraźniejseości i nauka dla wieków przyszłych”.
Historia — matką prawdy; pomysł jest zadziwiający.
Menard, współczesny Williamowi Jamesowi, nie określa historii jako badania rzeczywistości, ale jako jej źródło. Prawdą historyczną, dla niego, nie jest to, co się wydarzyło: jest nią to, co uważamy, że się wydarzyło. Końcowe zwroty: „przykład i monit dla teraźniejszości i nauka dla wieków przyszłych”, są bezwstydnie pragmatyczne.
Równie żywy jest kontrast stylów. Archaizujący styl Menarda — bądź co bądź cudzoziemca — odznacza się pewną afektacją. Nie odnosi się to do jego prekursora, który posługiwał się swobodnie codziennym językiem hiszpańskim swojej epoki.

Nie ma zajęcia umysłowego, które nie byłoby w rezultacie bezużyteczne. Jakaś doktryna filozoficzna jest początkowo prawdopodobnym opisem wszechświata; mijają lata i staje się po prostu rozdziałem — o ile nie ustępem czy nawet tylko nazwą — w historii filozofii. W literaturze ta późniejsza nieważność jest jeszcze bardziej widoczna. Don Kichote — mówił mi Menard — był przede wszystkim przyjemną książką; teraz stał się okazją do patriotycznych toastów, do gramatycznej dumy, do bezwstydnie luksusowych wydań. Chwała jest formą niezrozumienia, być może najgorszą. Te nihilistyczne stwierdzenia nie mają w sobie nic nowego; rzeczą godną uwagi jest decyzja, jaką dzięki nim powziął Pierre Menard. Postanowił wyprzedzić tę bezużyteczność, jaka oczekuje wszelkie trudy ludzkie; podjął się przedsięwzięcia niezwykle skomplikowanego i od początku bezsensownego. Poświęcił swe skrupuły i swe bezsenne noce na powtórzenie w obcym języku istniejącej już książ­ki. Mnożył bruliony, poprawiał zawzięcie i darł tysiące stronic rękopisu. **** Nie pozwolił, aby zostały one przez kogokolwiek przeczytane, i zatroszczył się o to, aby go nie przeżyły. Na próżno usiłowałem je odtworzyć.
Pomyślałem, że można dostrzec w „ostatecznym” Don Kichocie rodzaj palimpsestu, w którym powinny przeświecać ślady — znikome, ale czytelne — uprzedniego pisma
naszego przyjaciela. Niestety jedynie jakiś następny Pierre Menard, odwracając pracę poprzedniego, mógłby odgrzebać i wskrzesić owe Troje…
„Myślenie, analizowanie, tworzenie — pisał mi również — nie są czynami anormalnymi, są normalnym oddechem umysłu. Gloryfikacja sporadycznego wypełniania tej czynności, zbieranie dawnych i cudzych myśli, wspominanie z niedowierzającym zdumieniem tego, co pomyślał doctor universalis, to wyznawanie naszej bezsilności czy naszego barbarzyństwa. Każdy człowiek powinien być zdolny do wszystkich myśli i sądzę, że tak będzie w przyszłości.”
Menard (być może nieświadomie) wzbogacił przy pomocy nowej techniki niezdecydowaną i prymitywną sztukę lektury: techniki zamierzonego anachronizmu i błędnych atrybucji. Ta technika, o nieskończonym zastosowaniu, skłania nas do czytania Odysei, jakby była ona póź­niejsza od Eneidy, i książki Le jardin du Centaure Madame Bachelier, jakby była to książka Madame Bachelier. Technika ta zaludnia przygodami najspokojniejsze utwory. Czy przypisanie Louisowi Ferdinandowi Celine lub Jamesowi Joyce Naśladowania Chrystusa nie jest dostatecznym odnowieniem tych subtelnych rad duchowych?

Nimes 1939


Fikcyjna strona z Wikipedii (Przepraszam, głupi podpis, bo strona oczywiście nie jest fikcyjna, fikcyjna jest tylko zaprezentowana tu osoba)

* Cytaty z Don Kichota w tłumaczeniu Edwarda Boye, Książka i Wiedza, Warszawa 1952 (przyp. tłum.)

** „Gdzie rozwścieczony i noszący turban Turek… , Szekspir, Otello, akt V, scena 2

*** „Jak powiedziałem, ogród był zaklęty.” E. A. Poe, Do Heleny, tłum. Zenon Przesmycki

**** Pamiętam jego kratkowane zeszyty, jego czarne skreślenia, jego osobliwe znaki korektorskie i jego mrówcze pismo. Wieczorami lubił spacerować po przedmieściach Nimes; zazwyczaj miał ze sobą jeden z tych zeszytów i robił z niego wesołe
ognisko.

Barataria 102 – Znaczy kapitan

Mamert Stankiewicz. Znaliśmy go wszyscy, dzięki niezapomnianej książce Karola Olgierda Borchardta. Właśnie minęło 130 lat od jego urodzin a w listopadzie minie 80 lat od jego śmierci. Urodził się 22 stycznia 1889 w Mitawie (obecnie Jełgawa), zm. 26 listopada 1939 na morzu podczas pełnienia służby.
We wrześniu 1939 roku kapitan objął dowództwo na statku ORP „Piłsudski”.
25 listopada  okręt wyszedł w swój pierwszy wojenny rejs w konwoju do Nowej Zelandii. 26 listopada o 5:36 na transatlantyku doszło do dwóch wybuchów. Kapitan Stankiewicz pozostał na statku, aby sprawdzić, czy opuściła go cała załoga. Opuścił okręt z dwójką ostatnich marynarzy (jeden ukrył się na pokładzie w szalupie i przeżył w niej katastrofę). Po półtorej godzinie rozbitkowie zostali wyłowieni przez brytyjski niszczyciel HMS „Valorous”. Mamert Stankiewicz zmarł wskutek hipotermii i ataku serca na pokładzie tego okrętu.

Ze zdumieniem odkryłam, że Znaczy Kapitan napisał pamiętniki, które zatytułował Korsarz i Don Kichot, a które wydawnictwo wydało pod zmienionym wg własnego widzimisię tytułem.

Reblog

Kazimierz Robak

Korsarz i Don Kichot

Książka jest sensacją literacką, sukcesem edytorskim i… kompromitacją redaktorską.
Oto bowiem wydane zostały – pół wieku z górą po ich napisaniu – wspomnienia i przemyślenia człowieka-legendy, najsłynniejszego dowódcy polskiej marynarki handlowej, który zginął na morzu śmiercią marynarza i żołnierza, na okręcie zatopionym przez wroga. Ale wydane zostały bez należytej staranności, za to ze stemplem arogancji i samowoli edytorów.

Mamert Stankiewicz stał się sławny dzięki twórczości swego ucznia, a później podwładnego i zastępcy – Karola Olgierda Borchardta. Zbiór opowiadań zatytułowany Znaczy Kapitan wydany został w Polsce w milionach egzemplarzy i można bez przesady uznać, że nie ma w kraju osoby zainteresowanej morzem czy żeglarstwem, nie znającej opowieści o kapitanie, o którym opowiadano, że „nawet w depeszach używa słowa ‘znaczy’, za które urzędy pocztowe całego świata już nie pobierają opłat.”
Proza Borchardta wykracza poza ramy marynistyki: jest jednocześnie dokumentem epoki,
świadectwem świata, który bezpowrotnie odszedł i traktatem moralistycznym. Do tego jest to znakomita literatura: jasna i klarowna w stylu, a przy tym bogata i – co może najważniejsze – pełna humoru, ironii i autoironii.
Postać Znaczy Kapitana stała się dzięki niej alegorią odpowiedzialności i profesjonalizmu,  którego moralnym imperatywem jest, by obowiązki, bez względu na okoliczności – zawsze
były wykonane z najwyższą starannością „znaczy, porządnie”.
Borchardt zakończył swój zbiór komentarzem na temat pamiętników kpt. Mamerta Stankiewicza.
Z trzydziestu siedmiu opowiadań, wchodzących w skład książki „Znaczy Kapitan” kilkanaście było uprzednio drukowanych na łamach miesięcznika „Morze”. Po ukazaniu się
w roku 1959 ostatniego opowiadania pod tytułem „Meczet Omara” do redakcji „Morza” nadszedł list, którego nadawcą był Mamert Stankiewicz. List ten wywołał zrozumiałe poruszenie, ponieważ nikt z nas nie wiedział, że syn Kapitana nosi Jego imię.
W wyniku nawiązanej korespondencji dowiedziałem się o losach maszynopisu pamiętnika, o którym kapitan Mamert Stankiewicz opowiadał mi w listopadzie 1939 roku na zakotwiczonym na rzece Tyne „Piłsudskim”. Pamiętnik wraz z pewną ilością zdjęć– ocalał. Wyniosła go z płonącej Warszawy w 1944 roku żona Kapitana. Wydaje się nieodzowne podzielenie się z Czytelnikami – chociażby bardzo pobieżnie wrażeniami i spostrzeżeniami, które nasunęły  mi się po przeczytaniu pamiętnika Kapitana. […]
Kapitan w rozmowach ze mną nigdy – nawet wtedy, gdy zmienił stosunek do mnie
ze służbowego na przyjacielski – nie mówił o swych ideałach, dążeniach i osiągnięciach . Dowiedziałem się o tym wyłącznie z zachowanego maszynopisu. Ze zdziwieniem i przyjemnością odnajdywałem na kartach pamiętnika te cechy charakteru Kapitana, które zdołałem zaobserwować w ciągu kilkunastu lat współpracy z Nim.

