Turysta polski

Krystyna Koziewicz

Od kiedy dla Polaków świat się otworzył, wyjeżdżamy za granicę nie tylko w poszukiwaniu pracy czy osiedlenia się, lecz – coraz częściej – w celach turystycznych  i to jest fajne, bo przez to nasz wizerunek się zmienia, ku zaskoczeniu np. hotelarzy. Rezerwujemy noclegi, wykupujemy Visit Cards, jadamy w restauracjach i mało kto, jak to bywało w przeszłości, chodzi z kanapkami w torbie czy nocuje u znajomych. Właściwie, to długo zastanawiałam się, czy opisać przypadek wizyty dwóch Rodaków w stolicy europejskiej.  Niby to żadna rewelacja, ale jednak, podpatrując rzeczywistość, nie sposób przemilczeć… ale o tym za chwilę. W każdym razie Rodacy z wizytą w Berlinie… Otóż, znajomi migranci z Polski od 30 lat zamieszkali w pewnej metropolii europejskiej, biznesmeni, jak powiadają: własna działalność gospodarcza, wysokie dochody,  podróże po świecie, super auta. Przyjechali na cztery dni do Berlina z planem zwiedzania muzeów na Museum Insel, Nikolai Viertel, Reichstagu, Checkpoint Charlie, Muzeum Stasi, Muru, Holokaustu, Jüdisches Museum, Topografia Terroru i…i…i…

Spotkaliśmy sie w hotelu pięciogwiazdkowym. Miałam im dostarczyć informacji, jakiej potrzebowali. Pokój dwuosobowy, eleganckie umeblowanie, w hotelu wszelkie wygody, sauna, jaccuzi, siłownia etc. Rozglądam się po pokoju i ze zdziwieniem odnotowuję leżące na stole góry jedzenia – kanapki, owoce, jogurty, ciasteczka. Początkowo myślałam, że przywieźli ze sobą, ale nie, panowie z radosną miną opowiadają, jak pakowali te pyszności w jadalni hotelowej, jak personel ciągle musiał uzupełniać znikające pieczywo, wędliny, owoce. Z zadowoleniem chwalą się, ile  wynieśli i że wystarczy im tego na cały dzień. Nawet chcieli częstować. Ach, pomyślałam, czepiasz się, Krysiu, to na pewno jednorazowy precedens, tylko dzisiaj, bo dzień się zapowiada intensywny. Ale… następnego dnia znowu zobaczyłam pełną reklamówkę jedzenia i usłyszałam rewelacje, jak obserwowały ich kelnerki, zachęcające do najedzenia się do syta, proponujące kiełbaski, jajecznicę… Zapewne miała to być sugestia, żeby najeść się do syta na miejscu, a nie wynosić. Teraz już mi mina zrzedła na dobre. A panowie z oferty kelnerki nie dość, że skorzystali, to i tak „udało” się pozabierać kilka jaj, jogurtów i kanapek na przysłowiowe zaś. Jednym słowem przez trzy dni nasi turyści brali na wynos, ile się dało i co się dało.

sniadaniehoteloweNo cóż, my Polacy mieszkający w Niemczech, dbamy o pozytywny wizerunek, zależy nam, by mówiono o nas dobrze. Staramy się dostosować do norm prawnych, obyczajów, zasad ogólnie przyjętych. Panowie odjechali do swoich domów pozostawiając, mniemam, w tym hotelu nieciekawe wspomnienie. Nie zdziwmy się zatem, kiedy w jednym z berlińskich hoteli nad polskim gościem będzie czuwała kelnerka patrząc mu na ręce. Nie dziwmy się….

Reblog: Clara Immerwahr

Blog You Go, Girl! prowadzony jest przez osobę (piszę “osobę”, bo nie wiem, ale jestem przekonana, że jest to kobieta) skrytą za pseudonimem Loris Cli Toris, ten zaś wiąże się (dla mnie) z życiem wydawniczym i odważną świadomą kobiecością. To blog o kobietach. Jego bohaterkami są “pionierki, prekursorki, kobiety nauki, matki wynalazków”.

Poniżej motto blogu i jego aktualny header. Oba piękne. A pod spodem reblog wpisu o niezwykłej kobiecie. Uzyskałam od autorki wpisu zgodę na zreblogowanie już dawno, ale to właśnie teraz, gdy jadę na konferencję naukową we Wrocławiu, przyszła ta właściwa chwila, kiedy trzeba koniecznie napisać o Klarze Immerwahr.

