– A to nam zabili Ferdynanda – rzekła posługaczka do pana Szwejka, który opuściwszy przed laty służbę w wojsku, gdy ostatecznie przez lekarską komisję wojskową uznany został za idiotę, utrzymywał się z handlu psami, pokracznymi, nierasowymi kundlami, których rodowody fałszował.
– Którego Ferdynanda, pani Mullerowo? – zapytał Szwejk – ja znam dwóch Ferdynandów: jeden jest posługaczem u drogisty Pruszy i przez pomyłkę wypił tam razu pewnego jakies smarowanie na porost włosów, a potem znam jeszcze Ferdynanda Kokoszkę, tego co zbiera psie gówienka. Obu nie ma co żałować.
– Ależ, prosze pana, pana arcyksięcia Fernanda, tego z Konopisztu, tego tłustego, pobożnego.
– Jezus Maria – zawołał Szwejk – A to dobre! A gdzie też to się panu arcyksięciu przytrafiło?
– Kropnęli go w Sarajewie, proszę pana, z rewolweru, wie pan….
28 czerwca minęła setna rocznica powyższego wydarzenia, które zapoczątkowało I Wojnę Światową – KLIK.
Dzień wcześniej usłyszałem w australijskim radio wywiad z Margaret MacMillan, Kanadyjką, autorką bardzo cenionej książki – The war that ended peace – KLIK. Nagranie wywiadu tutaj – KLIK.
Szczególnie zainteresowała mnie opinia autorki na temat powodów wybuchu wojny. Europa miała za sobą prawie 100 lat pokoju – od Kongresu Wiedeńskiego w 1815 roku. Jednak pod pokrywą tego pokoju gotowały się nacjonalistyczne tarcia i wielkie ambicje. W 1914 roku powszechna była opinia, że aby te napięcia rozładować konieczna jest wojna. To miała być krótka i decydująca wojna, żeby żołnierze wrócili na Boże Narodzenie do domów. Wojna, która miała być końcem wszystkich wojen.
Gdy zaś politycy mają przeświadczenie, że coś jest nieuniknione, wówczas zaczynają działać w stosowny sposób i przewidywania stają się faktem. Faktem, który przerósł wszelkie przewidywania.
A jakie były przewidywania dobrego wojaka Szwejka?
Podsłuchałem go w gospodzie U Kalicha…
– W Sarajewie w całej tej sprawie maczali palce Serbowie – nawiązywał wywiadowca Bretschneider.
– Myli się pan – odpowiedzial Szwejk – to zrobili Turcy przez tę Bośnię i Hercegowinę. Turcy przegrali wojnę w 1912 z Serbią, Bułgarią i Grecją. Chcieli, żeby Austria ich poratowała, a gdy Austria nie chciała, zastrzelili Ferdynanda.
…
– Myślisz pan może, że najjaśniejszy pan puści to płazem? Nie znasz go pan w takim razie. Wojna z Turkami musi być. Serbia i Rosja pomogą nam (Austrii) w tej wojnie.
…
– Może się zdarzyć, że w razie wojny z Turcją napadną na nas Niemcy, bo Niemcy i Turcy trzymają z sobą. To takie dranie, że drugich takich nie ma na świecie. Ale możemy się sprzymierzyć z Francją, która od roku siedemdziesiątego pierwszego krzywo patrzy na Niemca. I damy sobie radę.
Przewidywania dobrego wojaka Szwejka okazały się równie trafne jak przewidywania mężów stanu.
Margaret MacMillan zatytułowała swą książkę – Wojna, która zakończyła pokój. Według autorki Traktat Wersalski był zarzewiem konfliktów, które spowodowały wiele tragedii XX wieku. Tuż po zakończeniu Wielkiej Wojny wybuchło wiele lokalnych wojen i konfliktów, o których wspomniał pan Tomasz Fetzki w trzecim odcinku tego cyklu – “.. rosyjska wojna domowa, rumuńska interwencja w Węgierskiej Republice Rad, Powstanie Spartakusa, Bitwa Warszawska, wojna turecko-grecka, Powstanie Wielkopolskie i trzy Powstania Śląskie, zduszenie Bawarii Radzieckiej…” Winston Churchill z typowo imperialną nonszalancją nazwał je “wojnami Pigmejów” – Pygmy Wars – KLIK.
