30 lat temu upadł Mur Berliński (6)

Joanna Trümner (tekst) / Ela Kargol (zdjęcia)

Obóz w Marienfelde

Część pierwsza

Jest piękne, niedzielne popołudnie, leniwe i pogodne. Czekam na Elę przed kompleksem budynków Obozu Uchodźców w Marienfelde. W jednej części byłego obozu znajduje się dzisiaj muzeum, druga służy dalej jako obóz dla uchodźców. Ludzi, których Republika Federalna przyjęła w ostatnich latach (po roku 2015 i znanym na całym świecie oświadczeniu kanclerz Angeli Merkel: „Damy radę”). W tym przejściowym obozie dla uciekinierów i azylantów z 10 krajów i 19 narodowości, prowadzonym przez organizację Internationaler Bund, przebywa obecnie 700 osób. Prawie połowę stanowią dzieci
do 14 roku życia.

Przyglądam się dzieciom grającym w piłkę na podwórku, w oknach suszą się na wietrze porozwieszane na sznurkach ubrania, na parapetach stoją dziecięce buty. Ten widok jest sielanką. Na pozór nie ma w niej miejsca na kłótnie o dostęp do kuchni, hałas, spory i nieporozumienia, które są regułą tam, gdzie zbyt wiele nieznanych sobie osób zmuszonych jest do mieszkania pod wspólnym dachem. Na pozór stoję przed idyllą. Może jest tu tak beztrosko, ponieważ to miejsce ma długą tradycję udzielania ludziom przejściowego schronienia?

Nigdy nie mieszkałam w obozie w Marienfelde, ale od pierwszego dnia pobytu w Berlinie słyszałam o nim wiele opowiadań. A może i legend? Była mowa o mieszkających tam miesiącami rodzinach, dzieciach, które tam spędziły pierwsze tygodnie życia oraz o przyjaźniach, które trwają do dzisiaj. Wiedziałam, że nieraz tygodniami trwały przesłuchania mieszkańców obozu przez amerykańskie, brytyjskie i francuskie służby wywiadowcze. Wszyscy znali sprawy pasażerów porwanych na lotnisko Tempelhof polskich samolotów, którzy kategorycznie odmawiali powrotu do kraju. O uchodźcach politycznych fali solidarnościowej z lat osiemdziesiątych, którzy bez narzekań znosili ciasnotę, brak prywatności i prowizoryczne warunki w obozie. O tych historiach, zarówno tych prawdziwych jak i tych zmyślonych lub dopowiedzianych, nie wspomina się ani słowem w oficjalnej historii Obozu Uciekinierów w Marienfelde.

Muzeum koncentruje się na ucieczkach ludzi z sektora wschodniego lub byłej NRD, którzy statystycznie stanowili wraz z tzw. przesiedleńcami (Aussiedler) z różnych państw Bloku Wschodniego, w tym też Polskiej Republiki Ludowej, 90% mieszkańców obozu. Uciekinierzy ze wschodniego sektora Niemiec zaczęli napływać do sektorów zachodnich wkrótce po zakończeniu wojny. W roku 1946 sektor zachodni liczył 44 miliony mieszkańców, a sowiecki 18 milionów. Pierwszy obóz dla uchodźców na terenie Berlina Zachodniego, tzw. Notaufnahmestelle, znajdował się w dzielnicy Charlottenburg, na Kuno-Fischer-Straße 8. Dzisiaj przypomina o nim pamiątkowa tablica. Wkrótce po jego założeniu stało się jasne, że miejsce to nie jest w stanie zapewnić warunków do przyjęcia rosnących z dnia na dzień tłumów uciekinierów z Berlina Wschodniego i sektora sowieckiego. Berlin-Marienfelde było ze względu na bliskość lotniska Tempelhof, połączenie S-Bahną i fakt, że dzielnica znajdowała się na terenie amerykańskiego sektor, idealnym miejscem do założenia obozu. Podstawę prawną stanowiła ustawa o przyjmowaniu uchodźców z 1950 r., która potwierdzała obowiązujące w sektorze brytyjskim i amerykańskim przepisy o przyjmowaniu osób z sowieckiej strefy okupacyjnej oraz NRD w „drodze wyjątku“, więc z powodów politycznych, w przypadkach, kiedy zagrożone było ich dobro i życie.

Obóz Uciekinierów w Berlinie-Marienfelde był w chwili otwarcia, w sierpniu 1953 r., prawdziwą sensacją architektoniczną na tamte czasy, kompleksem budynków zbudowanych zgodnie z panującą w latach pięćdziesiątych architekturą, spełniał on ponadto wszystkie wymagania służb informacyjnych USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Pomieszczenia i ściany budynku były zabezpieczone przed podsłuchem, cały teren ogrodzony był siatką, ogrodzeniem z prętów i murem, co kilkanaście metrów na ogrodzeniu były zawieszone tablice informujące o zakazie fotografowania.

Po krwawym stłumieniu powstania z 17 czerwca 1953 roku na terenie wielu miast NRD fala uchodźców ze strefy sowieckiej dramatycznie wzrosła. W budynkach przeznaczonych dla 500 uchodźców znajdowało się na początku około 200 mieszkań. 20 września 1956 r. obóz oficjalnie przyjął milionowego uciekiniera. Do roku 1961 roku Marienfelde było ciągle rozbudowywane, w ostatecznej formie obóz składał się z dziesięciu dwupiętrowych budynków, w których oprócz pomieszczeń dla uciekinierów znajdowały się liczne instytucje, np. służby informacyjne USA, Wielkiej Brytanii i Francji, organizacje charytatywne lub też biura ds. socjalnych. W części gospodarczej znajdowała się m. in. kuchnia, która w była w stanie przygotować sześć tysięcy posiłków dziennie.

Nieustanne „przeludnienie” obozu prowadziło do tego, że wielu uciekinierów umieszczano w przejściowych obozach i schroniskach na terenie całego Berlina Zachodniego. W połowie lat 60 było ich około 90, największym z był czynny do 1961 r. ośrodek Czerwonego Krzyża (Volkmar/Colditzstraße), w którym miejsce mogło znaleźć do 4.000 osób.

Po postawieniu muru berlińskiego 13 sierpnia 1961 liczba uciekinierów zmniejszyła się dramatycznie, prawie do zera.

Dzisiaj na terenie obozu znajduje się muzeum ze stałą wystawą opowiadającą chronologicznie historie ucieczek w latach 1949-1989, latach w których około 4 miliony opuściło NRD, z czego milion 350 tysięcy przeszło przez obóz w Marienfelde. Wśród uciekinierów duże grupy stanowili ludzie z wyższym wykształceniem, głównie lekarze, prawnicy i nauczyciele. Byli jednak również chłopi.

Pierwsza część wystawy opowiada o represjach, jakie pociągała za sobą ucieczka z Państwa Robotników i Chłopów. „Zdrajcy socjalizmu” nazwani są z imienia i nazwiska, na plakatach lub artykułach w lokalnych gazetach figurują ich zdjęcia. Język tych publikacji naszpikowany jest propagandą: „ci, którzy nas zdradzili”, „jak złodziej w nocy”, „zdrada klasy robotniczej”. Imię, nazwisko i zdjęcie „zdrajcy” wisiało widocznym miejscu w byłym zakładzie pracy uciekiniera, na porozwieszanych na drzewach plakatach lub w miejscowych gazetach. Poprzez upublicznienie ucieczki piętnowało się nie tylko samego uciekiniera (w nielicznych przypadkach uciekinierki) lecz również jego rodzinę, państwa bloku wschodniego, w tym Niemiecka Republka Demokratyczna, wyznawały bowiem zasadę odpowiedzialność rodziny za wszystkie czyny jej członków.

Masowym ucieczkom z sektora wschodniego władze enerdowskie zapobiegały w pierwszych latach swojego istnienia poprzez akcje wysiedleńcze w ramach których eksmitowano „niepewne politycznie” osoby z okolic granicy wewnątrzniemieckiej w głąb kraju. Najbardziej znaną akcją jest „akcja robactwo” w maju i czerwcu 1952 r.

Republika Federalna Niemiecka nie przyjmowała uciekinierów z sektora wschodniego z otwartymi ramionami. Brakowało dla nich, podobnie zresztą jak dla obywateli RFN-u, zarówno mieszkań jak i miejsc pracy. Pobyt na „Złotym Zachodzie” w wielu przypadkach przemienił się w koszmar i doprowadził do tego, że około 600.000 osób zdecydowało się w pierwszych latach istnienia obozu (1953-1962) na powrót do NRD. Po powrocie stawali się oni natychmiast więźniami „obozów reedukacji socjalistycznej”. Połowa z nich została skazana na kary więzienia od dwóch do ośmiu lat. Zarówno oni jak i ci, którym udało się uniknąć kary wiezięnia i podjąć pracę, byli napiętnowani aż do końca trwania dyktatury SED. „Powracający” byli często werbowani przez enerdowską służbę wywiadowczą, szacuje się, że 1/5 z nich stała się nieoficjalnymi pracownikami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

W drugiej części wystawy pokazana jest procedura przyjmowania i rejestrowania uchodźców. Pierwszą ze stacji, przez które musieli przejść uchodźcy, był punkt medyczny, dokładne badanie przez lekarza służyło gównie zapobieganiu epidemiom oraz chorobom, szczególnie gruźlicy.

Następnym, prawdopodobnie najważniejszym etapem tej procedury było przesłuchanie przez służby wywiadowcze Amerykanów, Brytyjczyków i Francuzów. Mimo dokładnych, trwających nieraz tygodniami, przesłuchań, nie udało się wyeliminować 10% agentów Stasi. Jednym z najbardziej znanych mieszkańców obozu był sekretarz Willy’ego Brandta, wschodnioniemiecki szpieg Günter Guillaume, którego wykrycie bezpośrednio spowodowało, że Brandt w 1974 roku podał się do dymisji. Na pewno nie zabrakło wśród przesłuchiwanych również polskich szpiegów. Przesłuchania mogły trwać godzinę lub tygodnie, polegały często na powtarzaniu w nieskończoność tych samych pytań. Przesłuchującymi byli pracownikami alianckich służb wywiadowczych, jak na zimną wojnę przystało, używali oni fałszywych nazwisk i zbierali nowe informacje lub też sprawdzali wiarygodność przesłuchiwanego przez konfrontowanie go z posiadanymi informacjami. Akta z tych przesłuchań w niewielkiej tylko części zostały przekazane władzom niemieckim, wraz z wycofaniem się wojsk alianckich zabrane zostały do Stanów, Wielkiej Brytanii i Francji. Po upublicznieniu dostarczą z pewnością materiału do niejednej fascynującej powieści szpiegowskiej lub filmu.

Cdn.

Streifzüge durch Berlin: Gradiva

Heute vor 1940 Jahren

Ewa Maria Slaska

Fotos oben: Regine Lockot

Ich schlendere durch Berlin, habe Zeit, das Wetter ist schön, auf dem Mittelstreifen von der Kurfürstenstrasse sehe ich vom Weiten eine weisse antike Frauenfigur. Ich gehe hin, schaue mir eine schöne Skulptur an und denke, dass sie mich irgendwie an diese ebenso schöne Fresco von Flora in Stabie, Schwesterstadt von Pompei und Herkulanum erinnert. Diesselbe ungezwungene und fröhliche Atmosphäre, diesselbe schöne, sicher auftretende junge römische Frau.

