Wielka Wojna (1)

I wojna. Wielka Wojna jak o niej mawiały nasze babki. Przez tydzień będziemy tu o niej pisać, czytać i myśleć. Zaczyna Kasia Krenz, jutro i pojutrze dwa wpisy Tomasza Fetzkiego o pomnikach wojennych, w czwartek – mój o poetach i artystach w szarych mundurach armii pruskiej. Jeśli ktoś sobie przypomni, że też ma jakiś wpis do tej serii, proszę bardzo – niech przysyła. Miejsca starczy dla wszystkich.

Katarzyna Krenz

Sceny bitewne znad rzeki Sommy

Idą. Idzie szereg za szeregiem, maszeruje
w miarowym tupocie. Karabiny takt
wybijają na bębnach okopów, kule raz po raz
przeszywają pierś Ziemi śmiercionośnym
grotem. Oni? Tchu ostatkiem usiłują
wyszarpnąć życie z twardej garści wojny.
Resztki oddechu ofiarowują drżącym nocom
w blasku pochodni.

…w czarnym łopocie, w czarnym łoskocie
chorągwie jak grzywy dzikich koni…

Usta same krzyczą. Ciała krzykiem się
duszą i zastygają w kamień na skraju drogi.
Brzuchy zapadnięte z głodu lub napęczniałe
od zatrutej wody. Oczy w scenach wojny:
zawsze rozwarte szeroko, jakby nie wierzyły,
że kiedyś zasną na polu, co krwią nie nasiąkło.
Serca wróblem lęku mdleją na śmierci progu.

…chorągwie jak grzywy dzikich koni
w czarnym łopocie, w czarnym łoskocie…

Idą, co dnia idą nadzy, ślepi i bezbronni,
ledwie krtań zmyją łykiem chłodnej rosy
i niemą myśl ku gwiazdom wzniosą,
ogłuszeni rytmem miarowego kroku. O imię
wodza nikt nie pyta ani o cel tej drogi. Nikt
nie wie, dokąd uciec od wojennych werbli.
Rozkazy w martwej ciszy, gdy nawet echo
milknie.

Niebo płacze i sypie suchych łez popiołem.
A grzywy dzikich koni łopoczą jak chorągwie…

Bitwa nad Sommą. Atak rozpoczęty. Zdjęcie Ivor Castle, Kanada. Wikipedia/commons

Product placement

okladka productplacementRafał Różewicz

Obóz kulinarny

Jak to możliwe, że chodzisz – stojąc?
Pozwalasz chlebakowi wejść sobie na głowę,
z wrodzonej dobroci użyczając schronienia
uchodźcom ze sklepowych półek.

Obiecując im świetlaną przyszłość – ona trwa
tyle, ile wahanie człowieka co do potrzeb.
Dziś spotyka się z chłodniejszym przyjęciem – w końcu
czego się nie robi dla dobra wędlin.

Lecz kto z nowo przybyłych przypuszczał,
że kolorowe naklejki, magnesy, to zwykła propaganda,
przekroczenie terminu ważności okaże się
wyzwaniem, a codzienność niektórych będzie

wyglądała tak: najpierw selekcja, potem kąpiel i do gazu
(ma na niego monopol rosyjska kuchenka)?
Nikt więc nie wychyla się przed szereg,
wszyscy zgodnie podpierają ścianę

w obliczu zagrożenia ze strony wyciągniętej ręki.
Aż dziw, że nie są polskimi specjałami.

Tworzywo ludzkie

Stoi pod zlewozmywakiem,
otwarty na wszystko i wszystkich. Ile można
eksponować bałagan w sobie, jeśli jest
ktoś, kto czuwa nad nim, a następnie likwiduje
w przeciągu kilku minut? Wystarczy spojrzeć.

Świeżo założony worek jeszcze nie wylądował,
uczyni to po kolacji. To teoria wiecznego powrotu
w praktyce, choć powoływanie się
na teorie w kontekście kosza nie brzmi za dobrze.

W przeciwieństwie do sztućców jest sam.
Otoczony przez gąbki oraz wszelkiej maści
płyny może jedynie obcować z butlą,
której zdarza się wyjść z siebie.

Dlatego czasami stawia opór, wtedy
zahacza o rurę odpływową,
jakby, mimo wszystko, chciał zostać
na starych śmieciach. Ale to nie śmieci są
najgorsze ani zapach – zwykła kolej rzeczy.

Łazienkowe ewolucje

Woda wdziera się na pokład.
Bierze swój początek w kranie –
on posiada kurki do zadań specjalnych.

(Kiedyś w to wszystko wtrącał się prysznic
i w tym samym czasie tryskał energią,
odkąd jednak wymieniłem słuchawkę
potulnie czeka na swoją kolej.)

Wchodzę powoli; grunt to mieć
go pod nogami. Wciąż dolewam.
Ciepła, zimna? Nie mogę się zdecydować,
a ta leci – na łeb, na szyję.

Wszędzie wybory, prywatne, powszechne.
Prywatne, które można nazwać
powszechnymi.

Są tacy, co o tym nie myślą,
dzięki czemu zarabiają pieniądze.
Moje pokolenie jest właśnie od tego.

Wyciągnięty korek sprawia,
że odpływ w wannie
nabiera wody w usta.

Urtica dioica

Pokrzywa zwyczajna z rodziny Kowalskich
(dla znajomych wszystkie rośliny to chwasty)
wyzwoliła się spod panowania asfaltu,
zachęcona poczynaniami krewnych w Prypeci.

Ogłosiła niepodległość w blasku chwały ulicznej lampy,
którą następnie uznały niesforne psy,
olewając zupełnie – tak bardzo wsadziły nosy w nasze sprawy.

Był to przedsmak wegetacji w pobliżu aut szturmujących
drogę, która po remoncie liczyła na skok w dal w rejestrze.
Zabawy z bronią – czyli nożyczkami – orkiestrę, przecinanie wstęgi.

W zamian przyszło się zmagać z własnymi słabościami:
brakiem przejść, linii – symbolami prowincji.
I gdy ona wyszła na jaw, ulica nie dała po sobie poznać:
pęknięcia na powierzchni – wyłącznie dla ciekawskich.

Nie chcą jej wyrwać (bo nie pozwala się dotknąć),
choć i tak myślę o niej z czułością. W końcu nie każdemu się udaje,
z obojętnością godną Boga przyjmować to, co dzieje się wokół.

RafalRozewicz-zdjecieRafał Różewicz – ur. w 1990 r. w Nowej Rudzie, w Kotlinie Kłodzkiej. Twórca tekstów poetyckich, dziennikarz, felietonista. Publikował m.in. „8 Arkuszu Odry”, „ArtPapierze”, „Cegle”, „Szafie”, „Arteriach” oraz „Helikopterze”. Jest finalistą ogólnopolskich konkursów poetyckich im. Jacka Bierezina (2013) i Janusza Różewicza (2013), a także zwycięzcą XXIII OKP im. Krzysztofa K. Baczyńskiego (2014). Współredaguje pismo Inter.-Literatura-Krytyka-Kultura, a także stronę poecipolscy.pl. Właśnie ukazała się jego debiutancka książka „Product placement” (wyd. Zeszyty Poetyckie, Gniezno 2014). Mieszka we Wrocławiu.

