Poesia – Poesie – Поезія / Bella Ciao

Goran Bregović śpiewa Bella Ciao upominając się o prawa Cyganów (i niech mnie arcybiskup Michalik wyklnie za używanie słowa Cygan!). Artysta w informacji napisał, że to jego słowa i jego muzyka.

Bardzo lubię Bregovića i jestem bardzo “za” w kwestii cygańskiej, ale Bella Ciao to stara włoska piosenka, śpiewana już w latach 20 przez robotnice, zbierające owoce, które skarżą się na szefa i okropne warunki pracy.

W czasie wojny śpiewali ją partyzanci i oryginalny tekst z tego czasu, już przerobiony na pieśń bojową, brzmi tak:

Una mattina mi sono svegliato,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
Una mattina mi sono svegliato,
e ho trovato l’invasor.O partigiano, portami via,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
O partigiano, portami via,
ché mi sento di morir.E se io muoio da partigiano,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
E se io muoio da partigiano,
tu mi devi seppellir.E seppellire lassù in montagna,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
E seppellire lassù in montagna,
sotto l’ombra di un bel fior.Tutte le genti che passeranno,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
Tutte le genti che passeranno,
Mi diranno «Che bel fior!»
«È questo il fiore del partigiano»,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
«È questo il fiore del partigiano, morto per la libertà!»
 Eines Morgens bin ich erwacht
(An diesem Morgen bin ich aufgestanden)
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Eines Morgens bin ich erwacht
Und fand den Eindringling vor.Oh Partisan, bring mich fort
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Oh Partisan, bring mich fort
Denn ich fürchte bald zu sterbenUnd falls ich als Partisan sterbe
(Und falls ich in den Bergen sterbe)
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Und falls ich als Partisan sterbe
(Und falls ich in den Bergen sterbe)
Dann musst du mich begrabenBegrabe mich dort oben auf dem Berge
(Und du musst mich begraben)
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Begrabe mich dort oben auf dem Berge
(Und du musst mich begraben)
Unter dem Schatten einer schönen BlumeUnd die Leute die daran vorbeigehen
(Und alle jene die daran vorbeigehen)
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Und die Leute die daran vorbeigehen
(Und alle jene die daran vorbeigehen)
Werden mir sagen: „Welch schöne Blume!“
(Und sie werden sagen: „Welch schöne Blume!“)Dies ist die Blume des Partisanen
(Und dies ist die Blume des Partisanen)
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Dies ist die Blume des Partisanen
(Und dies ist die Blume des Partisanen)
Der für die Freiheit starb

Ciekawe, że tekst niemiecki jest prawie dwa razy dłuższy niż włoski. Z dzieciństwa pamiętam, że śpiewaliśmy tę piosenkę na koloniach letnich jako bardzo niewinną historyjkę zbieraniu kwiatów dla mamy. Potem, w miarę jak dorastaliśmy, okazywało się, że jednak “dam ojczyźnie ogromny bukiet, a z nim serce moje dam”.  Refren brzmiał “Bella Ciau” a właściwie nawet “Bella ciał”.

Polska Wikipedia podaje oficjalne tłumaczenie wersji oryginalnej, ale nie potrafię się z nim utożsamić. Dla mnie to jednak piosenka o tym, że poszedłem w góry o świcie i nazbierałem bukiet kwiatów. Ale proszę bardzo, jak ktoś chce, to tłumaczenie jest TU.

Z biegiem czasu ta włoska piosenka ludowa stała się jedną z najsłynniejszych bojowych pieśni antyfaszystowskich, aby jeszcze po kilkudziesięciu latach stać się po prostu wyrazem protestu –  tu Bella Ciao w dziewięciu językach. W tym po chińsku, arabsku i turecku.

A na zakończenie tekst przerobiony na ukraiński i opublikowany na you tubie w grudniu 2013 roku:

Всі кажемо Віті ЧАО (Wszyscy mówimy odejdź Witia)

Прощай, гаранте, Не повертайся!
А Вітя чао, Вітя чао, Вітя чао-чао-чао!
І Межигір’я, і Сухолуччя
Музеєм стане завтра все.

Жорстокий беркут, Суди продажні…
А Вітя чао, Вітя чао, Вітя чао-чао-чао!
Ні прокурори, ні Вовка Путін,
Не захистять вони тебе!

Вставай Країно! Прокиньтесь люди!
А Вітя чао, Вітя чао, Вітя чао-чао-чао!
Всім на Майдани виходить треба
Проти свавілля влади стать.

Нам буде важко, Ми всі це знаєм.
А батя чао, батя чао, Батя чао-чао-чао!
Та за свободу рідного краю
Боротись будем до кінця!

***

A tu wersja z Omanu, którą wstawiłam do tego wpisu 27 października 2022 roku, czyli prawie 10 lat później.

https://www.facebook.com/664672729/videos/10156758445437730/

Stare papiery 9 i koty

kotygraja-mysldniaEwa Maria Slaska o kotach, ale również o rodzicach

Ten anonimowy obraz flamandzki z roku 1600 “Koty grają i śpiewają” zobaczyłam na Facebooku dzięki zainteresowaniom Teresy Boguckiej. Każdy czytelnik tego bloga wie już, że jestem córką Ireny Kuran-Boguckiej i Dariusza Boguckiego. Jestem z domu Bogucka i Teresa Bogucka musiała siłą rzeczy zostać moją facebookową przyjaciółką, zwłaszcza, że zachwycają mnie zdjęcia, którymi się z nami tam dzieli – sztuka od średniowiecza do baroku i zdjęcia przyrody, zwłaszcza nadzwyczajnych ptaków. I kotów.

Koty były w domu zawsze. W swej autobiograficznej książce “Śladami życia” mój Ojciec poświęcił cały rozdział… A zresztą:

PSY, KOTY, KONIE I MOTORY

Kronika mojego życia byłaby niepełna, gdybym pominął innych niż ludzie współtowarzyszy, którzy w moim życiu odegrali niebagatelną rolę. (…)
Koty zaczęły się u nas pojawiać dopiero podczas wojny, w Pruszkowie. Ale odkąd w Gdańsku zamieszkaliśmy na Grunwaldzkiej, zawsze był w domu co najmniej jeden kot. Bywały różne, białe i łaciate, pręgowane i czarne, podwórzowe i kanapowe. Merdek, na przykład, był takim sobie zwyczajnym środkowo-europejskim zawadiackim dachowcem, ale już Baghera była piękną czarną syjamką z klasycznie załamanym koniuszkiem ogona. Z kolei jej syn, srebrnoszary Kitwas, skrzyżowany z kocurem rasy angora, był wielki i wyjątkowo okazały. I tak jak różniły się między sobą, tak różnie układały się nam nasze stosunki, od ledwie tolerancyjnych do opartych na pełnej zażyłości. Przy czym różne bywało rozłożenie akcentów, jeśli chodzi o te nici porozumienia. Niektóre koty darzyły większą sympatią mnie, inne uznawały tylko Irenę, a Kitwas zdecydowanie wybrał Kasię. Zwyczaje, podobnie jak wygląd, każdy miał inne. Wszystkie, niezależnie od rasy, sypiały, gdzie chciały, i łaziły też wszędzie, jak twierdzili złośliwcy, przede wszystkim nam po głowach. Ostatnia gdańska kotka wprosiła się do nas sama. Była chowu podwórzowego, na utrzymaniu sąsiada, który wyprowadzając się, pozostawił ją własnemu losowi. Kiedy pojęła, że została opuszczona, podeszła na ulicy do Ireny i miaucząc, dosłownie poprosiła o ratunek. I choć przedtem żyła praktycznie na podwórzu, od nas z domu nie wyszła ani razu, a żeby nie było w tym względzie wątpliwości, nigdy nawet nie podeszła do drzwi wejściowych.

rodzice-kotRodzice i Kitwas.

przebierancyNa zdjęciu obok rodzice z przyjaciółmi  wychodzą na bal przebierańców, a może zresztą ten bal, czy jakby to powiedziano za moich młodych lat – prywatka, co dziś się ponoć zwie domówka, był u nas w domu. Na pierwszym planie rodzice – Tata jako Kot Makawity z wiersza Eliota (ale na miejscu zbrodni nie ma Makawitego), Mama jako synkretyczna hiszpańska piękność. W ich kostiumach czuje się twórczą rękę artysty (Mama nie mówiła o sobie, że jest artystką, zawsze była artystą). Ta ręka zgoła nie metaforyczna pojawia się zresztą na sukni Mamy. Na drugim planie Jaś Korsak i Andrzej Lehman jako marynarze i korsarze. Streszczenie całego naszego świata. My dwie z siostrą (na pewno) zazdrośnie podglądamy przez uchylone drzwi.

