Wykłady profesora Dąbrowskiego. VII. Medycyna ludowa 2

Ryszard Dąbrowski

Uwierzcie mi, to już naprawdę ostatni tekst Ryszarda wprowadzający nas w życie i czary babci autora – tatarskiej szamanki Antoniny

Istniały pewne rośliny, które zgodnie z panującymi wierzeniami, należało nosić przy sobie, aby chroniły przed zachorowaniem. Tego typu magiczne właściwości przypisywano między innymi: korzeniowi przestępu i dziurawca, oraz liściom i korzeniowi biedrzeńca. Przestęp hodowano w przydomowym ogródku aby chronił obejście przed czarownicami.

jaskryLekami pochodzenia zwierzęcego były: tłuszcze z borsuka, jeża i niedźwiedzia oraz psi i wieprzowy smalec (zewnętrznie do nacierania przy zapaleniu oskrzeli, wewnętrznie przy chorobach płucnych, szczególnie gruźlicy), smalec z gęsi, kury i królika (do nacierania przy bólach powstałych w wyniku zaziębień oraz od zawiania). Wszystkie te tłuszcze były także składnikami różnych maści.

Ponadto stosowano mleko kobyle, kozie i krowie (zewnętrznie do przemywań i kompresów przy przeziębieniach oraz stanach zapalnych płuc i oskrzeli, wewnętrznie na gorąco z miodem i masłem przy przeziębieniach i schorzeniach dróg oddechowych, zwłaszcza kaszlu), kożuchy z mleka (przeciwko wrzodom i jęczmieniu na oku), zsiadłe mleko (jako okłady na opuchnięcia), śmietanę i masło (jako składnik maści) oraz sery (zewnętrznie do okładów przy stanach zapalnych i gorączce, wewnętrznie w celu ułatwiania zrastania kości) i serwatki z mleka (zewnętrznie jako kompresy przy bólach reumatycznych, stłuczeniach, bólach głowy, wewnętrznie oczyszczająco przy przeziębieniach, chorobach wątroby i nadkwasocie).

Z organów zwierzęcych stosowano żółć wieprzową (jako nalewkę na spirytusie przeciwko dolegliwościom żołądkowym i zatruciom) oraz żołądek cielęcy (do okładów przy chorobych oczu).

Żółtkami jajek utartymi z cukrem i zalanymi gorącym mlekiem leczono przeziębienia i choroby krtani. Surowym białkiem okładano oparzenia i stłuczenia.

Miód był powszechnie stosowany w stanie czystym oraz łączony z wodą, mlekiem, masłem, wywarem z ziół i alkoholem w wielu schorzeniach a szczególnie dróg oddechowych i serca.

Znaczenie lecznicze posiadała także pajęczyna (sama w sobie lub ugnieciona z chlebem do leczenia ran) oraz mrówki (które po zalaniu spirytusem służyły do nacierania przy reumatyzmie a chore części ciała wkładano też do mrowiska w celu pokąsania).

Mocz ludzki i zwierzęcy używany był do okładów przy zwichnięciach i spuchnięciach oraz do dezynfekcji ran i skaleczeń. Terapeutyczne stosowanie środków pochodzenia zwierzęcego wymagało specyficznej wiedzy i dużego doświadczenia.

Leki pochodzenia mineralnego to: sól (zewnętrznie do kąpieli przy przeziębieniu i przeciwko bólom reumatycznym, wewnętrznie jako roztwór do płukania gardła przy stanach zapalnych), glina (do leczenia ran), nafta (zewnętrznie do nacierania przy odmrożeniach i bólach gardła, wewnętrznie po 3-4 krople dziennie przy chorobach nowotworowych), siarka (jako składnik maści do leczenia chorób skóry).

Duże znaczenie w lecznictwie ludowym miały także zabiegi hydroterapeutyczne przy pomocy wody i rosy (przy chorobach krążeniowych i reumatycznych) oraz inhalacje.

W wielu sposobach leczenia, takich jak stawianie baniek [suche – bez przecinania skóry oraz mokre – z nacinaniem lub zadrapywaniem skóry w miejscu postawienia bańki](stosowano w przypadku chorób dróg oddechowych i przeziębieniach połączonych z nieżytem, kłuciami i temperaturą), puszczanie krwi, przystawianie pijawek (w celu upuszczenia „zepsutej krwi” przy uporczywych bólach głowy i nadciśnieniu) dużą rolę odgrywała wiedza empiryczna.

Ortopedzi „naprawiający” wywichnięcia, zwichnięcia, złamania kości musieli posiadać wrodzoną zdolność manualną oraz dużą wiedzę praktyczną i doświadczenie umożliwjające im prawidłowe wykonywanie tych zabiegów. Stosowano również masaże palcami, dłońmi, pięściami i stopami, oraz okłady z żywicy, gorących kamieni, piasku, owsa lub ziemniaków (przeciwko kolce i bólom stawów) a także nacieranie terpentyną lub spirytusem.

Wielu tym metodom leczniczym towarzyszyło wykonywanie magicznych gestów oraz wypowiadanie odpowiednich tajemnych czarodziejskich formułek lub wykonywanie znaków krzyża i modlitwa. Miało to spotęgować skuteczność leku oraz zabiegów leczniczych. Niekiedy stosowane było jako jedyny środek np. w przypadku zażegnywania i odczynania (zamawiania) choroby. Aby formułki były skuteczniejsze należało je zwielokrotnić. Przy tej procedurze często używano liczb 3 i 7 podnoszonych do drugiej, trzeciej a nawet wyższych potęg. Wierzono, że w magicznych formułkach i modlitwie tkwi tajemna siła o potężnym działaniu, która zażegnuje złe duchy a dobre zjednuje. Najlepszą porą do zamawiania była północ, a w dalszej kolejności świt i zmierzch. Leczenie najlepiej było przeprowadzać podczas pełni i ubywającego księżyca. Nie powinno się zaczynać leczenia w poniedziałek i piątek. Leki najlepiej było przyjmować przed wschodem słońca lub po zachodzie, bo wtedy najsilniej działają czary mające wzmocnić ich skuteczność. Zioła należało zbierać o świcie.

rumianek

Kilka osobnych zdań należy poświęcić kołtunowi. Wiekami uważany on był za chorobę, a nie skutek nie przestrzegania higieny osobistej. Gdy kołtun „dojrzał”, należało go ściąć, czego dokonywali specjaliści tzw. gościarze przy pomocy specjalnych narzędzi z zachowaniem mistycznej, skomplikowanej teatralnej procedury. Później kołtun musiał być spalony, złożony przed kościołem lub niszczony na specjalne sposoby. Należało zapobiegać dostaniu się kołtuna w niepożądane ręce. Szczególnie czarownice mogłyby go użyć do praktyk powodujących choroby ludzi.

W miarę rozwoju wiedzy i higieny osobistej kołtun zniknął z głów ludzkich. Rolę jego przejął „mini kołtun”, kulka własnych włosów noszona w lnianej szmatce w dołku piersiowym, która po upływie ściśle określonego czasu musiała być odpowiednio zniszczona. W załeżności od regionu należało ten mini kołtun zakopać pod pojedynczym drzewem koło kościoła, niekiedy wkładało sie do niego przedtem trzy grosze. W innych regionach wkładało się do mini kołtuna pieniądz i kładło na drodze. Ten, kto się po ten pieniądz schylił, „przejmował” na siebie chorobę właściciela włosów.

