Tu Radio Armii Krajowej 99,5 FM

Remigiusz Pigłowski

Tego dnia Ambasadę Francji opuszczałem w pełnym pospiechu, gdyż miałem pilną sprawę na mieście. Wychodząc z budynku zauważyłem otwierające się wrota placówki, przed którymi czekał na wyjazd służbowy Peugot ambasady. Wydobywające się spod kół kłęby dymu oraz nerwowy oddech silnika dawały do zrozumienia, że nie tylko ja mam pilna sprawę do załatwienia dziś na mieście. Bez chwili zastanowienia zapukałem w szybę, a Maciek, kierowca ambasady, bez słów zrozumiał moje intencje, precyzując jednakże, że nie jedzie daleko, że tylko do metra Politechnika, ale mnie to urządzało tym bardziej, że prócz bezspornego zysku czasowego gdzieś podświadomie zawsze marzyłem o przejażdżce samochodem na niebieskich blachach z naklejką CD.

A może moja spontaniczna decyzja wynikała po prostu z zamiłowania do ryzyka; może chciałem przez to udowodnić, że ja się nie boję jeździć z kierowcą, który cierpi na Parkinsona, może chciałem przez to zakomunikować mu, że nie jest z nim tak źle, że pomimo iż koledzy z jego działu wolą jeździć taksówką w trosce o własne bezpieczeństwo, jest jeszcze ktoś, kto chętnie wsiądzie do jego Peugota?

– Chłopakowi zostały dwa lata do emerytury i mimo Parkinsona nikt go stąd nie będzie wypieprzać. Ale mi kurde też zostały dwa lata i dlatego wolę zamawiać taksówkę – podsumował kiedyś w mało dyplomatyczny sposób Bernard, radca do spraw ekonomicznych, nałogowy palacz cygaretek, gustujący tylko w białych winach, co jak na Francuza zdaje się być rzadkością.

Brama otwarta – ruszamy! No to będzie się działo – myślę sobie – pełen lans w dyplomatycznym aucie z kierowcą z Parkinsonem. Zamarzyłem sobie, że gdyby tak przejechać przez Plac Zbawiciela, może nawet ze dwie rundki zrobić przy otwartych szybach z francuską muzyką w tle, a może by nawet poprosić Maćka, aby się na chwilę zatrzymał w zatoczce pod Planem B pod pretekstem załatwienia jakiejś sprawy, to dopiero byłoby entrée!

Przyjazd na Plac Zbawiciela białą kolarzówką bez szprych czy na wytatuowanej deskorolce są już passe. Czas wymyślić cos nowego i zdaję się, że mam argumenty. Niestety mój szofer ma z góry ustaloną trasę dojazdu do metra Politechnika, a w radiu miast transowych dźwięków rozbrzmiewa zażarta dyskusja, czy Stalin celowo wstrzymywał ofensywę podczas Powstania Warszawskiego. Na skrzyżowaniu Pięknej z Alejami Ujazdowskimi Maciek pogłośnił radioodbiornik, uściślając, że to jego ulubiona stacja – Radio Armii Krajowej 99.5 FM. Następnie stwierdził, że ta audycja jest powtórką, ale on chętnie raz jeszcze posłucha o okrucieństwach Stalina i cierpieniach warszawiaków. Miałem wrażenie, że to biczowanie się dramatem Powstania paradoksalnie dawało mu jakąś niewytłumaczalna radość, zinterpretowałem to nawet jako pewien rodzaj perwersji, o którą nigdy wcześniej nie mógł bym go podejrzewać.

Czekając na zielone światło kątem oka zauważyłem Bernarda. Skręcił w lewo w kierunku Placu na Rozdrożu. Szedł nerwowym krokiem z cygaretką w ustach, a jego vintagowa teczka nienaturalnie ciążyla mu w ręku. Gdy nasze spojrzenia wreszcie się spotkały, Bernard lekko skinął glową w miom kierunku.

– To znak do rozpoczęcia akcji – pomyślałem. Koniecznie musimy skręcić w lewo, bo z Alei Róż wyjedzie zaraz opel Franza Kutchery! Po wschodniej stronie Alei widzę także Panią Basię z sekcji konsularnej – przewiesza biały sweter na prawą rękę. Tymczasem Bernard bezradnie siłuje się z zamkiem teczki… Cóż za rekonstrukcja! Maciek na pewno się zgodzi na zmianę trasy. O ile pamiętam, operacja ta była najważniejszą zakończoną sukcesem akcją bojową AK, wymierzoną w wysokiego funkcjonariusza niemieckiego aparatu. A potem, gdy już skręcimy w Aleję Róż, nie będzie wyboru i aby dojechać do metra Politechnika nieubłagalnie przejedziemy przez Plac Zbawiciela.

Odżyły przez chwilę nadzieje na lans pod Planem B jednakże Maciej nie dosłyszał mojej propozycji, zahipnotyzowany dyskusją historyków dystyngowanym tempem opuścił skrzyżowanie, kierując się prosto na plac Konstytucji.

Przyznać muszę, że nawet przez chwilę nie odczuwałem zagrożenia, wynikającego z niesprawności ruchowej Macka, jego jazda była płynna a skupiona twarz dawała dodatkowe poczucie bezpieczeństwa. Jedynie na samym początku, tuż zanim wyruszyliśmy spod Ambasady Francji, byłem lekko przerażony na widok roztańczonej ręki na drążku zmiany biegów. Wyglądało to tak, jakby kierowca w jednej sekundzie chciał wcisnąć wszystkie biegi na raz, jednakże w trakcie jazdy okazało się, że Maciek pomimo swojej ułomności całkiem sprawnie operuje dźwignią.

I gdy już powoli godziłem się z tym, że nic się nie wydarzy, że nie będzie spektakularnego przejazdu przez Plac Zbawiciela, że podróż z kierowcą cierpiącym na zaawansowanego Parkinsona okazała się najbezpieczniejszą w świecie, wtedy właśnie, na skrzyżowaniu Pięknej z Marszałkowską przy zapalonym już czerwonym świetle Maciek brawurowym manewrem objechał czekające na skręt samochody i przy pełnych obrotach silnika skręcił w lewo w Marszałkowską tuż przed nadjeżdżającymi z naprzeciwka samochodami.

Tymczasem w radiu AK historycy zgodnie dochodzą do wniosku, że Stalin z pełną premedytacją wstrzymał ofensywę, aby wykrwawić miasto. Na koniec prowadzący audycję dziennikarz okrasza owocną dyskuję powstańczym hitem muzycznym. Mija jeszcze parę chwil po czym na wysokości Waryńskiego wyduszam z siebie.

– Maćku, nie uważasz ze to było ryzykowne, przecież te auta zatrzymały się w ostatniej chwili?

– Nie denerwuj się Arkadiusz, niebieskie blachy. Nikt by nie ryzykował – odpowiedział spokojnym głosem, po czym skręcił w Nowowiejską.

 

 

Spreegöttin

Mittig-Abb-3Brigitte von Ungern-Sternberg

Eine Flussgöttin im Sockel des Nationaldenkmals

Berlin hat, wie jede große Stadt, unter den Straßen und Häusern seine vielfältigen ‘Unterwelten’. So stand auch das tonnenschwere ehemalige Nationaldenkmal vor dem Berliner Stadtschloss auf einem soliden Sockel mit einer Unterwelt. Den Sockel samt Unterwelt gibt es noch heute.

Berlin_Nationaldenkmal_Kaiser_Wilhelm_mit_Schloss_1900Passiert man den Eingang zu dieser Unterwelt, so begegnet man einer Frau, die einen Fisch im Arm trägt. Ganz anders als ehedem der nationale Tumult über ihr, liegt ihr der Fisch am Herzen. Sie erscheint als Flussgöttin der Spree.

800px-Kaiser-Wilhelm-Nationaldenkmal_-_Sockel_4800px-Berlin_-_Kaiser-Wilhelm-Nationaldenkmal_-_Gewölbe_2

437px-Kaiser-Wilhelm-Nationaldenkmal_-_Sockel_5Es ist lange Zeit sehr ruhig in dieser Unterwelt zugegangen und Wasserfledermäuse haben sich angesiedelt. Ob sie sich dort noch wohlfühlen werden, wenn über ihnen mit einigem Baulärm das Denkmal für die deutsche Einheit errichtet wird?

Vor einer Woche gab es HIER einen Beitrag von Brigitte über die Löwen von dem Kaisersdenkmal. Brigitte wird jetzt öfter über Berlin erzählen.

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego

1._Julia_Hrebnicka_z_Adamem_Hrebnickiem_Raj_ok_1934Andrzej Rejman

Julia            

Julia Hrebnicka z Adamem Hrebnickim, Raj, ok. 1934 r.

Zbliża się kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.

Z tej okazji warto przypomnieć sylwetkę mojej mamy, uczestniczki Powstania, łączniczki sztabowej płk. “Radosława” – Jana Mazurkiewicza.

Temat jest obszerny, więc rezerwuję sobie nawet kilka odcinków na te szkicowe opowieści.

Tymczasem kilka zdjęć z dzieciństwa i młodych lat Julii.

2._Julia_Hrebnicka_ok_1930

3._Julia_Hrebnicka_z_bratem_Kazimierzem_ok_1930 Na dolnym zdjęciu Julia z bratem Kazimierzem,
oba zdjęcia mn.w. z roku 1930.

4._Julia_Hrebnicka 5._Julia_Hrebnicka_ok_1932

 

 

 

 

 

 

 

Julia Doktorowicz-Hrebnicka urodziła się dokładnie sto lat temu, we wrześniu 1915 w przedrewolucyjnym Petersburgu, gdzie mieszkali jej rodzice. Na petersburskich uczelniach studiowało wtedy wielu Polaków, dla których miasto to było jednym z niewielu miejsc, (prócz Wilna, Dorpatu i Rygi) gdzie mogli się dalej kształcić. Dotyczyło to głównie rodzin pochodzących z zaboru rosyjskiego.

Jak pisze Maria B. Topolska w książce “Historia wspólna, czy rozdzielna” – …W latach 1863-1914 w szkołach wyższych różnego typu w imperium rosyjskim studiowało co najmniej 30 tysięcy Polaków, zaś w okresie międzywojennym co trzeci zatrudniony uczony w II RP był absolwentem tych uczelni…

Losy rodziny Hrebnickich związane są właśnie z tym faktem. Ojciec Julii – Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki ukończył petersburski Instytut Górniczy (Gornyj Insitut) i pracował w tamtejszym Komitecie Geologicznym, którego przewodniczącym był także Polak – Karol Bohdanowicz.

Do pełniejszego opisu losów Hrebnickich od przyjazdu z Rosji do niepodległej już Polski – wrócę przy innej okazji.

Tymczasem przyjrzyjmy się bliżej losom okupacyjnym mojej mamy – Julii Doktorowicz-Hrebnickiej.

Na zdjęciach legitymacja szkolna z roku 1936 i Julia w roku 1938

7._Julia_Hrebnicka_ok_1938 6._legitymacja_szkolna_Julii_Hrebnickiej

 

 

 

 

 

 

 

Przed wybuchem wojny uczęszczała ona do Prywatnego Gimnazjum Jadwigi Kowalczykówny i Jadwigi Jawurkówny przy ulicy Wiejskiej,które ukończyła uzyskując maturę w 1934 roku.

W tymże roku wstąpiła na Wydział Ogrodniczy warszawskiej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.

Podczas okupacji obroniła (podczas kontynuowanych konspiracyjnie zajęć akademickich) pracę magisterską p.t. „Płynny owoc produkowany w Polsce i jego ocena mikrobiologiczna i chemiczna ze szczególnym uwzględnieniem witaminy C” i uzyskała tytuł magistra inżyniera w 1940 roku – potwierdzony dyplomem w 1946 roku.
Jej patriotyzm i gotowość służenia Krajowi skierował ją do pracy w ruchu oporu.

Zaangażowana początkowo przy kolportażu prasy podziemnej pod pseudonimem „Elżbieta” w 1941 roku zostaje łączniczką kursów szkolenia sabotażowo-dywersyjnego przy Komendzie Głównej Związku Walki Zbrojnej (później AK).

W przeddzień Powstania Warszawskiego przydzielona do sztabu pułkownika „Radosława” jako łączniczka sztabowa bierze udział w walkach na Woli i Starym Mieście. Będąc ranna trafia do szpitala, w którym pozostaje opiekując się ciężko rannymi i nie korzysta z możliwości wyjścia ze Starego Miasta przy ewakuacji szpitala. Tu zostaje powtórnie ranna zawalonym przez bombę stropem, tracąc stopę. Za odwagę i poświęcenie otrzymuje dwukrotnie Krzyż Walecznych i krzyż Virtuti Militari.

c.d.n.

Ein Ausflug ins Grüne

Wir waren im Tierpark. Wir, die Mitglieder des Vereins Städtepartner Stettin, und unsere Gäste aus Stettin. Wir haben Flamingos und Elephanten gesehen, aber auch…

Brigitte von Ungern-Sternberg

Wie kommen vier Löwenskulpturen in den Tierpark Berlin-Karlshorst?

