Samotny myśliwy 1

Katarzyna Krenz

KK-Gotland6xAkwarela Gotland Katarzyna Krenz

1. Krajobraz po burzy

O świcie sztorm ustał.

Stary Poeta długo leżał na brzegu, omywany
przez fale, świadomy tego, co się stało.
Jego okręt zatonął, bezpowrotnie stracony,
a wraz z nim cały ładunek.

Katedry gotyckie i drapacze chmur
pierwsze poszły na dno jako najcięższe.
Po nich – fabryki, muzea i nowoczesne
miasta. Mosty i nitki autostrad unosiły się
jakiś czas na powierzchni, by w końcu
dołączyć do podwodnych stalaktytów z żelaza
i betonu niczym bolesne krople,
cząsteczki ciężkiej wody w wodnej masie.

Uwolnione śruby i gwoździe swobodnie
wypełniły szczeliny. Drewno całkiem pociemniało:
nie tylko dąb, również sosna, jesion i czarna olcha,
która w poprzednim życiu tak chętnie wybierała
jeziorny muł dla swych korzeni. Anielskie
polichromie i twarze Madonn przeglądały się
w lustrze wody, lecz nie trwało to długo –
jak deszcz w deszczu, tak płatki złota, smoczej
krwi szafiru i spłynęły ruchem spiralnym
i bezwolnym na paletę morza o zmierzchu,
zabarwiły nowym bólem zachód słońca.

Marmur okazał się odporniejszy na działanie
wody: posadzki agor, niegdyś splamione niezgodą
i zdradą, kariatydy i posągi bogów, a także
kolumny świątyń w oplotach akantu tkwiły samotne
pośród strzaskanych dworców i pasów startowych,
niczym kości porzucone na pustyni. Niebo
odbijało się w morzu, a morze odbijało się w niebie.
Kuli błękitu nie mąciła najmniejsza szrama bieli –
dzień przetopił nocną falę w płynne szkło. Morze
oddychało cicho i bez gniewu: sen po burzy ma
w sobie coś z leniwej sjesty i powolności trawienia.

Stary Poeta ocknął się i ukląkł na brzegu. Lecz zaraz
upadł na piasek zemdlony, tak wielkim bólem
przeszyło go przypomnienie: z całego dobytku
księgi były najlżejsze. Nasiąkając wodą,
nie osiadły na dnie jak mury bibliotek, które je
przechowywały. Napęczniały papier rozsadził
grzbiety tomów i rozpływając się w niebycie,
zabrał ze sobą wszystkie ważne słowa i myśli,
przesłania i dekrety, a nawet ludowe przysłowia.
W powietrzu drżał zielony szum dżungli, lecz
wyspa milczała. Nieznana. Nie nazwana. Niczyja.

Qui pro kot

Ewa Maria Slaska o kotach (dość niepewnie)

A-Room-atTwilight-KellieCastleJohnHenryLorimer1856-1936No bo doprawdy, na przykład tu – pies to czy kot? Maryna Over podesłała mi ten obraz, a ja, wiedząc, że Maryna podsyła mi koty, zapisałam go w rubryce koty, gdzie miał poczekać na specjalny wpis – kot samotny we wnętrzu. To oczywiście zawsze się nam będzie kojarzyć z Szymborską i z tym, że tego nie robi się kotu, ale w końcu wcale nie musi tak być. W moich zbiorach co-i-raz pojawia się kot samotny we wnętrzu, ale ten tu…

Namalował go John Henry Lorimer (1856–1936),  szkocki malarz, specjalizujący się malowaniu portretów i scen rodzajowych. Tu jest wnętrze w Kellie Castle o zmroku. Pod oknem śpi… pod oknem śpi kot… nie, chyba jednak pies, nie, no raczej kot… TU jest ten sam obraz w większych rozmiarach, przyjrzyjcie się. Już z Leonardem da Vinci i jego szkicami Madonny mam poważny problem, ale tam przynajmniej nauka wypowiedziała się jednoznacznie, a tu ja sama z problemem.

John Lorimer miał młodszego brata, Sir Roberta Stodart Lorimera (1864 –1929) i to we wpisie o Robercie znalazłam informację, że w roku 1878 rodzina Lorimerów wydzierżawiła Kellie Castle w Fife, które do dziś znane jest jako… Królestwo Fife. A zatem John namalował po prostu pokój w swym rodzinnym domu, a w tym pokoju…

Jules Pascin - The Turkish FamilyRównież na tym obrazie (podsuniętym przez Marynę Over) nie wiadomo, czy to zwierzątko niefrasobliwie trzymane pod pachą przez jedną z kobiet to pies czy kot. Jules Pascin, Rodzina turecka. Rok 1907. Wbrew pozorom ta rodzina wcale nie składa się z samych kobiet młodych, młodszych i najmłodszych, bo w głębi pod ścianą siedzi sobie mężczyzna w czerwonym fezie i pali fajkę, a może zresztą papierosa.

Jules Pascin (1885-1930) nazywał się po bułgarsku Жул Паскин, a tak naprawdę Julius Mordecai Pinkas, był żydowskim malarzem bułgarskim, przedstawicielem ekspresjonizmu. Przez wiele lat przymierał głodem i dopiero w latach 20 uzyskał sukces. Mieszkał w Paryżu, Brukseli, Londynie i różnych miastach w USA, aż osiadł na stałe w Paryżu. Przyjaźnił się z wieloma malarzami w tym z Klee i Kandinskym. Cierpiał na ciężką depresję. W wieku 45 lat popełnił w Paryżu samobójstwo. Pochowano go na cmentarzu Montparnasse.

