Zbyszek

Roman Brodowski, O moim bracie

Zbigniew Brodowski ur. 10.01.1955 w Gdańsku,

działacz Solidarności, v-ce przewodniczący Komitetu Więzionych za Przekonania w stoczni im. Lenina. Uczestnik strajku głodowego zorganizowanego w proteście przeciwko więzieniu za przekonania polityczne, który odbył się w Akademii Medycznej w Gdańsku w maju 1981 roku.
Do stanu wojennego zajmował się kolportowaniem prasy oraz ulotek. Rozwieszał plakaty na terenie byłego powiatu tczewskiego. W domu jego matki Teresy Brodowskiej zamieszkałej w miejscowości Pszczółki, pełniącej funkcję przewodniczącej NSZZ Solidarność w zakładach pralniczych „Śnieżka“ z siedzibą na Oruni, znajdował się punkt spotkań kolporterów, oraz skład materiałów do kolportażu.
Internowano go 13 grudnia 1981 roku o godzinie 4°° w obecności żony oraz maleńkich dzieci. Zakutego w kajdanki policyjną „suką“ wywieziono do obozu w Strzebielinku.

O miejscu jego pobytu rodzina dowiedziała się po siedmiu tygodniach.
Ze względu na stan zdrowia oraz sytuację rodzinną 14.02. 1982 zwolniono go do domu.
Za szkodliwą działalność przeciwko państwu polskiemu, otrzymał tak zwany wilczy bilet (w jedną stronę) czyli paszport na wyjazd z kraju bez prawa powrotu.
Wraz z rodziną wyjechał do Berlina Zachodniego pod koniec maja 1981 roku.

W Berlinie wraz z innym Polakami spontanicznie uczestniczył w organizowaniu pomocy (w formie paczek żywnościowych) na rzecz naszych rodaków potrzebujących materialnego wsparcia w Polsce.

Odszedł z własnej woli w wieku 43 lat, w Berlinie, w grudniu 1998 roku, pozostawiając troje dzieci.
Został pochowany na cmentarzu katolickim w Berlinie-Reinickendorf.

Roman Brodowski
Przed burzą

Mojemu Bratu

To był piękny chociaż bardzo niespokojny wieczór, piątek 11 grudnia 1981 roku. Przyjechałem ze Śląska do domu rodzinnego na kilka dni, by podzielić się moimi obawami dotyczącymi najbliższej przyszłości z moimi bliskimi, biorącymi aktywny udział w bodajże największym po zakończeniu drugiej wojny światowej konflikcie socjalno-politycznym zaistniałym pomiędzy społeczeństwem a polskim rządem, innymi słowy, między „Solidarnością“ a komunistyczną władzą PRL-u.

Wiedziałem, że coś niedobrego wisiało w powietrzu. Kilka dni wcześniej mój serdeczny przyjaciel (którego traktowałem niemalże jak drugiego ojca), podpułkownik w stanie spoczynku, A. Humański, wiedząc o działalności mojej mamy i brata w „Solidarności“, przestrzegł mnie przed czymś, co miało wkrótce nastąpić, a czego on sam wówczas jeszcze nie rozumiał. Otóż niespodziewanie, mimo nienajmłodszego już wieku, otrzymał powołanie do wojska w trybie natychmiastowym. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin miał się zgłosić do wyznaczonych koszar. Mobilizacja taka (jak mi wytłumaczył) mogła nastąpić tylko w przypadku bezpośredniego zagrożenia państwa, wewnętrznego lub zewnętrznego.

Siedzieliśmy z bratem, rodzinnie, przy stole, rozmawiając o problemach, z jakimi przyszło nam się borykać w tym kończącym się 1981 roku. Zbyszek długo opowiadał mi o tym, jak to pięknie będzie, gdy związek zawodowy rozłoży „komuchów“ na łopatki. Mówił o historycznej szansie, jaka została nam dana, abyśmy się mogli uwolnić spod wpływu i dominacji ZSRR, o sile w jedności narodowej, dzięki której jesteśmy w stanie zmienić sytuację polityczną kraju. Był dumny z tego co robi i (jak powiedział) przekonany o słuszność swojej walki.
Gdy słuchałem jego relacji dotyczących organizacji strajku głodowego, jaki miał miejsce w akademii medycznej w Gdańsku, trwającego od maja do lipca tego roku, o jego przebiegu, o szczytności celu, jakim był protest w obronie więzionych za przekonania, zrozumiałem, że nie mam prawa, by go w jakikolwiek sposób zawracać z obranej drogi. Z jednej strony byłem dumny z jego działalności, z drugiej zaś ogarniał mnie niesamowity strach o niego, o jego rodzinę, jego młodą żonę oraz malutkie jeszcze dzieci.
Ja niestety nie byłem takim jak on bezkrytycznym i niepoprawnym optymistą. Wiedziałem (i to nie tylko z historii) o tym, jak Układ Warszawski, na mocy klauzuli zawartej w umowie i podpisanej przez wszystkich członków tego paktu, potraktował narody Węgier w 1956 roku oraz Czechosłowacji w 1968, gdy te próbowały wydostać się spod opiekuńczych skrzydeł wielkiego i znienawidzonego brata, gdy upomniały się o prawo do samostanowienia.

Byłem przekonany, że po tym jak w Bydgoszczy jeden z przedstawicieli NSZZ nawoływał do siłowego rozprawienia się z czerwoną, jak określił hołotą, Rosja, w ramach „braterskiej pomocy“ przy udziale związanych układem militarnym państw powtórzy scenariusz z pięćdziesiątego szóstego roku i jako obrońca jedynego „słusznego“ ustroju, rozpocznie czystki z wrogim klasowo elementem.

Ja sam, chociaż nie uczestniczyłem czynnie w tej konfrontacji narodu z władzami, to jednak dzięki kilku wierszom popierającym patriotyczne działania mające na celu uzyskanie suwerenności kraju, jakie napisałem, a które pod osłoną nocy zostały przyklejone na kopalnianych murach w „Dymitrowie“, na „Rozbarku“ i „ Bobrku“ w Bytomiu – też czułem się nieco zagrożony, co jednak było niczym w porównaniu do obaw o przyszłość mojego Brata.
Wieczorem następnego dnia wyruszyłem w drogę powrotną na Śląsk. Do domu powróciłem mroźnym porankiem 13 grudnia. W progu czekała na mnie moja kochana (przybrana) starka*, u której wynajmowałem pokój. Wtuliła się w moje ramiona i przełykając łzy powiedziała:
– W telewizji powiedzieli, że jest wojna. Co z nami będzie synoczku ? – Podniosłem oczy do góry i zobaczyłem pustą przestrzeń. – Boże, dlaczego? – odparłem półszeptem.

* starka – babcia w gwarze śląska cieszyńskiego
Żory 18.03.1983

Ballada o grudniowej niedzieli

To była zwyczajna sobota
Zimowy mroźny wieczór
Na stole pachnąca kolacja
I dzieci siedzące przy piecu.

Za oknem wiatr chłodno tańczył
W gwieździstym balecie nieba
W kuchni zaś ciepło, przytulnie…,
Na ścianie krzyż ulepiony z chleba

Jutro znów będzie niedziela
To już trzynasty dzień grudnia
I czas na wspólną zabawę
Rodzinnie, do południa.

Więc jeszcze dziecięce uśmiechy
Bajeczka na nockę spokojną
Wieczorna z tatą modlitwa,
I sen, – prawdziwa wolność.

*********

Godzina czwarta nad ranem
Przed dom radiowóz zajechał
Ktoś głośno do drzwi zapukał,
Pies niespokojnie zaszczekał…

Weszli do domu, z hałasem
Milicja i młody żołnierzyk
Zaczęli szperać po kuchni
Wśród garnków, wśród talerzy.

Następnie w ciszy, bez słowa
Podeszli do ojca, do męża
Chwycili go mocno za ręce,
Zaczęli do bólu wykręcać

Włożyli stalowe kajdanki,
Jak zwyczajnemu bandycie,
A przecież on walczył o jutro
O lepszą przyszłość, o życie.