Porady kulturalne

Ewa Maria Slaska

Ani na imieniny

latozimaOd przedwczoraj lato w Berlinie przestało być wściekłym, upalnym postrachem człowieka i stało się tym, co w Berlinie jest najlepsze pod słońcem – pogodą bez pory roku. Jest chłodno i pada, mogłaby być jesień lub wiosna, mogłaby być ciepła zima, ale oczywiście może też być lato. Tak jak na tej kartce obok. Lato w Holandii, zima w Holandii. Wytrawni berlińczycy nie mają w szafach ubrań i obuwia na dwa tygodnie prawdziwego lata i dwa tygodnie mroźnej zimy – tyle tego mamy rocznie – nie warto. Bo w Berlinie, jak to kiedyś napisał Kurt Tucholsky, nie ma pogody. Zresztą, jak berlińczyk ma zauważyć pogodę, skoro spędza życie knajpie lub w kinie. Knajp mamy w Berlinie niezliczone ilości, co jest bezkonfliktowym przejściem od dawnych czasów do epoki nowego wspaniałego świata. Do lat 20 XX wieku w mieszkaniach berlińskich było paskudnie, zimno, wilgotno i ciemno, i lepiej było przeczekać w knajpie tych kilka godzin dzielących człowieka od końca pracy do momentu, kiedy trzeba iść spać. Ogólnie rzecz biorąc była praca, po pracy się szło do knajpy, a potem spać. W międzyczasie sytuacja uległa zmianie, pracy nie ma, mieszkania są ładne, ale co w nich robić 24 godziny na dobę? Ani czytać się nie da przez tyle godzin, ani siedzieć przed telewizorem ani nawet grać w gry komputerowe – lepiej iść do knajpy. Po prawie stu latach treningu knajpianego, berlińczyk stał się już nową odmianą człowieka i bez knajpy po prostu nie przeżyje. Przyjezdni stosują prawo mimikry i żeby nie podpaść, też chodzą do knajpy. A w Berlinie jest dużo przyjezdnych – już prawie sto lat temu ówże Tucholsky pisał, że przeciętny berlińczyk pochodzi z Poznania lub Wrocławia i nie ma czasu. I tak nam to zostało.

A jak nie do knajpy, to do kina. Tak też robiłam przez ostatnie tygodnie, a teraz podsumuję: byłam w kinie na Idzie, na Boyhood, na Grand Budapest Hotel, na Snowpiercer, na Dwóch twarzach stycznia i wreszcie na Fack ju göhte. I udzielę wam takiej oto zbiorowej porady kulturalnej. Warto! O dziwo, z jakichś powodów, za każdym razem innych, warto iść na każdy z tych filmów.

Ida, polski film Pawła Pawlikowskiego, z ubiegłego roku, zapowiadany jest w Niemczech jako road movie (co jest bardzo dziwną klasyfikacją, mimo iż zaiste bohaterki sporo w nim jeżdżą samochodem) i film rozgrywający się pomiędzy polskim antysemityzmem, polskim stalinizmem i polskim katolicyzmem. Uważam ten czarno-biały, powściągliwy w warstwie widokowej i słownej obraz za jeden z najlepszych fimów, jakie w życiu widziałam, choć mam do niego również pewne zastrzeżenia ideologiczne. Ale zastrzeżenia, if any, niech sobie każdy sam wypracuje.

Boyhood, to niezwykły amerykański projekt filmowy, realizowany przez Richarda Linklatera przez 12 lat. W filmie występują zawodowi aktorzy: Patricia Arquette i Ethan Hawke oraz Ellar Coltrane, z którymi reżyser nakręcał co roku zaledwie kilka scen, dokumentując w ten sposób autentyczne dorastanie, fizyczne i psychiczne, małego chłopca, który na naszych oczach staje się młodym dorosłym mężczyzną.

Snowpiercer to ewidentna bzdura, zresztą nic nowego, bo stanowi nowoczesne i wcale chyba nie lepsze od pierwowzorów połączenie Matrixa i Seksmisji, ale mimo to trzyma w napięciu. Jest to pierwszy angielskojęzyczny film słynnego reżysera z Korei Południowej Bong Joon-Ho. Obejrzałam ten film pewnego upalnego dnia wieczorem w kinie na świeżym powietrzu i bardzo to było… odświeżające przeżycie.

Grand Budapest Hotel Wesa Andersona z Ralphem Fiennesem i Tonym Revolori jest po prostu nadzwyczajnie zabawny. O nic w nim nie chodzi i jest od początku do końca bez sensu, ale jest dobrym slapstikowym kawałkiem komediowego kina, a to warto docenić w czasach, gdy za komedię uchodzi wszystko co nie kończy się krwawą jatką, a widz się czasem nawet uśmiechnie. Tu tymczasem się śmieje.

Dwie twarze stycznia to amerykański kryminał wg powieści Patricii Highsmith, znakomite rzemiosło literackie i filmowe, choć niestety obarczone jedną ciężką ułomnością. W powieści dwaj zupełnie sobie obcy mężczyźni, jeden młody, drugi w średnim wieku, są do siebie podobni jakby byli ojcem i synem. To ważny wątek filmowy i ważna motywacja działania obu protagonistów. Tymczasem w filmie Hosseina Aminiego (to już zresztą druga adaptacja filmowa tego kryminału) postaci te grają przepiękny Oskar Isaac i Viggo Mortensen, który zresztą też całkiem całkiem wygląda. Ale nie są do siebie w ogóle podobni! O tym podobieństwie, które musi tu być, a go nie ma, wciąż jest mowa, a widz patrzy i patrzy, i nic nie rozumie. Bo można przecież znaleźć dwóch aktorów, starszego i młodego, którzy są podobni do siebie. Myślę, że Jerzy Zelnik spokojnie mógłby grać rolę (pseudo)ojca Oskara Isaaca.

Fack ju göhte, niemiecki film dla każdego, kto jest nauczycielem i im bardziej jest nauczycielem w jakimś nietolerancyjnym środowisku polskim, tym bardziej powinien dla otuchy obejrzeć ten film, który jest zarazem śmieszną i bardzo barwną komedią, a jednocześnie ostrą krytyką społeczną. Turecko-niemiecki reżyser Bora Dagtekin wyprodukował w zeszłym roku prawdziwy hit kinowy.

A ta Slaska tylko o małpach…

No tak, to prawda. Jak nie o kotach…

Ewa Maria SlaskaCamille Alaphilippe1874-1934 La Femme au singe2 Camille Alaphilippe1874-1934 La Femme au singe1

Ale jak nie pisać
o małpach w obliczu TAKIEJ sztuki. Oczywiście, nawet nie warto dodawać, sztuki nadesłanej przez
Marynę Over.


Camille Alaphilippe

X

Kobieta z małpką. Jaka kobieta, jaka suknia, jaka fryzura! Tylko ta małpka trochę mizerna, malutka, chudziutka i na dodatek na smyczy.

Nie znalazłam w sieci niczego na temat pani i jej małpki, oprócz tego, że to rzeźba z roku 1908 znajdująca się w zbiorach Petite Palaise w Paryżu, a i na temat samego artysty znajdzie się w sieci doprawdy niewiele. To znaczy, jak to zawsze w sieci, jest dużo, ale w kółko to samo. Wiadomo, że urodził się w roku 1874 we Francji, ale jego śmierć jest już niewiadomą. Wikipedia podaje, że zmarł po roku 1934 w Algierii. Po roku 1934! I co?

Alaphilippe studiował w Szkole Sztuk Pięknych w Paryżu. Gdy miał lat 24, a więc zaraz po studiach, otrzymał prestiżową francuską nagrodę zwaną Prix de Rome za rzeźbę zatytułowaną Kain po śmierci Abla ścigany przez pomstę niebieską czy też: Kain po śmierci Abla wysłuchuje wieczystej klątwy. Nota bene nagroda nazywa(ła) się rzymska, bo łączyła się ze stypendium na pobyt w Rzymie i to ni mniej ni więcej, tylko w willi Medici.

Céramic Hôtel, wikipedia commons

Gdyby człowiek wiedział, co ogląda, to by wiedział, że jeśli był w Paryżu dłużej niż jeden dzień, to widział najsłynniejsze dzieło artysty czyli tzw. Céramic Hôtel na avenue de Wagram 34. Budynek, jeden z najbardziej typowych przykładów Art Nouveau, został wzniesiony w roku 1904 przez architekta Julesa Lavirotte. Wspaniały ceramiczny wystrój budynku stworzyli rzeźbiarze Alexandre Bigot i nasz Camille Alaphilippe.