Ta turecka rodzina, z kotem czy bez, nie jest zresztą typowa dla malarstwa Pascina, bo jego specjalnością były erotyczne akty kobiet.
***
Również inna moja warszawska przyjaciółka, Danusia Strzyńska-Rosiecka, wstawiła mi na Facebooka obrazek:

stMarcinPoitou-CharentesFrancja-polXIIwi opatrzyła go takim mniej więcej podpisem: koci (?) kapitel w St. Martin w Poitou-Charentes, połowa XII wieku.  Zaiste, trudno ocenić, czy te zwierzęta na kapitelu to psy (gończe na przykład), gryfy (te potwory ze skrzydłami na górze),  koty czy lemury, a może nawet gollumy? Nie wiem. Ale też nie wiem, czy  chodzi o jakiś kościół św. Marcina w departamencie w Poitou-Charentes czy o miasto San Martin de Re tamże? A jak kościół – to który? Bo mógłby to być kościół Fontaines d’Ozillac Saint Martin – datowanie się zgadza i dziwaczne zwierzęta w kapitelach też, ale tych kotów się nie doszukałam. Jeśli to jednak ten kościół to jest on swoistą ciekawostką. W XV wieku trzeba go było rozbudować, z boku doklejono mu więc dodatkową nawę z renesansowym portalem. W XIX wieku dobudowano jeszcze wieżę z drugiej strony.

stmartinZ kolei Kasia Wasilewska napisała, również na Facebooku, że kotek niech tu reprezentuje książkę. Kotek? Jaki kotek? Ja zobaczyłam dwa pieski:

kotekzamiastksiazkiAle to jednak kot, bo wpisałam do google’a słowa girl red dress cat dog i ten obraz pojawił się jako pierwszy. Za to Kasia była pewna, że to malarka, a ja znalazłam informacje, że to malarz. Kasia dodaje, że szkoda że nie malarka, z czym się jak najbardziej zgadzam, zwłaszcza, że każda malarka mogłaby być dumna, gdyby namalowała taką dziewczynkę, w takiej sukience,  z takimi zwierzątkami.

GIRL IN RED DRESS WITH CAT AND DOG
Ammi Phillips (1788–1865)
Vicinity of Amenia, New York
1830–1835
Oil on canvas
American Folk Art Museum, gift of the Siegman Trust, Ralph Esmerian, trustee, 2001.37.1

X
Same qui pro koty…

Reblog: Otylia

onetsportbannerNie po raz pierwszy sięgam po teksty napisane przez publicystów dla portali sportowych. Reblogowałam tu już teksty o boksie, dziś… dziś o pływaniu i innym sporcie.  A właściwie wcale nie o pływaniu czy piłce nożnej, tylko o nas, o Polsce, o naszej kondycji społecznej i naszej, pożal się Boże, polityce. Tekst jest świeży, z 7 maja, ale też i temat jest świeży. 

Tekst znalazłam TU i bardzo dziękuję portalowi eurosport.onet.pl, za to, że go opublikował.

Dariusz Tuzimek

Śmiejąc się z Otylii śmiejecie się z siebie

Od dawna nie było tak gło­śno o Oty­lii Ję­drzej­czak i Ma­cie­ju Żu­raw­skim. Choć za­pew­ne nie o taką po­pu­lar­ność im cho­dzi­ło. Zro­bie­nie dur­nia z dwój­ki spor­tow­ców przy­szło dzien­ni­kar­ce TVP bar­dzo łatwo.

otyliaObserwowałem to marne widowisko z zażenowaniem i wstydem, ale też było mi jakoś przykro. Ot tak, jakbym oglądał publiczne tortury na średniowiecznym jarmarku. Tępawa gawiedź się cieszy, choć przecież sama nie jest lepsza.

Może za stary na „he­tj­te­ra” je­stem, ale jakoś – tak po ludz­ku – żal mi się zro­bi­ło, że ktoś tak bez oporu ośmie­sza mi­strzy­nię olim­pij­ską, mi­strzy­nię świa­ta, mi­strzy­nię Eu­ro­py i jed­no­cze­śnie za­wod­nicz­kę wy­bra­ną trzy­krot­nie naj­lep­szym sportowcem tego kraju. Mó­wi­my o oso­bie, z któ­rej Pol­ska była dumna! O kimś – co dla mnie nie jest bez zna­cze­nia – kto prze­żył oso­bi­stą tra­ge­dię na oczach ca­łe­go kraju, przy otwar­tej kur­ty­nie.

Chce­cie się z niej śmiać? Bo nie zna po­ro­zu­mie­nia z Kioto? W po­rząd­ku, bo wy to po­ro­zu­mie­nie zna­cie, praw­da?

Może za stary na „he­tj­te­ra” je­stem, ale jakoś – tak po ludz­ku – żal mi się zro­bi­ło, że ktoś tak bez oporu ośmie­sza mi­strzy­nię olim­pij­ską, mi­strzy­nię świa­ta, mi­strzy­nię Eu­ro­py i jed­no­cze­śnie za­wod­nicz­kę wy­bra­ną trzy­krot­nie naj­lep­szym sportowcem tego kraju. Mó­wi­my o oso­bie, z któ­rej Pol­ska była dumna! O kimś – co dla mnie nie jest bez zna­cze­nia – kto prze­żył oso­bi­stą tra­ge­dię na oczach ca­łe­go kraju, przy otwar­tej kur­ty­nie.

Chce­cie się z niej śmiać? Bo nie zna po­ro­zu­mie­nia z Kioto? W po­rząd­ku, bo wy to po­ro­zu­mie­nie zna­cie, praw­da?

Mi się jakoś z tego śmiać nie chce.

Pew­nie zaraz duża grupa za­kom­plek­sio­nych internetowych nie­na­wist­ni­ków „po­ci­śnie” że to ich (spor­tow­ców) wina, bo po cię pcha­ją do Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go, skoro nic nie wie­dzą. Zga­dzam się – to ich wina. Naj­więk­szą kom­pe­ten­cją jest znać gra­ni­ce wła­snej nie­kom­pe­ten­cji.

To spor­tow­ców wina, że sta­ra­ją się cho­dzić po kru­chym lo­dzie. Ale za­trud­nia­nie ce­le­bry­tów do wy­gry­wa­nia wy­bo­rów kom­pro­mi­tu­je w naj­więk­szym stop­niu li­de­rów par­tii, któ­rzy po tych­że ce­le­bry­tów się­ga­ją z całym cy­ni­zmem. To źle o nich świad­czy.

Jed­nak skoro już się­ga­ją, to zna­czy, że to dzia­ła, że to jest sku­tecz­ne. Czyli wy­star­czy wy­sta­wić na listę znane na­zwi­sko, a lu­dzie od­da­dzą na nie swoje głosy… I jak to o nas, czyli wy­bor­cach świad­czy? Śmie­jąc się z Oty­lii i „Żu­ra­wia” pa­mię­taj­my, że śmie­je­my się z sie­bie.