Reinhold Begas  Löwen im Tierpark

800px-KaiserWilhelmLoewen1Beide Fotos: Wikipedia Common

Überlebensgroß, ungebändigt und wild blicken sie auf die Betrachter. Sie stehen vor den Käfigen der Raubtiere, furchterregend anzusehen. Es gibt keinen Hinweis auf sie im Übersichtsplan, den man am Eingang des Tierparks ausgehändigt bekommt. Keine Tafel an den Skulpturen gibt Auskunft, wer sie geschaffen hat, woher sie kommen.

Tatsächlich befanden sich die Löwen früher zu Füßen eines Kaisers hoch zu Ross und dieser stand vor dem Stadtschloss mitten im Herzen von Berlin. Das opulente, figurenreiche Nationaldenkmal wurde auf Veranlassung von Kaiser Wilhelm II errichtet als Denkmal für seinen Großvater Kaiser Wilhelm I. In dessen Regierungszeit entstand ein vereintes Deutschland unter einer preußischen Herrscherdynastie, das zweite Reich. Das Denkmal war geprägt vom ‚Wilhelminismus‘, eine Stilrichtung, die den Geschmack des Kaisers kennzeichnet. Am 22. März 1897 wurde das Denkmal feierlich eingeweiht, es strahlte Macht und Selbstgewissheit aus. Und die Löwen? Sie würden jeden anspringen und zu Tode beißen, der dem Kaiser auf dem Ross zu nahe käme.

Ein Stadtschloss? Ein Nationaldenkmal? Das passte nicht ins Weltbild eines jungen sozialistischen Staats ‚auferstanden aus Ruinen‘. Im Winter 1949/50 ließ die DDR das Denkmal bis auf den Sockel abtragen, die unzähligen Bronzefiguren wurden eingeschmolzen – übrig blieben die vier Löwen, die wurden in den Tierpark nach Karlshorst abtransportiert. Das im Krieg schwer beschädigte Schloss wurde bald danach gesprengt. Lange war der Schlossplatz leer und kahl, diente Aufmärschen und Großereignissen. In den 70er Jahren erstand dort wieder ein neuer Palast, der Palast der Republik mit der Volkskammer. Den gibt es jetzt auch nicht mehr.

3-6
berlin-wiese-schlossplatz-mitteschlossfreiheit-sed-plakate_02Entworfen hat das Nationaldenkmal Reinhold Begas, ein von Kaiser Wilhelm II sehr geschätzter Bildhauer. Reinhold Begas hat die meisten Bronzeskulpturen für das Denkmal geschaffen – nicht aber die Löwen zu Füßen des Kaisers. Die sind das Werk der Bildhauer August Gaul und August Krause.

kaiserzurossFoto: http://www.judgmentofparis.com/gallery/berlin/076.jpg

Berlin_Nationaldenkmal_Kaiser_Wilhelm_mit_Schloss_1900Berliner Schloß – Foto: Wikipedia
Es kamen neue Zeiten und das Denkmal wurde abgetragen

begas-abriss-wilhem-DW-Kultur-OviedoFotografie vom Abriss des Nationaldenkmals für Kaiser Wilhelm I., 1950, aufgenommen von Rudolf Kessler (Landesarchiv Berlin)

Und die Löwen.

Löwenbändiger am Werk. Die Löwen vor dem Berliner Schloß werden zerlegt und abtransportiert. 80 Zentner wiegt das zähnefletschende Bronzetier, das mit einem Kran von seinem Sockel gehoben wird. Aufn.: Illus-Köhler 5316-50 str-8.2.50
Löwenbändiger am Werk. Die Löwen vor dem Berliner Schloß werden zerlegt und abtransportiert. 80 Zentner wiegt das zähnefletschende Bronzetier, das mit einem Kran von seinem Sockel gehoben wird. Aufn.: Illus-Köhler 5316-50 str-8.2.50
Zentralbild /Fuchs 3.1.1964 Die Löwen ... von Reinhold Begas finden vor dem Alfred-Brehm-Haus im Berliner Tierpark eine neue Heimstatt. Gegenwärtig werden sie hier aufgebaut.
Zentralbild /Fuchs
3.1.1964
Die Löwen … von Reinhold Begas finden vor dem Alfred-Brehm-Haus im Berliner Tierpark eine neue Heimstatt. Gegenwärtig werden sie hier aufgebaut.

Foto Wikipedia

Und das Schloss?  Es wird gerade wieder aufgebaut und heißt jetzt Humboldtforum. Es wird kein Herrscher darin wohnen, sondern als Museum die Kunst der Völker dieser Erde zeigen. Vor wenigen Wochen wurde das Richtfest gefeiert.

Richtfest  HumbodtforumMöglicherweise kehrt der Neptunbrunnen, der vor dem Roten Rathaus steht, an seinen alten Platz vor dem Schloss zurück. Auch er ist ein Werk von Reinhold Begas.

Und die Löwen? Kehren sie zurück?

Wohl kaum! Denn auf dem Sockel des früheren Nationaldenkmals soll einmal ein neues Nationaldenkmal stehen – das ‘Denkmal der Einheit‘ für das am 3. Oktober 1990 wiedervereinigte Deutschland, kein Reich mehr, sondern die Bundesrepublik Deutschland.

02_einheitsdenkmalFoto: http://www.rbb-online.de

Reblog: Jan Hus

Dziś mija 500 lat od momentu, gdy Jan Hus został spalony na stosie w Konstancji. Gdy umierał, miał powiedzieć “teraz palicie gąskę, ale za sto lat przyjdzie łabądź i jego już nie spalicie”. Za sto lat przyszedł Luter i zmienił obraz Europy i świata. / Heute vor 500 Jahren wurde auf dem Scheiterhaufen in Konstanz Jan Hus verbrannt. Vor dem Tode sagte er: “Heute verbrannt ihr eine Gans, aber in Hundert Jahre kommt ein Schwan und den wird ihr nicht verbrennen können”. Hus auf Tschechisch bedeutet Gans. In Hundert Jahre kam Luther. Daher gibt es an den evangelischen Kirchen oft die Abbildung eines Schwanes.

husbannerJan Hus (TV film)
Historický / Drama
Česko, 2015, 3×80 min

Režie: Jiří Svoboda
Scénář: Eva Kantůrková, Jiří Svoboda
Kamera: Vladimír Smutný
Hudba: Michael Kocáb

husfoto1Hrají:

Matěj Hádek, Jan Dolanský, Milan Kňažko, Vladimír Javorský, Marika Šoposká, Michal Dlouhý, Jan Plouhar, David Novotný, Petra Špalková, Luboš Veselý, Petr Klimeš, Petr Štěpán, Tomáš Dastlík, Anna Cónová, Petr Stach, Lukáš Melník, Tomáš Karger, Petr Motloch, Petr Lněnička, Hartmut Krug, Pavel Gajdoš, Ivo Kubečka, Václav Jiráček, Ján Sedal, Václav Neužil ml., Martin Finger, Adrian Jastraban, Jaroslav A. Haidler, Ondřej Kavan, Petr Franěk, Jiří Čapka, Hynek Chmelař, Jiří Bartoň, Justin Svoboda, Kajetán Písařovic, Rostislav Novák ml., Matouš Zah

Matěj Hádek v roli výjimečné osobnosti Mistra Jana Husa a synové Karla IV., bratři Václav a Zikmund, ve středověkém dramatu o smyslu pravdy a oběti nejvyšší.

Třídílný televizní film o Janu Husovi je jedním z největších televizních projektů současné České televize nejen svou náročností, ale především svým významem. Tragický osud tohoto velikána naší historie byl naposledy převeden na filmové plátno režisérem Otakarem Vávrou v roce 1954. Spisovatelka a historička Eva Kantůrková se osudem a odkazem betlémského kazatele zabývala dlouhou řadu let. Bylo tedy nabíledni, že se právě její román Jan Hus, poprvé vydaný v samizdatu, dočká nového filmového zpracování. Tvůrci, kteří se u jeho realizace sešli, patří v Česku k nejrespektovanějším filmovým profesionálům, herce nevyjímaje. Díky nim má televizní film Jan Hus všechny atributy mimořádného filmového zážitku a je zároveň důstojnou oslavou historické osobnosti světového významu. Spisovatelka Eva Kantůrková vede diváky příběhem Mistra Jana Husa od počátku XV. století až ke kostnické hranici. Na rozdíl od tradovaného obrazu sociálního reformátora sledujeme Husovo myšlenkové a mravní drama, jež předběhlo o celé století zásadní zlom evropského vývoje. Dramatický děj je ukotven ve spletitém střetu názorů, ambicí a mocenských manipulací církevních i světských autorit – krále Václava IV., jeho bratra Zikmunda, pražského arcibiskupa Zbyňka, ambiciózních kardinálů a tří papežů, kteří si dělají nárok na pastýřský stolec a z toho titulu i na odváděné daně. Západní církev prochází těžkou mocenskou i mravní krizí. Jan Hus, Mistr Karlovy university a Betlémský kazatel, pociťuje spoluzodpovědnost za osud rozštěpené církve ve vztahu k věřícím a dospěje k přesvědčení, že jediným východiskem z úpadku je víra v živého Krista a jeho učení. Volá po mravnosti těch, kteří mají být věřícím duchovními pastýři. To zesiluje zášť ze strany vysokého kléru i konkurujících farářů. Naštěstí se Jan Hus těšil přízni královny Žofie. V kritických okamžicích to byla právě ona, kdo mohl u svého manžela Václava IV. žádat pro Mistra ochranu. Husovým opakem je vzdoropapež Baltazare Cossa, pirát, cynický kořistník, a dokonce snad i vrah. Paradoxně také v Kostnici, kde byl Hus souzen za domnělé kacířství, byl Cossa týmž koncilem sesazen z papežského stolce a uvězněn. Prapodivným nástrojem, který sehrál v pronásledování Husa mimořádnou roli, byla nesourodá koalice ambiciózního pražského kléru, žárlivých kolegů z university, včetně Husova přítele, Mistra Štěpána Pálče. Ten se v Kostnici stal dokonce jedním z hlavních žalobců. Jan Hus chtěl své přesvědčení před Kostnickým koncilem v rámci disputace obhajovat. Koncil však taková pravidla nepřijal, Husovi určil pozici obžalovaného kacíře. Konečným rozsudkem nebyl odsouzen jen on, ale i jeho předchůdce, dávno mrtvý Jan Viklef, jehož kosti nařídil tentýž koncil vykopat, spálit a popel rozptýlit v řece.

Do příběhu vstupujeme ve chvíli, kdy mocenské spory králů Václava a Zikmunda sužovaly Čechy. Zikmund se chtěl zmocnit českého království, uvěznil Václava v Rakousích, nechal drancovat královský poklad, jeho Kumáni vypalovali české vesnice. A odvážný kazatel Jan Hus volal z kazatelny: „I pes, i had si chrání svůj pelech! Jsou snad Češi horší než psi a hadi?” Pak vzbouřil půlku univerzity, když sepsal apelaci všem mistrům a zemskému sněmu. Byl to on, kdo královně Žofii přinesl nabídku vlivných přátel, aby mohla pod jejich ochranou odjet do Bavor k rodině, protože by teď v Praze nebyla v bezpečí. Královna kategoricky odmítla. „Jsem česká královna, mé místo je tady!” Jan Hus veřejně kritizoval nepořádky v církvi, především způsob života Božích služebníků, například že nosí drahé šaty, nebo že vysedávají po hospodách a hrají hazardní hry. Byl přesvědčen, že hříšný kněz nemůže udělovat svátosti, nemůže být služebníkem Božím… Vysloužil si tím jejich nenávist. Stěžovali si na něj u krále, u arcibiskupa, jezdili žalovat papeži. Obviňovali ho z šíření Viklefova učení. A záviděli, že jeho Betlémská kaple byla pravidelně přeplněna věřícími, zatímco jejich kostely věřící navštěvovali jen sporadicky. Neshody na univerzitě kvůli Viklefovu učení eskalovaly a vyústily ve chvíli, kdy král Václav požádal univerzitní mistry, aby jej doprovodili na koncil v Pise. Německá část univerzity odmítla, a protože svými třemi hlasy proti jednomu německému získávala vždy většinu, král se rozhodl křivdu napravit Dekretem kutnohorským. Rozzlobení Němci na protest opustili Prahu. Viklefovo učení bylo vnímáno církevními hodnostáři jako kacířství a tomu obvinění se nevyhnul ani Štěpán Páleč. Přes Husovo varování odjel do Říma, aby se obhájil, cestou ho ale v Bologni nechal zatknout kardinál Baltazar Cossa. Když se po dlouhé době vrátil do Čech, byl to už jiný Štěpán Páleč. Jeho odvahu vystřídal strach. Mezi dosud věrnými přáteli, Husem a Pálčem, se objevily první pochybnosti a názorové neshody.

