Nie wiem, czy to odpowiedni temat na 1 maja, ale tak wyszło.
O Modlitwie dziewicy napisał mi rok temu Konrad: to melodia grana przez tajwańskie… śmieciarki, w kraju, gdzie worki ze śmieciami nie dotykają ziemi, a raczej tego, co w mieście przykrywa ziemię, czyli chodnika.
Od wielu dni budzę się co rano z myślą “Lesia Ukrainka”, właśnie tak, Lesia, a nie tak jak piszemy ją po polsku – Łesia. Lesia Ukrainka, Lesia Ukrainka kołacze mi się po głowie, aż pierwsza kawa, mycie, zabawa z kotem i co tam jeszcze jest rano do zrobienia, wymiotą mi z głowy Lesię Ukrainkę i wstawią tematy aktualne – rozliczenie, podatki, ciocia, hospicjum, korekta, obiad dla gości, piach dla kota.
Podobno mamy tylko siedem miejsc wolnych w pamięci bieżącej i jeśli chcę wprowadzić do niej z powrotem Lesię Ukrainkę, muszę coś wyrzucić. Wyrzucam więc rozliczenie (potem, potem, i tak nie chce mi się) i pytam wreszcie sieć, czy może Lesia Ukrainka ma akurat jakąś ważną rocznicę (nie ma). Ale skoro już pozwalam Lesi zająć miejsce w jednej z siedmiu komórek moich bieżących zadań, postanawiam, że po prostu zrobię wpis o Lesi. Przecież nie muszę mieć powodu. A więc proszę – ja bez żadnego trybu.
zaprasza na berlińską premierę spektaklu Irena 5 maja 2024 roku o godz. 17:00 w Admiralspalast w Berlinie
Irena to spektakl w reżyserii Briana Kite’a o Irenie Sendlerowej. Ta polsko-amerykańska produkcja miała swoją prapremierę w sierpniu 2022 roku, w 80 rocznicę częściowej likwidacji warszawskiego getta i śmierci Janusza Korczaka. Kompozytorem muzyki do tego dramatu muzycznego jest laureat Grammy Włodek Pawlik. Po znakomitych recenzjach i świetnym przyjęciu przez publiczność, zostaliśmy zaproszeni, by pokazać ten spektakl w Teatrze Polskim w Warszawie w 80 rocznicę Powstania w Getcie Warszawskim w marcu ubiegłego roku. Wśród gości znalazło się ponad stu zaproszonych przez MSZ przedstawicieli Korpusu Dyplomatycznego akredytowanego w Warszawie. W spektaklu uczestniczyła też Elżbieta Ficowska, – najmłodsze dziecko uratowane przez Irenę Sendlerową z warszawskiego getta. Po każdym z warszawskich spektakli adresowała swoją wspaniałą przemowę do zebranej publiczności. Elżbieta Ficowska zadeklarowała swój udział w berlińskiej premierze.
kiwanie się do muzyki w pełnym przyleganiu ciał i wąskim prześwitem poniżej bioder dwojga ludzi gdzie się działo, zazwyczaj dyskretnie i to się nazywało tango z bolcem
był też płaski plastikowy przedmiot nieco mniejszy od dłoni a na pewno węższy, kształtem nawiązując do rezonansowego pudła gitary z żyletką w środku mówiono o tym temperówka
w kuchni stał rodzaj elektrycznego garnka albo brytfanny z szybką do podglądania i dodatkowym metalowym kubeczkiem służącym między innymi wytwarzaniu ciast z gustowną dziurką ten element był zbędny przy pieczeniu drobiu całą machinę mianowano prodiżem
na podwórku dominował gwar, a to grających w metalowe kapsle i przez pstrykanie w nie palcami i w ten sposób przesuwanie ich po wyznaczonym torze a to piszczących lub skupionych podczas skakania przez związaną gumę na ogół taką od majtek, rozciągniętą między dwoma osobami stojącymi naprzeciwko siebie w odległości około półtora metra
klasy szkolne meblowano drewnianymi, przeważnie zielonymi, ławkami z otworem na kałamarz i wyżłobieniem na obsadkę stalówką wszystko w górnej części blatu a pod nim jeszcze kasetka na drugie śniadanie albo na…
zaznawało się również pozadomowych, częściowo sekretnych rozkoszy podniebienia: jak to woda w saturatora i wielorazowej szklanki określana zresztą gruźliczanką, czasami z sokiem, oraz oranżada nie pita a zlizywana w stanie stałym z brudnej łapy lub świeży chleb z wodą i cukrem
ma już człowiek swoje lata to wie, dopóki pamięta jak i po co przeżył te asanitarne czasy z gębą pełną radochy i z kluczem od mieszkania na szyi
9.04.2024
PS od adminki: Prodiż. Czy wiecie, co znaczy to francuskie pierwotnie słowo? Cud! Tak, kochani, to był cud, garnek, który piecze bez kuchenki.
