Baratarysta Regresywny jako Wielki Inspirator Kultury

Od Adminki:

No cóż, plan z reguły jest taki, najpierw wpis na blogu, a potem na Facebooku, chyba, że to reblog…
I oto tymczasem na FB tekst ukazał się już w miniony wtorek, a ja, uparta Adminka, trzymałam się planu. Ma to ponoć być dowód na to, że czas się cofa, co mi przypomniało, że norweska wyspa Sommarøy postanowiła znieść czas i to na pewno jest element baratarystyczny. Z kolei, gdyby tekst nie ukazał się na FB już we wtorek, to Magda Parys być może dopiero dziś odkryłaby powołanie do życia Nieistniejącego Festiwalu Literackiego, czyli pewnie tak po prostu musiało być, bo efekty są fantastyczne.

Jednocześnie informuję, że autor, który postanowił (z powrotem) używać pseudonimu (o ile dobrze pamiętam, jakiś czas temu Facebook zmusił go do rezygnacji z wdzięcznej ksywki), od dziś otrzymał blogowe wtorki dla siebie i swoich projektów, a są to: doktorat z baratarystyki, Kurs Sztuki Żeglowania, połączony z exodusem na Wyspy Szczęśliwe, ocalenie wizerunku Kubusia Puchatka oraz Nieistniejący Festiwal Literatury, połączony z opowieściami o Księżnej Pani. Przydatna we wszystkich tych dziedzinach umiejętność to gotowanie kawy na piecyku z trzech gwoździ.

Wtorki nie będą obowiązkowe. Niektóre będą komentowane już “w rzeczy samej”, jak na przykład ten dzisiejszy

Tabor Regresywny

Dialogi regresywne

Tabor:
Kurs Sztuki Żeglowania będzie imprezą towarzyszącą Nieistniejącemu Festiwalowi Literatury.
Ty zostaniesz kuratorką KSŻ.
X
Odp. Adminki:
Tak, jako osoba nie żeglująca świetnie się kwalifikuję do pełnienia funkcji kuratorki kursu żeglowania
X
Tabor:
Proponowałem Ci “siedzenie na Oku”, to jest rozwinięcie tej idei.
X
Odp. Adminki:
Jednooczka na oku 😉 (bo ja nie widzę na jedno oko, o!)
X
X
Odp. Adminki:
Myślę, że rzecz jest przynajmniej po części do zrealizowania – do Berlina da się dotrzeć wodą z Polski, choć raczej nie na lotnisko Tempelhof i już na pewno nie da się wpłynąć przez suchego przestwór oceanu na górę Krzyża (Kreuzberg) w Parku Viktorii na Kreuzbergu, gdzie mieści się – co nazwa góry wszak niemal narzuca – bar Golgota. A trzy gwoździe na Golgocie mogą też posłużyć sztuce gotowania kawy.
X

Tabor:
Nigdy nie płyniemy „do” zawsze w „kierunku”. Wyruszyłem w kierunku Berlina na wykład Mara Jeziornego pt. Murzyńskie prawo pracy… W Berlinie zbiegiem okoliczności nie dotarłem na wykład za to trafiłem w sam środek Nieistniejącego Festiwalu Literatury (bo istniejący właśnie przestał istnieć). Kuratorka zaproponowała mi funkcję konsultanta, a ja w rewanżu zaproponowałem jej funkcję kuratorki Kursu Sztuki Żeglowania. Na znak zgody zrobiliśmy sobie fotki, ja jej na „Kaw/fce” ona mi z „Kaw/fką”. Ustaliliśmy, że KS Żeglowania będzie imprezą towarzyszącą Nieistniejącemu Festiwalowi Literatury. Nic nie stoi na przeszkodzie, by NFL towarzyszyły imprezy towarzyszące. Mało tego, Istniejące Festiwale Literatury też mogą być imprezami towarzyszącymi. Natomiast Nieistniejący Festiwal Literatury z racji swojego nieistnienia nie może być imprezą towarzyszącą np. Istniejącemu Festiwalowi Literatury. Objawia się tu nam wyższość nieistnienia nad istnieniem. Wracając do lekcji. Płynąc „do” staramy się dopłynąć, często wbrew przeciwnym wiatrom, często z wielkim trudem i w  końcu często okazuje się, że cel nie był wart tych wysiłków. Lepiej płynąć w „kierunku” z otwartością przyjmując wszystko co nas spotyka, bo to może być to, po co płyniemy.

Dowody na istnienie Nieistniejącego Festiwalu Literatury:

 

 

 

 

 

 

 

Od Adminki: Komentarze “w rzeczy samej”:

1. Poważny. Magda Parys napisała kilka dni temu na FB:

Moi drodzy, nie tak dawno opowiadałam Wam o polsko-niemieckim festiwalu „Literatzky Berlin”. Niestety wszystko wskazuje na to, że festiwal się nie odbędzie. Jeśli jednak dojdzie do skutku, to ani Ewa Maria Slaska ani ja nie będziemy jego organizatorkami. Czasem nie wystarcza fakt, że wpadniesz na pomysł, znajdziesz partnerów, którzy chcą go z tobą wprowadzać w życie, nie wystarczy, że uda się zdobyć na to pieniądze. Czasem zwyczajnie i po prostu zadzieje się coś, na co nie masz wpływu. Cholernie mi przykro, że festiwal, który miał taki potencjał i był w tych trudnych czasach potrzebny i Polsce, i Niemcom, nie może być przez nas zrealizowany. Bardzo Was przepraszam za rozbudzenie nadziei. Wiem, że wielu autorów, dziennikarzy i wydawców szykowało się na wyjazd do Berlina. Trochę opadły mi skrzydła, lecz jest jeszcze tyle innych pięknych nazw festiwali i tyle nieodkrytych pomysłów, że na pewno jeszcze kiedyś stworzymy coś bezinteresownego i trwałego dla polskich i niemieckich czytelników. To nie jest nasze ostatnie słowo.

