Barataria czy Mamona

Juan López Báuza

Barataria, rozdział XXXIII

O  Książce
Barataria już TU pisałam. Przejrzałam ją strona po stronie, szukając słowa Barataria, ale nie znalazłam. Zamieszam Wam tu (bardzo) swobodne tłumaczenie własne z pomocą google’a, Ponsa i rybki Babbel, przeze mnie też mocno skrócone, bo oto w rozdziale XXXIII dwójka naszych bohaterów, biały portorykański Amerykanin, weteran wojny w Wietnamie i archeolog, Chìquitín, oraz jego czarnoskóry asystent, Margaro Velasquez, schodzą podobnie jak Don Kichot i Sancho Pansa do jaskini. Tu też, a więc około strony 700, pojawia się po raz pierwszy jakiekolwiek odniesienie do dzieła Cervantesa, z którego autor zaczerpnął wszak tytuł swej powieści. Nadal jednak nie wiadomo, dlaczego Barataria (oprócz własnych skojarzeń czytelnika), bo to słowo nigdzie się nie pojawia, ale za to właśnie tu pojawi się jej przeciwieństwo (Barataria, przypomnijmy, to Taniocha), czyli …

Mamona

Dotarli do lasu u podnóża góry, która wyglądała jak stroma książka, prawie całkowicie pozbawiona roślinności, z wyjątkiem jednej czy drugiej kępy chwastów. Przeszli dziwne pasmo gór, które wyglądały, jakby biegły i weszli do doliny, która wydała się im naturalnym amfiteatrem. Zauważyli, że głęboko w dole migocze światełko. To Indianie, domyślił się archeolog. Małe światło poruszało się jak pochodnia trzymana w dłoni.
– Bądź ostrożny, Don Chiquito, ostrzegł swego pana Margaro. Być może musimy stawić czoła nowym wrogom, takim, którzy, jak się zdaje, chowają się za kamieniami. Przysięgam ci, panie, że jesteś fenomenem, magnesem dla przeszkód i nieszczęść. Nigdy nie spotkałem osoby, która dostawałaby tyle myszy. Zamierzam założyć mój magiczny pierścień na wypadek, gdybyśmy natknęli się na niebezpieczeństwo i musieli podjąć działania w celu zachowania naszej fizycznej integralności. Z głębin plecaka Margaro wyciągnął pierścień i włożył go na palec. Jego zdaniem pierścień miał moc czarodziejską, którą wspierało światło księżyca. Jego panu wydawało się niekiedy, że pierścień żyje własnym życiem. (Nie wiem jeszcze, czy ten pierścień jest w dalszej części opowieści ważny, w tym rozdziale nie odgrywa żadnej roli, ale na wszelki wypadek go tu zostawiam – uwaga tłumaczki.)
Don Chìquitín zlekceważył pierścień i zaproponował, żeby pójść na dół i zbadać, skąd dochodzi owo odległe światło. Błąkało się tu i ówdzie, a gdy się zbliżyli, zniknęło w załomie skalnym. Znajdowało się tam zapewne wejście do jaskini. Chìquitín zawołał, pytając nosiciela światła, czy jest duchem czy człowiekiem?
– Nie odpowiada, powiedział Margaro, bo nie zna hiszpańskiego. To na pewno stary człowiek, którego plemię porzuca w lesie, żeby tam znalazł śmierć. Albo duch.
Huisan huisan huisan… Niem iroponti nucusile, niem caniscotu nucusuru, wa-tti-un-ttia-hudu-n da-llua hall-kebbe, acaheu hamuca nhem araméta.
Płomień zareagował na te słowa. Margaro tryumfował.
– To indiański duch.
– Nie, powiedział archeolog. Przybyliśmy tutaj, jak sądzę, przez Sierra Bermeja, a jeśli jesteśmy w Sierra Bermeja, to może weszliśmy w region anomalii, którego jeszcze nie zbadano, dlatego nie wiadomo, jak się tu poruszać, i ani z mapą, ani z kompasem nie można go rozpoznać.
I znowu coś długo wołał w kierunku skały.
– Co mu powiedziałeś?, zapytał Margaro.
– To, co się mówi najpierw, w obliczu czegoś, czego nie znamy, że przychodzimy w pokoju.
– Tyle gadania, by powiedzieć coś tak prostego? – zapytał Margaro.
– Pamiętaj, przyjacielu Margaro, powiedział Chìquitín, że mowa, o której mówisz, to w zasadzie Arawak, a w tym języku skojarzenia, ruchy, działania są eksponowane w znacznie bardziej wyrazisty sposób niż w hiszpańskim. Jak mówisz, musisz użyć wielu słów, żeby powiedzieć to, co chcesz powiedzieć, że ojcowie są dobrzy, a matki mądre, nawet jeśli już umarli, i że nasze serca się radują, i ich serca też, chociaż to skrywają.
Obaj wdali się w zgoła niepotrzebną dyskusję na temat języków, głosząc wyższość prostego a przeto pragmatycznego angielskiego nawet nad rozlatanym hiszpańskim, a co dopiero metaforycznym indiańskim.
Po chwili zajęli się jednak ponownie tym, co ich tu przywiodło – tajemniczym światłem. Było tak blisko, gdy więc zniknęło, było jasne, że skryło się we wnętrzu jakiejś groty lub wgłębienia u podnóża góry. Nie mogli się tam zbliżyć ukradkiem, bo chociaż szli na palcach, ich przybycie oznajmiał szelest liści i trzask suchych gałęzi. Przy wejściu do jaskini Chìquitín ponownie krzyknął:
Huísan, matunjerí, nazywam się Chìquitín Campala Suárez.
– Śmiało, wejdź, odpowiedział po hiszpańsku ochrypły głos z głębi jaskini. Chìquitín wszedł do jaskini przez siatkę przeciw owadom. Margaro podążył za nim i obaj weszli do tego zakątka, pełnego najczarniejszej samotności.
Ponieważ ściany jaskini były zakryte różnorodnymi kolorowymi tkaninami, zmysł wzroku nie był w stanie jednoznacznie ocenić wielkości groty. Na prawo od wejścia w wyrzeźbionym w kamieniu wgłębieniu znajdowało się coś, co można nazwać rustykalną kuchnią, z podstawowymi przyborami, kuchenką i miskami z wodą. Podobne wgłębienia o różnych rozmiarach wykopane i wycięte w innych częściach jaskini, tworzyły szuflady, siedzenia, a nawet łóżka. Nie było żadnego krzesła, ale lewy koniec jaskini wyglądał jak duży stół lub ołtarz. Tam wreszcie zauważyli kształt podobny do człowieka, leżącego w jednej z nisz. Gdy podniósł się na ich widok, stwierdzili, że był to Indianin z portorykańskiego plemienia Taíno. Mężczyzna mówił jednak znakomicie po hiszpańsku.
– Przynieś lampę, powiedział mężczyzna do Margaro.
Miał włosy równo przycięte w połowie czoła, cerę poczerniałą od starości i wieloletniego używania barwników, i wyblakły tatuaż, w przekłutych uszach tkwiły dwa młode pędy bambusa, przegrodę nosa przekłuwał podobny choć krótszy kawałek łodygi bambusa. Wydał się im człowiekiem pradawnym. Margaro podszedł do lampy, zdjął ją z gwoździa i przyniósł mężczyźnie, który niemal jak odaliska spoczywał, nie, jak uprzednio sądzili, w niszy ściennej, lecz na długiej ławie pełnej poduszek i kilimów.
Duży stół czy ołtarz był masywnym prostokątnym kamieniem. Był pokryty rzeźbami i umieszczony na czterech szerokich pniakach.
Margaro powiesił lampę na haku i wtedy zobaczyli, że ten pozornie prymitywny mężczyzna jest ubrany w koszulkę trykotową i normalne spodnie. W swych pierwotnych aspektach fizycznych człowiek ten był esencją starożytnych Taíno, ale w akcesoriach i sposobie wyrażania się widziało się, że jest to zwykły i zwyczajny Portorykańczyk.
Jasne światło pozwoliło im zobaczyć rzeźbione motywy ołtarza i były to… chińskie znaki. Blat przykrywała mata, a na niej leżało kilka przedmiotów: szklanka z jakąś ciemną miksturą, która z uwagi na swój wygląd sugerowała, że nie była to mikstura nieszkodliwa. Był tam też rodzaj rurki w kształcie rogu barana, którą ten człowiek wciągał zapewne w nozdrza sproszkowane ziele cojoby.
Chìquitín wyjaśnił później Margaro, że cojoba (Anadenanthera peregrina) to roślina, której portorykańscy Indianie przedkolumbijscy używali podczas rytuałów. Zioło wywoływało wizje. Na stole leżało też kilka chińskich mandarynek, a także gruba i poszarpana książka, jak się wydawało, jedyna rozrywka tego ponadczasowego człowieka w tej ponadczasowej jaskini. Pomimo iż nosił zwykłe ubrania, ostatnią rzeczą, której Chìquitín i Margaro się spodziewali, była właśnie umiejętność czytania. Ale jeśli by nie umiał czytać, to skąd się tu wzięła książka?
To było prawie niemożliwe, fantastyczne.
Indianin wskazał im niskie pnie po drugiej stronie stołu.
– Co czytasz?, zapytał Chìquitín, nie mogąc opanować ciekawości.
– Jest to jedyna księga warta przeczytania przed śmiercią, powiedział Indianin, Don Kichot.
– Don co?, zapytał Margaro, dla którego jedynym odniesieniem do tej postaci w literaturze była etykieta rumu ponceño nazwanego na cześć tego dżentelmena.
Don Kichot, wyjaśnił Chìquitín, bardzo hiszpańska książka, stara pisanina dla chłopaczków.
– Mylisz się, powiedział Indianin. To bardzo fajna książka, najlepsza, jaką kiedykolwiek napisano. Może dla chłopaczków tamtych czasów była zabawna, ale są tam tematy znacznie głębsze. Jest to jedyna księga warta posiadania. Czytam ją od czterdziestu lat i każdego dnia znajduję coś nowego.
– Należy do minionej epoki, powiedział Chìquitín, oferuje nauki bezużyteczne w czasach, w których żyjemy, jest nieaktualna.
– Posłuchaj mnie, don jakiś tam, powiedział Indianin, mogę być tym, kim się wydaję i możesz o mnie myśleć, co chcesz, ale tutaj prymitywem wydajesz się mi właśnie ty…
– Wygląda na to, że rzeczywiście czytasz tę książkę, powiedział pojednawczo Margaro.
– Nie daj się zwieść, interweniował Chìquitín, nie rozmawiasz z naukowcem, to, co on robi i gada, jest bez sensu.
– A kim wy jesteście?, zapytał Indianin.
– Jesteśmy archeologami, odparł Chìquitín, a raczej to ja jestem archeologiem, a to jest mój asystent. Przybyliśmy tu, szukając śladów ostatniego plemienia Indian Taínos, a ty na pewno wiesz o nich bardzo dużo.
– Pierwszą rzeczą, jaką mogę o nich powiedzieć, jest to, że są bandą drani i durniów, odpowiedział mężczyzna z absolutnym przekonaniem. Nie warto się nimi zajmować, interesuje ich tylko oszustwo i seks. Są bandą degeneratów.
– Mamy poważne powody, aby nawiązać z nimi kontakt, powiedział Margaro.
– Jakie?, zapytał sucho Indianin, a jego długie paznokcie obierały bardzo powoli jedną z chińskich mandarynek.
– Na przykład Guanin, odpowiedział Margaro, i skradzione obrazy.
– Opowiem wam coś, odparł Indianin, nie uwierzycie, ale ci durnie wyrzucili do kąta wyjątkową relikwię, czczoną przez naszych przodków, wodzów Boriken.
Obaj przybysze przytaknęli w milczeniu.
– Indianie nie są już sobą, nie są ani rdzenną ludnością, tymi dobrymi dzikimi z dawnych czasów, ale nie są też dzielnymi Taínos z czasów, gdy walczyliśmy! Dziś są to zdrajcy i kanibale, są gwałtowni, dzicy, nieprzyzwoici i tchórzliwi.
– Skończ już, powiedział archeolog.
– Dziękuję…, tubylec odpowiedział westchnieniem. Nazywam się Pablo Podamo. Byłem kacykiem tych niesławnych żmij, dziś żyję, wdzięczny losowi, że jestem z dala od mojego plemienia. Ani oni mnie nie odwiedzają, ani ja ich. Wszelkie kontakty między nami są zakazane. Żyję głównie jedząc szczury górskie, które łapię w sidła, oraz mięso iguan, które są tak dobre jak kurczaki.
– Nie jesz jutii?, zapytał Chìquitín. Podobno mięso szczurków nadrzewnych jest o wiele smaczniejsze niż innych szczurów.
– Tak, hutie są bogate w wartości odżywcze, ale nie widziałem ich od stuleci. Mieszkam tu szczęśliwy, zbieram trawy, łowię zwierzęta na mięso i czytam Don Kichota. I chronię relikwię, jaką jest chiński kamień.
– Co?
– Chiński kamień.
– Jaki chiński kamień?, zapytał Chìquitín, zaskoczony tym objawieniem i oczywistym odniesieniem do kamienia, przy którym siedzieli i który służył jako stół.
– Chiński kamień, tak, ten, który tu widzicie, to jedna z najstarszych relikwi ludu Taíno. Ma lekko licząc sześćset lat, co najmniej sto lat więcej niż Wielkie Słońce Agüeybana, uświęcone w naszej kulturze. Jego kult jest bardzo zawiły, i gdyby nie ja i kilka innych osób, których już nie ma, dawno by zaginął, i on, i słuch o nim. Młodzi Taínos nie są zainteresowani przeszłością, tradycją, językiem, kultem wrogów i bóstw, a tym bardziej kultem chińskiego kamienia. Lubią tylko to, co łatwe i szybkie. Nikt nic nie rozumie. Nikt nic nie wie. A przecież nie wiemy, ilu ludzi ten kamień uzdrowił przez wieki! Kiedy przeszedłem na emeryturę jako kacyk (starych się zawsze usuwa, choć ja wszak wciąż jeszcze jestem w pełni moich możliwości, mam zaledwie sześćdziesiąt lat i jestem jak kokos!), usunięto kamień z ołtarza głównego, ponieważ przeszkadzał. Próbowałem go umieścić gdzie indziej, na jakimś polu za wsią, dla tych, którzy nadal zechcą go otaczać kultem. Ale kacyk obecnie nie ma władzy. Nie jesteśmy już bogami na ziemi, tak jak nimi byliśmy w dawnych czasach. Teraz nas wyrzucają z najbłahszej przyczyny. Zostałem kacykiem z linii matczynej, ale ci, którzy przyszli po mnie, zostali narzuceni wolą mas, ściślej rzecz biorąc, nawet kilku mas, choć jakie to masy, skoro żadna nie przekracza kilku setek ludzi. Kiedy zdetronizowany zostanie bóg-król, król-człowiek odłoży go lub wyrzuci, jakby zjadł pizzę i wyrzucił opakowanie.
– Chcesz powiedzieć, Don Podamo, że Taínos znają, czy znali chiński?, powiedział zdumiony Chìquitín. Nie mogę się zgodzić z taką teorią. To nie może być. Czy to właśnie nazywamy chińskim bajaniem? Chińscy indianie Taínos!? Nie! Tutaj musisz rzucić kotwicę i zatrzymać konia, Don Podamo.
– Wie pan, Don Chiqui, wspomniałem już panu o tym dawno temu, powiedział Margaro, którego informacje zawsze się zgadzały.
Chhìquitín zastanowił się. Coś w tym musiało być, skoro nawet jego niepiśmienny asystent coś o tym wie. Co za niespodzianka!
– Ludzie z Orientu, powiedział Indianin, przybyli tu prawie sto lat wcześniej niż Hiszpanie. Przypłynęli na statkach, a było ich dwadzieścia razy więcej niż potem statków hiszpańskich. Było ich pełno, jak mrówek. Kamień był darem pozostawionym dla kacyków tamtych czasów, przodków Agüeybaná, których Chińczycy nauczyli mechanizmu jego działania. Od wizyty Chińczyków datuje się kult kamienia, tak mówi tradycja, i był to czas, gdy kultura Taíno osiągnęła swój najwspanialszy rozkwit.
Zapadła chwila ciszy.
– Ale, kontynuował Podamo, jak zawsze, niezależnie od kultury, pochodzenia czy okoliczności, kacykowie poczuli siłę, która wsączyła się w nich jak trucizna, poczuli dumę, zapomnieli o kulcie kamienia. Właśnie wtedy przybyli Hiszpanie, którzy wraz ze swoimi dzikusami zabili prawie wszystkich Indian. Kiedy rzezie się skończyły, lud Taíno, a raczej jego resztki, schroniły się w Bosque do Maricao. Tam doszło do odrodzenia i przywrócenia rytualnego kultu kamienia, przypomniano sobie o Chinach. Plemię, ukryte w niedostępnych górach, pozostawało bezpieczne i przez ponad pięć wieków nieodkryte. Zapewniam cię, ja, Pablo Podamo z rodu kacyków, byłbym, gdyby matrylinearne prawo dziedziczenia władzy nadal obowiązywało, wodzem i jeszcze przez wiele lat sprawowałbym dobre i mądre rządy.
– A co mówi kamień? Jak go używasz, co jest na nim napisane?, zapytał Margaro.
– Nikt nie wie, co się kiedyś wydarzyło, jedno jest pewne, że wszyscy zapomnieli, co mówi i co może kamień. Kiedyś zatrudniłem tłumacza, żeby to rozgryźć, a ten powiedział nam stek bzdur. Później odkryliśmy, że nie znał mandaryńskiego. Oszukał nas. Ale jedno jest pewne, gdy uda się nam odkryć tajemnicę kamienia, odzyskamy siłę, bo chiński kamień ma moc przekształcania rzeczy, które nas otaczają, i może ruszyć z posad bryłę świata. Jeśli potrafimy prawidłowo przestrzegać liturgii, kamień może przekształcić wszechświat!
– Ale, zaprotestował Margaro, korzystasz z kamienia w sposób mało święty.
– To kamuflaż, by nikt go nie rozpoznał, ani nie zbezcześcił. Nikomu nie przyjdzie do głowy, że ja, wyznawca najbardziej oddany kultowi kamienia, mogę go używać jako stołu. Ale, jak widzicie, nie przygotowuję na nim posiłków. Pozwalam sobie postawić na kamieniu szklankę kawy, położyć książkę. To czyste przedmioty, nie są w stanie zaszkodzić mocy kamienia. I kilka mandarynek.
– Nie byłbym taki pewny, jeśli chodzi o książki, niektóre przynoszą katastrofy, a nawet masakry, odparł Chìquitín, który skorzystał z okazji, by zademonstrować umiarkowanie rygorystyczne myślenie racjonalnego naukowca.
Don Kichot, jestem pewien, nie był taką księgą. Ta książka musiała być raczej dobroczynna, skomentował Indianin w sposób lekko defensywny.
– Gdzie nauczyłeś się hiszpańskiego, jeśli wolno spytać? Bo używasz go w sposób jak najbardziej naturalny. A skoro nauczyłeś się hiszpańskiego i nawet czytasz w tym języku, nie było chyba tak źle z twoim wychowaniem, powiedział Chìquitín.
Podamo zignorował jego pytanie.
– Mój lud nadal mieszka w Maricao. Nie różnimy się niczym od reszty od populacji. Oprócz mnie, ponieważ byłem wodzem i musiałem mocno barwić skórę i zdobić ją bambusami. Dlatego mieszkam tu, z dala od nich, ponieważ ludzie, gdy mnie widzą, się boją. Dzieci płaczą, kobiety uciekają, moi pobratymcy myślą, że muszą się bronić przede mną. Każda wyprawa do cywilizacji jest dla mnie wyzwaniem i częścią walki o me własne przetrwanie. Zresztą rzadko się stąd oddalam, bo ktoś musi strzec wejścia do tajemnej Jaskini. Pod żadnym pozorem nikt nie może tam wejść bez mojej obecności i mojej rady.
– Jakie wejście, jakiej jaskini?, przerwał Chìquitín, rozglądając się po wnętrzu groty Don Podema.
– Jaskinia Guacayríma, gdzie światło dociera aż do trzewi Ziemi.
– Guacayríma? Jesteś pewien? Czy to znaczy Iguanaboina? spytał Chìquitín.
Podamo powtórzył:
– Nie, to Guacayríma.
Podamo powiedział im, że raz na rok matka Ziemia oddaje się Słońcu, które wnika w nią, dostarczając Ziemi życiodajną energię.
– Czy Słońce penetruje Matkę Ziemię przez odbyt? spytał Margaro.
– Nie traktuj tego jako perwersji, powiedział Chìquitín. Pamiętaj, że mówimy o symbolach, obrazach, przypowieściach i alegoriach.
– Alergiach?
– Alegoriach! Ten człowiek nie mówi jak naukowiec, jego opowieści pochodzą z mitologii, są zarazem prawdziwe i nieprawdziwe.
– Panie Chiqui, tu już pan przerąbał, czasem mówi pan dosłownie jak Bóg, ale czasem jak kompletny idiota. Kiedyś słyszałem o takiej chorobie, nazywa się bipolarna. Może pan zapyta swojego doktora…
– Powiedz, Don Palomo…, powiedział Chìquìtín, o przepraszam, don Podamo, powiedz, gdzie jest ta jaskinia Guacayaríma? Czy chodzi o tę jaskinię z rzeźbionymi stalagmitami, Iguanaboína na Haiti, którą nazywa się, za przeproszeniem, pierwszą dziurą Antyli?
– Grotą, powiedział Don Podamo z naciskiem. Są trzy miejsca święte, trzy miejsca indiańskich ofiar. Pierwsze – Iguanaboína na Haiti, drugie to Mamona, a trzecie to właśnie Guacayaríma.
(Uwaga tłumaczki – jaskinia Iguanaboína na Haiti jest bardzo znana, ale o dwóch pozostałych w źródłach naukowych nie ma mowy.)
– Aha, a ta tutaj jest zwieraczem, Margaro roześmiał się głośno, a jego śmiech odbijał się jak gumowa kula od ścian groty. Mamona!
– Don Podamo, zapytał Chìquitín, którędy wchodzisz do wnętrza świętej Jaskini?
– Tędy, powiedział Podamo, za tą zasłoną. Indianin obrócił się i wziął do ręki grubą makatę, która wisiała za nim na ścianie. Zamiast gładkiej powierzchni, kurtyna odsłoniła coś, co nie było zwykłą ciemnością, lecz zawrotną otchłanią, skąd dobiegało przerażające wycie. Skóra im ścierpła, spojrzeli na siebie, nie wiadomo, przestraszeni czy podnieceni.
– I co jest w tej jaskini?, spytał Chìquitín.
– Trudno to zdefiniować, odparł Podamo. Musicie to zobaczyć na własne oczy, trzeba rzucić okiem na to, co wydala Ziemia, żeby zrozumieć. Śmiało! Zapraszam do zejścia.
– Nie, powiedział Margaro, nie wahając się ani sekundy, nie ciekawi mnie to. Ale ty, panie, jeśli taka twoja wola, zejdź do boga, który tam jest, choć nie wiadomo, czy leci, czy nadchodzi i trzeba koło niego chodzić jak mokry kot. Ty panie, idź, ale nie ma mowy, ja nie idę. Zostaję. Nie ciekawi mnie, co się znajduje w jelicie grubym Ziemi. Poczekam tutaj i popilnuję naszych rzeczy.
– Jak chcesz, przyjacielu, powiedział Chìquitín. Don Podamo, idziemy. Matko Ziemio, chcę się zanurzyć w wnętrzności Mamony.
– Guacayarímy, poprawił go Podamo.

