Po Halloweenie w Berlinie znikają dynie

Mam na myśli sklepy – oferta komercyjna jeszcze kilka lat temu była taka, że wracał człowiek z wakacji, upał, piasek w walizce, muszelki, a tu tymczasem w sklepie pierniki w czekoladzie i typowe niemieckie spekulacjusy. Wszyscy się o to wściekali, były jakieś protesty, które nic nie przynosiły, bo te mikołaje z czekolady układała na półkach wolna ręka rynku… No ale kiedyś, całkiem niedawno, komercja odkryła, że między latem a zimą jest jeszcze jesień. Pojawiły się jabłka, śliwki, orzechy, kasztany jadalne i oczywiście – dynie, dynie, dynie… I tak aż do Zaduszek. Gdy się jednak już na dobre zacznie listopad, dynie przenoszą się na stoiska jarzynowe, a świat opanowują kalendarze adwentowe, nie budzący wytpliwości znak, że nadchodzi czyli adveni zima… Taki zatem wpis na zmianę sezonu…

EMS

W okresie Halloween – w Polsce znów rozgorzała dyskusja.
Jest, jak zwykle wiele opinii krytycznych.
A przecież ta niewyszukana forma rozrywki, czyli straszenie – obecne jest w wielu filmach, nie mówiąc o grach komputerowych itp.
Może warto więc zachować proporcje i zająć się oceną wzbudzanego przez polityków strachu wobec obcych i inaczej myślących?
Nie mówiąc już o atmosferze straszenia konfliktami zbrojnymi.

Wróćmy jednak do obyczajów regionalnych.
Mój kuzyn, Adam Rejman przesłał swoje wspomnienia ze zwyczaju kultywowanego w jego rodzinnej wsi – w Czarnej, koło Łańcuta, na Podkarpaciu.
W zwyczaju tym też jest trochę straszenia… ale jakie to niewinne wobec Halloween:-) nie mówiąc już o straszeniu wojną….

Andrzej Rejman


Adam Rejman

Czarnieńskie zwyczaje i obyczaje okołobożenarodzeniowe

W Czarnej nie mieszkam już od 1971 roku, ale swoich informatorów / młodszy brat / tu mam…
Od niego dowiaduję się, że zwyczaj kolędowania / droby i nie tylko / całkowicie tu zaniknął… Pomyślałem , że może warto więc o tych malowniczych zwyczajach napisać parę słów, w nadziei że może ktoś zechce o tym przeczytać, może jakoś utrwalić a może nawet reaktywować ?… A czarnieńskie kolędowanie to były w pierwszej kolejności droby… I od razu zaznaczam…Czarnieńskie droby chodziły tylko w Nowy Rok a ja byłem jednym z nich… Droby były różne i zmieniały się wraz z upływem czasu…Pamiętam że, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, wpierw, skoro świt, budziły gospodarzy droby biedne… Takie które z workiem na plecach zbierały pszenicę dla kur ale jabłkiem lub kawałkiem ciasta też nie gardziły…Ich strój nie był wyszukany… Zwykle był to odwrócony na drugą stronę kożuch przepasany powrósłem a na twarzy maska zrobiona ze skórki króliczej z otworami na oczy i nos…Bywało że taki bardziej pomysłowy kolędnik przyczepiał do maski czerwony nos i język w takim samym kolorze… Kiedy robiło się już bardziej widno i ciepło, zaczynały chodzić grupy poprzebieranych dzieci i trochę starszej młodzieży… Dzieci odwiedzały zwykle sąsiadów którym składały życzenia a jako datki zbierały drobne pieniążki, czasami słodkie ciasto… Dzieci były bardzo kolorowo poprzebierane… A to za anioła, a to za diabła i bywało że /zwykle diabeł/ straszyły tych malców, którzy na kolędników byli jeszcze za młodzi i przebywali w domach… Tym ostatnim zwykle nie było do śmiechu i takie diabelskie poszturchiwanie drewnianymi widłami zwykle kończyło się płaczem… Starsza już trochę młodzież zaczynała chodzić w godzinach popołudniowych, również kolorowo poprzebierana i zwykle skupiała się na odwiedzaniu tych domów w których był kawaler albo panna, którzy nie brali udziału w chodzeniu po drobsku… Młodzież ta nie gardziła kolędą w postaci drobnych grosików ale też nie odmawiała poczęstunku, którym zwykle było porzeczkowe wino… Wszystkie droby obowiązkowo wchodząc do czyjegoś domu wypowiadały formułkę “Na szczęście, na zdrowie, na ten Nowy Rok… Żeby się wam urodziła pszeniczka i groch… Zimnioki jak pnioki, kapusta jak przetaki, owies jak las… Żeby się wam dobrze konik pasł”…I ewentualnie jeszcze coś więcej, jak ktoś umiał… Do pewnego czasu obowiązkiem droba było się tak przebrać, żeby nikt z domowników nie poznał kto jest kto… Odwiedzani domownicy z kolei czynili duże wysiłki żeby kolędnika rozpoznać, co skutkowało czasem zrywaniem z drobów masek… Było przy tym dużo śmiechu, kiedy okazywało się że… Adaś to ty?… A ja myślałem, że to kto inny… Początkowo maski robiło się samemu ze wspomnianej już wcześniej króliczej skórki, bądź szyto z jakiegoś płótna… Oczywiście diabeł, anioł i śmierć były najbardziej cenione… Później gotowe już maski tłoczone z papieru kupowało się w jednym ze sklepów, w Łańcucie… W czasie kiedy już byłem poważnym kawalerem moda na maski zniknęła i nikt już nie ukrywał swojej twarzy… Za to malował ją szminką i innymi farbami oraz przyozdabiał a to kowbojskim kapeluszem a to indiańskim pióropuszem… Zdarzało się, że niektóre dziewczęta potrafiły sobie tak wymalować wąsy i brody, że były brane za facetów… Nie wszyscy mieszkańcy wtargnięcie drobów do izby witali z radością, dlatego niektóre domy były, często w ostatniej chwili, zamknięte… Ale były też domy w których gospodarz czekał na drobów z otwartymi rękami i otwartym gąsiorkiem wina domowej roboty… Ostatni rodzaj drobów to były droby wieczorowe i nocne… To była już przeważnie podstarzała kawalerka a przypuszczam, że i żonaci mężczyżni też brali w tym udział… Raz byłem świadkiem takiego wtargnięcia tych wieczorowych drobów do mojego domu… Byli dość mocno podchmieleni, wyposażeni w harmonię i gdy tylko weszli, zaraz zaczęły się tańce… Pamiętam jak moja matka wywijała z takim jednym, niestety po zakończonym tańcu trudno ją było rozpoznać bo tak została wysmarowana w trakcie tańca sadzą… Droby te też chętnie całowały wszystkich dorosłych domowników, a z takiego pocałunku wychodziło się zwykle mocno usmarowanym szminką i sadzą… Oczywiście domagali się wódki i wina, i bez względu na to, czy dostali czy nie, rozrzucali po mieszkaniu sieczkę… Pamiętam, że jeden z tych drobów chyba przedawkował, bo podważali mu szczęki drewnianą łyżką i coś /kwaśne mleko ?/ wlewali do ust… Droby w zasadzie ograniczały swoją aktywność do swojej wsi, choć zdarzało się że do Czarnej docierały czasem droby z Krzemienicy… Ja i moi koledzy takich spotkań z krzemienickimi drobami unikaliśmy, bo szła fama, że oni zaraz będą chcieli się bić… Jako ciekawostkę podać mogę, że nasza próba poszerzenia drobskiego terytorium o Łukawiec skończyła się fiaskiem, bo już w pierwszym obejściu na Łukawcu zostaliśmy przepędzeni przez jakąś bardzo energiczną staruszkę z miotłą… Jak póżniej ustaliliśmy, na Łukawcu zwyczaj chodzenia po drobsku nie był w ogóle znany… A po Nowym Roku, zwykle o wieczorowej porze zaczynali chodzić inni kolędnicy… Jak to mogło wyglądać można wyobrazić sobie choćby oglądając w telewizji chodzenie z turoniem, z tym że w Czarnej było to chodzenie z kozą… Koza bodła domowników i grożnie kłapała pyskiem… W ekipie która jej towarzyszyła obowiązkowo musiał być anioł, diabeł, śmierć z kosą, czasem Żyd… Śmierć oczywiście tą kosą wywijała, diabeł szturchał widłami, Żyd coś tam mamrotał… Kilka razy przez wieś przeszła też ekipa ze słoniem… Słoń był tak skonstruowany że wywijał zrobioną ze sprężyny trąbą a pozostali uczestnicy przedstawienia /diabeł, śmierć/ robili swoje… Do zwyczajów związanych z Bożym Narodzeniem należało też przejście przez wieś Trzech Króli… Za mojej pamięci zdarzyło się to raz i dobrze pamiętam tych trzech rosłych mężczyzn, ubranych iście po królewsku, w powłóczystych sukniach i ze złotymi koronami na głowie… Godne odnotowania jest też przejście przez Czarnę ekipy, która w specjalnie skonstruowanej szopce pokazywała teatrzyk kukiełkowy, który ówcześni Czarnianie nazywali “puszczaniem bożków”… Na dzieciach ogromne wrazenie robiły pokazywane kukiełki… A to diabeł… A to anioł… Śmierć… Postać Żyda …I robiąca masło czarownica… W teatrzyku tym cały czas coś się działo… Śmierć ścinała komuś głowę… Diabeł przepędzał Żyda i przeszkadzał czarownicy w pracy… Nie mam pewności, skąd na Zawodzie dotarł ten teatrzyk… Zapamiętałem dwie wersje… Że albo z Krzemienicy, albo gdzieś z okolic Borka Starego… Wreszczie chodzenie z gwiazdą, w którym uczestniczyłem… Taką bardzo solidną gwiazdę, do wnętrza której wkładało się zapaloną świeczkę, zrobił nam ojciec… Gwiazda była przeszklona, a jej szybki pomalowane na różne kolory… Kiedy stawało się wieczorową porą pod czyimś oknem, a domyślni mieszkańcy gasili w izbie światło, mogli oglądać za oknem kolorowe widowisko… Oczywiście że dziś taki spektakl przegrał by z pierwszym lepszym kolorowym telewizorem, ale wtedy nie było przecież nie tylko telewizji ale nawet prądu w niektórych chałupach… Stojąc pod oknem wykonywaliśmy którąś z popularnych kolęd, a później czekaliśmy na zapłatę, czyli kolędę… Gdy kolędę otrzymywaliśmy, odchodząc śpiewaliśmy: “Wiwat, wiwat, już idziemy… Za kolędę dziękujemy… Ażebyście długo żyli… A po śmierci w niebie byli… Z aniołami!”… A gdy gospodarz nie kwapił się z datkiem, mógł na odchodne usłyszeć: “Wiwat, wiwat, już idziemy… Za nic wam nie dziękujemy… A żebyście krótko żyli… A po śmierci w piekle byli… Z diabełkami!”…
Zwyczaje wielkanocne były znacznie uboższe… Ja zapamiętałem tylko przejście przez wieś szczodroków… To byli normalni, choć z pewnością biedni, nie przebrani ludzie… Deklamowali jakąś formułkę /… a jo mały żoczek, wylozem na krzoczek itd /… I oczekiwali szczodroków… A szczodroki to były takie twarde jak kamień, razowe bułki, w które zęby wbijało się z największym trudem… Prawdziwy przysmak przedwojennych i wojennych dzieci, na przednówku…

*Czarna k. Łańcuta – wieś i gmina wiejska w województwie podkarpackim, w powiecie łańcuckim (11,6 tys mieszk.)