“Nobody took me seriously. They wondered why in the world I wanted to be a chemist when no women were doing that. The world was not waiting for me” ~ Gertrude Elion

cropped-yougogirl1

Clara Immerwahr
wpis opublikowany 9 czerwca 2013 by Loris Cli Toris

W czerwcu urodziny obchodziłaby Clara Immerwahr, kobieta która przede wszystkim powinna być symbolem moralnej odpowiedzialności naukowców. Mimo to w przerażającej liczbie notatek i opracowań występuje jako żona swojego męża. Wszak dorobek jej życiowego partnera jest nie byle jaki – odkrycie metody syntezy amoniaku, królestwo nawozów azotowych, wczesna sława, uznanie… i tysiące śmiertelnych ofiar. Jednak nie to ostatnie jest najczęściej wspominane w kontekście jego osoby, bowiem Fritz Haber, mąż tragicznie zmarłej chemiczki Clary Immerwahr, twórca iperytu i cyklonu B, był jednym z laureatów Nagrody Nobla.

ios_immerwahrmain
Clara urodziła się 21 czerwca 1870 roku niedaleko Wrocławia, w żydowskiej, liberalnej rodzinie. Od dziecka razem z rodzeństwem pobierała prywatne korepetycje, po których rozpoczęła naukę w szkole dla dziewcząt. I choć interesowała ją głównie biologia i chemia, od nauczycieli przez lata słyszała jedynie o specyficznej sferze zawodów kobiecych, dalekich od jej pasji. W czasie, gdy jej siostry planowały już wyjście za mąż, Clara zazdrościła bratu możliwości studiowania i doktoryzowania się na Uniwersytecie w Berlinie.

Do Wrocławia przeprowadziła się wraz z ojcem po śmierci matki, w 1890 roku. To właśnie tam na jednej z lekcji tańca poznała swojego przyszłego męża, Fritza Habera, studenta żydowskiego pochodzenia. Ich drogi rozeszły się na ponad dekadę, gdy dziewczyna odrzuciła jego pierwsze oświadczyny. Przerażała ją wizja ekonomicznej zależności, scenariusz tak chętnie akceptowany przez kobiety jej czasów. Z myślą o nowych perspektywach postanowiła ukończyć seminarium nauczycielskie, gdzie po raz kolejny, ku uciesze ojca chemika, na każdym kroku udowadniała swoje zdolności i zapał do nauk ścisłych. Drogę do samodzielności rozpoczęła na stanowisku guwernantki. (…)

Dalej

Clara Immerwahr do dziś bywa opisywana w pierwszej kolejności jako żona laureata Nagrody Nobla, człowieka którego działalność oprotestowała w ostateczny i najbardziej wymowny sposób. Historycy przywrócili jej głos dopiero w latach 70 XX wieku.

W 2011 roku Uniwersytet Wrocławski odsłonił tablicę upamiętniającą tę bezkompromisową postać.

tablica-clara-immerwahr

Loris! Dziękuję!

Puppendienstag: Bine

Bine4.webIch habe Gertraud Pohl gebeten, mir das Material für zwei Dienstage zuzuschicken, da ich verreise. Die Antwort kam sofort. Und sehr überraschend.

Liebe Ewa,
wie könnte ich dir einen Wunsch abschlagen? weisst du, dass du astrologisch gesehen eine gradgenaue Übereinstimmung der Position deines Mondes mit meiner Sonne hast – was besagt, dass ich auf dich reagiere wie eine Mutter auf ihr geliebtes Kind? Wie gefällt dir das?

Hier also der erste Puppendienstag:

Es scheint, als könnte ich mir selber nicht “treu” bleiben – es gibt doch neue Fotos – und so werde ich der Jahreszeit entsprechend mit Bine beginnen. Wir waren am 14.11.2013 in Potsdam im Park von Sanssouci auf der Suche nach Motiven, die den grauen Herbst vergessen lassen.
Hier meine “Ausbeute”
mit sehr lieben Grüssen

Bine3-5

Bine2.webBine1.web

– bei den Türken im Baumhaus –

Tanja Levy und Joasia Silberstein berichten: 

Flug Berlin Antalya.turcja01Großer Schreck: wir werden den Urlaub mit dem deutschen Verwaltungsapparat verbringen. Es scheint, als ob sich die Mitarbeiter sämtlicher Job-Center und Finanzämter Brandenburgs und Sachsens in diesem Flugzeug versammelt haben.