Ile to lat tak było…

Madonna mit Kind und KatzeSzkic po lewej: Leonardo da Vinci, Madonna z kotem
Ciekawe, że jak człowieka jakiś temat trzyma w garści, to nie może się od niego oderwać. To nie miał być wpis o rodzicach, ale o kotach. Dzięki dwóm moim facebookowym przyjaciółkom, Teresie Boguckiej i Marynie Over – o kotach w sztuce. Gdy zbierałam materiały, pojawiła się jeszcze jedna – Barbara Wells Sarudy. Nie znam jej w ogóle, nawet facebookowo jej nie znam, ale okazuje się, że już się zetknęłam z jej blogiem o sztuce, kwiatach i emancypowanych kobietach. Dwa lata temu moja siostra podsunęła mi jej stronę It is about a time. Searching centuries of Art, Nature, & Everyday Life for Unique Perspectives, Uncommon Grace, & Unexpected Insights. Chodziło nam wtedy o wpis o piciu herbaty w sztuce, w sam raz na długie zimowe wieczory.

A teraz barokowe koty Barbary, Maryny i Teresy.

Frans Snyders (1579-1657) Martwa natura z langustą, drobiem i owocami

1h 2StillLife  Frans Snyders (Dutch artist, 1579-1657) Still Life with Lobster, Poultry, & FruitAdriaen van Utrecht (1599-1652) Martwa natura z psem i kotem

Adriaen van Utrecht (Flemish Baroque Era Painter, 1599-1652) Still Life with Dog and CatGiuseppe Recco (1634-1695) Kot kradnący rybę

1 Giuseppe Recco (Italian, Neapolitan, 1634–1695) Cat Stealing FishNieznany malarz holenderski (1625-1650) Koci posiłek

Unknown Dutch artist, The Cat's Meal. 1625-50Z kręgu Rembrandta, Mężczyzna głaszczący kota

rembrandt-nasladowca-mezczyzna-glaszczacy-kota-XVIIw

W przyszłym tygodniu zapowiedziany na dziś mój zielony zeszyt

W Nowym Jorku

Zbigniew Mierzwa

Wielkie Jabłko nocą

Wielkie miasta nigdy nie śpią. Nocą pracują na zwiększonych obrotach kelnerzy, barmani, krupierzy, divy nie operowe, ale za to operatywne, taksówkarze, złodzieje, policjanci. Pieniądz zarobiony w ciągu dnia, o zmierzchu toczy się dalej, takie jest jego prawo i każdy ma z niego swoją część. Nie inaczej jest w najludniejszej aglomeracji USA, Nowym Jorku, zwanej Big Apple, Wielkim Jabłkiem.

Urodziny Zosi 403 Wieczorem otwierają się drzwi setek nocnych klubów, jazzowych knajp, dyskotek i barów w całym mieście. Te najbardziej znane są na Manhattanie; w zależności od klasy i profilu lokalu, obowiązuje pewna rejonizacja. Turystyczna stonka  szturmuje  przede wszystkim znane restauracje, kina i bary na Times Square. W położonym centralnie Village, od Sixth Avenue do Brodwayu, życie toczy się na ulicy i w otwartych do późna kawiarniach i klubach muzycznych. W Soho dominuje styl ekstrawagancki, odpowiadający artystom, klientom z branży mody i mediów. Kochający inaczej gromadzą się w rejonie West Village, tam też działa cała masa dobrych klubów jazzowych. Klientów z grubszym portfelem zapraszają eleganckie lokale na Upper East i Upper West Side, słowem każdemu według jego upodobań i możliwości.

Urodziny Zosi 473Prawo wstępu do tych renomowanych, droższych klubów mają wyłącznie goście spełniający skrupulatne wymogi lokalnego dresscode, co oczywiście nie znaczy, że ktoś w eleganckim ubraniu od Armaniego będzie mile widziany na party naturystów, choćby i wykwintnym. Niezorientowanym w topografii rozrywkowej miasta przychodzą z pomocą różne agencje, organizujące nocne wycieczki stylowymi limuzynami, po wybranych według gustu klientów adresach. Bilety na takie eskapady zaczynają się od 50 dolarów i mają w cenie darmowe drinki w odwiedzanych lokalach. Wybawionych gości – głoszą  reklamy – nasz  przewodnik wsadza później do taksówek, albo do metra i bezpiecznie jadą sobie do domu, albo do hotelu.

Urodziny Zosi 469No tak, ale czy Nowy Jork jest w ogóle bezpieczny ? Policyjne statystyki pokazują, że choć nie jest on miastem aniołów, to od roku 2005 posiada najniższy wskaźnik przestępczości spośród wszystkich największych aglomeracji w tym kraju.

Urodziny Zosi 453Podejrzewam, że nowojorczycy zawdzięczają to w jakiejś choćby drobnej mierze samym sobie. Byłem świadkiem zuchwałej kradzieży damskiej torebki w metrze na Brooklynie, w biały dzień. Jakiś chłopak porwał ją pasażerce, kiedy pociąg stanął na jednej ze stacji i wtedy czmychnął przez drzwi. Ofiara rzuciła się za nim w pogoń, w sukurs pośpieszyło jej chyba ze trzech obcych, młodych ludzi. Nie wiem, czy złapali delikwenta, ale bardzo mi się podobała ta reakcja otoczenia. Parę tygodni temu natomiast, już za pośrednictwem you tube, z nie mniejszą satysfakcją obejrzałem filmik, który ktoś nakręcił komórką, pokazujący jak nowojorczycy obezwładniają w metrze innego łobuza, uzbrojonego w nóż. Może drobnymi kroczkami idzie nowe i spycha społeczną znieczulicę na margines. Oby!

Urodziny Zosi 452Wracając do nocnego Nowego Jorku – generalnie balować można w lokalach do godziny 4, ale wiele klubów zamyka dopiero rano. Od  04.00 do 08.00, a w niedzielę od północy, obowiązuje jednak zakaz sprzedaży alkoholu. Nie podadzą ci go również, jeżeli masz poniżej 21 lat. Amatorom grzeczniej spędzonych wieczorów, czy też  bardziej intelektualnych, wychodzi naprzeciw  Theater  District wokół Brodwayu, 42 ulicy i Times Square, Lincoln Center for the Performing Arts i Upper West Side. Oferta jest bogata, od światowej sławy inscenizacji teatralnych, operowych i musicali, poprzez ambitną sztukę kameralną i sceniczne debiuty, na Salonie Madame Tussaud i popisach cyrkowców w Big Apple Circus skończywszy. Na scenach, zarówno repertuar klasyczny, jak i awangardowy; bilety wstępu do Metropolitan Opera są oczywiście droższe od tych do gabinetu figur woskowych, ale przy odrobinie szczęścia, na parę godzin przed spektaklem, można je kupić także znacznie taniej. Znajomym udało się w ten sposób obejrzeć „Normę”  Vincenzo  Belliniego, ze znakomitą sopranistką, Sondrą  Radvanovsky w tytułowej roli  i cała przyjemność kosztowała ich 20$ od osoby.