Pomnik poległych w Philippeville / wkipedia commons

Po zakończeniu Wielkiej Wojny Camille, chory i zrujnowany, przenosi się, właściwie już na stałe, do Algierii, gdzie w roku 1926 zostało odsłonięte jego wielkie dzieło, Pomnik Poległych w Philippeville (dziś Sukajkida), przeniesiony w roku 1969, po zakończeniu wojny algiersko-francuskiej, do Tuluzy. Pomnik upamiętnia żołnierzy poległych podczas Wielkiej Wojny w latach 1914-1918, nie tylko w Philippeville, ale także w Aïn Témouchent, Batna, Béjaïa (Bougie), Bordj Bou Arréridj, Bordj el kiffan,Guelma, Mostaganem, Saïda, Tebessa, Tipaza…

Pomnik w Algierii; do Tuluzy przeniesiono tylko rzeźby brązowe, cokół i nadbudowa pozostały na miejscu.

Na zakończenie ponawiam pytanie, które zadałam już powyżej: jakie były losy Alaphilippa w Algierii i dlaczego nie wiemy, gdzie, kiedy i jak umarł?

Droga do Santiago. Z Juan Ortega do Burgos

Ewa Maria Slaska

Sobota 15 września – niedziela 16 września

Uciekłam więc. Przed strasznymi pielgrzymami, którzy pielgrzymami nie są, i przed myślami o inkwizycji. Pędzę przez las, jeszcze chyba nigdy tak szybko nie pędziłam. Nawet nie czuję, że mam jakiś plecak. Pędzę. Droga wiedzie przez pastwisko. Na pastwisku krowy, rzecz jasna. Boję się. Z przyczyn nie wartych, by je tu opisywać, boję się krów. No ale idę, nie mam wyjścia. Widzę je, leżą, są piękne, białe i beżowe, łagodne. Idę, stawiając czoła własnej próbie. Z lasu wychodzi równie piękny biały byk. A ja nic, ja idę.

mark-ariu.de

Byk.

I nic. Idę.

Dochodzę do Ages – śliczna wioska, domy z ogrodami, stara kobieta podlewa malwy. W albergo tłum – wesoły, rozgadany, kolorowy. Mam miejsce w pokoju czteroosobowym!  Rano będzie śniadanie. Przed albergo Tanja, która uciekła z St. Juan wcześniej niż ja. Pytam, dlaczego? Pluskwy. Inkwizycja, krowy, brud, pluskwy – do wyboru. Siedzę przed schroniskiem, piję herbatę. Obok Szkoci, znamy się z drogi, wędrują w czerwonych i zielonych spódnicach, ten w zielonym kilcie ma czerwonego irokeza, ten w czerwonym – zielonego. Jeden z nich ciągnie za sobą gitarę na smyczy z kółkami. Szukam w sieci, czy ktoś im może zrobił zdjęcie po drodze, ale nie ma. W kuchni na czteropalnikowej kuchence ktoś przygotowuje paellę w ogromnej patelni.

Powoli spływa ze mnie groza tej samotnej, pełnej bólu wioski w górach.

Rano obudziłam się płacząc. Wychodzę ze schroniska jako ostatnia, co nic nie znaczy, bo jest jeszcze ciemno. W rowie przy drodze siedzi człowiek, który mnie o coś zagaduje. Przysiadam obok. Polak, Mietek. Idzie tak jak ja, z Logrono, ale robi dwa odcinki dziennie. Wędruje z małym prymusikiem na gaz. Sypia gdzie popadnie, owinięty w śpiwór, gotuje zupy z proszku na tej mini maszynce. To on mi powiedział, że pielgrzymka to pielgrzymka, musi być ciężko. Niesie ze sobą kamień w kształcie serca dla żony. Przysłał mi potem trochę zdjęć z Camino i przez lata składał mi zawsze życzenia noworoczne. (Dopisek z roku 2026: Kiedyś zacznę publikować na blogu jego wiersze i sprawozdania z coraz bardziej niezwykłych wypraw rowerowych.)

serce

Przechodzimy przez miejscowość Atapuerca, gdzie, jak głoszą plakaty, były wykopaliska “homosapiens”, ale muzeum otworzą o 11, a jest 8 rano. Rozmyślam nad tym, czy czekać czy iść, ale w końcu idę. Piję świetną kawę w Cardenuela i ruszam, sama, Mietek opuścił mnie już po pierwszych dwóch kilometrach i popędził przed siebie.

Droga wspaniała. Przecinamy pasmo wzgórz dzielących zlewiska rzek Ebro i Duerro, podążamy w górę i w dół, w górę i w dół, a droga nas sama niesie, w górę i w dół. Nabieram tempa, idę jak burza, ale od Orbaneja wędrowanie zmienia się w czyściec. Pierwszy krąg zaczyna się, gdy musimy obejść, nadkładając dobre 5 kilometrów, rozkopy pod autostradę. Dochodzimy do Villafria, gdzie jakaś litościwa dusza napisała na bruku “A – 9 km”, do albergo 9 kilometrów. Rzadka inormacja, najczęściej nie ma się pojęcia, co człowieka jeszcze czeka. Te 9 kilometrów to ewidentna groza – kolejne kręgi czyśćca. Najpierw rozkopy i śmietniska. Gdzieś pośrodku śmietnika ogromna tablica z wianuszkiem gwiazdek UE i napisem: “Camina cultura Europa”. Hehehe! Gdy wysypiska się kończą, zaczyna się kolejny dantejski krąg – super nowoczesne fabryki ze szkła. Są zupełnie puste, otoczone wielkimi płotami i połaciami gładko wystrzyżonych trawników. Ani żywej duszy. I wreszcie ostatni krąg: nie kończące się osiedla, nawet dość ładne, ale ich ilość przytłacza. Tu mieszkają ci, których los skazał na pracę w tych fabrykach, ale rozwój kapitalizmu ich stamtąd wygnał. Tam pracują same roboty, tu mieszkają wyrzutki ery poprzemysłowej.

Jesteśmy w Burgos. Piękne miasto, cudowna katedra.

Nie ma strzałek, ale każdy wie, dokąd mamy iść i usłużnie pokazuje. Schronisko wielkie i dobrze zorganizowane – wieczorem przyjedzie nawet ambulans, gdzie możemy opatrzyć rany i dostać środki przeciwbólowe – ale potwornie daleko za miastem, tak daleko, że zdołaliśmy już z powrotem wejść do czyśćca – mijamy kolorowe osiedla i wchodzimy pomiędzy fabryki. I tak idziemy – trójka Francuzów w podeszłym wieku i ja. Francuzi idą jak trzy maszyny, każda zaopatrzona w dwa postukujące na każdym kroku kijki. Ponieważ nosiciele kijków idą nierównym krokiem, kijki nierówno postukują. Właściwie nie do zniesienia, właściwie chciałabym od nich uciec, ale nie dam rady, nie przegonię.

Docieramy. Jestem tak zmęczona, że nie mam siły wejść na piętrowe łóżko. Pytam faceta, który ma łóżko na dole, czy mógłby się ze mną zamienić, ale nie mógłby. Siadam na podłodze i płaczę. I wtedy przypomina mi się Mama. Mówi, jak to ona, że człowiek powinien się zachowywać jak Odys i jego załoga. Najpierw trzeba dobić do brzegu, zdobyć woły (ukraść – czy jak?), rozpalić ognisko, upiec mięso, zjeść, wypić wino i wtedy można opłakiwać zmarłych. Nie wiem, kto mi niby umarł, może ja sama, ta wytrwała i dzielna, którą mi od wczoraj podmieniono na beksę, ale wstaję i idę jak księżyc “chusty prać”, pić kawę z automatu i pisać pod drzewem. A gdy tak siedzę pod tym drzewem stuletnim, widzę chmary – naprawdę chmary – ludzi. Nie wiem, skąd się wzięli, na drodze nie było aż takich tłumów. Nie ma miejsc.