Wywlekli go z domu, bez palta
Wsadzili do suki więziennej…,
I szybko ruszyli w nieznane
Gdzie? O to i pytać daremnie

A dzieci w matkę wtulone
Jak małe bezbronne pisklęta
Patrzyły ze łzami w oczach
Ten dzień będą zawsze pamiętać.

Tak, miała być piękna niedziela,
Rodzinnie, aż do południa
A teraz, – no właśnie teraz…,
Teraz trzynasty jest grudnia.

Co będzie jutro? – nie wiemy
Gdzie nasi najbliżsi? – nie znamy
Kolejny dramat w Ojczyźnie!
Nie płaczcie dziatki – wytrwamy!

Żory, 17 grudnia 1981

Tak trudno o tym mówić

Trudno uwierzyć w przyszłość
Gdy hańbą umiera przeszłość.

Trudno uwierzyć w niebiosa
Gdy wiara leży w rynsztoku.

Ty uwierzyłeś w lepsze jutro,
Choć fałsz tańczył wokół Ciebie,

Karmiłeś wilcze stado nadzieją
Chociaż kąsało twe dłonie.

Ja? – ujrzałem prawdę w jej nagości
Kąpiącą się w ludzkim bezwstydzie,

Przyszłość żebrzącą o wsparcie
Dla dobra dziwnej niewiadomej.

Moja nadzieja odeszła w raz z tobą
Zbyt słaby jestem, by wierzyć.

Wilki wyrosłe na twych cierpieniach
Rozszarpują resztki naiwności.

Nie! – nie znalazłem wybaczenia,
Choć mnie o to prosiłeś – Bracie

Berlin 17.01.1998

Starość jest wszędzie

Łucja Fice pracuje jako opiekunka ludzi starych i chorych. W Anglii i w Niemczech. Dotychczas publikowałam tu jej wspomnienia i refleksje niemieckie. Dziś – Anglia. Zaczniemy jednak od wierszy napisanych “na saksach” w Saksonii kilka lat temu. Zbliżają się święta, tak jak teraz. Albo już przed chwilą minęły.

SPACER NA EMIGRACJI
xxx
Wspomnienia na smyczy
Leciwa zima
Na twardych grudach zgnuśniałe liście
O tej porze nie mam cienia
Nie istnieję
xxx
Domki blisko siebie
Jakby bały się prześwitów i odstępów
W oknach za szybą jemioły
xxx
Przyjedź do mnie niebieskim tramwajem
Przywieź gesty słowa i dotyk
Zabierz ze sobą kolorowy lampion
Dziś żegnałam Stary Rok
Wyprowadziłam go za próg
Był stary, zmęczony
i niczym stropiony Bóg
Odchodził po kroku krok
xxx
A Nowy Rok jak złodziej
wkradł się po cichu
xxxxxxxxxbez przywitań
choć oczekiwany jak narodziny
nowego losu
xxx
1997

wyspastarcowAnglia. Powieść Łucji Fice nazywa się “WYSPA STARCÓW”, jak trafnie.

Wydawnictwo Warszawska Firma Wydawnicza przygotowało krótki opis powieści wydanej w kategorii “obyczajowa”, choć, jak znam życie, Autorka musiała ten tekścik przygotować sama. Wszystko co się da, wydawnictwo spycha na Autora, bo wtedy to jego czas i jego praca, i jego wysiłek intelektualny.  No ale mniejsza…

Gabryśka Mrozińska wie, co to ciężka „praca na livingu”, czyli całodobowa opieka nad ciężko chorymi ludźmi w ich domach. Myje i karmi swoich podopiecznych, towarzyszy im w cierpieniach i znosi ich humory. Jednak rzadko może liczyć na słowo „dziękuję”, zresztą na porządne pieniądze też. Nie brakuje jej natomiast upokorzeń i rozczarowań. Jeśli serial „Londyńczycy” był portretem młodego pokolenia zaradnej emigracji zarobkowej w Wielkiej Brytanii, to „Wyspa Starców” jest kroniką niewesołych przypadków pięćdziesięcioletniej Polki pracującej nad Tamizą. Mimo wszystko Gabrysia nie poddaje się. Jak mantrę powtarza fraszkę Jana Sztaudyngera: „Wszystko marność i koszmarność, lecz czuję z tym solidarność”.

„Wyspa Starców” to powieść oparta na osobistych przeżyciach autorki, która wyemigrowała z Polski i podjęła pracę opiekunki starszych osób.

Powieść, jak wszystkie zresztą książki Łucji, spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem. Autorka udzieliła wywiadu gazecie “Echo Gorzowa”, który przeczytać można TU. Bardzo interesujący. Na zakończenie rozmowy Łucja mówi:

Moje powieści to krzyk dojrzałej kobiety: Polki, matki, żony, która chciałaby pracować w swoim kraju i w swoim mieście. Bardzo bym sobie życzyła, żeby tę powieść o Polkach na emigracji przeczytali politycy i ci wszyscy, którzy mają wpływ na to, co dzieje się w Polsce. Proszę: nie wysyłajcie nas do pracy poza granice kraju, daleko od domu. Nie chcemy rozbijać rodzin, osieracać dzieci i przyzwyczajać się do innej kultury. Nie chcemy udawać, że jesteśmy Angielkami, Walijkami, Niemkami, ale tylko wtedy, gdy przestaniemy być Polkami, możemy być na obczyźnie zaakceptowane. Niech wyjeżdżają młodzi, bo to dla nich świat otworem stoi. A my, wszyscy starsi, powinniśmy jeździć poza granice kraju tylko na wycieczki.

Viktoria Korb, Tod…

viki-todViktoria Korb
“Tod eines Friedensforschers”
ein politischer Krimiroman, 2. Ausgabe
soeben erschienen

(…)

Mittlerweile stank es zum Himmel. Nicht nur im Garten. Der Geruch kam eindeutig aus Adalberts Behausung. So entschied sich Hugo, die Polizei anzurufen und bat, jemanden zu schicken.
“Sie spinnen doch, mein Herr”, wehrte sich der Polizist, “das kommt einfach von diesem komischen Wetter. Wir haben so viele Überschwemmungen, dass sogar der Bundeskanzler sie als die größte Katastrophe seit der deutschen Wiedervereinigung bezeichnet.”
Wie recht er hat, dachte Hugo und hörte geduldig zu:
“Es ist ein warmer Märztag, vielleicht stinkt die Kanalisation, und es gibt halt unterschiedliche Gerüche. Es wäre was anderes, wenn ein Wagen vor ihrem Haus nicht vorschriftgemäß geparkt hätte.”
“Ach so?” wunderte sich Hugo.
“Aber ja, dann würden wir sofort zu ihnen eilen. Wirklich sofort – wissen Sie, Gefahr im Verzug. Aber wegen ein bisschen Geruch… Vielleicht kocht ihr Nachbar Eisbein?”
“Mein Nachbar von rechts ist fanatischer Vegetarier, und mein Nachbar zur Linken, Professor Donnemua, ist seit Wochen spurlos verschwunden. Daher ist dieser ätzende Gestank äußerst dubios.”
“Na ja, mein Herr, ein Professor, der sitzt bestimmt den ganzen Winter auf den Kanaren.”
“Mag schon sein, Herr Wachtmeister, aber seine Katzen miauen schon so laut, dass man es bis zu uns hört… Ich würde fast sagen, dass sie hungrig sein könnten.”
“Wegen der Katzen wenden Sie sich ans Tierheim Lankwitz oder an die Feuerwehr. Die sind zuständig.”
“Ich verlange als Steuerzahler, dass Sie sofort kommen, sonst wende ich mich an den Innensenator, den ich aus meiner Schulzeit kenne”, knurrte Hugo. “Versuchen Sie nicht mich einzuschüchtern. Ich bin nämlich auch Steuerzahler. Wir kommen gleich und werden die Sache polizeimäßig erfassen.”
Hugo hatte den Satz: “ Geh doch nach drüben” schon auf der Zunge, schaffte es aber doch sich zu beherrschen. Das konnte man nicht mehr sagen. “Drüben” war verschwunden, und zwar unwiderruflich. Ein Umland mit politischer Alternative gab es nicht mehr.