___

Autorka wpisu, tłumaczka, adminka sprawdziła parę rewelacji z tego rozdziału. Istnieje lud Taíno czyli Indianie z plemienia Arawak, mimo że już ponad sto lat temu podobno zostali całkowicie wyniszczeni, co by może potwierdzałoby tezę autora, że Indianie skryli się w niedostępnych regionach Portorico, jak kiedyś Neandertalczycy w Himalajach. Istnieje też haitańska jaskinia Iguanaboína. Wejścia do jaskini chronią podobno dwa posągi lokalnych bóstw, a wewnątrz znajdują się rzeźbione stalaktyty i stalagmity. Jednak jaskinia znana jest tylko z opracowań naukowych i nie ma jej na stronach internetowych. Nie ma też rumu Don Quijote tylko Don Q. Czyli jednak, póki co, wydaje się, że autor mocno fantazjuje. Jak dowiem się czegoś więcej, to nie omieszkam wam o tym tu napisać.


PS 1: No ale te obiekty jednak istnieją. Złoty Guanin, naszyjnik kacyków indiańskich, Indian z plemienia Taíno. Bohater powieści poszukuje takiego właśnie indiańskiego artefaktu. Miał być ponoć bardzo duży.

PS 2: Oczywiście zdaję sobie sprawę, że archeolog, Don Ch i jego niedouczony a przemądrzały asystent są kolejnym wcieleniem DK i SP.

PS 3: A jak już pomyślimy, że cała powieść jest tylko śmieszną pisaniną ku uciesze chłopaczków, to musimy jednak zastanowić się nad tym, co autor wybrał jako motto swej powieści (fot. str. 3):

Ciąg dalszy nastąpi (kiedyś)

I jeszcze jeden PS, dwa wpisy w Dziennikach Mrożka, nadesłane mi przez Arkadiusza Łubę. Odkrył je badając rysunki satyryczne Sławomira Mrożka. Okazuje się, że opinia Chiquitina, iż Don Kichot jest głupkowatą książką dla chłopaczków, wcale nie jest samotną wyspą na morzu zachwytów.

Katastrofa (zagadka)

Zagadkę przygotował Lech Milewski, nagród nie będzie. Trzeba odgadnąć tytuł i autora tekstu oraz imiona / nazwiska osób zapisanych w tekście zagadki jako Aaaa, Sxxx, Dyyy.

Obie panny doznały uczucia chłodu. Sxxx podniósł głowę i wpatrywał się w Koronę Północną stojącą naprzeciw balkonu. Dyyyyy mówił:
– Wyobraźmy sobie, że kiedyś pisma przyniosą następujący telegram: „W tych dniach astronom taki a taki dojrzał w konstelacji Byka, tuż obok Słońca, nowe ciało niebieskie, które zrobiło na nim wrażenie planety. Obserwacje w tej chwili są przerwane z powodu ukrycia się gwiazdy poza tarczą słoneczną.”

W parę tygodni, gdy publiczność już zapomniała o zjawisku, telegram ogłosił o nim nieco pełniejsze wiadomości. „Nowe ciało niebieskie jest kometą, a raczej olbrzymim uranolitem, równym ziemi lub większym od niej; znajduje się poza orbitą Jowisza, ale szybko zbliża się ku słońcu w linii prostej. Co najważniejsze: droga jego zdaje się leżeć na płaszczyźnie ekliptyki. To ciało niebieskie można już widzieć gołym okiem na godzinę przed wschodem słońca.”

Wiadomość ta, obojętna dla ogółu, od tygodnia zajmowała astronomów, a obecnie zaniepokoiła ludzi obeznanych z astronomią.
Mówili oni: jeżeli ów uranolit toczy się ku słońcu po płaszczyźnie ekliptyki, więc koniecznie musi przeciąć drogę ziemi.
Otóż kiedy on ją przetnie?
Jeżeli kometa, właściwie uranolit, przetnie drogę ziemską przed grudniem albo po grudniu, możemy bezpiecznie przypatrywać się nadzwyczajnemu widokowi.
Ale jeżeli przecięcie nastąpi w grudniu, sprawa stanie się straszną. Może bowiem trafić się zderzenie dwu ogromnych mas, z których jedna leci z prędkością trzydziestu wiorst na sekundę, a druga – nie powolniej. Łatwo zrozumieć, że obie masy przemieniłyby się w kłąb ognia.
Nie trzeba wspominać, że w ciągu następnych tygodni posypałoby się mnóstwo artykułów i broszur roztrząsających kwestię: w którym dniu uranolit przetnie drogę ziemską?
Naturalnie autorzy twierdzili, że o zetknięciu się ziemi z niespodziewanym wędrowcem nie ma mowy, choć już wszystkim było wiadomo, że przecięcie orbity ziemskiej nastąpi w grudniu. Przy czym optymiści twierdzili, że wówczas ziemia od przybłędy będzie oddalona na dziesięć milionów mil, a pesymiści przypuszczali, że będzie odległa na milion mil.

„Ale i w tym wypadku – pisali pesymiści – tylko zobaczymy gwiazdkę kilka razy większą od Jowisza, która szybko przesunie się po niebie od zachodu na wschód.”
„To jeszcze można wytrzymać!” – powiedziała sobie publiczność przechodząc do codziennych kłopotów.
Roztropniejszych jednak uderzył fakt, że astronomowie nie zabierają głosu w tej kwestii, ale że w obserwatoriach trafiają się dziwne rzeczy.
Rachmistrze ciągle mylili się w rachunkach: panowała bowiem niepewność co do prędkości biegu owego ciała niebieskiego. W końcu, co już ukrywano przed publicznością, jeden z astronomów powiesił się, drugi się otruł, a trzeci palnął sobie w łeb. Gdy zaś przejrzano ich rachunki, okazało się, że każdemu z nich wypadło, iż jeżeli uranolit pędzi z szybkością trzydziestu kilometrów i dwustu pięćdziesięciu metrów na sekundę, musi bezwarunkowo zetknąć się z ziemią.

Nareszcie rządy ucywilizowane zabroniły pisać o nadchodzącym zjawisku, ponieważ wielu ludzi ze strachu wpadało w obłąkanie. Ogłoszono tylko notę kilku obserwatorów, że w połowie grudnia ukaże się podczas nocy ciało niebieskie podobne do księżyca w pełni, które w kilka godzin przybierze nieco większe rozmiary, lecz przed wschodem słońca zniknie.
Była to prawda. Astronomowie jednak, którzy pisali ową notę, nie znając dokładnie szybkości uranolitu nie byli w stanie obrachować, jak wielkich rozmiarów dosięgnie ów chwilowy księżyc, czyli – w jakiej odległości przesunie się obok ziemi.

Od czerwca do września nowa gwiazda przesunęła się do konstelacji Bliźniąt, wschodziła po północy i była tak dużą jak Mars. W październiku wyglądała jak Saturn, a jeszcze w listopadzie była mniej świetną aniżeli Jowisz. Wschodziła coraz wcześniej przed północą, rosła nieprędko, ale ciągle, i zbliżała się do konstelacji Raka.
W tej epoce niebieski przybysz już zaczął oddziaływać na ziemię; wprawdzie nie na jej wody lub atmosferę, lecz na jej najbardziej wzniesione punkta, jakimi są – ‘szczyty cywilizacji’.

Europejski chłop, wyrobnik, drobny mieszczanin słyszał coś o nowym zjawisku, lecz nie miał czasu zajmować się nim, pochłonięty troską o chleb, odzież i opał, czego mu ciągle brakowało.
Czerwonoskórzy Amerykanie, Indusi i Chińczycy, wreszcie różne odmiany Murzynów nawet nie zwracali uwagi na drobne światełko sądząc, że jest to jedna z planet, które przez pewien czas błyszczą na niebie, potem znikają i znowu ukazują się w innych gwiazdozbiorach.
Ale inaczej było z ucywilizowanymi a zdenerwowanymi klasami Europy. Miały one rozum, ażeby pojąć nadciągające niebezpieczeństwo, lecz nie były zdolne zapanować nad strachem, bo zabrakło im wiary. Wszyscy niby to drwili ze zbliżającego się końca świata, rozchwytywali odnośne karykatury, biegali na farsy i operetki skomponowane na ten temat; ale myśleli i mówili – tylko o komecie, a każdy dzień powiększał ich beznadziejność. Przy migotaniu złowrogiej gwiazdy widzieli pustkę życia i nicość swoich wierzeń.

Opadły ręce genialnym przedsiębiorcom, którzy łączyli oceany i przekopywali góry: cała ich mądrość, wszystkie machiny nie mogły ani przyśpieszyć biegu ziemi, ani pohamować nadlatującej z boku komety. Struchleli mocarze giełdowi, gdy wytłomaczono im, że wobec możliwej katastrofy miliard nie jest lepszym zabezpieczeniem aniżeli łachman nędzarza.
Rozpacz ogarnęła filozofów wykładających, że jedynym Bogiem jest ludzkość; widzieli bowiem własnymi oczyma, jak łatwo ludzkość traci głowę i jak łatwo zetrzeć ją może lada pyłek nieskończoności.
Mędrcy szaleli, głupcy odurzali się ze strachu; alkohol, morfina i chloral były pochłaniane w nieprawdopodobnych ilościach.

Skutkiem naturalnej reakcji ludzie, którzy rok temu reklamowali potęgę nauki, dziś odtrącili ją z pogardą przeklinając oświatę i zazdroszcząc prostakom. Największą popularnością cieszyła się broszura, w której jakiś obłąkaniec dowodził, że astronomia jest oszustwem, a ciała niebieskie iskrami, które ziemi zaszkodzić nie mogą, choćby wszystkie na nią spadły.

Zaczęto odgrzebywać legendy o końcu świata, a bardzo uczeni mężowie dowodzili, że nic w roku bieżącym nie grozi nam, ponieważ – według Talmudu – jeszcze nie upłynęło sześć tysięcy lat od czasu stworzenia.
Wyrodził się szczególny obłęd – podróżowania. Miliony ludzi zamożnych jeździło z pośpiechem bez kierunku i celu szukając bezpiecznego miejsca.
Lecz gdziekolwiek zatrzymali się, nad morzem czy między górami, wszędzie przyświecała im straszna gwiazda, jaśniejsza aniżeli Jowisz.

W początkach grudnia trwoga panująca między klasami oświeconymi udzieliła się ludowi.
Ale chłop bez względu, czy się lękał, czy nie lękał, musiał młócić zboże; rąbać drwa, gotować jadło i karmić inwentarz. O ile mu zaś zbywało czasu, szedł gromadą pod kościół lub figurę i modlił się. On od dzieciństwa wiedział i wierzył, iż kiedyś musi nastąpić koniec świata; więc gdy nadszedł termin, prostacy bali się – nie zniszczenia, ale sądu.
Toteż między ludem panował smutek, wzrosła pobożność, prawie znikły występki. Człowiek, dbały o zbawienie duszy, nie pił i nie awanturował się; nie potrzebował też kraść, bo zamożniejsi sąsiedzi oddawali mu swój nadmiar.
Wśród powszechnego rozkołysania umysłów tylko dwie istoty pozostały spokojne: żołnierz pod bronią i szarytka. Tamten wiedział, że każdą śmierć powinien spotkać odważnie; ta poleciwszy ducha Bogu nie miała czasu myśleć o sobie, zajęta łagodzeniem cudzych cierpień, których liczba zwiększała się co dzień.

Dyyyyy odpoczął, wypił herbatę, którą podsunęła mu Aaaa, i mówił dalej:
– Wyobraźmy sobie na półkuli północnej kraj górzysty, wzniesiony o jakiś kilometr nad poziom, odległy o kilkaset mil od morza. Przypuśćmy, że w tym szczęśliwym miejscu chwila przejścia uranolitu czy komety przez drogę ziemi przypadałaby w nocy, i pomyślmy, co widzieliby tamtejsi mieszkańcy?
Około ósmej wieczór, w połowie grudnia, razem z konstelacją Raka ukazałby się na wschodzie jasny krąg podobny do księżyca w pełni, tylko – większy. Oryginalny ten księżyc miałby dziwne własności.
Przede wszystkim robiłby wrażenie, że – nie rusza się razem ze sklepem niebieskim, lecz ciągle stoi niezbyt wysoko nad wschodnim widnokręgiem, gdy poza nim przesuwają się konstelacje: Raka, potem Lwa, wreszcie Panny. Nieruchomy ten jednakże krąg wzrastałby bardzo szybko. O dziewiątej średnica jego byłaby dwa razy większą, o dziesiątej – cztery razy, a o północy osiem razy większą niż średnica księżyca w pełni.
W tej ostatniej porze byłby tak ogromny, że równałby się pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu księżycom w pełni, gdyby jednocześnie nie zachodziły w nim szybkie zmiany lunacji. Nowy ten księżyc, który o ósmej był w pełni, już o dziewiątej wyszedłby z pełni, a o dwunastej byłby w kwadrze. W tej postaci jego połowa równałaby się dwudziestu lub trzydziestu księżycom. Wnet jednak kwadra zaczęłaby się zmniejszać tak szybko, że już o pierwszej widać by było na niebie ogromny sierp, który w kilkanaście minut później zgasłby.

Zjawiska te oznaczałyby, że uranolit przeciął o północy drogę ziemską i poleciał dalej ku
słońcu.
Gdyby między mieszkańcami tego błogosławionego kraju znajdował się astronom, mógłby na mocy powyższych obserwacyj zrobić rachunek. I wypadłoby mu, że ów uranolit, wielki i ciężki jak ziemia, przeleciał obok niej w odległości – dwa razy mniejszej aniżeli księżyc.

Mieszkańcy szczęśliwego kraju, a sąsiedzi astronoma, zobaczywszy, że potwór niebieski znikł i nie zrobił im szkody, zapewne oddaliby się radości.
Ale astronom nie cieszyłby się, lecz z niepokojem odczytywałby depesze nadchodzące co kilka minut z innych obserwatoriów, położonych bliżej morza. Jego bowiem rachunki powiedziały mu, że to nie koniec, ale dopiero początek zjawiska, i że kometa, której zniknięcie tak uradowało współobywateli, przeszedłszy obok ziemi wywarła na jej powierzchnię wpływ siedemset razy większy aniżeli księżyc. Księżyc zaś, jak wiadomo, jest motorem przypływów i odpływów morskich.
Otóż między depeszami przychodzącymi z punktów nadbrzeżnych najliczniejsze donosiłyby, że od szóstej wieczór spostrzeżono nagły i silny odpływ morza. Astronom wiedziałby, co to znaczy. Znaczy, że na oceanach Atlantyckim i Spokojnym zaczynają tworzyć się dwie góry wodne, które o północy wzniosą się do trzystu pięćdziesięciu metrów wysokości na podstawach mających przeszło po dziesięć tysięcy mil kwadratowych powierzchni.
W kilka godzin po północy zaczęłyby nadchodzić depesze zawiadamiające o równie szybkim i niezwykłym przypływie mórz, zaś nad ranem… wcale nie przychodziłyby depesze!…

Przyczynę tego zrozumie pani – mówił Dyyyy zwracając się do Aaa – jeżeli dodam objaśnienie, że w niektórych portach europejskich zwykły przypływ dosięga dziesięciu metrów wysokości. A ponieważ wpływ uranolitu na morze byłby siedemset razy większy niż księżyca, wnosić by można, że w portach tych woda miałaby siłę do utworzenia wału równego mniej więcej górze Mont-Blanc!…
Niech pani pomyśli, że wybrzeża morskie w najlepszym razie dosięgają paruset metrów wysokości. Niech pani doda, że to niesłychane rozkołysanie wód trwałoby nie kilka godzin, ale kilka tygodni – że towarzyszyłoby mu parowanie wody, o którego sile nie mamy pojęcia, i – niech pani odpowie, czy te niezmierne deszcze i zalewy nie byłyby potopem, o którym mówi Biblia.

Co wówczas stałoby się z Ameryką Środkową, z Afryką od Gwinei Wyższej do Niższej, z północną Australią, z wyspami Oceanu Indyjskiego?…
Po co wreszcie daleko szukać: czy sądzi pani, że resztki góry wodnej, która powstałaby na Oceanie Atlantyckim, nie zmyłyby Hiszpanii, Francji, Belgii z Holandią, a nade wszystko Wielkiej Brytanii?…
Gdyby kto w rok po uspokojeniu się rozpętanych żywiołów zwiedził zachodnią Europę,
zdumiałby się znalazłszy tylko szczątki niegdyś pełnych życia lądów. Ale ani miast, ani dróg, ani pól i lasów, ani ludzi…
– Awantura arabska!… – mruknął Sxxxxx.

