Eva

Krystyna Koziewicz

Piękne chwile

Tytuł nawiązuje do tekstu piosenki zespołu Dżem w wykonaniu Ryszarda Riedera „W życiu piękne są tylko chwile”. Nie ma człowieka, który by nigdy nie przeżył jakiejś szczęśliwej chwili. Zdarza się, że trafiają się fajne momenty, które zostają zapamiętane na długo w pamięci, jak w przypadku, który tu opiszę.

Otóż, jadąc berlińskim metrem, często można zaobserwować ciekawe widoki, ale dużo jest też ludzi w milczeniu siedzących obok siebie, jakby byli nieobecni, czytają prasę, książkę czy buszują w smarfonie, są niby obok, ale naprawdę gdzie indziej. Z reguły nikt na nikogo specjalnie nie zwraca uwagi, chyba że trafi się jakaś nadzwyczajna grupka, która ożywi jadących podróżnych kolebiących się wśród stukotu kół wagonu. Właśnie Ewie i mnie wydarzyło się coś naprawdę wyjątkowego, wręcz magicznego.

Była wiosenna niedziela, wieczór. Wracałyśmy metrem do domu, po prawdzie – dość zmęczone. Na jednej ze stacji wsiadła gwarna grupka młodych ludzi. Po wyglądzie sądzić można było, że nie byli to Europejczycy, co też wkrótce się potwierdziło. Zauważyłam u jednego z chłopców żołnierską czapkę z gwiazdą sowiecką i powiedziałam to Ewie, a Ewa odpowiedziała, aaa, jak Che Guevara. Rozmawiałyśmy półgłosem i po polsku, ale chłopak usłyszał słowo Che Guevara, ucieszył się i natychmiast do nas zagadał po angielsku.


Zgromadziło się koło nas trzech chłopaków – czarnoskóry, śniady (ten w berecie Che Guevary) i różowoskóry blondyn. Powiedzieli, że są z Brazylii. Ewa powiedziała, że są we trzech piękną trzykolorową Brazylią, a oni się roześmieli i odparli, że jest ich tu więcej. Rozejrzałyśmy się i rzeczywiście – zobaczyłyśmy dużą wesołą i rozhasaną gromadkę dziewczyn i chłopców. Powiedzieli nam, że są aktorami i muzykami. Przyjechali na wakacje do Europy. Entuzjastycznie opowiadali o kolejnych miastach – byli już w Madrycie, Lizbonie i Paryżu, a teraz przyjechali do Berlina, wszędzie im się podobało, wszystko zasługiwało na pełne zachwytu „ochy i achy”. Z Berlina będą już wracali do domu, bo nie mają więcej pieniędzy. Ewa zapytała, czy nie pojadą do Polski, a oni zgodnym chórem wykrzyknęli dwa słowa: Varsowia i Walesa. Ciekawe, co by młodym Brazylijczykom odpowiedzieli ci Polacy, którzy dzisiaj opluwają Wałęsę?


Przez chwilę Ewa i ja, dwie starsze panie, stałyśmy się częścią grupy. Radość, śmiech i wzajemne przekrzykiwanie trwało wprawdzie krótko, ale intensywnie. Chłopcy zapytali Ewę, jak ma na imię, a gdy odpowiedziała, z zachwytem zaśpiewali chóralnie jakąś brazylijską piosenkę o Ewie. Okazało się, że to jedna z najbardziej popularnych posenek w Brazylii. Ewa, zachwycona, zapytała, czy nie znają jakiejś piosenki o Krystynie, a grupa zaimprowizowała coś na moją cześć. „Che Guevara” zaczął pytać innych pasażerów, jak mają na imię, po czym Brazylijczycy zupełnie składnym chórem śpiewali im jakieś wariacje piosenki o Ewie.

Ależ to byli bystrzy, weseli i inteligentni młodzi ludzie! Dawno nie doznałam czegoś tak niebywałego.

Wszyscy świetnie się bawili, atmosfera w wagonie zrobiła się wyjątkowa. Wysiadających głośno żegnano. Przyznaję, że był to moment pełnego szczęścia – poczucia prawdziwej ludzkiej wspólnoty bez względu na wiek, płeć, narodowość czy kolor skóry. Było to szczęście, którym długo się delektowałam.
Tak sobie myślę, że trzeba czerpać z życia krótkie pozytywne przeżycia, wchodząc w ciekawe interakcje z ludźmi, okazując im przyjazne gesty sympatii, dające człowiekowi radość z najmniej oczekiwanej strony.

Hasta pronto Brasil!

Udało mi się ukradkiem zrobić dwa zdjęcia, ale nie nagrałam ich piosenek. Szkoda, ale Ewa znalazła Evę na youtubie w wykonaniu Ivete Sangalo, największej współczesnej piosenkarki brazylijskiej.