Póżniejsza nasza dyskusja o tekście i nie tylko –
Napisałem Adamowi, że wspominam ten zwyczaj jeszcze z lat 60, ale pamiętam, że
mówiło się “Draby”, i “Chodzić po drabsku” – na co odpowiedział:
Wikipedia podaje to tak: Draby noworoczne /droby/… Ale już dziennikpolski24.pl pisze: noworoczne droby, szczodroki, nowoletniki… Ja, Czarnianin /właściwie Czarniok, tak jak Miedyniok**, Krzemieńszczok**, tudzież Łańcuciok czy Rzeszowiok oraz Krakowiok a nawet Warszawiok/ byłem zawsze drobem i chodziołem po drobsku…Draby brzmią dla mnie trochę jak kanie /zamiast konie/ albo słanie /zamiast słonie/… Problem to ciekawy, zwłaszcza dla kogoś jak ja, który dobrze pamiętam, że w domu i wśród kolegów mówiliśmy “po naszymu”, a w szkole, w kościele czy w mieście, “po pańsku”, albo “po miastowymu”… Nie wiem, czy wiesz, że kiedy rozmawiam z bratem Kazimierzem, to ja natychmiast przechodzę na czarnieńską gwarę i… godom tak jak on… Pozdrowiom… pardon… Pozdrawiam!… Ja Adam… A po naszymu było by… Jo Adam…

P.S. Było z tym godaniem czasem nawet wesoło, bo można było w ten sposób odróżnić Czarnioka od Miedynioka, np. w sklepie… Bo Miedyniok zawsze powiedział “poprose ćtyry deka drozdzy”, gdy każdy Czarniok wiedział, że nie mówi się ćtyry, tylko…cztyry…

** od Medyni Głogowskiej i Krzemienicy – miejscowości w powiecie łańcuckim…


… i potem …
…Tak jeszcze wczoraj myślałem /a nie mogłem długo zasnąć/ że powinienem chyba jeszcze coś wyjaśnić… A chodzi o tą samogłoskę o… Bo ja jestem pewny, że w czarnieńskiej gwarze to o to nie brzmi jak prawdziowe polskie o… Ono brzmi ciut inaczej i jestem pewny że Ty, jako człowiek o absolutnym sluchu, tę różnicę byś usłyszał… I różnie z tym kombinowałem jakby Ci to przekazać… Że to o pod koniec skręca jakby /tak na 10 procent/ w stronę a, albo że pobrzmiewa troszkę jak ło… Ale to nie jest tak dokładnie jak np. łociec, bo tu to ł jest wyraźnie zaznaczone… Wydaje mi się, że w czarnieńskiej gwarze jest to tak jakby tylko trącenie… Włączyłem sobie nawet piosenkę zespołu De Press pt. Bo jo cię kochom, ale wydaje mi się, że i oni nie do końca oddają brzmienie tego o na tyle, żebym mógł uznać je za czarnieńskie… Dla mnie to o w tej piosence jest jakby trochę podrabiane… Pozdrawiam…
A…
(Adam Rejman)

Zapytałem jeszcze potem, czy mówi się “czarniejskie”, czy “czarnieńskie” odnosząc się do czegoś co pochodzi z Czarnej…
Adam odpowiedział:
Na pytanie czarniejskie czy czarnieńskie odpowiem tak… Czarniejskie to dla mnie brzmi jakby po miedyńsku /od wsi Medynia/…A słowa czarnieńskie też w gwarze wsi Czarna nie ma, za to jest słowo… czarniyńskiy… Ale myślę, że lepszym ode mnie autotytetem byłby mój brat Kazio, bo on godo po czarniyńsku jak za dawnych lat…I ciekawostka… Ja już co prawda praktycznie do Rzeszowa nie jeżdżę, ale pamiętam że kiedy jeździłem i wysiadałem np. z pociągu w Rzeszowie i usłyszłem jak ony godajom, to wiedziałem że jestem wśród swoich… A dziś, gdy oglądam w telewizji jakiś reportaż stamtąd, to bezbłędnie odróżniam jak rzeszowski redaktor mówi po pańsku albo po miastowymu, a tubylec choć stara się, to zajeżdża po rzeszowsku. (…) Współczesna gwara czarnieńska to pikuś wobec języka jakiego używali moi dziadkowie, choć pamiętam bardzo niewiele… Kiedyś nie zrozumiałem czego chce mój dziadek, gdy mówi do mnie przynieś mi wungla, a chodziło o węgiel… I kiedy babcia nakrzyczała na mnie, gdy jako dzieciak zacząłem kopać motyką w piasku, co, zwłaszcza w niedzielę, było zabronione… Zawołała: Adaś, podź haw i niechej tego, co oznaczało chodź tutaj i nie rusz tego / zostaw to …

(Adam Rejman)

Konie na pastwisku w Czarnej koło Łańcuta


I jeszcze na zakończenie tego dialogu kolejna uwaga od przemądrzałej adminki:
Bo jak autor pisze w swoim wywodzie o Czarniokach, których można odróżnić od Miedynioków, to oczywiście powinnam mu to wszystko poprawić, bo mieszkańców miast pisze się małą literą, i już wpadłam do ogródka, już palec nad klawiaturą witał się z gąską, gdy pomyślałam, doprawdy w ostatniej sekundzie, a co ci, babo miastowa, do tego!? No i zostawiłam.

Wasza

EMS

Szopa w salonie 12

Łukasz Szopa

S.T.S.

Dziś będzie trochę krócej. Nie żebym już z góry wiedział, ile mi się zechce i przyjdzie napisać – ale krótcej będzie, gdyż będzie o skracaniu. A właściwie – o spiskowej teorii skracania. Czyli S.T.S. Czytelnik zna mnie dotąd z dwóch przynajmniej anty-zalet: autowania się czymś tam, i brakiem skromności. No więc wyautuję się tym razem stwierdzeniem, że jednak wierzę w teorie spiskowe. A przynajmniej jedną. Nie, nie tą o żydowsko-masońsko-kapitalistyczno-komunistyczno-wegańskim spisku progenderowskich fake-newsów rozsiewanych za pomocą szczepionek spadających na nas przez cam-trailsy – gdyż to przecież oczywistość, nie teoria spiskowa, i na tyle znane, że nie ma co o tym pisać. Aha, miałem się też chwalić, nie tylko autować. No więc pochwalę się, że wierzę tylko w jedną teorię spiskową – tą, którą sam odkryłem. Czyli M.S.T.S. – moją spiskową teorię skracania.

Rzecz dzieje się głównie w Niemczech, choć może powinienem prowadzić badania więcej i szerzej, i okazałoby się, że nie lepiej ma się sprawa w Serbii, Polsce, USA czy Rosji. Ale skoncentrujmy się na języku niemieckim. Czy też, ściśle mówiąc – medialnym przekazie języka niemieckiego w przypadku skrótów.

Nie wiem, czy winna wszystkiemu „prasa“, a na pewno nie użyję terminu „Lügenpresse“ (ojej, użyłem!…). Ale stąd czerpię główny zasób dowodów. Czytając. I zauważając, że z biegiem lat (a czytam prasę niemieckojęzyczną od gdzieś 1987 roku), coś znika. (A to dopiero syndorom pierwszy!) A mianowicie – kropki. Punkty. Między literkami. Chodzi o skróty, które jeszcze w latach 60 i 70 zaznaczane były nie tylko dużymi literami, ale i kropkami pomiędzy. I tak Niemcy były wtedy w „E.W.G.“, w „U.N.O.“, w „N.A.T.O“ i tak dalej. W latach 80 i 90 to się zmieniło – okazało się, że znalazły się w całkowicie nowych organizacjach: „EG“ (i wkrótce potem „EU“), w „UNO“ oraz w „NATO“. O ile pierwsza zmiana była rzeczywistą zmianą nazwy, o tyle inne zmiany to po prostu zaoszczędzenie sobie kropek podkreślających skróty – pewnie podrożała nie tylko nafta (nie mylić z NAFTA!), ale i tusz drukarski i papier. Z „R.A.F.“ zniknęły wpierw kropeczki, potem cała RAF (chodzi o grupę terorystów, nie o brytyjskie siły lotnicze). USA z kolei nie tylko nie zniknęło, ale przeżyło i następną „reformę skrótowania“. Ostatnim Mohikaninem była wspaniała „F.D.P.“, która do 1998 trzymała się kropek (cóż, mała partia, czuła, że może wkrótce całkiem zniknąć).

I to następny punkt (których nie ma!), nawet dużo bardziej podejrzany i godny krytyki, niemieckojęzycznego, potocznego skrótowania – zanikanie dużych liter. To prawda, „USA“ nadal tak się pisze, dobrze trzyma się również „EU“, „OSCE“, „BVG“ czy „NRW“. Różnie bywa to w przypadku „OPEC“/„Opec“ czy „ADAC“/„Adac“. A całkiem „zesłowiono“ już skróty jak „Fiat“,„Uno“, „Nato“ czy „Naftę“.

A problem według mnie podwójny. Po pierwsze, łatwo o konfuzję – nie tylko gdy „Uno“ pojawia się bez „Fiata“, ale i gdy pojawiają się wspólnie. Dużo większym problemem jest jednak fakt, że obydwa zabiegi – niby graficzne, niby typograficzne – to znaczy po pierwsze usunięcie kropek, po drugie robienie ze skrótów wielkoliterowych „słów“, mają jeden niszczycielski efekt: czytelnik/odbiorca z czasem zapomni o tym, że dane słowo to właściwie skrót, a następnie – przestanie się pytać, „a co ten skrót właściwie znaczy“? Dlatego uważam te zabiegi za spisek – a odpowiedź redakcji na moje interpelacje (jedynie „Süddeutsche Zeitung“ raczyło raz odpowiedzieć), że „nie ma tu reguł, że tak się z czasem i przyzwyczajeniem przyjęło, że niektóre skróty się przerabia w słowa“ – tylko moją teorię potwierdzają. Bo niby prawda, „Uno“ wypowiedziane po włosku brzmi piękniej niż „United Nations Organization“, i po co zastanawiać się, co ma „Nato“ wspólnego z akwenem atlantyckim (którego członkiem są nie-atlantyckie kraje jak Turcja, Australia czy Słowacja).

A ja uważam, że powinniśmy wiedzieć, „kto zacz“, że po pierwsze coś skrótem jest, a po drugie – co znaczy. Nie tylko, by nie mylić „R.A.F.“ z „RAF“ czy „FKK“ z „F.C.K.“ Ale dla edukacji i codziennej świadomości w odbiorze newsów. Tym bardziej w czasach, gdy wg. badań opinii publicznej, tylko 55% pracowników branży IT wie, co oznacza „IT“.

Ja wiem, i jako pracujący informatyk właśnie tu pozwolę innym na wyjątek, i nie tylko ominięcie kropeczek, ale i „zesłowienie“ tego skrótu. Ale tylko, jeśli zechcecie mnie od dziś nazwywać „It-boy“!

P.S. Zapomniałem o trzecim punkcie M.S.T.S., czyli konfuzjowaniu. Bo Niemcy czasem robią skróty, które skrótami nie są. By nie dłużyć, dam dwa przykłady, tym razem bez interpretacji „dlaczego“ i „kto za tym stoi“: „OP“ i „KZ“.