Erster Gedanke:  Smolensk! Wenn dieses Flugzeug abstürzt, kann Deutschland zumachen…

Aber, oh Wunder, Glück und Zauber: Nach einer zweistündigen Reise mit Bus und Sammeltaxi von Antalya nach Olympos, hat sich der Verwaltungsapparat in Luft aufgelöst. Stattdessen: 90 % türkische Hippie-Touristen, 7 % laut kommunizierende Amis, 3 % intellektuelle Franzosen und wir.

Ach ja, und die Russinnen. Daran zu erkennen, dass sie in romantischen Lycra-Kleidchen, die Lippen zum Kussmund, Po und Busen reckend, in den alten lykischen  Ruinen posieren und sich gegenseitig fotografieren.

Olympos: Ein kleines Dorf, rechts und links von einem Bergmassiv gesäumt – eigentlich nur eine Straße.

Naturschutzgebiet und Ausgrabungsstätte zugleich.

turcja02

Folge: keine Drei Sterne vier Sterne fünf Sterne Hotels aus Plastik&Beton. Statt dessen: Baumhaus-Areale.

turcja03
Kein Häuschen hat mehr als ein Stockwerk. Überall weiche Podeste und Hängematten – Laden ein zum ausdösen und ausruhen – und Essen im Liegen wie die alten Römer.

Der Weg zum Strand führt durch ein Freiluftmuseum. Vorbei an 2000 Jahre alten Gräbern und Amphitheatern.

turcja04Wir wohnen im Baumhaus.
Zehn Stufen-Leiter, und im Baum ist dann das Haus, also ein Bretterverschlag.

turcja05Zwei Matratzen, eine Glühbirne, und eine Steckdose, das war’s. Aber wo anders kann man sich die Zähne putzen, im Garten, zwischen Feigenbäumen, Auberginen-Sträuchern und Granat-Äpfeln und dabei auf ein riesiges Bergmassiv gucken?

turcja06

Am zweiten Tag entdecken wir Fukushima Mitarbeiterinnen am Strand. Hmmm, eigentlich sehen die Moscheen auch aus wie Atomkraftwerke, oder zumindest wie Raketen-Stützpunkte. Mit den zwei Spitzen Türmchen die scharf in den Himmel ragen.

Bei genauerem Hinsehen stellen wir fest: die AKW-Mitarbeiterinnen sind Frauen muslimischen Glaubens, die Strandburkas tragen, also Ganzkörper-Anzüge mit Kapuze – eine perfekte Mischung aus Burka und Bikini, und tatsächlich, sie heißen sogar Burkinis.

Gözleme locken. Damen mit Piratentuch und Blümchen-Hose lächeln uns wie die Sirenen von ihren Öfen aus zu. Mehrmals überlegen wir, an welchem Tag wir unserer Vollpension fremdgehen und diese türkisch native Köstlichkeit essen. Schließlich ist es soweit – zur Einstimmung summen wir schon Vormittags Gözleme,Gözleme,Gözleme… Doch was so authentisch, urwüchsig aussieht, schmeckt fader als Aldi-Toast von gestern… nein, nein, das können unsere Mädels aus der Müllerstraße im Wedding wirklich besser…

Am vierten Tag besteigen wir den Yarnatas, auch Chimaira genannt, einen Feuer spuckenden Berg. Dort hat einst die Chimäre, das Mischwesen aus Löwe, Ziege und Schlange gewohnt. – Und tatsächlich: aus den Löchern im Felsen züngelt Feuer

turcja07– das ewige Feuer! Es brennt hier schon seit der Antike. Die Türken sind praktisch veranlagt: Sie rösten über den Flammen ihre Sucuk-Wurst.

Am fünften Tag machen wir eine Bootstour.
turcja08

Ein Ausflug in eine Rolex-Werbung:
turcja09

wir cruizen an der türkischen Riviera entlang, planschen in einem Farbrausch aus Türkis,
turcja10

zählen die 2m-grossen Carette-Schildkröten, es ist einfach technicolor, bloß echt.