Maj, a w maju komunie…

Ela Kargol

Komunia

„No to będziesz komunistą?”, bardziej stwierdziła niż zapytała mojego wnuka fryzjerka, zabierając się do dzieła. Magnus pytającym wzrokiem popatrzył najpierw w lustro, a potem na mnie. Siedział pokornie w za dużym fotelu w małym zakładzie fryzjerskim na południu Polski w Lachowicach i nie rozumiał znaczenia słów skierowanych do niego. „To chyba będzie pierwszy w rodzinie”, odpowiedziałam za niego.

Z tą komunią zaczęło się już dwa lata temu w Berlinie, kiedy moja córka Marta pomyliła kurs dla „komunistów” ze spotkaniami zastępu harcerzy działającym też przy kościele. Magnus chętnie chodził na zbiórki. Z drużynowym grali w piłkę lub piłkarzyków, łazili po drzewach, jeździli na biwaki. Wtedy Marta się zorientowała, że to nie ten kurs. Na drugi rok była bardziej uważna i Magnus zaczął edukację przedkomunijną w odpowiedniej już grupie. Opiekunka grupy, osoba w wieku pochrystusowym bardzo przejęła się rolą. Odwiedziła wszystkie rodziny, rozdała biblie i przedstawiła plan działania. Ksiądz z kolei podziękował rodzicom za zaufanie w czasach kryzysu i upadku kościoła i nie dziwił się tym, którzy się od niego odwrócili.

No i się zaczęło. Wtorki były zajęte. Magnus chodził chętnie. Czegoś tam musieli się uczyć, ale bardziej przez zabawę, a w domu nikt go do niczego nie zmuszał.

Nie wierzyłam własnym oczom i słuchałam z otwartymi ustami, gdy po wizycie u fryzjera poszliśmy do pobliskiego starego drewnianego kościoła i tam Magnus objaśniał mi drogę krzyżową namalowaną na zewnątrz świątymi pod tzw. sobotami, stacja po stacji. Nie nauczył się prawie żadnych modlitw, w mszach niedzielnych uczestniczył rzadko, nudziły go, zresztą tak jak i mnie.

Różnice między kościołami i podejściem do wiary w Polsce i Niemczech są ogromne.
Z radością stwierdzam i popieram w berlińskim kościele katolickim duży wpływ protestantyzmu. Na pewno niejeden Martin Luther przydałby się kościołowi katolickiemu
i to nie tylko w Polsce, ale na całym świecie.

Czym jest komunia? Dla mnie była wtedy białą sukienką, cienkimi rajstopami, białymi butami, które zniszczyłam biegając z kuzynkami po łąkach, dla Tomka, mojego męża była niebieskim rowerem i krótkimi spodenkami, w których zmarzł. Miałam to szczęście, że żaden ksiądz mnie nie skrzywdził.

 Kościół mnie nudził, nie należałam do żadnego ruchu oazowego, dopiero w latach 70 i 80 poznańscy Dominikanie zainteresowali mnie i przyciągnęli wyraźną opozycją w stosunku do panującego reżimu.

W wielu kulturach świętuje się w pewnym wieku dziecka granicę wyjścia z dzieciństwa i przejścia w wiek dojrzewania. W naszym przypadku były to postrzyżyny i komunia. Ojciec opowiadał, że w dniu wybuchu II wojny światowej matka jego, a moja babcia była o niego spokojna „Ty już sobie dasz radę, ty byłeś już u komunii.”

O czym myślał Magnus ubrany w białą szatę wchodząc z zapaloną świecą do kościoła? Nie wiem, dzień przedtem miał wysoką gorączkę, w dzień uroczystości, o czym nie wiedziałam, gorączkę miał jeszcze wyższą, rodzice obniżyli ją nurofenem. Okapnik do świecy, specjalnie na tę uroczystość zakupiony w Kalwarii Zebrzydowskiej, nie spełniał swojej funkcji i wosk parzył dłonie wnuka. Czy myślał o tej całej duchowości, o eucharystii, której ja do teraz nie rozumiem, o tej cudownej zamianie, w którą nie wierzę, a czasami chciałabym.

„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20, 29b).

Zaczęła się uroczystość. Wskazówki, zakazy i nakazy, treści modlitw i pieśni, objaśnienia dla niewiernych i niewiedzących pojawiały się na dużym ekranie.

Ksiądz powitał parafian i nieparafian, wiernych i niewiernych, wątpiących i poszukujących, wyznawców innych religii, agnostykow i ateistów. Wszystkich. A ponieważ 70% przystepujących do komunii dzieci miało polskie korzenie, powitał też po polsku, już trochę krócej. Wiadomo, w Polsce nie ma wątpiących ani wyznających inne religie, są tylko katolicy.

Niestety nagłośnienie w kościele nie działało wystarczająco dobrze, większości słowa mówionego nie rozumiałam więc. Z zamyślenia wybudziła mnie „Barka”, pieśń swego czasu chętnie śpiewana nie tylko podczas religijnych spotkań. Polacy zdziwieni nie podjęli pieśni, tak jak nie podjęli „Ojcze nasz” po polsku.

