Sąsiedzi 4

Teresa Rudolf

Sąsiadeczki

Pani Klara i Filomena spotkały się znów na parterze budynku przed windą.
Jedna czekała na tę drugą, która to wcisnie guzik ściagający windę w dół, zachowując się jednak tak, jak gdyby tej drugiej tu w ogóle nie było.
Do budynku wszedł równocześnie pan Lesio i  znów jak zwykle zapachniało jego  przeobłędnymi perfumami.
Kiedy zobaczył dwie sasiadki z drugiego piętra, szybko przemknął schodami do góry, nie oszczedzając sobie jednak mruknięcia pod nosem:
“znowu te dwie wariatki razem”…
I pobiegł truchcikiem na górę.

Panie uslyszały jednak to”drobne co nie co” i ze zdumieniem spojrzały nagle na siebie.
– No, wie pani, nigdy nie pomyślałabym, że to taki straszny cham, a niby taki elegancik-francik, powiedziała pani Klara do Filomeny.
– No właśnie, też by mi to do głowy nie przyszło, potwierdziła wielce rozczarowana Filomena.
Ich ręce spotkały się równocześnie na guziku windy, obie się głośno roześmiały, tak  komiczne było to wspólne działanie.
– Czy sasiądka nie wypiłaby kawy ze mną, dla lepszego poznania się?, zaproponowała pani Klara.
– Właściwie czemuż by nie, nie mam dziś akurat nic specjalnego do roboty, odpowiedziała Filomena.
Była godzina 21.00.
Pani Klara otworzyła drzwi mieszkania, puszczając przodem Filomenę.
– Proszę wybaczyć, zostawiłam troszeczkę bałaganu, śpiesząc się, mówiła pani Klara.
Filomena rozejrzała się ze zdumieniem po sterylnie posprzątanym mieszkaniu, mówiąc:
– Ależ nie szkodzi, każdemu się zdarza, choć muszę powiedzieć, nie wiem co pani akurat miała ma myśli, mówiąc tu o bałaganie.
Ponieważ nie doszło do żadnego wyjaśnienia, konwersacja chwilowo urwała się.
– Zrobię nam pysznej kawusi, ale bez kofeiny, bo wie pani, ja po normalnej to spać nie mogę, to niezdrowo z kofeiną na noc – kontynuowała gospodyni i poszła do kuchni.
Filomena rozglądała się po dużym pokoju, zarejestrowała solidne, błyszczące brązem meble sąsiadki.
Na ścianach wisiały obrazy z kwiatami, szczególnie z makami, pejzażami, niektóre z nich były akwarelkami, inne delikatnie malowane olejnymi farbami.
– Aaaaa, pani patrzy na te obrazki, to malował kiedyś mój mąż, zginął przed 20 laty, przechodząc późnym wieczorem przez jezdnię i to na pasach, szkoda mówić, co to już wtedy za czasy były, a dzisiaj, to już w ogóle… – machnęła ręką gospodyni, nalewając kawę do ładnych, stylowych porcelanowych filiżaneczek, również w makach.
Panie zadumały się w ciszy nad tymi niebezpiecznymi już wtedy, a dziś jeszcze bardziej, czasami. Bo pomyśleć chociażby, co się tam w tych Chinach wyprawia. I to dlaczego, bo ktoś zjadł jakiegoś nietoperza.
Filomena po chwilce powiedziała:
– Właściwie to człowiek nie wie dziś, z kim rozmawia, weźmy na przykład tego naszego  sąsiada, Lesia, niby taki grzeczny, elegancki, a tu proszę, co też z niego wyszło, taki fałszywy drań. Ohoooooo, pani ma kotka, wyszedł do nas, a jak się nazywa?
– Salcia, o to jest mądralińska, mówię pani, chodź do nas Salciu, no chodź, chodź, słoneczko, no znów się schowała, boi się obcych… Mówię pani, zna się na zegarze, więc nie bardzo mi wybacza, gdy spóźniam się na przykład z posiłkiem.
– Wygląda zupełnie jak ten kot z Whiskasa, przerwała zachwycona Filomena. – Kiedyś taką ogromną paczkę niósł również ten Lesio, właśnie z tym zdjęciem kota, mówił, że takiego też ma, tak samo wygląda i nazywa się Salomon, aha, no i również zna się na zegarze, myślałam, że mi kit wciska, ale jak pani Salcia też… a  może to rodzeństwo?
– No proszę, coś takiego, mimo tego, nie lubię go już, jest taki falszywy, strach pomyśleć,  co ma o nas w głowie, kiedy człowiek nie widzi go i nie słyszy, nawijała pani Klara.
– Wie pani, ja to boję się  już chodzić wieczorami, bo niektórzy to wyglądają na zbirów, a inni są nimi po prostu, choć wcale nie wyglądają. Aaach, zasiedziałam się, powiedziała nagle zestresowana Filomena i wstała do wyjścia.
– Muszę nakarmić papugę, dodała, żeby pani wiedziała, jak ona strasznie klnie, powiem szczerze, że też i na panią, nie wiem skąd to ma, naprawdę…
– Na mnie? Papuga, a co takiego?, zdziwiła się nieźle gospodyni domu.
– Ona krzyczy: “ta wiedźma spod dwunastki”, czasem pół dnia w kółko to samo.
Zrobiła się nagle niebezpieczna cisza. Filomena zaczęła się ubierać, chcąc nagle zapaść się pod ziemię, po tym co powiedziała.
– Wie pani, a gdyby Salcia potrafiła mówić, to co pani usłyszałaby o sobie, wycedziła pani Klara i zaczęła się głośno śmiać.
– No, a co?, Filomena była strasznie ciekawa, dołączając do śmiechu sąsiadki.
– Nooooo, krzyczy: “ta ruda lafirynda spod piętnastki”.
Obie nie mogły opanować już  śmiechu.
– Ale mamy podłe te nasze zwierzątka, chichotała Filomena.
– Skąd one to mają?, dodała śmiejąc się histerycznie Pani Klara.
– Ale wie pani, strach pomyśleć, co mówiłby Salomon pana Lesia, ten przecież taki cichociemny, forsy ma jak lodu, te perfumy, hmmmm, nie wiadomo właściwie, co on tak naprawdę robi, a może to jakiś polski mafioso, mówiła dalej, coraz mniej i mniej śmiejąc się Filomena.
– No, chyba zacznę się go już bać, ma pani chyba rację, zadumała się nagle poważnie pani Klara.
Zawiało nieprzyjemną grozą.
– Myśli pani?…, zapytała już w drzwiach Filomena, z takim to nigdy nie wiadomo. Dziękuję Pani za wspaniały wieczór, dobranoc, następnym razem kawka u mnie, zapraszam już dziś.

Pani Klara zamknęła za nią drzwi, siadła na kanapie, spod której wyszła Salcia i wskoczyła jej na kolana.

Salomon na trzecim piętrze już dawno okupował kolana pana Lesia.