Alte und neue Amerika oder Amerika als Utopiemuster

Brigitte von Ungern-Sternberg

Slubfurt, die Hauptstadt von Nova Amerika (Nowa Ameryka)
Am 29. Februar habe ich in einer kleinen Galerie im Graefekiez Michael Kurzwellys Vortrag zu seiner ’sozialen Plastik’ in Slubfurt und Umgebung gehört.
Slubfurt? Was soll das sein? Es ist ein ‚realer Ort‘, der Name ist eine Schöpfung aus Slubice und Frankfurt und besagt, dass diese kleine Region zwischen den beiden Städten links und rechts der Oder  weder polnisch noch deutsch ist …  eine schöne Utopie! Diese  aber bleibt kein Traum, sondern wird konkret verwirklicht und das in einer östlichen Gegend, von der man hört und liest, dass sich des öfteren Nazis und Antifas feindlich konfrontieren und Asylsuchende und Migranten sehen müssen, wo sie bleiben.
Ich war sehr beeindruckt.
Im Video führt Kurzwelly anschaulich aus, wie man sich das vorzustellen hat, wer die Mitspieler in diesem real existierenden Territorium mit Nationalfahne, Währung, Regierung sind, das sich in der Grenzregion entlang der Oder ausweitet zu ’Nowa Amerika’.

Ewa Maria Slaska

Amerika als ein Utopie-Projekt

The Church of John F. Kennedy, Roman von Thomas Meinecke (Suhrkamp, 1997)

Der Verleger schrieb zu diesem merkwürdigen postmodernen Buch:

Auf der Suche nach den transatlantischen Luftwurzeln der europäi­schen – und vor allem auch: der deutschen – Kultur in Amerika bewahrheitet sich dem Reisenden Wenzel Assmann die These, daß die USA zwar imstande sind, die ganze Welt über den Einheitskamm ihres »Way of Life« zu scheren, dass sie nach innen jedoch eine bis heute äußerst heterogene Kulturlandschaft voller weißer Flecken und schwarzer Löcher aufweisen. Jene Kadenzen, die von den einzelnen ethnischen Gruppierungen der Salatschüssel U.S.A. auf die europäische Nationalstaatlichkeit, der sie einst entflohen sind, angestimmt werden, erscheinen dabei als nach wie vor utopischer Vielklang, der in krassem Gegensatz zu den engstirnigen Bestrebungen des während seines sogenannten Einigungsprozesses in lärmende National- und wütende Kleinstaaterei zerfallenden Europas steht.

Zugegeben, der obige Text scheint einfach geschrieben zu werden im Vergleich mit dem Roman, den er beschreibt. Ellenlange Sätze von Meinecke sind verschnörkelt, modern baroque und zum Teil vollkommen unverständlich. Dafür aber ist die Materie des Meineckes Buches unheimlich unbekannt und daher auch sehr interessant. Es ist Frühling 1990. In Deutschland wird alles durch die Vereinigung gewendet bzw durch die Wende vereinigt.  Wenzel Assman, einem jungen deutschen privat Forschern, gefällt das, was in seiner Heimat passiert, überhaupt nicht. Er ist einer an die Utopie glaubender Kommunist und glaubt zu wissen, dass die utopischen Gedanken, mit denen man sich an die Vereingung ranmachte, wie etwa die blühenden Landschaften von Helmut Kohl, von dem Kapitalismus locker verschluckt werden. Er flieht nach Amerika und hat es überhaupt nicht vor, zurück zu kommen. In Amerika sammelt Assman Informationen über die Deutschen ebendort, seine Studienreisen finanziert er mit Hilfe Deutscher Telefonbücher, die er in kleinen immer noch sehr deutschen Ortschaften in den Südstaaten zu kostenpflichtigen Durchblättern und Kopieren anbietet. Wenn er aber den Süden Richtung New York verlässt und über die blühende Landschaften der protestantischen Utopie Pennsylwania fährt, nutzen ihn seine Telefonbücher nicht mehr. Die Amische, in dessen Land er sich gerade bei dem beginnenden Winter begibt, sind an ihre europäischen Wurzel nicht interessiert. Sie haben auf dem alten Kontinent Verfolgungen erlitten, müssten fliehen und um ihr Leben bangen, dies unterstützt keine Nostalgie nach die alten guten Zeiten daheim.  Sie machten sich nach Übersee, um endlich so zu leben, wie es ihnen ihre strenge protestantische Religion oktroyiert hat. Dort gründeten sie Pennsylvanien, einen Paradies auf der Erde

Dieser Bundesstaat im Osten der Vereinigten Staaten von Amerika wurde von William Penn (1644 – 1718), einen wohlhabenden und einflussreichen Engländer, gegründet. Er war Theologe, Jurist und erfolgreicher Verwalter seiner zahlreichen Güter. Noch in England gesellte er sich der Sekte der Quaker und erarbeitete ein Modell für eine neue quakersche Siedlung in Nordamerika. Nach dem Tod von Penns Vater, berühmten Admiral, Sir William Penn, beglich König Karl II. im Jahre 1681 eine größere Geldschuld, indem er Penn Junior ein riesiges Gebiet in der nordamerikanischen Wildnis vermachte und ihn zum dortigen Gouverneur ernannte. Das neue Land wurde zuerst „Sylvania“ (Waldland) und dann Pennsylvania als Ehrung für Penn-Papa genannt. Noch im gleichen Jahr, 1681, gründete Penn die Hauptstadt Philadelphia, die damit zu den ältesten Städten der USA zählt.

Und jetzt endlich zum Buch! Zum Buch! Seite 196 und drei weitere.

Der Nachmittag begann bereits diesig zu werden, am Horizont tauchten weitere Schneefall verheißenden Wolken auf, Wenzel hatte bestimmt noch siebzig Meilen durch Pennsylvania vor sich, bis er endlich im gelobten Land der geheimnisvollen Amischen einrollen würde. Links eine Abzweigung nach East Berlin, dann eine nach Weigelstown, rechts ging es nach Hanover und dem Lake Marburg, dazwischen New Oxford, York, ein weiteres Manchester und, schließlich, Lancaster. Wo es dort links nach Mannheim abging, hielt er sich rechts, um wenige Meilen weiter südlich in den Highway 340 einzubiegen. Windige, überdachte Pferdewagen, deren dreieckig fluoreszierende Heckmarkierungen in Assmanns Scheinwerferkegeln aufleuchteten, trabten vor dem zerbeulten Chevrolet her, beachtliche Ackergaul-Gespanne zogen, zu beiden Seiten der Landstrasse, diverses, vorsintflutlich anmutendes Bauerngerät in die stattlichen Scheunen, und hinter den Fenstern der großen, weißgestrichenen Gutshäuser wurden die ersten Kerzen angezündet. Wenzel hielt den Atem an und war tatsächlich etwas erleichtert, als ihm, auf der verschneiten Gegenfahrbahn, eine Kolonne benzinbetriebener Kraftfahrzeuge begegnete, welche ihrerseits, wie Assmann, hinter einem Pferdebuggy klebte. Halleluja, dachte Wenzel, und schlug mit der flachen Hand auf das Lenkrad. Er war nunmehr ein paar Autostunden von New York City entfernt, wenn er sich hierbei nicht gerade um einen weißen Flecken der Karte handelte, so doch, ganz offensichtlich, auf ein weiteres schwarzes Loch in American Dream gestoßen!

Wenzel Assmann beschlos eine Reihe von Tagen im Landkreis der sogennanten utopischen Gemeinden zu verbringen, und bog zwischen den Dörfern Bird-in-Hand und Intercourse, auf deutsch hieß das Geschlechtsverkehr, in die südliche Harvest Straße Richtung Orchard View Motel ein.
Das hübsche Gasthaus wurde von einer Familie abgefallener Amischer betrieben; das hieß, sie waren lediglich noch die reguläre Mennoniten, durften mit der Welt verhandeln, zum Beispiel Gastgewerbe treiben und sogar schwarzlackierten Autos fahren, vorausgesetzt, dass sie an diesen auch alle Chromteile, Zeugen irdischer Eitelkeit, schwarz einfärbten. Ein solchermasse komplett schwarz geschwärzter Chevy Impala parkte dann auch im Hof des Orchard View Motel; dem gewöhnlichen Kinogänger wäre er wie Killer-Limousine aus einem Carpenter’schen Siebziger-Jahre Film vorgekommen, allein der Eingeweihte wußte von dem schicken Design tiefdemütiges Täufertum altdeutscher Zunge auszumachen. Gut nacht! Motelbesitzer Stauffer schlurfte in sein Haus zurück: wahrscheinlich legte er sich schon um acht zu Bett. Assmann dagegen machte sich putzmunter daran, sein Auto auszupacken. Neben ihm logierte ein älteres Ehepaar aus Manhattan, das seine eigenen, lange zurückliegende Hochzeitsreise, vom deutschen Pennsylvanien bis zu den beinahe kosmisch rauschenden Niagara-Fällen, noch einmal über die Weihnachtstage nachvollzog. Zwar waren die beiden extra ins abgelegene Orchard View Motel gegangen, aber daß dessen menonnitischer Besitzer absichtlich keine Fernsehgeräte in die Zimmer gestellt hatte, hielten sie doch für übertrieben und kaum erträglich. Zweiter Themenschwerpunkt der New Yorker, wann immer Assman einen neuen Karton Bücher in sein Zimmer schleppte: Die USA würden von Rechtsanwälten regiert und also ruiniert; auch diese durchaus einleuchtende Verschwörungstheorie hatte Assmann schon des öfteren gehört. Ihm war nun aber weder nach einer leichten Seifenoper noch nach gravierendenr Rechtsprechung zumute, also wunschte er den Yankees einen schönen Abend, holte, bei Stauffer war schon alles dunkel, seine Yuengling-Sechserpackung aus dem Kofferraum und schloß sich in der frommen Stubbe ein. Auf dem Kopfkissen des voluminösen Federbett, wie aus einem Wilhelm-Busch-Bogen, dachte Assmann, lag ein winziges Brustbild des täuferischen Theologen Menno Simons inklusiver rückwärtiger Kurzbiografie; der Mann war 1496 in Witmarsum geboren worden sowie Anfang 1561 bei Bad Oldesloe gestorben; und auf dem Nachtschrank lag, Wenzel hochwillkommen, ein buntes Büchlein mit dem vielversprechenden Titel 20 Most Asked Questions, verlegt in Lancaster im Jahre 1979 nach des Herren Geburt.

Naturgemäß drehten sich alle zwanzig Fragen um die verschiedenen Täufer Gruppen, welche sich in pennsylvania, Dutch Country, Dutch immer für Deutsch, niedergelassen hatten; mit unüberhörbar begünstiegender Betonung der Mennoniten-Sekte, in welche Stauffer gewissermaßen zurückgestoßen worden war. Da aber die Amischen mit der Wißbegirige weitgehend mit mennonitischen Abhandlungen über deren fundementalistischen Glaubensbrüder vorliebnahmen. Frage Nummer Eins hielt sich den auch gleich mit dem Unterschied zwischen Amischen und Mennoniten auf; wobei die ersteren, von denen sich einige Gruppen auch Mennoniter alter Verfassung nannten, als schrullig-archaische Ausgabe der letzten durchgingen. Wo der Mennonit in die Carpenter-Chaise stieg, schwang sich der Amische auf den harten Kutschbock, wo dieser den Lichtschalter drückte, machte jener eine Kerze an, wo Menno Simons’ Anhänger in ihrem kargen, pseudoprotestantischen Kirchenschiff beteten, blieb die Gefolgschaft Jacob Ammans gleich im Bauernstübchen, und so weiter. So etwas läßt sich merken, dachte Assmann und blätterte weiter. Punkt zwei: Zuerst mit Luther und Zwingli gegen die korrupten, alten Katholen, dann die wiedertäuferische Abspaltung in Deutschland, Holland und der Schweiz; anarchistische Anabaptisen-Kommunen kämpfen einen apokalyptischen Dreifrontenkrieg gegen Staat, Katholizismus und Reformation zugleich. Verdachtsmomente der Kriegskommunisten, nach denen Luther die Wucherer in erster Linie aus antisemitischen Beweggründen verurteilt hatte, erhärten sich; Assmann kannte diese geschichten aus seiner eigenen Anarchistenzeit. Frage Drei; Jawohl, die Amischen und Mennoniten sind Christen wie Sie, liebr Motelbesucher, oder wie Dirk Willems, der dem Büttel, welcher ihm nachsetzte und dabei durch die dünne Eisdecke des Dorftümpels gebrochen war, das Leben rettete und daraufhin trotzdem festgenommen sowie 1569 auf dem Scheiterhaufen verbrannt wurde.

Märtyrer, notierte Assmann, spielen offenbar eine zentrale Rolle in den utopischen Kommunen.

Nun ja…

Na zdrowie

Ostatni dzień wlókł mi się jak żaden. Nie od tremy. Nie bałem się. Nie było zresztą czego. Wciąż czułem się sam w różnojęzycznym tłumie. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Opiekunowie nie pchali mi się w oczy, zresztą nawet ich nie znałem. A ponieważ nie wierzyłem w klątwę, którą ściągam na siebie, śpiąc w pidżamach Adamsa, goląc się jego maszynką i chodząc jego śladami nad zatoką, powinienem był czuć ulgę, że zrzucę nazajutrz fałszywą skórę. Także na drodze nie spodziewałem się żadnej zasadzki. Przecież i jemu włos nie spadł z głowy na autostradzie. A jedyną noc w Rzymie miałem spędzić pod szczególną opieką. Mówiłem sobie, że to tylko chęć skończenia z akcją, bo okazała się niewypałem. Mówiłem sobie sporo rozsądnych rzeczy, a jednak wyskakiwałem wciąż z porządku dnia.

Po kąpieli miałem wrócić do „Vesuvia” o trzeciej, a już dwadzieścia po drugiej znalazłem się w pobliżu hotelu, jakby mnie tam coś gnało. W pokoju na pewno nic się nie mogło zdarzyć, chodziłem więc po ulicy. Otoczenie znałem na pamięć. Na rogu był zakład fryzjerski, dalej sklep tytoniowy, biuro podróży, od niego ciągnął się hotelowy parking wpuszczony w lukę między domami. Idąc za hotelem w górę, mijało się kaletnika, u którego Adams zeszył sobie urwany uchwyt walizki, i małe kino non stop. Omal nie wszedłem tam pierwszego wieczoru, bo różowe kule na plakacie wziąłem za planety. Tuż przed kasą dostrzegłem swój błąd. To był gigantyczny zadek. Teraz, w nieruchomym upale, poszedłem do rogu i wróciłem, skręciwszy koło przekupnia, który sprzedawał palone migdały. Zeszłoroczne kasztany już się skończyły. Napatrzywszy się fajkom, wszedłem do trafiki i kupiłem paczkę coolów, choć zwykle nie palę mentolowych. Przez uliczny hałas dochodziły z głośników kina stękania i charkoty niczym z rzeźni. Przekupień migdałów popchnął swój wózek w cień padający od zadaszonego podjazdu „Vesuvia”. Może był to kiedyś wykwintny hotel, ale sąsiedztwo świadczyło o jego powolnym upadku. Hall stał prawie pusty. Winda była chłodniejsza od mego pokoju. Przyjrzałem mu się krytycznie. Pakować się w takim skwarze znaczyło oblać się potem, a wtedy czujniki nie będą trzymały. Przeniosłem się z pakowaniem do łazienki, w tym starym hotelu prawie tak dużej jak pokój. Łazienka też była duszna, ale miała marmurową podłogę. Wziąłem tusz w wannie na lwich nogach i umyślnie nie wytarłszy się do sucha, zacząłem układać rzeczy w walizkach, boso, żeby choć tak doznać chłodu. W neseserze natrafiłem na twarde zawiniątko. Rewolwer. Zupełnie o nim zapomniałem. Najchętniej wrzuciłbym go pod wannę. Włożyłem go na dno większej walizki pod koszule, wytarłem starannie skórę na piersi i stanąłem przed lustrem, żeby założyć czujniki. Kiedyś miałem w tych miejscach znaki na ciele, ale znikły. Wymacałem koniuszkowe uderzenie serca między żebrami dla pierwszej elektrody. Druga, w dołku obojczykowym, nie chciała trzymać. Jeszcze raz wytarłem się i przycisnąłem plaster z obu stron, żeby czujnik nie występował nad obojczyk. Nie miałem wprawy, bo dawniej nie robiłem tego sam. Koszula, spodnie, szelki. Nosiłem je od powrotu na Ziemię. To było wygodne. Człowiek nie łapał się wciąż za spodnie od wrażenia, że spadają. Na orbicie ubranie nic nie waży i kiedy się wróci, powstaje ten „spodniowy odruch”, stąd szelki.

Byłem gotów. Cały plan miałem w głowie. Trzy kwadranse na obiad plus zapłacenie rachunku i odebranie kluczyków, pół godziny do autostrady ze względu na szczyt, dziesięć minut rezerwy. Zajrzałem do szaf, ustawiłem walizki przy drzwiach, umyłem twarz zimną wodą, sprawdziłem w lustrze, że nie znać czujników, i zjechałem na dół. W restauracji był już tłok. Zlany potem kelner postawił przede mną chianti, poprosiłem o pastę z zielem bazyliszka i kawę do termosu. Kończyłem już jeść, patrząc na zegarek, kiedy głośnik zamamrotał: „Mister Adams proszony do telefonu!”. Zobaczyłem, jak włoski wstają mi na grzbietach rąk. Iść czy nie iść? Od stolika pod oknem wstał grubas w pawiej koszuli i poszedł do kabiny. Jakiś Adams. Mało to jest Adamsów? Widziałem już, że nic się nie zaczyna, ale byłem na siebie zły. Płytki był mój spokój. Otarłem tłuste od oliwy usta, zażyłem gorzką zieloną tabletkę, popiłem ją resztą wina i poszedłem do recepcji. Hotel celebrował jeszcze swoje plusze, stiuki i aksamity, ale od oficyn ciągnęło kuchennym zaduchem. Jakby arystokracie odbijało się kapustą. To było całe pożegnanie. Wyszedłem w twardy upał za portierem, który wiózł moje walizki. Auto od Hertza stało dwoma kołami na chodniku. Hornet czarny jak karawan. Nie pozwoliłem portierowi kłaść bagażu do kufra, bo mógł być w nim nadajnik, odprawiłem go banknotem i wsiadłem do auta jak do pieca. Od razu spocony, sięgnąłem do kieszeni po rękawiczki. Niepotrzebnie, kierownica była obłożona skórą. Kufer był pusty – gdzie wzmacniacz? Na podłodze przed wolnym siedzeniem przykryty okładką rozłożonego magazynu, z której zimno patrzyła na mnie goła blondynka, wystawiając błyszczący śliną język. Nie wydałem właściwie głosu, ale coś we mnie z cicha stęknęło, kiedy zacząłem wpychać się w ciągły ruch. Kolumna od świateł do świateł. Choć wypoczęty, byłem miękki, trochę naburmuszony, trochę głupawo rozchichotany w sobie, może, bo zjadłem kopiasty talerz makaronu, którego nie cierpię. Jak dotąd groza położenia sprowadzała się do tego, że przybrałem na wadze. Za następnym skrzyżowaniem włączyłem dmuchawę. Zawiało ukropem spalin. Wyłączyłem ją. Auta pchały się na siebie po włosku. Objazd. W lusterkach maski i dachy. La potente benzina italiana śmierdziała czadem. Zatrzymałem się za autobusem w jego cuchnącym wydechu. Dzieci, wszystkie w takich samych zielonych czapkach, gapiły się na mnie przez tylną szybę. W żołądku miałem kluchę, w głowie żar, na sercu czujnik, który zaczepiał przez koszulę o szelki przy każdym obrocie kierownicy. Rozerwałem opakowanie kleenexu, rozłożyłem chusteczki na konsolce biegów, bo kręciło mnie w nosie jak przed burzą. Kichnąłem raz, drugi, taki byłem zajęty kichaniem, że ani wiem, kiedy Neapol został w tyle, znikając w nadmorskim zniebieszczeniu. Toczyłem się już po del Sole. Jak na szczyt prawie luźno. Plimasiny jakbym wcale nie zażył. Łaskotało w oczach, z nosa ciekło, za to w ustach schło. Przydałaby się kawa, choć wypiłem w hotelu dwa kapucynki, ale czas na kawę dopiero koło Maddaleny. „Heralda” znów nie było w kiosku przez jakiś strajk. Między dymiącymi fiacikami a mercedesem włączyłem radio. Ostatnie wiadomości. Rozumiałem piąte przez dziesiąte. Demonstranci podpalili. Rzecznik prywatnej policji oświadczył. Podziemie feministyczne zapowiedziało nowe akcje. Spikerka czytała głębokim altem deklarację terrorystek, potępienie papieża, jedno za drugim, potem głos prasy. Damskie podziemie. Nikt się już niczemu nie dziwił. Odjęto nam zdolność dziwienia się. O co im właściwie idzie, o tyranię mężczyzn? Nie czułem się tyranem. Nikt się nie czuł. Biada playboyom. Co one im robią? Czy kler też będą porywać? Wyłączyłem radio, jakbym zatrzasnął zsyp śmiecia.