Die Fenster in unserem Baumhaus sind ins Holz gesägte Löcher – natürlich ohne Glasscheiben.turcja11

Zwischen den Brettern unseres Verschlags ist Platz genug für alle Insekten der Türkei. Und sie kommen auch gern. Am letzten Tag entdecken wir, dass eine Wespe,

turcja12

wir haben sie Schlamm-Wespe getauft, ein Haus auf Tanjas Jacke gebaut hat. Aus Ton. Perfektes Töpfer-Handwerk. Im Inneren zwei gelähmte Spinnen. Die sollten wohl den frisch geschlüpften Wespen als Willkommens-Dinner dienen. Schweren Herzens haben wir ihr Kunstwerk zerstört – Die Arbeit von einer Woche, auf Wespen-Zeit umgerechnet wahrscheinlich die Arbeit von einem Jahr…

Und während die Schlammwespe total desorientiert nach ihrem Haus suchte, fuhren wir ganz und gar farb-erfüllt nachhause.

turcja13

Poezja – Poesie – Poetry / Stanisław Kubicki

Tekst zreblogowany z zaprzyjaźnionego bloga W altanie przy kawie, gdzie został opublikowany w poniedziałek, 14 października 2013 roku. W altanie wiersze pojawiają się w poniedziałek, u nas w niedzielę, zostańmy jednak w tytule przy poniedziałku, bo tak to autor zadecydował (Uwaga z roku 2020: Od roku 2018 blog W altanie przy kawie przestał istnieć, podobnie zresztą jak wspomniane też w zakończeniu tego wpisu blogi Qra czyli kuchnia i kultura oraz Jak udusić kurę, czyli to, czego (dziwnym trafem) panny po 30 nie wiedzą, a wiedzieć powinny. Wszystkie te blogi zniknęły na wieki, gdy Gazeta Wyborcza jedną decyzją zlikwidowała portal blox.pl i miliony stworzonych na nim blogów.)

Reblog: Wiersz na poniedziałek – Stanisław Kubicki

Pharlap

Poezja tłumaczy się sama. Poniedziałkowe wpisy poetyckie to, jak dotąd, czysta poezja, bez wyjaśnień czy komentarzy. I tu właśnie jest pies pogrzebany czy też… da liegt der Hund begraben. Niech poniższe zdjęcie wyjaśni o co mi chodzi…

kubi

Spotkaliśmy się pewnie wszyscy z powiedzeniem – lost in translation – zgubione w tłumaczeniu. Jakże to prawdziwe w odniesieniu do poezji. Dlatego warto zwrócić uwagę na Stanisława Kubickiego – poetę, który “tłumaczył sam siebie”. Okres dwujęzyczności trwał tylko trzy lata. Przedtem i potem poeta pisał wiersze w obu językach, ale już ich nie tłumaczył.

Które wersje językowe zostały napisane pierwsze, a które są tłumaczeniem? To pozostanie tajemnicą.

O wschodzie słońca w dzień świąteczny

Dzisiaj jak kryształ jestem
w Twoim ręku —
kryształ zbudzony
słonecznym promieniem.
I łono pełne mam
blasków i tęczy,
załamań światła
i barwnych obręczy.

Promienny idę Twoją myślą, Panie,
którąś we mnie wzbudził,
jak prąd w obiegu
w sąsiednich pętlinach
prądy budzi
i drgnienia poddane.

Kiedyś przez szkiełka i krople świeczników
dziecko zdziwione —
świat widziało krasny —
i po pokojach chodziło i sieniach
całe jak we śnie
i rajskich promieniach.

I myślę:
dzisiaj Bóg przez mnie patrzy
na dzieło swoje
———-
i wzrok Boga jasny.
—

Sonnenaufgang an einem Festtage

Heut bin ich wie ein Stück Glas
in Deiner Hand —
licherweckt —
Innen voll
Regenbogen
Brechungen, Kreisen
brechenden Lichts.

Leuchtend wandle ich Deinen Gedanken
den Du erweckt in mir,
ein Strom umlaufend,
der Zuckungen erregt
in benachbaren Drähten.

Ernst sah ich das erstaunte Kind
in bunten Lupen die Welt
in den Prismen and Behang
entlag der Zimmer und Flure
ganz in Traume
strahlenbetäubt

Ich denke mir:
Heut sieht Gott durch mich
Sein eigen Werk
Leuchtenden Auges —

W prezentowanej powyżej książce znalazłem bardzo znamienną informację – otóż Stanisław Kubicki odczuwał dotkliwie brak modernistycznej tradycji w języku polskim i ograniczało to mocno jego twórczość w tym języku. Jakże to zbieżne z filozofią Ludwiga Wittgensteina. Chciałoby się powiedzieć – język określa świadomość.

Ewa Maria rzuciła mi propozycję do odrzucenia – spróbuj przetłumaczyć to na angielski. Pierwsza reakcja była negatywna – nigdy nie tłumaczyłem żadnych utworów literackich, a co dopiero poezji. Do tego klimat powyższego utworu nie jest mi bliski. Uznałem jednak, że w moim wieku nie mam już wiele do stracenia i przetłumaczyłem. I tutaj zaskoczenie – we wszytkich krytycznych punktach bardzo pomocna była mi wersja niemiecka.

