Kicia kocia dawniej i dziś

Dawniej…

Franz Marc (*1880; † Verdun, 4 marca 1916), Koty na czerwonej tkaninie, 1910

Miron Białoszewski (1922 – 1983)

Kabaret Kici Koci (KKK)

KKK to piosenki, monologi i skecze rozpisane na głosy pięciu osób, zapisujące polską codzienność początku lat 80, są to więc też zapiski stanu wojennego

Poeta w czasie reanimacji pisze tango dla Kici
Koci zamówione przez nią pilnie o 3 dni wstecz
w nastroju balowym

W mym półgrobie
Piszę Tobie
Zamówione tango

Póki żyłem
Nie zdążyłem
Teraz za to mam go

Canto:
Nie bój się nic
Bo życie nic nie znaczy
Bo śmierć jak rydz
Zdrowa dla umieraczy
Już Hamlet-fryc
Myślał, że przeinaczy
(tańczyć z przegięciem)
Nie wyszło mu
Nic a nic
Z tym jego
Byc albo nie byc

Kicia Kocia
odpisuje poecie na reanimację                  Arnaud d’Hauterives  (1933 – 2018)
dedykację

(oberek-mazurek)

Od zawały
Do zawału
Raz na prędko
Raz pomału.
Najważniejsze:
W te odstępy
Poupychać
Kręty-węty
I tak człowiek
Będzie święty,
Kiedy zejdzie
stąd

Dorota Nowakowska jako Kicia Kocia; Kabaret Kici Koci, 16 kwietnia 1988, Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza (Warszawa). Fot. Zygmunt Rytka / Wiersz: Miron Białoszewski, Obmapywanie Europy. AAAmeryka. Ostatnie wiersze, 1988

Miron Białoszewski
Wybuch stanu
cykl: Kabaret Kici Koci; tomik: Oho

BŁOGOSŁAWIONA SIWULA Z WISZNU WOLI oraz STRESA (wpadają
do mieszkania KICI KOCI i SYBILLI GROCHOWA, krzyczą)
Stan wojenny!
KICIA KOCIA z SYBILLĄ GROCHOWA
Wojna?
z kim?
STRESA
nie z kim
BŁ. SIWULA
stan wojenny!
KICIA KOCIA
co za stan?
STRESA
w Polsce zawsze były trzy stany: przedwojenny, wojenny
i powojenny
SYBILLA GR.
teraz jest ten środkowy
KICIA KOCIA
rozumiem
BŁ. SIWULA
módlmy się do wszystkich bóstw o małe nic złego
(padają rzędem we cztery, głowy do podłogi, antygłowy wypięte)
BŁ. SIWULA
nic złego
i w tył:
ogełz cin
i w przód:
nic złego
WSZYSTKIE
i w tył:
ogełz cin
BŁ. SIWULA (antygłowa w dół, głowa w górę)
chyba że zaprotestujemy
WSZYSTKIE (odstają od podłogi)
BŁ. SIWULA
stanem pokoju
STRESA
wewnętrznego
KICIA KOCIA
zewnętrznego
SYBILLA GR.
powróżmy, którego
(sunie do okna)
wiecie, co weszło na drogi?
KICIA KOCIA, STRESA
czołgi?
BŁ. SIWULA
kryj się!
(padają głowami do podłogi, antygłowy wypięte)
CHÓREM
kryj się! nie daj się!
kryj się! nie daj się!

***
Dawniej ciachali głowy.
Teraz przyszła kolej na słowa.
Biorą — wronę — okonia — prom
i obciachowują końcówkowatości
WRON OKON PRON
Omyłki o literę…
Srom w niebezpieczeństwie!
Znormalizują erotykę.
Ostatnią przyjemnostkę narodową.
Prują suki w sukach syny
suwysuk na nasze wyłaniania
przepytujemy się z pałek użycia do bicia
O, Jezu! użyli gazu… — im o to żeby załzawić?
— e, o to żeby śmierdziało

Wiersze bez tytułu drukowane w „Kulturze Niezależnej” nr 63/1990

Dziś:

1/ Klubokawiarnia Kicia Kocia

A gdzie są koty? Czy koty jeszcze śpią? Mruczki poszły na spacer? Czy można przynieść jedzenie dla kotów? Czy dodzwoniłam (-em) się do kociej kawiarni?
To najczęstsze pytania, na które ostatnio odpowiadamy.
Nam one w ogóle nie przeszkadzają, ale widząc rozczarowane miny i słysząc zawiedzione głosy, czujemy się w obowiązku uprzejmie przypomnieć, że nie jesteśmy kocią kawiarnią, choć czasami bywają u nas te zwierzaki i zawsze są mile widziane.
Nasz lokal jest dedykowany wybitnemu poecie, Mironowi Białoszewskiemu, który bywał na Grochowie i unieśmiertelnił okolicę w swojej twórczości.
W kamienicy przy ul. Grochowskiej koło placu Szembeka rozgrywa się wiele scen napisanego przezeń „Kabaretu Kici Koci”. Pierwowzorem tytułowej bohaterki jest pani Halina Oberlaender, muza i przyjaciółka autora. To właśnie w jej rodzinnym mieszkaniu rozgrywa się akcja wspomnianego utworu. Próbujemy upowszechniać wiedzę o tym, że Grochów zapisał się w dziejach literatury polskiej i dlatego zatytułowaliśmy naszą klubokawiarnię Kicia Kocia. Jesteśmy dumni z tego dziedzictwa.
Pani Kicia Kocia bywała u nas. Odwiedzała pierwszą, nieistniejącą już siedzibę klubokawiarni przy ul. Garibaldiego. Po raz pierwszy wstąpiła z niezapowiedzianą wizytą latem 2013 roku. Pokrzepiła się oranżadą grochowską i opowiadała o przyjaźni z Mironem. Niezwykłe spotkanie utrwaliła na fotografii Maja Hałabuda.

***
Kicię Kocię założył Cezary Polak, dziennikarz, varsavianista, animator kultury i aktywista miejski.

2/ Kicia Kocia. Książeczki dla dzieci. Autorka: Anita Głowińska. Seria polecana rodzicom: Kicia Kocia wraz z przyjaciółmi Packiem, Adelką i Juliankiem uczy się, jak funkcjonować w świecie, poznaje jego zasady i reguły. Książeczki o Kici Koci są wyraziste i kolorowe. Przygody Kici uczą dzieci gotować, radzą, jak zachować się u lekarza, pozwalają poznać różne zawody, np. policjantów czy strażaków. Kicia ma braciszka, Kicia jeździ na rowerku, Kicia…

Czy autorka serii świadomie odwołuje się do Białoszewskiego? Nie wiem, wydaje mi się jednak, że nie jest to też bezczelny plagiat, tylko raczej nieświadome sięgnięcie po kocie imię do zasobów publicznej domeny współczesnej kultury codzienności. Białoszewska Kicia Kocia znaleziona pod postmodernistyczną mickiewiczowską strzechą. Gdyby było inaczej – autorka powiedziałaby to (chyba), odpowiadając na pytanie koleżanki-blogerki:

Bohaterką serii uczyniła Pani kotkę, co zdecydowało o wyborze kota na bohatera książeczek? Czy Kicia Kocia ma jakiś realny pierwowzór?

– Czasami mam wrażenie, że to nie ja, tylko Kicia Kocia zadecydowała, że stała się bohaterką książeczek. Koty są przecież wszechobecne! – na podwórku, w ogródku u babci, przy śmietnikach i… na kanapie. Ja miałam dwa koty. Pierwszy pojawił się, kiedy jeszcze studiowałam. Wspólnie z obecnym mężem uratowaliśmy czarnego dachowca z rąk energicznego trzylatka; drugiego wyciągnęliśmy kilka lat później spod kół naszego samochodu. Przyjaźń i codzienne obcowanie z kotami było dla mnie niezwykłym doświadczeniem (w dzieciństwie miałam psa). Obecność miauczącego indywidualisty nie tylko zreformowała moje wyobrażenia na temat kociego charakteru, ale – przede wszystkim – nauczyła mnie cierpliwości w poszukiwaniu wspólnego języka z ludźmi!

Kicia Kocia powstała, kiedy nasze zwierzaki były już w kocim niebie, ja zaś byłam absolutnie szczęśliwą mamą. I patrząc na moje dzieci – córkę i synka – trudno mi się oprzeć wrażeniu, że ich zabawy, spryt, indywidualizm i potrzeba czułości – są już mi znane… Dlatego nie potrafię określić, kto tak naprawdę jest pierwowzorem Kici Koci – prawdziwe koty, czy te kociaki, z którymi oboje z mężem uwielbiamy chichotać po pracy.

Reblog: Kot, obraz i poetka

Danuta Starzyńska-Rosiecka

Wpis z nieistniejącego już bloga “Jak udusić kurę…”, opublikowany w dniu pogrzebu Wisławy Szymborskiej, 9 lutego 2012 roku. Nie ma żadnej rocznicy i żadnego powodu, by ten wpis opublikować dziś i właśnie dlatego go publikuję.

Henriette-Ronner-Knip-Cat

Umrzeć – tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.

