Gen. Stefan Rowecki Grot

Roman Brodowski

Preambuła

rowecki-pomnik1Kolejny sierpień. Kolejny miesiąc pamięci, obfitujący w wiele jakże dla naszego narodu tragicznych wydarzeń, poczynając od dnia pierwszego, czyli wybuchu Powstania Warszawskiego, a zaraz potem trzeci sierpnia, dzień, kiedy prawdopodobnie wykonano wyrok śmierci na gen. Stefanie „Grocie” Roweckim w oranienburskim obozie zagłady – Sachsenhausen, nieopodal Berlina.

Przypomnę tu mój artykuł, opublikowany w ubiegłym roku na portalu „Polonia Viva” w którym starałem się w skrócie przypomnieć, lub nieco przybliżyć, postać tego wielkiego, (zdradzonego przez „Polaków”) polskiego patrioty jakim był gen „Grot”.

Dlaczego proponuję konkretnie ten, odgrzewany niby kotlet, a nie inny tekst? Dlaczego nie piszę czegoś nowego, inaczej, bogaciej? – Mądre pytania, które sam bym zadał autorowi, będąc na waszym miejscu. I jako autor, chętnie na nie odpowiem, rozważając dwa aspektów, mające wspólny mianownik – wyrażam bowiem sprzeciw i dezaprobatę dla tego, co od pewnego czasu dzieje się w sferze nauki historii, zwłaszcza naszej, będącej nie tylko dziedzictwem polskiego społeczeństwa, ale najważniejszym budulcem narodowej wspólnoty. Od zawsze, nie tylko jako Polak, ale przede wszystkim jako człowiek, traktowałem obowiązek pamięci jak sacrum. Dla ludzi mojego pokolenia a i dla pokoleń wcześniejszych szacunek oraz pamięć dla historycznych zdarzeń, które miały miejsce na przestrzeni wieków w naszej ojczyźnie, dla bohaterów naszego narodu, którzy swoją osobą złożyli siebie i swoje życie na ołtarzu honoru i patriotyzmu, jak też pamięć o naszych przodkach, jest i pozostanie obowiązkiem. Jest podstawą etyczno- moralnej i religijnej tożsamości w stosunku do nas samych.

Obelisk poświęcony pamięci gen. Stefana „Grota” Roweckiego przy obozie w Sachsenhausen

Nie zgadzam się na fałszowanie naszej historii, na poddawanie jej obróbce dla potrzeb tych, którzy nasz historyczno-kulturowy dorobek powoli zamieniają wedle szowinistyczno-nihilistycznych zachcianek swojego dyktatora.

Prawdą jest, że naszą historię od co najmniej zakończenia drugiej wojny światowej tworzyło się zgodnie z filozoficzno-politycznym nurtem czasu. Prawdą jest, że tworzyło się ją dla potrzeb ideologicznych i indoktrynacyjnych. Prawdą jest także i to, że w poprzednim systemie (delikatnie mówiąc) zrobiono wszystko, by nasze społeczeństwo znało historyczne tło tylko tego, co ten system i jego bohaterów gloryfikowało, wprowadzając do niego wiele nieprawdy, często fałszując fakty, ignorując, a nawet negując „innych” , którzy za swoją postawę powinni zająć miejsce w panteonie zasłużonych dla Ojczyzny.

Oczywiście IPN oraz inne instytucje powinny ujawnić prawdę i przekazać ją zgodnie z faktami społeczeństwu, nie wylewając przy okazji rewizji naszej historii , przysłowiowego „dziecka z kąpielą”.

Niestety, istota problemu tkwi w tym, że dzisiaj działania dużej części tzw. zideologizowanych i upartyjnionych historyków, oraz podległe rządowi instytucje

badawcze, z IPN włącznie, zamiast bezstronnie w rzetelny sposób, zgodnie z zasadami apolityczności, edukować nasz naród, przekazując prawdziwy obraz rzeczywistości historycznej, jak ich poprzednicy, niszczą wszelkie świadectwa minionej epoki.

Obawiam się, że to co dla mojego pokolenia przedstawiało i przedstawia pozytywną wartość historyczną, na naszych oczach, w dużej mierze zastąpywane zostaje nową symboliką, symboliką epoki „kaczyzmu” z jego ideologią włącznie.

Tak – doświadczenie niczego nas nie nauczyło, a wprost przeciwnie. Co niektórzy       (będący dzisiaj na fali) tzw. historycy nowej generacji, z pomocą wielu pseudodziennikarzy i polityków, popychają naród z jednej skrajności w drugą. Potwierdzają się słowa znanego niemieckiego filozofa Fryderyka Hegla , że

„Z historii narodów możemy się nauczyć, że narody niczego nie nauczyły się z historii” , i dotyczą … również nas.

Wracając do meritum mojego artykułu to – gen. Stefan Rowecki ps. „Grot” – jak na razie, jeszcze ma swoje miejsce w naszej pamięci, jeszcze nie został poddany ponownej weryfikacji i dlatego by zachować pamięć o Nim, pragnę przybliżyć jego sylwetkę , zwłaszcza że zbliża się kolejna rocznic jego tragicznej, męczeńskiej śmierci

Pod obeliskiem

Wraz z przyjaciółmi składamy kwiaty w imieniu Polaków przy obelisku gen. Stefana „ Grot” Roweckiego znajdującym się przy wejściu do obozu, w rocznicę (prawdopodobnego) dnia jego śmierci – 3 sierpnia.

Generał Stefan „Grot” Rowecki

Dla wielu historyków był on postacią tak barwną i ważną w historii naszego kraju, że co jakiś czas podejmują wezwanie napisania kolejnej jego biografii. I tak też powinno być. Należy on bowiem do tych osób, o których naród nasz nigdy nie powinien zapomnieć. Ten Wielki Polski Patriota całe swoje życie poświęcił walce o suwerenność, wolność i niepodległość naszej Najjaśniejszej.

Urodził się 25 grudnia 1895 roku w Piotrkowie Trybunalskim. Jako jedenastoletni chłopiec rozpoczął edukację gimnazjalną. Już 1911 roku dał się poznać jako dobry organizator i prawdziwy patriota, współtworząc pierwszą w tym mieście, tajną organizację skautów. W lipcu 1914, a więc w miesiącu rozpoczęcia pierwszej wojny światowej, rozpoczął kurs oficerski w Nowym Sączu, a po jego ukończeniu, pod koniec tegoż roku wstąpił do Legionów Polskich dowodzonych przez Piłsudskiego. Do sierpnia 1917 walczył w Pierwszej Brygadzie Legionów.

Internowany w obozie dla oficerów Legionów w Beniaminowie za odmowę złożenia przysięgi na wierność Cesarza Wilhelma II, doczekał  tam zakończenia wojny. W listopadzie 1918, po  utworzoniu niepodległego państwa polskiego, uczestniczył w rozbrajaniu okupantów niemieckich. Walczył w wojnie z bolszewikami, był szefem Oddziału II Frontu Południowo-Wschodniego i Grupy Uderzeniowej gen. Edwarda Rydza-Śmigłego.

Od 1918 roku porucznik Rowecki odbył wiele kursów oficerskich oraz pełnił ważne funkcje w strukturach wojskowych. Druga wojna światowa zastała go w Warszawie, gdzie pełnił służbę jako dowódca Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej. W Kampanii Wrześniowej, podporządkowany Armii Lublin, dowodził brygadą w obronie środkowej Wisły oraz w walkach pod Tomaszowem Lubelskim.

Po kapitulacji powrócił do Warszawy, gdzie rozpoczął działalność konspiracyjną jako zastępca Komendanta S.Z.P. W maju 1940 awansowany do stopnia generała dywizji. W tym samym roku został komendantem Okręgu Warszawskiego Z.W.Z  a następnie całego obszaru okupowanej Polski. Jako szczególnie groźny wróg III Rzeszy był intensywnie poszukiwany przez wywiad, SS oraz Gestapo. Na liście poszukiwanych był numerem jeden. Wykryty przez polskich agentów wywiadu radzieckiego, a następnie przez nich zdradzony, został wydany Niemcom przez agentów Gestapo działających w strukturach AK. Aresztowano go i osadzono w Alei Szucha 30 czerwca 1943 roku.

W połowie lipca 1943 roku przewieziony został do Berlina, gdzie stanowczo odrzucił niemiecką propozycję podjęcia współpracy na rzecz współdziałania przeciwko wrogom Rzeszy, między innymi Rosjanom. Za odmowę uwięziony został w obozie  koncentracyjnym  w  Sachsenhausen – jako więzień szczególny.

Ostatnie miesiące swojego życia spędził w całkowitej izolacji, w podobozie obozu, wybudowanym dla tak zwanych „gości honorowych” , noszącym niechlubne miano „miejsca kaźni”. Na rozkaz Himmlera (prawdopodobnie  z zemsty za rozpoczęte w Warszawie Powstanie), został zamordowany w nocy pomiędzy 2 a 5 sierpnia 1944 roku.

Prochy jego rozsypane i wymieszane z tysiącami innych zamordowanych w tym obozie, stały się dla niego grobem – Polskim Grobem na Niemieckiej ziemi.

Moi Synowie z polskimi przyjaciółmi przy obelisku poświęconemu zamordowanym księżom katolickim w obozie Sachsenhausen, podczas składania kwiatów podczas Dnia Zmarłych. Obelisk znajduje się 20 metrów obok obelisku poświęconego Stefanowi „Grot” Roweckiemu

Uwaga: Spotykamy się dziś o 12.30 na stacji S-Bahn Oranienburg

Estakada eschatologiczna

Tomasz Fetzki

Opuszczając ekspresówkę Librec – Praga i kierując się ku staremu miastu jechał Viator wciąż jeszcze dość szybko (siłą inercji, rzecz jasna!). Właściwie cudem tylko jakowymś go wypatrzył. Židovský hřbitov v Turnově. Nie spotkał dotąd na swym szlaku pątniczym takiego miejsca. Nawet paryski Cimetière de Montmartre z przecinającą go Rue Caulaincourt, choć w założeniu zbliżony, nie posiada podobnego genius loci. Takiemu do kompanii przydałby się geniusz poetycki. Jednak cóż robić? Jak się nie ma, co się lubi…

U bram Raju (Czeskiego, ale zawszeć…)

To nie most Sirat
Choć też w zaświat wiedzie
Dusze turnowskich szlifierzy
Granatów i jaspisów
Przez hałas ruchu ulicznego
Przebudzone
Hadesowym wiaduktem
Eschatologiczną estakadą
Ulatują, płyną, jadą

Zde odpočivá
Miláček rodiny:
Marketa Lauferova
1888-1903

Śpij, Marketko u bram raju
Nie daj sobie przerwać snu
Bo zaboli utracone
Piętnaście lat
Smutek zastygł
I zmienił się w romantyzm
Po co go tykać?

Samobójca z Cmentarza Tatarskiego

Ewa Maria Slaska

Już donosiłam, że piszę teraz książkę o tatarskim dziedzictwie rodzinnym. Przed kilkoma tygodniami pojawił się tu pierwszy wpis z serii, którą można by zatytułować “Tatarskie odpryski” – w trakcie poszukiwań i lektur co i raz pojawiają się tematy uboczne, których na pewno nie będę potrzebowała w książce, ale skoro się pojawiły, szkoda by było je całkiem zignorować. Takim tematem jest…

Mężczyzna z Cmentarza Tatarskiego w Warszawie

Lech Milewski pisząc o Powstaniu w Irlandii wspomniał ulicę Tatarską w Krakowie, co mi przypomniało, że w Lublinie jest Tatarski Majdan, a w Warszawie – nie tylko ulica Tatarska, ale i Cmentarz Tatarski, a nawet dwa: Muzułmański Cmentarz Kaukaski i Muzułmański Cmentarz Tatarski, oba zaliczane obecnie do zespołu zabytkowych cmentarzy wyznaniowych na Powązkach.

Cmentarz Kaukaski został założony w 1830 roku. Miał tysiąc m² powierzchni, a gdy się przepełnił w roku w 1867  powstał Cmentarz Tatarski, nieco większy – bo mierzył 0,5 ha, zaś obecnie zajmuje około 1 ha. Na Cmentarzu Kaukaskim są obecnie chowani uchodźcy z Czeczenii. Oba cmentarze były podczas powstania warszawskiego terenem ciężkich walk.

Na cmentarzach muzułmańskich chowani byli głównie muzułmańscy żołnierze carskiej armii stacjonującej w Warszawie. Później zaczęto grzebać tu innych muzułmanów. Są one miejscem spoczynku polskich Tatarów, głównie wywodzących się z obszaru Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jeszcze pod koniec XIX w. Cmentarz Tatarski podzielony był na część dla bogatszych (na prawo od wejścia) i część dla biedniejszych (na lewo od wejścia). Potem ten podział zarzucono z inicjatywy warszawskiego imama. Podczas I wojny światowej spoczęli tu zmarli w niemieckiej niewoli żołnierze carscy wyznający islam.

Przeglądam listę nazwisk osób pochowanych na obu cmentarzach. Niewiele. Na Kaukaskim Jan Buczacki, tłumacz Koranu, na Tatarskim – Jerzy Edigey (zm. 1983) – adwokat, działacz społeczny, autor powieści kryminalnych. Wikipedia podaje, że wywodził się z tatarskiej rodziny szlacheckiej, herbu Koryca, osiadłej na Litwie w XVI wieku. Przydomek i literacki pseudonim „Edigey” przyjął od imienia jednego z wodzów Złotej Ordy – Edygeja, który według legendy miał dać początek rodzinie Koryckich.