Ich lese den Text auf der anderen Seite des Reliefs:

GRADIVA

Vom 25. Bis 27. September 1922 fand hier, in der Kurfürstenstraße 115/116, im „Haus des jüdischen Brüdervereins gegenseitiger Unterstützung” der 7. Internationale Psychoanalytische Kongress der Internationalen Psychoanalytischen Vereinigung (IPV) statt. Er war der letzte, an dem Sigmund Freud persönlich teilnahm.

Nach einer Blütezeit der Psychoanalyse im Berlin der 20er Jahre wurden ab 1933 alle jüdischen Psychoanalytiker durch die Nationalsozialisten aus Deutschland vertrieben. Die Deutsche Psychoanalytische Gesellschaft mußte 1938 aufgelöst werden.

Zum Thema „Erinnern, Wiederholen und Durcharbeiten in Psychoanalyse und Kultur heute” kamen zum ersten Mal nach dem 2. Weltkrieg wieder Psychoanalytiker der Internationalen Psychoanalytischen Vereinigung nach Berlin, um hier vom 25. bis 29. Juli 2007 den 45. Internationalen Psychoanalytischen Kongress abzuhalten.

Bis zu seiner erzwungenen Emigration 1938, hing ein Gipsabdruck der „Gradiva” neben Sigmund Freuds Couch in Wien. Seine Interpretation der Gradiva-Novelle von Wilhelm Jensen ist die erste größere psychoanalytische Untersuchung eines literarischen Werkes.

Sigmund Freud fand in London Exil.
Dort starb er am 23. September 1939.


Schöne Idee. Schöne Art einen Kongress und einen großen Mann zu erinnern. Im Internet finde ich auch das Buch.

Gradiva: Ein pompejanischen Phantasiestück
von Wilhelm Jensen
mit Vorwort von Sigmund Freund

Dresden/ Leipzig 1903

Beim Besuche einer der großen Antikensammlungen Roms hatte Norbert Hanold ein Reliefbild entdeckt, das ihn ausnehmend angezogen, so daß er sehr erfreut gewesen war, nach Deutschland zurückgekehrt, einen vortrefflichen Gipsabguß davon erhalten zu können. (…)  Ungefähr in Drittel-Lebensgröße stellte das Bildnis eine vollständige, im Schreiten begriffene weibliche Gestalt dar, noch jung, doch nicht mehr im Kindesalter, andrerseits indes augenscheinlich keine Frau, sondern eine römische Virgo, die etwa in den Anfang der Zwanziger-Jahre eingetreten. (…) Wo war sie so gegangen und wohin ging sie? (…) Um dem Bildwerk einen Namen beizulegen, hatte Hanold es für sich ›Gradiva‹ benannt, ›die Vorschreitende‹.

Der Relief weckt in einem jungen Archäologen, der sie als Abguss in seinem Arbeitszimmer stellte, endlich Mal, würde man sagen, das Interesse an lebendigen Frauen. Genauer gesagt an deren Gangart, denn  er Versuchte unter seinen Zeitgenössinen eine zu finden, die den Fuß so anmutig und fast senkrecht beim Gehen  hielt wie eben die Gradiva.
Dann träumte es ihn, dass er sich in Pompei befände, wo er einige Male zur Forschungzwecke schon weilte. Im Traum war es grade der 24. Augusttag des Jahres 79, der den furchtbaren Ausbruch des Vesuvs mit sich brachte. Der Himmel hielt die zur Vernichtung ausersehene Stadt in einen schwarzen Qualmmantel eingeschlagen, nur da und dort ließen durch eine Lücke die aus dem Krater auflodernden Flammenmassen etwas von blutrotem Licht Übergossenes erkennen.

Er träumte immer noch, als er plötzlich Gradiva sah. Und wie es  im Traum oft passiert, schien es ihn normal, dass die Skulptur aus seinem Arbeitszimmer hier als lebendige Frau voranschreitet, in Gedanken versunken und somit noch nicht ahnend, was ihr und der ganzen Stadt bevorsteht. Bis dahin hatte ihn kein Gedanke an ihr Hiersein angerührt, jetzt aber ging ihm auf einmal und als natürlich auf, da sie ja eine Pompejanerin sei. (…) Dann indes, ihn jählings überfallend, kam ihm zum Bewußtwerden, wenn sie sich nicht eilig rette, müsse sie dem allgemeinen Untergang mit verfallen, und heftiger Schreck entriß seinem Mund einen Warnruf. Den hörte sie auch, denn ihr Kopf wendete sich ihm entgegen. (…) Sie schritt jedoch weiter, noch bis zum Portikus des Apollo Tempels hinan, wo sie sich zwischen den Säulen legte, von der Schwefeldünsten des Vulkans erstickt. Hanold wachte auf und erst nach langer Weile erkannte er, dass er nicht wirklich vor fast zwei Jahrtausenden dem Untergang an der Bucht von Neapel beigewohnt habe.

Plötzlich, und zwar nich im Traum, sondern Diesseits, erkannte er eine junge Frau, die drunten auf der Straße ging (…) leicht elastischen Schrittes dahin. Sie hielt mit der linken Hand ihren nur bis zu den Knöcheln herabreichenden Kleidsaum ein wenig aufgerafft, und seinen Augen erregte es den Eindruck, als ob bei der schreitenden Bewegung sich die Sohle ihres nachfolgenden schmalen Fußes für einen Moment auf den Zehenspitzen senkrecht vom Boden aufrichte. Er lief ihr nach. Vergeblich.

Sie war nicht zu finden und ihm war es in Berlin ohne sie unerträglich geworden. Er reiste sofort ab. Zuerst nach Rom, dann nach Neapel und letztendlich nach Pompei. Egal aber, wo er sich befand, störte ihn sofort alles, bis er sich selbst zugeben müsste, daß er mißmutig sei, weil ihm etwas fehle, ohne daß er sich aufhellen könne, was. Und diese Mißstimmung brachte er überallhin mit sich. Alles war zweck- und sinnlos, er selbst: taub und blind (…) auch die Natur war außerstande, ihm zu bieten, was er um sich und in sich vermißte. Nicht Mal der Besuch in Pompeji half ihn, seinen Spleen zu lindern. Sogar hier bemächtigte sich seiner Augen und geistigen Sinne eine entschiedene Gleichgültigkeit. Ja, sogar Pompeji war nichts mehr als außerordentlich nüchterner Schutthaufen. Als die Touristen zum Tisch gingen und herr Hanold alleine in der toten Stadt blieb, herrschte dort plötzlich vollkommene Reglosigkeit. Alles stand still, nur über den Vesuv hing eine wie eine Pinie geformte dunkle Rauchwolke. Es war unheimlich still und heiß, alles badete in der Sonne, als ob sich der große Pan zum Schlafen hingelegt hat. (…) Dann aber löste die Sonne die Gräberstarre der alten Steine, ein glühender Schauer durchrann sie, die Toten wachten auf, und Pompeji fing an, wieder zu leben. Mit geöffneten Augen blickte Hanold die Straße entlang, doch war’s ihm, als tue er’s in einem Traum. Darin trat plötzlich (…) etwas hervor, und über die Lavatrittsteine, die vor dem Hause zur anderen Seite der Strada di Mercurio hinüberführten, schritt leichtbehend die Gradiva dahin. Ganz zweifellos war sie’s; wenn auch die Sonnenstrahlen ihre Gestalt wie mit einem dünnen Goldschleier umgaben, nahm er sie doch deutlich und genauso im Profil, wie auf dem Relief, gewahr. (…) Zugleich mit dem Anblick aber war’s Hanold hell im Gedächtnis aufgewacht, daß er sie schon einmal so im Traum hier habe gehen seh’n, in der Nacht, als sie sich drüben am Forum ruhig wie zum Schlafen auf die Stufen des Apollotempels hingelegt hatte. Und mit dieser Erinnerung zusammen kam ihm noch etwas anderes zum erstenmal zum Bewußtwerden: Er sei, ohne selbst von dem Antrieb in seinem Innern zu wissen, deshalb nach Italien und ohne Aufenthalt von Rom und Neapel bis Pompeji weitergefahren, um danach zu suchen, ob er hier Spuren von ihr auffinden könne. Und zwar im wörtlichen Sinne, denn bei ihrer besonderen Gangart mußte sie in der Asche einen von allen übrigen sich unterscheidenden Abdruck der Zehen hinterlassen haben. (…) Die Gradiva überschritt in ihrer ruhigen Hurtigkeit die Trittsteine und ging, nun den Rücken wendend, auf dem Trottoir der andren Seite fort (…) und begab sich in das Haus des Meleager.

Hanold wußte nicht, nicht ob er wache oder träume.

Er ging ins Meleagers Haus, das, da es Mai war, voller wilder blühender Mohnblüten war, wie alle Häuser in der Totenstadt. Träumte es ihm, als er – nur etwa fünf Schritte von ihm entfernt, in dem schmalen Schatten, den ein einzelnes, noch erhalten gebliebenes Oberstück des Saalportikus herabwarf, zwischen zweien der gelben Säulen auf den niedrigen Stufen eine hellgewandete, weibliche Gestalt sitzen sah, die mit leichter Bewegung jetzt den Kopf ein wenig emporhob? (…) Er hatte gefunden, wonach er gesucht, was ihn unbewußt nach Pompeji getrieben; die Gradiva führte ihr Scheinleben in der mittägigen Geisterstunde noch fort und saß hier vor ihm, so wie er sie im Traum sich auf die Stufen des Apollotempels niederlassen gesehn. Auf ihren Knien lag etwas Weißes ausgebreitet, das sein Blick klar zu unterscheiden nicht fähig war; ein Papyrosblatt schien’s zu sein, und eine Mohnblüte hob sich mit rotem Scheine von ihm ab.

Er spricht sie zuerst Griechisch und dann auch Lateinisch an. Und sie antwortete auf Deutsch. Es wunderte ihn aber keineswegs. So musste es gewesen sein. Dann aber stand sie auf, ging ein paar Schritte fort und verschwand. Die Mittagsgeisterstunde war vorüber.

Am nächsten Tag ging er wieder hin, diesmal aber heimlich, durch einen unbewachten Eingang, zu Mittagsstunde ins Meleagers Haus. Unterwegs sah er eine ganz mit weißen Glockenkelchen behängte Asphodelos-Blütenschaft, die er abbrach und mitnahm. Wenn die Mittagsstunde endlich kam, sah Hanold sie wieder zwischen zwei Säulen sitzend. Da fragte sie: Bringst du mir die weiße Blume?

Dann sprechen sie miteinander, und stellen fest, dass sie sich schon einmal, vor fast zwei Tausend Jahren gesehen haben müssten. Er erzählt ihr von seiner Suche nach einer Frau, die genauso einen Gangart hat als sie auf dem Relief in Rom. Nach einer Weile nimmt sie die Blume und geht in die Unterwelt zurück, sie vereinbaren aber noch ein Treffen am nächsten Tag. Diesmal lies Gradiva, die übrigens Zoë – Leben heissen sollte, ein kleines Skizzenbuch zurück, in dem Pompeji von heute abgebildet ist – Ruinen, Steine, wilde Blumen.