Ktoś wy­brał prze­cież np. se­na­to­ra Krzysz­to­fa Cu­gow­skie­go w Lu­bli­nie albo posła Jana To­ma­szew­skie­go w Łodzi, praw­da? Ten drugi za­mro­czo­ny wizją do­sta­nia się do par­la­men­tu z listy PiS skła­dał hołdy li­de­ro­wi swo­jej par­tii bez ob­cia­chu twier­dząc, że „Ja­ro­sław Ka­czyń­ski jest Ka­zi­mie­rzem Gór­skim pol­skiej po­li­ty­ki”. Nie wy­ma­ga ko­men­ta­rza.

O Otylii i Maćku Żurowskim można powiedzieć jedno: oboje, po zakończeniu kariery szukają swojego miejsca w życiu. Dokonują wyborów lepszych i gorszych. I nawet jeśli tych ostatnich jest więcej, mają prawo błądzić. Otylia próbowała bezskutecznie wrócić do pływania. Potem brała udział w „Tańcu z gwiazdami” i posmakowała życia celebrytki. Wikłała się w różne historie i widać było, że pomysłu na siebie nie ma. To samo Żurawski. Wszyscy byli nim zachwyceni gdy strzelał gole dla Wisły, reprezentacji czy dla „Celtów” w Glasgow. Później mało udany powrót do ligi, a jeszcze później Żurawski niby był skautem w Wiśle, ale jakby nim nie był. Zaangażował się w sklep z ubraniami i własną kolekcję ciuchów, ale i to okazało się niewypałem.

W przypadku sportowców pytanie: „co dalej?” jest często pytaniem bez odpowiedzi. Szczególnie jeśli jest zadane zbyt późno. Trudno w wieku trzydziestu lat przejść na emeryturę. U nas nawet największe gwiazdy nie mają menedżerów, którzy planują im karierę, inwestują pieniądze i mają na nich pomysł co robić, gdy już trzeba będzie zacząć dorosłe życie.  Agenci piłkarscy – nie wszyscy, ale w ogromnej większości – ograniczają się do handlu zawodnikami, gdy ci mają na rynku jeszcze wartość. Kasują prowizje, ale nie planują zawodnikom karier. A gdy nie da się już na nich zarabiać, wyrzucają ich jak stare zabawki i sięgają po nowe. Sportowcy zostają sami. Bez pokończonych szkół i często bez odłożonych pieniędzy. Dziwicie się, że przyjmują oferty od partii politycznych? Taki Tomasz Adamek ledwie otarł krew z rozbitej w ostatnim pojedynku twarzy a już ogłosił, że startuje do Parlamentu Europejskiego.  A jeszcze chyba miał siniaki pod oczami gdy publicznie wypowiedział się o kobiecości posłanki Grodzkiej…

Otytlia i Maciek Żurawski poszli do studia telewizyjnego nieprzygotowani. Myśleli, że będzie miło, łatwo i przyjemnie. Naiwne to bardzo. Media od dawna nie są przyjazne, a od momentu, gdy oboje zdecydowali się być politykami, powinni być przygotowani na to, że będą traktowani jak politycy. Czyli twardo, bo jest przyzwolenie społeczne żeby z politykami się nie cackać. To się pani dziennikarka z nimi nie cackała.

Efekt jest taki, że jak się wpisze w internetową wyszukiwarkę Google’a imię i nazwisko Otylii, to po notce biograficznej, jako drugi wynik (sic!), wyskakuje… „kompromitacja Otylii Jędrzejczak na antenie TVP”.  Z tego teraz jest najbardziej znana duma narodu sprzed kilku lat.

Żurawski i Otylia nie będą wielkimi politykami. Ale jeśli świętej pamięci Andrzej Lepper miał kompetencje żeby być wicepremierem w dwóch rządach wolnej Rzeczypospolitej, to jednak pewne rzeczy w naszym kraju są umowne.

Na pewno jednak jesteśmy mistrzami w niszczeniu autorytetów. Lech Wałęsa ma lepszą prasę na świecie niż w Polsce. I to nie jest przypadek. W Polsce nawet papieża Jana Pawła II atakowano niewybrednie tuż przed kanonizacją. Taki kraj…

Jak to dobrze, że Kazimierz Górski od lat spoczywa w spokoju i nikomu już nie zagraża, nikogo jego popularność nie będzie kłuła w oczy. Bo znaleźliby się tacy, którzy pogrzebaliby mu głębiej w biografii. I nawet jakby się niczego niedogrzebali, to twierdziliby, że się jednak dogrzebali i obrzuciliby błotem. Ciężko się później z tego obskrobać.

A zatem oplujmy wszystkich: Wałęsę, papieża, Tadeusza Mazowieckiego, Otylię, Żurawskiego. Na koniec nie zostanie nic. Jeden tylko autorytet.

Widać go, gdy się podejdzie blisko do lustra.

90 lat / 90 Jahre / 90 лет / 90 წლის

Bułat Okudżawa / Bulat Okudschawa / Булат Окуджава / ბულატ ოკუჯავა

Russia_stamp_B.Okudzhava_1999_2r

9.05.1924 – 12.06.1997

Простите пехоте, что так неразумна бывает она:
Всегда мы уходим когда над землею бушует весна,´
И шагом неверным – по лестничке шаткой, спасения нет;
Лишь белые вербы, как белые сестры глядят тебе вслед.

Не верьте погоде, когда проливные дожди она льет,
Не верьте пехоте, когда она бравые песни поет,
Не верьте, не верьте, когда по садам закричат соловьи:
У жизни и смерти еще не окончены счеты свои.

Нас время учило: живи по-привальному, дверь отворя.
Товарищ мужчина, а все же заманчива доля твоя:
Весь век ты в походе, и только одно отрывает от сна:
Чего ж мы уходим, когда над землею бушует весна?

Wybaczcie piechocie
Że tak nierozumna czasami bez tchu
My zawsze w pochodzie
Gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu

Jak długo tak można?
Bezdroża, mokradła i błoto i piach
I wierzba przydrożna
Jak siostra pobladła zostaje we łzach

Nie wierzcie pogodzie,
gdy deszcze trzydniowe zaciągnie wśród drzew,
Nie wierzcie piechocie,
gdy w pieśni bojowej odwaga i gniew.

Nie wierzcie, nie wierzcie,
gdy w sadach słowiki zakrzyczą co sił –
wy jeszcze nie wiecie,
co komu pisane i kto będzie żył.

Uczyłaś ojczyzno,
że żyć trzeba umieć słyszeć twój gos…
Kolego mężczyzno,
a jednak niezgorszy przypada ci los.