A że i Niemcy na moją teorię nie potrafią odpowiedzieć, widać tu:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/die-abkuerzungsverschleierungs-info-avi

Dzień Babci – rozmyślania o grobach, cmentarzach i trumnach

Ewa Maria Slaska (i reblog)

Nie, nie, Kochani! Jeśli myślicie, że odezwę się do Was jako osoba stojąca nad grobem, to otóż informuję, że wcale tego nie zrobię. Owszem, może być, że stoję nad grobem, jak każdy z nas zresztą, bo jak wiadomo mors certa hora incerta, ale ja nie o tym.

Dziś Dzień Babci, a ja, jak przystało na kobietę piszącą o cmentarzach i pasjonującą się grobami, nawet z tej okazji mam dla Was stosowne zdjęcie cmentarne.

babciaoppermann

Zdjęcie zrobiła Ania w czasie naszych licznych wędrówek po cmentarzach. Postać wydaje się nam ciekawa, szukam więc informacji w internecie, ale nic nie ma. Dziwne zresztą, bo wydawałoby się, że jest wszystko, jak mówi moja synowa, nawet żaba przez erzet. Babcia (bo to chyba ona) nazywała się Ch. Oppermann, urodziła w roku 1904, zmarła w wieku 80 lat.

babciaoppermannnapis

Niezła ta jej figura, zdecydowanie odbiegająca od cmentarnego kiczu. Ciekawe, czy zamówili jej taki nagrobek, czy po prostu mieli rzeźbę na składzie? A jak tak, to oczywiście ktoś z rodziny był rzeźbiarzem. A może ona sama? Piszę do znajomej dziewczyny, która pracuje na tym cmentarzu. Odpowiada niemal natychmiast. Nic z tych rzeczy. Była to starsza pani, dobrze znana na Kreuzbergu, która zawsze chodziła z plastikową torbą i tak też została uwieczniona. Rzeźbiar/z/ka podpisała się na pomniku jako EL84. Zmarła miała na imię Charlotte. Ile razy jej szukam w sieci, trafiam tylko na dwa moje własne wpisy.

Dobra, ale ja i tak nie o tym, tylko o grobach. Babcia jest mi tylko pretekstem. Bo oto piszę ostatnio do zaprzyjaźnionego redaktora gazety Polonia Berlin i tłumaczę się. Miałam mu wysłać bez zwłoki informację o naszej nowej książce. I na śmierć zapomniałam.

okladka1

Książkę wydało Stowarzyszenie Städtepartner Stettin e.V. Zdjęcie na okładce Anna Kuzio, opracowanie graficzne Michał Krenz. Książkę można zamówić u mnie w Berlinie (cena 5€ , koszty wysyłki 3€) lub u drugiego autora, Michała Rembasa, w Szczecinie.

Bez zwłoki i na śmierć. W jednej sprawie dwa sformułowania cmentarno-tanatalne. Jest tego w polszczyźnie więcej. I nie mam na myśli oczywistych związków frazeologicznych jak hiena cmentarna, pochować kogoś pod murem cmentarnym czy wyjść z domu nogami do przodu. Trzeba wiedzieć, znać zwyczaje i obyczaje, ale jak się wie, to się też wie dlaczego. Ale już park sztywnych. Tu po prostu trzeba wiedzieć i już. Trzeba czytać Wiecha Wiecheckiego, nie ma rady.

Jednak największą grobowo-cmentarną “zagwozdką” są  owe trumniaki (uwaga buty na zdjęciu to NIE są prawdziwe trumniaki, to żart!). Trumniakami nazywano kiedyś tekturowe buty do trumny, po Warszawie krążyły też opowieści o tym, jak chytry cwaniaczek z Pragi sprzedał naiwnemu chłopkowi trumniaki zamiast butów ślubnych, a potem padał deszcz i wiadomo… W przaśnych PRL-owskich latach 50 trumniaki to były przerobione na czarno tenisówki. Podobno pomysł słynnej i wspaniałej Barbary Hoff. Tak podaje Wikipedia. I w ogóle każdy wie…
A jednak nie do końca. I tu dla babć, które były młode w latach 50, czyli z pokolenia mojej Mamy, Teściowej i Ciotek, interesujący reblog na temat… Waszych trumniaków. A przy okazji, podobno każda z Was je nosiła, a w sieci nie ma ani jednego ich zdjęcia! Pomocy! W tej sieci NIC NIE MA! Ani babci Oppermann ani trumniaków.

Dominika Łukoszek

Polowanie na trumniaki

16 maja 2016

Kiedy przygotowywałam wystąpienie na konferencję w Oksfordzie w 2013 roku strona po stronie czytałam rubrykę Moda w Przekroju – od roku 1953 do 1989. Przekrój był tygodnikiem, więc prosty rachunek pokazuje, że trzydzieści sześć roczników razy (mniej więcej) 52 lub 53 numery rocznie to daje wynik…. wielu stron. Warto było, ponieważ mój referat tak się spodobał, że zostałam zaproszona, aby opublikować tekst o Barbarze Hoff w czasopiśmie Catwalk. The Journal of Fashion, Beauty and Style (Volume 3, Number 1, Spring 2014).

Przygotowując artykuł starałam się w tekstach Barbary Hoff publikowanych w Przekroju odnaleźć zdjęcia i opisy jej poszczególnych pomysłów z gatunku „zrób to sam”, które odnajdywałam w różnych artykułach lub wywiadach. Jej najbardziej legendarną poradą jest ta, w jaki sposób dziewczyny mogły przepoczwarzyć dostępne w sklepach tenisówki w modne baleriny: należało z tenisówek wyciąć część ze sznurówkami, powstałą w ten sposób balerinę obszyć lamówką, pomalować na czarno i proszę! Polska dziewczyna miała najmodniejsze buty, które ochrzczono następnie „trumniakami”, ponieważ przypominały kartonowe buty, w których kiedyś chowano ludzi w trumnie.

Historię o opublikowaniu pomysłu na trumniaki w Przekroju opowiedziała sama Barbara Hoff w wywiadzie z Włodzimierzem Halickim dla Wysokich Obcasów w 2012 roku (KLIK). Skoro pani Hoff pisała teksty dla Przekroju od 1954 roku (na początku wspólnie z Janiną Ipohorską, również pracującą w Przekroju), to w tym roczniku poszukiwałam projektu trumniaków. Przeczytałam każdą kolumnę Moda i … nie znalazłam. Za to trochę się zdenerwowałam. Przejrzałam wszystkie egzemplarze po raz drugi, sprawdzając, czy aby na pewno biblioteka ma wszystkie numery z 1954 roku. Biblioteka miała wszystkie numery, trumniaków nadal nie znalazłam. Ok, pomyślałam sobie, pamięć lubi płatać figle, poszukam – na wszelki wypadek – w 1953 i 1955 roku. Tym razem strona po stronie, sprawdzając ponownie, czy są wszystkie numery tygodnika i czy aby projekt trumniaków nie został opublikowany na stronie innej niż Moda. Rysunku nadal nie było, mnie chciało się płakać. W jednym z numerów z 1955 roku znalazłam informację o tym, że wiele dziewczyn nosiło trumniaki podczas Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, który miał miejsce w Warszawie. No to wiedziałam przynajmniej tyle, że trumniaki musiały pojawić się wcześniej. Tylko nadal nie miałam tego cholernego rysunku. Jeszcze raz przeczytałam felietony z 1954. Trumniaków nie było.

Wyrysowane baleriny podpisane „trumniaki” znalazłam w książce ,,Jak oni mają się ubierać” napisanej przez Barbarę Hoff i Jana Kamyczka (pseudonim Janiny Ipohorskiej). Niestety (niestety dla mnie) książka została wydana w 1958 roku, a trumniaki istniały już wcześniej. Trumniaki mnie pokonały, a w artykule zamieściłam jedynie informację, że były one jednym z najsłynniejszych pomysłów Barbary Hoff. Nie napisałam jednak, że – jak wspominała pani Hoff w wywiadzie – pojawiły się w Przekroju, bo się nie pojawiły. Artykuł został wydrukowany w wiosennym numerze czasopisma Catwalk… w 2014 roku, ale poczucie klęski w sprawie trumniakowego śledztwa było dojmujące.

I teraz skaczemy dwa lata do przodu, do mokrego majowego poranka w Krakowie anno domini 2016, gdzie ma miejsce dzień drugi konferencji Krzyk mody. Zjawiska, przemiany i kierunki badawcze (KLIK). W pierwszej sekcji dwa świetne wystąpienia w zakresie „moda w PRL”, czyli prezentacje dwóch Magdalen: mgr Magdaleny Pasewicz-Rybackiej oraz Magdaleny Dudki. Obok mnie siedzi Joanna Regina Kowalska, jedna z kuratorek wystawy „Modna i już! Moda w PRL” (KLIK). Myślę sobie „ok, zapytam o te trumniaki, może one dotarły do tego rysunku, może się okaże, że coś pominęłam” – jakkolwiek ta ostatnia myśl była co najmniej bolesna. I pytam, czy może któraś z pań znalazła ten rysunek trumniaków w Przekroju, bo przeryłam te numery i nie znalazłam, więc może….

… co za ulga! Okazuje się, że Panie miały tę samą zagwozdkę: szukały, czytały i nie znalazły. I jak to wątpiące badaczki: uznały, że może jednak nie doszukały, może jednak gdzieś są (wcześniej niż w książce „Jak oni mają się ubierać”, bo ta publikacja też była im znana). I wspólnie ustaliłyśmy, że nie ma, że pomysł trumniaków pojawił się u Barbary Hoff, ale nie został opublikowany w Przekroju. Gdzie zatem się pojawiły, jeśli nie w Przekroju? Rzucam nam wszystkim to wyzwanie. Może ktoś z Was wie?

Przy tej okazji chciałam też zwrócić uwagę na fakt, że wspomnienia to jedno, a zachowane teksty to drugie. Jeśli tylko jest taka możliwość, warto (trzeba!) konfrontować wspomnienia z tekstami (zwracała na to uwagę Aleksandra Boćkowska podczas piątkowego spotkania „Jakim językiem pisać o modzie?”).

Udało nam się podczas konferencji uzgodnić wspólną wersję dotyczącą trumniaków i braku ich obecności w Przekroju, a tym samym ten wpis jest pierwszym tekstem, który dotyczy tego wątku. Dziękuję Magdzie Pasewicz-Rybackiej i Joannie Reginie Kowalskiej za wspólne zrzucenie z ramion tego poczucia niedoszukania informacji. Nasze niezależne badania nad poszukiwaniami trumniaków zaprowadziły nas do wspólnego wniosku. Cóż, wielkie umysły myślą podobnie 😉

Sprawa jednak nie zostaje zamknięta. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, gdzie został wydrukowany rysunek pani Hoff pokazujący jak przerobić tenisówki na baleriny jest proszony o kontakt. Dozgonna wdzięczność badawcza, jak i stosowne uhonorowanie Autorki bądź Autora tego znaleziska w publikacjach gwarantowana.

I dla takich chwil warto jeździć na konferencje.

Reblog: Język australijski?