Hanold weiss, dass er krank ist, dass ihm entweder sein Kopf oder sein Herz Spielchen spielen. Er trink zu viel Wein, er läuft den ganzen Nachmittag hin und her, trifft einen alten vermeintlich leicht verrückten Zoologen, der Eidechsen fängt, und versucht nicht darüber nachzudenken, was ihm geschehen ist. Er wandert ziellos, kauft irgendwo eine pseudo-antike Spange, von der er denkt, sie gehörte Zoë vor zwei Tausend Jahren, ließ sich eine (damals unglaubwurdige sogar für einen Archäologen) Geschichte erzählen, dass man in Pompeji ein Liebespaar ausgegraben hat, zwei Leichen, die sich eng umschlungen um zusammen, in den Tod zu schreiten, und stellt sich vor, die junge Fraue wäre eben Zoë-Gradiva. Mit keinem Gedanken würdigt er die Tatsache, dass wenn er Zoë das zweite Mal sieht, trägt sie helle Lederschuhe und nicht Sandalen, wie auf dem Relief.

Weitere Nacht geht vorbei. Diesmal pflückt Hanold unterwegs ein paar rote Rosen und geht ganz normal, seinen Eintritt zahlend, in die Pompeji-Stadt. Erst als er wieder vor dem Eingang zur Casa di Meleagro steht, fällt ihn ein, die liebende Frau hätte Zoë sein können und dies hätte bedeuten müssen, sie hätte einen Liebhaber, den in diesem Moment Hanold regelrecht hasst. Sie ist jedoch allein gekommen, wie auch gestern und vorgestern. Er gibt ihr Rosen und ihr Skizzenbuch zurück, fragt auch, ob die antike Spange Mal ihr gehörte. Sie verneint aber. Überhaupt benimmt sie sich, als ob sie ein modernes Weib wäre. Sie teilen sich ihr zweites Frühstück, dass sie in Kleidertasche mithatte. Sie assen schweigend, bis die Gradiva sagte: »Mir ist’s, als hätten wir schon vor zweitausend Jahren einmal so zusammen unser Brot gegessen. Kannst du dich nicht darauf besinnen?«

Aber dann ist sie doch ganz gegenwärtig und dazu noch kennt sie seinen Namen. Du bist doch offenbar verrückt, Norbert Hanold, sagt sie und in denselben Moment kommen ins antike Haus ihre Bekannte.

Er flüchtet. Ihm ist es klar, dass er, völlig ohne Sinn und Verstand zu glauben versuchte, dass er sich seit drei Tagen mit einer wieder lebendig gewordenen jungen Pompejanerin traff.

Er flüchtet und daher ist nur der Leser und nicht auch Hanold, der erfährt, dass Zoë mit ihrem Vater, dem alten Zoologen, in der abgelegenen Albergo del Sole wohnt.

Da sehen sie sich wieder in einem anderem alten pompejanischen Haus. Ein leicht verrückter junger Archäologe und eine junge Dame vor Welt. Sie ist Tochter eines bekannten Zoologen Richard Bertgang und wohnt mit ihrem Vater in Berlin dem Haus, wo Hanold wohnt, schräg gegenüber. Sie kennt ihn also und zwar seit eh, er sie nicht mehr, weil er ein typischer Wissenschaftler geworden ist – zerstreut. Sie gesteht, dass sie, als sie entdeckte, was er im Kopf hat, mit ihm gespielt hat.

Daher also die Schuhe statt Sandalen. Und daher kennt sie seinen Namen.

Und am Ende werden sie heiraten!

🙂


Was der Freud darüber denkt? Lesen Sie HIER.

30 lat temu upadł Mur Berliński (5)

– a dziś mija 58 rocznica rozpoczęcia jego budowy

Ela Kargol

Kaplica Pojednania w Berlinie

Jest godzina 12:00. Codziennie o tej porze w Kaplicy Pojednania przy Bernauer Straße w Berlinie odprawiane jest krótkie nabożeństwo – wspomnienie w intencji jednej z ofiar berlińskiego muru. Muru, który nie miał prawa powstać i, którego, jak zapewniał pierwszy sekretarz SED, Walter Ulbricht, „nikt nie miał zamiaru budować“, muru, który podzielił jeden naród, jedno miasto i jedną Europę. Rozdzielił rodziny, przyjaciół, ulice, dzielnice i parafie.

Jest 9 sierpnia 2019 roku, godzina 12.00, dzisiejsze modlitewne wspomnienie w Kaplicy Pojednania poświęcone jest Christianowi Buttkusowi, któremu zabrakło kilku metrów, żeby znaleźć się po drugiej stronie muru. Urodzony w Tylży w roku 1944, uciekał z rodziną z Prus Wschodnich do Niemiec. Zatrzymali się Berlinie, w Niederschönhausen, w strefie sowieckiej. Buttkus nie uznał nigdy NRD za swoją ojczyznę, a karta powołania do wojska przyspieszyła decyzję ucieczki. 4 marca 1965, trafiony 25 kulami w klatkę piersiową, zmarł na „pasie śmierci“, gdzieś między Kleinmachnow a Berlinem-Zehlendorfem.

Od 13 sierpnia 2005 roku odprawiane są w Kaplicy Pojednania nabożeństwa w intencji ofiar muru. Organizatorem ich jest ewangelicka Parafia Pojednania i Fundacja Mur Berliński.

Kościół Pojednania został wybudowany w Berlinie w 1894 roku.

Ciekawe, że był też inspiracją dla gdańszczan – kilka lat później w Gdańsku-Oliwie powstał bardzo podobny kościół pod tym samym wezwaniem i stoi do dziś, zmienił tylko gospodarza.

Ten w Berlinie działał prężnie w dzielnicy, w której musiał borykać się z wieloma problemami społecznymi. Przetrwał I Wojnę Światową, z drugiej wyszedł, choć zniszczony, ale obronną ręką.W 1950 roku odremontowany, podjął duszpasterską działalność i do roku 1961 regularnie odprawiane były tu msze. Budynek miał jednak pecha, znalazł się bowiem dokładnie na granicy sektora francuskiego i sowieckiego. Większa część parafii znajdowała się po stronie francuskiej, mniejsza wraz z kościołem  – po radzieckiej. 13 sierpnia 1961 roku odprawiono w kościele ostatnią mszę, dostępną tylko dla mieszkańców ze wschodniej części Berlina.

Kościół znalazł się w niedostępnym pasie granicznym, na obszarze tzw. „pasa śmierci.“ Nie eksploatowany, bez parafian, bez remontów, niszczał. Tylko wieża kościoła służyła długie lata żołnierzom strzegącym granicy niemiecko-niemieckiej jako punkt obserwacyjny i świetne miejsce strzelnicze.

Jednak w roku 1985 dla “zwiększenia bezpieczeństwa, porządku i czystości na granicy państwowej z Berlinem Zachodnim” kościół został zrównany z ziemią. Wysadzono go w dwóch etapach, 22 stycznia – nawę kościoła, 28 stycznia – wieżę.

Mieszkałam już wtedy z rodziną w Berlinie i pamiętam opowieść sąsiada, bardzo zaangażowanego w kościele ewangelickim, który pojechał specjalnie w pobliże Bernauer Straße, żeby być świadkiem tego haniebnego czynu. Nie bardzo mnie to wtedy interesowało. Szukanie jakiejkolwiek pracy i przedłużanie „duldungu” były ważniejsze.

Niecałe pięć lat później upadł mur berliński. Jak najszybciej próbowano pozbyć się śladów “muru hańby” i śladów podziału. I wtedy Parafia Pojednania podjęła decyzję o wybudowaniu kaplicy na miejscu zburzonego kościoła i zachowaniu części muru i innych pozostałości po niechlubnym podziale miasta ku przestrodze i pamięci dla potomnych.

Kamień węgielny pod budowę kaplicy położono 23 maja 1999 roku. Budynek składa się z dwóch części owalnych. Część wewnętrzna wybudowana jest z ubitej gliny, w której umieszczono gruz ze zburzonego kościoła, część zewnętrzną tworzą drewniane pale.
9 listopada 2000 roku, w jedenastą rocznicę upadku muru, Kaplica Pojednania została uroczyście otwarta.

Wrócił do niej ołtarz, z ostatnią wieczerzą, do której Jezus i kilku innych apostołów zasiadło bez twarzy. Wróciły trzy dzwony, krzyż z kościelnej wieży i kilka innych zachowanych fragmentów. Kapitele, które wieńczyły kolumny empory, zdemontowano przed wysadzeniem kościoła, „Baranek Boży” znajdujący się w portalu wejściowym został wydobyty z gruzów świątyni.

Wokół kaplicy zasiano żyto. I tak pole śmierci zamieniło się w pole uprawne.

Jedna z przypowieści Salomona głosi:

„Kto uprawia swoją rolę, ma dosyć chleba; lecz kto się ugania za marnościami, jest nierozumny”.

W 25 rocznicę upadku muru berlińskiego Stowarzyszenie Chleb Pokoju (FriedensBrot) zaprosiło 11 krajów ze środkowej i południowej Europy, nowych członków Unii Europejskiej, do udziału w projekcie wypieku europejskiego chleba pokoju. Ziarno pozyskano z pola przy berlińskiej Kaplicy Pojednania. Zboże trafiło do jedenastu państw Unii Europejskiej, w Polsce do Suchowoli, miejsca skąd pochodził ksiądz Jerzy Popiełuszko i miejsca, gdzie znajduje się geograficzny środek Europy. W sierpniu 2014 roku odbyły się w Suchowoli żniwa. Z ziarna zmieszanego ze zbożem z innych państw wypieczono Europejski Chleb Pokoju. I tak jest co roku.

Nowym projektem Parafii Pojednania było założenie Ogrodu na „Ziemi Niczyjej” (Der Garten im „Niemands Land“), czyli znowu symbolicznej zamiany nieużytku, wcześniej pasa śmierci, w ogród uprawny. Teren należy do Cmentarza św. Elżbiety. Podczas budowy muru część cmentarza zlikwidowano, przenosząc groby w inne miejsca. I właśnie tutaj kwitną teraz słoneczniki, malwy, a wokół nich brzęczą pszczoły. I wielu ogrodników różnych wyznań lub niewyznań pielęgnuje swoje zagony.

W polu żyta umieszczono krzyż ze starego Kościoła Pojednania, który pracownicy cmentarza odnaleźli i przechowali do czasu, gdy w 1995 roku wrócił do parafii.

Parafia od roku 1999 należy do Wspólnoty Krzyża z Gwoździ z Coventry.

28 sierpnia 2019 zegar z Kościoła Pojednania znowu zacznie odmierzać czas, po 58 latach milczenia.

