Polskie ulice / Polnische Strassennamen

Viele Wochen sammelten Tomasz Fetzki und ich die polnischen Strassennamen in Berlin; dann gesellte sich noch der Hans-Jürgen Moder zu uns. Ursprünglich nahmen wir an, dass derjenige, der behauptet hatte, in Berlin gebe es 93 polnische Strassennamen, recht hat. Hat er nicht. Wir sind schon bei mehr als 150 und es ist sicher nicht das Ende der Geschichte. Sucht weiter und schickt die neuen Namen uns zu… Oder korrigiert das, was wir geschrieben / gefunden haben!

Achtung: Rote Strassennamen wurden von den Leser schon nach der Veröffentlichung dieses Beitrags  zugeschickt

Przez wiele tygodni Tomasz Fetzki i ja zbieraliśmy polskie nazwy ulic w Berlinie. Potem dołączył do nas jeszcze Hans-Jürgen Moder. Gdzieś znalazłam informację, że w Berlinie są 93 ulice z polskimi nazwami. Jest ich jednak znacznie więcej. Obecnie nasz rejestr obejmuje ponad 150 polskich nazw, a to na pewno nie koniec. Szukajcie i przysyłajcie… Ale poprawiajcie też błędy, bo na pewno nie wszystko spisaliśmy jak należy…

Uwaga: Czerwone nazwy ulic dosłali Czytelnicy już po publikacji tego wpisu 

Aktualnie / Momentan 158 Namen / nazw ulic

***
Städte / Miasta

BACHWITZER (BACHOWITZER) STRASSE / ULICA WIELOŁĘCKA

BAUERWITZER STRASSE / ULICA BABOROWSKA

BENTSCHENER WEG / ULICA ZBĄSZYŃSKA

BERUNER STRASSE / ULICA BIERUŃSKA (Bieruń Stary/Bieruń Nowy k. Katowic)

BICHOFSTALER STRASSE / ULICA UJAZDOWSKA (Ujazd Śląski)

BIRNBAUMER STRASSE / ULICA MIĘDZYCHODZKA

BISMARCKFELDER STRASSE / ULICA ŚWINIARSKA

BLÜTENAUER STRASSE / ULICA KWIECISZEWSKA

BOSCHPOLER PLATZ, STRASSE / ULICA BOŻOPOLSKA (Bożepole Wielkie, Bożepole Małe)

BRACHFELDER STRASSE / ULICA PANIGRÓDZKA

BRACHLINER STRASSE / ULICA ZBRACHLIŃSKA

BRANDORFER WEG / ULICA PRZYPROSTYŃSKA

BREITENFELDER STRASSE / ULICA PRZYBOROWSKA

BRESLAUER PLATZ/ PLAC WROCŁAWSKI 2 x

BRIESENER WEG /  ULICA WĄBRZEŹNIEŃSKA

BRODAUER STRASSE / ULICA BRODOWSKA

BUCHENHAINER STRASSE / ULICA BOGUNIEWSKA

BUDSINER STRASSE / ULICA BUDZYŃSKA

BÜTOWER STRASSE / ULICA BYTOWSKA

BUSCHINER STRASSE / ULICA BUŚNIEŃSKA

CROSSENER STRASSE / ULICA KROŚNIEŃSKA

CZARNIKAUER STRASSE / ULICA CZARNKOWSKA

DANZIGER STRASSE / ULICA GDAŃSKA

DAMERAUER ALLEE /ALEJA DĄBROWSKA (Dąbrowa k. Malborka)

DEBENZER STRASSE / ULICA DĘBIENIECKA

DIRSCHAUER STRASSE / ULICA TCZEWSKA 2x

DEUTSCHHOFFER ALLEE – ALEJA NAMYŚLACKA (Namyślaki)

DOLGIZERSTRASSE / ULICA DŁUŻKOWSKA

DOMNAUER STRASSE / ULICA DOMNOWSKA

DRAMBURGER STRASSE / ULICA DRAWSKA

DRAUSNITZER STRASSE / ULICA DROŹDZIENICKA

DRENZIGER ZEILE / ZAUŁEK DRZEŃSKI

DRIESENER STRASSE / ULICA DREZDENKOWSKA (Drezdenko)

DROSSENER STRASSE / ULICA OŚNIEŃSKA (Ośno Lubuskie)

DRUSCHIENER STRASSE / ULICA DRUŻYNIAŃSKA (Drużyny)

ERNSTRODER STRASSE / ULICA PIGŻAŃSKA

FEUERSTEINER STRASSE / ULICA KRZEMIENIEWSKA

FINKELWALDER WEG / ULICA ZDROJOWA (Szczecin-Zdroje)

FORDONER STRASSE / ULICA FORDOŃSKA

GEMBITZER STRASSE / ULICA GĘBICKA

GERZLOWER STRASSE / ULICA JAROSŁAWSKA

GLADAUER STRASSE / ULICA GŁODOWSKA

GLATZER STRASSE / ULICA KŁODZKA

GLEIWITZERSTRASSE/ ULICA GLIWICKA

GLOGAUER STRASSE / ULICA GŁOGOWSKA

GOLDAPER STRASSE / ULICA GOŁDAPSKA

GRAUDENZER STRASSE / ULICA GRUDZIĄDZKA

GROTTKAUER STRASSE / ULICA GRODKOWSKA (Grodków)

GÜLZOWER STRASSE / ULICA GOŁCZEWSKA

GRÜNBERGER STRASSE / ULICA ZIELONOGÓRSKA 2x

HEDWIGSKIRCHGASSE – ZAUŁEK KOŁO KATEDRY ŚW. JADWIGI ŚLĄSKIEJ

HEDWIGSTRASSE – ULICA ŚW. JADWIGI ŚLĄSKIEJ

HEDWIGSTRASSE – ULICA KSIĘŻNICZKI JADWIGI POLSKIEJ

HERTWIGSWALDER STEIG / DRÒŻKA DOBOSZOWICKA (Doboszowice, pow. Ząbkowice Śl.)

KADINER STRASSE / ULICA KADYŃSKA

KALISCHER STRASSE / ULICA KALISKA

KAMENZER DAMM / TRAKT KAMIENIECKI (Kamieniec Ząbkowicki)

KAMMINER STRASSE / ULICA KAMIEŃSKA (Kamień Pomorski)

KARWITZER PFAD /KARWICKA ŚCIEŻKA

KATTOWITZER STRASSE / ULICA KATOWICKA

KÖSLINER STRASSE / ULICA KOSZALIŃSKA

KOLBERGER STRASSE & PLATZ / ULICA KOŁOBRZESKA i PLAC 3x

KÖNIGSHÜTTER WEG / ULICA CHORZOWSKA

KONITZER STRASSE / ULICA CHOJNICKA

KUDOWASTRASSE & KOLONIE PAUSBORN-KUDOWA / ULICA KUDOWSKA & OGRÒDKI DZIAŁKOWE „PAUSBORN-KUDOWA”

KÜLZER STRASSE / ULICA KULICKA

KULMER STRASSE / ULICA CHEŁMNIŃSKA

KULMSEESTRASSE / ULICA JEZIORA CHEŁMŻAŃSKIEGO

LANDSBERGER STRASSE/ ULICA GORZOWSKA

LAPPINER PLATZ/STRASSE / ULICA ŁAPIŃSKA

LIEGNITZER STRASSE/ ULICA LEGNICKA

LISSAER STRASSE / ULICA LESZNIEŃSKA

MARIENBURGER STRASSE / ULICA MALBORSKA

MIELTSCHINER WEG/ ULICA MIELŻYŃSKA

MÜHLTALER STRASSE / ULICA SMUKAŁOWSKA (Bydgoszcz-Smukała)

MÜNSTERBERGER WEG / DROGA ZIĘBICKA (Ziębice, pow. Ząbkowice Śl.)

MÜNSTERWALDER STRASSE / ULICA OPALENIEWSKA (Opalenie k. Kwidzyna)

MYSLOWITZER STRASSE / ULICA MYSŁOWICKA 2x

NEUDAMMER STRASSE / ULICA DĘBNIEŃSKA (Dębno koło Myśliborza)

NEUFAHRWASSERWEG / ULICZKA NOWY PORT

NITZWALDER STRASSE / ULICA NICWALDZKA

OHLAUERSTRASSE/ ULICA OŁAWSKA

OLIVAER PLATZ / PLAC OLIWSKI

OPPELNERSTRASSE/ ULICA OPOLSKA

PÖLITZER STRASSE / ULICA POLICKA (Police k. Szczecina)

POLLNOWER STRASSE / ULICA POLANOWSKA

PROSKAUERSTRASSE / ULICA PRÓSZKOWSKA

RATIBORSTRASSE/ ULICA RACIBORSKA

RIDBACHER STRASSE / ULICA RZECKA (Rzeck, gmina Mrągowo)

ROGAUER WEG / ULICA ROGOWSKA (Rogów Opolski)

RÜGENWALDER WEG /  DROGA DARŁOWSKA

SAGANERSTRASSE/ ULICA ŻAGAŃSKA

SANDOWITZER PLATZ / PLAC ZEDOWICKI

SCHLAWER STRASSE / ULICA SŁAWIEŃSKA

SCHLOCHAUER STRASSE / ULICA CZŁUCHOWSKA

SCHRODAER STRASSE / ULICA ŚREDZKA (Środa Wielkopolska)

SCHWIEBUSER STRASSE / ULICA ŚWIEBODZIŃSKA

SORAUERSTRASSE/ ULICA ŻARSKA

STADER STRASSE / ULICA WIELISTOWSKA

STEPNITZER WEG /  DROGA STEPNICKA (Stepnica, pow. Goleniów)

STETTINER BAHNHOF & STRASSE / DWORZEC SZCZECIŃSKI & ULICA

STREHLENER STRASSE / ULICA STRZELIŃSKA (Strzelin)

STRIEGAUER STRASSE / ULICA STRZEGOMSKA

THORNER STRASSE / ULICA TORUŃSKA

TYCHYER STRASSE / ULICA TYSKA

WALDENBURGER STRASSE / ULICA WAŁBRZYCHSKA

WAPLITZER STRASSE / ULICA WAPLEWSKA (Waplewo)