Dziś w Krakowie na Cmentarzu Rakowickim pochowana zostanie Wisława Szymborska. W ostatniej drodze wielkiej poetce towarzyszyć będą przyjaciele, wielbiciele i myśli tych, którzy nie mogą tam być…

Wszystkim pozostaną wiersze, w tym „Kot w pustym mieszkaniu”. Moim zdaniem to jeden z najpiękniejszych wierszy Szymborskiej, opowiadający prostymi słowami, prostymi obrazami, w sposób przeszywający duszę o wielkim bólu tych, którzy pozostają, o nie godzeniu się i nierozumieniu przez najbliższych, że ktoś odchodzi na zawsze.

Po tych co odchodzą pozostają wspomnienia. Ja miałam niezwykłe szczęście, że byłam tam, gdzie powinno się było być podczas kulminacji uroczystości, nazwanych przez poetkę „tragedią sztokholmską”. Byłam w gronie osób, którym dane było wysłuchać na żywo jej niezwykłego wykładu wygłoszonego w gmachu Starej Giełdy dla członków Akademii Noblowskiej, byłam w Filharmonii Narodowej, gdy z rąk króla Karola XVI Gustawa odbierała medal. Mam z tamtego czasu niezwykłą pamiątkę – tomik wierszy poetki po szwedzku z autografem i datą 9.12.1996.

W ostatnich dniach wiele można było usłyszeć i przeczytać o tym, jaką poetką, jaką osobą, była Wisława Szymborska. Przypomniano m.in., że bardzo lubiła malarstwo. Jej ulubionym malarzem był Vermeer, a ulubionym obrazem Vermeera – „Dziewczyna nalewająca mleko”. Kiedyś nawet powiedziała, że istnienie tego obrazu jest wystarczającym powodem, by świat istniał dalej…

Vermeer van Delft, Milkmaid

Moja nieżyjąca od wielu, wielu lat babcia mówiła, że na smutek, a także na przeziębienie, najlepsze jest gorące mleko. Zróbmy więc sobie kubek gorącego mleka i pijąc je pomyślmy o poetce, o malarzu i o dziewczynie nalewającej mleko.

Potrzebne nam są:
– 1 i ½ szklanki mleka
– szczypta cynamonu
– łyżka miodu
– łyżeczka masła

Do garnuszka/rondelka, w którym będziemy podgrzewać mleko wlewamy najpierw łyżeczkę lub dwie wody, dopiero wtedy wlewamy mleko (nie mieszamy). Mleko podgrzewamy powoli na niewielkim ogniu. Gdy będzie już ciepłe, dodajemy miód, masło i cynamon. Gdy masło rozpuści się, mieszamy. Podajemy gorące, ale zdejmujemy z kuchenki nim zacznie kipieć. Wlewamy do kubka, przelewając przez sitko.

Kot, tulipany i dwie panny

Zaczęło się od tego zdjęcia:

To mój stół wielkanocny. Kot siedzi na krześle pod stołem i czai się, żebym się obróciła,
a on (ona) wtedy wskoczy na stół i dopadnie białych papuzich tulipanów.

Okazało się, że… Zresztą czytajcie.

Dziś Wielkanoc prawosławna, jest to więc nadal wpis świąteczny z cyklu o wyższości świąt Wielkiejnocy… I najserdeczniejsze życzenia świąteczne.

Maria Szewczyk

Jej brat ożenił się z moją siostrą. A może byśmy się tak pobrali? – zapytał między jednym
a drugim robrem brydża w sanatorium, gdzie grali we trójkę „z dziadkiem”, bo czwarty do brydża właśnie zmarł. – Potem, to już będziemy całkiem starzy i chorzy, i kto nas będzie chciał? Moja siostra chciała. Po powstaniu i powrocie z obozu tułała się po obcych kątach
i właśnie po stalinowskiej przerwie skończyła medycynę zaczętą jeszcze na tajnych kompletach w czasie okupacji. Teraz będzie nareszcie miała swój kąt, męża… i jego siostrę. No więc jadę na ich ślub autostopem z wakacji z Mazur do miasteczka S. na Pomorzu Zachodnim przez pół Polski, z nocowaniem po drodze w stodole u sołtysa na sianie.
W podwórzu, przy poniemieckiej zszarzałej willi, pompuje wodę ze studni kulawy mężczyna „z plerezą” czarnych włosów i szerokim uśmiechem, istny Mastroianni z Wołkowyska. Pan młody! Pół miasteczka S., prawie wszyscy tam „ź Wilna”.
Ich ślubu ani wesela nie pamiętam, poza radosnym śmiechem, opowieściami i otwartą serdecznością jego przyjaciół Wilniuków. Wieczorem jego siostra woła mnie konspiracyjnie do pokoju, otwiera ciężki dębowy kredens, pokazuje schowaną „większą połowę” tortu, mówiąc: my jutro wychodzimy do pracy, ale ty sobie weź kawałek.
– Jak nie zapomnę, to wezmę.
Na to ona z ogromnym zdumieniem w głosie: – I ty mogłabyś zapomnieć o torcie??? Następnego dnia po przyjściu z pracy otworzyła kredens i wymruczała zawiedziona:
– Jednak nie zapomniała?! Faktycznie, zjadłam kawałek, jak mogłabym po takim pytaniu zapomnieć?