Den Polizisten gelang es, ihrer Übelkeit Herr zu werden, und sie brachen in das Haus des Professors ein. Hugo und Gundula folgten ihnen. Die Leiche von Adalbert Donnemua war dabei, an seinem Schreibtisch zu zerfließen. Rund um ihn miauten verzweifelte, bis auf die Knochen abgemagerte Katzen. Offensichtlich hatten sie aus Hungersnot schon an seinen Ohren geknabbert.
Hugo und Gundula übergaben sich, überließen alles andere der Polizei, flüchteten nach Hause und genehmigten sich erst mal zwei doppelte Cognacs.
Beim Verhör nahmen die Polizisten ihre Personalien auf und fragten, wann sie zuletzt Kontakt mit Adalbert Donnemua gehabt hatten. Gundula schloss die Augen, um sich besser zu konzentrieren:
“Vor sechs Wochen etwa. Da war er bei uns zum Abendessen.”
“War er mit Ihnen alleine?” erkundigte sich Inspektor Ramol.
“Nein. Das wäre die reinste Zeitverschwendung, den ganzen Abend einer einzigen Person zu widmen”, erklärte Hugo.
Ramol hob seine Augenbrauen, erstaunt über so viel Ehrlichkeit, und Hugo berichtete gelangweilt weiter:
“Es war die gleiche Gesellschaft wie letzte Woche. Leute, die immer zu unseren Essen kommen. Sie wissen schon – das übliche – der Anwalt, der Steuerberater, der Vermögensverwalter, der Arzt und der Apotheker, samt Gattinnen.”
“Stimmt nicht, unser Anwalt war ohne Frau, er ist nämlich geschieden. Und ansonsten war die Gesellschaft auch nicht identisch, denn unser Vermögensverwalter Hasso Schuja war diesmal verhindert, dafür war aber Gloria Kosz da. Mein Mann besteht manchmal darauf, sie einzuladen”, korrigierte Gundula triumphierend. “Ach ja, und Professor Udo Knarsch mit seiner Frau Rosalinda kamen hinzu. Und ein Freund von Adalbert, der Maler Claude Eckel.”
“Das ist mir zu kompliziert”, Inspektor Ramol kratzte sich am Kopf. “Nennen Sie also einfach alle, die beim vorvorigen Essen da waren. Diejenigen, die letztes Mal anwesend waren, sind doch nicht verdächtig, denn die Tat wurde schon vor längerer Zeit begangen.”
“Welche Tat?” rief Hugo entsetzt.
“Das weiß ich nicht genau, die Leiche wird noch untersucht. Aber Tatbestand ist, dass Professor Donnemua nun mal tot ist. Und wenn es einen Tatbestand gibt, dann gibt es auch eine Tat. Und wenn es eine Tat gibt, dann gibt es auch einen Täter, so sagt die kriminalistische Logik. Also wer war letztendlich beim vorletzten Essen anwesend, außer Donnemua?”
“Wie gesagt, unser Steuerberater Artur Nudnik mit Frau, unser Anwalt Knut Wegor, unser Vermögensverwalter Hasso Schuja, der meistens ohne Frau kommt, weil er hartnäckig an der Tradition des deutschen Stammtischs festhält.”
Gundula grinste aufmüpfig, hörte aber unter dem eisigen Blick des Inspektors bald auf. Sie konzentrierte sich wieder auf Hugo, der inzwischen fortfuhr: “Dann unser Arzt Doktor Balthasar von Kupke mit seiner Erdmuthe und der Apotheker von nebenan, Hajo Trawnicki mit Frau Gertrud, die allerdings niemand jemals bemerkt. Aber was spielt das schon für eine Rolle? Wenn es wirklich eine ‘Tat’ war, musste sie doch nicht sofort nach dem Essen verübt werden. Es könnte genauso gut Tage oder Wochen später passiert sein.”
“Sie haben aber Professor Donnemua seit diesem Tag nicht mehr gesehen?”
“Das stimmt, aber wir sind hier doch in Dahlem. Wir sind taktvoll und wollen unsere Ruhe haben”, sagte Gundula stolz und empört zugleich.
“Wie dem auch sei, es ist für uns notwendig, den Bekanntenkreis von Professor Donnemua zu durchleuchten, egal, wann die Tat begangen wurde”, stellte Inspektor Ramol fest und forschte weiter: “Hatte er eine Freundin?”
“Eigentlich nicht”, murmelte Hugo geniert.
“Wie meinen Sie?” hakte Ramol aggressiv nach.
Gundula versuchte ihren Gatten zu retten und wiederholte mit Nachdruck:
“Wir mischen uns ins Leben anderer nicht ein. Wir sind tolerant, verstehen Sie?”
“Ich verstehe”, atmete Ramol erleichtert auf, “Sie meinen, er war schwul?”
“So würde ich es fast bezeichnen”, sagte Hugo. “Aber wir möchten ihm keinen Schaden zufügen.”
“Wie könnten Sie ihm Schaden zufügen, wo er doch tot ist?” fragte der Inspektor erstaunt.
“Außerdem war er doch Professor an der PFUJ?”
“Ja”, bestätigte Hugo leicht verwirrt. “Was hat das damit zu tun?”
“An der PFUJ gilt es doch sogar als schick, ein Homo zu sein. Schwul ist cool. Die Umschwulung schreitet voran. Und erst recht, seit auch der Bürgermeister…”, Ramol biss sich auf die Zunge und beeilte sich mit der Zusicherung: “Und das ist auch gut so.”
Er wartete auf eine Reaktion von Hugo, die jedoch ausblieb, und fragte weiter: “Hatte Donnemua einen festen Freund?”
“Das interessierte mich nicht so richtig”, antwortete Hugo und schaute verschämt in die Ferne.
“Werden Sie endlich kooperieren?” bellte Ramol. “Es geht wahrscheinlich um einen Mord!” Hugo antwortete zögernd:
“Vielleicht diesen Maler Claude Eckel, der auch beim letzten Essen dabei war. Es war aber keine feste Beziehung. Adalbert bevorzugte eher frische Jungs vom Bahnhof Zoo. Eigentlich kann man sagen, Strichjungen. Ab und zu sah ich zufällig, wie sie morgens durch seinen Garten schlichen. Eine Zeitlang hatte er auch eine Affäre mit seinem Masseur, die ist aber schon lange vorbei.”
“Namen, Adressen”, schnauzte der Polizist. “Und wer ist diese Gloria?”
“Eine Ex-Polin, die Donnemua aus der Studentenzeit kannte.”
“Die werden wir uns vornehmen”, beschloss Ramol.

Hier noch eine Rezension zu der 1. Auflage – REZENSION-Tod-Friedensforscher – von Martin Sander in Deutschlandradio Kultur.

Seume i Fermor. Grudniowa wędrówka

Ewa Maria Slaska

SeumeJGLubię ludzi, którzy wędrują. To chyba wszyscy wiedzą. Pisałam tu już kiedyś o Johannesie Gotfriedzie Seume, który 6 grudnia 1801 roku wyruszył z saskiej miejscowości Grimma
i 1 kwietnia 1802 roku dotarł do Syrakuz. Jego trasa prowadziła z Grimma przez Drezno, Pragę, Wiedeń, Graz, Maribor, Ljubljanę, Triest, Wenecję, Bolonię, Anconę, Terni, Rzym, Neapol, Palermo, Syrakuzy. Posiliwszy się pomarańczami na stokach Etny Seume ruszył z powrotem przez Messinę, Palermo, Neapol, Rzym, Sienę, Florencję, Bolonię, Mediolan, przełęcz Gottharda, Lucernę, Zurych, Bazyleę, Besancon, Dijon, Paryż, Nancy, Strassburg, Wormację, Moguncję, Frankfurt, Fuldę, Erfurt, Weimar, Lipsk do Grimma. Gdy ruszał, miał 37, prawie 38 lat. Był doświadczonym i doświadczonym przez życie człowiekiem.