Później był fotograf, zdjęcia z księdzem, bez księdza, w grupie i samodzielnie, ze świecą i bez świecy, w albie i bez alby… W zanadrzu trzymaliśmy jeszcze polskim zwyczajem różaniec i książeczkę do nabożeństwa. Próbowaliśmy pstryknąć Magnusowi taką fotkę, jakie znam sprzed 50 lat, ale się nie do końca udało.

Na specjalne życzenie bohatera dnia komunijną uroczystość kontynuowaliśmy przy pobliskiej budce z frytkami. Frytki z akcentem biało-czerwonym smakowały wyśmienicie. Madonna zza szyby w pobliskim sklepie ze starociami spoglądała na nas z nadzieją.

Rozczarowała mnie natomiast „pokomunijna komunia” w Polsce. Specjalnie dla prababci powtórzyliśmy całą ceremonię. Goście dopisali, pogoda też, obiad w zaprzyjaźnionej knajpce pyszny. Dzieciaki grały w piłkę, w klasy, w gonito, skakały przez gumę…
W niedzielę wybraliśmy się z prababcią do kościoła, żeby zrobić jej przyjemność i przeżyć to jeszcze raz. Moja mama nie była nigdy superkatoliczką i nie wychowała nas w wierze, raczej w poczuciu obowiązku. Uważała, że do kościoła się chodzi i już. Ojciec z kolei głęboko wierzący, nie wymagał niczego. Ja, osoba na co dzień niepraktykująca, towarzyszyłam mu zawsze, w ostatnich latach jego życia w niedzielnych mszach. Robię to nadal dla niego.

W „powtórce z komunii” nudziliśmy się jak prawie zawsze w kościele, choć Magnus był przejęty rolą. Do komunii nie przystąpił, bo nie ten kościół i nie ten ksiądz. Po mszy, gdy kapłan zaczął krytykować wolność sztuki i zaczął liczyć kolory tęczy, poczułam niesmak
i niechęć do tego zaściankowego katolicyzmu. Prababcia z kolei, niedowidząca, niedosłysząca, z lekką demencją stwierdziła, że było pięknie, tylko jakoś dzieci mało.

Barataria 118 Don Kichot w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Tego Don Kichota spotkałam w ratuszu berlińskiej dzielnicy Kreuzberg. Nawet nie sprawdzałam, kto to. Po prostu zrobiłam zdjęcie plakatu, bo te oczy, to spojrzenie, te zapadnięte policzki i siwy włos, siwy zarost, ten smutek… To Don Kichot tragiczny, Gustav Landauer, rówieśnik mojej prababki, szlachetny żydowski bojownik o wolność i sprawiedliwość społeczną, idealista, anarchista, pacyfista, polityk, działacz społeczny. Został brutalnie zamordowany w więzieniu w Stadelheim, dokładnie sto lat temu, 2 maja 1919 roku. Był też autorem, a jego teksty można uznać za teoretyczne uzasadnienie anarchizmu kulturowego. Po niemiecku znajdzie się w sieci sporo na jego temat, po polsku pisze o nim Wikipedia, podając też, że jest pradziadkiem amerykańskiego reżysera, Mike Nicholsa, tego który nakręcił Absolwenta z Dustinem Hoffmanem i zgarnął wszystkie możliwe nagrody przyznawane w branży filmowej.

Tragiczny Don Kichot. Kto by pomyślał, że najpierw był uważany za idiotę, a potem przez stulecia był figurą komiczną. Od mniej więcej stu lat jest tragiczny, postmodernizm zobaczył w nim figurę tragikomiczną, ale w operze (zapraszamy 30 maja na premierę do Deutsche Oper Berlin) w postaci smętnego rycerza objawi się to, co nas, mieszkańców nowego tysiąclecia najbardziej interesuje – nasz własny smutek.

Tu ten, który mi ten operowy fragment przysłał. Czyż on sam nie wygląda jak Don Kichot, gdy tak siedzi u mnie na balkonie i melancholijnie spogląda w dal, na kwitnące drzewa, gazometr, szpital na Westendzie Berlina, a może jeszcze dalej, na góry Harzu, Holandię, Kanał la Manche, Wyspy Brytyjskie (które wciąż jeszcze operowo spieszą, by wyjść, ale wszak są i są) i wreszcie poprzez mgliste wybrzeża Walii na Atlantyk…?

Ma stole placek z rabarbarem i doniczka kwitnących poziomek (dziękuję Eli Kargol, ale i Bergmann się kłania, a jakże), w kącie balkonu donica z rosnącą coraz wyżej malwą (wszystkie polskie mity wiejsko-sielsko-anielskie się kłaniają, a tymczasem na naszym osiedlu jeden z mieszkańców twierdzi, że to on przywiózł do nas malwy, których w Berlinie wcale nie ma, ale nad Morzem Północnym jest ich pełno, i to wszystko, co rośnie w naszych ogrodach i na naszych balkonach, to malwy, których przodkinie pamiętają Heinego…

Owinięte w obłok szary,
Drzemią w ciszy wielkie bogi,
Słyszę oddech ich ponury,
Wiatr po morzu dmie złowrogi.