Wynik poniżej…

At sunrise on a Holy Day

Today, I’m like a crystal
in Your hand –
crystal awakened
by a ray of sun.
I am filled
with glitters and rainbow,
refraction of light
and colourful rims.

Radiant I follow Your thought, O Lord,
which You induced in me,
like current in the circuit
raises currents
and tremors
in neighbouring coils.

Once through glass and drops of candelabrum
wondering child –
saw a blooming world –
and wandered through rooms and hallways
all as in dream
and heavenly rays.

And I think:
today God looks through me
at his own work
———-
and his sight is bright.

Czytając wiersze często staram się znaleźć właściwą dla nich melodię. W tym przypadku nie miałem wątpliwości – Mache Dich, mein Herze rein – z Pasji wg św Mateusza…

PS. Prezentowaną na zdjęciu książkę Lidii Głuchowskiej wydało Towarzystwo Literackie WIR (MY) – założone i prowadzone w latach 1994-2014 przez Ewę Marię Slaską – Qrę Alfa, w której gnieździe wylągł się również nasz obecny blog. Często wracam do tego gniazda i jest ono dla mnie źródłem coraz to nowych odkryć. Zaglądam również do obecnego blogu Ewy Marii i właśnie tą drogą stałem się właścicielem powyższej książki. I to z autografem autorki!
Warto wracać.

Stare papiery 1 – Alfonsina i bibułka

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

papiery
Papiery są naprawdę stare, najstarsze z 50 albo 51 roku, są szare, bure i łaciate, po prostu papierowy świat. Kruszą się, blakną… Trafiłam do nich szukając informacji o tym, kiedy Mama tłumaczyła wiersze Alfonsiny Storni. I oczywiście szukając samych tych tłumaczeń. Nie wiem czy znajdę tłumaczenia, karton papierzysk jest ogromny, ale już znalazłam pewną propozycję wydawniczą, którą Mama złożyła w Wydawnictwie Morskim w sprawie wydania trzech tomików poetyckich.

Są to:

1. Federico Garcia Lorca – “Ballada o trzech rzekach”
2. Rafael Alberti – “Pełne morze”
3. Alfonsina Storni – “Swiat siedmiu studni”
/w opracowaniu. Przekłady nigdzie nie publikowane/.

Maszyna nie miała dużego ś. Oferta została napisana 15 listopada 1982 roku.
Do oferty zbiorczej Mama dołączyła trzy osobne karteczki z opisem poszczególnych tomików.

OFERTA
Proponuję wydanie w “Serii z portrecikiem” tomu poezji Alfonsiny Storni /1892-1938/. Twórczość tej wybitnej poetki argentyńskiej jest w Polsce całkowicie nieznana. Tom będzie zawierał 80 – 100 utworów poetyckich w moim wyborze oraz przekładzie z hiszpańskiego.
Ponadto przewiduję zamieszczenie krótkiej biografii poetki oraz – w razie potrzeby – objaśnienia i komentarze.
Tytuł roboczy: “Swiat siedmiu studni”.
Załączam notkę biograficzną oraz 7 wierszy w moim przekładzie.

Niestety, na razie nie znalazłam w papierach ani notki, ani oryginalnych tłumaczeń. Mogły to być te same, które potem, latem 1985 roku ukazały się w szczecińskim biuletynie “Między innymi”.

alfonsina0
Niepewnie się czuję, pisząc to wszystko, bo mieszkałam wtedy w tym samym domu (wyjechałam w styczniu 1985 roku), drzwi w drzwi z Mamą, widywałyśmy się kilka razy dziennie, rano – było to jednak jej rano, nie moje, ja miałam małe dziecko i wstawałam rano, zresztą w ogóle jestem rannym ptaszkiem, a Mama zawsze była człowiekiem nocy, o czym już kiedyś pisałam – piłyśmy herbatę, po południu jadłyśmy obiad – i znowu, nie mylmy sytuacji, które u nas były na odwrót niż u normalnych ludzi, bo to Mama do mnie przychodziła coś zjeść, a nie ja do niej. Byłyśmy razem, Lorca i Alberti byli tak dalece tematami codziennej rozmowy, że mój syn latami był przekonanany, że lorka to jakiś stopień związków rodzinnych: dziadek, ciocia, lorka. A tymczasem Mama nie mówiła nic o tym, że tłumaczy Alfonsinę, że ma w związku z nią plany czy pomysły wydawnicze.

alfonsina1Korespondencję z biuletynem “Między innymi” Mama nawiązała w roku 1984, kiedy to szczeciński pisarz Jerzy Pachlowski przekazał redakcji kilkanaście tłumaczeń Albertiego. Ukazały się latem następnego roku. Redakcja zaproponowała dalszą współpracę i Mama 24 września 1985 roku odpisała, że chciałaby, aby następną jej publikacją u nich były tłumaczenia Alfonsiny.