Jan Hus odsoudil odpustkovou papežovu bulu a papeže nazval Antikristem. Kupčení s odpustky způsobilo velkou vlnu nevole věřících a pro výstrahu ostatním byli uvězněni tři rebelové. Rozhořčená reakce Jana Husa na jejich popravu přivolala papežovu klatbu na betlémského kazatele a na Prahu interdikt. Zákaz všech církevních obřadů, křtů, sňatků i pohřbů. To byla pohroma nejen pro středověké věřící. Jan Hus musel opustit Prahu. Ani doma, v Husinci, však nebyl v bezpečí. Přijal pozvání Jindřicha Lefla a odjel na jeho hrad, kde se mohl ukrýt. Tam ho navštívil Zikmundův posel Jan z Chlumu se vzkazem, aby Hus odjel do Kostnice, kde bude mít šanci se ze svého obvinění hájit. Královský glejt mu měl zajistit nejen osobní bezpečí, ale také možnost vystoupit s disputací před Kostnickým koncilem. Hus souhlasil, nechtěl dál žít v ústraní, jako kazatel chtěl plnit své poslání, lidem vykládat pravdu písma. Věděl, že se do Kostnice sjela církevní elita a doufal, že všichni nebudou k jeho pravdě hluší. Že by si Zikmund neuvědomil, že papež nepodléhá světské moci, tedy králi? Hus nebyl v Kostnici přijat jako host koncilu, ale jako kacíř, který se těžce provinil proti církvi a její jednotě. Kostnický biskup ho zavřel do vězení a koncil ustanovil komisi, která měla posoudit Husovo kacířství. Členem komise byl také Štěpán Páleč a zoufalý Hus se k němu obrátil s nadějí, že konečně bude vypovídat někdo z jeho přátel. Zjištění, že Štěpán Páleč patří k hlavním žalobcům, mu vzalo poslední zbytky naděje i síly.

Ve svých kázáních Jan Hus zdůrazňoval, že opravdovou lásku k Bohu dokazuje jen život podle Kristových přikázání a jen takový může být služebník Boží. Připouštěl, že zbožný laik má větší právo udělovat svátosti, nežli zkažený kněz. Taková kritika církve nejenže nesmírně popuzovala její představitele, ale zároveň je děsila. Především Husův výklad Božího slova považovali za znevažování víry a církevního řádu. Věděli, že jeho vystoupení ohrožují jednotu církve. Nemocný a dlouhým vězněním vyčerpaný Hus ztrácel sílu k obhajobě, přesto se ale nevzdával naděje, že bude konečně pochopen. Ke všem žádostem o jeho propuštění z vězení byla církev netečná. Dokonce ani král Václav a král Zikmund neměli šanci zvrátit rozhodnutí Kostnického koncilu, držet Husa v žaláři a trvat na tom, aby odvolal, co kázal. Jako důkaz k jeho odsouzení měl sloužit výpis článků, které měl Jan Hus napsat ve spisu De ecclesia. Když se ale před Kostnický koncil konečně dostal pravý výpis Husových článků, komise zjistila, že Štěpán Páleč je zfalšoval. Bylo už ale nemožné, aby církev v případě Jana Husa stáhla své obvinění. Betlémský kazatel, jehož názory byly pro věřící nadějí i jistotou víry v Boha, ale nedokázal popřít sám sebe. Nemohl odvolat, co nekázal a nemohl odvolat ani to, co kázal. Byl pro církevní moc příliš nebezpečný. A proti církevní moci byli bezmocní i králové. 6. července 1415 vzplála hranice, na níž byl ke kůlu přivázán Jan Hus. Muž, který zemřel v ohni, protože žil v pravdě. Muž, kterého církev ukrutnou smrtí umlčela, aby jej lidé citovali i po šesti stech letech.

Slaski Kopciuszek

Ewa Maria Slaska

czyli o zamiłowaniu do czytania napisów

Przyjechałam do Opola w smętne popołudnie wyborcze. Spotkałam się z kim trzeba, ustaliłam co trzeba na dzień następny, odstawiłam walizkę w akademiku, zagłosowałam i poszłam na leniwy niedzielny spacer. Nie miałam nic do roboty, po prostu chodziłam, oglądałam i… czytałam. Opole to miasto do czytania. Jest tu dużo napisów i jeszcze więcej podpisów.

napisy1Zdjęcia są za małe i nie widać. Na czerwonej kartce na słupie został naklejony zakaz naklejania!

wybierajdudeTu z kolei równie nieczytelny przedsmak wyborczego wieczoru. Wśród karteczek naklejonych bez ładu i składu (ale wybitnie patriotycznie!), na dole, na poziomie bruku, obszarpany kawałek gazety zachęcający, żeby wybierać Dudę.
Może stąd wieczorne ogłoszenie wyników nie było zaskoczeniem. Po prostu wiedziałam, że wygra Duda.
Głos ulicy jest głosem ludu, a głos ludu nie może się mylić.

Opole bardzo mi się podoba. Jest ładne, czyste, miłe dla przechodnia. Nic tu nie straszy. Najładniejszą częścią tego nader ładnego miasta jest wzgórze z rzeźbami. Rzeźb różnych ważnych dla kultury ludzi, zjawisk i postaci jest dużo, w Gdańsku siedzi na ławeczce Oskar Matzerath, w Warszawie – Osiecka, w Łodzi – Tuwim,  w innych miastach są krasnoludki i gęsiarki, we Wrocławiu anonimowi przechodnie wchodzą i wychodzą z podziemia, w Berlinie dzieci wyjeżdżają na wieś w ucieczce przed nalotami aliantów, w Opolu stoją i siedzą na Wzgórzu Uniwersyteckim Niemen, Osiecka, Grechuta, Starsi Panowie, Grotowski, a od wtorku doszlusował do nich Osmańczyk, którego ja jeszcze zobaczyłam opakowanego w groszkowaną folię plastikową.

rzezbynagorce4male rzezbynagorce grechutaWiększość tych rzeźb widziałam już kilka lat temu, ale widocznie nieuważnie patrzyłam, bo nagle kawałeczek dalej, wśród muz, jako muza Terpsychora, pojawia się pomnik pięknej pani z harfą, którego przed kilku laty nie widziałam, a na pewno już tu stał.

slaskikopciuszek (2)Zwracam jednak uwagę na tę rzeźbę nie z uwagi na jej walory artystyczne, tylko przez napis, który głosi że jest to SLASKI KOPCIUSZEK. Oczywiście wiem, że kreseczki i ogonki nad i pod literami po prostu szybciej się zatarły niż same napisy, ale przyznaję, że zawsze z przyjemnością znajduję w różnych miejscach na Śląsku moje nazwisko, bo kreseczki zniknęły. Najczęściej robi to oczywiście internet, gdzie są miliony takich nazw jak Slaska Biblioteka Publiczna i Slaski Wywóz Śmieci, ale czasem Slascy i Slaskie bez kreski nad S i ogonka pod A pojawiają się także w realu.

napisy2Po powrocie do Berlina sięgam do internetu, żeby się dowiedzieć, kim była owa pani, nazywana SLASKIM KOPCIUSZKIEM? I czytam o niezwykłej, bajkowej historii. Jak to miło, że bajki czasem się zdarzają naprawdę! Poniższy tekst zaczerpnęłam z Wikipedii, nieco go  skracając i dodając mu nieco literackiego polotu.

Joanna Schaffgotsch z domu Grycik (niem. Johanna Gräfin von Schaffgotsch, ur. 29 kwietnia 1842 w Porembie, obecnie dzielnicy Zabrza, zm. 21 czerwca 1910 w Kopicach) – dziedziczka fortuny Karola Goduli, nobilitowana w 1858 roku z dodaniem do nazwiska von Schomberg-Godula, żona hrabiego Hansa Ulryka Schaffgotscha. Czasami jej nazwisko jest pisane w formie Gryzik. Znana jako śląski kopciuszek.

Ojciec Joanny, komornik, zmarł, gdy dziewczynka miała trzy lata, mama nie miała ochoty zajmować się dzieckiem i Joannę wychowała służąca w majątku Karola Goduli. Właściciel majątku był człowiekiem nadzwyczajnie wręcz majętnym, ale ponurym i nielubianym, a ponieważ zajmował się po amatorsku chemią, lud uważał go za wcielonego diabła. Tymczasem mała Joanna nie bała się mrukliwego brzydala, czym zaskarbiła sobie jego łaski.

Pamiętacie Szaleństwa Panny Ewy? To taka historia!

Godula zaopiekował się sierotką. Wprawdzie zmarł, gdy Joasia skończyła zaledwie 6 lat, ale…

Ustanowił ją swą uniwersalną sukcesorką, a swych krewniaków, do których nie miał zaufania, zadowolił jedynie legatami pieniężnymi. Joanna odziedziczyła: 4 kopalnie galmanu i połowę udziału w kolejnej, 6 kopalni węgla, 4 majątki ziemskie − Szombierki-Orzegów, Bobrek, Bujaków oraz Chudów-Paniówki − łącznie prawie 70 tys. mórg pola i prawie 3,5 tys. mórg lasu. 6 października 1858 roku król pruski Fryderyk Wilhelm IV Hohenzollern nadał jej szlachectwo zmieniając nazwisko na Gryzik von Schomberg-Godula i nadał herb. Znalazły się w nim błękit i złoto, barwy Górnego Śląska oraz górniczy młotek i pyrlik, aby każdy z potomków wiedział skąd wzięła się fortuna Joanny.

Dodajmy dla wyjaśnienia, bo wikipedia tego w tym miejscu nie wyjaśnia, że ów galman to ruda cynku, na masową skalę wydobywana na Górnym Śląsku w XIX wieku, co przyczyniło się do znacznego uprzemysłowienia tego regionu, a więc również wzrostu jego bogactwa. A pyrlik… No, pyrlik w ogóle nie ma odpowiednika w polszczyźnie. Jest to rodzaj narzędzia górniczego przypominającego duży młotek. Razem z żelazkiem, które wygląda jak młotek!, stanowi herb górniczy.
Po lewej pyrlik, po prawej – żelazko.

15 listopada 1858 roku Joanna została żoną hrabiego Hansa Ulryka Schaffgotscha z Cieplic (w 7 pokoleniu potomka generała Hansa Ulryka Schaffgotscha i piastowskiej księżniczki z Brzegu Barbary Agnieszki). Różniło ich wszystko − on raczej niemajętny (rodową fortunę odziedziczył stryj) ze wspaniałym nazwiskiem i koligacjami z europejskimi dynastiami, a ona córka służącej, ale za to bajecznie bogata, z dopiero co zdobytym tytułem szlacheckim.

Choć mariaż był planowany, to podobno okazał się niezwykle udany. W szczęściu i wzajemnej miłości przeżyli ze sobą kilkadziesiąt lat.

Ach te bajki, które się spełniły!

W Kopicach koło Grodkowa małżonkowie wybudowali bajkowy pałac, gdzie mieszkali aż do śmierci. Był to zamek średniowieczny, przebudowany w 1864 r. według projektu architekta Karla Lüdecke z Wrocławia oraz mistrza budowlanego Konstantego Heidenreicha z Kopic. Po przebudowie pałac zyskał charakter neogotycki z elementami neorenesansowymi.

Przed śmiercią Joanna podzieliła swój majątek równo pomiędzy  dzieci i wnuki.

Zmarła 21 czerwca 1910 roku w swojej ukochanej rezydencji w Kopicach. Pochowano ją w mauzoleum rodzinnym obok miejscowego kościoła. W 1945 żołnierze radzieccy wyciągnęli stamtąd ciało jej i męża i sprofanowali. Zwłoki zostały następnie pochowane w zbiorowej mogile obok mauzoleum.

Pałac zniszczał.

Wizyta w ECS

Ewa Maria Slaska

Praca

Dawno nie byłam w rodzinnym mieście, ostatnio znacznie częściej bywam w Warszawie, trzeba jednak było zawitać do Sopotu. W smutny poniedziałek powyborczy pojechałam do Gdańska do Europejskiego Centrum Solidarności. Oczywiście wiedziałam ze zdjęć, jak wygląda, ale jednak nie byłam przygotowana na ogrom tej budowli. Zmasowana masa masy zardzewiałego żelaza, z którego zbudowano skorupę budynku przytłoczyła mnie i wbiła w ziemię.

Zardzewiałe żelazo to ostatnio w muzeach niemieckich materiał używany w budynkach poświęconych cierpieniu i martyrologii lub tych, w których nie wolno zapomnieć o cierpieniu i martyrologii. Szary matowy kamień, ciemne drewno i zardzewiałe żelazo są stylistyką pamięci o ofiarach. A rdza już najbardziej, rdza – krwawe łzy żelaza.

A przecież stoję przed budynkiem, który uświetnia naszą walkę i nasze zwycięstwo! Owszem były w tej walce i ofiary. Nie bez powodu gmach ECS wzniesiono tuż za Murem Stoczni, w najbliższym sąsiedztwie Pomnika Poległych Stoczniowców i jeszcze obok  Ściany Płaczu czy Muru Pamięci, gdzie tablice przypominają różnych innych poległych i zamordowanych za Polskę Wolną i Niepodległą, łącznie ze zmarłymi katastrofy smoleńskiej.

Tym niemniej do budynku wchodzi się przez Bramę Stoczni, tę bramę Stoczni im. Lenina, przez którą przeskoczył Wałęsa, aby objąć przywództwo strajku, a ten zmienić miał oblicze świata, tę bramę, na którą wskoczył, aby, młody i charyzmatyczny, obwieścić owemu światu, że właśnie wygraliśmy. Wygraliśmy wtedy dopiero pierwszą rundę, były i inne, takie, w których lecieliśmy na deski, ale w końcu zawsze udało się nam stanąć na nogi, a zanim kalendarz odliczył do dziesięciu, nie było już Muru Berlińskiego, Żelaznej Kurtyny i Związku Sowieckiego, bo wygraliśmy, wygraliśmy, wygraliśmy!