Z powodów wiadomych, osobiste wspomnienia i refleksje człowieka, który zdobył wykształcenie i umiejętności fachowe w Imperium Rosyjskim, walczył w „białej
armii” Kołczaka, przeszedł przez więzienia i obozy bolszewickie, nie mogła się ukazać
drukiem w PRL, a przynajmniej nie w formie, na którą zgodziliby się spadkobiercy autora i depozytariusze tekstu.
Po raz pierwszy pamiętniki kpt. Mamerta Stankiewicza opublikowała w roku
1995 oficyna wydawnicza WSM w Gdyni, w serii Księgi Floty Ojczystej. Następnych
trzech wydań dokonał polski gigant wydawniczy, oficyna „Iskry”.
Lektura jest pasjonująca. Do czytelnika przemawia bezpośrednio ktoś doskonale znany, znajomy bez mała – bo przecież chyba wszyscy czytający zdążyli wcześnie zapoznać się z
z opowiadaniami Borchardta. Nie ma nawet co silić się na inny niż Borchardtowski opis wrażeń: Pamiętnik Kapitana odkrył przede mną postać chłopca, który poprzez miłość do morza potrafił przezwyciężyć wszystkie przeszkody, zagradzające Mu drogę do upragnionego celu. Zanim otrzymał tytuł kapitana, stał się „kapitanem własnej duszy”. Pierwszym Jego zwycięstwem było opanowanie uczucia strachu przed żywiołem
wody, który – podczas ćwiczeń na szalupach pod żaglami – wydawał Mu się przerażający i mogący Go pochłonąć. Nie nadaję się na marynarza – to była pierwsza myśl, która przyszła w ślad za przerażeniem. Miał możność skorzystania z propozycji matki i studiowania architektury na politechnice. Przełamał jednak siebie i wbrew intencjom matki poszedł na morze. […]
Po przeczytaniu pamiętnika zrozumiałem też, skąd u tego człowieka z werwą i młodzieńczą skłonnością do przekory wziął się pełen rezerwy i opanowania sposób bycia. […]
Stopień opanowania języków obcych – którym Kapitan zadziwiał – ma również
swe potwierdzenie na kartach maszynopisu. Kapitan wspomina, że jako młody oficer podczas długiego postoju zimowego w jednym z portów udzielał – dla podreperowania swego budżetu – korepetycji w języku niemieckim z matematyki młodemu Niemcowi
zamieszkałemu wraz z rodzicami w tym porcie. Swobodne posługiwanie się językiem angielskim umożliwiło Mu objęcie posady urzędnika konsulatu w Stanach Zjednoczonych. O dobrej znajomości języka francuskiego nawet nie wspomina, ponieważ należała ona w owym czasie do obowiązkowego wykształcenia.
Moje spostrzeżenia, że Kapitan łatwiej by się nauczył jeszcze jednego obcego języka niż
powiedział nieprawdę, znajduje liczne potwierdzenia w prostych i szczerych opisach życiowych niepowodzeń – poczynając od trudności podczas egzaminów, a kończąc na fatalnych skutkach osłabienia uwagi podczas służby”,
Nawet drobne nawyki Kapitana zaobserwowane na mostku podczas manewrów, jak na przykład współpraca ze sternikiem, znajdują uzasadnienie w pamiętniku […].
Opisane przeze mnie wprowadzenie „Polonii” na redę jachtową Obanu to już tylko słabe echo przeprowadzenia przez pola minowe cieśniny Muhu (Moonsund) największego pancernika „Sława”, o której to operacji sam powiedział, że nie chciałby jej powtórzyć.
Wprowadzenie „Polonii” podczas sztormu do Konstancy, wyprowadzenie „Piłsudskiego” w nocy z przystani nowojorskiej – ma swój odpowiednik w prowadzeniu przy ciężkiej pogodzie przez pola minowe krążownika „Riurik”, za co został dwukrotnie odznaczony
jako doskonały nawigator. Opisana przeze mnie umiejętność nawigacji wśród mgły, to jedynie powtórzenie akcji, którą przeprowadził podczas szalejącej śnieżycy w celu odszukania i ściągnięcia z mielizny statku załadowanego minami.
Te cechy Kapitana można by w skrócie określić dwoma wyrazami: donkiszoteria
i korsarstwo. Pojęcie donkiszoterii oznacza w tym wypadku romantyzm,
rzucanie się na przedsięwzięcia szlachetne, choć stokroć niewykonalne, szczery heroizm nie liczący się z warunkami życia. Wyrazicielem tych cech był w pojęciu współczesnych Kolumb, który – jak twierdzi wielu znawców literatury – posłużył Cervantesowi jako
wzór Don Kichota. Korsarstwo natomiast wiąże się z pojęciem odważnej żeglugi podróżników odkrywców, której kontynuatorami stali się korsarze. Osiągnięta przez nich wiedza i doświadczenie nawigacyjne dawało im przewagę nad silnie uzbrojonymi okrętami wojennymi, które zdobywali wraz z mianem najlepszych nawigatorów.
Wielu ludziom wydaje się, że obecnie wskutek olbrzymiego postępu technicznego przekreślone  zostało raz na zawsze znaczenie dawniejszego kapitana żaglowca, jak również żaglowca jako podstawowego ośrodka wychowawczego oficera marynarki. Po dziś dzień jednak są taki chwile na morzu, kiedy kapitan musi się oprzeć wyłącznie na zdobytych przez siebie wiadomościach i doświadczeniu oraz sam musi decydować. […]

Pamiętnik swój kapitan Mamert Stankiewicz zatytułował: KORSARZ I DON KICHOT.

* * *
Opowieść Znaczy Kapitana – a mam przed sobą trzecie wydanie „Iskier” – pod względem edytorskim jest niezwykle staranna: ładny i dobrej jakości papier, niebanalny, z lekka archaizujący skład stron, twarda okładka i elegancka obwoluta, oparta na grze rozbielonej sepii, czerni i czerwieni.
Jest jednak w tym wydawnictwie kilka poważnych niedociągnięć redakcyjnych. Zdaję
sobie sprawę, że dla większości czytelników mogą one pozostawać niezauważałne, ale nie w zauważaniu czy nie zauważniu jest problem. Diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach.
Pominę  […] literówki, które łatwo mogły zostać wyeliminowane przy staranniejszej korekcie. Dużo bardziej istotne jest moim zdaniem to, że redaktor (redaktorzy?) przecenili
znacznie swoją rolę. Nie redagowali pracy debiutanta ani amatora. Mamert Stankiewicz miał spory dorobek publicystyczny (np. artykuły w Słowie Pomorskim i Żeglarzu Polskim), był również wybitną osobowością, człowiekiem świadomym nie tylko wagi czynów ale i słów. Do tego, co napisał, należało więc podchodzić z szacunkiem i – nieodzownym w takich przypadkach – profesjonalnym wyczuciem, gdzie kończy się prawo ingerowania w tekst.
Dlatego denerwujące są  przypisy, w których edytorzy piszą np. „U autora w tym i innych miejscach: Port Artur”, czy „u autora: Skagen” i wstawiają do głównego tekstu dziś używane nazwy Port Arthur czy Kattegat. Naturalnym prawem edytora jest uwspółcześnianie ortografii i interpunkcji, dzielenie utworu na rozdziały i części, ale też niewiele więcej. Stankiewicz oczywiście mógł się pomylić (choć znającjego perfekcjonizm mało to prawdopodobne), ale rolą edytorów jest wyrażanie wątpliwości i od tego mają przypisy. Edytorskie uprawnienia zostały więc przekroczone, choć tego typu nadużyć jest na szczęście tylko kilka.
Redaktorzy nie sprawdzili pisowni wszystkich nazwisk osób wspominanych przez autora. W ten sposób dowódca II Eskadry Pacyfiku w tekście i indeksie wymieniany jest – bez
żadnego komentarza – jako „Rożdiestwienski” zamiast „Rożestwienski” (Рожественский). Dziwne, że nie zlokalizowali też podpetersburskiego portu Transund, pozostawiając go w
tekście ze znakiem zapytania. Jednak na takich drobiazgach nie koniec.
W tekście głównym często się powtarza znak […], oznaczający opuszczenie. Tak pisze o tym w przedmowie Jan Kazimierz Sawicki, odpowiedzialny za opracowanie edytorskie: „Poza jedno- czy kilkuzdaniowymi opuszczeniami, wynikłymi z chęci uniknięcia powtórzeń, mówić można tylko o dwóch partiach tekstu, z których publikacji zrezygnowano. Chodzi tu o króciutki rozdział pt. „Wycieczki z Nowego Jorku i drzwi otwarte”, z maszynopisu stanowiącego podstawę […] pierwszego wydania po rozdziale „Awarie” i sprawiającego wrażenie niekompletnego. W rodziale „Pułaski i Polonia” zrezygnowano też z przytoczenia
kilkustronicowego opisu walk byków w Sewilli.”
Tu już sprawa jest poważniejsza. Argumenty Sawickiego nie trafiają mi do przekonania, z dwóch przynajmniej powodów: braku zaufania do jego opinii, że rozdział sprawia wrażenie „niekompletnego” (a od czego są przypisy i komentarze redakcyjne?) i niechęci do protekcjonalnego traktowania czytelników, którzy wszak powinni otrzymać tekst maksymalnie wierny oryginałowi, by móc sformułować własną o nim opinię. Edytorzy i tak mogliby mieć na nią poważny wpływ dzięki komentarzom w przypisach. Skróty,
moim zdaniem, usprawiedliwić mógł jedynie nieczytelny lub niekompletny rękopis, co należało w przypisach zaznaczyć.
Rozumiem motywację wydawców – dokument zawsze sprzedaje się znacznie gorzej niż
narracja zwarta. W tym jednak wypadku komercja winna ustąpić edytorskiej dokładności, zwłaszcza że na rzecz komercji działa nazwisko autora, będące dostatecznym magnesem, a nawet sensacją.

Redaktorom wydania zabrakło niestety energii na pracę edytorską wykonaną „porządnie”. Brakuje na przykład chronologicznego zestawienia wydarzeń i życiorysu kpt. Mamerta Stankiewicza. Brakuje także bibliografii, choćby prowizorycznej, tak podmiotowej – artykułów i tłumaczeń, autorstwa kpt. Stankiewicza, jak przedmiotowej, ta zaś musi być (nawet pomijając utwory Borchardta) niemała. Myślę, że Znaczy Kapitanowi się to należało.

Wreszcie sprawa – moim zdaniem – najpoważniejsza. Pisze Sawicki: „Czytelnicy książki Borchardta pamiętają zapewne, iż jej bohater miał swe wspomnienia zatytułować Korsarz i Don Kichot. Ze względu jednak na nikły związek tak sformułowanego tytułu z zawartością treściową pamiętnika, zdecydowano się nie respektować tego zamysłu autorskiego.”
W gruncie rzeczy, niewiele można dodać po tak szczerym zdaniu, będącym świadectwem redaktorskiej arogancji, chyba to, że edytorzy niewiele zrozumieli z cytowanej wcześniej
opinii Borchardta. Zmienili więc tytuł oryginalny na pretensjonalną frazę, która przez banalne nawiązanie do hymnu okrasza całość dydaktyczno-patriotycznym sosikiem i jest wobec treści i stylu Stankiewicza dysonansem. Niestety, mimo zastrzeżeń redakcyjnych, nie sposób nie powtórzyć za Borchardtem słów Znaczy Kapitana: „Znaczy, panowie nadużyli kompetencji; znaczy panowie nie są w porządku w stosunku do podjętych przez siebie obowiązków.
Borchardt wraca do tytułu pamiętników Mamerta Stankiewicza jeszcze w opowiadaniu „Druga strona Księżyca”, przeznaczonego do Kolebki nawigatorów, ale nieukończonego. Fragmenty cytuje Ewa Ostrowska: W rozmowach zawsze wspominał o swoim pamiętniku, jaki napisał i zostawił w Polsce. Mój podziw dla niego przeszedł w uwielbienie, gdy wyjaśnił
mi, że pamiętnik swój nazwał KORSARZ I DON KICHOT. Przeistoczenie korsarza w Don Kichota wygląda na świadome naśladowanie pana Andrzeja Kmicica. Gdy zdecydował się wrócić do pracy na morzu po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, postanowił najpierw pojechać do Częstochowy. […] Mnie w zapale wyjaśnił, że padł przed obrazem jako korsarz i krzyżem leżał, by przebłagać Częstochowską, że w obcym mundurze walczył. – Gdy wstałem, byłem już Don Kichotem – ale polskim.”
***
Na temat redaktorów i redakcji pamiętników Mamerta Stankiewicza Borchardt miał zdanie negatywne jeszcze z innego powodu. Pisze Ostrowska:
“Pamiętnik ten przechodził przez tak wiele rąk, że dzisiaj trudno już udowodnić słowa kapitana Borchardta, który na teczce zawierającej kolejną przeredagowaną wersję
napisał: ‘Pamiętnik sfałszowano’. Natomiast w rozmowie ze mną kapitan Borchardt wyjaśnił, że z oryginalnego tekstu zniknęły fragmenty, które w niekorzystnym świetle ukazywały osoby z kręgów morskich, cieszące się współcześnie dużym autorytetem i uznaniem władz powojennej Polski.” Co i przez kogo zostało usunięte, nie dowiemy się
chyba już nigdy, a osoby znające prawdę nie żyją, ale nie ma też powodów, by nie wierzyć
kapitanowi Borchardtowi.
W przedmowie Sawickiego zdumienie budzi jeszcze jedno zdanie: „To ostatecznie przesądziło o tytule, którym po wszechstronnych konsultacjach z bracią
morską opatrzono dzieło.”
Po konsultacjach? A cóż tu było do konsultacji? Gdyby wszyscy redaktorzy zechcieli konsultować tytuły „z bracią”, mielibyśmy prawdopodobnie Niszczący najazd szwedzki zamiast Potopu i Nie będzie Teuton pluł nam w twarz zamiast Krzyżaków.