Dotyk życia

broniaokladkaDzieciństwo Ani

Pierwsze cztery lata życia Ani były bardzo szczęśliwe. Rodzice i starsze rodzeństwo traktowali ją jak małą księżniczkę, uwielbiali ją i rozpieszczali. Ta śliczna dziewczynka o niebieskich oczach i jasnych loczkach miała dzieciństwo bardzo szczęśliwe, acz biedne. Nosiła skromne sukienki i bawiła się szmacianymi lalkami zrobionymi przez mamę. Z natury była dobra i pogodna, chociaż czasami zazdrościła Sabince, wnuczce pani dziedziczki Kantarowej. Sabinka była rówieśniczką Ani, miała swój pokój dziecinny, śliczne sukienki i zabawki kupowane w sklepie. Ania bawiła się i spała w jednym pokoju z rodzicami i rodzeństwem. Ale też w całym jej domu był tylko jeden pokój i maleńka kuchnia, w której stał stół, ława i piec chlebowy,
w którym mama piekła chleb. W kącie, przy piecu
stały żarna.

Oto wracam do korzeni swoich
Kawałka ziemi leżącego odłogiem
Bochna chleba w dłoni
Pachnącego tatarakiem
Zrywam kłos wypełniony ziarnem
Jak niezapominajkę kładę
Na omszałych żarnach

Najmilej Ania wspomina wieczory, kiedy po wspólnej kolacji cała rodzina była w domu. Ojciec brał ją wtedy na barana i podnosząc ją w górę i huśtając nad głową śpiewał:
Gdzieżeś ty bywał
Czarny baranie
Czarny baranie?
Dziewczynka popiskując z radości odpowiadała:
We młynie
We młynie
Mój miły panie!
Ojciec był jej najlepszym przyjacielem i wiedziała, że zawsze może na nim polegać. Mama natomiast objaśniała jej tajemnice świata, odpowiadała na każde pytanie. Brat Romek bawił się z nią na podwórku, a siostra Joasia pięknymi kołysankami utulała do snu.
Śpij Anusiu moja mała
Bo już na cię czas
Ja cię będę kołysała
A ty oczka zmruż
Luli luli śpij spokojnie
Śpij bez żadnych trwóg
Tu siostrzyczka cię utuli
Tam nad tobą Bóg
Czasami Ania była sama w domu. Wtedy biegła na pobliską łąkę i łapała motyle, cichutko śpiewała i szeptała do zrywanych kwiatów. Lubiła wsłuchiwać się w odgłosy łąki – brzęczenie owadów, cykanie świerszczy.
Wnikliwie obserwowała świat przyrody. Nie wiedziała tego, ale tak było. W odradzającej się wciąż naturze odnajdywała poczucie harmonii, spokoju i radości. Współuczestniczyła w odwiecznym procesie zmieniających się pór roku i dnia. Wiedziała, że tylko Bóg mógł stworzyć taki doskonały świat, pełen piękna i tajemnic, które wciąż na nowo odkrywała. Dorastała i w zakamarkach pamięci rejestrowała każde spostrzeżenie, każdy obraz.
W twarzach starych ludzi widziała drzewo, jego pomarszczoną korę. Świat jawił się jako jedność skupiona w drzewie – był magiczny i zagadkowy.

Jestem sosną rosnącą samotnie
Smutnym drzewem skrzypiacym na wietrze
Igiełkowe łzy czasem ronię
Może ktoś sosnę utuli
W wiatru szumie
W słońca aureoli
Rozterka odejdzie w nieznane
Dusza sosny
Nie będzie cierpiała

W rodzinnym domu Ani zawsze panowała atmosfera ciepła i życzliwości. Mimo wielu zmartwień i biedy rodzina żyła spokojnie i zgodnie. Ania była dziewczynką cichą, skrytą i skłonną do melancholii. Wydawała się najbardziej podobna do Ludwika i jak się póżniej okazało miała najsilniejszy charakter ze wszystkich dzieci Antosi i Ludwika.

bronia1stronaWojna

Beztroskę zmącił huk przelatujących samolotów. Podwórko dziecinnych zabaw zaniemówiło. W jednej chwili prysnął spokojny sen. Ktoś zamknął szczęście na klucz i klucz wyrzucił. Zachwiały się schody do nieba, po których do tej pory Ania wędrowała.
Pierwszego września 1939 roku niebo było czyste i bezchmurne. Ania bawiła się na podwórku w piaskownicy. Piekła babki z piasku i układała je na ławeczce stojącej pod ścianą domu. Nad jej głową skrzypiały i szumiały drzewa. Wsłuchiwała się w ich szum, kiedy nagle powietrze zadrgało jakimś uporczywym, powtarzającym się dźwiękiem.
– Co to takiego? – zapytała ojca, który w tym momencie wychodził z domu.
– Sama zobacz, córeczko! – odpowiedział wpatrując się w niebo.
Wtedy zobaczyła samoloty, które jak srebrne ptaki przesuwały się wysoko nad ziemią. Z nieba posypały się białe kartki jak płatki śniegu. Były to ulotki, na których czarnymi literami wypisano: WOJNA. NIEMCY NAPADLI NA POLSKĘ. Ania łapała te kartki jak motyle. Z domów powychodzili ludzie i kiwali głowami, lamentując:
– Znowu będzie piekło na ziemi! – spoglądali w niebo z trwogą.
Rodzice Ani przeżyli już jedną wojnę i bardzo się bali. Ludwik służył w wojsku w 1914 roku i omal nie stracił życia, a Antosia w wieku czternastu lat doświadczyła głodu, brudu i strachu.
Pierwsze miesiące wojny były w miarę spokojne – trwała mobilizacja do wojska i we wszystkich domach padały podobne pytania:
– Jak długo może trwać wojna?
– Jak się skończy?
– Jakie zapasy gromadzić?
– Zostać czy uciekać?
– A jeżeli uciekać to dokąd?
Nikt nie pomyślał, że za jakiś czas bomby będą spadały na domy, okna powypadają z framugami, rozpadną się ściany domów. Tymczasem trwała mobilizacja. Dworce kolejowe w Pohulance, Święcianach, Podbrodziu przepełnione były żołnierzami.
W 1940 roku wojna ogarnęła już całą Europę. Panowało przekonanie, że wkrótce Niemcy uderzą na Związek Radziecki. W czerwcu 1940 roku do Wilna wkroczyły sowieckie czołgi i rozpoczęła się okupacja, grabieże, głód, aresztowania, masowe deportacje Polaków, Litwinów i Łotyszy w głąb Rosji.
Pociągi z wywożonymi odjeżdżały na Wschód w sam środek syberyjskiej zimy.
– Ta przeklęta wojna znowu pochłonie miliony niewinnych ludzi – mówił z goryczą Ludwik.
– Miejmy nadzieję, że nie potrwa długo – uspokajała Antosia.
Ludwik czuł się bardzo źle, był przygnębiony i smutny, od niespokojnych myśli huczało mu w głowie.
– Pójdę się położyć – powiedział cicho, po twarzy płynęły mu łzy. – Gdyby nie ta wojna, to może nasza Joasia by żyła? – dodał z rozpaczą. – Miała tylko siedemnaście lat.
W rok później, też w czerwcu Niemcy zaatakowali i rozpoczęła się wojna sowiecko-niemiecka. Z nieba leciały bomby, domy tonęły w kłębach dymu i ognia. Ludwik patrzył ze ściśniętym sercem na żonę i dzieci – ich oczy straciły blask i były smutne. Od kilku tygodni kładli się spać głodni.
– Jeść! – pochlipywała Ania, wkładając do buzi brudny kciuk.
– Będziesz ty cicho?! – zdenerwował się ojciec surowo mierząc wzrokiem córkę. Od jego głosu zatrzęsła się niska chata.
– Aniu, kochanie – wtrąciła się pospiesznie Antosia obejmując czule córkę. – Wszyscy jesteśmy głodni i nic na to nie możemy poradzić. Jesteś już dużą dziewczynką i powinnaś zrozumieć, że niczego nie mamy do jedzenia. Wczoraj zabrano nam wszystko, co mieliśmy. Gdybyśmy nie oddali zboża i ostatniej krowy, to twój tatuś mógłby zginąć jak wujek Heniek. Pamiętasz przecież jak go zabili.
Ania ze smutkiem pokiwała głową i usiadła w kąciku przełykając łzy. Okupanci żądali coraz więcej i Ludwik był “zadłużony” po uszy. Kilka razy nocą nieznani ludzie wyprowadzali go z domu i katowali. Najczęściej żądali przyznania się do współpracy z ruchem oporu, udzielania pomocy i schronienia Żydom, posiadania broni. Często przeprowadzali rewizje. Ludwikowi serce pękało na widok dzieci i żony stojących pod ścianą z podniesionymi rękami, odwróconych twarzą do muru. Nie potrafił uchronić ich przed ciągłym zagrożeniem, głodem i nędzą.
Rok 1944 dobiegał końca. Ludzie mówili, że za pół roku wojna się skończy, czekali na to z utęsknieniem, potrzebowali wolności jak kromki chleba.
Ludwik czuł się coraz gorzej, był słaby i nie miał siły do pracy. Zbliżał się pierwszy dzień stycznia 1945 roku. Tę datę nosił w swoim chorym sercu przez piętnaście lat.