Szkoda więc, że Centrum Europejskiej Solidarności jest ponure i straszy ciemną krwią poległych.

Ależ nie – powie ktoś. To żelazo to nie pamięć o ofiarach, to statki na stoczni. To stoczniowcy. Odpowiem, że jeśli tak, to jest to symbol nieadekwatny, bo nawet jeśli po stoczni walało się pordzewiałe żelastwo, a wszędzie w komunie walało się pordzewiałe żelastwo, to jednak statki robi się nie z żelaza, a ze stali, a ta nie rdzewieje.

Przytłacza mnie ogrom tego budynku, zwłaszcza, że został zbudowany na pustyni. Nie ma stoczni, nie ma stoczniowców, nie ma statków. W tle, aż po horyzont, postindustrialny ugór, nieużytki, wiatr, klepisko. Ale nigdzie nie wala się zardzewiałe żelastwo, stoczniowe nieużytki zostały schludnie zamiecione. Trochę absurdalny i trochę nie na miejscu jest więc ten budynek pamięci o stoczniowcach, żywych czy martwych, w miejscu, gdzie najpierw oni wygrali, ale potem (za to?) odebrano im pracę i dumę z pracy. Groteskowy grymas paskudnej gęby Historii.

To nie pierwsze na świecie takie miasto przemysłowe, które umarło, gdy skończył się przemysł. W Detroit w dawnych fabrykach hoduje się pszczoły. W Zagłębiu Ruhry i na Łużycach zalano wodą wyrobiska węgla i posadzono kwiaty. Tak powstały obiecane Kwitnące Krajobrazy. Obiecał je 25 lat temu, w dniu Zjednoczenia Niemiec, co też przecież było konsekwencją skoku Wałęsy przez Bramę Stoczni, ówczesny kanclerz – Helmuth Kohl. Blühende Landschaften.

Ale skoro Stocznia mimo całej swej wolnościowej i solidarnościowej symboliki i tak już została rzucona na żer neokapitalizmu Zjednoczonej Europy, to może trzeba było dla celów muzealnych wykorzystać piękne stare hale stoczniowe a nie budować nowe gmachy?

Nie warto debatować, stało się, jak się stało, nikt mnie nie spytał o radę (nikt mnie nigdy nie spytał o radę, a szkoda, po prostu szkoda…), stare hale stoczniowe niszczeją, a przed nami wielki nowoczesny budynek z metalu, kolejna powtórka z Liebeskinda, nawet ładna, ale szkoda że powtórka. Tyle że w tych kilku budynkach Liebeskinda, które widziałam, jednym z elementów tworzących wnętrze ogromnej bryły jest światło. Tymczasem w budynku ECS jest ciemno i ponuro. Wnętrze jest ciekawie rozczłonowane, ale nadzwyczaj ciemne. I mówię to po wizycie tam w słoneczny poranek. Ciekawe jak jest w listopadzie? Całą podłogę i po części ściany zajmują rośliny. Pomysł ciekawy, oryginalny i… nieludzki dla roślin, które rosną w szeregach, karne jak żołnierze, martwe i szare. Patrzę na te rośliny i patrzę, chcę, żeby mi się podobały, ale nie mogę się przemóc. Jest mi tak, jakbym weszła do farbryki, gdzie zatrudniono dzieci. Gdy powstanie ruch społeczny w obronie roślin wykorzystywanych bezdusznie jako budulec architektoniczny, ECS będzie pierwsze w Polsce na liście obiektów walki.

Nie mogę już fotografować, bo, jak zwykle!, wyładował się akumulatorek w aparacie,  mimo to oglądam kamienne ściany, kamienne podłogi, dalekie czarne tunele korytarzy, ogromne przestrzenie westybuli sięgające w górę na kilka pięter. Do góry wjeżdża się ruchomymi schodami. Podnoszę nogę, by wejść na pierwszy stopień, gdy zaczyna się najgorsze…

Dopada mnie młody pracownik firmy Viking (Wiking?), odpowiadającej za porządek i bezpieczeństwo Centrum. Bilet! Nie mam biletu i nie chcę mieć, nie przyszłam na wystawę (zresztą znam ją już), chcę po prostu wjechać na górę i obejrzeć wnętrze z innej perspektywy.  Nie wolno, trzeba mieć bilet. No ale… mówię i milknę. Bo właściwie dlaczego mam płacić za bilet? Dlaczego nie mogę wejść za darmo na wystawę, która nie tylko dotyczy wielkiej i ważnej części mojego życia, ale na którą symbolicznie lub faktycznie składają się elementy tego życia. Dlaczego ja? Dlaczego my wszyscy, którzy wtedy walczyli lub wspomagali tych, co walczyli? Dlaczego my wszyscy, którzy mieszkali w mieście objętym strajkiem, gdzie było tak  nieprawdopodobnie ciężko żyć, a przecież stawiliśmy temu czoła? Dlaczego my, w Polsce, gdzie władza mogła nas w każdej chwili potraktować jako zakładników, i za poparcie dla buntu na stoczni odebrać pracę albo wycofać ze sklepów mięsnych ochłapy, a ze spożywczych masło, jajka, cukier i ser? Dlaczego mamy płacić po 17 złotych (bo tyle kosztuje bilet) za nasze życie wystawione na sprzedaż dla turystów?

Czy powstanie jakiś solidarnościowy ZBoWiD (a może już powstał, tylko ja nic nie wiem) gdzie będą nam odcinać kupony i ustalą taryfę wejścia na wolnościowe wystawy w całym kraju, zostaniemy podzieleni na klasy, klasa I nic nie płaci, klasa ostatnia płaci 17 złotych.

Zamykam usta i patrzę na strażnika.
– Wie Pan co, mówię, strasznie nas wszystkich zmienił kapitalizm. Kiedyś byłoby nie do pomyślenia, żeby nie pozwolił Pan komuś popatrzeć.
– Nie zamierzam przez Panią stracić pracy!
Nie chcę, oczywiście nie chcę, żeby ten młody człowiek stracił pracę, ale…
– Proszę Pana, to przecież nie może być bezwzględny argument w każdej sprawie. Ci, których mamy tu pamiętać, gdy podejmowali decyzje, nie myśleli o tym, że stracą pracę…
– Nie musieli. W komunie była praca dla wszystkich!

***

Bazylu, ja wiem, to nie twoja sprawa! Poglądy i arogancja szczeniaka, zatrudnionego przez firmę ochroniarską, nie mogą zaprzątać myśli dyrektora wielkiej europejskiej instytucji. Ale chciałam ci powiedzieć, że zostałam w twojej firmie potwornie obrażona, ja, a ze mną miliony Polaków.

Vergessener Genozid

2015 jährt sich zum hunderten Mal der Völkermord an den Armeniern – einer der ersten systematischen Genozide des 20. Jahrhunderts. Er geschah während des I WK unter Verantwortung der jungtürkischen, vom Komitee für Einheit und Fortschritt gebildeten Regierung des Osmanischen Reichs. Bei Massakern und Todesmärschen kamen je nach Schätzung zwischen 300.000 und mehr als 1,5 Millionen Menschen zu Tode. Der 24. April, der Tag, an dem 1915 die Deportation der armenischen Elite aus Konstantinopel begann, wird in Armenien als „Genozid-Gedenktag“ begangen. In einem gesellschaftlichen Portal unter meinen fast 400 Facebook-Freunden hat niemand den Völkermord erwähnt.

Unsere neue Autorin, Esther Schulz-Goldstein ist Psychoanalytikerin und beschäftigt sich seit dreißig Jahren mit der Gewaltproblematik in der türkischen Gesellschaft. Ihre Patienten aus Anatolien zwangen sie, die Geschichtslüge des türkischen Staates aufzuspüren, weil diese sich auch in der seelischen Struktur ihrer Patienten abbildete. In diesem Zusammenhang schrieb sie die vier Bände „Am Himmel blieb die Sonne stehen“ in der sie die Gewaltentbindung im Zusammenbruch des Osmanischen Reiches erforschte, die in den vier von den Türken verübten Völkermorden an den Armeniern Aramäern, Griechen aus dem Pontos und den Zaza aus Dersim in Ostanatolien mündeten. In Band drei verglich sie die Phantasmen der türkischen Henker mit denen der Deutschen der Nazizeit, die zu Auschwitz führten. In Band vier untersucht sie den Nahostkonflikt.

Wolfgang Gust war Redakteur beim Wochenmagazin des Spiegels und hat zusammen mit seiner Frau Sigrid Gust und etwas später mit dem IT-Ingenieur Vagharshak Lalayan alle Akten des Auswärtigen Amtes bezüglich der Völkermorde für das armenocide.net digitalisiert. Für Genozidforscher eine große Erleichterung ihrer Arbeit.

Esther Schulz-Goldstein

Laudatio

für Herrn Wolfgang Gust zu seinem 80. Geburtstag, in die seine Ehefrau Sigrid Gust eingeschlossen wird.

Mit Ossips Mandelstams Büchern „Die Reise nach Armenien“ unterm Arm fuhr ich 1975 in das von ihm so wunderbar beschriebene Bergland im Kaukasus. Als ich in Ēǰmiajin die im damaligen Sowjetreich übriggebliebene Kirche des „Papstes der Armenier“ besichtigte, wurde ich mit den Mitgliedern meiner Reisegruppe von seinem Sekretär zur Audienz gebeten.

Es stellte sich sehr schnell heraus, dass wir die falsche Delegation waren, weil sie verwechselt worden war mit einer aus der Kraftwerkunion des damaligen Westberlin, die wegen der Turbinen für den Sewansee erwartet wurde. Ich jedoch kam aus Westberlin aus einer psychotherapeutischen Beratungsstelle, in der ich auf die Traumata der II. Generation von Schoah-Überlebenden gestoßen war. Nach der Klärung dieses Missverständnisses fragte ich den Katholikos Vasgen, ob es besondere Rituale gäbe, die die armenische Kirche als Verarbeitungshilfe des Völkermords entwickelt habe. Auf das Mahnmal in Zizernakaberd hinweisend empfahl er, dass ich als künftige Psychoanalytikerin mich für die psychischen Schäden der Armenier interessieren sollte.

Sie, Herr und Frau Gust, haben in den neunziger Jahren, im Wochenmagazin der Spiegel eine Serie über Armenien und seine Literatur veröffentlicht. Seither haben die Armenier Sie auch nicht mehr losgelassen. Im Jahre 2000 beschäftigte ich mich mit den psychischen Spätfolgen der Massaker in Kleinasien und klickte im Internet auf die Dokumentensammlung aus dem Archiv des Deutschen Auswärtigen Amts zum Thema Völkermord an den Armeniern. Innerhalb von Minuten hatte ich das im Computer, was ein guter Freund im gleichen Archiv mühsam abgeschrieben hatte und sich schon zu 1/10 auf meiner Festplatte befand. Welche Erleichterung der eigenen Arbeit in der Wirklichkeitsrekonstruktion der damaligen Geschehnisse und welche Möglichkeit, die Völkermordleugnung der Türken ad absurdum zu führen. Dafür danke ich Ihnen beiden. Ihre gesamten Veröffentlichungen ermöglichten mir die Frage, warum die Türken bei einer solchen Quellenlage den Völkermord so vehement verleugnen können, sodass die Welt der Wissenschaft nur noch den Kopf schütteln kann?

Sie führte mich zu der Antwort, dass ihre Leugnung einen unbewussten Wunsch erfüllt die ihre Wahrnehmungs- und Denkidentität beeinflusst. D. h. wenn eine Wahrnehmung – real oder nicht –oder innerhalb der Konstrukte, die das Kollektiv anbietet, Bilder produziert, in der der Wunsch platziert werden kann, so wird er wenigstens vorübergehend erfüllt. Dieser Vorgang ist vergleichbar der Wunscherfüllung im Traum, die seinen latenten Inhalt mit Hilfe der Zensur so umformt, dass er das Gewissen passieren kann.

Um das zu verdeutlichen möchte ich Phantasmen bezüglich des „Türke-Seins“ aufzeigen, die den Wunsch nach innerer Entlastung erfüllen. Denn die Wahrheit der Vergangenheit im Untergang des Osmanischen Reiches und in der Gründung der Türkei scheint für das Selbstbild der deutungsmächtigen Türken nicht aushaltbar zu sein, sodass sie sich in der Verleugnung des Genozids den Wunsch nach Entlastung von dieser furchtbaren Bürde erfüllten.

Dazu erfanden die damaligen Deutungsmächtigen Bilder, die diese Entlastung bewirken sollen. Hinzu kommt, dass es: „heute noch nicht üblich (ist), den gegenwärtigen sozialen und so auch den nationalen Habitus eines Volkes mit dessen ,Geschichte’, wie man es nennt, und besonders mit dessen Staatsentwicklung zu verknüpfen. … In Wirklichkeit aber sind die gegenwärtigen Probleme einer Gruppe entscheidend mitbestimmt durch ihr früheres Schicksal…“ Diese Überzeugung von Norbert Elias teile ich und deshalb stelle ich kurz die Geschichte des Antichristianismus im Desaster des Untergangs des Osmanischen Reiches dar. Ich tue dies unter dem Blickwinkel der Psychoanalyse als Theorie unbewusster Konflikte, die sich hinter der Genozidleugnung verbergen.