Sąsiedzi 3

Teresa Rudolf

Pan Lesio

Pan Lesio wysiadł z windy i otworzył kluczem bordowe mahoniowe drzwi. Robiły  szczególne wrażenie wśród innych standardowych, czyli, jak mawiał Pan Lesio, “sraczkowatych” drzwi.
Ogólnie mówiąc, sam pan Lesio też odróżniał się znacznie od wszystkich innych mieszkańców kamienicy.
Na przyklad nikt nie mógł rozszyfrować, skąd pochodzą jego perfumy, których zapach był pięknie przeobłędny, a on nigdy nie zdradził ich nazwy i pochodzenia.
Podobnie jak i jego sąsiadki z drugiego piętra, panie Klara i Filomena, z kolei nigdy nie podawały swego wieku.
On oceniał panią Klarę na około 75 lat, a Filomenę bliżej jego pięćdziesiątki, której na ogół nie ukrywał, gdyż uwielbiał, gdy kobiety piszczały z zachwytem:
– Niemożliwe, ależ, ależ, ależ… Pan wygląda taaaaaak młodo!
Wszedł do mieszkania, ściągnął zimowy płaszcz i buty, powinien teraz jak zwykle przywitać się ze swym przemądrzałym, jak mawiał, kotem Salomonem.
Salomon naprawdę był mądry. Znał się na przykład dobrze na zegarze i karał Lesia, gdy ten spóźniał się z zaspokojaniem jego podstawowych potrzeb.
No, a teraz była już 18.30…
Kot jadał zawsze punktualnie o godzinie 18.00. “Oj, oj  dzisiaj będzie kiepściutko”, pomyślał pan Lesio.
Salomon podchodził powoli tygrysim krokiem,  z ogonem sztywno podniesionym do góry,  przyglądając się panu Lesiowi zielonymi, zmrużonymi oczyma.
Lesio kurczył się cały w sobie, “oj, oj , będzie kiepściutko”, powtórzył w myślach.
Kot wbił się pazurami w łydkę Lesia, zawisnął na nogawkach nowych, wysokogatunkowych spodni.
“Muszę z nim iść znowu do wenerytarza, pazury już  za długie”, pomyślał.
Kot wiercił i wiercił w nodze pana Lesia, aż znudzony, odpadł wreszcie na dywan.
Lesio blyskawicznie przyrządzał kocią potrawę zwaną “Gourmet Gold/Lachs” i wzrokiem błagał o przebaczenie.
Kot przyglądał się wszystkiemu swym salomonowym spojrzeniem, po czym spróbował, co mu pan Lesio podał i zdegustowany natychmiast wypluł.
W ten sposób potraktował parę nastepnych puszek Gourmet (wołowina, cielęcina, kurczak), po czym obrażony oddalił się na swoje posłanie.
Pan Lesio zrozpaczony, obawiał się cichych dni, które znał aż za dobrze.
Salomon wtedy nie mruczy,  nie kładzie się w nocy przy jego głowie, nie je i kompletnie go ignoruje.
Pan Lesio czuł się bardzo winny i ze zdziwieniem pomyślał:
“Żadna kobieta nie dała mi rady, a ten robi ze mną chce, kiedyś, ach kiedyś, to byłem lwem, tygrysem dyskotek i prywatek, to były czasy…”, rozmarzył się.
Poczuł, że kot próbuje mu pokazać, kto teraz jest lwem i tygrysem, i wbija mu się znów pazurami w łydķę…
– Salomoooooon, dość już, wygryzłeś mi z życia wszystkie moje kobiety, a teraz wyrywasz mi dziurę w nodze, doooośććć!!!, krzyknął. Po czym pomyślał, że jeśli chodzi o niektóre z tych kobiet, to nie należało mieć pretensji do Salomona, wręcz przeciwnie.
Salomon popatrzył na niego ze zdziwieniem i zrozumieniem, przytulił się do jego wysokogatunkowej nogawki, po czym skierował po kociemu do kolejnej miski Gourmet Gold…
“Noooo”, ze zdziwieniem pomyślał pan Lesio, “wystarczyło, że wykazałem dziś asertywność, jak to bywało kiedyś, i nawet  Salomon mnie nie pobił”.
Usiadł wreszcie na kanapie, wyprostował nogi, a na kolana wskoczył mu mrucząc, przemądrzały jak zwykle Salomon.

Dwa nowe koty

Jeden z tych kotów wcale nie jest nowy, ale dopiero od niedawna mogę jego wizerunek opublikować tu na blogu, nie drżąc z niepokoju, że ktoś mnie kiedyś nakryje, na tym, że pokazuję wszystko, co się da, mimo, że wcale nie zawsze się da. Ale tego kota już się da!

To obraz Ōide Tōkō, Japończyka. Kot patrzący na pająka, 1888–1892,
tusz na jedwabiu,
MET, Nowy Jork
Zobaczcie też TU,
ustawiłam link tak, żeby pokazała się animacja kota z pająkiem,
– dzieło Simone Seagle; gdyby był jakiś inny obraz
(jest ich 9, wszystkie warte obejrzenia), to poszukajcie animacji numer 5.
Przy okazji chciałabym tu wygłosić pochwałę MET i wszystkich innych muzeów, które odstąpiły od obwarowywania reprodukcji swoich dzieł prawami autorskimi i licencjami.

Japońskiego kota przysłała Danusia, z kolei moja siostra nadesłała info książce, która się ukazała w ostatnich dniach października, a którą kupiłam i przeczytałam, i zachęcam do zrobienia tego smaego.

Pamiętam tego kota, kiedyś, dawno temu miałam okazję go poznać. O tym, że kot Konwickich nazywał się Iwan wiedzieliśmy chyba wszyscy, w tytule zastanawia jednak, że był “z domu Iwaszkiewicz”.

Wydawca tak to opisał:

Najsłynniejszy kot wśród celebrytów, największy celebryta wśród kotów.
Trudno uwierzyć, że charakterny i złośliwy kot Iwan nie jest wytworem literackiej fantazji Tadeusza Konwickiego, lecz pełnoprawnym członkiem rodziny Konwickich, przez osiemnaście lat zamieszkałym przy ulicy Górskiego w Warszawie. O jego względy zabiegali Dygat i Holoubek, w stanie wojennym dostawał zagraniczne paczki ze smakołykami, a całkiem niedawno jego życie stało się podstawą musicalu-horroru Zwierzoczłekoupiory.
„Ja się o niego troszczyłem, a on się troszczył o mnie. Jakaś jego obecność nadal trwa. I w tym nie ma żadnej bujdy”.
Kultowe teksty Tadeusza Konwickiego i ilustracje Danuty Konwickiej układają się w zupełnie nową książkę, ukrytą przez Tadeusza Konwickiego w jego najsłynniejszych powieściach. Genealogię Iwana rekonstruuje prawnuczka Jarosława Iwaszkiewicza Ludwika Włodek, a o tym, jak Iwan sprawił, by jego biografia wreszcie ujrzała światło dzienne, opowiada córka autorów Maria Konwicka.

Na blogu książkowym empiku recenzentka Żaneta napisała

Gdy w domu pojawia się kot, wszystko się zmienia. Musisz mu służyć. Znosisz cierpienie spowodowane przez ostre pazury. Obojętność. Uznajesz jego wyższość. I ta mała futrzana kulka (z biegiem czasu powiększająca swoje wymiary) staje się centrum świata domowników. Na punkcie kota oszalał również Tadeusz Konwicki.  (…) To kot nie byle jaki! Iwan, pieszczotliwie zwany Wanią, dachowiec, który zadomowił się w domu Tadeusza Konwickiego i jego rodziny. Pisarz-mistrz i jego kot. (…) Atutem wydania są piękne ilustracje autorstwa Danuty Konwickiej. W jej zbiorach znajduje się mnóstwo rysunków, akwareli, pasteli, a większość z nich skupia się na postaci kota wzorowanej na Iwanie. (…) „Przed światem udajemy, że nasz kot kocha nas ślepą, szaloną miłością”, Zabawa w kotka i myszkę. Jak wygląda życie z kotem? Dokładnie tak, jak opisuje to Tadeusz Konwicki. Mam wrażenie, że z jego słów bije spokój, ale jak to przyznaje w jednym z rozdziałów – udajemy przed światem. Właściciele kotów tak już mają. Na zewnątrz może to wyglądać, jakbyśmy to my „mieli” kota, jakby był cudowną, mruczącą przytulanką… ale nikt nie wie, jakie sceny grozy rozgrywają się w czterech ścianach. Podrapane nogi, przykryte długimi spodniami, potulne dosypywanie ulubionej karmy do miski, mimo że jest pełno, wstawanie o 4 rano, by zejść z kotem na dół i zobaczyć, jak siada pod choinką… – Tak, życie z kotem to wielka przygoda! Poznajemy prawdopodobny rodowód kota Iwana, chociaż tak naprawdę nic nie jest w jego przypadku pewne. Czy jego ojciec to kanapowiec Bazyli? A może jednak nieznany kot o dzikiej naturze? Jego charakter zdecydowanie ma ten pazur! Kot zagarnia dla siebie coraz większą przestrzeń, ma swoje ulubione miejsca, a życie domowników kręci się wokół jego niezwykle cudownej osoby. Tadeusz Konwicki przyznaje nawet, że wakacje spędza w domu, ponieważ ktoś musi zostać z futrzakiem. Czasami ma się dość. Danuta Konwicka miała dość niemal codziennie. Wyklinanie na kota to zjawisko nieodłączne, z którym trzeba się pogodzić. Wkrótce autor zrozumiał, że i tak nigdy się kota nie pozbędą, zwłaszcza po niepokojącym incydencie. Okno było otwarte, kot gdzieś zginął. I zaczęło się. Stawali na głowie, by go odnaleźć. Chodzili po okolicy, rozmawiali z sąsiadami, Tadeusz Konwicki zrobił nawet specjalne oględziny miejsca rzekomej zbrodni. I nic. Nigdzie śladu kota. I co się nagle okazało? Oczywiście, że smacznie śpi pod kołdrą w pokoju córki. Nie trzeba chyba pisać, że był niezadowolony nagłym przerwaniem drzemki!
Historia celebryty – kota Iwana – to zabawny obraz życia rodzinnego, które toczy się własnym rytmem. Poznajemy kociego wroga – miłą starszą panią, która przychodzi sprzątać. To bardzo poważny konflikt. Kot jej grozi, jęczy i – jak zaznacza autor – „…wcale nie ukrywa, że chce pożreć z kościami sympatyczną, kochającą zwierzęta, osobę”. Ale nie tylko się złościł – miał też swoje pasje. Jedną z nich było polowanie na wróble, które przynosił domownikom w prezencie. Kiedyś też przeżył przykry epizod – oglądał program przyrodniczy w telewizji i okazało się, że polowanie na ptaki na wizji nie jest takie proste… Poza tym był uzależniony od waleriany i podobał mu się film o Leninie. Tak, kot Iwan, to niezwykła osobistość! Język Tadeusza Konwickiego jest starannie dopracowany i nie brakuje w nim humoru, dzięki czemu książkę pochłania się w jednym kawałku – to uczta, w której warto wziąć udział (najlepiej ze swoim kotem). Jesteś sługą kota. Kiedyś ktoś powiedział, że dla kota człowiek jest tylko otwieraczem do puszek z jedzeniem. I coś w tym jest. Koty są inteligentne, mają wysoko rozwinięte poczucie własnego „Ja”, (…). Kocia biografia w wydaniu Tadeusza Konwickiego również tego dowodzi. To także przepiękny portret rodziny, w której kot jest pełnoprawny.