Urodziny Zosi 451Na koniec wypadałoby spróbować wyjaśnić, dlaczego Nowy Jork nazywany jest Big Apple. Wersji jest przynajmniej kilka i każda z nich wydaje się być prawdziwa. W 1920 roku niejaki John J. Fitz Gerald, dziennikarz sportowy z New York Morning Telegraph podsłuchał, jak stajenni w Nowym Orleanie nazywają w ten sposób nowojorskie tory wyścigów konnych. Tak mu się to spodobało, że redagowanej przez siebie kolumnie nadał tytuł : Around the Big Apple, czyli Wokół Wielkiego Jabłka, co czytelnicy też przyjęli z uznaniem. W prasie, wiadomo, najważniejszy jest tytuł. Później muzycy jazzowi zaczęli tak nazywać nowojorskie City, a zwłaszcza Harlem, gdzie grali i ta nazwa z czasem objęła całe miasto. Inni twierdzą, że Nowy Jork z lotu ptaka przypomina dorodne, okrągłe jabłko. Są też zwolennicy teorii, mówiącej, że nazwa wzięła się z Biblii. Podobnie, jak Adam i Ewa dali się skusić na jabłko z Drzewa Poznania Dobra i Zła, tak Nowy Jork, poprzez swoją wyjątkową siłę przyciągania, stał się pokusą dla milionów ludzi na całym świecie, której ulegli i nadal ulegają. Jedni na dobre, inni przynajmniej raz na jakiś czas.

Urodziny Zosi 549

Reblog: Moja Europa

patrimoniumEwa Maria Slaska – „Moja Europa”

Mama

 

W dzieciństwie i młodości osobą, która wywierała na mnie największy wpływ była moja Mama, graficzka i tłumaczka poezji hiszpańskiej, Irena Kuran-Bogucka. Były inne osoby, których miłości i opiece zawdzięczam pomyślne przetrwanie dzieciństwa. Bo Mamy dzieciństwo nie interesowało, interesowały ją tylko kontakty z inteligentnym partnerem, którego można poinformować i z którym można rozmawiać. Latami byłam dobrym odbiorcą informacji, przekonań i poglądów Mamy. Gdy dorosłam, stałam się kiedyś wreszcie także partnerem rozmowy. Ale to się zdarzyło co najwyżej pod koniec liceum, a może dopiero już na studiach. Natomiast na pewno pod koniec liceum spędzałyśmy czas tak, że Mama cięła grafiki z cyklu „Dzieje Gdańska”, pełne drobnych szczegółów i detali, a ja jej referowałam zasób wiedzy maturzysty z poszczególnych dziedzin nauki. Trzeba przyznać, że cierpliwie znosiła nawet chemię i fizykę, ale oczywiście najbardziej lubiła, gdy rekapitulowałam historię i język polski. Był to jedyny czas, jaki pamiętam z naszych wspólnych kontaktów, kiedy to ja mówiłam, a ona słuchała. Zazwyczaj było na odwrót. Mama nie rozmawiała o zwykłym życiu. Nie myślała o przepisach na kopytka, ani o praniu. Nie zajmowało jej sprzątanie. Jedynym ustępstwem na rzecz zwykłego życia były plotki o ludziach, z których wynikała bezwzględna wyższość artysty i człowieka myślącego nad resztą świata. W tym sensie nawet plotki przynosiły młodej istocie, czyli mnie, bezsprzeczną korzyść, bo wyznaczały normy postępowania. Ale głównym tematem rozmowy była sztuka – przede wszystkim malarstwo czy szerzej sztuki piękne i literatura. Dziwne, że muzyki się w domu słuchało, ale muzyka nie była tematem rozmowy. Historia, religia czy geografia były tylko o tyle istotne, o ile stanowiły kontekst dla życia i dzieła artysty. Mama miała swoich bezwzględnych ulubieńców. Wszyscy byli z Europy, ale wtedy o tym nie myślałam. Pierwszym był anonimowy prehistoryczny artysta, autor zbiorowy malowideł w grotach w Altamirze i Lascaux. „Sztuka współczesna”, mawiała Mama, „mogłaby buty czyścić malarzom z Lascaux, pod warunkiem, że nosiliby oni buty”. Po nim przychodził Homer, Homer i jeszcze raz Homer oraz anonimowy jak prehistoryczni malarze Grek malujący amfory. I rzymski rzeźbiarz, wykonujący rzeźby portretowe. Horacy, ale nie Wergiliusz. Ze średniowiecza – trubadurzy i rzeźbiarze wykonujący portale romańskich i gotyckich katedr. Wikingowie. W renesansie liczył się raczej Rafael niż Leonardo. Szekspir. El Greco. Z baroku ostał się tylko Vermeer van Delft, ale za to jaki ukochany, i Rembrandt. Z XIX wieku Heine a nie Goethe i Słowacki (pierwszy Polak na tej liście) a nie Mickiewicz. A potem dopiero Picasso. Federico Garcia Lorca i, ale to już z dużym dystansem do Lorki, Rafael Albreti. I znowu Polacy – Wierzyński, Tuwim, Skamandryci. I folklor Andaluzji. I wreszcie, na zakończenie, Günter Grass i jego trylogia gdańska. Dopiero w czasach współczesnych pojawiło się kilku pisarzy amerykańskich, w tym najważniejszy – Jack Kerouac. Gdy teraz patrzę na tę listę, aż mnie dziwi, bo jest ona niedługa, ba, skromna, a przecież wypełniła nam intelektualnie kilkanaście lat. Kilkanaście lat rozmów o sztuce. Wydaje mi się jednak, że o ile dla mnie z rozmów tych wyrosła Europa i nie zdefiniowane, ale jednak wyraziste pojęcie „dziedzictwa europejskiego”, o tyle dla Mamy to zbiorowe pojęcie nie istniało. Nie było Europy i sztuki europejskiej. Byli poszczególni artyści. To co się liczyło, to była indywidualność twórcy i jego wolność wypowiedzi. Typowe cechy sztuki europejskiej.

Okno

Pierwszy raz świadomie pomyślałam o Europie myjąc okna. (…)


PS od Adminki z roku 2020: Reszta tekstu została opublikowana na stronie Patrimonium Europae, strona jednak chyba zniknęła, a w każdym razie tekst zniknął i w sieci, i w komputerze, czyli go nie ma. Pisałam w nim na pewno o Dolnych Vestonicach i łowcach mamutów.

Ucho jaka

Anna Nacher i Marek Styczyński pojawili się w naszym berlińskim życiu jako Karpaty Magiczne, zespół grający muzykę świata, przy czym ten świat był rozległy aż po Ural i Himalaje, a zarazem karpacki i folkowy, górski i bagienny, archaiczny i nowoczesny, wyrażany przedziwnym instrumentarium i połączony z niezwykłymi projektami. Czy to była muzyka, nauka, rekonstrukcja świata nieistniejącego, fantasy czy kolekcjonerstwo?

Jestem człowiekiem konkretnym i ta przedziwna mieszanina, którą uprawiali / uprawiają Ania i Marek powodowała w moim umyśle niezwykły zamęt. A do tego, po czasie, doszły książki. Czasem zwykłe, np. Przewodnik po okolicach Nowego Sącza, czasem niezwykłe, jak etnobotanika i marginesy popkultury. Podstawowe pytanie brzmiało od zawsze: Jak im się to łączy?