WARSCHAUERSTRASSE/ ULICA WARSZAWSKA

WEISSENHÖHER STRASSE / ULICA BIAŁOŚLIWIŃSKA

WILHELMSBRÜCKER STRASSE / ULICA PODZAMCZE (dzielnica Wieruszowa k. Kalisza)

WONGROWITZER WEG / ULICZKA WĄGROWIECKA

ZOPPOTTER STRASSE & ZOPPOTER WEG / ULICA SOPOCKA & DROGA SOPOCKA

ZÜLLICHAUER STRASSE / ULICA SULECHOWSKA

Doppelte Stadtnamen an der Grenze / Podwójne nazwy miast granicznych

GUBENER STRASSE / ULICA GUBIŃSKA /GUBEŃSKA

GÖRLITZER STRASSE / ULICA GÖRLICKA /ZGORZELECKA 3 x

KÜSTRINER STRASSE / ULICA KOSTRZYŃSKA / KUESTRIŃSKA 2 x

Landschaften, Berge, Flüsse / Krainy, góry, rzeki

BESKIDENSTRASSE / ULICA BESKIDZKA

BOBERSTRASSE / ULICA BOBRZAŃSKA

BORUSSIASTRASSE & KOLONIE BORUSSIA / ULICA PRUSKA i OGRÒDKI DZIAŁKOWE „PRUSY”

NEISSE STRASSE / ULICA NYSKA

NETZESTRASSE / ULICA NOTECKA

NOGATSTRASSE / ULICA NOGATU

ODERSTRASSE / ULICA ODRZAŃSKA

POMMERSCHE STRASSE / ULICA POMORSKA

SCHLESISCHESTRASSE – BRÜCKE – BUSCH – TOR/ ULICA – MOST – ZAGAJNIK – BRAMA ŚLĄSKA

VOR DEM SCHLESISCHEN TOR / PRZED BRAMĄ ŚLĄSKĄ

WARTHESTRASSE (PLATZ) / ULICA (PLAC) WARCIAŃSKA

WEICHSELSTRASSE / ULICA WIŚLANA

Menschen / Ludzie

AM BALTENRING / OBWODNICA BAŁTYCKA (Bałtowie)

CHOPIN STRASSE

CHODOWIECKI STRASSE / ULICA CHODOWIECKIEGO

GOTZKOWSKY STRASSE / ULICA GOCKOWSKIEGO 2x

MARIE-CURIE-ALLEE / ALEJA MARIE CURIE (SKŁODOWSKIEJ)

JABLONSKI STRASSE / ULICA JABŁOŃSKIEGO

JANUSZ KORCZAK STRASSE

KOPERNIKUSSTRASSE / ULICA KOPERNIKA 2x

POMMERNALLEE / ALEJA POMORZAN

ROSA-LUXEMBURG-PLATZ & STRASSE / ULICA & PLAC RÓŻY LUKSEMBURG 2x

OSTROWSKI STRASSE / ULICA OSTROWSKIEGO

Sonstiges / Inne

ESPERANTOPLATZ / PLAC ESPERANTO

Flüchtlinge – uciekinierzy

Tekstów o uciekinierach coraz więcej. Zgodnie z zapowiedzią będę je więc publikowała w każdą środę, a nie tak jak dotychczas – w co drugą.  Dziś dwugłos Monika Wrzosek-Müller i ja. Mój tekst – po polsku – pod tekstem Moniki. Oba zatroskane.

MonikaWrzosek-Müller

Die Jugendherberge und die jungen männlichen Flüchtlinge

Sie war erstaunt, dass jemand sich über eine so schöne Herberge noch beklagen konnte. Ein Zufall wollte, dass sie da mit ihrem Sohn vor Jahren an einem Vorbereitungskurs für seine Reise nach Kanada teilgenommen und er in der Herberge auch übernachtet hatte. Auf jeden Fall war die Unterkunft sehr schön gelegen, am Seeufer, fast im Wald, mit großem Essraum und allen denkbaren hygienischen Einrichtungen.

Die Jungs, die jetzt dort wohnten, kamen hauptsächlich aus Afghanistan, Syrien, dem Libanon und dem Irak; es gab vereinzelt welche aus Afrika: Ghana und Eritrea. Sie gaben an, unter 18 zu sein, doch sie vermutete bei vielen, dass sie diese magische Grenze schon überschritten hatten. Auf die Frage: „Wie alt bist du?“ kam meistens eine Zahl, die mit dem Gesicht nicht korrespondierte: 15, 16 – und die Gesichter waren eher die von Männern über 20. So einigte man sich auf eine ärztliche Untersuchung, die jetzt das ungefähre Alter feststellen soll. Eigentlich wusste sie nicht, wie man das feststellen konnte; wenn jemand ganz schlimme Erlebnisse hatte, würde er auch älter aussehen. Sie würde, wäre sie Ärztin, diese Aufgabe nur sehr ungern übernehmen.

Die ersten Wochen waren die Sprachgruppen national fast homogen, erstaunlich wie die einzelnen Nationen zusammen hielten; später wurden sie nach Grad und Fähigkeit Deutsch zu lernen eingeteilt. Es kam eine bunt gemischte Gruppe heraus. Eigentlich waren sie lernwillig, manche lernten auch wirklich schnell und konzentriert, aber es gab auch solche, die die ganze Zeit redeten und sich vielleicht gar nicht konzentrieren konnten. Es gab auch großen Bedarf an Alphabetisierung; viele kannten das lateinische Alphabet nicht, bei einigen wenigen hatte sie den Eindruck, dass sie überhaupt lernungewohnt waren.

Es gab viele Lehrer; die Jungs wurden in vier Gruppen eingeteilt und es wurde an allen fünf Tagen der Woche unterrichtet. Nachmittags organisierten die Sozialarbeiter für sie Ausflüge oder Heimkino, sie hatten auch Monatskarten, um mit der BVG zu fahren. Es war schon ein gut durchdachtes und funktionierendes System bei allen, die sich für die Jungs einsetzten. Sie dachte auch, dass es gerade für so junge Leute leichter sein müsse, sich an das Land und die Sitten zu gewöhnen. Bei einigen musste man dann auch hart durchgreifen, damit sie das machten, was von ihnen verlangt wurde. Allgemein waren sie aber eher fröhlich und zuversichtlich – sie dachte: vielleicht doch irgendwie aus besseren Verhältnissen.

Das wichtigste Accessoire war natürlich das omnipräsente Handy mit blinkender Oberfläche, je größer desto besser. Und natürlich versuchten sie am Anfang auch während des Unterrichts am Handy zu fummeln. Dann machte sie die Ansage, dass sie im Flugzeug wären und für die Flugzeit würde das Handy auf Flugmodus gestellt; das kapierten sie erstaunlich schnell und die Handyslagen unberührt; doch kurz vor dem Schluss des Unterrichts rief immer ein digitaler Muezzin sie per Handy zum Gebet und dann war Ende mit der Ruhe und der Schule; wie in ihren Heimatländern die Disziplin in den Schulen gehandhabt wurde, konnte sie sich nicht vorstellen.

Die Weihnachtsparty, die die Deutschlehrer organisiert hatten, war ein voller Erfolg. Die Jungen sangen aus vollen Herzen, sprangen herum und tanzten, führten auch ihre Lieder vor: den Afghan-Rap, die Lieder aus ihren Ländern. Manchmal dachte sie, als sie ganz wild herumtanzten und johlten, das ist jetzt aber zu viel, wir werden es nicht schaffen sie zu beruhigen, und doch endete alles erstaunlich ruhig und gesittet, aufgeräumt und still. Das Bingo-Spiel wurde mit großer Freude mitgespielt, die Lehrer hatten wirklich ein schönes Programm angeboten, mit Weihnachtsgebäck und Früchten und Getränken… die Jungs fühlten sich wohl und mit Aufmerksamkeit bedacht.

Einige wenige gingen schon in die Willkommensklassen, die lernten natürlich am schnellsten, hatten auch in den Pausen Kontakt zu anderen deutschen Jugendlichen. Es war wirklich der beste Weg sie zu integrieren, zusammen mit den anderen lernen, spielen, zusammen sein; sonst waren sie ausgegrenzt und im Ausnahmezustand, das sah man ihnen an. Viele waren apathisch oder sehr nervös und gereizt. Sie stürmten plötzlich aus der Klasse wegen angeblichen oder doch existierenden Durchfall, Nasenbluten etc… Sie versuchte dahinterzukommen: waren das wirkliche Symptome, oder wollten sie gerade aus der Gemeinschaft, aus dem Unterricht raus. Es war sehr wichtig, ihnen Aufgaben zu stellen, bei denen sie auch nachdenken mussten; zusammenzählen, etwas erfinden, mit abstrakten Dialogen und Situationen taten sie sich schwer; aber vielleicht taten sich alle Jugendlichen damit schwer.

Sie wollte zu dem Café-Treffen der Ehrenamtlichen gehen und fragen, wohin die Jungendlichen denn ab Ende Februar verlegt werden würden, was mit ihnen geschehen würde, denn die Betreiber der Herberge wollten für den Frühling keine Flüchtlinge mehr haben. Das war das Mindeste, was sie für sie weiter tun konnte, auch wenn sich nicht nur Erfreuliches im Unterricht ereignete.

Eine von den Deutschlehrerinnen wollte mit den Jungs in ein Supermarkt gehen, um die Sachen konkret beim Namen zu nennen, schauen was sie interessiert, was sie einkaufen, ihnen helfen sich zu orientieren und ihnen erklären, was die Sachen in der Verpackung sind. Sie hat jedem 2,50 € geben wollen, damit sie sich eine Kleinigkeit kaufen könnten. Natürlich hat sie das von ihrem Geld gespendet, wollte nur eine Quittung haben, vielleicht wegen der Steuererklärung… sie hatte das Geld schon einigen ausgegeben, als zwei Jugendliche sie überfielen und ihr den Beutel mit dem übrigen Kleingeld wegrissen und wegrannten. Die anderen rannten ihnen hinterher, es entwickelte sich eine Schlägerei, in der einige verletzt wurden. Sie war völlig entsetzt und meinte, so was wird sie nicht noch Mal versuchen.