Bardzo trafnie, nie tylko o zegarze, ale o bezsensownym podziale miasta, napisała w 1961 roku Milly Hilgenstock:

Die Kirche steht leer und verlassen

Es liegt an der Bernauer Straße
Inmitten der Stadt Berlin
Die Kirche, die jetzt verlassen,
Es steht eine Mauer darin.
Es mahnten so viele Stunden
Versöhnungsglocken die Stadt.
Sie klagten über die Wunden
Die Krieg uns geschlagen hat.
Nun sind die Glocken verklungen,
Vermauert die Kirchtür, das Tor.
Und wo Lieder gesungen
Schweigt jetzt Gemeinde und Chor.
Die Uhr am Kirchturm blieb stehen
Bevor es Mitternacht schlug.
Wohin Herr sollen wir gehen?
Wann ist des Wartens genug?
Was will der Zeiger uns sagen,
Der fünf vor 12 blieb stehn?
Die Mauer hat uns zerschlagen,
wir können uns nicht mehr sehn.
Wir grüßen drüben die Brüder,
Die jetzt durch die Mauer getrennt.
Wir wissen, wir sehen uns wieder,
Der Herr die Seinen doch kennt.
Die Kirche steht leer und verlassen,
Kein Licht, kein Orgelton mehr.
Und an der Bernauer Strasse
Die Steine klagen so schwer.
Die Zeit mag das Kreuz verhöhnen,
Es bleibt, wenn die Mauer zerfällt.
Dann wird uns wieder versöhnen
Gott über den Mauern der Welt.

http://uhr-der-versöhnung.de/
(Tłumaczenie: Bernauer Strasse w Berlinie)

Warto zajrzeć na stronę internetową Kaplicy Pojednania, ponieważ parafia oferuje nie tylko msze i modlitwy, ale również koncerty, teatr, wykłady, spotkania z książką i jest pomysłodawczynią wielu społecznych inicjatyw.

https://www.versoehnungskapelle.de/

30 lat temu upadł Mur Berliński (4)

Joanna Trümner, tekst
Ela Kargol, zdjęcia

Ofiary muru

W latach 1961-1989 na Murze zginęło ponad 140 osób. Gedenkstätte Berliner Mauer (Miejsce Pamięci Berlińskiego Muru) dzieli ofiary Muru na trzy kategorie: 101 osób, które zostały zastrzelone, miały wypadek lub popełniły samobójstwo podczas próby przekroczenia muru, 30 osób ze Wschodu i Zachodu oraz jeden radziecki żołnierz, które nie miały zamiaru przekroczenia muru, lecz zostały zastrzelone lub zdarzył się śmiertelny wypadek. Trzecią grupą jest ośmiu enerdowskich żołnierzy służb granicznych zabitych przez dezerterów, kolegów, uciekinierów, osoby pomagające przy ucieczkach lub też policjantów z Zachodniego Berlina. Nie wiemy, ilu z nich zamierzało przedostać się do Berlina Zachodniego. Najbardziej spektakularną była ucieczka 19-letniego żołnierza enerdowskich służb granicznych, Conrada Schumanna, który pochodził z Zschochau w Saksonii i był z zawodu owczarzem. Wczesnym rankiem 12 sierpnia 1961 roku, w dzień przed rozpoczęciem budowy muru, brygada, w której Schumann odbywał obowiązkową służbę wojskową, została przeniesiona z Drezna na granicę sektorów (radzieckiego i francuskiego) do Berlina. W kilka dni później, 15 sierpnia 1961 roku, Schumann jako pierwszy enerdowski żołnierz graniczny uciekł do Berlina Zachodniego. Zdjęcie jego skoku przez drut kolczasty na rogu Bernauer i Ruppiner Straße znane jest na całym świecie jako symbol Zimnej Wojny.


Pilnujący muru żołnierze pochodzili w większości z różnych regionów Niemieckiej Republiki Demokratycznej i odbywali osiemnastomiesięczną obowiązkową służbę wojskową. Nieliczni z nich zdecydowali się na służbę graniczną dobrowolnie. W rozkazie Ministerstwa Obrony NRD z października 1961 roku czytamy, że broń może zostać użyta w celu „zatrzymania osób, które nie przestrzegają nakazów służby granicznej przez to, że nie zatrzymują się na hasło >>Stop – zatrzymać się – służba graniczna<<, po oddaniu strzału ostrzegawczego lub też kiedy wyraźnie usiłują przekroczyć granicę państwową NRD“ i „nie istnieje inna możliwość ich zatrzymania“. System premii i nagród, odpowiednia „obróbka ideologiczna“ oraz typowe dla wielu Niemców nastawienie Befehl ist Befehl (rozkaz to rozkaz) rozwiewały moralne wątpliwości żołnierzy.
Jeszcze gorzej wyglądała sprawa moralności żołnierzy w innych państwach Europy Wschodniej. Około 2.000 obywateli NRD próbowało uciec z „raju robotników i chłopów” przez Bułgarię. Posługiwali się w tym celu fałszymi paszportami, korzystali z pomocy obywateli RFN, czy też przekraczali granicę Bułgarii z Grecją lub Turcją specjalnie spreparowanymi autami. Tylko pięciuset osobom udała się ucieczka. W roku 1993 roku jedna z bułgarskich gazet opublikowała zeznania byłych bułgarskich oficerów służby granicznej, ujawniających sprawę płacenia „premii” za każdego zabitego enerdowskiego uciekiniera. „Premię” wypłacała ambasada NRD w Sofii. W biednej Bułgarii dodatkowy zarobek żołnierzy w wysokości 2000 lewa (wtedy było to w przeliczeniu 1.000 DM) był wielką zachętą do strzelania do uciekinierów.
Wróćmy jednak do historii muru. Na terenie Miejsca Pamięci Berlińskiego Muru powstało „okno pamięci”, które przypomina o wszystkich ofiarach muru. W „okienkach” widać ich portrety, daty urodzin i śmierci. Kilka z nich opatrzonych jest podpisem „NN”. Żołnierzom, którzy zginęli podczas pełnienia służby granicznej przy murze, poświęcona jest tablica informacyjna w odrębnym miejscu.


Historia muru jest historią śmierci, wielu niepotrzebnych, dramatycznych śmierci. Każda z nich byłaby materiałem na dobrą książkę lub film. Pierwszą ofiarą muru była 58-letnia Ida Siekmann. Budowa muru odcięła tą samotnie żyjącą kobietę od siostry mieszkającej o kilka ulic dalej, na terenie Berlina Zachodniego. W kamieniacach granicznych (wśród nich znalazł się dom Idy Siekmann przy Bernauer Straße 48) policja kontrolowała osoby wchodzące do budynku, a wszystkie okna i drzwi wychodzące na zachodnią granicę zostały z czasem zamurowane. 22 sierpnia 1961 Ida Siekmann zdecydowała się na sforsowanie granicy poprzez wyskoczenie z okna swojego mieszkania na trzecim piętrze. Wcześniej wyrzuciła z okna pościel i inne rzeczy, które miały zamortyzować skok. Desperacka próba ucieczki zakończyła się się ciężkimi obrażeniami i śmiercią kobiety w kilka dni później.


Po miesiącu na Bernauer Straße 34 doszło do kolejnej tragedii, najstarsza ofiara muru, osiemdziesięcioletnia (!!!) Olga Segler skoczyła z okna swojego mieszkania na drugim piętrze domu na Bernauer Straße 34 na przygotowaną uprzednio przez zachodnioberlińskich strażaków płachtę ratowniczą. Wskutek skoku odniosła ciężkie obrażenia, które były przyczyną jej śmierci w dzień później. Nie udało jej się dołączyć do córki, która czekała wraz ze strażakami w zachodniej części ulicy.
Skok z okna lub spuszczanie się po linie lub powiązanych prześcieradłach było wkrótce po postawieniu muru najpopularniejszą metodą ucieczki w tej części miasta. W ciągu pierwszych trzech miesięcy ponad 150 osobom udało się w ten sposób uciec do leżącej w sektorze francuskim dzielnicy Wedding.
Ostatnią ofiarą muru był trzydziestotrzyletni Winfried Freudenberg, który 8 marca 1989 roku spadł na ziemię w zachodnioberlińskiej dzielnicy Zehlendorf podczas ucieczki w skonstruowanym prez siebie balonie.
Każda śmierć poniesiona podczas próby przekroczenia muru była tragiczna, nawet jeżeli była ona jedynie wynikiem pijackiej brawury lub braku wyobraźni. Niewątpliwie jedną z najbardziej tragicznych była śmierć piętnastomiesięcznego Holgera H. w styczniu 1973 roku. Rodzice chłopca próbowali przedostać się do Berlina Zachodniego ukryci w ciężarówce znajomego Berlińczyka. Dziecko było chore, miało zapalenie ucha i oskrzeli. Podczas kontroli granicznej na przejściu w Drewitz-Dreilinden Holger zaczął głośno płakać. Kontrola graniczna trwała wieczność, matka próbowała uciszyć dziecko poprzez trzymanie mu ręki na ustach. W ten sposób uniemożliwiła zakatarzonemu Holgerowi normalne oddychanie. Kiedy w końcu rodzina znalazła się w Zachodnim Berlinie, chłopca nie udało się reanimować. Był najmłodszą ofiarą muru.


Patrzę na twarze ludzi w „oknie pamięci”, w większości uciekinierami byli młodzi ludzie, którzy po prostu chcieli prowadzić szczęśliwsze, lepsze życie. Wśród zdjęć odnajduję dwóch Polaków, których nazwisk nigdy przedtem nie słyszałam: Franciszek Piesik i Czesław Kukuczka. „Przecież nie musieli w ten sposób, mogli po prostu starać się o paszport”, myślę nie znając ich życiorysów.

Piesik wychował się w wielodzietnej rodzinie w wiosce nad Odrą. Na początku lat sześćdziesiątych pływał na barkach. Dwukrotnie przebywał w więzieniu, za pierwszym razem za samodzielne oddalenie się z jednostki wojskowej, następnie za włamanie do baru. Po wyjściu na wolność Piesik zamieszkał w Bydgoszczy i podjął pracę jako spawacz i lakiernik. Ożenił się i miał córkę. Wyglądało na to, że „ustatkował się”. Nie znamy powodu, dla którego zdecydował się na ucieczkę na Zachód. 24-letni Piesik nikomu nie powiedział o swoich planach. 15 października 1967 roku nielegalnie przepłynął łodzią granicę na Odrze. Pomimo pościgu dotarł w okolice Berlina i usiłował przepłynąć odległość 200 – 300 metrów jeziora Nieder Neuendorfer See. Granica między między NRD i Berlinem Zachodnim przebiegała w tym miejscu przez środek jeziora.

Władze zachodnioniemieckie znalazły jego ciało w północnej zatoce jeziora w 11 dni później. Obdukcja nie wykazała żadnych obrażeń, drogi oddechowe Piesika pełne były szlamu. Polska Misja Wojskowa w Berlinie Zachodnim pomogła w identyfikacji jego ciała. Ponieważ polskie władze odmówiły sprowadzenia jego zwłok do Polski, Piesik został pochowany na cmentarzu w Heiligensee, w dzielnicy, do której chciał dotrzeć w październiku 1967 roku. Po kilku latach grób został zlikwidowany, ponieważ nikt nie pokrywał opłat cmentarnych.

pierwszy z lewej Franciszek Piesik

Jeszcze bardziej tajemnicza jest historia ucieczki drugiej polskiej ofiary muru, Czesława Kukuczki, 29 marca 1974 roku. Kukuczka urodził się i dorastał w powiecie limanowskim. Jako siedemnastoletni chłopiec został zwerbowany do pracy przy budowie Nowej Huty. Po krótkim pobycie tam wrócił do domu rozczarowany pracą. Podobnie jak Piesik został skazany na karę pozbawienia wolności, jego skazano za defraudację. Po roku został warunkowo zwolniony z więzienia. I on „ustatkował się” na wolności, ożenił się, miał trójkę dzieci i podjął pracę najpierw na budowie, a następnie jako strażak w Jaworznie, Limanowej i Bielsku-Białej. 3 marca 1974 roku zginął bez śladu. 29 marca 1974 Kukuczka przybył do polskiej ambasady w Berlinie Wschodnim i zażądał od pracownika ambasady i członka berlińskiego oddziału MSZ, aby pozwolono mu o godzinie 15.00 przekroczyć granicę przez przejście na dworcu kolejowym na Friedrichstraße. W przeciwnym przypadku groził zdetonowaniem bomby w polskim centrum informacyjnym przy Karl-Liebknecht-Straße. Jego wspólnik w Berlinie Zachodnim miał zadbać o pokazanie wydarzeń w świecie zachodnim.