Skutki niektórych wydarzeń gnębią nas do dzisiaj – na przykład upadek Cesarstwa Ottomańskiego i ustanowiony przez Anglików nowy porządek na Bliskim Wschodzie zakończył okres pokojowego współżycia Żydów i Palestyńczyków oraz różnych grup wyznaniowych i etnicznych na terenie obecnego Iraku.
W krajach anglosaskich I Wojna Światowa nazywana jest Wielką Wojną. W Australii chyba w każdym miasteczku znajduje się pomnik upamiętniający mieszkańców, którzy stracili życie na europejskich frontach. 100-lecie jej wybuchu celebrowano w Australii w ostatni poniedziałek.
Dla Polski ta wojna nie zapowiadała niczego dobrego. Polacy zostali wciągnięci do walczących przeciwko sobie armii. A jednak stało się coś niemożliwego – nasi zaborcy, którzy walczyli przeciwko sobie, wszyscy jednocześnie przegrali.
PS. Już po przygotowaniu tego wpisu zauważyłem, że w Gazecie Wyborczej ukazał się również wywiad z Margaret MacMillan. Prawdopodobnie dla Polaków bardziej interesujący niż ten dla radia ABC – KLIK.
Tekst został zreblogowany z blogu “W altanie przy kawie”: http://waltanie.blox.pl/2014/06/Sto-lat-i-jeden-dzien.html. A na naszym blogu tak imponująco wygląda aktualny spis treści. Były już serie tematyczne, np. o Stalinie albo o Marcu 1968, ale nigdy nie udało się zebrać aż tylu Autorów i tylu wpisów. A to jeszcze nie koniec.
Pielgrzym po czasoprzestrzeni tym razem ani na krok nie ruszy się z domu. Jako obszar swojej wędrówki wybiera czas. I jeszcze raz pomaszeruje szlakami Wielkiej Wojny. Lub raczej – jedną z jej ścieżek. Może i nie najważniejszą, ale swą wagę mającą. Może nie całkiem zapomnianą i zielskiem zarosłą, ale żeby znów tak masowo zadeptywaną, to też chyba nie.
Dla Polaka Wielka Wojna to przede wszystkim Legiony. Zacznijmy przeto mocnym akcentem, wyrazistym symbolem.
Nie byle jaki to orzełek, bo legionowy!
Mamy go więc przed oczyma: orzełka z szarych, „leguńskich” maciejówek. Nie chodzi o to, że jest zbrojny w tarczę. Ani o to, że dumnie wznosi skrzydła i bez lęku patrzy przed siebie, choć to wszystko, rzecz jasna, prawda. Istotne, że nie ma korony.
Bo to orzełek demokratyczny. Tak jak Legiony, w których służyli przedstawiciele wszystkich warstw społecznych; dominowali inteligenci, ale to oczywiste – byli najbardziej świadomi Sprawy. Zresztą ci inteligenci to zarówno synkowie szlacheccy, jak i potomstwo mieszczan.
Bo to orzełek republikański. Tak jak Legiony, gromadzące wszystkich, którzy czuli, że Ojczyzna to naprawdę res publica: odpowiedzialny jest za nią każdy jej mieszkaniec. Bez różnicy wyznania (weźmy chociażby Ignacego Boernera), bez względu na narodowość. Dlatego, jak podają różne źródła, od trzech do pięciu procent legionistów to byli Żydzi. Ich dziadkowie lub rodzice, pod wpływem ruchu „żydowskiego Oświecenia” – Haskali – opuścili zamknięty świat ortodoksyjnego Sztetl, oni poszli krok dalej: wstępując do Legionów potwierdzili swój wybór polskości, często pieczętując go dodatkowo własną krwią.
Jednego spośród tych Polaków z wyboru chce przedstawić pielgrzym. Właściwie musi koniecznie opowiedzieć o dwóch braciach, bo związek między nimi jest z tych mistycznych (zwykle Viator unika tego określenia, stanowczo się go nadużywa; tu jednak pasuje jak ulał). Literatura i Wielka Sieć pełne są wiadomości na temat Maurycego (1856-1879) i Leopolda (1879-1934) Gottliebów. Dotrzeć do nich łatwo; Viator ograniczy się do spraw najistotniejszych, przepuszczonych (by użyć trywialnej metafory) przez pryzmat swej wrażliwości. Może kogoś zachęci do dalszych poszukiwań?