Kiedyś tłumaczyłam na niemiecki kilka wierszy Ani. Szukam ich teraz po komputerze. Pamiętam jeden – żuraw, autobus, deszcz, żuraw na lewym ramieniu. Wielka Bogini Matka jedzie autobusem do Nowego Targu. Piękne. To zdanie tam nie pada, tej bogini w autobusie czytelnik musi się domyślić sam, ale przecież tak jest, starożytne religie to nie rekwizyty i eksponaty w Muzeum, ale ich trwanie po dziś dzień, w rozklekotanym autobusie i plastikowej butelce z wodą.

Znalazłam, i tłumaczenie, i wiersz. W wierszu nie ma autobusu, jest za to wąż.

Bajka

Pewnego dnia na jednym ramieniu
usiadł mi żuraw.
Na drugim ramieniu usiadł mi wąż.
Pewnego dnia na jednym ramieniu
usiadł mi żuraw, na drugim ramieniu
usiadł mi wąż.

Wąż ma wciąż coś do powiedzenia, żuraw tylko rozkłada skrzydła.

Pewnego dnia na jednym ramieniu
usiadł mi żuraw, na drugim ramieniu
usiadł mi wąż.

Mój Boże, żeby było cieplej.
To wtedy śmiać się można będzie więcej.

Miała być bajka a jest to co jest.
Miała być bajka a jest to co jest.
Miała być bajka.
Jest to co jest to co jest to co jest
Jest to co jest to co jest to co jest
co jest co jest co jest co jest co jest
Jest to co jest

uchojakaPrzed 10 laty dostałam od Ani i Marka “Ucho jaka”, książkę o kolekcjonowaniu instrumentów muzycznych. Miała zieloną okładkę. Po kilku miesiącach nie pamiętałam już, gdzie leży, a chciałam komuś pokazać. Szukałam, nie znalazłam, zmartwiłam się. Usiadłam na podłodze i zaczęłam słuchać, tak jak Kubuś Puchatek nasłuchiwał, jak go wołają baryłeczki z miodem. “Tej książki tu nie ma”, zawyrokowałam, “nie warto szukać”. I rzeczywiście, w kilka miesięcy później odkryłam ją przypadkowo w domu przyjaciół. Podeszłam do półki i od razu ją zobaczyłam. Stała wśród innych domowych książek. Miała dedykację dla mnie. Nie zapytałam, czy pożyczyli ją sobie, pytając mnie o zgodę, czy nie pytając. Nie miało to znaczenia. Znaczenie miał fakt, że istniał związek między mną a tym konkretnym egzemplarzem książki i że mogliśmy ze sobą rozmawiać. Było tak, jakbym wcale tej książki nie potrzebowała, bo miałam ją w sobie. Ucho jaka. Dobry tytuł. Byłam w Himalajach, ale czy widziałam jaka? Wydaje mi się, że tak. Mój syn twierdzi, że nie. Kupiliśmy sobie w Himalajach pęczek fletów od białego człowieka, który w samodziałowym gieźle szedł przez las i grał.

Jeden z tych fletów mam do dzisiaj, resztę rozdaliśmy w prezencie. Nie umiem grać na flecie. Na klarnecie też nie. W ogóle nie umiem grać na żadnym instrumencie.

Ucho jaka. Muzyczne podróże od Katmandu do Santa Fe

uchojaka-ania-marekPiękne opowieści o podróżach poza szlakami turystycznymi. O klasztorach zamkniętych na głucho, z drewnianym kluczem na bramie, pilnowanych przez starą szaloną kobietę. Klasztor otaczają stare drzewa. Kilkunastometrowe i żylaste pnie potrzebowały setek lat, by wyrosnąć na wysokości 4000 m i nie poddać się zimnym wiatrom. Może pamiętają założyciela klasztoru, który medytował wytrwale w tej okolicy. Trwał w swej praktyce tak niestrudzenie, że yeti zaczął mu przynosić do jaskini wodę i pożywienie. Kiedy współczujący człowiek śniegu umarł, lama przechował jego rękę i skalp jako świadectwo tej zadziwiającej historii.
uchojaka-yetiA do tego muzyka, nagrania, kolekcja instrumentów. Większości nie znam, choć przecież studiowałam etnografię. Didżeridu, burczybas, warkotka, na tym chyba się kończy moja wyniesiona ze studiów wiedza. I kalimba, która pojawiła się kilkadziesiąt lat później, gdy moja przyjaciółka używała jej do usypiania małego chłopczyka. Tymczasem Ania i Marek w “Uchu jaka” omawiają budowę, sposób gry i wykorzystanie prawie stu instrumentów, wielu w Polsce zupełnie nie znanych.

uchojaka-instrumentyKsiążka czyli tradycyjny obiekt do czytania z dołączoną płytą jest wyczerpana, ale na stronie księgarni można odsłuchać kilku nagrań muzyki z Himalajów (niestety wordpress nie chce tego zapisać ani odtwarzać, szkoda): http://wsm.serpent.pl/sklep/album.php?alb_id=5414. Tak czy owak warto tam wejść.

Natomiast teraz, zgodnie z wymogami czasu, ukazał się ebook, który można kupić tu: http://bezdroza.pl/ksiazki/ucho-jaka-muzyczne-podroze-od-katmandu-do-santa-fe-anna-nacher-marek-styczynski,ucho.htm?nr=6148k&url=ucho. Cena: 31,90 złotych

Lub tu: http://ebookpoint.pl/ksiazki/ucho-jaka-muzyczne-podroze-od-katmandu-do-santa-fe-anna-nacher-marek-styczynski,ucho.htm

Kupcie sobie. Ja kupiłam.

Reblog: Muzeum Kraszewskiego w Dreźnie

pol-cafe-logo

opublikowała piękny tekst Leonarda Paszka o Muzeum Kraszewskiego w Dreźnie. Leonard jest twórcą i administratorem Pol-Cafe i Pepe TV, tak w wersji wirtualnej, jak i całkowicie realnej. Poprosiłam go o zgodę na zreblogowanie jego tekstu Kraszewskim.

Był autorem nadzwyczajnym! Napisał 232 powieści!

kraszewski2

Muzeum niczym z bajki

Już w momencie przekroczenia bramy posesji przy Nordstrasse 28 w Dreźnie można wyczuć dziwny i niecodzienny klimat. Drzewa, wypielęgnowana trawa, alejki i kwiaty, a w głębi piękna willa w szwajcarskim stylu. Wszystko to przypomina obrazy niczym z „Tajemniczego ogrodu”. W takim to miejscu mieszkał i tworzył w okresie drezdeńskim Józef Ignacy Kraszewski – najpłodniejszy pisarz polski wszystkich czasów i jeden z najpłodniejszych pisarzy świata. Obecnie w domu tym, od 1960 roku, mieści się muzeum upamiętniające jego twórczość i związki Polski z Saksonią. Jest to obecnie jedyne muzeum polskie na terenie Niemiec, a także miejsce spotkań i konferencji polsko-niemieckich i polonijnych.

Dom

Sam Kraszewski, chociaż po zakupie domu narzekał na wysokie koszta remontu, to jednak cieszył się jak dziecko z lasu za domem i z drzew w ogrodzie. W liście do najmłodszego brata – Kajetana pisał: U mnie zielono, drzewa szumią, a ja piszę i piszę lub w ogródku pracuję. Kosy, szpaki i wróble mi się przypatrują, a wiewiórki tylko czasami (…) Z okna pokoju, w którym piszę, zupełnie wiejski widok w las, na łąkę i strumień. Było dla niego wielkim szczęściem, że udało się znaleźć w Dreźnie, stolicy Saksonii, która zawsze rozjaśniała kulturalną mapę Niemiec, zakątek tak uroczy i sprzyjający twórczej pracy.