Tekst ukazał się na zaprzyjaźnionym blogu “Rozmowy w altanie” ze dwa lata temu

Lech Milewski

Znak zapytania w tytule to rezultat obejrzenia tego filmiku – KLIK. Aktor zwraca uwagę na specyficzną cechę australijskiego akcentu – tendencję do podwyższania melodii zdania pod jego koniec. To może stwarzać wrażenie, że zdanie jest pytaniem(?) – może to być dowodem, że Australijczycy nie czują się zbyt pewni siebie? że unikają kategorycznych stwierdzeń? że oczekują od rozmówcy potwierdzenia? akceptacji?
Czasami może to wyglądac na makabreskę – na przykład taka relacja z wakacji – Suzie została zjedzona przez rekina? Czasem mogłoby to zmienić oblicze świata – na przykład gdyby Jezus był Australijczykiem, to pierwsze błogosławieństwo z Kazania na Górze mogłyby brzmieć: Błogosławieni ubodzy duchem????

Tak więc język australijski nie istnieje (*), ale na pewno istnieje australijska wymowa. Anglicy nazywają ją – Australian whine – czyli jęczenie, stękanie. Mają niestety rację. Australijczycy mają tendencję do mówienia szybko, pod nosem, bez otwierania ust. Popularnym wytłumaczeniem jest ciągłe niebezpieczeństwo połknięcia muchy. Stąd bierze się popularne określenie Australian salute – KLIK – ilustracja tutaj – KLIK. Zlinkowany filmik przedstawia sielankową scenę, piknik, odganianie much gałązkami. Rzeczywistość jest bardziej bezwzględna – odgania się dłonią. W dzienniku telewizyjnym oglądam liczne sceny nagrane w terenie gdzie rozmówcy odganiają muchy, czasem bezskutecznie, a czasem po prostu je połykają.

Najbardziej autorytatywnym demonstratorem australijskiej wymowy może być chyba nasz były premier Bob Hawke. Tutaj jego występ już na emeryturze – KLIK.

Wybrałem jeszcze dwie prezentacje języka australijskiego – pierwsza, to wprowadzenie do australijskiego slangu – KLIK – druga, to tłumaczenie z australijskiego na angielski – KLIK.

Łatwo zauważyć charakterystyczną cechę australijskiego slangu – skracanie słów. I tak: Australijczyk to Ozzie, mieszkaniec Tasmanii – Tassie, komar – mozzie, barbecue – barbie, uniwersytet – uni, zwolnienie chorobowe (sick day) – sickie, kruche ciastko (biscuit) – bikkie, motocyklista (bike rider) – bikie, ambulans – ambo, murarz (bricklayer) – brickie, taaa – dziękuję. Kompletny słownik podany jest tutaj – KLIK.

Na zakończenie zapraszam do wysłuchania nieoficjalnego hymnu Australii – piosenki Waltzing Matilda…

W tej piosence nie brak typowo australijskich określeń, poniżej ich tłumaczenie:- swagman – osobnik włóczący się od farmy do farmy w poszukiwaniu dorywczego zajęcia i jakiejś strawy. Dachu nad głowa mu nie potrzeba, bo swagman nosił na plecach swag czyli prosty brezentowy śpiwór. Na głowie nosił kapelusz z korkami odganiającymi muchy – patrz tutaj – KLIK. Oprócz śpiwora jego podstawowym wyposażeniem był wspomniany w piosence billy – metalowy garnek do zagotowania wody na ognisku.- billabong – jeziorko powstałe w martwej odnodze rzeki – słowo pochodzenia aborygeńskiego.- tucker bag – torba na jedzenie. Słownik tłumaczy tucker na żarcie. Aborygeni używali go jako generalne określenie żywności.- jumbuck – owca. Ponownie słowo o aborygeńskim rodowodzie – patrz tutaj – KLIK.- squatter – osadnik na królewszczyźnie (crown land). Początkowo słowo to miało pogardliwy charakter – osadnik bez prawa do ziemi. W Australii wszystko przekręciło się do góry nogami. Squatters gospodarowali na ogromnych połaciach lądu, dorobili się dużych majątków i stali się tutejszą arystokracją. Nic dziwnego, że w piosence squatterowi towarzyszą policjanci i biednemu swagmanowi nie pozostaje nic innego jak utopić się w jeziorku.(*) Pominąłem w tym wpisie sprawę języków aborygeńskich. Niestety wiem bardzo mało na ten temat. Zainteresowanych odsyłam do wikipedii – KLIK. Powyżej podałem dwa przypadki przeniknięcia aborygeńskich słów do australijskiej gwary. Kolejnym jest boomerang chociaż tu sprawa nie jest taka prosta – patrz tutaj – KLIK.

Nowa polszczyzna

Ewa Maria Slaska

Bezokolicznik czyli infinitivus

W polszczyźnie pojawiło się coś nowego. Ma zaledwie kilka miesięcy i dopiero raczkuje, ale tendencja jest czysta i wyraźna. Tak będziemy mówić i pisać już zaniedługo. Najpierw mnie ta nowa polszczyzna wkurzała. Wydawała mi się niechlujna, byle jaka i pospieszna. Tak jakby komuś nie chciało się pisać wszystkich wyrazów potrzebnych do wyrażenia jakiejś myśli i dokonywał wielkiego skrótu. Jakby wsypywał mi kilka wyrazów i dawał do zrozumienia, że mam sobie z nich sama ułożyć zdanie.

Czy ktoś byłby chętny wynająć?
Proszę się skontaktować, by być dodanym do grupy.
Myślę nadal pozostać w tej samej pracy…
W dużej grupie była mała grupka, która preferuje działać na własną rękę…
A ja myślę panią ugościć często…

Na pewno cechą tej nowej polszczyzny jest bezokolicznik, czasem nawet dwa w jednym zdaniu. Nie jestem lingwistką, ale odnoszę wrażenie, że bezokolicznik to forma gramatyczna czasownika w języku polskim używana właściwie tylko w zdaniach z czasownikami modalnymi. Ewa chce spać, nie chce mi się pisać, mogę cię odebrać z dworca, nie powinnam wychodzić z domu. Niekiedy takie zdanie ustawiało się nieco karkołomnie, jak w słynnym ale im się nie chce chcieć. To wszak ironia poetycka. Bo naprawdę to im się nie chciało, a Ewie tak naprawdę chciało się spać. Czasownik zagoniony przez sąsiednie wyrazy do postaci bezokolicznika, występował w postaci dokonanej. Nie było niczego, co by się wciąż jeszcze działo i pojawiało w bezokoliczniku. Nie mogło było być. Nie znałam więc formy chce mi się iść, ani chce mi się pójść – co oznaczałoby wszak formę dokonaną tyle że w przyszłości. Gdy jednak zaczęłam analizować ten nieszczęsny bezokolicznik w polszczyźnie, uświadomiłam sobie, że nie mam racji, bo pojawia się on też w zestawieniach z wyrazem lubię – nie lubię gotować, lubię spać. Potem przypomniało mi się niemieckie „brauchen”, zapożyczone przez polskich Żydów i tak pięknie uwiecznione przez Tuwima: potrzebował mieć kuzyna… W ogóle niemczyzna. Jest tu takie mam, które łączy się z formą bezokolicznikową, które u poznaniaków przyjęło postać mam leżeć w szafie. W polskim polskim a nie poznańskim polskim brzmiało by to po prostu mam w szafie, mam, jak Telimena, w biórku. A w ogóle to po prostu mam. Podobnie jak po polsku powiedziałabym raczej będę pracowała niż będę pracować. Nie wiem jakie są sztywne reguły lingwistyczne, ale wiem, że dla mnie polszczyzna to język z zasady bez imiesłowów, bez strony biernej, bez rzeczowników odsłownych i bez bezokolicznika. Oczywiście są wyjątki i te się teraz zaczęły mnożyć…

Bezokolicznik czyli wyraz bez okoliczności, bez zaszłości, bez kontekstu. Czysta forma czynności, wydestylowana ze stron i czasów, nie związana z osobą i jej rodzajem. To polska definicja. Ale po łacinie to jednak jest infinitivus czyli, co tu dużo gadać (ach – bezokolicznik!), infinitus – czynność, która się nie kończy i nie jest definitywnie (finalnie zatem) określona, ale na dodatek ma zazwyczaj sześć bezokoliczników.

Biję się z myślami. Bo co ja tu chciałam udowodnić? Że po polsku nie używamy bezokolicznika. I sama sobie udowodniłam, że używamy. A jednak te zdania, które znalazłam na Facebooku w ostatnim czasie są inne niż te, jakie ja bym zbudowała.

Czy ktoś mógłby nam niedrogo wynająć aparaturę nagłaśniającą, samochód i mieszkanie, polecić niedrogą nianię i sprzątaczkę, podać adres niedrogiej restauracji?
W sprawie zapisów do grupy prosimy o skontaktowanie się z administratorem.
Przypuszczam, że nadal pozostanę w tej samej pracy…
W dużej społeczności polonijnej pojawiła się grupka rozrabiaczy…
Chciałabym, żeby jak najczęściej była Pani moim gościem…

No tak, tak bym napisała. Czyli jak? Grzeczniej, pełnym zdaniem, uwzględniając wszystkie warstwy zawartego w danym sformułowaniu przekazu…

Bez sensu, ile czasu zmarnowanego na głupstwa, ile atłasu..

Jestem ciotką na atłasowej kanapie. Mam na głowie kapelusik przetykany fioletowymi wstążkami. Albo nie – siwe włosy starannie ułożone w loczki. Trzymam w ręku porcelanową filiżankę do herbaty. Wyjęli mnie z Downton Abbey.

To ja, Violet Crawley w zielonym czepku i zielonej sukni. Mam za złe.

Cóż, okazuje się, że nie jesteśmy tacy, jak myślimy. Myślałam, że jestem anarchistyczną post-hippiską, a tymczasem jestem po prostu staroświecka. I to bardzo. Ostatnio rozwiązałam jakiś test facebookowy, który określał wiek na podstawie przeczytanych i czytanych lektur. Dowiedziałam się, że moje lektury wskazują, iż mam lat 88!

A jednak przy całym krytycznym nastawieniu do tych okaleczonych i rachitycznych sformułowań, czuję, że kryje się za nimi coś ładnego, ba, prawidłowego. Nie wiem co, męczą mnie więc okropnie. Któregoś dnia wywołują obraz Kanału Raduni w Gdańsku.

Oczywiście znam to miejsce bardzo dobrze, bardzo je lubię. Ulica Na Piaskach, tu mieszkała moja koleżanka Zosia…

Mam! Wiem! Wiem, dlaczego, wiem, co, wiem, kiedy!

Łacina, oczywiście. ACI Ablativus Cum Infinitivo! Mama, która uwielbiała tę formę gramatyczną i z lubością odkrywała ją w angielskim i niemieckim. Mama, która wbijała mi to do głowy, jakby nic na świecie nie było ważne, tylko łacina, a z łaciny ta właśnie konstrukcja zdania. (I Horacy, ale to tak na marginesie). Mama, która nigdy nie poświęcała czasu moim lekcjom i zadaniom domowym, a jedynym wyjątkiem była łacina.

Accusativus cum infinitivo występuje jako dopełnienie czasowników tzw. deklaratywnych i jest odpowiednikiem polskiego zdania dopełnieniowego wprowadzonego przez że lub żeby. Po łacinie byłoby więc

  • Video puellam ire, dosł. widzę dziewczynkę iść, oznacza widzę, że dziewczynka idzie (albo raczej widzę dziewczynkę, że idzie).
  • Volo puellam ire, dosł. chcę dziewczynkę iść, oznacza chcę, żeby dziewczynka szła.