Być w Neapolu i Wezuwiusza nie widzieć – a ja nie zobaczyłem. Miałem do wulkanów stosunek pełen życzliwości. Ojciec opowiadał mi o nich przed snem pół wieku temu. Niedługo będę starcem, pomyślałem, i tak mnie to zaskoczyło, jakbym sobie powiedział, że niedługo będę krową. Wulkany to było coś solidnego, budzącego zaufanie. Ziemia pęka, lawa płynie, domy się walą. Wszystko jasne i cudowne, kiedy się ma pięć lat. Liczyłem na to, że przez krater można zejść do środka Ziemi. Ojciec temu przeczył. Szkoda, że nie dożył – byłby mi rad. Nie myśli się o przerażającej ciszy tych nieskończonych przestrzeni, gdy słychać wspaniały dźwięk zaczepów cumujących nośnik do modułu. Co prawda niedługa była moja kariera. Nie okazałem się godny Marsa. Przeżyłby to bodaj ciężej ode mnie. Więc cóż – żeby umarł po moim pierwszym locie? Tak planować tę śmierć, żeby zamknął oczy, wierząc we mnie, czy to cyniczne, czy tylko głupie? A nie łaska uważać trochę na ruch? Wchodząc w lukę za psychodeliczną lancią, zerknąłem we wsteczne lusterka. Chryslera od Hertza ani śladu. Coś błysnęło mi daleko w tyle koło Marianelli, ale nie byłem pewny, czy to oni, tamten wóz zaraz się schował. Ta banalna, niedługa trasa wypchana zaaferowanym tłumem na kołach mnie jednemu dawała przywilej tajemnicy czyhającej sposobem niepojętym dla wszystkich policji starego i nowego świata, ja jeden nie po to miałem w aucie nadymak, pływaki, rakietę, żeby się wczasować, ale żeby ściągnąć na siebie niewiadomy cios. Tak próbowałem się podekscytować, daremnie, bo urok dawno już wywietrzał z tej eskapady, nie zastanawiałem się nad zagadką śmiercionośnej zmowy, tylko nad tym, czy nie zażyć drugiej plimasiny, bo wciąż ciekło mi z nosa. Wszystko jedno, gdzie jest chrysler. Nadajnik ma stumilowy zasięg. A babcia miała na strychu majtki koloru tej lancii. O szóstej dwadzieścia zacząłem gnać. Jakiś czas jechałem za volkswagenem, miał wymalowane z tyłu wielkie baranie oczy, które patrzyły na mnie z czułym wyrzutem. Auto – wzmacniacz osobowości. Potem dostałem się w lukę za rodakiem z Arizony z nalepką HAVE A NICE DAY na zderzaku. Za mną i przede mną piętrzyły się na dachach łodzie motorowe, wodne narty, worki, wędziska, deski do pływania, toboły malinowe i pomarańczowe, Europa wyciskała z siebie flaki, żeby mieć a nice day. Piąta dwadzieścia pięć. Podniosłem, jak setki razy, prawą, potem lewą rękę, patrząc na wyprostowane palce. Nie drżały. A to miał być pierwszy zwiastun. Ale czy można być pewnym? Nikt przecież nic nie wie. A gdybym tak wstrzymał na minutę oddech, toby się dopiero Randy przestraszył. Co za idiotyczny pomysł.

Wiadukt. Powietrze załopotało wzdłuż betonowych pachołków. Zerkałem w bok, jakbym podkradał pejzaż. Cudowna była zielona pustka po horyzont zamknięty górami. Z lewego pasa spędził mnie ferrari płaski jak pluskwa. Znów kichałem salwami, jakbym klął. Szybę miałem wypunktowaną resztkami much, nogawki lepiły się do łydek, odblask wycieraczek skakał mi do oczu. Wytarłem nos, paczka kleenexu spadła między fotele i szeleściła w przeciągu. Kto opisze martwą naturę na orbicie. Kiedy człowiek myśli, że ma już wszystko przywiązane, namagnesowane, umocowane, doklejone przylepcem, zaczyna się istny seans – rójka pisaków, okularów, luźne końcówki kabli wiją się jak jaszczurki, a najgorsze są okruszki. Polowanie z odkurzaczem na cwibak… A łupież? Przemilczana sprawa te kulisy kosmicznych kroków ludzkości. Tylko dzieci pytały najpierw, jak się siusia na Księżycu…

Góry rosły, brunatne, spokojne, ciężkie i jakby swojskie. Jedna z lepszych stron Ziemi. Droga zmieniała kierunek, słońce przesuwało się kwadratami wewnątrz auta i to też przypominało niemy, majestatyczny obrót świateł w kabinie. Dzień wewnątrz nocy, jedno razem z drugim, jak przed stworzeniem świata, i sen stający się jawą o lataniu, i pomieszanie, osłupienie ciała, że jest tak, jak nie może być. Słuchałem wykładów o chorobie lokomocyjnej, ale myślałem swoje. To nie były zwykłe mdłości, lecz panika kiszek i śledziony, wnętrzności zatracały się, zwykle niewyczuwalne, zgłaszały protest. Wprost litowałem się ich ogłupieniu. Podczas gdyśmy się delektowali kosmosem, naszym ciałom robiło się od niego niedobrze. Od razu miały go zupełnie dość. Ciągnęliśmy je tam, a one stawały dęba. Zapewne trening robił swoje. Przecież i niedźwiedzia można nauczyć jazdy na rowerze, ale czy niedźwiedź jest do tego? Przecież to tylko pośmiewisko. Nie dawaliśmy za wygraną, ustawały uderzenia krwi do głowy, tężenie jelit, ale było to tylko odroczenie porachunków, bo trzeba było w końcu wrócić. Ziemia witała morderczą prasą, wyprostowanie kolan, grzbietu stawało się rozpaczliwym wyczynem, głowa leciała na wszystkie strony jak kula z ołowiu. Zdawałem sobie sprawę z tego, że tak będzie, widziałem atletycznych mężczyzn, jak się wstydzili, że nie mogą kroku postąpić, sam kładłem ich do wanien, woda wyzwalała chwilowo od wagi ciała, ale diabli wiedzą, czemu wierzyłem, że ze mną tak nie będzie.

Ten brodaty psycholog mówił, że to każdy tak. A potem, gdy człowiek już na powrót oswoił się z ciążeniem, orbitalna nieważkość powracała w snach jako nostalgia. Nie nadajemy się do kosmosu i właśnie przez to z niego nie zrezygnujemy. Czerwony rozbłysk spłynął mi w nogę, wymijając świadomość. Sekunda minęła, nim pojąłem, że hamuję. Opony chrupały po rozsypanym ryżu, grudki były coraz większe, jak grad. Nie, szkło. Kolumna zwalniała coraz bardziej. Prawy pas zastawiony ochronnymi stożkami. Usiłowałem wydostać się spojrzeniem z tłoku aut. Gdzie? Na pole opuszczał się wolno żółty śmigłowiec, kurz jak mąka kłębił się pod kadłubem. Dwa wbite w siebie pudła z wyrwanymi maskami. Tak daleko od drogi? A ludzie? Opony znów chrupały po szkle, jechaliśmy noga za nogą wzdłuż policjantów wywijających rękami „prędzej! prędzej!”. Hełmy policyjne, karetki, nosze, koła skapotowanego auta jeszcze się kręciły, migacz jeszcze mu mrugał. Jezdnią płynął dym. Asfalt? Nie, chyba benzyna. Kolumna wracała na prawy pas, od szybkości lżej się oddychało. Prognoza przewidywała czterdzieści trupów. Pokazała się mostowa restauracja, obok z mroku hal dużej Area di Servizio łyskały wściekle gwiazdki spawania. Spojrzałem na licznik. Wnet będzie Cassino. Na pierwszym zakolu przestało mnie nagle kręcić w nosie, jakby plimasina teraz dopiero przedarła się przez makaron.

Drugi wiraż. Drgnąłem, czując czyjś wzrok w niemożliwy sposób idący z dołu, jakby ktoś leżał tam na wznak i obserwował mnie zimno spod fotela. To słońce rozjaśniło okładkę magazynu z blondynką wystawiającą język. Nie patrząc, pochyliłem się i odwróciłem śliski zeszyt pisma na drugą stronę. Pan ma za bogate życie wewnętrzne jak na astronautę, powiedział mi ten psycholog po teście Rorschacha. Wyciągnąłem go na rozmowę. A może on mnie wyciągnął. Uważał, że są dwa rodzaje strachu, wysoki, od wyobraźni, i niski, prosto z kiszek. Może chciał mnie w ten sposób pocieszyć, sugerując, że jestem za dobry?

Niebo wyciskało z siebie obłoki zlewające się w bielmo. Zbliżała się stacja benzynowa. Zwolniłem. Wyprzedził mnie młodzieżowy starzec, długie siwe włosy rozwiewał mu wiatr, gnał przed siebie z ochrypłą fanfarą, zgrzybiały Wotan. Zjechałem ku pompom. Gdy nalewano mi benzynę, wychyliłem całą zawartość termosu ze zbrązowiałym cukrem na dnie. Szyby w rozpryskach tłuszczu i krwi nie przetarli. Podjechałem dalej, ku wykopom, wysiadłem i rozprostowałem kości. Stał tu duży oszklony pawilon handlowy. Adams kupił w nim talię kart, naśladownictwo włoskiego taroka z XVIII czy XIX wieku. Stacja była w rozbudowie, dół wykopany dla nowego dystrybutora okalał biały, jeszcze niewywalcowany żwir. Szklane płyty rozsunęły się przede mną. Wszedłem do środka. Było pusto. Sjesta? Już po sjeście. Przeszedłem między stertami kolorowych pudeł i sztucznych owoców. Biały eskalator prowadzący na piętro ruszył, gdy się zbliżałem, a kiedy obszedłem go, stanął. Zobaczyłem się w telewizorze koło witryn, czarno-biały obraz drżał w słonecznych refleksach, widziałem się z profilu. Chyba nie byłem naprawdę taki blady. Ani jednego sprzedawcy. Na kontuarach piętrzyła się pamiątkowa tandeta, stosy kart, na pewno tych samych. Szukałem w kieszeni drobnych, rozglądając się za sprzedawcą, kiedy żwir na dworze zachrupał pod kołami. Z białego opla, który zatrzymał się zamaszyście, wysiadła dziewczyna w dżinsach, wyminęła rów i weszła do pawilonu. Widziałem ją, odwrócony, w telewizorze. Stała, nie ruszając się, kilkanaście kroków za mną. Wziąłem z lady imitację starego drzeworytu, Wezuwiusz dymiący nad zatoką, były tam też pocztówki z podobiznami fresków pompejańskich, którymi gorszyli się nasi ojcowie. Dziewczyna zrobiła kilka kroków w moją stronę, jakby niepewna, czy jestem sprzedawcą. Schody ruszyły. Szły cicho, a ona stała, drobna figurka w spodniach. Odwróciłem się, żeby wyjść. Nie było w tym nic osobliwego. Twarz miała prawie dziecinną, niewyrazistą, drobne usta, i to tylko, że patrzała przeze mnie zaokrąglonymi oczami, drapiąc paznokciem kołnierz białej bluzki, spowodowało, że mijając ją, zwolniłem kroku, a ona ze spokojną twarzą, bez głosu zaczęła lecieć w tył. Byłem tak nieprzygotowany, że nim doskoczyłem, leciała jak kłoda. Nie zdążyłem jej podeprzeć, osłabiłem tylko upadek, chwyciwszy za gołe ramiona, jakbym z jej zgodą kładł ją na plecach. Leżała jak lalka. Patrząc z zewnątrz, można by pomyśleć, że przykląkłem nad przewróconym manekinem, bo bliżej szyb po obu stronach stały manekiny w neapolitańskich strojach, a ja między nimi. Wziąłem ją za przegub. Puls był nikły, ale tykał równo. Leżąc, pokazywała końce zębów i białka, jakby spała z niedomkniętymi oczami. Sto metrów dalej zajeżdżały pod pompę auta, potem od razu zakręcały i w białym kurzu wracały w huczący nurt del Sole. Tylko dwa samochody stały przed pawilonem – mój i dziewczyny. Powoli wyprostowałem się. Raz jeszcze spojrzałem na leżącą. Przedramię z wiotką kiścią, które puściłem, kłoniło się zwolnionym ruchem w bok. Kiedy pociągnęło za sobą ramię, ukazując jasne włoski obnażonej pachy, dostrzegłem tuż pod nimi dwa drobne znaki, jak zadrapania albo miniaturowy tatuaż. Widziałem kiedyś podobny u jeńców SS, ich runy. Ale było to raczej zwykłe znamię. Nogi drgnęły mi, by na powrót klęknąć, lecz powściągnąłem ten odruch. Poszedłem do wyjścia. Jakby podkreślając, że scena się skończyła, idące bezgłośnie schody stanęły. U progu obejrzałem się. Stos kolorowych balonów przesłaniał leżącą, ale zobaczyłem ją w dalekim telewizorze. Obraz drżał. Wydało mi się, że to ona drgnęła. Poczekałem dwie albo trzy sekundy. Nic. Szklane drzwi przepuściły mnie usłużnie. Przeskoczyłem wykop, wsiadłem do horneta i cofnąłem się, żeby zobaczyć rejestrację opla. Była niemiecka. W środku z barwnej mieszaniny rzeczy sterczał golfowy kij. Miałem nad czym myśleć, włączając się do ruchu. Wyglądało to na cichy atak epileptyczny, petit mal. Bywają takie, bez drgawek. Mogła poczuć zwiastuny i dlatego się zatrzymała, a kiedy weszła do pawilonu, traciła już przytomność. Stąd niewidzący wzrok i owadzi ruch palców drapiących kołnierzyk. Ale mogła to być też symulacja. Nie zauważyłem jej opla na trasie. Co prawda nie byłem zbyt uważny, a takich aut, białych o kanciastej linii, napotkałem sporo. Jak przez powiększające szkło oglądałem każdy zapamiętany szczegół. W pawilonie musiało być co najmniej dwóch, może i trzech sprzedawców. Wszyscy naraz poszli na drinka? Dziwne. Chociaż co prawda teraz i to możliwe. Poszli do kafejki, wiedząc, że o tej porze nikt do pawilonu nie zachodzi, a dziewczyna podjechała, bo wolała, żeby to ją naszło tam, a nie na stacji, nie chciała dać przedstawienia chłopcom w kombinezonach Supercortemaggiore. Jak naturalnie to się układało. Prawda? A nie nazbyt naturalnie? Była sama. Kto w takim położeniu jedzie sam? I co? Gdyby się ocknęła, nie odprowadziłbym jej do auta. Starałbym się jej wyperswadować dalszą jazdę. A więc? Radziłbym zostawić opla i przesiąść się do mnie. Każdy by tak postąpił. Na pewno bym tak zrobił, gdybym znalazł się tu jako turysta. Zrobiło mi się gorąco. Powinienem był zostać, żeby wplątać się w to – jeśli było w co się wplątać! Przecież po to tu byłem! Diabli! Coraz usilniej przekonywałem siebie, że doprawdy straciła przytomność, i coraz mniej byłem tego pewny. Nie tylko tego. Nie zostawia się w taki sposób handlowego pawilonu, toż to prawie dom towarowy. Chociaż kasjerka powinna tkwić na swoim miejscu. A kasa pusta. Co prawda całe wnętrze widać na przestrzał z kafejki, z drugiej strony wykopów. Któż mógł jednak wiedzieć, że tu zajadę? Nikt. A więc tak czy owak nie było to wymierzone we mnie. Anonimową ofiarą miałem zostać? Czyją właściwie? Jakże, sprzedawcy, kasjerka, dziewczyna – wszyscy w tej samej zmowie? To było mi już fantastyczne. Więc zwykły traf. I tak w kółko. Adams dojechał do Rzymu cały. I sam. A inni? Nagle przypomniałem sobie kij golfowy w oplu. Mocny Boże, przecież takie kije…

Postanowiłem wziąć się w garść, nawet jeśli się kompletnie zbłaźniłem. Jak zły, ale uparty aktor wróciłem do sknoconej roli. Na następnej stacji benzynowej poprosiłem, nie wysiadając, o dętkę. Przystojny brunet w overallu przyjrzał się moim kołom: pan ma bezdętkowe. Ale potrzebuję dętki! Płaciłem, patrząc ku autostradzie, żeby nie przegapić chryslera, ale go nie było. Dziewięć mil dalej zmieniłem dobre koło na rezerwę. Zmieniłem, bo Adams zmienił. Gdy przycupnąłem u podnośnika, żar uderzył na dobre. Podnośnik nieposmarowany skrzypiał, niewidzialne odrzutowce pruły niebo nad moją głową i te gromowe głosy przypominały mi okrętową artylerię kryjącą normandzki przyczółek. Skąd takie wspomnienie? Byłem i potem w Europie, ale jako oficjalny eksponat, co prawda drugiej klasy, bo rezerwowy, czyli prawie fikcyjny – członek marsjańskiego projektu. Europa prezentowała mi swój godny front, dopiero teraz poznawałem ją jeśli nie lepiej, to bez gali, śmierdzące moczem uliczki Neapolu, ich okropne prostytutki, hotel nawet, jeszcze pyszniący się gwiazdkami, murszał, obłazili go przekupnie, pornokino byłoby niegdyś nie do pomyślenia obok takiego przybytku. A może nie tak, może rację mieli ci, co mówili, że Europa rozkłada się od głowy, od góry? Blacha i narzędzia parzyły. Umyłem ręce kremem, wytarłem w kleenex i wsiadłem. Otwieranie flaszki ze schweppesem, którą kupiłem na stacji, trwało chwilę, bo zapodział mi się scyzoryk z otwieraczem, wreszcie łykałem gorzki płyn, myśląc o Randym, który gdzieś na trasie słyszał, jak piję. Zagłówek zdążył się rozgrzać od słońca i parzył. Miałem spieczoną skórę na karku. Na asfalcie u horyzontu pływały metaliczne lśnienia, jakby była tam woda. Czyżby grzmot? Tak. Grzmiało. Już chyba i przedtem, kiedy odleciały odrzutowce, ale każdy dźwięk słabszy od bliskiego grzmotu głuszył nieustanny pomruk autostrady. Teraz wybił się nad jej huczenie, nadłamywał niebo o jeszcze złotawych chmurach, ale to złoto naciągało nad górami zapiekłą żółcią.

Tablice zwiastowały Frosinone. Pot ściekał mi po plecach, jakby kto piórkiem wodził między łopatkami, a burza, teatralna jak Włosi, zamiast wziąć się do roboty, wygrażała hurkotaniem bez kropli deszczu. Ale siwawe grzywy szły jak jesienny dym przez krajobraz i widziałem nawet, wchodząc w rozciągły zakręt, miejsce, w którym nawisły skośnie tuman ściąga chmurę ku autostradzie. Z ulgą przywitałem rozpryski pierwszych grubych kropel na szybie. Nagle lunęło jak z cebra.