Machbuba

Tomasz Fetzki

Ku przeznaczeniu

Przeznaczenie ma to do siebie, że jest nieuchronne. Dzieweczka z Abisynii, choć tak delikatna i niewinna, też mu się nie wymknie. Rusza, choć jeszcze o tym nie wie, wprost w jego zimne objęcia.
W Wiedniu wielkiemu panu, księciu na Muskau i Branitz, nie wypadało się afiszować związkiem z prostą niewolnicą, „dzikuską” – jak sam ją nazwał był jeszcze w Chartumie. Dlatego Pückler przedstawiał swą towarzyszkę jako córkę urzędnika, kto wie, szanowni państwo, może nawet spadkobierczynię książęcego rodu…(i chyba wtedy właśnie narodziła się legenda o szlachetnym pochodzeniu Ajiamé). Twierdził, że jej imię brzmi Machbuba, co jakoby miało znaczyć „Złota”; w rzeczywistości znaczyło „kochana”, a właściwie „kochanka” – zaprawdę, arystokratyczne korzenie dziewczyny wydają się wątłe. Ale mała Afrykanka zna już dworskie maniery, porozumiewa się po włosku, słowem, sprawy idą, comme il faut.
Nic nie pomogło: pojawienie się pary wszędzie wywołuje skandal. Mimo wszystko razi młodość Machbuby, a jeszcze bardziej różnica wieku między nią a Księciem. Czterdzieści lat! Rodziców Hermanna (a przypomnijmy, że matka urodziła go, będąc piętnastolatką) dzieliło „zaledwie” szesnaście wiosen. Przeszkadzają jej ród i status; nie wszyscy uwierzyli w bajeczki o wysokim pochodzeniu. Nie pomaga też fakt, że książę już od dawna ma wśród europejskiej société opinię, by użyć eufemizmu, nieszczególną.
Właściwie to nie małej Abisynce czyniono afronty. Była przecież, mimo piętnastu już lat, ciągle dzieckiem: uroczym, naturalnym i zagubionym. Bezgranicznie wierna i wpatrzona w swego protektora. Wzbudzała raczej czułość i litość, niż potępienie. Ostrze oburzenia skierowano, i słusznie, przeciw Pücklerowi. Na tyle boleśnie, że Książę zaczął sobie chyba wreszcie zdawać sprawę z powagi sytuacji, którą sprokurował. A przecież w Muskau czeka Ona – żona i nie żona, czyli Lucie. Od 1826 roku rozwiedziona z Hermannem, jako się rzekło formalnie, dalej jest rzeczywistą Panią na zamku i włościach. Co zrobi, jak przyjmie Machbubę?
Książę już od pewnego czasu starał się przygotować ją na to spotkanie, śląc wymowne, a jakże!, ale i błagalne epistoły. Jak się okazało, nieskutecznie. Arcytolerancyjna Lucie, córka pruskiego kanclerza, księcia von Hardenberg, primo voto grafini von Pappenheim (Hermanna pojęła za męża po pierwszym rozwodzie), znosiła dzielnie przez wiele lat liczne romanse partnera. Bez mrugnięcia okiem przyjęła roztrwonienie swego posagu na parkowe miraże Księcia. Zaakceptowała, dwuznaczną co najmniej, pozycję żony byłej de iure, ale prawdziwej de facto. Anioł, nie kobieta! Ale Kwiatuszek z Sahelu zasadzony nad brzegiem Nysy – to było za dużo nawet dla Lucie. Takiego despektu znieść nie mogła. Toteż demonstracyjnie opuszcza Muskau, udając się do Berlina.
Książę von Pückler niewątpliwie był lekkomyślny, ale nie głupi: prawdopodobnie spodziewał się takiego rozwoju wypadków. Mimo to wyjazd Lucie zniósł bardzo ciężko. Jakby tego było mało, Machbuba zaczęła chorować. A raczej: choroba dziewczynki po jej przybyciu do Mużakowa rozwinęła się dramatycznie. To już trzeci rok ich wspólnej podróży, od dłuższego czasu przebywają w Europie. Trudy wędrówki i klimat Północy okazały się zabójcze dla małej Ajiamé. Diagnoza: gruźlica (według niektórych źródeł – zapalenie płuc). Misterny plan Księcia rozsypuje się jak zamek z piasku, którym przecież był od początku. Jego marzenie o odrobinie Orientu na co dzień odpływa w dal.
To z kolei było za dużo dla Hermanna. Łatwo jest wyszukać całą listę pięknych, przekonujących tudzież skutecznie mącących obraz określeń (cóż za problem dla „inżynierów słowa”?), ale prawda jest prozaiczna: sytuacja przerosła psychikę Księcia. Stchórzył i podążył pokornie do Berlina, do Lucie. Ktoś rzekłby, że zachował się jak typowy facet. Viator mógłby podjąć dyskusję, ma inny pogląd na tę „typowość”. Ale oczywiście, ze zrozumiałych względów, Viator nie jest obiektywny.
Machbuba pozostała w Mużakowie. Nadchodzi jesień. Dziewczynka niewiele rozumie z tego, co się wydarzyło, lecz dalej niezłomnie kocha swego Pana. Tęskni. A suchoty, jak to suchoty: galopują. Cały dwór ze smutkiem obserwuje, jak Czarna Perełka powoli gaśnie. Cały dwór, bo wszyscy pokochali to dziecko; czy mogło zresztą być inaczej? Lekarz opiekujący się dziewczynką pilnie wzywa Hermanna do powrotu. Nawet okoliczne arystokratki, wzruszone jej losem, ślą listy mające zmiękczyć serce Pücklera. Nic nie pomaga. Książę nie przybył. Wysłał, i owszem, kilka czułych listów, pisanych po włosku, a zaczynających się od słów Cara mia Machbuba (Moja droga Machbubo). W jednym z nich stwierdza, nagle dziwnie po ojcowsku: Żywię nadzieję, iż trochę lepszym zdrowiem się cieszysz. Bardzo Cię miłuję i życzę sobie, byś czas przyjemnie spędzała, byś korzystała z rozrywek, ale też się i czegoś uczyła. Posłał nawet pudełko czekoladek! Ludzki Pan, nieprawdaż?
Kiedy powalony gorączką Hermann niemal konał na pokładzie statku płynącego Dunajem, Machbuba nie odstąpiła go ani na krok. Gdy to ona umierała w ponury jesienny dzień, 27 października 1840 roku, była sama. Jak mówią świadkowie: do końca odważna i do ostatniej chwili bezgranicznie oddana Księciu.
Co tu dużo mówić: nie zasłużył na tę miłość. Oczywiście, natychmiast po śmierci dziewczynki przyjeżdża do Muskau, rozpacza. Spędza dwanaście godzin, roniąc nad grobem Machbuby łzy żałoby, oczywiście – przy pełni księżyca, jakżeby inaczej. Odgrywa komedię? Mamy prawo być surowi, ale nie bądźmy okrutni: to mogło być szczere. Żal był egzaltowany i wyrażony teatralnie (całe życie Księcia było takie, może po prostu inaczej nie umiał, może forma przygniotła treść?), ale chyba jednak autentyczny. A było nad czym płakać: prawdziwa i utracona miłość, rozwiane marzenia, własna małość i tchórzostwo… Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni…