Ludność wiejska ze względu na ciężką pracę i niedożywienie, była słabo odporna i podatna na szereg chorób. Nieracjonalne odżywianie, szczególnie podczas nieurodzajów i powodzi oraz zbyt duże spożycie wieprzowiny wywoływało wrzody żołądka i dolegliwości wątroby. Wilgoć w domach i ciągła praca na dworze sprzyjały przeziębieniom i reumatyzmowi oraz gruźlicy. Wszystko to powodowało ciągły przypływ pacjentów różnego rodzaju uzdrowicielom.

W XX w., kiedy zaczęła dominować wiedza o powstawaniu chorób powodowanych bakteriami i mikrobami lub zakłóceniem biochemicznego funkcjonowania organizmu, w medycynie ludowej zaczęły zanikać magiczne elementy leczenia oraz przekonanie o wpływie zjawisk nadprzyrodzonych na choroby. Wymieranie starych terapeutów i zachorów, brak następców, postępy medycyny oraz przemiany społeczne, kulturowe i polityczne przyczyniły się do zaniku ludowych praktyk leczniczych. Proces ten pogłębił się od 1972 roku, kiedy to w Polsce objęto bezpłatną opieką medyczną rolników i ich rodziny.

Ze starych technik medycyny ludowej zachowało się do dziś wiele elementów i praktyk, także i tych magicznych, szczególnie w często stosowanym samolecznictwie. Niekiedy z wiarą i przekonaniem w ich skuteczność, ale jakże często w myśl zasady; nie zaszkodzi ale może pomoże.

Literatura:
– „Prace komisji etnograficznej Polskiej Akademji Umjejętności, Nr 12”
– Biegeleisen H. , „Lecznictwo ludu polskiego”, Kraków 1929
– Kolberg O. „Lud” Tom XXI, Cz. II, Kraków 1888
– Miesięcznik „Wisła”, Kraków, tom IV-1890, tom V-1891, tom X-1896
– Tylkowa D. „Medycyna ludowa w kulturze wsi Karpat polskich, tradycja i współczesność”, Wrocław 1989

Zamiast felietonu (1)

Zbigniew Milewicz

Demo

Nie wiem dlaczego, ale w Monachium, a pewnie także w innych miastach Bundesrepubliki, różne demonstracje odbywają się głównie w soboty. Większość zakładów pracy wtedy nie pracuje, więc czas na igrzyska jest właściwy i łatwiej dostać wymagane zezwolenie od ratusza, a może policja w soboty nie jest zbyt zapracowana i chętniej ochrania takie zgromadzenia, ale pewnie się mylę.W imię demokracji, która nad Isarą kwitnie pięknie, jak bez w maju, demonstruje się przeciw i za, ale częściej przeciw, w sprawach przeróżnych, większej i mniejszej wagi, ale zawsze słusznych. Bywa, że demonstrujący nie za bardzo wiedzą, o co chodzi, kiedy z ciekawości pytam o powód pochodu; koleżanka, albo kolega zachęcali, żeby się dołączyć, więc to zrobili, co będą w domu przed komputerem siedzieć, pogoda ładna, można pochodzić.

Ewa demo 4

EMS: Zdjęcia z “demo” w Berlinie a nie w Monachium, ale co za różnica. 11 maja. Protestujemy przeciw “niesłusznej” energii (węgiel, atom, ropa) i opowiadamy się za słuszną (wiatr, woda, zielenina) – pływamy łódkami, stoimy nad rzeką, niektórzy nawet siedzą na leżaczkach i popijają piwo lub kawę. 

Siedzę w mc’cafe na Stachusie, popijam aromatyczny napój i patrzę na kolejne demo, pewnie chodzi o jakąś lokalną sprawę, bo uczestników niewielu, może pięćdziesięciu. Asekuruje ich z marszu dziesiątka policjantów, nie licząc sił zmotoryzowanych, jedno bmw jedzie na przedzie, drugie zamyka pochód, a co sobie będą żałować, w końcu ja płacę za tę ochronę, z moich podatków. Być może są to aktywiści i sympatycy z towarzystwa ochrony zwierząt, bo zarówno kobiety, jak i mężczyźni mają na głowie ludowe kapelusze, kompletnie pozbawione typowych dla nich ozdób, a więc m.in. kit bobrowych, kogucich piór, czy morskich muszelek. Wcześniej w monachijskiej prasie „pisało”, że towarzystwo zwiera szeregi, żeby zaprotestować przeciw niehumanitarnemu męczeniu i zabijaniu zwierząt w imię ludowych tradycji w modzie. Koguta boli, jak mu się z ogona pióro wyrywa a bóbr i morska małża tudzież ślimaczek muszą za Oktoberfest zginąć – ubolewał autor tekstu.

Ewa demo1

W pełni z nim się zgadzam, ja bym nawet poszedł dalej. Dlaczego by nie zorganizować protestu przeciw ludzkiej śmierci? Mogliby wziąć w nim udział nie cierpiący specjalnie chorzy, których dni są policzone i starcy o młodych duszach. Nawiasem mówiąc, w ramach prewencji, na oddziałach położniczych szpitali wywiesiłbym transparenty z napisem, że narodziny grożą śmiercią (podobnie, jak palenie tytoniu). Równolegle do takiej manify mogłoby pójść demo dzieci nienarodzonych, protestujących przeciw narodzinom, jako takim. Gdyby udało im się nie urodzić, nie musiałyby później umierać. Śmierć straciłaby w obydwu przypadkach swój ponury fach, stanęłaby dalsza rozbudowa piekła, a raj, w którym jest i tak mieszkań sporo, zorganizowałby wtedy może jakąś ich wyprzedaż po promocyjnych cenach. Tylko że – dla kogo?

Jaszkowice – reportaż poetyzujący

Tomasz Fetzki

Ponieważ to mój literacki debiut, najpierw skreślić muszę kilka słów niezbędnego wprowadzenia. Kocham literaturę, ale na co dzień zajmuję się tekstami naukowymi. I raz po raz stwierdzam, że ten szpagat pomiędzy nauką a sztuką to moje przekleństwo: dobrym naukowcem nie będę, bo mnie co rusz ponosi skłonność do zabawy słowem, prawie do pajacowania i w efekcie, zamiast prowadzić naukowy dyskurs, zaczynam opowiadać bajki; zaś dobrym literatem też nie będę, bo mi skrzydła fantazji pęta skłonność do systematyzowania oraz zakorzeniania wszystkiego w faktach potwierdzonych źródłowo. No trudno, artystą nie, ale może przynajmniej dobrym rzemieślnikiem mam szansę zostać – tacy też są potrzebni: ostatecznie nie codziennie je się muffinki i bezy, czasem można, a nawet należy, przegryźć uczciwego, ciemnego razowca (coś wspominałem o pajacowaniu…).
I w myśl powyższych refleksji już wiem, że mój tekst na blog to nie będzie ani rozprawka naukowa, ani misterna miniaturka prozy poetyckiej (jak mi się marzyło), a po prostu… reportaż. Chciałoby się rzec – reportaż poetycki, ale na miano autora takowego trzeba zapracować – więc zgódźmy się na „reportaż poetyzujący”. Dodam (ta skłonność do pajacowania jest silniejsza ode mnie), że jeśli tekst się spodoba czytelnikom, nie dopuszczę, aby został jedynakiem.