Na cmentarzu wyróżnia się nagrobek w kształcie minaretu z szarego kamienia na grobie Abduła Halika Usmi, zmarłego w wieku 29 lat dnia 13 marca 1932. Grób pięknie zdobiony, z wyrytymi strofami wiersza Zygmunta Krasińskiego pt. „Resurrecturis”: Mnóż ty się jeden przez czyny żyjące, / A będą z ciebie jednego — tysiące! Jest dziełem znakomitego warszawskiego artysty i mistrza kamieniarskiego, Bolesława Sypniewskiego.

Halik Usmi był Turkiem ze Stambułu. Używał przydomka bej, co znaczyło, że pochodził ze szlacheckiego rodu, w Polsce posługiwał się tytułem książęcym. W każdym razie napis na grobie głosi: Książę Abdul Halik Usmi. 1903-1932, co jednak może nie być prawdą, a niejaki Kamil Alijew (Камиль Алиев) twierdzi, że nie ma w annałach takiego kniazia.

Przyjechał do Warszawy na studia w Wyższej Szkole Handlowej, jednocześnie był kaskaderem. Jako woltyżer dublował kilka ról aktorskich w trudnych scenach w filmach polskiej produkcji. To dzięki temu poznał miłość swojego życia i… przyczynę śmierci. Halik zakochał się bowiem bez pamięci w Jadwidze Smosarskiej, słynnej divie przedwojennego kina polskiego. Porzucił dla niej swą muzułmańską narzeczoną. Teraz jednak sprawa nie jest jasna – bo jedna z opowieści o Haliku głosi, że aktorka odrzuciła amanta, druga – wręcz przeciwnie – że była mu nader przychylna i nawet rozważała przejście na islam. Coś się jednak poszło nie tak.

alikijadwinia

Był młody (choć wcale tak znowu młodo nie wyglądał), zamożny, przystojny i szybko znalazł dostęp do warszawskiego światka. Bywał w „Oazie”, znanej restauracji przy ulicy Wierzbowej, gdzie mógł może spotkać mojego wujecznego dziadka, tak jak i on – bywalca. Choć może nie, bo legenda rodzinna głosi, że dziadek bywał w “Adrii” i możliwe, że były to zupełnie różne kręgi. W „Oazie” działał kabaret, założony przez Juliana Krzewińskiego i Władysława Waltera, dancing i bar-grill room. Alkohol, kobiety, taniec i śpiew. Dochodziło do bójek między podpitymi gośćmi. Tak też się zdarzyło w sylwestra 1931 roku, gdy Halik wdał się w spór z majorem Sobolewskim i został przez niego postrzelony w szyję. Jedna wersja głosi, że poszło o honor pięknej aktorki, druga, że przystojny Turek flirtował (na odległość, na odległość!) z towarzyszką oficera. Sprawa stała się głośna i informowała o niej prasa w całej Polsce.

Możliwe, że była to prowokacja i że Halik chciał zginąć w pojedynku. Gdy się to nie udało, w kilka tygodni później zabił się strzałem z rewolweru. Była niedziela, wczesny ranek, 13 marca 1932 roku w Domu Akademickim przy ul. Akademickiej 5. Pokój 655.

Podobno to Smosarska miała ufundować nieszczęsnemu wielbicielowi piękny nagrobek na Cmentarzu Tatarskim.

Aktorka wyszła za mąż dopiero w roku 1935, w roku 1939 wyjechali oboje z mężem do USA. Powróciła do Polski w roku 1970. Podobno odwiedzała cmentarz i przynosiła kwiaty na grób Halika.

Uwaga, jeśli zechcecie odwiedzić cmentarze muzułmańskie w Warszawie, a właściwie tylko Cmentarz Tatarski, bo Kaukaski jest zamknięty na głucho i niedostępny, to musicie być stosownie ubrani, w strój zakrywający całe ciało. Kobiety muszą zasłonić włosy.

http://ciekawostkihistoryczne.pl/2012/02/09/serce-zaklete-w-kamieniu-historia-pewnej-smierci-i-pewnego-grobowca/#ixzz48EvIQgmI

http://kumukia.ru/article-82

 

Historia pewnego cmentarza

Dotychczas we “wpisach grobowych” zajmowały nas historie grobów i pochowanych w nich ludzi, ale oczywiście i same cmentarze mają swoją historię…

Izabela Lewandowska  

Gmina żydowska w Barczewie*

Powolne osiedlanie się kupców żydowskich na terytorium Prus Wschodnich datuje się już od XV w. Koleje ich losów są zmienne, raz ich przepędzano, innym znów razem pozwalano się im osiedlać, by płacili podatki i wzbogacali skarb panującego. Dopiero rewolucja francuska i Oświecenie, a następnie epoka napoleońska, wraz z jej radykalnymi ustawami antyfeudalnymi i obywatelskimi, spowodowała przyznanie Żydom swobody osiedlania się w Prusach. Jedną z pierwszych ustaw była ordynacja miejska z 19 listopada 1808 r., a następnie ustawa z marca 1812 r., która dawała im prawo stania się obywatelami państwa pruskiego, osiedlania się we wszystkich miastach, nabywania i posiadania nieruchomości, a jednocześnie nakładała obowiązek służby wojskowej.

Żydowska gmina w Barczewie została założona na podstawie ustawy z dnia 23 Lipca 1847 r., pomimo że Żydów nie było nawet 24. Zachowany w Olsztyńskim Archiwum Statut Gminy Żydowskiej z 30 lipca 1861 r. wspomina już synagogę. Stąd można przypuszczać, że powstała ona w połowie XIX w. W 1870 r. założono cmentarz. W stosunku do roku 1890 pisano w leksykonie Brockhausa, T. 16: „Wartenburg, miasto w powiecie Olsztyn, u ujścia rzeki Kośnej (rzeki Kiermas) do Pisy w zagłębieniu doliny wschodniopruskiej krainy przy linii kolejowej Schneidemühl-Thorn-Insterburg (Piła-Toruń-Czerniachowsk) pruskich kolei państwowych, w 1890 r. 4736 zwłaszcza mieszkańców katolickich pośród nich 648 ewangelików i 98 Izraelitów”.

Sytuacja zmieniła się w 1910 r., kiedy to powiat olsztyński miejski został odłączony od starego powiatu olsztyński ego. W nowo powstałym powiecie olsztyńskim był tylko jeden okręg synagogalny ¬ Wartenburg, gdzie w 130 gminach mieszkali tylko pojedynczy Żydzi. Mała gmina żydowska w mieście Wartenburg liczyła w 1925 r. 56 członków, w 1933 r. – 40, a w 1939 r. było tu już tylko 23 Żydów“. Ich malejąca liczba była wynikiem niesprzyjającej atmosfery i ogólnej niechęci. (…) Złe nastroje powodowały, iż żydowscy kupcy systematycznie sprzedawali swoje sklepy i przeprowadzali sie do Berlina.

Losy żydowskiego cmentarza

Kirkut został założony w 1871 r. na terenie o powierzchni 0,10 ha, przy dawniejszej ulicy Dobromiejskiej 48 (dziś ul. Warmińska), naprzeciwko przedsiębiorcy budowlanego Kensbocka. Teren ogrodzono wysokim płotem i wybudowano drewnianą kostnicę. Drewniany dom przedpogrzebowy usadowiony był także przy tej ulicy w sąsiedztwie budynków mieszkalnych.
Horst Tuguntke, który mieszkał w Barczewie przed wojna około 50 metrów od cmentarza,   opowiada, że znał każdą dziurę w płocie i obserwował z zewnątrz niejeden żydowski pogrzeb. Na cmentarzu nie było wielu starych drzew, bowiem rok czy dwa lata przed wojną, w czerwcu w dniu św. Antoniego, kiedy w mieście odbywał się odpust, przeszedł ulicą Dobromiejska, nazywaną wtedy Maruńskim Przedmieściem [od wsi Maruny] straszny wicher. Poczynił on na cmentarzu i w najbliższym otoczeniu wiele szkód, które jednak szybko naprawiono. Ostatni pochówek miał miejsce w 1940 r. Rozpoczęło się bezczeszczenie ogrodzeń i demolowanie nagrobków. W 1942 r. nagrobki żydowskie – pełne często najwyższego kunsztu artystycznego – zaczęto przerabiać na pomniki dla poległych żołnierzy niemieckich, a co gorsze materiałowo wykorzystywano jako płyty do utwardzania dróg“. Po 1945 r. na cmentarzu przetrwało jeszcze ponad sto dobrze zachowanych nagrobków. Były to proste, pionowe płyty z kamienia naturalnego, piaskowca, czarnego granitu, niektóre z ornamentyką, zakończone w kształcie łuku. Zawierały inskrypcje w języku hebrajskim i niemieckim. Po wojnie, przed połową lat siedemdziesiątych XX w., tak opisywano nekropolię: „cmentarz położony jest na wzgórzu przy ulicy Warmińskiej wiodącej od strony Marun. Otoczony płotem z żelaznej siatki, brama zamknięta, przy bramie tabliczka: „Cmentarz żydowski”. Jedynie z przodu i z tyłu trochę wolnej przestrzeni. Część nagrobków zdewastowana (…).

Na początku lat siedemdziesiątych Ministerstwo Gospodarki Komunalnej zwróciło uwagę na konieczność wzmożonego działania w zakresie spraw związanych z utrzymaniem cmentarzy i przeznaczeniem terenów cmentarnych na inny cel. Podkreślano przy tym, że sprawy te mają poważny akcent polityczny. W związku z ogólną sugestią zarysowaną przez Ministerstwo Prezydium WRN wystosowało pisma do Powiatowych Rad Narodowych uzasadniając: „Sytuacja w tym zakresie na terenie naszego województwa jest szczególnie zaniedbana. Świadczy o tym istnienie na terenie województwa bardzo dużej ilości cmentarzy nieużytkowanych, w stosunku do których nie zostały podjęte decyzje o zamknięciu, bądź likwidacji. Cmentarze te mimo przeprowadzonych w ubiegłych latach renowacji są zaniedbane i w wielu wypadkach utraciły charakter cmentarzy. W najbliższych latach podejmowane działania winny iść w tym kierunku, aby ilość takich nieczynnych i zaniedbanych cmentarzy zmniejszyć do minimum przez prawne zamknięcie i przeznaczenie terenów cmentarnych na inne cele. W tym zakresie należy jednak przestrzegać przepisów zawartych w Ustawie z dnia 31 stycznia 1959 r. O cmentarzach i chowaniu zmarłych (Dz.U. Nr 11, poz 62) W dalszym ciągu pisano, że Prezydium WRN zostało zobowiązane przez Ministerstwo Gospodarki Komunalnej do przyjęcia na lata 1972-1975 znacznie szerszego programu porządkowania cmentarzy.