Swego czasu Tuwim bodajże kpił, że po interwencji nadgorliwych redaktorów
Popioły – zamiast „Ogary poszły w las” – otwierałoby zdanie „Sfora psów myśliwskich rasy ogar pobiegła do lasu”. Widząc tytuł na okładce wspomnień Mamerta Stankiewicza, mam wrażenie, że wydała je sfora takich właśnie nadgorliwców.

Powieść kalendarzowa (Barataria 101)

Ewa Maria Slaska

Znalazłam na chomiku.pl zachwycająco inne, odmienne tłumaczenie Don Kichota, dzieło Wiktora Woroszylskiego (gdańskie Wydawnictwo Tower Press, 2001). Tłumacz smakowicie bawi się słowami. Spójrzmy na pierwsze zdanie, tytuł pierwszego rozdziału:

Rozdział pierwszy, w którym nie mieszkając, bo i po cóż mieliby mieszkać, pojawiają się bohaterowie książki: Don Kichot i Sanczo Pansa

Zaiste, bo i po cóż mieliby mieszkać, skoro odtąd będą już zawsze wędrować, przez czasy, miejsca i książki.

Rozdział pięćdziesiąty ósmy, w którym ten, który dziś opowiada
historię o Don Kichocie z La Manczy, proponuje nieco inne jej
zakończenie

 

Nota bene Woroszylski proponuje również inną numerację rozdziałów, czym się za chwilę zajmię szerzej

Powiedziałem, że trudno mi uwierzyć w tę przemianę Don Kichota na łożu śmierci; trudno
i przykro; ale cóż mam robić – nie wymyślam błędnego rycerza dziejów, lecz je tylko
powtarzam.
Powtórzywszy do końca, do ostatniego tchnienia umierającego i szlochu żegnających go
bliskich, mimo to jeszcze raz oświadczę zuchwale, że  n i e   w i e r z ę ; i nie tylko w
odwrócenie się Don Kichota od błędnego rycerstwa i nawrócenie na codzienność i zdrowy
rozsądek nie potrafię uwierzyć, lecz i w następną wiadomość, poświadczoną przez księdza
i notariusza, że  D o n   K i c h o t   n i e   ż y j e .
Myślę, że Cervantes, w tym czasie sam już w nie najlepszym stanie, uległ pogłoskom,
których nie mógł sprawdzić, a które łatwo domyślić się kto porozpuszczał, i zakończył
książkę (…), nie wiedząc, że Don Kichot tymczasem przyszedł do siebie i (…) jął potajemne przygotowania czynić do czwartej wyprawy.

Rok przymusowej pokuty szybko minął – i oto…
Przez skwar, od jasnego nieba do rudej roli jak na sznurze wielkie pranie sztywno rozwieszony w powietrzu, przez skwir ptactwa polnego, przez ojczystej ziemi skwierczenie
na przyrody i dziejów gorącej blasze, jedzie, kolanami chudymi chude boki rumaka swego
Rosynanta ściskając, bohaterski rycerz Don Kichot.
Jedzie, chudy i długi, spiczastością kolebiącej się w siodle postaci widnokręgi okrągłe
kłując, z Rosynantem jak on kościstym niemal jedność tworząc, niezmożony Don Kichot, oby Bóg mu sprzyjał i Wszyscy Święci!
Parę kroków za nim, na osiołku brzuchem powłóczącym po ziemi, Don Kichota giermek,
Sanczo Pansa jak miech pękaty, wypukłością kształtów mnąc i tłamsząc prostą krechę drogi, w skwar ten sam, a jakby nie tak doskwierający, w skwir ten sam i skwierczenie wjeżdża.
Jadą obaj, nierozłączni w tej opowieści i w pamięci świata, różni tacy, że trudno o większą
różność, nie do pomyślenia wszelako – Don bez Sancza, Sanczo bez Dona.
Don Kichot, chudy i długi, niczym tyka grochowa ku górze pnie się.
Sanczo Pansa, bulwiasty ziemniak, bruzdy się trzyma.

Don Kichot, srebrny kłos wybujały, wiatr kołysze nim, ale nie, nie złamie!
Sanczo Pansa, nać przyziemna, z pędrakami ledwie-ledwie pełznąca, nie popędzisz jej, nie
przepędzisz!
Jadą, nierozłączni i nieśmiertelni, rycerz przodem, giermek, jak przystoi, parę kroków za
nim, w górze niebo rozpostarte jasność rozlewa, w dole – końskich i oślich kopyt bębnienie w skórę ziemi napiętą, a przed nimi – znów niewiadome przygody.

***

Nieistniejąca wigilia i pomieszane rozdziały

Don Kichot to książka złożona z dwóch tomów. Drugi, dopisany 15 lat po pierwszym, składał się z 78 rozdziałów i kończył śmiercią szalonego rycerza. Stąd nieco dziwi, że w tłumaczeniu Woroszylskiego jest to rozdział 58, a Don Kichot wcale nie umiera.

Ale dla rozważań o czasie znacznie ważniejszy jest tom pierwszy, skonstruowany jako rok. Od starożytności tak niekiedy budowano groby (piramidy), świątynie, zamki i pałace. Sama budowla była rokiem, cztery baszty to cztery pory roku, dwanaście wielkich sal to miesiące, 52 okna to tygodnie, a 365 pomieszczeń to dni. Przykładów takich kalendarzowych założeń architektonicznych można znaleźć mnóstwo, przypomnę pierwszy z brzegu – zamek Ossolińskich zwany Ujazd albo Krzyżtopór.

Quelle: Wikipedia

 

Ale nie tylko zamki miewają konstrukcję kalendarzową, są też podobnie skonstruowane powieści, a najważniejszą jest pierwszy tom Don Kichota, zamierzony oczywiście w momencie powstania jako zamknięta całość. Dopisana potem druga część była odezwem na krytyczną parodię i wcale nie miało być ani jej, ani tym samym – Baratarii.

Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy to powieść-rok i jak przystało na twór kalendarzowy składa się z czterech ksiąg i 52 rozdziałów.

Rozdział pierwszy opowiada o przyzczynach, jakie sprawiły, że don Alonso Kesani (Quejana) postanowił zostać błędnym rycerzem i o przygotowaniach, jakie podjął, by ten zamysł zrealizować. Drugi rozdział zaczyna się w lipcu. Jest upalne lato.  Rozdział 52 to też letni miesiąc, bo autor pisze, że chmury odmówiły ziemi swej rosy i we wszystkich miejscowościach tej okolicy odbywały się procesje błagalne i pokutne proszące Boga, aby otworzył dłonie miłosierdzia swego i spuścił deszcz.

Minął więc rok kalendarzowy i zaznaczył się w powieści zmianą pogody i minął rok kościelny, liturgiczny, a każdy jego dzień-akapit i tydzień-rozdział to zapis zmieniających się w ciągu 12 miesięcy zwyczajów kościelnych i obrzędów ludowych.

Przygody Don Kichota zaczynają się w tzw. okresie zwykłym roku kościelnego, ale podobnie jak sam rok liturgiczny koncentrują się na okresie od I niedzieli adwentu do Zesłania Ducha Świętego.

Nie tak dawno poznałam w Berlinie pewnego uczonego człowieka, który cały swój (wcale pokaźny) spadek po rodzicach, zużył na to tylko, by tę tezę udowodnić. Nie tracił czasu na wspinanie się po szczeblach kariery naukowej, nie pisał doktoratów i referatów, nie tracił czasu na nauczanie studentów i pisanie sprawozdań, nie chciał poddać się wszechmocnej władzy punktacji naukowej, zwanej ewaluacją. Po prostu żył skromnie, przejadając spuściznę rodzinną i badał sprawę.
A gdy już ją przebadał i udowodnił, napisał, biedny szaleniec, wierzący w jej święte posłannictwo poszukiwania prawdy, a nie punktów, wysłał swoje dzieło do wszystkich wielkich uczelni i instytucji na świecie, opatrzywszy je listem przewodnim: proszę, oto jak trzeba rozumieć Księgę.

I co? Czy dostał doktoraty honorowe i zaproszenia na występy jako profesor-samodzielny badacz? Czy ktoś go wspomina? Czy choćby więc cytuje go w przypisach?

I co więc?
I nic więc!

Nie znalazłam pracy tego człowieka w sieci, a dawno straciłam z nim kontakt i nie wiem, czy go kiedyś odszukam. Nie mogę sama powtórzyć jego badań i wyciągnąć wniosków, które on wyciągnął, bo nie dostałam spadku po rodzinie i nie mam już całego życia, by się tym zająć.

Ale tak sobie myślę, że ten człowiek kogoś mi przypomina. I to bardzo.

Biedny Don Kichot nauki!

Continue reading “Powieść kalendarzowa (Barataria 101)”

Z prezentów gwiazdkowych 2018 (1)

Z podziękowaniem, mojej siostrze Kasi, która wybrała mi tak piękny prezent. Miłośnicy kotów: koniecznie kupcie sobie tę książkę, jest niezwykła. A wydawnictwo zapowiada, że jest to początek nowej serii – o kotach! O tak!

Champfleury, Koty. Historia, zwyczaje, obserwacje, anegdoty
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria 2018 (wydanie oryginalne Paryż 1869)
Przełożyła Krystyna Belaid
Opracowanie i posłowie Tomasz Stróżyński

Ponieważ książkę wydało słynne wydawnictwo, a na portalu granice.pl ukazała się jej solidna recenzja, klawiatury (dawniej: pióra) Magdaleny Galiczek-Krempy, nie będę się powtarzała i recenzowała tej przemiłej książki, lecz zajmę się tylko jednym jej fragmentem, poświęconym pewnemu artyście, rozdział ten bowiem dowodzi, że autor, skrywający się za pseudonimem Kwietnego Pola (Champfleury), jest moją bratnią duszą nie tylko w sympatii do kotów, ale i w sposobie pracy i osobistym w nią zaangażowaniu. Ale “o tem potem”. Najpierw ów rozdział (tu i ówdzie leciuchno skrócony lub, och, poprawiony).