Kukuczka zamierzał wyemigrować do rodziny w USA. Opuścił ambasadę z wymaganymi dokumentami przed upływem ulitmatum, podstawiony samochód enerdowskiej służby bepieczeństwa zawiózł go na Friedrichstraße. Podczas próby przejścia przez granicę dostał kulę w plecy od ubranego w ciemny płaszcz i przyciemniane okulary mężczyzny. Zmarł jeszcze tego samego dnia w wyniku odniesionych ran. W niecałe dwa miesiące później wdowa po Kukuczce otrzymała z rąk prokuratora okręgowego urnę z prochami, akt zgonu i osobiste rzeczy po mężu. Pogrzeb kościelny odbył się w Kamienicy, w kręgu najbliższej rodziny. Rodzinie zakazano otwarcie mówić o okolicznościach jego śmierci. Nigdy nie poznamy prawdy o powodach jego ucieczki, historia jego śmierci byłaby z pewnością scenariuszem niezłego filmu sensacyjnego.

Cdn.

Codziennie wiersz (35). Lato 2019. Kargol

Ela Kargol

Na moście Feuerbacha
nie Ludwika,
lecz Anzelma,
spotkałam Ewę i Marię.
Usiadłyśmy przy herbacie,
przy piwie
przy stoliku rozchwianym ze starości i bylejakości.
Był chłodny letni wieczór,
poprzedzony upalnymi nocami,
jeden z tych długich dni,
które nie wiadomo czemu nagle stają się coraz krótsze.
Piwo smakowało,
herbata też,
choć była z tych podlejszych.
Zapach starego oleju,
odgrzewanej pizzy i sosu czosnkowego
roznosił się wokół i drażnił nozdrza.
Powoli zapadał zmierzch,
ale miasto nadal jaśniało,
autostrada szumiała wieczorną kołysankę,
a Feuerbach?
nikt o nim nie myślał.

Przed 30 laty upadł Mur Berliński (3)

Joanna Trümner, tekst
Ela Kargol, zdjęcia

Lichtenrade –Lichterfelde

O tym odcinku szlaku muru berlińskiego mówi się, że jest pod względem widoków jednym z najpiękniejszych etapów. Spotkałyśmy się na peronie S-Bahn Lichtenrade i ruszamy rowerami w drogę. Zabudowania kończą się dosyć szybko, wjeżdżamy na teren Brandenburgii, do Mahlow.

Pola kukurydzy i zboża, małe grupy drzew, w cieniu których można na chwilę odpocząć, odgłosy ptaków i piękny, słoneczny dzień – wszystko to jest idyllą, niczym nie zakłóconą letnią sielanką. Aż nie chce mi się wierzyć, że w tym miejscu stał mur, a enerdowscy żołnierze strzelali do ludzi próbujących przedostać się do „wolnego świata”. A tymczasem tylko na pierwszym etapie naszej dwunastokilometrowej trasy zgnięły trzy osoby. Wśród nich znajduje się prawdopodobnie ostatnia ofiara muru – czternastoletni Christoph Manuel Bramböck.

W dniu, w którym w Berlinie Wschodnim podpisano umowę regulującą przystąpienie Niemieckiej Republiki Demokratycznej do Niemieckiej Republiki Federalnej, 31 sierpnia 1990 roku, Christoph spotkał się z kolegą w dzielnicy Marienfelde. Zaopatrzeni w niezbędnie do odłupywania fragmentów muru narzędzia chłopcy ruszyli w drogę. Należeli oni do tysięcy tzw. „dzięciołów muru”, którzy wbrew apelom zachodnioniemieckiej policji rozbijali resztki muru na drobniejsze części. „Dzięcioły” robiły to z protestu lub w celach komercyjnych. Nie wiemy, jaka była motywacja Christopha i jego kolegi, może po prostu nudzili się w to słoneczne letnie popołudnie? W miejscu, w którym chłopcy rozbijali mur, był on zbudowany z poziomo umocowanych betonowych plyt. Jedna z nich spadła na Christopha i zabiła go na miejscu. Spoglądam na zdjęcie zaczepnie patrzącego w kamerę czternastolatka na tablicy pamiątkowej i myślę o absurdzie jego śmierci.

Ojcem ruchu „dzięciołów” stał się w latach osiemdziesiątych Kanadyjczyk John Runnings, noszący przydomek „biegacza po murze”. Ten kanadyjski rencista przybył do Berlina Zachodniego wiedziony wewnętrzną potrzebą przemienienia muru w symbol pokoju, wolności i sprawiedliwości. Na początku swojego pobytu w mieście apelował do ludzi z całego świata, żeby przyjeżdżali do Berlina i… sikali na mur (International Pee-in). Akcja zakończyła się niepowodzeniem, mur stał dalej.

Runnings zdecydował się na zmianę metody walki, zaopatrzył się w wielki młot i drabinę. Balansował po wysokim na 3,60 m murze uderzając w niego młotem. Przypominam sobie scenę z telewizji – starszy, siwy mężczyzna w nienajlepszej kondycji fizycznej wali z całej siły wielkim młotem w „koronę” muru. W chwilę później enerdowscy wartownicy ściągają go za nogi na swój teren. Po sześciu tego typu akcjach mur stał dalej, a zniecierpliwione władze NRD wsadziły Runningsa na trzy miesiące do więzięnia. Następnie skazano go na 18 miesięcy w zawieszeniu i profilaktycznie przetransportowano do kanadyjskiej ojczyzny. Latem 1989 Runnings wrócił do Berlina i próbował dokończyć misję rozwalenia muru, tym razem za pomocą auta i skonstruowanego przez siebie czterometrowego pala (są one dzisiaj eksponatami w Muzeum Muru Checkpoint Charlie). Po upadku muru Runnings wrócił do Kanady, gdzie zmarł w 2004 r.

Nasza trasa biegnie dalej wzdłuż pól, mijamy Aleję Wiśni, prezent stacji telewizyjnej TV Asahi Group. Z okazji upadku muru stacja zorganizowała wśród widzów w Japonii zbiórkę pieniędzy na upiększenie pasa granicznego aleją wiśni. Za zebrany milion euro zasadzono w Berlinie i Brandenburgii około 10.000 ozdobnych wiśni, z których tysiąc stoi przy Alei Wiśni na terenie Teltow-Siegridshorst. Patrzę na równo posadzone drzewa i próbuję wyobrazić sobie, jak pięknie wyglądają pod koniec kwietnia, na początku maja. Wtedy zakwitają, a miasto Teltow organizuje w tym miejscu od kilku lat Festyn Kwitnących Wiśni – Hanami Fest.

Nasza trasa dobiega końca, zbliżamy się do Lichterfelde. W miejscu, w którym teraz pasą się konie, znajdował się plac ćwiczeń armii amerykańskej – Parks Range, nazywane przez mieszkańców okolic „miastem duchów”. Ten opustoszały dzisiaj teren o łącznej powierzchni 70 hektarów służył stacjonującej w Berlinie Zachodnim armii amerykańskiej do ćwiczeń polowych. Tzw. Berlińska Brygada armii amerykańskiej pod dowództwem generała Parksa (stąd bierze się nazwa Parks Range) zarekwirowała ten teren po krwawo stłumionym powstaniu w Berlinie Wschodnim (17 czerwca 1953 r.)

Na terenie Parks Range powstała atrapa miasta (Doughboy City), w której amerykańscy żołnierze ćwiczyli walki w mieście. Atrapa składała się z drewnianych baraków z kościołem, ratuszem, podróbką stacji kolejki z autentycznym starym wagonem i wrakami aut na ulicach. Amerykańscy „Rambos” przeprowadzali ćwiczenia bojowe pod baczną obserwacją enerdowskich strażników

Drukowany w Berlinie Zachodnim plan miasta pokazywał w miejscu „Parks Range” białą plamę, plan drukowany w Berlinie Wschodnim zawierał dokładne detale terenu. Amerykanie do końca istnienia „Parks Range” ignorowali skargi mieszkańców Lichterfelde i Lichtenrade i wypróbowywali na tym terenie wszelkie rodzaje broni i czołgów. W roku 1994 wycofali się, a władze Berlina długo nie wiedziały, w jaki sposób zagospodarować to miejsce – niebawem powstanie tu największe osiedle mieszkaniowe w Berlinie.

Cdn.

 

Lato 2019. Boże Ciało. Codziennie jeden wiersz (16). Kargol

Ela Kargol

Solemnitas Sanctissimi Corporis et Sanguinis Christi
W oktawę Bożego Ciała

Procesja na mojej ulicy

Boże Ciało w Berlinie nie jest dniem ustawowo „świętym”, ani wolnym od pracy. Dopiero w niedzielę po Bożym Ciele obchodzone są uroczystości z nim związane. Niejeden berlińczyk dziwi się i z ciekawością spogląda. mijając w mieście procesję.

W Berlinie, żeby zmniejszyć koszty utrzymania oraz ze względu na coraz mniejszą liczbę zainteresowanych, dwie lub trzy parafie połączono w jedną. Procesja w mojej parafii odbywała się właśnie w tej drugiej.

Trochę z lenistwa i wygodnictwa poszłam w niedzielę do mojego kościoła i uczestniczyłam w tzw. Ausweichmesse (mszy zastępczej, ausweichen znaczy tyle co ominąć, wyminąć, ustępować, unikać), czyli mszy, która daje mi możliwość uniknięcia długiej procesji. Msza rzeczywiście była krótka, bez kazania.

Wracając do domu, zaskoczona i zdziwiona, usłyszałam z oddali pieśni kościelne i pobrzękiwanie dzwonków. Zdziwienie moje było tym jeszcze większe, gdy zobaczyłam kroczącego dumnie policjanta, a później procesję i jej uczestników: wiernych ze sztandarami, ministrantów z dzwonkami, pana, który pieśni intonował i pana z przenośnym głośnikiem, księdza w otoczeniu asysty niosącego monstrancję pod baldachimem i chłopców sypiących kwiatki, tak chłopców.