A pracował w Dreźnie bardzo konsekwentnie, narzucając sobie surową dyscyplinę, którą podziwiali wielbiciele jego talentu. Wstawał o ósmej, pół godziny na poranną toaletę, później skromne śniadanie i kawa, a przy tym przegląd prasy, której otrzymywał wówczas 60 tytułów. Później odpisywał na liczne listy. Doręczyciele z korespondencją przychodzili czasami kilka razy dziennie. Zawsze starał się odpisywać własnoręcznie i w tym samym dniu. O jedenastej robił przerwę i przyjmował gości. Przed obiadem jeszcze starał się wrócić do lektury prasy i korespondencji. O czternastej zasiadał do obiadu, a po nim obowiązkowa godzinka pieszego spaceru lub praca w ogrodzie. Miedzy szesnastą a osiemnastą znowu wracał do korespondencji i prasy. Do dziewiętnastej, godzinę poświęcał na fortepian, tylko oczywiście dla przyjemności. Później kolacja, po której w pokoju na piętrze, przy lampce olejnej przystępował do pisania, które kończył około drugiej w nocy. Pisanie przychodziło mu łatwo. Pismem drobnym zapełniał szybko kolejne kartki brulionu. W willi przy Nordstrasse powstały takie powieści jak: „Hrabina Cosel”, „Brühl” czy „Z siedmioletniej wojny”, które nazywane są również saską trylogią.

(…)

Kraszewski i Drezno

Kraszewski przyjechał do Drezna w lutym 1863 roku, czyli w 51 roku życiu. Była to ucieczka przed zesłaniem na Sybir z powodu zaangażowania w Powstanie Styczniowe. Ta 800-letnia metropolia od początków XIX wieku służyła jako schronienie dla uchodźców politycznych m.in. po upadku Powstania Listopadowego. Kraszewski nie zamierzał zostawać tutaj dłużej. Pragnął jedynie przeczekać polityczną zawieruchę i szybko wrócić do Warszawy, gdzie zostawił rodzinę. Pobyt w Dreźnie jednak przedłużył się na niemal całą resztę jego życia. Wspominał później: Z Warszawy wyjechałem w przekonaniu, że ją opuszczam na parę miesięcy, a pozostałem za granicą lat przeszło dwadzieścia w oczekiwaniu na coś nieokreślonego.

Słowa powyższe przypominają niejeden emigracyjny życiorys. Wielu uchodźców politycznych w ciągu całej historii Polski, opuszczało najbliższe sercu okolice, z myślą o rychłym powrocie. Jednak po pewnym czasie zapuszczają korzenie i zostają, traktując nowe miejsce jako drugą ojczyznę. Autor „Starej baśni” bronił się jednak przed nasiąkaniem niemieckością. Podczas wcześniejszego pobytu w Paryżu widział jak niektórzy uchodźcy polityczni z 1831 roku powoli „francuzieli”, dlatego był na tym punkcie przewrażliwiony. (…)

Całość tekstu i galeria zdjęć: TU.

Drei Könige und Die Aktion

Für Krzysztof zum Geburtstag

Heute ist der Tag der Heiligen Drei Könige. Das Bild unten, Erinnert euch im Winter an die Vogel oder Drei kleine Könige gehen zum Stall, stammt vom polnisch-tschechischen Maler, Wlastimil Hofman (1881 – 1970) und wurde erst 1956 gemalt. Nicht desto trotz ist es sehr typisch für den Jugendstil, in dem Hofman sein ganzes Leben malte  (http://muzeumsecesji.pl/galeria_pliki/hofman/hofman11.html)

3krolowieJetzt aber kehren wir zurück zu unserem Hauptthema: Weihnachten bei Avantgardisten. 1911

Dr. Lidia Głuchowska, unsere Fachfrau für Kunst überhaupt und für Kunst der Moderne und der Avantgarde insbesondere, stellt uns die Zeitschrift Die Aktion vor, eine von Franz Pfemfert von 1911 bis 1932 herausgegebene literarische und politische Zeitschrift, die dem Expressionismus zum Durchbruch verhalf und für eine undogmatische linke Politik stand. Die Aktion bereitete immer spezielle Weihnachtsseiten für jeweilige Dezemberausgabe vor. Mit viel moderner Graphik und Dichtung. Und, wie man sieht, viel Sinn für Prophezeiung.

1stronaHänget Baionetten an den Christbaum! (…) Für einen Tag, für zwei Tage geht die Kriegspolitik in Filzschuhen um die Welt. Friede auf Erden… Rings starrt die Welt in Waffen. Wir feiern unser Friedensfest mit geladenen Waffen. (…) brutales Unrecht, schamlose Gewalt und soziale Gewissenlosigkeit schreiten mit Siegergebärde durch die Laube. Kerker, Zuchthäuser, Galgen, Schafotte, Guilottinen, Kasernen, Kanonen, Bajonette, Polizei und Soldaten grüßen als Eckpfeiler einer göttlichen Weltordnung allüberall. Am Wege sterben Tausende…

Metaphern der Ungerechtigkeit. In drei Jahren werden sie schon die Realität. 2014 werden wir noch tausend Mal darüber erinnert und uns selber zum Erinnern erheben.

2stronaAuf der Seite 2 kommt ein Artikel von Chestel Zwi über “Weihnachtsjudentum” und ein anderer von Ferdinand Nürnberger über Gier des Papstums, betitelt “Eine Weihnachtslegende”.

Man fragt sich, was hier, in diesen zwei Artikel, kritischer ausfällt, das Auslachen der judüschen Assimilation, von den Gegner (laut Text) nicht ohne Grund “Heranschmeicheln” genannt oder die Kritik der habgieriegen Klerus der katholischen Kirche.

Es ist nicht so paradox und geschmacklos, unser Assimilationjudentum bringt es fertig! Oder: Im Gnademonat christlicher Liebe darf unsere Damenwelt der jüdischen Geldaristokratie niecht feiern.  Und darum feiert sie den ganzen Dezembermonat die fröhliche, selige, gnadenbringende Weihnachtszeit in so ausgiebieger Weise, dass ihr der Festestrubel jedes Gefühl dafür nimmt, wie gerne man auf sie verzichten würde, blechte sie nicht mit der Naivität solcher, die nicht sehen wollen, in braunen und blauen Scheinen für die Ehre “unter dem Protektorate Ihrer Kgl. Hoheit der Erbprinzessin von Soundso” – gedruckt zu stehen.

(…) die absonderliche Blüte der pseudojüdischer Assimilationssensucht erblüht unter den Kerzen des Weihnachtsbaumes. Geht am Heiligen Abend über den Kurfürstendamm, wo ihr die – nach Protzengeschmack – schönsten Weihnachtsbäume seht, da, des könnt ihr sicher sein, singen “Weihnnachtsjuden” das Lied von der stillen, heiligen Nacht!

Damit es aber gerechtig ausgeteilt wird, schreibt Nürnberger gleich nebenan über Rotte Korah, den Konkordatstürmer und über das Sammeln des Peterspfennige, dh. des Geldes fürs bezahlen der Watikansoldaten, über Steuer für Kriegszwecke, die Gefangene in Besserungshäuser von ihrem winzigen Lohn abgeben müssen…

Grüß Dich Gott, Statthalter, sagte der Knabe, ich bringe Dir meinen Peterspfennig. Aber sage, wozu brauchst du nur all diese Pfennige, he?
Um das Reich Christi zu verteidigen
Warum nicht gar! Der Menschen Sohn hatte nicht, wohin er sein Haupt legte, und soll sein Statthalter mehr haben? Mein Reich ist nicht von dieser Welt, sagte Christus.

Heute, hundert Jahre später, muss der Franziskus offensichtlich den Diskurs um das Haben und die Macht der Kirche, genauso führen wie der naive Knabe aus der Satire von Nürnberger.