Już zanim kupiłam książkę dowiedziałam się z internetu, dlaczego kot jest “z domu Iwaszkiewicz”? A to dlatego że, jak mówi moja synowa, w internecie jest wszystko, nawet żaba przez rz (sprawdźcie, są nawet strony internetowe na temat rzaby, np. TA), znalazłam więc niemal natychmiast odpowiedź na dręczące mnie pytanie.

Autorki biografii – córka Tadeusza Konwickiego, Maria oraz prawnuczka Jarosława Iwaszkiewicza, Ludwika Włodek – na początku współpracy ustaliły, że łączy je pokrewieństwo właśnie przez kota Iwana. Przeprowadzone przez nie poszukiwania genealogiczne nie potwierdziły zawartych w “Kalendarzu i klepsydrze” przypuszczeń Konwickiego, jakoby mama Wani, “chowana w lasach, miała jakiś niedobry romans z rysiem, a może nawet ze żbikiem”. Babcia Ludwiki Włodek, Maria Iwaszkiewicz, wywodziła ród Iwana od półdzikiego, charyzmatycznego kocura sąsiadów o płonących oczach i złośliwym spojrzeniu. Ten kocur ze Stawiska miał czworo kociąt z kotką Włodków – Jagusią, drobną, niezależną z charakteru czarną koteczką. Jednym z kociąt był Iwan.

Tadeusz Konwicki w “Kalendarzu i klepsydrze” tak opisywał pojawienie się w jego życiu „kolegi, sublokatora i rezydenta”: “Nie mieliśmy z żoną jakoś ochoty na zwierzę w domu, dość nas wymęczyło chowanie dzieci, ale właśnie dzieci, obie córki, Ania i Marysia, od dawna męczyły o kota. Marysia Iwaszkiewicz, szukając klienta na kociaki, wydedukowała, że jesteśmy z żoną w krytycznej sytuacji, maltretowani przez dzieci. Wobec tego pewnego dnia w tekturowym pudełku czy w jakiejś torbie przybył do Warszawy kot Iwan, a właściwie trzymiesięczny kotek Wańka, szary z ciemnymi pręgami dachowiec, chudy, długonogi, bardzo nerwowy”. Imię dostał po bohaterze piosenki Bułata Okudżawy z refrenem “Oj, Wania, Wania” o Wańce Morozowie, który zakochał się w cyrkówce.

Tak rozpoczęło się 18 lat wspólnego życia pisarza i kota. Maria Konwicka wspominała: “Iwan był sercem domu i gwiazdą literacką. Po “Kalendarzu i klepsydrze” zyskał rzesze wielbicieli, którzy żądali wieści o nim w kolejnych książkach, słali z zagranicy kocie żarcie. Że sytuacja wymyka się spod kontroli zrozumiałam, gdy w czasie stanu wojennego rodzice biedowali, a z całego świata napływały paczki z jedzeniem dla Iwana. Mam wrażenie, że ojciec był na polskim gruncie prekursorem lansowania kotów w kulturze, trendu, który doprowadził dziś do sytuacji, że nie sposób otworzyć internetu, żeby nie utonąć w morzu zdjęć słodkich kiciusiów”.

Teraz już przeczytałam tę książkę. Fajna, zwłaszcza, że pewnie wszyscy pamiętamy cytowane tam fragmenty. Nie będę Wam opowiadać, jak fajna to  książka. Bieżcie czym prędzej do księgarni i kupujcie…

Barataria na lato: książki, koty i Don Kichoty

Ewa Maria Slaska

Nie ma nic równie starego jak wczorajsza gazeta. I rzeczywiście poniższy obrazek został opublikowany w najważniejszym dzienniku berlińskim, Der Tagesspiegel, 26 czerwca czyli 40 dni temu. To całe wieki! Wszystko nieaktualne.

Wtedy były to jednak najświeższe aktualności.

Don Kichot mówi: SPD potrzebuje podwójnej szpicy (czyli dwóch osób na stanowisku szefa partii), a jego giermek odpowiada z uśmieszkiem: Zrobimy to.

Czy rzeczywiście była o tym mowa w czerwcu? Nie pamiętam.

Tytuł pod spodem nie wiąże się nijak z obrazkiem, a znaczy mniej więcej tyle co Dobrobyt za godność. Artykuł dotyczy planowanej misji Jareda Kushnera, zięcia Trumpa, który chciał od Palestyńczyków kupić za spore pieniądze obietnicę, że nie będą się więcej domagać samostanowienia. Nie będą więc walczyć o swoje państwo, ani wzniecać powstań i uprawiać terroryzmu, tylko wezmą kasę i położą uszy po sobie. Nawet nie wiem, czy Kushner, który pojechał z tym dealem do Bahrainu, dobił targu z Palestyną. Wiem tylko, że zastanowiłam się wtedy, jakby to było, gdyby w roku 1944 taka np Francja, ta petainowska, przysłała do Polski delegata w identycznej misji. “Wiecie co, Polacy”, powiedziałby ów francuski pan, “bardzo cenimy wasze dążenia do wolności, też uważamy, że lepiej umierać na stojąco niż żyć na kolanach, ale wiecie, Niemcy pozwolą Wam wstać z kolan, dadzą Wam pieniądze na odbudowę stolicy… A zatem dogadajmy się co do kasy, bo doszły nas słuchy, że planujecie niebawem godzinę W, a musicie przyznać, że powstanie jednak bardzo utrudni proces porozumienia między Waszymi zwaśnionymi narodami…”

I tak dalej.

Miesiąc później w Sopocie na wystawie ulicznego karykaturzysty znalazłam kolejną ilustrację polityczną, posługującą się wizerunkiem dwóch Hiszpanów z XVII wieku.

I kota.

Ciekawe, że autor odmienił role obu mężczyzn. Ten mały jest giermkiem, ale jednocześnie Zbawicielem. Dlatego jedzie na przedzie.

Za kotem.

Ten duży podąża wprawdzie jako drugi, ale jest rycerzem i zamierza kruszyć kopie.

O kota czyli karakala stepowego (Caracal caracal).

Karykatura dziś nieco przedawniona. Helikopterów nazwanych na cześć kota już w Polsce nie będzie, ale kot piękny.

Kolejny kot objawił się tego lata mojej młodej koleżance, gdy pojechała na wakacje do Bari – żył sobie z uczonym kolegą jak kot z psem.

Bari to miasto kultu św. Mikołaja i świetnego pisarza Gianrico Carofiglio, który urodził się tu w roku 1961. Carofiglio bywał też politykiem, prokuratorem, działaczem antymafijnym i antykorupcyjnym. Występował w procesach przeciwko zorganizowanej przestępczości, handlowi bronią i ludźmi. Piastował urząd senatora z ramienia Partito Democratico. Popularność przyniósł mu cykl kryminałów o adwokacie Guido Guerrierim, nader sympatycznym gościu, który cierpi na bezsenność. Bardzo lubię Guerririego, może nawet bardziej niż Wallandera, a to już coś, bo może nie wszyscy wiedzą, ale Wallander, bohater powieści Mankella, jest moim ulubieńcem i pisałam o nim  już nieskończenie wiele razy. Są mądrymi, myślącymi, zatroskanymi o kondycję ludzką facetami.

I to by było na tyle, na ten sierpniowy poniedziałek, gdyby nie fakt, że w książce, którą czytam, a czytam ją, bo pewna szacowna, zdałoby się, instytucja pańastwowa, wysortowała ją na śmietnik i ktoś ją zabrał do domu, a od tego ktosia ja ją pożyczyłam, znalazłam siebie. Było to lekko niepokojące przeżycie, bo otworzyłam tę książkę na zdaniu… “W numerze drugim czasopisma WIR, poświęconym ‘poetkom z ciemności’ (…) Ewa Maria Slaska pisze…” (str. 135 rozdział Agaty Araszkiewicz o melancholii Ginczanki).