Sie dachte bei sich, man soll auf alle Möglichkeiten vorbereitet sein; sie kannte nicht einmal deutsche Jugendliche gut und wusste nicht, wie die in einer Gruppe funktionieren. Die Flüchtlinge, nach ihren Erlebnissen in der Heimat und auf dem Weg, und in völlig fremder Umgebung sind natürlich überfordert. Und dann dachte sie weiter: die Aufgaben, die auf uns warten, sind unendlich schwer – damit sie wirklich integriert werden und in Frieden mit sich und mit der Umgebung leben könnten.

Ewa Maria Slaska

Sylwester

Drugą część tego tekstu napisałam przed Sylwestrem. Rzeczywistość mnie jednak dopadła, zanim zdążyłam podzielić się z Wami myślą, że uchodźców wcale nie widać na ulicy. Bo niestety w Sylwestra było ich widać i to w sposób groźny.

Dla kobiety gwałt jest jedną z najbardziej przerażających wizji tego, co je może spotkać. Na szczęście kultura zachodnia od lat tępiła i potępiała gwałty, tak w sferze prywatnej jak i publicznej. Kobiety w Niemczech czy w Europie nie liczą się już z tym, że jest to realna codzienna groźba. Sylwester 2015 pokazał, że może stać się znowu realna i może stać się zjawiskiem społecznym.

Gdy wiadomości o tym dotarły do mediów, w pierwszym odruchu pomyślałam, że to nieprawda, że to prawicowa prowokacja wewnątrzniemiecka wymierzona w rząd Angeli Merkel. Im bardziej jednak doniesienia się mnożyły, tym bardziej, nie wiem zresztą dlaczego, prowokacja prawicowa wydawała mi się mniej realna.

Gdzieś zgwałcona została kobieta w średnim wieku – miała, jak podała prasa, 58 lat. Oczywiście, może jest to pani, która znakomicie wygląda, tak też może być, ale jeśli jest to jednak starsza pani, to znaczyłoby, że był to gwałt wojenny, który nie jest zaspokojeniem potrzeby seksualnej, tylko metodą poniżenia wroga przez poniżenie zadane jego kobietom. Tak gwałciła zwycięska Armia Czerwona tryumfalnie wkraczająca na tereny padających na kolana Niemiec, a jej ideologiem był Ilja Erenburg…

A wtedy mogłoby to oznaczać, że była to prowokacja, ale nie ze strony skrajnej prawicy niemieckiej czy europejskiej, lecz ze strony państwa islamskiego. I że znajdujemy się w stanie wojny. I że rzeczywiście są tu ONi i jesteśmy MY.

I tę myśl zapisałam kilka dnie temu, a następnego dnia również policja niemiecka, wychodząc zresztą nie z przesłanek lecz poszlak i dowodów, doszła do wniosku, że była to zorganizowana akcja ISIS.

Stale powtarzam, przede wszystkim trzeba myśleć.

Czy uchodźców widać na ulicy?

Ludzie z Polski wciąż pytają, czy uchodźców widać na ulicy? A moja odpowiedź, wprawdzie trochę niepewna, brzmi – nie, nie widać. Widać i słychać cudzoziemców, niewątpliwie, i to zarówno tych, którzy mieszkają tu na stałe, jak i turystów. Przede wszystkim zresztą Włochów i Hiszpanów. Ale uchodźców niemal nie widać. Mieszkam naprzeciwko nieczynnego lotniska Tempelhof, oddzielonego od ulic Tempelhofer Damm i Columbiadamm wielkim prawie stuletnim budynkiem, kiedyś najdłuższym budynkiem na świecie. Teraz podobno jest jakiś dłuższy.


Ja mieszkam po drugiej stronie ulicy, na samym prawym końcu tego gmaszydła. W tym budynku ulokowano w listopadzie kilka tysięcy uchodźców, głównie samotnych mężczyzn, czekających na przeniesienie do jakiegoś bardziej przychylnego ludziom miejsca. Pewnej soboty miały tu miejsce bójki, o których donosiła prasa na całym świecie. A ja co? A ja, choć mieszkam od nich o rzut beretem, początkowo nawet ich nie widziałam. Oni wchodzą do siebie głównym wejściem, wysiadają więc przystanek wcześniej niż ja – bo wejście główne i boczne oddziela odległość całej stacji metra. Moja jest dziś całkiem niepozorna, ale w latach 20 wysiadali tu robotnicy budujący lotnisko. Były ich tysiące. Szli do pracy 17 tunelami!

Oni i ja korzystamy z tej samej linii metra, a jednak początkowo w metrze też ich nie było. Raz, gdy szłam na dworzec o 4 w nocy, spotkałam jednego zbłąkanego, szukał drogi do najbliższego szpitala, którego adres ktoś mu nieporadnie zapisał na świstku.

Teraz w budynku ulokowano ponad dwa tysiące uchodźców, w przyszłości ma ich być nawet siedem tysięcy. Jest ich teraz, po kilku tygodniach, może troszeczkę więcej w metrze. Widocznie się oswoili i otarli, dostali bilety na komunikację miejską, odważają się więc, wychodzą ze schroniska, zbaczają z utartych tras prowadzących do urzędów. Ale nadal widzę ich niewielu. Nawet w pobliskim sklepie, który zasadniczo jest i ich, i mój, ich nie ma. Jak się czasem spotka jakichś cudzoziemców, to najdalej przy kasie okazuje się, że mówią dobrze po niemiecku i są na pewno berlińczykami od dawna.

Pracuję z uciekinierami, pracowałam z nimi wiele lat, między innymi  w ogromnym schronisku dla tysiąca ludzi, ale nawet ja nie umiem sobie wyobrazić, jak może wyglądać taki moloch, gdzie zakwaterowano dwa, trzy, cztery, pięć tysięcy osób. Oczywiście – w ogromnym pustym gmachu jest dość miejsca, aby pomieścić tysiące ludzi. Ale jak ich karmić, jak mają się kąpać, jak załatwiać potrzeby fizjologiczne? Jak sprzątać? I co mają robić? To chyba główne pytanie – co mają robić, żeby nie zwariować w tym natłoku cudzej obecności i niedoborze sensownego zajęcia?

To niesamowite – tylu ich jest wśród nas, a my ich nie widzimy. Z jednej strony zaskakujące, z drugiej pocieszające. Najwyraźniej taki organizm miejski jak wielokulturowy Berlin, z jego prawie czterema milionami mieszkańców, jest w stanie bez śladu wchłonąć sto tysięcy przybyszów.

Berlin leuchtet

Tomasz Fetzki

Berlin świeci. Berlin zaskakuje. Mieni się kolorami. Drga iluminacją. Przez kilkanaście październikowych wieczorów najważniejsze stołeczne gmachy odsłaniają zupełnie nowe, świetliste, chciałoby się rzec, oblicze. Właśnie trwa Festiwal Świateł! W tym roku odbył się już jedenasty raz. Viator skłamałby i zaparł się samego siebie, gdyby stwierdził, że nie lubi piwa. Ale prawdziwy Oktoberfest to właśnie Festiwal Świateł. Złocistym napojem można się delektować gdzie indziej i kiedy indziej. Zaś TAKĄ berlińską katedrę można zobaczyć tylko w Berlinie i tylko w październiku. Viator i Viatorka wraz z Ewą Marią oglądali ją w ostatnią sobotę. A tym, co zobaczyli, chcą się podzielić.

Braki profesjonalizmu fotografii wyrównuje z nawiązką siła autentyzmu… Nieprawdaż?

Flüchtlinge in Berlin

Ewa Maria Slaska

Ein Tag an der Havel

Schon den ganzen Sommer leben wir mit den Medienmeldungen über Flüchtlinge. Es verfolgen uns die Bilder der Menschen, die bei der Flucht sterben und es suchen uns katastrophische Gedanken über die neue Völkerwanderung heim. Wir sind zerrissen zwischen die Bange um die, die zu uns kommen wollen, und der Angst von dem Fall unserer Welt.

Mein Gefühl sagt mir aber, dass man das alles relativieren soll, dass es sich doch klärt, wie wir als Europa mit dem Problem umgehen sollen, sowohl dort, wo die Flüchtlinge herkommen, als auch hier, wo sie hingekommen sind. Ich war selber zuerst ein Flüchtling und dann auch über acht Jahre lang eine Mitarbeiterin der Flüchtlingshilfe in Berlin. Ich weiß, ich darf meine Erfahrungen einer polnischen Asylbewerberin 1985 in Deutschland nicht mit der Situation der Flüchtlinge in den Booten auf dem Mittelmeer vergleichen. Ich kam wie ein Mensch hierher, wurde wie ein Mensch behandelt und als ich mit den anderen Zugekommenen gearbeitet habe, weiß ich, dass wir sie wie die Menschen behandelt haben.

Und das meine ich, sie sind keine Bedrohung, sie sind Menschen. Dass sie jetzt so viele kommen, stellt an sich auch keine Bedrohung dar. In der Zeiten, als ich bei der Flüchtlingshilfe tätig war, gab es auch große Mengen, die auf einmal kamen, es gab Jahre, in denen in Berlin 400 Tausend Flüchtlinge betreut hatte, und wir haben es überstanden, mehr noch, in manchen Hinsichten profitierte die aufnehmende Gesellschaft davon, dass wir kamen oder dass sie kamen. Es gab auch zuerst Protesten und Ängste, Demonstrationen und Angriffe auf die Wohnheime, und es hat sich alles gelegt und beruhigt.

piotr-reginaRegina und Piotr, Wohnheimleiter

Meine Freunde von damals arbeiten immer noch oder schon wieder bei der Flüchtlingshilfe. Ich rufe Piotr Skrzędziejewski an, der jetzt bei AWO-Mitte arbeitet. Die Arbeiterwohlfahrt, lese ich in der Infomappe, gehört zu den sechs Spitzenverbänden der Freien Wohlfahrtspflege in Deutschland. Der AWO Kreisverband Berlin-Mitte e.V. ist einer der großen Träger sozialer Arbeit in Berlin. Der Verein betreibt insgesamt elf Flüchtlingswohnheime, in denen an 3500 Menschen Obdach und soziale Betreuung finden.

Bunt ist eine schöne Farbe, lautet die Losung der AWO 2015.

Piotr ist vom Anfang an Leiter des Refugiums an der Havel. Die Einrichtung existiert seit Oktober 2013.