Als Abschluss noch ein Gedicht aus der Dezember-Nummer in Die Aktion 1911:

René Schickele
Vorortballade

Um seine Villa beneidet der eine den anderen, um das Leuchten des Wannsees,
um seine Terrasse mit geflochtenen Stühlen, um das Segelboot „Ramses“.

Um seine Hühnerhöfe auch und den schattigen Garten,
wo er in vielen Nächten verdammt war zu warten,

bis eine Dame kam mit hellem Haar und dem Schlüssel zum Ausflug.
Ihr Haar fiel, und sie lachte leis, bis die erste Lerche im Tau schlug.

Nun aber möchte er Starkästen bauen, mit kleinen Hunden spielen,
dem Wetter vertrauen und im Schatten nach glitzernden Möwen zielen,

das Boot „Ramses“ besteigen, in Himmel und Wolken baden!
Vorallem aber wünschte er sehr, seine Freunde zum Essen zu laden

Wogegen der andre mit Schnaken kämpfte im schattigen Garten,
verdammt in vielen Nächten zu stehn und lange zu warten,

bis eine Dame käme, mit hellem Haar und dem Schlüssel zum Ausflug.
Ihr Haar fiel, und sie lachte leis, bis die erste Lerche im Tau schlug.

1910

3stronaWir werden noch ab und zu zum Thema Weihnachten bei Die Aktion zurückkommen. Es scheint, dass sich die aktuellen Themen gar nicht ändern.

Minne – Poesie – Poezja / Oswald von Wolkenstein

Oswald_von_Wolkenstein_2Er war der letzte Minnesänger. Geboren halbblind um 1377 in Südtirol, gestorben 1445 in Meran. Er dichtete selbst und komponierte Musik zu seinem Werke, war aber auch ein ein Politiker von mehr als nur regionaler Bedeutung und Diplomat in Diensten des deutschen Kaisers Sigismund I. Als er starb, starb die ganze Epoche der Troubaduren und fahrenden Ritter mit. Er führte interessantes Leben, voller Abenteuer, bereiste die ganze damals bekannte Welt, sang darüber und ließ in zwei Prachthandschriften diese Lieder verewigen. Der Portrait nebenan ist dem Liederhandschrift B entnommen. In den beiden Prachthandschriften sowie in vereinzelten Nebenüberlieferungen sind insgesamt 134 Texte überliefert. Er kannte mehrere Sprachen, darunter auch Polnisch und … Wendisch.

Durch Barbarei, Arabia,
durch Hermani in Persia,
durch Tartari in Suria,
durch Romani in Türggia,
Ibernia,
der sprüng han ich vergessen.
Durch Reussen, Preussen, Eiffenlant,
gen Litto, Liffen, übern strant,
gen Tennmarckh, Sweden, in Prabant,
durch Flandern, Franckreich, Engelant
und Schottenland
hab ich lang nicht gemessen,
Durch Arragon, Kastilie,
Granaten und Afferen,
auss Portugal, Ispanie
bis gen dem vinstern steren,
von Profenz gen Marsilie.
In Races vor Saleren,
daselbs belaib ich an der e,
mein ellend da zu meren
vast ungeren.
Auff ainem runden kofel smal,
mit dickem wald umbfangen,
vil hoher berg und tieffe tal,
stain, stauden, stöck, snee stangen,
der sich ich teglich ane zal.
noch aines tüt mich pangen,
das mir der klainen kindlin schal
mein oren dick bedrangen,
hand durchgangen.
Przez Berberię i Arabię
przez Armenię i Persję
kraj Tatarów i Syrię
i Bizancjum i Turcję
i Gruzję
a obym nie zapomniał
o Ruskich, Pruskich i Inflantach,
o Litwie i Łotwie, i Kurlandach,
o Danii, Szwecji i Brabancji
Flandrii, Francji i o Anglii
i też o Szkocji
choć mnie tam dawno nie było,
przez Aragonię i Kastylię,
Maurów Granadę i Nawarrę,
przez Portugalie i Ispanię
aż do Finisterre,
a z Prowansji do Marsylii
aż w końcu dom,
gdzie Dolomity
i gdzie mnie małżeństwo trzyma,
me utrapienie pomnażając,
bom tu niechętnie,
na ciasnym szczycie,
ciemnym lasem otoczony,
co dzień do syta widzę
góry wysokie i doliny niskie,
gdzie głaz, krzew, pień i śnieg
się mnożą
a jeszcze mnie męczą
dziatek krzyki,
uszy mi dręczą
i kłują.
tłum. Ewa Maria Slaska

http://de.wikipedia.org/wiki/Oswald_von_Wolkenstein. Lied gesungen von Andreas Scholl / śpiewa Andreas Scholl


Für diejenigen die des mittelalterlichen Deutsch nicht mächtig sind, noch eine Übersetzung ins Neutdeutsch von Wernfried Hofmeister (2011) – leider ziemlich humorlos:

Durch das Berberland, Arabien, / durch Armenien nach Persien, / durch Tartarenland nach Syrien/ über Byzanz ins Türkenland,/ dann Georgien: / diese “Sprünge” habe ich verlernt. / Durch Russland, Preußen, Estland,/ nach Litauen, Livland über die Nehrung / Richtung Dänemark, Schweden nach Brabant, / durch Flandern, Frankreich, England/ und Schottland / bin ich lange nicht mehr gezogen;/ durch Aragonien, Kastilien, / Granada und Navarra, / von Portugal, Léon-Galizien / bis zum Kap Finistere,/ von der Provence nach Marseille./ In Ratzes am Schlern, / hier hält es mich im Ehestand, / was meinem Jammer / sehr unwillkommen / auf einem runden, schmalen Kofel anwachsen lässt, / umgeschlossen von dichten Wald. / Tagtäglich sehe ich unzählig viele / hohe Berge und tiefe Täler, / Steine, Stauden, Baumstümpfe und Schneestangen. / Noch etwas bedrückt mich, / nämlich dass der Lärm der kleinen Kinder / heftig an meine Ohren brandet, / sie durchbohrt.

Był ostatnim trubadurem niemieckim. Urodził się półślepy w roku 1377 w Tyrolu, umarł w roku 1445 w Meranie. Tworzył poezję i komponował do niej muzykę.  Był też czynnym uczesnikiem ważnych zdarzeń politycznych swojej epoki i dyplomatą w służbie cesarza niemieckiego Zygmunta Luksemburskiego. Gdy umarł, odeszła wraz z nim cała epoka średniowiecznych mistreli i błędnych rycerzy. Prowadził ciekawe, pełne przygód życie, zjeździł niemal cały ówcześnie znany świat, opisał swoje przygody w pieśniach i zlecił uwiecznienie ich w dwóch wspaniałych rękopisach, które się do dziś zachowały. Portret powyżej pochodzi z rękopisu B.  Był jeszcze rękopis A, inaczej acz równie bogato ilustrowany. Z obu rękopisów i innych rozproszonych źródeł znamy 134 pieśni Oswalda o życiu, przygodach, miłości i polityce. Znał wiele języków, w tym polski i… wendyjski.

PS. Nie znalazłam tłumaczenia pieśni Oswalda na polski (żadnych tłumaczeń nie znalazłam), przetłumaczyłam ją więc sama, jak umiałam najlepiej.