Jakiż orkan! Jakie gromy!
Statki mkną na wpół strzaskane,
Któż uśmierzy te żywioły,
Fale morza zbuntowane!

Ja niemogę zakląć burzy,
Ni uśmierzyć morza trwogi,
Owinięty ciepłym płaszczem,
Zasnę — jak zasnęły bogi…

Ale też oczywiście, Heine potrafił i tak o tym morzu zimnym i burzliwym.

Nad morzem panienka stała,
tęsknie wzdychając bez końca,
tak ją głęboko wzruszała
kwestia zachodu słońca.

Dziewczyno, rzecz to nie nowa,
czemuż ta sztuczka cię razi?
Wszak ono z przodu się chowa,
a z tyłu znowu wyłazi.)

***

Następny DK też przyszedł do domu. Też miał na głowie czapeczkę zamiast hełmu, a na czapeczce koty. I też był smutny, choć próbował robić dobrą minę do zabawy z kotem domowym.

Wie ich Joachim Zinsky kennenlernte.

Michael Müller

Oder: Wem gehört der Kiez?

Auf dem Rückweg vom Schlosspark Charlottenburg nach Hause ist mein Dackel immer schnell. Er zieht mich zielstrebig die Sophie-Charlotten-Straße entlang, um, ohne weiteren Umweg zuzulassen, in unseren Torweg einzubiegen. Heute steht uns auf der Sophie-Charlotten-Straße aber ein Mann im Weg, der kopfschüttelnd das Werbeplakat eines Bauunternehmens betrachtet – Zinsky, wie ich später erfahre.

Fahrig gleitet sein Zeigefinger über eine Computersimulation des Gebäudekomplexes mit Luxus-Eigentumswohnungen, der hier gerade gebaut wird, und er fragt mich: „Wo ist denn da jetzt was?“ Als ich ihm zu erklären versuche, dass das nur eine Simulation ist und wie die inzwischen halbfertigen Rohbauten in das Bild passen werden, ist er empört. „Wie jetze“, sagt er, „die jibt et noch jar nich? So ne Schweinerei!“

Dabei ist er eigentlich kein Miesmacher. Er will nur verstehen, wer da was in seinem Kiez macht und was das für ihn bedeutet. Er wohnt in der Pulsstraße, in einem Hochhaus aus den 70ern, im 6. Stock, Blick auf den Schlosspark – schön, obwohl es angeblich unerträgliche Nachbarn gibt. Aber der Parkblick interessiert ihn eigentlich weniger als das Gelände auf der anderen Seite, das jetzt bebaut wird. Bis 2014 waren da die alten Gebäude der „Puls-Klinik“ und es gab Bäume. Jetzt ist das alles weg und stattdessen dröhnen die Baumaschinen. Seine Sorge: Da kann man jetzt nicht mehr wie früher die Autos parken – obwohl er selbst kein Auto hat.

Was ihn wirklich beunruhigt, sind die vielen gleichzeitigen Veränderungen. Die unerträglichen Nachbarn in seinem Wohnblock sind ehemalige Patienten der Psychiatrie aus der Schlossparkklinik. „Und jetzt bauen sie da einen neuen Psychiatrietrakt, bald fertig…“ Was entsteht da vor seinen Augen? Die fehlenden Parkplätze werden das geringste Problem sein. Aber was wird mit seiner vertrauten Nachbarschaft?

Er beginnt, mir zu erklären (ohne Anlass), dass er eine Tagespflege hat – einmal in der Woche, „nein, oder zweimal. Sie war gestern, am Montag, da, als ich gerade…“ Dann fällt ihm wieder mein Dackel ein. Ja, er hat auch mal einen Hund gehabt – einen Schäferhund, der besonders wachsam war und einmal ein Kind im Kinderwagen gerettet hat, oder umgekehrt. Irgendwie scheint der Schäferhund auf tragische Weise ums Leben gekommen zu sein, schon in Zinskys Kindheit oder später.

Wir verabschieden uns irgendwann. Ich erkläre ihm, dass ich auch gleich um die Ecke wohne, also auch Nachbar bin. Meine Adresse, Mollwitzstraße, sagt ihm aber offenbar gar nichts. Er winkt mir nur im Weggehen zu – „Joachim Zinsky, nich verjessen!“

DMAO oder Berlin erinnert sich

DenkMalAmOrt – Denkmal am Ort – DMAO

In der Wohnung, im Treppenhaus, im Hof, im Keller, im Schrebergarten, bei der alten Tante weit in Köpenick, im Hinterzimmer eines Nazi-Günstlings wie es bei der Lale Andersson der Fall war, bis zuerst ihr Garderobier und später auch sie selbst in einem KZ landeten.

Berlin erinnert sich.