Es ist ein schöner Sommertag als ich hinfahre. Gestern wurde die Turnhalle mitten in einem Flüchtlingsheim angezündet und ich frage mich, wie man darauf reagiert, wenn man selber in einem Flüchtlingswohnheim angestellt ist? Ich treffe mich mit Piotr und Regina – mit beiden habe ich damals in dem riesengroßen Asylbewerberwohnheim in der Streitstraße gearbeitet.
Habt ihr Angst?, frage ich. Angst, nein, nicht, sagen die beiden, aber ein bisschen mulmig ist dann einem, klar. Wir müssen vielleicht die Kontrolle an der Pforte und auf dem Gelände verstärken.

havelhausEin paar Tage später klärt sich, dass es keine Angreifer waren, sondern im Gegenteil, spielende Flüchtlingskinder. Man kann ausatmen, aber wer weiß, was wiederum diese Erklärung in den Köpfen von Populisten hervorruft? Horror! Wir werden alle in unseren Betten verbrannt… Oder so.

ogrodDas Gelände eines ehemaligen Pflegeheimes von Vivantes ist geräumig und schön geplant. Na ja, sagt Piotr, gebaut 1943, vielleicht gar von Baldur von Schirach, Erholungsheim der Organisation Todt für Nazis aus dem Ausland. Wir lächeln beide, amüsiert ob dieser Ironie der Geschichte. Da, wo sich vielleicht eine Lagerfeuerplatz der jungen Nazis aus dem Ausland befand, hat jetzt eine ehrenamtliche Mitarbeiterin zusammen mit den Kindern einen Gemeinschaftsgarten angelegt, einen Nutzgarten mit Kürbissen und Zucchini, die jeder ernten kann. Heute steht der Garten leer, weil auf dem nebenan liegenden Platz ein Kinderfest stattfindet.

kinderfestKinder? frage ich. Jeder weiß doch, dass es nur die Männer sind, die kommen, bewaffnet und maskiert.
Ja. Es wohnen im Heim 450 Flüchtlinge, darunter 250 Kinder!
Die Hauptgruppen der Bewohner bilden die Syrer und Kosovo-Albaner, gefolgt von Serben, Albaner und Bosnier, sowie Afghaner. Niemand aus Ukraine, sieben Personen aus Russland, 21 aus Irak, 12 aus Iran, 9 aus Eritrea.

Ich schaue mir alles in Ruhe an. Drei Gebäude, in jedem 5 Wohnblocks. Kleine Zimmer für 2 bis 5 Personen. Im jeden Wohnblock eine große Nasszelle sowie eine Gemeinschaftsküche für diejenige, die sich schon selbst versorgen können. Sauber, sogar – sehr sauber. Damals, in der Streitstraße war es nie so sauber und am Montag sah das Haus recht katastrophal aus.

imwohnheim– Wie ist es möglich, dass es hier so sauber ist?
– Weil es hier auch am Wochenende gesäubert ist. Damals gab es keine Betreuung am Wochenende und auch keine Pflegedienst. Die Bewohner hatten nichts zu tun, es kam öfter zu Auseinandersetzungen, zu Trinkgelagen… Daher war es am Montag im Haus wie in einer Schweinestall. Bei uns gibt es Dienst sieben Tage die Woche…

Das Wohnheim ist eine Erstaufnahmestelle, d.h. hierher kommen diejenigen, die ganz neu sind, gebracht von der Polizei oder aber auch eigenständig. Ein Durchgangsheim hieß es in „unseren Zeiten“. Unser Heim in der Streitstraße war so ein Durchgangsheim. Erst in den 90ern als die Anglizismen in das Berliner-Gemeinschaftsleben eingedrungen sind, hieß solche Einrichtung eine „Clearingstelle“. Jetzt, 20 Jahre später, kommt ein deutsches Wort zurück.

– Zuerst sollen also die Flüchtlinge hier drei Monate verbringen, sagt Piotr. In dieser Zeit soll theoretisch das Asylverfahren schon beendet sein. In der Regel beträgt jedoch die Bearbeitung der Asylanträge heute sechs Monate. Die Flüchtlinge bleiben bei uns länger, weil in den Gemeinschaftsunterkünften keine ausreichende Plätze vorhanden sind. In den ersten drei Monaten also bekommen sie eine gemeinsame Verpflegung. Nach drei Monaten auch wenn sie nicht in andere Wohnheime verlegt werden, bekommen sie Geldleistungen. Also Hartz IV wie jeder andere Bürger in Deutschland, der keine Arbeit hat und kein eigenes Vermögen. Sie versorgen sich dann selbst. Das ist ganz neu und viel besser als damals. Als ich 1986 angefangen habe in den DRK-Heimen zu arbeiten, war das unerhört. Die Asylbewerber hatten in Wohnheimen zu wohnen und dort gemeinsam verpflegt zu werden. Erst als ihr Status geklärt war, als die Asylbewerber Die Anerkennung des Asyls bekamen oder Duldung oder in manchen Fällen als Deutsche anerkannt wurden, bekamen sie das Recht in einer eigenen Wohnung zu wohnen und Geldleistungen zu beziehen. Jetzt gibt es eine klare Regel, wenn man drei Monate in Deutschland ist, bekommt man Geld, auch wenn er noch nicht von der Bürokratie völlig aufgenommen wurde. Man bleibt also weiterhin in einem Durchgangsheim, ist aber schon ein Selbstversorger. Ich staune und staune…

– Und die Kinder, frage ich, dürfen sie in die Schule?
Weil es damals nicht der Fall war. Die Kinder der Asylbewerber unterlagen keiner Schulpflicht. Daher haben wir in der Streitstraße eine Art Schule eingerichtet. Eigentlich für Kinder, aber sehr oft kamen auch die Mutter dazu. Elternalphabetisierungsprogramme gab es damals nicht. Jetzt gibt es von dem ersten Tag eine Schulpflicht für Asylbewerberkinder. Auch eine Neuigkeit, auch hier ist etwas besser als damals, auch ein Grund zum Staunen.

Und die Ehrenamtlichen, die umsonst arbeiten. Für Deutschunterricht, aber auch für Kinderbetreuung. Damals eigentlich auch kein Thema. Ich glaube nicht, dass wir damals Ehrenamtliche hatten.

stadtratpiotrmonikaWir gehen zum Kinderfest und treffen dort Frank Bewig, einen Stadtrat des Bezirks Spandau. Wir machen ein gemeinsames Foto und ich bekomme die Erlaubnis, meinen Text samt Foto zu veröffentlichen. Auch in der TAZ? Natürlich, auch in der TAZ, da war ich noch nie… Das Fest verläuft ruhig, die Kinder sind interessiert, nehmen an vielen Angeboten teil, sie tanzen, singen, nähen, malen…

– Ist es hier immer so friedlich?
– Nein, nicht immer, aber es ist nichts Außergewöhnliches, so wie in jeder Gruppe, ab und zu kommt es zu Konflikten… Aber wir sind ein internationales Team, das hilft immer bei der Schlichtung der Konflikte.

Wir treffen einen jungen Betreuer, der gerade für heute seinen Dienst beendet. Ahmad Mahayni, ein Syrer, verheiratet, zwei kleine Kinder. Vor zwei Jahren wohnte er selbst als Flüchtling im Refugium an der Havel, jetzt spricht er schon Deutsch und arbeitet hier als Betreuer. Ein Musterflüchtling. Wir verabreden uns für ein Interview. Ich möchte mehr über Syrien erfahren.

essenWir gehen in die Gemeinschaftsküche. Unterwegs sehen wir eine Reihe junger Männer, alle über ihre Handys oder Tablets gebeugt.

– Hier haben wir Internet-Café und auch draußen ein WLAN.

Wir bekommen unser Essen und gehen in den Speisesaal. Das Essen schmeckt sehr gut, in meiner Kantine im Rathaus Kreuzberg, wo der berühmte Herr Palla der Küchenchef ist, bekommt man nicht besser zu Essen. Ich schaue mir das Wandbild an.

obraztybet– Das ist das tibetanische Lebensfest. Es malte Dolgor Ser-Od, unsere Bewohnerin, die in der Küche arbeitet. Wir vermehren uns fröhlich.

***

Ich weiß, jeder wird jetzt behaupten, ich idealisiere das Bild: In diesem schrecklichen Sommer ist es doch mit Flüchtlingen, die bei uns sind, nicht einfach, es muss doch eher schrecklich sein. Es ist doch vielmehr so, dass wir überall Angst haben müssen, dass die angekommenen Syrer hier die 5. Kolumne der Djihadisten bilden, dass…

Ich weiß es nicht, ich möchte nicht pauschal über die Dinge entscheiden. Es war in diesem Sommer 2015 ein Zufallstag in einem Zufallswohnheim für Asylbewerber… Es war ein schöner, ruhiger Tag und ich kam nach Hause zurück, zufrieden und beruhigt.

Möge das für alle anderen Flüchtlinge und für uns alle gelten…

Reblog: Zmarli z cmentarzy w Berlinie

To mój tekst. Ukazał się na Wielkanoc 2012 na blogu Jak udusić kurę… Dlatego Alleluja! Ale do Wielkanocy daleko, a my z  Tomaszem Fetzkim weszliśmy właśnie teraz na “ścieżkę cmentarzy”. Temat nas wciągnął. Może będzie z niego coś więcej niż same wpisy na blogu. Na razie staramy się zebrać to, co już napisaliśmy, bo tworzy się z tego pewna całość – polsko-niemiecko-pograniczna. To takie nasze, Tomasza i moje, Spoon River, trzeba więc było i tych zmarłych z innego blogu przenieść tu.

Ewa Maria Slaska

Cmentarze Alleluja!

Alleluja! Alleluja! Alleluja! Alle-lu-ja! Zaraz zmartwychwstanie, a w każdym razie już przestał cierpieć, po prostu leży w grobie…

Dziś opowieść o berlińskich cmentarzach. Mam po temu etnograficzne prawo, bo kiedyś Zaduszki czyli Dziady obchodzono cztery razy do roku, zawsze w okolicach Wielkich Dni Kalendarzowych – równonocy i przesileń. (Teraz zbliża się równonoc jesienna) Tradycyjna Wielkanoc była wiosennym świętem  zmarłych. Bo żeby się odrodzić, trzeba najpierw umrzeć.