Kilka lat temu niedaleko mojego domu pojawił się kościól. Pojawił, bo owszem widziałam głebokie wykopy, nie pamiętam jednak fazy budowy, po krótkim czasie stał już budynek, z wieżą i krzyżem na niej. Zdziwiłam się jeszcze bardziej, że w czasach, w których w Berlinie kościołów nie przybywa, a wręcz odwrotnie, powstaje nowa świątynia. Kościół pod wezwaniem św. Piotra jest wprawdzie kościołem katolickim, ale takim, w którego obrządku nic się nie zmieniło od 1500 lat, który nie zawsze żył w zgodzie z papieżem i wielu jego kapłanów zostało ekskomunikowanych, łącznie z założycielem bractwa. W tej chwili, śmiem przypuszczać, stosunki z Watykanem są poprawne, skoro buduje się nowe świątynie.
Lefebryści (Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X, łac. Fraternitas Sacerdotalis Sancti Pii X, FSSPX), bo najczęściej ich się tak nazywa, od nazwiska założyciela bractwa, Marcela Lefebvre’a, zarzucają kościołowi katolickiemu laicyzację i neoprotestantyzm, lewactwo i liberalizm. Chętnie nawróciliby wszystkich katolików, tworząc jak najwięcej państw wyznaniowych, „w których rzymski katolicyzm będzie religią dominującą i jedyną akceptowalną i w których inne wyznania pozbawione będą swoich praw publicznych.” (Zob. TU).
Podeszłam do policjanta i mówię, że to jedyna demonstracja na mojej ulicy. Uśmiechnąl się tylko i zatrzymał nadjeżdżające samochody. Chłopcy sypali kwiatki, a dziewczęta, trochę już starsze, te płatki kwiatowe im podawały, gdy wiaderka plastikowe (nie koszyczki!) były puste. W wiadomościach parafialnych przeczytałam, że kilku chłopców przystąpiło w tym roku do I Komunii Świętej. Tylko chłopcy, a gdzie dziewczęta?
Ołtarz był tylko jeden, a nie jak zwyczajowo – cztery. Mieścił się w bramie wjazdowej przy w kościele, przystrojony z „polskim” przepychem. Kapłan podszedł do ołtarza, stanął plecami do wiernych i zaczął celebrę po łacinie.

„FSSPX krytykuje również wprowadzenie do liturgii języków narodowych i usunięcie z niej łaciny, stanowiącej wspólny język dla całego Kościoła, który świadczył o jego jedności i uniwersalności. Księża Bractwa odrzucają również celebrację mszy w stronę ludu, przypomiając, że kapłan, działający w liturgii in persona Christi (w osobie Chrystusa), staje się przewodnikiem zebranego ludu, prowadząc go do Boga i zarazem uobecniając Jego tajemnice. Symbolem tego ma być zwrócenie celebransa w stronę ołtarza. Bractwo, doszukując się wielu uchybień w zreformowanym rycie mszalnym, celebruje wyłącznie mszę w formie nadzwyczajnej (trydenckiej).“
(Zob. TU).

Wierni przyklęknęli, nie przeszkadzał im szum i łoskot autostrady. Ich śpiew był głośniejszy:
Christus vincit, Christus regnat,
Christus, Christus imperat.

Procesja na mojej ulicy

Szli moją ulicą,
z pieśnią na ustach,
sztandarem i baldachimem,
i z ciałem.
Dzwonki pobrzękiwały,
głośnik skowyczał.
Ubrani jak stróż w Boże Ciało,
był upał, słońce mocno grzało.
Wiatr rozwiał płatki kwiatów
rozsypane na ciepłym asfalcie.

Klęknęli przed ołtarzem
w bramie wjazdowej
obok autostrady na Hamburg.
Kapłan na nich nie spojrzał,
odwrócony do boga
łacinę szlifował.

Lato 2019. 30 lat temu upadł Mur Berliński (2), ale i tak codziennie jeden wiersz (14)

Joanna Trümner (Tekst) & Ela Kargol (zdjęcia)

Kreuzberg

Dzisiejsze zwiedzanie zaczynamy od wypicia kawy w eleganckiej restauracji po drugiej stronie Szprewy, na Kreuzbergu. W miejscu, z którego widać East Side Gallery i ruiny mostu Brommybrücke przed wieloma laty znajdowała się zbudowana na potrzeby cesarza przystań. Cesarski statek zacumował tu jeden jedyny raz w drodze na jakąś wystawę w mieście. Vis à vis „cesarskiej” przystani, po stronie Friedrichshainu, znajduje się inna przystań, zbudowana na żądanie Mercedesa.

Zbudowanie jej było jednym z trzech warunków postawionych przez koncern miastu przed zainwestowaniem (wraz z grupą Anschutz Entertainment) wielkich pieniędzy w Mercedes Benz Platz. Na terenie placu powstały hotele, hale widowiskowe, kawiarnie, restauracje, bary i kręgielnia. Ponadto Mercedes zażądał od miasta zezwolenia na postawienie dużej świetlnej reklamy oraz przesunięcia części oryginalnego, a właściwie już „zrekonstruowanego” muru w sposób, dzięki któremu zarówno mieszkańcy zbudowanych na terenie byłego pasa śmierci luksusowych apartamentów, jak i goście koncertów w Mercedes Benz Arena mają niezakłócony widok na Szprewę. Jak na Kreuzberg przystało, przesunięcie fragmentów galerii i rozpoczęcie prac budowlanych w roku 2013 doprowadziło do licznych protestów, wśród nich demonstracji 17 marca 2013 z udziałem 6.000 osób, w tym znanego amerykańskiego aktora i piosenkarza Davida Hasselhoffa.

East Side Gallery stała się jedną z największych atrakcji miasta, odwiedziły ją miliony turystów. Stała się ona prawdziwym magnesem dla turystów, z wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi tego stronami. Do tych negatywnych należą bez wątpienia gracze w kubki i ich naganiacze (a ja naiwnie myślałam, że powymierali lub zestarzeli się i spędzają „jesień życia” w swoich domkach na południu Europy), nachalni muzycy, bezczelne ceny pamiątek i napoi oraz tłumy rozpychających się dosyć bezpardonowo turystów z całego świata.

Głośne stały się żądania złożenia wniosku o wpisanie galerii na listę UNESCO. Prasa nazywa to, co od lat dzieje się z galerią, „nowoczesną farsą”, mam wątpliwości, czy ta podróbka z podróbki zasługuje aż na tyle uwagi. Myślę o Amerykanach i Japończykach tłumnie zwiedzających zamek Neuschwanstein, może za kilka lat w statystyce najczęściej odwiedzanych przez turystów w Niemczech miejsc wyprze go berlińska galeria plagiatów na postawionym na nowo murze?
W przeciwieństwie do Friedrichshainu po drugiej stronie Szprewy turystów jest znacznie mniej, przez co jest autentycznie i swojsko. Dwa razy mieszkałam w tej części miasta, na Kreuzbergu, z sentymentem wspominam luzacką atmosferę, imprezy trwające do świtu i upalne noce, podczas których ulice zapełniały się młodymi ludźmi.
SO 36 pełne było wtedy „panów Lehmannów” z książki Svena Regenera, młodych ludzi, którzy znaleźli tutaj swoją wyspę wolności i nie dopuszczali do siebie ani przez chwilę myśli, że mogliby ją kiedykolwiek opuścić.

Ruszamy w kierunku centrum tej okolicy, Mariannenplatz. W drodze rzuca nam się w oczy duża ilość dziwnie poubieranych, a właściwie porozbieranych osób. Podejrzewam, że gdzieś niedaleko ktoś kręci film porno. Ela odważa się podejść do pary stojącej w gorącym słońcu w lateksowych strojach i prosi o pozwolenie na zrobienie zdjęcia. W tym czasie ja przyglądam się ludziom, którzy mijają tych przebierańców w skapych strojach. Nikt się nie dziwi, nie oburza, nie kręci głową z dezaprobatą. „To jest prawdziwy Kreuzberg”, myślę.

 

Obiekt, który mijamy na Köpenicker Straße jest dużym kompleksem fabrycznym. Kiedyś znajowała się tutaj tzw. Heeresbäckerei (piekarnia wojskowa), która była częścią Królewskiego Pruskiego Urzędu Prowiantowego. Ten kompleks jest obecnie zabytkiem chronionym, w którym odbywają się rozmaite targi i imprezy. Dzisiaj spotykają się tam na targach „nasi” fetyszyści.
Idziemy dalej wzdłuż Köpenicker Straße, a ja bezskutecznie próbuję sobie przypomnieć, w którym z domów na tej ulicy mieszkał zaprzyjaźniony malarz i pisarz z Polski. Z internetu wyczytuję, że jest oprócz tego i poetą i fotografem, niestety nie dowiaduję się, czy ciągle jeszcze mieszka w tym wielkim, ogrzewanym piecem mieszkaniu na Köpenicker Straße, z którego okna widać było mur. W miejscu, w którym malował wielkie, piękne obrazy opowiadające o spotkaniach z wszechświatem. Miejscu, o którym opowiadał, że mieszka się tu tak spokojnie, „jak u Pana Boga za murem”.

PS od Adminki: Wiesław Sadurski jest tak znany i popularny, że chyba nie musimy go tu anonimizować. Ma się dobrze, nadal maluje i nadal (jak sądzę) mieszka z kotami na Köpenicker Strasse.

Dochodzimy do Mariannenplatz i do jednej z atrakcji muru, o której tak ciekawie opowiadała mi Ela. Tą atrakcją jest ogródek działkowy na byłym pasie śmierci. Turecki Gastarbeiter, Osman Kalin, tak bardzo tęsknił za ogródkiem w ojczystej Anatolii, że nie pytając nikogo o zgodę zaczął w r. 1983 uprawiać warzywa i owoce na terenie, który należał do terytorium NRD, ale znalazł się po zachodniej części muru. Kalin otrzymał zgodę władz NRD, sprawa jego ogródka działkowego rozważana była na szczeblu Centralnego Komitetu SED. Rzekomo strzegący tej części muru przed ucieczkami „obrońcy systemu” nieraz dostawali od niego w prezencie marchewki, pomidory lub jabłka. Kalin zmarł przed rokiem doczekawszy sędziwego wieku. Jego syn, jeden z szóstki dzieci, przejął schedę po ojcu i opiekuje się słynną w Berlinie, a może i na całym świecie, działką pod nietuzinkowym adresem Bethaniendamm 0.

Ela opowiada mi o swojej wizycie tutaj sprzed kilku tygodni. Spotkała syna Osmana, który zajęty był właśnie sadzeniem pomidorów. Było to 1 maja, przed płotem stało kilka osób, które właściciel działki ignorował. Ela odczekała swoje i zagadnęła go. Zapytała, czy nie powinien z tym sadzeniem przeczekać „Zimnych Ogrodników” i opowiedziała mu, że też ma działkę w trochę większej kolonii ogródków. Jej mąż, Tomek, dopiero sadzi i sieje po „Zimnej Zośce”. Wtedy syn Osmana odtajał, zaczął z nią rozmawiać, oprowadził ją po swoim królestwie i z dumą pokazał zdjęcie ojca, który w odważny i niekonwencjonalny sposób zagospodarował ten kawałek „ziemi niczyjej”. Oprowadził ją po domku na drzewie i narzekał na to, że prawie nie ma czasu na uprawianie ogródka, bo musi rozmawiać z turystami i takimi ciekawskimi jak ona. Pokazał jej też prywatne pomieszczenia domu i prosił, żeby ich nie fotografowała. Ela była zachwycona konstrukcją balustrady balkonu zrobioną ze stelaża i boków dziecięcego łóżeczka. W całym wystroju i urządzeniu ogrodu i wnętrza altanki zarówno on jak i jego ojciec wykazali się dużą kreatywnością.