Die Lebensweise der „Ungläubigen“ wird von vielen in Anatolien des ausgehenden achtzehnten Jahrhunderts als relativ autonom und heterogen beschrieben.

Ich jedoch gehe davon aus, dass eine Reparatur des Narzissmus der Muslime in der Entwürdigung der „Ungläubigen“ angelegt war durch die Herrschaftspraxis des Islam im Dhimmitut. Letzterer ist Status der Nicht-Muslime unter islamischer Herrschaft. Dieser inferiore Status der Christen wurde uns von Bernhard Lewis in seinem Buch „Die Juden in der islamischen Welt“ folgendermaßen übermittelt: Weder du noch die Muslime an deiner Seite sollten die Ungläubigen als Kriegsbeute behandeln und sie (als Sklaven) verteilen … wenn du die Kopfsteuer erhebst, gibt dir das kein Anrecht auf sie und kein Recht über sie. Hast du dir überlegt, was für die Muslime nach uns bleiben wird, wenn wir die Ungläubigen gefangen nehmen und als Sklaven zuteilen würden? Bei Allah, die Muslime würden keinen Menschen finden, zu dem sie sprechen und aus dessen Arbeit sie Nutzen ziehen könnten. Die Muslime unserer Tage werden sich zeit ihres Lebens (von der Arbeit) dieser Leute ernähren, und nach unserem und ihrem Tod wird für unsere Söhne das gleiche getan von ihren Söhnen und so fort, denn sie sind Sklaven des Volkes der Gläubigen, solange die Religion des Islam vorherrschen wird. Deshalb erlege ihnen eine Kopfsteuer auf und versklave sie nicht und lasse es nicht zu, dass die Muslime sie unterdrücken oder ihnen Schaden zufügen oder sich über das Erlaubte hinaus an ihrem Eigentum vergehen, sondern halte dich getreulich an die Bedingungen, die du ihnen gewährst und an alles, was Du ihnen gestattet hast.”

In der Auflösung der Millets – d.h. der Selbstorganisation der Nichtmuslime – in der Verkündung einer Verfassung im 19. Jahrhundert bekamen alle Bürger gleiche Rechte. Damit war das Überlegenheitsphantasma der Muslime, über die Nichtmuslime, nicht mehr aufrechtzuerhalten. Der Verlust des Überlegenheitsgefühls über die Christen hätte zu einer Veränderung des Selbstbildes und der Wahrnehmungsidentität der Muslime führen können. Diese konnte erfolgreich abgewehrt werden, weil islamrechtlich die Gleichberechtigung ein grober Verstoß gegen die Anwendung der Rechtsdogmen der Scharia war. Auf diesem Hintergrund entwickelte sich ein dem Antisemitismus vergleichbarer Antichristianismus.

In seiner Analyse verdeutlichte sich der tiefe abgrundhafte Hass im Antichristianismus vieler muslimischer Türken, der sich in den beginnenden Massakern 1885 an den Armeniern offenbarte. Ein Schreiber der Hohen Pforte in Istanbul 1886 notierte: „Die Armenier, seien besondere Wesen; um es offen zu sagen: eine schädliche Art von „nagenden Würmern”, die die Fundamente des Reiches untergraben. Wenn die Muselmanen die Armenier hart angefasst hätten, so sei das nur gerecht“. „Die Armenier seien notorisch raffgierige Wucherer, und die polnischen Juden“, schrieb er, „wirkten im Vergleich zu ihnen wie miserable Pfuscher“. „Der Hass, der die Muselmanen von den Armeniern trennt, hat keinen anderen Grund als diese maßlose Ausbeutung, die jener durch die Juden in Frankreich, England, Polen und Österreich-Ungarn gleicht. Die religiöse Frage hat damit nichts zu tun, dieser Kampf heißt in Europa Antisemitismus, in der Türkei heißt er die „Armenische Frage“ wie uns Philippe Videlier, in seiner „Türkische Nacht“ in Lettre übermittelte.

Er war sich seiner Argumentation so sicher, dass er den Europäern prophezeite, dass wenn eine ähnliche Bewegung sich in Europa wie im Osmanischen Reich mit den Jungtürken etabliere, „es wahrscheinlich keine Macht auf der Welt gibt, die die Ausrottung der Juden als gerechte Vergeltung für die seit hundert Jahren angehäuften Verbrechen verhindert“.

Der Hass aus dem gesellschaftlichen Unbewussten der Türken ausgelöst durch den Verlust ihrer Privilegien gegenüber den „Ungläubigen“ und die Angst vor dem Untergang des Osmanischen Reiches verwandelte sich in eine Tötungsbereitschaft gegenüber den Armeniern. Vor den Augen der muslimischen Bevölkerung war es in den Städten zum wirtschaftlichen Aufstieg der armenischen Dhimmis gekommen, während die Türken als Sunniten in der Bürokratie eines scheiternden Staates und dem inzwischen erfolglosen Militär und im Bauernstand ihre „Aufstiegschancen“ wahrnehmen durften. Man stelle sich vor, wie die ehemals inferioren christlichen Dhimmis mit dem von ihnen erwirtschafteten Reichtum ein Bildungsbürgertum etablierten und auf die, auf der Scholle festsitzenden Muslime blickten und umgekehrt.

Zwischen 1878 und dem Ersten Weltkrieg hat das Osmanische Reich 85 Prozent seines Territoriums und 75 Prozent seiner Bevölkerung verloren um Sie, Herr Gust, zitieren zu dürfen.

Diese Tatsache stellte eine ungeheure Entwertung des muslimischen Herrenmenschenhabitus dar. Diese Entwertungserfahrung machten Sie in den veröffentlichten Aktenstücken aus dem Jahre 1909 für die von Muslimen angesteckten und geplünderten armenischen Dörfer und armenische Landgüter der Öffentlichkeit zugänglich: Konsul Tischendorf teilte mit, dass die Stimmung zwischen der mohammedanischen und armenischen Bevölkerung in der Umgegend von Alexandrette eine sehr gereizte sei, hervorgerufen durch das hochfahrende und anmaßende Benehmen der Armenier, und dass er Äußerungen von Mohammedanern vernommen habe, dass wenn die Armenier ihr Benehmen nicht ändern würden, keiner derselben am Leben gelassen werden würde.

Zusätzlich zur Entwertung kommt die Tatsache, dass die türkischen Eliten ihr einstürzendes Osmanisches Reich paranoid verarbeiteten. Sie erblickten in jeder Hand eines Armeniers einen Dolch, der den Rücken eines Türken zu suchen schien und begannen in ihrem Wunsch nach einer homogenen sunnitischen Türkei, die Christen Kleinasiens zu ermorden.

Zum tragischen Symbol dieses Zeitraums wurden die Armenier, weil die in ihrem Völkermord gemetzelten Aramäer und Griechen unter die „Armenische Frage“ subsummiert wurden. „Wenn die Türken sich selbst als den Phönix sehen, der aus der osmanischen Asche emporgestiegen ist, so stellen die Armenier die nicht willkommenen Spuren dieser Asche dar“, meint Taner Akcam ein Genozidforscher aus Amerika. Sie sind deshalb eine so unwillkommene Spur, weil in der Türkei die Schamkultur herrscht. Dominiert das psychische Scham- und nicht das Schuldsystem der Menschen innerhalb einer Gesellschaft, dann wird alles, was ein gutes Selbstbild eintrüben könnte, verleugnet, projiziert oder abgespalten, und ins gesellschaftliche Unbewusste verdrängt.

Auf diese Weise, Herr und Frau Gust, erschufen sich die Türken eine glorreiche Vergangenheit, die von keiner Blutspur durchzogen zu sein scheint. Dabei half eine nationale Identitätskonstruktion, die genozidale Vergangenheit ins gesellschaftliche Unbewusste der Türken zu verdrängen. Diese Identitätskonstruktion begann auf einer Tagung der türkischen Vereine, geleitet von Frau Afet, der Adoptivtochter Kemal Ata-Türks, am 23. April 1930.

Satzungsgemäß in §2 und 3 definierten sie sich als Bewusstseinsproduzenten über das „Türken-Sein“. Als politische Institution wollten sie das Selbstbewusstsein ihres durch den Untergang des Osmanischen Reiches schwer gebeutelten Volkes reparieren und verordneten als Therapeutikum eine gänzlich neue Theorie über das „Türke-Sein“.

Die Aktenstücke machen verständlich, dass die Türken ein neues Geschichtsbild brauchten. Die akademisch verbrämten Weihen in den „Türkischen Geschichtsthesen“, sind einer Selbstidealisierung geschuldet, die innerpsychisch scheinbar Not-wendig wurde. Es gründete sich auf der Tagung der Türkischen Vereine der Ausschuss zur Untersuchung dertürkischen Geschichte mit dem Zweck, die türkische Geschichte und Zivilisation mit wissenschaftlichen Methoden aufzuwerten. Das Prozedere war wie üblich, und seine 16 Mitglieder bildeten zugleich den Kern der noch heute existierenden Gesellschaft für türkische Geschichte.

Von Interesse ist noch, dass ein Großteil der Mitglieder des Ausschusses aus Parlamentsabgeordneten bestand, die zu dieser Zeit ‘par ordre du mufti’ von Mustafa Kemal zu Abgeordneten berufen wurden und mit dem Weltbild des Partei- und Staatschefs übereinstimmten. Deshalb repetierten sie die Auffassungen Mustafa Kemals von 1927 über das „Türke-Sein“, das er in seiner 7 Tage währenden Rede als Hobbyhistoriker mit frei flottierenden Größenwahn verkündet hatte.

Familie Gust, wir müssen festhalten, dass sich die türkische Geschichtsschreibung damals dem Weltbild Mustafa Kemals, dem späteren Atatürk, unterwarf. Wie die Kemalisten es geschafft haben, den in den Aktenstücken so gut dokumentierten Völkermord an den Armeniern in das gesellschaftliche Unbewusste der neuen Republik zu verdrängen, lehrt uns ihre neue Geschichtsschreibung. Dabei half der Ausschuss, als er Ende 1930 Die Grundzüge der türkischen Geschichte veröffentlichte. In dem 606 Seiten zählenden Buch nahmen die türkischen Geschichtsthesen Konturen an, die wie folgt zusammengefasst waren: „Von den früheren Zeiten der Geschichte an fanden aufgrund von Trockenheit und wirtschaftlicher Ursachen Wanderbewegung aus Zentralasien in Richtung Osten, Westen und Süden statt. Die Wanderer waren brachyzephalen und alpinen Typus’ und sprachen türkisch. Im Gepäck hatten sie eine fortgeschrittene Zivilisation. Sie, die Türken, waren es auch, die die Zivilisation in Mesopotamien, Ägypten, Anatolien, China, Kreta, Indien, Ägäis und Rom errichteten. Bei der Schaffung, Entwicklung und Verbreitung von Kulturen auf der Welt spielten diese türkisch sprechenden Menschen die Hauptrolle“.

Wie diese Thesen doch die eigenen Wurzeln vergolden, denn es gab in der damaligen Zeit keine Wanderer, sondern nur umherziehende Nomaden. Auch kommen die fortgeschrittenen Zivilisationen aus den Städten und nicht aus einem Nomadenzelt, doch das ist noch harmlos. Schwieriger wurde es mit den Verbrechen im Völkermord. Sie waren so unsagbar groß, dass sie hinter einer unsagbar großen Kulturleistung verborgen werden mussten. Hier wirkt ein psychischer Abwehrmechanismus,in der die Konstrukteure dieser Thesen unerträgliche affektive Bedeutungsinhalte in ihr Gegenteil verkehren. Damit sind sie ausgepolstert von den psychischen Abwehrmechanismen, im Besonderen der des ungeschehen Machens: Deshalb wirkt der Vortrag der Thesen wie ein magisches Abwehr Ritual, das den vom „Crimen Magnum“ ausgelösten Schamkonflikt verdecken muss. Konkret beseitigen die Geschichtsthesen vorangegangene Mordgedanken mit edlen Gedanken und kultivierten Handlungen.

In der Überschrift „Warum wurde dieses Buch verfasst?“ diktierte der Zeitgeist u. a. den Begriff einer Rasse:„Die türkische Rasse, die die größten historischen Strömungen herbeigeführt hat, hat, verglichen mit anderen Rassen, am meisten ihre Identität bewahren können. In den weiten Gebieten, die sie während ihrer Geschichte besetzt hat, sowie in Grenzgebieten hat sie die hier ansässigen Nachbarrassen geschützt. Da bei diesem Nachbarschaftsverhältnis im Hauptsächlichen kulturelle Beziehungen geknüpft wurden, hat sie ihre rassischen Besonderheiten bewahren können. Später jedoch integrierten sie sich in einige Mehrheitsgemeinschaften, sodass sie ihre Namen und Sprache nicht vor dem Verlust rettenkonnten. Die Sprache als das stärkste Geistesprodukt ging verloren“.