DENK MAL AM ORT  ist eine persönliche Erinnerung an einen Menschen oder eine Familie in Berlin, die während der NS-Zeit verfolgt wurde.
DENK MAL AM ORT findet statt an den authentischen Wohn- und Lebensorten in Berlin, in der ehemaligen Wohnung, im Hof, im Keller, im Treppenhaus oder vor dem Wohnhaus. Wir leben in Wohnungen mit Vergangenheit.

Am jeweils ersten Wochenende, das auf das Kriegsende in Berlin am 2. Mai folgt, werden Haus- oder Wohnungstüren in Berlin geöffnet und die Namen unserer ehemaligen Nachbarn, Bruchstücke ihrer Biografien, Verfolgungs- und Fluchtgeschichten werden sichtbar in Gesprächen, Lesungen, Installationen, Zeichnungen, Texten, Musik, Audio, Film, Poesie, Gesang und mehr.

www.denkmalamort.de
facebook.com/denkmalamort

Hier ist es, das pdf mit allen DMAO_2019_Veranstaltungen und Orten.
Es kann bequem überallhin verschickt und ebenso problemlos gelesen, vergrössert und ausgedruckt werden.

DMAO_2019_Faltblatt_als_pdf_DE

DMAO ist ein Projekt von drei Personen:

Jani Pietsch, M.A. Politische Wissenschaft, Geschichte, Philosophie – Historikerin und freischaffende bildende Künstlerin in Berlin
www.janipietsch.de

 

Marie Rolshoven, M.A. Theater- und Filmwissenschaft, Kunstgeschichte – Mitarbeiterin der Gedenkstätte Stille Helden Berlin und Mitmacherin des Ausstellungsprojekts Wir waren Nachbarn – Biografien jüdischer Zeitzeugen im Rathaus Berlin-Schönebergwww.marie-rolshoven.com

Florian Voß, ein junger Biologe, geboren 1973, Projektentwickler für Umwelt- und Bildungsprojekte, ist 2016 gestorben.

2019 sind es 14 Orte am 4. Mai und 12 am 5. Mai. Ich habe für Euch eins ausgesucht. Ich suche weitgehend unbekannte Geschichte aus, obwohl man sich an diesem Wochenend auch an Max Liebermann oder Albert Einstein erinnern kann. Eigentlich suchte ich einen Ort in der Krefelder Strasse in Moabit, wo ein arabischer Doktor, Mod (Mohamed) Helmy, eine jüdische Familie versteckte – die Erinnerung an ihn wurde von meinem Orthopäden gepflegt und er war  der, der das Schreiben eines Buchs über ihn vorgeschlagen hat. Wie das Leben es will, der Autor, Igal Avidan, ein Israeli, der seit über 30 Jahre in Berlin lebt, ist auch mein Bekannte. Er präsentiert sein Buch immer wieder auch in Berlin und es ist bei ihm oder bei dem Verlag käuflich zu erwerben.

Dann denke ich mir, dass auch ich bei dem Projekt mit machen könnte, um unsere beide Protagonisten, mit denen ich mich seit Jahren beschäftige, zu erinnern: Hermann Stöhr (links unten), der erste Kriegsverweigerer des 2. WK, hingerichtet in Plötzensee und Stanisław Kubicki, polnischer Maler, Vorreiter des Pazifismus und der Deutsch-Polnischen Versöhnung, zum Tode gefoltert in Gestapo Gefängnis Pawiak in Warschau.

 

 

 

 

Zum lesen gibt es darüber viel – man kann HIER starten.

Soll ich es machen. Schaffe ich es? Jedes Projekt bedeutet so unheimlich viel zu tun, was die Freischaffenden vor allem aus eigener Tasche und aus dem eigenem Kraftreservoir schöpfen müssen. Halte, Ewa, es ist ein Zukunftslied über die Vergangenheit. Kehren wir lieber zurück in die Gegenwart.

Aus dem diesjährigen DMAO-Projekt wähle ich eine Geschichte aus:

Nummer 10 am 4. Mai

Mommsenstraße 6, Hochparterre, 10629 Berlin-Charlottenburg
14 17 Uhr Ausstellung, Gespräch und Lesung (Deutsch und Englisch)
Im Gedenken an die ehemaligen Hausbewohner, Familie Fiegel, Familie Isaacsohn und Familie Selten, öffnen Dr. Wolf-Rüdiger Baumann und Claudia Saam ihre Wohnung. Die Geschwister Naomi und Paul Fiegel kommen aus Sydney (Australien), um an ihren Vater Bernhard und an ihre Großeltern Erna und Paul Fiegel zu erinnern.

S3, S5, S7, S9, S75 / Station Savignyplatz

Ein junger Soldat

Ewa Maria Slaska

Ich habe ihn vorher nie gesehen, obwohl ich mindestens Tausend mal über diese Straße in Schöneberg gegangen und in der Kirche nebenan Hundertmal gewesen bin. Hauptstraße 47 in Schöneberg, evangelische Paul-Gerhardt-Kirche. Der Patron (1607-1676) war ein lutherischer Theologe und gilt als einer der bedeutendsten deutschsprachigen Kirchenlieddichter.