My zawsze w pochodzie
i tylko to jedno nie zrywa ze snu;
dlaczego w pochodzie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?
Dlaczego w odwrocie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?…

Wykłady Profesora Dąbrowskiego. V. Tatarzy w Polsce

Nie moi drodzy, wciąż nie mamy jeszcze informacji o babci szamance, ale

Ryszard Dąbrowski
pisze o tym, jak i kiedy przybywali Tatarzy do Polski, a ja
Ewa Maria Slaska
poszukuję informacji o tym, do której z owych fal emigracji należała moja rodzina.

koldunytatarskieJedna z ludowych potraw Tatarów polskich czyli kołduny! Podobno je się je zupełnie inaczej niż zwykłe kołduny. Trzeba nadgryźć jeden rożek kołduna, wylać ze środka sos na łyżkę i zjeść farsz, popijając płynem z łyżki. Szczerze powiem – nie bardzo rozumiem. Trzeba będzie ugotować kołduny i sprawdzić.

Ryszard Dąbrowski

Pierwszymi Tatarami na ziemiach litewsko-polskich byli niewolnicy wzięci w czasie walk Litwinów ze Złotą Ordą w latach 1238-1315.
Kolejni osiedleńcy byli uciekinierami religijnymi przed islamem szerzonym na siłę przez emirów. Uciekinierzy, którzy chcieli pozostać przy szamańskiej religii, przybywali na ziemie polskie po 1312 roku.
Po 1318 roku, kiedy to zawarty został pokój z Tatarami, niektóre ich oddziały wspierały Litwinów w walkach z Krzyżakami i osiedlały się na Litwie.
Kolejne fale osiedleńców to niedobitki kilkudziesięciotysięcznej armii emira Mamaja po przegraniu bitwy o Moskwę z Dymitriem, carem Księstwa Moskiewskiego w 1330 roku, oraz po porażce armii chana Białej Ordy Tochtamysza po przegranej w 1375 wojnie z Księstwem Moskiewskim.
Największy przypływ Tatarów na ziemie Korony Litwy i Polski miał miejsce podczas panowania na Litwie księcia Witolda (1401-1430) kiedy to w wyniku walk bratobójczych o przywództwo Wielkiej Ordy miał miejsce exodus polityczny.
W XVI w. podczas licznych wojen z Ordą Krymską brano zawsze jeńców wojennych, przybyła też na tereny Litwy i Polski fala uchodźców tatarskich podczas wojny Rosji z chanatami Kazańskim i Astrachańskim.
W drugiej połowie XVII w. ustał masowy ruch migracyjny Tatarów. Teraz najczęściej na Litwę przybywali przedstawiciele możnych rodów z Chanatu Krymskiego wraz ze swymi poddanymi i niewolnikami.
Jedna z ostatnich fal emigracji tatarskiej miała miejsce podczas wojny Polski ze Szwecją (1655-1660) kiedy to do armii polskiej zaciągali się Tatarzy krymscy.

Odejście od islamu i przejście na katolicyzm lub prawosławie ułatwiało Tatarom awans społeczny i przyspieszało proces asymilacyjny. Często przesiedlano Tatarów z Litwy do Polski centralnej, nadając bardziej zasłużonym ziemię i szlachectwo.

tatarzy

Gdyby się nam rodziny nie spolonizowały, to i Ryszard, i ja bylibyśmy może nadal takimi pięknymi tatarskimi tancerzami (zespół Buńczuk, Podlasie)

Ewa Maria Slaska

Każdy z nas, potomków Tatarów, zadaje sobie z reguły pytanie – kiedy? Kiedy nasi przodkowie przybyli na ziemie polskie? Legenda przekazywana w mojej rodzinie, czyli rodzinie Krynickich (tak była z domu Mama mojego ojca), głosi, że nastąpiło to podczas wojen szwedzkich. Ale może wcale nie, może nasi pradziadowie należeli do tej fali zamożnych Tatarów, przybywających do Polski z majątkiem, służbą i niewolnikami. Mógłby na to wskazywać fakt, że (podobno) założyli oni miejscowość Krynica (Górska), nadając jej nazwę. To oczywiście legendarne domysły i mogło być odwrotnie, ale całkiem nielegendarnie wiadomo, że rodzina pod koniec XIX wieku posiadała w tejże Krynicy dwa pensjonaty, które gdzieś przepadły (jak wszystko zresztą). W historii miasta  nie ma ani słowa o żadnych Krynickich ani o Tatarach. Tym niemniej Tadeusz Mikołaj Trajdos w artykule KRYNICCY W ŚWIETLE HERBARZY pisze, że:
Z tym rodem styka się każdy badacz zachodniej Łemkowszczyzny, a szczególnie wiosek „biskupiego dominium”, czyli „kresu muszyńskiego”. Nazwisko ma charakterystyczną formę toponimiczną i pochodzi od nazwy wsi Krynica. Nazwiska takie w środowisku chłopskim powstawały w dwojaki sposób. Przybierali je albo sołtysi-zasadźcy nowej wsi albo przybysze migrujący ze swej rodzinnej wioski i trwale osiedlający się w nowej miejscowości. Nadawano im wtedy najczęściej nazwisko rodowe urobione od nazwy ich dawnej wsi. Nazwisko jest w okolicy rozpowszechnione, ale nie wiadomo, czy poszczególnych krynickich łączyło pokrewieństwo, czy też po prostu osoby zakładające nowe wsie w okolicy Krynicy przyjmowały przydomek „Krynicki”.
W środowisku łemkowskim „kresu muszyńskiego” Kryniccy jawią się więc od początku jako gromada rodzin (najpewniej o wspólnym rodowym korzeniu) majętna, elitarna, korzystająca z przywilejów sołtysich i autorytetu tego urzędu.
Byliby to zatem chłopi, zamożni, sołtysi…

No ale my wiemy rodzinnie, że byli Tatarzy i były te pensjonaty w Krynicy, no było i szlachectwo herbu Korab.
Trajdos pisze jednak dalej: W roku 1613 w Warszawie Sejm aprobował dokonaną przez króla Zygmunta III nobilitację Jana Krynickiego. Konstytucja sejmowa w tej sprawie była bardzo lakonicznie sformułowana, bez wyjaśnień – kogo bliżej dotyczy, w jakich okolicznościach i z jakich powodów została podjęta. Trajdos też podaje, że ów Krynicki otrzymał herb Korab i cytuje nawet wiersz Wacława Potockiego „Na herb pp. Krynickich”:

„Nawa z Gryfem w Czerwonym polu wraz złożona
Leniją jednak środkiem samym przegrodzona,
Pod Koroną na Hełmie przyłbica otwarta
W Koronie zaś pul Gryfa z Mieczem, świadkiem Karta.
Ten herb Zygmunt Trzeci Król Polski konferował,
IANOWI KRYNICKIEMU, że mężnie woiował.
W Inflantach, w Moskwie, gdzie on wielkiey nabył sławy,
Mile znosząc woyskowe niewczasy, kurzawy,
Smolińsk, Połuck, Wielkoluk, fortyce niedbyte,
Wziął, przez nieprzyiacielskie zaś woyska okryte.
Przebijaiąc się, Żołnierz krwawe poniósł rany.
Za te tedy Cnoty Herb dwoisty mu dany
Korabl Matki Szlachcianki, w Herbie się mu został
Gryfa zaś za konsensem Dobkow z Herbu dostał.
Te są wielkiey odwagi, pracy iego znaki,
Które skazują, że był Mąż nie ladaiaki.”

Okazuje się, że wiersz ów więcej zamieszania wnosi niż wyjaśnia. I to podwójnie. Trajdos szuka w nim potwierdzenia, że łemkowski, sołtysi syn z Krynicy za zgodą swojego biskupa zaciągnął się do litewskich wojsk Chodkiewicza. Ja węszę, gdzie Tatarzy. No ale dla Trajdosa Kryniccy to spolonizowany a w XVII wieku uszlachcony ród łemkowski, dla mnie – Tatarzy. No i proszę. Trajdos pisze. „Warto zauważyć, że w wojsku Chodkiewicza (jeszcze wtedy regimentarza i starosty żmudzkiego) pod Kirchholmem w roku 1605 walczyło 8 chorągwi „wolentariuszy” w sile 860 koni. Trzy były tatarskie, trzy niemieckiego autoramentu, jedna rajtarów kurlandzkich, ale jedna polska Sakina (w sto koni). (…) Potocki pisze o udziale Kryniciego w oblężeniu Smoleńska. Koronne wojska hetmana Stanisława Żółkiewskiego ruszyły na Smoleńsk w 1609 roku. Dnia 4 lipca 1610 roku Polacy rozbili Rosjan w bitwie pod Kłuszynem. Po tym zwycięstwie Moskwa poddała się wojskom polskim. W roku 1611 zdobyto wreszcie Smoleńsk. Krynicki prawdopodobnie uczestniczył w tych wypadkach aż do końca wojny i należał do polskiej załogi na Kremlu, bo Potocki uwypukla jego obecność w Moskwie.”
Heraldyk ubolewa, że nie wiadomo, w jakiej chorągwi służył, a ja podpowiadam, no w tatarskiej, tatarskiej… Oboje nas niepokoi fakt, że nasz Krynicki miał mieć mamę szlachciankę z rodu Korabitów, która mu ów herb przekazała, czy też go do swego herbu adoptowała. No bogdajby, może Tata przystojny był i się panna zakochała? Choć to zapewnie nie, bo kto się w owych czasach, oprócz bohaterów powieści, tych tam Wołodyjowskich i Kmiciców, z miłości żenił?
Kolejnym powodem niepokoju, ale tu już tylko mojego, jest ów Gryf od Dobków w lewym polu tarczy. My tam żadnego Gryfa nie mamy. Korab to korab. Późniejsze herbarze, jak Niesiecki, też wiedzą o Krynickich tylko tyle, co z wiersza Potockiego i z ustaw sejmowych.

Tymczasem w Krynicy spolonizowany łemkowski ród Krynickich pełnił do XIX wieku funkcje… parochów czyli popów unickich.

To jednak musi być jakaś zupełnie inna historia.

No ale te dwa pensjonaty?

Mgły i smutek

Nie muszę ich szukać, same przychodzą, wychodzą z lasów i ogrodów, opuszczają łąki i rozlewiska. Nagle są. Poetki. Piastunki wrażliwości. Strażniczki smutku. Przewodniczki wspomnień. Myślisz, że wszystko wiesz, że znasz je i że nie możesz istnieć bez ich wierszy, ale że niczym cię nie zaskoczą.  Aż nagle…

Bogumiła Różewicz

WICHROWE WZGÓRZA

Wichrowe wzgórza
Tajemniczy ogród
Pełne zarośli
Kosz malin na trawie
Lot ptaka w przestworzach
Księżyc przebrany za rogalik
Ranna kukułka
Plamiąca ziemię
Szklana pułapka
Głowa owinięta kolczastym
Drutem
Maszyna która przeszkadza w myśleniu

Lipiec 2011

BÓL

Dusza błądzi po ulicach
Szuka talerza zupy
Kawałka chleba
Litość ukryła się w kącie
Stoję na rozdrożu
Może ktoś poda pomocną dłoń
Serce zamyka ciemne strony
I prosi o miłość
To wszystko boli
A ja krzyczę
Nikt nie słucha

Październik 2011

KOŁOWROTEK ŻYCIA

Wrzeciono przędzie na kołowrotku życia
Koń galopuje przez ruchome wydmy
Wodospad rozbija się o skałę
Chiński mur dzieli świat na pół
Ścieżka po której idę
Ciągnie się w nieskończoność

Październik 2011

DRZEWA

Drzewa uginają się
Jak ludzkie plecy
Pod ciężarem nienawiści
Która jak wulkan wybucha
Gorącą lawą
Spala ziemię
Pozostaje tylko popiół

Październik 2011

***
Oczywiście, w jej tomiku Welon na fali jest wiele innych wierszy, wrażliwych wierszy o mgle i smutku, wybrałam te, bo każdy z nich mnie czymś poruszył…

Zielonogórski kwartalnik kulturalny ProLibris pisze o Różewicz:

Ur. w 1961 r. w Zielonej Górze. Miłośniczka poezji, członkini Stowarzyszenia Jeszcze Żywych Poetów. Debiutowała książką poetycką Welon na fali w 2011 r (wyd. “Organon”, seria Poddasze poetów).