Jaszkowice – reportaż poetyzujący

Niektórzy, trudno powiedzieć czemu, nie wchodzą w smugę cienia około czterdziestki, ale tkwią w niej właściwie od zawsze. A jeszcze jak się zdarzy, że ktoś taki dorastał w jednym z miast na Ziemach Odzyskanych, to mamy nieuchronny efekt w postaci wrażliwości na wszystkie ślady dawnych katastrof dziejowych. I wyczulenia na to, co uzmysławia presję przemijania: stare niemieckie napisy (odkrywane choćby i na płytach otworów kanalizacyjnych), zatarte tablice epitafijne, pocztówki z dawno minionymi krajobrazami. I mamy skłonność do kosztowania smaczków smuteczku.

Kiedyś zdarzyło się, że ktoś taki, smugą cienia okryty, wyruszył „młodzieńcem będący” w podróż na ówczesne krańce świata, na drugi koniec Polski, w dzicz. Wtedy, w połowie lat osiemdziesiątych strasznego wieku dwudziestego, Bieszczady to jeszcze naprawdę była dzicz. Owszem: do Soliny czy Polańczyka dotarła jakaś cywilizacja: hotele, przystanie, ale dalej? Ale na południe od Otrytu? Pustka, bezkres połonin, dziurawe drogi i lasy, lasy, lasy… Całe zbocza pokryte szarą olszą, która, jak wiadomo, porosła dawne pola uprawne. Pola, których nie było już komu uprawiać. Bo Zmierzch Bogów, akcja „Wisła”, łuny pożarów. Zostały nazwy, brzmiące cokolwiek egzotycznie: Berehy, Rosochate, Tworylne. Tylko nazwy. Wioski umarły.

Nooo, dla tkwiącego w smudze cienia takie miejsca to gratka nie lada! Dalejże myszkować po zaroślach i szukać resztek fundamentów spalonych domostw. Odczytywać z trudem i zdziwieniem zatarte napisy cyrylicą kute w kamieniach nagrobnych. Rozkoszować się nostalgią. A wieczorem wzruszać niemal do łez, gdy przy ognisku ktoś z wielkim przejęciem (co do kunsztu, to różnie bywało…) zaczynał śpiewać:
W rozstrzelonej chacie rozpaliłem ogień…
I dalej tęsknie zawodził:
Święty Mikołaju, opowiedz, jak tu było
Jakie pieśni śpiewano, gdzie się pasły konie
A potem zgrzytały te słowa dziwnie nieprzyjemne:
A on nie chce ze mną gadać po polsku
Z wypalonych źrenic tylko deszcze płyną
Starcze, nauczę twoje dziecię po łemkowsku
Będziecie razem żebrać w malowanych wioskach.

Wtedy nie wiedziałem, ani nie rozumiałem: co za żale ma do nas Swjatyj Mykoła, że taki nieprzejednany. Potem dowiedziałem się. Ale dalej nie rozumiem. W ogóle mam wrażenie, iż człowiek z wiekiem tylko po to więcej wie, żeby więcej mieć do nierozumienia.

W każdym razie z pewnością wiem więcej. Na przykład to, że nie trzeba jechać na drugi koniec kraju, na ukraj, żeby móc się pławić w wytrawnej nostalgii smugi cienia. Bo Zmierzch Bogów miał iście kosmiczny wymiar i pozostawił ślady w wielu miejscach. Umarłe wioski można znaleźć nie tylko w Bieszczadach. Są i na zachodzie. Na Ziemiach Odzyskanych. Na Łużycach.

Między Żarami a Żaganiem też tylko lasy, lasy, lasy… Głównie bór żywicą pachnący. Ale nie pozwól, by ta woń pogrążyła twą czujność w drzemce. Nagle, nie wiadomo kiedy, wśród swojskich sosen pojawia się… no owszem, iglak, ale trochę nie z tej bajki. Ba, nie z tego kontynentu. Cyprysiki na niżu środkowoeuropejskim nie rosną. Chyba, że ktoś je posadzi. Na przykład w przydomowym ogródku. Bo tu kiedyś był przydomowy ogródek! Dom zniknął, ogródka nie ma, ale cyprysik wybujał nad podziw, w potężne drzewo.

1Cyprysik pośród sosnowego boru.

2Jaki to dokładnie gatunek? Stawiam na cyprysik Lawsona – przybysza z Kalifornii. Ale może ktoś mnie poprawi?

Teraz wystarczy rozejrzeć się dokładnie wokół. Więcej tu takich gości (ujmując fachowo – gatunków introdukowanych), choćby przybysz z Turcji, czyli poczciwy kasztanowiec. U nas już zadomowiony i pospolity, ale – dalibóg – nie w środku lasu! Wszystkie te drzewa zostały posadzone: przy drodze, w ogródku, jak to na wiosce. Bo tu była wioska! I to od dawna. Dokumenty wymieniły ją pierwszy raz w roku 1381, ale oczywiście istniała dużo wcześniej. Początkowo, jak wszędzie wokół, mieszkali w niej Serbołużyczanie, a jej nazwa w języku tych zachodnich Słowian brzmiała Ježkojce. Potem, też jak wszędzie wokół, skład etniczny ježkojczan stopniowo się zmieniał. W dziewiętnastym wieku w śródleśnej osadzie Jeschkendorf mieszkali już tylko Niemcy. Jeschkendorf zwischen Sorau und Sagan. Jeschkendorf – wioska graniczna: Żary to jeszcze Dolne Łużyce (dziś uznawane wręcz za stolicę polskich Łużyc), ale Żagań to przecież już Śląsk.

3Był Jeschkendorf – stare mapy nie kłamią.

Piękna to musiała być wioska: wszędzie wokół lasy i niewielka, choć urocza rzeczka Sochre (Żarka, częściej zwana Złotą Strugą), meandrująca w głębokich jarach. Rzekł Klasyk, iż byt określa świadomość, więc aktywność mieszkańców została zdeterminowana lokalizacją. Wydaje się, iż stosunkowo wcześnie Jeschkendorf stał się, bo stać się musiał, raczej wilegiaturą, niż wioską rolniczą. Pałacyk, jakieś wille, no i kilka młynów, poruszanych nurtem Złotej Strugi.

4Stare fotografie – pewnie nie kłamią, choć nieco koloryzują: aż tak sielsko, anielsko chyba nie było.