Mama nauczyła się łaciny na tajnych kompletach w gimnazjum, a potem liceum imienia Emilii Plater. Jej nauczycielką była Lidia Winniczuk, jedna z najsłynniejszych polskich łacinniczek, autorka książek o kulturze Greków i Rzymian.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Lidia_Winniczuk

Była emancypowaną kobietą. Urodziła się w roku 1904, zmarła w bardzo podeszłym wieku w roku 1993. Wychowałam się na jej Małym Słowniku Kultury Antycznej (wciąż jeszcze mam go mieć), a potem z zachwytem czytałam jej wydaną w ponurym i szarym roku 1983 książkę Ludzie, zwyczaje i obyczaje starożytnej Grecji i Rzymu.

Łacina do dziś budzi we mnie niezdefiniowane i niedefiniowalne tęsknoty za beztroskim czasem, kiedy jeszcze nic nie musiałam i po prostu byłam dobra, ale nie dobra, bo dobra, tylko dobra, bo wszystko umiałam. A już zwłaszcza historię, historię sztuki, literaturę i łacinę. Byłam oczywiście dobra dzięki Mamie, która mi różne rzeczy opowiadała, dawała mi książki o sztuce i kazała się uczyć łaciny. Jak ja tę łacinę wtedy znałam! Byłam dobra nie tylko dla siebie, bo nauczyłam tej łaciny też Zosię, która mieszkała w kamieniczce nad Kanałem Raduni.

I tak się zamykają koła i kręgi na wodzie Kanału Raduni. Bardzo lubiłam chodzić do Zosi i uczyć się z nią łaciny. Co ciekawe, Zosia wcale nie była moją najlepszą przyjaciółką, bo najlepszymi moim przyjaciółkami były Magda, Marzena i Baśka, ale Zosia tak pięknie mieszkała, że do dziś zatyka mnie z żalu i tęsknoty za tym miejscem…

Patrzę zdumiona na to, co właśnie napisałam: z żalu… Z jakiego żalu? Czego mi żal? Szczenięcych lat? Nie. Zosi? Też nie. Nawet nie wiem, jak się potoczyło jej życie. Domku?

Myślałam mieć taki domek?

Co jest męskie, co żeńskie czyli o Swietłanie raz jeszcze

hand_geschnizter_holzpapagei_1_lgwEwa Maria Slaska

Wojna, śmierć, piłka, papuga

Wiele lat temu znalazłam na ulicy papugę z drewna. Zaniosłam ją mojemu osobistemu narzeczonemu, temu, który w owym czasie pełnił tę funkcję w moim życiu, zgodnie z niemiecką definicją, określającą taką osobę jako Lebensabschnittsgefährte – towarzysz odcinka życia. Był to człek poważny i melancholijny a może nawet ponury, pomyślałam więc, że na pewno się ucieszy, jak dostanie taką świetną papugę, która mu wniesie w życie element żeński i kolorowy. I lekki, bo to musiało być egzotyczne drewno, bardzo lekkie, może nawet owa tajemnicza balsa, o której każdy z nas czytał w opowieści o Kon-Tiki i nawet nie do końca wierzył, że to prawda.

“Narzeczony” spojrzał na mój dar i powiedział, “O, Papagei! fajny facet”. Jak to?, zapytałam, przecież papuga to koleżanka. I tak to zaczęłam zbierać słowa, które po niemiecku są rodzaju męskiego, a po polsku są żeńskie. Pamiętam, że zdumiało mnie, że to wszystko, co jest zajęciem dla mężczyzn – der Krieg, der Kampf, der Tod, der Ball i der Fußball – po niemiecku jest zgodnie ze swym przeznaczeniem męskie, a po polsku czy szerzej – po słowiańsku – żeńskie: wojna, walka, śmierć, piłka i piłka nożna, zastępcza forma wojny na czas, gdy wojna toczy się gdzie indziej. Mało, że u nas słowa te są żeńskie, istnieją jeszcze ich żeńskie formy zdrobniałe, oswajające – wojenka, śmiercicha, piłeczka.  Po niemiecku formy zdrobniałe byłyby nijakie: Kriegchen,  Tödchen… ale i tak ich nie ma. Nikomu w Niemczech nie przyszłoby do głowy, żeby ukobiecać i oswajać wojnę, głód i śmierć. To straszni wojownicy z Apokalipsy, męscy rycerze zagłady, tacy jak u Dürera.

Dlatego też tytuł a i przesłanie najważniejszej książki tegorocznej laureatki nagrody Nobla w dziedzinie literatury, Swietłany Alaksandrauny Aleksijewicz, nie w pełni zostanie zrozumiane na Zachodzie i w Niemczech. Bo dla Niemców wojna nie ma w sobie nic kobiecego. W całym DACHu  (a przy okazji wiecie co to jest DACH? Kraje niemieckojęzyczne – Deutschland, Austria, (C)Helwecja) – wszyscy się zgodzą z autorką, nie wiedząc, że w krajach słowiańskich tytuł ten jest rewelacją. Reportaż Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, napisała Swietłana w 1985 roku. Są to wywiady z kobietami, które walczyły podczas II wojny światowej. “Dostałyśmy plecaki i uszyłyśmy z nich sobie spódnice”, mówią jej bohaterki. Książkę po polsku wydało w roku 2010 wydawnictwo Czarne, a wznowiło ją w roku 2015. Z rosyjskiego przełożył Jerzy Czech.

Jak pisze Wikipedia, autorka miała duże problemy z publikacją tego reportażu, który dwa lata czekał na druk. Ukazał się w ZSRR w 1985 roku i sprzedała się w dwóch milionach egzemplarzy. Była to jednak okrojona wersja, pełna ukazała się dopiero w 20 lat później, w roku 2004. W roku 2011 książka otrzymała Literacką Nagrodę Europy Środkowej Angelus oraz Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Na podstawie utworu stworzono cykl filmów dokumentalnych, a w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie zrealizowano także adaptację teatralną w reżyserii Krzysztofa Popiołka.

– Wojna nie ma ludzkiej twarzy – mówi Swietłana Aleksijewiczw wywiadzie dla Gazety Wyborczej po przyznaniu jej Nagrody imienia Kapuścińskiego. – Ale ja patrzę na wojnę oczami kobiet. Daję im prawo głosu, aby opowiedziały o swojej kobiecej wojnie, a nie o męskiej. Kobieta pamięta co innego, inaczej pamięta. Pamięta kolor, zapach, ma dużo uczuć, których nie mają mężczyźni.

Serendipity i kairos…

Ewa Maria Slaska

Dziś Dziady
jutro Wszystkich Świętych
pojutrze Zaduszki

27 października umarła nasza koleżanka Anette Schill

Für Anette anette

Serendipity. Wydaje mi się, że nigdy przedtem nie słyszałam tego wyrazu! A to już coś, co potwierdzą ci, którzy mnie znają i którzy wiedzą, że lubię słowa i lubię znać ich pochodzenie. Marta użyła tego słowa pisząc do mnie maila o antykwariatach w Londynie.
Serendipity – angielski termin stosowany na oznaczenie sytuacji, w której przypadkowo dokonuje się szczęśliwego odkrycia, zwłaszcza wtedy, gdy szuka się czegoś zupełnie innego; szczęśliwy dar dokonywania przypadkowych odkryć.
Słowo pochodzi od dawnej arabskiej nazwy Sri Lanki – Serendip. Zostało użyte po raz pierwszy 28 stycznia 1754 roku przez hrabiego Horacego Walpole’a w liście do przyjaciela Horacego Manna. Po przeczytaniu starej perskiej bajki (The Three Princes of Serendip) hrabia Walpole postanowił, by jej wątek przewodni – przypadki prowadzące do szczęścia nieposzukiwanego – nazwać właśnie serendipity.(Zaczerpnięte z Wikipedii)

To już drugie słowo, które dostałam od Marty, a oba są podobne i dotyczą szczęścia oraz przypadku. Pierwsze brzmiało kairos. Samo słowo Kairos znałam, tak nazywał się pies przyjaciół, a myślałam, że jego imię pochodzi od miasta. Tymczasem od Marty dowiedziałam się, że jest to imię najmłodszego syna Zeusa, boga szczęśliwego zbiegu okoliczności, bożka szczęśliwego trafu. Szerzej: kairos to właściwy, dogodny moment.

Kairos z Sykionu, marmurowa rzeźba Lizypa.
Muzeum antyku w Turynie. Open source.
Zauważmy zwiniętą w lok grzywkę. Tylko za ten lok można uchwycić szczęście.

Wszyscy to wiemy – rzeczywiście tak czasem bywa, że wszystko pięknie ze sobą synchronizuje. Dzwoni teściowa i opowiada o moim przyjacielu, Krzysiu, który sto lat temu wyemigrował do Kanady. Tego samego dnia, kilka godzin później, spotykam jego siostrę na ulicy. Mieszkamy w innych miastach, nigdy się nie widujemy, lubię ją jednak bardzo, myślę więc, że to kairos. Wracam do domu, gdzie czeka paczuszka od kolegi wydawcy z Gdańska: Cezary Wodziński Kairos. Wydawałoby się, że jest to ukoronowanie szczęśliwych zbieżności, jakie się przydarzyły tego dnia. Ale nie. Jest wręcz przeciwnie… Marta nie wiedziała, albo nie chciała wiedzieć, że Kairos jest w równym stopniu bożkiem szczęśliwego trafu, co straconej szansy i przemijającej sposobności. Kairosowi zawsze się spieszy, może trzeba wręcz powiedzieć – Kairos zawsze ucieka. Dlatego ma skrzydełka u stóp jak jego przyrodni brat – Hermes. Biegnie po kuli i nigdy się nie zatrzyma, bo jakby się zatrzymał, to by spadł.

Kairos Wodzińskiego to nie jest rozprawa o greckim chłopcu z bardzo dobrej rodziny (bo jak się jest synem boga, to jest się chyba chłopcem z dobrej rodziny?), lecz rozważania o języku niemieckim i o niemieckiej ojczyźnie. Na okładce jest imię bożka, ale jego samego nie ma, jest tylko kamienna kula, po której biegnie. Kula z kamienia, która może też być kulą armatnią. Może zabić.

Pretekstem opowieści jest słynne spotkanie Paula Celana z Martinem Heideggerem. 25 lipca 1967 roku poeta przybył odwiedzić filozofa w jego samotni na górze wśród bagien w Szwarcwaldzie.  W książce poeta i myśliciel nie rozmawiają ze sobą. Bo o czym ma rozmawiać poeta, ofiara nazizmu z funkcjonariuszem reżimu? Ale jednak tu przybył, czegoś się po tym spotkaniu spodziewał. Czego? Zapewne przyznania się do współwiny w Wielkiej Winie Niemiec. Ale Filozof milczy. Poeta też milczy. Milczą więc. Obaj usiłowali dochować wierności przesłaniu Hölderlina, pisze Wodziński, który zapowiadał, że o ile jesteśmy rozmową, o tyle jesteśmy także – w tym samym okamgnieniu – milczeniem.

Kairos przynosi szczęście tylko temu, kto na to zasłużył. Dlatego ma w ręku wagę, podobnie jak Temida. I jest surowy, stąd brzytwa w dłoni. Poeta i filozof nie zasłużyli na szczęście jakim jest rozmowa z drugim człowiekiem, nie uchwycili właściwego momentu, musieli milczeć, bo nie mogli rozmawiać. Jak mówi Eklezjasta, jest czas milczenia i czas mówienia. Jeden z recenzentów napisał, że nie mogli rozmawiać, bo prześladowca nie porozumie się z prześladowanym. Poezja milczy, twierdzi krytyk, bo nie można już pisać wierszy po Auschwitz.