2. Mniej poważny, ale za to poważnie zainspirowany przez NFL. Magda Parys napisała wczoraj na FB:

Kochani! Parę dni temu na blogu Ewy Marii Slaskiej wpadło mi w oko opowiadanie Tabora Regresywnego o wdzięcznym tytule: “Festiwal”. Już pierwsze słowa inspirują, przyznajcie sami: „Żeby Nieistniejący Festiwal Literatury nabrał rozpędu, potrzebny jest napęd i dobre hamulce. Najlepszym napędem są pieniądze. Powiedzmy sobie szczerze, nikt nam ich nie da. Na szczęście jest trochę pieniędzy zakopanych na płycie byłego lotniska Tempelhof”.
Niezwykle lubię tego rodzaju literaturę i wszystkim polecam twórczość Tabora Regresywnego. Poza tym nie ukrywam, fakt, że wokół festiwalu “Literatzky Berlin” tworzy się już nowe literackie genre, dał mi kopa i zaintrygował. Lecz pieniądze “na płycie lotniska” intrygują mnie najbardziej. Pomyślałam, wszystko układa sią pięknie, mieszkam blisko i jestem z lotniskiem związana emocjonalnie. Ot, historia! Tempelhof, byłe lotnisko w Berlinie, na którym w latach osiemdziesiątych lądowały uprowadzone samoloty z Polski.
Z paroma młodocianymi pasażerami chodziłam nawet do szkoły. Wkrótce po wylądowaniu, jadąc na rowerze wzdłuż muru berlińskiego udawali, że strzelają do pograniczników enerdowskich. Z kija. Lubili niebezpieczne życie. Zatem im też po starej przyjaźni zadedykuję Nieistniejące.
A teraz Literaturomanie! Książkoznawcy! Książkożercy! Germanofile! Festiwalowcy! Za pozwoleniem Tabora, autora opowiadania „Festiwal”, postanowiłam unieść płyty tempelhofskie. Tym samym posiadłam nieograniczone pieniężne możliwości i zapraszam Polki i Polaków do Berlina do Buchmanna, nieistniejącego Domu Towarowego Książki tuż przy istniejącej Friedrichstrasse. W lśniącym szklanym pięciokondygnacyjnym budynku znajdziecie książki, książki, książki. Oraz książki.
I tam właśnie w nieistniejącym Buchmannie odbędzie się nasz Nieistniejący Festiwal Literatury. Księgarnię Buchmann założą i poprowadzą z nieustającym nieistniejącym sukcesem Wojtek Drozdek i Marcin Piekoszewski. Ci znani berlińscy księgarze jeszcze nie wiedzą, że dzięki Nieistniejącemu Festiwalowi Literatury zostaną biznesmenami i że zarobią krocie, ale skoro pieniądze na inwestycje pochodzą spod płyt byłego lotniska Tempelhof, na pewno nam to wybaczą.
Nieistniejącym patronem nieistniejącego przedsięwzięcia zgodziła się zostać nie wiedząca jeszcze nic o tym Blanka Lipińska. Blanko, gratulujemy, dziękujemy
i cieszymy się razem z Tobą!
Poza pieniędzmi spod płyt tempelhofskich głównymi sponsorami Nieistniejącego Festiwalu Literatury zostali nieistniejący lobbyści Klubu Polskich Nieudaczników. Zajmują ostatnie piętro księgarni Buchmanna, grają w karty i prowadzą giełdę literacką. Wstęp tylko dla vipów i salonowych tygrysów oraz panter!
Jak udało nam się ustalić, Katarzyna Bonda i Remigiusz Mróz zasiądą w nieistniejącym jury „Tańca z książkami”. Pierwsze znane nazwiska par tanecznych to Manuela Gretkowska i Janusz Leon Wiśniewski, Joanna Bator i Ignacy Karpowicz, Ellena Ferante i Irek Grin, Elżbieta Cherezinska i Stefan Chwin, Zośka Papużanka i Łukasz Orbitowski. Nad nieistniejącą choreografią czuwać będą Marcin Wicha i Katarzyna Puzyńska. Jak donosi dyrektor naczelna całego przedsięwzięcia, Gaja Grzegorzewska, przygotowania trwają całą parą. Mamy nieistniejące zdjęcia, ale boimy się publikować.
Pląsy między reportażem i powieściami odbywać się będą na 1 piętrze w Sali Balowej.
Insider z literackiej rodziny zdradził nam, że Marcin Wilk poprowadzi nieistniejące spotkanie Jacka Dehnela ze Szczepanem Twardochem. Nieistniejący tytuł roboczy: „Wieloryby i potwory na Ziemiach Odzyskanych w literaturze IV RP”
2 piętro, Sala Patriotów
Magdalena Grzebałkowska została gospodynią programu „Bilionerzy”, jak zapewnia, pytania nie będą trudne. Na przykład: jak nazywa się siostra szwagra matki Andrieja Nikołajewicza Bołkońskiego z powieści „Wojna i pokój” albo kim była z zawodu matka siostrzeńca Łokietka. Wiemy już, że do programu udało się zakwalifikować Ewie Winnickiej, Sylwii Chutnik, Dominice Słowik, Marcie Dzido, Grzegorzowi Kasdepke, Jakubowi Żulczykowi i Jakubowi Małeckiemu oraz Pawłowi Goźlińskiemu. Próbowała dostać się też Magdalena Parys, lecz odpadła jako pierwsza. Na nic zdały się znajomości. Sprawę zgłoszono do Prokuratora Generalnego Nieistniejącego Festiwalu, Zbyszka Biodro.
Pytania do programu przygotowywali Zygmunt Miłoszewski, Małgorzata Adamczyk Gutowska, Cezary Łazarewicz pod specjalnym nadzorem Krystyny Chwin i Anny Janko. Konsultacja naukowa: Tomasz Piątek.
Ostatnie piętro, Sala Vipów
Dotarliśmy też do nieistniejących źródeł, z których wynika że Blanka Lipińska poprowadzi warsztaty dla feministek, lekcje empatii da Andrzej Sapkowski, natomiast Rafał Ziemkiewicz opowie o kobietach w literaturze współczesnej. Manuela Gretkowska i Wit Szostak zajmą się nieistniejącą produkcją formatu.
4 piętro, Sala Gender
Barbara Piedgoń, Joanna Fabicka, Małgorzata Buttitta poprowadzą kursy nieistniejącego gotowania, przewidziane jest pieczenie i smażenie polsko-niemieckiego ziemniaka. Jury będzie jedoosobowe: Wojtek Drozdek.
Wolna przestrzeń, okolice Bramy Brandenburskiej (pięć minut od nieistniejącej księgarni Buchmanna).
Będą też przepytywani z nieistniejącego życia osobistego bohaterowie książek Olgi Tokarczuk. Już wiemy że nieistniejący program poprowadzi Dorota Masłowska.
3 piętro, Sala Fikcji
Jedno jest natomiast pewne. Dla najmłodszych nieistniejące kursy rzeźbienia mieczem w drewnie przeprowadzi Wiedźmin.
Parter.
Dorota Danielewicz i Krzysztof Niewrzęda pokażą nam literacki underground stolicy Niemiec. Grażyna Słomka i Ewa Maria Slaska założą kanał na youtubie i tam będą mogli Państwo śledzić nieistniejące festiwalowe ploteczki. Nieistniejącymi korespondentami od zadań specjalnych zostali Małgorzata Rejmer i Ziemowit Szczerek.
Uwaga, będą znienacka pojawiać się wszędzie.
Po Berlinie oprowadzać będą nieistniejący polscy bezdomni.
Na integracyjną nieistniejącą kolację i nieustanną wymianę w dziale kulturalnym między polskim i niemieckimi wydawcami zaprasza Anita Musioł, z nieoficjalnych źródeł dowiedzieliśmy się, że zainteresowanie jest tak duże, że trzeba wynająć salę kinową w Kinopalast na Kudammie. Za nieistniejącą organizację i zaproszenia odpowiada Wojciech Chmielarz.
Kudamm, Kino, Sala Oskarowa
Niezwykle cieszy nas nieustająca współpraca polskich i niemieckich mediów, dlatego zapraszamy na panel: „Jak zapewnić miejsce niemieckiej książce w polskiej prasie i w telewizji. Oraz polskiej książce w Niemczech.” W nieistniejącej dyskusji udział wezmą Jacek Kurski, Jerzy Wójcik, Wojciech Bonowicz, Uwe Rada, Inga Iwasiów, Agnieszka Debska, Anna Dziewit Meller, Ewa Maria Slaska, Daniel Kehlamnn, inwestor niemieckiego Bildu i polskiego Super expresu oraz zastępujący zastępca zastępcy naczelnych ze Spiegel online. Dyskusję poprowadzą Katarzyna Janowska i Michał Nogaś. Nad wszystkim postara się zapanować reżyser formatu, Emilia Smechowski. Na to nieistniejące spotkanie już od tygodni zabrakło nieistniejących biletów.
Uniwersytet, sala audi max
Katarzyna Tubylewicz, Wioletta Grzegorzewska, Brygida Helbig, Agnieszka Drotkiewicz, Sylwia Zientek, Grażyna Plebanek, Karolina Kuszyk, Joanna Fligiel, Hubert Klimko-Dobrzaniecki wezmą udział w nieistniejącym mulikukulituralnym literackim standupie. Jak udało nam się dowiedzieć reżyserem i scenarzystą ma zostać Bartek Fetysz, doradcą kostiumowym zaś Juliusz Kurkiewicz, cenzorem Janusz Rudnicki. Nieistniejącym dyrektorem artystycznym Mikołaj Łoziński.
Teatr, Sala Rozpraw
W tym roku do Nagrody Imienia Czułego Prześmiewcy nominowani zostali Agata Passent, Olga Kowalska, Justyna Sobolewska, Bernadetta Darska, Anna Dziewit Meller, Paulina Małochleb, Natalia Szostak, Justyna Suchecka, Katarzyna Wężyk, Małgorzata Kąkiel, Michał Nogaś, Max Cegielski, Paweł Sajewicz, Wojtek Szot, Marcin Wilk, Filip Łobodziński, Łukasz Wojtusik. Obradom nieistniejącego jury przewodniczyć będzie Maria Konwicka i Kot Iwan, reszta jury została utajniona (próbujemy dowiedzieć się dlaczego). Nieistniejącą galę wręczenia nagród poprowadzi Agata Pieniążek i Miłka Jankowska. Jeszcze nie jest pewne, czy mowę wygłosi Dariusz Nowacki czy Adam Zagajewski. W każdym razie na pewno zaśpiewa Sylwia Chutnik.
Ratusz, Sala Czułości
Po burzliwych naradach rzecznikiem prasowym Nieistniejącego Festiwalu Literackiego zostali Karolina Sulej i Filip Springer, menadżerem od spraw wizerunkowych Michał Witkowski. W razie nieistniejących niejasności prosimy o kontakt z Michałem Rusinkiem. Szefem nieistniejącego literackiego security został Grzegorz Kozera. Dyrektorem i szefem wszystkich szefów nieznany niemiecki pancernik.
Za nieistniejące zdjęcia, wystawę i być może prawdziwy komiks odpowiedzialna jest Anna Krenz. Nieistniejąca księgowość Moniki Regulskiej sprawdzi czy dokonano prawidłowych przelewów i zapanowały prawo i praworządność.
Dziękujemy. Czekamy. Kochamy.* Tęsknimy.
* Nikogo nie chcieliśmy urazić, wszystko zełgaliśmy. Wasze nazwiska zamieściliśmy z szacunku i miłości do literatury. Pamiętajcie, im złośliwiej tym większa miłość. Przepraszamy, jeśli ktoś poczuł się zraniony, prawie wszyscy powyżej wymienieni byli naszymi potencjalnymi gośćmi. Może w nieco uboższych festiwalowych formatach, ale zaproszenia już niebawem miały do Was dotrzeć. Nie dotarły, nie szkodzi. Bo jak to mówią, najlepsze to te obrazy nienamalowane, książki nienapisane. Jak widać, to samo dotyczy nieistniejących festiwali. Dziękujemy wszystkim za nieistniejącą obecność ❤️
Wasza redakcja.

Dwie siostry

Ewa Maria Slaska

Marii i Konradowi

Kiedyś już taki wpis zrobiłam, ale był na bloxie, a blox, jak może Państwo wiecie, rok temu po prostu nas wszystkich skasował. Dwa miliony, a może nawet dwa miliardy blogów zniknęły. Teoretycznie można się było przenieść ze swoim blogiem gdzie indziej, ale mnie się nie udało tego zrobić. I tak zniknęła legendarna KURA, czyli blog zatytułowany Jak udusić kurę, czyli co każda młoda panna po 30 wiedzieć powinna, a (dziwnym trafem) tego nie wie. Ciekawe, że blog zaczynał się od przepisu… jak udusić kurę, a potem w każdym wpisie (a był jeden wpis dziennie) był jakiś przepis kulinarny, ale kura z wpisu na wpis wstawała z martwych, nabierała życia, pokrywała się coraz piękniejszym lśniącym upierzeniem, oko jej błyszczało, czasem też towarzyszył jej kogut…

Czarny kogut, białe księżniczki… Siostry, co nas prowadzi już w prostej lini do tytułu tego wspisu.

Ludwika (Luise – to ta wyższa, po lewej, jest też starsza) i Fryderyka (Friederike) księżniczki von Mecklenburg-Strelitz. Siostry poślubiły dwóch braci Hochenzollern. Starsza, Luiza 24 grudnia 1793 roku wyszła za mąż za Fryderyka Wilhelma (wtedy był jeszcze księciem następcą tronu, ale już w roku 1797 został królem – z numerem III, ona zaś – królową), młodsza, Fryderyka, dwa dni później poślubiła królewskiego brata, księcia Ludwika (Luisa). Najwyraźniej rodzina miała niewiele imion do dyspozycji.

Rzeźba Johanna Gottfrieda Schadowa z roku 1795 (zdjęcie: Till Niermann). Altes Museum Berlin.