Dzisiaj w ogródku nie zastałyśmy nikogo, mijamy to słynne miejsce i wchodzimy do kościoła św. Tomasza. W środku oglądamy ciekawą wystawę na temat przebiegu muru w tej części miasta. Przy wejściu do kościoła stoi fragment muru, nie mam wątpliwości co do jego autentyczności.


 

Kończymy spotkanie piwem w sympatycznej knajpce w pobliżu Kottbuser Tor. Piwo jest pyszne, jest to moje pierwsze w życiu piwo wypite w knajpce lesbijek.

Cdn.


Codziennie jeden wiersz (przywołany z myślą o aktualnej akcji ekologów)

Henryk Bereska

Pochwała mapy

Wyburzone wioski łużyckie –
czy kiedykolwiek istniały?
Węgiel brunatny co pod nimi leżał,
od dawna spalony.
Nad hałdami wyje wiatr
przez pustkę chwastów.
Wyrzuceni do wielkiej płyty mieszkańcy
podobni przesadzonym drzewom.
Pytani o pochodzenie
odsyłają do mapy.
Przez jakiś czas wioski pozostają jeszcze
w pamięci żyjących.
Ich śmierć
kończy i to.

tłumaczyli z niemieckiego Ewa Maria Slaska i Martin Ryzinski

30 lat temu upadł Mur Berliński (1)

Joanna Trümner
Tekst
Ela Kargol
Zdjęcia

W listopadzie minie trzydzieści lat od upadku berlińskiego muru. Moja przyjaciółka Ela Kargol od dawna nosiła się z pomysłem przejścia lub przejechania rowerem kolejnych etapów liczącej 160 km „trasy muru”. Przekonała mnie, bym dołączyła do tego projektu, wspólnie zadecydowałyśmy, że wybierzemy kilka uważanych za nas za najciekawsze fragmentów trasy i opowiemy historię tych miejsc. Nie tę znaną z podręczników i filmów dokumentalnych historię, lecz historie ludzi żyjących po obydwu stronach muru oraz ciekawostki związane z tym jedynym tego rodzaju miejscem na świecie. Niektóre z wybranych przez nas miejsc są prawdziwymi magnesami dla turystów z całego świata, niektóre są mało znane, o niektórych do niedawna nie wiedziałyśmy nic.

East Side Gallery

Przyglądam się tłumom turystów podążającym w kierunku największej na świecie galerii pod gołym niebem, East Side Gallery. Myślę o tym, że to dziwny zbieg okoliczności, że po raz drugi w ciągu miesiąca znalazłam się w tej części miasta. Dzielnicy, która jeszcze przez wiele lat po upadku muru była dla mnie „Wschodem”, jedną z „białych plam” na mapie miasta, częścią niewidzialnego muru, który przez lata spędzone w Komunie powstawał w wielu polskich głowach.

Na początku miesiąca mijałam East Side Gallery w drodze na koncert do pobliskiej hali widowiskowej, Mercedez Benz Arena. W przerwie koncertu wyszliśmy ze znajomymi na taras z widokiem na plac przed areną. W miejscu, w którym przed dwoma laty znajdował się wielki plac budowy, powstało pięknie podświetlone centrum handlowe z kinem, restauracjami, hotelami, sklepami, mieszkaniami. „Tutaj nawet mur jest elegancki”, myślałam patrząc na ten wielkomiejski pejzaż. Nie wiedziałam jeszcze, że po po gruntownym odnowieniu tej części muru w 2009 r. „galeria” jest nieustannie konserwowana, ulepszana i chroniona przed zniszczeniem.

Pomiędzy Oberbaumbrücke a Ostbahnhof do 1976 r. granicę wewnątrzberlińską chronił drut kolczasty i pas śmierci. „Obrońcy systemu” uważali widocznie Szprewę dzielącą wschodnią dzielnicę Friedrichshain od zachodniej dzielnicy Kreuzberg za wystarczające zabezpieczenie przed ucieczkami. Mimo to w tym miejscu aż 16 osób poniosło śmierć podczas próby przekroczenia granicy. Wśród nich znalazło się siedem ofiar z Berlina Zachodniego, w tym piątka dzieci, które wpadły do Szprewy na zachodnim brzegu, na Kreuzbergu, w miejscu, w którym rzeka była terenem Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

Zastanawiam się dlaczego władze komunistyczne tak długo czekały z postawieniem „prawdziwego” betonowego muru. Przecież Mühlenstrasse była jedną z głównych tras przejazdu zagranicznych delegacji z lotniska na Schonefeld do centrum miasta. Może w sąsiednich budynkach mieszkali wyłącznie „sprawdzeni” ludzie, którym przez głowę nie przeszłoby ani przez chwilę protestowanie przeciwko państwu chłopów i robotników? Jeszcze bardziej zaskakuje mnie fakt, że na terenie pasa śmierci znajdował się czynny przez wiele lat spichlerz zboża (Speichermühle). Obrońcy systemu dzielili budkę wartowniczą na terenie pasa śmierci z pracownikami spichlerza. Budka, w której dzisiaj znajduje się kiosk z pamiątkami, przedzielona była wewnątrz ścianą, pracownicy spichlerza nie mieli więc okazji zobaczyć twarzy żołnierzy pilnujących muru.

Ta największa galeria pod gołym niebem na świecie (1316 metrów) nie powstałaby bez wielkiego zaangażowania wielu osób. Pierwszą z nich był pomysłodawca i realizator galerii, artysta Dave Monty. Pod koniec września 1989 udało mu się po wielu spotkaniach z władzami odpowiedzialnymi za ten odcinek graniczny uzyskać zgodę na stworzenie East Side Gallery. W kilka miesięcy po zniesieniu muru, wiosną 1990 roku, 118 artystów z 21 państw przybyło na prośbę ambasad swoich krajów do Berlina, aby upiększyć obrazami wschodnią część muru. Zarówno Coca Cola jak i Mc Donalds gotowe były przejąć finansowanie projektu, po wielu gorących dyskusjach artyści wybrali niezależność sztuki i odrzucili oferty wielkich koncernów. Artyści pracowali nad obrazami od lutego do września 1990 r. Uroczyste otwarcie East Side Gallery odbyło się na statku na Szprewie 28 września 1990 roku.

Jeszcze przed otwarciem, latem 1990 roku ambasada Japonii zaproponowała przetransportowanie całej galerii po jej ukończeniu do Japonii na teren wystawy światowej EXPO 85. Do transakcji nie doszło ze względu na niewyjaśnione kwestie prawne.

Najbardziej znanym obrazem galerii jest braterski pocałunek Leonida Breżniewa i Ericha Honeckera, namalowany przez nieznanego studenta Akademii Sztuk Pięknych w Moskwie, Dimitrego Wrubla. Obraz noszący tytuł „Boże, pomóż mi przeżyć tą śmiertelną miłość” stał się symbolem East Side Gallery, a artysta zdobył światowy rozgłos.


Chociaż galeria w roku 1991 nabyła prawa obiektu stojącego pod ochroną zabytku na obrazach coraz bardziej widoczne stawały się wpływy warunków atmosferycznych i zniszczenia będące skutkiem masowego turyzmu. W sześć lat po powstaniu galerii mieszkający w Berlinie irański malarz Kani Alavi założył stowarzyszenie Verein Künstlerinitiative East Side Gallery, mające na celu zachowanie tego jedynego w swoim rodzaju dzieła sztuki pod gołym niebem dla przyszłych pokoleń. W październiku 2008 roku rozpoczęło się restaurowanie East Side Gallery. Akcja ta kosztowała 2,2 miliona Euro.

Mur został rozebrany, a stalowe wzmocnienia wewnątrz muru odsłonięte i poddane zabezpieczeniu antykorozyjnemu. Wymagało to częściowego lub całkowitego usunięcia obrazów. Nie wszyscy artyści zgadzali się na konserwację, z żyjących jeszcze 115 osób 87 przyjechało do miasta, żeby odtworzyć swoje dzieła. Każdy z nich otrzymał 3.000 € i zwrot kosztów pobytu. W ten sposób odtworzono 100 obrazów. Twórcy East Side Gallery do dzisiaj mają pretensje o pieniądze, które inni zarabiają na zdjęciach ich obrazów. Jim Avignion podpisał swój obraz na murze słowami „moneymachine”. Ośmiu malarzy nie zgodziło się na ponowne namalowanie swoich obrazów z roku 1990 na murze, uważając je za plagiaty. Krytykowali oni niewysokie wynagrodzenie i utratę praw autorskich do własnych dzieł.

Prace nad „nowym” murem trwały ponad rok. Część artystów zamieszkała na ten czas w przyczepach kampingowych na terenie byłego pasa śmierci, w kilka miesięcy po rozpoczęciu prac powstało na tym terenie prawdziwe osiedle, alternatywne miasto kochających wolność ludzi w miejscu, które do niedawna było symbolem niewoli i przemocy. Do dzisiaj na terenie połączonej dzielnicy Friedrichshain-Kreuzberg, więc blisko centrum miasta, znajduje się sześć tego typu osiedli.

Mieszkańcy „miasteczka” wybili drzwi w murze, żeby móc szybciej przedostawać się na jego drugą stronę. Zrobione przez Elę zdjęcie świetnie komentuje stan muru po wschodniej i po zachodniej stronie. Na zachodniej stronie mur jest pobazgrany graffiti i zapuszczony, po wschodniej stał się dziełem sztuki, na zdjęciu widać najdłuższy, liczący ponad czterdzieści metrów, obraz namalowany przez tatarskiego malarza mieszkającego od 1983 roku w Berlinie Schamila Gimajewa.

Lista twórców galerii umieszczona jest w internecie, nie znalazłam wśród nich polskich nazwisk. Wiele z obrazów opowiada o życiu dysydentów po wschodniej stronie muru. Jedną z ciekawszych historii jest historia pisarza i malarza Thomasa Klingensteina. W czasie Niemieckiej Republiki Demokratycznej był on aktywnym działaczem opozycji. Od najwcześniejszych lat fascynowała go Japonia, niestety krytyczne poglądy na system uniemożliwiły mu studiowanie japanologii. Po maturze Klingenstein podjął pracę jako strażnik w Dziale Wschodniej Azji muzeum Pergamon. W lutym 1981 r. został w wyniku protestów (m. innymi Heinricha Bölla i Güntera Grassa) wydalony do Zachodnich Niemiec. Od 1984 r. do połowy lat 90-tych żył w Japonii. Tam zastał go upadek muru. W 1990 Klingenstein przyjechał do Berlina i namalował w East Side Gallery obraz „Droga okrężna do japońskiego sektora” (Umleitung in den japanischen Sektor).


“Maski” Vyatcheslava Schlyakhova były pierwszym zrekonstuowanym obrazem, który odsłonięto w marcu 2009 roku. Ponowne otwarcie „nowego” muru odbyło się 6 listopada 2009 roku.