Nic na to nie poradzę, jestem tylko maleńką wzmianką w tej książce i nie o mnie tu chodzi, ale przecież poczułam się wyrzucona na śmietnik. Wraz z innymi oczywiście, z Zuzanną Ginczanką i Gertrud Kolmar, z Derridą i Castanedą, z Joycem, Proustem i Borgesem. I z Don Kichotem. No tak, również z Don Kichotem, bo skoro jest on (a tak twierdzę od jakiegoś czasu) “w każdej książce”, to musiał być i tu. Pojawia się nawet kilkakrotnie, raz w rozdziale o nudzie powtórzeń Marka Zaleskiego, który rozważa konieczne i niekonieczne związki oryginału i jego kopii, odwołując się do opowiadania Borgesa o Pierre Menardzie. Menard pisze od nowa powieść o Don Kichocie, która jest wprawdzie słowo w słowo identyczna z tekstem Cervantesa, a przecież ma zupełnie inną, nowatorską wartość. (Pisałam o nim stosunkowo niedawno, jakby więc ktoś chiał, to proszę, można TU zajrzeć).

Z kolei Radosław Okulicz-Kozaryn w rozdziale o prozie Romana Jaworskiego, Nuda w zwierciadle nudy, omawia szalone książki tego zapoznanego, młodopolskiego pisarza (1883-1944), przede wszystkim Historie maniaków, zbiór opowiadań poświęconych ludziom żyjącym w świecie urojeń. W opowiadaniu Medi niejaki Yetmeyer urządza wielokondygnacyjną siedzibę z licznymi komnatami w dawnej oberży Don Kichota.

Tak to jest z nudą w kulturze. Nikt jej nie umknie, ani Ginczanka, ani Borges, ani Cervantes. Bo…

Friedensangebot

Joanna Trümner

Ich stolpere und schimpfe – schon wieder liegt Spielzeug mitten im Wohnzimmer. Wie vor über fünfundzwanzig Jahren, als ich stundenlang auf dem Fussboden im Wohnzimmer mit den Zwillingen spielte. Als ich abends weder Kraft noch Lust hatte alles aufzusammeln und aufzuräumen. Als der Fernseher so gut wie nie angemacht wurde und ich nie das Gefühl hatte, alleine zu sein.

Auf dem Balkon steht genauso wie damals ein Planschbecken, teurer und von besserer Qualität als das damalige. Es ist schließlich nur ein Kind, das dort ab und zu planscht. Man muss nicht länger sparen, für die Enkelin kann man sich nur das Beste leisten. Ob die kleine Ela genauso viel Freude daran haben wird, auf dem unbequemen Balkonstuhl zu sitzen und das Gewitter vorbeiziehen zu sehen? Ob sie mir auch eines Tages sagt, dass sie sich dort, auf diesem nie aufgeräumten Balkon mit abblätternder Wandfarbe sicher gefühlt habe. „Wie zu Hause“, wie es einer der Zwillinge einmal sagte während es draußen donnerte und blitzte. Ich weiß nicht mehr, welche meiner Töchter es gesagt hat, ich weiß nur, dass ich das erste Mal seit Langem das Gefühl hatte, etwas im Leben doch richtig gemacht zu haben.

Die Nachbarin von Gegenüber, mit deren Tochter mal der eine mal der andere Zwilling befreundet war, erzählte mir einmal, dass sie in unser Wohnzimmer reinschauen kann. Das Gefühl, von dieser immer tratschenden und neugierigen Frau ständig beobachtet zu werden, führte zu einem Fehlkauf, einer fast blickdichten, potthässlichen Gardine, die zum Glück von der Katze kaputt gemacht wurde. Einer Katze, die ich eigentlich nie haben wollte und die „übrigblieb“ als der ältere Zwilling ausgezogen war. „Dann habt ihr etwas Abwechslung“, sagte meine Tochter schnippisch zum Abschied. Vielleicht wollte sie einfach ihr Gewissen beruhigen, das durch die Tatsache uns den neuen „Hausbewohner“ angedreht zu haben aus dem Gleichgewicht geriet? Vielleicht hielt sie unser Leben für komplett monoton und langweilig und wollte uns retten?

Ich konnte mit diesem zwar wunderschönen, dennoch komplett verzogenen Tier lange Zeit nichts anfangen. Die zerkratzte Gardine im Wohnzimmer bedeutete den Beginn unserer „Beziehung“, ein Friedensangebot, auf das ich eingegangen war. Komischerweise denke ich seit diesem „Kratzvorfall“ nicht länger daran, ständig beobachtet zu werden. Vielleicht auch, weil die neugierige Nachbarin von Gegenüber inzwischen weggezogen ist.

Das zerkratzte Sofa und Wände, Löcher in meinen Strumpfhosen erinnern mich ständig daran, dass diese „ungewollte“ Katze seit vier Jahren Teil unserer Lebensgeschichte geworden ist.

Barataria. Wyspy Szczęśliwe. Wiersze (28)

Wyjeżdżam na Wyspy Szczęśliwe, choć  autor, który mnie tam zaprosił, ogłosił w międzyczasie, że Wysp już nie ma. Zobaczymy jednak. Na pewno jednak Barbie umarła, tak jak umarły Urszulka i lalka Lola, mieszkanki Wysp Szczęśliwych.

Tabor Regresywny

W związku z kolejną odsłoną Apokalipsy, Tabor Regresywny pod kierunkiem Emerytowanego Komandora Spływu Kajakowego, autora “Historii seksu”, organizuje ewakuację na Wyspy Szczęśliwe. Ewakuacja ograniczona do Kobiet i Dzieci. Dla mężczyzn przygotowaliśmy kurs: “Jak być kobietą”.

Jednym z mieszkańców Wysp jest…
…Kot Wdzydzki, endemiczny, niegroźny, tylko jak sobie wypije to lepiej mu schodzić z drogi.

Pewnego dnia otrzymałam zaproszenie, na Wyspy i na spotkanie z kotem. Przyjęłam.

Niestety po kilku dniach od tej pięknej zapowiedzi i zaproszenia, ukazał się kolejny wpis na FB…

Piecyk do kawy typu Dar Hasioka, model Wdzycki Kąt (patrz zdjęcie poniżej). A Wysp Szczęśliwych już nie ma. Były, ale zostały wykupione przez koncerny turystyczne. Pobudowali tam hotele i baseny, zatrudniają miejscowych, by w regionalnych strojach udawali, że są szczęśliwi. Prawdopodobnie w Kosmosie są Wyspy Szczęśliwe. Pytanie jak się tam dostać, jednocześnie wystawiając do wiatru koncerny turystyczne wszelkiej maści?

A tu jeszcze pierwotna wersja piecyka do kawy.

Kiedyś w Berlinie autor pojawił się z piecykiem, który składał się z kubka i ogniska nieconego z roślin przydrożnych. Ta wersja (chyba) nie doczekała się zdjęcia.


PS od Adminki. On już TU był.

PS z Wikipedii i innych źródeł: Wyspy Szczęśliwe (gr. Μακάριοι Νήσοι Makárioi Nḗsoi) – w mitologii greckiej część Hadesu – miejsce, dokąd (według niektórych wierzeń) mieli się udawać cnotliwi zmarli, by tam zaznawać wiekuistego spokoju. W XVI wieku często utożsamiano je z Wyspami Kanaryjskimi.

PS z jednym wierszem i zdjęciem (Autor Jan Kochanowski, Foto EMS).

TREN X

Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi sie podziała?
W którą stronę, w którąś sie krainę udała?
Czyś ty nad wszystki nieba wysoko wniesiona
I tam w liczbę aniołków małych policzona?
Czyliś do raju wzięta? Czyliś na szcześliwe
Wyspy zaprowadzona? Czy cię przez tęskliwe
Charon jeziora wiezie i napawa zdrojem
Niepomnym, że ty nie wiesz nic o płaczu moim?
Czy człowieka zrzuciwszy i myśli dziewicze,
Wzięłaś na się postawę i piórka słowicze?
Czyli sie w czyścu czyścisz, jesli z strony ciała
Jakakolwiek zmazeczka na tobie została?
Czyś po śmierci tam poszła, kędyś pierwej była,
Niżeś sie na mą ciężką żałość urodziła?
Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest, lituj mej żałości,
A nie możesz li w onej dawnej swej całości,
Pociesz mię, jako możesz, a staw sie przede mną
Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną.


Lalka Lola,
kto ją wrzucił do śmietnika?
Wyrzucona, tak, ale jednak ktoś ją tu starannie ułożył.

Zdjęcia Autor, zdjęcia lalek – Adminka.

Lotte Laserstein und die Katzen

Ewa Maria Slaska

In der Berlinischen Galerie gibt es bis 12. August 2019 eine Ausstellung von Lotte Laserstein, eine von vielen vergessenen Künstlerinnen, die sich vor dem Kriege eine interessante Karriere aufgebaut haben, der die Hitlers Herrschaft, Krieg, Vernichtung und die dem Krieg folgende Teilung der Welt in Ost und West ein jähes Ende setzten.