Gdy siostry pozowały rzeźbiarzowi były już mężatkami i miały 17 (Luiza) i 15 lat. Artysta wybrał suknie, w których księżniczki miały zostać uwiecznione. Ponieważ rzeźba była potem przez jakiś czas wręcz masowo kopiowana, odlewana w gipsie i wypalana z porcelany, znawcy twierdzą, że Schadow i obie młode księżne znacząco wpłynęli na berlińską modę kobiecą na przełomie wieków XVIII i XIX, utwierdzając kilkuletnie panowanie tzw. stylu greckiego. Zaiste rzeźbiarz bardzo starannie przedstawił te suknie, i to zarówno z przodu, jak i z tyłu, co w owym czasie należało do rzadkości.

Rzeźba budziła powszechne zachwyty.

Do czasu jednak, bo gdy mąż Luizy został królem, na dworze berlińskim całkowicie zmieniły się nastroje. O ile tata-król był człowiekiem pogodnym i skłonnym do zabawy, o tyle młody król okazał się ponurakiem, któremu wcale nie podobała się roznegliżowana, ba, frywolna, rzeźba przedstawiająca żonę i jej siostrę, zwłaszcza, że ta, mimo iż właśnie owdowiała, zaszła była w ciążę, jak głosiła pałacowa plotka – z własnym stryjem, i została w trymiga odesłana z dworu na prowincję. Podwójny portret księżniczek też został skazany na banicję i wylądował na sto lat w jakimś mrocznym pałacowym zakamarku. Potem rzeźba powoli wróciła do łask, a teraz jest wręcz kultowym dziełem, sprzedawanym we wszystkich sklepach z pamiątkami, jako figurki z gipsu, marmuru, a nawet czekolady.

Minęło jeszcze sto lat i w roku 1984 znany berliński malarz hiper realista, Matthias Köppel, odtworzył portrety obu księżniczek jako obraz olejny – portret dwóch innych berlińskich sióstr – Annette i Ingi Humpe, piosenkarek popowych. One też są bardzo swobodnie ubrane, a sportretowane zostały na tle parku Charlottenburg, czyli koło pałacu, gdzie mieszkali król Fryderyk i królowa Luiza i gdzie po śmierci pochowano ich w mauzoleum w tymże parku (mauzoleum widać zresztą w głębi alei parkowej).

A wczoraj znalazłam w komputerze na tzw. Second Life następną generację obejmujących się sióstr.

Dwie awatarki. Podobne, prawda? Niestety nie wiem, kto jest autorem stylizacji i zdjęcia. Nie wiem więc też i nie mogę nikogo zapytać, czy podobieństwo jest przypadkowe czy starannie obmyślone?

Eine Utopie zu mithaben (Reblog+)

Im Voraus, weil es im Artikel keine Erwähnung findet und erst im Kommentar angesprochen wird. Wünsdorf ist eine nach der Wende gegründete Bücherstadt, wo sich vor allem Antiquariate mit ihren enormen Bücherdepots niederliessen. Mehr dazu HIER.

Roland Mischke

Grüner Visionär
Über eine Idee von Eckhart Hahn

Berliner Zeitung, 25.10.019

 

40 Kilometer vor Berlin
Wie Wünsdorf die erste Öko-Stadt der Welt werden könnte

Ausgerechnet Wünsdorf, die lange verbotene Stadt. Sie ist zu seinem Lieblingsprojekt geworden, zu seinem Lebensprojekt. In Wünsdorf will Ekhart Hahn die erste Öko-Stadt der Welt errichten.

Auf brandenburgischen Sand soll auf 90 Hektar Fläche eine Gartenstadt entstehen, der Gründer nennt sie „einen ökologischen Lernort, wie es ihn weltweit noch nirgendwo gibt. Ein neuer Lebensraum, ein Zukunftsmarkt.“ Und der Sand, sagt Hahn, der Siedlungsökologe, werde dabei kein Nachteil sein, ganz im Gegenteil.

Für DDR-Bürger war Wünsdorf gesperrt

Ausgerechnet Wünsdorf, 40 Kilometer südlich von Berlin. Seit 1910 Militärstadt mit Infanterieschule, Kasernen und Truppenübungsplätzen. Im Ersten Weltkrieg war hier das Hauptquartier der Reichswehr. 1935, zwei Jahre nach Machtergreifung der Nationalsozialisten, wurde das Oberkommando der Wehrmacht dorthin verlegt.

1945 übernahm der militärische Führungsstab der sowjetischen Streitkräfte der Roten Armee die Stadt, von Wünsdorf aus wurde die finale Schlacht um Berlin befehligt. Nach der Kapitulation rückte das Oberkommando der sowjetischen Streitkräfte ein, der Kalte Krieg begann. Für DDR-Bürger war Wünsdorf gesperrt.

1994 zogen die Russen ab und hinterließen eine heruntergekommene Stadt, teilweise vermint und weitgehend leer. Heute hat Wünsdorf knapp über 6000 Einwohner, nun sollen noch 10.000 dazukommen. Wenn es nach Ekhart Hahn geht.

(…)
Er ist Architekt, Raumplaner und Siedlungsökologe, 76 Jahre alt, Segler. Das erklärt seine Sprache.

Unsere Städte, sagt er, seien wie fossile Tanker, würden immer schwerfälliger. „Wir brauchen postfossile, wendige, gutorganisierte Segler. Wünsdorf soll zu dem Segelboot werden, das der Welt zeigen wird, wie sich die Städte umbauen lassen. Dass es in der Brandenburger Sandwüste steht, ist für unser Projekt von Vorteil. Mit neuen Nährkreisen werden wir daraus eine fruchtbare Gartenstadt machen.“

Ekhart Hahn ist ein nüchterner Mann, er hat alles durchgeplant und 2016 den Verein ICEC gegründet, International Campus Eco City. Hahn hat Kontakte zu großen Wirtschaftsunternehmen, zu Bundestagsabgeordneten, Brandenburger Landespolitikern und zu Softwareunternehmen. Für ein großes Projekt muss mit anderen zusammen groß gedacht werden. Und wenn sie es verstehen, werden sie zu Unterstützern. Wie der SPD-Politiker Wolfgang Thierse, Bundestagspräsident a.D., den Hahn vor Jahren kennenlernte.

Sie kamen ins Gespräch darüber, was jeder Einzelne dazu beitragen kann, den Klimawandel und die damit verbundenen Flucht- und Siedlungsbewegungen zu begleiten. Die größte Herausforderung auf dem Planeten, sagte Thierse. Hahn erzählte vom Plan einer Eco City. Im Grußwort für das Heft, das das ICEC-Projekt vorstellt schreibt Thierse: „Wir brauchen durchdachte Visionen, wie die zentralen Probleme unserer Zeit zu lösen sind. Ich wünschte sehr, dass dieses Projekt gelingen möge – als ein wichtiger Meilenstein auf dem Weg in eine hoffnungsvolle Zukunft.“

(…)

Ekhart Hahn ist in Stettin geboren, die Eltern waren Ärzte, die Familie wurde 1945 vertrieben und landete in Niedersachsen. Von dort ging Hahn 1970 an die TU Berlin, war nach fünf Jahren Studium Dozent und bereiste 1975 im Auftrag des Ministeriums für wirtschaftliche Zusammenarbeit China. „Noch in der Mao-Zeit, das Land war rückständig, aber es wollte vorankommen.“ In den Siebziger- und Achtzigerjahren hat Hahn in China gelehrt. Sein Thema: die umweltbezogene Siedlungspolitik.

Beeindruckt von dem Report „Die Grenzen des Wachstums“ vom Club of Rome entschied er sich dann für eine berufliche Neuausrichtung und zog sich für sieben Jahre in das Dorf Riedlingen im Schwarzwald zurück. Dort entwickelte er die Thesen zur Siedlungsökologie, die er in mehreren Büchern verbreitete. Zurück in West-Berlin folgten weitere Bücher über die Zukunft der Städte. Die TU Dortmund berief ihn zum Honorarprofessor für Ökologische Stadt- und Raumplanung, das lehrt er seit 1998 auch in Japan.

(…)

Hahn und der Verein ICEC wollen in Wünsdorf 30 Millionen Euro in Grundstücke investieren. In den Machbarkeitsstudien gruppiert sich der Stadtplan um eine grüne Mitte, gerahmt von Wohnquartieren, einer Öko-Station als Herzkammer der Eco City und einem Besucherzentrum. Hier werden sämtliche Energie- und Stoffströme zusammenlaufen, permanent kontrolliert, neu aufbereitet und wieder in den Kreislauf des Stadtorganismus eingespeist. Auf 20 Hektar wird Gartenland, auf 3,5 Hektar werden Gewächshäuser für Gemüse, Obst und Beeren entstehen. Terra preta, schwarze Erde, die sich im Boden des Amazonasbeckens als fruchtbar erwiesen hat, wird den märkischen Sand bedecken. Dazu Biomasse aus Abfällen der Bewohner und ihre Fäkalien zum Düngen.

Die Energieversorgung geschieht nach dem Smart Grid System, es handelt sich um intelligente Stromnetze mit hocheffizienten Energiespeichern. Die kreislauforientierte Technik führt Grund- und Oberflächenwasser, Regen-, Grau- und Schwarzwasser zusammen. Es wird eingesetzt in der urbanen Landwirtschaft, in Gärten, Freiräumen und zur Kühlung. Angelegt werden Wasserläufe, Teiche und eine Fischzuchtanlage. Autos dürfen nicht hinein in die Gartenstadt, Fahrradwege werden gebaut, die Beförderung der Versorgung wird durch Lastenräder und Elektromobilität geleistet. Die Zugereisten sollen  in lichten Häusern mit bunten Fassaden leben.

„Öko-Städte werden unser Überleben sichern“

Angetan ist Ekhart Hahn von den massiven denkmalgeschützten Bauten Wünsdorfs. Die robuste Bausubstanz wird ökologisch saniert. In die einstige Panzerhalle, 120 Meter lang und ebenso breit, 90 Meter hoch, werden drei Etagen implantiert – für Seminarräume und Werkstätten des Campus-Instituts.