***

Ein junger Soldat steht am Rand des Kirchenensambles, allein, schön und ausgesprochen menschlich, traurig ist er, weist keine Spur von Überheblichkeit, Arroganz, Standesdünkel auf.

Ich kampfe mich durch zu der Tafel an der Kirchenmauer, um zu lesen, wer er ist. Ich glaube nämlich, er ist wer, kein Symbol, sondern ein Mensch mit Namen, Adresse und Geburtsdatum.

Die Tafel ist versteckt hinterm Busch, man kann sich nicht durchboxen, um sie zu lesen. Auf dem Foto ist es genausowenig zu erkennen. Eines ist klar – es ist doch ein symbolisches Denkmal. Für die Soldaten des Ersten und des Zweiten Weltkrieges.

Ich schaffe es auch nicht, ihm näher zu kommen, so nah, dass ich sein Gesicht fotografieren könnte.

Wer war er?

Wie immer, es braucht ein wenig Geschick, um diese Frage zu beantworten.

In Wikipedia finde ich zuerst Infos über die Kirche: Die Paul-Gerhardt-Kirche steht direkt neben der barocken Dorfkirche Schöneberg und bildet mit weiteren Gemeindebauten ein grosses Bauensemble. Die ursprüngliche Kirche wurde 1910 vom Architekten Friedrich Schultze entworfen und war eine der wenigen reinen Jugendstil­kirchen in Berlin. Aufgrund ihres markanten runden Turmes verpasste ihr der Volksmund den Namen „Thermoskanne“. Die Bildhauerarbeiten führte der Künstler Robert Schirmer aus Berlin aus.

Die Kirche wurde im Zweiten Weltkrieg beschädigt, der Turm hatte seinen Kuppelhelm verloren, blieb jedoch ansonsten intakt und bestimmte noch bis in die späten 1950er Jahre die Silhouette von Schöneberg. Dann wurde die Kirche 1958-1962 nach Entwürfen von Hermann Fehling, Daniel Gogel und Peter Pfankuch neu gebaut. Seit 1995 steht sie unter Denkmalschutz.

Nach ziemlich langen Suchen finde ich den Text auf den Tafel:

UNSEREN GEFALLENEN KAMERADEN
1914 – 1918        1939 – 1945
KYFFHÄUSERBUND
BERLIN

Der Kyffhäuserbund, ein deutscher Soldatenbund, wurde 1900 gegründet.

Das Denkmal in Schöneberg wurde nach 1920 von einem (später) Nazi-Bildhauer, Hermann Hosaeus gefertigt.

Er schuf mehr als 50 Soldaten-Skulpturen und galt in der Weimarer Republik als Hauptschöpfer der Kriegerdenkmälern. Er schrieb auch ein Dekalog für Bildhauern, die ein Kriegerdenkmal zu gestalten haben. Erster Gebot lautete: Du wirst keine Heldenhaine entwerfen. Als künstlericher Berater des Kyffhäuserbundes bestimmte er massgebend die Zahl und das Aussehen der deutschen Memorials.

Interessant finde ich jedoch, dass die anderen Soldatenfiguren von Hosaeus genauso sind, wie ich meinte, dass es die Denkmäler sind – pathetisch, bombastisch, strengschauend, arrogant, agressiv, später auch muster-arisch… Sehr kriegerisch, halt. Nur der eine ist anders.

Sonntag, 6. April in Berlin

Anne Schmidt über Mieterdemo

Am 6. April schien die Sonne so unverstellt strahlend wie am 8. März dh. bei der Frauen-Demonstration, vom Himmel über Berlin. Dementsprechend voll war der Alexanderplatz, der zum Ausgangspunkt auch dieses Demonstrationsmarsches gewählt worden war.

Fotos: Chris Bakker

Je größer der Leidensdruck desto höher die Teilnehmerzahl bei Demonstrationen könnte man meinen, aber im letzten Jahr, als der Himmel nicht nur Sonnenstrahlen, sondern auch einige Schauer hinabschickte, war die Teilnehmerzahl an der Mietendemo ungefähr halb so hoch, obwohl 20.000 erboste Menschen in einem “Wutpulk” auch schon ein ansehnliches Potential darstellen, das jeder Politiker beachten und berücksichtigen sollte.

Schon im letzten Jahr wurden Unterschriften zur Enteignung von “Deutsche Wohnen” gesammelt, was jedoch in der Politik und auf dem Wohnungsmarkt so wenig Wirkung zeigte, dass in diesem Jahr nicht nur die “Deutsche Wohnen” an den Pranger gestellt wurde, sondern auch andere übermächtige Wohnungsbaugesellschaften, die ihre Wohnungen als Dukatenesel zu betrachten scheinen.