Po latach napisała kronikę swojej rodziny, w której sama o tym nie wspomina, każdy ma inny raster pamięci, bo pisze w skrócie tak: „Ślub i uczta weselna były skromne, ale wzruszające… Natomiast pamiętam pyszny tort, który nie wychodził mi z głowy przez cały następny dzień w pracy. Czy jeszcze coś dla mnie zostanie. Zostało w całości, czemu nie mogłam się nadziwić. Okazało się, że ja jedna z rodziny mam taką słabość do słodyczy”.

Natomiast ja całkowicie, jakby powiedział Freud, wyparłam z pamięci inny epizod, dla niej traumatyczny, który wspomina tak: „ Na Wielkanoc przyjechała Marysia (tzn.ja, MS). Przeniosłam się na kanapę, gościowi ustępując wygodny tapczan. W Wielką Sobotę Basia (moja siostra, a jej bratowa, MS) w pracy dostała od kogoś kilka sadzonek tulipanów (tulipan w doniczce to była wtedy rzadkość, MS). Zaraz po ustawieniu przy kuchennym oknie, najbardziej słonecznym, dopadł do nich kot i kilka pędów zżarł. Basia wymierzyła sprawiedliwość (taki eufemizm: kot dostał za swoje, MS) i nas poprosiła, żeby uważać na kwiatki i kota. Wieczorem nakazała mi spać przy zamkniętych drzwiach, a kota przydzieliła Marysi, żeby spał z nią. W nocy jak przez mgłę widziałam Marysię, która otworzyła drzwi, wrzuciła kota, zamknęła drzwi, oczywiście, skoro miały być zamknięte! Zasnęłam natychmiast twardym snem. Rano do kuchni zajrzała Basia. I w krzyk! Na parapecie siedział kot, czyścioszek, mył zadowolony pyszczek, a po kwiatach ani śladu”…

„Eta była dawno”, jak śpiewała Żanna Biczewska. Czasy były twarde, dlaczego nikt nie płakał nad kotem? I nikt go o zdrowie nie pytał? Jak kilka dni temu u Ewy na FB przeczytałam, że i jej kot wcina tulipany na wielkanocnym stole, pomyślałam, że może to potajemna namiętność kotów, koci narkotyk, jak waleriana, po kropli której, jeśli spadła na podłogę, kot rzucał się w to miejsce i wylizywał je do białości. Ponieważ nikt, łącznie z Ewą, nie był w stanie wyjaśnić tej kwestii, wyruszyłam na poszukiwania i, zgodnie z zasadą „Czego nie wiecie, szukajcie w internecie!”, pod hasłem „kot zjadł tulipany” znalazłam setki stron, forów dyskusyjnych, dobrych rad i zaleceń i drżeń o zdrowie i życie kota. Tu choć kilka z nich:

– Jeśli w twoim domu mieszka kot, to dbając o jego zdrowie i życie, powinieneś zrobić uważny przegląd hodowanych roślinek. Teza o tym, że kot nie zje tego, co mogłoby mu zaszkodzić, nie jest wcale prawdziwa… Szczególnie narażone na toksyny są małe kotki.

– By ustrzec się kłopotów, najlepiej usunąć z domu wszystkie rośliny trujące dla kota!

I tu następują długie listy roślinnych trucizn. Oczywiście są wśród nich i tulipany, choć na innych stronach, chyba na miau.pl, i w sprzecznych komentarzach znajdziesz zdanie, że kwiaty tulipanów – nie, natomiast liście, jak najbardziej. Powiało zewsząd grozą, zwłaszcze że w litaniach roślin dekoracyjnych, doniczkowych, ogrodowych i dziko rosnących znajdziesz też szalej jadowity – Cicuta virosa, który nawet takiego mędrca jak Sokrates, doprowadził do śmierci, skazano go przecież na wypicie cykuty.

No i jeszcze parę komentarzy:

– To co można posadzić na balkonie, jakie rośliny domowe są nieszkodliwe?

– Wszystkie pozostałe 🙂

– No niewiele tego zostało.

– Nie ma na liście, ale się upewnię: mieczyk nie jest szkodliwy? A pytanie numer dwa: moje koty namiętnie obgryzają melisę, czy ma ona na nie również działanie uspokajające?

– Mój 18-letni kotek pił wodę spod melisy.

– Mam wrażenie, że te wasze koty są mądrzejsze od właścicieli!