Apendyx

Rozdział XIV. Malarz Burbanck (s. 246-251)

Spotykamy czasem w muzeach na prowincji i w kolekcjach prywatnych zbijające z tropu dzieła sztuki, które nie należą do żadnej ze znanych szkół. (…) Przed paru laty widziałem u rzeźbiarza Dantana młodszego cudowną akwarelę przedstawiającą głowę kota naturalnej wielkości. W tym obrazie namalowanym wodnymi farbami stapiały się ze sobą zalety, które cechują kogoś takiego, jak Holbein, bądź też cierpliwy zegarmistrz (…).
Nie warto nawet próbować opisać oczu zwierzęcia zwróconych bezpośrednio w stronę widza. Pióro musiałoby skapitulować wobec magicznych barw tych oczu. A przecież znalazł się malarz, który potrafił oddać za pomocą pędzla niesamowitość tych spojrzeń. Gdyby dagerotyp wynaleziono w czasach, gdy artysta namalował tę głowę (zapewne w latach 1828-1830), oskarżono by go najpewniej o to, że posiłkował się tym mechanicznym środkiem, by wiernie odtworzyć tak osobliwe oblicze zwierzęcia; lecz maszyna nie byłaby w stanie dać odczuć miękkości sierści porastającej czaszkę, oddać grupy płowych cętek i pasiastych zygzaków, które (…) ciągną się od kącików oczu aż do uszu. Nie, kot nigdy nie raczył trwać w ten sposób nieruchomo i wlepiać oczu w jeden stały punkt przez tych kilka sekund, których słońce wymaga, by wykonać swą pracę.
Ten obraz wyniknął ze spojrzenia obserwatora (…). Malarz musiał pozostać chłodny, a przez chłód rozumiem nadmierną staranność, jaką zdradza jego dzieło. Chłodny, pewny swego i dokładny. Tymczasem antyzaletą dokładności jest to, że gasi płomień w artyście. Chłodny i poprawny, namiętny i niepoprawny. Tak mało jest ludzi wolnych od niedostatków! Mimo przesadnej poprawności, każde pociągnięcie pędzla zdradzało, że malarz wnikliwie studiował koty; musiał je mieć zapewne w swojej pracowni.
Na ramie niepodpisanej akwareli widniał napis: BURBANCK.
Nazwisko to utrwaliło mi się, zarówno przez pamięć o arcydziele (…), jak i ze względu na jego obce brzmienie.
Dwie duże litografie Marin-Lavigne’a, wg tegoż Burbancka i również przedstawiające koty, świadczą, że artysta upodobał sobie przedstawienie pięknych kotów dachowców, z których kastracja uczyniła zwierzęta salonowe i których głównym zajęciem jest nadawanie połysku swoim futerkom. Taki gatunek wybrał Anglik najdoskonalej przedstawiający istoty, z którymi pozostawał w nieustannej łączności. Jedna z tych litografii nosi tytuł Łakomczuch. Jest to kociak, który chłepce mleko. Druga zatytułowana jest Zabawa. Kotek baraszkuje na parkiecie w salonie, trzymając w łapkach splątany motek wełny. (…) Obie grafiki należy traktować tylko jako wskazówkę. Marin-Lavigne, jeden z pierwszych, aż nazbyt zdolnych litografów, daje jedynie mgliste wyobrażenie o obrazach mistrza i trzeba zobaczyć akwarelę z gabinetu Dantana, aby sobie wyobrazić, jak musiały wyglądać oryginały.

Aby wyjaśnić, dlaczego przypisuję Burbanckowi tak wielkie znaczenie, dodam, że gdyby głowa kota znajdowała się pośród dawnych rysunków w Luwrze, to nie tylko zajmowałaby tam honorowe miejsce, lecz skupiałaby na sobie również spojrzenia tych, których fascynuje interpretowanie prawdy.

Dopiero, gdy Dantan w swej uprzejmości zgodził się rozstać na pewien czas ze swoim cackiem, po to, bym mógł zlecić sporządzenie jego kopii, ukazała mi się cała precyzja artysty. To, co zrazu wydawało się wyraźne, było w wykonaniu nadzwyczaj skomplikowane – nie ma w sztuce nic bardziej skomplikowanego niż prostota. Oczy kota ujawniały kopiście całe światy maźnięć pądzla. Sporządzenie kopii wymagało miesiąca; wzywany co chwilę, by ocenić doskonałość warsztatu imitatora, odczuwałem coraz większy zachwyt wobec tej przejmującej realności.

Niewdzięcznością byłoby z mojej strony, nie zainteresować się życiem Burbancka; kiedy traci się czas, bawiąc się w sędziego śledczego, nagrodą bywa jakieś drobne odkrycie.

Portret został podarowany Dantanowi młodszemu w roku 1833, jako rzadki obraz, przez słynnego marszanda rycin, Colnaghiego, w podzięce za popiersie Dantana ojca, które wykonał Dantan syn.

W tym samym czasie poprosiłem o zamieszczenie w piśmie “Notes and Queries” następujących pytań:

Kim jest angielski malarz Burbanck, znany jako autor dwóch ważnych studiów kotów, opublikowanych przez Marin-Lavigne’a u wydawcy Gihaut?
W jakim okresie żył Burbanck?
Czy angielskie słowniki biograficzne podają jakieś szczegóły dotyczące mistrza, który – jak się wydaje – uczynił z przedstawień kotów swoją specjalność?
Czy Burbanck zazwyczaj wykonywał swoje studia kotów techniką akwarelową?
Czy w angielskich muzeach i kolekcjach prywatnych znajdują się jakieś dzieła mistrza?
Choć zwyczajem Anglików jest odpowiadać na podobne pytania, ogłoszenie zamieszczone w “Notes and Queries” nie doczekało się żadnej odpowiedzi.

Na szczęście dyrektor pisma “Art-Journal”, pan Dafforne, poznał Burbancka, który około roku 1839 udzielał w Londynie prywatnych lekcji rysunku i wystawiał w Akademii Królewskiej studia zwierząt, ptaków, psów etc.

Na tym kończą się informacje. Ich ubóstwo aż nadto świadczy o tym, że ów Burbanck, zmuszony udzielać lekcji, był biedny, że Anglicy postrzegali go (zapewne tak jak on postrzegał sam siebie) jako rysownika okazów historii naturalnej (ale jakże wspaniałego rysownika!), że znawcy sztuki ani trochę nie interesowali się jego pracami i że z tego powodu żaden biograf nie zajął się życiem i twórczością tego skromnego, nieznanego i ledwo wiążącego koniec z końcem artysty.


Co mnie w tym tekście wzruszyło, to jego niezwykła empatia autora, nie tylko do kotów, choć to właśnie o kotach jest jego książka, lecz do tego wielkiego, niedocenionego, przymierającego głodem artysty w, jak wiemy skąd inąd, zimnym i bezwzględnym Londynie.
Jestem wnuczką malarza, który, mam nadzieję, w swych peregrynacjach nie przymierał głodem, ale jednak wiąkszość swego dorosłego życia spędził wędrując z jednego prowincjonalnego kościoła do innego, gdzie malował a może tylko poprawiał malowidła ścienne. Nigdy nie wiedziałam o nim zbyt wiele, a chyba wszystko, co wiedziałam, zapisałam na tym blogu w poście Dziadek. Ale to zapewne przez to rodzinne dziedzictwo z takim wzruszeniem przeczytałam kilka lat temu piękną książkę Stefana Hertmansa Wojna i terpentyna, której jednym z bohaterów jest przymierający głodem malarz, wędrujący przed I wojną światową po flamandzkich kościołach. Wydaje mi się, że dopiero dzięki Hertmansowi zrozumiałam, jak ciężkie to było życie. A teraz, też dzięki niemu, umiem wczuć się w życie zapoznanego akwarelisty, malującego psy, koty i ptaki.

Z Champfleury łączy mnie też dociekliwość, którą on porównuje do zadań sędziego śledczego. Co chwila jakaś myśl, słowo, obraz, terytorium prowadzi mnie na nowe tereny. Pamiętam, jak jeszcze całkiem niedawno, bo nawet kilkanaście lat temu, podczas inteligentnej rozmowy z inteligentnym rozmówcą gromadziliśmy wokół foteli sterty książek, w których szukaliśmy potwierdzenia naszych tez, odpowiedzi na pytania lub po prostu ilustracji tego, o czym mówimy. Jeśli tego, czego potrzebowaliśmy nie dało się znaleźć w książkach z domowej biblioteki, trzeba było w najbliższych dniach udać się do instytucji publicznej. Jeśli i tam nie było tego, czego szukaliśmy, składaliśmy w bibliotece wnioski o sprowadzenie z innej biblioteki, czasem z innego miasta lub kraju, albo wręcz zakup potrzebnego nam dzieła.

Zdobywanie wiadomości było żmudnym zajęciem i pyszną zabawą. Teraz oczywiście poszukiwania zaczyna się od internetu, często nawet jeśli wiemy (lub nie wiemy), że mamy w domu potrzebną książkę. Poszukiwania po półkach trwało bowiem dłużej, niż wpisanie w google’a na przykład nazwiska Burbanck. Mniej więcej dziesięć lat temu ludzie o umyśle takim jak Przekrój (tak mnie kiedyś określił jeden z moich wykładowców na Uniwersytecie) poczuli, że świat doszedł do etapu, na którym spełniają się wszystkie ich marzenia o raju poszukiwaczy. Niestety, choć wciąż jeszcze wdzięczna jestem cioci Wikipedii i wujkowi Guglowi za pomoc, jakiej nam udzielają, stwierdzam, że złote czasy poszukiwaczy wiadomości przeminęły. Świat wirtualny został zalany taką masą informacji na każdy temat, że uniemożliwiły i bezpośrednie poszukiwanie, i zacieśnianie tematyki poszukiwań przy pomocy używanych dawniej instrumentów. Aktualne wiadomości, reklamy, plotki, pudelki, memy i selfies zdominowały przestrzenie, które jeszcze niedawno były kopalnią wiedzy. Tego się nie da już zmienić. I nawet nie wiem, czy uda się nam wrócić do bibliotek publicznych i domowych, bo w międzyczasie wszyscy pozbyli się książek, nawet biblioteki!

Ostatnio kilka razy nie udało mi się znaleźć tego, czego szukałam.

Nie znalazłam książki o chłopcu, który w Tel Avivie znalazł słonia. Nie ma informacji o tym, dlaczego Nana de Berlin, mała rzeźba Niki de Saint Phalle nazywa się “berlińska” (odpowiedzi udzieliła mi dopiero instytucja roztaczająca pieczę nad spuścizną artystki, do której napisałam), nie ma wyjaśnienia co to jest refraktura, jeśli wiem, że jest to coś innego niż zmiana podmiotu otrzymującego fakturę, ale nie wiem – co? Tego wszystkiego poszukiwałam, żeby stworzyć wpis o dwóch rzeźbach na cmentarzu Montparnasse, który ukaże się za dwa dni.