Rodzina porządna. Ojciec Izaak – zamożny drohobycki przemysłowiec, nafciarz. A syn? Artysta, panie dzieju, malarz. Gorzej nawet, nie tylko pierworodny, ale wszyscy czterej synowie zamiast rafinerią, woleli się zająć pędzlami i sztalugami. Na szczęście tato był człowiekiem na tyle światłym i tolerancyjnym, że przeszkód ani przed najstarszym Maurycym, ani przed pozostałymi nie piętrzył. Kilkuletnia wędrówka między uczelniami artystycznymi Wiednia, Krakowa i Monachium (gdzie młody Gottlieb poznał twórczość Rembrandta, pod której wpływem pozostał do końca). Fascynacja Polską, jaką przeżył podczas spotkania z dziełami Jana Matejki. I związek z samym Mistrzem: początkowo w charakterze ucznia (jedni twierdzili: ucznia umiłowanego, inni: najzdolniejszego spośród uczniów; w każdym z tych określeń jest duża cząstka prawdy), potem współpracownika i przyjaciela. Trudna droga do polskości: wyjazd z Krakowa, spowodowany antysemityzmem kolegów studentów i niektórych profesorów Szkoły Sztuk Pięknych (a dodać trzeba niezbędnie, iż Maurycy był pierwszym żydowskim studentem tej uczelni), przed którym nie był go w stanie ochronić nawet sam Matejko; po kilku latach powrót, spowodowany usilnymi staraniami Mistrza Jana. Wielki projekt wspólnego przedsięwzięcia artystycznego: ukazania historii Polaków i Żydów. I oczywiście twórczość, wyrażająca to zakorzenienie w obu kulturach, penetrująca pogranicze polsko-żydowskie, chrześcijańsko-judaistyczne, orientalno-okcydentalne. Arcydzieła takie, jak choćby Ahaswerus, Żyd wieczny tułacz, miękkością modelunku i wszechogarniającym smutkiem przywołujący Rembrandta (Viator, lata temu zobaczywszy obraz, a nie znając jego autora, głowę dałby, że malował go właśnie van Rijn), czy Autoportret, którego nie powstydziłby się i Georges de La Tour – taki tu mamy światłocień! I tyle planów na przyszłość…
Maurycy Gottlieb, Chrystus nauczający w Kafarnaum (1877 – 1879). Pewnych niuansów tematu „rdzennie chrześcijański” malarz by nie wyczuł. Tutaj są.
Nagle, wśród tego wytężonego wysiłku, Maurycy umiera. W wieku zaledwie dwudziestu trzech lat. I żeby to chociaż zszedł z tego świata młodo i romantycznie! Gdyby go, jak Władysława Podkowińskiego, zmogła bieda i jej siostra serdeczna, gruźlica! Albo gdyby, jak Witold Wojtkiewicz, od dzieciństwa nosił wypisany na chorym sercu wyrok, nieco tylko odroczony. Tak, to by miało ten niezbędny sznyt romantyzmu. Ale powikłania po banalnej infekcji gardła? Tak nie może odchodzić wielka nadzieja polskiego malarstwa! A jednak: zgasł Maurycy młodo i prozaicznie. Nie zdążył już zobaczyć swego najmłodszego braciszka, urodzonego kilka miesięcy po jego śmierci.
Malec, który przyszedł na świat w takich okolicznościach, pociecha starości swych rodziców, na dobrą sprawę mógłby zostać nazwany Beniaminem, w rzeczywistości jednak otrzymał imię Leopold. Po raz czwarty zagrały geny rodzinne, jeszcze jeden Gottlieb został artystą. Ale cień starszego brata nie przytłoczył go, mimo kultu, jakim pamięć o Maurycym otoczona była w rodzinie i środowisku. Leopold poszedł w malarstwie własną drogą. Uczeń Jacka Malczewskiego i Teodora Axentowicza, na gruncie artystycznym przyjaciel Vlastimila Hofmana czy (wspomnianego już) Witolda Wojtkiewicza, w pierwszych latach dwudziestego wieku tworzył dzieła w nastroju secesyjnym, z czasem sięgając ostrożnie po środki wyrazu właściwe dla fowizmu czy kubizmu.
Leopold Gottlieb, Kochankowie.
Do daty powstania Viator nie dotarł, ale jego zdaniem (niech fachowcy nie zgrzytają zębami, to jego prywatne odczucie) inspiracje cezannowskie są tu wyraźne, więc chyba rok 1910 lub gdzieś w pobliżu.