Szyba była istnym pobojowiskiem, nie puściłem więc od razu wycieraczek, wreszcie zeskrobały owadzi pomiot, wtedy wyłączyłem je i zjechałem na pobocze. Bitą godzinę miałem stać. Deszcz szedł falami, bębniąc po dachu, mijające mnie auta ciągnęły za sobą mętne pasy roziskrzonej wody i kotłowały deszcz, a ja oddychałem głęboko. Uchyloną szybą lało mi się ciurkiem na kolana. Zapaliłem papierosa, chowając w dłoni, by nie zamókł, nie smakował, mentolowy. Przejechał metaliczny chrysler, ale woda tak płynęła po szybach, że nie byłem pewien, czy to ten. Ciemniało coraz bardziej. Błyskawice, trzask jak dartej blachy, z nudów liczyłem czas od rozbłysku do huku, autostrada mruczała i szumiała, jakby nic nie było jej w stanie porazić. Wskazówki minęły siódmą – czas. Wylazłem z westchnieniem. Zimny tusz nie był zrazu przyjemny, ale wnet zrobiło mi się raźniej. Manipulowałem przy wycieraczkach, niby je naprawiając, popatrywałem przy tym na jezdnię, ale nikt się o mnie nie zatroszczył, policji też ani śladu. Przemoczony do ostatniej nitki wsiadłem i ruszyłem. Burza słabła, ale robiło się coraz ciemniej, za Frosinone nawet nie kropiło, asfalt wysychał, od kałuż na poboczach biło snującą się nisko białą parą, w którą wpadały światła reflektorów, aż zza chmur wyszło słońce, jakby krajobraz chciał w ostatniej chwili przed nocą ukazać się w nowym świetle. W różowym nieziemskim blasku zjechałem na parking mostowej restauracji Pavesiego, odlepiłem koszulę od ciała, żeby nie było znać czujników, i poszedłem na górę. Chryslera na postojowym placu nie zauważyłem. Na górze tłum bełkotał dziesięcioma językami i jadł, nie patrząc na auta, które gnały dołem jak kule w kręgielni. Zaszła we mnie, ani wiem kiedy, zmiana, uspokoiłem się, właściwie zrobiło mi się wszystko jedno, o dziewczynie pomyślałem tak, jakby to się przytrafiło przed laty, wypiłem dwie kawy, schweppesa z cytryną, może posiedziałbym dłużej w rozleniwieniu, ale przyszło mi do głowy, że konstrukcja jest żelbetowa, więc ekranuje i nie będą wiedzieli, jak się ma moje serce. Nie ma takich problemów między Houston i Księżycem. Wychodząc, umyłem w toalecie ręce i twarz. Przygładziłem włosy przed lustrem, patrząc na siebie raczej niechętnie, i w drogę.

Teraz miałem znowu mitrężyć. Jechałem, jakbym puścił wodze, a koń znał drogę. Nie podążyłem nigdzie myślami, nie śniłem na jawie, a tylko wyłączyłem się, jakby mnie nie było. Nazywałem to kiedyś „życiem kapusty”. Uwaga tlała przecież, bo zatrzymałem się podług rozkładu. Był to dobry postój. Stanąłem pod szczytem łagodnego wzgórza, tam, gdzie autostrada wcinała się w jego grzbiet geometrycznym wykopem. Przez to wycięcie jak przez wielką bramę mogłem sięgać oczami po horyzont, gdzie betonowy pas zdecydowanym rozmachem przechodził na wylot przez następny połogi garb. Wyglądało, jakby tutaj była szczerbina, a tam muszka. Przetarłem szyby, a że musiałem po to otworzyć kufer, bo skończył mi się kleenex, dotknąłem miękkiego dna walizki, gdzie ciężarem spoczywała broń. Jak w niewiadomej zmowie wszyscy jednocześnie prawie zapalali światła. Obejmowałem wzrokiem znaczną przestrzeń. Kierunek neapolitański jaśniał białymi smugami, a rzymski czerwieniał, jakby po drodze toczyły się czerwone węgielki. U dna kotliny hamowali i hamowanie to mżącą czerwienią dygotało wciąż na tym samym odcinku trasy – ładny przykład fali stojącej. Gdyby droga była ze trzy razy szersza, mogłoby to być w Teksasie albo w Montanie. Taki byłem sam, choć kilka kroków od drogi, że ogarnął mnie pogodny spokój. Ludzie tak jak kozy potrzebują trawy, ale nie wiedzą tego tak dobrze jak one. Gdy w niewidzialnym niebie przehuczał helikopter, odrzuciłem papierosa i wsiadłem do auta. We wnętrzu zachował się ostatek dziennego upału.

Za następnymi wzgórzami bezcieniowe jarzeniówki jęły zwiastować bliskość Rzymu. Miałem jednak dalszą drogę, bo musiałem okrążyć miasto. Mrok uniewidaczniał ludzi w autach, a zwały rzeczy na dachach czynił zagadkowymi kształtami. Wszystko stawało się ważne i anonimowe, pełne niedopowiedzeń, jakby u końca drogi znajdowały się niepojęcie doniosłe sprawy. Rezerwowy astronauta musi być choć w jednym calu świnią, bo coś czeka w nim na potknięcie tych właściwych, a jeżeli nie czeka, to osioł. Musiałem potem jeszcze raz stanąć, kawa, plimasina, schweppes, woda z lodem zrobiły swoje, wyszedłem poza obrys drogi i otoczenie zaskoczyło mnie – było tak, jakby nie tylko ruch znikł, ale i czas razem z nim. Odwrócony, czułem poprzez woń spalin w słabo łopocącym powietrzu woń kwiatów. Co bym zrobił, gdybym miał trzydzieści lat? Zamiast szukać odpowiedzi na takie pytania, lepiej zapiąć rozporek i jechać dalej. Kluczyk upadł mi w ciemność między pedały, szukałem go po omacku, bo nie chciało mi się świecić lampki w lusterku. Pojechałem dalej ani śpiący, ani trzeźwy, ani zły, ani spokojny – obcy, miękki jakiś i trochę zdziwiony. Masztowe światła wpływały przednią szybą, wybielały mi ręce na kierownicy i ściekały w tył, tablice z nazwami przesuwały się, jaśniejąc jak zjawy, a betonowe spoiny odzywały się miękkim bębnieniem. Teraz w prawo, na pierścień okołorzymski, żeby wjechać od północy, jak on. Nie myślałem o nim wcale, był jednym z jedenastu, przypadek zrządził, że właśnie po nim dostałem wszystkie rzeczy. Randy obstawał przy tym i miał zapewne rację. Jeśli już coś zrobić, to tak dokładnie, jak tylko można. A mnie świadomość, że używam koszul i walizek umarłego, była raczej obojętna, jeśli początkowo trudno mi to przychodziło, to tylko dlatego, że były to rzeczy obcego człowieka, a nie dlatego, że nie żył. Trafiały się długie odcinki prawie puste i wciąż mi się zdawało, że czegoś brakuje, przez opuszczone szyby wiało powietrze pełne woni kwitnienia, dobrze, że trawy udały się już na nocny spoczynek. Nawet nosem nie pociągałem. Psychologia psychologią, ale zadecydował katar. Tego byłem pewien, choć wmawiano mi, że nic podobnego. Racjonalnie rzecz biorąc, niby prawda, alboż na Marsie rośnie trawa? Więc uczulenie na pyłki nie jest żadnym mankamentem. Tak, ale gdzieś w rubrykach moich akt personalnych, w uwagach musiało być napisane „alergik”, a więc niepełnowartościowy. Jeśli taki, to rezerwowy, czyli ołówek, który ostrzy się najlepszymi narzędziami, żeby nim w końcu ani kropki nie postawić. Rezerwowy Krzysztof Kolumb, jak to brzmi.

Z przeciwnej strony szła długa kolumna, a każdy wóz oślepiał, zamykałem na przemian to prawe, to lewe oko. Czym nie zabłądził czasem? Jakoś nie zauważyłem zjazdu z autostrady. Naszła mnie obojętność: cóż więcej można, jechać w tę noc i tyle. W wysokim skośnym świetle zamajaczyła tablica ROMA TIBERINA. A więc już. Nocny Rzym zapełniał się światłami i ruchem, w miarę jak zbliżałem się do centrum. Dobrze, że hotele, które miałem kolejno odwiedzić, były blisko siebie. W każdym tylko ręce rozkładano – sezon, komplet, więc gramoliłem się z powrotem za kierownicę. W ostatnim hotelu był wolny pokój, zażądałem więc cichego, w oficynie, portier wytrzeszczył na mnie oczy, pokiwałem z ubolewaniem głową i wróciłem do auta.

Pusty chodnik przed „Hiltonem” zalewało rzęsiste światło. Wysiadając, nie dostrzegłem chryslera i ukłuła mnie myśl, że mogli mieć wypadek i dlatego nie widziałem ich po drodze. Zatrzasnąłem machinalnie drzwi i w odbiciu, które spłynęło po szybie, zobaczyłem z tyłu pysk chryslera. Stał za postojem, w półcieniu, między łańcuchami a znakiem zakazu. Ruszyłem do hotelu. Idąc, widziałem ciemne wnętrze auta jak puste, ale szyba była opuszczona do połowy. Gdy znajdowałem się o pięć kroków, zajarzył się tam punkcik papierosa. Chciałem skinąć im ręką, ale powstrzymałem się, drgnęła tylko, wsadziłem ją do kieszeni i wszedłem do hallu.

To był drobny incydent, powiększony tym, że zamknął się jeden rozdział i zaczynał następny, w chłodnym nocnym powietrzu wszystko stało się nadnaturalnie wyraziste: kadłuby aut na parkingu, mój krok, rysunek bruku, więc to, że nie mogłem ręką ruszyć w ich stronę, podrażniło mnie. Dotąd pilnowałem chronometrażu jak uczniak rozkładu zajęć, nie myślałem naprawdę o człowieku, który jechał przede mną tą drogą, tak samo stawał, pił kawę, krążył od hotelu do hotelu po nocnym Rzymie, żeby tę drogę zakończyć w „Hiltonie”, bo żywy z niego nie wyszedł. Teraz zamajaczyło mi w przyjętej roli coś urągliwego, jakbym wyzywał los.

Młody fagas, sztywny własną powagą, a może tylko kryjący rozespanie, wyszedł za mną do auta, brał urękawicznionymi rękami przykurzone walizki, uśmiechałem się bezmyślnie do jego błyszczących guzików. Hall był pusty, drugi dryblas wstawił mój bagaż do windy, która poniosła z dźwiękiem pozytywki. Był we mnie jeszcze rytm jazdy. Nie mogłem się go pozbyć, jak natrętnej melodii. Fagas stanął, otworzył podwójne drzwi, zaświecił kinkiety i sufitówki, gabinet, sypialnia, ułożył moje walizki i zostałem sam. Z Neapolu do Rzymu jest jak rękę podać, a jednak czułem zmęczenie, inne niż zwykle, napięte, i to było kolejnym zaskoczeniem. Jakbym wypił puszkę piwa łyżeczkami – trochę oszałamiającej czczości. Obszedłem pokoje, łóżko sięgało podłogi, nie trzeba bawić się w zaglądanie, otwierałem wszystkie szafy, dobrze wiedząc, że w żadnej nie znajdę skrytobójcy, gdybyż to było takie proste, ale robiłem to, co miałem zrobić. Podniosłem prześcieradła, materace podwójne, regulacja wezgłowia, jakoś nie wierzyłem, że nie wstanę z tego łóżka. Ejże? Człowiek jest urządzony niedemokratycznie. Centrum świadomości, głosy z lewej, z prawej to tylko malowany parlament, bo są katakumby, które nim trzęsą. Ewangelia według Freuda. Sprawdziłem klimatyzator, rozsunąłem i zasunąłem żaluzje, sufity były gładkie, jasne, nie jak w „Gospodzie pod Trzema Wiedźmami”. Jakie wyraźne, uczciwie makabryczne tam niebezpieczeństwo, baldachim łoża, który spadał na śpiącego i dusił go, a tu nie było ani baldachimu, ani zawiesistej romantyki. Fotele, biurko, dywany, wszystko dobrze ułożone, zwyczajna ekspozycja komfortu, czy wyłączyłem w aucie światła?

Okna wychodziły na inną stronę, nie mogłem go dostrzec, chyba tak, a jeśli zapomniałem, niech się Hertz martwi. Zaciągnąłem zasłony, rozebrałem się, niedbale rzucając spodnie, koszulę, już nagi odlepiłem uważnie czujnik. Po prysznicu trzeba go przylepić na nowo. Otworzyłem większą walizkę, pudełko z plastrami leżało na wierzchu, ale nie znalazłem nożyczek. Stałem pośrodku pokoju, czując lekki ucisk w głowie i puszystość dywanu stopami, prawda, wrzuciłem je do teczki. Szarpnąłem niecierpliwie zatrzask, razem z nożyczkami wypadła relikwia zamknięta w plastykowej szybce, żółta jak Sahara fotografia Sinus Aurorae, moje niedoszłe lądowisko numer jeden. Leżała na dywanie u moich bosych nóg, było to przykre, głupie i znaczące. Podniosłem ją, obejrzałem w białym świetle sufitówek, dziesiąty stopień szerokości północnej i pięćdziesiąty drugi długości wschodniej, u góry zaciek Bosporus Gemmatus, niżej formacja zwrotnikowa. Miejsca, po których mogłem chodzić. Stałem z tym zdjęciem, wreszcie, zamiast wsunąć je do teczki, położyłem obok telefonu na stoliku nocnym i poszedłem do łazienki.

Prysznic był znakomity, woda buchała setką gorących strumieni. Cywilizacja zaczyna się od bieżącej wody. Klozety króla Minosa na Krecie. Jakiś faraon kazał ulepić cegłę z brudu zeskrobywanego ze skóry za całego życia na własny wezgłówek w grobowcu. Obmywania zawsze są po trosze symboliczne.

Jako chłopiec nie myłem auta, gdy miało najmniejszy defekt, dopiero po naprawie przywracającej mu cześć woskowałem i polerowałem. A przecież co mogłem wtedy wiedzieć o symbolice czystości i nieczystości kołaczącej we wszystkich religiach? W apartamentach za dwieście dolarów szanuję tylko ich łazienki. Człowiek czuje się tak jak jego skóra. W całościennym lustrze widziałem mój namydlony tors z odciśniętym śladem elektrody, jakbym znów był w Houston, biodra białawe od pływek, zwiększyłem dopływ wody i rury zawyły żałobnie. Obliczenie krzywizn przepływu, które nigdy nie wpadają w rezonans, jest ponoć omal nierozwiązywalnym zadaniem hydrauliki. Ileż niepotrzebnych wiadomości. Wytarłem się, nie przebierając w ręcznikach, i poszedłem nagi do sypialni, zostawiając mokre ślady. Przylepiłem czujnik nasercowy i zamiast się położyć, usiadłem na łóżku. Dokonałem szybkiego obliczenia – wliczając zawartość termosu, co najmniej siedem kaw. Dawniej zasnąłbym jak suseł, ale poznałem już przewracanie się z boku na bok. Miałem w walizce seconal ukryty przed Randym, środek zalecany astronautom. Adams nie miał żadnego. Widocznie świetnie mu się spało. Zażyć teraz byłoby przecież nielojalnością. Zapomniałem zgasić światło w łazience. Podniosłem się, kości miałem niechętne. Apartament powiększył się w półmroku. Nagi, z łożem za plecami, stałem niezdecydowany. Prawda, trzeba zamknąć drzwi. Klucz ma zostać w zamku. 303 – ten sam numer. Zadbali o to. Więc co z tego? Szukałem w sobie strachu. Coś niewyraźnego, trochę wstyd, ale co robić – nie wiedziałem, skąd płynie niepokój, z perspektywy bezsennej nocy czy agonii? Wszyscy są przesądni, choć nie wszyscy o tym wiedzą. Jeszcze raz zlustrowałem otoczenie w świetle nocnej lampki – z nieukrywaną już nieufnością. Walizki były półotwarte, rzeczy leżały byle jak na fotelach. Istna próba generalna. Rewolwer? Idiotyzm. Potrząsnąłem litościwie głową nad sobą samym, leżąc już, zgasiłem nocne światło, rozluźniłem mięśnie i zacząłem miarowo oddychać.

Umiejętność zasypiania o wyznaczonej godzinie była istotną częścią zaprawy. Czy zresztą dwóch ludzi nie siedziało na dole w aucie, patrząc w oscyloskop, na którym moje płuca i serce rysowały świecącą linią każde poruszenie? Drzwi zamknięte od środka, hermetyczne okna, cóż mnie obchodzi, że on kładł się o tej samej godzinie do tego właśnie łóżka.

Różnica między „Hiltonem” a „Gospodą pod Trzema Wiedźmami” była niezaprzeczalna. Wyobraziłem sobie mój powrót. Niezapowiedziany zajeżdżam pod dom, albo lepiej, tylko pod aptekę, idę pieszo, jakbym wracał ze spaceru, chłopcy już po szkole widzą mnie z góry, rozdudnią się pod nimi schody – targnęło mną przypomnienie, że trzeba się jeszcze napić dżinu. Przez chwilę leżałem w wahaniu, podniósłszy się na łokciu, flaszka została w walizce, zwlokłem się z pościeli, po ciemku do stołu, wymacałem pod koszulami płaski kształt, nalałem do zakrętki, pociekło mi po palcach. Wychyliłem metalowy kubek do dna znów z głupim uczuciem aktora w amatorskiej sztuce. Robię, co mogę, usprawiedliwiałem się przed sobą. Wróciłem do łóżka niewidzialny, tors, ręce, nogi znikły, opalenizna zlewała się z ciemnością, tylko biodra majaczyły białawym pasem. Układałem się, alkohol grzał żołądek, palnąłem poduszkę pięścią: na to ci przyszło, rezerwowy. Naciągnąłem kołdrę i nuż do oddechów. Nadszedł stan półsnu, w którym uchodzące resztki czuwania może zdmuchnąć tylko bierność. Coś mi się już zwidywało. Latałem w powietrzu. Ciekawa rzecz, o takim szybowaniu śniłem tak samo jak przed pobytem na stacji. Jakby uparte katakumby mego mózgu nie chciały przyjąć do wiadomości żadnych korektur doświadczenia. Latanie we śnie jest sfałszowane, bo ciało zachowuje w nim normalną orientację, a ruchy rąk i nóg są również łatwe jak na jawie, choć bardziej płynne i lekkie. Naprawdę jest z tym całkiem inaczej. Mięśnie wpadają w kompletny zamęt. Chcesz coś odsunąć, tymczasem sam odlatujesz do tyłu, chcesz usiąść, a podciągasz nogi pod brodę – od nieostrożnego impetu można się i znokautować kolanami. Ciało zachowuje się jak opętane, a jest tylko rozpętane, wyzbyte zbawiennych oporów, które stawia mu zawsze Ziemia.

Zbudziłem się na wpół uduszony. Coś miękkiego, ale nieustępliwego udaremniało wetchnięcie powietrza. Zerwałem się z wyciągniętymi rękami, jakbym chciał chwycić tego, kto mnie dusił. Przytomniałem, siedząc z wysiłkiem, jakbym zdzierał z mózgu natrętną lepką powłokę. Przez szparę między zasłonami wpadał do pokoju rtęciowy poblask z ulicy. W jego mżeniu dostrzegłem, że jestem sam. Dalej nie mogłem oddychać, nos jak zabetonowany, usta spieczone, wyschły język. Musiałem potwornie chrapać. Wydało mi się, że właśnie to chrapanie dochodziło mnie przez ostatek snu, kiedy się już budziłem.

Trochę chwiejnie wstałem, bo choć zebrałem już zmysły, sen nadal wypełniał mnie jak nieruchomy ciężar. Pochyliłem się ostrożnie nad walizką, żeby sięgnąć na oślep do bocznej kieszeni za gumkę, która przytrzymywała fiolkę pyribenzaminy. Trawy musiały już kwitnąć i w Rzymie. Na południu zaczynają rudzieć pylnymi kitkami zawsze najwcześniej, a potem te fale płowienia rozchodzą się, zmierzając ku wyższym szerokościom, wie o tym każdy, kto ma w dożywociu gorączkę sienną. Była druga. Zaniepokoiłem się trochę, czy opiekunowie nie wyskoczą z auta, jeśli moje serce będzie im brykało w oscyloskopie, położyłem się więc na powrót, z twarzą bokiem na poduszce, bo tak najrychlej ustępuje wewnętrzne obrzmienie nosa. Leżałem jednym uchem wsłuchany w to, co za drzwiami, by się upewnić, że nie nadciąga nieproszona odsiecz. Panowała cisza i serce wróciło do zwykłego rytmu.