Portret Seumego z roku 1798 – Hans Veit Schnorr von Carolsfeld

9 grudnia 1933, dokładnie 8o lat temu, na pieszą wędrówkę z Londynu do Konstantynopola wyruszył 18-letni chłopak, inteligentny i wrażliwy, ale zbyt samodzielny
i niezależny, żeby zagrzać miejsce gdziekolwiek, a już na pewno nie w szkołach brytyjskich. Patrick Leigh Fermor wędrował przez cztery lata, w okresie wojny był ważnym współpracownikiem wywiadu brytyjskiego SEO (Special Operations Executive), stacjonował na Krecie i był jednym z dowódców akcji porwania niemieckiego gubernatora Krety, Heinricha Kreipe.

fermor
Ostatnio dużo myślę o tych dwóch wędrowcach, Niemcu i Angliku. Dzieliło ich ponad sto lat, łączyła wędrówka. Oczywiście im bardziej cofamy się w czasie, tym bardziej piesza wędrówka przestaje być czymś tak niezwykłym, jak jest teraz. Przez miliony lat człowiek wędrował i nawet nie wiedział, że mógłby żyć inaczej. Zaczął się osiedlać dopiero 12 tysięcy lat temu, a i to obok zasiedziałych mieszkańców miast i wiosek zawsze byli i tacy, którzy wędrowali, pasterze, kupcy, trubadurzy, czeladnicy zanim pozwolono im ubiegać się o tytuł majstra, uczniowie. Uciekinierzy i niespokojne duchy. Gdy Fermor rusza w drogę jest tak młody, że dopiero musi sobie wyrobić paszport. Proponuje urzędnikowi, żeby jako zawód wpisał mu “bum” czyli hobo, włóczęga, w najlepszym razie wagabunda.  Urzędnik radzi mu jednak, by napisać “student”, co w trakcie podróży okaże się zbawienne.

Ciekawe, że obaj, i Seume, i Fermor wyruszyli dość niespodziewanie, nie robili jakichś długich przygotowań. Buty, płaszcz, plecak, skarpety, bielizna, jeśli pominąć kajet i ołówek, to jest to właściwie wszystko, co człowiekowi jest potrzebne na drogę. Po skończonej podróży Seume pochwali swoje buty, które przez całą roczną wędrówkę obyły się bez szewca. Fermor chwali z kolei wojskowy szynel, znakomitą osłonę od deszczu, wiatru i mrozu. Bo wprawdzie obaj byli w drodze we wszystkich porach roku i obaj szli na południe, czyli ku krajom coraz cieplejszym, ale wyruszyli w grudniu. Dlaczego?

Co skłania wędrowca, który wczoraj jeszcze mieszkał w normalnym domu i normalnym mieszkaniu, do tego, by wstać, wiąć plecak swój i iść w grudniu? Już nawet luty wydaje mi się lepszym miesiącem do zaczynania podróży, lepszym niż grudzień. Jest wprawdzie w lutym luty mróz, ale przynajmniej wiadomo, że zima już się kończy. W grudniu cały ten ciemny i zimny szmat czasu leży jeszcze przed wędrowcem, luty luty też.

Jeśli zatem jutro uznacie, że zimno i nie będzie się wam chciało ruszyć z domu, żeby pójść (uwaga! w Krakowie!) na spotkanie poświęcone Fermorowi, to pomyślcie, że on w taki zimowy dzień, w ulewnym deszczu wsiadł w Londynie na statek towarowy, który przez noc przewiózł go przez kanał do Hoek van Holland. Stamtąd dla piechura otwiera się droga właściwie bezkresna. Aż po Chiny.

 

Carmina – Poezja / według Galla Anonima

Według naszego kronikarza pieśń ta powstała po nieudanym podboju Kołobrzegu przez Bolesława Chrobrego. Pomorskie miasto Kołobrzeg było ponoć nadzwyczaj bogate i waleczni rycerze polskiego władcy, zamiast zdobywać gród, zajęli się łupieniem podgrodzia. Kronikarz tak to opisuje:

Odwoławszy tedy rycerstwo i złupiwszy podgrodzie, Bolesław odstąpił stamtąd za radą starego Michała poza mury, spaliwszy przedtem wszelkie zabudowania. Wstrząśnięty tym wypadkiem, cały naród barbarzyńców niezmiernie się przeraził, a rozgłos Bolesława rozszedł się między nimi szeroko i daleko. Stąd też ułożono pamiętną piosenkę, która nader właściwie wysławia ową dzielność i odwagę w te słowa:

Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące,
My po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające!
Ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstrasza ni szum groźny morskiej fali.
Nasi ojce na jelenie urządzali polowanie,
A my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie!

Dziwne, bo mnie się wydaje, że polskie wojska wcale nie okazały jakiejś niezwykłej odwagi. Tym niemniej pieśń o skarbach i potworach jest wspaniała i niezwykła, i była mottem przewodnim, co prowadziło Ojca na morze i towarzyszyło Mamie w jej pracy graficznej. W oryginalnym cyklu grafik “Dzieje Gdańska”, dwubarwnym, srebrno-złotym, w którym każda grafika składała się ze stylizowanego tekstu i szerokich, pełnych detali pasów ilustracyjnych, była też grafika nazwana “Skarby i potwory”. W papierach znalazłam też dwa szkice do niej. W ostateczne wersji Mama zrezygnowała z wojów, aby móc przedstawić więcej skarbów i potworów, a właściwie przede wszystkim – potworów.

woje-sredniowieczni-kleinWikipedia tak pisze o zdobyciu Kołobrzegu: W 1103 r. umocnienia grodu okazały się zbyt potężne nie zdołano go opanować mimo zaskoczenia obrońców. Co nie udało się w 1103 r., zakończyło się sukcesem w 1107 lub 1108 r. Mieszkańcy w obawie o życie poddali się, a całe Pomorze Środkowe ponownie znalazło się w granicach państwa piastowskiego. Z dumą pisał wówczas o Kołobrzegu Gall Anonim, który uznał je za “miasto sławne”. Królestwo polskie niedługo się jednak cieszyło “posiadaniem” Kołobrzego, bo już w latach 30. XII w. Kołobrzeg znalazł się pod zwierzchnictwem cesarzy niemieckich.

woje-sredniowieczni2-kleinByłby to jeden z nieważnych już dziś incydentów w burzliwej historii średniowiecznej Polski, gdyby nie owa pieśń. Zaśpiewał ją Czesław Niemen 30.07.1979 podczas inauguracji Dni Gdańska. Pojawił się historycznym orszaku, jadąc konno, w stroju woja Bolesława Krzywoustego. Pieśń ta powstała do spektaklu “Kronika polska Galla Anonima” w reżyserii Królikiewicza.

A tu oryginalny tekst pieśni według Galla. Zakładam, że lud polski  układał takie pieśni jednak po polsku, ale jakby nie było pierwotną wersję znamy po łacinie:

Pisces salsos et foetentes apportabant alii,
Palpitantes et recentes nunc apportant filii.
Civitates invadebant patres nostri primitus
Hii procellas non verentur neque maris sonitus.
Agitabant patres nostri cervos, apros, capreas,
Hii venantur monstra maris et opes aequoreas.

skarby-klonowic
Powyżej dwie oryginalne grafiki Mamy z cyklu “Dzieje Gdańska”, jakie posiadamy w Berlinie – “Skarby i potwory” oraz (po prawej) “Gedania” z fragmentem poematu “Flis” Sebastiana Klonowica (1595):

Tu masz okręty z płóciennemi skrzydły,
Tu masz z Zamorza trefne, szydły widły
Maszty wyniosłe z bocianiemi gniazdy
Pod same gwiazdy.