Zwracano uwagę, że środki z budżetów terenowych mogą być niewystarczające, więc istnieje możliwość otrzymania specjalnej dotacji z Ministerstwa Gospodarki Komunalnej pod warunkiem pełnego zabezpieczenia wykonawstwa. Odręcznie dopisano, jakie cmentarze mają być poddane renowacji, a jakie zlikwidowane w poszczególnych miejscowościach i latach. I tak cmentarze do renowacji to Barczewo – katolicki i ewangelicki 1972 (…) do likwidacji – Barczewo żydowski 1973. Rzeczywiście w sprawozdaniu Wydziału Gospodarki Komunalnej, Przestrzennej i Ochrony Środowiska Powiatowej Rady Narodowej napisano, że „prace porządkowe przy cmentarzach nieczynnych w roku 1973 miały miejsce na terenie m. Barczewa i Olsztynka. Prace te prowadzone były w ramach posiadanych środków finansowych na wydatki bieżące jak również w czynie społecznym. W następnych latach prace te były kontynuowane, co może potwierdzać fakt, że są różne opinie na temat daty likwidacji cmentarza żydowskiego – jedni podają rok 1973, inni 1975. Na terenie ówczesnego województwa olsztyńskiego przeprowadzono lustrację zarówno czynnych, jak i nieczynnych cmentarzy i stwierdzono sporo niedociągnięć w konserwacji i należytym utrzymaniu tych obiektów. Dyrektor Wydziału Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej Urzędu Wojewódzkiego w Olsztynie mgr Stefan Piątczak skierował w tej sprawie pismo do Naczelnika Powiatu w Olsztynie argumentując, iż cmentarze: „wymagają przeprowadzenia niezbędnych prac porządkowo-konserwacyjnych. W związku z tym proszę Obywatela Naczelnika o wydanie stosownych poleceń odpowiedzialnym jednostkom w celu uporządkowania wszystkich cmentarzy na terenie powiatu. Do akcji porządkowania, oprócz odpowiedzialnych pracowników gospodarki komunalnej, należałoby włączyć w ramach czynów społecznych mieszkańców, a zwłaszcza młodzież szkolną”. Efektem tego było zbadanie sytuacji miejsc pochówku in situ przez odpowiednie organa lokalne. Na temat cmentarza żydowskiego w Barczewie napisano w piśmie poufnym z dnia 3 lipca 1974 r.: „Obiekt został zamknięty zarządzeniem Ministra z 1961 r. Według przestrzennego zagospodarowania m. Barczewa teren cmentarza przeznaczony jest pod budownictwo mieszkaniowe. Ogrodzenie w dobrym stanie z siatki 3/4 pow. pod nagrobkami, nagrobki w dobrym stanie częściowo z kamienia naturalnego, częściowo z betonu“. Sprawa likwidacji cmentarza jednak przeciągała się. Dwa lata później ponownie wymieniano korespondencję dotyczącą tego kirkutu. Urząd Miasta i Gminy Barczewo zawiadamiał Urząd Wojewódzki w Olsztynie, „że zgodnie z przepisami art. 6 ust. 3 ustawy z dnia 31 stycznia 1959 r. o cmentarzach i chowaniu zmarłych wystąpiono do Ob. Wojewody Olsztyńskiega o zezwolenie na likwidację cmentarzy oraz użycie tychże cmentarzy na inny cel. Dotychczasowe cmentarze – jak pisano w piśmie – zostaną zagospodarowane jako zieleńce dostępne dla publiczności. Cmentarz Ewangelicki i Żydowski w obecnym stanie są bardzo zaniedbane, nie widać śladów pielęgnacji mogił, obramowanie mogił i płyty nagrobkowe są częściowo potłuczone i rozrzucone, stanowi to w całości wielkie rumowisko gruzu.(…) Celem uzyskania zezwolenia na likwidację cmentarzy i użycie tych terenów na inny cel przed upływem 40 lat od ostatniego pochówku, niezbędne są opinie na temat jednostek. W związku z powyższym Urząd Miasta i Gminy Barczewo uprzejmie prosi o wydanie opinii w tej sprawie. Pismo dotyczyło także nieużytkowanego cmentarza katolickiego. Zostało ono skierowane do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, Wydziału do spraw Wyznań Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej oraz Wojewódzkiej Komisji Planowania z prośbą o wypowiedzenie się w tej sprawie. WKZ przesłał to pismo dalej do Muzeum Warmii i Mazur z prośbą o penetrację terenu i opinię. Muzeum przeprowadziło oględziny tych trzech cmentarzy i 12 kwietnia 1976 r. poinformowało konserwatora, iż „w przypadku likwidacji wspomnianych cmentarzy należałoby zabezpieczyć na rzecz muzeum. Cmentarz katolicki : ok. 15 krzyży żeliwnych lub żelaznych; cmentarz izraelicki: 15 nagrobków kamiennych z XIX i XX w., 5 nagrobków marmurowych z XX w. oznaczonych numerami naniesionymi prawdopodobnie przez zarząd cmentarza ; cmentarz ewangelicki: 3 krzyże żelazne, 1 nagrobek w kształcie porcelanowego pulpitu. Wszystkie te obiekty Muzeum Warmii i Mazur oznakuje w najbliższym czasie białą farbą sygnaturą MM tak, aby mogły być w każdej chwili zidentyfikowane. Dyrekcja Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie przeznacza na zmagazynowanie wymienionych obiektów i dla krzyży i nagrobka z cmentarzy katolickiego i ewangelickiego – teren składnicy muzealnej koło kościoła po-ewangelickiego w Barczewie, dla nagrobków z cmentarza izraelickiego – teren zieleńca przy bożnicy w Barczewie. Okazało się, że żadne macewy po likwidacji cmentarza żydowskiego nie znalazły się przy bożnicy, a wszystkie nagrobki przez trzydzieści cztery lata stały na placu, który wraz z kościołem ewangelicko- augsburskim służył za składnicę zabytków ruchomych Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie (do 2009 r., kiedy składnicę zlikwidowano, a kościół ewangelicki oddano pod zarząd miastu Barczewo). Na podstawie protokołu spisanego 13 lipca 1976 r. w sprawie przekazania nieodpłatnego nagrobków zabytkowych pochodzących z likwidacji cmentarzy w Barczewie przez Zarząd Zieleni Miejskich w Olsztynie dla Muzeum Mazurskiego w Olsztynie można stwierdzić, iż „trzyosobowa komisja zgodnie z decyzją Naczelnika Miasta i Gminy Barczewo pismo nr 491/l/76, z dnia 2 czerwca 1976 r., będąc na cmentarzu dokonała przekazania nagrobków zabytkowych dla Muzeum, które zostały przez komisję przeliczone, obmierzone, a następnie 21 nagrobków przez ZZM przetransportowano na plac składowania w Barczewie”. W protokole zaznaczono, że z cmentarza ewangelickiego Muzeum pobrało 2 sztuki krzyży metalowych ozdobnych. Naczelnikiem Miasta i Gminy Barczewo, który podjął decyzję o wyzbyciu się min. zabytkowych nagrobków był pan Stanisław Borys (1976-1979. Wojciech Zendrowski, barczewski historyk podaje, iż część macew trafiła do Olsztyna, kilka zakopano w pobliskiej żwirowni, a inne przetransportowano do Biskupca. Większością pozostałych macew zaopiekowali się przedsiębiorczy kamieniarze. W rozmowie z dziennikarzem „Gazety Warmii i Mazur” w 1995 r. Marian Sawicki, w latach siedemdziesiątych członek władz Barczewa, stwierdził „Ten cmentarz był w dobrym stanie. Zaczęło się po przyjściu na naczelnika gminy Henryka Wariasa. On jakiś antycmentarny był, trzy cmentarze zlikwidował. Były sprzeciwy ze strony społeczeństwa, ale cmentarze podlegały opiece komunalnej. Po likwidacji powiatów służby komunalne przeniesiono do Olsztyna. Wzięli więc i rozebrali. Robili to tak szybciutko, że nie można było interweniować. Żona wtedy w kulturze pracowała. Kilka macew przy kościele ewangelickim ułożono, resztę gdzieś wywieźli. To na pewno nie była normalna decyzja, nawet Niemcy uszanowali przecież ten cmentarz”. Także Zdzisław Liberda, mieszkaniec przy ul. Warmińskiej, mówił „Pamiętam jak go zlikwidowali. Nagrobki powywracali i wywieźli. Co z tym zrobili, nie wiem, naprzód tu śmietnik postawili, potem na tym cmentarzu były chlewy i szopy. Potem je przesunęli dalej, a śmietnik został.”

Po usunięciu miejsc pochówku na terenie dawnego cmentarza urządzono park miejski, z czasem coraz bardziej zaniedbany, o czym świadczyły postawione tam śmietniki. Bez odpowiedniej informacji, ludzie powoli zapominali, że miejscu temu należy się godny szacunek. Być może, gdyby społeczeństwo Barczewa dobitniej reagowało na likwidację cmentarza, nie doszłoby do tego. Ale ludzie zajęci byli swoimi sprawami i troską o zabezpieczenie podstawowych życiowych potrzeb i nie chcieli wzbudzać podejrzeń. Mieszkaniec Barczewa, Edward Cyfus powiedział: „Cztery lata miałem, kiedy przeprowadziliśmy się do Barczewa, a mieszkałem do końca 1981 r. Cmentarzyk był malutki, zaniedbany, z jakimiś krzywymi macewami, na ulicy Warmińskiej. Opuszczony, parę macew, i to wszystko. Daleko było od nas. Widziałem go tylko czasami, przechodząc tamtędy do jakiegoś kolegi i mamy koleżanka mieszkała na ulicy Warmińskiej. Kiedyś jako mały chłopiec wszedłem zobaczyć, co tam jest. Potem już nic o tym nie słyszałem. Dopiero 11 listopada 1976 r. szef Urzędu do Spraw Wyznań wystosował pismo do Wojewódzkich Wydziałów do spraw Wyznań, że „władze państwowe stoją na gruncie zachowania wszystkich istniejących cmentarzy żydowskich. W praktyce oznacza to zakaz naruszania, likwidacji bądź przeznaczania na inne cele aktualnie istniejących cmentarzy tego wyznania, a równocześnie zobowiązuje do dbałości o zabezpieczenie należnego wystroju zewnętrznego zgodnie z charakterem miejsca i obiektu.

Odpowiedzią na to było postawienie na terenie kirkutu kamienia pamiątkowego. W Iatach siedemdziesiątych, jak wspomina mieszkanka Barczewa Gertruda Nikadon – głaz taki postawiono z inicjatywy Ratusza. Wykonał go Andrzej Czerniak, który robił nagrobki. W lutym 1984 r. Generalny Konserwator Zabytków Dyrektor Zarządu Muzeów i Ochrony Zabytków doc. dr Andrzej Gruszecki wysłał do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Olsztynie pismo z prośbą „O przesłanie w terminie do 20 Iutego 1984 r. materiałów dotyczących finansowania obiektów kultu hebrajskiego wg załączonego wzoru. Obiekty te należy podać w podziale na: a) Synagogi kultowo czynne, b) synagogi – użytkowane dla celów kultury, c) cmentarze, d) Judaika, e) ewentualnie inne. Efektem była Iista zaledwie czterech obiektów z terenu ówczesnego województwa olsztyńskiego. Były to w Olsztynie: 1) dawna synagoga przy zbiegu ul. Kołłątaja i Okopowej adaptowana i przebudowana w okresie międzywojennym na budynek mieszkalny; 2) kaplica cmentarna żydowska, przy ul. Zyndrama z Maszkowic nr 2, wzniesiona wg projektu Eryka Mendelsona; 3) dawna synagoga w Barczewie przy ul. Kościuszki, zajmowana przez Stowarzyszenie Społeczno-KuIturalne, Odział w Barczewie i Muzeum Tkactwa Artystycznego; 4) dawna bożnica w Dąbrównie z początku XX w., użytkowana jako magazyny. Za tym poszły dalsze działania skupione na opracowaniu dokumentacji historycznej dotyczącej synagog i kirkutów z terenu województwa olsztyńskiego, które wojewódzki konserwator zabytków Lucjan Czubiel zlecił inż. Mirosławowi WaIoszkowi i WaIdemarowi Kisielowi.

Latem 2010 roku autorka niniejszego tekstu oraz z Edward Cyfus, Warmiak pochodzący z Barczewa, odnaleźli składowane macewy z cmentarza żydowskiego w Barczewie przy budynku dyrekcji Muzeum Bitwy Grunwaldzkiej w Stębarku. Inskrypcje na macewach z szarego i czarnego granitu, w większości wyszczerbionych lub wręcz połamanych na kilka części, w języku niemieckim lub hebrajskim, są trudne do odczytania. Z niektórych udało się wydobyć nazwiska zmarłych (…).

Po wstępnych ustaleniach z ówczesnym dyrektorem Muzeum Warmii i Mazur, Januszem Cygańskim, podległym mu wówczas kierownikiem oddziału w Stębarku Szymonem Drejem, burmistrzem miasta Barczewa Lechem Nikowskim Krystyną Ster, prezesem barczewskiego oddziału Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego „Pojezierze”, będącym właścicielem synagogi barczewskiej – macewy mają niebawem wrócić na swoje miejsce. Najprawdopodobniej będzie to lapidarium przy synagodze lub cmentarzu ewangelickim w Barczewie.dialogkultur-barczewo

*Fragment artykułu, Dziedzictwo żydowskie w Barczewie, opublikowanego w Dialogu kultur, wydawca Forum Dialogu Publicznego, Olsztyn 2013

Mezolit. Tekst odrzucony i uzupełniony.

Tekst wyrzuciłam sama osobiście z referatu przygotowywanego wspólnie z Tomaszem Fetzkim na interdyscyplinarną konferencję Biografistów Pedagogów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim:
Współczesne przestrzenie edukacyjne biografistyki
Obcy wśród swoich: wychowawczy wymiar biografii pogranicza

Mgr Ewa M. Slaska (Berlin), dr Tomasz Fetzki (ŁWSH, Żary)
Na początku był blog; od prób literackich do pogłębionych badań nad nietypowymi biografiami pogranicza.

To co poniżej wyrzuciłam, bo napisałam dużo za dużo. Tak to jest jak się zaprasza pisarkę do szacownego grona naukowców :-). Z tego za długiego wstępu do referatu pozostało tylko pierwsze zdanie: Interesowały mnie cmentarze i dlatego studiowałam archeologię.

I tak też było…

Konferencja się właśnie skończyła, a ja dedykuję ten wpis naszemu nieocenionemu Pharlapowi, który “dopominał się” niedawno o kolejne teksty o niczym na niedzielę. Tym razem niedzielna archeologiczna zupa nic.

Ewa Maria Slaska

…czyli dlaczego zostałam archeolożką?

Cmentarze interesowały mnie „od zawsze“, i nie jest wykluczone, że to właśnie spowodowało, że wybrałam studia archeologiczne. Oczywiście osoba w wieku dobrze „zaawansowanym” nie do końca jest w stanie odtworzyć przyczyny młodzieńczych fascynacji, wiem jednak na pewno, że w archeologii nie interesowało mnie „szukanie skarbów”, co z reguły fascynuje dzieci i młodzież, lecz – odkrywanie życia innych, tych którzy żyli przed nami. Przedmiotem moich zainteresowań był przede wszystkim świat myśli ludzkiej, rozwój idei, a nawet wcześniej – ich rodzenie się, a więc wychodzenie człowieka ze stanu bytu zwierzęcego ku człowieczeństwu. Dlatego też jako archeolożka specjalizowałam się w badaniach epoki kamienia. Można by powiedzieć, że archeologia straszej epoki kamienia – paleolitu – dostarcza niewielu materiałów miłośnikowi cmentarzy. A już na pewno żadnych w Polsce. Przypominam tym, którzy mogą tego nie wiedzieć, że teren Polski poza niewielkimi skrawkami u podnóża gór, najczęściej po prostu w jaskiniach, był w całości pokryty lodowcem, a pierwsze gromady ludzkie dotarły na ziemie polskie dopiero w środkowej epoce kamienia czyli mezolicie. A więc, mówiąc w skrócie, nie 5 milionów lat temu, tylko 10 tysięcy. A to oczywiście kolosalna różnica.

Mezolit jest jednak dla archeologa i antropologa kultury fascynującym okresem Wielkiej Zmiany, prawdziwej Dobrej Zmiany. Kończyła się gospodarka łowiecko-zbieracka, powstawała gospodarka wytwarzająca. W miejsce jednolitej kultury starszej epoki kamienia pojawiło się wiele kultur różniących się pomiędzy sobą.

Przy okazji dodam, że nawet Wikipedia informuje, iż najważniejszym stanowiskiem archeologicznym badającym zagadnienia z tego okresu – kulturę komornicką – jest Smolno Wielkie (niedaleko Zielonej Góry) – a ja tam od początku pracowałam jako studentka, a potem pisałam o Smolnie pracę magisterską.