– Mój kot zatruł się lobelią… Jest aktualnie u weterynarza… Trzymajcie wszyscy kciuki 😭❤
– Może ktoś podałby listę roślin bezpiecznych dla kociaków?

I tym rozsądnym apelem kończę, nadal, po tylu latach, nie wiedząc, co kota tak bardzo ciągnie do tulipanów! Może to się wyjaśni do następnych Świąt?


Dzisiejsze zdjęcie kota i tulipanów:

Moritz na dachu i inne wiersze

Teresa Rudolf

Koci kryminał/ Moritz-Lili

Zaczyna się łagodnie..

Kochane chrapanie,
zamiast na swojej,
na Freda poduszce,
wyżeranie siostrze Lili
z miski Gurmet Gold…

Kochany  Moritz,
bonsein tygrysów,
leopardów, kiedy tym
swoim krokiem idzie,
Lili jak martwa już leży…

Ona już to wie, że
na krótko poleży tak
bez życia i kombinuje
jak prawym sierpowym
przywalić mu dziś.

Strach być w jego skórze,
ten prawy sierpowy zna już
cała puszcza w domu,
ten mord w zaciśniętej
łapie i we wsciekłym oku..

Oj Lili, opamiętaj się,
opamiętaj sie, bo kiedyś
nie wyjdziesz  zza kratek
by zobaczyć znów
balkonowe słońce.


Kot na dachu

Na dachu siedział kot,
by lepiej  z góry widzieć
jak się świat porusza,
mrużył zielone oczy.

A cierpliwość wielką miał,
w dół patrzeć godzinami,
ludzie mają bardzo różne,
głowy z góry oglądając.

Jedni mają czapki, inni
kapelusze, inni łyse głowy,
a inni pełno sierści kolorów
przeróżnych, różniutkich…

Kusiło ogromnie, malutkie
żwirki z dachu zrzucać na te
główki, lecz na którą z nich,
problem wciąż nierozwiązany.

I jak to z dylematem bywa,
spadł deszcz, wszystko się
zmieniło, parasolki bez głów
stały się  kotu za  nudne..


Bo go kocham…

Kot Moritz patrzy ze zdziwieniem,
na moją białą bluzkę
na moje spodnie i okulary…

Znam to spojrzenie, pogardę,
bo nie wystarczy mi skóra,
którą powinnam po prostu wylizać.

I wzrokiem dodaje:

Ach ten człowiek, jak go rozumieć?
Dziś jest ona znów taka kolorowa,
i stuka innymi butami.

Ach ten człowiek, ciagle zmienia
się jak kameleon, ale po co,
gdy i tak zawsze go rozpoznam,

BO GO KOCHAM.


Właśnie ukazał się tomik wierszy Teresy – zobaczcie TU

Teresa pisze o sobie:

Lubię ludzi zarówno z całym ich bogactwem charakterów, osobowości, jak też z całym ich balastem.
Kocham zwierzęta z całą ich niewinnością, bezinteresownością, miłością i swoistą psychiką,
w którą absolutnie wierzę. Od zarania towarzyszą mi psy, świnki morskie, a teraz filmowa para kotów: Moritz i Lili.
Uwielbiam przyrodę, która może ma coś z kobiety, bo także „zmienną jest”.
Cenię sobie przyjaźń i przyjaciół (podobno jestem wierna im jak pies), kocham miłość, a więc tych, których kocham. A jest tylu do kochania…

I tyle samo, w dzisiejszych czasach, do nienawidzenia, ale to już nie moja działka.
Inspiracją do moich refleksji wyrażonych na piśmie jest samo życie: moje, a także wiedza o człowieku, z którym „współpracuję”, będąc mu pomocną z racji mego zawodu.
Jestem absolwentką psychologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, a obecnie psychoterapeutką w Austrii, gdzie mieszkam w malutkim bajecznym miasteczku Melk nad Dunajem.


Dodam jeszcze, że u mnie na blogu jest od jakiegoś czasu sporo wpisów Teresy Rudolf i są one zawsze jej autorską kompozycją, co oznacza, że teresa jest nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają. Również w tym wpisie zdjęcia kotów to TE koty, a nie jakieś koty.

Momente zum Frühlingsanfang

Tibor Jagielski


freitag, der fünfzehnte war in b. sonnig und warm, liebe freundin
noch vor dem sonnenaufgang fuhr ich mit dem fahrrad los, halbe stunde früher als normal,
weil die bvg streikte und ich sollte diesmal ohne tram und untergrundbahn auskommen;
kurz vor der s-bahnstation eichborndamm musste ich plötzlich bremsen und absteigen,
da ein pulk aufgebrachter und sichtlich verwirrter nahverkehrbenutzer, falschlicherweise, hinter mir (in bester laune) ein linienbus zu erblicken
vermochte; na, jedenfalls, es war hart, und ich habe alle meine synapsen, dendriten und alle muskeln angestrengt um die collision zu
vermeiden, uff, das war knapp!
und trotzdem, ich habe  mich verspätet, 20 minuten, ja, und das wurde aufgenommen und wohl registriert, da wir nicht in schwabenland sonder in preussenhand wohnen
– stimmt? – frage ich erna
sie miaut zurück.
– …und liebe grüsse an freundin –
– ja, schreibe ich auf!