Lotte Laserstein ist eine von denen, glücklicher als die anderen, als Julia Wolfthorn zum Beispiel, weil sie überlebt hat, aber, zugleich eine, die, wie viele Andere, wie Dodo, wie Jeanne Mammen oder Margarete Kubicki, oder gar Hannah Höch, in Unwichtigkeit oder gar Vergessenheit geraten waren. Welche Mühe, sie alle jetzt dem kunstinteressierten Publikum wieder zu präsentieren.

Lotte Laserstein (*1898 in Preußisch Holland im ostpreußischen Oberland; †1993 in Kalmar, Schweden) war eine deutsch-schwedische Malerin. Sie gilt als bedeutende Vertreterin der gegenständlichen Malerei der Weimarer Republik. 1937 emigrierte sie  nach Schweden. In Schweden war sie bis zu ihrem Tod als Porträtistin und Landschaftsmalerin tätig. Die in den 1920er und 1930er Jahren in Deutschland entstandenen Bilder stehen der Neuen Sachlichkeit nahe und gelten als der Höhepunkt ihres umfangreichen Schaffens. In Schweden war Lotte zwar immer noch als Malerin tätig, ihren Ruhm, den sie eine kurze Zeit in Berlin genossen hat, erlangte sie nie wieder.

Sie wird zwar der Neuen Sachlichkeit zugerechnet und tatsächlich war sie, was die Themen betrifft, eine moderne, emanzipierte Frau, aber in ihrem Schaffen war sie eine Traditionalistin. Sie war unglaublich stolz auf ihre künstlerische Bildung. Darauf, dass sie schon als junges Mädchen eine Kunstschülerin war. Sie und ihre Familie lebten in Danzig, wo Lottes Tante, Else Birenbaum eine Kunstschule leitete und selber dort lehrte. Lotte war als sehr junges Mädchen in der Ausbildung bei ihrer Tante und deshalb, wie uns unsere Kunstführerin erzähle, seit eh wusste, dass in der Kunst eine Frau einem Mann gleichberechtigt ist und sie die Kunst sowohl lehren als auch lernen kann. Als sie nach Berlin kam, war sie eine der ersten Studentinnen, die in der Königlichen Hochschule der Künste lernen dürfte. Mehr noch – sie dürfte gar die Aktmalerei studieren, darunter auch die Männerakte malen!

Lotte widmete sich der Staffelmalerei, dem Porträt und der Landschaft, und hielt nicht von der Moderne. In bester rembrandtschen Maniere malte sie verschiedene Stoffe so, dass man in einem Leinenkittel jede Falte sieht und in einem Katzenfell jedes Haar. So wie hier, in ihr Selbstbildnis mit einer Katze.

Das Bild ist exemplarisch für das Œuvre von Lotte Laserstein. Sie malte gern Porträts und darunter auch mehrere Selbstporträts. Sie schilderte sich oft als Künstlerin, als eine Malerin, die ihr Können gern zur Schau stellt, mit Attributen ihrer Zunft, was vor Kurzem nur den Männern erlaubt war. Sie liebte die Porträts mit dem Fensterblick im Hintergrund, wo man die Stadthäuser sehr genau wahrnahm. Und sogar die Katze war ein Beweis, dass sie alles kann, was sie sich vornimmt, weil die Katze musste doch sehr lange unbeweglich sitzen, wie jedes Modell auch (man munkelt, dass die Katze jeweils vor der Sitzung von einem guten Schluck Brandy “betäubt“ wurde, aber ob es stimmt?)

Lotte wusste sehr geschickt, wie sie sich positionieren soll, wie sie ihre Kunst selber fördern kann. Sie engagierte sich im Frauenbund, sie schickte ihre Bilder zu Wettbewerben und Ausstellungen. Sie gründete auch eine Malschule für Studenten der Akademie der Künste, die an ihrem Abschluss-Portofolio gearbeitet haben. Mit ihrer StudentInnen fuhr sie unter anderen nach Worpswede, wo eine der berühmten deutschen Künstlerkolonie entstanden ist. Dort ist ihre Bilderreihe Dorfkinder entstanden. Ob diese Katze wohl auch betäubt werden müsste, darüber schweigt man.


Berlinische Galerie

Landesmuseum für Moderne
Kunst, Fotografie und Architektur
Stiftung Öffentlichen Rechts

Alte Jakobstraße 124–128
10969 Berlin

bg@berlinischegalerie.de

Barataria 123. Miczura (reblog). Codziennie jeden wiersz (20). Gałczyński

PS czyli Pre Scriptum: Od dawna podejrzewałam, że koty i donkichoty to w gruncie rzeczy dwie strony baratarystyki.

We wpisie pojawiają się Don Kichot i kot, następuje też wyjaśnienie, kim byli tajemniczy magicy, Adamus i Rączka, ze sztuki (sztuczki) Gałczyńskiego Babcia i wnuczek, która jest ważnym elementem badań baratarystycznych, omawianym już w odcinku 85. Wiersz-prolog z Babci i wnuczka, dla porządku nr 20) – patrz TU.

Justyna Sobolewska

Miczura, Adamus i Rączka

Zespół filmowy Miczura był primaaprilisowym żartem Kornela Filipowicza, Tadeusza i Stanisława Różewiczów. Kornel z Tadeuszem pisali scenariusze, Stanisław reżyserował.

Pytałam znajomych zajmujących się kulturą o Miczurę, ale nikt nic nie słyszał. Historia filmu polskiego też raczej milczy o grupie twórczej Miczura – Film. Nie tak całkiem na szczęście, bo co pewien czas upominają się o nią filmoznawcy, m.in. Marek Hendrykowski, Piotr Śmiałowski, a ostatnio Adriana Prodeus. A Miczura miała na koncie dziesięć filmów, z czego przy powstawaniu pięciu uczestniczył pisarz Kornel Filipowicz. Ten zespół filmowy był primaaprilisowym żartem Filipowicza, Tadeusza i Stanisława Różewiczów. Kornel z Tadeuszem pisali scenariusze, Stanisław reżyserował. Żart miał ramy formalne i całkiem poważne przepustki osobowe, które zrobił własnoręcznie Kornel, podpisane przez Rączkę, czyli Różewicza, i Adamusa (von Tulczynskiego), czyli Filipowicza. Data wystawienia:
1 kwietnia 1958 roku. Grupa zawiązała się w Krakowie, na ulicy Lea w mieszkaniu Kornela. I to właśnie tam w ich spotkaniach uczestniczyła kotka Miczura, od której pochodzi nazwa grupy. Spotykali się w Gliwicach u Tadeusza, potem czasem w Warszawie u Stanisława albo na Lea w Krakowie – gdzie Kornel serwował kolegom kaszę ze zsiadłym mlekiem.

Zaczęło się od pracy nad scenariuszem „Trzech kobiet” (1957) na podstawie opowiadania Kornela. Celina, Helena i Maria – trzy więźniarki w różnym wieku po wyjściu z obozu próbują żyć razem i stworzyć wspólny dom. Filipowicz był bardzo krytyczny wobec swojego tekstu, ale Tadeusz uspokajał go w 1956 roku: „Jesteś zbyt surowy w stosunku do tego opowiadania – dużo w nim dobrego”. Film był zdaniem Piotra Śmiałowskiego wierny opowiadaniu Filipowicza: „Dominuje powściągliwy ton, a zdarzenia mają rys niepozorności: zdobycie mebli do mieszkania, słuchanie muzyki z gramofonu, szukanie spokoju po wojennej traumie. W zasadzie na ekranie rzadko coś się ewidentnie «dzieje», a przecież dzieje się bardzo dużo. Zupełnie jak w prozie Filipowicza, który właśnie poprzez unikanie niepotrzebnych dla akcji zdarzeń, potrafił przyjrzeć się temu, co naprawdę czuje jego bohater”. Odnajdywano w nim też wpływ prozy Tadeusza Borowskiego i chwalono debiutującą Annę Ciepielewską. „Wtedy z Tadeuszem przeszliśmy «szkołę podstawową pisania dla filmu»” – komentował Kornel początek współpracy w wywiadzie dla „Filmu” w roku 1963. Tadeusz Różewicz miał już wcześniejsze doświadczenia. W 1948 roku zaczął pracować nad scenariuszami. Pojawił się wtedy pomysł, żeby przyciągnąć literatów do polskiej kinematografii. W pierwszym scenariuszu o historii sztandaru posłużył się – jak pisała Adriana Prodeus w tekście „Daj się ponieść”, opublikowanym w tomie „Interpretacje” – poetyką kontrastu: ciszy i huku, błysku i ciemności, detalu i długich chwil milczenia. Jego brat współpracował z różnymi autorami, ale ciekawe efekty dawała mu właśnie współpraca z Tadeuszem. Mówiło się, że Stanisław Różewicz lubi teksty nieefektowne i właśnie na takiej podstawie robi dobre filmy. Być może „to, że Stanisław Różewicz dopracował się konsekwentnie swojego stylu, jest w jakimś stopniu zasługą nas trzech” – zastanawiał się Filipowicz.