Przecież ze zwykłą, rolniczą wioską, nie miałby raczej związków Generalmajor, Victor von Aigner (do którego jeszcze wrócimy). Byle gdzie nie rezydowałby również najsłynniejszy chyba mieszkaniec Jeschkendorfu, Oberst Friedrich von Lindeiner-Wildau, komendant Stalagu Luft III. Tak, tak: tego stalagu od Wielkiej Ucieczki, rozsławionej filmem z kreacjami takich gigantów, jak Steve McQuinn, Charles Bronson, Donald Pleasence czy James Coburn.
Daleko do „pracy” pan pułkownik nie miał: odległość Jaszkowic od Żagania to mniej niż pięć kilometrów. Zresztą przysługiwał mu służbowy samochód. Tak naprawdę ten przekąs, ukryty pod cudzysłowem, w jaki wziąłem słowo praca, nie jest do końca sprawiedliwy: akurat Friedrich von Lindeiner-Wildau zasłynął jako jeden z najbardziej ludzkich i honorowych komendantów obozów jenieckich, o czym zgodnie zaświadczali nawet alianci. Tak czy inaczej – jeńcy uciekli (krwawe tego skutki znamy), a von Lindeiner stracił stanowisko i opuścił Jeschkendorf. Ale czym to wszystko było wobec faktu, że już niecały rok później do Żagania, Jaszkowic, Żar i jeszcze dalej na zachód dotarły hordy…, o przepraszam, wymsknęło mi się!, oddziały pokój miłującej Armii Czerwonej?
No i nastąpił ten kosmiczny niemalże Götterdämmerung. A po nim – by pozostać w konwencji – równie apokaliptyczny Völkerwanderung. Większość opuszczonych przez Niemców miast i wsi zostało powtórnie zasiedlonych, ale niektóre, z różnych powodów, porzucono.
Dlaczego taki los spotkał Jeschkendorf? Działania wojenne nie zostawiły tu zniszczeń. Ponadto przecież i położenie wobec okolicznych miast korzystne, i linia kolejowa ze stacyjką, i w tak pięknych okolicznościach przyrody… Czyżby szabrownicy działali zbyt gorliwie? A może za mało osadników przybyło w te strony? Krążą legendy (dla zachowania intelektualnej uczciwości zaznaczam, iż nie znalazłem źródłowego dla nich potwierdzenia), że saperzy Ludowego Wojska Polskiego urządzili tu sobie poligon. Ponoć najbardziej znęcali się nad młynem – bo duży, murowany, aż się prosił, żeby go zaminować i wysadzić – w celach ćwiczebnych, oczywiście! Jak mówią Włosi: jeśli nie jest to prawdą, to dobrze wymyślono.

5 Młyn jaszkowicki – ofiara adeptów rzemiosła saperskiego?

Tak czy inaczej, nie ma Jaszkowic. Zostały ruiny młyna, tu i ówdzie zarysy fundamentów, kupki gruzu. Został też mostek, na niektórych mapach określany jako holenderski. Co w nim niderlandzkiego, trudno zgadnąć, ale mostek jest ładny sam w sobie, a jeszcze ładniej położony i romantycznie komponuje się ze Złotą Strugą, żwawo pod nim płynącą.

6Mostek, a Struga pod nim nie tylko Złota, ale i wartka.

Więcej prawie nic. Prawie, bo paradoksalnie nie przeminęło to, co jest przemijania symbolem. Tak jak w bieszczadzkich Berehach, został cmentarz.

Ciąg dalszy za tydzień

Samotny myśliwy 2

Katarzyna Krenz

KK-Gotland4xAkwarela Gotland Katarzyna Krenz

2. Milczenie morza

Od wielu dni Stary Poeta nasłuchiwał,
lecz wokół panowała cisza. Bezruch,
tylko cień ptaka przesuwał się po niebie.

Umilkły krzyki. Drapieżne torpedy sztormu
przestały zadawać śmierć, prując brzuchy kadłubów,
które zwodowano po to, by same pruły płynny szum.

Ucichła pieśń sieci i zgasły silniki trawlerów
przeczesujących kopalnie morza w poszukiwaniu
zatopionych miast i ławicy.

Morze usnęło zmęczone. Było wolne. Jedynie
cień martwej ryby unosił się na fali. Stary Poeta
czekał. Lecz wokół panowała cisza. Nic. Tylko ta cisza.

Świat po katastrofie milczał, oniemiały
i niebo spoglądało w inną stronę – odkąd został sam.
Tylko morze, tylko morze żyło. Śniło.

Pani, służąca i kot

Ewa Maria Slaska i Maryna Over

Pani i kot to obszerny temat i poniekąd poruszany w każdym wpisie, bo zawsze będzie tam jakaś kobieta. Dziś jednak rozpadnie się ona na dwie zupełnie różne osoby, bo pojawią się tu pani oraz kobieta (jeśli wiekowa) w młodości zwana dziewczyną, każda wyobrażona w przynależnej funkcji społecznej. My już, być może, nie mamy takich doświadczeń, ale ja jeszcze miałam nianie – wiejskie dziewczyny z kaszubskich wiosek, a moja Mama wspominała, że w jej dzieciństwie do jej Babci, czyli Pani, co rano przychodziła do pokoju kucharka (kobieta) i uzgadniały jadłospis na dany dzień. Prababcia, jak mi się wydaje, leżała jeszcze w łóżku. A prababcia była osobą czynną, również zawodowo, i bardzo aktywną. Tym niemniej rola społeczna i nad nią miała władzę. Przypomina to Prousta i poranne rozmowy Franciszki z Ciocią Leonią w Combray.

… przesunięcie śniadania dawało zresztą sobocie w oczach nas wszystkich fizjognomię niezwykłą,wakacyjną i dość sympatyczną. W porze gdy zazwyczaj ma się jeszcze godzinę przed niespodzianką posiłku, w sobotę człowiek wiedział, że za kilka minut ujrzy, jak się zjawiają przedwczesne salsefie, protekcyjny omlet, niezasłużony befsztyk. Powrót tej asymetrycznej soboty był jednym z owych drobnych wydarzeń wewnętrznych, lokalnych, prawie społecznych, które w spokojnym życiu i w zamkniętym kółku tworzą rodzaj narodowego węzła i stają się ulubionym przedmiotem rozmów, żartów, opowiadań, przesadzonych do woli; byłby gotowym jądrem dla legendarnego cyklu, gdyby ktoś z nas miał zmysł epiczny. Od rana, zanimśmy się ubrali, bez przyczyny, dla rozkoszy odczuwania siły solidarności jedni mówili do drugich wesoło, kordialnie, patriotycznie:„Nie ma czasu do stracenia, pamiętajmy, że to sobota!” Ciocia naradzając się z Franciszką i myśląc, że dzień będzie dłuższy niż zazwyczaj, powiadała: „Możebyś im upiekła ładny kawałek cielęciny, skoro to sobota.”

szkola flamandzka1640Szkoła flamandzka,  rok, sądząc z podpisu, 1667, ale jedyny podpis jaki można znaleźć w sieci głosi: Давид Рейкарт III, Крестьянка с кошкой, начало 1640. Ten rok 1667 jest zresztą w ogóle niemożliwy, bo (dane podaje oczywiście Wikipedia) David Ryckaert III – flamandzki malarz barokowy, żył w latach 1612 -1661. Był najbardziej znanym przedstawicielem rodziny malarzy o tym nazwisku, często określany przydomkiem Młodszy. Był synem Dawida Ryckaerta II, wnukiem Dawida Ryckaerta I i siostrzeńcem Martina Ryckaerta.