W międzyczasie nad powstającą na nowo galerią zaczęły się zbierać czarne chmury, 30. czerwca 2008 miasto udzieliło inwestorowi zgody na budowę osiedla mieszkalnego na terenie East Side Gallery oraz na przesunięcie części East Side Gallery w celu zrobienia miejsca na odbudowę zniszczonego pod koniec wojny mostu Brommybrücke, łączącego Kreuzberg z Friedrichshainen. Ale o tym w następnych odcinkach…

Więcej zdjęć TU

Frauenblick. Petersburger Hängung

Monika Wrzosek-Müller

Sammlung Hoffmann

Es war die „Petersburger Hängung“; der Begriff ist ihr im Ohr geblieben. Da nahm ihre Aufmerksamkeit zu. Eine Freundin hatte die hohe Wand in ihrer Wohnung mit den unbeholfen aufgehängten Bilder betrachtet und, da sie freundlich sein wollte, sagte sie: Ach, Petersburger Hängung. Es war aber eigentlich eine bunte Mischung aus allen möglichen Bildern, die sie an diese Wand gehängt hatten, in unregelmäßigen Abständen, von verschiedener Couleur, Größe und Techniken, nicht immer zueinander passend, doch insgesamt irgendwie die Wand bedeckend. Sie wollte diese weißen, hohen Wände füllen, ihre Wohnung heimischer und gemütlicher gestalten.

Das zweite Mal hörte sie den Begriff: Petersburger Hängung kurz darauf in der Sammlung Hoffmann, während einer Führung, fast gleich im ersten Raum der neuen Installation von Joelle Tuerlinckx. Man stand in einem Raum, der von ausgeschnittenen Kartons verklebt war, die wiederum deutliche Spuren der roten Farbreste trugen, so als ob sie Schablonen für rote Bilder wären. Sie bildeten eine Art von Tapete, die die Wände bedeckten. Es stellte sich heraus, dass es sich um eine umgestaltete Installation des Roten Zimmers handelte, die die Künstlerin für die Ausstellung in der Eremitage in Sankt Petersburg geschaffen hatte. Hier, für die Sammlung Hoffmann, hat sie die roten Kartons umgedreht; geblieben waren die weißen Flächen mit roten Rändern und Ausschnitten für die dort vorhandenen Gegenstände an den Wänden: Steckdosen, Lichtschaltern, Röhren, Heizung und offensichtlich auch irgendwelche Bilder. Sie hat es in Petersburger Hängung arrangiert. Die Fenster wurden mit roten Kartons von außen verklebt, so als ob das Rot das Licht am Eindringen in die Räume hindern würde. Der Raum übt eine starke Wirkung auf den Betrachter aus; eben politische Kunst, wie viel konnte man mit so einfachen Mitteln ausdrücken, wie viel hätte man in so einen Raum hinein interpretieren können.

Es ist eine Besonderheit der großen Städte, der Metropolen, dass man sich private Sammlungen anschauen darf. In Berlin sind gleich mehrere solche Plätze vorhanden: neben der genannten Sammlung Hoffmann, der Boros-Bunker, die Camaro-Stiftung, das Atelier der Malerin Jeanne Mammen und viele andere.

In die Sammlung Hoffmann gelangt man durch die Hackeschen Höfe, sie befindet sich in den Sophie-Gips-Höfen, in einer ehemaligen Fabriketage, sehr schön restauriert, nicht überrenoviert, sondern so, dass das Alte gerade noch herausgeholt und wohnlich gemacht wird. Die Sammlung nimmt die 3., 4. und Teile der 5. Etage ein. Man fährt mit dem Lift nach oben und landet in großen, lichtdurchfluteten oberen Räumen der Fabrik; die übergroßen Filzpantoffeln, die man über die eigenen Schuhe ziehen soll, erinnerten sie sofort an die Klassenausflüge in die Warschauer Museen, wo das früher immer der Fall war, man schützte die Böden und polierte sie zugleich, auch wurde wahrscheinlich so der Staub abgewischt. Damals versuchten wir mit den Filzpantoffeln über die Flächen, wie mit den Schlittschuhen zu gleiten, wer kam als erster an, wie weit konnte man mit Schwung rutschen.

Die Sammlung – das sind zugleich Ausstellungs-, Wohn- und Arbeitsräume der Familie. Für den Besuch muss man sich anmelden und eine Führung buchen, damit die Leitung der Sammlung auch den Überblick hat, wie viele Menschen darin unterwegs sind. Jedes Jahr wird die Ausstellung neu konzipiert und trägt jeweils einen interessanten Titel und wird unter einem Aspekt arrangiert. Die diesjährige läuft unter dem Titel „Zweifel“. Die Geschichte der Sammlung war für sie interessant; auch wenn man das meiste im Internet nachlesen kann, erzählte der junge Mann, der sie durch die Räume führte, Folgendes: Sie ist in den 60er Jahren entstanden. Da begannen Erika und Rolf Hoffmann Werke meist befreundeter Künstler zu kaufen. Nach dem Verkauf des Unternehmens, in den späten 80er Jahren, steigerten sie ihr Engagement für die Kunsteinkäufe deutlich. Mit der Wiedervereinigung wollten sie aktiv am Prozess der Einigung teilnehmen und es gab die Idee einer Kunsthalle in Dresden, sie sollte nach einem Entwurf von Frank Stella gebaut werden. Zum Glück für Berlin und zum Nachteil für Dresden wurde diese Idee nicht realisiert. 1994 fanden die Hoffmanns eine leer stehende Fabrik, die sich dem Ziel der Unterbringung der Sammlung und als Wohn- und Arbeitsräume eignete. Ab 1997 ließen sie an jedem Samstag auch die Öffentlichkeit an ihrer Sammlung teilhaben. Im März letzten Jahres hat Erika Hoffmann die Sammlung doch den Staatlichen Kunstsammlungen Dresden geschenkt. Bis 2022 bleiben Teile der Sammlung mit immer wechselnden Ausstellungen zu verschiedenen Themen doch in Berlin zugänglich.

Der Titel „Zweifel“ erlaubt alle möglichen Formate der Kunst vorzustellen, zwingt jedoch den Betrachter noch mehr zum Nachdenken. Die Führung beschränkt sich jeweils auf ausgewählte Objekte und dauert meistens nicht länger als anderthalb Stunden. Der Eingang mit der umgedrehten roten Tapete wurde bereits erwähnt. Vieles weitere lässt zweifeln, manchmal lächeln oder gar schmunzeln, das ist hier auch Programm. Besonders herausfordernd fand sie einen Künstler der die Werke, Bilder oder Fotografien anderer Künstler einfach übermalt hat. Arnulf Rainer fordert den Betrachter sehr heraus, indem er z.B. im Bild „Schwarze Zumalung“ Selbst begraben einfach fast das ganze Bild schwarz übermalt, überlässt nur ein helles Zipfelchen des alten Werk sichtbar. Was kann uns mehr zum Zweifeln bringen, oder ein Werk von Bruce Nauman Hanging Cat – die plastische Nachbildung eines abgeheueten Tieres, die von der Decke hängt.

Ein Wohnzimmer mit der Nr. 17 hat ihr sehr gut gefallen; ein Triptychon von Sean Landers hängt an einer Wand und erzählt über Meerwasser, das sich den Gesetzen der Physik entzieht, und auf der gegenüber liegenden Wand seine zwei riesigen Ölwände mit den Titeln: The Ether of Memory und Looking für Mr. God Bar. Der Künstler schreibt seine Gedanken mit dem Pinsel dicht und erstaunlich gleichmäßig auf Englisch auf die Leinwand über seinen Zustand, Gedanken und Gefühle auf (das zweite Gemälde angeblich sehr erotisch). Sowohl die Bilder vom Meer als auch die mit seinen Notizen haben etwas beruhigendes, monotones fast meditatives in sich und zugleich zweifelt man an ihrer äußeren Schale; beim näheren Hinsehen wird klar, dass das Meerwasser und die Wellen nie so schlagen und die Notizen sehr aufgewühlte Zustände beschreiben, alles ist anders, als auf den ersten Blick erscheint…

Auch die mehr privaten Räume, wie das Wohnzimmer mit dem Kamin eigerichtet mit echten Mies van der Rohe Möbeln, Barcelona Sesseln und Liege, einem Glastisch und Vitrine sind wunderschön. Die Wand hoch ist mit Acryl-Farben von Katharina Grosse gesprayt und harmoniert wenigstens von der Farbgebung mit zwei großen Acryl-Gemälden. An der seitlich liegenden Wand ist ein Gebilde von Frank Stella zu sehen: Of Whales in Paint, in Teeth, in Wood, in Sheet Iron, in Stone, in Mountains, In Stars (Moby Dick Series) aus bemalten Aluminium; es sieht wie ein bunter, ästhetischer Drache aus. Im Esszimmer bestaunt man wunderbare Lampen (4) von Bauhaus und Esstisch mit Stühlen von Eero Saarinen und ganz feines Teegeschirr in einer Glasvitrine.

Eine andere Art von Kunst bringt das Projekt von Katarzyna Kozyra, einer polnischen Installationskünstlerin, die einen langen Film Looking for Jesus/Szukając Jezusa in Jerusalem gedreht hat, der sich hauptsächlich mit dem Thema oder dem Phänomen des Jerusalem-Syndroms beschäftigt. Den Film hat sie in der Sammlung leider nicht gesehen, doch Kozyra ist für sie eine so gute Künstlerin, dass sie sich sofort im Internet alles Zugängliche angesehen hat. Kozyra hat sechs Jahre lang immer wieder mit Menschen in Jerusalem und Umgebung gesprochen, die sich für Jesus halten, sie hat dann das Material zusammengeschnitten und auf 73 Minuten gekürzt. Die Menschen berichten von ihrem Leben, Glauben und dem Platz des Glaubens, der Religion in ihrem Leben und in der heutigen Welt von den Werten, die ihnen wichtig sind. In einer der Szenen, die auf dem Trailer zu sehen ist, hören wir folgenden Dialog: „Are you Jesus or you think you are Jesus?“ – „Yes, I am Jesus“- „So we have to follow you“, und wir sehen wie der Mensch flüchtet und die Künstlerin ihn verfolgt. Bei einigen Treffen mit polnischen Zuschauern erzählt Kozyra, wie sie ihre Helden gefunden hat und warum sich für sie dieses Projekt zu einem Mammut-Projekt entwickelt hat. Sie sagt, natürlich ist das nicht objektiv, sie filtert alles durch ihr eigenes Interesse und ihren eigenen Willen, eine Antwort zu finden. Doch das, was wir sehen, ist ein gewaltiges Bild und ein Dialog über Religion und Glauben. Im heutigen Polen, gerade jetzt, nach mehreren Filmen über die Katholische Kirche und Missbrauchsfälle in der Kirche, müsste es mit sehr großem Interesse verfolgt und aufgenommen worden sein. Leider hat sie nicht am Treffen zwischen Erika Hoffmann und Kozyra teilgenommen, das am 24.01. 2018 stattfand, als der Film zum ersten Mal in der Sammlung gezeigt worden ist. Da wäre ihr wahrscheinlich klar geworden, warum diese Installation unter dem Titel der Ausstellung „Zweifel“ läuft.

Viele Räume hat sie nicht gesehen und sie nimmt sich vor, sie beim nächsten Besuch doch zu betreten (wenigstens), was sie Allen empfiehlt. Bis 2022 haben wir noch Zeit!