Zamiast felietonu (3)

Zbigniew Milewicz

Święta, święta…

Głowa mnie już boli od świętowania tych okrągłych rocznic. 25- lecia pierwszych, częściowo wolnych wyborów w Polsce nie można było jednak uniknąć. Tylko na zdrowy rozum, jak może być coś częściowo wolne? Albo jesteś za kratkami, albo na wolności. Półdziewicą, czy trochę w ciąży nie można być, ale w kraju nad Wisłą wszystko jest możliwe.

Część mediów i polityków wolała powoływać się na 25 rocznicę odzyskania wolności, a przecież uczciwiej byłoby powiedzieć, że spod sowieckiego buta weszliśmy wprost pod amerykański. Pod sowieckim z rozmarzeniem śpiewaliśmy, choć pewnie nie wszyscy : ja drugoj takoj strany nie znaju, gdie tak wolno dyszy cziełowiek…Teraz gotowi jesteśmy dać się pokrajać za freedom, na Bliskim Wschodzie, czy w Afganistanie, w ramach polsko-amerykańskiego braterstwa broni. Powoływał się na nie prezydent Komorowski, witając Baracka Obamę na warszawskim Okęciu. Na tle reprezentacyjnej eskadry amerykańskich samolotów F- 16, stacjonujących w Polsce, na postrach Rosji, padło filozoficzne stwierdzenie, że „F“ można tłumaczyć, jak fighter, czyli wojownik, albo jako freedom, czyli wolność. Polski przekład jest ode mnie, bo na Okęciu wszyscy pewnie znali angielski, a tłumacze już na bank.

Na uroczystościach 25- lecia, oprócz prezydenta USA, na koszt polskich podatników
gościło 50 zagranicznych delegacji, w tym kilkunastu przywódców europejskich. Był m.in. świeżo wybrany ukraiński prezydent-elekt, król czekolady Petro Poroszenko, który w międzyczasie został oficjalnie mianowany prezydentem Ukrainy i z okazji kolejnej, światowej rocznicy, w Normandii, spotkal się przecież z Putinem i sobie przez 15 minut o czymś tam rozmawiali, a który przedtem jeszcze spotkał się z Barackiem Obamą, ale założę się, że choć też przez chwilę rozmawiali, nie rozmawiali o rzezi wołyńskiej sprzed ponad 70 lat. Byłoby to nie na temat i nietaktowne wobec polskich władz, którym głównie zależy na tym, żeby sąsiednia Ukraina stała się suwerennym krajem, mlekiem i miodem płynącym, oczywiście według europejsko-unijnych standardów. Tak bardzo zależy, że o tamtych tragicznych wydarzeniach z historii raczej nie mówi się na salonach. Przywódcy skrajnych ukraińskich nacjonalistów, Stepanowi Banderze, którego ludzie wymordowali w czasie II wojny co najmniej kilkadziesiąt tysięcy Polaków, przyświecał podobny cel, a wspierały go hitlerowskie Niemcy. Przed czterema laty ukraiński prezydent Wiktor Juszczenko nadał Banderze pośmiertnie tytuł Bohatera Ukrainy, gloryfikując jednocześnie zasługi jego zbrojnych ugrupowań OUN-UPA. Przywódca pierwszego Majdanu, Pomarańczowej Rewolucji, która zwyciężyła przy czynnym wsparciu ówczesnych polskich władz, z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim na czele, nie miał cienia wątpliwości, że to słuszna nominacja. Parlament Europejski ją skrytykował, ale przecież zaakceptował europejskie aspiracje Ukrainy. Do rehabilitacji Bandery negatywnie odniósł się wschód Ukrainy, jak i organizacje żydowskie na całym świecie; Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińska Powstańcza Armia miały na swoich rękach także krew tysięcy Żydów. Swój protest wyrazili wówczas również prezydent RP Lech Kaczyński oraz środowiska kresowe w Polsce. Krótko później doszło do tragedii smoleńskiej, więc temat Bandery przeniesiono do lamusa. Samostinnoj Ukrainie, o której tak marzył, polskie władze, niezależnie od politycznej orientacji, pozostają jednak wierne.

Dlaczego, czy to leży rzeczywiście w interesie polskiej racji stanu? To zależy pewnie od tego, co się przez nią rozumie. Aleksandra Kwaśniewskiego, z racji jego politycznego życiorysu, trudno byłoby posądzić o rusofobię, którą Kreml zarzuca polskim politykom. Dziś były prezydent jest prawą ręką ukraińskiego oligarchy; za radiem RMF 24 i amerykańskim portalem Buzzfeed podaję, że zasiada w radzie doradców ukraińskiego koncernu gazowego – razem z synem wiceprezydenta USA Joe Bidena. Ale skoro były kanclerz Niemiec, Gerhard Schröder od lat pobiera apanaże z rosyjskiego Gazpromu, to nie ma się czego wstydzić. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że gazowy oligarcha był ministrem w ekipie obalonego prezydenta Janukowycza. Jak sam twierdzi jednak, ani nie był, ani nie jest z Janukowyczem mocno związany. Natomiast Kwaśniewski – cytuję jego wypowiedź – działa w imię uniezależnienia Ukrainy od Rosji, a zatem Polska może temu tylko przyklasnąć. Exprezydent co prawda nie chce ujawnić, jak duże profity przynosi mu doradzanie Ukraińcowi, ale zapewnia, że pieniądze te trafiają na polskie konta, a podatki do polskiego fiskusa. Firmę kontroluje związany z Janukowyczem polityk Mykoła Złoczewski, który za jego rządów sprawował funkcję m.in. ministra energetyki, czyli koło się zamyka, witamy w Moskwie.

Kreml nie odda Ukrainy, jest zbyt mądrym, zbyt przebiegłym graczem i ma militarną przewagę w miejscu, o które toczy się gra. Obawiam się, że Polska może w niej tylko stracić. A propos, znacie ten dowcip? Rosjanie grają w szachy, Amerykanie w pokera, a Polacy w durnia. W sumie niewesoły, ale życiowy. Utkwił mi w pamięci fragment telewizyjnego reportażu z drugiego, kijowskiego Majdanu. Bojownik nacjonalistycznego, prawego sektora na pytanie reportera, o stosunek do Polaków, odpowiada mniej więcej tak: kiedyś bywało między nami różnie, były polskie pany, ale czasy się zmieniły i nie musicie się nas już bać. Na youtube obejrzałem jednak inny zgoła materiał na ten sam temat, gdzie padła beznamiętna, krótka wypowiedź: teraz są nam jako sojusznicy potrzebni, wieszać będziemy później.

W prawym sektorze pamięta się o Akcji Wisła, wymierzonej przeciw OUN i UPA, przeprowadzonej po zakończeniu II wojny światowej przez polskie, komunistyczne władze. W jej wyniku zlikwidowane zostały zbrojne struktury, a tysiące zarówno ukraińskich, jak i ukraińsko-polskich rodzin z południowo-wschodniej Polski przesiedlonych zostało w inne regiony kraju, głównie na tzw. Ziemie Odzyskane. Mam nadzieję, że ten czarny scenariusz się nie spełni. W przeciwnym razie trzeba zakasać rękawy i już teraz brać za budowę ogromnej, pancernej szyby na granicę z Ukrainą. Na wzór tej, która chroniła Baracka Obamę na Placu Zamkowym, kiedy mówił, jak to smakuje mu polska kiełbasa i pierogi w Święto Konstytucji w jego rodzinnym Chicago. Polska nigdy nie będzie już samotna – przekonywał płomiennie z mównicy i zgromadzeni bili mu gromkie brawa. Ale wiz do USA nie przeklaskali, dalej są potrzebne. Tacy z nas sojusznicy, tylko do wyjmowania cudzych kasztanów z ognia jesteśmy dobrzy.