Die Unterschriftenlisten mit der Forderung zur Enteignung waren am Alex regelrecht umlagert. Schilder und Transparente wurden in Massen von Einzelpersonen, aber auch von Mietergemeinschaften getragen; eine Gruppe hatte sich im Stile der französischen Gruppe “Sans Papier” in Weiß gekleidet und weiß geschminkt, um ihre Schutzlosigkeit im Kampf um ihre Wohnungen zu unterstreichen.
Viele Parolen waren witzig und zeugten von der Kreativität ihrer Schöpfer; eine davon “Miethaie zu Fischstäbchen” ist inzwischen auf jeder einschlägigen Demo – meistens mit einer kunstvollen Illustration – zu sehen.

Der Zug, der in meinen alten Augen nicht enden wollte, führte vom Alexanderplatz durch Friedrichshain über die Spree nach Kreuzberg. Am späten Nachmittag wurden von mir die letzten Demonstranten vor ihrem bedrohten Mietshaus in der Dieffenbachstraße gesehen, wo eigentlich alle Häuser denkmalgeschützt sein müssten, geben sie doch die Kulisse ab für Andreas Steinhöfels berühmte Kinderbücher über Oskar und Riko und Harald Martensteins bissige Glossen über mehr oder weniger freundliche Mitmenschen.
Die Transparente an einigen Häusern zeigen jedoch jedem, der die Deutsche Sprache
lesen und verstehen kann, dass die alten Häuser in der Dieffe, wie die in vielen anderen lebenswerten Kietzen der Stadt, zu Spekulationsobjekten verkommen sind, die offenbar nicht den Schutz unserer Volksvertretung genießen.


Zugabe zum Text (vom Tagespiegel):

Przedwiośnie / Frühlingsanfang (2)

Joanna Trümner

Spacer

„Gdzie tu właściwie stał mur?“, zastanawiam się. W głowie pojawiają mi się obrazy opuszczonych dworców kolejki, dworce-widma linii 8 ze kroczącymi po peronach żołnierzami z bronią w ręku, tak jakby mijające ich pociągi w drodze do zachodnich sektorów miasta były realnym zagrożeniem życia: Alexanderplatz, Jannowitzbrücke, Weinmeisterstraße. „Strażnicy pokoju” chodzili po peronach w milczeniu, zawsze dwójkami, „pewnie jeden drugiego pilnuje”, myślałam mijając ciemne stacje, zastanawiając się równocześnie, co by się stało, gdyby pociąg nagle się zepsuł i pasażerowie zmuszeni byli do opuszczenia wagonu. Moje azylanckie papiery nie były najlepszą rekomendacją po złej stronie muru…

Pod mostem S-Bahnu na Wollankstraße odkrywam na chodniku napis „Berliński Mur, 1961-1989“. Trochę czasu zajmuje mi zorientowanie się, która część ulicy była częścią wschodnią, nigdy nie mogłam polegać na moim zmyśle orientacji. We wschodniej części Wollankstraße kamienice są świeżo odnowione, niektóre z nich wyglądają jak domy patrycjuszy. Idę w kierunku zachodnim, czyli w kierunku dzielnicy Wedding. Mijam kolejne przecznice, próbując odnaleźć ulicę, która była pierwszym z moich szestnastu adresów w Berlinie. Maleńkie, jednopokojowe mieszkanie z toaletą na półpiętrze, które zaprzeczało moim wyobrażeniom o standardzie życia na Zachodzie. Krótki postój w mieszkaniu koleżanki, nieporozumienie i koniec czteroletniej przyjaźni. Pierwsze wielkie rozczarowanie w nowym mieście. „Jak dobrze, że musiałam się wtedy zajmować tysiącem innych spraw”, myślę.

Poddaję się, nie jestem w stanie rozpoznać ani ulicy, ani domu, w którym mieszkałam. Im głębiej zapuszczam się w Wedding, tym mocniej dociera do mnie, że ta kiedyś robotnicza część miasta przemieniła się z biegiem lat w dzielnicę dla ludzi bez pracy i obcokrajowców. Dzielnicę, w której nikt z oburzeniem i niesmakiem nie patrzy na bezdomnych, oblegających w to piękne, wiosenne popołudnie wolne ławki i murki. Zastanawia mnie zaskakująco duża ilość sklepów „Spätkauf” – kiosków z piwem i papierosami – od dawna odnoszę wrażenie, że te usługi wyrastają jak grzyby po deszczu wyłącznie w dzielnicach, których mieszkańcy mogliby dokonać zakupów o każdej porze dnia.

Wracam do wschodniej części ulicy. Dociera do mnie wymiar globalizacji, totalnej globalizacji, której świadkami są zarówno Wschód jak i Zachód. „Usuwanie owłosiena metodą brazylijską”, „Paznokcie z Chicago”, o kilka domów dalej „Paznokcie z Tajlandii”, „Kebab z Ankary” i szczęśliwy Budda machający mi na powitanie ręką z okna indyjskiej restauracji mogliby znaleźć się w każdym mieście świata.