To dla historyka sztuki, nie dla nas,  bo nas obchodzi ta kobieta. Byłabyż to Franciszka, tylko o dwieście lat wcześniejsza, taka sama jednak, dobroduszna wieśniaczka, która poszła na służbę i tu karmi kota. Swojego czy może swojej pani?

Maryna znalazła zresztą jeszcze kilka innych służących. Jedną pokazywałyśmy już, zamiata kuchnię na obrazie Gripsa Okazja czyni złodzieja.

Dunlop-CaraudDwie panny służące, ale jakże różne. Obraz po lewej, namalowany przez George’a Dunlop Leslie (malarz angielski 1835 – 1921), nazywa się Jej pierwsze miejsce i pokazuje zmęczoną dziewczynę, która przysiadła na chwilę przy kominku, żeby odpocząć. Po prawej Pokojówka, obraz Josepha Caraud (malarz francuski, 1825 – 1905), na którym w ogóle nie chodzi o pracę. Tu albo pani udaje dziewczynę, albo dziewczyna – panią. I nie mówmy sobie, że praca służącej była cięższa niż praca pokojówki, dlatego pokojówka może pozować jako filuterna kokietka, a służąca pada ze zmęczenia. Obie musiały harować od świtu do nocy. Pamiętacie film Gosford Park? Albo Dziewczynę z perłą? Praca kobiety to była niekończąca się rzeka obowiązków. Również w XX wieku. Wiedział o tym Salvador Dali, malując w roku 1914 tzw. Wnętrze holenderskie. Widzimy tu taką samą sytuację – spracowana kobieta, która zrobiła sobie krótką przerwę w pracy.

SALVADOR DALI 1914-INTERIEUR HOLLANDAISI wreszcie na zakończenie obraz, na którym nie ma służącej, ale który, moim zdaniem, zakłada jej istnienie. Gdy obejrzałam ten obraz, zobaczyłam dziewczynę, która jak matka Mojżesza, puszcza na wodę kołyskę z dzieckiem, bo nie jest go w stanie wychować. Teraz, pisząc ten wpis, myślę, że może to fala powodzi porwała łóżeczko pańskiego dziecka, a dziewczyna go nie dopilnowała.

John Everett Millais-kotJohn Everett Millais (1829-1896) − brytyjski malarz i ilustrator, czołowy przedstawiciel Prerafaelitów, autor słynnego obrazu Ofelia (dodajmy, że po śmierci czyli jako topielica otoczona kwiatami – Prerafaelici bardzo lubili kobiety wychodzące z wody, w niej mieszkające lub w niej zmarłe). Obraz mógłby być świetną ilustracją do pięknej powieści “Dziewczyna w niebieskiej sukni” (Susan Vreeland Girl in Hyacinth Blue, której tytuł także pochodzi od jednego z dzieł Vermeera; na jej podstawie powstał w roku 2003 film telewizyjny Brush with Fate), o losach wyimaginowanego obrazu Vermeera van Delft. Obraz opuszcza pracownię artysty w chwili, gdy matka dziecka ginie za czary w lochach inkwizycji. Ojciec puszcza na wodę kołyskę i obraz opatrzone karteczką: Sprzedajcie obraz, wykarmcie dziecko. Nie pamiętam, czy ojciec był malarzem, czy tylko posiadaczem obrazu, a historia obrazu ciągnie się aż do współczesności i kończy odkryciem zbiorów jako żywo przypominających zagrabione przez nazistów dzieła sztuki, znalezione w mieszkaniu Gurlitta.

Nota bene tylko na obrazie Ryckaerta kobieta zajmuje się kotem, na wszystkich pozostałych kot po prostu jest. Nie jest wykluczone, że jest nie tylko faktycznie, ale i symbolicznie. Tak służąca jak i kot mają w pańskim domu określone zadanie do wykonania, mają zapewnić czystość. Służąca usuwa brud, kot poluje na myszy i szczury.  Te koty to nie pieszczochy z jedwabnymi obróżkami, to pracownicy.

Reblog: Jetzt bin ich also Deutsch

Jetzt bin ich also deutsch

Beitrag ausgezeichnet mit dem Deutsch-Polnischen Journalistenpreis 2014

Warum entscheiden sich Menschen anderer Nationen für die deutsche Staatsbürgerschaft und wie fühlen sie sich mit der neuen Nationalität? Daniel Tkatch, 33, und Karolina Golimowska, 28, berichten von ihren Erfahrungen.

Daniel Tkatch

Ich hätte auf meinem Reisepass lieber einen Bären als den Bundesadler. Nicht den Bären von der Berliner Flagge – mit den roten Krallen, Zähnen und herausgestreckter Zunge –, sondern so einen patinagrünen, wie den kleinen bronzenen auf dem Mittelstreifen der A115 am ehemaligen Grenzkontrollpunkt Dreilinden. Wie angenehm lässt es sich ihn doch grüßen, wenn ich Berlin verlasse oder hier wieder ankomme. Was stört mich eigentlich an dem armen Bundesadler? Ich gucke ihn an und muss dabei an meine russische Großmutter denken. In unserer Familiengeschichte hat im Zweiten Weltkrieg keiner unter den Deutschen direkt gelitten. Sie aber, die 1931 in einem Dorf in Inguschetien geboren wurde, musste als Kind vor der sich nähernden Kaukasusfront evakuiert werden, und ihr Vater wich dem Krieg aus, indem er sich seine rechte Handfläche mit einem Gewehr durchschoss. In meiner Erinnerung hat der Urgroßvater immer ein Taschentuch um die rechte Hand gewickelt. Meine Großmutter bemühte sich, mich zu einem weltoffenen Menschen zu erziehen: „Feind ist mir jeder böse Mensch, jeder gute aber ist mir wie ein Bruder, und mag er auch ein Tschetschene oder gar ein Deutscher sein“, hat sie ihren eigenen Großvater immer zitiert. Auch deshalb würde ich mich über mein Deutschwerden sehr gerne mit meiner Großmutter unterhalten. Leider war sie neun Jahre vor dem Frühling gestorben, in dem ich mir ein Retourflugticket nach Deutschland kaufte und die Rückflugkarte verfallen ließ. So muss ich mich dem Thema Adler allein stellen, und ich für meine Person finde ihn zu heraldisch, zu patriotisch.

Deutschsein. Fast lieber wäre es mir, ein europäischer Staatsbürger zu werden. So wäre ich von Anbeginn von der Idee eines jeden Nationalstaats befreit. Die „europäische Idee“ ließe für mich eine Identifikation mindestens oberflächlich leichter zu. (…)

Witerlesen hier: http://www.thegermansmagazine.com/jetzt-bin-ich-also-deutsch/

Daniel Tkatch wurde 1979 in Kasachstan geboren und wuchs in Israel auf. Er studierte Physik am Technion in Haifa sowie Kunstgeschichte und Philosophie an der FU Berlin. Neben seinem Studium in politischer Philosophie und Ästhetik an der KU Leuven ist er als Author und Redakteur u.a. für cafébabel, The European tätig.