Go down, Moses…

barbe1
Moses – Ein Experiment
von
Barbe Maria Linke

Was für ein Roman! Man mag es nicht glauben, dass die in Berlin lebende Autorin Barbe Maria Linke – 1944 in Köslin/Pommern geboren, in der DDR aufgewachsen, Theologiestudium an der Humboldt-Universität Berlin, oppositionelle Arbeit in der DDR, Mitbegründerin der Gruppe ‚Frauen für Frieden‘, 1983 Ausreise nach Westberlin, Arbeit in der Klinikseelsorge und in der politischen Bildung, seit 1993 freiberuflich arbeitend, Gedichte, Essays, Erzählungen verfasst, mit Moses ihren Debütroman vorlegt. Ein Roman, der sprachlich und gestalterisch die Grenzen des literarisch Alltäglichen sprengt, inhaltlich eine hochintellektuelle und doch für jeden Leser nachvollziehbare Auseinandersetzung um die „Frage von Zuneigung und Wahrhaftigkeit, von der Erfahrung menschlicher Grenzen und von der Umkehrung des Gesetzes in Liebe“, wie die Autorin es selbstformuliert.
Zentraler Protagonist des Romans ist zum einen Moses, der aus seiner dreieinhalbtausend Jahre alten Geschichte, die im Roman in Episoden immer wieder eingewoben ist, hinauskatapultiert wird und sich plötzlich in einem Flugzeug Richtung Schweiz wiederfindet.
„Ein Traum im Traum, gibt es das?“ Er drückt den Kopf an die Lehne, grinst seine Nachbarin an. „Sie sind ja ein Poet“, sagt sie und lächelt. „Wer soll ich sein?“ Genau das weiß er nicht mehr. Das ist ja das Erregende an diesem Experiment. Das also die Ausgangssituation. Ein Experiment, bei dem der Betroffene nicht weiß, was die Absicht des Experiments ist, warum Jahwe ihn von seiner Aufgabe der Herausführung seines Volkes aus Ägypten plötzlich in eine andere Zeit hineinversetzt.
Moses trifft im Flugzeug bereits auf die zweite Protagonistin des Romans, Kati, Theologiestudentin und Redakteurin aus Bern, die ihn zu sich nach Hause einlädt. Beide entdecken ihre Zuneigung füreinander. Moses unterliegt rasch der Versuchung, die neue Lebenssituation für das gelobte Land zu halten. Er reißt die Arme hoch, was für ein Leben! Tag für Tag musste ich für andere da sein. Was sag ich? Jahr für Jahr. Unzählbare Jahre. Jahrzehnte, in denen er unterwegs war, ohne das Ziel zu erreichen. Nicht weniger Kati, die sich fasziniert zeigt von der gelebten Moses-Gestalt. Wozu habe ich Theologie studiert? War es Neugier, Wissbegier? Im Grunde hoffte ich, hinter die Buchstaben vorzudringen. Es ist mir nicht geglückt. Nichts habe ich von dem Mythos begriffen, den der ausstrahlt, der in weißem Hemd und dunklen Jeans vor mir steht.
Doch Moses täuscht sich, als ihn seine Zuneigung zu Kati und seiner neuen Lebenssituation zu der Aussage treiben lässt: Es gibt kein Davor, kein Danach, weiß er, als wäre eine Tür aufgesprungen. Es gibt nur diesen Augenblick. Nur er ist wirklich.
Doch ihrer beider Geschichte und Realität ermöglicht vorerst keine tiefe Lebensgemeinschaft. Sie gehen auf Distanz zueinander, erfahren Geschichte und Realität auf neue Art und Weise. Moses erfährt über Simon, den Schmied, über die unfassbaren Verbrechen im Holocaust. Kati gerät über die Aufarbeitung der Stasi-Vergangenheit ihres Vaters sogar in eine Identitätskrise.
In einem Gespräch schlussfolgert Moses: „Das Böse besitzt Macht über uns, und gleichzeitig ist es ein Teil von uns. Es geht darum, das zu erkennen.“ Moses weiß, wovon er redet, ist er doch in seiner eigenen Vergangenheit zum Mörder geworden.
Im Roman spitzt sich das Geschehen dramatisierend zu. Kati stürzt während einer Feier in Berlin, wohin sie mittlerweile gegangen ist, von einem Balkon, wird aufgrund ihrer psychischen Verfassung in eine psychiatrische Klinik eingeliefert. Moses findet sie nach einer verzweifelten Suche schließlich in einer Reha-Klinik. Gemeinsam kehren sie in die Schweiz zurück. Kati befreit sich von ihrer Identitätskrise durch einen Brief an den Vater. Erst danach steht der Verbindung der beiden nichts mehr im Weg.
„Dann feiern wir ein Fest, wie du es dir wünschst. Wichtig sind nicht der Ort, nicht das Land in dem wir leben werden. Wichtig ist, dass du geborgen und ohne Angst bist.“
Ein Roman, dessen komplexe, mehrschichtige Handlung und bis ins letzte sprachliche Detail durchkomponierte Gestaltung faszinieren – selbst Randfiguren sind feinfühlig und empfindsam dargestellt – führt jeden Leser an die Fragen eigener Verantwortung gegenüber sich, gegenüber dem Partner/der Partnerin, gegenüber der Gesellschaft, dem historischen und aktuellen Geschehen, ohne dabei das faszinierende Handlungsgeschehen des Romans aus den Augen zu verlieren.
Bleibt die abschließende Frage: Was ist es nun für ein Experiment, das uns gezeigt wird? Vielleicht ein theologisch-philosophisches Experiment zur Bewusstwerdung von wirklicher Humanität – der eines Moses, de reiner Kati und der von uns Lesern?
Ein Roman, der sicherlich viele Diskussionen und Gespräche anregen wird.

Alfred Büngen
Leiter des Geest-Verlags

***

Ein Textfragment:

„Wenn alles ein Traum war bislang, was ist jetzt?” „Realität“, antwortet die Junge Frau.

Wenn sein Körper auch derselbe geblieben ist, so scheint sich der Geist verjüngt zu haben.

Das Leben ist ein Spiel! Wie oft hat Ramses diesen Satz gerufen, dazu in die Hände geklatscht, als wollte er seine Lebensart auf Moses übertragen.