machbuba2 (1)Maska pośmiertna Machbuby.

Minie zaledwie pięć lat od śmierci małej Afrykanki, a zbankrutowany książę von Pückler sprzeda Mużaków i wyjedzie stąd na zawsze. Zostawi swe marzenia o zielonym królestwie (no, nie tak do końca: odwiedźcie park w Branitz, aby się przekonać, że Fürst czasami potrafił być konsekwentny). Porzuci grób Machbuby. Na szczęście znajdą się inni, którzy się nim troskliwie zajmą. Dzięki temu istnieje on do dziś. Kolejni właściciele Mużakowa, hrabiowie von Arnim, wzruszeni historią Dzieweczki z Abisynii, korzystając z zachowanej maski pośmiertnej, nakazali wykonanie dwóch brązowych posągów, które ozdobiły parkowe alejki. Niestety, w roku 1945 uległy one zniszczeniu.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA   Kościół św. Jakuba widziany od strony cmentarza. Przy ścianie wyeksponowano barokowe płyty epitafijne. O jednej z nich jeszcze wspomnimy.

Można oficjalnie: minąwszy Nowy Zamek przecinamy skosem rynek mużakowski, a następnie, krocząc prościutką Kirchstraße, docieramy pod kościółek św. Jakuba. Viator wybiera romantyczny skrót: idzie ścieżką parkową w kierunku Glorietty, nagle skręca w lewo (trzeba wiedzieć kiedy, bo oznakowania brak) i pokonując wąską dróżkę między drzewami, wchodzi wprost na plac przykościelny. Tak naprawdę – stary cmentarz. Sam kościół, choć mały, jest elegancki i świetnie utrzymany. Cmentarz także, mimo tego, że grobów zachowało się na nim niewiele, może dwadzieścia.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Das Grab der Machbuba.

Wśród nich ten najważniejszy. Na uboczu, przy samym murze. I tak dobrze, że nie poza nim: wszak pochowana jest tutaj poganka. Grób skromny, wręcz majestatycznie skromny, ale nabrzmiały znaczeniem. Trzeba się pochylić i odgarnąć nieco rosnący wokół bluszcz. Z bogatego repertuaru symboli sepulkralnych twórcy nagrobka wybrali tylko jeden, ale za to jaki!

SAMSUNG DIGITAL CAMERAXXXXWąż “wgryza się” w nagrobekXXXXXXXXXX…zaś po lewej wyłania                   XXXXXXpo prawej stronie…XXXXXXXXXXXXXXXXXsię łeb gadziny.

Wzorca, jak się zdaje, nie musieli szukać daleko. Pamiętacie epitafia stojące przy ścianie kościoła? Viator przyjrzał się im kiedyś dokładnie. Co zobaczył na jednym z nich, do powszechnej wiadomości podaje, a wnioski pozostawia czytelnikom.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAMemento mori w osiemnastowiecznym sztafażu.

Wiele lat później na grobie pojawił się jeszcze jeden znak. Bo te galopujące suchoty oczywiście były, miały wpływ, przyczyniły się, rzecz jasna… ale tak naprawdę wszyscy wiemy, że Ajiamé serce pękło z tęsknoty. To serce, które, jak chce legenda, zrozpaczony książę Pückler pochował tajemnie na jednej z parkowych ścieżek, do dziś zwanej ścieżką Cary (Cara mia Machbuba…)

SAMSUNG DIGITAL CAMERAI my, Polacy, mamy pamiątkę po Machbubie. Ścieżka Cary – w Parku, na prawym brzegu Nysy.

Książę, u którego forma przerosła treść, powiedział nad grobem Dzieweczki z Abisynii: Grobowce są górskimi szczytami piękniejszego świata. Viator, tym razem poskromiwszy pęd ku pajacowaniu, mówi po prostu: Śpij spokojnie, dziewczynko!

SAMSUNG DIGITAL CAMERAA sny, dziecko, miej piękne…

Jeśli ktoś znajdzie się w przygranicznej stronie i zapragnie własne słowa wyszeptać nad grobem, a może i czegoś więcej dowiedzieć się o małej Machbubie, niech koniecznie odnajdzie Katarzynę Jagiełło w siedzibie administracji polskiej części Parku Mużakowskiego. Pani Kasia (zaiste, Park zawsze słynął pięknem kwitnących w nim kwiatów; tak było kiedyś, tak jest i teraz) o Dzieweczce z Abisynii wie wszystko, przy tym chętnie dzieli się swą wiedzą. Także Viator wiele jej zawdzięcza i, korzystając z okazji, serdecznie dziękuje.

Zmartwienia sceptyka

Ewa Maria Slaska

W sobotę na krótko przed północą znalazłam na Facebooku taki wpis:

Tomek Motyliński

tescoPrzed Tesco podszedł i zapytał, czy nie mam 10gr, bo na chleb zbiera. Wyglądał schludnie, nie zalatywało od niego alkoholem więc dostał 2 zł. Po chwili stał przed sklepem z bochenkiem chleba i jadł go tak, jakby to było najpyszniejsze jedzenie na świecie. Wziąłem go do sklepu i pozwoliłem zrobić zakupy. Oto co wybrał, przy czym jajka, kiełbasę i masło dołożyłem mu do koszyka ja, bo on wybierał chleb ten a nie tamten, bo ten 12gr tańszy, przy każdym produkcie przy okazji pytając, czy na pewno może. Czy czuję się lepiej? Nie, przez kilkanaście minut nie mogłem się pozbierać i ryczałem siedząc w aucie. Nie o taką Polskę mój ojciec walczył i jakoś pomimo upływu lat nie potrafię się z pewnymi rzeczami pogodzić. Ale wiecie co jest najgorsze? Miny ludzi stojących za nami w kolejce do kasy w momencie, gdy się już zorientowali co się dzieje. Zupełnie takie, jakbym co najmniej im z portfela pieniądze wyjmował… Głodnego trzeba nakarmić – wyryjcie to sobie we łbach, szczególnie, że mówi to Wam ateista…

Wzruszyłam się na chwilę, potem jednak włączyłam myślenie.

Bon na obrazku ma wczorajszą datę. Pojawił się w sieci 18 lipca koło godziny 22. Paragon został wystawiony o 22:27, czyli wszedł do sieci NATYCHMIAST! Tomek zrobił zakupy biednemu, sfotografował bon i tak naprawdę nawet nie miał czasu w aucie zapłakać, bo już wstawiał zdjątko do sieci i pisał komentarz.