O wyjeździe na Mazury, poecie, pisarzu, malarzach, księdzu i pogromie, a także o pielgrzymce do Santiago de Compostela

zeszytymojeEwa Maria Slaska

Dwa dni temu wyjechałam z Berlina na kilka tygodni. Wrócę 25 czerwca. Na ten czas przygotowałam kilkanaście wpisów-pewniaków. Są poniedziałkowe wiersze Kasi Krenz o Starym Poecie, są w środy teksty Doroty Cygan o życiu, co pewien czas pojawią się wiersze i/lub grafiki Kasi Kulikowskiej, jest felieton Zbyszka i wreszcie długo wyczekiwane opowiadanie Joasi. Na wtorki przyobiecał się Tomasz Fetzki z tekstami o Kresach Zachodnich. Ale zostaje kilka wolnych dni. Mamy zamiar, moja towarzyszka podróży, Edda Elsa i ja, wypełnić te dni zapiskami, zdjęciami, filmami z naszych przedsięwzięć mazurskich. Zasadniczo będziemy poszukiwać na Mazurach śladów Ernsta Wiecherta i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, ale już wiemy, że chcemy zrobić i zobaczyć trochę więcej, trochę inaczej, trochę gdzie indziej.  Mamy oczywiście w planie odwiedziny w Sowirogu i Praniu, ale na pewno wybierzemy się też na Wielki Błękit – polsko-litewski plener malarski w Jędrychowie, na pewno odwiedzimy Gałkowo, koło Rucianego-Nidy, gdzie znajduje się dwór hrabiny von Dönhoff. Pojedziemy do Warszawy na spotkanie Kirą Gałczyńską…

zeszytbabciZ przerażeniem i niechęcią, ale i poczuciem, że nie da się inaczej, myślę o tym, że zamierzamy odwiedzić Jedwabne. Postanowiłam tak w kwietniu, podczas spotkania Drugiego Pokolenia w Śródborowie. Organizatorki przygotowały dla nas rozmowę z księdzem Wojciechem Lemańskim. Ksiądz Wojciech opowiadał o tym, dlaczego jeździ do Treblinki i dlaczego do Jedwabnego, nie opowiadał natomiast ani o tym, dlaczego arcybiskup Hoser go nie lubi, ani dlaczego wyrzucono go z parafii. Jednakże odpowiadał na nasze pytania, a te siłą rzeczy dotyczyły tego problemu. Ksiądz Lemański ujął nas wszystkich spokojem. Odpowiadał na pytania rzeczowo, bez emocji, bez nienawiści czy poczucia krzywdy, ale w głębokim poczuciu, że jeśli chce się żyć i pełnić posługę kapłańską w zgodzie z sumieniem, nie można inaczej. Jaki piękny był to język, jakie było w nim poszanowanie ludzkiego życia i ludzkiej śmierci.

Mamy więc intensywne plany.

zeszytmamyNa wszelki wypadek jednak, gdyby się okazało, że nie zdążyłyśmy przygotować aktualnego wpisu, postanowiłam zostawić w sieci zabezpieczenie w postaci przygotowanych wpisów “na zaś”. Długo zastanawiałam się nad tym, co mam przygotować. I w końcu postanowiłam sięgnąć po prostu do moich starych zeszytów. Są one pełne zapisków, niekiedy konsekwentnych, niekiedy chaotycznych i sama już nie pamiętam, co i kiedy w nich zapisywałam. Zeszyty, jak zawsze, okazały się skarbem i skarbcem. Nie wszystkie są zresztą moje. Jest na przykład zeszyt mojej Mamy ze szkicami z Libanu. Są notatki mojej Babki o mnie, ale i chyba w ogóle o naszym życiu w Gdańsku, gdy byłam bardzo mała. Na pierwszej stronie Babcia zanotowała, wyrazy, jakie mówiłam i zapisała, że miałam wtedy 2 lata i 3 miesiące. Cecez – przecież, bonzaj – zawiąż, gadio – radio, i Hewa Bucka. To ja, Ewa Bogucka.

Znalazłam też swój zeszyt do polskiego sprzed 50 lat. Lekcja 1 z dnia 2 września 64. Dzień moich urodzin, ale to chyba nie miało znaczenia. Temat: Jakie jest znaczenie języka w życiu człowieka jako jednostki, w życiu społeczeństwa i narodu.

Byłam w drugiej klasie liceum, temat wypracowania musiała nam podyktować nasza polonistka, moja ukochana nauczycielka, Halina Mierzwińska. Była w Gdańsku słynną osobą, słynną z niekonwencjonalnych zachowań. Gdy nas uczyła, była niezamężna (nie była starą panną, o nie!, składając podanie o przyjęcie jej do DKF w klubie Żak, napisała w uzasadnieniu, że prosi o przyjęcie, bo jest… rozwódką!) i żyła w związku partnerskim z niejakim Kasprem. Poznaliśmy go kiedyś, gdy Mierzwa zaprosiła nas do siebie do domu. Niech Was, proszę, nie myli pozornie obelżywe przezwisko, jakie jej nadaliśmy. Nie było obelżywe, po prostu z jej nazwiska można było zrobić tylko taką ksywkę, nie było na to żadnej rady.

Mierzwińska umarła jesienią 2014 roku. Wspominają ją jako wspaniałą polonistkę profesor Ewa Nawrocka i Włodzimierz Machnikowski.

zeszytszkolnyMyślę, że do tego zeszytu jeszcze wrócę. Niemal nie zmieniłam poglądów. Jest wiele czynników łączących naród, ale prawie wszystkie można zniszczyć. Najtrudniej jest zniszczyć język, zapisałam w wypracowaniu. Libelt pisze, że “naród żyje dopóki język jego żyje, bez języka narodowego nie ma narodu.”

Na początek jednak postanowiłam, że spiszę wreszcie porządnie zapiski z drogi do Santiago de Compostela. Byłam tam po raz pierwszy jesienią 2007 roku, po raz drugi – latem 2012 roku. Po raz drugi poszłam z Kingą, która robiła piękne zdjęcia, co skłoniło mnie do w miarę szybkiego spisania moich wrażeń i zilustrowania ich owymi zdjęciami.Tak powstał blog Camino Costa Portuges.

zeszytmojTymczasem owa pierwsza pielgrzymka została spisana nadzwyczaj strzępiaście. Kilka wpisów, ostro ocenzurowanych przeze mnie samą, przetłumaczyłam na niemiecki i opublikowałam na blogu Halka (Halka-PL), kilka urywków po polsku ukazało się na blogu “Kura…” no i było opowiadanie pod tym tytułem. Do nich wrócę w odpowiednim czasie, bo są, łagodnie mówiąc, poplątane chronologicznie. A tymczasem spiszę tu, po siedmiu latach, po prostu zapiski z drogi.

Czyli, jeśli w najbliższych tygodniach pojawi się tu Santiago de Compostela, wiedzcie, że Mazury tak nas pochłonęły, Eddę i mnie, że nie było czasu, żeby pisać na bieżąco.

Albo nawaliło łącze z internetem.

Uściski

Wasza Ewa (Edda przesyła ukłony)

PS. Zdjęcia zeszytów. Na samej górze zeszyty na biurku. A potem z góry na dół: zeszyt Babci, zeszyt Mamy, mój zeszyt szkolny i moje zeszyty z pielgrzymki.

Zielona miłość

Roman Brodowski

Święta – muszę przyznać – były dla mnie wyjątkowo udane. Niestety minęły (jak wszystko, co dobre) bardzo szybko, i pozostały po nich tylko wspomnienia.
Natomiast okres między świętami a Sylwestrem nie był ani udany, ani przyjemny, a wprost przeciwnie, był to czas smutnej szarości.
Maria niespodziewanie oznajmiła mi, że została zaproszona przez swoich szkolnych przyjaciół na wyjazd w góry, by tam wspólnie przygotowywać się do zapowiedzianych na styczeń sprawdzianów z matematyki, chemii i czegoś tam jeszcze, a co za tym idzie, nie będzie jej przez kilka dni w domu. Oczywiście przyjąłem to ze zrozumieniem, co wcale nie oznacza, że nie było mi przykro, bo przecież tak naprawdę, to właśnie z Marysią wiązałem nadzieje na wspólne i pełne niespodzianek spędzenie czasu wolnego od szkolnych obowiązków. Byłem przekonany, że bycie razem pozwoli nam zbliżyć się do siebie. Najgorsze było jednak to, że nie mogłem zrealizować tego, co miało być niejako kulminacją naszego „sam na sam”, i jednocześnie niespodzianką dla Marysi, czyli wyjazd we dwoje do Malborka. To właśnie tam, pośród murów starego zamczyska, w romantycznej scenerii, z dala od ludzi postanowiłem (po raz pierwszy) wyznać jej niesamowite uczucia, jakimi ją darzę, moją bezgraniczną i wierną miłość. Właśnie tam pragąłem porozmawiać o moich, a związanych z nią, planach, marzeniach, nadziejach. Od wielu tygodni przygotowywałem się na tę przecież trudną dla mnie rozmowę.
Zamiast tego całymi dniami siedziałem w pustym mieszkaniu, spoglądając co jakiś czas przez okno na zaśnieżoną drogę, prowadzącą od dworca kolejowego, w oczekiwaniu na jej powrót.

Do domu powróciła dopiero w ostatnim dniu roku, wczesnym porankiem. Cieszyłem się, jak małe dziecko. Życie znów nabrało ciepłych, wiosennych kolorów. W momencie, kiedy ją zobaczyłem, natychmiast zapomniałem o tym, że mnie zostawiła, że czułem się zawiedziony, opuszczony i że było mi z tym bardzo źle. Najważniejsze było to, że znów jest, że mogłem ją słyszeć, jej dotykać, że mogłem się do niej przytulić, a poza tym to ostatni dzień, noc sylwestrowa, w którą, tak jak wcześniej zaplanowaliśmy, będziemy się bawili w gronie naszych przyjaciół.

Sylwester był naprawdę wspaniały. Po raz pierwszy skosztowałem prawdziwego szampana. Nie jakieś sowieckie „Krymskoje”, ale prawdziwego francuskiego szampana, którego przyniosła ze sobą Jola. Mój nieco euforyczny nastrój, czas i miejsce, w jakim się znajdowaliśmy dodł mi na tyle śmiałości, że w każdej dogodnej chwili, starałem się być jak najbliżej mojej dziewczyny. W tańcu, podczas biesiady, podczas konkursów robiłem wszystko, by przekazać jej to, czego nie udało mi się zrealizować wcześniej, tam w Malborku, a mianowicie wyznać moje gorące uczucie.
Tak Sylwester pozostawił we mnie wiele pięknych wspomnień. Bawiliśmy się wspaniale do samego rana, i gdyby nie to, że byliśmy ostatnimi gośćmi lokalu, który należało punktualnie o szóstej opuścić, bawilibyśmy się o wiele dłużej.
Do internatu przyjechałem w porze obiadowej, dzień przed rozpoczęciem zajęć w szkole. W pokoju czekał już Mietek. Przyjechał tego samego dnia, tyle że wczesnym rankiem. Na stole stało kilka słoików z kiszonymi ogórkami, smalcem i marynowanym mięsem, a na nich wisiały pęta aromatycznej kiełbasy. Obok zaś leżała powiązana sznurkiem, pachnąca jałowcem, szynka.
– Nareszcie w domu – zażartowałem, witając się serdecznie po kilkunastu dniach rozłąki, z moim przyjacielem, a stare dobre przysłowie mówi, „zgłodniałego nakarmić”, dodałem, wskazując na skarby polskiej wsi, kuszące swoim widokiem.

Mijały tygodnie, życie wróciło do normy, a ja wciąż wspominałem moje ostatnie zimowe ferie i niecierpliwie wyczekiwałem listów od mojego kochania. Niestety, nie wiedzieć czemu, zawsze przychodziły z opóźnieniem i nieco rzadziej
aniżeli przed feriami. Fakt ten tłumaczyłem sobie brakiem czasu, spowodowanym nawałem nauki przed egzaminami. Wszakże liceum to nie szkoła zawodowa.
To dziwne, ale wydawało mi się, że od czasu naszego ostatniego spotkania listy, jakie do mnie pisała, zawierały jakby nieco inną treść. Wprawdzie Marysia tak jak dawniej informowała mnie o tym, co porabia, jak się czuje, co słychać w dalekim i bliskim świecie, ale brak w nich było tego czegoś, co daje poczucie ciepła, bliskości, emanacji uczuć…

Nareszcie zbliża się marzec, rozpocznę osiemnasty rok życia. Z tej okazji odbędzie się moja urodzinowa „feta”. Szykuje się dobra impreza. Przed kilkoma dniami wysłałem zaproszenia do mych przyjaciół, no i oczywiście do Marii. Nie wyobrażałem sobie tego wydarzenia bez niej. To ona jest przecież najważniejszym i najbardziej wyczekiwanym gościem, najpiękniejszym podarkiem, o jakim marzę i jaki pragnę tego dnia otrzymać. Uroczystość, za zgodą kierownika internatu, który również będzie w niej uczestniczył, miała się odbyć w pokoju gościnnym. Spodziewałem się około dwudziestu pięciu gości.

Mietek już od wczoraj, niby dobra gosposia, biegał po sklepach, by kupić niezbędne artykuły. Właśnie przynieśli z Adamem dwie skrzynki coca–coli i słone paluszki. To się nazywa prawdziwy przyjaciel. Zaangażował się w przygotowanie mojego dnia, jakby to on sam był solenizantem. Zadbał o wszystko, począwszy od menu, poprzez napoje, wystrój pokoju, a na programie artystycznym skończywszy. Zresztą i inni zaprzyjaźnieni ze mną mieszkańcy internatu włączyli się do pomocy w organizację mojej osiemnastki…

– Doczekałem się, przyszedł, jest – krzyczałem od progu drzwi naszego pokoju, do czytającego jakąś książkę Mietka, wymachując długo oczekiwanym listem.
– I co ciekawego pisze? – zapytał przyjaciel – nie odrywając oczu od lektury.
– Nie wiem, jeszcze nie czytałem – odpowiedziałem, otwierając delikatnie list, by nie uszkodzić pachnącej, białej koperty.
Usiadłem wygodnie i zacząłem czytać.
„W pierwszych słowach mojego listu pragnę…”
Im bardziej poznawałem jego treść, tym szybciej biło mi serce, a na twarzy zaczęły pojawiać się srebrzyste krople potu.
– To niemożliwe, to nieprawda – mówiłem do siebie rozżalonym półgłosem. – Dlaczego, dlaczego? – powtarzałem jak mantrę, jedno i to samo pytanie.
Mietek zaniepokojony moim stanem, podszedł do mnie, objął po przyjacielsku i zapytał o powód mojego załamania. Nie potrafiłem wypowiedzieć słowa, ani jednego słowa. Łzy uwięzły w gardle, piekąc okrutnie, a potem… spowiła mnie ciemność…

Obudził mnie coraz głośniejszy, nieznajomy dźwięk. Tak jakby ktoś mnie wołał po imieniu. Otworzyłem oczy. Leżałem w łóżku, przy którym stał wystraszony Mietek, obok niego lekarz i kierownik internatu. Patrzyli na mnie jak na jakiś kosmiczny obiekt.
– Co się stało? – zapytałem zdezorientowany.
– Nie denerwuj się – uspokajał mnie lekarz – to tylko nerwowe załamanie. Stres.
Poleżysz kilka dni w szpitalu, odpoczniesz, a my w tym czasie sprawdzimy kondycję twojego serca.
– Jak to poleżysz? A moje urodziny. Przecież jutro… – nie dokończyłem.
Przypomniałem sobie treść listu. Zaczynałem rozumieć, co się stało. W liście Maria prosiła mnie o wybaczenie, bo nie przyjedzie, bo chciałaby, żebym o niej zapomniał, bo pokochała kogoś innego i jest z nim szczęśliwa, bo nie potrafi…
Jakże straszny prezent otrzymałem na moje osiemnaste urodziny – pomyślałem – i to od najdroższej dla mnie osoby. Jak z tym żyć? I po co? Przecież sensem mojego życia jest właśnie ONA. Dlaczego, dlaczego?!
Tysiące myśli tańczyło po mojej głowie, zadając coraz to większy ból. Powoli zamknąłem zmęczone powieki i, prosząc w modlitwie Boga o wieczny sen, zasnąłem

Bytom, 1979

Wykłady profesora Dąbrowskiego. IX. Ostatnia z rodu

Ryszard Dąbrowski

Zakończenie

Dawniej ludzkość, a również pewna jej część i dzisiaj, wierzyła, i wierzy, w istnienie świata nadprzyrodzonego. Osoby mające łączność i stosunki ze światem nadprzyrodzonym, szamani, kapłani, faraoni i księża mają posiadać z tego powodu nadrzyrodzoną władzę. Traktowano ich z podziwem, przestrachem i szacunkiem. Wierzono i wierzy się, że przy pomocy istot z tego innego świata, duchów, demonów, aniołów, diabłów oraz bogów, szamani i kapłani potrafią zarówno leczyć ludzi jak i też im szkodzić, zsyłając na nich pecha, nieszczęścia i choroby.

Metody stosowane przez szamanów i znachorów, którzy sami silnie wierzą w ich skuteczność, mają dużą moc terapeutyczną w przypadku chorych podobnie mocno w nie wierzących. Praktyki te przez swoją sugestywność wzmacniają siłę odpornościową organizmu. Szczególną poprawę daje się zaobserwować w przypadku chorób o podłożu psychicznym oraz psychosomatycznym.

W Polsce wierzono, że moc taką posiadają czarnoksiężnicy, czarownicy, czarownice czyli guślice, znachorzy i znachorki. W takiej też kolejności miała być wiekość tej mocy, największa u czarnoksiężnika, najmniejsza u znachorki. Wierzono, że wszyscy oni potrafili czarować. Czary można było zadawać wzrokiem, zaklęciem, uczynkiem, dotknięciem, dmuchnięciem. Poprzez czary można było zesłać biedę i nieszczęście, doprowadzić do kłótni i bójki oraz zesłać choroby na ludzi i zwierzęta. Cechy czarnoksiężnika i czarownika dziedziczyło się po lini męskiej, czarownicą stawało się po matce i cechy te oraz odpowiednie umiejętności dalej przekazywało się córce. Znachorem i znachorką było się w Polsce „na krzyż”, t.j. odziedziczone po matce umiejętności, syn przekazywał swojej córce, która z kolei wtajemniczała swego syna.

Nasuwa się pytanie: kim była Antonina, czy była czarownicą po matce, czy znachorką po ojcu. A może po obojgu jednocześnie? Zastanawia fakt, że zarówno matka jak i babka Antoniny miały na imię Antonina. Czyżby z imieniem tym dziedziczona była nie tylko płeć, ale również „profesja” i powołanie bycia czarownicą. Można postawić tutaj pewną tezę, że jedno z pięciorga wcześnie zmarłych dzieci Antoniny, musiało otrzymać również imię Antonina. Z niezrozumiałych powodów imię to nie zostało nadane żadnemu nowonarodzonemu dziecku, co było kiedyś nagminnie stosowane. Może w przypadku córki przeznaczonej na czarownicę, śmierć jej traktowano jako wolę demonów i tabu użycia go jeszcze raz w tym pokoleniu?

Ciekawym jest, że pierwsza wnuczka Antoniny, córka Franciszka Dąbrowskiego, urodzona w 1918 r. otrzymała imię Antonina. Niestety jej babka nie miała na nią już żadnego wychowawczego wpływu. Rodzina Franciszka wyemigrowała w 1923 r. do Francji i tam pozostała. Franciszek zmarł w 1959 r., a Antonina w 1986 r. Od tamtego czasu nikt w licznej rodzinie Dąbrowskich nie nadał żadnej dziewczynce imienia Antonina. A szkoda.

Tutaj trzeba dodać, że wioska Borcuchy, w której urodziła sie Antonina i gdzie przez 40 lat mieszkała, oddalona jest w linii prostej tylko o 37 km od słynnej Łysej Góry, na której znajdywały się kiedyś stare słowiańskie świątynie. Góra ta była w wierzeniach ludowych głośnym w całej Polsce miejscem schadzek czarownic i złych duchów. Wierzono, że raz do roku czarownice, wysmarowane maścią wysmażoną ze zwłok nieochrzczonych dzieci, zlatywały się tam na miotłach na kongres.

Ciekawe czy i Antonina była kiedyś na Łysej Górze ?

Czy Antonina miała wśród swoich przodków szamanów tatarskich i czy była tego faktu świadoma? Może wśród jej przodków były kobiety pomawiane o to, że są czarownicami? Odpowiedź na te pytania można by się starać znaleźć w dokumentach kurii białoruskiej i kieleckiej, w aktach episkopatów Polski i Białorusi lub przepastnych archiwach Watykanu. Niestety „normalnym śmiertelnikom” akta te są niedostępne. Ciekawe, czy znalazłyby się tam relacje zaniepokojonych proboszczów albo akta procesów czarownic o nazwiskach Buszkiewicz, Wienieczon, Sałek lub Kaczmarczyk?
Nam pozostają domysły, przypuszczenia i spekulacje. Szkoda, że nikt nie zdobył zaufania Antoniny i nie przeprowadził z nią obszernych rozmów.

Interpretacja i analiza poszczególnych metod stosowanych przez Antoninę.

Jeżeli przyjrzymy się leczniczym i terapeutycznym metodom stosowanym przez Antoninę, to uderza ich duża różnorodność. Antonina stosowała też, świadomie lub nieświadomie, metody szamańskie. Może to być kolejnym dowodem na jej tatarskie pochodzenie. Spytana kiedyś, od kogo się tego wszystkiego nauczyła, odpowiedziała: „od moich przodków”. Czyli w edukacji Antoniny musiały uczestniczyć czynnie przynajmniej dwa pokolenia krewnych. Wiedza ta gromadzona była jednak przez co najmniej kilka lub kilkanaście pokoleń.
– Szamani przy pomocy interpretacji snów chorego kontrolowali i oceniali przebieg jego leczenia. Prawdopodobnie i Antonina w tym celu wykorzystywała swoje umiejętności w leczeniu chorych.
– Wierzono, że uroki są przyczyną wielu chorób. Choroby można było zadawać bezwiednie poprzez chwalenie kogoś lub czegoś, co trafiło w złą godzinę. Uroki i choroby zadawali i rzucali też źli ludzie. Znachorki a szczególnie czarownice powinny umieć zażegnywać, odczyniać i zdejmować te uroki oraz zamawiać choroby.
– Okadzanie dymem ziół, mające przepędzić złe duchy, było z dzisiejszego punktu widzenia niczym innym jak leczniczą inhalacją oraz „czyszczeniem aury”.
– W ziołolecznictwie stosowano kiedyś 180-200 różnych ziół i roślin, ciekawe byłoby dowiedzieć się, ile ziół stosowała Antonina.
– Jak wykazały badania składu biochemicznego mleka kobylego, jest ono zbliżone do mleka karmiącej kobiety, co ma być przyczyną jego leczniczego działania.
– Stawianie baniek jest swego rodzaju akupunkturą stosowaną w medycynie chińskiej. Przy bańkach technika ta oddziaływuje na pewną powietrznię, a nie punktowo jak w akupunkturze. Ma to zaktywizować receptory nerwowe chorego organizmu. Stosowano tzw. „bańki suche” i „bańki mokre” gdzie w miejscu ich przystawienia zadrapywano lub przecinano skórę. Nie udało mi się ustalić, czy Antonina stosowała obydwie techniki.
– W medycynie wschodniej, indyjskiej, chińskiej, mongolskiej i japońskiej, istnieje przekonanie o istnieniu w organizmie ludzkim siedmiu centrów nerwowych, tzw. „czakr”. Skupiają one w sobie nerwy sterujące poszczególnymi organami i mięśniami. W przypadku choroby należy zaktywizować poszczególne czakry odpowiedzialne za chore organy. Przykładanie ogrzanych kamieni do odpowiednich punktów ciała jest swoistym rodzajem aktywizacji czakr.
– Leczenie i nastawianie zwichnięć oraz złamań wymagało wrodzonych zdolności manualnych, dużej wiedzy, wielkiej sprawności i zręczności w palcach oraz wieloletniej wprawy. Należało być dużej klasy mistrzem, aby tego typu zranienia skutecznie leczyć bez aparatu rentgenowskiego.

Jak widać wiedza Antoniny była obszerna i oparta na doświadczeniach wielu generacji oraz na praktyce, której musiała mozolnie, latami nabywać. Antonina wiedzy swej nie przekazała w pełni żadnemu ze swych dzieci, choć jedna z jej córek, Maria, leczyła ludzi. Wiedza Marii była jednak powierzchowna, a metody lecznicze jednostronne. Czy dlatego, że w myśl tradycji wiedzę miał przejąć syn a nie córka? Tymczasem wszyscy synowie Antoniny rozjechali się po Europie. Józef, jedyny, który mieszkał nieopodal mojej babki, w 1939 r. poszedł na wojnę i dostał się do niewoli. Po ucieczce z pracy przymusowej w 1942 r. został schwytany i rostrzelany przez Niemców.

Na ostatnim zachowanym zdjęciu Antoniny, z 1951 r., patrzy ona z melancholią, mając zapewne świadomość, że koniec jej życia będzie końcem jej ogromnej teoretycznej i praktycznej gromadzonej latami wiedzy medycznej. Nie udało się jej znaleźć godnego następcy, a może znaleziony i wybrany następca czy następczyni nie chciały cierpliwie, z pokorą i mozołem uczyć się i praktykować.

W kwartalniku „Wisła”, tom IV, z 1890 r., na stronie 194 znajduje się charakterystyka znachorki Jadwigi Jaśkiewiczowej ze wsi Błeszna pow. Częstochowa.

Lekarka owa okazała się kobietą lat średnich, nader prostoduszną i charakteru dobrotliwego, a usposobienia łagodnego, połączonego z pewną dobroduszną rezolutnością. W obejściu, w mowie, w ubiorze niczem nie odróżniała się od zwykłych wieśniaczek, nie było w niej ani cienia udawania i obłudy, ani trochę nie przybierała pozorów ‘mądrej doktorki’. We wszystkiem przejawiały się współczucie dla chorego i szczera chęć przyniesienia ulgi w jego cierpieniu, a nadto najzupełniejsza wiara w skuteczność jej środka. Nie widać było w niej chciwości, za pomoc swą brała tylko dwa złote, ani mniej ani więcej, gdyż także od tej normy zapłaty skuteczność środka zależała.

Czy taka była też i Antonina? Antonina nie brała żadnych pieniędzy. Na pewno silnie wierzyła w skuteczność i niezawodność swoich praktyk. Świadczy o tym następujące zdarzenie. Po wizycie u znajomych „na plotkach”, właścicielka mieszkania znalazła po jej wyjściu w miejscu na którym Antonina siedziała, zwiniętą kulkę włosów. Nie wiedząc co to jest spaliła ją w piecu. Antonina długo szukała swej „kulki”, a osoba, która ją spaliła nie przyznała się do tego. Zmartwienie Antoniny po stracie tego „talizmanu” przybrało takie rozmiary, że się rozchorowała. Emocje psychiczne i autosugestia były u niej tak silne, że wywołały zaburzenia somatyczne i spowodowały chorobę.

Ta kulka włosów ma swój rodowód i związek z kołtunem, który wiekami uważany był za chorobę. W miarę rozwoju wiedzy i higieny osobistej kołtun zniknął z głów ludzkich. Zwyczaje związane z kołtunem przetrwały jednak w tej kulce włosów. Była ona takim zastępczym mini kołtunem. Tak jak ścinanie prawdziwego kołtuna było wielkim misterium, którego dokonywali specjaliści w odpowiednim terminie przy pomocy specjalnych narzędzi i w mistycznej teatralnej oprawie, tak jak ten kołtun musiał być później w odpowiednim miejscu złożony, tak i ten mini kołtun noszony w lnianej szmatce na piersi musiał być po upływie należnego czasu odpowiednio zniszczony. Należało zapobiegać dostaniu się kołtuna w niepożądane ręce. To, że Antonina nie mogła swoich zwiniętych w kulkę włosów zniszczyć osobiście w stosowny dla niej sposób, spowodowało u niej zintensyfikowanie objawów choroby z której ten mini kołtun miał ją wyleczyć.

Jeszcze kilka ludowych ciekawostek etnograficznych z Polesia, skąd pochodzili przodkowie Antoniny oraz kieleckiego, gdzie się urodziła i przez 40 lat mieszkała.

Pojęcie grzechu było kiedyś inne niż dzisiaj. Na Polesiu grzechem było biec podczas burzy, bo zły duch mógł się skryć pod biegnącego. Nie wolno było nazywać ognia po imieniu. Grzechem było wylewanie na niego wody (dozwolone jedynie podczas pożaru), plucie weń, oddawanie moczu. Nie wolno było pluć do wody. Grzechem było bicie ziemi, zwłaszcza na wiosnę, kiedy była brzemienna oraz zabijanie pszczół i ptaków. W kieleckim nie popełniało się grzechu przywłaszczając sobie pokarm z pola, lasu, rzeki, ogrodu i domu z wyjątkiem jajek. (Ciekawe, dlaczego akurat jajek?)

Stosowane przez Antoninę metody nazywano kiedyś znachorstwem i traktowano jeżeli nie pobłażliwie to niekiedy i wrogo. Obecnie nazywa się je alternatywnymi metodami leczniczymi i modny staje się powrót do nich. Medycyna akademicka studiuje te metody i adaptuje je, przejmując niekiedy niektóre z nich do swych praktyk.

Bernard Mencel, który sam był pacjentem Antoniny a ponadto jako „pogotowie ratunkowe” woził ją furmanką do chorych powiedział: „Antonina pozostaje nadal żywą legendą naszych okolic”.

Aby przedłużyć pamięć po Antoninie Buszkiewicz (po mężu Dąbrowskiej) oraz żywotność jej legendy spisano tutaj to wszystko.

麻將/麻将. Mahjong.

Ewa Maria Slaska

Zapewne wielu z Was zna mahjonga czy też madżonga jako grę internetową, polegającą na mechanicznym zrzucaniu klocków parami. Ja gram TU.

Tych stron jest w internecie masa, niekiedy znacznie ładniejszych niż to, co oferuje moja Maya, ale już się do niej przywiązałam. Czyli przyznaję się – tak, grywam w sieciowego mahjonga, gdy jestem tak zmęczona, że nie mam siły nic robić, a wciąż jeszcze jest za wcześnie, żeby iść spać. Grywam, ale zawsze wtedy myślę o tym, jak to przez pokolenia grywało się u nas w prawdziwego mahjonga. Grywali moi Dziadkowie, grała moja Mama w dzieciństwie, graliśmy my.

mahjong-majaObawiam się jednak, że niewielu z moich czytelników zna tego prawdziwego mahjonga, inteligentną i skomplikowaną chińską grę z użyciem 144 kostek. Gra była śliczna, kostki malownicze i tajemnicze, a układy w grze, podobne do tych, jakie trzeba uzyskać w kartach (trójki, czwórki, sekwensy), nosiły nadzwyczajne poetyckie nazwy, na przykład zrywanie kwiecia śliwowego z dachu, zakopany skarb, wijący się wąż, cztery błogosławieństwa unoszące się nad progiem, wyłowienie księżyca z dna morza, ale też na przykład… blef Hitlera, układ, który na pewno istniał w naszych zapisach (korzystaliśmy z książeczek, które kiedyś Mama przetłumaczyła, a ja przepisywałam na maszynie), ale nie ma go w ogóle w internecie. Jak mi się wydaje – w żadnym języku.

Już sam opis w Wikipedii, całkowicie pozbawiony poezji i mistyki, pokazuje, jak skomplikowana była to gra. W dawnych Chinach grywano w nią hazardowo. Mężczyźni spotykali się w herbaciarniach, gdzie jak mieli pecha tracili domy, pola, zwierzęta, a gdy już nie mieli nic, to można jeszcze było oddać w niewolę żonę, córki, synów, a nawet siebie samego. Wydaje mi się, że kolejność oddawania własności osobie wygrywającej była właśnie taka, i to nie tylko w mahjonga i nie tylko w Chinach. W opowiadaniu Paula Austera Muzyka przypadku, o grze w pokera, dwaj pechowcy kończą tym, że stają się niewolnikami zwycięzcy i budują… mur. Nie chiński, ale jednak mur.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAMahjong zaczyna się od tego, że się buduje mur. Nie, zaczyna się od tego, że myje się czyli tasuje kości. Potem buduje się mur.

zabojstwoAle przedtem jeszcze przychodzą goście. U Agaty Christie wyglądało to tak:

Madżong i Klub Szanghajski (Zabójstwo Rogera Ackroyda). Stare wydanie z roku 1956. Są też oczywiście nowe.

Tego wieczoru graliśmy w madżonga. Ta prosta rozrywka jest bardzo popularna w King’s Abbot. Goście przychodzą już po kolacji, w kaloszach i nieprzemakalnych płaszczach, potem piją kawę, jedzą kanapki i ciasto.

Tym razem przyszli do nas panna Ganett i pułkownik Carter, który mieszka niedaleko kościoła.
W czasie takich spotkań wymienia się sporo plotek i to czasem przeszkadza w grze. Przedtem urządzaliśmy brydża – gadanego brydża najgorszego gatunku. Jednakże doszliśmy do wniosku, że madżong jest grą znacznie spokojniejszą. Nikt się nie irytuje na partnera, że wyszedł w taką a nie inna kartę, i chociaż w dalszym ciągu krytykuje się otwarcie posunięcia przeciwnika, nie psuje nastroju owa przykra brydżowa zawziętość. (…)
Potem panna Ganett zajęła się kawą, a Karolina wyciągnęła pudło z madżongiem i wysypała na stół kamienie.
– Mycie kamieni! – W zamyśle pułkownika Cartera miał to być dowcip. – Mycie kamieni, tak to nazywaliśmy w Klubie Szanghajskim.
Zarówno ja, jak i Karolina byliśmy w głębi duszy przekonani, że pułkownik Carter w życiu nie postawił nogi w Klubie Szanghajskim. Co więcej, że nigdy nie wytknął nosa dalej na wschód poza garnizon w Indiach, gdzie manipulował wojskowymi zapasami konserw mięsnych i śliwkową marmoladą w czasie wielkiej wojny. Ale pułkownik bardzo lubi snuć żołnierskie wspomnienia, a my, skromni ludzie w King’s Abbot, pozwalamy każdemu pławić się dowolnie w jego słabościach.

Czyli wspaniała, klasyczna Agata Christie. Spokojne angielskie miasteczko King’s Abbot. Tu wszyscy znają wszystkich i wszystko o wszystkich wiedzą, albo myślą, że wiedzą. Historię opowiada dobroduszny doktor Sheppard. A jego sąsiadem jest ni mniej, ni więcej, tylko Herkules Poirot, który przeszedł na emeryturę i hoduje… dynie.

W tym rozdziale dwie panie i dwóch panów z lokalnego światka grając w mahjonga rozmawiają o zbrodni i wymieniają się lokalnymi plotkami. A grają, że użyję słów naszej autorki, jak Chińczycy:

— Gdybyś tylko grała nieco szybciej, moja droga — powiedziała Karolina, kiedy panna Ganett wahała się, co odrzucić. — Chińczycy kładą swoje kamienie tak szybko, że wydaje się, że to ptaki dziobią.

2005-07-08_MahjongZnalazłam to zdjęcie na jakimś chińskim blogu, wydaje mi się, że jest dość nowe.

W końcu, pisząc tego posta, przeczytałam z ogromną przyjemnością całą powieść Agaty Christie. Znalazłam ją na chomiku. A przy okazji, szukając dla Was cytatu z Agaty Christie po polsku (ja to czytałam po angielsku, ale ja całą Agatę Christi przeczytałam po angielsku, bo tak się uczyłam angielskiego, pomiędzy wielką damą brytyjskiego kryminału, a Kubusiem Puchatkiem, wielkim brytyjskim filozofem) – długie wyszło to wtrącenie, chyba więc zacznę od początku… Otóż, szukając cytatu o mahjongu dowiedziałam się od anonimowego blogera że, cytuję: A, byłbym zapomniał o samym zakończeniu, które jest naprawdę zaskakujące. Jest ono tak pomysłowe i nowatorskie, że nawet wykluczono za nie autorkę z Klubu Detektywów, organizacji zrzeszającej pisarzy powieści detektywistycznych. Więc jeśli chcecie się dowiedzieć, za co można wylecieć z takiego stowarzyszenia, koniecznie przeczytajcie tę książkę.

___________________________

Tak więc przygotowałam Wam na dziś wpis z dwiema porządnymi poradami kulturalnymi. Czytajcie Agatę Christie (Agatha Christie, tłum. Jan Zakrzewski, Zabójstwo Rogera Ackroyda, Prószyński i S-ka, 2000) i grajcie w mahjonga, a kupcie go np. TU. Nie jest tani, ale jest piękny i będzie służył jeszcze waszym wnukom. A dla zachęty jeszcze jeden cytat z Agaty Christie:

— Bzdura! — oświadczyła Karolina, układając swoje kamienie. — Musisz znać jakieś interesujące szczegóły. Przez chwilę nic nie odpowiadałem. Ledwo wierzyłem oczom. Czytałem o takiej rzeczy jak doskonała wygrana, to znaczy madżong w pierwszym doborze kamieni, ale nie sądziłem, by mnie coś podobnego mogło się zdarzyć. Ze źle ukrywanym triumfem wyłożyłem kamienie na stół.
— Jak to mówią w Klubie Szanghajskim — zauważyłem — tin–ho, doskonała wygrana.
Pułkownikowi omal oczy nie wyszły na wierzch.
— Na honor! — zawołał. — Co za nadzwyczajna rzecz! Nigdy jeszcze nie widziałem
czegoś podobnego!

Ja też nie.

Samotny myśliwy 4

Katarzyna Krenz

KK-Gotland2xAkwarela Gotland Katarzyna Krenz

4. Samotny myśliwy

Z kim się związać,
dopóki śmierć nas nie rozłączy –

Komu zaufać, a kogo jak ognia
strzec się o szarej godzinie przed świtem –

Kogo zdradzić z nudów, a kogo
dla zysku oszukać, z przekupnej natury –

Komu zaśpiewać pieśń Schuberta,
pięknie, jak dotąd nikt tego nie uczynił –

Kogo uleczyć, ocalić, pouczyć, gdy drogę
zgubi, a komu w biedzie rękę podać –

Do kogo zawołać: bracie, wrogu,
miłości moja, nie czekaj na mnie!

*

Przyłożył dłonie do ust i zawołał:
Hop, hop, czy ktoś mnie słyszy? Lecz
jego głos zamarł, zdmuchnięty wiatrem.

Pomyślał:

Niepotrzebnie pytam, znam odpowiedź.
Pozbawiony drugiego głosu, nasz głos
jest martwy jak popiół, rozwiewa go wiatr.

Dotknął lewego żebra w miejscu,
gdzie biło mu serce –

Oszalałe. Zrozpaczone. Samotne.

Pożegnanie z kotami

Ewa Maria Slaska

Od wielu tygodni publikowałam tu w niedzielę wpisy o kotach w sztuce, korzystając przede wszystkim z reprodukcji, jakie nadsyłała mi Maryna Over. Ta współpraca była tak owocna, że, mimo iż Maryna tylko raz wypowiedziała się osobiście, uznałam ją za moją współautorkę. Wydaje mi się, że świetnie się uzupełniałyśmy. Niestety czasem jest tak, że to co autor(ka/ki) uważa(ją) za świetne, traci zainteresowanie publiczności. Wydaje mi się, że koty w sztuce właśnie doszły do tego etapu. Pora się zatem żegnać, może nie na zawsze, ale na pewno na razie. Ponieważ jednak w międzyczasie obiecałam wpis o kotach na głowie, postanowiłam, że go jednak napiszę na pożegnanie. Zresztą zobaczcie sami – świetne są oba te czarne koty.

PicassoKobieta-z-czarnym-kotem na glowie Aubrey Beardsley-kotnaglowie

 

 

 

 

 

 

 

 

X
Ten po prawej to oczywiście Pablo Picasso (1881-1973), ten po lewej chyba równie dobrze znany Aubrey Beardsley (1872-1898). Wydawałoby się, że obu artystów dzieli prawie 100 lat, bo przecież Picasso to nasz współczesny, nowoczesny malarz, kubista, a Beardsley to klasyczny schyłek XIX wieku, Fin de Siècle, secesja, to okazuje się, że Picasso był zaledwie o 10 lat młodszy od Beardsleya, tylko ten drugi umarł bardzo młodo, a Picasso przeżył prawie sto lat.

Obaj artyści pokazali, że tylko kot z charakterem jest w stanie wejść swojej pani na głowę, ale też tylko kobieta z charakterem przyjmie to z wyniosłą obojętnością. Na tych dwóch obrazach zostały sportretowane cztery istoty obojętne, wyniosłe, niezależne. Istoty z charakterem.

La Calata CultaMaryna znalazła na na stronie La Calata Culta jeszcze taki obraz z kotem (prawie) na głowie – jest tu dużo psów i kotów, i wszystkie skaczą wokół swojej pani, jak się im żywnie podoba, ale jeden już znalazł swoje miejsce i śpi na parasolu. Nic nie wiem o tym obrazie, wiem tylko, że na stronie La Calata Culta wszystko ma mniej lub bardziej ukryty wydźwięk erotyczny, często całkiem bezpośredni, a tu nic mi się erotycznie nie kojarzy. Na FB ktoś ten obraz skomentował pytaniem, czy pada psami i kotami? Estan lloviendo perros y gatos!!? jeeje. No tak po angielsku mówi się, że it is raining cats and dogs! Czyli leje jak z cebra. Pieska pogoda. Kocia godzinka. Niebo pełne zwierząt metaforycznych, a zatem kot naprawdę nie śpi na parasolu, a co dopiero na głowie.

***

Stronę La Calata Culta prowadzi Leslie Guevara, studentka z Limy. Studiuje na USMP. To uniwersytet medyczny, a skrót oznacza… La Universidad de San Martín de Porres! San Martin de Porres! TU o nim pisałam. Peruwiański święty, którego odkryła dla nas Powsinoga, święty ze szczotką, święty z psami i kotami!

A na obrazie pada psami i kotami.

Wpisuję to hasło do google po hiszpańsku i nic, wpisuję po angielsku i, hurra!, znajduję “nasz” dzisiejszy obraz: Fiona Phillips (North Salt Lake, UT), Oil, 2012, Painting “Raining Cats and Dogs”. Obraz można (było) na Saatchi Art kupić za 2100 dolarów.

Bardzo lubię takie wędrówki w poszukiwaniu informacji o obrazie. Ale na razie to ostatnia taka wędrówka, bo na razie żegnamy się z kotami.

***
Dopisek w styczniu 2018 roku, a więc po latach – cóż za idiotka ze mnie, la calata kulta, kultowa kaleta czyli torebka czyli… macica… Cały czas miałam wrażenie, że to musi być coś takiego, ale dopiero teraz, bez zastanawiania się odczytałam tę nazwę. Tłumacz Google po latach nadal jej nie zna.

Zamiast felietonu (2)

Zbigniew Milewicz

Piekło wyboru

No i stało się. Opowiedziałem Edmundowi po raz nie wiadomo który starą anegdotę, jak to Honecker pojechał polować z Breżniewem na zające na Syberii i mój kompan, rozbawiony, jak zwykle zaordynował: a żeby cię diabli wzięli! Zrobił to tak serdecznie, że tym razem posłuchali i nie było zmiłuj się, musiałem z nimi pójść. Do żadnej windy, tylko na jakiś wojskowy poligon, gdzie wpakowali mnie do helikoptera i zawieźli do starej, opuszczonej fabryki, jakich jeszcze wiele w Brandenburgii, albo w Meklemburgii. Równie dobrze jednak mogło to być gdzieś na Ukrainie, bo na fabrycznym placu powiewały flagi różnych państw – w tym na pewno gwiaździsta, unijna i ukraińska. W ogromnej hali stały na paleniskach kotły, wypełnione różnymi cieczami, a w nich, zgodnie z tradycją, gotowali się potępieńcy.

Diabły miały dziesiątki wcieleń. Przy tradycyjnych kotłach ze smołą uwijały się włochate i rogate poczwary z widłami, przy kadzi z płynną viagrą stały starszawe rajfury i alfonsi, tam, gdzie bulgotało piwo, albo wóda – sympatyczni barmani. W złocie pomagali pławić się urzędnicy w nienagannie skrojonych garniturach, a w fekaliach – pracownicy przedsiębiorstwa wodociągów i kanalizacji. Piekło było zarządzane nowocześnie i demokratycznie, kto do niego trafił, mógł sobie wybrać dowolny kocioł. Nie tyle nawet mógł, ile musiał, choć pozwalano zmieniać kadzie.

– Znudzi się duszy gotowanie w wódce – instruował mnie mój diabeł osobisty – to może zanurkować w piwie, albo mamy dosyć viagry, to sobie pływamy za przeproszeniem w innym świństwie. Warunek – dusza musi się nieustannie gotować, całą wieczność.

Ubrany był w polowy mundur, jaki można kupić w każdym sklepie z militariami, bez dystynkcji i znaków rozpoznawczych, podobnie, jak jego mrukliwy współtowarzysz. Trochę od nich zalatywało pochmielijem, a zaśpiew mowy zdradzał, że pochodzą gdzieś ze wschodnich regionów czarciego imperium.

– To gdzie dusza decyduje się na początek? – padło nieuchronne pytanie.

W jednej z kadzi, w błękitnym atramencie, gotowali się dziennikarze, wspólnie z politykami. W kotle z czekoladą mieszał tryzubem jowialny kucharz i zachęcał wszystkich do degustacji. Nie wiedziałem kompletnie, co wybrać. Na szczęście w pewnym momencie zadzwonił telefon.

– Mam nadzieję, że cię nie obudziłem, jest niedziela, idziesz wybierać europosłów? – zapytał znajomy głos.

– Nie, nie idę – zaskomlałem w mikrofon, jeszcze niezupełnie obudzony.
Edmund miał niezły ubaw, kiedy opowiedziałem mu swój sen, ale ostatecznie też nie poszedł głosować.

Reblog: Nieużytki sztuki

nieuzytki-banner

Marek Styczyński: Dlaczego ogrodniczy, w swej praktycznej istocie projekt, adresowałaś do środowisk związanych z upowszechnianiem sztuki? A może jest on adresowany raczej do stałych odbiorców działalności galerii sztuki? Nie jest chyba adresowany do artystów? Czy tytułowe “nieużytki” są wskazaniem na jakieś niezagospodarowane obszary działalności instytucji kultury, na ich zbyt słabe ugruntowanie w środowisku?

Elżbieta Jabłońska: Idea dzierżawy niezagospodarowanych terenów przyległych do galerii, muzeów i innych instytucji sztuki pojawiła się rok temu przy okazji opracowywania koncepcji mojego udziału w Zielonym Jazdowie. Teren parku przy warszawskim CSW, gdzie odbywały się wszystkie wydarzenia, jak również czas na nie zaplanowany, a więc okres między czerwcem a połową września stały się moją zasadniczą inspiracją. Planowałam 10 podwyższonych grządek usytuowanych przy ławach Jenny Holzer. To miejsce wydawało mi się idealne ze względu na cały szeroki kontekst. Jednak z dwóch przedstawionych przez mnie propozycji została wybrana ta druga, ta która nie wymagała zaangażowania widza, trwała krótko i nie budziła wątpliwości, a “nieużytki” siłą rzeczy musiały poczekać na następny sezon.

Jednak już jesienią zeszłego roku rozpowszechniłam ideę wśród kilku instytucji i jako zwrotną informację otrzymałam akceptację projektu.

Nieużytki wydają się być projektem przede wszystkim ogrodniczym, lecz jak większość moich realizacji kryją w sobie dodatkowe wątki. To co uważam za najistotniejsze w sztuce to kontakt z drugim człowiekiem, specyficzny rodzaj spotkania rozumianego bardzo szeroko, energia z niego wynikająca, a czasem potencjalna możliwość pewnego zdarzenia. To spotkanie jest w “Nieużytkach sztuki” bardzo ważne i rozgrywa się na wielu poziomach. Jest więc relacja odbiorcy z przedstawicielami instytucji, pracownikami, którzy są niejako “zmuszeni” do wyjścia poza znaną i przewidywalną przestrzeń biur czy ekspozycji na grunt najbardziej podstawowy, na ziemię i wobec ziemi. Pojawia się również rodzaj współpracy między osobami, które decydują się na dzierżawę, wspólnie pielęgnują swoje rośliny, bywa, że się nawzajem wspomagają radami, a czasem po prostu wspólnie przebywają w przygaleryjnych ogródkach.

Ten obszar bezpośredniego kontaktu, w zdecydowanie innym otoczeniu, wobec konieczności rozładowania ciężarówki z ziemią, przeniesienia drewnianych elementów, rozwiązania problemów z wodą, wreszcie złożenia przygrządkowej ławki to właśnie sugestia niezagospodarowanych obszarów działalności instytucji kultury. To realne problemy, które trzeba rozwiązać wspólnie z uczestnikiem ogrodniczych działań, tu i teraz.

MS: Dlaczego grządki i rośliny, a nie miejsca spotkań, parasole, leżaki, piaskownice i budki z kawą i lemoniadą?