OK, wtedy już mnie nie było, ale pisałyśmy do siebie, telefonowałyśmy, w grudniu 1985 roku Mama po raz pierwszy przyjechała do mnie z wizytą do Berlina. Mogła przywieźć w prezencie ten biuletyn, zwłaszcza, że z korespondencji z redakcją wynika, że nie tylko otrzymała dwa egzemplarze autorskie, ale, jak zwykle zresztą, zakupiła na własny koszt 15 dodatkowych egzemplarzy.

alfonsina2Mogła, ale nie przywiozła. Nie dała go też mojej siostrze Kasi, bo w końcu my obie nic o nim nie wiedziałyśmy. Gdy w 10 lat później założyłam Stowarzyszenie i zostałam redaktorką czaspisma literackiego WIR, Mama publikowała u nas tłumaczenia Lorki, Hartlebena, Martina Pohla, Maschy Kaléko, ale nigdy nawet się nie zająknęła, że mogłaby nam dać do druku Alfonsinę.

Będę szukać dalej, oczywiście. I donosić w soboty o tym, co znalazłam. Niekoniecznie zresztą o Mamie, bo z papierów wyłaniają się też sprawy wcale nie spodziewane. Jak np. bibułka i farba.

Znajduję na szaroburej przebitce notatkę bez daty:

bibulkaDo
Członków Sekcji Grafiki
Zarząd Sekcji wykupił z Desy bibułkę japońską, format arkusza 47 x 47 cm, cena 52 gr.

Koledzy chcący nabyć bibułkę proszeni są o składanie zgłoszeń /zapotrzebowań/ w biurze Okręgu w nieprzekraczalnym terminie do dnia 28 października br podając iloś- arkuszy.
Próbka do wglądu w biurze Okręgu.-

No tak, bibułka. Najciekawsze, że w starych papierach poniewiera się… kawałek bibułki.

Ale też farba. Pisemko na żółtej (pożółkłej) ćwiartce papieru. Kto jeszcze tak mówi – ćwiartka?

                                           18 styczeń 1966
Zjednoczenie Przemysłu Graficznego
Wydział Produkcji
Warszawa
ul. Jasna 26
Uprzejmie proszę o udzielenie mi zezwolenia na nabywanie farby drukarskiej czarnej i kolorowej w Gdańskiej Fabryce Farb Graficznych. Farba potrzebna mi jest do pracy artystycznej (odbitki drzeworytowe). Załączam zaświadczenie Związku Polskich Artystów Plastyków.

Drogi czytelniku (i czytelniczko!), koniecznie przeczytaj teraz wpis na tym blogu z 27 października o Alfonsinie Storni i Mamie. Wpisu o Mamie i Ludziach Nocy z blogu “Jak udusić kurę” z 10 października 2011 roku nie mogę Ci niestety polecić, wpis zniknęł, podobnie jak cały blog, a także (i przede wszystkim) blogowy portal blox.pl. Jeszcze długo miliony blogerów będą go opłakiwać, ale to już jest zupełnie inna historia.

Za tydzień, w sobotę – poszukuję Sławomira Bołdoka

Sandra i Kosandra

czyli Ewa Maria Slaska o rzeźbach Barbary Ur

barbara0Powiedzmy sobie, nie wdając się w zbytnie a zbędne dywagacje – te rzeźby są super!

Barbara Ur (Ur to skrót od drugiego imienia artystki – Urszula) jest polską malarką i rzeźbiarką. W sierpniu tego roku skończyła 80 lat. Mieszka w Berlinie z mężem, Andrzejem Piwarskim, malarzem, ale oboje jeżdżą też  bez przerwy, to do Gdańska, skąd kiedyś wyjechali do Niemiec, to do Tuchomia na Pomorzu, gdzie założyli Europejskie Laboratorium Sztuki.

barbara3Pisze wiersze. Jak sama mówi, proste. To jeden z najstarszych, napisany, gdy była kilkunastoletnią panną. Do dziś go pamięta i dyktuje mi z głowy.

barbara-pion3Ach jak cudownie, o Boże
Już tam na Wschodzie
świecą się zorze
Wszystko spowite
w srebrzystej mgle
Pociąg z szaloną szybkością mknie
Mknie on z szybkością szaloną
jak czarny złowroki ptak
bo ma on drogę zmierzoną
przez naszej ziemi szlak.