W Berlinie jest prawie 270 cmentarzy. Ogromna ilość! Na życzenie mogę (w osobnym wpisie) opowiedzieć, jak to się stało, że niespełna czteromilionowe miasto ma taką masę cmentarzy. Dla porównania Warszawa, o połowę mniejsza, ma cmentarzy zaledwie dwadzieścia kilka.

Na tych berlińskich cmentarzach moja przyjaciółka Ania i ja namiętnie tropimy polskie ślady. W Berlinie od XIX wieku mieszkały tysiące Polaków, którzy oczywiście również tu umierali, i tu ich chowano. Na każdym cmentarzu są więc nieprzebrane ilości polskich nazwisk, takich pisanych po polsku, jak Jda Szamatólski, i takich, które zostały zniemczone. Niekiedy nazwiska zniemczano, żeby się upodobnić do niemieckich mieszkańców Berlina, ale niekiedy – wręcz przeciwnie – po to, żeby nie znający polskiego Niemcy wymawiali je mimo wszystko po polsku. Na przykład Kwaczyński.

Opowiem jednak o nazwisku niemieckim, które okazało się… polskie. Zmarły nazywał się Paul Oswin Walter Manfred Zänker. Miał cztery niemieckie imiona i niemieckie nazwisko. A jednak na nagrobku znalazł się też napis “Malutki”, a poniżej jeszcze baranek wielkanocny i napis Wesołego Alleluja!

Nikt człowiekowi nie powie, że znajdzie taki grób. Nie ma żadnej książki o polskich śladach na berlińskich cmentarzach. A przelecenie się po 270 cmentarzach, niekiedy maleńkich, ale niekiedy ogromnych, to projekt badawczy na całe życie. Temu, co robimy z Anią, brakuje wszelkiej systematyki. Nic nie wiemy, po prostu chodzimy.

I czasem to mnie serce zaprowadzi do grobu poety Arnolda Słuckiego, a czasem Ani intuicja każe się obrócić i znaleźć grób Malutkiego czyli Manfreda Zänkera. (O Słuckim już TU na tym blogu pisałam)

A potem najczęściej jest tak, że Ania pamięta w Zaduszki o tym, żeby zapalić Malutkiemu świeczkę, a ja się niekiedy upieram, żeby znaleźć informację o takim człowieku. O Zänkerze opowiedzieli mi pracownicy firmy tłumaczeniowej Norbert Zänker & Kollegen. Nie są spokrewnieni z Manfredem, nie są też tłumaczami języka polskiego, oferują usługi w angielskim, francuskim, hiszpańskim, włoskim i rosyjskim. Ale jak do nich zadzwoniłam i opowiedziałam, o co mi chodzi, znaleźli mi kontakt z człowiekiem, który znał naszgo Zänkera. I bardzo dużo o nim wiedział.

Manfred Zänker był Niemcem o polskich korzeniach lub Polakiem ze zniemczonej rodziny, kto to wie, jak tych ludzi określać. W roku 1944 zdezerterował z Wehrmachtu – miał wtedy 20 lat – i uciekł do polskich partyzantów, do AK jak sądzę, bo po wojnie został aresztowany przez sowieckie NKWD i zwolniony z więzienia dopiero po śmieci Stalina. Mieszkał w Berlinie, pracował jako tłumacz z rosyjskiego i polskiego dla niemieckiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Miądzy innymi był tłumaczem Willy Brandta w latach 70 i towarzyszył kanclerzowi Niemiec do Polski podczas tej słynnej wizyty, kiedy to Brandt klęknął przed pomnikiem na ofiar warszawskiego Getta. Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski odznaczył Zänkera Krzyżem Zasługi.

Tak to intuicja Ani, moja dociekliwość i uprzejmość pracowników firmy Norbert Zänker i Koledzy pozwoliły nam ochronić od zapomnienia fantastycznego człowieka. Nie urodził się w Wielkanoc i nie umarł w Wielkanoc. Alleluja na grobie to nadzieja zmartwychwstania.

Tego mu oczywiście nie zagwarantujemy, ale możemy sprawić, że wiele osób o nim pomyśli. Będziemy o nim pamiętać. To w końcu jedyne nasze życie wieczne. Pamięć, tych którzy żyją.

Alleluja!

Ein schöner Sommersamstag in Berlin (2)

Ewa Maria Slaska

Guten Abend. Oder eigentlich: Gute Nacht. Vor ein paar Wochen schrieb ich, dass es in Berlin am Wochenende keinen “Guten Morgen” gibt, weil der Berliner sich ausschlafen muss. Eigentlich gibt es in Berlin erst den Nachmittag, noch lieber Abend und gestern gar die Nacht.

plakat Ich habe eine Karte als Ehrengast und versuche den schönen Sommersamstag in Berlin zu genießen. Es begann wunderbar. Ich stieg aus der U-Bahn und ging nach oben, wo mich sofort eine schöne blonde Frau in einer Rikscha angesprochen habe, ob ich eben zur Langen Nacht will. Es gibt nämlich kostenlos die Schuttle-Rikscha finanziert von Volkswagen-Museum zur Museum Insel und zurück. Es ist eigentlich kein Museum, es ist Drive – das Volkswagen Group Forum, ehemals Automobilforum Unter den Linden, aber was soll es, an der Langen Nacht der Museen seien verschiedene Einrichtungen plötzlich Museen, Hochschulen, Kirchen, Banken…

Ich habe vergessen Foto zu machen, aber es war ungefähr so eine Rikscha, nur mit einer schicken Fahrerin drinne. Rikscha ist natürlich ein Vergnügen für Touristen. Kein Berliner wird es je machen, sich mit so  einem Ding chauffieren zu lassen, aber was soll es…

brautpaarXXX
XXX
Vor dem Altenmuseum eine Fotosession mit einem Mix-Brautpaar. Sehr schön. Komisch, als ich vor ein paar Wochen meinen Tag in Berlin beschrieb, berichtete ich von einem Polsterabend. Offensichtlich heiraten jetzt die Menschen in Berlin wieder.

Altes Museum. Filetstück der Museum-Insel. Auf der Museum-Homepage liest man einen Text. Bescheidener.

Karl Friedrich Schinkels Altes Museum, entstanden von 1823 bis 1830, zählt zu den bedeutendsten Bauwerken des Klassizismus. Die monumentale Ordnung der 18 ionischen kannelierten Säulen, die weit gespannte Vorhalle, die Freitreppe, die zum Beschreiten einlädt, sowie die mit antiken Skulpturen geschmückte Rotunde – Raum innerer Sammlung und ausdrücklicher Rückgriff auf das römische Pantheon – sind architektonische Würdezeichen, die bis dahin nur Herrschaftsbauten vorbehalten waren. Die Inschrift über der Säulenfront lautet: „Friedrich Wilhelm III. hat dem Studium jeder Art Altertümer und der freien Künste das Museum gestiftet 1828“. Heute beherbergt das Haus die Antikensammlung, die hier ihre Dauerausstellung zur Kunst und Kultur der Griechen, Etrusker und Römer zeigt. Das Münzkabinett komplettiert mit seinen antiken Objekten diese Gesamtschau des klassischen Altertums.

boginiIch schaue mir die Antikensammlung an. Prächtig, prächtig… Nix wie jeder Woche hin… Also wieso war ich eigentlich seit Jahren nicht hier? Pergamon, Bodemuseum, Neues Museum, ja, aber hier, nein, hier nicht…

Ich habe einfach vergessen wie wunderschöne Sachen sie hier haben.

Die Frau links ist eine Göttin aus Tarent. Man weißt nicht welche, Hera, Aphrodite, Proserpina? Ich schätze, dass es Hera ist, weil sie sehr majestätisch thront.

Jetzt weiter, also in die Alte Nationalgalerie, wo es diese Ausstellung ImpEx  gibt, was nicht Export Import bedeutet, sondern Expressionismus / Impressionismus (Achtung – nur bis 20. September!) Und meine geliebte Prinzessinnen – Frederike und Louise Hochenzollern – eine Skulptur von Schadow.

Alte Nationalgalerie nimmt an der Langen Nacht der Museen nicht teil. Die Exponate bei Imp/Ex sind zu kostbar.

Schade.

OK, dann das Neue Museum, so schick restauriert von David Chipperfield. Und dort natürlich Nofretete.

Das Neue Museum ist voll, vor dem Museum steht Schlange für mindestens eine Stunde.

Schade

Ins Pergamon-Museum gehe ich gar nicht hin. Es ist bis 2019 geschlossen. Oder länger, wie es in Berlin so ist.

Schade.

Jetzt aber schnell los. Ich möchte um 21 Uhr ins Kino vor der Gemäldegalerie… Man kommt hin mit Schuttle-Bus Linie 1.

schuttlebusEs geht schnell, ich habe noch halbe Stunde Zeit, gehe also in Gemäldegalerie, wo man die wunderbare Madonna mit Engel und Lilien von Botticelli sehen kann dh. sog. Tondo Raczynski.

20150829_203426Die Italiener sind aber nicht zu sehen, man baut schon die Botticelli-Ausstellung auf. Sie wird am 24. September geöffnet und wir werden alle scharrenweise hingehen, ist ja klar. Aber dass man zur Langen Nacht der Museen deswegen keinen Italiener sehen darf, das ist schon Schade.

Schade, Schade, Schade…

Ich habe also immer noch 29 Minuten Zeit und gehe zu mittelalterlichen Maler, die hier in großer Menge ausgestellt sind. Gleich im erstem Saal haltet mich eine Vorführung an. Ein Vergolder zeigt uns, wie man im Mittelalter den goldenen Hintergrund schaffte. Ein raffiniertes Kunstwerk war es mit vielen Geheimnissen und kleinen Tricks.

geschlossen-aufbau21:20 Uhr. Mit 20-Minütigen Verspätung beginnt der Film, den man auf Arte am 27. September um 17:35 Uhr im Programm Rendezvous sehen MUSS.

botticelli-filmEin wunderbarer Film… Regie und Drehbuch: Grit Lederer
Produktion: Medea Film, 52 min., 2015

Ein wunderbarer Film… Ach ich sagte es schon, sorry…

Es ist spät, mir ist kalt, ich möchte essen, Tee trinken, diesen Post machen… Ich gehe nach Hause.