Ale to nieprawda. Nasłynniejszy wiersz Celana i jeden z najważniejszych wierszy
europejskich XX wieku to Fuga śmierci. Wiersz o Auschwitz, napisany po Auschwitz.

W Todtnaubergu, co angielski tłumacz wykłada jako Górę Śmierci, Paul Celan zostawił wpis i wiersz w książce gości. Pisze o dziwnych ziołach, o drodze po bagnach wykładanej okrąglakami i o pompie przy chałupie Heideggera, ozdobionej symbolem gwiazdy z poobcinanymi szpicami, co jemu kojarzy się, musi się kojarzyć, z symboliczną swastyką.

celanwierszTłumaczenie na angielski Robert R. Sullivan

Dziś Dziady, wypominki, czas przywoływania duchów, żeby nam nie zrobiły krzywdy, albo, może, żebyśmy my, żywi, im pomogli. Niech to będzie dla nas wszystkich dzień szczęśliwego spotkania z Naszymi Bliskimi, którzy odeszli wcześniej niż my. Jeśli mieliśmy do nich urazy, wybaczmy im, a może Kairos przebiegający obok skrzydlatą stopą muśnie nasz Los i podaruje nam szczęśliwy moment, którego nie szukaliśmy. Serendipity.

Co jest czym czego?

Tydzień temu był to wpis jednodniowy w rubryce Heute / Dziś / Today. Okazało się jednak, że komentarze przeniosły ten wpis z kategorii zagadka i ciekawostka, do kategorii nasz współczesny świat i jego kondycja. Dlatego przenoszę go tu jako wpis stały i trwały, a przy okazji zapraszam. Przysyłajcie swoje obserwacje i przemyślenia, będę je tu dopisywać.

Ewa Maria Slaska

Zadam Wam zagadkę. Oto maleńki fragment wywiadu, jaki Agnieszka Jucewicz przeprowadziła z Danielem Jonesem, który od 10 lat w New York Times redaguje rubrykę “Modern Love”. Publikuje w niej eseje różnych ludzi o miłości. Wywiad ukazał się w ostatnim numerze Wysokich obcasów z 19 kwietnia 2014. Na trzeciej stronie wywiadu, na samym dole trzeciej szpalty znalazły się takie oto zdania:

Takie opowiadanie dostałem kilka lat temu z okazji Dnia Matki. Napisała go kobieta, która…

Co w tych dwóch zdaniach jest błędne? Czy wiecie, że ten błąd jest symptomem dziejącej się na naszych oczach zmiany językowej? Jakiej?

Osobie, która odpowie – obiecałam nagrodę!

Katarzyna Krenz

Kto kogo napisał? Kobieta napisała opowiadanie – napisała je, a nie go. Bo to biernik: kogo obdarzyła? co napisała? Szyk pierwszego zdania też, powiedzmy, taki sobie. Ale kto go tam wie! Jeśli GW ma takich tłumaczy, to może nie warto (jej) kupować….

Ewa Maria Slaska

O tak! Dziękuję mojej siostrze! Dostanie ogórki małosolne domowej roboty (mojej) oraz sałatkę ziemniaczaną! To biernik liczby pojedynczej rodzaju nijakiego. Cały polski świat przestał już – poza mianownikiem – odróżniać rodzaj nijaki od męskiego. Zrobiłam zdjęcie, przyślę ci go. To teraz już powszechna składnia potoczna, ale żeby GW!

Tomasz Fetzki

Myślę, iż nie zawiodłem oczekiwań – na zagadkę z blogu znałem odpowiedź, zły zaimek zidentyfikowałem (choć wiązałem go raczej z rzeczownikami osobowymi – bezosobowymi, niż z rodzajem nijakim), tyle, że gdy dotarłem do maila, było już dawno po konkursie i ogórki przepadły. Na marginesie: podejrzewając w pytaniu konkursowym podstęp, “wyczaiłem”, iż forma “z okazji Dnia Matki” zastosowana wobec mężczyzny jest nieco komiczna. Może zręczniej byłoby “przy okazji”? Ale to pewnie jedynie przeczulenie.

Ewa Maria Slaska

No tak, pierwsze zdanie też lekko pokraczne, zgadzam się z przedmówcami.

Dorota Cygan

Mhm, pamiętam, że kiedyś polski był ważnym przedmiotem na maturze. I znam jednego bardzo zdolnego elektronika, który przez ten fakt poszedł na studia rok później. Nie było “zmiłuj się”. Teraz jednak jest tak, jak w Niemczech, gdzie niemiecki to jeden z mniej ważnych przedmiotów. Kiedy mnie uczniowie pytają, czemu Niemcy robią błędy, odpowiadam im, że ich kompetencje językowe to już nie zasługa szkoły, tylko środowiska, w którym pracują, czyli mówią żargonem firmowym lub socjolektem, o ile nie wychodzą poza jedno wąskie środowisko. Myślę, że niedługo przestanie to być wstydliwe, z nieumiejętności zrobi się cnotę – i będzie chodzić tylko o tyle procent przekazu, ile jest potrzebne do zrozumienia komunikatu. Zadecydują o tym same elity, bo będą musiały usankcjonować własne nieuctwo. Nie mamy szansy, koleżanki, purystom językowym przypnie się łatkę niemodnych nudziarzy.
A tak dla rozweselenia mam jeden świeży przykład: ktoś całkiem niedawno powiedział, że poprawna jest forma “Kremel”, bo się mówi “Kremla”, i że to “e” zgodnie z normą języka polskiego po prostu wypada. Wypada, wypada … widocznie już takie rzeczy mówić, zgodnie z normą języka polskiego, po prostu wypada.

Ewa Maria Slaska

Pamiętam, że redaktorka z wydawnictwa zażądała od mojej siostry, żeby odmieniała rosyjskie nazwiska w jakiś tak pokraczny sposób, że nawet nie umiem go sobie przypomnieć. W każdym razie zasugerowałam mojej zdesperowanej siostrze, żeby odpowiedziała jasno i klarownie: jeśli ukaże się wydanie Anny Kareniny z taką odmianą, to trudno, proszę bardzo, ale póki co, będziemy jednak odmieniać te nazwiska i nazwy tak jak nam to dyktuje intuicja językowa. Póki co, nam trzem, a i paru innym osobom też, intuicja wciąż jeszcze dyktuje prawidłowo.

Klemperer

Ten wpis był częścią wpisu wczorajszego, dlatego kilka zdań się w nim powtórzy. Z tekstu o języku wyjęłam część poświęconą Klempererowi, bo wydało mi się, że zasługuje na osobnego posta, zwłaszcza, że wpominała też o nim Dorota w uzupełnieniu do wpisu o “Gleis 17”.

Ewa Maria Slaska

Przed 50 laty, tuż po wojnie, wydano w NRD książkę niemieckiego romanisty z żydowskiej rodziny – Victora Klemperera. To autor, który w 40 lat po śmierci (zmarł w roku 1960) nagle stał się sławny, a jego sława sięgnęła i Polski, bo Gorzów Wielkopolski przypomniał sobie – czy na fali popularności w Niemczech? – że Klemperer, jak Christa Wolf,  urodził się w roku 1881 w Landsbergu an der Warthe. Christa Wolf w swej powieści „Wzorce dzieciństwa“ używa tylko pierwszych liter, pisze o L. i o G. Wspominam L., ale jadę do G.

Litery.

Pierwsza książka, którą Klemperer przed laty wszedł na trwałe do współczesnej kultury niemieckiej została wydana w NRD i nazywała się „LTI“, co oznaczało Lingua Tertii Imperii – Język Trzeciej Rzeszy. Była to niezwykła książka. Napisana przez człowieka, któremu fachowe wykształcenie lingwisty pozwalało oceniać obiektywnie procesy zachodzące w języku używanym w Niemczech w latach 1933-1945, ale jednocześnie książka bardzo osobista, na którą składają się własne doświadczenia, przeżycia i przemyślenia autora.

Klemperer jest jednym z niewielu niemieckich Żydów, którzy – mimo iż się nie ukrywali – uniknęli wywiezienia do obozu i śmierci, co jednak nie znaczy, że uniknął prześladowań i zagrożeń. Status Żyda na specjalnych prawach zawdzięczał Klemperer swojej aryjskiej żonie. Nota bene, wszyscy współmałżonkowie żydowskich kobiet i mężczyzn mieli prawo chronić swych bliskich, swoich mężów, żony i dzieci. Niestety wielu z nich nie wytrzymało nacisku. Nie trzeba było nawet rozwodu czy zrzeczenia się praw ojcowskich. Wystarczyło zgłosić władzom, że człowiek nie poczuwa się do odpowiedzialności za męża, żonę czy dzieci. Zdarzało się to często, choć nie nagminnie. Trwanie przy żydowskiej rodzinie wiązało się z szykanami ze strony władz i otoczenia, oznaczało też życie w nędzy – żydowscy członkowie rodzin otrzymywali zmniejszone racje wyżywienia lub nie otrzymywali ich wcale. Tym niemniej niemal do końca wojny można było chronić swego współmałżonka i dopiero w roku 1944 zaczęto takie osoby aresztować i wywozić lub skazywać na śmierć. Klempererowie przeżyli również i ten czas, bo korzystając z chaosu, w jakim znajdowały się już wówczas Niemcy, sfałszowali nazwisko w dokumentach – z niearyjskiego Klemperera przez dodanie kropki i kreseczki uzyskali „czysto niemieckiego“ Kleinpetera – i uciekli z Saksonii do Bawarii. Większość przepisów antyżydowskich wprowadzanych systematycznie od roku 1933 rozciągała się automatycznie na całą taką „mieszaną“ rodzinę, również na jej aryjskich członków. Pozbawienie majątku, zakaz pracy naukowej, zakaz kupowania, posiadania i czytania książek, zakaz korzystania z instytucji publicznych, takich jak kino, biblioteka, plac zabaw dla dzieci, a nawet park, w którym nie wolno było spacerować czy siadać na ławkach. Oczywiście twórców obejmował też zakaz publikacji, a niekiedy – jak w przypadku Klemperera – również pisania. Było to kontrolowane często i surowo. Zapisywanie notatek, które potem złożyły się na „LTI“ było zagrożone więzieniem. Wszystkich też obowiązywał przymus pracy, ciężkiej fizycznej pracy. Klemperer, starszy pan, naukowiec, przed wojną ceniony profesor uniwersytecki, pracował jako tragarz i robotnik fizyczny. Często pojawia się w jego książce uwaga – sprawdzić po wojnie, wymagana kwerenda biblioteczna itp.

„LTI“ to fascynująca książka. Najdrobniejsze fragmenty słowa pisanego i mówionego, z którymi mógł mieć jeszcze kontakt wyzuty z praw człowiek, pisma urzędowe, zdania wypowiadane przez robotników w fabryce, strzępy gazet, w które zapakowano śledzie, dobiegające przez otwarte okno urywki przemówień radiowych, wszystko staje się materiałem, który analityczny umysł językoznawcy zamienia w cenny surowiec pracy naukowej. „LTI“ to nie tylko, jakby się można było spodziewać, zapis aktualnego stanu języka, to zarazem analiza uwarunkowań, tradycji, również literackich, zachodzących przemian, a jednocześnie opis stanu ducha społeczeństwa, poddania terrorowi, bezmyślności i słabości, reaktywnych zachowań, mimikry, a przecież i systemów obronnych.

