Wykłady profesora Dąbrowskiego.VIII. Antonina

a_d_bNo i doczekaliśmy się.

Ryszard Dąbrowski
o babci Antoninie

W księgach parafialnych Sienna (woj. kieleckie), do którego należało kilkanaście wiosek, w tym także Borcuchy, nazwisko Buszkiewicz pojawia się po raz pierwszy w 1836 roku, w latach 1810-1835 (do tych roczników miałem dostęp) nie występuje ono ani razu. Z tego wynikałoby, że Buszkiewicze musieli tam przywędrować. Tylko skąd?

X

X

Zdjęcie wykonane w 1951 roku (zapewne latem): Antonina Dąbrowska z domu Buszkiewicz córka Jakuba oraz Antoniny Kaczmarczyk, wnuczka Antoniny Sałek. Urodzona 09.10.1871, zmarla 04.11.1960.

Nazwisko Buszkiewicz, oraz inne jego pisemne formy, nie występują w żadnym herbarzu szlachty tatarskiej. Jeżeli przyjmiemy, że Antonina Buszkiewicz była pochodzenia tatarskiego, musiała należeć do niższej klasy tej społeczności.

Na początku XIX wieku, do wiosek na lewo od Wisły w stronę Ostrowca Świętokrzyskiego i Sienna, przesiedlano z terenów Litwy (obecnie tereny Llitwy, Białorusi i Ukrainy) rodziny tatarskie lub pochodzenia tatarskiego.
Po lekturze pracy Juliana Talko-Hryncewicza „Muślimowie czyli tak zwani tatarzy litewscy” (opublikowanej w „Materiałach antropologiczno-archeologicznych i etnograficznych” w 1907 r. w Krakowie), można postawić tezę, że przodkami Antoniny Buszkiewicz musieli być albo niewolnicy albo zbiegowie z hatanatu krymskiego. Osiedlani oni byli na Litwie podczas wojen Litwy z Krymem w XIV-XV w. (Litwa, nie to co dziś, była wtedy mocarstwem Europejskim i rozciągała sie od Bałtyku po Morze Czarne oraz od Brześcia poza Smoleńsk i Tawań.) Według Talko-Hryncewicza terenami osiedleń dla tych osób były wioski na południe od Mińska, na zachód od Baranowicz, okolice Nowogródka oraz tereny między Grodnem i Białymstokiem, czyli tak zwane Polesie należące obecnie do Białorusi. Tezę tą potwierdza fakt, iż Antonina mówiła z wyraźnym wschodnim (białoruskim?) akcentem. (Ci co ją znali twierdzą, że nie był to akcent ukraiński.) Później przodkowie jej mniej lub bardziej dobrowolnie przenieśli się w kieleckie. Może tam, albo już wcześniej przeszli na chrześcijaństwo. W parafii Sienno w 1836 r. urodził się ojciec Antoniny a później w 1871 r. ona sama.

Według Talko-Hryncewicza Tatarzy polscy nie byli jednolici pod względem antropologiczno-etnologi-cznym. Znaczenie słowa „Tatar” tłumaczy on jako synonim Turka. Słowo to pochodzi z dalekiego wschodu i było początkowo równoznacznym ze słowem „Mongoł” co oznaczało barbarzyńcę. Tak Chińczycy nazywali swych północnych sąsiadów bez rozróżniania narodowościowego. Przed ich nieustającymi napadami i grabieżami wznieśli w VI – III wieku p.n.e. stojący do dzisiaj słynny mur chiński. Po podbiciu przez Mongołów Syberii, Kaukazu i Krymu, Tatarami nazywano wszystkie wchłonięte przez nich ludy pochodzenia tureckiego.
Później Tatarami nazywano:
– społeczność zamieszkującą nad Jenisejem a wywodzącą sie Jenisejców, Samojedów i Fino-Ugrów
– społeczność przesiedlonych przez cara nad Irtysz kazańskich Tatarów przemieszanych z Nogajami, Kirgizami i Tadżykami
– Tatarów – górali na Kaukazie bez domieszki mongolskiej
– Tatarów Dagestańskich o typie mongolskim
– oraz Tatarów Azerbejdżańskich rasy irańskiej na terenach rosyjskiej Armenii
Jak widać był i jest to konglomerat oraz mozaika różnych narodów z domieszkami genów branek i niewolnic różnych nacji Azji i Europy. Z tych też powodów, Tatarzy litewscy, którzy napływali na Litwę na przestrzeni ponad czterech wieków z różnych regionów Azji i tu żenili się z Litwinkami, nie byli i nie są społecznością jednolitą antropologicznie.

Podjęte próby antropologicznej analizy czterech różnych zdjęć Antoniny (z 1911, 1919, 1930 i 1951 roku) zakończyły się niepowodzeniem. Na dwóch berlińskich uniwersytetach nikt z pracujących tam specjalistów nie był władnym wypowiedzieć się na ten temat. W dwóch polskich silnych ośrodkach antropologicznych; Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu i Uniwersytecie Poznańskim, nikt się już Tatarami nie zajmuje, a ostatni specjalista który mógłby rzeczowo te zdjęcia ocenić, profesor Tadeusz Dierżykray-Rogalski, zmarł przed trzema laty.

Antonina Buszkiewicz (Dąbrowska), jak twierdzą ci co ją znali, była bardzo dobrą znachorką. Dlatego też przyczynkim rzucającym światło na jej etniczne pochodzenie może być porównanie stosowanych przez nią metod leczniczych z metodami stosowanymi przez tatarskich znachorów.
Poniżej cytuję fragmenty książki Stanisława Kryczyńskiego „Tatarzy litewscy, próba monografii historyczno etnograficznej” (opublikowanej jako III tom „Rocznika Tatarskiego” w 1938 r. w Warszawie).

… Zachód średniowieczny i renesansowy z przekonaniem widział w Tatarach i Turkach największych czarowników. ‘Wiadomo, pisze Długosz, że Tatarzy od początku swego aż po dzisiejsze czasy w wojnach i wszelakich sprawach używali zawsze czarów, umieli wróżyć, uroki czynić i zaklinać’…
… Jest rzeczą charakterystyczną, że i lud białoruski uważa Tatarów za ludzi mających stałe stosunki z demonami. ‘U Tatarów – mówią w powiecie wołkowyskim – cały gospodarz czart: on im wszystko robi; jak Tatar gdzie pójdzie, to gęsi, to bydło pozagania i Tatarzy go zawsze widzą’. Utrzymują też Białorusini, że jak Tatarzy zmarłego chowają, to na mogiłki ich przylatuje ‘czart domowy tatarski’…
… Poczesne miejsce w folklorze Tatarów litewskich zajmuje magia, czyli system praktyk wróżbiarskich, czarodziejsko-leczniczych i ochronnych. Całość tych praktyk musi się rozpatrywać w ścisłym związku z wierzeniami i przesądami, których źródła biją w różnych nawarstwieniach kultury ogólnomuzułmańskiej, przyjętej przez ludy tureckie. W wierzeniach tych tkwią również pozostałości prastarego kultu szamańskiego oraz domieszki wierzeń otaczającego Tatarów litewskich ludu chrześcijańskiego.
Naczelnym aksjomatem wierzeń Tatarów litewskich jest istnienie świata duchów złych, fierejów i dobrych, dżyniejów, czyli dżynów (z arabskiego), z którymi za pomocą praktyk magicznych można utrzymywać kontakt. W wierzeniu tym Dżemil Aleksandrowicz dopatruje się śladów szamanizmu. Świat w wyobrażeniu Tatara litewskiego – pisze on – zaludniony jest masą duchów („fierejów”) przeważnie złych i starających się szkodzić człowiekowi, ale posłusznych ludziom dobrze znającym modlitwy (muzułmańskie) i posiadającym ‘szczere muzułmańskie serce’.
Duchy złe powoduja różne choroby, mogąc dostać się do ciała człowieka razem z wiatrem przy przeciągu. Można je wypędzać za pomocą środków magicznych. Podobnie, jak lud polski i ruski oraz narody wschodnie (np. Turcy osmańscy) wierzą również Tatarzy litewscy w uroki tj. w szkodliwą siłę złego spojrzenia. Uroki można rzucać zarówno na ludzi jak na zwierzęta, zwłaszcza na bydło. Bronią skuteczną i w tym wypadku są specjalne praktyki, zaklęcia i amulety…
… Tajemnice znachorstwa przekazywane są z ojca na syna, z matki na córkę. Leczeniem zajmują się przeważnie mężczyźni, kobiety wiele rzadziej. Tatarzy jednak uważają profesjonalizm w tej dziedzinie za rzecz zdrożną i grzeszną i utrzymują, że leczenie za pieniądze szkodzi samym znachorom, gdyż wypędzone z pacjentów choroby przechodzą jakoby na dzieci fałdżejów (znachorów). W rodzinie zawodowego znachora zawsze będą umysłowo chorzy i głuchoniemi. Przypisują też tym znachorom stosunki ze złymi duchami, fierejami. Natomiast dobrą i zacną rzeczą jest zdaniem tatarów bezplatne leczenie krewnych i znajomych…
… Specjalnie ważną rolę w praktykach fałdżejów odgrywa wróżbiarstwo czyli tzw. ‘odkrywanie (lub otwieranie) fału’. Od niego też otrzymali oni swoją nazwę (tureckie fałdży = wróżbiarz, z arabskiego fal = wróżba, przepowiednia, prognostyk, z turecką końcówką profesjonalną – dżi, – dży)…
… Przyczyny chorób przypisuje się wpływowi złych duchów a leczenie ich przez mułłów względnie popów polega na czytaniu utrafionych miejsc w Koranie lub Ewangelii, na chuchaniu i dmuchaniu na chorego, na dotykaniu i metodycznym uderzaniu chorej części ciała gołą lub sztucznie namagnetyzowaną, dłonią (z kciukiem wciśniętym między palce wskazujący i średni)…
… Leczenie polega na wygnaniu demona z duszy chorego…
… Leczenia za pomocą ziół nauczyli się znachorzy tatarscy od znachorów białoruskich; w tej dziedzinie nie posiadają nic oryginalnego….
… Aby nie miewać strasznych snów nie należy nigdy kłaść się w pościeli głową na zachód…

To ostatnie zdanie cytuję jako ciekawostkę i wskazówkę dla tych, którzy źle sypiają. Może pomoże.

Metody stosowane przez Antoninę Buszkiewicz (po mężu Dąbrowską)

Dzięki rozmowom telefonicznym z, wymienionymi poniżej w kolejności alfabetycznej, sąsiadami oraz pacjentami Antoniny, udało się w znacznym zakresie zebrać opisy stosowanych przez nią metod leczniczych. Za przychylność, cierpliwość i wyrozumiałość serdecznie dziękuję:
– Zofii Dymyterko
– Janinie Koniecznej
– Franciszkowi Lisieckiemu
– Stefanii Lisieckiej
– Stefanii Maciejak
– Bernardowi Mencel
– Marii Niedźwiedź (relacja przekazana przez S. Maciejak)
– Jadwidze Rejek
– Cecylii Tatarek

Antonina:
– potrafiła wróżyć patrząc jedynie na daną osobę oraz tłumaczyła i interpretowała znaczenie snów
– miała zdolności telepatyczne
– pomawiana była o to, że potrafiła rzucać (czynić) i zdejmować uroki
– do celów diagnostycznych używała wahadełka, którym była najczęściej obrączka lub pierścionek chorej osoby
– do tych samych celów używała różdżki z gałęzi brzozy lub wikliny
– w celach diagnostycznych badała zapach, zmętnienie oraz kolor moczu chorego obserwując płomień świecy poprzez mocz w szklanym naczyniu aby jak mówiła „policzyć świetliki”
– zaczynając leczyć chorego wymawiała formułkę: „Choroby, idźcie w pola, bory, lasy, tam gdzie ludzie nie chodzą”
– przy wykonywaniu czynności i zabiegów leczniczych spluwała na prawo i lewo aby odstraszyć złe duchy i wymawiała pewne formuły i zaklęcia, których treść niestety uległa zapomnieniu
– na początku okadzała chorego dymem z tlących się gałązek brzozy i dzikiej róży aby odpędzić złe duchy
– przy sporządzaniu mieszanek ziołowych oraz wykonywaniu czynności leczniczych modliła się aby zwiększyć i spotęgować moc leczniczą ziół oraz zabiegu

Mówi się, że Antonina potrafiła leczyć bóle głowy (terminem tym określano kiedyś też choroby nerwowe i psychiczne), bóle kręgosłupa, długo nie gojące się rany, a też nastawiała zwichnięcia i składała złamane kości, leczyła choroby kobiece (choroby macicy) oraz wzywana była do porodów jako akuszerka. Choroby skóry, zwyrodnienia, brodawki itp. zalecała przemywać codziennie własnym moczem, najlepiej rano. Aby kuracja była skuteczna, miała niekiedy trwać aż do jednego roku.
Przeziębionych owiązywała w mokre prześcieradła oraz stawiała bańki. W odpowiednich punktach ciała kładła polne kamienie wielkości pięści, nagrzewane do odpowiedniej temperatury w piecach do pieczenia chleba lub we wgłębieniach w piecach do trzymania w cieple gotowych obiadów. Stosowała różne techniki masażu, poklepywania i obstukiwania chorego. Po tych zabiegach strzepywała ręce, aby wydalić zabsorbowaną chorą i negatywną energię.
Podczas choroby zalecała dezynfekujące obmywanie ciała w wywarze z czarciego żebra (ostrożeń polny), rany okładała liśćmi kolmusu (nazwa regionalna – ponoć roślina ta już wyginęła, ale – przypis redaktorki – może jest to kalmus czyli tatarak czyli… tatarskie ziele). W celach terapeutycznych stosowała także mleko kobyle.

Wszyscy moi rozmówcy podkreślali, że Antonina nie pobierała żadnych opłat za swoje działania, leczyła za darmo. Tak jak honor nakazywał znachorom tatarskim. Niektórzy chorzy odwdzięczali jej się produktami rolnymi. Po śmierci męża w 1938 roku Antonina żyła, aż do śmierci w 1960 roku, bardzo skromnie a nawet jak niektórzy twierdzą, biednie.

Moi rozmówcy przekazali mi informację, że Antonina prowadziła w notesie statystykę zgłaszających się do niej pacjentów, robiąc kreski. Niestety nie udało się ustalić czy w statystyce tej rozróżniała poszczególne jednostki chorobowe.
Na dwa-trzy lata przed śmiercią zaprzestała leczenia ludzi. Czyżby wyczerpała się w niej potrzebna do tego energia? Może przygotowywała się do swojej śmierci? Jedynie w nagłych przypadkach, czysto manualnie, prostowała jeszcze zwichnięcia.

Ciąg dalszy nastąpi

PS od redaktorki: U nas w rodzinie uważa się, a potwierdził to też mój wykładowca antropologii (bo archeolog i tego się uczył), że potomkowie Tatarów czyli Mongołów (czyli Dżyngis Chana) mają plamę mongolską i jest to cecha, która utrzymuje się przez niezwykle długi czas. Mnie od Dżyngis Chana dzieli 7 stuleci, a też mam taką plamę na prawym biodrze. To najbardziej popularne miejsce, ale można ją też mieć na pupie lub brzuchu, rzadziej, a za to mniejszą i ciemniejszą, na szyi lub nodze. Tylko nie zaglądajcie proszę do Wikipedii ani w ogóle do internetu, żeby zobaczyć jak wygląda taka plama mongolska. Są tam odrażające zdjęcia skóry zmienionej chorobowo, tymczasem prawdziwa plama mongolska to nie choroba i nie znamię, tylko delikatne przebarwienie skóry, która pozostaje gładka i zdrowa.

Bomba emocji 2

krolochlani IV poprawkaKatarzyna Kulikowska
Kolejne wiersze z tomiku ,,Bomba emocji”

Jenny

Telefon milczy
Kolec ciszy rani mnie
Powietrze wokół kamienieje
Zamknięta w kamieniu
napełniam się białym niepokojem

Darkowi Bartelowi

Jesteś oceanem wzburzonym
Okrywasz mnie skrzydłami mew
Twoje słowa jak delfiny płyną ku mnie
Kiedy ocean wyschnie
zginą delfiny, odlecą mewy
zabraknie powietrza

Jesteś rozszalałą wodą
Spadasz lawinami deszczu
Wylewasz się ze mnie rzekami, jeziorami
Moje miasto pochłaniasz i mnie

Agrestem obojętności
przekłuwasz psyche
jak ucho
Imadłem uczuć
zatrzasnąłeś
skaleczone niebo

krolochlani  V poprawkaPiotrowi Bule

Twoje słowo jak oddech królowej zimy
zamraża mnie
Jestem jeszcze jedną figurką lodową
do gry w szachy miłości
Ty jesteś mistrzem
Mówisz szach-mat
i stoję w pułapce

P.G.

Gramy w ping – ponga miłości
Ping – pada deszcz słów
Pong – strzelają pioruny spojrzeń
Między nami stół ping – pongowy płonie
Rozdzieleni ścianą ognia szukamy piłeczki

Chłopiec przechodzi przez drzwi mgły
Światło tworzy piramidy
Czarny kot na złotej ulicy
Kawałek nieba na postrzępionym lnie chmury
Niebo usłane chabrami
Czarny kot przeprowadza chłopca przez
niekończący się sen

krolochlani X poprawkaGrafika: Katarzyna Kulikowska, ilustracje do Apokalipsy

Nie ma Jaszkowic

Ciąg dalszy opowieści sprzed tygodnia

Tomasz Fetzki

7Tak czy inaczej, nie ma Jaszkowic. (…) … prawie nic. Prawie, bo paradoksalnie nie przeminęło to, co jest przemijania symbolem. Tak jak w bieszczadzkich Berehach, został cmentarz. Wprawne oko miłośnika klimatów sepulkralnych bez problemu wychwyci wśród sosnowego zagajnika lipową alejkę.

Aleja cmentarna

8Nagrobki, rozrzucone wśród drzew przez los…

9…przypadek, kto wie, co jeszcze; a przecież wyglądają tak, jakby …

10…układał je scenograf, godzien Oscara.

Wokół, otulone roślinnością leśnego podszytu, leżą nagrobki. Co jest bardziej egzotyczne: odczytywanie inskrypcji rytych cyrylicą gdzieś tam, u podnóża połonin, czy napisów kutych szwabachą gdzieś tutaj, pośród łużyckich borów? Trudno ocenić. Ale czytamy, i dowiadujemy się na przykład, że tu oto spoczywa, wraz ze swą małżonką, Generalmajor, Victor von Aigner. Tajemnicza postać. Tekst na kamieniu nagrobnym głosi, iż urodził się we Wrocławiu, zaś życie zakończył w Legnicy. Co więc go łączyło na tyle silnie z Jeschkendorfem, iż tu jego szczątki czekają dnia Sądu? Panowie generałowie lubią nieco bardziej prestiżowe miejsca wiecznego spoczynku; Colombey-les-Deux-Églises to raczej wyjątek, a nie reguła. Ale to nie jedyny sekret generała majora. Gdzie zdobył swoje generalskie szlify? Żył wszak w latach 1837-1907. Podczas wojny francusko-pruskiej? Trzydziestoczteroletni generał? Mało prawdopodobne, choć oczywiście możliwe. W Wielkiej Wojnie 1914-1918 von Aigner wziąć udziału już nie zdążył. Więc gdzie? Ciśnie się do głowy myśl nieprzyjemna, że niewykluczone niestety, iż Herr Generalmajor awansował w jakiejś wojence kolonialnej. Może z pruską skrupulatnością tępił Herrero i Namaqua? A może najniewinniejszy był to człowiek pod słońcem, zaś zasłużył się po prostu solidną pracą sztabową, pole bitwy znając tylko z opowiadań? Nie wiem, nie dotarłem do żadnych danych. Może ktoś z czytelników pomoże rozwikłać tę zagadkę. Zresztą nieważne: Gefreiter, Generalmajor, czy nawet Generalfeldmarschall. Ostatecznie los jednaki każdemu przeznaczon. Sic transit gloria mundi.

11Tyle zostało po generale majorze. Tak oto przemija chwała tego świata.

I tak przeminęła chwała Ježkojców, które stały się Jeschkendorfem, a nie zdążyły stać się Jaszkowicami.
Ludzie opuścili wioskę. Wydawałoby się, że nie będzie komu dbać o porzucone groby. Ale tak nie jest: zadbała o nie sama przyroda, która znów tutaj zakrólowała. Ona pamięta i ozdabia, jak umie. A umie wspaniale!

12Przyroda nie zapomniała – niezabudki na jaszkowickim cmentarzu.

13I kto może się równać z dekoratorskim kunsztem przyrody?!

Poza tym bądźmy sprawiedliwi: są i tacy ludzie, którzy nie zapomnieli. To wszyscy ci, pławiący się w smudze cienia, którzy pieszo i rowerami przemierzają łużyckie bory, w poszukiwaniu tego, co duszoszczypatjelne. Oni przystaną, pomyślą, czasem zapalą świeczkę (ach, pięknoduchy; przecież to środek lasu!).

14To nie „ustawka” – świeczkę zastałem już postawioną, zaś fotografię wykonałem kilka dni po Wielkanocy. Ktoś tu wtedy był.

Pozdrowienia ze smugi cienia! Zapraszamy na szlak. Tylko bądźcie ostrożni. Wraz z dziką przyrodą wróciły do Jaszkowic duchy z prastarych łużyckich legend. Choćby Wodnik czyli Wodny Muž, na Dolnych Łużycach zazwyczaj Nyksem zwany. Oj, potrafi on zwodzić wędrowców i zabełtać im w głowach! A że Nyksa spotkamy, rzecz niemal pewna: Złota Struga w ježkojskich lasach to siedziba piękna i ze wszech miar godna Nyksa. Czy ktoś zaprzeczy?

1516Nyks widziany oczyma jednego z najwybitniejszych serbołużyckich artystów: Měrćina Nowaka-Njechorńskiego.

Złota Struga w Jaszkowicach:
o, dobra rzeko, o mądra wodo…

Samotny myśliwy 3

Katarzyna Krenz

KK-Gotland3xAkwarela Gotland Katarzyna Krenz

3. Arkadia

Żył i był zdrów – to prawda. Nie czuł
głodu ani pragnienia; wyspa obfitowała
w owoce i zwierzynę, a źródła były
czyste jak łza a niesłone. Orzeźwiające.

Tyle, jeśli chodzi o fakty.

Mało – zważywszy wygodę. Stary Poeta
nie był zadowolony. Oto złoczyńcy
wyginęli, a on – ostatni ufny – ocalał.
Lecz nie rozkoszował się spokojem.

Miał ujrzeć nowe niebo i ziemię.
Także morze miało być mniej wzburzone
niż to, które zatopiło jego stary świat.
A on miał mieć wszystko, wprawdzie skromnie,
w konwencji rustykalnej, lecz zarazem
przyjemnie i beztrosko. Bezpiecznie.

Zamiast raju, napotkał niedostatki, o jakich
człowiek cywilizowany nie myślał nawet
w środku dysputy o biedzie, katastrofach
i wojnach. A te braki w zastawie stołowej:
bez sztućców, kieliszków i porcelany
o elegancji nie mogło być mowy!

Spać chodził z kurami, wstawał z pianiem
koguta. Ogień krzesał dobrą godzinę, a
zaopatrzenie i służby miejskie wciąż były
niezorganizowane. I poczta nie działała.

Zresztą, i tak nie miał do kogo napisać.

Słowo na niedzielę (wyborczą)

Ewa Maria Slaska

List do Krzysztofa Ruchniewicza
czyli odpowiedź na wpis na blogu: Walecznych 500

Drogi Panie Krzysztofie,

bardzo Pana lubię, lubiłam Pana już wtedy, gdy poznaliśmy się w podzielonym jeszcze Berlinie, a Pan był młodym magistrem. Z zainteresowaniem śledzę Pana drogę zawodową – i ze wstydem przyznaję, że o ile o szczeblach Pana kariery wiem co nieco, o Pana drodze naukowej – nic. Dzięki FB mam teraz okazję od czasu do czasu przeczytać to, co Pan napisał. I znowu – ta część naukowa mniej mnie interesuje niż to, co Pan sądzi ogólnie o świecie i o nas, Polakach i Niemcach, w nim. Zawsze lubię głosy rozsądku, wyważone opinie, klarowne wywody. To oczywiście francuskie dziedzictwo przekazane nam na trasie między Pascalem a Proustem. Wydawało mi się, że Pan też wyznaje te francuskie ideały myśli oświeceniowej, które tak pięknie reprezentował książę de Guermantes.

A tu nagle taki tekst. Walecznych 500. Tytuł rewelacyjny. Gratuluję. Bo to i oczywiście walecznych tysiąc, ale też 300 pod Termopilami.

Gorzej z treścią. Osobiście bardzo lubię cienkie aluzje i uszczypliwą ironię, której nie braknie w tym tekście, ale…

Tematem, który został przez pana ironicznie i uszczypliwie potraktowany jest ilość polskich organizacji w Niemczech i działających w niej osób. Kąśliwie informuje Pan swoich czytelników, że organizacji jest około stu, a zrzeszone są w pięciu organizacjach parasolowych czy, jak to mówią Niemcy, dachowych. I tych sto organizacji, skupiających około 25 tysięcy członków, porodziło jak góra z wysiłkiem wielkim przysłowiową mysz, czyli 500 działaczy.

Panie Krzysztofie, nie komentuje Pan tego dalej, ale uszczypliwości pozwalają dokładnie zrozumieć, że wnioski z tego wyliczenia są dwa. Dwa A.
A czemuż to Polacy się nie angażują w działalność polonijną?
A co tych 500 ma do powiedzenia na temat prawie dwóch milionów Polaków, którzy mieszkają w Niemczech?

Oba argumenty są przestarzałe i zaczerpnął je Pan (nie Pan jeden, oczywiście) z repertuaru kłótni Polaków z Polakami (a może nawet ludzi z ludźmi). Nic się one od romantyzmu i Wielkiej Emigracji nie zmieniły! Polacy się kłócą. Brak im zgody! Wszystko zaprzepaszczą w tych kłótniach! I jest ich mało i nie mają prawa reprezentować NAS.

Ile razy to już słyszeliśmy. I nawet, jeśli to wszystko jest prawdą, to są to argumenty tak bez sensu i tak nie przystające, ani do czasów, ani do potrzeb. I Pan to przecież wie.

Zacznijmy od sprawy najmniej istotnej. Nie angażujemy się. No! A Pan się angażuje? Działa Pan aktywnie w jakimś stowarzyszeniu (nie mówię o instytucjach i organizacjach naukowych, bo to obowiązek zawodowy)? Założę się, że nie. Nie jest Pan (na pewno) prezesem kolonii Ogródków Działkowych im. Jutrzenki Różanopalcej, ani członkiem zarządu Stowarzyszenia Hodowców Kanarków.

Panie Krzysztofie, przecież MY się nie zrzeszamy i nie działamy, jeżeli jako działanie rozumieć działalność stowarzyszeniową. Nawet jeżeli gdzieś należymy, a nawet, jeśli jak ja, coś sami założymy, jakieś stowarzyszenie czy coś w tym rodzaju, to po to, żeby coś ZDZIAŁAĆ, a nie żeby DZIAŁAĆ! Nie działamy. Koniec. Kropka. To po co nam z tego robić zarzuty? nam i innym.

Dobrze, zakończmy ten punkt. Kolejna sprawa – ilość. Ilu nas jest?
Czy muszę pisać, że od czasu elekcji viritim odeszliśmy już od modelu, że wszyscy mają o czymś decydować, ustaliliśmy, że demokracja jest systemem przedstawicielskim, czyli, że w gruncie rzeczy to mniejszość decyduje o większości, a my ją do tego co cztery lata (jak chociażby dziś) upoważniamy i wierzymy bądź chcemy wierzyć, że robi to w jak najlepszej wierze. Oczywiście wiedząc dobrze, że nie zawsze tak jest.

Dalej. Czy mi się wydaje, czy ludzie nigdy nie są jednomyślni? I że już się dawno nauczyliśmy, że nie muszą być jednomyślni, ale muszą wypracować wspólny konsensus.

I wreszcie: przecież oboje dobrze wiemy, że Najważniejsze musi być przez nas wszystkich traktowane jako Najważniejsze. First things first, jak mówią Anglicy.

A najważniejsze dla nas, Polaków w Niemczech, nie jest to, czy mówi się o nas z przekąsem i z pogardą marszcząc nos, tylko czy uzyskamy faktyczne prawa mniejszości narodowej, nawet jeśli z przyczyn historyczno-prawnych nie przysługuje nam tu nazwa „mniejszość”.

I to i tak już jest bardzo pięknie, że po prawie 200 latach emigracji Polaków z Polski do Niemiec powoli możemy się zbliżyć do sytuacji, w której zarówno polityk, jak i urzędnik niemiecki zrozumie, że JESTEŚMY grupą, której przysługiwać powinny prawa takie same, jak te, które PRZYSŁUGUJĄ MNIEJSZOŚCI. Bo wtedy będziemy mogli wreszcie rozwiązać nasze ważne problemy – np. problem nauki polskiego w szkołach dla dzieci z rodzin polskojęzycznych.

Na pewno Pan czytał książkę Anny Poniatowskiej pt. Polacy w Berlinie. Ileż tam czasu i farby drukarskiej poświęcono tematowi, jak i gdzie dzieci mają się uczyć polskiego, najpierw w obliczu zakazów i prześladowań, a potem po prostu w konfrontacji ze zwykłymi codziennymi niemożnościami. Bo to nie tylko polityka może być przeciw nam, często jest to po prostu życie. Kto ma odwieźć dziecko do punktu szkolnego? Jak wygospodarować na to czas? A jak pieniądze? I dokąd je odwieźć? Do kościoła? Do PTS Oświata? Do szkoły przy Ambasadzie? To wszystko miłe działania tej czy innej grupki entuzjastów. Nie obejmą wszystkich, punkty nauczania są za daleko, efekty nauczania nie zawsze zostaną oficjalnie potwierdzone, a to się dziecku w jego przyszłym życiu zawodowym może przydać. Każda szkółka niedzielna czy wieczorna to ważna sprawa, ale żadna z tych form działania nie jest elementem stałym i pewnym systemu edukacyjnego.

Tak naprawdę od dawna wiadomo, że jedynym sposobem jest rozwiązanie systemowe. Język polski, podobnie jak chiński czy wietnamski, powinien się stać częścią systemu edukacyjnego Niemiec. Tego Polska nie może załatwić na terenie innego kraju, choćby chciała (a nie chce). To trzeba wymusić na Państwie Niemieckim. Wszędzie tam, gdzie są dzieci, które muszą / powinny / chcą się uczyć swego ojczystego języka, trzeba im to umożliwić. W każdej placówce edukacyjnej – od przedszkola do matury. Trzeba to umożliwić finansowo i organizacyjnie. To jest jedna z podstawowych spraw, o które toczymy bój. Do tego chyba nawet nie potrzeba 500 Walecznych, być może wystarczy trzech, trzy lub troje, ale muszą oni wiedzieć, że My też tego chcemy, a Wy (ci z Polski) moglibyście ich w tym wesprzeć, a nie nad nimi wydziwiać.

Serdecznie pozdrawiam
Ewa Maria Slaska

Wiersze majowe

Już kiedyś był tu jej wiersz pszpsz. Chciałam, żeby przysłała jakieś nowe. Ale nie przysłała. Mówi, że nowych już nie ma. Za to przyjechała do Berlina. I przywiozła pomysł na imieniny. Jej imieniny. Możemy w jej dawnych wierszach na jej dawnym blogu odszukać jej dawne wiersze majowe. Imieninowe. Z najlepszymi życzeniami! Choć po prawdzie są te wiersze wcale nie imieninowe. I z różnych dni. Ale też w imieniny. Rok był 2008. W maju te imieniny są pięć razy!

Najlepszego, Honti!

Honti

czym żeśmy
13 maja 2008

po czym poznać żeśmy lepsi?

po
do obiadu pepsi,
różowej komórce,
z metką na rękawie kurtce,

opasce z lotniska,
aparacie z pyska,
słonecznych okularach,
metr dwadzieścia w barach.

lub w talii coś połowę.
pij wodę-tę-sodowę.

reklamówce z Harrods.
ta z LIDLa
nie uskrzydla.

nie polski – easteuropejski.
łamany, lecz angielski.

że co? że boli?
18 maja 2008

jeszcze trzy dni temu
przyglądał się niezobowiązująco
odbiciu na ścianie.

trzy noce temu
obliczał nie-wszystkie za i przeciw za
trzydziestu trzech lat.

trzy popołudnia nazad
niedokładnie wiedział, co zamówić na lunch.
za długo był dyrektorem kreatywnym.

trzy myśli temu
jeszcze mógł pozwolić powróżyć sobie z fusów.

ale życie się w nim uparło.
musiał zobaczyć to mieszkanie.
Canary Wharf nie Manhattan, lecz
sto pięćdziesiąt tysięcy rocznie w papierkach
z podobizną Her Majesty
dawało mu jakieś tam prawo wyboru.

agent, profesjonalnie wtyłkowkrętły,
recytował zalety niedociągnięć.

wyskoko? doskonale pan wie,
iż oznacza to niezakłócony widok
na wodę, na powietrze, na co pan sobie życzy.

życzyłbym sobie wykonać rozmowę.
via aparat publicznointymny.
czy mógłbym na chwilę zostać sam?

został.
nie został.

pofrunął.

pasa żer
22 maja 2008

siedział to siedział.
w pociągu – ni kara ni zbrodnia.

czytał to czytał.
każdemu wolno udawać.
kogoś dwustopnie lepszego.

międlił to międlił.
papier cierpliwy.
cierpiący, nie płacze.

i tylko, i czemu tak stukał.
i pukał. i chrzęścił-chrobotał.
i stękał. i dmuchał.
i wiotczał. i motał.

jakby się w wynajętym
wnętrzu
zakłopotał.

aż cud, że się zdążył
poskładać na czas.

prrr… srebrna kobyło.
nie było tu nas.
Share on facebook
Share on twitter Share on email
Kategorie: Bez kategorii Napisz odpowiedź
wygryzki
19 maja 2008

nie będę o tym, czego u nas w bród.
bo tutaj, by się odkleić bardziej.
jestem.
między Innymi.

odgrzewana nowostka,
a noe wśród newsów.

noszą go kasjerzy,
maści wszelkiej.

ekspedientki nabożnie odliczające.
godziny do wyjścia.

wszechobecny pod adresem nibypanów.
telepatów. wiatrołapów. rowerzystów.

i naucznych uczycielek.

naprawdę.
zaprawdę, powiadam wam.

o brudzie za paznokciami!

żałobo
straconych złudzeń!

wygryź się sam.

bim.
bam.

światłowidy
25 maja 2008

otwierasz pierwsze oko.
pada.

otwierasz drugie oko.
pada.

otwierasz trzecie okno.
kontynuakcja.

udomów.
co się będziesz prządł
między niewiastami.

one i tak odsypiają
mroczne zakamarki
duszy.

odpuszkuj
życie.

jeszcze raz.

mamma mia
26 maja 2008

wnętrze dnia, w którym odeszła.
przedsionek piekła.

zostawiła naleśniki
i pomidorową.

zagryzka bólu.

nie do przełknięcia.

*

ucałuj jej skronie.
póki jest.

*

belfer w belfaście
28 maja 2008

awans. na terrorystkę.
wystarczyło założyć wolnomyślicielskie kwiaty
i (zbyt) bezpośrednio spojrzeć pani na bramce.

za karę bosonogi pajacyk na oczach lotniska.
a ta mi masaż poszukiwawczy
wzdłuż i wszerz.

jakby mało mój wiarołomny plecak
pipnął też.

wiwsekcja teatralnie nierealna.
remanent likwidacyjny sytuacji.

siedem głównych
do połknięcia zanim spuści
głowę.

niech się zdaje, że prawie
mnie mieli.

poza tym miasto czyste. europejskie.
cienie IRA suną śladem Titanic’a.
wszystka people bardzo miła.
porzucanie odpadów nagradzane wyszczupleniem
konta o pięć-zero.

przyjemna podróż.
zielono mi.

za pensy dwa.
tax free.

* http://www.titanicinbelfast.com

hania
29 maja 2008

Hania przyjmowała do wiadomości.
no, przyjdźże do mnie na kawę, przyjdziesz?
zadzwoń. kilka razy. bo mogę być na strychu.

Ania ma 53 lata.
o wiele dalej niż trzy, pięć, a nawet trzydzieści pięć.
kiedy to było…

Nia. wiesz, jak to jest mieć anioła stróża?
gotowego przybiec, choćby na skrzydłach.
odgadującego życzenia skołatanych dusz
i nienajzdrowszych ciał.
rozdającego czas z hojnością monarchy.

Ia byłam za daleko.
brakło jak się masz.
zawsze-oczywiste.

co z tego, że wiosna. i córki. i cały ten kram.
zbyt gęsta mgła niebytu dokoła.

A.a.a.

znaleźli ją.
była na strychu.

 

Zmień Polskę na zieloną

ul_ewa_sufin_NET-2Ewa Sufin-Jacquemart

Szanowni Państwo,

już w najbliższą niedzielę, 25 maja, odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego.

Po raz pierwszy będziecie Państwo mieli możliwość głosować na Zielonych, występujących wraz z partnerami pod własnym szyldem jako KW Partia Zieloni, lista nr 12.

Zwykle niewiele Polek i Polaków uczestniczy w wyborach europejskich, a przecież zdecydowana większość krajowych przepisów jest prostym wdrożeniem dyrektyw wypracowanych w Unii Europejskiej. Ponadto traktat z Lizbony nadał Parlamentowi Europejskiemu nowe uprawnienia i dziś Parlament współuczestniczy w procesie legislacyjnym z Radą Europejską, czyli z rządami krajów członkowskich.

Te wybory będą ważne, gdyż zadecydują o naszej przyszłości. Kryzys ekonomiczny spowodował pogorszenie i tak trudnej sytuacji dużej części Polaków i Polek, szczególnie młodych ludzi i osób powyżej 50 roku życia. Spowodowało to nową falę emigracji, w dużym stopniu do innych krajów Unii.

W kraju, gdzie państwo nie daje obywatelom bezpieczeństwa zatrudnienia i opieki socjalnej, gdzie zasiłki dla bezrobotnych są symboliczne, renty inwalidzkie uzależnione od okresu składkowego, gdzie brak jest dostępnych żłobków i przedszkoli, szczególnie kobiety są w trudnej sytuacji, gdyż to one pełnią tradycyjnie funkcje opiekuńcze wobec dzieci, osób chorych i niepełnosprawnych czy osób starszych, których opieki odmawia neoliberalne państwo. Podwyższenie wieku emerytalnego kobiet z 60 do 67 lat postawiło w bardzo trudnej sytuacji seniorki, szczególnie te z uboższych rodzin, skazane na pomoc rodziny lub biedę. Niewątpliwie te które mają jeszcze dobra kondycję fizyczną znajdą się również na emigracji.

ul_ewa_sufin_NET2-1A Polacy bardzo chorują i aż 25% zgonów to zgony na raka. Poza bankami, to apteki stanowią najczęstsze punkty usługowe w polskich miastach. W polskiej polityce nie dostrzega się związku między zdrowiem obywateli a stanem środowiska. Ministerstwo ochrony środowiska przestało je chronić i wyrzucono „ochronę” z jego nazwy, zamieniając je w agencję gospodarczą promocji energii z atomu i z gazu z łupków. Plany ochrony stref Natura 2000 tylko w niewielkim procencie są zrealizowane, plany zarządzania Głównymi Zbiornikami Wód Podziemnych dopiero zaczynają być opracowywane, w związku z czym bezmyślnie wydano na wielu z nich pozwolenia na stwarzające zagrożenia dla wody pitnej odwierty w poszukiwaniu gazu łupkowego.

Polska musi, wzorem Niemiec, dokonać zmiany modelu rozwoju. W polskich szkołach uczy się młodzież, że przyczyny zmian klimatu są przedmiotem „kontrowersji naukowej”, uzasadniając przywiązanie Polski do gospodarki w starym stylu, energochłonnej, opartej na paliwach kopalnych – węglu, gazie, ropie i na niebezpiecznej, budzącej coraz większy opór społeczny energetyce jądrowej. Likwiduje się coraz bardziej koleje i transport publiczny, rozwijając w zastraszającym tempie transport drogowy. Smog w miastach przypomina niektóre kraje rozwijające się, a nie europejskie zielone metropolie.

Aby oddziaływać na świadomość ekologiczną Polaków i inspirować polityków, potrzeba jest w polskiej polityce partii Zielonych. Zieloni (Greens) są najbardziej progresywną grupą w Parlamencie Europejskim, walczącą o zrównoważony rozwój, żywność dobrej jakości, obywatelską energię odnawialną, ale też o Europę solidarną i socjalną, o gospodarkę społeczną i solidarną, przyjazne warunki dla wspólnot i kooperatyw, grup producenckich i spółdzielni, jednym słowem o gospodarkę opartą na współpracy i solidarności obywateli, a nie na konkurencyjności i rywalizacji zwalczających się bezwzględnych korporacji. Zieloni walczą też o tolerancję – równe prawa dla wszystkich obywateli, równość kobiet i mężczyzn, prawa wszelkich mniejszości – narodowych, seksualnych, religijnych, osób niepełnosprawnych. Wreszcie Zieloni walczą o transparentność i demokrację obywatelską – uznanie referendów lokalnych i narodowych za wiążące, prawo społeczności lokalnych do sprzeciwiania się ekstremalnym inwestycjom degradującym trwale ich środowisko, uproszczenie i rozszerzenie zakresu Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej. W polityce zagranicznej Zieloni wzywają do dyplomatycznego rozwiązywania konfliktów i interwencji pokojowych wyłącznie w oparciu o decyzje wielonarodowe, w szczególności rezolucje ONZ.

Szanowni Państwo,

jako była emigrantka (25 lat we Francji) i konsulka (2007-2011 w Luksemburgu) bardzo dobrze rozumiem problemy Polaków mieszkających za granicą. Za granicą spędziłam prawie połowę mojego życia. Jako dyplomatka poznałam kulisy polskiej polityki, z jej archaicznym, nie służącym przyszłym pokoleniom modelem. Dlatego gdy wróciłam trzy lata temu do kraju odnalazłam polską partię Zielonych angażując się w jej działania i zajmując się zarządzaniem zieloną fundacją Fundacja Strefa Zieleni.

Zapraszam do głosowania na Zielonych, lista nr 12.

Z uszanowaniem

Ewa Sufin-Jacquemart

 

Wykłady profesora Dąbrowskiego. VII. Medycyna ludowa 2

Ryszard Dąbrowski

Uwierzcie mi, to już naprawdę ostatni tekst Ryszarda wprowadzający nas w życie i czary babci autora – tatarskiej szamanki Antoniny

Istniały pewne rośliny, które zgodnie z panującymi wierzeniami, należało nosić przy sobie, aby chroniły przed zachorowaniem. Tego typu magiczne właściwości przypisywano między innymi: korzeniowi przestępu i dziurawca, oraz liściom i korzeniowi biedrzeńca. Przestęp hodowano w przydomowym ogródku aby chronił obejście przed czarownicami.

jaskryLekami pochodzenia zwierzęcego były: tłuszcze z borsuka, jeża i niedźwiedzia oraz psi i wieprzowy smalec (zewnętrznie do nacierania przy zapaleniu oskrzeli, wewnętrznie przy chorobach płucnych, szczególnie gruźlicy), smalec z gęsi, kury i królika (do nacierania przy bólach powstałych w wyniku zaziębień oraz od zawiania). Wszystkie te tłuszcze były także składnikami różnych maści.

Ponadto stosowano mleko kobyle, kozie i krowie (zewnętrznie do przemywań i kompresów przy przeziębieniach oraz stanach zapalnych płuc i oskrzeli, wewnętrznie na gorąco z miodem i masłem przy przeziębieniach i schorzeniach dróg oddechowych, zwłaszcza kaszlu), kożuchy z mleka (przeciwko wrzodom i jęczmieniu na oku), zsiadłe mleko (jako okłady na opuchnięcia), śmietanę i masło (jako składnik maści) oraz sery (zewnętrznie do okładów przy stanach zapalnych i gorączce, wewnętrznie w celu ułatwiania zrastania kości) i serwatki z mleka (zewnętrznie jako kompresy przy bólach reumatycznych, stłuczeniach, bólach głowy, wewnętrznie oczyszczająco przy przeziębieniach, chorobach wątroby i nadkwasocie).

Z organów zwierzęcych stosowano żółć wieprzową (jako nalewkę na spirytusie przeciwko dolegliwościom żołądkowym i zatruciom) oraz żołądek cielęcy (do okładów przy chorobych oczu).

Żółtkami jajek utartymi z cukrem i zalanymi gorącym mlekiem leczono przeziębienia i choroby krtani. Surowym białkiem okładano oparzenia i stłuczenia.

Miód był powszechnie stosowany w stanie czystym oraz łączony z wodą, mlekiem, masłem, wywarem z ziół i alkoholem w wielu schorzeniach a szczególnie dróg oddechowych i serca.

Znaczenie lecznicze posiadała także pajęczyna (sama w sobie lub ugnieciona z chlebem do leczenia ran) oraz mrówki (które po zalaniu spirytusem służyły do nacierania przy reumatyzmie a chore części ciała wkładano też do mrowiska w celu pokąsania).

Mocz ludzki i zwierzęcy używany był do okładów przy zwichnięciach i spuchnięciach oraz do dezynfekcji ran i skaleczeń. Terapeutyczne stosowanie środków pochodzenia zwierzęcego wymagało specyficznej wiedzy i dużego doświadczenia.

Leki pochodzenia mineralnego to: sól (zewnętrznie do kąpieli przy przeziębieniu i przeciwko bólom reumatycznym, wewnętrznie jako roztwór do płukania gardła przy stanach zapalnych), glina (do leczenia ran), nafta (zewnętrznie do nacierania przy odmrożeniach i bólach gardła, wewnętrznie po 3-4 krople dziennie przy chorobach nowotworowych), siarka (jako składnik maści do leczenia chorób skóry).

Duże znaczenie w lecznictwie ludowym miały także zabiegi hydroterapeutyczne przy pomocy wody i rosy (przy chorobach krążeniowych i reumatycznych) oraz inhalacje.

W wielu sposobach leczenia, takich jak stawianie baniek [suche – bez przecinania skóry oraz mokre – z nacinaniem lub zadrapywaniem skóry w miejscu postawienia bańki](stosowano w przypadku chorób dróg oddechowych i przeziębieniach połączonych z nieżytem, kłuciami i temperaturą), puszczanie krwi, przystawianie pijawek (w celu upuszczenia „zepsutej krwi” przy uporczywych bólach głowy i nadciśnieniu) dużą rolę odgrywała wiedza empiryczna.

Ortopedzi „naprawiający” wywichnięcia, zwichnięcia, złamania kości musieli posiadać wrodzoną zdolność manualną oraz dużą wiedzę praktyczną i doświadczenie umożliwjające im prawidłowe wykonywanie tych zabiegów. Stosowano również masaże palcami, dłońmi, pięściami i stopami, oraz okłady z żywicy, gorących kamieni, piasku, owsa lub ziemniaków (przeciwko kolce i bólom stawów) a także nacieranie terpentyną lub spirytusem.

Wielu tym metodom leczniczym towarzyszyło wykonywanie magicznych gestów oraz wypowiadanie odpowiednich tajemnych czarodziejskich formułek lub wykonywanie znaków krzyża i modlitwa. Miało to spotęgować skuteczność leku oraz zabiegów leczniczych. Niekiedy stosowane było jako jedyny środek np. w przypadku zażegnywania i odczynania (zamawiania) choroby. Aby formułki były skuteczniejsze należało je zwielokrotnić. Przy tej procedurze często używano liczb 3 i 7 podnoszonych do drugiej, trzeciej a nawet wyższych potęg. Wierzono, że w magicznych formułkach i modlitwie tkwi tajemna siła o potężnym działaniu, która zażegnuje złe duchy a dobre zjednuje. Najlepszą porą do zamawiania była północ, a w dalszej kolejności świt i zmierzch. Leczenie najlepiej było przeprowadzać podczas pełni i ubywającego księżyca. Nie powinno się zaczynać leczenia w poniedziałek i piątek. Leki najlepiej było przyjmować przed wschodem słońca lub po zachodzie, bo wtedy najsilniej działają czary mające wzmocnić ich skuteczność. Zioła należało zbierać o świcie.

rumianek

Kilka osobnych zdań należy poświęcić kołtunowi. Wiekami uważany on był za chorobę, a nie skutek nie przestrzegania higieny osobistej. Gdy kołtun „dojrzał”, należało go ściąć, czego dokonywali specjaliści tzw. gościarze przy pomocy specjalnych narzędzi z zachowaniem mistycznej, skomplikowanej teatralnej procedury. Później kołtun musiał być spalony, złożony przed kościołem lub niszczony na specjalne sposoby. Należało zapobiegać dostaniu się kołtuna w niepożądane ręce. Szczególnie czarownice mogłyby go użyć do praktyk powodujących choroby ludzi.

W miarę rozwoju wiedzy i higieny osobistej kołtun zniknął z głów ludzkich. Rolę jego przejął „mini kołtun”, kulka własnych włosów noszona w lnianej szmatce w dołku piersiowym, która po upływie ściśle określonego czasu musiała być odpowiednio zniszczona. W załeżności od regionu należało ten mini kołtun zakopać pod pojedynczym drzewem koło kościoła, niekiedy wkładało sie do niego przedtem trzy grosze. W innych regionach wkładało się do mini kołtuna pieniądz i kładło na drodze. Ten, kto się po ten pieniądz schylił, „przejmował” na siebie chorobę właściciela włosów.

Ludność wiejska ze względu na ciężką pracę i niedożywienie, była słabo odporna i podatna na szereg chorób. Nieracjonalne odżywianie, szczególnie podczas nieurodzajów i powodzi oraz zbyt duże spożycie wieprzowiny wywoływało wrzody żołądka i dolegliwości wątroby. Wilgoć w domach i ciągła praca na dworze sprzyjały przeziębieniom i reumatyzmowi oraz gruźlicy. Wszystko to powodowało ciągły przypływ pacjentów różnego rodzaju uzdrowicielom.

W XX w., kiedy zaczęła dominować wiedza o powstawaniu chorób powodowanych bakteriami i mikrobami lub zakłóceniem biochemicznego funkcjonowania organizmu, w medycynie ludowej zaczęły zanikać magiczne elementy leczenia oraz przekonanie o wpływie zjawisk nadprzyrodzonych na choroby. Wymieranie starych terapeutów i zachorów, brak następców, postępy medycyny oraz przemiany społeczne, kulturowe i polityczne przyczyniły się do zaniku ludowych praktyk leczniczych. Proces ten pogłębił się od 1972 roku, kiedy to w Polsce objęto bezpłatną opieką medyczną rolników i ich rodziny.

Ze starych technik medycyny ludowej zachowało się do dziś wiele elementów i praktyk, także i tych magicznych, szczególnie w często stosowanym samolecznictwie. Niekiedy z wiarą i przekonaniem w ich skuteczność, ale jakże często w myśl zasady; nie zaszkodzi ale może pomoże.

Literatura:
– „Prace komisji etnograficznej Polskiej Akademji Umjejętności, Nr 12”
– Biegeleisen H. , „Lecznictwo ludu polskiego”, Kraków 1929
– Kolberg O. „Lud” Tom XXI, Cz. II, Kraków 1888
– Miesięcznik „Wisła”, Kraków, tom IV-1890, tom V-1891, tom X-1896
– Tylkowa D. „Medycyna ludowa w kulturze wsi Karpat polskich, tradycja i współczesność”, Wrocław 1989

Zamiast felietonu (1)

Zbigniew Milewicz

Demo

Nie wiem dlaczego, ale w Monachium, a pewnie także w innych miastach Bundesrepubliki, różne demonstracje odbywają się głównie w soboty. Większość zakładów pracy wtedy nie pracuje, więc czas na igrzyska jest właściwy i łatwiej dostać wymagane zezwolenie od ratusza, a może policja w soboty nie jest zbyt zapracowana i chętniej ochrania takie zgromadzenia, ale pewnie się mylę.W imię demokracji, która nad Isarą kwitnie pięknie, jak bez w maju, demonstruje się przeciw i za, ale częściej przeciw, w sprawach przeróżnych, większej i mniejszej wagi, ale zawsze słusznych. Bywa, że demonstrujący nie za bardzo wiedzą, o co chodzi, kiedy z ciekawości pytam o powód pochodu; koleżanka, albo kolega zachęcali, żeby się dołączyć, więc to zrobili, co będą w domu przed komputerem siedzieć, pogoda ładna, można pochodzić.

Ewa demo 4

EMS: Zdjęcia z “demo” w Berlinie a nie w Monachium, ale co za różnica. 11 maja. Protestujemy przeciw “niesłusznej” energii (węgiel, atom, ropa) i opowiadamy się za słuszną (wiatr, woda, zielenina) – pływamy łódkami, stoimy nad rzeką, niektórzy nawet siedzą na leżaczkach i popijają piwo lub kawę. 

Siedzę w mc’cafe na Stachusie, popijam aromatyczny napój i patrzę na kolejne demo, pewnie chodzi o jakąś lokalną sprawę, bo uczestników niewielu, może pięćdziesięciu. Asekuruje ich z marszu dziesiątka policjantów, nie licząc sił zmotoryzowanych, jedno bmw jedzie na przedzie, drugie zamyka pochód, a co sobie będą żałować, w końcu ja płacę za tę ochronę, z moich podatków. Być może są to aktywiści i sympatycy z towarzystwa ochrony zwierząt, bo zarówno kobiety, jak i mężczyźni mają na głowie ludowe kapelusze, kompletnie pozbawione typowych dla nich ozdób, a więc m.in. kit bobrowych, kogucich piór, czy morskich muszelek. Wcześniej w monachijskiej prasie „pisało”, że towarzystwo zwiera szeregi, żeby zaprotestować przeciw niehumanitarnemu męczeniu i zabijaniu zwierząt w imię ludowych tradycji w modzie. Koguta boli, jak mu się z ogona pióro wyrywa a bóbr i morska małża tudzież ślimaczek muszą za Oktoberfest zginąć – ubolewał autor tekstu.

Ewa demo1

W pełni z nim się zgadzam, ja bym nawet poszedł dalej. Dlaczego by nie zorganizować protestu przeciw ludzkiej śmierci? Mogliby wziąć w nim udział nie cierpiący specjalnie chorzy, których dni są policzone i starcy o młodych duszach. Nawiasem mówiąc, w ramach prewencji, na oddziałach położniczych szpitali wywiesiłbym transparenty z napisem, że narodziny grożą śmiercią (podobnie, jak palenie tytoniu). Równolegle do takiej manify mogłoby pójść demo dzieci nienarodzonych, protestujących przeciw narodzinom, jako takim. Gdyby udało im się nie urodzić, nie musiałyby później umierać. Śmierć straciłaby w obydwu przypadkach swój ponury fach, stanęłaby dalsza rozbudowa piekła, a raj, w którym jest i tak mieszkań sporo, zorganizowałby wtedy może jakąś ich wyprzedaż po promocyjnych cenach. Tylko że – dla kogo?

Jaszkowice – reportaż poetyzujący

Tomasz Fetzki

Ponieważ to mój literacki debiut, najpierw skreślić muszę kilka słów niezbędnego wprowadzenia. Kocham literaturę, ale na co dzień zajmuję się tekstami naukowymi. I raz po raz stwierdzam, że ten szpagat pomiędzy nauką a sztuką to moje przekleństwo: dobrym naukowcem nie będę, bo mnie co rusz ponosi skłonność do zabawy słowem, prawie do pajacowania i w efekcie, zamiast prowadzić naukowy dyskurs, zaczynam opowiadać bajki; zaś dobrym literatem też nie będę, bo mi skrzydła fantazji pęta skłonność do systematyzowania oraz zakorzeniania wszystkiego w faktach potwierdzonych źródłowo. No trudno, artystą nie, ale może przynajmniej dobrym rzemieślnikiem mam szansę zostać – tacy też są potrzebni: ostatecznie nie codziennie je się muffinki i bezy, czasem można, a nawet należy, przegryźć uczciwego, ciemnego razowca (coś wspominałem o pajacowaniu…).
I w myśl powyższych refleksji już wiem, że mój tekst na blog to nie będzie ani rozprawka naukowa, ani misterna miniaturka prozy poetyckiej (jak mi się marzyło), a po prostu… reportaż. Chciałoby się rzec – reportaż poetycki, ale na miano autora takowego trzeba zapracować – więc zgódźmy się na „reportaż poetyzujący”. Dodam (ta skłonność do pajacowania jest silniejsza ode mnie), że jeśli tekst się spodoba czytelnikom, nie dopuszczę, aby został jedynakiem.

Jaszkowice – reportaż poetyzujący

Niektórzy, trudno powiedzieć czemu, nie wchodzą w smugę cienia około czterdziestki, ale tkwią w niej właściwie od zawsze. A jeszcze jak się zdarzy, że ktoś taki dorastał w jednym z miast na Ziemach Odzyskanych, to mamy nieuchronny efekt w postaci wrażliwości na wszystkie ślady dawnych katastrof dziejowych. I wyczulenia na to, co uzmysławia presję przemijania: stare niemieckie napisy (odkrywane choćby i na płytach otworów kanalizacyjnych), zatarte tablice epitafijne, pocztówki z dawno minionymi krajobrazami. I mamy skłonność do kosztowania smaczków smuteczku.

Kiedyś zdarzyło się, że ktoś taki, smugą cienia okryty, wyruszył „młodzieńcem będący” w podróż na ówczesne krańce świata, na drugi koniec Polski, w dzicz. Wtedy, w połowie lat osiemdziesiątych strasznego wieku dwudziestego, Bieszczady to jeszcze naprawdę była dzicz. Owszem: do Soliny czy Polańczyka dotarła jakaś cywilizacja: hotele, przystanie, ale dalej? Ale na południe od Otrytu? Pustka, bezkres połonin, dziurawe drogi i lasy, lasy, lasy… Całe zbocza pokryte szarą olszą, która, jak wiadomo, porosła dawne pola uprawne. Pola, których nie było już komu uprawiać. Bo Zmierzch Bogów, akcja „Wisła”, łuny pożarów. Zostały nazwy, brzmiące cokolwiek egzotycznie: Berehy, Rosochate, Tworylne. Tylko nazwy. Wioski umarły.

Nooo, dla tkwiącego w smudze cienia takie miejsca to gratka nie lada! Dalejże myszkować po zaroślach i szukać resztek fundamentów spalonych domostw. Odczytywać z trudem i zdziwieniem zatarte napisy cyrylicą kute w kamieniach nagrobnych. Rozkoszować się nostalgią. A wieczorem wzruszać niemal do łez, gdy przy ognisku ktoś z wielkim przejęciem (co do kunsztu, to różnie bywało…) zaczynał śpiewać:
W rozstrzelonej chacie rozpaliłem ogień…
I dalej tęsknie zawodził:
Święty Mikołaju, opowiedz, jak tu było
Jakie pieśni śpiewano, gdzie się pasły konie
A potem zgrzytały te słowa dziwnie nieprzyjemne:
A on nie chce ze mną gadać po polsku
Z wypalonych źrenic tylko deszcze płyną
Starcze, nauczę twoje dziecię po łemkowsku
Będziecie razem żebrać w malowanych wioskach.

Wtedy nie wiedziałem, ani nie rozumiałem: co za żale ma do nas Swjatyj Mykoła, że taki nieprzejednany. Potem dowiedziałem się. Ale dalej nie rozumiem. W ogóle mam wrażenie, iż człowiek z wiekiem tylko po to więcej wie, żeby więcej mieć do nierozumienia.

W każdym razie z pewnością wiem więcej. Na przykład to, że nie trzeba jechać na drugi koniec kraju, na ukraj, żeby móc się pławić w wytrawnej nostalgii smugi cienia. Bo Zmierzch Bogów miał iście kosmiczny wymiar i pozostawił ślady w wielu miejscach. Umarłe wioski można znaleźć nie tylko w Bieszczadach. Są i na zachodzie. Na Ziemiach Odzyskanych. Na Łużycach.

Między Żarami a Żaganiem też tylko lasy, lasy, lasy… Głównie bór żywicą pachnący. Ale nie pozwól, by ta woń pogrążyła twą czujność w drzemce. Nagle, nie wiadomo kiedy, wśród swojskich sosen pojawia się… no owszem, iglak, ale trochę nie z tej bajki. Ba, nie z tego kontynentu. Cyprysiki na niżu środkowoeuropejskim nie rosną. Chyba, że ktoś je posadzi. Na przykład w przydomowym ogródku. Bo tu kiedyś był przydomowy ogródek! Dom zniknął, ogródka nie ma, ale cyprysik wybujał nad podziw, w potężne drzewo.

1Cyprysik pośród sosnowego boru.

2Jaki to dokładnie gatunek? Stawiam na cyprysik Lawsona – przybysza z Kalifornii. Ale może ktoś mnie poprawi?

Teraz wystarczy rozejrzeć się dokładnie wokół. Więcej tu takich gości (ujmując fachowo – gatunków introdukowanych), choćby przybysz z Turcji, czyli poczciwy kasztanowiec. U nas już zadomowiony i pospolity, ale – dalibóg – nie w środku lasu! Wszystkie te drzewa zostały posadzone: przy drodze, w ogródku, jak to na wiosce. Bo tu była wioska! I to od dawna. Dokumenty wymieniły ją pierwszy raz w roku 1381, ale oczywiście istniała dużo wcześniej. Początkowo, jak wszędzie wokół, mieszkali w niej Serbołużyczanie, a jej nazwa w języku tych zachodnich Słowian brzmiała Ježkojce. Potem, też jak wszędzie wokół, skład etniczny ježkojczan stopniowo się zmieniał. W dziewiętnastym wieku w śródleśnej osadzie Jeschkendorf mieszkali już tylko Niemcy. Jeschkendorf zwischen Sorau und Sagan. Jeschkendorf – wioska graniczna: Żary to jeszcze Dolne Łużyce (dziś uznawane wręcz za stolicę polskich Łużyc), ale Żagań to przecież już Śląsk.

3Był Jeschkendorf – stare mapy nie kłamią.

Piękna to musiała być wioska: wszędzie wokół lasy i niewielka, choć urocza rzeczka Sochre (Żarka, częściej zwana Złotą Strugą), meandrująca w głębokich jarach. Rzekł Klasyk, iż byt określa świadomość, więc aktywność mieszkańców została zdeterminowana lokalizacją. Wydaje się, iż stosunkowo wcześnie Jeschkendorf stał się, bo stać się musiał, raczej wilegiaturą, niż wioską rolniczą. Pałacyk, jakieś wille, no i kilka młynów, poruszanych nurtem Złotej Strugi.

4Stare fotografie – pewnie nie kłamią, choć nieco koloryzują: aż tak sielsko, anielsko chyba nie było.

Przecież ze zwykłą, rolniczą wioską, nie miałby raczej związków Generalmajor, Victor von Aigner (do którego jeszcze wrócimy). Byle gdzie nie rezydowałby również najsłynniejszy chyba mieszkaniec Jeschkendorfu, Oberst Friedrich von Lindeiner-Wildau, komendant Stalagu Luft III. Tak, tak: tego stalagu od Wielkiej Ucieczki, rozsławionej filmem z kreacjami takich gigantów, jak Steve McQuinn, Charles Bronson, Donald Pleasence czy James Coburn.
Daleko do „pracy” pan pułkownik nie miał: odległość Jaszkowic od Żagania to mniej niż pięć kilometrów. Zresztą przysługiwał mu służbowy samochód. Tak naprawdę ten przekąs, ukryty pod cudzysłowem, w jaki wziąłem słowo praca, nie jest do końca sprawiedliwy: akurat Friedrich von Lindeiner-Wildau zasłynął jako jeden z najbardziej ludzkich i honorowych komendantów obozów jenieckich, o czym zgodnie zaświadczali nawet alianci. Tak czy inaczej – jeńcy uciekli (krwawe tego skutki znamy), a von Lindeiner stracił stanowisko i opuścił Jeschkendorf. Ale czym to wszystko było wobec faktu, że już niecały rok później do Żagania, Jaszkowic, Żar i jeszcze dalej na zachód dotarły hordy…, o przepraszam, wymsknęło mi się!, oddziały pokój miłującej Armii Czerwonej?
No i nastąpił ten kosmiczny niemalże Götterdämmerung. A po nim – by pozostać w konwencji – równie apokaliptyczny Völkerwanderung. Większość opuszczonych przez Niemców miast i wsi zostało powtórnie zasiedlonych, ale niektóre, z różnych powodów, porzucono.
Dlaczego taki los spotkał Jeschkendorf? Działania wojenne nie zostawiły tu zniszczeń. Ponadto przecież i położenie wobec okolicznych miast korzystne, i linia kolejowa ze stacyjką, i w tak pięknych okolicznościach przyrody… Czyżby szabrownicy działali zbyt gorliwie? A może za mało osadników przybyło w te strony? Krążą legendy (dla zachowania intelektualnej uczciwości zaznaczam, iż nie znalazłem źródłowego dla nich potwierdzenia), że saperzy Ludowego Wojska Polskiego urządzili tu sobie poligon. Ponoć najbardziej znęcali się nad młynem – bo duży, murowany, aż się prosił, żeby go zaminować i wysadzić – w celach ćwiczebnych, oczywiście! Jak mówią Włosi: jeśli nie jest to prawdą, to dobrze wymyślono.

5 Młyn jaszkowicki – ofiara adeptów rzemiosła saperskiego?

Tak czy inaczej, nie ma Jaszkowic. Zostały ruiny młyna, tu i ówdzie zarysy fundamentów, kupki gruzu. Został też mostek, na niektórych mapach określany jako holenderski. Co w nim niderlandzkiego, trudno zgadnąć, ale mostek jest ładny sam w sobie, a jeszcze ładniej położony i romantycznie komponuje się ze Złotą Strugą, żwawo pod nim płynącą.

6Mostek, a Struga pod nim nie tylko Złota, ale i wartka.

Więcej prawie nic. Prawie, bo paradoksalnie nie przeminęło to, co jest przemijania symbolem. Tak jak w bieszczadzkich Berehach, został cmentarz.

Ciąg dalszy za tydzień