Karolina Golimowska

(…)

Deutschland ist für mich vor allem Berlin. Hier habe ich studiert, von hier aus habe ich ein Stipendium nach London bekommen, hierhin kam ich zurück. Hier arbeite ich an meiner Promotion, hier sind meine Freunde, hier ist mein Leben. Berlin bedeutet Stuck an den Decken, große Parks, Frauen mit unrasierten Waden. Berlin ist Straßendemos und Flohmärkte, Ost-West-Kontraste, Sonntagsbrunchs und Weißweinschorle. Berlin ist Fahrrad, mein erster Job, mein erstes Geld, meine erste Mietwohnung. Berlin bedeutet auch die ersten Diskriminierungserfahrungen und kritischen Blicke auf Polen von außen. Und Berlin ist tolle Bäckereien und riesige Joghurtauswahl in den Supermärkten.

Berlin und Warschau verbindet ein Zug – der Berlin-Warszawa-Express. Er fährt zwischen meiner Kindheit und dem Erwachsensein hin und her, drei Mal am Tag, sieben Tage die Woche. (…)

Weiterlesen: http://www.thegermansmagazine.com/jetzt-bin-ich-also-deutsch-teil-2/

nagroda-karol-daniel
Karolina Golimowska wuchs in Warschau auf, studierte u.a. Anglistik und Neuere deutsche Literatur in Berlin und London. Sie arbeitet als Autorin und Journalistin und ist Doktorandin und Lehrbeauftragte am Institut für Anglistik und Amerikanistik der Humboldt Universität zu Berlin.

Bomba emocji 1

krolochlani II poprawkaKatarzyna Kulikowska
Wiersze z tomiku ,,Bomba emocji”

Obok mnie wybuchła bomba emocji.
Kulę się jak dziecko.
Zamykam w schronie przeciwpancernym.
Na zewnątrz trwa wojna przekonań.
Padają strzały słów.
Schron jak roślina mięsożerna kurczy się nade mną.
Zwinięta w kłębek czekam na pożarcie.

skan okladki Bomba emocjiMój dom
Wódka na stole
Mama krzyczy
Ogień w kotłowni
Samotność i ja
Już nie umiemy rozpaczać
To mój zwykły dzień

Lęk

Mam na imię lęk
Z dna przepaści wysyłam
Mój głos w górę
Jestem domem ciemności
Przywołuję kruki
Zamykam spokój w bezruchu
Każę ludziom otwierać drogi
Wewnątrz siebie
Krzyczę – Jesteście wolni
Potem zniewalam ich w klatce złudzeń

krolochlani I poprawkaKwiat cierpienia
Johannesowi Deimlingowi

Pachnę krwią i potem
Mam płatki nasączone pieszczotą umęczonego ciała
Przyciągam ból jak magnez
Weź mnie do domu

Ukrzyżowanie
Agnieszce Graczew-Czarkowskiej

6 ciał Jezusa ukrzyżowanych na papierze
Przybitych gwoździem pędzla
Oblanych farbą
Patrzę
Farba zmienia się w krew
Słyszę jęk umęczonych ciał i wołanie:
Eli lama sabachtani
Jezus umiera po raz drugi sześciokrotnie

Gałęzie są moją drogą
Idę po niej do Ciebie Panie
Na końcu drogi świeci sakrament
Obmywam w nim moją duszę
Idę po kamieniach
Stopy mnie bolą od grzechu
Zmęczona klęczę przed tobą Panie i
Staję się pełnią

krolochlani III poprawkaGrafika: Katarzyna Kulikowska, ilustracje do Apokalipsy

Wykłady profesora Dąbrowskiego. VI. Medycyna ludowa 1

O medycynie alternatywnej pisała już u nas kiedyś Maria Korzeń Zielarka. Dziś (i za tydzień) na ten temat:

Ryszard Dąbrowski

To już dwie ostatnie prolegomeny do tekstu o babci szamance.

Lecznictwo ludowe w Polsce

Temat ten jest bardzo ciekawy i zróżnicowany, a dostępna literatura nie jest zbyt obszerna. Istniało wiele różnic regionalnych w medycynie ludowej na terenie Polski, ale również dużo podobieństw w stosowanych metodach terapeutycznych. Od początku XX wieku znachorstwo było w Polsce zwalczane, mniej lub bardziej intensywnie, metodami administracyjnymi. Medycyna akademicka traktowała znachorstwo jako zabobon ale też jako konkurenta. Tutaj trzeba jednak przyznać, że istniały całe chmary szarlatanów i oszustów, którzy usiłowali wzbogacić się na ludzkim nieszczęściu.

Obecnie, od dłuższego czasu, daje się zauważyć renesans „medycyny ludowej”. Nauka bada i analizuje praktyki znachorskie, nazywane obecnie alternatywnymi metodami leczniczymi. Medycyna akademicka studiuje metody znachorów, adaptując je i przejmując niektóre z nich do swych praktyk.

Farmacja bada skład chemiczny wielu roślin używanych przez zielarzy, i testuje skuteczność zawartych w nich substancji w leczeniu konkretnych schorzeń.

W medycynie ludowej w Polsce daje się zauważyć wpływy tysiącletnich tradycji oraz wiedzy zdobytej na obserwacji, doświadczeniu i praktyce. Lecznictwo to posiada dwa kierunki; magiczny, polegający na zamawianiu chorób zaklęciami oraz realny, opierający się na stosowaniu leków, głównie ziołowych.

ogorecznikKierunek magiczny wywodzi się z pozostałości magii słowiańskiej oraz średniowiecznej, reminiscencji z czasów rzymskich oraz napływowych np. tatarskich. Za przyczynę chorób uważano:

–          wpływ złych duchów, demonów, zmór, diabłów oraz zadanie przez czarowników i czarownice, (przy pomocy zaklęcia, spojrzenia, uczynkiem poprzez pokarm i napój oraz poprzez dotknięcie lub chuchnięcie), złe duchy mieszkające w drzewach i mszczące się za ich ścięcie
–          żywioły, (wiatr, burza, trąby powietrzne), „złe powietrze” z rozlewisk i bagien
–          zjawiska astronomiczne i ciała niebieskie (komety, „spadające gwiazdy” czyli meteoryty oraz zaćmienie słońca i księżyca)
–          karę bożą
–          czary, uroki i przekleństwa wrogich i nieprzychylnych osób oraz
–          zwierzęta takie jak np. nietoperze, żmije, żaby i robaki

Demona powodującego chorobę starano się wypędzić z chorego prośbą lub groźbą, do boga modlono się o zmiłowanie, a choroby rzucone przez urok starano się zdjąć poprzez odczynienie lub przeniesienie na inną osobę, zwierzę lub rzecz.

Czarownice potrafiły zadać chorobę lub ją uczynić, ale również ją zniszczyć lub odczynić.