W Niemczech, gdzie mieszkam na stałe, pojawił się kilka lat temu plakat z lekko zmodyfikowanym biblijnym cytatem: Am Anfang gab es Himmel und Erde, den Rest haben wir gemacht. Na początku były niebo i ziemia, resztę zrobiliśmy my. Była to naprawdę inteligentna, acz  lekko samochwalcza, reklama… Izby Rzemieślniczej.


Ja na własny użytek sformułowałam to przesłanie tak: Ziemia była błotnistą kulą pełną komarów, to my, ludzie, zrobiliśmy z niej świat pełen cudów wytwórstwa, sztuki, architektury, myśli. To „moi” ludzie w środkowej epoce kamienia ten proces zapoczątkowali. Oczywiście zbieractwo, łowiectwo, rybołówstwo nadal stanowiły podstawę utrzymania człowieka mezolitycznego, zaczęło się już jednak proste rolnictwo, nastąpiło udomowienie owcy i świni. „Moi” wynaleźli siekierę, łuk, czółno, zaczęli budować „domy” – były to oczywiście dość prymitywne szałasy – wydobywali krzemień pasiasty w Krzemionkach i Orońsku, i handlowali nim.


Zamiast topornych narzędzi paleolitycznych, tzw. pięściaków, pojawiły się delikatne, filigranowe wręcz ostrza, rylce, noże, sierpy. Były one łatwiejsze w transporcie, nie trzeba ich było porzucać, lecz wyruszając na wędrówkę można je było zabrać ze sobą. Usprawniło to polowania, a przeto również zaopatrzenie w żywność. Zmniejszyła się śmiertelność noworodków – nastąpił pierwszy w historii ludzkości wyż demograficzny, który po kilku tysiącach lat spowodował, że ok. 4 tysiąclecia przed naszą erą człowiek wytępił doszczętnie mamuty. Był to pierwszy akt konstruowania życia ludzkiego kosztem dekonstrukcji natury, wyjście z naturalnego obiegu życia i śmierci, a zatem niejako jej pokonanie. Pokonanie poprzez odsunięcie. Jest to zatem również pierwszy udowodniony naukowo moment, kiedy technologia wymyślona przez człowieka zaczęła zmieniać świat. Na gorsze, no tak, oczywiście, ale przecież i na lepsze…

Pojawiły się kosze i tkaniny! Ludność mezolityczna wciąż jeszcze koczowała, ale nie była to już codzienna wędrówka, lecz przenosiny z letnich osad otwartych do jaskiń dających schronienie przed zimą.

Kształtowanie się cywilizacji mezolitycznej odbyło się poza ziemiami Polski. Do nas dotarła już gotowa kultura.

Wyglądało to tak jak na tym filmiku, przygotowanym przez Muzeum Archeologiczne w Warszawie.

Na ziemiach polskich znanych jest kilka pochówków mezolitycznych. Najbardziej znany jest grób z miejscowości Janisławice w województwie łódzkim, osady, która dała nazwę jednej z głównych kultur mezolitycznych na naszych ziemiach – kulturze janisławickiej. Jest to odkryty w roku 1937 grób mężczyzny w wieku między 30 a 40 rokiem życia bogato wyposażony, zawierający ponad 50 wyrobów kościanych i tyleż wyrobów krzemiennych. Ciało posypano hematytem (ochrą). Prawdopodobnie czerwona barwa miała symbolizować krew – życie. Zmarły został ułożony w pozycji siedzącej z wyprostowanymi nogami i plecami opartymi o ścianę jamy grobowej. W rękach trzymał łuk i kołczan ze strzałami, z których zachowały się jedynie groty. Pochowano go z narzędziami z krzemienia czekoladowego, naszyjnikiem z zębów jelenia i wisiorkami z kłów dzika.

Dodam na marginesie, że do niedawna grób z Janisławic był uważany za najstarszy pochówek w Polsce. Dopiero kilka lat temu, a dokładniej w roku 2011, odsłonięto w Jaskini Borsuk w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej grób dziecka sprzed 27 tysięcy lat, a więc zdecydowanie grób paleolityczny i jak dotąd najstarszy w Polsce. Dziecko miało 1,5 roku, z jego ciała zachowało się tylko 6 zębów mlecznych, ale wyposażono je na drogą pośmiertną we wspaniały naszyjnik ze 150 zębów zwierzęcych. Rodzice przybyli z dzieckiem z południa, byli typowymi przedstawicielami ludu wędrownego i… jaskiniowego.

Na zakończenie dwie już nie mezolityczne, ale jednak archeologiczne opowiastki o grobach.

Wśród studentów archeologii istniał w czasach, kiedy studiowałam, obowiązek, aby pierwszy znaleziony przez młodego naukowca grób nazywać imieniem swojej… dziewczyny. Oczywiście świadczyłoby to o tym, że zwyczaj był stosunkowo dawny i wywodził się z czasów, kiedy kobiety jeszcze nie studiowały archeologii. Albo w ogóle nie studiowały… Mój kolega ze studiów nazwał swoje pierwsze znalezisko “grobem Ewy”. Było to nieco zagadkowe, gdyż na roku liczącym dziesięciu studentów (i studentek) były cztery Ewy – Ewa to było imię pokoleniowe a nie indywidualne. Na dodatek żadna z nas nie była jego dziewczyną. Musiałyśmy odkrywcę trochę “przydusić”, żeby wyznał, o którą z nas chodzi, i czy w ogóle o którąś z nas, czy może o jakąś zupełnie inną Ewę. Przyparty do ściany delikwent powiedział, że to ja. Teraz mi przychodzi do głowy, że mógł to być wykręt, ale trudno, stało się… W wieku 19 lat “dostałam” grób i może dlatego przez całe życie twierdzę, że nie chcę mieć grobu, o czym już TU zresztą pisałam…

I druga opowieść o czasach studenckich (najwyraźniej starzeję się i chętnie wpominam czasy, gdy byłam młoda) – niezwykła opowieść o grobach psów. Miałam na studiach starszego kolegę, już asystenta, Tadzia Makiewicza, który postawił sobie za cel udowodnienie, że w Polsce byli Celtowie. Ten niezwykły lud, dziś znany przede wszystkim z Francji, Anglii i Irlandii, zasiedlał pierwotnie tereny południowych Niemiec i Czech, a Tadzio był zdania, że żyli oni również w Polsce. Zrobił dla tych Celtów polskich bardzo wiele, ale chyba nie udało mu się zmienić zadawnionych przekonań, bo dziś nadal twierdzi się powszechnie, że były to tylko wpływy kulturowe (zobaczcie choćby TU). W roku 1970 pojechaliśmy z Tadziem na wykopaliska do Janikowa, kopać osadę z okresu rzymskiego, gdzie Tadzio spodziewał się właśnie Celtów. On był kierownikiem wykopalisk, my jak to my – do pomocy. Już chyba w pierwszym tygodniu prac w narożniku jednej z chat odkryliśmy szkielet psa. I kawałek miski! Radości nie było końca. Grób psa! I to z darami. Dowód na celtyckość naszej osady, bo Celtowie nagminnie praktykowali składanie ofiar zakładzinowych. Tadzio cieszył się oczywiście jak dziecko, ale, świadomy powagi swej kierowniczej funkcji, próbował nas pouczyć, że to nie grób i że trzeba rozróżnić grób i ofiarę, ale nic to nie pomogło, grób to grób. W kilka dni później znaleźliśmy drugi “grób”. Atmosfera robiła się coraz gorętsza, a wtedy ktoś z nas wpadł na prześmiewczy pomysł, że podejmiemy zobowiązanie na 22 lipca. Pamiętacie, jak to było? Zakłady pracy zobowiązywały się przekroczyć normę. No to my też! Usiedliśmy któregoś popołudnia przy stole i z namaszczeniem wykonaliśmy na arkuszu brystolu plakat – zobowiązanie. Z okazji Narodowego Święta Odrodzenia Polski zobowiązywaliśmy się, że wykopiemy jeszcze pięć grobów psów!

I wykopaliśmy! W sumie odsłoniliśmy osiem pochówków psów, z czego sześć zakopano w jednym rzędzie nieopodal budynku słupowego, uznanego potem przez Tadzia za obiekt kultowy.

Tadzio odwołał się tu do Owidiusza, który w poemaci „Fasti” pyta:

Dlaczego to pies z Larami?
Jeden i drugi chroni dom
I jeden i drugi byli wierni swemu panu…
Czujne są psy i czujni są Larowie.

Bo, moi mili Czytelnicy, archeolog dzieli znaleziska na należące do kultury materialnej i duchowej, po czym uściśla i zawęża te kategorie, a co mu się nie zmieści w żadnej konkretnej szufladce – zapisuje pod hasłem: obiekt kultowy!

Tytuł pracy doktorskiej Tadzia, ukończonej w roku 1976 brzmiał Osadnictwo kultury przeworskiej w rejonie Jeziora Pakoskiego. E tam, osadnictwo. Nasze groby psów!

Nie mam i nie znalazłam w sieci zdjęcia grobu psa z Janikowa. Tu inny obiekt tego typu, odkryty w roku 2012 na stanowisku kultury rzymskiej koło Grudziądza. Są miski!

Reblog: Odkrycie Davida Hoenigera…

…czyli jak czasem nie wszystko się widzi za pierwszym, czy drugim razem

Wygląda na to, że do listy tych, którzy piszą “grobowe wpisy”, dołączyła nam nowa Autorka – Małgosia Płoszaj z Rybnika. Były tu już dwa jej wpisy, przedwczoraj o miłości, a kilka miesięcy temu o patriotyzmie chłopaka z żydowskiej rodziny na Śląsku. Dziś kolejna opowieść, tym razem z serii cmentarnej.

Małgorzata Płoszaj

Przez wieki mogli tam mieszkać bez przeszkód, z jakimi niestety stykali się Żydzi w innych miastach na Śląsku. W początkach XIX w. stanowili nawet ponad 50% ogółu mieszkańców Zülz czyli Białej. Moim celem był jedynie cmentarz i miejsce po synagodze. W życiu bym nie przypuszczała, że na cmentarzu odkryję grób i nagrobek rybniczanina. I że to w dodatku będzie nagrobek, który znam od lat i który nawet na zarośniętym cmentarzu jest dość dobrze widoczny z racji wielkości. Weszliśmy sobie rodzinnie na cmentarz, ja jak zwykle osobno, bo wolę ze zmarłymi “se pogadać”, gdy nikt nie słyszy.  Kirkut jest pięknie położony na wzgórzu zwanym Kopiec. W zasadzie jest to grodzisko, na którym założono cmentarz w pierwszej połowie XVII w. Macewy, w większości bardzo tradycyjne, bo taka też była tutejsza społeczność, mimo iż podlegała wpływom Haskali, naturalnie się poddają wpływowi przyrody i czasu.

Biala cmentarz

Biala grob Hoenigera (1) Zeszłam z grodziska w stronę macew i skierowałam się w stronę leżącej macewy z laską i oplecionym wokół niej wężem Eskulapa, symbolem medycyny.

Ileż razy stałam przy tym nagrobku. No, na pewno tyle razy, ile byłam na tym kirkucie, więc z sześć. I nigdy, naprawdę nigdy mnie nie oświeciło, by spuścić ten swój zakuty łeb trochę niżej i poczytać niemieckie literki. Co najlepsze, na starych zdjęciach sprzed lat, mam tę macewę.

Biala 1

Tym razem chyba jednak sam doktor David Hoeniger kazał mi przyjechać na cmentarz, a potem pochylić się nad jego nagrobkiem. Kucnęłam więc i czytam. Dr. David Hoeniger. Już mnie tknęło. U nas byli tacy Żydzi! Czytam dalej: Kgl. Sanitatsrath – Królewski Radca Sanitarny, czyli taki “ober doktor” – szycha. Biorę “brele”, dotykam palcami napisu i ciśnienie mi skacze: Geb. in Rybnick 14 Juni 1815, Gest. in Zülz 16 Sept. 1885. Urodzony w Rybniku, zmarły w Zülz. Mój!!! A raczej nasz rodak! Narobiłam wrzasku, że aż Młoda myślała, że dostaję ataku epilepsji.

Biala 3

Dr Hoeniger chyba chciał, bym ponownie przyjechała na ten cmentarz i to on mnie przywołał. Wierzę w takie “śmoje boje”. Zaczęłam go delikatnie odmiatać, wycierać, zostawiłam mu kamyczek, na odchodnym popieściłam, a z głową pełną skołatanych myśli nie byłam już w stanie zbytnio skoncentrować się na dokładnym robieniu zdjęć reszcie cmentarza. Takie odkrycia są dla mnie niesamowicie ważne, gdyż niewielu z naszych rybnickich Żydów może w spokoju czekać na przyjście Mesjasza.