Es ist Vollmond!

vollmond

 

 

Die kleine große Welt (16)

Monika Wrzosek-Müller

Die Flüchtlinge

Das Flüchtlingsheim war groß und unförmig; ein langes, hässliches Gebäude an einer sehr belebten Straße mit einem für Berliner Verhältnisse selten schmalen Trottoire. Es lag in einer Industriegegend, einem so genannten Gewerbegebiet mit vielen Betrieben und billigen Supermärkten einerseits und kleinen Einfamilien- oder auch Reihenhäusern andererseits. Eine Gegend, in der man sich fremd fühlen musste, aber nicht schlechter oder besser als andere dafür vorgesehene. Die Flüchtlinge waren zufrieden, manchmal sehr sogar. Sie waren immerhin dankbar für ein Dach über dem Kopf. Innen war alles frisch angestrichen, kleine Küchen und Bäder, die separat für Frauen und Männer, mit Duschen wurden eingerichtet; doch alles strahlte solche Ungemütlichkeit, Strenge und Leere aus, dass sie sich kaum vorstellen konnte, wie Menschen dort länger wohnen bleiben sollten und wollten. Immerhin hatten die Familien größere Räume, manchmal auch zwei; die alleinstehenden Männer mussten sich mit Zwei- bis Dreibettzimmern zufrieden geben. Sie bekamen eine Erstausstattung mit einem Set von in Folie eingeschweißten drei Töpfen, zwei Pfannen, Schneidebrett, einigen Messern etc…alles neu, von mittelmäßigen Qualität. In den Küchen gab es auch neue Herde, und Geschirrspüler; Kühlschränke standen in den Zimmern, alles fabrikneu, ungebraucht. Sie dachte, wer verdient hier so massiv, sind das die Unternehmen, die diese Gegenstände produzieren, warum kann man nicht gebrauchte Geräte benutzen und die Kosten auf diese Weise senken, damit man dafür andere Sachen bezahlen kann? Es gab auch einen Innenhof, auf dem für ihr Empfinden immer nur gestritten oder ständig laut geredet wurde, was sie dann als Streiten wahrnahm, und überall spielten Kinder in allen Altersstufen; Grüppchen von Männern standen verstreut auf dem ganzen Gelände herum, die Frauen immer ein paar Schritte weiter. Sie bildeten in kürzester Zeit ihre eigenen Gemeinschaften, mit ihren spezifischen Hierarchien, ihren Sitten und Bräuchen, von außen ziemlich abgeschottet und undurchdringlich; jede Nationalität für sich allein.

Und jeden Morgen so ab zehn Uhr schlichen die Ehrenamtlichen durch das Gelände, laut grüßend und unsicher, ob man sich auf die Menschen einlassen, wie man weiter mit ihnen kommunizieren sollte. Sie unterrichteten Deutsch, spielten mit den Kindern, organisierten manchmal Ausflüge, damit die Menschen aus der Gegend in eine andere rauskamen. Sie wollten aber oft zu viel Perfektion beim Organisieren, so dass die Menschlichkeit sich hinter den Ordnern, den Mappen und den Fragebögen versteckte und die Flüchtlinge manchmal verschreckte. Aber der Wille alles richtig zu machen, d.h. auch richtig zu helfen überwog. Es gab auch Helfer, die Spielzeug, gebrauchte Kleidung, Haushaltsgeräte etc. brachten, manchmal zu viel, manchmal zu stark gebraucht, so dass die Mitarbeiter es nicht schafften, alles zu sortieren, oder dass es sich das Sortieren nicht lohnte. Sie sah, dass die Hilfe spontan, herzlich, wenn auch oft unbeholfen kam.

Sie wollte auch helfen; es war ein innerer Wunsch, denn am Anfang war es auch ihr in der Fremde schlecht gegangen, und alles war so kompliziert und neu, dass sie sich gar nicht vorstellen konnte, wie diese Leute, nach ihren Erlebnissen im Mittelmeer oder auf dem Weg über die Berge, es hier schaffen sollten. Schließlich hatte sie selbst auch nie eine feste Arbeit bekommen, obwohl sie perfekt Deutsch sprach, aus Europa kam, einen deutschen Mann hatte, über einen (wie sich zeigte, völlig unbrauchbaren) Magistertitel in einem humanistischen Fach verfügte.

Sie spürte instinktiv, dass der Flüchtlingsstrom ein großes Problem sein würde; ein großes Problem für sie, für die anderen, für Deutschland, für Europa, schließlich für die ganze Welt. Aber obwohl man immer öfters darüber sprach, schien die Welt andere Probleme ernster zu nehmen als die Schicksale der Menschen, die sich in Bewegung gesetzt haben. Sie überlegte immer wieder, warum das erst seit Kurzem in so extremen Form aufgetreten war, warum die Leute so lange gewartet hatten, um sich jetzt umso desperater in ihr Abenteuer zu stürzen, ohne andere Wege zu sehen, zu erkennen oder wirklich zu haben; waren daran die Mobiltelefone und die globalen Vernetzungen schuld oder hilfreich, dass die große Welt so klein geworden war. Je länger sie sich damit beschäftigte, nicht nur im Kopf sondern auch ganz praktisch, indem sie ihnen half Deutsch zu lernen, erkannte sie, dass jeder Fall individuell und einzigartig war, jeder von den Flüchtlingen seine eigene Geschichte schrieb, und sie passierte schon und fand in Deutschland statt, ob man es wollte oder nicht. Es gab keine allgemeinen Lösungen; oder anders: es gab einige Lösungen, die die juristische Seite betrafen, doch ansonsten war jeder sein eigener Fall und es reichte nicht, ein paar Brocken Deutsch zu sprechen und etwas mehr zu verstehen, es war ein sehr kompliziertes Gefüge von allen möglichen Faktoren, die ihren Aufenthalt in Deutschland zum Gelingen bringen konnte – oder auch zum Scheitern.

Den Flüchtlingen war der Schrecken der langen Reise anzusehen; im Deutschunterricht saßen manche mit weit geöffneten, fast aufgerissenen Augen da, unbeweglich, andere wiederum bewegten sich ständig und zappelten und konnten nicht stillhalten. Es gab auch welche, die aus so diametral anderen Verhältnissen kamen, dass sie ernsthaft zweifelte, wie eine Sozialisation für diese Menschen aussehen sollte. Aber, und darüber war sie sehr erstaunt, es gab auch solche , die sich in Windeseile von den Strapazen erholt zu haben schienen, laut und herzlich lachten, entspannt waren, munter und zuversichtlich. Sie staunte, wieviel Kraft und Energie diese Menschen haben mussten, um unter diesen Umständen fröhlich sein zu können. Sie selbst war da viel düsterer und tat sich unnötig schwer mit der Umstellung; sie tauchte alles in Schwarz, war unzufrieden, abwesend und ablehnend. Klar, sie hatte Gründe dafür dazu, klar, es war nicht leicht, doch sie erkannte, dass letztlich jeder sein Leben so lebte, wie er konnte, und man musste sich bemühen, besonders in der Fremde, das Beste daraus zu machen.

Die kleine große Welt (14)

Monika Wrzosek-Müller

Zehlendorf

Sie wohnte jetzt seit einigen Monaten in Zehlendorf; die Gegend war wunderbar, alles zu Fuß zu erreichen, die S- und U-Bahn, kleine und größere Läden, viel Grün rundherum, das man nicht selbst pflegen musste, auf dem Balkon viel Platz zum Sitzen, sich sonnen, die Mitbewohner ausgesprochen sympathisch, gebildet, freundlich, ruhig, unaufdringlich und doch gesprächig. Zehlendorf-Mitte fast städtisch, menschenvoll, geschäftig, urban, aber ohne riesige Einkaufszentren, mit einem kleinem Kino, einem Heimatmuseum, einer Kirche, dem Bürgeramt und allem was dazu gehört.

Das Haus lag in einer Sackgasse, sie endete mit einem Rondell, sehr elegant und den Verkehr mindernd. Das große Gebäude selbst offensichtlich ein Relikt noch besserer Zeiten, ein schönes altes Bürgerhaus mit bröckelnder Fassade mit Kriegsschäden, noch sichtbar und nachvollziehbar, morbid, elegant und gemütlich; der Eingang gesäumt mit zwei rostroten monströsen Meerungeheuern sehr außergewöhnlich. Ihr war das alles lieb und unangestrengt, eine Gegend gewachsen mit den Jahren, wie das Grün der riesigen Bäume im Streifen zwischen der kleinen Wohn- und der großen Verkehrsstraße, alles wirklich geplant für ein glückliches, ruhiges, gelungenes Leben. Wenn man sich die Menschen dann länger und näher anschaute, bemerkte man zwei Gruppen oder Sorten; die einen waren eher ausgeprägte Individualisten; meistens allein lebend, skurril, ältlich um nicht direkt zu sagen alt, mit interessanten Berufsbildern; die anderen dagegen ganz jung mit kleinen Kindern, viele alleinstehende Mütter darunter. Es fehlte die mittlere Ebene; die war entweder gut versteckt, nicht sichtbar, oder eben nicht vorhanden. Die weit verbreiteten Stereotypen über diesen Wohnviertel stimmten für die ein paar Straßenüberhaupt nicht; es wohnten hier keine sehr reichen, versnobten Menschen, mit teuren Autos und dicken Portemonnaies.

Sie ging ihren kleinen Beschäftigungen nach, lernte ein paar von den Nachbarn kennen, nicht näher aber doch so, dass es nett sein konnte, dass man immer wieder ein paar Worte wechselte, sich immer begrüßte. So plätscherte das Leben vor sich hin, ohne dabei mühevoll zu erscheinen.

Das junge Paar aus Chile, das in dem Gebäude Hausmeister spielte, war unheimlich nett, bemüht alles richtig zu machen; sie putzten jede Woche das ganze Treppenhaus genauestens, kümmerten sich auch um den Vorgarten. Ihr kleiner Sohn war weit und breit das einzige Kleinkind, das überhaupt keine Angst vor ihrem Mini-Dackel hatte. Da dachte sie, wie kommt es, dass die im Wohlstand lebenden, in einer Großstadt erzogenen Kinder so viel Angst vor Tieren an den Tag legen. Sie versuchte mit den Kleinen darüber zu sprechen, aber meistens gab es nichts zu bereden, sie schrien sobald der winzige Hund sich ihnen näherte, die Eltern lächelten dabei schief und unsicher und erklärten, es gebe doch so viele böse Hunde. Prinzipiell würde mein Kind keinen Hund streicheln dürfen. Sie dachte; das Leben besteht aber doch nicht aus prinzipiellen Verboten und Erlaubnissen, sondern aus Einzelfällen und Zufällen, es wird immer wieder neu entschieden, neu verhandelt und neu gelebt, auch wenn dabei oft die alten Muster wirken. So könnte man doch einem kleinen Kind erlauben einen kleinen Hund zu streicheln und ihm damit die Angst nehmen.