Jak przystało na malarza, całe lata przebywał za granicą: Monachium, Paryż, Barcelona. A nawet Ziemia Święta, gdzie w roku 1910 objął stanowisko wykładowcy jerozolimskiej Szkoły Rzemiosł Artystycznych Becalel – pierwszej żydowskiej uczelni artystycznej! Wydawać by się mogło: realizacja marzeń, piastowanych przez pokolenia wygnańców. Wypełnienie życzenia, które od niemal tysiąca dziewięciuset lat rozbrzmiewało podczas święta Paschy: Leszana haba bJiruszalajim! W przyszłym roku w Jeruzalem! Czy można chcieć więcej?
Gdy się jest bratem Maurycego Gottlieba – można, a nawet trzeba. Nie ukoi serca oliwno-cytrusowa Jerozolima, nie zatrzymają w miejscu zaułki i winnica Montmartru. Serce rwie się tam, gdzie pola malowane zbożem rozmaitem. Zwłaszcza, gdy ten kraj pszenno-buraczany jest w potrzebie. Maurycy rozpoczął wędrówkę ku polskości, Leopold ją dokończył: w 1914 roku wstępuje do Legionów. A ma już trzydzieści pięć lat (wiek może nie podeszły, ale znacznie powyżej „średniej legionowej”) oraz, jako się rzekło, spory dorobek i renomę. Dlatego, na życzenie samego Komendanta, chorąży Leopold Gottlieb będzie się zajmował dokumentowaniem epopei I Brygady. Z przyczyn technicznych w grę nie wchodzi malarstwo olejne, ale rysunki oraz litografie – jak najbardziej. Powstało ich około tysiąca, tworzonych w marszu i na kwaterach, zebranych w tece Legiony. Bardzo w kręgach wojskowych cenione, zostały zaprezentowane szerszej publiczności już w roku 1917, na specjalnie zorganizowanej w Lublinie Wystawie Legionów Polskich.
Portretował chorąży Gottlieb zarówno …jak i tych, którzy pozostali całkiem tych, co już wówczas, a zwłaszcza później, nieznani (Portret nierozpoznanego byli znani (Podpułkownik Kazimierz oficera Legionów).
Sosnkowski, szef sztabu I Brygady
Legionów)…
Prace te, tworzone na żywo i na gorąco, niczego nie tracąc na jakości, wiele zyskały na autentyczności. Publicystyczno-dokumentalny charakter nie umniejsza ich artyzmu. Tego, co mówią o legionistach grafiki Gottlieba, nie znajdziemy w pamiętnikach czy powieściach, to coś zupełnie osobnego.
Jeśli Viator uważa, że warto tyle uwagi poświęcić Leopoldowi, nie chodzi tylko o to, że był on malarzem polsko-żydowskim, ale też o to, że był – po prostu – dobrym malarzem. Gdy wojna się skończyła, znów wyjechał do Paryża, gdzie żył i tworzył do śmierci. Wieloma jeszcze pracami dowiódł, iż posiada talent wysokiej próby.
Co by tu wybrać z dorobku powojennego? No, niech będzie, specjalnie dla Ewy Marii: Leopold Gottlieb, Kobiety i tulipan (ok. 1934).
Ale wróćmy jeszcze raz na pogranicze kultur. Leopold Gottlieb i pozostali legionowi Machabeusze nabyli sobie prawo do polskości, płacąc za nie najcenniejszym kruszcem. Są i pozostaną niezbędną cząstką polskiej historii i kultury, czy się to komuś podoba, czy nie. Bo zawsze byli tacy, którzy się krzywili z niesmakiem. A i dziś niejeden chętnie by jeszcze pogmerał, pojudził… Na tych opuśćmy zasłonę litościwego, ale niewyrozumiałego milczenia.
********** Przygotowując tekst powyższy tak się Viator zżył z synem Izaaka z Drohobycza, że właściwie żałuje, iż ani na krok nie ruszył się z domu. Cóż jednak począć: z łużyckich lasów wszędzie tak daleko!
Ale wy warszawiacy? Ale wy krakowiacy? Doceńcie szansę, jaką wam daje miejsce zamieszkania. Odwiedźcie jubileuszowe wystawy, a pospieszcie się, bo niektóre z nich otwarto tylko na kilka dni! Odwiedźcie i potem opowiedzcie o nich czytelnikom tu, na blogu. Viator też chętnie posłucha.