Stare papiery 8 – skarbczyk

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Dedykuję Cioci Jance czyli Ciotuchnie

skarbczyk-maleW papierach Mamy znalazłam mały zeszycik, formatu A7 (chyba), z podziurkowanymi stronami, opisany na okładce moim pismem jako SKARBCZYK. Ale w środku są notatki Mamy a nie moje i to zaledwie kilka stroniczek, reszta zeszyciku jest pusta. To charakterystyczne dla nas obu,  zaczynamy coś notować w zeszycie czy notesie, jakiś czas dobrze nam idzie, a potem to zarzucamy. W Skarbczyku też tak jest. Dwie pierwsze stroniczki dotyczą tego, o czym można by było napisać. Np, jak tu, o pierwszych miesiącach w Warszawie.

zapiski1
Pokój nad kinem
Wizyty i powroty
Babki klozetowe w sąsiedztwie
Pożar stołka pod maszynką elektryczną
Mieszkanie na Mokotowie
Karwia

A pod spodem cytat, z kogoś, z czegoś – “a teraz wchodzimy w nową epokę życia”.  Cytatu nie rozumiem, bo wprawdzie sens tego zdania jest oczywisty, nie wiem natomiast, co skłoniło Mamę do zanotowania tej wypowiedzi i to w cudzysłowie. Ale za to poprzednie notatki to dla szperacza prawdziwe Eldorado, a to dlatego, że Mama sobie te pomysły zapisała, ale zrealizowała je na blogu “Kura” i “Qra” jej kuzynka czyli Ciotuchna i to tak dokładnie, jakby się w tych wpisach kierowała wytycznymi Mamy. Brakuje tylko palącego się stołka i babek klozetowych. A ja, od siebie, dodałabym jeszcze, że brakuje nie tyle historii czy nawet Historii, ile – historyjek, na przykład o stróżu i słoikach (“konfitury zjadłem, a jakże, dobre były, a słoiki oddaję, bo nie moje”), o sąsiadach (“nie śpią jeszcze, bydło rogate”) czy anegdotki o planowanej wizycie stryjka Felka.

zapiski2Zwracam się więc w tym wpisie do Ciotuchny i pytam, czy nie dałoby się odtworzyć i tych rodzinnych opowiastek?

Mieszkanie nad kinem opisane zostało TU
Powroty – TU
Powojenna Warszawa – TU
Wspólny urlop Mamy i Ciotuchny z nami czterema w Karwi – TU

Na obu blogach oraz w ich nowym wydaniu – W altanie – jest jeszcze sporo innych historii rodzinnych autorstwa Ciotuchny i warto je poczytać.

Obok – luźne kartki włożone do Skarbczyka. Wierszyk na temat Ojca:

Włóż szalik Tato
zimne akwilony
srodze za kołnierz
wieją ci z tej strony
a szron ci gęsty osiada na brodziezawartosc-inhalt
już chłodna jesień w mróz
grudnia przechodzi.

Czy  ten malutki rysuneczek pod wierszykiem to bezmyślne kreski, czy szkic maleńki do postaci Dzieciątka w szopce?

A tu spis zawartości paczki przysłanej przez przyjaciela z NRD, być może datujący, bo wydaje mi się, że Bernd przysyłał nam paczki tylko w czasie stanu wojennego.

Szopka, wierszyk, taki, jakie Mama chętnie dołączała do prezentów gwiazdkowych, paczka. Być może Skarbczyk jest pamiątką grudnia 1981 roku. Albo roku 1982. Jak zwykle – to co najważniejsze pozostaje zakryte. “Księżyc zatajony”, mówiła Mama,
co jest staropolskim herbem szlacheckim
i nazwą jednego z układów kości w mahjongu.

W przyszłym tygodniu miał być “mój zielony zeszyt”, ale komputer robi, co sam chce i będzie wpis o kotach

Słowami poety

Roman Zygmunt Brodowski

Impresja chyba polityczna

Jesień, zwłaszcza ta typowo polska, przeplatana złotoczerwienią liści, zapachem brzemiennych sadów, od zawsze wywołuje we mnie nastrój nostalgicznej zadumy, melancholii czy też romantycznej wylewności, płynącej z często niezrozumiałych dla mnie samego uczuć. Natomiast chłodny, porywisty wiatr, zachmurzone niebo, brak słonecznych promieni oraz ciągle padający deszcz, stanowiące dla wielu przeszkodę dla dobrego smopoczucia zarówno fizycznego jak i psychicznego, pobudzają we mnie i tak wyostrzoną wyobraźnię. Z respektem i podziwem obserwuję zachodzące z dnia na dzień zmiany w otaczającej nas przyrodzie, gotującej się do zimowego snu.

jesien1Właśnie w taki jesienny, pochmurny dzień postanowiłem wybrać się na długi spacer, ciągnący się kilometrami nadbrzeżną alejką nad Niemnem. Rzeka o tej porze roku wygląda wyjątkowo pięknie. Odziana w tęczową barwę spadających liści, płynie powolnym rytmem w ukrytym w niezbyt wysokim wąwozie, od wieków tym samym korycie.

Zawsze, kiedy jestem w Grodnie, znajduję czas na to, by posiedzieć w ciszy nieopodal murów jednej z najstarszej budowli tego miasta, jaką jest prawosławna, Cerkiew pod wezwaniem św. Borysa i Gleba, zwana Kołożską. Nie bez powodu upatrzyłem sobie właśnie to miejsce dla moich, często wielogodzinnych, medytacji. Cerkiew ta znajduje się bowiem na stromym zboczu urwiska, pod którym płynie rzeka i jest niemym dowodem na to, że ten pozornie leniwy Niemen potrafi być niszczącym wszystko, co napotka na swojej drodze, żywiołem. Pozbawiona bocznej części muru, zabranego przez wzburzoną wodę podczas powodzi w 1853 roku, wskutek obsunięcia się skarpy, na której stała, świątynia ta swoją historią do złudzenia przypomina mi losy naszego kraju. Wielokrotnie niszczona, przechodząca z rąk do rąk, będąca własnością różnych wyznań, okradana, stoi nadal niczym nie zabezpieczona, czekając na kolejny gniew pozornie spokojnego Niemna. Po drugiej zaś jego stronie, na niewysokim wzniesieniu, widnieje zamek, pamiętający dzień abdykacji ostatniego króla Polski.

cerkiewJak zwykle usiadłem na leżącym tuż nad urwiskiem kamieniu, spoglądając to w dół, na odbijające sie w lustrze wody chmury, to w bok, na dobudowaną, butwiejącą powoli, drewnianą część cerkwi.

– Dlaczego nikt nie zabezpieczy tego obiektu przed ewentualną, kolejną powodzią, jaka może się przecież niespodziewanie wydarzyć? – pomyślałem. – Czyżby wydarzenia sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat niczego nikogo nie nauczyły?

Na horyzoncie ukazał się klucz dzikich gęsi. Leciały w zorganizowanym szyku w kierunku południowym, w równych odstępach. Boczne flanki klucza i jego koniec zabezpieczały pojedyncze ptaki. Nawet one potrafią się zorganizować dla dobra i bezpieczeństwa swojego stada. A my?

Ten fascynujący widok przypomniał mi o niedawnych wydarzeniach, jakie miały miejsce w Polsce. Areną ich (nie po raz pierwszy zresztą) był polski parlament. Nienawiść, jaką wykazali w stosunku do siebie członkowie różnych ugupowań politycznych podczas debaty nad dalszą przyszłością państwa, w niczym nie ustępowała tej, która w nie tak odległej przeszłości doprowadziła do rozbiorów.