Nie wróciłem już do obrazu domu, bo nie chciałem, a może uznałem, że nie trzeba wciągać malców w tę sprawę. Nie zasnąć bez pomocy dzieci, rzeczywiście! Musi wystarczyć joga, zaadaptowana na użytek astronautów przez doktora Sharpa i jego pomocników. Znałem ją jak pacierz i zastosowałem z takim skutkiem, że mój nos zaświstał ugodowo, przepuszczając po trosze powietrze, a pyribenzamina, wyzbyta trzeźwiącego dodatku, wsączyła mi w mózg właściwą sobie, trochę jakby nieczystą, mętną senność i ani wiem, kiedy zasnąłem na dobre.


A teraz zagadki:

1/ Co to za książka? Proszę podać autora i tytuł, może też być rok wydania.
2/ Proszę przypomnieć pokrótce treść, a zwłaszcza rozwiązanie zagadki kryminalnej, z którą musi się uporać bohater książki.
3/ Czy osobie, która rozwiąże tę zagadkę, tak jak i mnie, wydaje się, iż była to powieść profetyczna i co ją wiąże z pierwszym kwartałem roku 2020? Proszę to uzasadnić.
Pierwsza prawidłowa odpowiedź na wszystkie pytania zostanie nagrodzona 🙂

Odpowiedź w komentarzach, ale na wszelki wypadek dopisuję podstawową odpowiedź również tu: Katar Stanisława Lema.

Istnieje!

Istnieje! Tak jak Truso, Thule czy Wineta, również Barataria doczekała się różnych lokalizacji. Czasem jest wyspą, czasem całym krajem. Tabor Regresywny widzi Polskę jako Baratarię, dziś docieramy do źródła, które obejmuje tym mianem państwo-wyspę Portoryko.

Uwaga wpis wielojęzyczny! Achtung: Mehrsprachen Beitrag!

Barataria
Juan López Bauzá
LibrosAC, San Juan, Puerto Rico Libro 1 2013, Libro 2 2014

Como avatares contemporáneos de los personajes cervantinos, Chiquitín y Margaro abandonan sus hogares y se lanzan por los caminos del país a la búsqueda quimérica de un mito arqueológico y un ideal político. El viaje revela la realidad de un país enloquecido y trasnochado por la violencia, la impunidad, por el fanatismo religioso, por la corrupción, por el desprecio hacia la naturaleza y hacia la historia propia. En la mejor tradición de la epopeya satírica, la novela narra este gran recorrido por el lenguaje y la realidad de un Puerto Rico en el que se mezclan de forma indisoluble lo dulce con lo amargo, las risas con las lágrimas, las glorias con las tragedias y la verdad con la fantasía. Un viaje al corazón de una sociedad que anda rumbo al colapso.

As contemporary avatars of the Cervantes characters, Chiquitín and Margaro leave their homes and throw themselves on the roads of the country to the chimeric search for an archeological myth and a political ideal. The trip reveals the reality of a country driven mad and out of control by violence, impunity, religious fanaticism, corruption, contempt for nature and history itself. In the best tradition of the satirical epic, the novel narrates this great journey through the language and reality of a Puerto Rico, in which the sweet and the bitter are inextricably mixed, the laughs with the tears, the glories with the tragedies and the truth with fantasy. A trip to the heart of a society that is heading for collapse.

Jeden z recenzentów napisał, że to funny story, una historia graciosa…

Amerykański sprzedawca dodaje trochę więcej szczegółów:

Chiquitín Campala, a Vietnam veteran and autodidact archaeologist in his 50’s, has two obsessions in life: finding the last Taíno chief’s sacred Guanín and see Puerto Rico become the 51st star of the United States. Armed with a wheelbarrow mounted on an old bicycle and in the company of Margaro, his loyal and pragmatic companion, he will travel the Puerto Rican landscapes going from one crazy adventure to the next in order to achieve his aims. With an extraordinary handling of the language and an unstoppable imagination, Juan López Bauzá shows in this classic magnificent novel an intelligent picture of the Puerto Rican society; and even more, a tribute, parody and contemporary rewrite of Quixote. Barataria forces the reader to rethink the hard political and social conditions of the entire Latin America.

The Taíno were an indigenous people of the Caribbean. At the time of European arrival in the late fifteenth century, they were the principal inhabitants of most of Cuba, Hispaniola, Jamaica, Puerto Rico, The Bahamas and the northern Lesser Antilles. The Taíno were the first New World peoples to be encountered by Christopher Columbus during his 1492 voyage. They spoke the Taíno language, an Arawakan language. Taíno society was divided into two classes: naborias (commoners) and nitaínos (nobles). These were governed by male chiefs known as caciques, who inherited their position through their mother’s noble line. The nitaínos functioned as sub-caciques in villages, overseeing naborias work. Caciques were advised by priests/healers known as bohiques. Caciques enjoyed the privilege of wearing golden pendants called guanín, living in square bohíos, instead of the round ones of ordinary villagers, and sitting on wooden stools to be above the guests they received. Bohiques were extolled for their healing powers and ability to speak with deities. They were consulted and granted the Taíno permission to engage in important tasks.

A więc to Taínom zawdzęczamy słowo kacyk.  Miła ciekawostka.

A cacique is a leader of an indigenous group, derived from the Taíno word kasikɛ for the tribal chiefs. In the colonial era, Spaniards extended the word as a title for the leaders of practically all indigenous groups that they encountered. In Spanish America, Brazil, Spain, and Portugal, the term also has come to mean a political boss or leader who exercises significant power in the political system known as caciquismo.

Po polsku kacyk też znaczy kacyk.

Powieść została napisana zanim huragan Maria, który szalał nad wyspą od 16 do 30 września 2017 roku, niemal całkowicie ją zniszczył. Autor natomiast odnosi się do innego niezwykłego wydarzenia, a mianowicie referendum, w którym ludność odpowiadała na pytanie, czy chciałaby by ich państwo zostało całkowicie włączone do USA, czy wręcz przeciwnie – opowiada się za pełną niepodległością. Większość zadecydowała, że woli na dobre wejść do USA, ale ponieważ było to badanie opinii publicznej a nie decyzja polityczna, wszystko pozostało po staremu. Tym niemniej bohater książki, szalony archeolog chce zobaczyć, jak jego ojczyzna – Portoryko staje się 51 stanem USA (samochody miałyby wtedy rejestrację RI). Ponieważ jest szaleńcem, to sam jest przeciwnikiem Włączenia i dokonuje zamachu, by się temu przeciwstawić. Tylko, cóż, zamiast dynamitu ma do dyspozycji batoniki czekoladowe. Zanim uwierzę błędnemu autorowi, sprawdzam w Wikipedii, jak to było:

Portoryko jest jednym z terytoriów nieinkorporowanych Stanów Zjednoczonych. Jego mieszkańcy są obywatelami USA i mogą się dowolnie osiedlać na terytorium stanów.  Sytuacja polityczna wyspy jest do pewnego stopnia prowizoryczna. Pomimo nazwy „Wolne Państwo Stowarzyszone Portoryko” (Estado Libre Asociado de Puerto Rico) nie jest to państwo stowarzyszone z USA, jest natomiast zorganizowanym terytorium nieinkorporowanym o statusie „wspólnoty” (ang. commonwealth). Portoryko jest zależne od USA, ale posiada dużą – odpowiadającą terytorium stowarzyszonemu – autonomię wewnętrzną. Mieszkańcy nie płacą federalnych podatków od dochodów wytworzonych na wyspie. W wyniku referendum z 2012 roku, mieszkańcy większością 54% głosów opowiedzieli się za przekształceniem kraju w 51 stan, przy czym wynik głosowania był kontrowersyjny m.in. z powodu wielu głosów nieważnych. Ewentualna inkorporacja wymagałaby głosowania w Kongresie.

Tak czy owak – to jest na pewno Barataria. Dodajmy jeszcze, że Sancho Pansa jest czarny, a Don Kichot, powtórzmy – archeologiem. Wszystko bardzo bliskie memu sercu.

Na zdjęciu, jak widać, nie udało się uniknąć kociego ogona. Widać też inne książki przyniesione z biblioteki. A wejście do niej wygląda(ło) tak (ło, bo teraz jest remont):

Recenzentka, Portorykanka, szczegółowo i z wielką erudycją omawia powieść TU.
Ja, na użytek czytelników, którzy być może nie znają hiszpańskiego, wybrałam z tej recenzji kilka istotnych fragmentów:

Porozmawiajmy więc o Baratarii. W drugim tomie powieści Cervantesa, tym z roku 1615, poczynając od rozdziału 42, Sancho odchodzi, by rządzić wyspą, którą książęta Villahermosa postanawiają mu przyznać mu jako żart, aby nadal się z niego śmiać. Sancho bowiem często narzekał, że jego pan nie spełnił swojej obietnicy i nie mianował go gubernatorem jakiejś insuli, zdobytej podczas wypraw, na które przecież obaj wyruszyli. Sprawa wyspy przypomina, iż w czasie gdy Cervantes pisał swą powieść, Hiszpania poprzez działania kompanii zamorskich organizowała dalszy podbój świata, co pozwala na interpretację wędrówek Don Kichota jako „wypraw eksploracyjnych”. Tylko że Don Kichot, naiwny zubożały szlachcic, wierzy w retorykę imperialną, która głosi chrystianizację dla rzekomego dobra zbawianych Indian. Barataria, nazwa wywodząca się od słowa tanio, niedrogo lub o niewielkiej wartości – to nazwa wyspy zarządzanej przez Sancho Pansę. Rządząc wyspą giermek okazuje mądrość, i rozsądek, jest zwolennikiem porządku i włada sprawiedliwie. Jednak rozczaruje się i zadecyduje, że władza nie jest dla niego.
Chiquitín jest weteranem wojny w Wietnamie, pochodzi z portorykańskiego miasta Ponce (podobnie jak autor) i pracował długi czas jako asystent skorumpowanego antropologa, który sfałszował wyniki badań. Szef jednak umiera, a asystent zostaje szefem. Jego pomocnikiem zostaje Margaro, niepiśmienny facet z okolicy wioski, gdzie będą prowadzone wykopaliska.
Zamiast średniowiecznego świętego Graala Chiquitín będzie szukał Świętego Guanina, „symbolu nadprzyrodzonej mocy naczelnego wodza Borikena, który po raz ostatni widziano na skrzyni kacyka Agüeybaná II Dzielnego nieco ponad pięćset lat temu. Archeologa nie interesuje historyczna ani archeologiczna wartość dzieła, po prostu chce się wzbogacić, sprzedając złoty emblemat na czarnym rynku. Chiquitín interesuje się natomiast sytuacją polityczną i gotów jest wyzwać na pojedynek każdego, po to, by bronić wielkości Wielkiej Korporacji czyli narodu amerykańskiego.
Narracyjnie poszukiwanie świętego Guanina jest więc tylko pretekstem, po to, by autor mógł nam opowiedzieć o spisku polityków, tyle że używa chwytów literackich jak w hiszpańskiej powieści barokowej (długie tyrady, niekończące się dialogi i monologi, dygresje, ba, całe minipowieści, zawikłane fabuły, konstrukcja szkatułkowa opowieści), zaprawionych jadowitą satyrą.
Dziś bardziej cenimy literaturę, która poważnie opowiada o naszych problemach, ale nie zawsze tak było. Manolo Núñez Negrón przypomina nam, pisze reccenzentka, w swoim studium pt. Polityka, a humor w Ameryce Łacińskiej, że humor miał tu fundamentalne znaczenie w kształtowaniu sfery publicznej. Jego badania skupiają się na wieku dziewiętnastym, czasie, gdy w różnych krajach Ameryki Łacińskiej zostały wynalezione narodowe narracje. Satyra wywodzi się tu z tzw. oratury, indiańskiej tradycji przekazywania ustnych opowieści, które nie tylko informowały o zdarzeniach, ale również porządkowały świat. Tradycje opowieści ustnej zostały wyparte przez pismo, które jest zinstytucjonalizowane i znajduje się w jawnej opozycji zarówno w stosunku do głosu, jak i do ciała.
Do końca XX wieku gazety i czasopisma były bardzo ważnymi elementami tworzenia świeckiej wyobraźni narodowej: burżuazyjnej i nowoczesnej. Gazety bez przerwy publikowały dowcipy, rysunki, humorystyczne wiersze. Słowo i rysunek satyryczny były elementami propagandy politycznej, były bronią.
Nie zapominajmy, że śmiech można interpretować na różne sposoby. Freud proponuje, abyśmy się śmiali, ponieważ uwalniamy stłumione napięcie, którego źródła kryją się w nieświadomości. Helen Cixous mówi o śmiechu jako doświadczaniu kobiecej radości, która uwalnia się z fallocentryzmu. Núñez Negrón podkreśla, że śmiech to broń polityczna tych, którzy nie mają dostępu do innych form komunikacji. Satyra jest więc podstawową być może formą interwencji obywatelskiej, głosem niemych, milczących i słabych.
Być może więc powieść Barataria staje się dobrem społecznym. Podczas czytania wyobrażałam sobie, pisze recenzentka, że to zabawne dla publiczności, która czyta powieść i śmieje się z tych bohaterów, śmiejących się z samych siebie. Powieść sprawiła, że przypomniałam sobie, iż kiedyś czytanie na głos było popularną metodą informowania niepiśmiennych odbiorców tekstu, co w swej strukturze zbliża się do oralności, jak sam Don Kichot. W rozmowach między Chiquitinem i Margaro pojawi się również teza, że niezależnie od tego, kto rządzi biedą biedaków, ich sytuację poprawia tylko radość.
Obie postacie przypominają nam naszych rodaków, podkreśla autorka, to my, Portorokańczycy. To nasze absurdalne dyskusje rodzinne i polityczne, które codziennie znajdujemy w mediach, szczególnie online, które nieustannie kwestionują autorytety, co sprawia, że ich niewykształceni czytelnicy często uciekają się do zniewagi. Jak bezużyteczna jest ta debata, w którą angażujemy się na co dzień, jak daleko jej do ideału „debaty oświeconej”, z której uformowałaby się nowoczesność. Dziś hegemonia to gra sił marketingowych. Ale przemoc pozostaje. Żyjemy raczej w brzuchu Lewiatana Hobbesa niż w Utopii Tomasza Morusa. To co dostajemy to fałszywy sen, zbudowany w duchu nowoczesnej retoryki. López Bauzá przypomina, że Don Kichot nie jest tworem jednolitym, bo Cervantes napisał dwie powieści w dwóch różnych momentach historycznych w odstępie dziesięciu lat, i tak też jest i w jego przypadku – dwa tomy jego dzieła dzieli jednak tylko rok, a nie 10 lat. Całość kończy się wojną zwiastującą koniec świata, wojną z „bombami metanowymi”. Nie wyjaśnię więcej. Rzecz jest eschatologiczna, w najlepszej satyrycznej tradycji Rabelaise’a.

A ja jeszcze dodam (całkowicie w duchu Pierre Bayarda, autora książki o tym, jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało), że (wydaje mi się, iż) w całej powieści ani razu nie pada tytułowe słowo Barataria, bo autor zakłada, że albo czytelnicy wiedzą, że to wyimaginowana wyspa dziwnego żartu z Don Kichota, albo przyjmują tytuł dosłownie, a więc po prostu jako Taniocha bądź Kraj Taniochy. Jest to więc tak, jakby taki na przykład Jakub Żulczyk napisał powieść zatytułowaną Soplicówka, w której propisowskie skiny z wiochy Soplicówka naprzają się bez przerwy z opozycyjnymi punkami, a pewien zupełnie początkujący ucina sobie romans z własną ciotką, po to by po kilku tygodniach zdecydować się jednak na swoją kuzynkę, Zojkę Lesbijkę. Nazwa wsi kojarzy się z wódką. O Mickiewiczu i jakimś tam bubku Tadeuszku nikt nigdzie nie wspomina.

Tylko recenzenci.

Biblia Cygańska

Tabor Regresywny

Z oczywistych powodów festiwale literatury obracają się wokół książek. Należy się spodziewać, że Nieistniejący Festiwal Literatury obracać się będzie wokół nieistniejącej książki. Istniejących książek może być wiele, nieistniejąca może być tylko jedna, tak jak zbiór pusty jest tylko jeden. Tą jedyną nieistniejącą książką jest Biblia Cygańska. Biblia wspólna dla wszystkich ksiąg, tak jak zbiór pusty jest wspólny dla wszystkich zbiorów. Jedyna, o którą nikt się nie kłóci, jedyna, której nie można spalić, jedyna której nie można zgubić. Nieuchwytna, bliższa piosence. Opowiadana wieczorem przy ognisku. Rano zapomniana. Bez początku i bez końca, zawsze między wierszami.

Biblia Cygańska

Jaka, sądzisz, jest biblia cygańska?
Niepisana, wędrowna, wróżebna.
Naszeptała ją babom noc srebrna,
Naświetliła łuna świętojańska.
I aromat w niej, jak mirt rozdarty,
Leśny szum i gwiazdarska kabała,
Cień mogilny, pięćdziesiąt dwie karty,
Podkościelny dziad i mara biała.

Kto tę księgę odkrył? My uczeni,
Szperający w starzyźnie pamięci,
Węchem gnani i przeczuciem tknięci,
Pod spód zmysłów i myśli wpatrzeni.
Dolinami zapadłej wiedzy
Klechda kręta nurtuje jak rzeka:
I nie w życiu i nie śmierci, lecz między,
A na śmierć i na życie urzeka.

Na tę księgę woskowymi łzami
Kapią nocą żałobne gromnice,
W tej to księdze ułudnymi domysłami
Przewracają się sny jak stronice.
Migające wibrują wersety,
Nie uchwycisz, co się w nich ukrywa…
Coś jak gdyby: męczeństwo poety…
…Że coś zbawić ma… I księga się rozpływa.

Siedzieliśmy przy ognisku u wejścia do Przełomu Nysy Kłodzkiej, po drugiej stronie rzeki majaczyły w ciemności wysokie skały, woda szemrała po kamieniach. Amanda recytowała Biblię Cygańską Tuwima. Ryki pilnował ogniska, Juliano jak zawsze nieobecny wpatrzony w płomienie, Zorian wyciągnięty na plecach liczył gwiazdy.

W zaciemnionym pokoju siedzieli pod ścianami cyganie. Zjechali z całej Polski Amanda w sukni ślubnej, wśród kwiatów, obsypana słodyczami których jej brakło za życia, leżała w trumnie. Kilka dni wcześniej miastem wstrząsnęła tragedia. W rzece utopiła się trójka dzieci. Nie ważne, jak do tego doszło, mogło być gorzej, bo rzeka porwała całą piątkę. Dwójkę Amanda jakimś nadludzkim wysiłkiem wypchnęła na brzeg, dwójki najmłodszych nie udało się jej uratować. Znaleźli ją wplątaną włosami w gałęzie u zbiegu dwóch rzek niedaleko mojego domu.

Długo nie mogliśmy się z tego otrząsnąć, szczególnie jej bracia. Ani psycholodzy ani wyjazdy do rodziny nie pomagały. Kiedyś wieczorem, gdy starym zwyczajem siedziałem u nich w kuchni, powiedziałem. Żyjmy tak, żeby Amanda chciała wrócić. Czy wróci? Nie wiem. To nie nasza sprawa. Ale można by spróbować tak żyć. Jestem to winny Amandzie. Jesteśmy to winni Amandom, by chciało im się żyć.

środa, 22:13

Byłem dzisiaj nad rzeką, w miejscu gdzie ta tragedia się zaczęła. Stoi tam krzyż, który sam na prośbę matki Amandy ustawiałem. Od dziesięciu lat stoi na brzegu, często pod wodą, okoliczne krzaki i drzewa są powywracane, a ten krzyż stoi. Imię jest ledwo widoczne, ale reszta, nazwisko i daty, w dobrym stanie. Za każdym razem, jak tam idę, jestem przekonany, że krzyża nie będzie, że nie przetrzymał ostatniej wysokiej wody. A on stoi. Niesamowite.