Darüber habe ich schon ganz am Anfang meiner „Karriere“ bei Ewas Blog geschrieben; jetzt ist mir wieder so ein Fall passiert. Er gehört in die Reihe „Zufall oder Schicksal?“ Ich beschreibe das inzwischen als zufällige Schicksalhaftigkeit oder schicksalhafte Zufälligkeit, auch wenn ich eigentlich daran glaube, dass alles vielleicht einen tief verborgenen Sinn hat. Wir erkennen ihn erst Jahre später, wundern uns dann, fragen, was war damals, warum, wie ist das möglich? Irgendwo ist aber doch der sprichwörtliche Hund begraben.
Do przeczytania zanim przyjdziecie jutro do Polskiej Kafejki Językowej na spotkanie z Autorką w piątek 19 kwietnia
Prolog Dzień, w którym umarła Maj, rok 2012
Doczekała się. W końcu spełniło się wszystko to, na co tak długo czekała i gdyby mogła to teraz zobaczyć, ucieszyłaby się, że wreszcie odeszła. Od miesięcy nie pragnęła niczego bardziej, niż uwolnić się od tego nędznego życia, poczuć ulgę, beztroskę i lekkość. Rzucić wszystko i odejść, co mogła osiągnąć tylko w jeden znany jej sposób. Nie poddała się od razu, walczyła, ale przegrała jednak z bezsilnością i beznadziejnością życia, jakie jej przypadło. A teraz? Teraz będzie już tylko dobrze, bo wreszcie nadszedł wymarzony i od dawna oczekiwany dzień, w którym zdołała przekroczyć tę cienką granicę ludzkiego bytu, po której stąpa tak wielu.
Przekwitają, bo wiosna przyszła za szybko, i miała od razu letnie zamiary, choć do lata jeszcze sporo czasu. Nie zdążyłam przyjść wczesnym rankiem i nie zdążyłam przyjść kilka dni wcześniej. A dzisiaj to już płatki ścielą różem ścieżki i kobierce. Kobiety i dzieci w różowych sukniach, niczym Barbie naginają gałązki wiśni ku sobie, przytulają, uśmiechają się, potrząsają kwieciem, spoglądają na Kena, a Ken pstryka jedną fotkę za drugą. Różne ujęcia, z góry, z dołu. Ken leży w płatkach wiśni, a Barbie nad nim kryje się w kwieciu i rozmarzona liczy już lajki na swoim Instagramie. Na chwilę świat wkłada różowe okulary, albo odwrotnie. Ja też.
Filomena przyglądała się z okna swej szarej ulicy Karmelickiej. Dzień wychylał się powoli, leniwie z mgły porannej, nie mogąc się zdecydować, czy tak naprawdę chce już wychodzić “z pieleszy”. Słychać było gruchanie gołębi, na razie tylko kilka spacerowało po chodniku, a czasem jakiś pojedynczy podrywał się głośno do lotu, wystraszony przez kogoś biegnącego do odjeżdżającego już prawie tramwaju… Dało się słyszeć otwieranie małych sklepików spożywczych; opuszczanie, lub podnoszenie markiz, jakieś pojedyncze rozmowy, niesione głośno przez pustkę ulicy.
She was called Phillis, because that was the name of the ship that brought her, and Wheatley, which was the name of the merchant who bought her. She was born in Senegal.
In Boston the slave traders put her up for sale: “She’s 7 years old! She will be a good mare!”