Po powrocie do domu zaczęłam przekopywanie laptopa i internetu w poszukiwaniu informacji o doktorze. Oczywiście moje zapiski z raciborskiego archiwum potwierdziły, że doktor urodził się w Rybniku. Był drugim synem Moritza i Cecylii.

urodzenie Dawid Hoeniger

Pierworodny Jonas zmarł, gdy miał 10 miesięcy. Może mohel z Wodzisławia coś pokićkał i chłopczyk zmarł po jakimś czasie w wyniku zakażenia, kto wie. Tata Moritz, w księgach podawany jako destylator, kupiec, a z czasem właściciel karczmy, żonie nie odpuszczał :mrgreen: i w rok po śmierci Jonasa przyszedł na świat nasz David. Tym razem, ten sam mohel wsio załatwił jak trzeba, albo chłopczyk był po prostu silny. Nie minęły dwa lata, a narodził się kolejny syn Cecylii i Moritza – Israel. Moritz pozwalał żonie ciut regenerować siły po każdym porodzie i nie możemy powiedzieć, że u Hoenigerów „co rok to prorok” był. Mieli cykl płodzenia i rodzenia dwuletni. Pierwsza córeczka Hanne urodziła się jako szósta. Łącznie Cecylia urodziła 10 dzieci, ostatnie w wieku 39 lat. Mój David ani chybi zdolny był. Tak sobie myślę, że nie pasowało mu stanie za kontuarem i sprzedawanie wódki. Nie doszłam do tego, gdzie skończył szkoły średnie, wiem za to gdzie studiował. Otóż w samej stolicy czyli Berlinie. Pracę doktorską obronił w 1842 r. Jego dysertacja dotyczyła zapalenia oskrzeli. Za trzy lata wziął ślub w Gliwicach z Jette Frohlich.

doktorat Hoenigera 1842

Zulz rynek z widokiem na synagogePodejrzewam, że do Zülz przybył w okolicy roku 1843-1844. Być może zamieszkał przy rynku? Śląska Biblioteka Cyfrowa ma w swoich zasobach kronikę miasta, w której o dziejach tamtejszych Żydów pisał dr Israel Rabin – docent żydowskiego seminarium teologicznego z Wrocławia. Tenże docent, opisując tradycyjne podejście gminy do wielu spraw, jak choćby używanie języka hebrajskiego, nawet przy sporządzaniu zwykłych pism (wówczas już w większości miast pruskich były one pisane w języku niemieckim), podaje przykład protokołu, w którym właśnie wymienia się dra Hoenigera. Ponoć lubianego i bardzo szanowanego. Wspomniana przeze mnie kronika jest napisana niemieckim gotykiem i na jej przeglądnięcie (no bo nie przeczytanie) straciłam jedną noc. Szukałam tylko słowa „Hoeniger”. Znalazłam dwa, ale gotyk to mogę podziwiać w kościołach i na tym koniec. Znajoma coś niecoś skumała, ale nie były to powalające informacje. Był lubiany, a w 1861 został jakby radnym. Domyślam się, że skoro na nagrobku widnieje napis Królewski radca sanitarny, to na pewno był w tym miasteczku ważną i znaną personą.

Znaną osobą został też jego syn, czyli wnuk rybnickiego karczmarza. Tu powinnam właśnie wspomnieć co się stało z rodzicami dra Davida Hoenigera. Otóż ojciec Moritz zmarł w wieku 62 lat 31 stycznia 1848 r. I zaraz zawołał do siebie Cecylię, która odeszła z tego świata mając 56 lat – niecałe dwa i pół miesiąca po swym mężu.

zgon Moritz i Cecylia

Wracam do syna doktora Hoenigera i zarazem wnuka płodnej Cilki i karczmarza Moritza. Johann Hoeniger urodził się w Zülz w 1850 r., więc dziadkowie nie doczekali jego narodzin. Początkowo uczył się w Raciborzu fachu murarskiego, potem zaczął naukę w szkole budowlanej w Höxter w Północnej Nadrenii, by ostatecznie ukończyć berlińską Akademię Architektury. Podróże do Włoch i Francji otworzyły mu horyzonty, został poważanym i uznanym architektem pracującym głownie dla społeczności żydowskiej Berlina. Zaprojektował kilka synagog. Do naszych czasów przetrwała synagoga przy Rykestrasse na 2000 miejsc siedzących. Na jego desce kreślarskiej powstawały projekty m.in. gimnazjum dla dziewcząt, szkoły dla chłopców żydowskich, budynków na cmentarzu przy Schönhauser Alllee, hali pogrzebowej na cmentarzu w Weissensee, prywatnych kamienic, kolonii dla robotników w Weissensee i wiele innych. Jego dzieła stoją w Berlinie do dziś. Zmarł w 1913 r. Jego grób znajduje się na berlińskim cmentarzu żydowskim w Wiessensee. Skromny nagrobek odnowiono jakiś czas temu.

Johann Hoeniger

Pochowana z nim jest żona, której rodowe nazwisko też brzmiało Hoeniger, choć pochodziła z Inowrocławia. Może była córką Samuela Hoenigera – współzałożyciela uzdrowiska w tym mieście? Jak widzicie na zdjęciu obok, pani Hoenigerowa na szczęście nie doczekała dnia, w którym mogłaby zobaczyć, jak płoną dzieła jej męża. Zmarła jeszcze przed Nocą Kryształową, choć w 1938 r. Przy grobie małżonków widać płytę nagrobną ich córki zmarłej w Londynie. Ciekawe w jaki sposób udało jej się wyjechać z nazistowskich Niemiec? Raczej do odpowiedzi na to pytanie nie dojdę. Czy spoczywa wraz z rodzicami, czy to tylko tablica? Nie wiem.

S.HoenigerCilka i Moritz w sumie mieli dziesięcioro dzieci, z czego dwóch chłopców zmarło w niemowlęctwie. Jednego syna przedstawiłam tu na tyle, na ile potrafiłam. Przy okazji szukania informacji o nim, trafiłam jeszcze na zdjęcie grobu najmłodszego z potomków – Samuela urodzonego w 1829 r. To chyba też był kolejny mądraliński w rodzie, bowiem na jego grobie widnieje napis Koenigl. Justizrat, czyli Królewski Radca Prawny, zmarły w Halle a pochowany na tym samym cmentarzu co syn jego starszego brata. Samuela już rozkminiać nie dam rady, bo dochodzi druga w nocy i czas na spanie.

Aaa, a Hoenigerów w Rybniku było multum. Jednak Ci trzej mogą być dopisani do listy „U nas nieznani, a gdzieś uznani”. Bo tym, że wnuk rybnickiego karczmarza został aż tak cenionym i uznanym architektem, to możemy i powinniśmy się chwalić.

Zdjęcia pochodzą ze strony http://data.jewishgen.org/, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej oraz z mojego aparatu.

Grób na cmentarzu w Otrokowie

Czytelnicy być może pamiętają, że w ubiegłym roku pod wspólnym nadtytułem ktoś (kobieta, mężczyzna, dziewczyna, dziecko) z cmentarza w… Tomasz Fetzki i ja publikowaliśmy serię naszych (ale nie tylko naszych) wpisów o odkrywaniu historii, kryjących się za nagrobkami. Zebrało się tego sporo, ale wcale nie w formie “zebranej”, tylko blogowo rozproszonej. W kwietniu tego roku na konferencji organizowanej przez katedrę biografistyki pedagogicznej KUL opowiemy o tej naszej wspólnej pracy. W ramach przygotowań do konferencji, uzupełniając materiały zebrane do wpisu Dzieciątko z cmentarza w Berehach Horisznich, Tomasz skontaktował się ze Stowarzyszeniem Magurycz, a kontakt ten zaowocował następującym wpisem, przedrukowanym z: Cmentarz miejsce (nie)obecnych, Nowica 2013, wstęp oraz strony 91-103…
X
Stowarzyszenie Magurycz
X
Cmentarze pełne są ludzi, bez których świat nie mógłby istnieć – Te słowa, zapisane w latach 50, w czasie podróży po Irlandii przez Heinricha Bölla, są mottem Stowarzyszenia Magurycz. Kiedy dodamy do nich, że świat jest pełen cmentarzy, bez których Magurycz nie mógłby istnieć, stworzymy komplementarną całość.

Magurycz to nazwa góry nieopodal wsi Bartne, na Łemkowszczyźnie, gdzie niegdyś pozyskiwano piaskowiec, służący miejscowym rzemieślnikom za materiał na żarna, koła młyńskie, nagrobki i krzyże. Bartneńscy kamieniarze słynęli ze swego kunsztu i do tej tradycji – pracy z kamieniem i w kamieniu – nawiązuje Stowarzyszenie Magurycz. Idea ratowania, inwentaryzacji i dokumentowania sztuki sepulkralnej zrodziła się w 1987 roku, gdy Stanisław Kryciński, samorodny historyk i krajoznawca, zorganizował pierwszy obóz remontowy na cmentarzach bojkowskich w Bystrem i Michniowcu w Bieszczadach, akcja ta nazywała się „Nadsanie”; w obozie tym wziął udział Szymon Modrzejewski, który rok wcześniej zaczął opiekować się cmentarzem bojkowskim w Berehach Górnych. Po 10 latach wspólnej pracy z „Nadsania” wyrósł Magurycz. W ciągu 26 lat prowadziliśmy prace remontowe na ponad 120 cmentarzach ukraińskich, żydowskich, niemieckich oraz polskich w południowo-wschodniej Polsce i na zachodniej Ukrainie, angażując w to przeszło tysiąc osób, które uratowały blisko 2000 kamiennych obiektów, głównie nagrobków.

Idea pracy na cmentarzach jest apolityczna, nie służy żadnej instytucji, kultowi, nie głosi żadnej wizji historii, nie wynika też z inspiracji religijnej, a odwołuje się do wrażliwości oraz odpowiedzialności za świat, w którym żyjemy. Właśnie cmentarz, będący symbolicznym odzwierciedleniem przyrodzonej równości wszystkich ludzi, może być miejscem do budowania otwartości na innego. Każdy swój i każdy obcy przecież się tam znajdzie. Spocznie w szczególnej przestrzeni: odmiennej, historycznej, magicznej, strasznej, sakralnej. Już same te określenia pokazują, jak wiele kontekstów my – żywi – przypisujemy nekropoliom.

Publikacja, którą przedstawiamy, jest owocem pasji i zaangażowania wolontariuszy Magurycza. Dzielimy się w niej swoim doświadczeniem pracy na nekropoliach, jak również wiedzą i umiejętnością odczytywania znaczeń przypisywanych tym miejscom. Większa część wydawnictwa poświęcona jest ratowaniu kamiennych nagrobków, czyli poradom skierowanym do osób i organizacji w Polsce i na Ukrainie, które chciałyby roztoczyć opiekę nad obiektami sepulkralnymi. Jest to, wedle naszej wiedzy, pierwszy zbiór praktycznych rad, syntetycznie ujmujący problematykę „reanimowania” i ratowania nagrobków: od dokumentacji przez wszystkie etapy remontu, po efekt końcowy, którym jest również przedłużenie trwania nagrobka. Nasze działania posiadają walory edukacyjne, które są istotnym kontekstem pracy społecznej na cmentarzach.

Druga, nie mniej istotna część, poświęcona jest postrzeganiu oraz interpretowaniu nekropolii. Spojrzymy na cmentarz jak na „przestrzeń słowa”, w której inskrypcje i typografia nagrobna, będące źródłem wiedzy o zmarłych, mówią też o kulturze dawnej wsi, światopoglądzie religijnym i kompetencjach językowych jej mieszkańców. Kontekst magiczny miejsc wiecznego spoczynku przybliży historia pochówku „dziewczynki wróżki”, który wywołuje zarówno lęk, jak i fascynację. Grób ten znajduje się w Otrokowie na Podolu, gdzie w minionym sezonie pracowaliśmy w ramach projektu „Wspólne zapomniane dziedzictwo”. Również o lęku przed obcymi, wykluczeniu po śmierci i zapomnieniu traktuje tekst dotyczący wciąż słabo opracowanego tematu cmentarzy cholerycznych. Nekropolie jako źródło natchnienia dla artystów oraz refleksji nad doczesnością to kolejny aspekt cmentarza, uwzględniony w naszej publikacji. I wreszcie – zdaje się najbardziej „odpodmiotowione” – traktowanie nekropolii ukaże tekst o badaniach archeologicznych na środkowym Podolu, poświęcony starożytnym cmentarzyskom, dzięki któremu zobaczymy, że tam, gdzie kończy się pamięć, wchodzi nauka.

Oczywiście mamy świadomość, iż poruszamy tu zaledwie kilka wątków z całego bogactwa znaczeniowego przestrzeni cmentarza. A jednak i one pokazują różnorodność naszych światów. Tę różnorodność, która koniec końców znajdzie wspólny mianownik – cmentarz.

Olga Solarz

Pochowana prawda

Ogrom problemów, ślady, jakimi rozporządzamy, tak kruche i wątłe, przeszłość na olbrzymich połaciach, tak nieodwracalnie unicestwiona, podstawy naszych teorii, tak nietrwałe, że każde rozpoznanie na miejscu stawia badacza w sytuacji chwiejnej, w której najbardziej pokorna rezygnacja wiedzie spór z szaleńczymi ambicjami: badacz wie, że to, co najistotniejsze, jest już stracone, że wszystkie jego wysiłki sprowadzają się do grzebania na powierzchni; a nuż jednak natrafi się na cudownie zachowaną wskazówkę, z której wytryśnie światło? Nic nie jest możliwe, a zatem wszystko jest możliwe. Noc, wśród której poruszamy się po omacku, jest dla nas zbyt ciemna, abyśmy mogli cokolwiek twierdzić na jej temat, nawet to, że jej przeznaczeniem jest trwać.[1]

O kamiennym nagrobku „dziewczynki-wróżki” usłyszałam jeszcze przed wyjazdem na Podole. Wiedziałam, że wedle miejscowej tradycji w czasie suszy młode wdowy przychodzą na cmentarz i obracają go, by wywołać deszcz, niemniej trudno mi było sobie wyobrazić, jak wygląda i w jaki sposób wprowadzają go w ruch.