Tu w stradyjektach masz śmiałe bosmany,
Masz z dalekich stron kupce i ziemiany.
Przedawaj, kupuj, handluj…

Stare papiery 4 – syreny

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran Boguckiej

W papierach znalazłam między innymi wydany w roku 2005 numer „Ichtys” – pisemka parafialnego kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Łebie. Był to numer specjalny, kościół obchodził sześćdziesięciolecie istnienia jako parafia polska. Przed 60 laty niemiecki malarz ekspresjonista Max Pechstein, który od lat mieszkał w Łebie, namalował dla kościoła obraz jego patronki, używając w tym celu materiałów, jakie miał pod ręką w biednym miasteczku rybackim zaraz po wojnie: farb do malowania kutrów i prześcieradła. Patrząc na ten obraz warto pamiętać, że namalował go dla Polaków – Niemiec, dla rybaków – artysta, dla katolików – niewierzący ewangelik. I że Pechstein, jeden z czołowych ekspresjonistów niemieckich namalował ten obraz w stylu słodkich Madonn, jakich setki powstawały w krajach katolickich od Renesansu po Norwegię.

Opracowanie graficzne „Ichtys” przygotowali moja siostra i szwagier: Katarzyna Bogucka-Krenz i Jacek Krenz. 

 Syreny

Mama uwielbiała morskie istoty. Syreny, trytony dmące w muszle, nimfy… Dużo o nich myślała i mówiła. Podobał się jej Böcklin, mimo iż właściwie nie znosiła secesji i historyzmu, a chyba nawet całego wieku XIX nie szanowała, w co teraz, po kilkudziesięciu latach, kiedy wszyscy kochają impresjonizm, po prostu trudno uwierzyć. Ale Böcklin namalował masę obrazów z nimfami i to go w jej usprawiedliwiało, zrównywało go chyba z Rubensem. Za Rubensem Mama zresztą też nie przepadała, ale ponieważ namalował zaślubiny Katarzyny Medycejskiej, a tam na statku zwykli ludzie, choć potężni, natomiast na burtach i w wodzie wokół kadłuba masy morskich istot…

syrenka-akwarela-malaNajstarszym obrazem Mamy jaki znamy, jest właśnie syrena, a właściwie syrenka, przytulająca się do posągu księcia…Nie wiem, ile Mama miała lat, gdy namalowała tę akwarelkę. Wydaje mi się, że 12, ale to chyba niemożliwe, bo znaczyłoby to, że przez wojnę, okupację i powstanie, które niczego nie oszczędziły, genius tempi przeniósł akurat ten jeden mały kartonik.

U Białostockiego przeczytałam kiedyś, że pozornie radosne morskie istoty, których mnóstwo na przykład w kaplicy zygmuntowskiej, te rozpląsane stwory, wśród fal igrające z delfinami i przekomarzające się z rybami, to naprawdę pochód żałobny. To każe natychmiast zapytać, co to za symbol – stary, archetypiczny, który znamy wszyscy we wszystkich czasach, czy lokalny i ograniczony czasowo, a więc tylko europejsko-renesansowy? Bo wtedy byśmy wiedzieli, czy syreny Mamy są ilustracją czy ukrytym za ilustracją smutkiem. Była bardzo smutna. Dariusz Bogucki czyli Ojciec napisał w „Śladach życia”:

ichtys-okladka-malaIrena często powtarzała, że nie ma szczęśliwych duchów, a mówiąc to, myślała o „Duende”, o duchu Artysty, o artystach, takich jak Norwid czy Lorca. Jej nieustępliwe poszukiwanie natchnienia, jej wieczne dążenie ku Sztuce, jej poczucie szczęścia, kiedy nareszcie znalazła właściwą kreskę rysunku albo odpowiednie, to jedyne, słowo poetyckie, zapewne nie byłyby możliwe, gdyby w jakiś sposób nie była – samotna?    

Opisując ich poznanie się, Ojciec pisze o Mamie, że była to „smutna dziewczyna”.
… z tego pierwszego spotkania wyniosłem przede wszystkim obraz. Nieduża, czarnowłosa, o filigranowej figurze. Sprawiała wrażenie czegoś bardzo egzotycznego. I zachwycającego. W istocie, tak zachwycającego i pełnego uroku, że cała reszta cech, które zazwyczaj charakteryzują daną osobę, niemal umknęła mojej uwadze. Jednak nie, utrwalił się nie tylko obraz. Był jeszcze ten uśmiech – trochę jakby smętny czy przepraszający, i sposób bycia, znamionujący dystans do wszystkiego i melancholię, a może brak żywiołowej radości życia.

Ojciec zakochał się niemal od pierwszego wejrzenia, a może po prostu od pierwszego wejrzenia, po tygodniu znajomości się oświadczył.

ichtys-1-strona-malaTaki był początek naszego wspólnego życia. I pewnie teraz należałoby to wspólne życie po kolei opisać, ale przecież nie o chronologię tu chodzi, nie o minione dni, miesiące i lata, tylko o to, co mogę o Irenie powiedzieć od siebie. Kim była i jaka była. Przeżyliśmy razem niemal pół wieku, ale dziś myślę, że tak naprawdę zaledwie ją poznałem, głównie poprzez nasz wspólny czas teraźniejszy, którego początkiem był tamten dzień. To zaś, co dziś o niej wiem, jest jakby odbiciem tego, co wiem o sobie, albo raczej, czego się o sobie samym z wolna dowiaduję, gdy jej już przy mnie zabrakło. I dopiero teraz, gdy analizuję, rozważam i zastanawiam się nad przyczyną pewnych zdarzeń z przeszłości, zaczynam w pełni rozumieć nasz związek. Jedno nie ulega wątpliwości: wojna oboje nas dotkliwie pokiereszowała. Irenę na pewno jeszcze bardziej niż mnie, bo okupację przeżyła, ukrywając się w Warszawie. Nic dziwnego więc, że nauczyliśmy się przede wszystkim skrytości – zacierania śladów, jak mawiała Irena. Bo ona wcale nie była nieśmiała, tylko właśnie „schowana”, a jej rezygnacja z odgrywania wiodącej roli czy to w naszym małżeństwie, czy później w środowisku zawodowym, prawdopodobnie wynikała z przeżyć i lęków wojennych. Był to odruch samoobrony: maksymalnie przystosować się, wtopić w otoczenie. Człowiek niepozorny stawał się jakby niewidoczny, miał większe szanse przetrwania. Wojenną grozę, która dotknęła na równi wszystkich, w jej wypadku niewątpliwie zwiększył przeskok z dostatniego życia, jakie wiodła jako córka wziętego lekarza, w stan ubóstwa i ciągłego zagrożenia, w jakim się nagle znalazła. Rodzina poszła w rozsypkę, zaczęło się pomieszkiwanie kątem u różnych ludzi, pod zmienionymi nazwiskami, i to nie zawsze wszystkich razem w jednym miejscu. Do tego dołączyła konieczność ukrywania się, spowodowana zaangażowaniem ojca i innych członków rodziny w AK-owską konspirację. Życie na pograniczu głodu spowodowało chorobę, a wkrótce także śmierć matki. Pod koniec wojny zabrakło również ojca, który, zadenuncjowany przez konfidenta, wyjechał z Warszawy do oddziału partyzantki w Górach Świętokrzyskich. Tam prowadził szpital polowy aż do chwili, gdy Niemcy rozbili oddział i rozstrzelali cały personel szpitala wraz z rannymi.

ichtys-2-strona-malaZostała sama w Warszawie. Kontynuowała naukę na tajnych kompletach, gdzie zdała maturę. Zrobiła kurs telegrafistów, została wykwalifikowaną sanitariuszką, w wolnych chwilach ucząc się kilku języków obcych (w sumie miała ich poznać sześć). Kiedy wybuchło powstanie, ukrywała się na Pradze, i tam znalazła się w strefie zagarniętej przez wojsko sowieckie. Opowiedziała mi kiedyś w nocy, gdy obudziła się z sennego koszmaru, że pewnego razu w czasie walk nie zeszła do schronu, tylko została na piętrze. Pocisk artyleryjski wbił się w ścianę nad jej głową, ale nie wybuchł i nawet jej nie zranił. Wówczas po raz pierwszy pomyślała, że może jej się uda, może przeżyje.

ichtys-9-strona-malaWięc te syreny, wodne boginki, Leukotea, Ino, Kirke, Kalypso, a nawet Nauzykaa, śmiertelniczka a nie boginka, ale tak jak one, piękna, młoda i wyłaniająca się z wody…

Te piękne szczęśliwe kobiety, kochane przez mężczyzn i…w ostatecznym rozrachunku samotne. Gdy Mama tworzyła cykl Odyseja nie myślała o Penelopie, choć przecież sama świadomie wybrała tę właśnie rolę jako swoją. To ona jest jedną z kobiet nad morzem.