Erik Satie, Gymnopédie No. 1

errata (3)
ordnundsamt diesmal abgewimmelt
(stehen im parkverbot, habe auf karneval gemacht,
wie das klappte wird mir für ewigkeit ein rätsel bleiben);
am ende der schicht den schlüssel von der letzten tour einfach mitgenommen
doch, dem himmel sei dank, lief der chef hinter mir her als ich richtung s-bahn schlenderte
– herr j.- rief er – der schlüssel von frau d.!!! –
o jeses! den fand ich in meiner linken tasche
peinlich erleichtert fuhr ich nach hause
————————————————————
gewitter kam und hat mich gewaschen
ich blickte gen himmel
und sah den reiher gegen den wind tanzen
und springen mit großer geschwindigkeit
und erst dann merkte ich was ich vergessen habe
mich selbst

Pani Bożenka, pani Hanka i augurowie

Bożenka / Pani Hanka

Um 9 Uhr in Berlin / O 9 rano w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Es war Donnerstag, kein Feiertag, keine Ferien, aber die Strassen sind leer. Die Sonne scheint und ich beobachte, wie sich Berlin so gibt.

Był czwartek, normalny dzień roboczy, ale ulice dziwnie puste.
Idę sobie wolnym krokiem i patrzę na Berlin.

We dwoje / Zweisamkeit


Najpierw poczytali, a potem wypili po drinku? Pani z panem? / Zuerst haben die beiden gelesen, und dann einen Drink genossen, oder umgekehrt? Sieht nach Frau und Mann, oder?

Koty / Katzen

Ich katze dich

Słoiki czyli Gläser

Cat’s museums


Hair Salon Painting – Barber Shop With Cats And Apes, circa 1655, oil on canvas by Abraham Teniers [Belgium 1629-1670]

Ewa Maria Slaska

Cat’s Museum

Some days ago I get that link on Facebook, a BBC story about cat’s museum in Amsterdam.

Felines have fascinated and inspired artists for centuries; worshipped in Ancient Egypt and made Instagram famous in the 21st Century. For many, the cat has been a companion worthy of immortalising in art.

Bob Meijer founded Amsterdam’s KattenKabinet (Cat Cabinet) in memory of his beloved pet John Pierpont Morgan, which he owned as a student. The museum features depictions of cats in film, posters, photography, sculptures and music. It’s also home to two young cats, who are popular with the visitors.

“The character of artists and cats are very close to each other because a cat is a very independent creature, he doesn’t listen to his master. An artist is also very independent, and that is why most artists love cats and not dogs,” says Meijer.

Watch the video above to find out more.

I did. And I found, BBC sent it as one of world’s strangest museums.

And I thought, oh jeemine, IT IS NOT TRUE!

I do not make any research, I just write about cats, because (everybody knows it) I like them. But I am sure, there are many cat’s museums in the world. I myself wrote already twice about cat’s museums – one in Berlin and one in Moscow. The Berlin Museum has even similar story as the Amsterdam’s one – it goes back to that what the owner did (had) as a young boy. I translate from my post:

Helmut Glantz, a very nice older man, collects since 40 years all about cats – figurines, pictures, china, everyday items and selected objects for collectors. Mass products and precious uniques. Everything started with a small white china cat, which he bought for some marks being the pupil… Now all that cats got over the whole flat, the owner and his family (nowadays the wife only, the children growned up and moved away) and, of course, cats are living in another flat in the same house. Here is no place for living beings, here rule the reificated cat.

And HERE. Nine cat’s museums in the whole world – the Amsterdam one is on the list, my two – even not. On the list below there are some further museums.


HERE the link to Cat’s Museum in Warsaw and HERE – in San Francisco. And so on, and so on…

Really BBC, please, some modesty! Katten Kabinet in Amsterdam is a very fine thing, but it is NOT one of the strangest museums in a world! Only because you do not have cat’s museum in London you must not decide such a museum is strange… Two years ago there was a special cat exibition in Museum of London.  And see, what was showed there:

Guess, what it is? A mummified rat and cat, late 19th century; found together in a London sugar warehouse.

Isn’t it nice?