Nie znalazłam ilustracji pokazującej jak błękitna planeta Ziemia w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat zmieni się w brązowy, przypalony skwarek i musiałam użyć grafiki, która pokazuje to samo (ale wcale nie aż tak dramatycznie!) za lat… tysiąc! A wiem, że taki obrazek przetoczył się przez Facebooka zaledwie kilka tygodni temu. Przetoczył się i zniknął. Niemożność znalezienia tego obrazka osłabiła wymowę wpisu, jaki zamieściłam TU.
I nie znalazłam tego Burbancka. Znalazłam innych, ale TEGO nie.
To spis niepowodzeń z kilku ostatnich dni.
Może muszę napisać do czasopisma Notes and Queries.

Barataria 100 Chaconna (auch auf Deutsch)

Für Deutsch – bitte nach unten scrollen!

Chaconna Bacha

Od Bacha i Chaconny się zaczęło 100 odcinków temu. Dziś fragment nt Chaconny z książki Wolfa Wondratschka Mara. Tłumaczenie własne, co oznacza, że nie znalazłam książki po polsku. Zatem po raz kolejny znakomita propozycja – jakby jakieś wydawnictwo się zainteresowało, to jest to świetna książka, inna niż wszystko, co dotychczas czytaliśmy (czytaliście) o muzyce. I chętnie ją przetłumaczę! Na przykład taki WAB – Beato, mam wrażenie, że czekasz na tę książkę, tylko jeszcze tego nie wiesz…

Kto nie chce cierpieć, twierdził Starkie, powinien zadowolić się graniem muzyki tanecznej, to w końcu też jest coś dobrego, ale niech się trzyma z daleka od wielkich partytur, które wszak nie są niczym więcej jak dowodami nieogarnionych cierpień. Palce wykręcone artretyzmem, zanik kości, zapalenia, ołów we krwi, napady niepoczytalności, nieodwzajemniona miłość, wywołany kiłą paraliż postępowy, a właściwie, nie warto tego przecież ukrywać, po prostu syfilis, alkoholizm, ataki serca, ależ, panowie, proszę – do woli, wszystko, dla klawesynistów, pierwszych skrzpków, celistów, poerkusistów, trębaczy. Potworność!

– Proszę spojrzeć na pierwszy lepszy życiorys. Jeden bardziej nieśmiertelny niż drugi. Bellini śmiertelnie chory przez własną niepohamowaną porywczość, Chopin – gruźlica płuc, co pozwala podejrzewać, że preludium kropli deszczu w istocie oznacza krople opium. (Schönberg, mój miły Starkie, skomponował muzykę do własnego ataku serca – 1946, trio smyczkowe, op. 45), Johann Sebastian Bach komponuje dźwięczące nagrobki… spojrzał na swych studentów. Gdzie na przykład?

– Chaconne, część piąta, partitaD-Moll na skrzypce solo.

– (…) Tak jest. I dlaczego nagrobki?

– (…) Bo umarła mu żona.

– Nieprzyjemna sprawa, czyż nie? zwłaszcza, jeśli założymy, że ją kochał. Nie było go, jak umarła. Udał się w Podróż z Księciem Panem i jeszcze nie wrócił, jak składano jej szczątki pod ziemię. A gdzie był?

– W Karlsbadzie (Karlovych Varach)

– W całej Chaconnie (…) zawarł wszystko, co było wyryte na nagrobku, wszystkie liczby i litery, daty urodzin i śmierci, litery jej imienia – wszystko stało się systemem według którego skomponował Chaconnę.

I cóż to oznacza? Czy nie był smutny, czy nie płakał? W końcu w tym grobie leży też kilkoro jego dzieci. Ich daty urodzin i śmierci, i imiona też weszły w skład kompozycji. I cóż to znaczy? No cóż, powiedziałbym, iż znaczy to, że był genialny.


Und über dasselbe Thema auf Deutsch

“Unrast” Tokarczuk in Zitadelle Spandau

Seit ein paar Jahren gehen Monika Wrzosek-Müller und ich immer zu neuen Aufführungen von Elżbieta Bednarska. Ihr Theater ist eine skurille Mischung des Textes, der Choreografie und Akrobatik sowie ungewöhnlicher Raumnutzung. Sie arbeitet immer an den Grundlagen der Bücher der polnischen Autoren mittlerer Generation. Nach Innana in den Katakomben von Olga Tokarczuk und Hebronmauer von Andrzej Stasiuk, nahm Bednarska diesmal wieder ein Buch von Olga Tokarczuk an: Unrast (Bieguni).

See you in Zitadelle Spandau. Wir können (voraus)sagen – geht hin! Es lohnt sich.

Nach dem klicken an das Bild kann man sich eine pdf-Datei des Flyers speichern und alles in Ruhe lesen.

Spätere Notiz. Monika: Hervorragenes Theater!


Bei der Gelegenheit noch ein anderer kultureller Ratschlag für morgen für Polen und Polensfreunde in Berlin – Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy – Großes Orchester der Weihnachtshilfe 2019 in Werkstatt der Kulturen in Neukölln, Wissmannstr. 32. Ab 12:00 bis 23:59 Uhr.

Spätere Notiz. Ewa: Es war so angenehm, und dann diese Nachricht, dass unser Danziger Stadtpräsident, Paweł Adamowicz, während der Veranstaltung in einer recht-radickallen Attacke schwer verletzt wurde! Shame!

Sylwester Wallandera

Wszyscy Czytelnicy tego bloga wiedzą, że jestem wielbicielką prozy Mankella. Pisałam o tym kilkakrotnie, między innymi o rozważaniach Mankella na temat cerowania skarpetek, które uważam za głębokie, mądre i smutne opisanie naszej współczesnej kondycji ludzkiej.

Kilka miesięcy temu opowiedziałam Czytelnikom o 7 książkach, które wybrałam sobie na straganie w Szczecinie. Jedną z nich był Mankell.

Jak niemal zawsze u Mankella, jest zimno, policjanci grzęzną w błocie, zbliżają się święta, ale oprócz kalendarza nic ich nie zapowiada. Ważna jest pogoda. Książka rejestruje najdrobniejsze jej zmiany.

W Wigilię po południu padał deszcz. Pierwszy dzień świąt był zimny i słoneczny. Drugiego dnia świąt, tuż po siódmej, Wallander wyjrzał przez okno w kuchni. Padał deszcz ze śniegiem i był to przygnębiający widok. Stanął przy oknie. Śnieg robił się coraz gęstszy. Wstał i poszedł do kuchni. Śnieg wciąż padał. Uliczna latarnia kiwała się miarowo na wietrze. Potem biegł przez mokry śnieg i omal się nie przewrócił na schodach.
– Wpadnę w sylwestra – powiedział.
– Przywieź butelkę koniaku – odparł ojciec.
Następnego dnia wyjrzało słońce i temperatura wynosiła pięć stopni. Rankiem 30 grudnia w Ystad sypał gęsty śnieg. Jeżeli pogoda się nie poprawi, w sylwestra zapanuje kompletny chaos, pomyślał Wallander. Rydberg zapytał Wallandera o plany na sylwestra.
– Jadę do mojego starego do Löderup. Kupię mu koniak, coś przegryziemy, pogramy w karty, poziewamy i o północy wzniesiemy toast. Potem wrócę do domu.
– Staram się zawsze przespać ten wieczór – wyznał Rydberg. – Sylwester to dla mnie zmora. Jeden z niewielu dni, kiedy biorę poszek nasenny.
Uścisnęli sobie dłonie, jakby chcieli zaznaczyć, że ten dzień jest szczególny. Wallander poszedł do biura, wyjął kalendarz na 1990 rok i wypróżnił szuflady biurka. Zwyczaj, który przyswoił sobie kilka lat temu. Z nadejściem nowego roku czyścił szuflady i wyrzucał stare papiery. Ilość śmieci w szufladach wprawiła go w zdumienie. W jednej wyciekł klej.
O siódmej pojechał do domu, wziął prysznic i się przebrał. Krótko po ósmej był w Löderup. Ojciec przyrządził wyjątkowo smaczną zapiekankę z ryby. Wallander kupił ojcu koniak i ojciec pokiwał z zadowoleniem głową na widok butelki henessy. Włożyli do lodówki szampana. Kolację popijali piwem. Ojciec, chcąc uczcić ten wieczór, włożył swój stary garnitur i krawat. Wallander po raz pierwszy w życiu widział tak oryginalny węzeł.
Tuż po dziewiątej zasiedli do pokera. Wallander dostał dwukrotnie do ręki trójkę, ale wymienił jedną kartę, żeby pozwolić ojcu wygrać. Około jedenastej wyszedł się wysikać na podwórze. Było bezchmurnie i trochę chłodniej. Niebo iskrzyło się od gwiazd. Wszedł do domu. Ojciec wypił już sporo koniaku i był lekko wstawiony. Wallander zamoczył tylko usta. Chciał wrócić na noc do domu. Wprawdzie znał punkty kontroli drogowej, ale uważał, że nie wypada mu prowadzić po alkoholu. W każdym razie nie w sylwestra. Czasami mu się to zdarzało i za każdym razem obiecywał sobie, że to ostatni raz.
Około pół do dwunastej zadzwoniła Linda. Kolejno z nią rozmawiali. Wallander słyszał w tle głośną muzykę. Musieli ją przekrzykiwać.
– Z nami byś miała fajniej! – krzyczał do słuchawki.
– Skąd możesz wiedzieć?! – odkrzyknęła wesoło.
Złożyli sobie życzenia. Ojciec nalał sobie kolejny kieliszek koniaku. Rozlał przy tym trochę na podłogę. Był w świetnym humorze. Dla Wallandera to było najważniejsze. O dwunastej zasiedli przed telewizorem i słuchali…

…ciąg dalszy o tym, czego słuchali Wallander i jego Ojciec, a z nimi cała Szwecja – jutro… Szczęśliwego Nowego Roku! W minutę po północy historia potoczy się dalej. Uwaga – po angielsku! 🙂

Puste dni

Ewa Maria Slaska

Pełnia i pustka

Wiem, puste dni mogą znaczyć po prostu dni bez treści, puste dni, pusty czas. Ale mnie chodzi o znaczące puste dni, odznaczające się wyraźnie na tle przebiegu całego roku. Wiele kalendarzy zna puste dni, dni które wypełniają czas wymuszony na matematyce przez astronomię, a zwłaszcza Księżyc. Rok to było 12 miesięcy słonecznych po 30 dni (o dwa dniwiącej niż miesiąc kalendarzowy) i pięć do zapachania dziury matematycznej.

W Europie pozostała jeszcze pamięć tych pustych dni, różnych rzeczy nie wolno, albo przeciwnie – koniecznie trzeba zrobić w okresie pomiędzy końcem Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem, który przyjdzie i jak  miotła ustawi wszystko z powrotem w jak najlepszym porządku.

Tuż przed świętami była pełnia Książyca, pisała o niej Teresa Rudolf, a Tibor Jagielski przysłał reprodukcję obrazu. Gdy mija pełnia, dni ubywa, Księżyc się kurczy, kurczy się ostatni tydzień w kalendarzu. W puste dni rok jak żołnierz odcina czas na miarce krawieckiej.