Der „Kulturpalast“, in dem einst führende Militärs der Sowjets Klassikkonzerten lauschten, wird zum interkulturellen Zentrum, zum House of One für lernende und lehrende Studierende, die Muslime, Buddhisten und Christen sind. „Öko-Städte werden unser Überleben sichern“, sagt Hahn. „Wenn alle zusammenhalten. ICEC Wünsdorf wird die Blaupause sein.“

Eine Schlüsselaufgabe der Menschheit

Die behördlichen Voraussetzungen sind erfüllt, dank einer großzügigen privaten Spende konnte ein Koordinationsbüro etabliert werden. Jetzt soll Hahns Vorarbeit Früchte tragen. Er hat einen Stab an Experten versammelt: für urbane Landwirtschaft, Landschaftsarchitekten, Pioniere des baubiologischen Planens, dazu Stadtplaner und Künstler.

Der Spezialistenpool wird Studierenden aus aller Welt zur Verfügung stehen, sie werden einige Monate oder Jahre in Wünsdorf leben und dann in ihre Länder zurückkehren.

So arbeitet ICEC inzwischen mit einem Büro in Singapur zusammen, dass dort eine völlig neue Wasserversorgung entwickelt hat. Hahns will Ideen von überallher in der Campusstadt zu konzentrieren. „Der ökologische Stadtumbau ist die Schlüsselaufgabe der Menschheit im 21. Jahrhundert“, sagt er immer wieder.

Er weiß aber auch, dass es nicht genügt, den weltweiten Anforderungen mit Plastikreduktion oder Wärmedämmung zu begegnen. Gebraucht wird ein überzeugendes Konzept. Die Aktivisten von Fridays for Future unterstützt er. Er sagt aber auch: „Sie kennen die Lösungen nicht.“ Ekhart Hahn hingegen glaubt, die Mittel zu kennen, um dem Klimawandel effektiv begegnen zu können.

Da ist die zellulare Vernetzung der Systeme: Wärme aus der Erdtiefe, Energie von der Sonne durch Fotovoltaik, Wasserrecycling und ein perfekter innerer Nährkreislauf. „Die Ressourcen, die wir zum Lebensunterhalt brauchen, werden auf Quartiersebene dezentral neu in Beziehung gesetzt“, sagt Hahn. „Das deutet bereits die neue Mobilität an: kurze Wege, Fahrrad- und Fußgängerbereiche, Frischemärkte, kleine Läden.“ Die lokale Ökonomie hat sich in Mikrostrukturen und der Kiezkultur durchgesetzt. In Wünsdorf sollen 80 Prozent des Gemüse- und Obstbedarfs in der Stadt produziert werden. Für Ekhart Hahn ist das „der Übergang ins postindustrielle Zeitalter“.

Noch wird in Wünsdorf nicht umgegraben und gebaut. Bald aber könnte es so weit sein.


Kommentare:

Anne Schmidt

Die Idee Herrn Hahns von der ökologischen Stadt in Wünsdorf erinnert mich an die Ökostadt Davis bei San Francisco und an die Aussteigerkolonie Eden bei Oranienburg, die Ende des 19. Jahrhunderts von Lilienthal aus Blockhohlsteinen errichtet wurde.
In der Zeit der Planung für ein neues Tempelhofer Feld teilten wir (Bürgerinitiative Flughafen Tempelhof) in einer der zahlreichen Pressekonferenzen der damaligen zuständigen Senatorin, Frau Junge-Reyer, mit, dass die Ökostadt Davis ein Vorbild für eine autofreie Siedlung auf dem Flughafen sein könne.
Leider gingen die späteren Planungen, die Volk sei`s gedankt, in einer Volksabstimmung abgelehnt wurden, völlig an diesen Visionen vorbei. Hätte die Utopie einer ökologischen, autarken kleinen Stadt zur Abstimmung gestanden, wäre das Ergebnis sicherlich anders ausgefallen.
Wünsdorf ist bahntechnisch gut an Berlin angebunden, aber sind die Altlasten aus Land und Wasser wirklich verschwunden? Die befürchteten Kosten für die Dekontaminierung des riesigen Militärareals bei Jüterbog haben die Entscheidungsträger und Lobbyisten Anfang der 1990er dazu bewogen, Schönefeld zum Standort für den Mammutflughafen BER zu küren.
Die Kosten, die bisher in Schönefeld und Umgebung entstanden sind, haben alle anderen wichtigen Problemfelder in Berlin in den Schatten gestellt. Die Brände vom letzten Jahr auf dem “Minenfeld” bei Jüterbog stellen ein weiteres Kapitel im Brandenburger Katastrophenarchiv dar.
Ich hoffe, dass Herr Hahn in der einstigen Bücherstadt Wünsdorf nur ein zurückgebliebenes Archiv und kein vergrabenes und versenktes Arsenal vorfindet. Vielleicht wäre es einfacher eine zweite Abstimmung zur Nutzung des
Tempelhofer Feldes herbeizuführen als in Wünsdorf Altlasten zu beseitigen.

Ewa Maria Slaska

Ach jej, Männer! Dieser Anspruch! ICH war der Erste, der Wichtigste! Noch nie in der Welt gab es so etwas, was ICH mir ausgedacht habe!
Wer verantwortet diese Alleinstellung-Ansprüche in dem obigen Text? Der Ekologe oder der Autor?
Anne Schmidt schreibt über Ökostadt Davis bei San Francisco und die Kolonie Eden bei Oranienburg. Ich habe hier auf diesem Blog mehrere Male über realisierten Utopien geschrieben. Vor allem über Silvio Gesell. Als Silvio Gesell, der übrigens auch zeitlang in der schon erwähnten Kolonie Eden wohnte, seine Teorie des “freien Geldes” veröffentlichte, entstanden in der ganzen Welt mehrere, meistens sehr erfolgreich wirtschaftende, Freie-Geld-Kommunen. Ich schrieb über Silvio HIER, HIER, HIER und HIER. Da er ein deutscher Autor ist, “polonisierte” und übersetzte ich seine Theorie in meine Sprache. Die deutschen Leser können ein Buch von Silvio Gesell über Wirtschaft mit dem Freien Geld HIER lesen.
Wichtiger ist aber, dass man – erfolgreich – versuchte die Gesellsche Theorien lebendig zu machen. In den 30ern gab es mehrere Städte, die es machten, am erfolgreichsten war die Stadt Wörgl in Österreich.

Die positiven Auswirkungen führten dazu, dass der Modellversuch in der Presse als das „Wunder von Wörgl“ gepriesen wurde. Das Interesse daran stieg derart, dass über hundert weitere Gemeinden im Umkreis von Wörgl dem Beispiel folgen wollten. Auch im Ausland und in Übersee fand die Aktion starke Beachtung und Nachahmer. Aus Frankreich reiste der Finanzminister und spätere Ministerpräsident Édouard Daladier nach Wörgl, und in den USA schlug der Wirtschaftswissenschaftler Irving Fisher der amerikanischen Regierung – wenn auch vergeblich – vor, ein Wörgl-ähnliches Geld mit dem Namen Stamp Scrip zur Überwindung der Wirtschaftskrise einzuführen.

Allerdings erhob die Oesterreichische Nationalbank gegen die Wörgler Freigeld-Aktion vor Gericht erfolgreich Einspruch, weil allein ihr das Recht auf Ausgabe von Münzen und Banknoten zustand. Das Experiment von Wörgl und alle weiteren Planungen wurden verboten. Nach Androhung von Armeeeinsatz beendete Wörgl das Experiment im September 1933.

Na, kann man sagen, dem neuen Visionär geht es nicht um Geld, sondern um, na ja, wie in jeder utopischen Narration – DIE RETTUNG DER WELT, die wie ein Wunder auf dem Sand wachsen wird.

Dazu kann ich nur sagen, der Sohn von Silvio Gesell, Carlos, baute die ganze grüne Stadt auf den Dünnen in Argentinien: Villa Gesell in der Mar de la Plata, wo nichts aber nichts wachsen wollte. Ich schrieb darüber HIER für meine polnische Leser. Der deutsche Leser kann viel über die Villa Gesell HIER erfaren. Auf dem Foto unten sieht man, wie Villa Gesell heute aussieht. Es wohnen dort im Winter ca. 30 Tausend Menschen, im Sommer wesentlich mehr, weil es ein Kurort ist.


Anne Schmidt
Mitbegründerin der aufgelösten BI Flughafen Tempelhof (BIFT)

Ewa Maria Slaska
Blogadministratorin und Utopistin

Weihnachtsmarkt / Jarmark Bożonarodzeniowy

Ewa Maria Slaska

Jednym z magnesów przyciągających turystów do Berlina są niewątpliwie Jarmarki Bożonarodzeniowe. Przyjeżdżają Włosi, Hiszpanie, Anglicy, Szwedzi, Polacy, Japończycy i Chińczycy.  I są to naprawdę tłumy. Jarmarków jest w Berlinie masa, są jarmarki koreańsko-japońskie i polskie, są gejowskie i artystyczne, ale najwięcej jest tych całkiem normalnych – z drewnianymi budkami, w których kupić można francuskie naleśniki i włoskie sery, ale przede wszystkim wypić tradycyjnego niemieckiego grzańca, zjeść potwornie słodkie jabłko zanurzone w czerwonym karmelu i kupić malowane kolorowym cukrem pierniki, z napisami po bawarsku, na przykład “Ich liebe Dir”, co można przetłumaczyć jako “Kocham Ci”.
Mają rację ci, którzy powiedzą, że jarmarki bożonarodzeniowe to kicz do potęgi. Tak, to kicz, ale jak dobrze jest choć przez parę godzin zapomnieć o tym, jak ciężko i smutno jest na świecie, jak dobrze jest napić się grzanego wina, zjeść pierogi przy stoisku z polskim jedzenie, nacieszyć się miłą, przyjazną atmosferą.