Jak wyglądała praca Miczury, można się domyślać z pierwszych scen ich wspólnego filmu „Piekło i niebo” (1966), który zaczyna się właśnie od sceny pisania scenariusza. Reżyser przychodzi do mieszkania, w którym koledzy pracowali całą noc. Najpierw pyta gosposię, czy czytała: „E tam, ekspozycja za długa”. „A dialogi?” „Za dużo gadania. Takie to rozlazłe jakieś” – dodaje gosposia. Scenarzyści: Jacek Fedorowicz jako Tadeusz Różewicz i Jan Kobuszewski jako Kornel Filipowicz leżą w pokoju wśród stosu zgniecionych kartek, pustych butelek i filiżanek po kawie. Obudzeni protestują, że jak można scenariusz napisać w trzy dni, za tak małe pieniądze. „Za tysiąc dolarów podejmuję się napisać «Don Kichota» i «Fausta» – razem” – mówi Fedorowicz. „Pisanie scenariusza to samobójstwo dla rasowego pisarza” – dopowiada Kobuszewski. „Za małe pieniądze napisaliśmy mały scenariusz” – dodaje. Praca przyspiesza, kiedy dowiadują się, że pieniądze zostały już wysłane.

Pracę scenariuszową pisarze traktowali dość użytkowo. Tadeusz w listach podkreślał, że trzeba się mobilizować: „Pilnujmy tego, z czego żyjemy, czyli filmu”. Kornel, tak jak Kobuszewski w filmie, miał poczucie, że pisanie scenariusza ogranicza pisarza: „Praca dla filmu zawsze była połączona z rezygnacją – mówił pisarz w audycji radiowej. – Pisarz jest reżyserem, uruchamia wyobraźnię czytelnika, pisząc dla filmu, muszę wyrzec się tej roli. Ale ciągle wracam do filmu. Ideałem byłby reżyser, który sam pisałby tekst i go reżyserował”. Filipowicz narzekał, ale proces pisania był połączony z przyjemnościami – ze wspólnymi nasiadówkami przy piciu i jedzeniu: „Kornellu – pisze w roku 1956 Stanisław – zajechaliśmy szczęśliwie na Zygmunta Starego (adres Gliwicki Tadeusza), a więc serdelki, dorsz w sosie pomidorowym itp. T., jak twierdzi, ma idealną pustkę w głowie – a o mnie lepiej nie pisać. Tym niemniej myślimy (?) o tej komedii poważnie (?) i zjazd na Pieprzowej 16 bieżącego miesiąca aktualny. W celu pogłębienia warsztatu myślimy iść dziś do kinka”. „Praca z Tadeuszem i Kornelem to było gadanie o wszystkim: o tym, co się dzieje dookoła, o filmie, o literaturze, o malarstwie. Ja im właściwie kibicowałem. Upierałem się, że trzeba zrobić tzw. drabinkę, czyli ustalić przebieg dramaturgiczny filmu. Tadeusz i Kornel śmiali się ze mnie: «Jaką drabinkę? Po co ci drabinka?!»” – wspominał Stanisław w książce „Było, minęło”. Praca zazwyczaj szła jak po grudzie, zwłaszcza latem. Kornel wtedy w ogóle znikał na rybach i z pracy nici. Tadeusz pocieszał towarzystwo: „Ostatecznie nie możemy opuszczać rąk – mimo braku pewnych zdolności. Ja myślę jechać jutro na leśne kąpielisko, ale mina szefa nie wróży nic dobrego, więc milczę”(1958).

Bracia Różewiczowie wychowali się na włoskim neorealizmie. Czytali „Trzech towarzyszy” Remarque’a, dyskutowali o „Obywatelu Kanie” i „Aleksandrze Newskim”. Kornel cenił szczególnie Buñuela i Felliniego. Miał w zwyczaju pisać do Stanisława listy z uwagami po każdym jego filmie (podpisywał się von Tulczynsky). Listownie umawiali się na zjazdy: „Jak nie zaśpię, to wyjadę o bezsensownej godzinie 4, 0 % rano i przybędę do Warszawy o 9, czyli koło godziny 10 zjawię się na Złotej, gdzie mam nadzieję pozwolisz mi zdrzemnąć się do południa. Potem obiadek, drzemka, telewizja, kolacyjka, drzemka – i jakoś to będzie. Uściski – K.”. Stanisław we wspomnieniach przywołał scenę z pisania u niego na ulicy Złotej. Nie szło zupełnie, więc Kornel poszedł się zdrzemnąć. Po paru minutach zjawił się ponownie w hełmie pruskim z roku 1870 na głowie i z szablą w ręku. W tym rynsztunku zaszedł do kuchni i groźnie zapytał żonę Stanisława, Isię: „Wann wird das Mittagessen gegeben sein?” – czyli: „Kiedy będzie obiad?”. „Na obiad były leniwe, które Kornel lubił” – pisze Stanisław. Podczas kręcenia „Trzech kobiet” Kornel po raz pierwszy pojechał na plan filmowy do Paczkowa. Potem pracowali nad scenariuszem filmu „Hiena”.
Tadeusz w liście do Kornela: „
Stanisław robi «Pocztę», pisał mi, że «Hienę» robiłby jako następną rzecz – więc nie rezygnuje z tego. Nie pozostaje nam nic innego – jak w wolnym i uzgodnionym czasie posiedzieć nad tym zwierzęciem”.
„Hiena” w trakcie pracy zmieniła tytuł na „Miejsce na ziemi”
.

Zblazowany Różewicz i Filipowicz celujący do niego ze strzelby. Archiwum rodzinne.

Współpraca była zgodna, ale i burzliwa. Członkowie Miczury nadawali formalny kształt również swoim kłótniom i zerwaniom (w formie żartów) – pozostały ślady w korespondencji w sprawie zerwanej umowy.
Kornel pisze: „Z przyczyn ode mnie niezależnych jestem zmuszony zerwać umowę na nowelę pt. «Miłość prowincjonalna». Robotę przerywam i odkładam, i wyjeżdżam na ryby. O ewentualnym późniejszym podjęciu pracy przy w/w noweli członkowie Biura Filmowego Miczura – Film zostaną powiadomieni w odpowiednim czasie”.
Tadeusz odpowiada na ten list bardziej kwieciście i melodramatycznie:
„Waszą kartę, w której zawiadamiacie, że «jesteście zmuszeni zerwać umowę na nowelę „Miłość prowincjonalna”» otrzymałem. Treść tej lapidarnej kartki poruszyła do głębi członków Biura Miczura – Film. Kol. Rączka oświadczył, że grozi to straszliwymi powikłaniami. Poeta Jan Józef Wincenty Bolesław Bąbel jest psychicznie załamany i chce zwrócić legitymację. Zaklinam na wszystko Waszą Ekscelencję, by raczył zmienić swoje usposobienie na naszą korzyść. PS Gdyby Wasza Ekscelencja nie zechciał mnie przyjąć w swym mieszkaniu, proszę o podanie miejsca i godziny, gdzie mój wysłannik mógłby wręczyć Waszej Wysokości przedni serbski tytoń fajkowy – zakupiony z myślą o Was. Jeszcze raz zapewniam Was o głębokim szacunku i pozostaję pogrążony w zadumie. Nędzny wyrobnik rodzenków do Waszego genialnego cista Tadeusz Rączka”.

Kiedy indziej Tadeusz sam korespondencyjnie żegnał się z resztą zespołu: „W związku z perfidnym wyeliminowaniem mojego wkładu (humor, inteligencja, tragizm) w «Miejscu na ziemi» zrywam współpracę. Niestety bez wyrazów szacunku T. Rączka”.

Kornel wbrew zapowiedziom jednak podjął pracę nad mikropowieścią „Miłość prowincjonalna” (która stała się finalnie „Romansem prowincjonalnym”), opowieścią o świetnej dziewczynie z prowincjonalnego miasteczka i warszawskim bufonowatym poecie. Pisał Tadeuszowi w trakcie pracy, że to szaleniec Turlej wyrasta na głównego bohatera. „Nic na to nie poradzę. Piszę codziennie po 1–2 strony, czasem nawet 3–4. Ale tu Wielkie RYBY, Brany, Płocie, Okonie i Kiełbie w głowie zamiast słów”.
Różewicz nie odpuszczał: „W grudniu chcę widzieć nowelę «Romans prowincjonalny» – która zostanie przeze mnie odpowiednio przystosowana, wypchana, poćwiartowana oraz nadziana truflami mego dowcipu, żółcią antypoetycką” .
Kornel: „Może nam się uda przesunąć cały «Romans» w stronę Turleja albo w jakąś inną, byleby ostrzejszą stronę, bo tak to flaki z olejem. Stanisław wzdycha w liście: Kiedyż zrobię film akcyjny?! Ale to nie o to chodzi. Trzeba mu dać tekst emocjonalny (emocjonujący), to będzie wszystko w porządku, nie trzeba akcji, tej, o której on myśli”.
Ich wspólny film na podstawie „Romansu” nie powstał nigdy. Dopiero w 1977 Filipowicz napisał scenariusz do filmu Krzysztofa Wierzbiańskiego.