Do głowy przychodził obraz piaskowcowego wilka z Kryłowa (dziś pomalowanego farbą olejną i wkomponowanego w kaplicę z figurą świętego Mikołaja), który w obiegowej opinii związany był z kultem Welesa – bóstwem magii i świata umarłych. Zgodnie z lokalną legendą przed wschodem słońca przychodziły do niego kobiety nie mogące zajść w ciążę, siadały okrakiem, głaskały po brzuchu i szeptały zaklęcia do ucha[2]. To skojarzenie z „dziewczynką-wróżką” wywoływały wspólne dla obydwu przypadków mianowniki: kobieta o zachwianej kobiecości (młoda wdowa i młoda bezdzietna), magia oraz zaświaty. Ten łatwy do odszyfrowania rząd semantyczny kobieta – praktyki magiczne – świat umarłych nie zaspokajał mojej ciekawości, odwrotnie – w przypadku otrokowskiej figury rodził wiele pytań, ale przede wszystkim intrygowało, co sami mieszkańcy sądzą na jego temat.

Otroków to wieś leżąca na płaskowyżu malowniczej krainy dawnego Państwa Mińkowieckiego. Strome zbocza, wapienne wychodnie, głębokie jary, wartkie rzeki i jednocześnie rozległe pola były idealnym miejscem dla osadnictwa, stąd nieprzerwanie od neolitu tereny te zasiedlał człowiek. Rzecz jasna pozostawiał po sobie ślady kultury, które jako reminiscencje dotrwały do współczesności. I tak, jak remontowane przez nas pochówki w kamiennych obstawach na cmentarzu prawosławnym czy na kirkucie można hipotetycznie uznać za echo pochówków w skrzyniach z okresu kultury amfor kulistych, tak raczej wątpliwości nie wzbudza powiązanie nazwy Furia, którą miejscowa ludność określa wiedźmę z postacią Ignacego Ścibór Marchockiego. Ów szlachcic, właściciel ziemski znany nie tylko z licznych reform, ale i z fascynacji antykiem wprowadzał w swoich włościach zwyczaje wzorowane na kulturze dawnej Grecji i Rzymu, dlatego spotykane w inskrypcjach nagrobnych imię Agrypina, czy wspomniana wyżej Furia przemawiają za taką, a nie inną interpretacją. Jednak działalność Reduxa, to raptem historia o 200-letniej tradycji, stąd nie tak trudno dekodować znaki tamtych czasów, inaczej rzecz się ma z pogańską wizją świata Słowian, której artefakty stapiając się z chrześcijaństwem, nie są już tak czytelne. A jednak pozostałości te, choć transformowane i okraszone wątkami chrześcijańskimi, ciągle pozostają żywe, świadectwem czego jest choćby „dziewczynka-wróżka”.

Cmentarz położony w najwyższym punkcie miejscowości przestał pełnić funkcję grzebalną na początku XX wieku. Podzielony na dwie części: starą z pochówkami z pierwszej połowy wieku XIX oraz nową, na której chowano od lat 60 XIX wieku do początku XX. Wszystkie otrokowskie nagrobki wykonane są z miejscowego wapienia, różnią się jedynie stylistycznie, przy czym łatwo odróżnić te najstarsze o charakterystycznych maltańskich krzyżach wstawianych bezpośrednio do ziemi, bez kamiennych podstaw, od najnowszych, składających się zazwyczaj z trzech części – podstawy, cokołu i krzyża. Cmentarz okalają dwumetrowe, nie dające większego cienia drobnolistne krzaki, przez co latem, w panujących tam upałach przyjmuje on kolor sawanny. Sucha trawa i setki pokrytych porostami wapiennych krzyży podkreśla obcość tej przestrzeni, uwypuklając żywe na zewnątrz. „Dziewczynka-wróżka” znajduje się w jego starszej części, w samym rogu, na lewo od wejścia. Wokół niej nie ma innych nagrobków, przez co już przy pierwszym wrażeniu wygląda na pochówek odmienny – eksterytorialny, usunięty z przestrzeni umarłych.

Wiadomo, iż w kątach cmentarza, czy przy granicach grzebano samobójców (najczęściej wisielców i topielców), tragicznie zmarłych, nieochrzczone dzieci oraz innowierców. Ten zwyczaj do dziś przestrzegany jest w Otrokowie na czynnym cmentarzu, który położony jest 200 metrów dalej. Usłyszałam o tym pod sklepem, czyli miejscem spotkań towarzyskich, a przez to najlepszym punktem informacyjnym. Mój rozmówca, mężczyzna w wieku 37 lat, gadatliwy kawaler spędzający tam wiele czasu, a co za tym idzie kontynuator tradycji mówionej, nie skąpił mi informacji. Chowanie wisielców i topielców z dala od zwykłych umarłych wyjaśniał, posługując się chrześcijańską kategorią grzechu, jednocześnie tłumaczył ich decyzje komplikacjami w życiu osobistym, odwołując się do terminologii psychologicznej. Ta ambiwalencja w stosunku do samobójców jest ciekawą transformacją, wynikającą najpewniej z oglądania coraz popularniejszych na Ukrainie programów telewizyjnych poświęconych zagadnieniom społecznym, albowiem nawet w czasach wojującego z religią komunizmu samobójcy byli skazani na społeczną śmierć.

Separacja wisielców, topielców, tragicznie umarłych, nieochrzczonych dzieci oraz innowierców od tych, którzy odeszli w sposób ludzki, wynika z ich nieuregulowanego stosunku do wiary. Samobójcy swoim czynem sprzeniewierzyli się prawom ustanowionym przez Boga, tragicznie umarli odeszli w grzechu, bo bez spowiedzi i ostatniego namaszczenia, dzieci nieochrzczone – rzecz jasna bez chrztu, zaś innowiercy już za życia znajdowali się w kategorii obcych – bezbożnych. Łączy ich nieuczestniczenie w którymś z najważniejszych rytuałów przejścia chrześcijanina, a więc w rytuale włączenia w ludzką ekumenę, jakim jest chrzest lub wyłączenia poprzez akt skruchy i prawdziwy pogrzeb[3].Podobnie jak wiedźmy, upiory, zmory, płanetników i inne istoty ludzkie czyniące zło za życia czeka ich pośmiertna ekskomunika uniemożliwiająca dostąpienia zbawienia. W ten sposób nie trafiają ani do piekła, ani do raju. Błąkając się w przestrzeni ludzkiej, stają się istotami przejściowymi, mediacyjnymi – demonami, które reprezentują Zaświaty[4].

To oddzielenie istot o demogennych właściwościach potwierdza historia badanego nagrobka, który wedle miejscowych przekazów stoi na mogile dziewczynki, mającej umiejętności leczenia i przepowiadania przyszłości. Wszystkie zagadywane przeze mnie osoby identyfikowały nagrobek i miejsce oraz opowiadały związaną z nim historię. Według nich owa diwczynka-worożka umarła od ukąszenia żmii, dlatego w celu upamiętnienia miejscowy kamieniarz wykuł podstawę nagrobka w kształcie zwiniętej gadziny.

To jedynie początek legendy, która, sądząc z przeprowadzonych przeze mnie rozmów z mieszkańcami[5], w bardzo trwały i istotny sposób przełożyła się na miejscowe zwyczaje.

zwinieta-zmija

Nagrobek “dziewczynki-wróżki”

Otóż, do tradycji mieszkańców Otrokowa należą magiczne praktyki przywoływania deszczu wykonywane właśnie przy tej mogile. Zapisałam wiele wariantów, niemniej wszystkie sposoby opierają się na okręcaniu krzyża wokół jego osi. Sam krzyż, który – warto dodać – jest zdekompletowany (brakuje połowy trzonu) i nosi wyraźne ślady naprawiania, tkwi bezpośrednio w okrągłej podstawie, przez co nagrobek wydaje się nie tylko odmienny, ale również dziwaczny. I tak, w czasie długotrwałej suszy do mogiły przychodzą kobiety, nalewają wody do widocznych w krzyżu zagłębień (które wyglądają jak próby naprawiania), a następnie go okręcają. Żadna z pytanych osób nie potrafiła powiedzieć, czy istotny jest kierunek obracania oraz o jakiej porze warto ten rytuał wykonywać. Podobnie z wodą, niektórzy z moich rozmówców twierdzili, iż powinna to być woda święcona, inni, że zwykła, bo swiaczenu wodu ne skriz’ można (święconą wodę nie wszędzie można). Kilku, spośród moich rozmówców twierdziło, iż na cmentarz powinny przychodzić młode wdowy, pozostali, iż jest to bez znaczenia, a nawet, że mogą to być mężczyźni. Tak czy inaczej wszyscy, prócz jednej osoby, nie wyrażali najmniejszej wątpliwości, co do skuteczności tej metody, wierząc, iż chmary sia powernut’ i obowiazkowo bodaj maleńkyj doszcz pide (chmury się rozejdą i obowiązkowo bodaj niewielki deszcz spadnie)[6].

Istotne jest, iż jest to zwyczaj wciąż praktykowany, zaś osoby, które to wykonują, czują się w specjalny sposób odpowiedzialne za los całej wsi[7]. Taka magiczna odpowiedzialność stanowi niezwykły kontrast do jej braku w przypadku dbania o materialną spuściznę kulturową czy ekologię. Jednakże jest to zrozumiałe, ponieważ brak deszczu w przypadku społeczności opierających swój byt na rolnictwie jest sprawą życia, natomiast dziedzictwo i ekologia, to wartości dodane, które w tym przypadku są obcym wtrętem – naszym (w rozumieniu wartości kultury miejskiej) desantem, mogącym, ale nie muszącym się tam przyjąć. Stąd rzeczony nagrobek w żaden sposób nie był i nie jest postrzegany jako część dziedzictwa kulturowego regionu, ale jako łącznik z zaświatami, dzięki którym można uzyskać potrzebne dobra.

nagrobkiberehy

Dziury w krzyżu, do których zgodnie z wierzeniem należy wlać wodę

Na postrzeganie przez mieszkańców Otrokowa tego pochówku jako medium wpływa kilka czynników, które spotęgowały się, czy to przez jego usytuowanie na przecięciu dwóch granic, czyli w rogu, czy poprzez charakterystyczną dla myślenia magicznego potrzebę wpływania na losy świata. Nie wiadomo, co w tym przypadku jest pierwotne, a co wtórne, tak czy inaczej mediacyjność tego miejsca nie tylko nie podlega dyskusji, ale przede wszystkim nie jest tematem ani refleksji, ani rozważań. Jest to zadanie antropologa.

Wiadomo, iż wedle tradycji pochowana jest tam dziewczynka (jeszcze nie kobieta) – innymi słowy dziecko. Ten fakt podkreślali moi rozmówcy, co zresztą ma istotne znaczenie, ponieważ dzieckiem w tradycyjnej wizji świata przestaje się być, gdy ujawniają się funkcje prokreacyjne (pierwsza menstruacja), a przez to następuje rozpad pierwotnej pełni na świat płciowy i dualistyczny, charakterystyczny dla przestrzeni śmiertelników. Dzieci, jako istoty bezpłciowe, nierozdzielne i w pewnym sensie wciąż scalone, mogą bezpośrednio uczestniczyć w sferze sacrum, odnajdywać wspólny język z innymi światami czy zwierzętami, stąd przypisywane są im umiejętności magiczne. Ich położenie wynikające z klasyfikacji taksonomicznej pozwala czerpać wiedzę z zaświatów, a przez to posiadać moce wróżebne i uzdrowicielskie[8]. W zwyczajach mantycznych wielu kultur traktowano dzieci, jako wyrocznie, zaś kontakt z nimi mógł przybrać cechy kontaktu z sacrum, albowiem same, partycypując w tej sferze nabierały jej cech i właściwości, jednocześnie mogąc w ten sposób stać się istotami demonicznymi[9]. Tak więc wiara, iż spoczywa tam dziecko o umiejętnościach wróżebnych, to kolejny (obok lokalizacji, czyli umiejscowienia na przecięciu dwóch granic oraz potrzeby wpływania na rzeczywistość) bardzo istotny czynnik, który zrodził zwyczaj obracania krzyża w celu sprowadzania deszczu, jednak nie ostatni.

Nagrobek, jak wspominałam, składa się z dwóch części: ułamanego krzyża oraz podstawy o średnicy ok. 70 cm z przedstawieniem zwiniętej – oplecionej wokół koła – gadziny. Miejscowa legenda mówi, że taką formę zaleciła wykuć kamieniarzowi kobieta, która sama parała się magią. Wizerunek żmii połączony z przekonaniem o wróżebnych zdolnościach dziewczynki stworzył mieszkańcom Otrokowa przestrzeń dla magicznych wyobrażeń mających swój fundament w ludowej wizji świata.

I tak, w planie kosmogonicznym wąż czy żmija umiejscawiane są na biegunie przeciwległym do domeny Gromowładcy. Reprezentują noc, są wrogami dnia, światła, ognia i słońca, więc wyzwalają żywioły destrukcji i zabijania. W wierzeniach ludowych przetrwało przekonanie, iż żmije grzejąc się na słońcu piją słoneczną energię[10] – są wysłannikami śmierci. Jednocześnie gady i płazy poprzez bezpośredni kontakt z ziemią mają naturę chtoniczną, a przez swoją władzę nad zjawiskami atmosferycznymi – cechy akwatyczne. Dodatkowo wszystkie wersje mitu kosmogonicznego, pomimo różnych wariacji w obrębie fabuły, zawsze zawierają informację o tym, że Ziemia powstała jako rezultat współpracy dwóch sił antagonistycznych: Boga i Szatana, którego łączono z morzem. W konsekwencji tych działań zrodziła się opozycja „ogień – woda”. Tę symbolikę mitu można odnaleźć w powiedzeniu ludowym, że świat powstał z cara – ognia i carycy – wody, przy czym każdemu z żywiołów przypisana jest płeć, co oznacza, że w pierwotnej sytuacji mitycznej pierwiastek żeński został przypisany sferze chtoniczno-akwatycznej, reprezentowanej przez Szatana[11].