Das Hausmeisterehepaar war wirklich außerordentlich nett und irgendwie doch auch in der deutschen Wirklichkeit verloren, so hielt sie immer wieder an und unterhielt sich mit ihnen. Da erzählten sie ihr, sie würden nach Polen in Urlaub fahren, an die Ostsee. Das hat sie natürlich sehr gefreut, sie erklärte ihnen, dass sie aus Polen stamme, aus Warschau, der Hauptstadt. Ja, sie würden auch mit einer Polin fahren, die ihre Freundin geworden sei, sie wohne in unserer Straße, habe zwei kleine Kinder und ihr Mann leite eine Firma, die wiederum lauter Polen beschäftige…; so ging das weiter und weiter. Sie erzählten auch vom Heimweh und vom Sparen für Flugticket nach Chile, von der Freude mit dem wunderbaren kleinem Jungen, vom kurzen Sommer und langen Winter in Berlin. Es waren warme, sehr fleißige und besondere Menschen, durch ihre Liebe zueinander und zu ihrem Sohn vereint. Die Polin hatte sie schon von weitem einige male gesehen; es war eine sehr hübsche, sehr junge Frau, der es offensichtlich sehr gut ging, die Kinder waren wie aus dem Bilderbuch,sehr stillsicher angezogen, gut erzogen, mit hellen Puppengesichtern, fuhren mit ihrer Mama im riesigen Mercedes in ihren Kindergarten.

Irgendwann sah sie dann auch den Mann, von weitem; in der kleinen Straße begrüßten sich eigentlich alle, auch sie grüßten einander. Er kam ihr bekannt vor, das Gesicht kannte sie aus anderen Zusammenhängen, sie musste nur darauf kommen, aus welchen. Irgendwann grüßte er sie auch auf Polnisch und da fiel es ihr ein: sie hatte in seiner Firma die Polen unterrichtet, die da arbeiteten; hatte ein Jahr lang versucht, den Menschen die Sprache ihrer nächsten Umgebung näherzubringen. Es war eine mühsame Arbeit, die meisten wollten die Sprache gar nicht lernen oder beschränkten sich nur auf das Nötigste, da sie ohnehin ihren Lebensmittelpunkt in Polen hatten, das Geld dorthin brachten, dort ihr richtiges Leben führen wollten. So blieb ihre Mühe erfolgslos, die Zahl der Kursteilnehmer sank, die Firma wollte verständlicherweise kein Geld mehr ausgeben und der Unterricht wurde eingestellt.

Sie dachte bei sich, wie es ist, wenn man in einem fremden Land nur aufs Geldverdienen aus ist, nichts rundherum wahrnehmen will oder kann, wegen Sprachschwierigkeiten, wegen all der kleinen Problemen, die dann zu großen werden und einem das Kennenlernen erschweren oder unmöglich machen. Und sie dachte, dass da niemanden eine Schuld treffe, dass die Zeit einfach zu schnell lief, dass die Prioritäten woanders lagen und das konnte sie für sich nur sehr schwer nachvollziehen und akzeptieren.

 

Dwie dziewczyny z cmentarza w Gatow (2)

Ewa Maria Slaska

Tam gdzie rosną miłorzęby…

Pisałam już o dziewczynach z cmentarza w Gatow, ale zrobiłam to jak zwykły dziennikarz – sprawdziłam, co znajdę w internecie i z tego, co znalazłam, ułożyłam wpis. Jednak nie dawała mi spokoju myśl, że normalnie tak nie pracuję i że jeżeli piszę o otaczającej mnie rzeczywistości, to zawsze przecież sprawdzam, jak ona wygląda. W każdym razie staram się sprawdzić. Gatow nie dawało mi więc spokoju. To bardzo odległa część miasta i na dojazd tam trzeba poświęcić kilka godzin. Raz już dotarłam nawet do Spandau, leżącego na odległych zachodnich rubieżach miasta i poczciwie poczekałam pół godziny na autobus jadący do Poczdamu przez Gatow, a gdy wreszcie podjechał, lunął tak potworny deszcz, że choćbym nawet znalazła cmentarz i groby, to i tak raczej utopiłabym aparat niż zrobiła jakąkolwiek fotę. Wróciłam więc do domu. Jak niepyszna.

Po raz drugi dotarłam do Spandau 23 lipca, bo miałam na 19 bilety na koncert Van Morrisona w Szpandawskiej Cytadeli. Tym razem pogoda dopisała. I szczęście też. Cmentarz jest wielki i pusty, i nie ma tam żadnych informacji, ponad to, co być musi. Są ogłoszenia, plan i pożółkła kartka o Yun I-sang (1917–1995), koreańskim muzyku, najbardziej prominentnej osobistości, którą tu pochowano. Nigdy o nim nie słyszałam, co oznacza zapewne, że nie słyszałam też niczego, co skomponował, tymczasem lista jego kompozycji jest długa, poczynając od kompozycji solowych a na czterech operach kończąc.

***
Kręcę się niepewnie przy wejściu na cmentarz, nie bardzo wiem, dokąd mam iść. W internecie znalazłam numer kwatery, gdzie pochowano Hatun Sürücü, ale nigdzie nie ma informacji, gdzie leży anonimowa syryjska uciekinierka z dzieckiem. Pytam dwoje czy troje ludzi wychodzących z cmentarza. Nikt nic nie wie. Wreszcie rezygnuję z prób dowiedzenia się czegokolwiek, idę w prawo i na sam koniec cmentarza, bo tam leży Hatun.

gatow-hatunJuż po wizycie na cmentarzu, ale jeszcze zanim opublikuję ten wpis, w berlińskim brukowcu pojawi się 29 lipca imię Hatun i informacja, że jej brat-morderca, który mieszka teraz w Istambule i prowadzi tam budkę z jedzeniem oraz pracuje dorywczo jako bodyguard, został niedawno – podobno przez pomyłkę – zatrudniony jako ochroniarz podczas jakiejś uroczystości urządzanej przez Ambasadę RFN w Turcji. Chyba dość poważne zaniedbanie, na ale cóż, każdy robi błędy, nawet Bóg…

Chodzę po cmentarzu mając nadzieję, że przez przypadek znajdę też  grób owej Syryjki. Zakładam, że jest nowy i że będzie go łatwo odróżnić. Założenie słuszne, ale nie do końca, bo ani po drodze, ani tam gdzie leży Hatun, nie ma nowych grobów. Nie ma też nikogo, kogo można zapytać.

Wracam, przy wyjściu spotykam Araba w bojówkach i zielonej koszuli. Nie wiem dlaczego, ale dochodzę do wniosku, że to pracownik cmentarza. Pomyliłam się. Nie jest pracownikiem cmentarza i nic nie wie o grobie. Idę dalej, niezadowolona z siebie, marny ze mnie dziennikarz, skoro nie umiem znaleźć miejsca, o którym niespełna miesiąc temu trąbiła cała prasa niemiecka. Pytam w kwiaciarni. Sprzedawczyni marszczy czoło, zamyśla się wyraziście, wreszcie mówi, na samym końcu, po lewej stronie, tam są nowe groby. Być może jest to kwatera 11 A. Wracam, nie ma, nie ma nowych grobów, nie ma tabliczek, trzej grabarze, którzy kopią nowy grób też nic nie wiedzą. I wtedy z daleka widzę “mojego” Araba w zielonej koszulce. Obok stoi jakiś drugi, w koszuli w kratę. Obaj machają bardzo podekscytowani. Już wiem, że znaleźli dla mnie ten grób. Wcale mnie to nie dziwi. Zapytałam, rzuciłam pytanie w przestrzeń, i grób się znalazł. Jak masz do zrobienia coś ważnego, to świat się tak właśnie spolegliwie układa.

Dróżki nie utwardzone, pełne kałuż po porannym deszczu. Błoto. Idę. Arab w koszuli w kratę prowadzi mnie kawałek dalej. Tu, mówi. Tu ona leży. A obok jej dziecko.

gatow-syryjka-2grobyWyższy grób to Mama, niższy – dziecko.
Niech odpoczywają w pokoju.

Nie ma żadnej informacji ani napisu. Nadal nie wiem, jak się dziewczyna nazywała. Nie wiem nawet, czy to na pewno jej grób. Ale wtedy widzę, że przy obu mogiłach posadzono drzewka miłorzębu japońskiego. Symboliczne drzewo, nie tylko zresztą w Berlinie, symbol zmartwychwstania i sił natury zdolnych pokonać zło, sprawione przez ludzi. W Berlinie powszechnie używany przez osoby zaangażowane politycznie. Kiwam głową, dziękując mojemu przewodnikowi. Tak, to na pewno tu.

gatow-gingko-grob gatow-gingko

Kwatera 12-A-20 i 21

Zmarły z cmentarza w Oliwie

Ewa Maria Slaska

W poszukiwaniu straconego mistrza

Od lat jestem zaprzyjaźniona z pochodzącym z Raciborza architektem i malarzem, Engelbertem Kremserem. Pisałam już o nim kiedyś, dziś wracam do niego, ale z innym pytaniem, bo interesuje mnie jego pierwszy mistrz.

Gdy rozmawiamy o życiu, Kremser zawsze opowiada o swoim  pierwszym nauczycielu malarstwa. Było tak. Był rok 1948 w powojennym Raciborzu. Chłopak miał 10 lat. Pewnego dnia zobaczył na ulicy malarza ze sztalugami. Stanął i zapatrzył się. Malarz podniósł wzrok, popatrzył na chłopaka, a ten wykrztusił z siebie tylko jedno zdanie, nie, nie zdanie, trzy wyrazy. Ja też maluję… No to pokaż, co malujesz, odparł malarz, a chłopak pobiegł do domu tak prędko, jak jeszcze nigdy w życiu nie biegł, ani przedtem, ani potem…

Malarz nazywał się Bolesław Juszczęć i uczył chłopaka malarstwa aż do matury. Za darmo. Był dla niego zastępczym ojcem. Prawdziwy ojciec nie wrócił po wojnie do rodziny, aż… Ale o tym za chwilę. Juszczęć nauczył Engelberta malarstwa i rysunku, i przygotowywał  do egzaminu do Akademii Sztuk Pięknych. Tymczasem chłopak-zdrajca nie chciał być malarzem, chciał być architektem i zdał egzamin na architekturę we Wrocławiu. Był rok 1956. I wtedy matka zabrała obu synów do Niemiec.