Można by pomyśleć, że po ataku terrorystycznym trzy lata temu, 19 grudnia 2016 roku, zainteresowanie jarmarkami zmaleje, ale wydaje się, że wręcz przeciwnie, że przybywa jeszcze więcej turystów niż przedtem, być może pod hasłem “nie myślcie, że dacie nam rady”.

Dziś, w trzecią rocznicę tamtego strasznego dnia wspominamy 11 osób, które zginęły pod kołami uprowadzonej przez terrorystę ciężarówki i Łukasza Urbana, polskiego kierowcę, który stawił opór napastnikowi, zginął w walce, ale uratował wiele dalszych możliwych ofiar. Wśród ofiar znaleźli się Niemcy

Ein goldener Riss im Boden erinnert an die Opfer des Terroranschlags am Breitscheidplatz am 19. Dezember 2016
Tzw. Złota Szczelina przypomina o ofiarach ataku terrorystycznego 19 grudnia 2016 roku

Weihnachtsmärkte sind etwas, was Touristen aus aller Welt nach Berlin zieht. Italiener, Engländer, Spanier, Polen, Schweden, Japaner und Chinesen. Aus allen Herren- und Frauenländer kommt man massenweise nach Berlin, kauft ein, trinkt Glühwein, isst Marzipanstollen, geröstete Mändeln und bunt karmellisierte Äpfel. Man kann sagen, dass es Kitsch ist. Und man wird recht haben. Klar, es ist Kitsch, aber es ist so verdammt gut für ein paar Stunden zu vergessen, wie die Welt da draussen aussieht und einfach die unglaublich schöne, ruhige, freundliche Atmosphäre des Jahrmarkts genießen.

Nach dem Vorfall vom 19. Dezember 2016 hätte man meinen können, der Magnet hat ihre Kraft eingebüsst. Aber nein. Ja, auf dem Weihnachtsmarkt im Herzen der Stadt, zwischen KaDeWe und Europa Zenter, gibt es ein Gedenkort, da, wo der Terrorist mit einem von einem Polen gekaperten Truck eingefahren ist, man geht vorbei, liest die Namen, zündet eine Kerze, legt eine Blume, seufzt, geht weiter. Am Weihnatchstmarkt-Betrieb änderte es wenig, oder hätte es ihn gar verstärkt, nach dem Motto, wir lassen uns nicht runterkriegen…

Heute erinnern wir uns an die 12 Todesopfer des Anschlags, darunter auch Łukasz Urban, der polnische Truck-Fahrer, der dem Terrorist Widerstand geleistet hatte und gestorben ist, der aber durch seinen Kampf unzählige weitere Menschenleben gerettet hatte.

 

Zdjęcia: Ania, Ela i Monika

Er fehlt

Zu Erinnerung an Witold Kamiński
27.11.1947 – 17.10.2019

Liebe Kolleginnen und Kollegen, liebe Freunde,

wir alle hatten das große Glück Witold Kaminski kennenlernen zu dürfen.

Heute sind wir zusammengekommen, da wir Abschied nehmen müssen. Am 17. Oktober ist Witold unerwartet verstorben und die Trauer und der Schmerz sind erdrückend. Er fehlt.

Wir sind zusammengekommen um gemeinsam zu trauern, aber auch um uns an einen außergewöhnlichen Menschen zu erinnern.

Ohne ihn würden wir wohl nicht hier stehen. Dieses Haus gehört auch zu seinem Lebenswerk. Als Mitbegründer und langjähriges Vorstandmitglied des Polnischen Sozialrates und des Migrationsrates Berlin gehört er zu den Menschen, die die Ora34, das Nachbarschaftshaus für interkulturelle Begegnung, geprägt haben.

Witold Kaminski war eine der herausragenden Persönlichkeiten des polnischen Berlins. Seit den 80er Jahren hat er unzähligen Migrant*innen geholfen, unter erschwerten Umständen ein neues Leben in Deutschland aufzubauen. Er hat sich mit Kulturprojekten und politischen Initiativen für den deutsch-polnischen Austausch eingesetzt und geholfen, Vorurteile und Ressentiments abzubauen.

Doch sein Engagement war nie auf die polnische Community beschränkt – er hat Vielfalt immer als Stärke gesehen und stellte sich entschlossen gegen einen einseitigen, Einbahnstraße-artigen Integrationsbegriff. Vielmehr sprach er von Teilhabe und Partizipation aller Menschen in unserer Einwanderungsgesellschaft und lebte die Empowerment-Idee, bevor dies zum Modewort wurde. Dabei fand er Verbündete unter Migrantenvertretern der unterschiedlichen Communities und arbeitete unter anderem mit der türkischen, russischen und afrikanischen Gemeinde eng zusammen. Auch in der Politik fand er Freunde und Mitstreiterinnen, er etablierte sich als gefragter Experte und arbeitete aktiv mit in zahlreichen Ausschüssen, Arbeitsgruppen und Beiräten, sowohl auf Landes- als auch auf Bundesebene.

Die junge Generation der „neuen Deutschen“, wir, die sich selbstbewusst in mehreren Kulturen zu Hause fühlen, profitieren heute von der Arbeit von Vordenkern und Aktivisten wie Witold, die den Diskurs um nationale Identitäten nachhaltig beeinflusst und Glasdecken für uns zerschmettert haben.

Für seine Verdienste wurde Witold Kaminski mit zahlreichen Auszeichnungen geehrt, unter anderem mit dem Bundesverdienstkreuz und dem polnischen Kavalierskreuz. Doch darüber sprach er eigentlich nie. Vielmehr als für Auszeichnungen interessiert er sich für Menschen.

Wie oft haben wir ihn sagen hören: „Es kommen keine Facharbeiter und Migranten, es kommen Menschen, mit ihren Potentialen und Problemen.“ Dabei hatte er ein erstaunliches Talent Potentiale zu erkennen und zu fördern. Das haben viele in diesem Raum selbst erfahren dürfen – vielleicht nicht immer ganz freiwillig. Ich erinnere mich an meinen ersten Monat im Polnischen Sozialrat, als er mir auf dem Weg zu einer Veranstaltung erzählte, er habe mich bereits als Moderatorin angemeldet. Er war ein fantastischer Mentor und durch sein Vertrauen sind Kolleginnen und Kollegen an seiner Seite gewachsen.

Witolds Erfahrungsschatz und sein politischer Instinkt machten ihn zu einer wichtigen kritischen Stimme, die die Migrations- und Integrationsdebatten der letzten drei Jahrzehnte mitgeprägt hat. Und wie wir wissen, konnte diese Stimme laut und deutlich werden – er nahm kein Blatt vor den Mund, folgte seiner Überzeugung und ließ sich nicht beirren.

Bei allem was er tat, war er mit dem Herzen dabei und schonte sich nie. Sein Engagement war stets persönlich und er hatte die Gabe andere mit seinem Enthusiasmus anzustecken und mitzunehmen. Man konnte nicht gleichgültig an ihm vorbeigehen. Seine offene und gleichzeitig direkte Berliner-Art machten ihn auch zu einer Kiezikone – es war fast unmöglich die Oranienstraße mit ihm runterzulaufen, ohne dass er angesprochen wurde.

Witold war seiner Zeit oft voraus, er war ein Visionär, Philosoph und vor allem immer auch Sozialarbeiter, der sich für diejenigen einsetze, die marginalisiert oder vergessen werden – zuletzt besonders in der Obdachlosen- und Geflüchtetenhilfe.

Doch Witek war auch Familienmensch, Ehemann und Vater. Erfolgreicher Trickfilmzeichner, leidenschaftlicher Hobbytaucher und stets rasender Fahrradfahrer.

Er war unser Freund. Er bleibt mein Vorbild. Wir werden ihn nie vergessen.

Dr. Marta Neüff
Vorsitzende des Polnischen Sozialrates e.V.
21.11.2019

Zum Welttag der Armen: Gemeinschaft mit Bedürftigen

Verwöhnt zu werden, das erleben Arme selten. Ehrenamtliche Malteser und Gemeindemitglieder von St. Matthias teilten am Sonntag, 10. November, Gemeinschaft mit Bedürftigen.

Die 58-jährige Lilly strahlt. Als Mutter von sechs Kindern wird sie selten verwöhnt. Im Gegenteil. Sie lebt von staatlicher Hilfe, das reicht gerade zum Leben. Für sie ist der Wohlfühltag für Stadtarme und Obdachlose, den die Malteser zusammen mit der Gemeinde Sankt Matthias in Berlin-Schöneberg am Sonntag, 10. November, organisiert haben, ein Festtag. Das mehrgängige Menü ist auf feine bordeauxrote Karten gedruckt. Kürbissuppe, Piroggen, Bigos, Putengeschnetzeltes, Gurkensalat und Dessert – alles wird serviert von Frauen, Männern, Jugendlichen und Kindern, die sich ehrenamtlich im Mensaraum der benachbarten Katholischen Schule St. Franziskus eingefunden haben. Der Polnische Rat Berlin hat die Nationalgerichte seines Landes gespendet.

Es geht um die Begegnung

„Es geht heute vor allem um die persönliche Begegnung mit Menschen, denen es nicht so gut geht im Leben – die Mangel leiden, sei es an Essen oder Zuwendung,“ sagt Carmen Rippoll, Diözesanoberin der Berliner Malteser. Der sogenannte „Wohlfühltag“ findet mit Blick auf den 3. Welttag der Armen statt, den Papst Franziskus für den 17. November ausgerufen hat. Im Vordergrund steht die Begegnung mit bedürftigen Menschen. Auch an diesem Sonntag in der Mensa der Sankt Franziskus Schule. Hier steht das gemeinsame Miteinander im Vordergrund. Die ehrenamtlichen Helfer und Helferinnen sitzen mit den Gästen an den Tischen. Es wird fröhlich geplaudert, gegessen und miteinander gelacht. Auch die 13-jährigen Schüler Hannah und Liam sind dabei. Sie spülen, servieren und mischen sich unter die Gäste. „Es macht einfach Spaß, Menschen, die arm sind, zu helfen. Man sieht, dass sie sich freuen – da freut man sich selbst auch,“ sagt Liam, der seit einem Jahr als Malteser-Schulsanitäter und Schulklimapate an der katholischen Schule Sankt Franziskus engagiert.

