DOROwizna

Dorota Cygan

DOROwizna

Zgubiłam pięćdziesiątkę. Znaczy razy cztery. Więcej to czy względnie mniej w obcej walucie? To zależy, w jakiej człowiek myśli, w jakiej bilansuje zysk-wyzysk, i na jaką się rozdrabnia pod koniec miesiąca, licząc, co stracił z własnej woli, a co przeciw sobie. Była w kieszeni i nie ma. Tysiąc kroków do punktu wyjścia to w sam raz, żeby wymyślić kilka możliwych dróg niewiernej pięciodyszki. Gdzie się podziewa? Głupia jakaś. Jak się ma pięć dych na karku, to się daleko nie oddala. Okres burzy i naporu ma się dawno za sobą, a prawdziwe ekscesy i tak nas przerastają. No, nie ma, droga powrotna bez jednej poszlaki. Bezruch, dyskrecja drzew i falowanie trawy. Żadnych świadków. Może w sumie najważniejsze, by nic się jej głupiego nie stało, nie rzuciła się z mostu, nie spłynęła z rzeką do morza, niech by została w mieście, tam zawsze łatwiej się sensownie sprzedać. Dobrze, żeby nie wpadła w pokrzywy i deszcz nie spłukał jej na dno ściółki na pastwę robactwa. A może… rozwinęła się – skrzydło lewe, skrzydło prawe – i poniosło ją na dach Sprengelmuseum, gdzie dumnie towarzyszy myślom wysokiego lotu? Albo niesiona wiatrem krąży między koronami drzew udając motyla? W życiu by nie miała w moim władaniu tyle polotu! Może wiatr jej podszepnął, że nie musi być już zwykłą mamoną, której pożąda każdy prymityw, ale np dziełem sztuki, którego pożądają tylko esteci? Ktoś, kto pamiętał, że było kiedyś takie dzieło na Dokumenta w Kassel. I może właśnie w tym locie odkryła, że jej powołaniem jest wyjście z obiegu finansowego i wejście w ten lepszy, artystyczny, nieskażony pieniądzem (doprawdy, nie niszczmy jej tej iluzji!), nieuziemiony prymitywną pracą. I tak to trwało, trwało, dobre pięć minut, a potem może się jej zrobiło trochę wstyd, że się tak odcina od zwykłości, więc zniżyła lot, aż padła komuś pod nogi i oddała się przeznaczeniu. Po czym uściśnięta przez palce jakiegoś niedowiarka, rozmieniona w radosnej panice w najbliższym autobusie, pomknęła zwiedzać świat, zostawiając w obdarowanym upajające uczucie niezasłużonej nagrody.

To w sumie całkiem niezły bilans: jedna mina rozczarowana kontra druga mina uradowana plus lot pięćdziesiątki jako wartość dodana. Taka CZYSTA forma darowizny bardzo mnie przekonuje. Przypadek, darczyńca dyskretny, oszczędza obu stronom męczącej gry mięśni twarzy. Może sensownie byłoby gubić pięćdziesiątkę tak raz na kwartał? Wejść w interakcję z przypadkiem jako anonimowym pośrednikiem, dać codzienności szczyptę soli, doprawić trochę ten mdły rytuał zarabiania i wydawania, włączyć element hazardu? Jakby tak każdy z nas co raz gubił i znajdywał pieniądze, to byśmy mieli Spiel, Spaß und Überraschung na co dzień, jak głosi slogan reklamowy jajka-niespodzianki. Pomysł Wam oddaję i nie upieram się, żeby te grę nazywać moim nazwiskiem.

Poczatku bilo to Slowo…

Tomasz Fetzki

… czyli Lubanice Mikławša Jakubicy – reportaż poetyzujący

Czasem każdemu zdarza się mieć wolny dzień. Można go spędzić przed telewizorem, ale po co? Można przespać, ale jaki w tym sens? Można go też celebrować przy grillu i piwku, ale… ile można?

Korzystając z wolnego dnia wędrowiec, smugą cienia spowity, na rowerze lub per pedes wyrusza szukać w okolicy śladów, jakie pozostawiły po sobie burze dziejowe. I znajduje je! Bo też i każda, nawet najbardziej zapyziała okolica, kryje takie miejsca, gdzie historia zostawiła swoje piętno – trzeba tylko umieć je znaleźć. Nie chodzi o spotkanie z tą przysłowiową, przez Boya wyśmianą gruszką, gdzie sikał Kościuszko, ale o prawdziwe rarytasy.

Wędrowiec mieszka na Łużycach. A tutaj kiedyś się działo, że hej! Mówią: kto wiatr sieje, burzę zbiera. Pośród Łużyczan nigdy nie brakowało wiatrosiejów. Wędrowiec rusza poszukać pamiątek po jednym z nich.

Mikławš Jakubica to postać na poły legendarna, więc aż się prosi, by go reportażem poetyzującym zaprezentować. Bo dzięki temu nie trzeba odwoływać się do źródeł, które niejasne są i nieliczne. Może zresztą nie istniał? Lub raczej: żyło kilku wiatrosiejów, z których życiorysów ulepiono jedną postać? Wybierzcie sami. Tak czy owak, wędrowiec rusza do Lubanic.

1Na horyzoncie kościół w Lubanicach. Okolica spokojna, trudno uwierzyć, iż kiedyś potężnie wiały tu wichry reformacji.

Dane biograficzne na temat Mikławša (czyli Mikołaja) Jakubicy (a może Jakubika, bo i tak niektórzy sądzą) są niezwykle skąpe. Był Serbołużyczaninem, pochodził najprawdopodobniej z okolic Żar albo Lubska – badacze dochodzą do tego wniosku na podstawie faktu, iż biegle posługiwał się dialektem żarowskim języka dolnołużyckiego, charakterystycznym dla tego właśnie regionu.

Na przełomie XV i XVI wieku coraz wyraźniejsze stawały się różnice między Niemcami a Serbami, zamieszkującymi tak całe Łużyce, jak i Ziemię Żarską. Mieszczanie, zwłaszcza patrycjusze, oraz wielcy feudałowie i drobna szlachta – to byli Niemcy lub zniemczeni Słowianie. Dla Wendów pozostawała przeważnie funkcja rolników lub miejskiej biedoty. Jednak Mikławš Jakubica został w drugiej dekadzie XVI wieku mnichem w potężnym i wpływowym żagańskim opactwie augustianów. Kim więc był? Z jakiej rodziny pochodził? Może należał do nielicznej grupy Serbołużyczan, którym się lepiej powiodło. A może jego wybitne zdolności (bo o tym, że takowe posiadał, świadczą jego dokonania) zwróciły uwagę jakiegoś mądrego protektora – proboszcza albo starszego cechu, który pomógł mu wstąpić do zakonu. Nie ma na ten temat żadnej informacji. Nie wiadomo też, gdzie młody mnich Jakubica pobierał nauki, choć oczywistym jest fakt, że uzyskał gruntowne wykształcenie. Prócz łaciny i niemieckiego znał z pewnością język czeski i polski, co niewątpliwie było efektem przebywania zakonników tychże narodowości w żagańskim klasztorze. Pozostaje jednak otwartym pytanie, czy przełożeni wysłali go na studia do któregoś ze sławnych ośrodków akademickich; praktyka taka nie była przecież niczym nadzwyczajnym. Konwent dbał o wykształcenie swych członków i inwestował w najzdolniejszych spośród nich. Weźmy choćby takiego Paula Lemberga, utalentowanego syna mistrza cechu sukienników z pobliskich Żar. Pobożny opat Jodok Jäckiel, o którym napisano, że jako zwolennik surowej reguły zakazał nakładania płóciennych nocnych koszul, ustanowił codzienne msze i troszczył się o sprzęty kościelne, zatroszczył się również o to, by nie zmarnować talentów Paula i wysłał go w roku 1506 na studia teologiczne do Wittenbergi. Tam młody mnich zetknął się ze swym zakonnym współbratem, niejakim Marcinem Lutrem, także przecież augustianinem.

Musiała to być bliska i owocna zażyłość, choć Lemberg studiował nad Łabą tylko trzy lata. Już niedługo, w 1517 roku, Luter ogłosi swe słynne tezy. Zaczyna się burzliwa epoka reformacji. Zaś cztery lata później Paul Lemberg został wybrany opatem żagańskiego konwentu i natychmiast ujawnił się jako gorący zwolennik Reformy. Usiłował ją zaprowadzić w klasztorze: namawiał braci do występowania z zakonu (gratyfikował nawet pieniężnie takie apostazje), sprowadzał luterańskich kaznodziejów. Miał zresztą więcej nietypowych pomysłów. Zamiast habitu wolał na przykład nosić zbroję rycerską, co dla zakonnika, a przy tym mieszczanina z urodzenia, było dość osobliwe i zapewniło mu przydomek Żelaznego Opata.
Ale nie tylko w samym klasztorze wprowadzał Lemberg nowe porządki. Opactwo było bowiem właścicielem wielkich posiadłości ziemskich z kluczem kilkunastu wsi, w tym również położonych na północ od Żar Lubanic. Jako, że wioskę tę zamieszkiwali Łużyczanie, właśnie Łużyczanina Jakubicę – jeszcze niedawno mnicha, ale teraz już luterańskiego pastora – wyznaczył opat Lemberg do objęcia lubanickiej parafii. A może było inaczej? Może Mikołaj przebywał w Lubanicach już wcześniej, jeszcze jako katolicki proboszcz, który się później „spastorzył”? Nieważne. Istotny jest jedynie fakt, że w 1523 roku we wsi zwyciężył obrządek reformowany, wprowadzony właśnie przez pastora Jakubicę. Zgodnie z ideami reformacji głosił on wiernym Słowo Boże w ich własnym, czyli dolnołużyckim języku, a ściśle rzecz biorąc, w dialekcie żarskim, czyli żarowskim tego języka. I znalazł posłuch.

Większość Wendów nie znała języka niemieckiego, ani nie darzyła zbytnią sympatią niemieckich feudałów. Postulat Lutra dotyczący zniesienia zakonów dawał im być może nadzieję na zrzucenie jarzma zależności od żagańskich augustianów. Powodów mogło być wiele, ale rezultat był jeden: Lubanice szybko stały się protestanckie.

2Świątynia lubanicka, siedziba Pastora Jakubicy, coraz bliżej.

Nieco gorzej głosicielom nowej wiary poszło w samym Żaganiu. Większość mnichów stała twardo przy katolicyzmie. W roku 1524 Paul Lemberg został usunięty z funkcji opata, a dwa lata później w ogóle porzucił zakon. Nie wiadomo, czy te wydarzenia miały jakiś wpływ na sytuację w Lubanicach, ale w 1525 roku Jakubica opuścił swą trzódkę, a raczej został do tego zmuszony. Źródła milczą na temat miejsc, w których Mikławš Jakubica przebywał pomiędzy 1525 a 1555 rokiem. Podobno powtórnie w Lubanicach pełnił duszpasterską posługę w latach czterdziestych, podobno spędził sporo czasu w górnołużyckim Kulowie, czyli współczesnym Wittichenau, nieopodal Budziszyna. Podobno… Ale niemal na pewno wiadomo, czym się wtedy zajmował. Między 1541 a 1548 rokiem pastor Mikławš dokonał tłumaczenia Nowego Testamentu na język dolnołużycki. Przekład ten, dla którego podstawą była łacińska Wulgata oraz niemiecka Biblia Lutra, przeszedł do historii pod nazwą Biblii Jakubicy.

Poczatku bilo to Slowo,
A to w Slowo bylo podla Bogha,
a Bogh byl to Slowo,
to same bylo wot poczatku podla Bogha.
Schiczka weecz ie psches to same wuczynone,
a bes tego samego ney niczego wuczynone
to zcosch wuczynone ie.

Dzięki Mikławšowi Jakubicy Słowo po raz pierwszy w dziejach przemówiło po serbołużycku. Tradycyjnie przez wiele lat przyjmowano, iż Biblia Jakubicy została spisana w Lubanicach, prawdopodobnie dlatego, że była to jedyna miejscowość w sposób niemal pewny łączona z jej autorem. Dla tej samej przyczyny Mikławš Jakubica zachował się w pamięci potomnych jako Pastor z Lubanic. Ale tak naprawdę nie wiadomo, gdzie dokładnie powstał przekład. Za to wiadomo dla kogo: wszak dialektem żarowskim mówiono jedynie w okolicach Żar i Lubska, w Lubanicach również, rzecz jasna.
W 1555 roku Jakubica został pastorem w innej podżarskiej wsi – Lipinkach Łużyckich. Również i tu nauczał wiernych o sprawach bożych w ich własnej, wendyjskiej mowie. I z pewnością korzystał podczas nabożeństw ze swego przekładu Nowego Testamentu. Przecież tutaj także mówiono w dialekcie żarowskim. Pastor Mikławš Jakubica kierował parafią w Lipinkach do 1563 roku. W tymże roku najprawdopodobniej stanął przed obliczem Stwórcy, tam, gdzie już żaden ludzki język do niczego nie jest potrzebny.
Miejsce spoczynku Pastora z Lubanic nie zachowało się. Ale Biblia Jakubicy istnieje do dziś. Jak blisko, a jednocześnie jak bardzo egzotycznie brzmią jej wersy:

To njebjeskie kralostwo je pćirownano jednemu hospodarowi, kotory z jutra wen źeše, roboćerjow najimać do jogo winice. A jak won se z tymi roboćerjami zjedna na groš k mytu na źeń, posla won jich do swojeje winice. A pak wen źeše wokolo teje tćeśeje stundy a wupyta jinych na wikach proznych stojucy. A reknu k nim: Wy tež do mojeje winicy źiśe; a to, což prawidliwego budźe, to chcu ia wam dać. (…) Wokoło teje jedenasteje stundy won pak wen źeše a namaka jinich proznych stojucy a rjeknu k nim, co wy tudy ten caly źeń prozni stojiće? Woni rjekli k njomu: Njej nas nicht najimal. Won rjekl k nim: I wy tež źiśe do teje winice, a to, což prawjedliwego budźe, deri wam być.

Z całą pewnością nie stał bezczynnie Mikławš Jakubica i wiele się natrudził w Winnicy Pańskiej. Niech nasza pamięć będzie mu nagrodą.

I tak, ogarnięty podniosłymi, patetycznymi wręcz myślami, ani się spostrzeże wędrowiec, że oto stoi pod bramą lubanickiej świątyni. Wiele tam zobaczy! Wichry reformacji, i nie tylko one, zostawiły tu liczne ślady. Ale o tym opowie wędrowiec nie za tydzień, bo z uwagi na Apokalipsę pannie Kasi Kulikowskiej miejsca ustąpi, lecz za dwa tygodnie. W kolejnym odcinku, bo sporo ma do opowiedzenia.

3Brama wiodąca na teren kościoła. Co się za nią kryje? Ta kapliczka po prawej też ma swoje znaczenie dla naszej historii. Ale o tym za dwa tygodnie.

Samotny myśliwy 6

Katarzyna Krenz

KK-Gotland1xAkwarela Gotland Katarzyna Krenz

6. In statu usucapiendi

Stary Poeta rozejrzał się wokół.

Pierwsza myśl przeraziła go nie na żarty:
będzie musiał zacząć wszystko od początku.
Przywołać ptaki. Narysować mapy. Wytyczyć
cardo et decumanus, co już samo w sobie
było zadaniem ponad siły. A wiedział, że
tym razem Bóg, który kiedyś był osią i
ziarnem wszystkiego, już mu nie pomoże.

Albowiem bogowie żyją w nas i
wraz z nami odchodzą.

Zapragnął ukryć się, zapomnieć
o swoim nowym miejscu na ziemi
pośrodku pustego świata.

Uciec, gdyby tylko mógł uciec!

Nagi i drżący, wyruszył w głąb wyspy.
Na wydmach zebrał suche trawy,
z których splótł skrzydła. Znalazł
w dziewiczym lesie gałęzie na szałas
i kilka garści mchu na posłanie. Po wielu
nieudanych próbach skrzesał ogień – dym
sypnął iskrami przeszłości i przypomnienia.

Czyż nie tak było na początku i nie tak
miało pozostać do końca?

Zapłakał z rozpaczy. To prawda,
skrzydła szumiały natchnieniem,
szałas dawał schronienie, a ogień –
ciepło i nadzieję. Lecz przecież on,
pozbawiony świadectwa źródeł pisanych,
mógł się pomylić: pamięć bywa ulotna,
a on był samotny, porzucony

na wyspie milczenia. Ocalony.

22/23 listopada 2010

Relacja z pewnego wyjazdu

Ewa Maria Slaska

Był mroczny dzień. Wiał wiatr i było zimno. Gdy dojechałyśmy na miejsce, nad kościołem i parkiem latały stada wron. Oczywiście krakały przeraźliwie, jak to wrony. Trawniki usiane były czarnymi wronimi piórami. Kościół był otwarty ale całkowicie bez życia. Gdyby nie wikipedia nie wiedziałabym, że barokowy kościół ma za patrona świętego Jakuba. Przed kościołem nie było tablicy informacyjnej, historii, nazwy, godzin odprawiania mszy. Nic oprócz kilku dziwacznych haseł wyciętych z brystolu oraz kolorowego plakatu ostrzegającego przed gender i pedofilią. W kościele nie było nikogo, nie było też ani jednego obrazu przedstawiającego Jakuba Apostoła ani emblematów związanych z pielgrzymkami do jego grobu – muszli, kosturów, kapeluszy. W połowie czerwca kościół był udekorowany sztucznymi białymi kwiatami. Była sobota przed południem, a w mieście widać było, pojedynczo lub grupkami, zaniedbanych mężczyzn, wygladających jak bezdomni lub pijacy, a może jak bezdomni pijacy. Nie było ludzi, a więc nie było kogo zapytać o drogę. Pierwszy człowiek, z którym próbowałam porozmawiać, nie usłyszał mnie, bo szczekały psy. Drugi – bo piłą elektryczną przecinał dachówki. Wreszcie przestał, otrzepał się z pyłu, pokazał ręką kierunek. Po lewej miał być cmentarz, po prawej miejsce pamięci. W pustkowiu płaskich pól, otoczony wielkimi kwaderami piaskowca stał cmentarz, na którym poza zbitą gęstwą roślin i kamieniem pamiątkowo-informacyjnym nie było żadnego grobu. Cmentarz był jadalny tak jak latem jadalna jest łąka, a jesienią las. Rosły tam łany poziomek, kwitła róża, której płatki można by przerobić na konfitury, i biały bez do racuchów i na syrop.  Na kamieniu pamięci naprzeciwko modlitwa za umarłych i fragemt spalonych drzwi. Wszędzie kamienie. Z tyłu rząd domów, być może przedwojennych. Napisy. Tak to tu. Dokładnie w tym miejscu. Ludzie wyciągnęli sąsiadów z ich domów, zapędzili ich tu właśnie do stodoły, a stodołę spalili.

Kim jestem w tym scenariuszu? Przychodzą po mnie? Wchodzi Wojciech, z którym ojciec orał pole i jego syn Józek, z którym chodziłam do jednej klasy. Stary Franciszek i dwóch innych. Marcin? Staszek? I co? Jak to się odbywa. Wczoraj rozmawiałam z Józkiem przez płot, jedliśmy wiśnie, oganialiśmy się od much, jego krowa muczała za plecami, a dziś przyszli i co? Są uzbrojeni. Przeciw komu? Przeciw mamie, tacie i mnie? No nie! Więc nie są uzbrojeni. Po prostu każą nam wyjść. I iść pod las koło cmentarza do stodoły. A tam już są inni.

Tego nie można sobie wyobrazić. To  nie anonimowi oprawcy i anonimowe ofiary. To Józek, Franek, Staś i my, Ryfka, Szlomo, Salcia. Jeszcze wczoraj Józek zebrał dla mnie poziomki i włożył je do koszyczka zmyślnie uplecionego z liści dębu.

No ale jakby było na odwrót. Jakbym to ja miała iść po Icka, z którym się wczoraj przekomarzałam za stodołą. Ja, Hanka, bo kobiety też miały pójść. Mężczyźni wzięli widły i łopaty, my – grabie. Bo łatwiej było, gdy się to zrobiło razem. Sam nikt by nie poszedł. Ale też sam nikt nie chciał zostać.

Edda twierdzi, że uczucia, jakie nimi rządziły to strach, chciwość i nienawiść. A ja czuję tylko zdziwienie, bo jak to, przecież jeszcze wczoraj…

Wczoraj tam byłyśmy. Zrobiłam zdjęcia, ale nie są tu potrzebne. Wczoraj pojechałyśmy. Wczoraj wyjechałyśmy.

Wczoraj.

rimg0019PS. Gdy wyjeżdżałyśmy, w uliczce obok rynku zaczął się palić dom. Widziałyśmy kłęby dymu, czułyśmy zapach palonych szmat, a nikt nawet głowy nie odrócił.

Myślę, że nawet jak na moje potrzeby, było w tym pobycie za dużo znaków, symboli i metafor.

Wiechert i Gałczyński

Ewa Maria Slaska

Ernst Wiechert. Konstanty Ildefons Gałczyński. Już kiedyś, kilkadziesiąt lat temu, podróżowałam ich śladem. Mój syn miał właśnie iść do szkoły, jeździliśmy maluchem po Mazurach pod koniec sierpnia, jarzębiny czerwieniały, w Puszczy Boreckiej, czarnej jak wnętrze pieca chlebowego, wśród dymiących kup żubrzych rosły wielkie białe muchomory sromotnikowe, nad Bełdanami latały żurawie i czaple, w  klasztorze starowierów w Wojnowie żyły jeszcze starutkie siostrzyczki zakonne, w Ukcie pachniało miętą, a w Przykopie wspaniały wujek pisarz smażył nam brunatne muchomory jadalne, o czym już TU kiedyś pisałam. Szukaliśmy wówczas Sowirogu z powieści Wiecherta Dzieci Jeronimów, ale nie znaleźliśmy. Była to pierwsza moja podróż literacka, w której mi się nie powiodło, owszem trafiliśmy do leśniczówki Pranie, ale nie była to żadna wielka sztuka dojechać do Prania i zobaczyć Chmiel na jelenich rogach.  Ale Sowirogu nie było. Wiele lat później, już w innym towarzystwie szukałam na wyspie Ios grobu Homera i też go nie znaleźliśmy. W lesie mazurskim nie było nic w leśnej przecince nad jeziorem, a miały być przynajmniej fundamenty wiejskich chat. Na greckiej wyspie nie było nic oprócz skał, nad którymi latały, krzycząc przeraźliwie, wielkie czarne ptaki. A przecież spotkany po drodze staruszek na ośle, uśmiechając się bezzębnie, radośnie do nas pokrzykiwał, że tak tam, i machał rąką, tam Όμηρος!, co, jak każdy wie, znaczy przecież Omiros czyli Homer. Skaliste bezdroża i leśny dukt, a jeszcze powinnam przypomnieć tu samotne i równie nieudane łażenie po polach w poszukiwaniu kopalni krzemienia pasiastego w Krzemionkach Opatowskich, które wprawdzie również zakończyło się porażką, ale przynajmniej nie była to porażka literacka.

Tak więc oczywiście ma sens, że zgodziłam się w trzydzieści lat później uczestniczyć w prowadzonym przez Zosię Wojciechowska z Mrągowa i Bogusława Flecka z Berlina projekcie Śladami poetów. Bo widziałam już w międzyczasie Krzemionki Opatowskie, za kilka dni zobaczę Sowiróg, a wtedy pozostanie mi jeszcze tylko wyjazd na Ios i wreszcie czar pokonam zły...

domgalczynskiegoNa zdjęciu moja koleżanka z projektu, Edda Frerker, przed biblioteką miejską w Aninie, gdzie do początku wojny stał domek Gałczyńskiego, a kilka lat temu umieszczono kamień pamiątkowy ku czci poety. Mieszkańcy Anina ustawili cztery takie kamienie – ku czci Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego przed biblioteką, ku czci księdza Jerzego Popiełuszki przed kościołem, ku czci księdza Jana Twardowskiego przed domem Aldony Kraus, lekarki, przyjaciółki poety, u której ksiądz spędzał miesiące letnie i wreszcie ku czci Juliana Tuwima, który mieszkał w domu zajętym później przez Piotra Jaroszewicza. Ponieważ Jaroszewicz i jego żona zostali tu okrutnie zamordowani, kamień został ustawiony tuż obok, przed szkołą.

Po Aninie oprowadził nas, przypadkowo spotkany malarz, wnuk słynnego rysownika Jerzego Zaruby, autora mojej ulubionej książki “Z pamiętników bywalca”. Zaprosił nas do Warszawy, proponując, żebyśmy odwiedziły na Pradze antykwariat, kawiarnię i galerię Stara Praga. Starszy pan zachwycił nas erudycją – sam zresztą powiedział skromnie, że wie o Aninie wszystko. No i wspaniale, bo bez niego nie znalazłybyśmy ani domu Tuwima, ani Gałczyńskiego, ani pamiątkowych kamieni, ani starych domów, ani… Czyli Anin.

Zobacz też: http://pl.wikipedia.org/wiki/Ernst_Wiechert

 

Frauen auf dem Seidenpapier

13_stille_post_40x120cmmtlw_2Karin Weber über Gudrun Trendafilov

Augen, Sterne, Gewitterblitze und Perlen funkeln uns entgegen. Der Titel der Ausstellung „Gefunkel“ klingt wie ein Versprechen, einem Leuchten folgen zu können, um schließlich einen Schatz zu finden in diesem wandelbaren Blau von samtenem Schwarz bis schillerndem Türkis, in dem die figürlichen Eingebungen von Gudrun Trendafilov eingebettet sind.

Mit Stift und Blatt, Farbe und Leinwand versinkt sie in eine andere Welt, die die äußere nicht missachtet. Diese ist ihr Gerüst, wie ihre Poesie Füllstoff ist und sie taucht in einen Zustand der Ort- und Zeitlosigkeit ein, um eins zu werden mit ihrer Bildwelt.

11mondnacht80x100mtlw_v_kathrinrichterradebeulDie Künstlerin malt, wie man träumt. Man kann sich regelrecht vorstellen, wie sie sich in ihre Bildwelt hinein träumt, sich treiben lässt von äußeren und inneren Impulsen, denen sie Gestalt gibt, als Reisende zwischen Raum und Zeit.
„Pech mit dem Wetter“, auf diesem Bild regnet es tatsächlich Pech vom Himmel bei Gewitterstimmung am Meer, wo zwei nackte Schönheiten mit geflochtener Haarpracht, sich dem Ereignis zu erwehren haben.
Vor einem funkelndem Nachthimmel beäugt uns ernsthaft eine Frau, einer Norne gleich, die den roten Lebensfaden in den Haaren trägt. „Stille Post“ ein schwarzer Kater wandelt mit funkelnden Augen zwischen zwei Frauen auf verflochtenen Zöpfen hin und her.

13gefunkel60x80cmmtlw_vGudrun Trendafilov’s Kunst lebt vom Finden und Erfinden, von der Freude, die Wirklichkeit spielerisch zu verwandeln. Es scheint so, als ob die äußere Welt an der ihren zuweilen mit einem Winken vorüber gezogen wäre, um die Zerbrechlichkeit und Entfaltung ihrer Personnage nicht zu stören.
Sie zeigt uns auch, wie brüchig die täglichen Wahrheiten sind und schenkt uns etwas Wunderbares: Stille und Poesie, die uns berühren, verwirren und unsere Sinne wecken, Unbekanntes wahrzunehmen, einfach nur zu meditieren, ohne Eile, ohne Zwang zur Deutung. Sprachlich kann man es kaum erfassen, was man zu sehen glaubt, eine Zuversicht in der Ungewissheit, vielleicht.

11erster_schnee38x45mtlw
Die Arbeiten stiften eine in sich geschlossene, eigene, dauerhafte, nahezu ideale Realität, in der nicht Vernunft regiert, sondern im Gegenteil Innerlichkeit die Bildinhalte durchtränken.
Manchmal denke ich, Gudrun Trendafilov hat das Leben durchschaut und ein Maß an Tiefe erreicht, das den Betrachter mit suggestiver Kraft trifft. Man glaubt, dass das Wesen des Seins erfasst wird, wenngleich man nicht beschreiben könnte, was das ist, das Wesen, das Wesentliche. Es ist nur eine Ahnung, die die Ewigkeit berührt. Und diese Ahnung lässt mich manchmal erschauern, da ich spüre, was man immer wieder verdrängen möchte, dass man doch oft vor sich selbst auf der Flucht bleibt.
Alles ist der Zeit enthoben und dem Raum gegeben. Schönheit ist hier Schicksal und die Ewigkeit scheint sich mit der irdischen Endlichkeit zu verschwistern.
Eine Frau kauert wartend mit geschlossenen Augen neben einem Raben im Schutzraum ihrer Haarpracht, in den Händen einen Apfel haltend. Wird sie ihn teilen? Wird sie ihn alleine essen? Wird sie dann wissen, was wir nicht wissen? Wer weiß? Vielleicht morgen…

13nacht50x100cmmtlw
Es sind Bilder, denen wir hier begegnen, die uns aus dem prosaischen, reglementierten Alltag entreißen und uns fühlen lassen, das was Gudrun Trendafilov eigentlich mit dem Wort „Gefunkel“ meint und was Joachim Ringelnatz in folgendes Versmaß faßte:
„… mich lockt ein fernstes Gefunkel, mich lockt ein raunendes Dunkel, ins nebelhafte Vielleicht…“
Der Blick wird angezogen, ja geschärft, durch eine verwirrende Vertrautheit mit dem Intimen. Die Farbe durchläuft eine Tonleiter wohl abgewogener Intervalle, die sich wie Teile einer lebendigen Empfindung behaupten. Das ist Malerei. Nicht die Linie wird mehr mit Farbe gesättigt auf den Leinwänden, nicht aus dem Tuschfleck heraus entwickelt Gudrun Trendafilov ihre Kompositionen, es handelt sich nicht mehr um Farbflächen, sondern um Farbräume, in denen die Figurationen sich dem Ungewissen fügen.
Gudrun Trendafilov entwirft auch eine Lichtatmosphäre, die geheimnisvoll ist, da die Lichtquelle nicht erkennbar ist.
Man denkt zuweilen an Kerzenlicht, an den Widerschein einer Gaslaterne. Es ist eine Atmosphäre, die die Natürlichkeit der Handlungen unterstreicht, die mit ihnen entsteht. Der Raum ist die Geschichte, in der Farben leben und Farbtöne miteinander spielen, sich an Körper schmiegen und diese ausformulieren.
Das für sich lebende, glühende Blau drückt besser als jegliche Physiognomie, die Hingabe an Träume aus, die im Bild zu Realitäten werden.
Die Malereien von Gudrun Trendafilov sind klarer und entschiedener geworden. Das Neue erscheint mir aber wiederum wie eine Kondensation des Früheren.
Neben der Farbe ist Gudrun Trendafilov vor allem der Zeichnung vepflichtet. Sie dient der Linie. Die Vollkommenheit der Zeichnung berauscht zuweilen. Sie zeichnet einen Hauch von Wahrnehmung und in dieser Zartheit scheint all das vereint, was je die Kunst der Linie auszeichnete. Sie ist tief empfunden im Zwielicht zwischen Heute und Morgen.
Viele Algrafien druckt sie auch auf Seidenpapiere, diese werden dann zerschnitten und in neuen Zusammenhängen collagiert, überzeichnet und übermalt.
Angesichts der Arbeiten von Gudrun Trendafilov wird das aus dem Sprachschatz verloren geglaubte Wort Demut wieder mit Leben erfüllt.

Bomba emocji 3

krolotchlani IX poprawkaKatarzyna Kulikowska
Kolejne wiersze z tomiku “Bomba emocji”

Wiatr
M.P.

Ty jesteś jak wiatr
Rozsiewasz we mnie słowa
Niczym nasiona kwiatów
Słowa zakwitają
Pachną spełnieniem
Zmieniasz mnie w rajski ogród
Zjawiasz się tu na chwilę
Potem uciekasz na skrzydłach ważek
W przestrzeń

Wspomnienie

Widzę Cię we wspomnieniach
Niczym w morskiej głębi
Czuję jak pachniesz morzem
Rozsypuję muszelki wokół Ciebie
Układam z nich ramkę
Patrzę
Dotykam
Ale rozmywa się jak cień
Znów cię nie ma

Dziękuję za uśmiech lasu bursztynów
Za czas spacerów morskimi brzegami
Za śpiew naszych marzeń które śpią w gitarze
Dziękuję ziarnkom piasku
Za chwile zakopane w zamku
Za morze zamknięte
w muszli

Uśmiech wiosnykrolochlani XI poprawka

Mech się raduje
Szyszki skaczą
Gałęzie śpiewają
Liście tańczą sambę
Nad jeziorem niebo się rumieni
To wiosna uśmiecha się w lesie

Piosenka

W kącie domu śpią cisze
Tam, przy biurku siedzi ona
Wiersz na kartce pisze
Jest taka zamyślona

Chce ulecieć niczym mewa
W słów ocean głęboki
Gdzie wyobraźnia śpiewa
Metafory malują widoki

Ona otwiera światy
Kryje się w poezji
Pośród marzeń skrzydlatych
Staje się zapachem frezji

Akwarela księżyca

Śpij, niech księżyc otuli cię
kocykiem swego blasku
Zamknij w oczach jego
akwarele
Otwórz drzwi słońcu
Zaśnij i ogrzej noc
ciepłem serduszka
Nasłuchaj się bajek
zaniosą ciebie nad
zatokę tęcz
gdzie możesz spotkać
siebie

Członkom SJŻPkrolotchlani XII poprawka

Jola ustawia papier do porządku niczym
wojsko
Władek zatrzymuje ptaki w locie
na niebie z papieru
Uczy sikorki czytać książki
Teresa zaprzyjaźniła się z latem
Rozdaje uśmiechy jak słoneczniki
Sylwia chce nauczyć maszynę
do pisania czytać ale ona milczy
Żar podpala powietrze
Ja stoję w płomieniach dnia
szukając cienia w gazecie
I nie znalazłam Kasi

Dla nauczycieli

Dziś słońce pisze list złotym piórem
Promienie ślą życzenia
Kwiaty się kłaniają
Jedwabne skrzydła nieba łagodnie falująkrolotchlani XIII poprawka
Powietrze śpiewa
Małe aniołki się uśmiechają
Chciałyby powiedzieć tak wiele
Mówią tylko
Dziękujemy wam nauczyciele

Mamie
Kiedy mama przychodzi do domu
Sufit zmienia się w niebo
Ściany pokoi w las
Na podłodze rosną konwalie
Przylatują leśne ptaki, echo i wiatr
Dom kwitnie i śpiewa
Echo uśmiecha się do mamy
Mama tańczy w aureoli z chmur
niczym ptak

Grafika: Katarzyna Kulikowska, ilustracje do Apokalipsy

Wódka w proszku

Dorota Cygan

Wódka w proszku

Zawsze byłam fanką Pomysłowego Dobromira. Rozumiecie, że kiedyś musiała przyjść pora na mój własny pomysł racjonalizatorski. Zaraz Wam wyjaśnię przełom kulturowy, który mój pomysł wywoła, tylko mam problem, komu dedykować ten tekst. Jerzemu Pilchowi i Wojciechowi Smarzowskiemu (z wiadomych względów) czy Janowi Himilsbachowi jako autorowi zbiorku autentycznych, nadesłanych przez domorosłych racjonalizatorów, miniaturek pt. Nikiformy a zarazem nieprzeciętnemu konsumentowi wódeczki, który, założę się, niejeden raz chciał się rozstać z butelką, tylko nie wiedział, czym by ją mógł zastąpić. I niestety wśród wielu zebranych w tej książeczce przyszłościowych wynalazków typu mechaniczny ściszacz telewizora na odległość, pomysłu na wódkę w proszku jednak nie zamieścił. Oczywiście, realistycznie patrząc, nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy, że kultowy konsument wódeczki mógłby zamieścić taki pomysł w swoim zbiorku, nawet gdyby gotowy przepis alchemistyczny na wódkę w proszku znalazł na strychu własnej babki. Ale to już pozostanie tajemnicą Himilsbacha, czy wpadł w ogóle na taki pomysł czy nie.

Jeśli chodzi o mnie, to uważam wódkę w proszku za wyzwanie dla przemysłu spirytusowego, a w wymiarze symbolicznym wręcz za dezyderat kulturowy i poznawczy. Nie stawiam go na równi z wynalazkiem wycieraczki do okularów na dni deszczowe albo czapki na nos na porę zimową, ale jest co najmniej tak potrzebny jak samojeżdżąca walizka, na której można usiąść okrakiem i zjechać po schodach.

Pomyślmy na spokojnie, co zrewolucjonizuje ten wynalazek. Pierwszy z brzegu przykład: Torby rodaków podróżujących za granicę będą o ileż lżejsze i bardziej treściwe! Zysk ekologiczny trudno nawet ad hoc policzyć, ale butelek już na oko trzeba będzie produkować o wiele mniej. Wódeczka w porcjach w papierowych torebkach po 50, 100 i 1000 gramów da się bez trudu rozpuścić w wodzie mineralnej (sprzedawanej bez koncesji), czyli będzie zawierać potrzebne mikroelementy, da się mieszać w wymaganym stosunku jako wariant wódeczki studniówkowej 30%, mocno męskiej 55% lub damskiej gdzieś pośrodku. Hardcorowcy będą sobie mogli dla lepszego efektu wsypywać ją wprost do gardła, a pijący mniej tąkać w sproszkowanej wódce ogóreczek lub papryczkę, zapijając wodą. Porcja dla skacowanych będzie mogła wyglądać jak niewinny zestaw na stany okołogrypowe: saszetka z proszkiem i buteleczka wody wielkości syropu z neutralną etykietą, żeby nikt się nie oburzał na pijaństwo i nie umoralniał amatorów dawnej piersióweczki przy kasie sklepowej. Zysk ekologiczny i logistyczny to jednak nic w porównaniu z rewolucją… językową.

Wszystkie kawały o piciu trzeba będzie dać na przemiał lub do obróbki redakcyjnej. Już sam niewinny zwrot chlapnął sobie brzmieć będzie sypnął sobie, a to już w wersji upić kogoś mogłoby wywołać skojarzenie brzemienne w skutkach dla polskiej kultury towarzyskiej (i politycznej także!) Zmiany potrzebne w zakresie frazeologii będą stanowiły nie lada wyzwanie dla filologów. Bo cóż zrobić ze zwrotem strzelić sobie kielonka, zalać się lub nie wylewać za kołnierz, epitetami moczygęba, opój czy pijanica, skoro sedno problemu nie będzie tkwić w niewinnej cieczy (wodzie mineralnej), tylko w proszku? Zostawić je dla kulturoznawczego opisu niegdysiejszych fenomenów kulturowych sprzed zainicjowanej przeze mnie Rewolucji Obyczajowej i Językowej? Bo, trzeźwo patrząc, ze starego dziedzictwa językowego uniwersalne okaże się jedynie dać sobie w gardło.

Oczywiście nie jest tak, że możliwości frazeologiczne i słowotwórcze się skurczą. Otworzy się pole do popisu dla spontanicznej twórczości rodaków, w którą wierzę głęboko, i która zagospodaruje ugór semantyczny wokół rzeczownika proszek zapewnie dość sprawnie. Już słyszę, jak ludzie mówią „przyszedłem wczoraj do pracy lekko zapylony, więc dzisiaj mam miałki dzień, ale to nic, bo Kowalski to się wczoraj zapudrował w trzy d…” Będzie troszkę weselej, bo w okresie przejściowym nikt do końca nie będzie potrafił wyczuć, co znaczy być w proszku.

Ale nie stwarzajmy zawczasu negatywnych emocji wokół wielkiego przełomu, który jest tylko kwestią czasu. Mój apel do czytelników brzmi: Weźmy nasze sprawy w nasze ręce i zaangażujmy dla dobra sprawy naszą kreatywność. Bo przecież wyobraźmy sobie, że na tych saszetkach z wódką w proszku aż się będzie prosić o dłuższy tekst. Człowiek, który dostaje do ręki kawałek papieru, automatycznie zabiera się do czytania. Można oczywiście posiłkować się cytatami z literatury, choćby Jerzego Pilcha albo Malcolma Lowry‘ego (zakładam, że cytatów o wódce z Chopina lub Gorbaczowa nie uświadczysz), ale aż się prosi o nową, współczesną WÓDKĘ Z TEKSTEM. I tu widzę zajęcie dla nas, bezrobotnych inteligentów.

Pomyślmy, ile Wańkowicz potrafił zarobić na „lotem bliżej”. Nie bądźmy Anią z Avonlea, nie gardźmy reklamą!

Z konkursu “Jeden dzień”

Joanna Trümner

Auf Deutsch: Dzien pod Stocznia_de

Dzień pod Stocznią

„Proszę otworzyć walizkę!“ – stanowczym głosem zwrócił się do mnie młody cywil na peronie. Stał przy nim milicjant, jakby czekając na to, co zrobię. „Jakie mam wyjście?” – pomyślałam w duchu, z przerażeniem przypominając sobie o ulotce, którą wcisnął mi bez słowa do ręki jadący ze mną z Warszawy chłopak z przedziału. „Po cholerę to wzięłam? Może nie zajrzą do torebki?” – przeszło mi przez głowę, patrząc jak cywil grzebie w moich spakowanych wczoraj byle jak w hotelu brudnych skarpetach, majtkach i stanikach. „Ale obciach, czegoś takiego jeszcze nie było, czego oni szukają?” – na szczęście przechodzący obok nas ludzie nie zatrzymywali się, zapewne zadowoleni, że przyczepili się do kogoś innego. „Może Pani już zamknąć, jesteśmy gotowi, proszę iść dalej!” „Byle tylko dojechać do domu” – pomyślałam. Po prawie trzech tygodniach pobytu w Jugosławii i 24 godzinach powrotnej podróży marzyło mi się tylko ciepłe, czyste łóżko.

W drodze do Orłowa myślałam o ostatnich trzech tygodniach – o plaży, białych górach, winie, turkusowym morzu i budzącym mnie codziennie i pozostającym ze mną aż do zmroku słońcu. O Adamie – poznanym trzy dni przed wyjazdem Albańczyku. Miał prawie dwa metry wzrostu i przepiękne brązowe oczy, będziemy do siebie dzwonić, pisać, może się niedługo spotkamy, mówił przecież, że chętnie zobaczy Polskę. Myślałam o tej wspaniałej nocy przegadanej na plaży w pełnej małych nieporozumień mieszaninie angielskiego, serbsko-chorwackiego i polskiego, o pocałunkach, obietnicach, rozgrzanym jeszcze słońcem piasku i przepięknych gwiazdach na niebie.

A tu: zimno, wiatr, deszcz, koniec sierpnia i po lecie – witamy w domu! W końcu, kompletnie mokra i zmęczona, dotarłam do naszego mieszkania.

„Dobrze, że już wróciłaś” – powitała mnie mama – „Słyszałaś, co się dzieje w stoczni?” „Jasne, ludzie z wycieczki słuchali co wieczór Wolnej Europy, potem latali po plaży i opowiadali – strajk w stoczni, jakieś manewry na Bałtyku i lada moment przyjdą Rosjanie”. „Tym razem nie przyjdą, może ten jeden raz się uda, ludzie mają tego wszystkiego dosyć” – popatrzyłam na nią ze zdziwieniem, zaskoczona jej optymizmem. „Nie byłaś pod stocznią, nie wiesz jakie tłumy ich popierają. Będziesz nieraz jeszcze kiedyś o tym myślała. Muszę zaraz iść do pracy, jak pojedziesz pod stocznię daj im tę kopertę i przygotowałam dla nich ciasto. A jak było w Jugosławii?” „Super, opowiem jak będziesz miała trochę więcej czasu, może wieczorem. Ale muszę przedtem iść pod prysznic i trochę pospać. W pociągu jakiś chłopak dał mi ulotkę, chcesz przeczytać?”. „Jasne, pokaż”. Ulotka informowała o tym, że aktualnie strajkuje 2000 zakładów Trójmiasta i o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z siedzibą w Gdańskiej Stoczni im. Lenina. Zapewniała o tym, że nie ma żadnych incydentów i panuje porządek. Kończyła się słowami: WYTRZYMAMY!!!

Powróciły obrazki z dzieciństwa: na placyku przed naszymi oknami we Wrzeszczu tłumy młodych ludzi biły się w marcu 1968 roku z milicjantami, w powietrzu latały petardy – my z bratem, przyklejone twarzami do okien, przestraszone dzieci nie wiedzieliśmy co o tym wszystkim myśleć. Potwornie się bałam, że tłumy rozbiegną się po naszej klatce schodowej, wtargną do naszego mieszkania i będą bić się dalej. Przypomniało mi się, jak kilka lat później do domu wpadł blady i rozstrzęsiony ojciec „Strzelali do nas na moście w Stoczni” i syna sąsiada, który w grudniu 1970 stracił prawą rękę odrzucając petardę w stronę milicji.

Położyłam się i zasnęłam jak kamień.

W trzy godziny później wyszłam, objuczona torbą z ciastem ledwie wepchałam się do pełnej kolejki. Ale przy wysiadaniu na przystanku Gdańsk-Stocznia nie było żadnych przepychanek, idąc później razem z tłumem pomyślałam „Jak ja się dostanę do głównej bramy?” Brama tonęła w kwiatach, wisiały na niej zdjęcia Papieża, wielki krzyż i obraz matki Boskiej Częstochowskiej. Popatrzyłam na zdjęcie Papieża, miał na nim pogodną, pełną spokoju twarz, przez chwilę wydawało mi się, że on jest tutaj, teraz z nami. Na murze siedzieli młodzi mężczyźni: „Dziewczyny, pomożemy wam przejść przez mur, mamy dobre jedzenie” – uśmiechnął się do mnie jeden z nich. Podeszłam do bramy i podałam kopertę i torbę z ciastem. „Proszę iść dalej!” – odezwał się ktoś z tłumu. Nagle zauważyłam, że za mną stał Darek, kolega z ogólniaka. „Co ty tu robisz?” „To co wszyscy, starego szlag trafi, zostawiłem mu zresztą kartkę, że jadę pod stocznię, żeby nie miał wątpliwości, po której jestem stronie”. Ojciec Darka był emerytowanym lotnikiem, terroryzującym rodzinę. Darek na szczęście studiował w Warszawie, więc te wieczne awantury w domu musiał przeżywać tylko podczas wakacji. „Panie” – wtrącił się do rozmowy stojący obok mnie starszy pan – „Ruskie przyjdą, ale mamy chociaż kilka dni wolną Polskę. Opłacało się przyjechać z Białegostoku. U nas tego nie ma!” Tak wiele w tym tłumie było nieznanych twarzy, z pewnością niejeden przyjechał z Białegostoku, Warszawy, Wrocławia, wszystkich tych większych i mniejszych miasteczek i wsi w Polsce, które zaczynały się budzić z ponad czterdziestoletniej apatii i rezygnacji.

bramastoczniNagle nad naszymi głowami zaczął krążyć helikopter. „Będą strzelać czy co?” – odezwał się ponownie starszy pan. Nie strzelali, w kilka minut później z helikoptera zaczęły frunąć na nas ulotki jak olbrzymie płatki śniegu. Wiatr rozdmuchał je we wszystkich kierunkach, niewiele z nich trafiło na sam teren stoczni. Nikt w tłumie nie schylił się, aby je podnieść. Gdybym wzięła wtedy jedną z nich do ręki, dowiedziałabym się, że Wojewódzki Komitet Frontu Jedności Narodu w Gdańsku, nawołuje robotników do zakończenia strajku. Te wielkie płaty papieru pozostawione same sobie na ziemi wypełniały kałuże.

„A gdzie się tak opaliłaś, chyba nie u nas na plaży?”- spytał Darek. „Nie, wróciłam dzisiaj z wycieczki do Jugosławii, coś tam ludzie opowiadali, ale nie zdawałam sobie sprawy, że tu taka zadyma”. Od rozpoczęcia strajku spotykaliśmy się w Jugosławii wieczorami na prywatnej kwaterze pana Staszka, który prawie wszystkie dni od rozpoczęcia strakju spędzał na słuchaniu nie zagłuszanej przez nikogo Wolnej Europy. Wielu uczestników wycieczki prowadziło potem długie dyskusje, wypiliśmy niejedną butelkę Kadarki, siedząc w piątkę, szóstkę albo dziesiątkę w tym jego maleńkim pokoju. Nagle cała ta Jugosławia, plaża, słońce, Adam wydały mi się tak bardzo dalekie. Idąc razem z tlumem pomyślałam, że dobrze, że tu jestem i znowu w tym moim mieście dzieje się coś niezwykłego.

Wróciliśmy razem pełną po brzegi kojejką, Darek wysiadł w Sopocie, w drodze zdążył mi jeszcze opowiedzieć, że studiuje na politechnice w Warszawie i boi się, że jego dziewczyna jest w ciąży. Była. Darek przeniósł się później na studia do Gdańska, ożenił się z Ewą i dzielił los wielu młodych polskich rodzin, skazany na mieszkanie z rodzicami. Poddał się po roku, przerwał studia i wyjechał z żoną i dzieckiem do Australii. Ewa nigdy nie mogła się w Brisbane odnaleźć, czuła się potwornie samotna, nie znała języka, tęskniła za Polską i zaczęła pić. Darkowi udało się tam skończyć studia, dostał niezłą pracę, rozwiedli się. Wychowywał sam syna, którego nigdy nie nauczył mówić po polsku.

Kiedy dojechałam do domu, byłam kompletnie mokra i przemarznięta.

W domu była już mama, ojciec, brat i dziadek. Zjedliśmy razem kolację, podczas której opowiedziałam kilka zdań o wycieczce, o przepięknych krajobrazach, turkusowej wodzie, długich jazdach autobusem i okropnym jedzeniu. Miałam wrażenie, że nikogo te moje relacje nie interesują, ich myśli kręciły się tylko wokół tego, co dzieje się w Stoczni i w całym kraju. Ojciec próbował znaleźć w radiu Wolną Europę, ale była tak potwornie zagłuszana, że nie dało się wyłowić ani jednego słowa.

Dziadek i rodzice byli repatriantami z Wilna, przeżyli kilka lat w kraju władzy radzieckiej i zanim razem z setkami innych rodzin po wielodniowej odysei dotarli w 1946 roku pociągami do Gdańska, zdążyli znienawidzić ten oparty na sowieckich wartościach system. Z Wilna repatriowały się wtedy całe ulice Polaków, na mecie – w Gdańsku można było więc spotkać krewnych, sąsiada lub kolegę z klasy. Dziadek – kolejarz dostał z przydziału mieszkanie „poniemieckie”, w którym oprócz starych, ciężkich dębowych mebli stała działająca do dzisiaj maszyna do szycia „Singer”. W naszym domu rozmawiało się stale o polityce, chodzenie co niedzielę do kościoła i bojkotowanie pochodów pierwszomajowych było rodzinnym obowiązkiem. Nie zapomnę konsternacji rodziców, kiedy przyniosłam ze szkoły ulotkę Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej – do dzisiaj myślę, że był to jeden z grzechów głównych mojego dzieciństwa.

Tego wieczoru najbardziej zaskoczył znany z pesymizmu dziadek. „Po raz pierwszy myślę, że to się może udać. Takie wolne związki to byłby już początek. Może jeszcze dożyję, jak padnie komuna.” Nie dożył, zmarł w maju 1982 roku, w samym środku stanu wojennego, żałując zapewne, że dał się jak wszyscy ponieść zbiorowej euforii. Mimo 16 przeprowadzek, które czekały mnie w nowych miejscach zamieszkania, nie wyrzuciłam jego pisanych kulfoniastymi literami listów z linijkami wymazanymi czarnym flamastrem przez cenzora.

Wróciłam pod Stocznię jeszcze kilka razy, byłam tam też w dniu podpisania porozumień, kiedy robotnicy opuszczali stocznię witami oklaskami i skandowanym „Dzię-ku-je-my”, a tłum dwoma palcami pokazywał „victorię”. I tak rozpoczęło się niezapomnianych kilkanaście miesięcy marzeń o życiu w lepszym państwie.

W czasie strajków na mojej uczelni w Poznaniu byłam na spotkaniu z Jackiem Kuroniem, który opowiadał nam o życiu opozycjonisty w PRL-u. Słuchaliśmy jego historii z zapartym tchem: te aresztowania na 48 godzin, podsłuchy, obserwacje – to działo się jakby w jakimś innym, oddalonym od nas o lata świetlne wszechświecie Podkreślał kilkakrotnie, że nie jest sam, że są setki odważnych ludzi, żyjących w każdym zakątku kraju i świetnie zorganizowanych w walce o lepsze życie. Nie wiedziałam, w jakim ci ludzie żyją od lat napięciu. A przecież większość z nich miała rodziny, narażali więc nie tylko siebie samych lecz również swoje żony, dzieci, rodziców.

Gdy wyjeżdżałam z Polski w czerwcu 1981 roku z zamiarem spędzenia roku w Anglii nikt nie przypuszczał, czym skończą się te miesiące wolności – przyzwyczailiśmy się do codziennych pogróżek i manifestacji siły tracącej swoją pozycję władzy i do pustych sklepów. Znalazłam w Londynie pracę jako au-pair i spędziłam wiele miesięcy na poznawaniu tego kolorowego i pulsującego o każdej porze dnia i nocy miasta, tak bardzo różnego od miast, które znałam z Polski. Mój plan powrotu do domu pokrzyżowało wprowadzenie w Polsce stanu wojennego. Oglądane na BBC informacje były koszmarem – przemówienie Jaruzelskiego, czołgi jeżdżące po ulicach Warszawy, aresztowania, kopalnia Wujek, przerwane połączenia telefoniczne z Polską…. Margaret Thatcher drżącym głosem zamartwiała się w telewizji o los Polski i „tego biednego narodu”. Równocześnie brytyjski Home Office nie przedłużał nam wiz, skazując nas na pobyt nielegalny lub też na powrót do kraju. Jedynym miejscem na świecie, do którego mogłam się udać bez wbitej w paszport wizy był Berlin Zachodni. I tak zaczęła się moja ponad trzydziestoletnia przygoda z tym miastem.

Czytałam kiedyś, że podświadomie powtarzamy błędy naszych rodziców, które tkwią w nas jak zapis DNA lub też jak gen, przekazywany z jednego pokolenia na drugie – podobnie jak przekazuje się niebieskie lub zielone oczy czy choroby. Może więc te marzenia o prawdzie i życiu w kraju, z którego można być dumnym, wszystkie te sny wielu pokoleń, sny strajkujących wtedy w stoczni są genem, którego brakuje innym narodom. Opuszczając swój kraj nie wiedziałam, że ten rok tak pełen nadziei skończy się wojną z własnym narodem, nie wiedziałam też, że zapłacę cenę, którą płaci każdy emigrant – tracąc kraj z którego wyjechałam – i że gdy odwiedzę Polskę po ośmiu latach pobytu za granicą, znajdę się w zaniedbanym mieście, pełnym nieznanych twarzy – obcym, nie moim.

Czekało mnie wiele rozmów na temat naszego zrywu z mieszkańcami krajów, w których mieszkałam. Rozmów pełnych arogancji, z ludźmi żyjącymi w dobrobycie, w systemie szanującym swoich obywateli, wynagradzającym pracę godziwymi zarobkami, pozwalającym na wypowiadanie myśli bez retuszy i wykreśleń, szczęśliwców mających możliwość obejrzenia całego świata i mieszkania we własnym mieszkaniu oraz perspektywy na tak samo dobre a może nawet lepsze życie dla swoich dzieci.

Próbowałam opowiadać moim dzieciom o tamtym dniu. Ale nie da się tego, czego wtedy tak bardzo pragnęliśmy, wytłumaczyć pokoleniu, które nie widziało tych obsikanych klatek schodowych, nie funkcjonującej komunikacji miejskiej, niedogrzanych mieszkań, wiecznych kolejek przed sklepami, w których nie było nic i mieszkania razem z rodzicami i dzieckiem w M-3.Nie da się im wytłumaczyć mojego uczucia obcości w nowym miejscu zamieszkania, dla nich to przecież dom. Cieszę się, że chętnie jeżdżą do Polski na wakacje. Bo dla nich jest to już tylko kraj wakacji – wesołych, beztroskich dni.

Myślę często o kobietach, w których wieku jestem teraz, o mojej nieraz zrezygnowanej, przepracowanej mamie, z tą jej zmarszczką rezygnacji w kąciku ust. O wiecznie zmartwionych twarzach zaniedbanych starszych pań i panów, o studentach stojących za pieniądze godzinami w kolejkach po mięso albo papier toaletowy, o dramacie jakim było zgubienie kartek na cukier albo mięso. Myślę o godzinach, które moja mama, podobnie jak tysiące innych polskich mam i babć, spędziła na wystawaniu w kolejkach, o wyjazdach na wieś w poszukiwaniu jedzenia, o krajobrazie pustych sklepów z octem na półkach. Nikt im tego czasu nie zwróci, nie zdążyłam mamie podziękować za tą inwestycję we mnie.

Atmosferę tamtego dnia pod stocznią udało mi się przeżyć jeszcze kilka razy w Berlinie. Podczas demonstracji przed Misją Wojskową chodziliśmy po grudniowym mrozie z naszymi transparentami – łatwiej było nam razem znieść przerażenie tym, co dzieje się w Polsce. Nie wiedzieliśmy, czy kiedykolwiek jeszcze będziemy mogli zobaczyć nasz kraj, co dzieje się z naszymi rodzinami, co nas czeka w tym obcym mieście. Pomagaliśmy później naszym rodzinom oraz ludziom walczącym w podziemiu o wolne słowo i prawdę, co odważniejszym udało się przemycić do Polski nawet sprzęt drukarski. Jesteśmy takimi samymi cegiełkami tego nowego, wspólnego domu jak ci odważni i zdesperowani stoczniowcy i inni strajkujący w całej Polsce.

Żyliśmy w tym mieście „jak u Pana Boga za murem” – jak w ciepłej poczekalni, bo większość z nas czekała na wyjazd do Australii, Kanady albo USA lub też nie wiedziała, co przyniosą dalsze lata w tym mieście, które oficjalnie tylko nas tolerowało. Dostawaliśmy świadczenia społeczne, nie mieliśmy prawa do podejmowania pracy, wielu z nas straciło te lata bezpowrotnie na czekaniu. Byliśmy i jesteśmy w tym mieście miniaturką Polski, przeglądem wszystkich warstw społecznych – od dziennikarzy, nauczycieli, lekarzy i historyków, poprzez kucharzy, rzemieślników, mechaników samochodowych po złodziei samochodów.

Rodziny przyjeżdżające do nas od lipca 1983 roku, opowiadały nam o walce z pałkami milicyjnymi i ZOMO. Z tych historii najbardziej utkwiła mi w pamięci wzruszająca historia ojca kolegi (musiał mieć już dobrze po siedemdziesiątce) o bitwie, jaką stoczył razem z innymi kolegami-rencistami z milicjantami na jednym z placyków Wrocławia – „Pani, to był kawałek wolnej Polski”. W jego oczach zobaczyłam atmosferę tamtego dnia pod stocznią, nadzieję, że i jego życie, które przecież dużymi krokami zbliżało się do końca, nabrało nowego sensu i na kilka chwil wróciła do niego młodość. O tym samym kawałku wolnej Polski mówił przecież pod stocznią starszy pan z Białegostoku.

Witaliśmy internowanych, przyjeżdżających od roku 1983 z paszportami w jedną stronę, ze smutnymi i pełnymi niepewności oczami. Wprowadzaliśmy ich do naszej poczekalni, dla nas w międzyczasie już mniej obcej. Spotkałam kilku uczestników tamtych dni, usłyszałam, jak bardzo chwilami się bali – nie wytrzymaliby tylu dni strajku bez świadomości, że przed bramą stoją tłumy, które na nich liczą i których nie można zawieść.

Zaczęliśmy wrastać w to miasto, wychodzić z poczekalni, uczyć się języka, z poczekalni zrobił się z niego dom, bardzo kolorowy, ciepły, wygodny i bezpieczny dom, stojący na szczęście blisko Polski. Przeżywaliśmy miłości, romanse, małżeństwa, urodziny dzieci, rozwody i rozczarowania, wpadaliśmy w nałogi, chorowaliśmy, traciliśmy pracę, niektórzy nie wytrzymywali psychicznie, tracili kontakt z rzeczywistością lub popełniali samobójstwa. Pełna gama ludzkich losów, ciekawe jak te życiorysy przebiegłyby w Polsce. Wielu z nas poleciało do innych krajów świata – z pewnością w państwach, w których prawie każda rodzina miała w życiorysie historię wielotygodniowej podróży statkiem w poszukiwaniu innego życia, było im łatwiej niż nam – pozostających w Europie pełnej uprzedzeń, nieprzychylności lub też po prostu obojętności dla przybyszy z zewnątrz. Ja zostałam w tym mieście, latami poznawałam jego każdy zakątek i prawie każde dziwactwo jego mieszkańców, zrozumiałam sposób ich myślenia, nauczyłam się nie wychylać i płynąć z prądem.

Przestało mnie dziwić rozczarowanie na twarzy rozmówcy, pytającego o mój trudny do umiejscowienia akcent, w chwili gdy dowiadywał się, że jestem z Polski. Zdarzały się zresztą również reakcje euforii: „Solidarność, Walesa!” – i to jak bumerang powracające zdanie „Za dużo chcieliście, to nie mogło się udać”. Przestała mnie dziwić drobiazgowość i powierzchowność, złość na spóźnienia i niedociągnięcia, nierzetelnych rzemieślników, psujące się urządzenia – te grzechy główne w kraju, w którym wszystko funkcjonuje z tą jedyną na świecie i godną do naśladowania niemiecką perfekcją.

Bundesarchiv_Bild_183-1989-1118-028,_Berlin,_Grenzübergang_Bornholmer_Straße

Tamten dzień pod stocznią był ze mną w tamtą okropnie zimną noc 9 listopada 1989, kiedy dużą polską grupką wybraliśmy się na Bornholmer Strasse, aby zobaczyć, czy ten odwiecznie stojący mur naprawdę runął. Patrzyłam na twarze ludzi przychodzących z tamtej strony muru, twarze pełne nadziei, pogody i ufności w lepsze jutro, bo ten mur nagle przestał istnieć: Bez tamtego, mojego dnia nie spełniłyby się i ich marzenia.

Musiałam też myśleć o tym dniu podczas podróży do Brazylii. W okolicach Iguazu zwiedzałam kopalnię opali „Wanda” w miasteczku założonym przez polskich osadników. Nasz przewodnik z dumą opowiadał legendę o Wandzie, o tym jak jego dziadkowie karczowali dżunglę, aby zbudować sobie dom, podejmując walkę z dziką i pełną niebezpieczeństw przyrodą. Zbudowane przez jego dziadków i innych polskich emigrantów miasteczko składało się z biednych, małych i rozpadających się domków, a w oknach wisiały tonące w kwiatach obrazy Matki Boskiej Częstochowskiej i ta pogodnie uśmiechająca się twarz naszego Papieża, którą widziałam wtedy na bramie stoczni. Skąd ci ludzie na drugim końcu świata mieli taką tęsknotę za Polską? Żyli tam już w drugim lub trzecim pokoleniu, wyglądali jak smagli tubylcy – bez niebieskich oczu i słowiańskiego uśmiechu, zgubili gdzieś do niczego im tam niepotrzebny język, ale pamiętali o Matce Boskiej Częstochowskiej i o kraju, z którego przyjechali ich rodzice lub dziadkowie. Wszyscy ci smagli i czarnoocy Dąbrowscy, Gąsiorowscy i Nowakowie stali tamtego dnia razem z nami pod stocznią.

Od tamtego dnia pod stocznią minęło ponad trzydzieści lat, w Polsce urodziło się nowe pokolenie, które jeździ po świecie, zna języki i nie ma tych wszystkich tamtych naszych potwornych kompleksów prowincji Europy. Myśląc o Polsce, myślę często o tamtym dniu, ale też i o tym, jak daleko jest młodość, Polska, którą znałam, rodzice, których już nie ma. Myślę o przyjaźniach, które nie wytrzymały próby czasu i pękły jak bańka mydlana i o przyjaźniach, które wytrzymały odległość i nadal trwają. O tym, co jeszcze chciałabym przeżyć i zobaczyć, i jak wiele na świecie udało mi się poznać. Myślę o tym, czy moje wnuki, tak jak wnuki emigrantów z Brazylii, będą znały legendę o Wandzie, Matkę Boską Częstochowską i Papieża, i o tym, czy będę mogła z nimi rozmawiać po polsku. Wszystkie te myśli piętrzą mi się w głowie podczas spacerów wzdłuż plaży z Orłowa do Sopotu. Morze – tak jak przed laty – uspakaja, wycisza wszystkie małe tęsknoty za tym, co było. Tylko ono się nie zmieniło w ciągu tych ponad trzydziestu lat.

***
Joanna jest finalistką konkursu dla Polaków na emigracji, zatytułowanego “Jeden dzień”. Lista nagrodzonych i pełna lista finalistów znajduje się TU.

Samotny myśliwy 5

Katarzyna Krenz

Kk-Gotland2Akwarela Gotland Katarzyna Krenz

5. Tempus fugit

Zegarek stanął. Z rozbitym szkłem i
strzaskanym werkiem zatrzymał się na chwili,
gdy nastąpił koniec starego świata, a nowy –
ukazał się nagi i cichy. Pusty. Bez pamięci.

Świat przepowiedni, z którego Stary Poeta
został tak nagle wyrwany, mimo wszystko
był miejscem szczęśliwym, ponieważ
przepowiednia o jego końcu
była jeszcze tylko tym, czym była –
przepowiednią. Zapowiedzią. Mieczem
nad głowami milionów takich jak on
Ślepych Wędrowców. Słowem groźnym, lecz
tylko słowem. Mane. Tekel. Fares. Policzone,
zważone, rozdzielone. Jeszcze nie.

Rzeczy tamtego świata, niespełnione i takie
niepewne, wciąż trwały na swoim tragicznym
miejscu: wstrząsane drgawkami śmiertelnej choroby,
miały jednak korzeń, były na swoim miejscu.
A choć wszyscy błądzili, w tłumie było im raźniej.
Nikt nie pytał – po prostu szli. Spętani, krok za
krokiem posuwali się ku przyszłości,
ku zagładzie, niosąc ciężar nieszczęśliwych
przypadków, grzechów i pomyłek, powiewając
sztandarem pokuty i mądrości pokoleń.
Mimo wszystko wciąż była to mądrość.

W szalonym tańcu wewnętrznie sprzecznych
minut (krótkich a długich jak wieczność,
traconych bez sensu a bezpowrotnie), nie tylko
konie i drzewa umierały, stojąc. I dopóki
ostatnie drzewo nie padło i nie umarł
ostatni koń – żadna minuta nie była ostatnia.
I zawsze ktoś powstał i rzekł: chodźmy!
Jeszcze mamy czas. Dopóki nie stanął zegarek.