Zapowiadałam przedtem na dziś zakończenie wojennego cyklu, tak jak się zaczął – wierszami Kasi Krenz. Ale zaproszenie do przysyłania wpisów o Wielkiej Wojnie (zresztą nadal aktualne) zaowocowało kolejnymi wpisami. Jutro Tomasz Fetzki pisze o Leopoldzie Gottliebie, w środę i czwartek wpisy z Australii o Sarajewie i ANZACu, w czwartek ja dodam jeszcze wpis o polskim lotniku w pruskiej armii i jego ostatnim locie, a powstają jeszcze rysunki Kasi Kulikowskiej o Wielkiej Wojnie. Myślę, że starczy nam wpisów jeszcze na tydzień.
Katarzyna Krenz
ofiarowanie
śpią miliony
pod naszymi stopami
których życie
złożone w ofierze
proch
zmarnowany
Post Mortem
syk palonej żywicy
znaczy ślad drogi –
nieście wysoko pochodnie
zapach kadzidła
osiada śniedzią w gardle –
trzymajcie pochodnie wysoko
dym zbiera się
w chmury nad głową –
pochodnie płoną gasną pochodnie
Latem 1914 roku spełniała się modlitwa, jaką w „Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” zanosił do Boga Adam Mickiewicz. Zbliżała się „wojna powszechna za wolność ludów”. Konflikt między państwami, które w końcu XVIII w. doprowadziły do upadku Rzeczypospolitej, rodził szansę powrotu Polski na mapy świata.
Symbolicznym aktem końca zaborów stało się obalenie słupów granicznych w podkrakowskich Michałowicach przez strzelców I Kompanii Kadrowej. Rankiem 6 sierpnia 1914 r. rozpoczął się ich marsz ku wolności, którego zwieńczeniem stał się po czterech latach 11 listopada 1918 roku.
Hej, strzelcy wraz
Serce ruchu niepodległościowego biło przed I wojną światową w Galicji. Dzięki autonomii, jaką Polacy mogli się cieszyć w zaborze austriackim, Józef Piłsudski i jego współpracownicy tu właśnie szkolili kadrę przyszłej armii. Kraków, Lwów, Stanisławów, Brzeżany i całe Podhale tętniły życiem strzeleckim. Jak słusznie zauważał w 1910 r. minister spraw wewnętrznych Rosji Makarow: „centrum polityczne sprawy polskiej leży obecnie nie w Królestwie, ale w Galicji. W Królestwie wszystko jest spokojne, w Galicji natomiast wszystko wre, tam organizują się półjawnie i jawnie oddziały strzelców pod wodzą Piłsudskiego, któremu lekkomyślnie pozwoliliśmy ujść z więzienia”.
Do organizacji strzeleckich zgłaszali się masowo młodzi studenci, robotnicy, chłopi, aby w szeregach „Strzelca” zdobyć umiejętności niezbędne do prowadzenia przyszłej walki. Ćwiczyli musztrę, strzelectwo, poznawali topografię zaboru rosyjskiego. Mundury kupowali za własne oszczędności, broń – często przestarzałą – dostarczali Austriacy. Dla większości z nich był to pierwszy kontakt z karabinem. Trudno zresztą się dziwić. Przeważali bowiem studenci i absolwenci medycyny, prawa, kierunków technicznych i… malarze.
Nie bez powodu krakowską Akademię Sztuk Pięknych nazwano w II Rzeczypospolitej kuźnią generałów. Sztalugi malarskie zamienili na mundur strzelecki Edward Rydz-Śmigły, Józef Kordian-Zamorski czy Czesław Jarnuszkiewicz. Młodzieży tej brakowało wprawdzie doświadczenia bojowego, a jako pokolenie „urodzonych w niewoli, okutych w powiciu” nie poznali dotychczas, jak smakuje niepodległość, jednak nie brakowało im zapału. Jak stwierdzał obserwujący ich wysiłek Stefan Żeromski, byli przepojeni „niewzruszoną wiarą” w sens walki zbrojnej o wolność. Wierzyli w słowa Piłsudskiego, który przekonywał, że „w kryzysach i w boju zwycięstwo dokonuje się w tajnikach duszy ludzkiej. Szala zwycięstwa rozstrzyga się w sercu, woli, charakterze i umiejętności trwania u człowieka. W kryzysie technika ustępuje miejsca charakterowi”. Gdy wybuchła wojna, ruch strzelecki liczył kilkanaście tysięcy ludzi oddanych bezgranicznie sprawie niepodległości.