Musik und Zauberei

Der Tag geht zu Ende mit Musik, Zauberei, Massagen und Geschenketüten – liebevoll bemalt und verpackt von Schülern und Schülerinnen aus dem Malteser Schulprojekt an der Sankt Franziskusschule. Helmut, 77, aus Friedrichshain geht glücklich heim. Er lebt allein, bekommt monatlich 760 Euro Rente. 450 Euro verschlingt die Miete. Das lange Gespräch mit Ralph, einem von 22 ehrenamtlichen Maltesern, die beim Wohlfühltag helfen, hat ihm gut getan – das schmackhafte, liebevoll servierte Essen sowieso.

Ewa Maria Slaska

An dem Tag beteiligten sich auch Polen: Jacek Manowski und Magdalena Kotala

Sie organisierten Spenden aus dem Polnischem Lebensmittelladen “U Zosi” und von der Familie Domaradzki in Lübars (im Text spricht man vom Polnischen Rat, dessen Vorsitzende Ferdynand Domaradzki ist, aber es ist in der Tat eine Spende seiner Familie gewesen).

Auch die Polnische Botschaft in Berlin war dabei. Ein Auto brachte Mützen, Schals und Handschuhe für Bedürftige (leider hat man sich für fingerlose Handschuhe entschieden, die eh Mode-Accesoires sind als für Warmhalten an kalten Tagen taugen).

Unter den Verwöhnten, Obdachlosen und Armen aus der Stadt, gab es überwiegend Polen. Klar, es gab auch anderen, es waren Deutsche, Moldaven, Ukrainer da, aber Unsereine sind in der Überzahl.

Immer wieder stellen wir uns die Frage: Wieso? Wieso gibt es soviele aus Polen in Berlin, die auf der Strasse wohnen? Und die Antwort ist leider klar: Weil sie hier viel besser leben können, weil es hier mehr Obdachlosenheime und Obdachlosenhilfe gibt. Weil, wenn die ersten Frostnächte kommen, gab es aus Polen sofort erste Meldungen, die dann den ganzen Winter immer wieder zu lesen sind. Es starben zwei Menschen, es starben zwanzig Menschen… In Deutschland sterben sie auf den Strassen nicht.

Anm. von EMS: Alle Fotos in meinem Teil des Berichts von Jacek Manowski; auf dem oberen Foto Magdalena Kotala

O Murze inaczej

Lech Milewski

Pociągiem przez mur

W lutym 1969 roku jechałem pociągiem z Warszawy do Londynu przez Berlin, Frankfurt i Hoek van Holland.

Przekroczenie granicy między bratnimi krajami (Polska, NRD) przerabiałem już kilka lat wcześniej. Jednak przeżyłem pewne zaskoczenie. Straż graniczna bardzo powierzchownie sprawdziła mój bagaż, jedyna rzecz, która ich zainteresowała to mój kalendarzyk, a raczej umieszczona w nim lista adresów.
Po raz pierwszy w życiu poczułem, że ktoś narusza moją prywatność, ale wiedziałem, że wszelkie protesty jedynie pogorszą sytuację

Do Berlina Wschodniego pociąg dojechał około 9 rano. Konduktor powiadomił mnie, że teraz mój wagon musi poczekać trzy godziny na pociąg do Frankfurtu.
Byłem na to przygotowany. W tym czasie w PRL można było wymienić 300 złotych na waluty bratnich krajów – niestety nie pamiętam, ile za to dostałem marek. Czekałem więc, aż mój wagon ustabilizuje swoją pozycję i wtedy zamierzałem zaszaleć w dworcowej restauracji.
Póki co zajrzałem do innych przedziałów w wagonie. Okazało się, że razem ze mną pozostała w nim tylko jedna pasażerka. Starsza pani z ogromną ilością bagaży, które wypełniały cały przedział. Szczególne wrażenie robiły puchate pierzyny i poduchy.
Wyjaśniła, że jedzie do Marsylii, a stamtąd na stałe do Brazylii, do brata.
Przeniosłem swoją walizkę do jej przedziału i zapowiedziałem, że kupię dla niej coś gorącego do zjedzenia, niech tylko nasz wagon stanie na dobre.
W tym momencie do wagonu wsiadł  żołnierz, pan w starszym wieku, z karabinem. Wyglądał, prywatnie, na dobrego wojaka Szwejka, a oficjalnie na jakąś obronę terytorialną czy inny Landszturm.
– Świetnie, że pan tu wsiadł. To ja teraz pójdę na dworzec kupić coś do zjedzenia dla siebie i tej pani.
– Nigdzie pan nie pójdzie. Wagon zostanie odholowany na bocznicę, a ja tu jestem żeby pilnować żebyście z niego nie wysiedli.
– Ale…
Nie było żadnego ale. Wagon odholowano kilkadziesiąt metrów od peronu. Wyłączono ogrzewanie. Żołnierz weteran usiadł na ławce w naszym przedziale, bo w kupie cieplej. I zapalił strasznie cuchnącego papierosa.
Tak minęły trzy godziny.

Wreszcie szczęk, wstrząs, para buch. Nasz wagon potoczył się w stronę peronu, gdzie czekał już na nas pociąg do Frankfurtu.
Żołnierz weteran wysiadł, a jego miejsce zajął konduktor.
Sprawdził nasze bilety i zaczął krzyczeć na moją współpasażerkę.
– O co chodzi – wtrąciłem się.
– Wasz polski porządek. Ona w ogóle nie powinna jechać przez Berlin tylko przez Lipsk i Mainz. Powiedz jej , że ona musi wysiąść w Berlinie Zachodnim i tam poczekać na inny pociąg.
– A nie może poczekać w Berlinie Wschodnim? Ja mam ileś tam marek, to jej dam. Kupi sobie coś do jedzenia. Chyba lepiej tutaj, wśród swoich, niż w kapitalistycznym kraju, do tego bez walut.
– Nie ma mowy! Uważaj. Ty musisz jej pomóc. W Berlinie Zachodnim pociąg staje tylko na dwie minuty. W tym czasie musicie wynieść te wszystkie jej klamoty.
Nie pozostało mi nic innego, tylko przetłumaczyć tę instrukcję i zabrać się do przenoszenia bagażu do drzwi wagonu.
Na szczęście miałem sporo czasu, gdyż właśnie dojechaliśmy do granic Berlina Zachodniego.  Tym razem kontrola ograniczyła się tylko do gruntownego sprawdzenia czy coś/ktoś nie ukrywa się pod wagonami.
– Popatrz, jakie doskonałe połączenie rosyjskiej podejrzliwości z pruską dokładnością – to mówił stojący obok pasażer. Przedstawił się jako Amerykanin. Nie wiem, skąd się wziął w Berlinie Wschodnim.
Pociąg ruszył i pewnie właśnie wtedy przekroczyliśmy “mur”.
Moja podopieczna siedziała bezradna i rozglądała się ze strachem w oczach.
– Niech pani uważa, ja wyniosę bagaże na peron, ale nie będę miał czasu ich przenieść do poczekalni. Postaram się poprosić kogoś o pomoc, ale będę musiał zostawić panią samą.
Kobieta zaczęła znowu płakać. Na dodatek zaczął padać deszcz.
Ani się spostrzegliśmy a pociąg zaczął zwalniać, za oknem przesuwały się dworcowe budynki. Wychyliłem się przez okno wypatrując jakiejś pomocy. Zobaczyłem wózek bagażowy z kierowcą i obok jakichś mężczyzn w mundurach. Zacząłem machać w ich stronę. Zauważyli mnie.
Pociąg się zatrzymał, a wózek bagażowy stał już przy samych drzwiach wagonu.
– Czy możecie nam pomóc? Ta pani…
– Wiemy. Jest w niewłaściwym pociągu i musi poczekać na właściwe połączenie. Nie martw się. Powiedz jej, że zabierzemy ją do poczekalni, damy posiłek, będzie mogła skorzystać z łazienki, może nawet się przespać. Wsadzimy ją do właściwego pociągu.
– Skąd wiedzieliście?  Konduktor was powiadomił?
– Konduktor? Nie. My jesteśmy przygotowani. Codziennie przyjeżdża tu z Polski ktoś z takim problemem.
Mężczyźni w mundurach byli członkami jakiejś ewangelickiej społeczności.

W tym momencie moje doświadczenie przebycia muru się kończy, skorzystam jednak z faktu, że jeszcze jestem na terenie podzielonych Niemiec i zrelacjonuję jeszcze jedno wydarzenie o polskim kolorycie.

Dalsza jazda do Frankfurtu minęła bez niespodzianek. We Frankfurcie zatrzymałem się tylko na jeden dzień, to były odwiedziny u korespondencyjnej znajomej.
Kolejnego dnia, wieczorem, wsiadłem do pociągu do docelowej stacji – Hoek van Holland.
W moim przedziale siedziało kilku Hiszpanów. Dowiedziałem się, że po urlopie wracają do pracy w Holandii. Nie mówili po angielsku, ale mimo to nawiązaliśmy miły kontakt, poczęstowali mnie winem.
Zapadała noc. Zgasiliśmy światło i w tym momencie pociąg zaczął gwałtownie hamować.
– O mój Boże, Zosiu, ca ja narobiłam! – usłyszałem kobiecy głos w sąsiednim przedziale.
Hiszpanie wyskoczyli sprawdzić co się stało.
– Jakaś głupia kobieta chciała wyłączyć światło a nacisnęła włącznik hamulca.
Rzeczywiście. W tym pociągu nie było tak jak w Polsce – pudełko z rączką i plombą na drucie, tylko niepozorna dźwignia.
– W jakim języku mówiła ta kobieta? – Hiszpanie patrzyli  na mnie badawczo – rozpoznałeś ten język?
– Nnnnie, no nie jestem pewien, chyba po rosyjsku – duma narodowa przeważyła nad ludzką solidarnością.
Mijaliśmy granicę holenderską, straż graniczna sprawdziła nasze paszporty, zgasiliśmy światło w przedziale.
Nie minęły dwie minuty a straż graniczna ponownie do nas zapukała.
– Czy może pan nam pomóc? W sąsiednim przedziale jedzie pana rodaczka, ale ona wsiadła do niewłaściwego pociągu i musi wysiąść na najbliższej stacji. Mamy prośbę żeby pan wytłumaczył jej całą sytuację.
– Co??? – Hiszpanie patrzyli na mnie z wielkim gniewem.