Po 23 godzinach, gdy go znalazłam była godzina 23.oo dnia 19 lipca, a usługa Facebooka podawała mi uprzejmie, że wpis pojawił się przed 23 godzinami.

Gdy na to spojrzałam wpis miał
115.351 lajków
28.9228 szerków
144 komentarze
oraz
wpis na portalu Zaskakujące: http://zaskakujaca.pl/2950/nie_badzmy_obojetni_na_ludzi

Jak mówię, wzruszył mnie ten wpis, ale te masy lajków wydały mi się jednak podejrzane. Po kilku minutach miałam poczucie, po kilku godzinach niemal pewność, że to co wygląda na gest dobrego człowieka, jest zapewne zaplanowaną akcją marketingową Tesco – jazdą po naszym naiwnym poczuciu solidarności i społecznej empatii, po to byśmy zapamiętali, że przed Tesco nakarmili biednego, a chleb w Tesco jest pyszny.

Tomku, jak to jest?

Sprawdzam w sieci: strona którą wspieram od wielu miesięcy, Clean Clothes Polska, ma, gdy to piszę, 3104 lajki, a strona istnieje na Facebooku od 2009 roku!

Martwię się sama sobą, bo jeśli mój sceptycyzm jest nieuzasadniony, to znaczy że zrobiłam się okropnie podejrzliwa. Po co być sceptykiem, skoro lepiej jest być dobrym człowiekiem. Wpis Tomka zebrał w ciągu jednej doby kilkanaście tysięcy lajków i mnóstwo komentarzy. Ale niewykluczone, że jednak dobrze jest być sceptykiem. W końcu wiadomo, że każda korporacja, każda firma i każdy biznes prowadzi buduje swój wizerunek i prowadzi kosztowny marketing.

Według danych Kantar Media w ub.r. cennikowe wydatki reklamowe Tesco Polska (bez uwzględnienia internetu) wyniosły 150,6 mln zł, o 86 proc. więcej niż rok wcześniej.

Heniu i Krysia, animowane ludziki z kreskówek reklamowych Tesco, już od kilku miesięcy nie reklamują sieci, ale w czasach prosperity ich fanpage na Facebooku zebrał 540 tys. fanów.

Stosunkowo niedawno przeczytałam gdzieś, że reklama poprzez niby to autentyczne wpisy normalnych użytkowników Facebooka jest prężnie rozwijającą się nową gałęzią marketingu. Nie pamiętam już ile wpisów można uzyskać za tysiąc złotych, a ile za dziesięć tysięcy, ale dużo. Eksperci podawali przy tej okazji, iż ważne jest, by byli to prawdziwi ludzie a nie cyborgi.

W każdym razie dobrze jest, by cyborgi sprawnie udawały prawdziwych ludzi.

W komentarzach do wpisu Tomka z uporem godnym lepszej sprawy pojawiają się zwroty “serducho”, “szacun” i “szacunek”.  Najwyraźniej komentuje specjalna społeczność, używająca takich sformułowań. Wygląda na to, że marketingowcy z Tesco zapomnieli o jednej z podstawowych zasad marketingu w mediach społecznościowych. Musi go uprawiać kilka osób, które mają inny zasób słów, inną stylistykę i inną empatię.

Tomku? Wykorzystali cię czy ci zapłacili?

Nie dalej jak wczoraj nasz autorka Krystyna Koziewicz napisała we wpisie:

Być otwartym człowiekiem nie oznacza być do tego stopnia naiwnym, by łykać wszystko, co się do człowieka mówi. Pomiędzy zaufaniem a naiwnością przebiega bardzo cienka granica, a największą głupotą jest i będzie bezgraniczna wiara w słowa drugiego człowieka.

Kto szuka, ten znajdzie. Nie znalazłam wprawdzie artykułu z gazety, którego szukałam, ale na początek niech nam wystarczy ta oto definicja z wikipedii:

Marketing wirusowy (zw. reklamą wirusową; ang. viral marketing) jest specyficznym rodzajem działań marketingowych. Polega na zainicjowaniu sytuacji, w której potencjalni klienci będą sami między sobą rozpowszechniać informacje dotyczące firmy, usług czy produktów. Nie zawsze musi to być konkretna informacja, może to być tzw. budowanie świadomości marki oraz jej pozycjonowanie, czyli wywoływanie pożądanych skojarzeń z nazwą, logo firmy.

Szary viral czyli nie podpisany uważany jest za część guerilli marketingowej. Dla firm zdecydowanie bardziej opłacalny jest biały viral z imieniem, nazwiskiem i twarzą.

Tomku?

Tymczasem świat zachwyca się Tomkiem (oto wywiad z nim), a ja nadal jestem nieufna.

Uwierzcie mi, ciężko jest być nieufnym sceptykiem, ale nie mam innego wyjścia. Jak skorpion – po prostu taka jestem.

Z cyklu: z życia emigranta

Krystyna Koziewicz

O święta naiwności

Być otwartym człowiekiem nie oznacza być do tego stopnia naiwnym, by łykać wszystko, co się do człowieka mówi. Pomiędzy zaufaniem a naiwnością przebiega bardzo cienka granica, a największą głupotą jest i będzie bezgraniczna wiara w słowa drugiego człowieka.

Przedstawiona poniżej historia jest kolejnym ostrzeżeniem dla tych, którzy łatwo ulegają czarowi słów wypowiedzianych w kolorach tęczy. Jak łatwo jest zapomnieć, że istnieje ciemna strona życia, w której dobrze prosperują wszelkiej maści spekulanci, kombinatorzy, kryminaliści.

W dzisiejszych czasach bardzo łatwo jest wpaść w ich pułapkę. Wciąż wydaje się, że jak sam jesteś normalny, to nic złego nie może cię spotkać, a już zwłaszcza ze strony kumpli, czy nawet bliskich znajomych. O święta naiwności!

Jeszcze tak niedawno pisałam o młodej studentce, która miała zagwarantowana pracę w Berlinie. Bez szans na wykazanie się podziękowano jej po 3 godzinach stwierdzeniem „nie nadaje się”, jakby sprzątanie pokoi hotelowych wymagało ukończenia szkoły odkurzania, ścielenia, wymiany ręczników.

Podobnie było z synem znajomej, który od roku przebywał na saksach w USA, miał stałą pracę od pierwszego dnia przylotu. Wyjechał z Polski, by zarobić na modernizacje warsztatu samochodowego. W Polsce banki robiły mu wielką łaskę, latami pielgrzymował za kredytem, przekonywał o potrzebie unowocześnienia zakładu, naznosił piramidę dokumentów zabezpieczających wysokość kredytu. I nic!