Jak to zapisał Tata: „Nie darmo Irena tylekroć powtarzała, że ojczyzna to kraj ojców, ale port jest zawsze – macierzysty.”

W przyszłym tygodniu w sobotę – Archiwum 1

Ktokolwiek będziesz

Roman Brodowski

W Nowogródku

Pogoda tego poranka zapowiadała się wyjątkowo dobrze. Bezchmurne niebo, lekko szczypiący mróz oraz odbijające się na śniegu poranne promienie słońca, to bardzo dobre warunki na podróż, zwłaszcza autem.

– Sprawdźcie panowie, czy zabraliście wszystkie potrzebne wam rzeczy, bo wracać z powrotem nie będziemy – przestrzegł nas Kazimierz, zeskrobując z szyb warstwę twardego lodu.

Popatrzyłem do torby. To, co przygotowałem na ten wyjątkowy dla mnie dzień, leżało systematycznie poukładane na jej dnie. Świeżo wyprasowana koszula, pachnąca proszkiem do prania wisiała na wieszaku, a ja, przejęty jak podczas pierwszej randki, usadowiłem się wygodnie na przednim siedzeniu. Nic dziwnego, że się trochę boję, przecież dzisiaj spełnia się moje ciche, wieloletnie marzenie, jakim było zobaczenie na własne oczy miejsca związanego z Adamem Mickiewiczem. Mało tego że będę gościł w domu rodzinnym wieszcza, to dane jest mi jeszcze (polskiemu romantykowi), zaprezentować mój skromny dorobek literacki rodakom mieszkającym w Nowogródku.
Stefan jeszcze raz dokładnie obejrzał swój warsztat pracy, czyli sprzęt fotograficzny, a następnie doprowadziwszy do ładu to, co stanowiło dla niego od wielu już lat największy skarb – długi, spływający artystycznym bałaganem po plecach posiwiały warkocz, usiadł tuż za mną.
– Możemy ruszać? – zapytał Kazimierz, wkładając skostniałą od mrozu dłonią, kluczyk do stacyjki.
– Oczywiście – odpowiedzieliśmy niemalże jednocześnie.

Jechaliśmy powoli sennymi jeszcze o tej porze ulicami zimowego Grodna, rozglądając się na boki. Miasto z perspektywy jadącego samochodu wygląda o wiele ciekawiej.
Płynący leniwie wąwozem Niemen, unosił na grzbiecie kawałki przezroczystej kry, a ponad nim szybowały po bezkresie rozkrzyczane stada mew, w poszukiwaniu jakiejś nieostrożnej ryby na śniadanie. Mijaliśmy po kolei najpiękniejsze budowle miasta – Kościół Farny, do którego spieszyli właśnie ludzie na codzienną poranną modlitwę, prawosławny Sobór Pokrowski z przepiękną dzwonnicą na dziedzińcu, zabytkowy drewniany domek Elizy Orzeszkowej skąpany w błękicie, interesujący architektonicznie budynek Teatru Dramatycznego, przypominający koronę Piastów.

Na wzniesieniu górującym nad miastem widniały, niby para kochanków, mury starego i nowego zamków, przeglądające się w lustrze rzeki. Nowy zamek jest tym miejscem, w którym zakończył się ostatni akt najbardziej dramatycznej „sztuki“ z udziałem polskiego narodu, jaką był wieloletni proces rozbioru naszej ojczyzny. To tu właśnie, miesiąc po podpisaniu przez zaborców traktatu rozbiorowego, dwudziestego piątego listopada 1795 roku, nasz ostatni król, Stanisław August, abdykował na rzecz carycy Katarzyny, oddając polską koronę oraz królestwo w jej ręce.

– Dzisiaj twój, a jutro mój dzień pracy – powiedział Stefan. – Od rana będę fotografował zabytki i plenery Grodna.
– Jestem za, a nawet przeciw – zażartowałem, parafrazując znaną myśl „dumy naszego narodu“, Lecha Wałęsy. Od jutra ofiaruję ci cały wolny czas. Mogę nawet zatrudnić się w roli tragarza i nosić twój cały majdan. Zaprowadzimy cię z Kazimierzem do takich miejsc w Grodnie, z którymi będzie się ciężko potem rozstać. Odwiedzimy też galerię prowadzoną przez sympatyczną polską dziewczynę, u której oprócz stałej ekspozycji obrazòw, często odbywają się wernisaże oraz wystawy fotograficzne – dodałem.

Po godzinie na horyzoncie ukazały się zalesione, pokryte śniegiem pagórki, przypominające pejzaże bieszczadzkie, tyle, że zamiast dębów, olch i klonów, tu rosną karłowate świerki i białoszare brzozy.

– Zbliżamy się do wyżyny nowogródzkiej – wskazał przed siebie Kazimierz – te wzgórza są najwyższymi wzniesieniami na Białorusi. Im bardziej się do nich zbliżaliśmy, tym bardziej stawały się dla nas tajemnicze, dziewicze i piękne.
Zatrzymaliśmy się na przydrożnym parkingu , nieopodal porośniętego karłowatą sosną wzniesienia. Usiedliśmy na drewnianych, zbitych z brzozowych pali ławkach. Wokół panowała całkowita cisza. Wydawało się, że oprócz nas nikt inny nie korzystał dzisiaj z tej drogi.
Pięknie tu, pomyślałem, oddychając głęboko świeżym, rześkim powietrzem. Teraz rozumiem, dlaczego z tak nieudawaną miłością i tęsknotą Adam opisywał te miejsca w „Panu Tadeuszu“ , to są właśnie te „pagórki leśne… “. Poczułem się tak, jakby jakieś niewidzialne siły przeniosły mnie w tamten miniony świat, świat mickiewiczowskiej zadumy.
– No i jak pan Roman – zapytał nieco żartobliwie Kazimierz. Podoba ci się tu, prawda? Spojrzałem roztargnionym wzrokiem, nie wiedząc, gdzie jestem i co odpowiedzieć.
– Dziękuję za zaproszenie mnie w te okolice – powiedziałem, obejmując go przyjacielskim uściskiem. – Tu naprawdę można naładować pozytywną energię.
– Nie ruszajcie się, zrobię wam zdjęcie na tle tych wzgórz – zawołał do nas Stefan. Odwróciliśmy się w jego kierunku, szczerząc zęby do skierowanego na nas niby strzelba, obiektywu.
– Napijecie się czegoś mocniejszego na rozgrzewkę? – zapytał Kazik, wyjmując z kieszeni oprawną w skórę piersiówkę.
– Ładna – powiedziałem, biorąc do ręki ten piękny, inkrustowany przedmiot. Za poczęstunek dziękuję, ale na razie nie mogę pić akoholu, jestem za bardzo zdenerwowany. Może, jak już będziemy po spotkaniu. Stefan także nie skorzystał z zaproszenia. Od wielu lat nie pije alkoholu i to nie dla tego, że ma „kłopot“, ale dla zasady. Kiedyś postanowił, że będzie abstynentem i jak na razie danego sobie słowa dotrzymuje.