Było wiele metod usunięcia lub przeniesienia choroby. Najbardziej znane i najczęściej stosowane to: zamówienie zaklęciem lub amuletem, zaklęcie, przygwożdżenie (gwóźdź, kołek albo klin, którym dotykało się chorego wbijano w pień drzewa lub w ziemię), związanie (wiązanie chorego, aby zmęczona tym choroba go opuściła), przeciąganie (chorego przeciągało się przez rozłupane drzewo), zawieszenie na drzewie (na drzewie zawieszało sie część ubrania chorego aż do rozpadu tkaniny), podłożenie pod kamień oraz zakopanie w ziemi lub mrowisku (najczęściej używano do tego obciętych włosów lub paznokci), odrzucenie precz (część ubrania rzucało się za siebie, kto je podniósł przejmował chorobę), zaszczepienie (przeniesienie choroby wenerycznej lub skórnej poprzez stosunek z młodą dziewczyną lub chłopcem), zdmuchnięcie, spluwanie na chorobę, zlizanie przez osobę lub psa, zwymiotowanie choroby, odpisanie (na chlebie lub na papierze wypisywano imię chorego lub specjane zaklęcia i dawano mu to do zjedzenia), odliczenie, sprzedanie, zlewanie, zmywanie (wodę po takim zabiegu wylewało się na rozstajne drogi, kto pierwszy przeszedł przez to miejsce przejmował na siebie chorobę), rzucenie na wodę (najlepiej koszuli chorego aby choroba z nią odpłynęła), okadzanie, spalenie (specjalnie sporządzonej symbolicznej lalki), przypieczenie (stosowano w stosunku do dzieci wkładając je do pieca do pieczenia chleba), przestraszenie choroby, zatańczenie (tańcem zamęczało się demona choroby i zmuszało do opuszczenia ciała), przeżegnanie znakiem krzyża, zamodlenie, odpokutowanie itp., itd. Podczas wykonywania wielu z tych czynności nie wolno było się za siebie oglądać.

Powyższe wyliczenie wskazuje jak bardzo zabobonni byli kiedyś ludzie, jak wierzyli w skuteczność tajemnych zaklęć, czarów i uroków. Wierzono w czary pożyteczne, przynoszące szkodę oraz czary miłosne. Nie prowokowano chorób i złego ducha poprzez nie wymienianie nazw ciężkich chorób lecz zastępowano je eufemizmami np. „złapał go (ją) przypadek”.

Realny kierunek medycyny ludowej polega na stosowaniu leków oraz zabiegów profilaktycznych, terapeutycznych i rekonwalescencyjnych. Stosowane leki da się podzielić na środki pochodzenia:

–          roślinnego
–          zwierzęcego
–          mineralnego

Ważnym elementem zaczęcia leczenia było postawienie odpowiedniej diagnozy. Robiono to poprzez ogólne oględziny chorego, jego języka i oczu oraz badanie temperatury ręką. Najtrudniejszą i wymagającą dużej wiedzy była diagnoza moczu poprzez badanie jego barwy, zmętnienia, osadu, przezroczystości, zapachu oraz smaku.

Przed laty przemysł farmaceutyczny nie był tak rozwinięty jak dziś, a i nie wszyscy mogli sobie pozwolić na odpłatne wizyty u lekarza i wykup lekarstw. Często stosowane było samolecznictwo. Praktycznie każdy, a szczególnie starsze kobiety, posiadały kiedyś sporą wiedzę dotyczącą właściwości leczniczych ziół, sposobu i czasu ich zbioru, form przechowywania i użycia. Dopiero wtedy gdy to nie pomagało, zwracano się do czarownic, owczarzy, znachorów i zielarzy. Ilość roślin stosowanych przez dobrego specjalistę przekraczała 100 i wynosiła niekiedy od 180 do 200 gatunków. Obecnie wiele z nich zniknęło bezpowrotnie z naszych pól i lasów.

porosie

Najczęściej stosowanymi ziołami były: babka (przy stanach zapalnych), biedrzeniec (przeciw zatruciom pokarmowym), bratki polne (przeciwko wypryskom na skórze), brzoza (przeciw astmie, reumatyzmowi i nowotworom), chaber (przy żółtaczce), czarny dzki bez (przy chorobach płuc), dziurawiec (dolegliwości przewodu pokarmowego, wątroby i dróg oddechowych), jałowiec (przy chorobach nerek i pęcherza), krwawnik (przy owrzodzeniach żołądka), macierzanka (stosowana zewnętrznie przy okładach i kąpielach przeciwko chorobom reumatycznym, skóry, narządów kobiecych i wzmacniająco dla niemowląt), mięta (przy przeziębieniach, przy dolegliwościach żołądkowych i zatruciach pokarmowych), podbiał (przy nieżytach dróg oddechowych i astmie), pokrzywa (przeciw kaszlowi), rumianek (używany zewnętrznie i wewnętrznie jako środek przeciwzapalny i uśmierzający), skrzyp polny (przy chorobach nerek i pęcherza), sosna (sok z młodych szyszek, przeciw kaszlowi), szałwia (do płukania przy stanach zapalnych i owrzodzeniu jamy ustnej oraz bólu zębów, wewnętrznie przy niedomaganiu płuc i nerek) i żywokost (zewnętrznie z tłuszczem jako maść przy złamaniach i zwichnięciach, wewnętrznie przy schorzeniach dróg oddechowych).

Często stosowano mieszanki z kilku lub kilkunastu ziół (najczęściej o nieparzystej liczbie) w myśl przekonania, że organizm sam zaczerpnie potrzebne mu składniki i substancje tam zawarte.

Ciąg dalszy nastąpi

Unia. Rozmyślania (prawie) rocznicowe

Polska w Unii Europejskiej

Wikipedia podchodzi do sprawy nader optymistycznie, co jest (zapewne) słuszne:

Polska jest członkiem Unii Europejskiej od 1 maja 2004 na mocy tzw. Traktatu akcesyjnego podpisanego 16 kwietnia 2003 r. w Atenach, będącego prawną podstawą przystąpienia (akcesji) Polski do Unii Europejskiej. Faktyczny proces integracji Polski rozpoczął się w Atenach 8 kwietnia 1994 r. z chwilą złożenia przez Polskę wniosku o członkostwo w Unii Europejskiej i potwierdzenia go przez wszystkie państwa członkowskie podczas konferencji w Essen 9-10 grudnia 1994 r. Integracja jest procesem dynamicznym, nieustannie trwającym.

Ale oczywiście prywatnie można na sprawę patrzeć inaczej. Ja uważam, że akcesja była OK, a jej pozytywne skutki już teraz są widoczne, nasz autor
Zbigniew Milewicz
przysłał właśnie, w kilka dni po rocznicy (ale kogo by interesowały okrągłe rocznice!) wierszowane przemyślenia, a ich wymowa jest bardziej krytyczna.