Okazało się, że moja rodaczka, tak jak ta poprzednia, jechała do Brazylii, przez Marsylię. Już trzeci dzień błąkała się pociągami  po wszystkich zakątkach Niemieckiej Republiki Federalnej i za żadne skarby nie chciała opuścić kolejnego pociągu.

Sporo czasu zajęło mi przekonanie jej, że jednak musi wysiąść, że zostanie otoczona wszechstronną opieką, że tym razem dostanie pisemną instrukcję dokąd i którym pociągiem ma pojechać.
Słuchając tego, co mówiłem, chciałem poprosić strażników żeby pozwolili mi z nią zostać, żebym nie musiał wracać do przedziału pełnego gniewnych Hiszpanów.

I jeszcze raz o Murze

Krystyna Koziewicz

Mur Berliński i Wielka Dziura

9 listopada 2019 roku minęła 30 rocznica pokojowej rewolucji w Niemczech i upadku Muru berlińskiego. Tak się złożyło, że akurat w tym przełomowym okresie, czyli w latach 1988-89, dość często w weekendy jeździłam do Berlina Zachodniego na spotkanie z mom ówczesnym narzeczonym. Zazwyczaj podróżowałam pociągiem, nie lubiłam jednak tej jazdy, bo miałam powody, żeby panicznie się bać kontroli przy wjeździe do Berlina Zachodniego. Granicznicy z DDRu groźnym wzrokiem łypali podejrzliwie na pasażerów, jakby w oczach mieli lufy karabinów gotowych do strzelania. Bezlitośnie trzepali zawartość bagaży, demonstrując swoją wyższość, czepiając się towarów pochodzenia zagranicznego, jak perfumy czy kosmetyki, które natychmiast wędrowały do depozytu. Chyba ze dwa, a może trzy razy wezwana zostałam do osobistej kontroli, a któregoś razu kazano mi nawet wysiąść z pociągu  we Frankfurcie nad Odrą, bo kontrolerzy znaleźli zdjęcia z pobytu na wyspie Sylt. Nie znałam niemieckiego na tyle, żeby dowiedzieć się, o co im naprawdę chodziło, gdy pozostawili mnie na zimnym dworcu na całą dobę. Chciałam skontaktować się z konsulatem i z narzeczonym, lecz straż kategorycznie odmawiała. Widocznie bawiło ich moje cierpienie, bezradność, niezasłużona szykana, jaka mnie spotkała. Od tamtej pory z ogromnym napięciem przekraczałam granicę, ale na szczęście okres ten nie trwał zbyt długo, wkrótce osiedliłam się na stałe po zachodniej stronie Berlina. A było to  dokładnie 30 lat temu.

Przyznaję, że niezbyt zauważyłam tę, jakże ważną dla Niemców po obu stronach muru, „pokojową rewolucję” roku 1989, ponieważ wszystkie weekendy mój osobisty narzeczony i ja spędzaliśmy na „weście”, jak to się potocznie mówiło. Byłam do tego stopnia oczarowana bezstresowym życiem w wielokulturowej społeczności, że zdecydowałam się ostatecznie opuścić Polskę. Postawiłam na miłość, otworzyłam nowy rozdział życia, życia w obcym kraju, kulturze, bez znajomości języka i szans na pracę w wyuczonym zawodzie, jako nauczycielka. A przecież nigdy nie pożałowałam tej decyzji, od 30 lat jestem obywatelką Polski żyjącą w Niemczech.

W czasie, kiedy padł mur, mój (wówczas już) małżonek często zabierał mnie na zwiedzanie miasta wzdłuż muru. Przyznaję, że wcale za tym nie przepadałam. Niezbyt cieszyło mnie oglądanie widoków podobnych do tego, jak wyglądały polskie miasta. Dzisiaj jestem mu wdzięczna za to, że posiadam z tego okresu sporo dokumentalnych zdjęć, które mają wartość historyczną. Jedno, co zapamiętałam, to fakt, że jeśli chodzi o poziom życia Niemcy ze wschodniej części mieli dużo gorzej od Polaków, dotyczyło to też możliwości samorozwoju, wolności słowa i praw obywatelskich. Ludzie mieszkali w strasznych warunkach, bez łazienek, wind i wszelkich wygód. Jedynie budynki stojące blisko muru, czy Alexanderplatz, miały względnie nowoczesny wygląd, większość znajdowała się w katastrofalnym stanie.

Mieszkaliśmy blisko muru, na Köthenerstrasse. Z balkonu rozpościerał się się widok na Potsdamer Platz: kolejkę magnetyczną, której już nie ma, akademiki, które zostały zlikwidowane, podobnie jak słynny polski flohmarkt w pobliżu metra Gleisdreieck. W dość krótkim czasie wszystkie obiekty znajdujące się na Potsdamer Plac zostały wyburzone i rozpoczęła się największa w Europie  rozbudowa nowoczesnego centrum miasta. Ciekawe, że zaczęła się od wykopania wielkiej dziury, która natychmiast wypełniła się wodą gruntową. Dziura była tak wielka, że trzeba ją koniecznie pisać z dużej litery: Wielka Dziura. Obserwatorzy komentowali, iż budowa jedności i zjednoczenia zaczyna się od … głębokiego rowu dzielącego obie strony.

Widziałam przeogromne kolejki tych, którzy pobierali powitalne sto marek lub wymieniali markę wschodnią na  zachodnią. W sklepach panowały totalne pustki, na ulicach Berlina zachodniego pojawiały się terkoczące Trabiki. Przechodnie ostentacyjnie zatykali nosy, faktycznie strasznie smrodziły. Co niektórzy berlińczycy z Ostu, nie chcąc, by ich na pierwszy rzut oka rozpoznawano, czym prędzej kupowali auta produkcji zachodniej.

Ale i tak wkrótce okazało się, że Ossi, bo tak nazywano ludzi ze wschodniego Berlina, rozpoznawalni byli nie tylko po ubiorze i marce auta, ale rejestracje samochodowe też były odmienne i zaczynały się od liter KPNH.

Wiem, jak bardzo bolała ich urzędowa dyskryminacja, dawni obywatele DDR  długo nie mogli pogodzić się z epitetem Ossi.  W rzeczywistości muru  nie było, pozostał jednak podział społecznyna Wessi – Ossi. Musiało sporo upłynąć lat zanim zaprzestano używać pogardliwych określeń.

A jak jest dzisiaj? O dziwo, co niektórzy, w 30 lat od upadku Muru,  sami siebie określają się, jako Ostler.

Czy jednak na pewno nie ma muru dzielącego społeczeństwo niemieckie? Tego nie wiem?

30 lat temu upadł Mur Berliński (11)

Ela Kargol

O Murze

Od kilku miesięcy publikujemy z Asią (Joanna Trümner) na blogu u Ewy (Ewa Maria Slaska) teksty o murze. Zamiarem naszym było obejście lub objechanie rowerem całego berlińskiego muru i przedstawienie jego historii, odcinek po odcinku. Już na początku naszego przedsięwzięcia objawiły się trudności. Mimo map i aplikacji borykałyśmy się często ze znalezieniem drogi wzdłuż muru. Mur bardzo szybko znikał z powierzchni miasta, połączono ulice i dzielnice, a na terenie pasu granicznego zaczęły powstawać nowe budynki. Miasto scalało się na nowo i nie chciało już pamiętać muru hańby. Zaczęłyśmy pisać inaczej, bardziej osobiście przypominać sobie mur i jego poszczególne części. Mnie samej wydawało się, że nie mam prawie żadnych związanych z Murem wspomnień, a okazało się, że jest inaczej.

Z albumu Beci

Teraz po 30 latach od upadku muru jest mi on bliższy, bo przecież wtedy, gdy jeszcze stał, nie dość, że dzielił miasto, to jeszcze je otaczał, czyniąc z niego wyspę wolności, ale również twardych praw kapitalizmu.
Gdy przyjechaliśmy z rodziną do Berlina w 1984 roku, mur stał już 23 lata, a dopiero 5 lat później miał runąć.
Z perspektywy czasu i historii 28 lat, to niewiele, a jednak dużo. To jedna generacja, która wyrosła i wychowała się w tym samym mieście, ale w dwóch różnych systemach politycznych, społecznych, kulturowych. Tęsknota za czymś lepszym funkcjonowała, poza małymi wyjątkami, w jedną stronę, czyli na Zachód. Oprócz marzeń o wolności i demokracji były to zwykłe paczki z lepszą kawą i czekoladą dla rodziny w tzw. zonie albo filmy aqua, które dostarczaliśmy naszemu przyjacielowi i artyście po wschodniej stronie. A on u siebie w mieszkaniu organizował nielegalne wystawy, koncerty i marzył o otwarciu granic. Gdy mur upadł, przyjaźń się skończyła, a Arno był jednym z wielu, któremu  upadek Muru wcale nie wyszedł na dobre i który po dzień dzisiejszy wychwala tamte czasy.

Na cmentarzu francuskim przy Liesenstrasse, cmentarzu w tamtych czasach podzielonym murem, niedaleko grobu Theodora Fontane jest grób Petera Hacksa, znanego niemieckiego dramatopisarza z czasów byłej NRD, który dość przewrotnie wychwalał Mur Berliński:

Wer kann die Pyramiden überstrahlen?
Den Kreml, Sanssouci, Versailles, den Tower?
Von allen Schlössern, Burgen, Kathedralen
Der Erdenwunder schönstes war die Mauer.