Myślę, że Malarz na pewno był zadowolony z tego, co osiągnął Architekt. Bo Engelbert został wprawdzie architektem, ale architektem-artystą, przedstawicielem fantastycznej gałęzi architektury, gdzie jego poprzednikami – choć nie wzorami, bo każdy z tych fantastycznych architektów buduje po swojemu – są Niki de Saint Phalle i Antoni Gaudi. Engelbert wymyślił metodę pracy, którą nazwał architekturą ziemi (Erdarchitektur). Zbudował w Berlinie kilka niezwykłych budynków w tym kawiarnię nad jeziorem na terenie dawnej wystawy ogrodniczej w Britz.

Jest jednym z niewielu architektów, którzy mają wizję i którzy cierpią w obliczu świata zbudowanego z betonowych kostek. To nie jest dziennikarska przesada, oni cierpią. Widzę to i słyszę, gdy rozmawiamy z Engelbertem o architekturze. Albo chodzimy po mieście.

Poza tym od lat maluje.

Tak, jestem przekonana, że Juszczęć był(by) zadowolony. Historię o Juszczęciu słyszałam już wielokrotnie, ale dopiero teraz przychodzi mi do głowy, że warto by było dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Engelbert mówi mi tylko, że żona artysty pracowała w fabryce słodyczy. Dobrze zarabiała, Juszczęć nie musiał więc w ogóle pracować, ale chciał i przez wiele lat był nauczycielem sztuki w szkole dla głuchoniemych. Bardzo lubił tę pracę i miał wybitne efekty.

To wszystko. Nic więcej nie wiem. Ale w końcu umiem szukać, a internet został stworzony dla mnie.

Wrzucam imię i nazwisko Bolesław Juszczęć do internetu. Pojawia się kilkakrotnie, ale zawsze wspólnie z Kremserem. To wierny (a jednak wierny) uczeń lojalnie przypomina, u kogo się uczył i kto uczynił z niego artystę. Wydaje się, że Juszczęcia nie ma bez Kremsera, że istnieje tylko w tym podwójnym związku mistrza i ucznia, zastępczego ojca i zastępczego syna.

juszczecWreszcie jednak znajduję – cmentarz w Oliwie. Ten koło katedry Oliwskiej. Już dawno zamknięty, dopuszczalne są tylko pochówki uzasadnione związkami rodzinnymi z innymi osobami tu pochowanymi.
Bolesław Juszczęć, urodzony 12 sierpnia 1912 roku, zmarł 5 stycznia 1968 roku. Strona internetowa biliongraves podaje, że nie wiadmo, czy był żonaty, ale obok leży Maria Juszczęć. W dalszych poszukiwaniach dowiem się, że żona wprawdzie też była Maria, ale jest pochowana w Raciborzu, a na cmentarzu w Oliwie leży troje rodzeństwa – Bolesław, jego siostra Maria i ich brat, Kazimierz, żołnierz Royal Navy z czasów II wojny, który pływał w konwojach przez Atlantyk i do Murmańska.

Oczywiście początkowo nie jestem pewna, czy zmarły z cmentarza w Oliwie to on, ale w chwilę potem już wiem, że tak. W spisie publikacji Muzeum Narodowego we Wrocławiu znajduję bowiem następującą notatkę:

juszczecanonsA zatem to jego daty urodzenia i śmierci. Pod koniec życia zaniosło go do Oliwy. Potem dowiem się, że został tam przewieziony już po śmierci. Chorował na gruźlicę, a gdy w pamiętnym roku 1963 został przymusowo zaszczepiony przeciw czarnej ospie – to ta wielka akcja polskich lekarzy we Wrocławiu, moja ciotka Maryta Karpińska też brała w niej udział! – gruźlica się odnowiła. Umarł w niespełna cztery lata później.

Bolesław też był w wojsku w Anglii, ale w polskim. Po wojnie obaj bracia wrócili do kraju, co przyniosło im mnóstwo udręki, prześladowań, komunistycznych pomówień o szpiegostwo, a bratu nawet proces i więzienie. Po przyjeździe do kraju Bolesław pojechał do rodziców i siostry do Jeleniej Góry, dostał tam pracę w Teatrze Dramatycznym, tam poznał o 10 lat młodszą Marię i tam się następnego dnia oświadczył, tam wreszcie po trzech miesiącach wzięli ślub.

Zamyślam się nad tą informacją. Szybcy byli. Mój ojciec oświadczył się dopiero po tygodniu, a ślub wzięli po pół roku. Mieli dwoje dzieci, Anię, młodszą ode mnie o dwa lata i młodszą od niej o następne dwa lata Magdę.

anna-juszczec-teleman-notariusz_zdjecie5434To Ania opowiada mi przez telefon o Tacie i rodzinie, ale oczywiście najpierw musiałam ją znaleźć, co nie było proste, bo Engelbert wcale mi w tym nie pomógł. Ania wyszła za mąż za pana Telemana (tak, z tej rodziny slynnych muzyków!), jest notariuszką i mieszka w Piotrkowie Trybunalskim.

Ojciec tuż przed wojną studiował sztukę na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Gdy skończył zaczęła się wojna, a on przedostał się do Anglii. Był ranny, leżał w szpitalu w Manchesterze. Gdy wrócił mógł wykonywać tylko prace zlecone, ale nie miał pracy na etacie. Nie dlatego jednak, że – jak twierdzi Engelbert – żona tak dobrze zarabiała, tylko dlatego że był repatriantem z Wielkiej Brytanii i na dodatek żołnierzem “wrogiego” wojska polskiego na uchodźstwie. Córka mówi, że Ojciec dostał pracę wprawdzie jeszcze przed Odwilżą, ale już po śmierci Stalina w marcu 1953 roku.

Pracował w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Niesłyszących i Słabosłyszących. Dziś jest to budynek Liceum Ogólnokształcącego im Kasprowicza.

To tu w roku 1969 Ania zdała maturę. Taty wtedy już nie było, ani w Raciborzu, ani wśród żywych. Ojciec bardzo lubił tę pracę, mówi Ania, nauczył się nawet języka migowego, ale mimo to zawsze podczas lekcji również mówił, tak żeby ci, co chcieli, mogli czytać z ruchu ust. Pracował z pasją i zaangażowaniem, był lubiany, ceniony, szanowany. Jedna z jego uczennic, Basia Borowska, została nawet malarką, co było wielkim ewenementem, nawet nie tyle z uwagi na talent artystki, ile z powodu jej studiów w normalnej uczelni wyższej. Głuchoniemi z zasady byli kierowani do szkół specjalnych.

Juszczęć prowadził również zajęcia plastyczne w miejskim ośrodku kultury i w Zakładzie Wychowawczym. O tej pracy twierdził, że uczenie sztuki było tylko częścią jego zadań pedagogicznych, bo może ważniejsze były rozmowy, wychowywanie młodych ludzi. Ale i oni go bardzo lubili i cenili.

Gdy zachorował, wszystkie te zajęcia się urwały. Człowiek chory na gruźlicę nie może pracować z młodzieżą.

Ale też malował. Oczywiście – malował. Akwarela, gwasz, olej, rysunek piórkiem, tusz. Wykonywał prace na zamówienie Urzędu Miejskiego w Raciborzu, do ratusza, ale też przekazywane dalej jako prezenty dla honorowych gości Miasta. Miał wystawy indywidualne, uczestniczył w wystawach zbiorowych. Już po śmierci miał wystawę indywidualną w Empiku w Raciborzu, poświęconą ostatniej jego pasji – obrazom przedstawiającym konie. Ale malował i inne motywy – w mieszkaniu Ani znajdują się obrazy z czasów wojny, z Anglii, z Manchesteru, gdzie mimo służby wojskowej studiował sztukę. Są obrazy przedstawiające Racibórz, są portrety…

Mama, Maria Ludwika, jak Maria LudwikaGonzaga, była ekonomistką i, rzeczywiście, tak jak to zapamiętał Engelbert, pracowała w Fabryce Cukrów i Czekolady “Ślązak”. Fabryka została założon w roku 1898 jako Goldsiegel, Kakao- und Schokoladenfabrik, a jej budynki zlikwidowano dokładnie po stu latach, w roku 1999. Fabryka przetrwała wojenną zawieruchę i już w 1945 roku wznowiła produkcję.  Po Powodzi Tysiąclecia fabrykę rozebrano, dziś na jej miejscu stoi market Kaufland, a sama fabryka, teraz już pod nazwą “Mieszko”, przeniosła się do dawnej wieży ciśnień. I robi, jak twierdzi Ania, najlepsze słodycze w całej Polsce, bo jeszcze oparte o własne receptury.

fabrykaslodyczyTo zdjęcie, bezwzględnie z czasów Juszczęcia i Kremsera w Raciborzu, znalazłam na stronie Fotopolska.

Mama i Tata byli dobrym, zgodnym małżeństwem. Dzieci miały prawo do udziału w życiu dorosłych, mogły przysłuchiwać się rozmowom dorosłych, zwlaszcza, gdy była mowa o sztuce…

Tata był bardzo eleganckim mężczyzną. Nosił tylko buty robione na miarę, które wykonywał dla niego szewc Skibiński. Gdy nowe buty zjawiały się w domu, Tata przez dwa tygodnie codziennie je pastował i polerował. Również podeszwy. Dziąki temu stawały się eleganckie, błyszczące jak lakier, a zarazem nieprzemakalne.

Takie buty! W PRL-u!

***

PS. Trzy kolaże Kremsera można do 26 października zobaczyć na wystawie o architekturze lat 60 w Berlinische Galerie: Radikal modern. Planen und Bauen im Berlin der 1960er-Jahre. Fragment jego architektonicznej wizji budynku Europa Center został użyty w trailerze wystawy:

kremsereuropac