Po latach wiersze wyzbywają się panieńskich egzaltacji, stają się znacznie bardziej powściągliwe. Barbara twierdzi, że tę powściągliwość wzięła od Staffa.

Zmęczony starzec marzył barbara-pion2
o zimowym śnie drzew
zasłuchanych w ciszę
Zasnął
Młodość wrócił mu sen
Nie zbudził się o świcie

Lub ten, też podyktowany z pamięci:

Było wielkie ognisko
gorące radosne
wszystko było
Dzisiaj w popiele
szukam
choć maleńkiej iskry
Pada deszcz  barbara-pion1

Oglądam te rzeźby i nie mogę się oderwać. Robią na mnie niezwykłe wrażenie – i ślub w białej ceramice, i egipska Madonna, której dziecko wspina się po plecach jak małpka, ale przede wszystkim te dwie czerwone boginie – Sandra i Kosandra – z włosami z łańcuchów.

I myślę sobie, że może jednak trzeba było chcieć się dorabiać i posiadać. Zawsze byłam zdania, że nie chcę, postępowałam w zgodzie z tą zasadą i rzadko kiedy żałowałam tej decyzji. Ale w pracowni Barbary rozmyślam o tym, jakby to było mieć dom w ogrodzie, za domem sad, a w sadzie te ceramiczne kobiety.
Przede wszystkim Sandrę i Kosandrę.

barbara5barbara6

Reblog: Münchener Kunstfund

reblog-muenchener-kunstfund

reblog-muenchener-kunstfund2Der Münchner Fund von 1400 Gemälden und Papierarbeiten in einer Schwabinger Wohnung, die zuletzt von dem 1933 geborenen Cornelius Gurlitt bewohnt wurde, beschäftigt nicht nur die Augsburger Staatsanwaltschaft, sondern auch die Kunstgeschichte. Während Ermittler der Staatsanwaltschaft, Zollfahnder und Polizisten Indizien und Beweise zusammentragen, müssen Kunsthistoriker Originale begutachten, in Datenbanken nachforschen und die Archive von Koblenz bis Washington auf den Kopf stellen. Der Münchner Fund ist ein einzigartiger Fall, wegen der Menge der Bilder: Alle stammen aus den Beständen des Kunsthändlers Hildebrand Gurlitt (1895 bis 1956), der vor allem im Nationalsozialismus Karriere machte.

reblog-muenchener-kunstfund3

Auch aus einem zweiten Grund ist der Münchner Fund einzigartig: eben weil juristische und kunsthistorische Recherche Hand in Hand gehen. Was die Ermittlungen anbetrifft, stehen zwei Personen im Zentrum: Der Leitende Oberstaatsanwalt Reinhard Nemetz und die Kunsthistorikerin Meike Hoffmann, die als Sachverständige an Bord geholt wurde und hauptberuflich Mitarbeitern und Projektkoordinatorin an der Forschungsstelle „Entartete Kunst“ der Berliner Freien Universität ist.

Wie passt das alles zusammen?

scanSchon jetzt hat diese Zusammenarbeit von Staatsanwaltschaft und Kunstgeschichte zum Zusammenbruch einer scheinbar unumstößlichen Großerzählung der bundesdeutschen Nachkriegszeit geführt. Der Eisberg, an dem diese Erzählung wie ein Dampfer im Meer zerschellt, ist die Person Hildebrand Gurlitts. Nichts scheint bei ihm zusammenzupassen: ein Kunsthändler mit einer jüdischen Großmutter, der wegen seiner Abstammung und seines Einsatzes für Avantgardekunst in Zwickau 1930 seinen Posten als Museumsdirektor verlor und in Hamburg 1933 den als Leiter des Kunstvereins – und der dann zu einem der erfolgreichsten Kunsthändler im Nationalsozialismus aufstieg. Der sogar in der Nachkriegszeit Kunstvereinsleiter in Düsseldorf wurde. Und seiner Familie nach dem Tod 1956 eine Kunstsammlung hinterließ, die jetzt in München aufgetaucht ist. Geht das alles auf einmal?