I jakże często pojawia się błaha z pozoru obserwacja: oto osoba ze wszech miar godna zaufania, uczciwa i niby świadoma zachodzących zdarzeń zaczyna automatycznie używać słów, sformułowań i argumentów władzy. Nie musi, ba, nawet nie chce, a przecież ten nowy język jest silniejszy od niej. Jest jak rak lub zaraza. Rządzi, rości sobie – jak filozofia – prawo do objęcia swym zasięgiem wszelkich zjawisk rzeczywistości, a wreszcie tę rzeczywistość pożera. Można by rzec, że ten kto podlega stałemu naciskowi rzeczywistości, nie może się od niej uwolnić i że nieuchronnie skazani jesteśmy na to, by atakował nas rak języka totalitarnej władzy. A przecież Klemperer wie i podkreśla, że może być inaczej. Może czyli naprawdę musi. Po prostu trzeba uważać.

Język

Ewa Maria Slaska

Tekst ten napisałam 10 lat temu, w lutym 2002 roku. Nie mam pojęcia po co, pewnie po nic. Ale jak go wczoraj przeczytałam, szukając kolejnego pomysłu na wpis do blogu, to pomyślałam, że mam jednak bardzo stałe poglądy. Niezmiennie uważam, że psujemy język (nie rozwijamy! psujemy), nic nie wiemy i bezkarnie się do tego możemy przyznać.

Zdziwiłam się natomiast, że sformułowałam tu prognozy polityczne i gospodarcze, które okazały się trafne. Jakim cudem udało mi się napisać takie zdania: „Żyjemy w miejscu i czasie, w którym państwo staje się kapitalistyczną maszyną do produkcji pieniędzy, a władza niepostrzeżenie przechodzi w ręce przedstawicieli kapitału. Następuje demontaż osiągnięć socjalnych i nowy podział kapitału, a przecież nic się nie dzieje, społeczeństwo milczy i przyjmuje nowe warunki bez mrugnięcia okiem. Poddaje się, nawet wtedy, gdy myśli, że protestuje.”

Ewa Maria Slaska

O bezsensie wszelkich dobrych poczynań ludzkich

Zaczęło się niewinnie. Ba. Zaczęło się dobrze i w dobrych intencjach. A niestety nie ma nic gorszego, niż „chcieć dobrze“.
Była kiedyś taka teza, że wszystko, co zrobi „komuna“, nawet jeżeli ma na celu naprawdę tylko i wyłącznie dobro obywatela, obróci się prędzej czy później przeciw temuż obywatelowi. Teza ta, wspierana poczuciem, że gdzie indziej, czyli na Zachodzie, jest jednak inaczej, niosła nam pociechę w ciężkich chwilach. Teraz, gdy od wielu lat żyję w Niemczech, wiem, że gdzie indziej jest wprawdzie inaczej, ale wcale nie znaczy to, że różne wady i bezsensy ludzkiej egzystencji są symptomatycznie przywiązane tylko do „komuny“. Bezsens podejmowania jakichkolwiek działań w dobrej intencji jest nieodłączną cechą ludzką. Starożytność znała pewne znamienne przekleństwo, które było zarazem ostrzeżeniem: nie ma nic gorszego niż spełnienie się marzeń. A Tao głosi: biada, jeśli chciałeś uczynić dobro, bo zawsze okaże się, że sprawiłeś zło.

Od dłuższego czasu zastanawia mnie, co dzieje się z językiem rządzącym naszym Teraz. Do Gdańska przyjeżdża cyrk i rozbija namioty na ulicy Jana Pawła II. W drobnych ogłoszeniach warszawskich anons, że na ulicy Poezji odbędzie się aukcja rur i złączek. Na odległej greckiej wyspie Santorini, w klasztorze dominikanek, polski plakat „missio”: Papieskie Dzieła Misyjne, Skwer Kardynała Wyszyńskiego 9, Warszawa. Tyle świętości na raz, papież, kardynał i chlubne dzieło misyjnych zadań Kościoła katolickiego wydały wspólnie takiego oto potworka językowego: Duch Święty czyni misyjnym cały kościół. Układam to zdanie z lewa na prawo, przestawiam mu szyk, tłumaczę z powrotem na angielski, niemiecki i włoski. Nic nie wychodzi, zawsze coś nie pasuje. Skąd ten szyk, ta obca polszczyźnie strona bierna, to nieadekwatne użycie przymiotnika i jeszcze kościół z małej litery? Więc co ten Duch zrobił – umisyjnił na siłę jakiś budynek? Papieskie Dzieła Misyjne. Nie mogę się oderwać od ducha tej nazwy – ma w niej być wzniosłe powołanie, a objawił się tępy gryzipiórek, kościelny tekściarz reklamowy, jak neo-menadżer wykrzykujący odlotową nowomowę w komórkę komórki. Jak chcesz wypić twoją herbatę…? Moje pieniądze na mój samochód… Ten szampon wybieram dla moich włosów… Ja myślę o mojej przyszłości… Cudowny smak jogurtu czyni misyjnym cały kościół…
Zbawmy się, abyśmy nie zostali zbawieni.

W języku reklamy od lat wyraz oszczędzać oznacza, że masz wejść do sklepu i kupić. W audycji kulturalnej krytyk literacki mówi o książkach wypełniających luki na rynku i ocenia strategie pisarskie autora. Ludzie karmiący ptaki w rezerwacie wypełniają zadania i realizują projekt karmienia ptaków. Nowootwarty kościół Świętego Krzyża w Monachium zostaje przez władze kościelne określony jako „ferrari wśród kościołów“.

Język dopasowuje się do swego czasu, ulega globalizacji, którą trzeba pewnie określić jako prymitywną i unifikującą komercjalizację. Oczywiście, nowe sytuacje wymagają nowych instrumentów, dzięki którym wchodzą jednak w użycie nie tylko nowe myśli, ale i nowe słowa, nowa budowa zdań. Tym niemniej kultura nie jest sytuacją nową, a pisarz gdy pisze, niezależnie od tego czy używa piór łabędzich czy komputera, wciąż tak samo przekazuje myśli, doznania i uczucia. Stąd zapewne mówiąc o rynku książki należy używać określeń nowej ery, ale jednak pisząc o pisarzu, zmagającym się z tematem, pozostawać przy terminach dotyczących nauki o literaturze, psychologii czy stylistyki. Czyli ogólnie kultury. I wartości.

Słucham radia, czytam gazety i widzę, jak ludzie odpowiedzialni za myśli społeczeństwa o kulturze przestają zważać na to, co się dzieje z ich językiem, a zatem i z ich myślami. Wciąż jeszcze są to zapewne osoby o tzw. dobrych intencjach, a przecież zostały zarażone i wcale o tym nie wiedzą. Komercja ich kupiła i to za darmo. Bez przymusu i terroru,  tak łatwo zmienia się świat, a wraz z nim nasz język. A może jest nawet odwrotnie – przez fakt, że nie uważamy i nie pilnujemy, że pozwalamy na językowe potwory, dopuszczamy też zmiany świata. Żyjemy w miejscu i czasie, w którym państwo staje się kapitalistyczną maszyną do produkcji pieniędzy, a władza niepostrzeżenie przechodzi w ręce przedstawicieli kapitału. Następuje demontaż osiągnięć socjalnych i nowy podział kapitału, a przecież nic się nie dzieje, społeczeństwo milczy i przyjmuje nowe warunki bez mrugnięcia okiem. Poddaje się, nawet wtedy, gdy myśli, że protestuje. Tak naprawdę poddaje się wtedy, gdy po raz pierwszy swobodnie i bez przymusu sięga po stylistykę, terminologię i argumentację systemu.

To już daleko idące rozważania. To o czym opowiem teraz jest znacznie prostsze. Proste, a nawet być może śmieszne. Chcę bowiem zająć się jednym tylko aspektem zmian językowych, które dokonują się na naszych oczach, i do których my sami, tłumacze pracujący na styku kultur przyłożyliśmy ręki. W jak najlepszej intencji zresztą. Przypominam: nie daj Bóg chcieć zrobić coś dobrego, na pewno wyniknie z tego samo paskudztwo.

Zaczęło się niewinnie, a dobrze. Od tęsknoty kulturalnego czytelnika za słowem oryginału. Powoli, zaczynając bodaj od języka rosyjskiego i francuskiego, wydawnictwa „pe-er-elowskie“ zaczęły wydawać książki dwujęzyczne. Do dziś pamiętam zachwyt, gdy wzięłam do ręki Villona po polsku i po francusku. Potem był na pewno „Hamlet“ i zaraz potem „enerdowskie“ wydanie „Fausta“. Już na Zachodzie, ale jeszcze za czasów „komuny“ dostałam w prezencie dwujęzyczne wydanie wierszy Osipa Mandelsztama. Do przyjemności czytania w dwóch językach dołączyło zbożne zdziwienie i rodzaj ponadkomunistycznej, ogólnopatriotycznej dumy, że Polska może sobie pozwolić na dwujęzyczne wydanie Mandelsztama, że w ogóle może sobie pozwolić na wydanie Mandelsztama w czasie, gdy w Rosji mowy o tym być nie może.

Wydanie dwujęzyczne dawało nie tylko przyjemność obcowania z językiem oryginału i wgląd w metody pracy tłumacza, nie tylko było spotkaniem czytelnika z dwoma (lub więcej) osobowościami twórczo zmagającymi się z językiem, było czymś znacznie więcej – powiewem wolności, swobody intelektualnej i swoistym luksusem.

Po roku 1989 zmiany polityczne stworzyły świat, który teoretycznie jest rajem dla tłumaczy. Każdy, kto kupuje i sprzedaje, ze świata w Polsce i z Polski na świat, potrzebuje innego języka, a więc tłumacza. Ludzie jeżdżą po świecie, służbowo i prywatnie, uczą się, załatwiają stypendia. Wraz z otwieraniem się polityki i gospodarki na świat w ogóle wzrosło zapotrzebowanie na wszelkie publikacje przybliżające obce języki i inne kultury. Na tym podłożu nastąpił gwałtowny wzrost ilości wydań dwujęzycznych. I to też wiązało się z ogólną sytuacją rynkową – swobodą publikowania książek w dowolnym języku, w dowolnym nakładzie. Pragmatycznie wzrastał też popyt na dwujęzyczne książki literackie, traktowane w biznesie jako znakomity prezent dla cudzoziemskiego partnera, a w kraju jako interesujący sposób pogłębiania znajomości obcego języka.

Ale po roku 1989 zmiany polityczne stworzyły świat, który jest piekłem dla tłumaczy z powołania i pasji. Wolny rynek, opierając się na kilku prostych zasadach, efektywności, ekonomiczności, szybkości, tworząc raj dla tłumaczy, zrezygnował z tłumaczy na rzecz ludzi jako tako znających oba języki (albo co gorsza oddał je w ręce maszyn i robotów – przyp. styczeń 2013). W przyspieszonym tempie produkują oni najprostsze i najdziwaczniejsze przekłady, bez dbałości o jakiekolwiek zasady kultury językowej. Każdy krok na ulicy jest dla tłumacza z krwi i kości prawdziwą udręką. Każda tablica reklamowa rani oko, każdy slogan radiowy – ucho.

Producenci potworków językowych, położywszy łapska na rynku reklamy w sposób automatyczny opanowali kolejne dziedziny słowa tłumaczonego – książki i prasę dla tłumu, wszelkie harlekiny, brawa, dziewczęta, girls, style, dla ciebie, dla mnie, dla niego, życie kobiety, prawdziwe historie, skandale… Poradniki jak jeść, jak spać, jak trwać, teorie gotowania, prasowania, nurkowania, rozważania o diecie, Tybecie i kobiecie… A potem wzięli się za literaturę.