6230383-drewniane-drzwi-pomalowane-w-kolorach-643-385
Zdjęcie: http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/457729,polska-bez-wspolnoty-co-by-bylo-gdybysmy-nie-wstapili-do-unii-europejskiej.html

Zamiast felietonu

Dziesięć lat za nami. Dyskusje między rodakami na temat pożytków i utrapień, wynikających z wstąpienia Polski do Unii Europejskiej trwają; zdania są podzielone, jak to w rodzinie na temat jakiegoś małżeństwa. Jedni wzdychają, że taka piękna para, innym para wali w dekiel. Zapewne każdy z oponentów ma trochę racji, bo nie ma związków idealnych, a jeżeli ciekawi was, jak widziałem Kowalskiego, Nowaka i oczywiście siebie w marszu przed ten ofiarny ołtarz na początku tego wieku, to zapraszam do lektury:

Grüss Gott, grüss Gott

nad brzegiem Isary
niejeden nasz rodak
już poległ za wiarę
grüss Gott, grüss Gott
uwierzył dokładnie,
że jest w kraju cudów,
że fortunę zdobyć
to jak beknąć z nudów
grüss Gott, grüss Gott

przyjeżdża miss Pcimia
z ambitnym zamiarem
wyjść za mąż za Niemca
lecz ten ma już harem
złożony z dziesiątka
różnistych panienek
co w bajzlu pracują
by on miał, jak w niebie
grüss Gott, grüss Gott

Jan z Krzysiem budują
za marek dwanaście
gmaszysko Hiltona
w którym Helmuth zaśnie
jak się nawpierdala ruskiego kawioru
szampitrem go spłucze
i żonę Krzysiowi za stówę wydupczy
grüss Gott, grüss Gott

tak idziem do Unii kochani rodacy
pierś dumnie do przodu wypięta
a jaja z harówy na pańskim – po pięty
grüss Gott, grüss Gott

lecz póki na Wawelu
Zygmunta bije dzwon
nikt, nigdzie i nigdy
nie powie ci
won chamie, won
bo gdyby tak tylko
spróbował pomyśleć
oj, dostałby wpierdol
solidny nad Wisłą
grüss Gott, grüss Gott

Dookoła końskie pyski
najuprzejmiej szczerzą zęby
ten o zdrówko cię zapyta
tamten drogę wskaże chętnie
o pogodzie porozmawia
do tramwaju zaprowadzi
lecz nie próbuj cudzoziemcze
– zwłaszcza ty zza Łaby –
wejść Helmutom do mieszkania
prędzej wielbłąd w uchu igły
siądzie se na otomanie
niż ty skumasz się z Ottonem
dom za marki mu posprzątać
to się tobie godzi zrobić
pomalować także wolno
lecz pół litra z Jorgiem wypić
się rozmarzyć, ponarzekać
Wołga, Wołga z nim zaśpiewać
ot tak sobie bez powodu
bo po wódce wszak Słowianin
brata z braćmi się od młodu
nie uchodzi, nie wypada
szczęka sztuczna, lub prawdziwa
ze zdziwienia mu opada
kto to widział
jaki Gescheft
żeby bratać się z Pollackiem
jego Wirtschaft pachnie różnie
różne o nim są opinie
dzisiaj soli mu pożyczysz
jutro bmw ci zwinie
tak więc lepiej panie bracie
ty Helmuta miej gdzie trzeba
módl się, pracuj, pij i chędoż
a w unijne wejdziesz nieba.

Metro, dentysta, serwetka

Ewa Maria Slaska

Ani z podziękowaniem za serwetkę

Musiałam wysiąść z autobusu przy stacji metra Oberkampf. Mieszkam w Niemczech, mój umysł przez dłuższą chwilę nie zarejestrował więc, że coś się tu nie zgadza. Oberkampf (czyli coś w rodzaju walki na górze) w każdym mieście niemieckim wpasuje się bez problemu jako nazwa ulicy czy stacji metra. Ale jestem w Paryżu. Mruczę pod nosem oberkampf, oberkampf i postanawiam przy okazji sprawdzić w internecie, skąd się wziął Oberkampf (oberkampf?) w Paryżu. I zapominam. Absorbuje mnie ruchome święto, wiosna, która w Paryżu jest już w lutym, kwiaty, wędrówka po cmentarzach…

W miesiąc później siedzę w poczekalni u dentysty w Szczecinie i czytam gazetkę. Gazetki u mojego dentysty są wszystkie mniej lub bardziej nowocześnie głupawe (jeśli rozumiesz, co mam na myśli, Prosiaczku?), ale podobnie jak nie jest wykluczone, że w sklepie z tandetą znajdziesz cacko, tak nie jest wykluczone, że głupawa gazetka… W gazetce króciutka notatka. Christophe-Phillippe Oberkampf – pochodzący z Niemiec żydowski fabrykant tkanin, który zasłynął jako wynalazca cienkich płócien i tkanin bawełnianych, zdobionych jednobarwnymi, czerwonymi lub niebieskimi, scenkami rodzajowymi z czasów napoleońskich, wciąż jednak jeszcze w stylu Marii Antoniny. Dziewczęta w krynolinach na huśtawce, elegenccy dandysi grający w serso, panie przytulające owieczki, tańce na trawie, fajerwerki, muzyka na wodzie, uczty, przyjęcia, zamiatanie salonu i gotowanie karczochów… Każdy temat i każda codzienna sytuacja mogły dać asumpt do stworzenia nowej scenki. Manufaktura Oberkampfa wypuściła w świat 150 a może 1500 wzorów takich tkanin (nie pamiętam) z obrazkami, które projektowali niekiedy słynni malarze jak Bouchet.

Postanawiam, że jak wrócę do domu, to uzupełnię wiedzę, poszeperam w internecie, ale zapominam. Mija kolejny miesiąc. Jest maj. Dostaję od mojej synowej Ani puszkę z obrazkiem kotów. W środku serwetka z niebieską scenką rodzajową. Zdobycze z niedzielnego spaceru na pchli targ. Patrzę i oczom nie wierzę. Toż to przecież Oberkampf. Nie oryginał, rzecz jasna, lecz naśladownictwo, ale bezwzględnie Oberkampf.

Nie mam wyjścia. Nie można zapomnieć o Oberkampfie, który pojawia się w tym roku dosłownie co miesiąc, najwyraźniej domagając się wpisu… zaglądam do Wikipedii – są artykuły tylko w czterech językach, po niemiecku,  angielsku, francusku i… polsku. We wszystkich jest to samo, Oberkampf (1738-1835), nowoczesny fabrykant tkanin drukowanych. Założył fabrykę w Jouy-en-Josas. W każdym wpisie są też dwa jego portrety, w żadnym nie ma reprodukcji jego tkanin. Podobnie jest zresztą, jeśli się wpisze w google’a hasło Oberkampf i poprosi o wyszukanie obrazów. Jak TU. Pojawi się metro, mapa, ulica, ale nie ma tkanin Oberkampfa. Jouy-en-JosasGłupia gazetka okazała się ciekawsza od zbiorów google’a, a są to wszak zasoby światowe,  i Wikipedii, tworzonej przez mądrali (jeśli rozumiesz, Prosiaczku, co mam na myśli?)

Dopiero we wpisie o Jouy-en-Josas pojawi się dodatkowa informacja o tkaninach Oberkampfa, ale nadal bez obrazków: Toile-de-Jouy (płócienko z Jouy) oznacza  tkaninę bawełnianą z nadrukami. Klikam na tego linka i dopiero tu znajduję to, co widziałam już przecież w gazetce, wiem więc czego szukam. Obok płócienko Oberkampfa. Poniżej moja serwetka od Ani, a pod spodem nadesłana dwa dni później fota “Oberkampfa” od Powsinogi.

serwetkapowsinogaoberkampf