Trzeba oddać długi. Trzeba przeprosić tych, wobec których zawiniliśmy. Wyrzucić śmieci nagromadzone po kątach. Kupić szczotkę i śmietniczkę. Nie prać. Jeśli znamy te przesądy, my, ludzie z miasta, wykonujemy je (jeżeli w ogóle) tylko mechanicznie. Nie pierzemy, zamiatamy, kupujemy szczotkę. Nie wiążemy z tym czasem żadnych prawdziwych ważnych decyzji i właściwie nie mają one najmniejszego znaczenia.Tak to zresztą oddaje najlepszy barometr zainteresować społecznych czyli google. Wpiszmy “puste dni” i  zobaczmy, co “nam wyjdzie”? Raperska piosenka QBKA, a poza tym zwykłe uwagi. Puste dni, to dni bez terminów i spotkań, ciężkie dni, kiedy nic nie ma znaczenia lub nic się nie chce. Gdy dorzucić do hasła słowo “kalendarz”, pojawią się puste kartki bez terminów i bez znaczenia. W książce Kalendarz Polski Józefa Szczypki nie ma nawet wzmianki o pustych dniach.

Tymczasem w kulturze ludowej przełom roku ma ogromne znaczenie. Pięć dni, które nie przynależą do żadnego miesiąca, ciemne dni, być może w ciągu tych dni objawi się smok i pożre świat i żaden miesiąc – bóg – patron go nie obroni. Mircea Eliade pisał, że tych bezpańskich dni było w kulturze rumuńskiej 12 – były to dni kalendarzowe, te które wynikały z różnicy między kalendarzem starej daty (juliańskim) a nowym, czyli naszym – gregoriańskim.

Jak każdy człowiek podmodernistyczny jestem kulturowym eklektykiem, czyli biorę z tego co mnie otacza i co wiem, to co mi akurat najlepiej pasuje. Pięć pustych dni między końcem świąt a nowym rokiem “akurat mi pasuje”. Roi mi się, że są to dni uwolnione z gorsetu, otwarte – owszem być może niebezpieczne, ale zapewniające większą niezależność myśli, swobodę przeskakiwania z tematu na temat, z książki do książki. Tak jakby świat myśli i wyobrażeń, nie znając granic ni kordonów, otaczał mnie jak wielki ocean, przenosząc zdania ze snu do książek, z książek do muzyki, z wody do filmu. Nad wielkim ciemnym morzem świeci wielki jasny księżyc, wielkie białe jabłko niebytu…

Projekt okładki Lucyna Talejko-Kwiatkowska, foto – Piotr Chojnacki

Bohaterka lubiła trzymać świeczki w sypialni. Inną dało się określić tylko jako morze, a jeszcze lepiej – ocean. Czytam w książce Myttinga o trumnie ozdobionej naręczem kwiatów kartofli, a ktoś, kto nic o tym nie wie, przynosi mi pocztówkę z kwiatem kartofli.

Leżę w szpitalu, mam ochotę przeczytać Cola Breugnon Romain Rolland – wieczorem przychodzi koleżanka i przynosi mi tę książkę.

Jadę taksówką. Taksówkarz ma bary jak byczek, łysy łeb, szeroki kark.
– Jest mi niedobrze, mówi. – I rzeczywiście widzę, jak na karku występują mu krople potu. – Zjadłem coś niedobrego.
– Niech pan zjedzie na bok – proponuję. Mam czas, sama dojdę stąd do dworca.
Nie zgadza się jednak. Boję się, że umrze.
Nigdy mi się to jeszcze nie przydarzyło. I nigdy o tym nie słyszałam.
Jadę do innego miasta. Myślę o oceanie i ośmiornicach, rozmawiamy o polityce. Kobieta, u której nocuję, pyta czy pamiętam aferę z ośmiorniczkami. Takie halo wokół tego zrobili, a teraz, szkoda gadać…
Kobieta, u której nocuję, lubi palić świeczki w sypialni. Ja nie. Przed zaśnięciem sięgam na półkę po cokolwiek, żeby przeczytać dwie strony i zasnąć jak kamień.
Trafiam na Białe jabłka. Lektura mnie wciąga, docieram do strony 42.
Bohater jedzie taksówką. Taksówkarz jest chudy, łysawy, ma wielkie oczy i wąski nos.
– Przepraszam, że przeszkadzam – mówi – ale mam okropną zgagę. Pozwoli pan, że staniemy na momencik przy aptece, żebym coś kupił…
Nie zdąży jednak, umrze zanim dojedzie do apteki.
Jego dziewczyna je kanapkę z pastrami, o której pisałam wczoraj. Idealną kanapkę. Tym razem tłumacz nazwał ją kanapką z wędzoną wołowiną.
Na stronie 208 mężczyźni w zakładzie fryzjerskim formują Franza, faceta, który rozmawia z Bogiem. Znam go, mój wnuk wymyślił go już kilka miesięcy temu. Też miał na imię Franz.

Co z tego wynika? Nic? Są puste dni. Przeczytajcie te trzy książki.

 

 

Barataria 97&98 Władca much

Cara Nicoletti, Yummy books

Jackowi z podziękowaniem za to, że rok temu położył mi tę książkę pod choinką.
W międzyczasie przeczytałam ją dwa razy, kilka przepisów wypróbowałam, ale to taka publikacja, która nie daje spokoju. Nie tylko dlatego że świetnie się ją czyta.

Cara Nicoletti, Amerykanka włoskiego pochodzenia, jest wnuczką rzeźnika, ale sama też jest rzeźniczką, a ponadto kucharką, baristą, piekarką, autorką bloga o książkach i jedzeniu, autorką książek.

ciastka.jpgOstatki 2018 z donatami wg przepisu Cary Nicoletti. Produkcja ponadpokoleniowa. Donaty są krzywe, ale zaręczam, że były pyszne. Wykonaliśmy je, ponieważ jest to jedyny przepis, jaki znam, w którym piecze się również… dziury. Współpiekarz pożarł wszystkie dziury zanim zdążyłam je sfotografować.

Ewa Maria Slaska

Cara Nicoletti, Yummy books. In 50 Rezepten durch die Weltliteratur.
Pyszne książki. W 50 przepisów dookoła historii literatury światowej.

Cara Nicoletti nie jest zapewne ani pierwszą ani jedyną autorką książek kucharskich i kucharką, która podaje “okropne” przepisy kulinarne. Jest taki trend. Grafik, który przygotował do druku niemieckie wydanie tej książki użył na okładce zdjęcia, mające tę brutalność uwypuklić.

Młoda, piękna kobieta pozuje do fotografii z obciętym zwierzęcym łbem i uśmiecha się. Autorka prowokuje nas od pierwszej strony. I cała książka jest taka. Nicoletti “gwiżdże” na mdłą jedzeniową poprawność ostatniego dziesięciolecia. Wyzywa ją, wyśmiewa i prowokuje. W tym co pisze mnóstwo jest tłuszczu (i to często wieprzowego), mięsa, mąki, soli, cukru, alkoholu. Ale nie koniec na tym. Same przepisy też są prowokacją. Niekiedy są one dokładną ilustracją tego, co napisali autorzy, niekiedy są tylko inspirowane przez literaturę. Możemy się więc nauczyć, jak przygotować grzanki z wątróbką tak, jak przyrządził sobie ludzką wątrobę Hannibal Lecter w powieści Thomasa Harrisa Milczenie owiec, albo upiec zrolowaną i świńską twarz. Porchetta di testa. Przepis, który autorka wybrała, by zilustrować film i książkę Władca much.

Do Władcy much zaraz wrócimy, ale chciałabym zacząć jednak od tego, że to był niemiecki wybór zdjęcia na okładkę. Chociaż niewiele to zmienia, bo Nicoletta sfotografowała się z tym (świńskim?) łbem i umieściła to zdjęcie sieci. Oryginał jej książki nazywał się Żarłoczne książki z podtytułem – głodna czytelniczka “prze”-gotowuje się przez wielkie książki. Po polsku książki chyba nie ma, szukałam w internecie, ale jeśli jest, to, proszę, napiszcie mi o tym natychmiast. I może najlepiej przyślijcie zdjęcie okładki.

Gdy byłam w USA zetknęłam się zresztą z inną prowokującą książką o kuchni, autorstwa Anthony’ego Bourdaina, o którym ostatnio było bardzo głośno. Był nie tylko amerykańskim szefem kuchni, podróżnikiem, aktorem, działaczem społecznym i pisarzem, ale przede wszystkim osobowością telewizyjną. Sprawiał wrażenie szczęśliwego człowieka, któremu świat leży u stóp. Miał niewiele ponad 60 lat, bardzo dobrze wyglądał i był nadzwyczaj popularny. Niedawno ożenił się po raz drugi i miał dziesięcioletnią córeczkę. W czerwcu tego roku popełnił samobójstwo.
Podczas pobytu w Stanach spałam w pokoju, który był gabinetem do pracy mojej przyjaciółki. The Nasty Bits Bourdaina znalazłam na półce przy łóżku. I w tej książce chodzi (między innymi) o krew, pot, brud i inne okropieństwa ludzkiej egzystencji, od których oczywiście i sztuka ani nie jest wolna, ani wolna być nie może. A zatem również i literatura.

Zresztą od kilku już lat pojawił się w gastronomii trend, uważany zresztą za trybut spłacany ekologii i ochronie środowiska, żeby zjadać całe zabite zwierzę, od głowy po racice. W Berlinie jest już kilka restauracji gotujących zgodnie z zasadą no waste.

Mnie jednak w opowieści Cary Nicoletti zainteresowało nie tyle jedzenie, ile przypomnienie prostego faktu, iż nie ma społeczeństwa idealnego, nie ma utopii, a to co ma być utopią stanie się swoim własnym przeciwieństwem – antyutopią.

Władca much. Wiem o czym jest ta książka i ten film, tym niemniej opisując je, posłużę się tekstem Nicoletti (w moim tłumaczeniu z niemieckiego).