 

Baratarysta Regresywny jako Wielki Inspirator Kultury

Od Adminki:

No cóż, plan z reguły jest taki, najpierw wpis na blogu, a potem na Facebooku, chyba, że to reblog…
I oto tymczasem na FB tekst ukazał się już w miniony wtorek, a ja, uparta Adminka, trzymałam się planu. Ma to ponoć być dowód na to, że czas się cofa, co mi przypomniało, że norweska wyspa Sommarøy postanowiła znieść czas i to na pewno jest element baratarystyczny. Z kolei, gdyby tekst nie ukazał się na FB już we wtorek, to Magda Parys być może dopiero dziś odkryłaby powołanie do życia Nieistniejącego Festiwalu Literackiego, czyli pewnie tak po prostu musiało być, bo efekty są fantastyczne.

Jednocześnie informuję, że autor, który postanowił (z powrotem) używać pseudonimu (o ile dobrze pamiętam, jakiś czas temu Facebook zmusił go do rezygnacji z wdzięcznej ksywki), od dziś otrzymał blogowe wtorki dla siebie i swoich projektów, a są to: doktorat z baratarystyki, Kurs Sztuki Żeglowania, połączony z exodusem na Wyspy Szczęśliwe, ocalenie wizerunku Kubusia Puchatka oraz Nieistniejący Festiwal Literatury, połączony z opowieściami o Księżnej Pani. Przydatna we wszystkich tych dziedzinach umiejętność to gotowanie kawy na piecyku z trzech gwoździ.

Wtorki nie będą obowiązkowe. Niektóre będą komentowane już “w rzeczy samej”, jak na przykład ten dzisiejszy

Tabor Regresywny

Dialogi regresywne

Tabor:
Kurs Sztuki Żeglowania będzie imprezą towarzyszącą Nieistniejącemu Festiwalowi Literatury.
Ty zostaniesz kuratorką KSŻ.
X
Odp. Adminki:
Tak, jako osoba nie żeglująca świetnie się kwalifikuję do pełnienia funkcji kuratorki kursu żeglowania
X
Tabor:
Proponowałem Ci “siedzenie na Oku”, to jest rozwinięcie tej idei.
X
Odp. Adminki:
Jednooczka na oku 😉 (bo ja nie widzę na jedno oko, o!)
X
X
Odp. Adminki:
Myślę, że rzecz jest przynajmniej po części do zrealizowania – do Berlina da się dotrzeć wodą z Polski, choć raczej nie na lotnisko Tempelhof i już na pewno nie da się wpłynąć przez suchego przestwór oceanu na górę Krzyża (Kreuzberg) w Parku Viktorii na Kreuzbergu, gdzie mieści się – co nazwa góry wszak niemal narzuca – bar Golgota. A trzy gwoździe na Golgocie mogą też posłużyć sztuce gotowania kawy.
X

Tabor:
Nigdy nie płyniemy „do” zawsze w „kierunku”. Wyruszyłem w kierunku Berlina na wykład Mara Jeziornego pt. Murzyńskie prawo pracy… W Berlinie zbiegiem okoliczności nie dotarłem na wykład za to trafiłem w sam środek Nieistniejącego Festiwalu Literatury (bo istniejący właśnie przestał istnieć). Kuratorka zaproponowała mi funkcję konsultanta, a ja w rewanżu zaproponowałem jej funkcję kuratorki Kursu Sztuki Żeglowania. Na znak zgody zrobiliśmy sobie fotki, ja jej na „Kaw/fce” ona mi z „Kaw/fką”. Ustaliliśmy, że KS Żeglowania będzie imprezą towarzyszącą Nieistniejącemu Festiwalowi Literatury. Nic nie stoi na przeszkodzie, by NFL towarzyszyły imprezy towarzyszące. Mało tego, Istniejące Festiwale Literatury też mogą być imprezami towarzyszącymi. Natomiast Nieistniejący Festiwal Literatury z racji swojego nieistnienia nie może być imprezą towarzyszącą np. Istniejącemu Festiwalowi Literatury. Objawia się tu nam wyższość nieistnienia nad istnieniem. Wracając do lekcji. Płynąc „do” staramy się dopłynąć, często wbrew przeciwnym wiatrom, często z wielkim trudem i w  końcu często okazuje się, że cel nie był wart tych wysiłków. Lepiej płynąć w „kierunku” z otwartością przyjmując wszystko co nas spotyka, bo to może być to, po co płyniemy.

Dowody na istnienie Nieistniejącego Festiwalu Literatury:

 

 

 

 

 

 

 

Od Adminki: Komentarze “w rzeczy samej”:

1. Poważny. Magda Parys napisała kilka dni temu na FB:

Moi drodzy, nie tak dawno opowiadałam Wam o polsko-niemieckim festiwalu „Literatzky Berlin”. Niestety wszystko wskazuje na to, że festiwal się nie odbędzie. Jeśli jednak dojdzie do skutku, to ani Ewa Maria Slaska ani ja nie będziemy jego organizatorkami. Czasem nie wystarcza fakt, że wpadniesz na pomysł, znajdziesz partnerów, którzy chcą go z tobą wprowadzać w życie, nie wystarczy, że uda się zdobyć na to pieniądze. Czasem zwyczajnie i po prostu zadzieje się coś, na co nie masz wpływu. Cholernie mi przykro, że festiwal, który miał taki potencjał i był w tych trudnych czasach potrzebny i Polsce, i Niemcom, nie może być przez nas zrealizowany. Bardzo Was przepraszam za rozbudzenie nadziei. Wiem, że wielu autorów, dziennikarzy i wydawców szykowało się na wyjazd do Berlina. Trochę opadły mi skrzydła, lecz jest jeszcze tyle innych pięknych nazw festiwali i tyle nieodkrytych pomysłów, że na pewno jeszcze kiedyś stworzymy coś bezinteresownego i trwałego dla polskich i niemieckich czytelników. To nie jest nasze ostatnie słowo.

2. Mniej poważny, ale za to poważnie zainspirowany przez NFL. Magda Parys napisała wczoraj na FB:

Kochani! Parę dni temu na blogu Ewy Marii Slaskiej wpadło mi w oko opowiadanie Tabora Regresywnego o wdzięcznym tytule: “Festiwal”. Już pierwsze słowa inspirują, przyznajcie sami: „Żeby Nieistniejący Festiwal Literatury nabrał rozpędu, potrzebny jest napęd i dobre hamulce. Najlepszym napędem są pieniądze. Powiedzmy sobie szczerze, nikt nam ich nie da. Na szczęście jest trochę pieniędzy zakopanych na płycie byłego lotniska Tempelhof”.
Niezwykle lubię tego rodzaju literaturę i wszystkim polecam twórczość Tabora Regresywnego. Poza tym nie ukrywam, fakt, że wokół festiwalu “Literatzky Berlin” tworzy się już nowe literackie genre, dał mi kopa i zaintrygował. Lecz pieniądze “na płycie lotniska” intrygują mnie najbardziej. Pomyślałam, wszystko układa sią pięknie, mieszkam blisko i jestem z lotniskiem związana emocjonalnie. Ot, historia! Tempelhof, byłe lotnisko w Berlinie, na którym w latach osiemdziesiątych lądowały uprowadzone samoloty z Polski.
Z paroma młodocianymi pasażerami chodziłam nawet do szkoły. Wkrótce po wylądowaniu, jadąc na rowerze wzdłuż muru berlińskiego udawali, że strzelają do pograniczników enerdowskich. Z kija. Lubili niebezpieczne życie. Zatem im też po starej przyjaźni zadedykuję Nieistniejące.
A teraz Literaturomanie! Książkoznawcy! Książkożercy! Germanofile! Festiwalowcy! Za pozwoleniem Tabora, autora opowiadania „Festiwal”, postanowiłam unieść płyty tempelhofskie. Tym samym posiadłam nieograniczone pieniężne możliwości i zapraszam Polki i Polaków do Berlina do Buchmanna, nieistniejącego Domu Towarowego Książki tuż przy istniejącej Friedrichstrasse. W lśniącym szklanym pięciokondygnacyjnym budynku znajdziecie książki, książki, książki. Oraz książki.
I tam właśnie w nieistniejącym Buchmannie odbędzie się nasz Nieistniejący Festiwal Literatury. Księgarnię Buchmann założą i poprowadzą z nieustającym nieistniejącym sukcesem Wojtek Drozdek i Marcin Piekoszewski. Ci znani berlińscy księgarze jeszcze nie wiedzą, że dzięki Nieistniejącemu Festiwalowi Literatury zostaną biznesmenami i że zarobią krocie, ale skoro pieniądze na inwestycje pochodzą spod płyt byłego lotniska Tempelhof, na pewno nam to wybaczą.
Nieistniejącym patronem nieistniejącego przedsięwzięcia zgodziła się zostać nie wiedząca jeszcze nic o tym Blanka Lipińska. Blanko, gratulujemy, dziękujemy
i cieszymy się razem z Tobą!
Poza pieniędzmi spod płyt tempelhofskich głównymi sponsorami Nieistniejącego Festiwalu Literatury zostali nieistniejący lobbyści Klubu Polskich Nieudaczników. Zajmują ostatnie piętro księgarni Buchmanna, grają w karty i prowadzą giełdę literacką. Wstęp tylko dla vipów i salonowych tygrysów oraz panter!
Jak udało nam się ustalić, Katarzyna Bonda i Remigiusz Mróz zasiądą w nieistniejącym jury „Tańca z książkami”. Pierwsze znane nazwiska par tanecznych to Manuela Gretkowska i Janusz Leon Wiśniewski, Joanna Bator i Ignacy Karpowicz, Ellena Ferante i Irek Grin, Elżbieta Cherezinska i Stefan Chwin, Zośka Papużanka i Łukasz Orbitowski. Nad nieistniejącą choreografią czuwać będą Marcin Wicha i Katarzyna Puzyńska. Jak donosi dyrektor naczelna całego przedsięwzięcia, Gaja Grzegorzewska, przygotowania trwają całą parą. Mamy nieistniejące zdjęcia, ale boimy się publikować.
Pląsy między reportażem i powieściami odbywać się będą na 1 piętrze w Sali Balowej.
Insider z literackiej rodziny zdradził nam, że Marcin Wilk poprowadzi nieistniejące spotkanie Jacka Dehnela ze Szczepanem Twardochem. Nieistniejący tytuł roboczy: „Wieloryby i potwory na Ziemiach Odzyskanych w literaturze IV RP”
2 piętro, Sala Patriotów
Magdalena Grzebałkowska została gospodynią programu „Bilionerzy”, jak zapewnia, pytania nie będą trudne. Na przykład: jak nazywa się siostra szwagra matki Andrieja Nikołajewicza Bołkońskiego z powieści „Wojna i pokój” albo kim była z zawodu matka siostrzeńca Łokietka. Wiemy już, że do programu udało się zakwalifikować Ewie Winnickiej, Sylwii Chutnik, Dominice Słowik, Marcie Dzido, Grzegorzowi Kasdepke, Jakubowi Żulczykowi i Jakubowi Małeckiemu oraz Pawłowi Goźlińskiemu. Próbowała dostać się też Magdalena Parys, lecz odpadła jako pierwsza. Na nic zdały się znajomości. Sprawę zgłoszono do Prokuratora Generalnego Nieistniejącego Festiwalu, Zbyszka Biodro.
Pytania do programu przygotowywali Zygmunt Miłoszewski, Małgorzata Adamczyk Gutowska, Cezary Łazarewicz pod specjalnym nadzorem Krystyny Chwin i Anny Janko. Konsultacja naukowa: Tomasz Piątek.
Ostatnie piętro, Sala Vipów
Dotarliśmy też do nieistniejących źródeł, z których wynika że Blanka Lipińska poprowadzi warsztaty dla feministek, lekcje empatii da Andrzej Sapkowski, natomiast Rafał Ziemkiewicz opowie o kobietach w literaturze współczesnej. Manuela Gretkowska i Wit Szostak zajmą się nieistniejącą produkcją formatu.
4 piętro, Sala Gender
Barbara Piedgoń, Joanna Fabicka, Małgorzata Buttitta poprowadzą kursy nieistniejącego gotowania, przewidziane jest pieczenie i smażenie polsko-niemieckiego ziemniaka. Jury będzie jedoosobowe: Wojtek Drozdek.
Wolna przestrzeń, okolice Bramy Brandenburskiej (pięć minut od nieistniejącej księgarni Buchmanna).
Będą też przepytywani z nieistniejącego życia osobistego bohaterowie książek Olgi Tokarczuk. Już wiemy że nieistniejący program poprowadzi Dorota Masłowska.
3 piętro, Sala Fikcji
Jedno jest natomiast pewne. Dla najmłodszych nieistniejące kursy rzeźbienia mieczem w drewnie przeprowadzi Wiedźmin.
Parter.
Dorota Danielewicz i Krzysztof Niewrzęda pokażą nam literacki underground stolicy Niemiec. Grażyna Słomka i Ewa Maria Slaska założą kanał na youtubie i tam będą mogli Państwo śledzić nieistniejące festiwalowe ploteczki. Nieistniejącymi korespondentami od zadań specjalnych zostali Małgorzata Rejmer i Ziemowit Szczerek.
Uwaga, będą znienacka pojawiać się wszędzie.
Po Berlinie oprowadzać będą nieistniejący polscy bezdomni.
Na integracyjną nieistniejącą kolację i nieustanną wymianę w dziale kulturalnym między polskim i niemieckimi wydawcami zaprasza Anita Musioł, z nieoficjalnych źródeł dowiedzieliśmy się, że zainteresowanie jest tak duże, że trzeba wynająć salę kinową w Kinopalast na Kudammie. Za nieistniejącą organizację i zaproszenia odpowiada Wojciech Chmielarz.
Kudamm, Kino, Sala Oskarowa
Niezwykle cieszy nas nieustająca współpraca polskich i niemieckich mediów, dlatego zapraszamy na panel: „Jak zapewnić miejsce niemieckiej książce w polskiej prasie i w telewizji. Oraz polskiej książce w Niemczech.” W nieistniejącej dyskusji udział wezmą Jacek Kurski, Jerzy Wójcik, Wojciech Bonowicz, Uwe Rada, Inga Iwasiów, Agnieszka Debska, Anna Dziewit Meller, Ewa Maria Slaska, Daniel Kehlamnn, inwestor niemieckiego Bildu i polskiego Super expresu oraz zastępujący zastępca zastępcy naczelnych ze Spiegel online. Dyskusję poprowadzą Katarzyna Janowska i Michał Nogaś. Nad wszystkim postara się zapanować reżyser formatu, Emilia Smechowski. Na to nieistniejące spotkanie już od tygodni zabrakło nieistniejących biletów.
Uniwersytet, sala audi max
Katarzyna Tubylewicz, Wioletta Grzegorzewska, Brygida Helbig, Agnieszka Drotkiewicz, Sylwia Zientek, Grażyna Plebanek, Karolina Kuszyk, Joanna Fligiel, Hubert Klimko-Dobrzaniecki wezmą udział w nieistniejącym mulikukulituralnym literackim standupie. Jak udało nam się dowiedzieć reżyserem i scenarzystą ma zostać Bartek Fetysz, doradcą kostiumowym zaś Juliusz Kurkiewicz, cenzorem Janusz Rudnicki. Nieistniejącym dyrektorem artystycznym Mikołaj Łoziński.
Teatr, Sala Rozpraw
W tym roku do Nagrody Imienia Czułego Prześmiewcy nominowani zostali Agata Passent, Olga Kowalska, Justyna Sobolewska, Bernadetta Darska, Anna Dziewit Meller, Paulina Małochleb, Natalia Szostak, Justyna Suchecka, Katarzyna Wężyk, Małgorzata Kąkiel, Michał Nogaś, Max Cegielski, Paweł Sajewicz, Wojtek Szot, Marcin Wilk, Filip Łobodziński, Łukasz Wojtusik. Obradom nieistniejącego jury przewodniczyć będzie Maria Konwicka i Kot Iwan, reszta jury została utajniona (próbujemy dowiedzieć się dlaczego). Nieistniejącą galę wręczenia nagród poprowadzi Agata Pieniążek i Miłka Jankowska. Jeszcze nie jest pewne, czy mowę wygłosi Dariusz Nowacki czy Adam Zagajewski. W każdym razie na pewno zaśpiewa Sylwia Chutnik.
Ratusz, Sala Czułości
Po burzliwych naradach rzecznikiem prasowym Nieistniejącego Festiwalu Literackiego zostali Karolina Sulej i Filip Springer, menadżerem od spraw wizerunkowych Michał Witkowski. W razie nieistniejących niejasności prosimy o kontakt z Michałem Rusinkiem. Szefem nieistniejącego literackiego security został Grzegorz Kozera. Dyrektorem i szefem wszystkich szefów nieznany niemiecki pancernik.
Za nieistniejące zdjęcia, wystawę i być może prawdziwy komiks odpowiedzialna jest Anna Krenz. Nieistniejąca księgowość Moniki Regulskiej sprawdzi czy dokonano prawidłowych przelewów i zapanowały prawo i praworządność.
Dziękujemy. Czekamy. Kochamy.* Tęsknimy.
* Nikogo nie chcieliśmy urazić, wszystko zełgaliśmy. Wasze nazwiska zamieściliśmy z szacunku i miłości do literatury. Pamiętajcie, im złośliwiej tym większa miłość. Przepraszamy, jeśli ktoś poczuł się zraniony, prawie wszyscy powyżej wymienieni byli naszymi potencjalnymi gośćmi. Może w nieco uboższych festiwalowych formatach, ale zaproszenia już niebawem miały do Was dotrzeć. Nie dotarły, nie szkodzi. Bo jak to mówią, najlepsze to te obrazy nienamalowane, książki nienapisane. Jak widać, to samo dotyczy nieistniejących festiwali. Dziękujemy wszystkim za nieistniejącą obecność ❤️
Wasza redakcja.

Barataria. Mapy i wyspy

Piotr Trysła

Wyprawa. Nie ma mapy i chyba nie będzie.

Mojemu cudownemu synowi

Nie ma mapy i chyba nie będzie,
a przewodnik często sam gubi drogę.
Nawigacja wciąż poza zasięgiem.

Najpierw prosto, potem w prawo za rogiem.

Adres masz, choć ciut niewyraźny.
Nie zapomnij coś włożyć ciepłego.
Wytrzyj nos, przecież jesteś odważny.

Potem prosto, za dworcem w lewo.

I uważaj na pustych ścieżkach.
Czasem pewnie złapie cię noc.
Nie płacz już. Proszę cię, przestań.

Za zakrętem prosto przez most.

Pisz czasami. No zadzwoń przynajmniej.
Już wygasa ogień w kominku.
Droga całe życie ci zajmie.

Idź już. No idź już, synku.

Wiersz podarowany Joannie Kondrat

Ten utwór został opublikowany 18 marca 2015 w zbiorze Piosenki, Wiersze, a ja znalazłam go kilka dni temu na Facebooku, więc chyba pociągnę tym tropem jeszcze przez chwilę.

Ewa Maria Slaska

Znalezione na Facebooku i gdzie indziej. Mapy i wyspy.

No tak. Nie warto nawet spojrzeć na taką mapę świata, która nie zawiera utopii. Oskar Wilde, Dusza człowieka w socjalizmie.
Można by zapytać, a co on mógł o tym wiedzieć, skoro znał socjalizm tylko teoretycznie i to w sposób podwojony – czasowo i geograficznie? W końcu urodził  się w 1854 roku w Dublinie, zmarł w 1900 w Paryżu.

Esej o socjalizmie był bardzo słynny i tak naprawdę nie miał nic wspólnego z tym, co my, współcześni, rozumiemy pod słowem socjalizm. Wydawca wydania polskiego (Wydawnictwo Karakter) pisze:

Głośny esej polityczny, w którym Wilde rysuje wizję nowego ustroju opartego na wolności, humanizmie i sztuce. Autor kwestionuje wszelkie formy politycznego, społecznego i ekonomicznego przymusu wobec jednostki, podkreśla potencjał drzemiący w każdym z nas, nawołuje do życia autentycznego i godnego – a takie najpełniej może się realizować w obszarze kreacji artystycznej. Odżegnuje się od schlebiania masowym gustom i broni indywidualizmu. „Czy to utopijne?” – pyta. I odpowiada: – “Nie warto nawet spojrzeć na taką mapę świata, która nie zawiera Utopii”.