Skoro istniał zespół filmowy, to powinien odnosić jakieś sukcesy. Kornel wziął to w swoje ręce i po filmie „Miejsce na ziemi” wręczył Stanisławowi monetę rosyjską: „W imieniu Miczura – Film Order Fiodora Iwanowicza Pierwszej Klasy”. Inną nagrodą przyznawaną przez Kornela był maleńki model kutra wystrugany przez niego z kory. Mieli też pomysł na nagrodę dla całego zespołu, pisał Różewicz do Kornela: „Przekazanie dzwoniącego budzika powinno się odbyć na Lea albo na Zygmunta Starego. Jeśli inni wręczają sobie Oscary czy Złote Palmy, niechże nasz zespół ma choć dzwoniący budzik. A może rzucisz zupę z płucek?”

Premiera „Miejsca na ziemi” odbyła się w roku 1960: „Szykuj spodnie, koszulę, chustki do nosa, myj nogi – czeka Cię premiera” – pisze Tadeusz. A dalej dodaje, co u niego: „Ostatnie trzy dni u nas dymi z pieców. Wybieranie sadzy, wietrzenie mieszkania – uniemożliwiły mi czynności liryczne. Szlag na to wszystko. Jestem zadymiony i zniechęcony”.

Film został wyróżniony dyplomem hiszpańskiej szkoły filmowej na festiwalu w San Sebastian. „Miejsce na ziemi” miało kilka dobrych recenzji, nawet Maria Dąbrowska w „Dziennikach” pisała o nim dość ciepło: „Jest to film o «kluczowym» zagadnieniu młodego pokolenia: alienacja i poczucie bezsensu życia. Charakterystyczna oszczędność dialogu, który w ogóle w nowoczesnych filmach sprowadza się do półzdań i pojedynczych słów, co mi zresztą odpowiada” („Dzienniki 1960–1965”). Tempo akcji jest powolne, co tłumaczył Filipowicz w „Filmie”: „Charakterystyczne zwolnione tempo dziania się stosowaliśmy w niektórych sekwencjach filmowych od początku naszej współpracy. Byliśmy zdania, że człowiek współczesny zasługuje na to, aby zająć się bliżej jego samotnością, przyjrzeć się jego obcowaniu z rzeczami. Chodziło nam także o zahamowanie pośpiechu i, że się tak wyrażę, rozrzedzenie tłumu na ekranie. W żadnym jednak razie nie o całkowite wyobcowanie człowieka – co nam niekiedy dawniej wytykano”.

Kot Miczura pod zdjęciem Filipowicza

I bez wątpienia jest to jeden z najlepszych, jeśli nie ten najlepszy, ich wspólny film. Zaczyna się niemal tak samo jak jedno z późniejszych opowiadań Filipowicza „Pan X, czyli o subiektywizmie przeżyć”: „Pewien mój przyjaciel filozof jest zdania, że człowiek mieć może – w najlepszym razie – tylko bardzo niejasne pojęcie o tym, co przeżywa inny człowiek”. W filmie narrator z offu mówi w pierwszych scenach, że nie wiemy nic o ludziach, którzy mijają nas na ulicy, choćby o tym, co myśli ten chłopak – i tak poznajemy głównego bohatera Andrzeja, uciekiniera z poprawczaka, kogoś, kto nie chce nic dawać i nikomu niczego zawdzięczać. W tym filmie kontrastują ze sobą dwa światy: ciemne, nędzne kamienice i jasna przestrzeń morza oraz plaży. Wszystko obraca się przeciwko chłopakowi, ale on dochodzi do momentu, kiedy zaczyna mu na czymś w życiu zależeć. Świetnie pokazany jest tu też dramat ludzi, którzy wyszli z wojny z niczym, wszystko muszą na nowo sami stworzyć własnymi rękami i zadają sobie pytanie o sens tamtej walki. Uderza niewymuszona lekkość dialogów i rzeczywiście ten film kojarzy się z neorealizmem włoskim, przy czym nie odbiera też całkowicie nadziei.

Pomysł na kolejny scenariusz podsunęła im sprawa pewnej oszustki, która podawała się za medium i razem ze wspólnikiem wyłudzała pieniądze od ludzi – tak powstał film „Głos z tamtego świata”. „Materiał autentyczny był zbyt ubogi dla scenariusza. Film nie jest przecież faktomontażem. Zebraliśmy się we trójkę na «naradzie wojennej» – z Tadeuszem i Stanisławem Różewiczami – pomysł został obudowany kilkoma wątkami, połączonymi jedną, wspólną tezą, którą najogólniej można by tak wyrazić: człowiek w nieszczęściu, chorobie, starości, wobec śmierci – szuka pociechy, nadziei, gotów jest się karmić nawet iluzjami; potrzebuje tego” – mówił Filipowicz w „Filmie”. Stanisław wspominał , jak się dzielili pracą: Kornel pisał sceny ze Znachorem, którego grał Kazimierz Rudzki, i z jego ofiarą, bo lepiej czuł te postaci. Tadeusz – sceny z nawiedzoną Wiktorią, która mówiła głosem Göringa.

W listach widać, że Różewicz był nie do końca zadowolony ze scenariusza, z poprawek Filipowicza: „Rzeczywiście wyraziłem się ujemnie o materiale, który nadesłałeś, w pewnej chwili zrobiło to na mnie wrażenie wypracowania szkolnego”. Miał nadzieję, że Kornel poprawi jego błędy: „Ja byłem (jestem) w dość kiepskiej formie i myślałem, że Ty wzmocnisz te słabe miejsca, które ja zrobiłem, tymczasem okazało się, że nic! (…) ja uważam, że wyciągnęliśmy jakieś 50%–60% na przyzwoity poziom, a reszta jest puszczona”. Może jeszcze udało im się coś później poprawić – dość, że ten film otrzymał kilka nagród – Syrenkę Warszawską i nagrodę klubu krytyki SDP dla najlepszego filmu 1962 roku.

Tadeusz Różewicz bardzo przeżywał krytykę. Po pierwszym wspólnym filmie, czyli „Trzech kobietach”, pisał: „Kornel, a może temu kretynowi z «Filmu» jednak wytłumaczysz bodaj w liście do redakcji, że Helena nie «terroryzuje dwudziestu podpitych drabów», bo przecież tam nawet śmiech wybucha w pewnym momencie”.

Kornel raczej nie wdawał się w polemiki w prasie dotyczące ich filmów. Tekst Kazimierza Brandysa o „Miejscu na ziemi” rozwścieczył Różewicza: „Ten pan stworzony przez atmosferę «literatury warszawskiej» z wazeliny, mydła i papieru toaletowego warszawskim dowcipem zabrał się do naszego scenariusza. W dłuższej głupiej notatce (…) streścił nasz scenariusz. Może w formie listu do redakcji napiszesz mu coś rzeczowego?”

Stanisław Różewicz z bratem. Filipowicz z Różewiczem.

Najgorzej przyjęto ich wspólną komedię „Piekło i niebo”. Ten film-żart, w którym w piekle na wielkich rusztach obracają się na ogniu dyktatorzy, a w niebie pojawia się alkohol i kusząca bielizna, księża potraktowali zbyt poważnie – w przedsionkach kościołów pojawiło się ogłoszenie przestrzegające przed oglądaniem „Piekła i nieba”. Profesjonalni krytycy z kolei mówili, że to nie parodia „8 ½”, ale „nasze krajowe Cztery i ćwierć”. Miała być to „nieludzka komedia” bez wielkich pretensji, ot, zabawa oparta o powszechne wyobrażenia. „Chodzi nam po prostu o to – pisał Filipowicz w liście do Stanisława – aby pozwolić się ludziom pośmiać z produktów własnej wyobraźni, z diabłów, aniołów, i zobaczyć samych siebie w krzywym zwierciadle”. Film z plejadą znakomitych aktorów przypomina jednak studencką etiudę w papierowych dekoracjach, a dialogom brak lekkości „Miejsca na ziemi”. Członkowie „Miczury” marzyli o stworzeniu komedii, ale żarty przy pisaniu nie oznaczyły, że scenariusz zyska temperament komediowy.
Tadeusz: „Najstraszliwszą recenzję z «Piekła i nieba» mieliśmy w «Ekranie» – Alicji Lisieckiej – my obaj zostaliśmy skopani za scenariusz («właściwie to najgorszy scenariusz w dziejach filmu polskiego») – Alicja Lisiecka po prostu odsądziła nas od czci. Musisz to sobie koniecznie przeczytać. Duża rzecz (tym bardziej, że nakład «Ekranu» jest wielki)”.