Po części wydawanie literackich bełkotów dwujęzycznych jest podyktowane przepisami różnorakich fundacji zachodnich, w tym głównie niemieckich, przyznających pieniądze na rozmaite projekty, w tym wydanie dwujęzycznych książek literackich. Moje doświadczenia, którymi w tym miejscu chcę się podzielić, dotyczą tej właśnie działalności na rynku kontaktów polsko-niemieckich. Od sześciu lat wydaję dwujęzyczny almanach literacki „WIR“. W ciągu tych sześciu lat spotkałam dziesiątki tłumaczy i tych, którzy myślą, że są tłumaczami i przeczytałam setki, a może tysiące różnorakich tłumaczeń. I…

Ale może zacznijmy od kilku przykładów. We wszystkich pominę autorów tłumaczeń, bo nie chodzi mi o piętnowanie osób, lecz o skalę zjawiska. Przykłady pozwolę sobie podzielić na grupy.

Nieznajomość języka własnego

Łoś chodzący po lesie zmienia się po niemiecku w łososia (Lachs zamiast Elch) i tłumacz nie zastanawia się nad tym, że łososie nie chodzą po lesie, silne i wyprostowane
„Rotdorn vor der Kirche“, krzak czerwonego głogu przed kościołem staje się „czerwonym rożkiem na kościele“, a właściciel galerii – „galernikiem“ (w roku 2018 – to oczywiście przypis – takie słowa są już na porządku dziennym; i tak narciarz uprawiający jazdę kombinowaną to… kombinator!)

Nieznajomość języka nabytego

„Putti auf der Gartenmauer“ to w tłumaczeniu „indyki chodzące po murze ogrodowym“, choć putti to putta, małe aniołki, wyraz znany i po polsku
„Lache“ przetłumaczone jako śmiech, choć „Lache“ to kałuża, a „lachen“ – śmiać się
„Tonne“ przetłumaczone jako tona, a powinno być beczka
Gdy poeta pisze „Pozorna wolność toczy się wyzwaniem“ tłumacz pozwala sobie na zamianę wyzwania („Herausforderung“) na zapowiedź! – „Durchsage“
I wreszcie mój ukochany przykład „Jade“- jadeit,  przetłumaczony jako jad

Nieznajomość kontekstu kulturalnego

„Ich bin so subjektiv. Familie Schall, Familie Rauch gehen mir nicht aus dem Sinn“ pisze poeta, odwołując się do słynnego cytatu z „Fausta“: Was ist der Name, nur Schall und Rauch. Czyli imię jest bez znaczenia. A co robi tłumacz? Pisze: „Państwo Schall i państwo Rauch“, a w przypisie dodaje, że słowa te znaczą dźwięk i dym.

Dosłowność tłumaczeń, zwłaszcza niemieckich wyrazów złożonych z kilku elementów

„Ferngespräch“ czyli rozmowa przez telefon to w tłumaczeniu „mowa daleka“
„Jungfernhaut“ – błona dziewicza to „daleka skóra mojej młodości“
Szczyt zaś to śniadanie – „Frühstück“, przetłumaczone jako „wczesna sztuczka“

Nadużywanie obcych polszczyźnie form gramatycznych, w tym przede wszystkim charakterystycznej dla języków germańskich strony biernej

„Ja byłem postrzegany“, choć ewidentnie po polsku sformułowanie to powinno brzmieć – postrzegano mnie, a jeszcze poprawniej: moje otoczenie postrzegało mnie
„Biuro nie było wynajmowane“

Przesuwanie znaczeń wyrazów

Niemiecki wyraz „Farbe“, który oznacza i kolor, i farbę, jest już nagminnie używany w tłumaczeniach na polski na określenie koloru. „Jaką farbę lubisz?“ pyta tłumacz i choć chodzi o kolor, naprawdę mam ochotę odpowiedzieć „olejną“

Przejmowanie błędnych znaczeń

Tak jak Polacy z uporem maniaka twierdzą, że hetera to złośliwy babsztyl, choć jest to jako żywo ladacznica, tak i Niemcy stosują w języku potocznym różne słowa w błędnym znaczeniu – klasyczny przykład to „Säulenheiliger“ czyli święty słupnik, na przykład Szymon, wyraz używany obecnie w znaczeniu „symbolicznej wielkości”, a zatem świętego za zasługi wyniesionego na piedestał

Dosłowne tłumaczenie idiomów

„Auf Eis legen“ czyli zrezygnować zostaje przetłumaczone jako „położyć coś na lodzie“
„W kuchni panuje bezustannie gęste powietrze“ pisze tłumacz, czyli, jakby kto nie wiedział, „napięta atmosfera“

Nadużywanie zaimków osobowych, niezbędnych w zdaniach niemieckich

„Wyspecjalizowali się oni w“… choć w zupełności wystarczyłoby: wyspecjalizowali się
„pokazują mi oni gołe, białe ściany“
„ja schodzę z góry, na której ty siedzisz“

Terror zaimków własnościowych
„Chory król. Jego głowa nosi koronę…“
„Rodzice ciągną za sobą swoje potomstwo i śnią o tym, że do ich latorośli zbliża się kariera…“
czyli jak w dawnych żartach o Polonii amerykańskiej – „moje ręce w mojej kieszeni“ i „czy mogę teraz dostać moją herbatkę“

Nieprawidłowe ustawianie przymiotnika w stosunku do rzeczownika
„Niemiecko-polska antologia“ zamiast ewidentnie wymaganej antologii polsko-niemieckiej
„Polsko-sakońska antologia poetycka“ – tu jeszcze dodatkowo przymiotnik został użyty w złej formie, bo powinno być „antologia polsko-saska“

I wreszcie ogólne niechlujstwo językowe
„Ten fascynujący opis przyciąga wystarczająco chętnych obejrzenia, że owi galernicy mogą przynajmniej opłacić czynsz. Ponadto nie będzie już o tym nic więcej, przynajmniej dają mi przy sposobności swoje graty z drugiej ręki, co też daje do myślenia. Najpierw muszę przyszykować ten opis otoczenia mojej dzisiejszej pracy, aby uwyraźnić, jak złożone mogą być kaprysy lokatorów.“

W tłumaczeniach wierszy dołączy jeszcze kolejny grzech – tłumaczenie wierszy rymowanych bez rymu – o rytmie w ogóle nie warto wspominać, bo tego już niemal nikt nie przestrzega.

Przykładów mogłabym mnożyć. Nie czynię tego, bo nie warto.

Tłumaczenie, mam tu na myśli tłumaczenie tekstów polskich na niemiecki i niemieckich na polski, bo tylko na tym się jako tako znam, stało się zatem w ostatnim czasie i tak dość marnym produktem, ale nie sposób sobie wyobrazić ile dodatkowych krzywd wyrządził sztuce tłumaczenia panoszący się zwyczaj publikowania tekstów dwujęzycznych! I to zawsze i wszędzie. Wydaje się wszystko, nie tylko te teksty, co do których spragniony czytelnik po prostu marzy o tym, by zaczerpnąć z przejrzystych wód, ze źródeł oryginału, nie, tłumaczenia dwujęzyczne to w ostatnim czasie przede wszystkim dwujęzyczna marnota i bełkot, wiersze, które już w języku oryginału nic nie wnoszą do kultury kraju i odbiorcy, a które wydaje się tylko dzięki systemowi dotacji, pozostającego w gestii urzędników a nie poetów. Prawdziwych…

Zgrozą dwujęzycznych wydań poezji jest wszechobecny, a wynikający z konieczności estetycznego ułożenia stron w książce, terror równej ilości linijek, ba, wręcz równej ich długości, co jest zresztą prawie niemożliwe, jako że niemiecki jest z reguły o dobrą jedną trzecią dłuższy niż tekst polski. Prowadzi to oczywiście do dalszych konsekwencji – do tłumaczenia linijka w linijkę, słowo w słowo, znaczenie w znaczenie. Przekład wiersza zostaje sprowadzony do interlinearnego tłumaczenia słów, do tzw. „rybki“, surowca, z którego dopiero powinien powstać nowy wiersz, i to surowca, wcale nie cenionego w prawdziwej ars translatoria.

„Rybka“ jest być może dobra na poziomie tłumaczeń w samouczkach, ale nigdy w poezji i literaturze, i gdy popatrzymy na beznadziejne teksty reklam, na nieudolne tłumaczenia książek, na niechlujstwo prasy brukowej, przejętej z niemieckiej ręki, to musimy obiektywnie stwierdzić, że już i na tym poziomie tłumaczenie słowo w słowo powinno być prawnie zakazane. Ale nie możemy zgłaszać pretensji do nieudolnych gryzipiórków i cwanych pisarczyków z różnych agencji reklamowych, skoro zaraza rozlazła się z samych szczytów – z poezji.

Pozwolę sobie przytoczyć tylko jeden przykład, udowadniający chyba wszystko, co chciałam tu powiedzieć – piękny wiersz Krzysztofa Paczuskiego, „Nad ranem. Kołysanka“:

Nie bój się miła, śmierć przyjdzie na pewno,
by opiekuńczym otoczyć ramieniem
wszystkie złe myśli: śmiech, płacz i znużenie
i świt złowrogi, i żelazną ciemność.

Nie bój się. Mówisz, że dni wolno biegną,
że czas bezczasem upił się i drzemie.
Z drzew już wyczesał wiatru mokry grzebień
Ostatnie liście. Śmierć przyjdzie na pewno.

Śpij, miła, we śnie upadną reżimy,
a wolność rosą zabłyśnie na łąkach.
Z banicji wrócą zapomniane rymy,
by zdradę z kłamstwem postawić do kąta.

Tymczasem uśnij. Śmierć przyjdzie tej zimy.
Spójrz, oto ona z ganku biała stąpa.

I jego przesłanie niemieckie:

„Gegen morgen. Schlaflied“

Fürchte dich nicht, Liebe, der Tod kommt gewiß,
um mit seinem fürsorglichen Arm alle linken Gedanken
das Lachen, das Weinen, die Müdigkeit
die unheilvollen Morgen und die eiserne Finsternis zu umschließen.

Fürchte dich nicht. Langsam vergehen die Tage, sagst du
und die Zeit hat sich betrunken mit Zeitlosigkeit. Sie döst.
Von den Bäumen hat der nasse Kamm des Winds
schon ausgekämmt die Blätter. Der Tod kommt gewiß.

Schlaf, Liebe. Im Schlaf fallen die Regime
Und die Freiheit erstrahlt als Tau auf den Wiesen.
Aus der Verbannung kehren vergessene Reime zurück,
um den Verrat mit der Lüge in die Ecke zu stelln.

Schlaf also ein. Der Tod kommt. Im Winter.
Sieh: weiß kommt er aus dem Korridor.

C.b.d.u. Co było do udowodnienia. Bo tak oto udało mi się wykazać prawdziwość tezy wyjściowej – wszystko co pomyślimy jako dobre okaże się w realizacji nie-dobre. A im „chcieliśmy lepiej, tym okaże się gorzej“.

Ferngespräch czyli – skoro już tłumaczymy super-hiper-naddokładnie – daleka rozmowa. I tak właśnie jest. Im bliżej i dokładniej tłumaczymy słowa, wersy, linijki tym dalsza jest rozmowa, jaką toczyć będzie czytelnik tłumaczenia z autorem.

Dziękuję.