Auch hier ist die Verkehrung ins Gegenteil am Werke, denn die Türken hatten ihre Identität verloren, weil kaum ein Mensch in Anatolien des Jahres 1916 wusste, was ein Türke ist und in der Schule erstmals türkisch unterrichtet wurde. (…) „Wie man sieht, hat die türkische Rasse in der Geschichte stets eine Einheit dargestellt. Mit ihrer offenkundig organischen Eigenschaft, Sprachkultur und gemeinsamen Vergangenheit bildete sie eine große Gemeinschaft, die der heutigen Definition über die Nation entspricht. Es ist eine große Ehre, die vielen der gegenwärtigen Gesellschaften nicht zuteilwird, solch eine große Rasse auch als eine Nation zu erleben.“

Die Begriffe der Ehre, Gemeinschaft und Einheit werden hier wie ein Container benutzt. Sie bergen, die in ihr Gegenteil verkehrten gefürchteten, peinlichen und unangenehmen inneren Antworten auf die zerbrochene Außenwelt, die zerbrochenen Beziehungen, den zerbrochenen Lebensentwurf als hungernder Flüchtling in Istanbul.

Die daraus resultierenden Konflikte oder Wünsche werden auf die vielen gegenwärtigen Gesellschaften projiziert – die damit ehrlos werden, ohne dass die Kommission merkt, dass sie sich selbst beschreibt. All dies geschieht unbewusst, d.h. im Unbewussten laufen seelische Vorgänge ab, von denen man keine direkte Kenntnis gewinnt, die man nicht in voller Bewusstseinshelle registriert oder kritisch hinterfragen kann. Der Wunsch nach Entlastung von einer großen Schande steuert diese innerseelischen Prozesse.

Aussagen über vorgeschichtliche Epochen werden gemacht, für die keine Quellen angegeben werden. Sie bezeugen eine Selbstbesoffenheit, die naturgemäß von keiner Realitätsprüfung eingeschränkt wird. Auf diese Weise dienen die Geschichtsthesen als Heiligungsrezept für die Nation.

Der zweite Abschnitt ist wie folgt zusammengefasst:„Die türkische Rasse, die die größten historischen Strömungen herbeigeführt hat, hat am meisten ihre Identität bewahrt. Die gegenwärtig denkende Menschheit kann bei der Erklärung ihrer dunklen und rätselhaften Seiten nicht umhin, die türkische Rasse in den Mittelpunkt zu rücken. (…) Unsere These beabsichtigt keine Geringschätzung oder Verachtung irgendeiner anderen Rasse oder Nation“.

Lieber Herr und Frau Gust, dass die Türken sich zu Kreatoren der Zivilisation der Menschheit stilisieren, ist auf dem Hintergrund des Völkermordes verstehbar. Wir können jedoch ihre Geschichtsschöpfungen gleich eines magischen Gegenzaubers zum Völkermord deuten. Diese dunkle Seite oder ihr Schatten bringen sie projektiv in der Menschheit unter, damit diese sie modellgleich in den Mittelpunkt ihrer Aufmerksamkeit stellen können. Zusätzlich wird der Verlust der türkischen Identität, während des 600 Jahre dauernden Osmanischen Reiches, durch die Selbstverliebtheit in die eigene Ethnie als ungeschehen erklärt.

Das Gleiche gilt auch für den Völkermord im folgenden Satz in den Grundzügen der türkischen Geschichte: „Die Liebe zur eigenen Nation und Respekt vor anderen Personen und Existenzen, das ist die Losung des Türken.“

Im dritten Abschnitt des Buches wird ein Selbstbild der Türken aus den Ländern China, Indien, über Ägypten, Anatolien, der Ägäis, Italien mit den Etruskern, dem Iran, Zentralasien über die Chaldäer, Elamiden und Assyrer extrapoliert, indem sie verkünden, dass deren Zivilisation und Kultur ursprünglich von ihnen erschaffen wurde. Auf diese Weise seien die Zivilisationen in China, Indien, Mesopotamien, Ägypten, Ägäis, Italien, Anatolien und Iran entstanden und von den dortigen Völkern weiterentwickelt worden.

Ein solches Geschichtsbild ist Ausdruck einer schweren Regression, in der es zu einer Wiederbelebung von Denkfiguren aus kindlichen Zeiten kommt. In ihnen hängte der Vater als Supermann auch schon mal den Mond an den Himmel, und auf diese Weise haben die türkischen Supermänner alle Kulturen der Welt erschaffen, in denen es harmonischer, vertrauter, und gemütvoller zugegangen ist.

In dem Kapitel der Betrachtung der türkischen Kulturgeschichte in Zentralasien geht es jedoch um die eigenen Wurzeln: Die Geschichte der türkischen Rasse ist ein Resultat der geografischen Bedingungen Zentralasiens. Die Vertrocknung dieses Gebietes hat für das historische Schicksal der türkischen Rasse zu einigen wichtigen Konsequenzen geführt:
1.   „Ein Teil wurde gezwungenermaßen zu Nomaden. So wurde das Nomadentum zu einer Notwendigkeit. Unter günstigen klimatischen Bedingungen zeigten die Türken niemals eine Neigung zu Nomadentum.
2.   Die Tatsache, dass das Land teilweise zur Steppe wurde, teilte die Türken in zwei Gruppen, die sich in lebenswichtigen wirtschaftlichen Interessen voneinander unterschieden.
3.   Die schwierigen Lebensbedingungen auf den Steppen und das im Gegensatz dazu stehende Bevölkerungswachstum der Türken führte zu der Tendenz, in Richtung Westen und Süden zu ziehen und so neue Heimatgebiete zu suchen.
4.   Für Wanderbewegungen musste man organisiert sein. Auf diese Weise entstand bei den Türken Militär- und Ordnungsgeist. Das Bedürfnis nach Ordnung verwandelte die Türken zu einer staatstreuen Nation.
5.   Während der Eroberungszüge in Richtung Westen und Süden stellten die Steppentürken die vor ihnen liegenden fruchtbaren türkischen Ländereien unter ihren Gehorsam.
6.   Sie zwangen andere Bevölkerungen zur Teilnahme an diesen Eroberungszügen. Für den Erfolg war es nötig, auch von technischen Kenntnissen und Fertigkeiten der bereits kultivierten Türken zu lernen.
7.   So sah sich die fruchtbare türkische Zivilisation den wellenartigen Zügen der aus dem Norden kommenden Türken ausgesetzt“.

Nun, lieber Herr und Frau Gust, wir wissen aus der persischen Literatur von Firdausi und von den Orchoninschriften, dass die Türken ursprünglich Nomaden waren. Ein daraus sich entwickelnder Ordnungsgeist der Organisation einer Wanderbewegung entstammend, zeugt vom Unverständnis des Schreibers. Denn reichhaltige Viehweiden bestimmte das Nomadenleben und nicht ein abstraktes Ordnungsprinzip.

Da nach den türkischen Geschichtsthesen die Türken die Quelle aller Kulturen und Zivilisationen auf der Welt sind und alle Welt eigentlich türkischen Ursprungs ist, mussten die Türken selbst bei der Eroberung Armeniens „türkische Ländereien” besetzen. Wenn wir die alten Landkarten betrachten, sehen wir, das Ostanatolien das ursprüngliche Armenien ist. Dass sie Armenien zu türkischen Ländereien erklären, ist wiederum der Abwehr geschuldet. Sie radiert aus, dass einst Armenier dort gelebt haben, aber da, wo keine Armenier gelebt haben, können auch keine umgebracht worden sein.

Lieber Herr und liebe Frau Gust, wir sehen den Wunsch, ein edler, kultivierter, rücksichtsvoller, ordnungsliebender, staatstreuer, gehorsamer und ritterliche Türke zu sein, hat sich im neuen „Türke-Sein“ durchgesetzt, weil die türkische Massenregression im Dienste der Abwehr von Schuldgefühlen den Verstand und die Realitätsprüfung auf der Strecke ließen.

In jeder Nationen-Werdung sind vergleichbare Konstrukte zu finden. Schauen doch auch andere Völker, peinlich berührt, in die Kinderstube ihrer Nation, in denen es auch größenwahnsinnige Entgleisungen gab. Doch diese Entgleisungen haben die Völker in Europa überwunden, nur die Türken konnten mit ihrer institutionell abgesicherten Regression in der Militärdiktatur eine realitätsprüfende Selbsthistorisierung nicht erreichen.

Lieber Herr und Frau Gust, deshalb schlief der größenwahnsinnige Gestus, – in jeden Hinterhof Kreuzbergs einmal am Tag zu hören- dass „ein Türke mehr wert sei als tausend andere Menschen“, nicht ein.

Wenn sie die Website aus dem Jahre 2001 der türkischen Botschaft betrachten, dann stoßen sie in ihrer Selbstdarstellung auf eine 80 Jahre währende narzisstische Verzückung. Unter anderem werden dort die Türken als „ein 4000 Jahre altes Volk mit einer glänzenden Geschichte“ bezeichnet.

Man kann darüber streiten, ob sich hier nicht unbewusst die Pinkelolympiaden kleiner Jungens in den Text vorgedrängt haben. Es fehlen einfach 2600 Jahre, die dokumentarisch nicht belegt werden können, denn die heutigen Ursprünge der Türken lassen sich bis zum 6. Jahrhundert n u.Z. zurückverfolgen. In chinesischen Quellen tauchen die „T`u-küe” im Jahre 532 n.u.Z. das erste Mal auf.

Weiter heißt es auf der Website: „[…] Der türkische Gelehrte Ebu Reyhan el-Bīrūni machte diese Periode zu einer der wichtigen innerhalb der islamischen Kulturgeschichte und schrieb in dieser Zeit (1009) durch den Poeten Firdevsi das berühmte Werk Tehname.“

Abu I-Qasim Mansur Firdausi lebte um 940 in Tos bei Chorasan und später bis 1021 unter der Herrschaft der Buyiden, einem iranischen Herrschergeschlecht, deren Nachkommen die Zaza in Ostanatolien unter Befehl Atatürks 1937/38 in einem vierten Völkermord der Türken auszurotten versucht wurde.

Die persische Sprache war bereits seit dem 9. Jahrhundert zur dominierenden Kultursprache der Region geworden. Dazu gehört als eindrucksvolles Beispiel seine „Schahnama“. Es ist das persische Nationalepos mit 60.000 Doppelversen und das bedeutendste mittelpersische Werk. Firdausi ist unter dem Schutz der buyidischen Dynastie, als Retter der persischen Kultur, zum Retter der iranischen Sprache geworden. Er schreibt in einem Epos: „Im immerwährenden Kampf gegen den Erzfeind Turan kämpfen Heldengestalten unter Einsatz ihres eigenen Lebens für ihr Land.“

Sundermann übersetzte ins Deutsche:

Da lachte Nariman: Was schreist Du wie ein Narr?
Nicht Prahlerei gilt hier, hier gilt nur Kampfgeschick.
Ich werde Dein Gehirn, du Wicht von einem Feind
den Geiern in der Wüste werfen, vor zum Fraß.
Der Pfeil fand seinen Weg und schoss genau ins Ziel.
Er traf des Türken Haupt, der tot zu Boden fiel.

Nach dieser Faktenlage ist es zulässig zu behaupten, dass die Türkischen Geschichtsthesen die Selbstdarstellung der türkischen Botschaft beeinflussten, als sie den persischen Schriftsteller Firdausi und den persischen Wissenschaftlers El Bīrūni türkten. Dass das türkische Konsulat sich im Jahre 2001 auf eine Quelle bezog, in der die Türken als Inbegriff des dummen und großmäuligen Feindes gekennzeichnet werden, lässt vermuten, dass sie das Nationalepos nicht kennen.

Liebe Familie Gust, die türkische Botschaft offenbarte weiter ihr besonderes Geschichtsverständnis:

Die Herrschaft der Gökturken wurde im Jahre 745 durch die Uyguren beendet, die demselben ethnischen Stamm entsprangen. Auf diese Weise zerstreuten sich all jene Türken, die unter dem Banner der Gökturken zusammenströmten, unter dem der Uyguren. Das landwirtschaftliche Becken, in dem sie lebten, wurde als Turkestan bekannt. Im Jahre 1229 beendeten die Mongolen die Herrschaft der Uyguren; jedoch wurden die Uyguren ihre kulturellen und politischen Mentoren.

Der große Orientalist Joseph Hammer Purgstall schrieb in seiner „Geschichte des Osmanischen Reiches auf Seite 51, über das Jahr 1229.” Als Dschengis – Chan verheerend in das Land jenseits und diesseits des Oxus einfiel, flüchteten die Gelehrten aus den rauchenden Trümmern ihrer Bibliotheken und Akademien nach dem äußersten Westen Asiens zu Keikobad, bey ihm den Unterstand und Schutz suchend, den ihnen Chuaresm – Schah nicht mehr gewähren konnte, und die Literatur wanderte von den Ufern des Oxus an die des Ionischen Meer aus…

Martin – zitiert nach Gunnar Heinsohn, in seinem „Lexikon der Völkermorde“- beschreibt den Vorgang so: „In diesem Eroberungskrieg von Dschingis Khan spricht die Geschichtswissenschaft von 10 bis 15 Millionen Ermordeten… Seine Regel, nach einem Sieg niemals einen Feind in seinem Rücken zu belassen, führt zu einer ungeheuren Ausmordung auf seinem Einigungs- und Eroberungszug. Die Eliten der Gegner – und vormaligen Alliierten – wurden grundsätzlich umgebracht“.