Stąd zbudowanie logicznego łańcucha: dziewczynka wróżka – żmija – woda – władza nad zjawiskami atmosferycznymi wydaje się być naturalną konsekwencją ludowych wyobrażeń kosmogonicznych. Co więcej, dziwne by było, gdyby tak odmienny nagrobek, nie tylko stojący w najbardziej skrajnej części cmentarza, ale i z wizerunkiem gadziny nie doczekał się własnej opowieści.

W Otrokowie wykorzystanie przestrzeni cmentarnej do magicznych praktyk spotyka się również w innych formach. I tak, by wywołać deszcz i zaradzić potencjalnemu nieurodzajowi, w mogiłę utopionego wbijało się kołek i nalewało wody w powstałą w ten sposób dziurę[12]. O takim sposobie pamiętał jedynie najstarszy spośród moich rozmówców, jednak, podobnie jak w przypadku nagrobka z wizerunkiem żmii, zapewniał, że był to sposób bardzo skuteczny.

Ten zwyczaj ma rzecz jasna strukturę analogiczną do działań nad nagrobkiem dziewczynki-wróżki, z tą różnicą, iż istotą demogenną władającą zjawiskami atmosferycznymi w tym przypadku nie jest dziecko ukąszone przez żmiję, ale topielec. W wielu przekazach ludowych pojawia się on jako postać ambiwalentna, z jednej strony szkodząca ludziom, ale również mogąca ostrzec przed niebezpieczeństwem czy złą pogodą[13]. Cmentarz, jako przestrzeń obca, choć znajdująca się w sferze życia i funkcjonowania ludzi, ma wszelkie cechy zaświatów. Oczywiście, tak jak i w przypadku przestrzeni pozacmentarnej, są na nim miejsca bardziej i mniej niebezpieczne – bardziej i mniej sakralne. Wiadomo, iż w wierzeniach ludowych każda ziemia z cmentarza jest ziemią martwą, jednak bardziej szkodliwa dla żywych będzie wzięta z konkretnego miejsca i konkretnej mogiły, niż jakakolwiek. Ziemia z mogiły osoby zmarłej śmiercią tragiczną, zgodnie z zasadą analogii może ściągnąć tragiczną śmierć na osobę, której się ją podrzuci. Opowieści o podsypywaniu martwej ziemi czy podlewaniu martwej wody[14] są bardzo powszechne na całej Ukrainie. Otroków w tym przypadku, wprawdzie dziwnie to zabrzmi, nie odbiega od normy. Niemal wszyscy moi rozmówcy potwierdzali istnienie takiego faktu, choć zazwyczaj opatrywali to wyrazami dezaprobaty, a jako wykonawców wskazywali wiedźmy, które z cmentarza prócz ziemi mogą wynosić też ludzkie łzy, by podlewać je innym i w ten sposób zsyłać chorobę, smutek, czy śmierć.

* * *

Minął pierwszy tydzień pracy w ramach projektu „Wspólne zapomniane dziedzictwo”, w czasie którego wyremontowaliśmy niemal całą starszą część cmentarza w Otrokowie. Pozostały jedynie szlify i nietknięty nagrobek diwczynky-worożky.

Dylemat: wyremontować czy pozostawić w stanie nienaruszonym wciąż pozostawał nierozstrzygnięty. A przecież fragment ułamanego krzyża mógł leżeć w ziemi – wystarczyłoby wyczyścić, wysuszyć, wstawić dybel i skleić żywicą. Ale czy w ten sposób nie naruszylibyśmy miejscowej legendy? A gdyby po tym działaniu okręcanie krzyża wokół osi w przekonaniu mieszkańców przestało być skuteczne? – to z rekonstruktorów stalibyśmy się barbarzyńcami. Zniszczylibyśmy zwyczaj pielęgnowany przez kolejne pokolenia, pozostalibyśmy w pamięci, jako ignoranci. Nasza misja polegająca na przekazywaniu wartości dbania o dziedzictwo skończyłaby się fiaskiem. Bo czy dziedzictwo materialne istotniejsze jest od spuścizny duchowej?

dziewczynka-wrozkaUłamany krzyż przecinał inskrypcję

Słońce chyliło się ku zachodowi. Kończąc ostatni dzień pracy na starej części cmentarza, podeszłam do oświetlonego bocznym światłem pomnika. Długie promienie padały na krzyż, uwypuklając niewidoczną w innym świetle inskrypcję. Łaciński alfabet ułożył się w napis Jan, widziany do góry nogami. Zdziwienie i poczucie obcowania z tajemnicą sprawiły, że nikomu tego nie zdradziłam. A może bałam się symbolicznego morderstwa dziewczynki-wróżki, anihilacji jej bytu, który stał się dla otrokowian realny? Kiedy zapadł zmierzch i wolontariusze wyszli z cmentarza, powiedziałam o tym Szymonowi. Wyciągnęliśmy krzyż i oświetlając go latarką żmudnie, litera po literze odszyfrowaliśmy: „Z pokorą głos swoy wznoszę / chrześci(…)nie pokornie proszę / zmów pacierz za duszę mo(…) / Jan”. Ułamany krzyż przecinał inskrypcję. Ani nazwiska, ani daty. Choć i ta ogólna informacja powiedziała wiele. Pochowany był Polak, Jan. Katolik na cmentarzu prawosławnym – obcy.

nagrobkiberehy3

W nocy, raptem z zupełnej ciszy wyrwało się wycie wiatru. Potężny podmuch zerwał tropik z namiotu i łomotał nim o drzewa. W bezdźwięcznych wyładowaniach atmosferycznych, walcząc z wiatrem naciągaliśmy sznurki. Kilkanaście minut grozy w oświetlonym przez błyskawice cmentarzu i skowycie przyrody przywodziło na myśl karę. Zemstę za złamanie tabu. Nad ranem zaczął padać deszcz.

Fragment inskrypcji w języku polskim na płycie

nagrobkiberehy4W trakcie “odkopywania prawdy”

Mierząc się w duchu z własnym sceptycyzmem, żartowaliśmy, że to za naszą sprawą. Jednak pobudzona wcześniejszego wieczora ciekawość nie dała za wygraną – postanowiliśmy sprawdzić, czy i ten nagrobek, podobnie jak reszta posiada płytę. Wzięliśmy się do roboty i już przy pierwszym wbiciu szpadla słychać było charakterystyczny szczęk kamienia.

Płyta leżała na głębokości 20-30 centymetrów. Łopata za łopatą odgarnialiśmy ziemię i wydobywaliśmy na światło prawdę. Na popękanej płaszczyźnie, w wyraźnie wydzielonym polu inskrypcyjnym widniał napis: „DOM / zwłok Jana / Myśl(…)kiego / um. 27 kwietnia 1831 / (…)”, reszta była nieczytelna.

Do południa deszcz przerodził się w ulewę. Potężny wiatr przez kolejne trzy dni zrywał płachty w obozowisku. Wolontariusze, którzy tego dna przenieśli się na cmentarz, spali we wspólnym namiocie, bo każdy inny trudno było rozbić w tych warunkach. Nie wiem, czy to wiatr rwał na strzępy nasz racjonalizm, ale do śmiechu nie byliśmy już skorzy. Po kilku dniach odwiedziło nas na cmentarzu trzech miejscowych gospodarzy – patrzyli na nas z wyrzutem, mówiąc, że takiej wichury dawno u nich nie było. I… że nasza to wina.

Płyta została zasypana ostatniego dnia, ułamany krzyż wstawiony do podstawy w kształcie żmii. Otroków opuszczaliśmy z pytaniami. Kim był Jan Myśl(…)ki?

Czy żmija, to wąż eskulapa, a Jan był lekarzem pracującym w dobrach Ignacego Ścibora Marchockiego? Jeżeli tak, to czemu nie został pochowany na katolickim cmentarzu w Mińkowcach? Czy dobrze zrobiliśmy zagrzebując prawdę, na rzecz zmyślonej opowieści? Na jak długo przedłużyliśmy żywot „dziewczynce-wróżce”? Czy barbarzyńcą jest ten, co skrywa prawdę, czy ten, co wydobywając ją niszczy świat pięknie skonstruowanej opowieści?

Wyjechaliśmy nieco inni.

***

Olga Solarz – dr etnologii, pracuje w PWSW w Przemyślu, zajmuje się ukraińską magią ludową, autorka książki Język magii – magia języka oraz szeregu artykułów poświęconych wierzeniom magicznym w obrzędowości rodzinnej i kalendarzowej; od 1997 roku prowadzi badania terenowe na Ukrainie, zaś od lat pięciu na Bojkowszczyźnie. Członkini zarządu Stowarzyszenia Magurycz. Koordynatorka projektu „Wspólne zapomniane dziedzictwo”.

***

[1] C. Lévi-Strauss, Smutek tropików, Warszawa 1964, s. 240.
[2] Źródło: http://www.krylow.info/sanktuarium/historia.xhtml (pobrano 09.11.2012).
[3] S. Sikora, Cmentarz. Antropologia pamięci, „Polska Sztuka Ludowa – Konteksty” 1986, t. 40, z. 1–2, s. 60.
[4] W Otrokowie wierzą, iż zwykli umarli odchodzą po roku, przy czym przez pierwszych 40 dni ich dusze krążą wokół gospodarstwa, by po tym czasie opuścić dom i odbyć podróż do wszystkich miejsc, w których niegdyś były. Jeden z moich rozmówców opowiadał o tym z radością, twierdząc, że dzięki temu po raz kolejny zobaczy Władywostok i Niemcy. Po roku dusza odchodzi do Boha, na nebo, jednak nadal może widzieć żywych, o ile ci przyjdą na cmentarz do południa. Jak pisze J. S. Bystroń: Chrystianizm przenosi te dusze (zmarłych) w zaświaty, do nieba czy do piekła… ale i tak niektóre dusze mogą się jeszcze pokazywać na tym świecie i wchodzić w kontakt z żywymi (J.S. Bystroń, Etnografia Polski, Warszawa 1947, s. 143).
[5] Istotny jest tu również wiek informatorów. By sprawdzić jak silny rezonans w miejscowej tradycji ma historia „dziewczynki” przeprowadziłam rozmowy z osobami w różnych grupach wiekowych, i tak: najmłodsza rozmówczyni miała 11 lat, zaś najstarszy wiekiem mężczyzna urodził się w roku 1924. Łącznie rozmawiałam z 14 osobami, w tym z jedną osobą pochodzącą z sąsiedniej miejscowości – Tymkowa, pozostali byli z Otrokowa. Osoby te różnił nie tylko wiek, ale też wykształcenie oraz status społeczny: oprócz największej grupy, czyli miejscowych gospodarzy, rozmawiałam z nauczycielem historii, sołtysem, sklepową oraz urodzoną w Otrokowie kobietą biznesu, która prowadzi dobrze prosperującą firmę w niedalekiej Nowej Uszycy.
[6] W broszurze wydanej przez miejscowego nauczyciela pod opisem tego zwyczaju czytamy: W naszych czasach, jest to już fakt sprawdzony. Mimo wszystko istnieją siły wyższe, którymi można kierować za pomocą ludzkich czarów. С. Гандзюк, Отроків. До кращого життя, Дрогобич 2008, s. 20.
[7] Długo nie było deszczu, byłyśmy na polu, kopałyśmy. Deszczu nie ma, upał. W ogrodzie wszystko więdnie. To zaczęłyśmy rozmawiać: przecież mówią, że tam, na starym cmentarzu jest jakiś taki krzyż, że jakby nim pokręcić, to deszcz spadnie. Te kobiety posłuchały i dwie, dobrze pamiętam, że Żeńka chodziła, ale z kim ona chodziła, czy z Niną, czy z kim? I poszły tam na cmentarz, pokręciły krzyżem i był deszcz. I mówią: widzicie, dziękujcie nam, że deszcz spadł, bo to myśmy na cmentarz chodziły (mieszkanka Otrokowa, urodzona w 1936 r.).
[8] Ten specjalny status dzieci ma również swoje odzwierciedlenie w przestrzeni cmentarza, albowiem do dziś na wielu nekropoliach mają one swoje odrębne kwatery, często usytuowane właśnie nieopodal granicy (S. Sikora, op. cit., s. 61).
[9] P. Kowalski, Dziecko. Rajska niewinność, wróżby, magia. Wstęp do lektury postaci, „Literatura ludowa”1996, 4/5, s. 27–28.
[10] A. Gieysztor, Mitologia słowiańska, Warszawa 1982, s. 133.
[11] J. R. Tomiccy, Drzewo życia, Białystok 1975, s. 29.
[12] С. Гандзюк, op. cit., s. 20.
[13] Mianecki, Postać demona wodnego w ludowych przekazach wierzeniowych, „Literatura ludowa” 2002, 2, s. 11. Taka dwuznaczność jest cechą wszystkich demonów, stąd wykorzystanie ich siły, wiedzy i mocy w praktykach magicznych jest nie tyle pomocne, co nieodzowne. Medycyna ludowa to w istocie ciągłe pertraktacje z zaświatami.
[14] Jest to woda po umyciu nieboszczyka, którą wylewa się na próg, pod dom, na granicę gospodarstwa lub w inne miejsce, tak by zaszkodzić osobie, która przez nią przestąpi.