Es ist zu einer Floskel geworden, dass die hintergründigsten Geschichten immer noch das Leben selbst schreibt. Zu diesen Geschichten gehört eine bisher unveröffentlichte, die in das Amsterdam des Jahres 1943 zurückführt, zu dem Künstler Max Beckmann, der dort im Exil lebte. Von Beckmann befand sich in Hildebrand Gurlitts Sammlung die Gouache „Der Löwenbändiger“, die sein Sohn Cornelius im Dezember 2011 über das Auktionshaus Lempertz in Köln versteigern ließ. Was indessen nicht bekannt war ist, dass Gurlitt 1943 Beckmann in Amsterdam aufsuchte. Der Maler hatte 1937 Berlin verlassen, als in München die Propaganda-Ausstellung „Entartete Kunst“ eröffnete, in der auch zehn Gemälde und zwölf Graphiken von seiner Hand gezeigt und diffamiert wurden; aus Museumsbesitz wurden insgesamt 28 seiner Gemälde beschlagnahmt. Beckmann, darüber kann kein Zweifel bestehen, verletzten die Diffamierungen zutiefst. Bereits 1933 war er als Dozent an der Frankfurter Städelschule entlassen worden, in einem Hetzschreiben wurde er als „Judenknecht“ bezeichnet, der „Kunsthurerei“ betreibe.

„Entartete Kunst“ verkaufte sich weiterhin

Umso erstaunlicher ist dieser Besuch: Am 19.Oktober 1943, einem Dienstag, kam Hildebrand Gurlitt in Begleitung von Erhard Göpel zu Beckmann, am nächsten Tag, dem 20. Oktober, ein zweites Mal. Dass Göpel Beckmann in Amsterdam besuchte, ist bekannt. Nicht bekannt ist, dass auch Gurlitt dabei war – und das aus gutem Grund. Denn nach Recherchen, deren Unterlagen dieser Zeitung vorliegen, kamen Göpel und Gurlitt, um Kunst zu kaufen. Genannt wird dort das Gemälde einer „Frau mit weißer Jacke“. 1944, bei einem weiteren Besuch, folgen Bilder einer „Franz. Bar“, eines „Fischs“ und einer „Südl. Landschaft“. Gurlitt, das darf man nicht vergessen, war zu diesem Zeitpunkt bereits zu einem der Chefeinkäufer für Adolf Hitlers pompöses Museumsprojekt in Linz aufgestiegen. Von 1938 an gehörte er außerdem zum Kreis der Kunsthändler, die als „entartet“ beschlagnahmte Kunst ins Ausland verkaufen sollten, um Devisen zu beschaffen.

In Sophia

Anina Takeff
Protests Sofia – 150th day
10.11.2013, 10 000 people on the streets

heute war der 150. tag der proteste und der forderungen für neuwahlen gegen die neue erst ende mai gegruendete bulgarische regierung aus sozialisten und türkenpartei. es wurde jeden tag gegen korruption und skrupellose machtausübung demonstriert sowohl tagsüber als auch abends. seit einigen wochen fordern nun auch studenten nach neuwahlen und haben die universität von sofia besetzt. vor genau 24 jahren als die ‘wende’ kam, hat man auf eine gute zukunft gehofft, leider aber regiert die mafia seither das land.

anina14
anina15
anina16
anina13

anina11

anina10

anina9

anina8
anina7

anina6

anina5

anina4

anina3

anina2

anina1As I prepared that post it was still friendly in Sophia. Only two days later it was already not peacefull anymore. On November 12, the 152nd consecutive day of anti-government demonstrations in Bulgaria, protesters surrounded the National Assembly, blocking MPs inside. The police cordoned off one of Sofia’s main boulevards, Tzar Osvoboditel, trying to provide free passage for MP vehicles. The following video captures police violence against protesters, who managed to break through the security lines.

Puppendienstag: Gruppenbild mit November

Sarah.erstes BildLiebe Ewa,

da ich kein Archiv angelegt habe, um die Beiträge zu deinem Blog zu speichern, hoffe ich sehr, daß ich mich nicht wiederhole und deine Leser langweile.

Rosarium2Hier also Sarah, von der ich weiß, daß sie nur einmal auf einem “Gruppenbild”  zu sehen war. Das erste Foto zeigt sie bei unserer ersten Begegnung auf dem Mauerpark-Flohmarkt. Sarah hat eine ganze Reihe von Aktivitäten begleitet – so war sie z.B. mit in Forst im dortigen Rosenpark.

Rosarium3Wenn es dir recht ist, werde ich in den nächsten Wochen über Sarah berichten – sie hat einiges erlebt in der Zeit mit mir.

Sehr liebe Grüsse

Gertraud Pohl

Rosarium1