Byłam jeszcze mała, miałam nie więcej niż siedem lat, gdy pewnego wieczoru zobaczyłam w telewizji film Władca much z roku 1963. Było Boże Narodzenie, siedziałam z rodzicami na kanapie, tata skakał pilotem po programach i na chwilę zatrzymał się na tym filmie. Następne dwie godziny przetrwałam zmartwiała ze strachu. Byłam przerażona na śmierć, ale nie odważyłam się, powiedzieć o tym rodzicom.
Gdy leżałam już w łóżku i próbowałam zasnąć, wciąż widziałam przed oczami pokryty muchami świński łeb wbity na pal i nie mogłamy go usunąć z wyobraźni. A przecież wychowywałam się w rodzinie rzeźników i od dzieciństwa widziałam świńskie łby w rzeźni u dziadka. Ale tamte były różowe, nieowłosione, miały zamknięte oczy, a ich ryjki były tak ułożone, że wydawało się, iż są zadowolone. Nie było porównania z porośniętym szczeciną potwornym łbem o wyłupiastych oczach, jaki zobaczyłam na filmie. Tę noc i wiele następnych spędziłam skulona na podłodze w sypialni rodziców.
Wiele lat później, gdy chodziłam już do szkoły średniej, znalazłam tę książkę na liście lektur i znowu wstrząsnęła mną wizja Williama Goldinga, opisującego, co przydarzyło się grupie chłopców, którzy po wypadku samolotowym znaleźli się sami na bezludnej wyspie. Początkowo grupa stosuje się jeszcze do reguł cywilizacji, która ich ukształtowała. Zwołują zebrania, wybierają przywódcę, dzielą się pracą. Jednak im dłużej trwa ta sytuacja, tym widoczniejszy jest rozkład znanego porządku. Czytelnik musi, podobnie jak Ralf, stwierdzić, że “świat, który znał, ów uporządkowany świat zniknął”. Golding celowo wybrał jako bohaterów grupę chłopców w wieku od 6 do 12 lat, bo to grupa, która w rzeczywistości najbardziej się zmaga z rygorami porządku społecznego. Wybrał ich, żeby pokazać Czytelnikowi, jak szybko miniaturowa społeczność rozbitków pogrąży się w chaosie, podważając głębokie przekonanie cywilizowanego człowieka, że zachowania społeczne są nam przyrodzone.
Gdy chłopcy lądują na wyspie, są jeszcze bezsprzecznie grupą dobrze wychowanych angielskich dzieci. Początkowo Jack nie może się uporać z zabiciem świni. Wszyscy są głodni, Jack to wie, ale nie potrafi podołać zadaniu. “To coś potwornego – wbić nóż w żywe ciało – nie da się znieść krwi”. Trzy rozdziały później Jack podrzyna świni gardło i wraca dumny do obozu, wiedząc, że przechytrzył coś, co żyje, narzucił mu swą wolę, odebrał mu życie, wyssał je jak jeden potężny haust.
W pewnym momencie “maluchy” zaczynają się bać, twierdząc, że na wyspie ukrywa się groźne zwierzę, a ich lęki sprawiają, że wszystkich rozbitków ogarnia panika. Jack decyduje się na ofiarowanie łba zabitej świni tajemniczej bestii, po to by ją udobruchać. Łeb, nazwany przez chłopców Władcą Much, staje się symbolem rozprzężenia i chaosu, symbolem tego, co w człowieku brutalne, dzikie i nieposkromione. “Władca Much” to imię Belzebuba (בעל זבוב, Baal-Zevuv – pan much) – w filmie i w książce obraz świńskiego łba jest bardzo mocny. Tak mocny, że chociaż w The Meat Hook czyli zakładzie rzeźniczym, który prowadzę, sprawiłam już setki świńskich łbów, zawsze muszę przy tym myśleć o tej właśnie scenie z filmu.

Władca Much
Porchetta di testa – rolada z głowizny

Przepis streszczę (bo jest nader szczegółowy) i uzupełnię komentarzami. Otóż podobno głowę świni można kupić u lokalnego rzeźnika, jeśli nie – trzeba ją u niego zamówić i poprosić, by ją ogolił, usunął oczy oraz wszystkie chrząstki i gruczoły, a potem zdjął mięso w całości jako jeden plaster.

Nie wytrzymuję i sprawdzam, czy tak się to da zamówić w Berlinie. Brrr, jakie okropne zadanie. Ale co tam, avanti! Dzwonię po kolei do różnych sklepów rzeźnickich. Na zawołanie łbów świńskich nie ma. Niekiedy udaje mi się pogadać z mistrzem, który, i owszem, może zamówić pół łba (całych nie ma w ogóle, bo świnie po zabiciu sprawia się w połówkach, musiałabym zaordynować więc osobne, wykonane specjalnie dla mnie, zabicie całej świni, której podczas świniobicia nie będzie się kroić na pół…), ale na pewno nikt nie  zdejmie teraz tego mięsa z głowy, tak by uzyskać jeden plaster. Ma przed Bożym Narodzeniem za dużo roboty, a kiedy indziej, no, ok, ewentualnie mógłby to zrobić, ale będzie mnie to sporo kosztowało
Ilustracja jakby to miało wyglądać jest TU. Nie pokazuję jej, bo to nie jest widok dla osób o delikatniejszej naturze.

Przepis jest prosty: mięso (będzie go ze 3 kilo) posmarować od wewnętrznej strony pastą z przypraw, zrolować (uwaga uszy podwinąć do środka, tak, żeby zasłaniały oczy, ozór zwijać razem z mięsem), obwiązać sznurkiem. Włożyć do brytfanny i zostawić ją na noc w zimnym miejscu. Rano wyjąć brytfannę, pozwolić jej przez pół godziny powrócić do temperatury pokojowej. Natrzeć roladę oliwą z oliwek.
Nagrzać piec do 230 st. C. Wstawić brytfannę do piekarnika. Piec przez 20 minut w wysokiej temperaturze, a potem przez 2,5 godziny w temperaturze 130 stopni. Ostatnie 30 minut z powrotem podwyższyć temperaturę piekarnika, tym razem do 170 stopni, przez co uzyskamy chrupką skórkę. Po wyjęciu pieczeni z pieca, pozostawić ją na pół godziny, żeby wypoczęła i dopiero kroić.

Pasta z przypraw: sól, prażone nasiona kminu włoskiego, pieprz czarny, chili, posiekany rozmaryn i tymianek (oba bez gałązek!), 15 ząbków czosnku, drobno posiekanych, skórka cytryny, łyżka świeżego soku z cytryny. Wszystko utłuc w moździerzu i wymieszać z łyżką oliwy.

Podawać z soczewicą, ziemniakami i duszonymi zielonymi warzywami. Porcja starcza dla 8-10 osób.

Podobno pychota!


Władca much (ang. Lord of the Flies) – powieść angielskiego pisarza, laureata nagrody Nobla, Williama Goldinga, która w alegoryczny sposób mówi o upadku kultury stworzonej przez człowieka. Książka opisuje grupę chłopców, ocalałych z katastrofy samolotu na bezludnej wyspie, którzy próbują zorganizować na wyspie własne społeczeństwo. Początkowo dzieci pozostawione samym sobie zachowują się wzorowo, z czasem zmieniają się w żądnych krwi barbarzyńców, którym nie zależy na powrocie do cywilizacji. Powieść opisuje mechanizmy społeczne, pokazuje degradację wartości, umożliwiającą narodziny tyranii. Proces ten czytelnik obserwuje na przykładzie mikrokosmosu, jakim jest wyspa. Starsi chłopcy reprezentują tu klasę rządzącą, podzieloną na różne frakcje. Maluchy to społeczeństwo, które staje się kartą przetargową w sporach elit.

Władca much, wydany w 1954 roku, był pierwszą powieścią Goldinga i wszedł na stałe do kanonu najważniejszych powieści XX wieku, a w 2005 roku książka znalazła się na liście stu najlepszych anglojęzycznych powieści powstałych od 1923 roku, ogłoszonej przez tygodnik Time. Książka była dwukrotnie filmowana, w 1963 (reż. Peter Brook) i 1990 roku (reż. Harry Hook). Obecnie powstaje wersja filmu o grupie dziewcząt.

Włatcy Móch to polski serial animowany dla dorosłych autorstwa Bartka Kędzierskiego. ”Włatcy móch” są opowieścią o grupie uczniów II klasy, ośmiolatkach Czesiu, Konieczce, Maślanie i Anusiaku.

Boże Narodzenie na Björndal (przedruk)

Trygve Gullbranssen

A lasy wiecznie śpiewają

Jeśli nie pamiętacie: zamożny chłop norweski, Dag, poślubił bogatą dziedziczkę z miasta – Teresę. Nie był to wielki romans, ten zdarzy się dopiero w następnym pokoleniu, ale małżeństwo okazało się bardzo dobre. Teresa nie jest już młodziutką panną, ale po ślubie jest młodą mężatką, to jej pierwsza zima na Björndal. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Jest koniec XVIII wieku, Teresa jest nowoczesną kobietą, która znalazła się w zabitej deskami górskiej wsi, oddzielonej od świata ogromnymi lasami.