Dass die Elite der Uyguren beim türkischen Botschafter 2001 zu den politischen und kulturellen Mentoren des Volkes seiner Mörder aufsteigen kann, geht auf das Konto der Verkehrung in ein Gegenteil und die Verwandlung des Türken in ein Opfer. Denn in der Wiederkehr des Verdrängten verwandeln sich die Opfer in einer Verschiebung in geistig Überlegene, was die Armenier auf Grund ihres Bildungsgrads ja auch waren. Gleichzeitig wird in der Darstellung der Botschaft die moralische Erbärmlichkeit der Täter in ihrer Grausamkeitsarbeit verharmlost.

Das bis dahin existierende Geschichtsbild in der Selbstdarstellung der türkischen Botschaft in Berlin verdeutlicht, dass die Türken den Zugang zur eigenen Geschichte verloren haben. Deshalb bietet Ihre Arbeit, Herr und Frau Gust, einen realistischen, wenn auch beschämenden Zugang, weil mit dem osmanischen Sprachentod der Weg zu den eigenen Wurzeln nicht mehr gefunden werden kann.

Dieser Sprachentod, seit der Sprachreform 1928, vom türkischen Militär überwacht, stand im Dienste der Verleugnung der Grausamkeitsarbeit der Hamidiye-Regimenter im Völkermord. Doch auch im – in Ankara entwickelten – Curriculum für den muttersprachlichen Unterricht türkischer Kinder in Berlin Kreuzberg oder Bottrop dominieren Grandiositätsphantasmen noch heute. Sie lernen, dass der große Sultan, den Griechen, den Bulgaren, Serben und Ungarn ein Land schenkte, als ob es keine Balkankriege, keinen Wiener Kongress, kein zusammengebrochenes Osmanisches Reich, keine Völkermorde und keinen verjagten Sultan gegeben hätte.

Deshalb konnte Präsident Erdogan unlängst einer staunenden Welt verkünden, dass die Türken die Entdecker Amerikas seien. Er bezog sich dabei auf den Kartographen Piri Reis, der 1521 eine Karte der Welt anfertigte, die das auf osmanisch beschriftete Kartenmaterial über Südamerika, das „Cülümbüs“ auf seiner Fahrt benutzte, mit einbezog. Diese hatte sein Vater als Pirat in einem geenterten Schiff des „Entdeckers Amerikas“ gefunden. Man könnte einfach sagen, dass der Stichwortgeber des Präsidenten der Türkei einen Bock geschossen hat. Jedoch der Präsident als reinkarnierter Sultan und damit „Beherrscher der Welt“ sich vorführend, konnte dies nicht kritisch hinterfragen, als er die türkische Entdeckung der „Neuen Welt“ verkündete, weil er in der Schule lernte und deshalb davon überzeugt ist, dass alle entscheidenden Kulturleistungen türkischen Ursprungs seien.

Die Türkei macht sich auf diese Weise in der Welt ungeheuer lächerlich und beschämt ihre eigenen Bürger. Deshalb ist die Arbeit über den Völkermord an den Armeniern von Ihnen, Wolfgang und Sigrid Gust, so kostbar. Weil die Aktenstücke des Auswärtigen Amtes – inzwischen auf Türkisch erschienen –, von den Türken selbst gelesen werden können. Auf diese Weise kann die entsetzliche Blutspur des eigenen Volkes in den psychischen Haushalt integriert werden, und deren Verleugnung mit all den daraus resultierenden Kuriositäten aufgegeben werden. Damit können die Türken sich von den von mir dargestellten Phantasmen befreien, und Ihre Arbeit kann ihnen dabei behilflich sein.Auch die Großmütter helfen dabei, wenn sie auf ihrem Totenbett den Enkeln ihre armenische Identität offenbaren. Beide brauchen diese Wahrheit. Sie brauchen sie deshalb, weil das Trauma ihrer Großmütter unbewusst weitergegeben auch in ihrer Psyche haust und so tragen sie die Unerträglichkeit eines Völkermords in sich, der in der türkischen Gesellschaft geleugnet wird. Diese Leugnung stigmatisierte sie zu Verrückten. Dieser innerpsychische Spagat zwischen dem Gefühl der Minderwertigkeit, ohne Lebensrecht existieren zu müssen, und dem Grandiositätswahn in der Identitätspolitik der Kemalisten konnte von den Nachkommen der über einhunderttausend Großmütter nur neurotisch verarbeitet werden. Derzeit entsteht in der türkischen Gesellschaft ein schmerzlicher Prozess, an Stelle des alten Schmerzes. Er dient jedoch diesmal der Heilung der Spannung zwischen einer transgenerationell unbewusst weiter gegebenen armenischen, aramäischen und griechischen Identität und dem Konstrukt aus der türkischen Identitätspolitik. Dazu haben Sie, Wolfgang und Sigrid Gust, beigetragen und es wird ihnen gedankt werden, dass sie das ermöglicht haben.

Die Aktenstücke zu lesen war für mich schauderhaft, weil sie mich traumatisierten, mir bis heute den Schlaf rauben und mich bis in die Träume verfolgten. Ich kann mir vorstellen, dass es Ihnen nicht leichter von der Hand gegangen ist, sie zu lesen, um sie in den Einführungen zu den Aktenstücken richtig einordnen zu können. In diesen Abgrund der Barbarei zu schauen, verletzt die eigene Seele. Trotzdem diese Unterlagen der Forschung zugänglich gemacht zu haben, ist Ihr großer Verdienst. Denn sie erleichtern das Ringen um Anerkennung der armenischen Katastrophe als Völkermord. In der Konvention der Vereinten Nationen über die Verhütung und Bestrafung des Völkermordes aus dem Jahre 1948 wurde Völkermord als eigenständiges Verbrechenskategorie eingeführt und damit verkündet, dass jedes Volk ein Lebensrecht besitzt. Sie haben entschieden, dass Völkermord ein so großes Verbrechen ist, dass es die Weltgemeinschaft zwinge, das bedrohte Lebensrecht eines Volkes zu verteidigen. Die Deutschen als Verbündete, die Franzosen, die Italiener, die Engländer als Besatzungsmächte im Rumpfland der Osmanen, wie aus den von Ihnen digitalisierten Unterlagen des Auswärtigen Amtes hervorgeht, haben zugelassen, dass im Osmanischen Reich und in der Türkischen Republik Völkermorde geschahen. Damit konnten die Völker sich mit der genozidalen Politik in der türkischen Nationenwerdung identifizieren. Sie sind heute – moralisch durch die Konvention – gezwungen, die Verbrechen als Völkermord anzuerkennen. Sie müssen es deshalb tun, weil die Konvention keine Gültigkeit für die Zeit des Völkermordes an den Armeniern haben kann. Deshalb müssen die Parlamente der nationalen Gruppen das Lebensrecht der Armenier in der Anerkennung als Völkermord den Nachfahren zurückgeben. Die deutschen Parlamentarier verwiesen zwar 2005 in ihrer Resolution auf „zahlreiche unabhängige Historiker, Parlamente und internationale Organisationen, die Vertreibung und Vernichtung der Armenier als Völkermord“ bezeichnen, lehnten es aber selbst ab, ihn als solchen anzuerkennen.

Sie haben sich, vermutlich in Unkenntnis der Brisanz des Lebensrechts der Armenier, das sich hinter der Anerkennung verbirgt, Verhandlungsmöglichkeiten mit der türkischen Regierung nicht erschweren wollen. Für die Armenier ist ihr Lebensrecht nicht verhandelbar. Solange sie dies von den Nationen nicht gespiegelt bekommen, müssen sie fürchten, dass sich diese Geschehnisse wiederholen. Alle Völker, die das Lebensrecht durch die Anerkennung der armenischen Katastrophe als Völkermord nicht zurückgeben, binden die Nachkommen der Überlebenden zwanghaft an eine quälende Vergangenheit.

Jedoch haben Sie, Wolfgang und Sigrid Gust, diesen zwanghaften Mechanismus zumindest für die Deutschen mit Ihrem Lebenswerk durchbrochen. Dafür danke nicht nur ich Ihnen.

Posklejana historia ludzkości

Meine Lieben Deutschen Leser! Unten gibt es auch Beitragsteile auf Deutsch!

Ewa Maria Slaska

…czyli pisanie z doskoku i cytatami o śmierci na morzu, trzęsieniu ziemi, upadku imperiów i zamykaniu bram

Gdy pisałam wypracowania, Mama zawsze mi radziła, żebym jak najczęściej korzystała z cytatów. Bo wtedy, mówiła, przynajmniej część tego, co napiszesz, będzie dobrze napisana. Po latach, już w Niemczech, odkryłam, że Walter Benjamin poważnie rozważał projekt napisania książki złożonej z samych cytatów. Nie pamiętam, do czego jemu miałoby to służyć, ale ja, jego czytelniczka po pół wieku, zobaczyłam w tej metodzie sposób na obejście raf i barier języka niemieckiego. Wycinałam cytaty z gazet Die Zeit (czas) i Der Spiegel (lustro) i chciałam ułożyć opowieść o życiu polskiej imigrantki w Niemczech w latach 80. Miała się nazywać W lustrze czasu. Estetycznie efekty były niezłe, i oczywiście z daleka pachniały anonimowym donosem, i to było dobre, chciałam być anonimem, który donosi na Niemców. Ale opowieść sklejana z cytatów nie mogła mnie zaprowadzić tam, dokąd chciałam dojść, bo autorom, z których wycinałam fragmenty zdań brakowało doświadczeń, o których jako emigrantka chciałam napisać. Na przykład nikomu z nich nie pobrano odcisków palców. W każdym razie nie pisali o tym. Gdy zgłosiłam się na policję, aby złożyć podanie o azyl polityczny (był rok 1985) wykonano mi zdjęcie en face i z profilu oraz pobrano odciski palców. Może gdzieś jeszcze są, bo jeśli 30 lat temu Niemcy uznali, że imigranci muszą zostać zarejestrowani jak więźniowie, to musiała im przyświecać myśl o tym, że jeszcze kiedyś okażemy się podejrzani. A takie prawdopodobne kiedyś nigdy się nie kończy.

Wtedy chciałam napisać o tym, że gdy kolejka mija nieczynne, czarne stacje na terenie NRD, do pociągu wsiada policja zachodnioberlińska i sprawdza dokumenty pasażerów. Ale nie wszystkich, niektórych. A ja, mimo iż moje dokumenty są zasadniczo w porządku, choć niezbyt wysokiej jakości, oddycham z ulgą, gdy się okazuje, że kontrola dotyczy tylko pasażerów o ciemnej skórze. A potem pluję sama na siebie, gdy pomyślę, że tak to musiało wyglądać w czasie wojny, gdy aryjscy panowie świata wyłapywali tylko Żydów. Uczucie ulgi, a potem dojmujący wstyd. A może tylko uczucie ulgi.

Jest jeszcze gorzej. Minęło 30 lat, piszę te zdania w pociągu z Warszawy do Berlina. Mijamy granicę, wsiada niemiecka policja graniczna i kontroluje paszporty pasażerów o ciemnej skórze. Mam papiery w najlepszym porządku i mój status na ziemi niemieckiej jest w najlepszym porządku (a wtedy przed 30 laty nie był, a w każdym razie ja nie byłam tego pewna), nie muszę oddychać z ulgą, pozostaje tylko dojmujący wstyd. Bo ta policja szuka imigrantów z Afryki i Azji, tych nieszczęsny biedaków, którzy od południa i wschodu szturmują mury twierdzy zwanej Europą. Czasem przypływają statkami, czasem toną, właśnie utonęło ich 800, w tym kobiety i dzieci. Czasem docierają do nas przez Bałkany, czasem z Rosji, czasem zostają w Polsce, ale większość z nich podąża dalej, do tajemniczego kraju zwanego ألمانيا, ਜਰਮਨੀ, જર્મની, o którym zapewne gdzieś daleko starcy opowiadają legendy, a młodzież śpiewa pieśni.

To ci sami, którzy przed wiekami przychodzili do równie tajemniczego Rzymu, podchodzili do granicy na Dunaju, stali tam i pokornie czekali, aż ktoś im powie, że mogą wejść. I póki ów Rzym ich wpuszczał, póki mogli się osiedlać w jego granicach, zarabiając na swój udział w bogactwie i przywilejach, póty był spokój, Imperium dostawało legionistów, a osiedleńcy wysyłali wici do pobratymców, że tak, że tu jest dobrze i każdy ma pełną miskę prosa, i żeby przybywali. Aż kiedyś Rzym nie wpuścił Wizygotów za limes, bo skąd mógł wiedzieć, że tam, ze Wschodu już naciera Atylla wódz Hunów, który wybił co do nogi Ostrogotów, i przed którym Wizygoci zdecydowali się uciec. A Rzym ich nie wpuścił za Dunaj, co zamieniło pokojowe wędrówki w rzeź i podbój, i od momentu, gdy 24 sierpnia 410 roku Wizygoci siłą wdarli się do Rzymu po podboje Longobardów w latach 552-567 już nic innego nie było, tylko rzeź i mord.