Ich saß auf einem Stein und wartete auf Naba… Irritiert schaut Moses hoch. Wieso möchte ich der Unbekannten von mir erzählen? Dann sagt er doch: „Ein Adler kreiste und kreiste, bis er im Dunst verschwand. Dann, wie aus dem Nichts, war er wieder da, glitt dahin, ohne mit den Flügeln zu schlagen. Es könnte aber auch sein, dass mir das gleißende Licht den Adler nur vorgegaukelt hat. Woran ich mich jedoch genau erinnern kann, war etwas Leuchtendes am Horizont, das sich auf mich zubewegte.”

Mehr

***

Go down, Moses, way down in Egypt land
Tell old Pharaoh
To let my people go.

Now when Israel was in Egypt land
(Let my people go)
Oppressed so hard they could not stand
(Let my people go)

So the Lord said:
Go down, Moses
way down in Egypt land
Tell old Pharaoh
To let my people go.

So Moses went to Egypt land
(Let my people go)
He made old Pharaoh understand
(Let my people go)

Yes the Lord said:
Go down, Moses
way down in Egypt land
Tell old Pharaoh
To let my people go.

Thus spoke the Lord, bold Moses said,
(Let my people go)
If not I’ll smite your firstborn dead
(Let my people go)

‘Cause the Lord said:
Go down Moses
Way down in Egypt land
Tell old Pharaoh
To let my people go

Tell old Pharaoh
To let my people go

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 8

I ostatni poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (7)8.

Ezequiel, brat Snu

W głębi korytarza nareszcie po dniach
cierpienia zapadła cisza – to nasz brat
odszedł tej nocy do Pana. Requiescat in pace.

Przyczyna zgonu: serce. Nie pękło
z porywu żalu czy rozpaczy – zgasło
od podmuchu wieczornego wiatru.
Ramus Interventricularis Paraconalis
odmówił dalszej służby. R.I.P. Właściwości
izometryczne życia i snu wiecznego
ograniczyły pierwsze, by drugie
stało się faktem dokonanym, Amen.

Łagodny uśmiech na twarzy Ezequiela
wyraża zrozumienie: tak, czekał na
życie po życiu, każdy z nas czeka,
nawet jeśli o tym nie pamięta. Słyszał też,
że łąki w raju nie są tak kolorowe
jak te nasze w Alentejo. Nie szkodzi,
on przyjmuje to z pokorą i wybacza.
Raj nie musi być piękny, żeby być rajem.

Szelest płótna zgniata ciszę jak papier i
zapach lizolu dociera aż tutaj z końca
korytarza, gdzie przez pół wieku mieszkał
nasz brat. Opuszczoną celę trzeba będzie
wywietrzyć i pobielić. W sieni czeka już
młody nowicjusz, Dómine, exáudi
oratiónem meam. Mimo wszystko śmierć
ma swoje dobre strony: wyzwala od bólu,

który każe krzyczeć długo i przeciągle.
Clamor meus ad te véniat, Dómine.

Porto / Girona, 12 czerwca 2010

Nikko. Nemuri neko

Powsinoga i koty

Powsinoga przygotowała tu już kiedyś wpis-pies-napis, dziś jej wpis o kotach.

Obejrzałam zdjęcia z Nikko, zanurzyłam się w tamtej atmosferze i usiadłam do napisania “paru słów” o  Nemuri neko.

Problem w tym, że jak sobie przejrzałam wszystkie materiały na temat śpiącego kota i jego twórcy, to najtrudniejszą rzeczą stało się ograniczenie pisania do kilku słów.

Chce się gadać o samym Nikko, i o kompleksie świątyń z mauzoleami szogunów rodu Tokugawa, i o bardzo prostym, sympatycznym kocie, dziwnym na tle szaleńczo stylizowanej – z wpływami chińskimi – sztuki tamtego okresu, i o niezwykłym artyście Hidari Jingoro, miłośniku kotów, który postanowił rzeźbić je “jak żywe”, czym zmienił w Japonii stylistykę portretowania zwierząt…

***

Wśród kotów w sztuce jest jeden, z którym spotkałam się oko w oko, tyle tylko, że on miał oczy zamknięte. Bo to jest „śpiący kot”, czyli „Nemuri neko”.

Spotkanie miało miejsce w ogromnym zespole świątyń i mauzoleów szogunów rodu Tokugawa w Nikko – pięknym, starym, pełnym zabytków japońskim mieście, do którego trafiłam bardzo prozaicznie – z wycieczką.

Mauzolea szogunów, razem z całym kompleksem powstałych wokół nich sakralnych budynków, mają wyjątkowo bogaty wystrój – były przecież finansowane przez kolejnych szogunów, praktycznie rządzących Japonią w okresie Edo. Ornamentyka wykazująca silne wpływy chińskie, kapiąca od złoceń, jest pełna postaci zwierząt tak mocno stylizowanych, że czasem trudnych do rozpoznania. Chłonęłam tę masę wrażeń, ale czułam się już nieco zmęczona obcą sobie stylistyką tego miejsca. W pewnym momencie zobaczyłam grupę turystów wpatrzonych w małą, dość niepozorną rzeźbę na bramie prowadzącej do kolejnej świątyni. Tam, otoczony kwiatami – złoconymi, jak wszystko dookoła – spał zwinięty w kłębek łaciaty, czarno-biały, zwyczajny kot. Miło zaskoczona jego prostotą, przyjrzałam mu się z wielką sympatią, zrobiłam mu kilka zdjęć i ruszyłam dalej.

Dopiero po powrocie z wycieczki, porządkując wrażenia, fotografie, pamiątki i broszury informacyjne, zaczęłam dowiadywać się więcej na temat kota, który potrafi tak spokojnie i ufnie spać od stuleci w otaczającym go artystycznym zgiełku. Jest to słynny, wręcz legendarny Nemuri neko, co znaczy dosłownie „śpiący kot”. Jego autorem jest enigmatyczny rzeźbiarz, malarz i architekt Hidari Jingoro, w którego rzeczywistą tożsamość niektórzy historycy powątpiewają.

Według Wikipedii – Jingoro działał we wczesnym Edo (około 1596-1644), kochał koty i bardzo chciał je rzeźbić „jak żywe”, bez stylizacji. Poświęcił wiele miesięcy na naukę rzeźbienia w drewnie, jako modele wybierając koty – różnych kształtów, w różnych pozach, ale zawsze jak najbardziej zbliżone do rzeczywistego wyglądu. Twórczość Jingoro wpłynęła na powstanie nowego, zbliżonego do realizmu, stylu portretowania zwierząt w japońskiej sztuce, a Nemuri neko jest uznany za japoński skarb narodowy.