Spaziergang

„Wo stand hier eigentlich die Mauer?“, überlege ich und suche nach der unsichtbaren Grenze. Auf einmal tauchen in meinem Kopf längst vergessene Bilder von verlassenen Bahnhöfen, Geisterbahnhöfen der U-Bahn Linie 8 und bewaffneten Soldaten auf den Bahnsteigen… Alexanderplatz, Jannowitzbrücke, Weinmeisterstraße – Angst, mulmiges Gefühl und die Frage: „Was wäre, wenn der Zug auf einmal halten würde? Eine Panne, ein Notfall?…“ „Nichts wie weg hier, weit weg…“

Kurz vor der S-Bahnbrücke in der Wollankstraße finde ich endlich einen Gedenkstein, der die nicht länger sichtbare Grenze erwähnt: „Berliner Mauer, 1961-1989“. Daten, die jeder in meiner Generation auswendig kennt. Daten, die für die Generation meiner Kinder kaum Bedeutung haben. Für sie gibt es keine geldgierigen und arroganten „Wessis“ und keine unproduktiven „Jammerossis“, die ihr Leben nicht im Griff haben. Unsere Generation vererbte die jahrzehntelang aufgebauten und gepflegten Vorurteile nicht weiter.

Ich mache mich auf den Weg Richtung Wedding, Richtung Westen. Schon wieder… Von dem „goldenen Westen“ blättert das Gold mächtig ab. „Gewinner des berliner Fassadenwettbewerbs“ sind eher im Ostteil der Straße, in Pankow, zu finden. Bis auf ein wunderschönes Backsteinhaus mit weißen Ornamenten in der Wollankstraße 96. Und die „Raucherkneipe mit Pfiff“, die allen Nicht-Rauchern zum Trotz im leuchtenden hellblau fröhlich strahlt.

Ost- und Westteil der Wollankstraße vereinigt inzwischen eine totale, unaufhaltsame Globalisierung, „Haarentfernung brasilianische Art“, „Chicago Nails“ und der lachende Buddha im Schaufenster eines indischen Restaurants könnten ihre Dienstleistungen überall auf der Welt anbieten.

Das Bild / pocztówka: Blick vom S-Bahnhof Wollankstraße (West) Richtung Wollank- und Brehmestraße (Ost) 1988 / Widok ze stacji kolejki Wollankstrasse (Berlin Zachodni) w kierunku Wollankstrasse i Brehmestrasse w Berlinie Wschodnim, 1988

Momente zum Frühlingsanfang

Tibor Jagielski


freitag, der fünfzehnte war in b. sonnig und warm, liebe freundin
noch vor dem sonnenaufgang fuhr ich mit dem fahrrad los, halbe stunde früher als normal,
weil die bvg streikte und ich sollte diesmal ohne tram und untergrundbahn auskommen;
kurz vor der s-bahnstation eichborndamm musste ich plötzlich bremsen und absteigen,
da ein pulk aufgebrachter und sichtlich verwirrter nahverkehrbenutzer, falschlicherweise, hinter mir (in bester laune) ein linienbus zu erblicken
vermochte; na, jedenfalls, es war hart, und ich habe alle meine synapsen, dendriten und alle muskeln angestrengt um die collision zu
vermeiden, uff, das war knapp!
und trotzdem, ich habe  mich verspätet, 20 minuten, ja, und das wurde aufgenommen und wohl registriert, da wir nicht in schwabenland sonder in preussenhand wohnen
– stimmt? – frage ich erna
sie miaut zurück.
– …und liebe grüsse an freundin –
– ja, schreibe ich auf!

Erik Satie, Gymnopédie No. 1

errata (3)
ordnundsamt diesmal abgewimmelt
(stehen im parkverbot, habe auf karneval gemacht,
wie das klappte wird mir für ewigkeit ein rätsel bleiben);
am ende der schicht den schlüssel von der letzten tour einfach mitgenommen
doch, dem himmel sei dank, lief der chef hinter mir her als ich richtung s-bahn schlenderte
– herr j.- rief er – der schlüssel von frau d.!!! –
o jeses! den fand ich in meiner linken tasche
peinlich erleichtert fuhr ich nach hause
————————————————————
gewitter kam und hat mich gewaschen
ich blickte gen himmel
und sah den reiher gegen den wind tanzen
und springen mit großer geschwindigkeit
und erst dann merkte ich was ich vergessen habe
mich selbst

Pani Bożenka, pani Hanka i augurowie

Bożenka / Pani Hanka

Um 9 Uhr in Berlin / O 9 rano w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Es war Donnerstag, kein Feiertag, keine Ferien, aber die Strassen sind leer. Die Sonne scheint und ich beobachte, wie sich Berlin so gibt.

Był czwartek, normalny dzień roboczy, ale ulice dziwnie puste.
Idę sobie wolnym krokiem i patrzę na Berlin.

We dwoje / Zweisamkeit


Najpierw poczytali, a potem wypili po drinku? Pani z panem? / Zuerst haben die beiden gelesen, und dann einen Drink genossen, oder umgekehrt? Sieht nach Frau und Mann, oder?

Koty / Katzen

Ich katze dich

Słoiki czyli Gläser