Esej w nowym przekładzie Jacka Dehnela został opatrzony posłowiem dr Cezarego Błaszczyka, który pozwala umieścić tekst w szerszym kontekście historii doktryn politycznych i ukazuje Wilde’a jako pisarza politycznego, anarchistę i jednego z ojców studenckiej rewolty maja ’68.

***
Nie ma mapy i chyba nie będzie, nie ma Baratarii (ostatnio wciąż to piszę), nie ma socjalizmu, a i utopii nie ma za wiele. Ale wciąż jeszcze są wyspy. Choć jedna z trzaskiem wyszła właśnie z Unii, zabierając ze sobą jeszcze kawałek drugiej. Szkoda, lubiłam te wyspy, gdzie wszyscy wciąż jeszcze nosili tweedy, pływali łódkami i kultywowali wyścigi konne, picie herbaty o 17 i pikniki.

W ostatnich dniach zobaczyłam trzy filmy, w dwóch były wyspy.
Body of truth, reżyseria Evelyn Schels, film szwajcarsko-niemiecki z 2019 roku, wejdzie w Niemczech do kin w marcu 2020.
Cztery artystki, Marina Abramović, Sigalit Landau, Katharina Sieverding i Shirin Neshat, w swej twórczości zmagają się z osobistymi doświadczeniami wojny, przemocy i ucisku, jakich doznały w swoim kraju – w Serbii, Izraelu, Niemczech i Iranie, a tworząc posługują się tym, co najbardziej własne, osobiste, intymne – własnym ciałem.

Sigalit Landau kreuje wyspy na morzu. Morze w ogóle odgrywa dużą rolę w jej sztuce. Najbardziej wstrząsającym eksperymentem, jakiego się dopuszcza na własnym ciele jest hula hop z drutu kolczastego – Landau stoi naga na plaży i wprawia w ruch to przeklęte hula hop, które z każdym obrotem bardziej ją rani. W momencie, gdy to piszę, czuję znowu ten sam ucisk strachu przed tym, co się zawiera w tym symbolicznym skrócie, wszystkim, do czego zdolny jest człowiek, gdy chce zrobić krzywdę innym i ktoś mu dał do tego “prawo” – ktoś czyli siła, płeć, władza, pieniądz, religia, nieważne, ktoś.

Wyspy na Morzu Martwym są (co najmniej) dwie. Jedna z krwawiących owoców, jedna z soli zarastającej rany wspomnień.

***

Drugą filmową wyspę zobaczyłam nie na pokazie przedpremierowym, lecz raczej na ostatnim seansie kinowym, ale pewnie oznacza to, że zaniedługo będzie można obejrzeć ten film na DVD lub którymś z portali streamingowych. Mam na myśli francuski film z maja ubiegłego roku, Portret kobiety w ogniu w reżyserii Céline Sciamma. Film dostał Złotą palmę w Cannes oraz wiele innych nagród i nominacji.
Francja, rok 1760. Marianne, malarka, ma przez tydzień zamieszkać na wyspie i wykonać portret mieszkającej tam młodej kobiety. Film jest estetycznym arcydziełem, choć jego treść wydaje mi się dość naciągana, fabuła raczej wątła, a obie główne bohaterki – nieprawdziwe. Recenzenci piszą, że dziewczyny “wyprzedzają swój czas” i mają, jak rozumiem, na myśli, że ich decyzje (i konsekwencje) byłyby typowe raczej dla Francji w roku 1960 niż 1760. Ale, co gorsza (choć może taka była intencja reżyserki), wyglądają mimo stylizowanych sukien (raczej zresztą Biedermayer niż ancien regime) nowocześnie, powiedzmy jak dziewczyny malowane przez Tamarę Łempicką, a nie przez Watteau. Ale nie bądźmy drobiazgowi, bo niezależnie od tego, jak wyglądają i co się dzieje, wszystkie sceny tego filmu są arcydziełami stylizacji “na starych mistrzów”. Są sceny z La Toura, i Delacroix, Caravaggia i Vermeera van Delft, a skąpana w przybojach wyspa to być może Ajwazowski.

Dwa filmy, trzy wyspy, ale symbol jeden i ten sam. Wyspa, czyli miejsce, z którego o własnych siłach nie odpłyniesz, miejsce na dobre i na złe, ale nawet jak na dobre, to i tak w końcu – na złe. Możesz być na wyspie szczęśliwy bez kontroli, ale z reguły wyspa to niewola, od której nie ma ucieczki.

Błędne mapy (nie ma Baratarii)

Wiadomo Komu w podziękowaniu za wieczór filmowy i film

Ewa Maria Slaska

Obejrzałam film Błędne mapy w reżyserii Szymona Uliasza na podstawie scenariusza Magdaleny Barbaruk, kulturoznawczyni, zajmującej się współczesnym trwaniem dziedzictwa Cervantesa
i nowymi obliczami donkichotyzmu. Film został wyprodukowany już kilka lat temu, po hiszpańsku i po polsku, w ramach projektu badawczego realizowanego dla Narodowego Centrum Nauki. Niestety mimo iż film był sponsorowany przez NCN, a od czasu jego produkcji minęło już siedem lat, nadal nie ma go na youtubie, w cda i na zalukaj.

Szkoda. Opowiem więc wam o tym filmie.

Autorzy wyszli od pierwszego zdania powieści: W pewnym miejscu w La Manchy, którego nazwy nie chcę pamiętać… „W pewnym miejscu”, czyli właściwie gdzie? Od dawna wiele miejscowości w tym regionie Hiszpanii pretenduje do miana „tego miejsca”. Twórcy filmu postanowili to wyjaśnić.

Film jest esejem antropologiczno-kulturoznawczym. Jego twórcy wędrują po La Manchy w poszukiwaniu Don Kichota, próbując powtórzyć słynną podróż literacką zrealizowaną w trzechsetlecie powieści Cervantesa (1905) przez Azorína, którą nazywa się “starą trasą Don Kichota”. Polacy wędrują już jednak po “nowej trasie”. Spotkane przez ekipę filmową postaci, obserwowane wydarzenia (np. Madryt podczas strajku śmieciarzy) stają się okazją do zaktualizowania wzorca podróży sprzed stu lat. Za stolicę nowej trasy, która powstała z okazji czterechsetlecia powieści (2005), uznać można prowincję Ciudad Real, gdzie do 2012 roku zapowiadano utworzenie „Królestwa Don Kichota” i zbudowano lotnisko „Don Kichota”. La Mancha z miejsca tranzytowego miała stać się regionem docelowym setek tysięcy turystów. W obliczu idei budowy gigantycznego parku tematycznego, opartego na figurze błędnego rycerza, spór o to, gdzie leży prawdziwe un lugar de la Mancha nabrał nowego sensu. Podróż stała się również refleksją nad przemianami krajobrazu La Manchy – nie ma już bowiem krajobrazu, który widział Cervantes i po którym wędrował jego bohater. Więc już z góry wiadomo, że nie da się wędrować po śladach Don Kichota. Podobnie jak tak naprawdę nie ma Baratarii, bo baratarystyczna wędrówka prowadzi przez obszary psychologii. Stąd specjaliści w dziedzinie marketingu wymyślili hiszpański narodowy Disneyland  – Królestwo Don Kichota i Park Rozrywki.
***
Ale mimo to wciąż ktoś szuka miejsc, które zdaniem Cervantesa odwiedzili Don Kichot i jego giermek. Kilka lat temu na trasę ruszyli Aron Moses i jego ojciec. Zaczęli za Madrytem. Przeszli tysiąc kilometrów. (Kto zna niemiecki może zajrzeć TU.)
Ale i oni nie dotarli do Baratarii. I… w swej relacji nie zamieścili żadnej mapy 🙂

Mapę znajdę dopiero na oficjalnej stronie rządowej, promującej Hiszpanię.
Trasa obejmuje następujące etapy:

Dzień 1. Alcala de Henares (miejsce urodzin Cervantesa)
Dzień 2. Madryd
Dzień 3. Esquivias – Toledo
Dzień 4. Consuegra – Alcazar de San Juan
Dzień 5. Campo de Criptana – El Toboso
Dzień 6. Argamasilla de Alba – Ossa de Montiel – Villa Nueva de los Infantes
Dzień 7. Ciudad Real – Almagro

Tata i syn Mosesowie zaczynają od wędrówki przez mesetę, bezdrzewną równinę Hiszpanii, świetnie znaną każdemu, kto kiedyś szedł trasą francuską do Santiago de Compostela. Nie tłumaczę opisu ich wędrówki, jest za długi, ale postaram się w skrócie opowiedzieć o ich trasie.

Już z daleka widzimy Toledo, kościoły i domy na wysokiej skale nad Tagiem. Cervantes uważał, że Toledo jest najpiękniejszym miastem hiszpańskim. Być może dlatego cała historia Don Kichota zaczyna się właśnie tu, na targu w Toledo, gdzie narrator kupuje od pewnego młodzieniaszka zapisane po arabsku szpargały, które okazują się ni mniej ni więcej, tylko historią Don Kichota napisaną przez niejakiego Sidi Haméta Benengelíego. Narrator jest więc zaledwie tłumaczem.
Na południe od Toledo Mosesowie powędrują przez la Manczę. To arbskie słowo al-Mansha, które oznacza “suchy kraj”. Latem jest to rzeczywiście archaiczny suchy kraj, podzielony na czerwone i brunatne  kwadraty pól. Na wzgórzu w Consuegra fotografują jedenaście wiatraków, które są prawdziwym cudem techniki, jaki Arabowie zostawili w spadku Hiszpanom. Podobnie jednak jak nie wiadomo, w jakim miasteczku w la Manczy zaczyna się opowieść o Don Kichocie i skąd obaj, on i jego giermek, pochodzą, tak nie wiadomo też, które zachowane jeszcze z czasów Cervantesa wiatraki, stały się wyimaginowanymii wrogami błędnego rycerza. Może właśnie te? Nieważne, ważne że już na zawsze weszły do historii kultury, stając się symbolem wszystkiego, z czym kiedykolwiek przyszło walczyć idealistom.

Wiele scen powieści rozgrywa się w oberżach i zajazdach – w La Manchy niemal w każdym miasteczku można więc zobaczyć blaszane sylwetki Rycerza o Smętnym Obliczu i jego giermka. Tak też jest w Puerto Lápice. Wg powieści tu właśnie, w “Venta de Don Quijote”, Don Kichot został przez złośliwego oberżystę pasowany na rycerza, stoczywszy jednak najpier zaciekłą walkę z bukłakami czerwonego wina.

Wzorem Don Kichota i Sancho Pansy Mosesowie często gęsto śpią na świeżym powietrzu, czasem jednak korzystają z gościny w pensjonatach. Pewnego dnia docierają do Villanueva de los Infantes, małego miasteczka, pełnego domów z czasów reneansu i baroku, jednogo z tych, skąd pochodzić miał błędny rycerz. W Ruidera, gdzie kilkanaście jezior rozciąga się jedno za drugim schodzą do podziemnego labiryntu jaskiń, w którym zbłąkali się też 400 lat temu nasi bohaterowie. Don Kichot wierzył, że znalazł tam kryształowy pałac i spotkał bohaterów legend o Królu Arturze.

W Argamasilla de Alba, w podziemnym więzieniu miał spędzić jakiś czas nie tyle nasz chudy szaleniec, ile sam autor opowieści o nim. Podobno wtedy właśnie zaczął pisać tę historię. Mieszkańcy wioski i pracownicy muzeum wierzą bez zastrzeżeń, że tak właśnie było. Podobno nie ma na to żadnych dowodów. No i co? Idźcie do muzeum, zobaczcie stół, krzesło, kamienną ławę przykrytą matą słomianą, obejrzyjcie, jak przez małe okienko wpadają promnienie słońca i oświetlają stół. Jeszcze macie wątpliwości, że to tu? Doprawdy jesteście niepoprawnymi realistami, jak owi historycy, przykuci do skały dokumentu i dowodu, a całkowicie pozbawieni fantazji.

El Toboso, miasto Dulcynei, wędrowcy uważają z jedno z najpiękniejszych miasteczek La Manczy. W El Toboso mieszkała przed ponad 400 laty Ana Zorca de Morales, z którą Cervantes przeżył podobno gorącą hiszpańską miłostkę. Jej dom to kolejne muzeum na trasie: “Museo Casa Dulcinea”, a parę ulic dalej można jeszcze odwiedzić “Biblioteca Cervantina” – zbiór dzieł sztuki, wydawnictw, karykatur oraz ponad 300 wydań książkowych w 50 językach, w tym po galijsku, arabsku, chińsku, persku, hebrajsku i esperanto. W księdze gości znajdują się podpisy znamienitych osobistości, króla Juana Carlosa, Margaret Thatcher, Ronalda Reagana, Richarda von Weizsäckera i Paula von Hindenburg. Franco, Mussolini i Hitler też się tu wpisali.

Pewnego popołudnia wędrowców zaskakuje burza. Całkowicie przemoknięci spotykają na drodze Frederica, starego wieśniaka z krzywym wąsem, w połatanym kaszkiecie na głowie. Frederico oferuje im nocleg w starej szopie, a potem przynosi im dzban wina i kolację – pieczonego kurczaka z kartoflami. Burza się skończyła, przez ciemne chmury prześwituje wieczorne słońce.

W zamku Belmonte Don Kichot stoczył pojedynek z rycerzem luster, a trasa prowadzi Mosesów dalej, przez pola wyschniętych słoneczników i porośnięte sosnami wzgórza do casas colgadas, wiszących domów w Cuenca. Dalej przez góry i wąwozy docierają do Ocana i Aranjuezu. To miasto letnich rezydencji hiszpańskich królów, malowniczo rozsianych nad brzegiem Tagu. Ani Ocany ani Aranjuezu nie ma na oficjalnej propozycji trasy Don Kichota. Ale co tam, każda trasa i tak doprowadzi wędrowca do  Madrytu i na Plaza de Espana, gdzie stoi wspaniały pomnik Cervantesa i jego błędnych bohaterów.

Tu się zaczyna albo tu się kończy każda wędrówka po błędnych trasach błędnych rycerzy.

PS. Gdy szukałam w internecie wspomnianego na początku filmu, ze zdumieniem stwierdziłam, że istnieje w sieci cała subkultura błędnych map – błędnych celowo i przez przypadek.

Drzewa (i gender)

O drzewach nazbierało mi się ostatnio tyle różnych informacji, że pewnie zaniedługo staną się niekończącym się tematem tego blogu jak koty czy Don Kichoty.

Jak zwykle – powędruję sobie między drzewa i rozpoczynając peregrynację, nie wiem jeszcze, dokąd mnie ta wędrówka zaprowadzi

Łukasz Łuczaj na łamach Przekroju

Pionierska płeć

Czy wiecie, że twardość drewna można ocenić po tym, jakiego rodzaju jest jego nazwa? Najtwardsze drzewa mają zawsze nazwę męską: cis, grab, dąb, jesion, jawor, klon, buk itd. Drzewa pionierskie, zasiewające się na opuszczonych polach, lekkonasienne i o miękkim drewnie są rodzaju żeńskiego, np. olcha, wierzba, iwa, osika, topola. Żeńskie są także brzoza, jodła i sosna.

Brzoza jest też pionierska, ale drewno ma średniej twardości. Jodła już pionierska nie jest, sosna trochę tak – oba gatunki mają drewno niezbyt twarde, raczej lekkie.

Ta dosyć mocna reguła nie sprawdza się już przy nazwach drzew gatunków obcych. Na przykład akacja (robinia) ma drewno twarde, a nazwę rodzaju żeńskiego.

Drewno, drzewo, las

Norweg Lars Mytting jest nie tylko autorem kilku powieści, wpisujących się w znakomitą nowoczesną tradycję literatury skandynawskiej, lecz jest też autorem publikacji popularno-naukowej o… cięciu i składowaniu drewna.

Nikt z nas, zwykłych ludzi, nie wyobraża sobie, co w książce, która nie jest podręcznikiem dla technologów drewna,  można by napisać o cięciu i składowaniu drewna na sposób skandynawski. Ale można i zapewniam was, że jest to niezwykle wręcz ciekawe.

Mytting wcale jednak nie jest technologiem drewna, nie jest też leśnikiem, botanikiem, cieślą czy stolarzem. Jest dziennikarzem, trochę niespokojnym duchem, zajmuje go wszystko, najbardziej może… muzyka. A jednak jego książka o cięciu drzew (po polsku Porąb i spal) sprzedała się w Norwegii 500 tysięcy razy i stała się jednym z największych sukcesów na norweskim rynku książkowym.

Jeden z recenzentów napisał, że jest to biblia, pieśń pochwalna, podręcznik, poezja, a przede wszystkim najczystsza radość.

Polscy recenzenci podkreślają, że jest to właściwie książka dla mężczyzn. Dlatego proszę koleżanki czytelniczki, by się tu odezwały i powiedziały, czy znają tę książkę, a jak tak, to co o niej sądzą?

Płyń z tonącymi to z kolei (zapewne) książka dla kobiet, bo jest tam wprawdzie prawdziwy mężczyzna, tajemnicza historia i niezwykła pasja, niebezpieczny żywioł, odludne miejsca, wojna, chciwość i nienawiść, ale są też dwie a może nawet trzy historie miłosne.

I są też, a może – przede wszystkim, drzewa, niezwykłe, tajemnicze, niebezpieczne i kosztowne. Oraz, co bardzo niezwykłe, miłość do… ziemniaków. Nie przesadzam – miłość. Już tu o tym dwa dni temu pisałam.

Przyznaję, że dawno nie czytałam tak fascynującej książki i, jak zawsze w takich wypadkach, czekam na moment, kiedy już nie wszystko będę wyraziście pamiętała, bo wtedy będę ją mogła przeczytać po raz kolejny.

O tym, że niemiecki leśnik, Peter Wohlleben, napisał niezwykłą książkę o drzewach i lesie, słyszałam już od dawna, ale jakoś stale się z nią mijałam. I nawet nie wiem, dlaczego.

Las jest dla mnie czymś tajemniczym, niezwykłym i niezwykle ważnym. Moja ukochana cioteczna babcia, Karusia, mówiła, że są ludzie gór i ludzie morza, a ona jest człowiekiem lasu. Myślę, że pod jej wpływem też stałam się człowiekiem lasu. Gdy to piszę, widzę te niezliczone lasy, przez które zdarzało mi się w życiu wędrować. W Polsce i w Nepalu, w Hiszpanii, Niemczech, Irlandii, Austrii, Włoszech, Grecji, Anglii, Portugalii, Francji i Stanach Zjednoczonych.

I kolejne lasy magiczne, literackie, wyobrażone, książkowe, filmowe, jak las w Labiryncie fauna albo w Hobbicie.

 

 

 

 

Wohlleben konstruuje w swej książce teorię o tym, że drzewa nie tylko żyją (to w końcu wszyscy wiemy) i czują (to też już wielu z nas wie), ale że tworzą skomplikowany i skuteczny system społeczny. W lesie Wohllebena drzewa porozumiewają się za pomocą korzeni i… grzybów. Na końcu każdego korzenia mieści się… mózg. Drzewa opiekują się starymi pobratymcami, wspierają chorych i pomagają im wrócić do życia i zdrowia, otaczają opieką dzieci.

Teraz wg książki nakręcono film, w którym pojawia się również Puszcza Białowieska, Adam Wajrak i… Pałac Kultury, i to jest bardzo przyjemne, szkoda więc, że w stosunku do filmu, jaki nasza własna wyobraźnia tworzy podczas lektury tej fantastycznej książki, film jest w gruncie rzeczy przede wszystkim jej dość płytką, a za to nachalną reklamą.

Przypomniał mi się głupi dowcip. Stoją obok siebie dwie kozy, jedna żuje taśmę filmową.
– Co to za film? – pyta druga koza.
Don Kichot – odpowiada pierwsza. – Ale książka była lepsza.