Z osiedla zaczęły przychodzić do dworu kobiety. Teresa dziwiła się, że gdy wchodziła do kuchni, kobiety podnosiły się nieśmiało i nisko się kłaniały. Skinęła im głową i zaraz pospieszyła do Daga.
— Przyszło tak dużo kobiet — powiedziała mu. — Czego one chcą?
— Zbliżają się święta — odpowiedział po prostu.
— Tak, ale po co ci obcy ludzie tutaj przyszli?
Dag zapomniał powiedzieć żonie wiele rzeczy. Odłożył pióro i podniósł się.
— To nie są obcy ludzie. Jest tu taki zwyczaj, że przychodzą, aby pomagać przy przygotowaniach świątecznych i przy innej w tym okresie pracy.
— Ależ to bardzo dużo rąk do pracy — zauważyła niepewnie.
— One przynależą tutaj — powiedział Dag.
— Ależ one mieszkają w osiedlu! — rzekła Teresa, nic nie rozumiejąc. — One chyba pochodzą z gospodarstw w dolinie.
— Tak — Dag patrzał poważnie przed siebie — ale widzisz, wszystkie te gospodarstwa
i grunty również przynależą tutaj.
— Przynależą! — Teresa zdziwiła się zaskoczona. — Czy chcesz przez to powiedzieć, że stanowią naszą własność?
— Od dawien dawna całe osiedle Björndal jest nasze.
Zatrwożyła się. Przywiozła z sobą wiele, bardzo wiele talarów, ale posiadać domy dla tylu ludzi było dla niej więcej niż bogactwem. Popatrzyła mocno na męża i odeszła, ale przy drzwiach zatrzymała się.
— Tak. Zbliża się Boże Narodzenie. W domu także urządzaliśmy uroczystość świąteczną, ale tutaj zapewne są inne zwyczaje?
— Tak, to możliwe. Czy Ane Hamarrbó już przyszła?
Teresa nie znała żadnej Ane Hamarrbó. Opuściła ją odwaga. Za dużo wszystkiego naraz.
— Poznasz Ane po jej wzroście. Jest wyższa od innych kobiet. Gdy przychodzi Ane, wtedy nadchodzą święta. Dopóki Ane nie przybędzie, nie wolno palcem ruszyć! O ile wszystko ma pójść dobrze — dodał z uśmiechem.
— Czy to niebezpieczna osoba?
— Nie… — odpowiedział z wahaniem. — Nie jest niebezpieczna, ale tutaj we dworze wszyscy jej słuchają. Jeszcze zanim ja się urodziłem, Ane kierowała przygotowaniami do świąt Bożego Narodzenia. Robi to zresztą już od osiemdziesięciu lat.
— Od osiemdziesięciu lat? — zawołała Teresa. — To ona ma chyba ze sto lat!
— Taka stara chyba nie jest, ale dziewięćdziesiąt na pewno przekroczyła i cieszy się doskonałym zdrowiem.
— I ona ma tutaj rządzić? — głos Teresy brzmiał ostro.
Dag popatrzył na nią.
— Uważają, że tak jest najlepiej.
— Dlaczego? — Teresa chciała wiedzieć. To wszystko wydawało jej się nader dziwne.
— Takie są stare obyczaje — wyjaśnił Dag z poważną miną. — Należy na tyle rzeczy uważać, trzeba wszystko zacząć właściwego dnia. Wszystko, co żyje na ziemi i pod ziemią, musi być właściwie traktowane. W okresie świąt Bożego Narodzenia działają różne złe siły.
— Ależ to są przesądy! — powiedziała przestraszona Teresa.
— Cóż my o tym wiemy? Pewnego razu, gdy Ane zachorowała i nie mogła przybyć, piwo przygotowane na święta skwaśniało. Świece nie chciały się palić, syczały i gasły. Działy się jeszcze inne rzeczy, których już nie pamiętam.
Teresa czuła się bezradna. Ale Dag tłumaczył jej, że znajdzie tutaj wiele rzeczy całkiem innych niż to, do czego była przyzwyczajona. Jeżeli pozwoli Ane w tym okresie zająć się wszystkimi sprawami gospodarstwa domowego, będzie mogła obserwować, a później
przejąć je sama, kiedy Ane już nie będzie na świecie.
Przyzwyczajonej do rozkazywania Teresie nie mogło się to podobać, ale musiała się przystosować. Wyszła z pokoju.
Przez chwilę Dag siedział zamyślony. Uśmiechnął się. Ostrzegł Teresę, żeby nie zadzierała z najniebezpieczniejszą osobą w osiedlu. Stare, dobre obyczaje nie zejdą wraz z Ane do grobu. Zna przecież swoją Teresę i wie, że weźmie sobie za punkt honoru postępować zawsze zgodnie ze starymi zwyczajami, dopilnuje też, aby wszystko odbywało się przynajmniej tak dobrze jak za życia Ane.
To samo myślała Teresa, kiedy wchodziła do sieni po drodze do kuchni. W tym momencie otworzyły się drzwi wejściowe i do środka, weszła stara kobieta. Postać wysoka i koścista. Ane Hamarrbó.
Teresa poznała ją natychmiast
Przez krótką, naprężoną chwilę mierzyły się wzrokiem: stara, która w życiu tylu ludzi stanowiła potęgę, respektowaną w całym osiedlu i znała każde urodzone w nim dziecko,
i która od czasu dłuższego, niż ktokolwiek mógłby pamiętać, organizowała wielkie uroczystości na Björndal — i nowa pani, która nie znała nikogo, ale która miała tutaj rządzić, być może, jeszcze wiele lat po śmierci Ane.
Ane stała w świetle kominka, tak że Teresa mogła widzieć wyraźnie część twarzy, nie zakrytej chustką. Twarz ta wyglądała jak zrobiona ze starej stwardniałej skóry. Była nieruchoma, tylko oczy świeciły niebiesko i przenikliwie w cieniu chustki. Teresa przyglądała się jej z ciekawością, lecz zaraz zauważyła, że sama też znajduje się pod
baczną obserwacją. Podeszła do Ane i podała jej rękę. Wyciągnęła się ku niej sucha, twarda i zimna od mroźnego powietrza dłoń.
— Nie wiem — odezwała się Teresa — czy jako nowo przybyła mogę powitać tu kogoś, kto od tak dawna mieszka w tym dworze.
Ane zdjęła chustkę z głowy i zaczęła ją powoli składać. Przez ten czas Teresa mogła się jej dobrze przyjrzeć — oglądała jej srebrne włosy jeszcze wciąż falujące, jej pokryte bruzdami czoło, długi, zakrzywiony nos, jej zasuszone usta bez warg i pomarszczone, jak gdyby pozszywane licznymi ściegami, stanowczy podbródek, wystający mocno do przodu. Twarzy, tchnącej taką powagą i takim spokojem, Teresa nie widziała jeszcze u żadnej kobiety. Ane wciąż milczała, i Teresa zaczęła już podejrzewać, że jest głucha i niema…
Tymczasem Ane złożyła nareszcie chustkę i znów podniosła wzrok na Teresę. Przemówiła. Nie była to odpowiedź na słowa Teresy, mówiła teraz to, co myślała.
— Widzę, że nie jesteś młodziutka.
Czegoś podobnego Teresa nigdy jeszcze nie słyszała. Nie wiedziała, czy się uśmiechnąć, czy też przyjąć te słowa z poważną miną.
Staruszka nie zważała na jej zakłopotanie i mówiła,
a raczej myślała głośno dalej. (…)
W jej twarzy było coś, co wzbudzało zaufanie, nie umiała jednak tego określić.
— Czy nie chciałabyś się posilić czymś gorącym po tak długiej
jeździe na mrozie? — zapytała Teresa, aby zmienić temat rozmowy.
— Zwykle częstują mnie zupą, ale ty tego nie mogłaś wiedzieć, więc też się nie odzywałam. Teresa czuła się zawstydzona, ale nie dała za wygraną.
— Nie. O tym nie wiedziałam. Ale może byś chciała skosztować czegoś, co obecnie piją ludzie w mieście? To się nazywa kawą i cudownie rozgrzewa w czasie mroźnej pogody.
— Słyszałam o tym — odparła Ane. — Podobno jest okropnie drogie.
— Tak, owszem… — Teresa przyznała. — Ale ja przywiozłam to ze sobą z domu.
— Tak, ludzie w mieście dogadzają sobie. Słyszałam o tym. Warto by chyba tego skosztować.
Teresa szła już do kuchni, ale naraz przypomniała sobie o wszystkich innych przybyłych kobietach. Zwróciła się więc do Ane z zapytaniem, co należało im podać.
— Wilki znajdują sobie żer — odparła. — Same dbają o siebie, kiedy przychodzą i kiedy odchodzą.
Teresa zrozumiała, że nie ma obowiązku wobec innych kobiet, i poszła zaparzyć kawę.
Gdy wróciła, Ane nie było. Teresa zajrzała do sąsiedniej izby. Siedziała tam wygodnie jak osoba od dawna zadomowiona. Teresa przyniosła ciastka i filiżanki. Ane śledziła bacznie każdy jej ruch.
— Widzę, że umiesz zabrać się do rzeczy. Upiekłaś także ciastka dla mnie.
Teresa pomyślała sobie, co by było, gdyby Ane wiedziała, że Dag i ona mają co niedziela kawę z ciastkami.
Oto nadeszła chwila, kiedy Ane po raz pierwszy w życiu piła kawę. Nie wiadomo, czy
z wrażenia, czy też dlatego, że miała już słabą, drżącą rękę — była to długa ceremonia.
Kosztowała i doszukiwała się smaku raz i znowu, bardzo powoli.
— Wcale niezła i dobrze rozgrzewa — powiedziała. Ane nie mogła siedzieć bez końca nad swoją kawą. Jednak kawa z ciastkami, jako coś dla niej nowego, mocno ją intrygowała. Chciała bowiem wiedzieć o kawie jak najwięcej, również
w jaki sposób się ją przyrządza. Po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat Ane Hamarrbó dowiedziała się o czymś nowym w sztuce kulinarnej, a pani na Björndal miała ją tego nauczyć. Ane otrzymała obietnicę, że dostanie trochę kawy do domu, aby syn jej, stary Orn mógł również pokosztować.
Dzięki temu Teresa zyskała sobie potężnego sprzymierzeńca i dziękowała Bogu całe życie za to, że nie okazała Ane żadnego niezadowolenia z powodu jej bezpośredniej, nie przebierającej w niczym mowy.

(…) Nadeszły święta. Rządziła Ane Hamarrbó. Od wczesnego ranka do ciemnej nocy ubijano zwierzynę i warzono, pieczono, szorowano i prano, jak gdyby nadchodził koniec świata. Święta obchodzono wówczas przez wiele, wiele dni i, o ile kobiety nie chciały sprowadzić na siebie nieszczęścia, nie wolno im było w tym czasie wykonywać prac, które mogły były wykonać zawczasu.

Kobiety z osiedla i dziewki folwarczne szły do pracy szeregami jak żołnierze. Parobcy zabijali niezbędne bydło i drób, przynosili wodę i drzewo, pomagali przy cięższych robotach. Nikt nie odważył się szemrać. Ane nie traciła słów na próżno. Oczy jej były wszędzie, palące i przenikliwe, jej kościste palce groziły. Więcej nie trzeba było. Miało się wrażenie, że koścista jej postać posiada jakąś magiczną władzę nad ludźmi. (…)
Teresa robiła to, co i wszyscy. Słuchała Ane i dziękowała Bogu za to, że postąpiła tak mądrze. Jakże by dała sobie radę z tym wszystkim bez Ane Hamarrbó? Stałaby się pośmiewiskiem dla całej okolicy, także dla Daga.
W swojej izbie sypialnej zapisywała dokładnie co do dnia i godziny wszystko, co się teraz działo. (…) Zdarzało się czasami, że nie zgadzała się z Ane. W niektórych rzeczach znała lepsze sposoby, ale milczała. To były słowa Ane: „Musi rządzić ten, kto jest do rządzenia powołany”.
W czasie wszystkich posiłków Ane zjawiała się w izbie i jadała razem z Dagiem, Teresą i jej siostrą Dorotą. Pewnego dnia powiedziała do Teresy:
— Palisz światło w swojej izbie aż do północy. Czy boisz się ciemności?
Teresa wiedziała, że niepotrzebne palenie świecy było wielkim grzechem. Wytłumaczyła, że zapisuje do książki wszystko, czego się teraz uczy w sprawie przygotowań świątecznych. Ane siedziała ze wzrokiem utkwionym przed siebie i długo nic nie mówiła. Teresę zdjął śmiertelny strach. Może jej się coś nie podobało?
Wreszcie Ane przemówiła:
— Umiesz więc również pisać?
— Tak.
— Ten musi zapisywać, kto ma złą pamięć.
Teresa pomyślała sobie, że raz przecież będzie mogła próbować zmienić sąd Ane. Dlatego wyjaśniła jej, że nie pisze wyłącznie dla siebie, bo nadejdzie dzień, kiedy nie stanie ani Ane, ani jej. Wtedy może przyjdzie nowa pani i będzie z chęcią czytała z notatek Teresy, jak to Ane Hamarrbó przygotowywała święta gwiazdkowe.
— Myśli twoje sięgają daleko — powiedziała stara.
Po chwili nadszedł Dag. Gdy zjedli, Ane podniosła się i powiedziała do niego:
— Masz więcej rozumu w kwestii małżeństwa niż wielu z twoich krewnych.
Daga zmieszało to trochę, ale zrozumiał i spojrzał ukradkiem na Teresę. Oczy ich spotkały się rozbawione.
Gdy święta Bożego Narodzenia nadeszły, praca dla kobiet z osiedla skończyła się. Wróciły do domu, niosąc ze sobą resztki mięsa pozostałego z uboju. Ostatnie dni pracowały już tylko te kobiety, które na stałe należały do dworu. Ane miała pozostać do ranka wigilijnego. Na Hamarrbó jest dosyć rąk do pracy — mówiła. Teresa nie wątpiła, że ręce te pracowały tak, jak je tego nauczyła Anne.

Tłumaczenie Henryk Goldman i Henryk Leśniewski


Autor żył na przełomie XIX i XX wieku (1894 – 1962).
Książkę (w norweskim wydaniu trzytomową) napisał w latach 1933-1935. Trylogia stała się światowym beststellerem i została przetłumaczona na 20 języków.
W roku 1959  powstał austriacki film wg pierwszego tomu trylogii (reżyseria Paul May), w 1960 – wg drugiego (reżyseria Gustav Ucicky).

Nie znalazłam w sieci filmu, ale znalazłam zwiastun. Nie wróży chyba nic dobrego: