Droga do Santiago de Compostela. Rozmyślania

Ewa Maria Slaska

Wciąż jeszcze piątek, 14 września / sobota 15 września

Wieczorem spotykam przed kościołem dwie Polki. Z daleka zwracają uwagę, bo jedna z nich ciągnie za sobą walizkę na kółkach. Zadają mi pytanie o duchowe przeżycia w drodze. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, że nie mam żadnych, że idę i jestem zmęczona, ale że może jest to stan “jeszcze nie” – jeszcze nie mam duchowych przeżyć. Wtedy jedna z nich mówi, że one też się na to skarżą (a czy ja się skarżyłam!?), ale zapewne wynika to z faktu, że źle się przygotowały, bo powinny były więcej czasu poświęcić czytaniu Pisma Świętego i zabrać ze sobą Biblię, a nie tylko kserokopię. Patrzę na nie z otwartą buzią i nic nie rozumiem. Bo dlaczego kserokopia jest gorsza od Pisma Świętego? Dlaczego trzeba było więcej czytać przed drogą? Czy wtedy by się więcej rozmyślało o sprawach Ducha? Nasze rozważania rozmijają się całkowicie. Mnie chodzi o własną myśl, im o lepsze rozumienie Biblii. Moje rozmyślania sprowadzają się do drogi i do tego, jak łatwa stała się pielgrzymka, myślę o pielgrzymkach autobusowych i o tych ludziach, którzy stracili życie gdzieś pod Grenoble. Dziś to już zamierzchła przeszłość, ale wtedy prasa mnóstwo o tym  pisała, bo to był wstrząsający wypadek. Dziennikarz jednej z gazet napisał wówczas, że w pielgrzymce obowiązuje już to samo, co w całym życiu – więcej, szybciej, taniej. Tymczasem w książce o najniezwyklejszych metodach uzdrawiania, w tym poprzez pielgrzymkę, przeczytałam, że jeżeli pielgrzymka w ogóle może w czymś pomóc – uleczyć, rozwiązać problem, udzielić porady – to tylko wtedy, kiedy jest trudna, i że przede wszystkim liczy się wysiłek.

Po mszy ksiądz udziela błogosławieństwa pielgrzymom. Mówi o trzech wielkich celach pielgrzymkowych Europy – Jerozolima, Rzym, Santiago. Byłam wszędzie, ale tylko Santiago to pielgrzymka, Rzym i Jerozolima to były zaledwie wycieczki. Za łatwe, za szybkie, choć w przypadku Jerozolimy na pewno nie za tanie. Ale też niczego od tych miejsc nie chciałam, chciałam je po prostu zobaczyć. Teraz, po raz pierwszy w życiu, podjęłam wysiłek i jeszcze za niego płacę. Nie w drodze, bo w drodze jest tanio, śpimy za grosze, jemy byle co, pijemy głównie wodę, ale przedtem, gdy trzeba kupić wyposażenie, książki, bilety.

Oczywiście niosę ze sobą problem, który wymaga rozwiązania i kamień za grzechy. Kamień nie jest wielki, ale też mój grzech chyba nie jest taki strasznie wielki. W średniowieczu mój problem wymagałby może ogromnego głazu, ale dziś… Cosi fan tutte.

Montes_de_Oca_Heidekraut

Źle spałam, ale wychodzę na czas i przez pierwsze półtorej godziny idę jak maszyna do chodzenia. W Villafranca w połowie drogi zakupy, bo w Belorado kierownik hostelu uprzedzał, że w Ortega nie ma nic, a potem jest niedziela i nigdzie nie ma nic. Pewnie nie warto się było tym przejmować, bo w Ortega rzeczywiście nie ma sklepu, ale jednak jest knajpa, mogłam więc nie dźwigać bułek pod górę. A zaraz za Villafranca zaczyna się góra i jest dość ciężka, co oznacza, że jest ciężko, ale można wytrzymać. Podejście jest jednak dość łagodne, a widoki i tzw. okoliczności przyrody cudowne. Przechodzimy przez pasmo wysokich kopulastych gór, porośniętych dębowymi lasami. U stóp dębów gęsty las paproci, a na obrzeżach drogi niekończące się wstęgi ciemnofioletowego wrzosu.

800px-San_Lorenzo_desde_El_hombre

Dochodzę na szczyt góry, przebieram się, bo rano było zimno, a teraz już pali słońce. Ruszam w dół, przede mną 9 kilometrów do celu, bez żadnej góry pod drodze. Wydawałoby się – luzik. Ale nic nie jest takie, jak się nam wydaje. Te 9 kilometrów to dotąd najgorszy odcinek całej wędrówki. 9 kilometrów przez rozpalony las sosnowy, niski, a więc taki, który nie daje cienia, piaszczysto-kamienną drogą. 9 kilometrów, wciąż tak samo, piach, upał, droga, las sosnowy, piach, upał, las sosnowy. Tracę poczucie rzeczywistości, ta droga trwa, i trwa, i trwa, i nawet nie mam kryzysu zmęczeniowego, ale po prostu nie daje się wytrzymać tej monotonii.
Trudną sobie wybrałam drogę do oświecenia, ale po kilku dniach wiem wreszcie, czego właściwie chcę. Niezależności od uczuć innych. Chcę przejść od życia z innymi do życia ze sobą. Nie chcę być eremitką, to nie, ale chcę być niezależna.

monotoniaNa drodze ktoś ułożył pomnik z butów. Jeden zieje paszczą oderwanej podeszwy.

Wreszcie wychodzimy z tego upiornego lasu. W oddali kościół w St. Juan de Ortega. Wszyscy przyspieszamy i niemal biegniemy przed siebie. Jest jeszcze gorącej niż w lesie, ale jest coś i to coś dodaje skrzydeł.

juanortegaWioska składa się z kilku domów, kościoła i klasztoru i ogromnego placu. W przybudówce kościelnej schronisko, jakieś prywatne pomieszczenia i bar, najwyraźniej nowy, bo nie ma go na mojej mądrej kartce, no i hospitalero w Belorado nic o nim nie wiedział. Bar jest pełen, ale są to jacyś dziwni ludzie. Na pewno nie mieszkańcy i na pewno nie było ich w drodze, i tacy są głośni. Dobrze, że kupiłam te bułki w Villafranca.

Rozpakowałam się, umyłam, zapłaciłam za nocleg w schronisku, siedzę na ławce i myślę. Najpierw rzeczy najprostsze, OK, hostel prymitywny, nie ma kuchni, brzydkie betonowe łazienki z rurami strzelającymi na odległość lodowatą wodą, nie ma gdzie prać, ale nie to jest w tym miejscu najgorsze.  Jest tu coś obcego, odstręczającego.

Idę do kościoła. Zimno, pusto. Grób świętego Jana, mnicha, opiekuna pielgrzymów, tak jak Dominik. Wykuta w skale krypta, ciemna, zimna, ponura. Uświadamiam sobie, po raz pierwszy, że jestem w Hiszpanii, że to tu narodziła się inkwizycja i że obowiązki inkwizytorów wypełniali Dominikanie. Wiem, jestem niesprawiedliwa,  św. Dominik z Calzady i św. Jan Ortega nie byli inkwizytorami, ale myśl raz puszczona w ruch, nie może się zatrzymać. Ciemny pachnący wilgocią loch już mi się z niczym innym nie może skojarzyć, bo moja podświadomość już mu na swoją modłę zbudowała synapsy. Trzęsę się z zimna i strachu.

Na placu pojawia się wędrowiec w szacie pielgrzyma, nawiedzony jak hinduski sadhu. Towarzyszy mu śliczna chuda dziewczyna w rajstopach. Przechodzą koło mnie i chyba wcale mnie nie widzą. Idą dalej. I nagle czuję, że nie chcę tu nocować, tylko że też chcę iść dalej.

Pakuję plecak i idę.

 

Droga do Santiago. Belorado

Ewa Maria Slaska

Piątek, 14 września, Rosh Hashana

Wstałam dopiero o 6.30, wychodzę więc dobrze po 7. Po drodze miasteczko Grañón, gdzie można wypić kawę. Czarna nazywa się cafe solo i tak trzeba zamawiać, cafe nero nic im nie mówi. A duża to cafe solo grande.

Belorado-StoercheGniazda bocianie na kościołach. Bieluń dziędzierzawa w polu fasoli. Dziurawiec, bardzo dorodny. Czarny bez. Narkotyczna droga, jadalna droga. Pajęczyny jak z obrazka. Czarne pola słoneczników. Owce i psy. Jaszczurki, myszy, skowronki. Pada deszczyk, bardzo drobny, jak z piosenki. Niemal nie moczy, ale jednak na pierwszym postoju owijam plecak peleryną.

Wytrwałość. Nikt na drodze nie jest silny, jesteśmy tylko wytrwali. Idziemy, jakbyśmy obierali worek kartofli. Jak się obiera worek kartofli? Po kolei.

Niebezpieczeństwa, których już nie ma. Kiedyś pielgrzymka do świętego Jakuba była równa śmierci, a w każdym razie mogła być równa śmierci. W miasteczku Azofra, które wczoraj minęłam, znalazłam napis, że było to miejsce zawsze przyjazne pielgrzymom – założono tu dla nich szpital i cmentarz. Dziś Camino de Santiago to droga szybkiego ruchu nr 120. Czasem trzeba iść poboczem, a wielkie ciężarówki podmuchami niemal zwalają cię do rowu. Ale ten podmuch jest też… ożywczy.

castildelgadoWioski. Ta, gdzie siedzę i piszę, to warowny kasztel i tak się też nazywa, co odkrywam, jak już ją opuszczam. Castildelgado. Kasztel Biskupa Franciszka Delgado. Tu się urodził w XVI wieku i był tak ważny (brał udział w Soborze Trydenckim), że na jego cześć zmieniono nazwę miejscowości, która do XIX wieku nazywała się Villaypún.

Najgorsze są ostatnie kilometry. Myślałam, że wyzionę ducha, mimo że było chłodno, lekko mżyło, słońce nie paliło, nie było wichru, ulewy, upału ani góry do pokonania. Tylko zmęczenie wędrówką. Podobno przechodzi po jakimś czasie. Ale w czym się liczy ten czas? W kilometrach? W wysiłku? W dniach, które mamy za sobą? Czy po prostu będzie zawsze i co dzień? Zawsze i co dzień pod koniec wędrówki będę miała poczucie, że wyzionę ducha? Jak dotąd nie poddaję się zmęczeniu, idę dalej, obieram po kolei kilometry kartofli, ale może trzeba inaczej, usiąść, położyć się, odpocząć, przespać? Zwłaszcza, że mam dobre tempo. Dziś trasa wynosiła 22 kilometry i doszłam przed czasem. Usiadłam obok kilku innych osób pod murem kościoła, żeby poczekać do 13, kiedy otworzą schronisko.

beloradoMieszkamy w kościele benedyktynów z XVI a może z XVII wieku. Nie chce mi się wstawać i sprawdzać. Już się wykąpałam, wypiłam herbatę, wypaliłam papierosa. skarpetkiNa dużym palcu u prawej nogi zrobił mi się maleńki bąbel. Pierwszy w trasie i, jak się potem okaże, jedyny. Mam dobre buty i wspaniałe skarpetki trekkingowe, takie, które trzeba kupować osobiście, przychodząc do sklepu z butami. Skarpety są na lewą i prawą stopę. Pod skarpetą nosi się jeszcze cieniutkie skarpetki i te muszą idealnie przylegać do stopy. Wielkich skarpet nie pierze się w ogóle, cienkie pierze się codziennie. I nie należy kupować chińskiego badziewia.calcetin

Po drodze zmierzyłam sobie czas. Gdy idę w równym tempie, w sprzyjających warunkach, robię 6 kilometrów na godzinę. Ale taka szybkość i tak daje średnią na trasie 4 kilometry na godzinę, bo traci się przecież te wszystkie minuty na wypicie wody i zbieranie jeżyn, i te kwadranse na kawę, siusiu i jedzenie, no i są te góry, kiedy się człowiek wlecze wolniej niż żółw. Jaką mam wtedy szybkość? Dwa kilometry na godzinę? Czasem wydaje mi się, że stoję, a góra nigdy się nie skończy. Ale to nieprawda, bo każda góra kiedyś się skończy, wiem, bo widać nad nią niebo. Gdyby się nie kończyła, miałabym przed nosem ścianę i nic więcej. No i oczywiście wlokę się, ale się wlokę, bo jakbym się nie wlokła, to bym nigdzie nie dotarła, mam więc przecież jakąś minimalną prędkość. No i tak mija przedpołudnie. Zużyłam 5 godzin na 22 kilometry i raz miałam kryzys. A co będzie, jak kryzys dopadnie mnie, gdy droga będzie szła pod górę? Będzie szła. Ona tak, a ja nie. Co wtedy zrobię? Jutro 24 kilometry i dwie wielkie góry.

Po południu wchodzę jeszcze na górę, która wznosi się dokładnie nad “naszym” kościołem, gdzie znajdują się ruiny małego zamku. Spotykam tam Tanię, Rosjankę, która od 18 lat mieszka w USA. Liczę na palacach i ostrożnie mówię, że był to rok, kiedy w ZSRR nagle wielu Żydom wydano zezwolenia wyjazdu. Wiem, bo pracowałam wtedy jako opiekunka w schronisku dla takich właśnie uciekinierów w Berlinie. “Mój mąż był Żydem”, mówi Tania. Aha. “Mazel tov, najlepszego. Dziś jest Rosh Hashana, żydowski Nowy Rok. Powinnyśmy jeść jabłka z miodem, i zwierzęce głowy, i świeże figi”. Ale furda jabłka i głowy! Mazel tov!

Rzuciłam pytanie

Najpierw w rubryce “Myśli dnia”, a potem na Facebooku. Okazało się istotne, postanowiłam je więc przenieść do wpisów.

Ile razy pójdzie się w Berlinie do muzeum lub na wystawę, słyszy się naokoło głównie język polski. Niekiedy na wystawie są SAMI Polacy. Czy nie znaczy to przypadkiem, że muzea powinny wprowadzić podpisy i opisy po polsku? Tylko proszę – porządnie przetłumaczone, a nie wrzucone do google’a!

Pergamonmuseum_FrontPytanie dostało jednego szerka, wiele lajków i wiele komenarzy:

Krzysztof Ruchniewicz: Pani Ewo, zgadzam się z Panią całkowicie. Ostatnio w Berlinie obejrzałem wystawę o I wojnie światowej. Wystawa b. dobrze zrobiona. Niestety, nie znalazłem żadnych informacji po polsku. Wiele lat temu w tym samym muzeum pokazywano podobną wystawę. Zadbano o materiały po polsku dla nauczycieli i uczniów. Tu dochodzimy do sedna sprawy: kto ma się tym zająć? Nie sprawdziłem, być może audiguide jest po polsku… Może innym wyjściem byłoby zatrudnienie polskich studentów do oprowadzania polskich grup? Tylu ich studiuje w Berlinie, kilka euro do stypendium może się przydać…

Kasia Krenz: Niechby chociaż było po angielsku i francusku, już byłoby nam łatwiej się poruszać.

Michael Weintraub: Próbowaliśmy, jeszcze jako Polska Rada w Niemczech – nix…

Krzysztof Ruchniewicz: Wystawa o I wojnie światowej jest i po niemiecku, i angielsku…

Iga Bolechowska: nie wyda, bo skoro polski, to dlaczego nie francuski czy hiszpanski… W większości istnieją napisy po angielsku, i mam wrazenie, że “ci” Polacy calkiem nieźle znaja angielski

Krzysztof Ruchniewicz: Myślę, że z wystawami czasowymi może być faktycznie problem. W przypadku wystaw stałych jest inaczej. Jeśli nie katalog po polsku, to przynajmniej podstawowe informacje o wystawie na stronie internetowej… Jeden dwa teksty pogłębiające temat też nie zaszkodzą. Mogę wskazać kilka przykładów, że takie podejście jest możliwe. Ostatnio pisałem o wystawie poświęconej losom przedstawicieli Polonii po 1939 r. http://krzysztofruchniewicz.eu/polska-mniejszosc-w…/ Katalog ukazal sie po polsku i niemiecku…


Ewa Maria Slaska
: No tak, ale chodzi o prostą, rzekłabym – merkantylną, zasadę. Francuzi czy Hiszpanie nie chodzą do muzeów w Berlinie, chyba nigdy żadnego nie spotkałam. Trudno się dziwić – sami mają lepsze. Co do angielskiego, to powiem szczerze, że zawsze sprawdzam jakość tłumaczenia na angielski i na wystawie o Schlüterze były rażące błędy. Jeśli mielibyśmy rozpatrywać rzecz pod kątem demokratyczno-poprawnej sprawiedliwości, to na pewno by się okazało, że trzeba by robić napisy w 189 językach różnych nacji mieszkających w Berlinie. Ale jeśli pominiemy zasady poprawności, to Polacy chodzą do Muzeów i nie są to (tylko) mieszkańcy, ale przede wszystkim – przyjezdni.

Piotr Olszówka: zbiory drezdeńskie mają polski audioguide (tłumaczyłem i współnagrałem, poddaję się krytyce), wiele berlińskich zbiorów stałych nie ma, np. “mój” Bauhaus Archiv – może napisz (prosto do Annemarie Jeaeggi, mi nie wypada) jako oburzona Polka, że mają w ośmiu (chyba) językach, a po polsku nie? Chętnie to dla nich zrobię. 🙂 Masz niestety wiele racji żywnościowych.

Anna Nacher: skoro są po rosyjsku, to dlaczego nie da się po polsku? to samo zresztą dotyczy muzeów paryskich.

Piotr Olszówka: poważnie: z Polakami, którzy chodzą do muzeów jest pewien kłopot: znają fantastycznie angielski i/lub niemiecki i się nie upominają o “swoje” 🙂

Ewa Maria Slaska: Bym się z przedmówcą szanownym nie zgodziła. Oczywiście, są tacy, którzy znają fantastycznie angielski, niemiecki i francuski, i nawet rosyjskim (jeszcze) władają, ale są jednak i tacy, którzy tych języków “nie posiadają”. Zdarza mi się bardzo często obserwować wianuszek osób, które zbierają się wokół mnie, gdy w muzeum opowiadam po polsku o tym, co akurat oglądamy. I to niezależnie od tego, czy opowiadam to profesjonalnie grupie, którą oprowadzam, czy nieprofesjonalnie Cioci Kici i kuzynce Bietce.

Piotr Olszówka: Dakordeon, pozdrowienia dla Kici i Bietki (czyż one nie były Szwedki?)

Ewa Maria Slaska: Wiecie co, na FB wszystko znika. Napiszcie (Wy, inni, ci, co jeszcze nie napisali, a tylko dali lajki i szerki, lub i nie dali), co Wam serce dyktuje, a ja zrobię z tego wpis na środę, a potem wyślemy linka dalej i tak to może zaczniemy, mówiąc uczenie i nowocześnie, jakąś kampanię społecznościową.

Roman Brodowski: Masz rację. Z tym problemem spotkałem się kilkakrotnie podczas pobytów z moimi przyjaciółmi z Polski.
Poza „Pergamonem” – gdzie można otrzymać garść podstawowych informacji dotyczących wystawy, wszędzie muszę „pracować” za tłumacza.
Spotkałem się z tym, że i na polskich wystawach brak jest opisów w naszym języku. Szkoda. Chociaż wydaje mi się, że umieszczenie informacji po Polsku w Muzeach i na wystawach tu, w Niemczech, jest walką z wiatrakami, to jednak jako wielka Diaspora w tym kraju, powinniśmy dbać o to, żeby to co nas dotyczy, było jednak opisywane w naszym języku, zwłaszcza tam gdzie sami coś organizujemy

Pozdrawiam Cię cieplutko

Dzieweczka z Abisynii

Tomasz Fetzki

Machbuba

Opowieść ta, jak i poprzednie, nosić miała podtytuł „reportaż poetyzujący”, ale nie nosi. Słowo Machbuba mieści w sobie już tyle poezji i nostalgii, że jakikolwiek dodatek byłby niestosowny, płodziłby tautologie, pleonazmy i takie tam różne. Ale historię naszą snuć możemy poetycko, czemu nie? Zacznijmy chociażby balladą:

Ktokolwiek będziesz w przygranicznej stronie
W równiny bezkresne Łużyc
Wjechawszy, ucisz mechaniczne konie
Aby się w Parku zanurzyć

Ten Park wielką literą zapisano, bo taki park, to jest… Park! Mużakowski, rzecz jasna. Kraina Zielonego Księcia, Hermanna von Püeckler-Muskau. Pana na łużyckim Mużakowie i Rogeńcu (które z czasem zaczęto zwać Muskau i Branitz). Fürst Hermann zapisał się w pamięci współczesnych krańcowo odmiennie. Dla jednych był miłośnikiem wolności i koneserem piękna zaklętego w różnych postaciach: kobiet i przyrody. Inni mieli go za wichrzyciela i libertyna, a przy tym nieuleczalnego kobieciarza i utracjusza, który fortunę utopił w fanaberii zielonego królestwa. Gdzie leży prawda? Nie pośrodku, tylko tam, gdzie leży. A gdzie to jest? Na takie pytanie Viator nie odpowie: dlaczego innym miałoby być łatwiej? Czemu sam ma rozsupływać nierozstrzygalne dylematy?
Niespiesznie przemierza Viator parkowe alejki. I jedynie siłą woli powstrzymuje się, by nie popłynąć na falach dygresji, hen w dal! Bo o Parku Mużakowskim, tak bliskim swemu sercu, mógłby opowiadać godzinami. A przecież nie po to tu przybył. Zresztą, Park stał się ostatnio niezwykle modny: kto chce się czegoś o dziele księcia Pücklera dowiedzieć, sięgnąć może do „wielkiej sieci”, w której stron odnośnych bez liku. Kiedyś, dziesięć lat temu, gdy wędrowiec odkrywał to miejsce, ciężko było zdobyć jakąkolwiek wiadomość. Ale dziś? Nie chce się przeto Viator naprzykrzać tym właśnie tematem, dysponuje pełną garścią innych. Lecz jeśli czytelnicy mają życzenie zobaczyć Park jego oczyma, wystarczy jedno słowo…

SAMSUNG DIGITAL CAMERANowy Zamek w Parku Mużakowskim.
Tak naprawdę ani „nowy”, ani „zamek”, ale… precz z dygresjami!

Mija Viator bajeczne mosty i wiadukty wkomponowane w parkowe wąwozy, ale je ignoruje. Przechodzi obok imponującej książęcej rezydencji, lecz zaledwie zaszczyca ją spojrzeniem: nie jej dzisiaj poświęci uwagę! W pośpiechu, en passant, podziwia liczne pomnikowe okazy drzew: tubylczych i sprowadzonych z dalekich krajów. Niektóre bez problemów zaadaptowały się i wyrosły potężnie. Ale jedna, tajemnicza roślinka, która wzeszła i rozkwitła w promieniach słońca Maghrebu, przesadzona tutaj, na łużyckie piaski, zwiędła i zmarniała. O niej chciałby opowiedzieć Viator.

SAMSUNG DIGITAL CAMERADwaj imigranci z dalekiej Ameryki Północnej: na pierwszym planie kanadyjski platan, w tyle cypryśnik błotny z bagien Luizjany. W Muskau, jak widać, radzą sobie świetnie, przeto ostawmy ich w pokoju.

Po chwalebnym udziale w wojnach napoleońskich dwudziestodziewięcioletni rotmistrz, hrabia Hermann (księciem zostanie za osiem lat) wyruszył roku pańskiego 1814 w podróż do Anglii. Wrócił zafascynowany wyspiarską sztuką komponowania ogrodów i zapragnął w swej rodowej siedzibie nad Nysą Łużycką stworzyć wielki park krajobrazowy. À l’Anglaise, oczywiście! Bez zwłoki zabrał się do pracy. I zanim nadszedł znamienny dla naszej opowieści moment, niemałą fortunę utopił był hrabia w tym przedsięwzięciu. Zdążył ożenić się i rozwieść pro forma (gdyż z byłą żoną wciąż łączyły go przyjaźń i wspólny cel), jedynie po to, by zapolować na nowy posag; bez sukcesu, prawdę mówiąc. Zdążył jeszcze raz odwiedzić Albion, zgłębiając wiedzę o architekturze krajobrazu. I już wiedział, że musi, po prostu musi, na własne oczy przekonać się, czego dokonali w tym zakresie mieszkańcy Bliskiego Wschodu, spadkobiercy królowej Semiramis. Dlatego Fürst (tak, teraz już bez wątpienia tytułem książęcym się pieczętujący) Hermann von Püeckler wyruszył w roku 1834 na wielką wyprawę po krajach Orientu. Był w Algierii, Tunezji i Grecji. Przemierzył Egipt (aż jęzor świerzbi, żeby tu właśnie wspomnieć o wyglądzie miejsca wiecznego spoczynku Księcia, niemniej „twardym trzeba być” – precz z dygresjami!), Sudan, Palestynę oraz Syrię. Odwiedził Azję Mniejszą i pokłonił się zabytkom złotego Konstantynopola, zanim via Wiedeń powrócił do domu.

machbuba (3)Orient oczarował Księcia bez reszty.

Powrócił, ale nie sam. Orszak Księcia poprzedzała plotka stugębna, przepowiadająca skandal i wieszcząca zgorszenie. A jego przyczyną była drobna, krucha, młodziutka dziewczynka, która niewiele rozumiała z tego, co się wokół niej dzieje. A już o tym, że jest przyczyną afery niemal międzynarodowej, pewnie pojęcia nie miała! Bo i skąd mogłaby mieć?
Kim była, co się z nią działo, zanim trafiła, na swoje nieszczęście, do kronik i annałów? Pochodziła najpewniej z pogranicza Sudanu i Abisynii (jak wówczas zwano Etiopię). Wspomnienia świadków wydarzeń, jedyny zachowany portret oraz maska pośmiertna świadczą, iż wśród jej przodków musieli znajdować się zarówno Afrykanie subsaharyjscy, jak i Arabowie: nie była czarna, ale miała smagłą cerę i twarz o rysach wyraźnie negroidalnych, twarz piękną subtelnym urokiem.
Prawdopodobnie była zwykłym dzieckiem, porwanym przez łowców niewolników podczas jednej z ich licznych wypraw. Ale wokół małej Abisynki zrodziło się mnóstwo legend. Jedna z nich mówi, że w jej żyłach krew płynęła książęca i że trafiła w ręce handlarzy żywym towarem w wyniku plemiennych walk o władzę, po śmierci ojca i dwóch starszych braci, zabitych na jej oczach. Być może tę bajeczkę wymyślił sprzedawca na targu niewolników, chcąc podbić cenę dziewczynki. Ale możliwe również, iż rzewną historyjkę stworzył sam książę Pückler, któremu z pewnych względów (jeszcze o nich wspomnimy) zależało na jej „nobilitacji”. Z czasem ten i ów zaczął nawet sugerować, że mała Afrykanka pochodziła z rodu, który wydał egipskich monarchów. Tu jednak źródło plotki jest dość oczywiste: gdy w roku 1929 król Fuad I planował trasę oficjalnej podróży po Niemczech, zażyczył sobie nieoczekiwanie wizyty w prowincjonalnym Muskau. Szeptano więc, że chce nawiedzić grób dalekiej krewnej; umknął jednak plotkarzom fakt, że mużakowski pałac należał wówczas do hrabiego von Arnim, niemieckiego dyplomaty w Egipcie, ponadto pradziad króla, Mehmed Ali, pozostawał z księciem von Pückler w zażyłości. Ale legenda ma swą moc i trudno ją tak po prostu „odpoetyzować”.
Nie wiadomo nawet, jak się ta córeczka (bo nie córa przecież) Orientu nazywała. Ponoć Ajiamé, ale czy na pewno? Imię jest zresztą nieistotne. Pochodzenie też nie. Liczy się tylko prawda uczuć. A jakie mogą być uczucia dwunastoletniego dziecka, porwanego od rodziny i bliskich przez brutalnych bandziorów, wywiezionego w nieznane krainy i wystawionego w roku 1837 jako towar na wielkim targu niewolników w Chartumie? Jak się to dziecko mogło czuć, muskane spojrzeniami obleśnych brodaczy w kefijach na głowach?
Mimo młodego wieku dziewczynka naprawdę musiała się prezentować niezwykle. Książę Hermann, koneser przecież nie lada, tak opisał swe wrażenia z pierwszego z nią spotkania: Nie miała na sobie nic prócz pasa z wąskich skórzanych rzemyków. Lecz handlarz niewolników dużą muślinową chustę na nią narzucił. Zdumieliśmy się nad nieskazitelnym w proporcjach ciałem tej dzikuski, z którym się wyrazista twarz o wybitnych rysach łączyła, tak, jak to właśnie lubię. Bez wahania wydał więc Książę 100 talarów, kwotę niebagatelną, aby stać się właścicielem „Czarnej Perełki”. Uznać trzeba, że miała w sumie sporo szczęścia. Mogła trafić do jakiegoś haremu, a harem to zawsze harem, nawet gdy Pan i Władca jest na poziomie – nie prostak. Mogła w głodzie i upale karmić owce i doić wielbłądzice. Tymczasem znalazła się pod rycerską opieką zauroczonego nią dżentelmena i romantyka. Gdyby jeszcze ten romantyk był odważniejszy, bardziej odpowiedzialny i naprawdę wiedział, czego chce! Wtedy może wszystko skończyłoby się zupełnie inaczej… Może Europa cieplej by przyjęła nieszczęsną Ajiamé?
Póki co, jesteśmy jeszcze w Afryce. Książę i niewolnica podróżują razem brzegami Nilu, a następnie Jordanu. Wspólnie wędrują przez wyżyny Anatolii i wspólnie odwiedzają Stambuł. Hermann wprowadza swą „brankę” (której dla niepoznaki każe nosić strój mameluckiego pacholika) w tajniki europejskiej cywilizacji, uczy ją manier dworskich oraz języków – najszybciej, i to zupełnie biegle, zaczęła się posługiwać językiem włoskim.

machbuba(4)„Czarna Perełka” w stroju chłopięcym.

Dziewczynka, wdzięczna za wyrwanie z łap handlarzy i z pewnością oczarowana takim traktowaniem, zaczyna, jak ktoś trafnie ujął, kochać swojego pana z oddaniem dziecka, a Pückler po raz pierwszy w życiu doznaje bezwarunkowej miłości. I odwzajemnia ją, choć w sposób mało, by tak rzec, ojcowski. Nie spieszmy się wszak z potępieniem księcia! Ten związek miał w sobie na pewno coś perwersyjnego, ale nie w tak drastycznym stopniu, jak ocenilibyśmy to dzisiaj. Pückler kupił ją, dziewczynę dwunastoletnią, a romans rozwijał się przez kilka kolejnych lat, to fakt. Realia były wtedy jednak nieco inne. Przecież matkę księcia, Klementynę von Callenberg, w podobnym wieku wydano za mąż. Syna poczęła, mając lat zaledwie czternaście! I nikt z tego nie robił bynajmniej afery.
Żegnają Konstantynopol i dalej wędrują już przez Europę. Osiągnąwszy Budapeszt wsiadają na statek, który wiezie ich w górę Dunaju. Gdy Książę zapada na cholerę, mała Abisynka z wielkim poświęceniem i doskonałym skutkiem pielęgnuje go podczas choroby. I tak, po kilku latach wędrówki i wielu przygodach, Hermann i Ajiamé przekraczają bramy stolicy Cesarstwa Habsburgów. Dla delikatnego, pustynnego kwiatuszka Wiedeń jest niemal stolicą świata, powoduje zawrót głowy, oszołomienie! Tak to sobie przynajmniej wyobraża Viator, próbując odtworzyć jej uczucia.
Nie wie jeszcze biedna Perełka, nie przeczuwa nawet, że koniec i to smutny, jest już blisko. A nam nie spieszno chyba, by się o tym dowiedziała. Poczekajmy choć tydzień: póki co, niech się dzieweczka cieszy tym, co oferuje jej wielki świat!

Samotny myśliwy 10

Katarzyna Krenz

jesienne mgly 006EFoto Autorka: Poranne mgły

10. Rysunek na piasku

Obraz rozbrzmiewał wiatrem:
fale płaszczyzn i plam barwnych
prowadziły po przekątnej w głąb,
by tam zgodnie uderzyć w struny
wzroku. To był dobry znak, który

mówił mu, że ucieczka z tej bezludnej
wyspy była możliwa. Aby tak się stało,
obraz musiał ożyć. Farba i płótno?
To ziemia, woda i powietrze. Tak było.
I teraz tak musiało być – jak dawniej.

Wyspa to wiedziała, była jak otwarta paleta.
dlatego pozwolił jej stąpać przez sepię
jałowego ugoru. Twarda bruzda
zasychała szybko, utrwalona werniksem z
morskiej soli. Dzięki temu zachowa

na zawsze pamięć kształtu, połączy
ukryty genotyp ziarna i kłącza, popiołu
i kamienia. Nie dopuści do odkształceń
w wyniku jego nieostrożnej decyzji. On
wahał się, lecz mimo to zrobił następny krok.

Chyląc głowę pod niebem z ołowiu,
przeszedł suchą stopą na drugi brzeg
płótna. Nawet jeśli ziemia miałaby
otworzyć krater wulkanu, a morze
zamknąć mu drogę odwrotu – nie cofnął się.

Szedł tam z tęsknoty za dawnym światem,
lecz wiodła go także ciekawość odkrywcy:
zapragnął jako pierwszy dotknąć horyzontu,
przekroczyć ciemną grań samotności. I żyć dalej.

C. / 14.05.2011

Od Lizbony do Lizbony

Uwaga! tekst dozwolony od lat 18!

UEHausRyszard Dąbrowski

Привет,
hallo,

w Berlinie znajduje się “ambasada” UE, w bardzo ekskluzywnym miejscu, naprzeciwko ambasady “ju-es-ej” oraz w kompleksie budynków ambasady francuskiej. Dzisiaj świętowano tam podpisanie umów asocjacyjnych między UE a Gruzją, Mołdawią i Ukrainą.
Znajomy załatwił nam tam wstęp.
I co my tam “widzią”, wystawę “hujowych” (stara pisownia) malarzy-pacykarzy z tych państw.
I co my tam “słyszą”, oczywiście wszyscy trzej ambasadorowie na pierwszym miejscu cieszą się na, ich zdaniem, niedługo mające mieć miejsce zniesienie wiz (nasi młodzi bezrobotni gotowi są niewolniczo zapierdalać w krajach UE taniej niż Portugalczycy, Rumuni oraz przybysze z Polski i wtedy mamy ich z głowy), na drugim miejscu cieszą się na ewentualne stypendia dla studentów (prężnych i młodych niezadowolonych intelektualistów lepiej wypierdolić z kraju, niż mieliby siać niepokój) oraz w trzeciej kolejności na zacieśnianie współpracy gospodarczej (wasze firmy, za łapówki, będą mogły opanowywać nasze rynki zbytu – kto da więcej).
Później przedstawiciel niemieckiego rządu pierdolił długo i rozwlekle o tym, że Europa się powiększa i niezadługo własnymi “rencami” będą ją powiększać o Azerbejdżan, Armenię i Białoruś (niezależnie czy tego chcą, czy nie). Później, zapominając o tym, że podobną ideę miał najbardziej znany Austriak, zaczął bredzić o Europie od Lizbony do Władywostoku (bez jaj, takich użył sformułowań).
Tu się, kurwa, pytam, a dlaczego nie zrobić jej na okrągło, od Lizbony do Lizbony?

Później miała miejsce część kulinarna, jakieś udziwnione przystawki, które mnie jako wielbiciela schabowego i bigosu odrzucały już samym wyglądem. G. jako dama (skrzypaczka z powołania oraz intelektualistka i smakoszka z zamiłowania) delektowała się tym badziewiem.
Do popijania było wino gruzińskie (z instrukcją obsługi w trzech językach na nalepce, po angielsku, gruzińsku – ichnimi robaczkami – i po polsku!!!)
Ponadto była też wódka ukraińska (40%), ale już z instrukcją obsługi pisaną jedynie cyrylicą i tylko po ukraińsku.
R. czyli ja, wypił tylko trzy kieliszki tego czerwonego wina (chyba się starzeje – kiedyś byłoby ich nie trzy a trzydzieści).
G., z zawodu budowlaniec, wypiła trzy stakanki tej ukraińskiej wódki – mi ona nie smakowała, wypróbowałem więc tylko jeden mały stakanek.
I tak” intelektualnie” spędziliśmy przedwczorajszy wieczór.

P.S. A w Berlinie teraz duchota i ja sobie popijam kolejne piwo, i sobie siedzę i się biedzę.

Pozdrowienia dla was od nas.
Пока.

Ricccardo i Gracjana

 

Auf den Spuren der Dichter

Edda Frerker

Drei Wochen in Masuren

bocianIch habe es geahnt. Keiner glaubt mir, wenn ich berichte, dass in jedem Dorf Masurens mindesten 30 Storchennester zu finden sind. Besetzt von je einem Storchenpaar. Der Himmel würde verdunkelt sein, wenn all die Störche auf einmal zum Flug abhebten. Sie brüten. Allenfalls zu einem Stelldichein mit einem Fuchs lassen sie sich überreden. Ich schreibe die Wahrheit: links der Straße auf einem Feld ein Storch – 20 m daneben ein Fuchs – und rechts der Straße eine Vogelscheuche. Ein Storch ist durch nichts zu erschüttern. Daher bringt er ja auch die Babys. Jedenfalls in Deutschland. Wie es in Polen ist, weiß ich nicht. Vielleicht aber ist es in Masuren so. Aus alter Gewohnheit.

Es war eine wunderbare Reise durch Masuren. Drei Wochen voller Anstrengung, Überraschungen, Begegnungen, neuen Einsichten. Ohne Ewa hätte ich das alles nicht erleben können. Sie war diejenige, die mich durch das chaotische Labyrint der polnischen Sprache geführt hat und die mit unermüdlicher Neugier Menschen für sich eingenommen und für uns zu Lotsen gemacht hat durch Dörfer, Städte, Museen, Friedhöfe und Wälder. Ich bin ihr unendlich dankbar.
RIMG0076Denn welch` ein Glück. Da schäumende Grün der Wälder. Auch wenn der Himmel schwer mit Wolken verhangen ist. Und wenn die Sonne scheint, dann singt die Erde. Dann glühen die Farben des Mohn. Dann steigen Schwäne aus dem See wie Pfönix aus der Asche. Wobei ich zugeben muss, dass ich noch keinen Vogel Phönix gesehen habe. Aber so kann es gewesen sein: Die Flügel riesig weit ausgestreckt, den Hals unendlich lang hochgereckt und die Füße den Bruchteil einer Sekunde über dem Wasser schwebend.

Nun bietet Masuren keine lieblichen Landschaften. Aber die tiefe Schwermut, die einen hinabzieht beim Lesen der Bücher Ernst Wiecherts, in denen er seine Heimat immer wieder beschreibt, habe ich nicht gefunden. Es ist wohl der besondere Blick eines Menschen wie Ernst Wiechert, dessen Leben schwer gezeichnet war durch den Selbstmord von Mutter und Ehefrau und den Tod des einzigen Kindes nur einen Tag nach seiner Geburt.

wiechert-galcz

Links: Erinnerungsstücke an Ernst Wiechert in Forsthaus Piersławek (Kleinort), rechts: Erinnerungsstücke an Konstanty Ildefons Gałczyński in Forsthaus Pranie.

Auf den Spuren der Dichter Ernst Wiechert und Gałczyński habe ich Gräber gefunden und lebendige Menschen. Einen Pfarrer der Evangelischen-Augsburgischen Kirche in Mrągowo, der im Gottesdienst eine Predigt hielt wie ein gesungenes Gedicht – natürlich auf Polnisch. Ich habe nur sehr wenig verstanden, aber wieder einmal bestätigt bekommen: Polnisch ist eine wunderbar klingende Sprache.
Eine pensionierte Ethnologin, Barbara, die mit unendlicher Hingabe das Eisenbahnmuseum in Angerburg (Węgorzewo) betreut und die uns den Weg wies ins weite Land Richtung russische Grenze auf halber Strecke nach Goldap, wo die Straßen schlechter, die Dörfer kleiner und ärmer werden, der Himmel aber gleichbleibend großartig ist. Dort fanden wir die Republika Ściborska des Dariusz Morsztyn. Ein Sammler und Kenner der indianischen Alltags- und Volkskunst. Und der Eskimos. Ein Besessener von der Idee des einfachen Lebens. Ein Kämpfer für Gerechtigkeit und Frieden. Old Shatterhand und Winnetou in einer Person. Leider habe ich nicht daran gedacht, ihn zu fragen, ob er die berühmten Winnetou-Bücher von Karl May gelesen hat. Ein Mann der Grundsätze: kein Alkohol, kein Nikotin, kein Fluchen, kein Fleisch, keine negativen Worte.
Dariusz Morsztyn sammelt alles, was er über und von Maria Rodziewiczówna ergattern kann. Bruchstücke der Orte, wo sie gelebt hat. Bruchstücke der Gegenstände, die sie einmal berührt hat. Er wird ein Museum für die Schriftstellerin gründen. Soweit ich dies mitbekommen habe, ist sie wohl die Courts-Mahler der polnischen Literatur. Aber da gebe es einen Roman, sagt man mir, der sei mehr. Sommerwaldmenschen ( Lato leśnych ludzi). Es ist die Geschichte vom einfachen Leben, die fasziniert und den herausfordert, der die zerstörerische Lebensweise der modernen Welt nicht mehr erträgt.
Der Dichter Ernst Wiechert, in Kleinort (heute Piersławek) im tiefsten Masuren geboren, hat sich damit auseinandergesetzt in seinem Roman „Das einfache Leben“. Auf seinen Spuren waren wir fast drei Wochen unterwegs. Wir haben Menschen gefunden, die das Andenken an ihn bewahren in kleinen Museen. In Deutschland ist er schon fast vergessen, obwohl er uns viel zu sagen hat. In Polen ist er geachtet. Das tut gut. Das Walddorf Sowiróg, in dem Teile seines großen Romans „Die Jeromin-Kinder“ angesiedelt sind, gab es wirklich einmal. Seine letzten Bewohner haben es nach 1945 in Richtung Deutschland verlassen. Die Spuren des Dorfes haben wir gesucht und nach mehrstündiger Wanderung durch einen grandiosen Wald gefunden. In der Nähe von Jaśkowo. Brennesseln habe die wüste Stätte gekennzeichnet. Daneben ein Friedhof, der von deutschen, polnischen und russischen Jugendliche vor einigen Jahren wieder hergerichtet nun doch seinem Vergehen anheimgefallen ist. Die Natur wird ihn gnadenlos überwuchern. So wie es vielen Dörfern in Europa ergeht.

martwanaturawhoteluEs muss noch über Essen geschrieben werden. Gibt es die polnische Küche? Wohl doch. Die deutsche? Vielleicht eher nicht mehr – wenn man die schlechten Gewohnheiten berücksichtigt. Wie auch immer. Ich habe in Polen vorzüglich gegessen. Wie man vielleicht hochgestochen sagen würde: klare Texturen. Oh diese Pieroggi – süß oder salzig gefüllt! Die wunderbaren Kartoffeln. Die so kernig schmecken. Und der Fisch, frisch aus dem See. Nicht in Becken gemästet oder gezüchtet. Aus der tiefen Flut der Seen. Er schmeckte herrlich: der Hecht , der Barsch, der Zander, die Maräne. Allein um diesen Geschmack wieder zu erleben lohnt sich die Reise nach Masuren. Denn wie lange noch wird man diese Geschmackserlebnisse haben können? Der europäische Markt ist unaufhaltsam auf dem Marsch in die Gleichmacherei. Der die Voraussetzung dafür ist, dass die Erträge sich erhöhen. Immer „besser“, immer schneller, immer billiger. So wird es auch in Masuren werden.

kwiatymydwieVielleicht aber gibt es doch eine Hoffnung. Wenn wir uns der Dichter erinnern, die in diesem wunderbaren Land gelebt haben, und sei es auch nur in ihren Träumen.
An Ernst Wiechert, der sich sein Leben lang nach Masuren zurückgesehnt hat. Den die deutsche Verbrecherbande ins Konzentrationslager Buchenwald einkerkerte. Und der vor der bösartigen Dummheit und Beschränktheit der Deutschen nach dem Ende des 2. Weltkriegs in die Schweiz emigrierte, wo er nur 63-jährig an Krebs starb – oder vielleicht auch an gebrochenem Herzen
An Konstanty Ildefons Gałczyński, dessen Zufluchtsort vor dem Chaos des Großstadt und den Erinnerungen des 2. Weltkrieg – er war Kriegsgefangener u.a. im Stalag 11a in Altengrabow – in den masurischen Wäldern in Pranie ich mit Ewa besucht habe. Nur drei Jahre konnte er sich dort ausruhen. Auch er starb an gebrochenem Herzen, mit nur 48 Jahren. So will ich es nennen, wenn man nach einem dritten Herzinfarkt zusammenbricht.

 

Droga do Santiago. Santo Domingo de la Calzada

Ewa Maria Slaska

Czwartek, 13 września

Trasa do Santo Domingo de la Calzada przez dwie góry i dwa miasteczka. Do pierwszej kawy mamy za sobą już 6 kilometrów. Dobra droga, jeszcze chłodno, prawie po równym – super, oby tak zawsze, ale zawsze tak nie będzie.
Gdy wychodzę jest jeszcze ciemno, dwa razy gubię się w miasteczku i muszę czekać, aż ktoś mi pokaże, gdzie są strzałki.
Po drodze nie wolno myśleć o odległych celach, nawet o dzisiejszym noclegu, nawet o najbliższej przerwie na kawę. O Santiago nie wolno myśleć za żadne skarby świata. Droga to droga i jej się należy nasza uwaga, a myśl liczy się krokami. Krokiem, tym najbliższym. Jak go zrobisz, to może ci się uda zrobić i następny. Jak odwyk alkoholowy. I papierosowy, dodaję po latach, gdy już nie palę. Tylko małe kroki. To one doprowadzą cię do celu.
Dzień był świetny, trasa przeszła szybko, ale też było to zaledwie 21 kilometrów, a nie tak jak wczoraj 28.

sant3Po drodze jakaś kobieta zostawiła przy drodze ubranie – koszulka trykotowa, kolorowe majtki, białe skarpetki – wszystko ułożone w dziewczyńską figurkę.

Dowiedziałam się dziś, że nikt po drodze nie czyści butów, chyba że są oblepione błotem, ale kurz jest czymś normalnym i nie warto z nim walczyć. Wyobrażam sobie, jak się potem wygląda w takich butach na lotnisku w Madrycie.

Dziś jest to hospicjum w klasztorze cystersów z XIII wieku. W miasteczku wszystko jest jak trzeba, średniowiecze, renesans, barok, bar, kafejka internetowa i sklepik, gdzie jakaś kobieta wymienia mi kartę telefoniczną na hiszpańską. Rozmawiamy po hiszpańsku i dochodzę do wniosku, że sprzedawczyni jest geniuszem.
Dziś po raz pierwszy ugotowałam sobie obiad – tortellini z jajkiem i owoce. I kupiłam sobie herbatę w torebkach – trudno, będę nosić.

Nie jestem bardziej zmęczona niż niekiedy, po ciężkim dniu pracy w Berlinie.

sant1Zastanawiam się na duchowymi wartościami Camino i na razie nic nie mogę powiedzieć. Idzie się, idzie, myśli się tylko doraźnie, trochę rozmawiam z ludźmi, ale właściwie niewiele, pewnie dlatego, że świadomie unikam drogi w czyimś towarzystwie. Chcę być sama z moją drogą, moimi myślami i moim zmęczeniem. W moim własnym tempie. Na pewno nie jest najgorsze. Nie wychodzę jako pierwsza ani jako ostatnia, jakoś tak pośrodku. Jak dziś wychodziłam, to jeszcze tak na oko połowa butów stała na regale. A doszłam wczoraj jako 19 a dziś jako 21, co zważywszy, że jest nas na jednym odcinku na drodze około stu osób, nie jest złym osiągiem.

sant2Santo Domingo de la Calzada to miasteczko, gdzie przydarzył się tak zwany kurzy cud i dlatego do dziś w kościele mieszkają kury. Na trasie do Santiago zdarzyło się kilka cudów. Jeden bardzo krwawy. W porównaniu z nim kurzy cud jest piękną średniowieczną bajką.  Pewna niemiecka rodzina pielgrzymów przybyła tu aż z Xanten. Młody pielgrzym spodobał się pięknej córce oberżysty, ale ponieważ odrzucił jej zaloty, panna wymyśliła prostą ale skuteczną zemstę – schowała w jego tobołku srebrny puchar należący do taty. Młodego chłopaka złapano, a ponieważ jego wina była, zdawałoby się, bezsprzeczna, został osądzony i skazany na śmierć przez powieszenie. Jego rodzice z ciężkim sercem poszli dalej, a gdy już wracali do domu, z miejsca kaźni zawołał do nich ich syn. Opowiedział im, że wcale nie umarł, bo święty Jakub go podtrzymywał i karmił. Mama i Tata popędzili do sędziego, a był to ten sam człowiek, który skazał ich syna. Pożywiał się był właśnie pieczonymi kurczakami. Na wniosek o uwolnienie chłopaka odpowiedział, że to bajki, a ich syn jest tak samo nieżywy jak te kury na jego talerzu. No i patrzcie państwo, kury ożyły. Chłopaka odcięto z szubienicy, dziewczynę powieszono. A kury do dziś mieszkają w kościele.

Miasteczko nazwano na cześć pobożnego mnicha, który w XII wieku zbudował tu most przez rzekę i szpital dla pielgrzymów.

Zdjęcia zrobił Mietek, pielgrzym spotkany na trasie. Ten który powiedział, że pielgrzymka to nie spacer po ukwieconych łąkach. Jeszcze o nim będzie mowa.

Reblog zum Frühstück

Dieser Beitrag ist meiner Freundin, Christine Ziegler, gewidmet, die mir diesen Text zugeschickt hat. Sie schrieb mir, dass es ihr Fundstück für mich ist. Ich habe es zuerst aber als… “Frühstück” gelesen. Deshalb eben: ein Reblog zum Frühstück.

TagesspiegelBanner
TagesspiegelYokoTawada

Ich möchte zuerst über eine spezifische Form der Kultur sprechen, nämlich die Joghurtkultur. Oder sollte ich besser mit dem Thema Milch anfangen, denn ohne Milch gäbe es keinen Joghurt. Die Mutter des Joghurts ist keine Muttermilch, sondern die Kuhmilch. Vor einigen Jahren las ich in einer deutschen Zeitung über ein Gebiet in Afrika, in dem eine Menschengruppe Epidemien überlebte, weil sie Kuhmilch als Nahrungsmittel akzeptiert hatte. Der Autor des Artikels schrieb, dass Milch an sich kein bekömmliches Nahrungsmittel für Erwachsene sei, denn die Natur schenke nur dem Säugling die Enzyme, die Laktose verarbeiten. Ein Kind, das weiter Muttermilch zu trinken versuche, müsse erbrechen.

Der europäische Magen hat im Laufe der Zivilisation die Fähigkeit entwickelt, ein Leben lang Milch zu verdauen. Mit einem Wort: Europa trinkt Milch und erbricht nicht. Das war meine Definition von Europa bis vor kurzem.

Als ich in den sechziger Jahren in Tokio zur Grundschule ging, gab es Klassenkameraden, denen sofort übel wurde, wenn sie Milch tranken. Wir bekamen jeden Tag eine kleine Flasche Milch, zusammen mit dem Mittagessen. Unsere Lehrerin sagte, jeder gewöhne sich an Milch, man müsse Geduld haben. Ich weiß nicht, ob sie recht hatte. Denn selbst in Europa gibt es Menschen, die keine Laktose vertragen.

Joghurt nach Athen

Die europäische Kultur wurde ausschließlich aus Bulgarien nach Japan importiert, ich meine die Joghurtkultur. 1905 gelang es dem bulgarischen Wissenschaftler Stamen Grigorow, ein Bakterium zu isolieren, das für die Entstehung des Joghurts verantwortlich ist. Als ich in Sofia war, sah ich in einem Supermarkt die Joghurtmarken, die ich aus Deutschland kannte, ein ganzes Regal besetzen. Warum importieren die Bulgaren die teuren Produkte aus dem Ausland, wenn sie selber das weltberühmte Joghurtvolk sind? Der Joghurt war nicht mehr Joghurt, sondern eine globale Industrieware. Ich war entsetzt.

Eine Bekannte in New York kauft ausschließlich Joghurt aus Griechenland. Viele amerikanische Joghurtprodukte sind ihrer Meinung nach nichts anderes als chemische Schleimsuppe. Die Griechen sind für sie das Joghurtvolk. Aber eine Griechin, die ich letztes Jahr kennenlernte, offenbarte mir, es gebe keinen griechischen Joghurt mehr, es gebe nur noch europäischen Joghurt. So trägt man nicht nur die Eulen, sondern auch noch den Joghurt nach Athen.
Wortmilch, Prosamilch, Haikuhmilch

Der Joghurt ist ein Sauermilchprodukt, eine Art Dickmilch. Die Wörter „Sauermilch“ oder „Dickmilch“ werden selten verwendet, denn man soll heutzutage weder sauer noch dick sein. Man soll immer gute Laune haben und so dünn sein wie die Menschen auf jedem Werbefoto für Joghurt. Ich dachte, dieses Erfolgsrezept sei amerikanisch und in Europa dürfe man sauer sein – sauer auf die Zustände, sauer auf die politische Situation, sauer auf die Ungerechtigkeit. Denn das Sauersein bringt Nachhaltigkeit. Das Sauerkraut hält länger als der Kohl. Wenn ich Wörter wie Sauerkraut oder Sauerbraten höre, fließt mir Speichel im Mund zusammen – nicht weil ich diese Gerichte essen will, sondern, weil das Wort „sauer“ in meinen Magen hineinklingt.

„Joghurt“ ist ein Lehnwort aus dem Türkischen, und vielen Europäern ist nicht bewusst, wie oft sie sich etwas Türkisches auf die Zunge legen. Die Wörter „Sauermilch“ oder „Dickmilch“ sind noch nicht vergessen, während das Wort „Setzmilch“ kaum noch verwendet wird. Ich habe es in einem Wörterbuch gefunden und las zuerst „Satzmilch“. Als Folge entstanden im Sprachzentrum meines Gehirns Wörter wie Wortmilch, Sprachmilch, Prosamilch, Haikuhmilch, Nachlassmilch, Übersetzungsmilch. Es gibt auch Wörter, die neu geboren werden.

Wenn ich sauer bin und mein Kopf von neuen Wörtern anschwillt, setze ich mich an den Schreibtisch. Nachdem eine Autorin oder ein Autor die Schrift gestellt hat, setzt der Setzer die entsprechenden Buchstaben. Dabei benutzt er kein Setzbrett mehr, sondern ein Computerprogramm. Das Wort „Setzbrett“ wird sicher bald vergessen. Die Autorinnen und die Autoren setzen die Sätze, es klingt etwas streng, aber es geht nicht um eine Festlegung der flüssigen Ideen. Sie setzen die Sätze wie ein wildes Tier in der Setzzeit seine Nachkommen in die Welt setzt. Aus den gesetzten Sätzen soll kein Gesetz werden. Sie sollen besser wie Setzmilch in einen Gärungsprozess geraten.

Gefühle, die ihn Vokalen zu Hause sind

Ist die übersetzte Literatur vergleichbar mit einer Ausländerin, die mit Akzent spricht? Der Akzent ist das Gesicht der gesprochenen Sprache. Seine Augen glänzen wie der Baikalsee oder wie das Schwarze Meer oder wie ein anderes Wasser, je nachdem, wer spricht. Die Augen meiner Sprache enthalten Wasser aus dem Pazifik, in dem Vokale wie Inseln schwimmen. Ohne sie würde ich ertrinken. Die deutsche Sprache bietet mir nicht genug Vokale. „Lufthansa“ spreche ich „Lufutohansa“ aus, damit fast jeder Konsonant mit einem Vokal versorgt ist. Wo soll ich sonst hin mit meinen Gefühlen, die nur in den Vokalen zu Hause sind?

Wie würde die Welt aussehen, wenn es nur Konsonanten gäbe? Sprechen Sie einfach „k“ oder „g“ aus, und achten Sie darauf, wie sie auf Ihren Körper wirken! Sie klingen für mich nach Ablehnung, Abgrenzung oder einer leise gesprochenen Ausrede. Auch die explosiven Konsonanten „p“ und „b“ bereiten mir Kopfschmerzen. Sie klingen verärgert, verachtend und abweisend. Ich ziehe es vor, beim Aussprechen dieser Konsonanten die Luft nach innen zu ziehen, damit sie nicht zu heftig explodieren.

Jede Abweichung als Chance für die Poesie

Es gibt auch sanftere Konsonanten. Das heißt aber nicht, dass ich sie ohne meinen Akzent aussprechen könnte. Die Konsonanten „r“ und „l“ zum Beispiel bringe ich durcheinander. Sie sind für mich eineiige Zwillingsschwestern. Hier einige Übungen für einen besseren Umgang mit ihrer Verwechselbarkeit: „Durch das lustvolle Wandern in der Natur wandelt Herr Müller seine Gesinnung.“ Oder: „Der Rücken eines Ponys ist niedrig und deshalb niedlich. Wäre er doppelt so hoch, wäre er halb so niedlich.“ Oder so: „Kein Bücherregal ist illegal, egal welche Bücher da stehen, genauso wie kein Mensch illegal ist, selbst wenn er mit einem Akzent spricht.“

Der Akzent bringt unerwartet zwei Wörter zusammen, die normalerweise nicht ähnlich klingen. In meinem Akzent hören sich „Zelle“ und „Seele“ ähnlich an. Es ist nicht meine Aufgabe, eine regionale Färbung, einen ausländischen Akzent, einen Soziolekt und einen Sprachfehler medizinischer Art voneinander zu unterscheiden. Stattdessen schlage ich vor, jede Abweichung als Chance für die Poesie wahrzunehmen. Es kommt mir komisch vor, dass ich von einer „Abweichung“ spreche, denn ich bin nicht sicher, ob es überhaupt den „Standard“ gibt. Im Sprachunterricht habe ich gelernt, dass das reinste Hochdeutsch in Hannover zu finden sei, und zwar auf einer Theaterbühne.

Der Akzent lädt zum Reisen ein

Aber es gibt keinen Menschen, der in einem Theater in Hannover geboren wurde und nie das Theatergebäude verlassen hat. Also gibt es keinen Menschen ohne Akzent, so wie es keinen Menschen ohne Falten im Gesicht gibt.

Der Akzent ist eine großzügige Einladung zu einer Reise in die geografische und kulturelle Ferne. In einer modernen Großstadt muss man stets darauf gefasst sein, mitten in der Mittagspause auf eine Weltreise geschickt zu werden. Eine Kellnerin öffnet ihren Mund, schon bin ich unterwegs nach Moskau, nach Paris oder nach Istanbul. Die Mundhöhle der Kellnerin ist der Nachthimmel, darunter liegt ihre Zunge, die den eurasischen Kontinent verkörpert. Ihr Atemzug ist der Orientexpress. Ich steige ein. Der Akzent gibt den Menschen auch Mut, denn er ist ein lebender Beweis dafür, dass auch ein Erwachsener noch eine exotische Sprache lernen kann. Hätte er sie schon als kleines Kind gelernt, hätte er keinen Akzent. Auch im hohen Alter können wir unseren Gaumen erweitern, uns neue fiktive Zähne wachsen lassen, die Muskeln des Mundwerks trainieren, mehr Speichel produzieren und unsere Gehirnzellen durchlüften.

Miszczkrika nad Żejmianą

o-autorceBronisława Raszkiewicz

Rozmowy

“Życie to raj, do którego klucze
są w naszych rękach.”
Fiodor Dostojewski

Rozmowa ze światłem

Ania nie miała świadomości, że nad nią, obok niej, niezależnie od niej, bez pytania o zgodę, toczy się walka. Nie słyszała głosów lekarzy, nie czuła nakłuwania żył. Doznawała przeniesienia w jakiś przedziwny świat, nie umiała go nazwać, ani określić. Było jej tam dobrze i nie miała ochoty o cokolwiek walczyć. Pamiętała, co się zdarzyło, i w tym dziwnym świecie miała tego pełną świadomość. Leżała na stole operacyjnym, a nad nią wisiały oślepiające lampy i ogrzewały nagie ciało. Przywiązano jej ręce i nogi szerokimi pasami, na twarz założono maskę z tlenem. Poczuła, że kręci jej się w głowie, przed oczami zrobiło się ciemno.
Lekarze przygotowywali narzędzia i coś do siebie mówili – to wszystko, co zapamiętała. Zapadając w ciemność, bardzo się bała, że umrze. Stanęły jej przed oczami różne niezałatwione sprawy, bliscy ludzie, zdarzenia z przeszłości. Ogarnął ją bunt – przecież miała dopiero trzydzieści lat! To był jednak tylko moment, za chwilę poczuła się dobrze i lekko. Płynęła w ciemnym tunelu, który stopniowo się rozszerzał i na końcu rozjaśniał. Z boku wyłaniały się przedziwne istoty, jak zbudowane ze światła. Płynęła w ich kierunku coraz dalej i dalej. Na granicy mroku pokazały się złociste koła. Za chwilę zniknęły. Widocznie były nieważnym etapem jej podróży do jasności, wielkiej świetlistej przestrzeni, tam gdzie bardzo chciała się znaleźć.
– Widzę cudowne światło, tam w górze, pod samym sufitem jasnej przestrzeni. Ta jasność jest bardziej świetlista niż słońce. I taka dobra, życzliwa, pełna ciepła – szeptała sama do siebie.

Zbliżają się do mnie świetliste postacie, milczą, idą bardzo wolno, patrzą na mnie. Nie boję się, wierzę, że idą po to, aby mi pomóc. Światło takie promienne, czuję się lekka, jest mi dobrze. Widzę moje ciało na stole operacyjnym. Patrzę na nie z góry. Jakie ono obrzydliwe, leży jak bryła galarety, pulsuje unosząc się lekko i opadając. Zbliżają się do mnie świetliste postacie, są coraz bliżej i bliżej, wyłaniają się z promienistej przestrzeni, jedna po drugiej, jest ich kilkanaście. Nigdy ich wcześniej nie widziałam, nie są podobne do nikogo znajomego. Wydaje mi się, że na mnie czekały, a teraz idą się przywitać. Wokół mnie pojawiają się obrazy we wspaniałych, czystych kolorach. Widzę różne zdarzenia z mojego życia. Poznaję piaskownicę na podwórku, ławeczkę stojącą pod płotem ogrodu przed domem w Miszczkrice, dalej widzę rozciągające się łąki nad rzeką Żejmianą i wreszcie moje dzieci siedzące przy stole w kuchni.
– To jest piaskownica – mówię do świetlistych istot – A tam rzeka Żejmiana. To są moje dzieci.
Czuję, że muszę rozpoznać jeszcze inne obrazy, zdarzenia. Nie słyszę żadnego głosu. Między mną a istotami ze światła istnieje jakaś inna forma porozumienia, coś w rodzaju telepatii. Po prostu odczuwam ich pytania i odpowiedzi.
– Jesteś w innym świecie.
– Tutaj musisz patrzeć inaczej.
– Zastanów się i powiedz – co to jest?
– To jest ławeczka – mówię do świetlistych istot. Pojawia się coraz więcej obrazów. Rozpoznaję je, a świetliste postacie oceniają mnie, analizują moje życie z wielką życzliwością. Podchodzą kolejno i kładą ręce na moją głowę. To nakładanie rąk czuję bardzo wyraźnie. Nagle słyszę:
– To dobra kobieta, choć ma w sobie pychę.
I po chwili:
– Wracaj na ziemię, do żywych. Masz małe dzieci. Jesteś im potrzebna.
Nie chcę wracać, ale z istotami światła nie mogę się spierać. Muszę wykonać ich polecenie. Żegnają mnie znów nakładając ręce na moją głowę. Wiem, co chcą mi powiedzieć na pożegnanie:
– Zapamiętaj, że wiedza, życiowa mądrość warte są, by je czerpać z życia ziemskiego. To jest jedyna wartość, o jaką warto zabiegać i walczyć. Tutaj wszystko inne nie jest potrzebne, nie ma sensu, może nawet stanowić przeszkodę na drodze do połączenia ze świetlistymi istotami.
Nie, to nie są aniołowie, nie mam też poczucia, że idę do Boga, do raju, czy zaczynam życie pozagrobowe. Czuję tylko wielką potrzebę stanąć blisko drugiego człowieka, szukać w życiu mądrości, pomagać i być użyteczną dla innych. Myślę o tym mocno zaciskając powieki. Powoli zaczyna wracać świadomość mojego ziemskiego istnienia. Z daleka dochodzą do mnie głosy ludzi, którzy stoją nade mną. Robią mi masaż serca. Wracam z dalekiej podróży, z przestrzeni oblanej jasnością, wracam do mojego ciała i zaciskam oczy. Boję się.
Pełna świadomość Ani wracała bardzo wolno. Kiedy otworzyła wreszcie oczy wiedziała, że jest w szpitalu, a koło niej stoją lekarze i pielęgniarki. Z niepokojem pytali:
– Jak się pani nazywa?
– Gdzie pani jest?
– Kogo pani widzi? – zapytał doktor Pieniężny, znany w Polsce chirurg. To właśnie on operował Anię tego dnia przez przeszło trzy godziny.

Odpływam z białą ścianą
W oparach eteru
Na trzy godziny snu
W rajskim ogrodzie
Trzy godziny spacerów
Po Elizejskich Polach
Skąpana w świetlistym błękicie
Wyłączona z życia
Rodzę się na nowo
Jestem ocalona

Po powrocie do żywych wiedziała, że jest bardzo wdzięczna losowi, iż mogła przeżyć i zrozumieć, że dane jej było stanąć na skraju Wieczności. Uwierzyła, że bez śmierci nie ma życia, i że dawniej ludzie wierzyli w to bardziej niż teraz.

Minęło czterdzieści lat, a Ania wciąż wracała do pytań postawionych jej przez świetliste istoty. I wciąż szukała w sobie i swoim życiu odpowiedzi. Miała poczucie, że dotknęła tajemnicy życia – właśnie życia, nie śmierci! Dzięki tym świetlistym istotom odkryła w sobie wiele tajemnic, zyskała spokój i szczęście.
Przez te wszystkie lata marzyła, aby podzielić się z innymi ludźmi tym, co się wtedy wydarzyło, czego doznała przebywając w innym świecie.

Autorka-z-bratemPo powrocie ze szpitala wybrała się do swojej mamy Antosi mieszkającej we wsi Chlebów, siedemdziesiąt kilometrów od Zielonej Góry. Od kiedy wyszła za mąż rzadko ją odwiedzała. Miała czwórkę dzieci i trudno jej było wybierać się w dalsze podróże. Wtedy jednak zdecydowała, że pojedzie do mamy i poprosi, aby opowiedziała o tym, jak Ania się urodziła.

Rozmowa z mamą

Był październik 1935 roku. Przyroda otrząsała się z letniego upału i przywdziewała kolorowe szaty jesieni. W małej chatynce stojącej na skraju wsi Miszczkrika nadszedł czas porodu. Leżałam w łóżku, zmęczona pierwszymi bólami, które nasilały się coraz bardziej i bardziej. Mój mąż Ludwik wezwał akuszerkę Salomeę Starakszyc, na którą we wsi mówiono Babka. Bóle wracały ze wzmożoną siłą. Krzyczałam tak głośno, że aż uszkodziłam sobie gardło – umilkła na chwilę i wzruszona własną opowieścią potarła ręką policzek. – Nie mogłam wręcz uwierzyć w siłę tego bólu. Pojawiły się obfite plamy krwi. Krwotok przybierał na sile, krew zalewała białe prześcieradło. Dziecko nie mogło wydostać się na świat, coś było nie w porządku i Babka Salomea nie mogła sobie poradzić. Nienarodzonemu dziecku i mnie śmierć zaglądała w oczy. Kiedy jednak po jakimś czasie między moimi nogami pojawiła się główka Babka krzyknęła z radości i kazała mi przeć z całej siły, a ja zapominając o dziecku, myślałam tylko o tym, aby ból ustał. Na chwilę straciłam przytomność. Nagle Salomea szybko i sprawnie wyszarpnęła ze mnie dziecko, co graniczyło niemalże z cudem.
– Jaka śliczna dziewczynka! – krzyknęła i sprawnie przecięła pępowinę, która owijała szyję dziecka. Później zakrwawioną ręką wyciągnęła łożysko i położyła dziewczynkę na moich piersiach.
Chociaż byłam bardzo zmęczona bólem i nasilającym się krwotokiem spojrzałam na córeczkę z czułością i zobaczyłam jej niebieskie oczka, czerwone, pomarszczone stópki, maleńkie rączki. Babka była bardzo milcząca i z troską spoglądała na mnie.
– Obiecuję ci córeńko, że będziesz żyła – szepnęłam i poczułam wtedy, jakby z góry nagle spłynął na mnie świetlisty promień i okrył moje piersi ciepłą pieluszką.
Babka wykąpała dziecko, otuliła lnianą pieluszką i położyła do kołyski. Kołyskę zrobił własnoręcznie Ludwik. Wisiała na czterech sznurach przymocowanych hakami do sufitu. Nad kołyską pochylali się kolejno mój mąż Ludwik i dzieci Joasia i Romek. Z czułością patrzyli na kruche i nieporadne ciałko.
I oto po trudnej i długiej podróży pojawiłaś się, córko, na tym świecie, witana przez najbliższych z radością – kontynuowała swoją opowieść Antosia. – Na twojej rączce połyskiwała czerwona wstążeczka zawiązana przez Babkę. Wstążeczka miała cię chronić przed złymi urokami i przynosić szczęście. Kiedy obudziłaś się z pierwszego snu byłaś bardzo głodna. Nadeszła pora karmienia. Przytulona do mojej nabrzmiałej piersi łapczywie piłaś mleko. Wtedy poczułam ulgę i już wiedziałam, że czeka nas wspólne życie. Z całą pewnością zawdzięczałam ten sukces Babce Salomei. To właśnie ona znalazła sposób na zatrzymanie krwotoku, który jak się zdawało był nie do opanowania. Pomogło jej w tym wieloletnie doświadczenie i znajomość różnych ziół. Jeszcze przez dłuższy czas piłam sok z czerwonych buraków i marchwi, aby uzupełnić niedobory czerwonych krwinek. Moje życie z dnia na dzień nabierało kolorów i siły. Miałam przecież dla kogo żyć – uśmiechnęła się przytulając Anię do siebie. – Po kilku dniach cała rodzina, zgodnie z tradycją, jednogłośnie orzekła, że będziesz nosiła imię po swojej babci – Anna.
Tak rozpoczęłaś swoje życie w bajecznej chatynce ulepionej z gliny i przykrytej strzechą. Ujrzałaś w niej swój pierwszy dzień i pierwszą noc.

Jesienią dom się zaniósł
Pierwszym krzykiem
Różowa dziewczynka
O niebieskich oczach
Napełniła serca miłością
Rosła beztrosko

Po wysłuchaniu opowiadania mamy Ania poczuła, że teraz już wie o sobie więcej, że jej pierwsze narodziny były także ku światłu.

Chata w ogrodzie
Ziarenka żółtego piasku
Znad rzeki Żejmiany
Matka przy kuchennym stole
Znakiem krzyża błogosławi
Swojski chleb
Za oknem gwizd lokomotywy
Na pagórku czarne skrzydło lasu
Pachnie grzybami

800px-ZheymyanaŻejmiana (z zasobów Wikipedia Commons) – rzeka na Litwie w dorzeczu Niemna, dopływ Wilii.

Miszczkrika to niewielka wioska na Wileńszczyźnie, w powiecie Święciany, rozciągająca się nad rzeką Żejmianą. Turystyczne walory Żejmiany sprawiały, że każdego roku, od późnej wiosny do wczesnej jesieni, odbywały się tutaj spływy kajakowe, w których udział brali dorośli i młodzież. Turyści byli zauroczeni pięknem okolicy i wspaniałym mikroklimatem. Rzekę upiększały lilie – krążele wodne – a jej powolny nurt tworzył miejscami spadziste brzegi, skłaniał do refleksji i zadumy nad urokiem wciąż zmieniającego się krajobrazu.

Przez moje żyły płynie
Żejmiana
Słyszę jej szum
Kiedy wyrywa ze mnie
Fragmenty wspomnień
Kawałki spróchniałego drzewa
Rodzinną wieś
Przywołuje minione zdarzenia
I wciąż płynie przez moje żyły