Ułani, ułani
Nieopodal krakowskich Błoń miłośnicy kwiatów, krzewów i drzew mogli podziwiać ciekawą ekspozycję otworzonej w 1912 r. Wystawy Architektury i Wnętrz w Otoczeniu Ogrodowym. Do sceny letniego teatrzyku prowadził szpaler pachnących oleandrów. W upalne lato 1914 r. słowo „oleandry” nabrało nowego znaczenia. W miejscu pelargonii, cyprysów, rozmarynów i malw zakwitły „żelazne kwiaty” – chłopcy w szarych mundurach i maciejówkach z polskim orłem, którzy przybywali na tereny powystawowe z różnych zakątków Polski, a także ze środowisk emigracyjnych, wykonując rozkaz mobilizacyjny swego Komendanta.
Wojna wisiała na włosku. Nadchodził czas „ugrania polskiej karty”. W nocy z 2 na 3 sierpnia, gdy pogasły już ogniska strzeleckie na Oleandrach, w stronę granicy z Rosją wyruszył siedmioosobowy patrol dowodzony przez Władysława Belinę-Prażmowskiego. Szli pieszo z rozkazem dokonania rozpoznania w pasie przygranicznym i z nadzieją, że… uda im się pozyskać gdzieś we dworach konie, bo – jak mówili – „marny jest zwiad spieszony”.
Zadanie było niebezpieczne, na miarę bohaterów powieści Sienkiewicza, który kształtował ich pokolenie. Nie bez przyczyny wybierali sobie pseudonimy odnoszące się do bohaterów Trylogii. Jeden z siódemki – Ludwik Skrzyński – wyruszał na zwiad, obrawszy sobie pseudonim „Kmicic”.
Dotarli ponad 50 km w głąb zaboru rosyjskiego. Konie pozyskało tylko pięciu, dwóch nosiło przez pewien czas siodła na plecach. Jak wspominał Kazimierz Sosnkowski: „wykonali znakomicie powierzone zadanie. Patrol spenetrował Słomniki, Miechów i Jędrzejów, ukazując się tu i ówdzie w mundurach i w pełnym uzbrojeniu. Lotem błyskawicy rozeszła się wieść o inwazji ’wielkich sił strzelca’. Drobne oddziały straży granicznej i policji uchodziły pospiesznie na północ. Jeszcze w tydzień później, podczas marszu na Kielce, mogłem na własne oczy oglądać w Jędrzejowie ślady popłochu, a więc akty mobilizacyjne, walające się po podłodze w urzędzie powiatowym”.
Siódemka powróciła szczęśliwie do Krakowa 4 sierpnia. Chyba nikt nie spodziewał się, że patrol Beliny otworzył nową kartę w dziejach polskiej kawalerii i że za sześć lat kawaleria ta, licząca na razie tylko siedmiu ułanów, rozgromi wielką Armię Konną Budionnego pod Komarowem.
To Pierwsza Kadrowa na wojenkę rusza
„Spotkał was ten zaszczyt niezmierny, że pierwsi pójdziecie do Królestwa i przestąpicie granicę rosyjskiego zaboru jako czołowa kolumna wojska polskiego, idącego walczyć za oswobodzenie ojczyzny”. Tych słów Komendanta Piłsudskiego wysłuchało ze wzruszeniem blisko 160 strzelców zebranych na zbiórce w Oleandrach późnym popołudniem 3 sierpnia 1914 roku.
Strzelcy z Komendantem Józefem Piłsudskim w Oleandrach – sierpień 1914 r. Fot. CAW
Pierwsza Kompania Kadrowa, nazwana popularnie Kadrówką, sformowana została z wyróżniających się członków Związku Strzeleckiego i Polskich Drużyn Strzeleckich. Organizacje te konkurowały dotychczas ze sobą, choć – rzecz jasna – miały ten sam cel działania. Aby zatarły się jakiekolwiek różnice i aby dokonać symbolicznego połączenia obu formacji tworzących Kadrówkę, Piłsudski odpiął ze swej maciejówki orzełka Związku Strzeleckiego i wręczył go dowódcy kompanii Polskich Drużyn Strzeleckich Stanisławowi Burchardt-Bukackiemu, otrzymując od niego w zamian tzw. blachę, czyli owalne oznakowanie noszone na czapkach członków PDS. W ślad za tym gestem wszyscy żołnierze powołani w skład kompanii dokonali między sobą podobnej wymiany. Od tej pory – jak stwierdzał Komendant – „jedynym waszym znakiem jest orzeł biały”.