Kiedy szykowaliśmy się do dalszej drogi, spod rosnącego nieopodal krzewu wyszedł, mały wychłodzony kot.
– Jak on się tu znalazł? – pomyślałem. Pewno biedaczysko zgubiło się na tym odludziu. Kot podszedł do Stefana i wyraźnie zaczął prosić o coś do jedzenia. Stefan podniósł to nieszczęsne stworzenie z ziemi i głaszcząc przytulił je mocno do siebie, jakby osłaniając przed zimnym, dokuczliwym wiatrem.
– Takich jak ten, bezpańskich kotów czy psów na Białorusi są tysiące. Ludzie najpierw biorą zwierzęta do siebie, pobawią się nimi, a potem, kiedy im się
znudzą, wywożą gdzieś daleko od domu, choćby tu, do lasu – skomentował sytuację Kazik.
Nakarmiliśmy zwierzaka i ruszyliśmy w dalszą drogę. Do Nowogródka dotarliśmy około południa. Po wąskich uliczkach przechadzali się nieliczni mieszkańcy miasta w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia. Większość z nich dawno już przekroczyła wiek aktywności, dźwigając na przygarbionych plecach historię swych doświadczeń. Panowała tu typowa atmosfera wschodniej zaściankowości. Na górującym nad miastem wzgórzu majaczyły resztki zamkowych murów, przypominające czasy świetności tej pierwszej stolicy wielkiego księstwa litewskiego. Obok usypany przez mieszkańców ku czci wielkiego poety w latach 1924-31 Kopiec Adama Mickiewicza, pokryty białym puchem. Niedaleko, w parku – stylowy szlachecki dworek, cel naszej wizyty, miejsce w którym mały Adaś pod okiem swoich rodziców poznawał świat. To przecież tu powstawały jego pierwsze rymowanki.

roman-mickiewicz1Stanęliśmy obok bramy, oddzielającej park od ulicy, przy płycie z płaskorzeźbą poety. Dotkąłem delikatnie chłodnej marmurowej twarzy, patrzącej od ponad wieku na przepływające obłoki i poczułem dziwne ciepło. – Jestem Mistrzu – szepnąłem do milczącego kamienia, w cichej nadziei, że mnie usłyszy.
– Wejdźmy do środka, tam na nas już czekają – powiedział Kazik. W zadbanym parku stał typowo polski, szlachecki dworek, dziś siedziba muzeum naszego wielkiego narodowego twórcy. Na progu, a właściwie w krużganku przywitał nas kustosz muzeum, wyraźnie zaskoczony naszym przyjazdem.
– Panowie już dzisiaj? – zapytał. – Przecież spotkanie ma się odbyć jutro o siedemnastej – dodał niepewny, szukając potwierdzenia w podręcznym notesie. No tak, z grodzieńskiegpo wydziału kultury otrzymałem wiadomość o spotkaniu państwa z mieszkającymi w Nowogródku Polakami, w dniu jutrzejszym – upewnił się, pokazując Kazimierzowi zapisaną odręcznie informację.
Na twarzy mojego przyjaciela pojawiły się widoczne oznaki zdenerwowania. Wyjął telefon komórkowy, zadzwonił do Grodna. Po dosyć długiej, prowadzonej oczywiście w języku rosyjskim, rozmowie, okazało się, że spotkanie miało się odbyć z okazji dnia urodzin Poety, ale nie 24 grudnia, tylko niejako w wigilię Wigilii czyli dzisiaj. Po wyjaśnieniu nieporozumienia dyrektor poprosił o dwie godziny czasu na przygotowanie spotkania, my zaś mieliśmy w tym czasie zwiedzić muzeum, a potem przyjść na skromny poczęstunek do jego gabinetu.
Weszliśmy do muzeum. Wszystkie przedmioty z tamtego czasu, meble, obrazy, dywany, nawet stojący na sekretarzyku inkaust, pachniały starością, epoką bardzo odległą, a jednocześnie – dla mnie – bardzo bliską. Zwiedzałem kolejne pomieszczenia, mając wrażenie, jakby ktoś stał za moimi plecami, jakby mnie obserwował, zapraszając do nawiązania kontaktu. Przed oczyma miałem wiersze zapisane gęsim piórem na poblakłych kartkach. Prawie wszystkie znałem, niektóre z nich na pamięć. Nie wiem, jak długo przebywałem myślami w tamtej, mickiewiczowskiej epoce, ale wiem, że przez cały ten czas szukałem w rzeczach, którymi na co dzień się posługiwał, jego geniuszu, i wiem, że go czułem, czułem tego, dla kogo tam byłem – Adama.

Tę dziwną, metafizyczną przygodę z przeszłością zakończyła młoda pracownica muzeum, zapraszając do gabinetu dyrektora. W małym przytulnym pokoiku siedzieli już w wygodnych fotelach, popijając aromatyczną kawę i podjadając ciastka, Kazimierz, Stefan oraz pan dyrektor.
– Jak się pan u nas czuje? – zapytał dyrektor po polsku, z litewskim, a właściwie wileńskim akcentem, zapraszając do suto nakrytego stołu.
– Szczerze mówiąc, jestem pod wrażeniem – odpowiedziałem przytłumionym ze wzruszenia głosem.
– To bardzo dobrze, bo za pół godziny spotka się pan z zaproszonymi gośćmi – dodał. Wkrótce udaliśmy się do przestronnego, jasnego salonu na poddaszu. Stało kilka rzędów krzeseł. Na ścianie – kamienna płaskorzeźba z popiersiem Adama oraz nieliczne obrazy. W rogu – stary fortepian z epoki, a na nim w wazonie z porcelany bukiet świeżych kwiatów. No i podłoga – lśniący, pachnący pastą, ułożony w mozaikę parkiet.
Ku mojemu zdziwieniu w sali czekało na nas około dwudziestu osób. Jak na reprezentację prawie dwutysięcznej społeczności polskiej w Nowogródku, to niewiele, ale jak na publiczność zorganizowaną w tak krótkim czasie…, no właśnie. Bo nasuwają się dziesiątki pytań. Skąd oni się tu wzięli, kim są, w jakim języku mam do nich mówić? A jeżeli to Białorusini.

Moje obawy rozwiała młoda, może trzydziestoletnia kobieta, która zapytała po polsku, czy rzeczywiście przyjechałem do nich z Berlina? Okazało się, że prawie wszyscy siedzący na sali są Polakami. To kustosz wysłał swoich pracowników do przedstawicieli mniejszości polskiej, mieszkających w pobliżu muzeum z informacją o zmienionym terminie spotkania.

Stefan fotografował z pasją prawdziwego reportera wszystko, co znajdowało się w zasięgu jego aparatu, począwszy od eksponatów, a na dziewczęco młodych, uśmiechniętych twarzach, skończywszy. Kazimierz z satysfakcją, że jednak się udało, stał obok naszego gospodarza, czekając na rozpoczęcie spotkania.

Zaczęło się. Gospodarz wyszedł na środek sali, przywitał gości, przedstawił mnie i oddał mi głos. Spojrzałem na publiczność, na kamienne oczy Wieszcza i rozpocząłem, z tremą, to, na co przygotowywałem się przez wiele lat. Opowiedziałem więc słuchaczom o silnej, emocjonalnej więzi łączącej mnie z Mickiewiczem, o tym, że wzrastałem na jego romantycznej poezji, na jego miłości do Ojczyzny, że to były wzory, które kształtowały moją osobowość, a w czasie życia na emigracji łagodziły moje zwątpienia. Opowiedziałem im też o podobieństwach, jakie nas łączyły. O jego wielkiej niespełnionej miłości do Marii, i mojej, również wiecznie platonicznej, wiernej miłości do Marii. Marie były różne, ale miłość podobna, boląca, błądząca w sferze marzeń, wierna. Towarzyszyła nam w smutnych i radosnych chwilach, czasami przeszkadzała , ale zawsze pomagała żyć.
Mówiłem o jego tęsknocie za krajem, za domem rodzinnym, który musiał opuścić,
za przyjaciółmi, którzy pozostali tylko w jego wspomnieniach. Przypomniałem
jego los tułacza, szukającego prawdy na obczyźnie, porównując z moim losem emigranta nie z własnej woli. Przyznałem też, że jednak mnie było o tyle lepiej, że po kilku latach zdjęto ze mnie, jak z tysięcy rodaków, tę banicję. Mogę bez lęku wracać, kiedy chcę i na jak długo chcę, do wolnego rodzinnego gniazda, czego niestety nie było dane doczekać Adamowi.
Po tym pełnym zwierzeń początku przeczytałem, niejako zwracając się do ducha poety, wiersz, napisany na jego cześć, wiersz, który powstał przed zaledwie kilkoma dniami, napisany na tę właśnie okazję.