Popatrzyłem w kierunku zamkowego wzgórza i… wyobraziłem sobie postać Stanisława Augusta stojącego przy otwartym oknie.
Jak w dobrym, panoramicznym filmie, ukazały mi się dziwne, wiejące grozą obrazy tamtej jakże tragicznej dla nas, narodu polskiego, epoki.
Widziałem zwolenników reform zapoczątkowanych przez króla Stasia w 1764 roku, mających wprowadzić zmiany ustrojowe państwa, walczących z wilczym zapałem, przy wsparciu wojsk carskich, z przeciwnikami tychże reform. Bratobójcza walka doprowadziła do tego, że Polska straciła, i tak osłabioną, pozycję suwerena w regionie na rzecz carycy Katarzyny II. Widziałem podpisanie traktatu „wieczystej przyjaźni”, jaki zawarty został w lutym 1767 roku, na mocy którego Rzeczpospolita stała się oficjalnie protektoratem rosyjskim. Widziałem też zawiązującą się w Barze w 1768 roku Konfederację i walczących tam pod hasłem „Wiara i Wolność” pierwszych prawdziwych patriotów tamtego okresu. Widziałem rozpoczęty w tym samym roku, wielokrotnie zrywany, trwający cztery lata Sejm, który jako pierwszy w Europie ustanowił w 1791 roku najnowocześniejszą w ówczesnej Europie Konstytucję 3 Maja. Widziałem kolejną zdradę narodową, jakiej dopuściła się część polskiej magnaterii przy silnym wsparciu kleru, a jaką był twór zwany konfederacją targowicką. Widziałem pierwszy rozbiór naszej Ojczyzny. Słyszałem głos Tadeusza Kościuszki, składającego przysięgę na krakowskim rynku: „Ja, Tadeusz Kościuszko, przysięgam w obliczu Boga całemu narodowi…” Słyszałem odgłosy walki polskich kosynierów podczas Insurekcji, pierwszego zbrojnego powstania przeciwko zaborcom, oraz płacz bezbronnego i ogłupionego narodu.
Spojrzałem jeszcze raz w stronę zamku, a tam nic. Wszystko znikło, okna szczelnie zamknięte, nie widać w nich żadnej postaci. Krzyk rybitw siedzących na parapetach i przenikliwy wiatr oraz łzy w moich oczach sprowadziły mnie z powrotem w świat naszej szarej rzeczywistości.

– No tak, ale o czym to ja myślałem? Właśnie niezgoda i podziały, jakie panowały w narodzie w owym przedrozbiorowym okresie, i jakie panują dzisiaj wśród Polaków, w gruncie rzeczy takie same i prowadzące prostą drogą do kolejnej tragedii, do utraty, po raz kolejny naszej suwerenności. Tylko patrzeć, jak wykluje się nowa Targowica. A może ona od dawna już istnieje? Z jednej strony nieudolny rząd, sprawiający wrażenie, że robi coś dobrego dla kraju, forsujący (często dosyć kontrowersyjne) ustawy, który jednak nie potrafi poradzić sobie z przeprowadzeniem najprostszych, potrzebnych i jakże bardzo istotnych dla sprawnego funkcjonowanie państwa reform, i tak naprawdę prowadzący brutalną walkę z opozycją o utrzymanie się za wszelką cenę przy władzy. Z drugiej tak zwana opozycja, nie mająca nic wspólnego z prawdziwą w całym tego słowa znaczeniu opozycją parlamentarną. Jej zadaniem powinno być konstruktywne przeciwdziałanie w przypadku niekorzystnych lub niebezpiecznych dla interesu narodowego decyzji podejmowanych przez rząd, czy też blokowanie ustaw szkodliwych dla prawidłowego funkcjonowaniu naszego państwa.
Taka jest rola demokratycznej opozycji w nowoczesnym państwie. Tymczasem zadanie, jakie na siebie przyjęła dzisiejsza opozycja w Polsce, to nie praca na rzecz przyszłości w duchu dobra narodowego, lecz prowadzenie polityki zamętu, którym jedynym celem jest niedopuszczenie do tego, by rządowi udało się zrealizować cokolwiek z tak zwanych obietnic przedwyborczych. Niestety, dzięki tej pełnej nienawiści postawie ugrupowań politycznych (mam tu na myśli zarówno PIS jak i PO), do głosu coraz częściej dochodzi skrajna prawica, czasami wspierana przez instytucje kościelne.

Polska po raz kolejny, powoli, ale widocznie staje się na arenie międzynarodowej mało wiarygodnym partnerem zarówno w sferze społecznej jak i gospodarczej. Co raz częściej słychać opinie, że naród polski jest na tyle skłócony, że Polacy nie są w stanie się samodzielnie rządzić.

Tam gdzie w miejsce zgodnie współdziałających ze sobą w celach obrony tożsamości narodowej, rozwoju gospodarczegoi społecznego kraju organizacji rządowych, społecznych i religijnych do głosu dochodzi żądza władzy, pieniądza oraz wpływów, wcześniej czy później dojdzie też do ogólnospołecznych konfliktów.
Stare, mądre przysłowie, że „zgoda buduje, a niezgoda rujnuje” zwłaszcza dzisiaj nabrało szczególnego znaczenia.

W ciągu ponad trzystu ostatnich lat Polska była elementem rozgrywek pomiędzy Wschodem i Zachodem, i to się nie zmieniło. Zmieniły się natomiast metody tych rozgrywek. Dzisiaj nikomu niepotrzebne jest poszerzanie granic. Przecież jesteśmy w jednej Europie. Dzisiaj, jeżeli nie siłą, to sprytem, poprzez działania ekonomiczne, gospodarcze oraz politykę międzynarodową można skutecznie ograniczać suwerenność i niezależność narodów słabszych, do których niestety i my należymy. Bo przecież nie ma nic za darmo. Prawdą jest, że jesteśmy już prawie całkowicie uzależnieni od obcego kapitału i przemysłu. Nasze zadłużenie jest tak wysokie, że nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić, w jaki sposób je spłacimy. Jednak nie to mnie najbardziej niepokoi. Boję się tego, że retoryka i metody walki politycznej, jakie stosują rząd, opozycja i kler doprowadzą do tego, że i tak podzielony już naród w swojej niemocy rozpocznie walkę wewnętrzną, a to z kolei doprowadzi do…? To czego nie widać wewnątrz, gdzie negatywne emocje, a nie zdrowy rozsądek zaślepiają umysły, doskonale widać z zewnątrz, z boku. A widać wiele analogii z okresem przedrozbiorowym, czasem wręcz z czasem rozbiorów.

Nie jestem historykiem, politykiem lub ekonomistą, a tylko Polakiem, poetą i marzycielem. Jako Polak mam jedno wielkie pragnienie, aby mój naród nigdy więcej nie doświadczył tego, czego doświadczyli nasi przodkowie. Aby Polacy swoją mądrością w prawdziwej jedności, odrzucając animozje, dokończyli dzieła budowy tej świątyni jaką jest niepodległa Polska.

Niemen

Powiadają, zwyczajna to rzeka,
Od wieków niezmiennie spokojna.
A dla mnie to obraz historii
To wieczność, to pokój, to wojna.

W jej nurcie, głębokim i żywym,
Wśród twardych granitu kamieni,
Spoczywa i godność, i wiara
Owoce polskości tej ziemi.

Tu nad brzegami, w szuwarach
Tysiące styczniowych rycerzy,
Walczyło o wolność, o Polskę,
O powrót do dawnej macierzy.

Wystarczy przyłożyć doń uszy
By poczuć, usłyszeć płacz wody.
W niej płacze ojczyzny niewola,
W niej płaczą ówczesne narody.

Niechaj mówią „zwyczajna to rzeka”
Lecz dla mnie to symbol wierności,
To świadek tragicznych wydarzeń,
Przestroga tragicznej przeszłości.

Berlin, 24.10. 2013

Drogi czytelniku, tekst ten napisałem, i odważyłem się go opublikować, bo od wielu lat obserwuję działania kolejnych rządów naszego kraju i, jako emigrant, zaniepokojony jestem tym, co się w mojej ojczyźnie, a zwłaszcza w polskim parlamencie dzieje. Ktoś w końcu musi (póki nie jest za późno) to powiedzieć. Niezgoda, ambicje jednostek i brak jedności już raz doprowadziły nasz kraj do upadku!

jesien2