Było to niezwykle młode wiekiem wojsko. Najmłodszy – Jerzy Morris-Malcolm ps. „Poraj” – przed dwoma tygodniami ukończył zaledwie 14 lat. Ponieważ wyglądał nad wiek dojrzale, podawał w ewidencji strzeleckiej fałszywą datę urodzin, dodając sobie pięć lat życia. Rzecz sprostował dopiero w okresie międzywojennym, gdy służył w baonie wartowniczym w Warszawie i Policji Państwowej.
Nieco starsi byli Adam Buczma i Józef Sujkowski, liczący sobie niespełna 16 lat. Pierwszy z nich służył później jako wachmistrz w Szwadronie Przybocznym Prezydenta RP, drugi po latach został wybitnym profesorem geologii i mineralogii na Uniwersytecie Warszawskim, a w czasie II wojny światowej kierował najpierw Biurem Studiów Kedywu Armii Krajowej, a później Wydziałem Operacyjnym Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza.
Z kolei najstarszym kadrowiakiem był Ignacy Boerner, przy czym słowo „najstarszy” jest i tak przesadne, jako że liczył sobie 39 wiosen. Ten syn pastora ewangelicko-augsburskiego, wybitny inżynier, miał za sobą już wspaniałą przeszłość niepodległościową. W 1905 r. był prezydentem tzw. Republiki Ostrowieckiej, tworzył struktury Związku Walki Czynnej i „Strzelca”. W latach międzywojennych piastował wiele funkcji w Wojsku Polskim i administracji cywilnej, których ukoronowaniem był urząd Ministra Poczt i Telegrafów sprawowany w kilku gabinetach.
W Oleandrach wszyscy byli równi stopniem. W rozkazie wygłoszonym do strzelców Piłsudski stwierdzał wyraźnie: „Wszyscy jesteście równi wobec ofiar, jakie ponieść macie. Wszyscy jesteście żołnierzami. Nie naznaczam szarż, każę tylko doświadczeńszym wśród was pełnić funkcje dowódców. Szarże uzyskacie w bitwach”.
Nad nami Orzeł Biały
W inny sierpniowy czas tłumy warszawiaków stały na stokach Cytadeli. Wyrokiem sądu rosyjskiego na ustawionej szubienicy kończyli życie członkowie Rządu Narodowego na czele z Romualdem Trauguttem. Aby jeszcze bardziej upokorzyć przywódców powstańczej Polski, rosyjska orkiestra grała tanecznego walca. Na przekór tej hańbie lud stolicy runął na kolana przed Rządem Narodowym i śpiewał ze łzami w oczach suplikacje „Święty Boże, Święty mocny…”.
Dokładnie pół wieku później, 5 sierpnia 1914 r., w Oleandrach trwali w gotowości bojowej spadkobiercy insurekcji 1863 roku. Nazajutrz, jeszcze przed wschodem słońca, ogłoszono alarm. Ulicami uśpionego Krakowa Kadrówka ruszyła na północ – ku granicy z imperium rosyjskim. W Michałowicach przed posterunkiem granicznym dowódca kompanii Tadeusz Kasprzycki zatrzymał strzelców. „Przed nami ziemia od lat w niewoli! Idziemy ją wyzwolić!” – zawołał.
Świadomość dowodzenia pierwszym polskim oddziałem od czasów Powstania Styczniowego potęgowała poczucie ogromnej misji i obowiązku wobec Polski. Kasprzycki nie krył wzruszenia, gdy po śmierci Piłsudskiego spisywał jako minister spraw wojskowych swoje wspomnienia. Nie krył go również wtedy, gdy na kilka lat przed śmiercią powracał do sierpnia 1914 r. w audycjach emitowanych na falach Radia Wolna Europa w latach 60. Na jego rozkaz obalono słupy graniczne rozerwanej przez zaborców Polski i podeptano portret cara wiszący w komorze celnej.