Kolejny film zrobili już we dwóch – Stanisław z Kornelem, bez Tadeusza Różewicza, w roku 1972 „Szklaną kulę”. W 1970 Tadeusz pisał do Kornela, oficjalnie kończąc pracę scenarzysty: „Rączka do Adamusa, jako że w ostatnich latach porzuciłem niewdzięczne zatrudnienia przy scenariuszopisarstwie – uznany za najgorszego scenarzystę PRL w XXV-lecie i spędzam czas na czytaniu naszych gazet z lat 1956–1970 i czasem wyłowię wiadomość, która mną do głębi wstrząsa (…). Gonitwę mych myśli i pląsawicę daruj, Dobrodzieju, aliści ostatnie lata bardzo mnie na umyśle poturbowały i nie widzę już konieczności łączenia w całość zdań jednej epistoły. Błogosławię Cię na dalszą drogę życia, twój dawny wspólnik i bywszy kolega po piórze. Tadeusz Rączka”.

I tak zakończyła się działalność Miczury – Filmu. Kornel napisał jeszcze razem z Janem Rutkiewiczem scenariusz filmu telewizyjnego „Egzekucja w zoo” na podstawie swojego opowiadania. Ale nie lubił robić adaptacji własnej prozy: „Przerabianie powieści czy opowiadań, krajanie, siekanie ich na drobne – szkodzi literaturze, a dla filmu nie jest drogą rozwoju. Muszą powstawać oryginalne teksty pisane dla reżyserów”. Ciekawą adaptacją, dobrze oddającą ducha jego prozy, był „Dzień wielkiej ryby” (1996) Andrzeja Barańskiego, który napisał scenariusz na podstawie wielu opowiadań. Pozostało też kilka niezrealizowanych projektów samego Filipowicza: komedia „Główna wygrana”, „Ulica Północna” o powstaniu robotniczym w Łodzi w 1905 roku czy nieukończona „Ucieczka” – rozgrywająca się w obozie jenieckim. W spuściźnie odnalazł się też „Zachód słońca”, który powstał pod koniec życia pisarza, w latach 1988–1989, dla Stanisława Różewicza. O tym tekście pisał reżyser do Wojciecha Lipowskiego: „Sama historia jest trochę niezwykła, trochę ze snu, trochę z rzeczywistości – chciałem to nakręcić, ale producenci nie bardzo rzecz widzieli – odkładaliśmy…”. A rzecz dotyczy polskich lat 80., historii profesora biologa (sam Filipowicz był z wykształcenia biologiem). Dla Filipowicza praca przy filmach była częścią życia, tylko jedno marzenie związane z filmem się nie spełniło: „Miałem ochotę zagrać w filmie, na szczęście nie doszło do tego”.

Miczura była efemerydą, ale stworzyła choćby wyjątkowe „Miejsce na ziemi”, film należący do tradycji, której nie ma w polskim kinie. Oparty na subtelnościach i półcieniach, minimalistyczny. „Współcześnie, robiąc podobne filmy, reżyserzy powołują się na Roberta Bressona (…), który objawił się parę lat później niż Różewiczowie i bardzo przypadł obu braciom do gustu” – pisze Adriana Prodeus. Ten rodzaj opowiadania nie przyjął się. Maria Malatyńska tłumaczyła, dlaczego tak się stało: „W kraju, który często lubił rozpalać się temperamentem swoich twórców, ta twórczość zawsze była ostentacyjnie chłodna, świadomie skupiona i kontemplacyjna. Niektórzy pisali o niej, że jest «nierozgrzana». Ale łatwo można było zrozumieć, że jej chłód wypływa ze swoistego strachu przed łatwością wielkich emocji w sztuce. Stąd tak częste u Różewicza «trzymanie się konkretów», «rzeczy», «opisów prostych», aby nie wyglądało, że fabuła chce się narzucić, zmusić odbiorcę do własnych interpretacji”. Ten dystans pasuje też do twórczości Filipowicza, który dbał o to, by nigdy nie nadużywać emocji, natomiast pokazywać to, co dzieje się w człowieku. Nie miał wątpliwości, że to w literaturze, a nie w filmie, może powiedzieć więcej: „Słowo i obraz mijają w filmie. Że cały film w jakimś mechanicznym tempie mija.
I że końcowy rezultat odbioru filmu jest jakimś sumowaniem się tego, co już bezpowrotnie minęło, podczas gdy w literaturze, gdzie ma się do czynienia ze słowem pisanym, można się zawsze cofnąć – odwracając po prostu dwie czy pięćdziesiąt nawet stron”.

W literaturze interesowało go przede wszystkim poznawanie człowieka, odkrywanie kolejnych warstw: „Staram się zejść jeszcze głębiej w to, co jest w człowieku zakryte. Zamiast fabuły poszukuję motywów działań ludzkich”. I to udało się osiągnąć – innymi niż literackie środkami – w filmie „Miejsce na ziemi”. Ten chłopak z poprawczaka mógłby zejść z kart książek Alberta Camusa. Rzeczywiście w twórczości pisarza pojawiają się odniesienia do egzystencjalistów – pisze o tym Justyna Gorzkowicz w książce „W poszukiwaniu antagonisty”. „Miejsce na ziemi” wydaje się rodzajem odpowiedzi, polemiki z Camusem. Film pokazuje człowieka, który ponosząc kolejne porażki, decyduje się w końcu stawić opór bezwładności i absurdowi życia. W tle pojawia się postać jego matki, kobiety, która została przez życie pokonana. Andrzej idzie inną drogą. Nie wiemy, czy mu się to uda, ale ma szansę.

W „Miejscu na ziemi” można znaleźć to, czym zachwycano się w filmach światowych reżyserów: minimalizm, dystans, oszczędność środków wyrazu i historię buntownika – jednak ta boczna ścieżka polskiego filmu popadła w zapomnienie, a obaj pisarze wrócili do literatury. Zmarły w 1990 roku Kornel Filipowicz przeszedł przez czyściec literacki i dziś wraca – nie tylko jako partner Wisławy Szymborskiej, a wcześniej Marii Jaremy (właśnie wyszła biografia artystki), ale jako pisarz. Ukazały się już dwa wybory wznowionych opowiadań i nowe analizy jego twórczości. Teraz można pomarzyć, żeby tak samo wróciło kino Stanisława Różewicza. Również jako inspiracja. Miczura czeka na następców. Na razie machnęła ogonem i tyle ją widziano.

 

Koty

Koty otaczają mnie ze wszystkich stron. Znajduję je, ludzie mi przysyłają… Jest ich tyle, że nie nadążam z przygotowywaniem jakichś sensownych wpisów na temat. Dziś więc wstawiam je tu hurtem, podzieliwszy uprzednio na kilka (nielogicznych) kategorii.

Koty w sztuce. Picasso 1954.

Japonia (nadesłane przez syna)

To zresztą też jest sztuka. Koty na stadionie.

Granica między sztuką a badziewiem bywa płynna. W międzyczasie wszyscy to już zapewne wiemy – koty z podniesioną do góry łapką przynoszą szczęście. Czasem nawet tą łapką machają – te jednak nie.

Kawiarnie dla kotów. Są na całym świecie coraz popularniejsze. W Japonii są też kawiarnie, gdzie można pogłaskać sowy i jeże. W Berlinie znam knajpkę z papugami. Nie dają się głaskać i strasznie wrzeszczą.

Nie podskakuj.

I najdziwniejsza rzecz, o jakiej w życiu słyszałam. Automaty z czapkami dla kotów. Nie mogę się nadziwić. Jakie może być w normalnych warunkach, w codziennym japońskim życiu zapotrzebowanie na czapki dla kotów, że opłaca się wyprodukować lub przystosować automaty, mające tę potrzebę zaspokoić???!!! (Po zastanowieniu myślę, że to jest całkiem na odwrót – nie ma żadnego zapotrzebowania na czapki dla kotów, a automaty mają je wygenerować).

Szczecin

W hoteliku Elka-Sen (uwaga reklama! mały, skromniutki, tani, świetny hotelik w samym centrum miasta!!!) w recepcji wiszą zdjęcia aktorów. Marylin Monroe wciąż jeszcze przyciska do kolan swą najsłynniejszą białą sukienkę, a Marlon Brando trzyma na ręku kota. To plakat filmu Ojciec chrzestny – nie pamiętam, czy stary Corleone naprawdę miał w filmie kota, ale chętnie się zgodzę.

W sieci

Prawda życiowa dla pracujących.

Koszulki i skarpetki z serii Happy socks (to chyba też reklama – nie wiem, ale na pewno product placement)

 

Jeszcze jedna mądrość życiowa. Jest ich w internecie zatrzęsienie.

Berlin (z polskimi aluzjami?)

Jaruzelski?

To na spacerze. A po spacerze w sklepie też koty. To wino dla polskich miłośników kotów i wina. Bo ci Francuzi już wiedzą, że ich wybrzeże czyli cote to jednak po polsku kote(k) lub (z) kote(m) 🙂