Dzień Kota w Rosji

Światowy (Międzynarodowy) Dzień Kota (ang. World Cat Day, National Cat-Day, International Cat Day, wł. Giornata mondiale del gatto) – święto obchodzone corocznie 17 lutego we Włoszech (od 1990) i Polsce (od 2006), mające podkreślić znaczenie kotów w życiu człowieka, niesienie pomocy wolno żyjącym i bezdomnym zwierzętom, które miały kiedyś dom, ale go straciły, a także uwrażliwienie ludzi na często trudny koci los.

Również ja, słynna miłośniczka kotów, przygotowałam koci wpis na 17 lutego. Ale…

Ale na świecie są też inne terminy świętowania dnia kota:

  • Rosja – 1 marca,
  • Stany Zjednoczone – 29 października,
  • Wielka Brytania – 8 sierpnia (dzień uważany również za Międzynarodowy Dzień Kota)
  • Włochy – Dzień Czarnego Kota (od 2007) – 17 listopada

Przypomniało mi się, że znam dwie wspaniałe rosyjskie piosenki o kotach. Obie już tu kiedyś przytaczałam, ale dobrego nigdy za dużo.  To wystarczający powód, byśmy dziś poświętowali dzień kota po rosyjsku.

Timor Szaow, Kocie życie.

I Bułat Okudżawa, Czarny kot.

Dzień kota jest świętem młodym. Так, в России его отмечают 1 марта. Впервые праздник в России был организован Московским музеем кошки и редакцией журнала и газеты «Кот и пёс» в 2004 году.

Moskiewskie Muzeum Kota. No to hop, zobaczmy, jak wygląda… A wygląda tak:

 

Mężczyźni na Starym Cmentarzu św. Mateusza

Ewa Maria Slaska

Wiosna w lutym wygoniła wszystkich na spacery, a w Berlinie spacer często prowadzi na cmentarz. W końcu miasto ma 270 cmentarzy o parkowym charakterze, z których 20 znajduje się w powolnej likwidacji, ale do spacerów nadal nadają się idealnie. Wielu z nas ma swoje ulubione cmentarze, dokąd chodzimy na spacer albo “spotkać się” z jakimś “ulubieńcem”.

W sobotę poszłam więc do braci Grimm i braci Scharwenków na stary Cmentarz św. Mateusza na Schönebergu. To słowo Berg w nazwie dzielnicy jest istotne, bo oznacza górę  – Piękną Górę (Jasna zresztą też jest, i Góra św. Krzyża też). Tędy miała przebiegać jedna z wielkich osi zaplanowanej przez Speera stolicy III Rzeszy – Germanii. Główna oś widokowo-komunikacyjna przechodzić miała przez groby braci Grimm. No ale Germania jednak nie powstała. Bracia Grimm, bajczarze, stoją jak stali, a z tyłu za nimi bracia Scharwenkowie, urodzeni w Szamotułach muzycy, autorzy słnnych polskich tańców. Założyli dwa konserwatoria muzyczne, jedno w Berlinie, jedno w Nowym Jorku. Po Berlinie nosili się z polska po szlachecku, chodzili w kolorowych kontuszach i aksamitnych biretach, czy tak też prezentowali się za oceanem – nie wiem.


Nieopodal polski grób. Piotr Grzegorz Kończak – spoczywaj w pokoju. Nie miał czterdziestki.

***
Ta część Schönebergu, gdzie leży cmentarz, od kilkudziesięciu lat wypracowała sobie renomę dzielnicy gejów. Część z aktywistów i użytkowników miejskiej infrastruktury gejowskiej umarła w międzyczasie i przeniosła się siłą rzeczy za mur cmentarny. W ostatnich 10 latach cmentarz św. Mateusza przekształcił się więc w centralę spraw LGTB “na zaświaty”. Nie wiedziałam o tym i ten wiosenny spacer w lutym pokazał mi całkiem nowe (za)światy.

Podobno leżą tu co najmniej trzy ważne osobistości z tęczowego świata i jest tu  około stu grobów tych, którzy deklarowali przynależność do tej grupy społecznej.

Ciotowaty kicz (przepraszam, ale chyba właśnie tak tłumaczy się użyte w niemieckiej gazecie online dla gejów słowo Tuntenkitsch) na grobie Ovo Maltine, słynnego homoseksualisty, politycznej cioty, aktora kabaretowego, który zmarł 8 lutego 2005 roku na Aids (zdjęcie: Robert Niedermeier).

Inne znane osobistości społeczności gejowskiej na cmentarzu św. Mateusza to fotograf Jürgen Baldiga, reżyser Manfred Salzgeber i muzyk z kultowego zespołu Ton Steine Scherben (Glina kamienie skorupy) – Rio Reiser (powyżej grób Rio Reisera), ten który śpiewał pieśni młodych niemieckich buntowników: Keine Macht für Niemand i Macht kaputt, was euch kaputt macht.