Wyziemienie

Tomasz Fetzki

Ten tekst powinien napisać ktoś inny. Bez kokieterii – Viator jest na to za krótki. Dlaczego? Ano, wpis porusza sprawy ważne i bolesne, wzniosłe i niskie zarazem. Żeby ich dotknąć, trzeba wrażliwości (na tej Viatorowi nie zbywa – miało być bez kokieterii…) oraz warsztatu pisarskiego. Pióra które, zależnie od potrzeby, będzie ostre jak skalpel lub mięciutkie jak welur. I tutaj właśnie Wędrowiec nie dorasta. Ślizga się, próbując trącić właściwą strunę. Nie wychodzi mu: albo przynudza sprawozdawczością, albo, co ze wstydem przyznaje, chowa za zasłoną patosu; co najmniej dwa razy się tak ukrył. Ten tekst powinien napisać ktoś inny. Najlepiej tęgi stylista! Jednakże chętnych jakoś nie widać, zaś czas płynie. A zrobić to trzeba.

Pierwszy skok za parawan patosu: są miejsca wyjątkowe, takie, na które historia uwzięła się szczególnie. Uderzyła w nie mocno i celnie. Blizna pozostaje na zawsze, a i ból od czasu do czasu się odzywa. Do końca świata lew będzie melancholijnie dumał nad Cheroneą, opłakując chwałę pokonanych i niepodległość utraconą na ponad dwa tysiące lat. Sobibór nigdy już nie stanie się na powrót małą, nikomu nieznaną wioską, zagubioną wśród poleskich lasów. Nigdy! Są też takie miejsca, które historia mniej gwałtownie, ale za to systematycznie i uporczywie drapała, jątrząc ranę. Aż zmienia się ona w obrzmienie, narośl, gruzeł… Lepiej jej nie drażnić, by nie zrakowaciała.

To teraz już można mniej manierycznie. Dziś Viator chciałby opowiedzieć o takim właśnie miejscu, gdzie nagromadziły się mało radosne losy tysięcy ludzi. Wzgórze na północ od Żar. Od zawsze, to znaczy od kiedy Wędrowiec pamięta, przez mieszkańców miasta nazywane Wyspą.

1. WyspaCoś z wyspy faktycznie ma, wyrastając ponad okoliczne równie.

Przed wojną był to Doktorberg, czyli Doktorska Górka. Bo też i z medycyną miał wiele wspólnego.

A zaczęło się wszystko w roku 1812, gdy w zabudowaniach folwarcznych żarskiego pałacu armia Napoleona urządziła szpital polowy. Dość szczególny. Umieszczono w nim na przykład nieszczęśników, którym, mimo iż uszli z życiem z bezkresnych białych rosyjskich pól, dalej w głowie szumiała burza śnieżna. Poszkodowanych przez wojnę na umyśle, nie na ciele. I tak już zostało. Mijały lata, powstawały kolejne budynki, całe kompleksy budynków. Brandenburgische Landesanstalt zu Sorau rozrastał się i w drugiej dekadzie ubiegłego stulecia był już jednym z największych niemieckich zakładów psychiatrycznych. Prowadzony niewątpliwie z pruską skrupulatnością i sprawnością administracyjną – czy także z pruską delikatnością wobec chorych? Niestety, chyba tak. A na przełomie czwartej i piątej dekady strasznego wieku dwudziestego rozegrały się tutaj epizody ponurego przedsięwzięcia, dla niepoznaki określanego technicznych kryptonimem Aktion T4. Także w murach Brandenburskiego Zakładu Psychiatrycznego w Żarach dokonało się ogólnoniemieckie dzieło Vernichtung von lebensunwertem Leben, czyli likwidacji życia niegodnego życia. Przymusowa eutanazja chorych i niepełnosprawnych. Był tu również oddział dziecięcy, przeto…

Przyszły inne czasy, inni ludzie, inny język. Kompleks Landesanstaltu podzielono między dwa szpitale: wojskowy oraz cywilny. W ramach tego wojskowego działa oddział psychiatryczny, ale teraz to raptem jeden budynek. Zaś częścią cywilnego było tak zwane Sanatorium na Wyspie, czyli placówka neurologii dziecięcej. Przy nim zaś szkoła. A kilka budynków dalej jeszcze jedna szkoła specjalna – dla dzieci niesłyszących. Sanatorium i szkoła przyszpitalna już nie istnieją. Ta druga wciąż działa. A półtora roku temu, w ramach przekształceń własnościowych starostwa, przeprowadziła się tu kolejna placówka specjalna, przeznaczona dla dzieci z niepełnosprawnością intelektualną. Ta, w której Viator w pocie oblicza swego zdobywa chleb powszedni.

I drugi raz Wędrowiec hyca za parawan patosu. Ale co poradzić? Jak by spojrzeć, jest to symbol! Potężny. Wzruszający. W miejscu, gdzie jeszcze siedemdziesiąt pięć lat temu niepełnosprawne maluszki bezlitośnie skazywano na śmierć, dziś otacza się je miłością i szacunkiem. Nie jest to Znak? No jak nie jest, jak jest?!

Jako się rzekło, tutaj Viator w pocie oblicza swego zdobywa pożywienie… póki nie wróci do ziemi, z której został wzięty. Wróci z pewnością. Ale nie na Wyspie. To ważne zastrzeżenie, bo bardzo liczni tutaj właśnie wrócili. I teraz Pielgrzym ma okazję oglądać codziennie z okien swej klasy żałosny spektakl, który dzieje się, dosłownie, na jego oczach.

Oto jakiś czas temu kawał zadrzewionego (właściwie – zarośniętego) terenu między szkołą a szpitalem wojskowym sprzedano przedsiębiorcy budowlanemu. Niby zwykła rzecz. Drzewa wycięto, na pustaci pojawiły się koparki i spychacze. No i się zaczęło.

Ha! Łatwo stwierdzić: Przyszły inne czasy, inni ludzie, inny język. Sami nie przyszli. Przyniosła ich Wielka Zawierucha. Czerwonoarmiści zdobyli Sorau w połowie lutego 1945 roku i w budynkach Brandenburgische Landesanstalt urządzili wielki szpital wojenny. Zwożono do niego rannych z frontu, który posuwał się dalej na zachód. Leczyli się tutaj z ran, a niektórzy umierali, jeszcze przez kilka miesięcy. Tych umarłych zakopano na terenie szpitala. Dwadzieścia kilka lat później ekshumowano ich i pochowano z honorami w innym miejscu. Ale czy wszystkich?

Kiedyś już pisał Viator o nietypowym żarskim cmentarzu żołnierzy radzieckich, zajrzyjcie do tego tekstu, tam jest wszystko, nie warto się powtarzać. Owszem, na nową nekropolię przeniesiono ciała nieco ponad trzystu oficerów. Owszem, jest tam też bratnia mogiła, w której bezimiennie spoczywa jeszcze 351 poległych. Załóżmy nawet, że byli to sami szeregowcy. Proporcje niemal 1 do 1? Niemożliwe. Wszystko wskazuje na to, że reszta niższych szarż spoczywa dalej na terenie szpitala. Właśnie tam, gdzie wjechały spychacze!

Gdyby ekshumowano wszystkich, to pozostawiono by pomniki? Tak wyglądało to tajemnicze miejsce dwa lata temu.

3. Obelisk

A tak wygląda teraz. Pnie wyciętych drzew wyraźnie wskazują granice cmentarnego założenia. Zresztą ich też już nie ma, spychacze je usunęły. Obelisk, póki co, stoi.

Ale brnijmy w tę uliczkę. Wyobraźmy sobie, że szeregowców było tylu samo, ilu oficerów. To i tak niczego nie zmienia. Bo trzeba wiedzieć, że ich pierwsze miejsce pochówku to stara nekropolia, na przedwojennych mapach Sorau wyraźnie obecna. Czy był to cmentarz szpitala psychiatrycznego? Możliwe. Lecz równie prawdopodobne jest przypuszczenie, iż najpierw, extra muros, zaczęto tam grzebać mieszczan, a później dopiero obudowano mogilnik obiektami szpitalnymi. Są też tacy, który domyślają się, iż mógł to być cmentarz żydowski, bo na wspomnianych mapach nie jest oznakowany krzyżykami. Kto wie! Ale czy to nie wszystko jedno? Cmentarz to cmentarz. Zaś przedwojennych grobów, przy okazji przenosin kładbiszcza sowietskich wojnow, na pewno nie ekshumowano! A tu spychacze sobie buszują.

4. Spychacz

Oj, buszują!

Czy urzędnicy ukryli te fakty przed nabywcą działki? Czy raczej przedsiębiorca zlekceważył podejrzanie niską cenę gruntu i wziął sobie na głowę kłopot? To akurat nie nasz problem. Ale z okien wyraźnie widać, że coś tu nie gra. W tej części budowy, gdzie mogił z pewnością nie było (bo jest takowa) prace idą pełną parą. Ale tam, gdzie stoją obeliski, a ziemia niemal na pewno kryje kości kilku narodów, jakby się zatrzymano. Starannie oczyszczono pomniki, na razie nic się nie dzieje. Na razie.

5. Bez bluszczu 6. Oczyszczony

Odkopane i oczyszczone z bluszczu czekają na wyrok.

Ale po co właściwie przyczepił się Viator. Wszak już mistrz Asnyk z rezygnacją konstatował:

Trzeba z żywymi naprzód iść,
Po życie sięgać nowe…
A nie w uwiędłych laurów liść
Z uporem stroić głowę.
Wy nie cofniecie życia fal!
Nic skargi nie pomogą –
Bezsilne gniewy, próżny żal!
Świat pójdzie swoją drogą.

Ludzie muszą gdzieś mieszkać! Zresztą, prorok Izajasz zapowiadał: obudzą się i radośnie będą śpiewać (…) a ziemia wyda ciała zmarłych. Ale przecież nie tutaj. Nie teraz. NIE TAK!

Gdyby – zamiast domów – park ze stosowną tablicą (i odnowionymi obeliskami)? Mieszkańcy nowych bloków mieli by gdzie posiedzieć. Pacjenci szpitala też. Takoż dzieci ze szkoły. Można? Jak widać – nie można!

Ech, pięknoduchy, marzyciele, wrażliwcy. Nie pod nas skrojono ten świat.

7. Wieza

Dawna wieża ciśnień. Od wielu lat gniazdowały tam pustułki. Czy teraz odlecą, wygnane hałasem budowy? Wstydem?

Brückner raz jeszcze / Wieder Prof. Brückner

Ewa Maria Slaska & Roman Brodowski

Dzień zmarłych / Allerheiligen

Zaproszenie3-malePo polsku pisałam już TU o profesorze i jego grobie na Cmentarzu Parkowym Tempelhof, a TU i o grobie, i o naszej wspólnej wizycie tam przed rokiem.

ambasada4Über Professor Brückner und sein Grab

Zünden wir wieder die Grabkerzen.
Lassen wir unsere Erinnerungen frei.
Die Gestorbenen “leben” nur so lange, wie lange wir uns an sie erinnern.

Liebe Freunde,

heute ist der Tag der Allerheiligen, der Tag an dem die Katholiken ihren Gestorbenen gedenken.
Wie jedes Jahr werden wir heute die Gräber unserer Nächsten besuchen, uns an sie erinnern, an die Zeit denken, als sie noch unter uns weilten.
Wir sollen uns aber auch an die Menschen erinnern, die längst vergessen wurden.
Für uns, Polen in Berlin, ist Professor Aleksander Brückner solch ein Mensch. Der Linguist, Humanist, Historiker. Fast 60 Jahre lebte er in Berlin, 44 Jahre leitete er das Slawistik-Institut an der Humboldt-Universität, das er als junger Wissenschaftler gegründet hatte. Er hatte 600 Bücher auf Deutsch un Polnisch verfasst und unzählige Artikel, Kritiken, Besprechungen. Gestorben 1939, wurde er allmählich vergessen, bis wir, die Polen in Berlin, uns an ihn erinnerten und ihn in die kollektive deutsche und polnische Gedächtnis wieder rückten. Seit vielen Jahren besuchen wir sein Grab. Manchmal geht nur eine von uns hin, manchmal zwei, letztens sind wir aber immer mehr.

Auch dieses Jahr gehen wir wieder hin. Wir treffen uns am Sonntag, den 1. November um 11 Uhr unten in der U-Bahn-Station Ullsteinstrasse.

ambasada2 ambasadaUnd so war es. Kwiaty ufundowała Ambasada Polska w Berlinie.

brucknerFotos Ania /1. November 2015

Zmarli z cmentarza w Starym Czarnowie

Ewa Maria Slaska

czarnowo (4)Cmentarz Wojenny Żołnierzy Niemieckich w Glinnej – od 2009 r. zwany Niemieckim Cmentarzem Wojennym w Starym Czarnowie. Jeden z 13 zbiorczych cmentarzy wojennych w Polsce gdzie pochowani są żołnierze niemieccy, którzy zginęli podczas działań wojennych na terenie naszego kraju.

Dalej i więcej

Byliśmy tam 5 września, my czyli grupa z Berlina ze Stowarzyszenia Städtepartner Stettin oraz mieszkańcy Szczecina. Naszym przewodnikiem był Michał Rembas, który już tu u nas występował na blogu.

czarnowo (1)Michał twierdzi, że na terenie dzisiejszej Polski poległo około pół miliona żołnierzy niemieckich. Chowano ich w rowach, lasach, wykopach, ogrodach… Teraz powoli przenosi się ich szczątki do grobów i na cmentarze. W Glinnej czyli Starym Czarnowie jest w tej chwili ok 20 tysięcy pochówków, oczywiście wszystkie po ekshumacji. Zmarli są wymienieni na tablicach zbiorczych, nie ma tabliczek indywidualnych jakie znamy nawet z innych cmentarzy wojennych.

czarnowo (6)Co mnie uderzyło, to masa polskich imion i nazwisk. Max Wessollowski, Ignatz Palczykowski już mają zniemczone imiona i nazwiska, ale Wladislaus Paczynski wydaje się mimo zniemczenia Polakiem. A Konrad von Jutrzenka? 19 lat. Biedny Konrad.

czarnowo (9)