ToshoguTempel Nikko Nemuri neko nad brama

Wejście do świątyni Toshogu w Nikko. Nemuri neko nad bramą. Rzeźba kota to “jeden z największych skarbów Japonii”.

Nikko.Nemuri nekoZbliżenie, a poniżej trzy małpki, w tej samej, powściągliwej stylistyce co nemuri neko – nic dziwnego, bo i je wykonał Hidari Jingoro.

Nikko-monkeysthreeKoty na wystawach sklepowych. Jest ich w Nikko bardzo dużo. Na samym dole żywy kot, jedyny, który nie spał.

Nikko koty w sklepie5862.Nikko kot
Nikko kot zywyA ja dodam jeszcze, że żywy kot stąpa po złotych liściach miłorzębu japońskiego.

Na zakończenie zdjęcie, które znalazłam na Facebooku – nie ma na nim kotów, ale jest Japonia – Kitakyūshū – i kwitnące krzaki wisterii. Była tam też informacja, że zdjęcie to dostało 43.834 lajków (dane z piątku, 2 maja, o 4.11 rano)! Czujecie powiew grozy? Bo ja tak.

wisteriahttps://www.facebook.com/greenrenaissance

Co jest czym czego?

Tydzień temu był to wpis jednodniowy w rubryce Heute / Dziś / Today. Okazało się jednak, że komentarze przeniosły ten wpis z kategorii zagadka i ciekawostka, do kategorii nasz współczesny świat i jego kondycja. Dlatego przenoszę go tu jako wpis stały i trwały, a przy okazji zapraszam. Przysyłajcie swoje obserwacje i przemyślenia, będę je tu dopisywać.

Ewa Maria Slaska

Zadam Wam zagadkę. Oto maleńki fragment wywiadu, jaki Agnieszka Jucewicz przeprowadziła z Danielem Jonesem, który od 10 lat w New York Times redaguje rubrykę “Modern Love”. Publikuje w niej eseje różnych ludzi o miłości. Wywiad ukazał się w ostatnim numerze Wysokich obcasów z 19 kwietnia 2014. Na trzeciej stronie wywiadu, na samym dole trzeciej szpalty znalazły się takie oto zdania:

Takie opowiadanie dostałem kilka lat temu z okazji Dnia Matki. Napisała go kobieta, która…

Co w tych dwóch zdaniach jest błędne? Czy wiecie, że ten błąd jest symptomem dziejącej się na naszych oczach zmiany językowej? Jakiej?

Osobie, która odpowie – obiecałam nagrodę!

Katarzyna Krenz

Kto kogo napisał? Kobieta napisała opowiadanie – napisała je, a nie go. Bo to biernik: kogo obdarzyła? co napisała? Szyk pierwszego zdania też, powiedzmy, taki sobie. Ale kto go tam wie! Jeśli GW ma takich tłumaczy, to może nie warto (jej) kupować….

Ewa Maria Slaska

O tak! Dziękuję mojej siostrze! Dostanie ogórki małosolne domowej roboty (mojej) oraz sałatkę ziemniaczaną! To biernik liczby pojedynczej rodzaju nijakiego. Cały polski świat przestał już – poza mianownikiem – odróżniać rodzaj nijaki od męskiego. Zrobiłam zdjęcie, przyślę ci go. To teraz już powszechna składnia potoczna, ale żeby GW!

Tomasz Fetzki

Myślę, iż nie zawiodłem oczekiwań – na zagadkę z blogu znałem odpowiedź, zły zaimek zidentyfikowałem (choć wiązałem go raczej z rzeczownikami osobowymi – bezosobowymi, niż z rodzajem nijakim), tyle, że gdy dotarłem do maila, było już dawno po konkursie i ogórki przepadły. Na marginesie: podejrzewając w pytaniu konkursowym podstęp, “wyczaiłem”, iż forma “z okazji Dnia Matki” zastosowana wobec mężczyzny jest nieco komiczna. Może zręczniej byłoby “przy okazji”? Ale to pewnie jedynie przeczulenie.

Ewa Maria Slaska

No tak, pierwsze zdanie też lekko pokraczne, zgadzam się z przedmówcami.

Dorota Cygan

Mhm, pamiętam, że kiedyś polski był ważnym przedmiotem na maturze. I znam jednego bardzo zdolnego elektronika, który przez ten fakt poszedł na studia rok później. Nie było “zmiłuj się”. Teraz jednak jest tak, jak w Niemczech, gdzie niemiecki to jeden z mniej ważnych przedmiotów. Kiedy mnie uczniowie pytają, czemu Niemcy robią błędy, odpowiadam im, że ich kompetencje językowe to już nie zasługa szkoły, tylko środowiska, w którym pracują, czyli mówią żargonem firmowym lub socjolektem, o ile nie wychodzą poza jedno wąskie środowisko. Myślę, że niedługo przestanie to być wstydliwe, z nieumiejętności zrobi się cnotę – i będzie chodzić tylko o tyle procent przekazu, ile jest potrzebne do zrozumienia komunikatu. Zadecydują o tym same elity, bo będą musiały usankcjonować własne nieuctwo. Nie mamy szansy, koleżanki, purystom językowym przypnie się łatkę niemodnych nudziarzy.
A tak dla rozweselenia mam jeden świeży przykład: ktoś całkiem niedawno powiedział, że poprawna jest forma “Kremel”, bo się mówi “Kremla”, i że to “e” zgodnie z normą języka polskiego po prostu wypada. Wypada, wypada … widocznie już takie rzeczy mówić, zgodnie z normą języka polskiego, po prostu wypada.

Ewa Maria Slaska

Pamiętam, że redaktorka z wydawnictwa zażądała od mojej siostry, żeby odmieniała rosyjskie nazwiska w jakiś tak pokraczny sposób, że nawet nie umiem go sobie przypomnieć. W każdym razie zasugerowałam mojej zdesperowanej siostrze, żeby odpowiedziała jasno i klarownie: jeśli ukaże się wydanie Anny Kareniny z taką odmianą, to trudno, proszę bardzo, ale póki co, będziemy jednak odmieniać te nazwiska i nazwy tak jak nam to dyktuje intuicja językowa. Póki co, nam trzem, a i paru innym osobom też, intuicja wciąż jeszcze dyktuje prawidłowo.