Czasem zresztą to nie wojna tylko kataklizm wygania przybyszów z ich krajów, tak jak trzęsienie ziemi w Nepalu, gdzie po kilku dniach zaczęły się bójki o wodę, a po tygodniu polowanie na niewolników.

Wydaje mi się, że właśnie tu się znajdujemy, że Państwo Islamskie i Putin to tylko flanki tego, co już ruszyło na Europę, i wystarczy jedna nieopatrzna decyzja, a zaleje ją i zmieni na zawsze. Poprzednie wędrówki ludów, te sprzed półtora tysiąclecia, zniszczyły wszystko, co stworzyła starożytność i trzeba było tysiąca lat, żeby przemóc czarne wieki i wrócić do świata wysublimowanej kultury, eleganckich obyczajów, dobrego jedzenia, skutecznej nauki, efektywnej gospodarki i rozumnej władzy, a przede wszystkim do myśli społecznej, która głosiła, że zadowolony niewolnik pracuje lepiej niż głodny i katowany.

statekuciekinierzyKażda wiadomość może się w symbolicznym sensie okazać ostatnia.
Libię opanowała mafia przemytników, zajmująca się przerzutem arabskich uchodźców do Europy. Uciekinierzy na kutrach, łodziach i pontonach płyną w kierunku Włoch i przybyło ich tam w ostatnich tygodniach 11 tysięcy. W połowie kwietnia jeden z takich statków zatonął, zabierając w ostatnią podróż 800 uciekinierów.

Módlmy się za nich, módlny się za Nepalczyków i módlmy się za nas! Albo może wyślijmy pieniądze na budowę szpitala lub na telefon, który mógłby im uratować życie.

Nepal Help
Das Erdbeben in Nepal hat eines der ärmsten Länder der Welt getroffen. Zehntausende Menschen haben ihr Obdach verloren, sind in großer Not und Verzweiflung. Sie brauchen schnellstmöglich Hilfe.Bitte helfen Sie mit Ihrer Spende für Nothilfe und den anschließenden Wiederaufbau!

Spenden
Was haben wir mit den Toten im Mittelmeer zu tun? Nichts. Sie sind weit weg. Sie sind selbst Schuld. Andere sind schuld, an ihrem Tod. Die Menschen, die übers Meer wollen, und mehr wollen, sind fremde Verdächtige.Die Angst schlägt Wellen. Die Ängstlichen haben das Sagen, versperren die Grenzen und die Herzen, mit Leichenbittermine.Ein Mittelmeer und keine Mittel mehr um Menschen zu retten.Die einen ertrinken im Meer, die anderen im Überfluss. Beiden kann geholfen werden.Wenn das Boot voll ist, bringen wir es zum sicheren Ufer, und alle werden gerne aussteigen.

Es gibt nur eine Menschheit. Auch die, die weit weg sind, sind uns ganz nah,

in ihrem Streben nach Glück und nach Leben

und in ihrer Verletzbarkeit.

Europa soll kein Friedhof sein, sondern eine Hoffnung, eine neue Heimat für die, die alles verloren haben, Warmherzigkeit.

Eine Schleife, schwarz und blau, stecken wir uns an, als Zeichen:

Die im Mittelmeer ertrinken, sind nicht „die Anderen“. Es sind unsere Toten.

Wir trauern um sie.

Anne Frisius und Sabine de Martin

Die Schleifen verschicken wir gegen Spende. Ihr könnt sie euch auch selbst machen, mit zwei Schleifenbändern, schwarz für Trauer, blau für Mittelmeer, ca. 6 mm breit.
Bitte verbreitet diese Mail und die Schleifen. Danke!
Und liebe Grüße von uns.

Bestellung: mittelmeerschleifen@freenet.de
Spenden an:
Sabine de Martin, Stichwort: Mittelmeer Schleifen
Ktonr. 2041 6716 00
BLZ 4306 0967 (GLS Bank)
BIC: GENODEM1GLS
IBAN: DE41 4306 0967 2041 6716 00
Nach Abzug der Material-/Versandkosten geben wir die Spende weiter an das Alarm Phone
Die Alarm-Phone-Initiative hat eine Hotline für Flüchtlinge in Seenot eingerichtet http://www.watchthemed.net/

Sady Pradziadka i majowe okolice

Andrzej Rejman

Dziś Trzeci Maja, wszędzie widać flagi, dzień podniosły, ale spokojny, majowy. W mieście cisza, wszyscy na majówce, słońce dopisuje, choć dosyć zimnawo, prawdziwa wiosna powoli, trochę nieśmiało zaznacza swą obecność.

Zrobiłem kilka zdjęć.

maj_3maj_2 maj_1***

Wieczór. Ruch duży. Powroty z majówki.

Wciąż 3 maja, refleksja nad Polską, ale bez przesady – żeby nie wpaść w nadmierne rozmyślania. Po prostu – w razie czego – działać.

Trochę tak, jak w dzisiejszych czytaniach: “…nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą! …” (1 J 3)

***
No to zobaczmy co działo się kiedyś w maju:

Babcia moja – Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka (1890-1975) pisze: (zapiski codzienne w “Kalendarzu Marjańskim” 1922-1939, nie publikowane, styl i pisownię zachowuję bez zmian)

maj (1926)

Deszczyk majowy, to jak łzy dziecięce, porosił, popłakał i nie płacze więcej.

12-go – Piłsudski następuje na Warszawę, zamach stanu.

14-go – siedzimy siedem godzin w piwnicy w czasie nawiększej kanonady, brania lotniska i wystrzałów karabinów maszynowych po Rakowieckiej.

W dom nasz trafiło osiem kul.

maj (1928)

13-go obchód 35-lecia ślubu Stankiewiczów, na spółkę z rodziną kupiliśmy im lampę.
Oprócz tego kupiliśmy im różową azalię – sobie – białą.

17-go byliśmy z Julcią w kinie na “Wróbelkach” z Mary Pickford.

20-go były dzieci u Julci na czekoladzie.

25-go byłam u p. Kowalczykówny* w sprawie Julci. Zgodziła się ją przyjąć do swojej szkoły.
Nadzwyczaj sympatyczna.

* szkoła żeńska J.Kowalczykówny i J.Jawurkówny w Warszawie (dop. mój)

maj (1929)

Czytam “Świat Kobiecy” Marii Grossek Koryckiej
Niezmiernie mi się podoba, jest mądra, poetyczna, i cudownie prawdziwa

3-go w ogrodzie zoologicznym z Kazikiem

8-go u Jasiów

10-go Baniewiczowa,

Określenie marnotrawstwa – “Hulki, hulki, potem bez koszulki”.

maj (1930)

Byliśmy na dźwiękowym filmie “Moralność Pani Dulskiej”
Ładne melodie Różyckiego. Batycka jest wspaniała.

Potem byliśmy na filmie “Wołga Wołga” – śliczny, doskonały.

Kupiliśmy węgla pół tony = 500kg za 30 złotych.

Jedna miara kartofli kosztuje 1 zł. 20 groszy, jaja po 15 groszy.

maj (1931)

10-go Byliśmy (dzieci i ja) na przedstawieniu “Za siedmioma górami” w teatrze “Jaskółka”.
Dekoracje bardzo prymitywne, stylizowane w stylu ludowym. Takie sobie.

9,10,11 – robiłam wywiady (kolonie dla dzieci), w jednej rodzinie poczęstowali nas wódką!!!!
Musiałam wypić pół kieliszka, by nie obrazić biedaków.
Zrobiłam 26 wywiadów. Bolą nogi.

maj (1932)

6-go został zabity prezydent francuski Paul Doumer

maj (1933)

8-go wybory nowego Prezydenta. Został wybrany ponownie prof. Ignacy Mościcki.

maj (1934)

1,2,3 Śliczna pogoda. Trwa gorąco. Strasznie sucho.

3-go byliśmy u Aliny.

5-go z Kazikiem u dr Korsak, zapisała phosphit z żelazem, jak najlżej ubierać.

6-go byłam z Kazikiem, Zosią i Haneczką na przedstawieniu klasowym i loterii. Julcia wygrałą brudną, podartą, jedwabną chusteczkę, Kazik – obsadkę i tenisówkę.

9-go byli Jasiowie.

12-go Julcia była na wieczorku u pp. Morozewiczów, do domu wróciła o 4-tej.

13-go niespodzianie przyszła c. Misia, która zatrzymała się na jeden dzień w Warszawie, jadąc do Lipna do swojej kuzynki Woyczyńskiej. Jeździłyśmy z nią na Żoliborz, ale ani Mani Mickiewicz., ani Baniewiczowej nie zastałyśmy w domu.

Małpa-szympans – Jędrzejewicz nareszcie wyleciał z premierostwa, może teraz kryzys zacznie maleć, oswobodzony z pod jego cięzkiej łapy. Premierem jest prof Kozłowski, na koniec człowiek wysoce inteligentny, a do tego archeolog-geolog. Hurrrrra!!!

maj (1935)

1-go Oziębiło się bardzo

2-go Zima w całej pełni, zawieja śnieżna przy1 śniegu nawaliło moc, biedne bzy zginają się pod ciężarem, śnieżne okiście i podwiędłe liście zwieszają się smutnie z kasztana, tulipaniki pogrążają się stopniowo w puch śnieżny

12 maja – umarł Marszałek Józef Piłsudski. Byliśmy w Alejach Ujazdowskich w czasie eksportacji zwłok z Belwederu do Katedry. Było już prawie ciemno. W nocy z 16 na 17 go chodziliśmy do Katedry, ale już nie trafiliśmy gdyż o 12 tej zamknęli. W nocy lał deszcz.

17-go patrzeliśmy z góry Instytutu na uroczystości żałobne na Polu Mokotowskim.

W czasie defilady ostatniej przed Marszałkiem na Polu Mokotowskich niebo pokryło się złowrogimi chmurami, a zaraz po ukończeniu salw armatnich rozległ się grzmot i rozpętała się burza. Wkrótce po uroczystościach zmarł na udar serca wiceprezydent Warszawy – Zawistowski, inż Balcerski, który zawiadywał urządzeniem Pola Mokotowskiego – spadł samolotem w Ameryce w czasie nabożeństwa żałobnego p Marszałku.

maj (1936)

12-go Warszawa w głębokim nastroju obchodziła rocznicę śmierci Marszałka.
Dzień też był całkiem żałobny, pochmurny i płaczący.

13-go Kazik jeździł z wycieczką szkolną do Modlina statkiem, wrócił do domu o pierwszej w nocy.

20-go Byłam z Kazikiem u laryngologa w klinice na Litewskiej.

28-go z Kazikiem u laryngologa Szymańskiego (Lecznica Nowy Świat 21)

w końcu maja kot Puk wyszedł z domu i więcej nie wrócił!

maj (1937)

7-go u dra Fisza.

8-go u okulistki, były p. Moszczyńska z córką Wandzią

14-go C. Ola wyjechała do Ostroga. Boleś sprzedał dom.

22-go byli “Rafułkowie”, Władek, Mickiewiczowa, potem Budelcia.

23-go umarła Piotrowska, żona woźnego z chemii.

25-go przyjechał Ignal

30-go byliśmy w Wawrze

maj (1938)

1-go była p. Olga, a potem my oprowadzając ją w Waszkańcach.

7-go wyjechałam z Raju i przyjechałam do Warszawy.

11-go przyjechał Dziadunio Adam Hrebnicki – Profesor

13-go wyjechał

20-go byłam u okulistki

21-go …u d-ra usznego (przepłukiwanie uszu)

znalazł się cudownie pierścionek z granatem, którego szukałam rok cały.

22-go imieniny Julci, moc bzu, konwalii, niezapominajki, maczki pomarańczowe i żółte, białe i różowe. Moc ciastek, 7 osób gości, dwoje dzieci z nimi.

27-go byłam z Julcią na majowym nabożeństwie, lodach włoskich i na filmie “Wrzos” wg Rodziewiczówny.

30-go Staś wyjechał na letnie roboty.

maj (1939)

1-go wyjechał Ojciec Profesor, byli Krzyżkiewiczowie z psem. Krzyżkiewicz przyniósł Julci czekoladki wygrane i robił fotografie.
P. Marychna całowała się i ściskała z Dziaduniem, mówiąc, że ma śliczne oczki.

7-go byliśmy z Krzyżkiewiczami na “Hamlecie”.

8-go była c. Misia, Tyszkiewicz i Łaszkiewicz z Tomkiem.

9-go był Władek, Krzyżkiewiczowie wyjechali

12-go byłam u Baniewiczowej

13-go byłam w kuratorium i dowiedziałam się, że Kazika szkoła jest zlikwidowana.

18-go byłam u Baniewiczowej i razem z nią w kinie na “Banicie”.

19-go byłam u Aliny. Kazik zaczął korepetycje z uczniem IV klasy gimnazjum im. Żeromskiego.

22-go na imieniny Julci była MM z kwiatami, p. Zosia i p. Jadzia.

28-go byłam z Kazikiem na filmie ….. i z p. Wardęską na filmie “Wielki Walc”, śliczny, Strauss i jego walczyki.

________________________

Ileż to się działo w maju!!!! Nawet śnieg był!!!