EJ: Od kilku lat mieszkam na wsi. Chłonę rozległy nadwiślański krajobraz, próbuję nasycić się zielenią, powietrzem i głębią błękitu. Wiosną sadzę rośliny, doglądam te, które przetrwały zimę i znów zaczynają kiełkować. Grzebię rękami w ziemi, wyjątkowo u nas gliniastej, i co roku w kwietniu nie mogę się nadziwić że spod hałdy śniegu wypełzają maleńkie zielone źdźbła. Obserwowanie kiełkowania i wzrostu roślin jest dla mnie aktualnie niezwykle fascynujące, a czasem terapeutyczne. Dlatego rośliny i grządki.

Poza tym przy grządkach stoją stabilne i wygodne, drewniane ławki, a kawę i lemoniadę również można wypić. Tyle, że wobec konkretnej sytuacji, wobec własnych zasiewów, które trzeba podlewać, pielić, obserwować. I wówczas ta kawa o wiele lepiej smakuje, a my przywiązujemy się do miejsca, zaczynamy je postrzegać jako własne, czujemy się za nie współodpowiedzialni.

MS: Jaki zakładałaś zasięg Projektu, jaki jest obecnie; na wiosnę 2014 roku? Czy jego aktualna geografia jest dla Ciebie zaskoczeniem, czy raczej realizacją założonego w projekcie planu?

EJ: Tak jak wspominałam wcześniej, Nieużytki były pierwotnie opracowane jako realizacja na terenie parku przy Zamku Ujazdowskim. Nie doszło do tych działań i bardzo mnie to cieszy, bo ich zasięg tegoroczny jest nieporównywalnie większy, a zapał ogrodników i instytucji tylko to potwierdza. Mamy grządki przy 10 instytucjach, w 9 miastach. Oczywiście są to niewielkie tereny, ale to jest początek i wiele może się jeszcze wydarzyć. Zgłaszają się do nas kolejni chętni, czas pokaże co z tego wyniknie. Oprócz osób zaprzyjaźnionych z galeriami w projekcie uczestniczą również mieszkańcy sąsiadujący z instytucjami, z tej samej ulicy, czy osiedla. Nie jest ich może wielu, ale trudno jest przełamać utarte schematy i przyzwyczajenia. Myślę jednak, że warto podejmować różne kroki by oswoić ludzi z “przestrzenią” sztuki i nieużytki są jednym z nich.

MS: Z moich obserwacji wynika, że słabym punktem instalacji, obiektów i w dużym stopniu także myślenia o przestrzeni na styku biologii i sztuki jest etyka postępowania z żywymi organizmami. Te wszystkie paprotki podłączone do prądu, padłe papugi, świecące króliki i zamknięte w klatkach koguty… to jakby radosna wystawa rozmaitych ponurych tortur stosowanych przez służby specjalne… Czy nie boisz się, że zazielenione “nieużytki sztuki” skończą jako “pustynie sztuki (ogrodniczej)” z braku uwagi, troski i podlewania? Kto bierze odpowiedzialność za te uprawy, czy w Twoim projekcie przewidziałaś przyszłość czy jedynie pierwsze dwa wspaniałe, wiosenne miesiące po wysianiu i wysadzeniu roślin?

nieuzytki-pudelko
EJ:
Każda z osób, która zdecydowała się wziąć udział w projekcie podpisała specjalnie na tą okazję przygotowaną umowę dzierżawy. Termin rozpoczęcia działań był uzależniony od konkretnych instytucji i kalendarza ich działań, w większości był to kwiecień, natomiast koniec umowy jest wyznaczony na początek października. Średni okres trwania projektu to ok 7 miesięcy. A to z perspektywy dzierżawcy naprawdę dużo czasu. Wsparcie instytucji jest tu elementem zasadniczym, zwłaszcza w okresie letnim, kiedy planujemy wyjazdy wakacyjne.

Ryzyko porażki jest wpisane we wszystkie działania do których zapraszamy publiczność, reżyseria nie ma tu żadnych szans. Mam jednak do porażki swój indywidualny stosunek, pełen ciekawości, akceptacji i pokory. Wiem, że to specyficzna propozycja i zrozumiem również tych, którzy mimo chęci nie dotrwają do jesieni przy swoich roślinach.

MS: Czy miałaś wcześniej (lub zauważasz w miarę realizacji projektu) jakieś preferencje co do sadzonych gatunków roślin? Czy są jakieś gatunki roślin, które wydają się już dzisiaj lekiem na “nieużytki sztuki”. Mam na myśli zagadnienia etnobotaniki, którą się od lat zajmuję i w tym kontekście interesuje mnie, jakie rośliny pokonają “nieużytki sztuki”: stare, tradycyjne, nowinki na rynku ogrodniczym, a może szpalery tujowe w imię łączności z ludowymi trendami w polskim ogrodnictwie? Pytanie wiąże się też z metodą relaksacji, a nawet leczenia i wpływania na możliwości intelektualne nazywaną hortiterapią. Może drugim etapem Twojego Projektu mogło by być leczenie szeroko pojętego środowiska artystycznego z pomocą odpowiednio dobranych roślin i sposobów ich uprawy?

EJ: Jakiś czas temu zostałam zaproszona do wystawy w Wigierskim Domu Pracy Twórczej, która nosiła tytuł Flower Power. To była jedna z ostatnich wystaw w tym miejscu. W ramach tego wydarzenia rozesłałam z Wigier pocztę kwiatową, było to ponad sto przesyłek zawierających nasiona lub cebulki kwiatów wyhodowanych przez gospodynie z okolicy oraz podłoże do ich wysiania/wysadzenia. Te przesyłki dotarły również do osób z kręgu sztuki, myślę, że to mógł być początek ogrodniczej terapii. Reakcje adresatów były różne, byli tacy, którzy według otrzymanej instrukcji wyhodowali roślinkę na parapecie okna, a jako potwierdzenie przesłali mi dokumentację fotograficzną. Nie zawsze jednak trafia się na podatny “grunt”.

Wracając do uprawianych roślin, każda z instytucji otrzymała tzw pakiet aktywizujący składający się między innymi z nasion. Były to podstawowe i bardzo klasyczne propozycje, głównie warzywne, ale z moich obserwacji wpisów na naszej stronie internetowej wynika, że każdy z uczestników ma inne pomysły i preferencje. Na grządkach pojawiają się również kwiaty i zioła, wszystko w rękach właścicieli.

MS: Rośliny, uprawy, grządki i problem nieużytków to przestrzeń karmiąca się czasem. Pozostaje to w pewnej sprzeczności z działalnością galerii sztuki, które ścigają się w ilości i atrakcyjności proponowanych wystaw i akcji artystycznych, zazwyczaj krótkotrwałych. Czy Twój projekt ma być lekiem na tę pogoń za medialnym i środowiskowym uznaniem, czy może także jest krótkodystansowym wskazaniem na trendy, zainteresowania i możliwości starej, dobrej metody DIY?

EJ: Trudno mi przewidzieć jakie będą skutki Nieużytków sztuki. Aktualnie jestem pod wielkim wrażeniem, że to naprawdę się dzieje, że instytucje wykazały chęć współpracy, znając długoterminowość przedsięwzięcia i jego mało spektakularny charakter. Cieszy mnie liczba uczestników, ich aktywność ogrodnicza, którą czasem prezentują na stronie projektu. Wiele zależy teraz od relacji jaka nawiąże się między instytucjami i uczestnikami ogrodniczych działań.

Po cichu liczę, że galeryjne grządki przetrwają sezon w dobrej kondycji i wpiszą się na dłużej w krajobraz działań instytucji kultury.

MS: Bardzo dziękuję za świetny projekt i znalezienie czasu na naszą rozmowę!

Ten wywiad i inne interesujące teksty TU, a tu wkład czteroletniego Antosia w uprawianie własnych ogrodów kwiatowo-jarzynowych w środku miasta. Mam na balkonie osiem skrzynek lub doniczkowo-koszykowych odpowiedników skrzynek, w których Antoś posiał kwiaty i jarzyny. Już jemy rzodkiewki, a wśród kwitnących właśnie kwiatów typu chwasty rosną ziemniaki, zółta fasolka, buraki i marchewka. Zdjęcie – Honti.

Antosiowe male