Co roku 17 maja Ludger Wekenborg i Wolfgang Schindler, założyciele stowarzyszenia Kreuz & Queer (W poprzek i na Krzyż), zapraszają na zwiedzanie “cmentarza dla gejów”, jak podobno potocznie nazywa się tę piękną nekropolię. Ta data nie jest przypadkowa, tak jak nie jest przypadkowy 4 maja (may the Force be with you) czy 14 marca (liczba π – 3, 14). 17 maja to przypomnienie § 175 niemieckiego kodeksu karnego, który przewidywał karę więzienia za stosunki homoseksualne między mężczyznami. Paragraf zniesiono dopiero w roku 1994.

Na razie chodzę sobie samopas.


Ci dwaj są niezwykle deklaratywni, a pochowano ich we wspólnym grobie z kotem imieniem Felix Felis. Przejedzeni życiem, przepici śmiercią oraz Używanie rozkoszy chciałoby nieśmiertelności, śmierć ją ma – głoszą napisy na tablicy stojącej nad grobem. Kolejne napisy znajdują się na kamieniach leżących na grobie. “Das Ende des Schweins, ist der Anfang der Wurst” (gdzie kończy się śwnia, tam zaczyna się kiełbasa), to tłumaczenie pewnego łacińskiego przysłowia, przypominające najważniejszą książkę Seyfartha: “Schweine müssen nackt sein” (Nagie świnie). Seyfarth (1953-2000) był jedną z wybitnych osobistości świata LGTB w Berlinie. Słynna była zwłaszcza jego błękitna, psychodeliczna trumna, która stała w jego mieszkaniu i w której go potem pochowano.

***
Jest ciepły dzień lutowy. To oczywiste, że cmentarz pełen jest kwitnących wiosennych kwiatów. Ale o dziwo są i grzyby.

***
Ciekawy zamysł urządzenia grobu znajduję przy murze cmentarnym, gdzie pochówków dokonuje się w obrębie starego grobowca. Dawny właściciel grobu, major armii niemieckiej, pozostał jako patron na głównej płycie, przed nim miejsce na osiem pochówków w urnach.


9 mężczyzn, 1 grób, 8 urn…

Grób majora Marcuse odnowiła grupa ośmiu przyjaciół, którzy postanowili, że po śmierci chcą leżeć we wspólnym grobie. Większość z nich jeszcze żyje, na kamieniach są ich imiona, czasem nazwiska, daty urodzenia. Pusty kamień też ma już właściciela, który jednak nie chce za życia przygotowywać sobie napisu na grobie.
To oni podczas odnawiania grobu majora Marcuse.

***

17 maja. Save this date.

Festa del gatto

Dziś włoski dzień kota, obchodzony również w wielu innych krajach, w tym w Polsce. Jest niedziela, wczoraj była sobota, nazwana przez jednego z angielskich miłośników kotów – Caturday…

Koty nadesłane przez Danusię

Tsugouharu Foujita (artysta francusko-japoński, 1886-1968), Portret Emily Crane Chadbourne, 1922

Cóż za wspaniała kolorystyka! Te ciemne i jasne połamane brązy, ten dostatni błękit szlafroka i koca, ta czekoladowa aksamitna kocica o niebieskich oczach…

Henriette Ronner-Knip (artystka holenderska, 1821-1909). Mądry kot, 1904


Jean Metzinger ze strony Retro-Awangarda


To właśnie to zdjęcie dało tytuł całemu dzisiejszemu wpisowi. Posąg parkowy z kotem na Caturday ze strony Jackson Galaxy, którą prowadzi jakiś koci maniak.

Carol Keyes, Kot sjamski

Kobieta z kotem Pabla Picassa ze strony Historia sztuki jest kobietą
i z tej samej strony Kees van Dongen – również Kobieta z kotem

Michalina i Konrad Krzyżanowscy też musieli przepadać za zwierzakami. Krzyżanowski niejeden raz portretował żonę w towarzystwie psa lub kota. Zresztą zobaczcie sami w naszym artykule! https://www.historiaposzukaj.pl/wiedza,obrazy,583,obraz_krz…

Konrad Krzyżanowski, Portret Michaliny Krzyżanowskiej, żony artysty, 1915, Muzeum Narodowe w Warszawie. Poniżej obraz ze szkoły prerafaelitów – John William Godward (malarz angielski, 1861–1922), The Tease (Droczenie się z kotem), 1901

No i na zakończenie czarne kocie oczy i stworzenie świata kota – oba ze strony Eli Weberskirch. Dziękuję Eli, ale przede wszystkim dziękuję Danusi, która te wszystkie koty dla nas znalazła…