Mit ihren schmucken Türmen, festen Toren.
Ich glaub, ich hab mein Herz an sie verloren.

Kto przyćmi piękno piramid?
Kremla, Sanssouci, Versailles, Tower?
Ze wszystkich zamków, pałaców i katedr
najpiękniejszym cudem świata był mur.

Ze smukłymi wieżami, mocnymi bramami,
myślę, że moje serce dla niego straciłem.

Dla mnie mur był zawsze częścią miasta, które wybrałam. Miasta na tyle dużego, że mur go nie ograniczał. Nie należę do osób podróżujących dużo po świecie. Interesuje mnie bardziej ten świat, który jest na wyciągnięcie ręki i Berlin zawsze zaspokajał moje potrzeby, bo były tu przecież góry, lasy, rzeki, jeziora, była historia, była plaża nad Wannsee, był Kudamm i dzielnice willowe, były fragmenty spokojne i te inne, kolorowe, gdzie zawsze coś się działo. Nasze pierwsze mieszkanie było na Winterfeldplatz w jednym z zajętych domów, teraz o nich się mówi squaty, później na Thomasstraße, z toaletą na półpiętrze, z piecem kaflowym bez ciągu, a potem na Neuköllnie blisko muru.

 Z albumu Maryli

Gdy przyjechałam z Polski było już po sierpniu 1980 roku, o czym przypomniała mi ostatnio Ewa (Ewa Maria Slaska) na spotkaniu zokazji 30 rocznicy upadku muru, a György Dalos, węgierski pisarz i opozycjonista opowiadając o punktach ksero, do których w odróżnieniu od praktyk w demoludach, tu na zachodzie był wolny dostęp. Tą opowieścią Dalos przypomniał mi naszą własną historię, gdy skorzystalismy z takiego punktu w Berlinie Zachodnim, fabrykując tzw. zaproszenie, bez którego na początku lat 80 nie można było wyjechać z Polski na Zachód.

Po przyjeździe do Berlina nie opuściłam tego miasta przeszło dwa lata. Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz pojechałam do Polski. Wiem, że krótko przed upadkiem muru pojechałam do Poznania na pierwsze częściowo wolne wybory.

Tamtej nocy nie udałam się jak prawie wszyscy pod Bramę Brandenburską, zostałam w domu śledząc wypadki ważnej dla miasta i całej Europy historii w TV. Dopiero w niedzielę po otwarciu Muru znalazłam się pod słynną berlińską bramą. I to są chyba jedyne zdjęcia, które zrobiłam murowi, choć okazji przez 5 lat życia za murem, przed murem i z murem miałam wiele.

Z Albumu Eli

30 lat temu upadł Mur Berliński (10)

Ela Kargol

Mur, Gartenstraße

Mało kto wie, że najdłuższym fragmentem muru, dzielącym Berlin Zachodni od Berlina Wschodniego, zachowanym w całości po dzień dzisiejszy, jest ponad stuletni mur z żółtej cegły klinkierowej przy ulicy Gartenstraße, wzmacniający groblę kolejową dawnej Kolei Szczecińskiej, a teraz Parku na Dworcu Północnym. Wysoki na trzy metry nasyp kolejowy, z całą jego infrastrukturą powstał w 1876 roku w wyniku rozwoju i rozbudowy Kolei Szczecińskiej.

Park otwarto 10 lat temu i na każdym kroku napotykamy jego historię, ślady Kolei Szczecińskiej, Muru Berlińskiego i lat po upadku muru, kiedy roślinność miała czas i wolny wybór, żeby zawładnąć tą wtedy jeszcze ziemią niczyją.

Po II Wojnie Światowej Berlin stracił swoje znaczenie dużej metropolii kolejowej. Budynki dworcowe zostały zniszczone, a połączenia kolejowe po nowym wyznaczeniu granic stały się nieużyteczne.

Stettiner Bahnhof (Dworzec Szczeciński) przestał być Szczecińskim, nie było już Stettina, Szczecin znalazł się w granicach Polski i przestał być portem Berlina.

1 grudnia 1950 roku dworzec otrzymał nową nazwę, Dworzec Północny. Z powodu wojennych zniszczeń, ale też i swego położenia w Berlinie Wschodnim i przede wszystkim dlatego że jedyne połączenie stacji z resztą sieci kolejowej prowadziło na krótkim odcinku przez Berlin Zachodni, dworzec zamknięto, a trzy lata później postanowiono go zburzyć. Prace rozbiórkowe trwały do roku 1962. Wtedy stał już Mur Berliński i cały teren dworca znalazł się w pasie granicznym.

Centrum Informacyjne Miejsca Pamięci Muru Berlińskiego mieści się na rogu ulicy Gartenstraße i Bernauerstraße, a więc w miejscu, gdzie Mur Berliński pod kątem 90 stopni skręcał na północny zachód i rysując prawie kwadrat przebiegał wzdłuż Liesenstraße, przecinał Chausseestraße i Szprewę, po czym wracał do Invalidenstraße.

Oferta centrum informacyjnego jest bardzo bogata. Proponowane jest przede wszystkim oprowadzanie po Bernauerstraße, wystawy, wykłady, szczególnie teraz w 30 rocznicę upadku muru wydarzeń jest bardzo dużo. Widokówek z Dworcem Szczecińskim lub murem przy Gartenstraße jednak nie ma. Trochę rozczarowana wychodzę z budynku.

Stoję zwrócona do muru z żółtej cegły, który „dzięcioły” zostawiły w spokoju, graficiarze nie do końca i pstrykam fotki. Na przystanku autobusowym stoi starsza pani. Myślę, że jest trochę starsza ode mnie, okazuje się starsza więcej niż trochę. Pytam, czy pamięta jeszcze ten dworzec. Mówi, że doskonale pamięta. To tu żegnała swojego ojca, który odjeżdżał na front wschodni do Königsbergu. Mieszka niedaleko, na Osiedlu Ernsta Reutera, które powinnam znać, ale nie znam, doczytuję później w internecie. Osiedle zostało uroczyście otwarte w 1954 roku przez Theodora Heussa, który na tym osiedlu też ma swoją ulicę. Osiedle było przewodnim projektem Berlina Zachodniego, położone blisko granicy z sektorem radzieckim i oferowało mieszkania socjalne robotnikom zachodnim i uciekinierom z sektoru wschodniego. Miało być odpowiedzią na socrealistyczną zabudowę powojenną Alei Stalina (dzisiejszej Alei Karola Marksa). Pani z przystanku opowiada dalej o bliskości muru, o nie dających spać, szczekających psach na granicy, o strzałach, które słyszała.

Przyjechał autobus. Pani wsiadła, ja nie zdążyłam zapytać ją o numer telefonu, ani dać swojego. Nie wiem, czy jej ojciec wrócił z frontu wschodniego, a jeżeli, czy też na Dworzec Szczeciński?

Już nie jestem rozczarowana brakiem kartki z dworcem.

Przypomniała mi się też inna historia związana z tym miejscem. Ostatnio podczas spaceru z przewodnikiem po terenie byłego Dworca Szczecińskiego podeszła do mnie kobieta, której, matka uciekając po II Wojnie Światowej z okolic Szczecina, wysiadła po kilkudniowej podróży właśnie na Dworcu Szczecińskim.

Nie zawsze wycieczka z przewodnikiem, nawet jeśli ciekawa, musi być ciekawsza od rozmowy z przypadkowym przechodniem, który może okazać się prawdziwą kopalnią wiedzy, tej osobistej. Pani z przystanku pamiętała też tzw. Tunel Szczeciński, który łączył po wybudowaniu nasypu Kolei Szczecińskiej Gartenstraße z Schwartzkopffstraße. Już w roku 1952 władze NRD nakazały zamurowanie tunelu, następne ściany i przegrody powstały w roku 1961. Nad tunelem znajdował się pas śmierci i stąd rozchodziło się po osiedlu po zachodniej stronie ujadanie psów.

Zamurowne i to kilka razy zostało też wejście do S-Bahnu od strony Gartenstraße, a podziemny Dworzec, już wtedy, Północny stał się tzw. „dworcem widmo”. Pociągi przestały zatrzymywać się na stacji, przejeżdżały wolno, uzbrojeni enerdowscy wartownicy stali na straży opuszczonych i zamurowanych przystanków.

Po upadku muru, stację otwarto 1 września 1990, niedługo później została znowu zamknięta, tym razem nie z powodów politycznych, lecz technicznych – konieczny był remont, który przeprowadzono pod nadzorem konserwatora zabytków i 1 marca 1992 stację ponownie otwarto.

Na półpiętrze budynku znajduje się warta zobaczenia wystawa o dworcach granicznych i „dworcach widmo” w podzielonym Berlinie i próbach ucieczek przy wykorzystaniu tuneli kolei podmiejskiej i metra.

Po wyjściu z dworca kolejki miejskiej na Elisabeth-Schwarzhaupt-Platz zwraca się natychmiast uwagę na wysokie budynki, należące do Kolei Niemieckiej, a dopiero po chwili dają się zauważyć wpuszczone między płyty chodnikowe szyny kolejowe, mnóstwo szyn, a na poprzecznych belkach nazwy miast, do których odjeżdżały pociągi z Dworca Szczecińskiego.

Idąc dalej Gartenstraße w kierunku Invalidenstraße mijam kilka śladów pamięci, przypominających próby ucieczek na drugą stronę. Miejsca oznaczone numerami, datą, często niepełnym nazwiskiem (czasem go w ogóle brak) przypominają o absurdalnym podziale miasta.

Gartenstraße, czyli ulica Ogrodowa, zawdzięcza swą nazwę rodzinom ogrodników, sprowadzonych w XVIII wieku z Saksonii, których zadaniem było zamienić tę piaszczystą nieurodzajną ziemię w sady i ogrody. Do dziś do ulicy przylega dużo terenów zielonych.

Gartenstraße to nie tylko mur i kolej Szczecińska, to przekrój historyczny miasta od XVIII wieku po czasy dzisiejsze.