Mając w nosie biadolenie rządzących na odpływ kolejnych podatników, wyjechał na saksy i przez rok spokojnie pracował w Baltimore. Łatwo mu nie było, bo wprawdzie zarabiał dobrze, ale nie radził sobie z tęsknotą za rodziną i z samotnością. Myślał o powrocie do Europy, choć pieniędzy nie miał na tyle, by zrealizować zamierzone plany. Okazją do powrotu stały się telefony z Polski od zaprzyjaźnionego kumpla, oferującego natychmiastową, dobrze płatną pracę w Norwegii. Chłopak niewiele się zastanawiał – bez wielkich przemyśleń, kalkulacji, sprawdzenia wiarygodności, poleciał czym prędzej na lotnisko kupić bilet powrotny. Spakował manatki, pożegnał się z pracodawcą, który żałował, że traci dobrego fachowca. Nie pomogły zachęty podwyżki – wyjeżdża i już! Będzie w Europie, blisko do domu, dzieci, mamy…

Radość rodziny i najbliższych była ogromna, trwała jednak bardzo krótko, bo trzeba było jechać dalej, do Norwegii. Tam już czekają, pracodawca wysyła ponaglenia i zapytania, kiedy? Po niecałym tygodniu od przylotu z Baltimore, chłopak ruszył w dalszą drogę z zakupami przekazanymi przez kogoś dla nowego bossa: pełne torby wędlin, kartony z mięsem, ogórkami, kaszą, grochem, herbaty, wory z proszkami do prania. Samochód uginał się pod ciężarem żarcia… sam zaś dla siebie wiózł reklamówkę z wałówką na pierwsze dwa dni i nic poza tym.

promNa miejscu w porcie czekał dziwny łysy mężczyzna, z zadowoleniem odebrał towar, po czym zawiózł do wynajętego pokoju-schowka z dostępem do kuchenki elektrycznej, toalety i prysznica. Na drugi dzień pojechał do firmy. Zobaczył warsztat „widmo”. Rupieciarnia przerobiona ze stodoły bez toalety, wody pitnej, jakiejkolwiek wody.

warsztaty2 Przetarł oczy, czy dobrze widzi. Szok. Szybko okazało się, że wszystko było nielegalne: rzekomy warsztat bez rejestracji, bez pozwolenia na działalność, praca na czarno, na odludziu, gdzie co jakiś czas pojawiał się policyjny wóz. Zrozumiał, że został wmanewrowany w jakieś wielkie świństwo. Mimo to pracował, by przynajmniej odrobić poniesione straty. Po pięciu dniach poprosił o zapłatę. Otrzymał z wielką łaską, niewiele z zarobionych pieniędzy,
ale wystarczyło prawie na styk,
by „dać dyla” z tego miejsca.

warsztaty1A nie było łatwo, wykorzystał jednak moment, że boss na krótko opuścił Norwegię promem, to pozwoliło mu zwinąć manatki i ruszyć w drogę powrotną. Oczywiście powiadomił bossa o rezygnacji i powodach, domagał się reszty zapłaty, ale już nic nie dostał. Uciekł. W tym samym czasie obaj znajdowali się na promie, z tą różnicą, że każdy płynął w przeciwnym kierunku.

Na ostatnich kroplach paliwa dotarł do domu. Stracił dużo kasy, niepotrzebnie wydał na przelot z Baltimore, wyjazd do Norwegii tam i z powrotem.

Ale… Być może ocalił życie, nie wiadomo przecież, jak potoczyły by się losy, gdyby został, gdyby pojawił się groźny boss, który jak się okazało, zajmował się handlem alkoholem, prowadził dziwne interesy, był pod obserwacją policji.

No cóż, nasz pechowiec otrzymał przyspieszoną lekcję pokory i miejmy nadzieję, że nim znowu podejmie jakąś decyzję, pójdzie jednak po rozum do głowy. Za łatwo uwierzył, zwłaszcza koledze, który przecież miał dobre intencje. Jak się potem okazało, także kolega nie wiedział, że to było pośrednictwo przez piątą czy szóstą osobę. Tak to jest, że jeden drugiemu coś poleca, choć sam dokładnie nie wie, co… Coś tam się usłyszy, weźmie szybko informację, nic nie sprawdzi, zaufa i ryzykuje się w ciemno.

Najgorsze jest jednak to, że człowiek myślał, że los się do niego uśmiechnął. Tak, tak los uśmiechnął się… ironicznie, przy okazji drwiąc sobie z jego naiwności!

praca w norwegii

Małpy

Ewa Maria Slaska

Przywołała je Powsinoga we wpisie o japońskich kotach w Nikko, trzy słynne azjatyckie małpki, jedna nie widzi, druga nie słyszy, trzecia nie mówi. Według Kopalińskiego symbolizują one “mądrość zapewniającą spokojne życie”.

Nikko-monkeysthreeHidari Jingoro (około 1596-1644) wykonał tę rzeźbę dla kompleksu świątyń z mauzoleami szogunów rodu Tokugawa w Nikko. Jego proste rzeźby (najsłyniejszy to Nemuri neko – śpiący kot, o którym pisała Powsinoga), zdecydowanie inne od  rozbuchanej, kapiącej od złota stylistyki epoki Edo, ustanowiły w Japonii nową epokę artystyczną.

Już wtedy, w maju, gdy Powsinoga pisała dla nas o nemuri neko, wiedziałam, że te małpki będą musiały jeszcze wrócić, bo prędzej czy później sięgnę przecież po temat małp w sztuce. Zacznijmy od Berlina.

Anna Krenz, Monkey and Jacek as African King, 2008
acryl on canvas
from “Monkeys” series

affe_1_krenz_jacek_africanKing_krenz_150Poniżej: Zygmunt Menkes, Autoportret z małpką
reprodukcja nadesłana przez Marynę Over

Ciekawe, że na obrazie małpka zachowuje się poważniej niż jej właściciel.

Zygmunt Menkes autoportret-z-malpka

Istnieje też namalowany przez Menkesa Autoportret z sową, 1930, zbiory Muzeum Narodowego w Warszawie

mpw816Maryna Over wie wszystko o wszystkich artystach polskich i prawie wszystko o prawie wszystkich artystach światowych. Zawstydza tym każdego, oczywiście również mnie. Gdy przysłała mi na Facebooka ten obraz, zawstydziłam się więc, nie po raz pierwszy zresztą, bo nigdy nie słyszałam o Zygmuncie Menkesie, a tymczasem… Zresztą sami sobie poczytajcie, co Maryna o nim pisze. TU. Na potrzeby wpisu niech nam wystarczy, że żył w latach 1896-1986, urodził się we Lwowie, zmarł w Riverdale koło Nowego Jorku, był polskim malarzem i rzeźbiarzem pochodzenia żydowskiego i większość życia spędził za granicą, a gdy zmarł, jego prochy zostały rozsypane nad Izraelem.

***

Tę średniowieczną małpkę francuską, która pociesza psa, też przysłała mi Maryna Over.

malpy France1412 - 1415To fragment miniatury przedstawiającej Jana bez Trwogi. Władca planuje właśnie zamach na wuja, Ludwika Orleańskiego, sprawującego regencję w imieniu nieobliczalnego króla Karola Szalonego. Zamach się udał, a Jan poprosił doktorów Sorbony o oświadczenie, że Ludwika trzeba było zabić, bo był tyranem. Zaświadczenie niewiele mu pomogło, w kilka lat później, 10 września 1419 roku na moście w Montereau książę został zabity przez dworaka zamordowanego tyrana. Książę spotkał się na moście z delfinem Karolem, by po raz drugi potwierdzić chęć zawarcia pokoju. Jan rządził już Paryżem, od lat trwała wojna Anglii z Francją, znana potem jako wojna stuletnia (1337-1453), spotkanie na moście mogło było obrócić losy Europy. Tak się nie stało.
Pewien mnich miał ponoć wskazać na dziurę w głowie księcia Jana i powiedzieć, że “to jest właśnie dziura, przez którą Anglicy weszli do Paryża”.
Jan bez Trwogi nie żył, Karol w trzy lata później został królem, a Anglicy w roku 1431 spalili Joannę d’Arc.

copie_85W tym kontekście pies i małpka są zapewne zwierzętami symbolicznymi. Nasz niezastąpiony Kopaliński twierdzi, że w sztuce średniowiecznej pies oznacza “kuszenie do złego, zawiść, gniew; wierność i wiara; biały pies zwykle przedstawia dobro i pobożność osoby, przy której nogach się pojawia”, czyli obraz ma przedstawiać to samo, o czym zaświadczać miał certyfikat uczonych doktorów z Sorbony – niewinność człowieka, który zabił tyrana. Ale jest przecież i owa małpa, która “w chrześcijańskiej literaturze i sztuce (…) jest przeważnie emblematem grzechu, występku, upadku duchowego, chytrości, chciwości, chuci, złości, gnuśności,  ślepoty duchowej.”

Oj!