„ A kiedy będziesz w Nowogródzkiej ziemi “
– Pamiętasz ? – to twoje Wieszczu są słowa.
No więc jestem, przybyłem Eraty przestrzenią
By poczuć smak epoki, by jej zakosztować.

Ty piórem znaczyłeś drogę ku przyszłości.
Wolność twoim słowem bliźnim rozdawałeś,
I uczyłeś naród swój prawdziwej miłości
Do ojczyzny, do Matki, którą tak kochałeś…

Wznosiłeś modlitwy do pagórkòw leśnych,
W strumieniach widziałeś nadzieje płynące,
W polnych drzew konarach układałeś pieśni
Grzałeś serca rodakom, jak majowe słońce…

Przeczytałem te linijki, a w sali zapanowała taka cisza, że mogłem usłyszeć swój własny oddech, bicie własnego serca. Przeczytałem jeszcze kilka innych wierszy, związanych z Grodzieńszczyzną, a na koniec, dla rozluźnienia atmosfery, bajeczki, napisane dla mojej Kasieńki. Kiedy zamilkłem, słuchający dotąd w skupieniu uczestnicy spotkania, nagrodzili mnie gromkimi brawami. Niektórzy podchodzili do mnie, dziękując po polsku za wrażenia, jakich im dostarczyłem, a ja cieszyłem się, że mogłem im podarować marne ziarno ojczyźnianej ziemi – siebie.
Na zakończenie tej pięknej przygody z Adamem wręczyłem dyrektorowi muzeum rękopis tego wiersza, wiersza od poety – dla poety.

roman-mickiewicz2Fotos: Stefan Dybowski

Jubileusz

Ewa Maria Slaska

andrzejandrzej2

Andrzej Piwarski
i Barbara Ur wzięli ślub przed 50 laty. O Barbarze i jej niezwykłych rzeźbach pisałam już tu. Dziś wpis o Andrzeju. Skończył w tym roku 75 lat. Zaczął studia w roku 1960. Pierwszą wystawę miał w roku 1967.  Jesienią ich odwiedziłam. Odpowiadają i opowiadają. Robią to świetnie, choć zupełnie inaczej – Barbara cicho i krótko, celnie puentując wypowiedzi. Andrzej wspaniale i panoramicznie, wpisując się w długą tradycją polskiego gawędziarstwa.

Ile razy dorwę się do głosu, pytanie się odmienia, prowadzi rozmowę do kolejnego etapu życia obojga twórców. Siedzimy w ich mieszkaniu, potem idziemy do pracowni. Cudowne wnętrza, pełne najwspanialszej sztuki. Malowane świątki i ludowe obrazy z XVII wieku, krzyżyk, którym błogosławił Niemców przebrany za księdza ślepy ojciec artysty, wyprowadzając siebie i syna ze spalonej Warszawy do Pruszkowa. Ceramiczne gobeliny Barbary, jej rzeźby bogiń-księżniczek z włosami z łańcuchów.

andrzej3aJuż o tym pisałam, ale cóż, czasem nie ma wyjścia – trzeba się powtarzać. Ach, mieć pieniądze, kupić te boginie, ustawić w ogrodzie przed domem, powiesić w oknach tego nieistniejącego domu obrazy Andrzeja, tak by widać je było z ogrodu, zaprosić ludzi, powiedzieć im, patrzcie i nie zapomnijcie, że jesteście głupkami. Wydaje się Wam, że to co robicie jest taaakie ważne. A tymczasem, moi drodzy, ważna jest tylko sztuka. Ważni są tylko twórcy. Nikt nie pamięta, jak nazywali się politycy czy urzędnicy w Paryżu w roku 1918 roku, a przecież na pewno w swoim czasie byli ważni i o rozmowę z nimi zabiegali ambasadorzy i konsulowie. Nikogo już te osoby nie obchodzą, ale każdy Europejczyk wie, że w listopadzie 1918 roku w wydawnictwie Gallimard ukazał się drugi tom W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, pierwsza francuska, a zapewne także europejska książka wydana natychmiast po zakończeniu I wojny światowej. Ten fakt w tym roku też obchodzi jubileusz.

andrzej3Andrzej obchodzi jubileusz, albo raczej obchodzić go będzie za dwa tygodnie. Ale jubileusz to też pojęcie teoretyczne, bo co to jest jubileusz i jak się go liczy? Nie ma problemu, gdy jest to na przykład rocznica przyznania Nagrody Nobla Wałęsie. Wiadomo, dostał ją 5 października 1983 roku, minęło 30 lat, Wajda nakręcił film, 4 października 2013 roku z okazji jubileuszu odbyła się polska premiera filmu i tak dalej, i tak dalej… Jubilat i jego rodzina mieli zresztą z Noblem dla Wałęsy też coś do czynienia, bo zorganizował w Oslo wielką wystawę w ratuszu, na przeciwko budynku uniwersytetu, gdzie 10 grudnia w imieniu Wałęsy Danuta odbierała nagrodę. Wystawa Piwarskich była jedyną polską akcją zorganizowaną z tej okazji w Oslo. Składał się na nią cykl Andrzeja “Ślady, myśli, nadzieje. Polska 1970-1981”, prace Barbary oraz prace ich syna, Krzesisława Piwarskiego i jego akcja artystyczna na placu przed aulą uniwersytecką, gdzie wręczano Danucie nagrodę dla męża.

andrzej1Piszę dziś o jubileuszu Andrzeja, opierając się na googlowskiej zasadzie, że wszystko jedno, ile lat minęło i czy rocznice, które czcimy są okrągłe czy kanciaste, uczczę na tym blogu 51 rocznicę ślubu obojga i 75 urodziny Andrzeja, i 53 rocznicę rozpoczęcia studiów, ale też – 50 rocznicę przyznania artyście pierwszej nagrody za obraz (19 grudnia o godzinie 17:00), namalowany poza murami sopockiej Alma Mater. Ale obchodzimy też 46 rocznicę jego pierwszej wystawy indywidualnej oraz dwudziestolecie powołania przez Andrzeja i Barbarę do życia Europejskiego Laboratorium Sztuki w Tuchomiu, co jest jak rozumiem, nadaniem rangi instytucjonalnej kaszubskiej chałupie z ogrodem.

andrzej3bA poza tym w sobotę w galerii NaKole odbędzie się wernisaż malarstwa Andrzeja. Pójdę oczywiście na to otwarcie i wygłoszę mowę. Zostałam o to poproszona:

Szanowni Jubilaci… I co? Co mam dalej powiedzieć? Mam wymienić, co zrobili oboje? Nie, nie, nie. Precz z wyliczankami, które zanudzają słuchacza na śmierć. A więc jeszcze raz: Szanowni Jubilaci, od kilkudziesięciu lat tworzycie sztukę. Sami mi powiedzieliście w rozmowie, że ani jednego dnia nie przepracowaliście w inny sposób. Stworzyliście wielkie dzieło. Jestem z Was dumna i bardzo Wam za to dziękuję!

Brawo, brawo. Huczne oklaski.

PS. Barbara Ur i Andrzej Piwarski mieli kiedyś we Frankfurcie nad Menem wspólną wystawę z Matką Autorki tego tekstu, graficzką Ireną Kuran-Bogucką.

Świat jest mały.