Ruszyli ku Kielcom. Pierwsi od pół wieku żołnierze z polskimi orłami i polską komendą wkroczyli na teren zaboru rosyjskiego. Pierwsi polscy żołnierze w tej wojnie… Towarzyszyła im pieśń, której brzmienie przerwali brutalnie Rosjanie, pacyfikujący Powstanie Styczniowe: „Hej, strzelcy wraz! Nad nami Orzeł Biały…”. Wierzyli, że z tą pieśnią poderwą Naród do kolejnego powstania. Wzmacniał tę wiarę Piłsudski, ogłaszając, że w Warszawie powstał Rząd Narodowy, pod którego przewodnictwem muszą zjednoczyć się wszystkie siły polskie. Była to wprawdzie swego rodzaju polityczna fikcja, ale miała służyć obudzeniu zastraszonego i uśpionego po klęsce ostatniej insurekcji społeczeństwa.
A nasi strzelce zdobyli Kielce
Pułkownik Józef Piłsudski ze sztabem przed Pałacem Gubernialnym w Kielcach w 1914
Rosjanie na wieść o maszerujących oddziałach polskich opuszczali swoje posterunki w Słomnikach, Miechowie, Jędrzejowie i Chęcinach. Wraz ze strzelcami wracała Polska. Ustanawiano komisariaty wojsk polskich i usuwano z gmachów publicznych napisy w języku rosyjskim, zastępując je polskimi.
W ślad za Kadrówką nadciągały następne kompanie dowodzone przez Mieczysława Norwid-Neugebauera, Stanisława Zosika-Tessaro, Wacława Scaevolę-Wieczorkiewicza. Siły strzeleckie liczyły już ponad tysiąc sześciuset żołnierzy. W okolicach miejscowości Brzegi strzelcy sforsowali Nidę. W Słowiku pod Kielcami, gdzie zatrzymano się na nocleg, zawiązany został Batalion Kadrowy, którego dowództwo objął Kazimierz Herwin-Piątek. 12 sierpnia Batalion wkroczył do Kielc. Strzelcy zajęli ważne punkty miasta, m.in. dworzec kolejowy i stoczyli walki z Rosjanami na folwarku Czarnów, a także w okolicach Szydłówka i Zagórza. Niestety, nazajutrz wobec okrążenia miasta przez przeważającą liczebnie armię rosyjską musieli opuścić Kielce i przez Karczówkę, Brusznię, Białogon i Słowik wycofać się do Chęcin.
Odwrót był bolesnym doświadczeniem, ale znacznie bardziej bolał brak oczekiwanego wsparcia ze strony społeczeństwa, któremu nieśli wolność. Piłsudski pisał: „że szabla nasza była mała, że nie była godna wielkiego, dwudziestomilionowego narodu – nie nasza w tym wina. Nie stał za nami naród, bojący się spojrzeć olbrzymim wypadkom w oczy”. W pamiętnikach tamtego czasu znalazło się wiele przepełnionych goryczą relacji. Kapelan oddziałów strzeleckich kapucyn o. Kosma Lenczowski opisał, jak na jarmarku w jednej z miejscowości przemówił do tłumów, kończąc swe wystąpienie okrzykiem: „Niech żyje Polska!”. „Jedna tylko staruszka – wspominał – zawołała nieśmiało: ’niech żyje’ i nie dokończyła. Ktoś ją szarpnął za zapaskę i umilkła”. Zbyt silny był lęk przed powrotem Rosjan i represjami, jakie mogły spotkać każdego, kto udzieliłby pomocy polskiemu wojsku. Pamięć o szubienicach wystawionych na rynku kieleckim i tysiącach zesłanych na katorgę budziła ogromny lęk, którego nie było w stanie przełamać niesione przez strzelców umiłowanie wolności.
Ale strach ten topniał z miesiąca na miesiąc. Wkraczających ponownie z końcem sierpnia 1914 r. do Kielc żołnierzy Legionów Polskich nie witały już zamykane okiennice, ale wdzięczność. Historia przyznała im rację. Udowodnili, że są – jak stwierdzał po latach Piłsudski – „spadkobiercami godnymi wielkiej przeszłości polskiej”.
Autor jest historykiem, prezesem Związku Piłsudczyków i Komendantem Marszu Szlakiem I Kompanii Kadrowej.
Zadaję dziś zagadkę. Oczywiście, jak zdradza nadtytuł, będzie ona dotyczyła I Wojny Światowej. Zacytuję tu kilka fragmentów powieści, które w całości lub części, dotyczą wojny. Czy znamy te książki? Ułatwię Wam zadanie. Wszystkie cytaty dotyczą wojny widzianej od strony państw centralnych. Wszystkie są też tłumaczeniem. To przypadek, ale skoro już tak mi się te książki po kolei nasunęły, zostawię je w takim zestawie. W końcu to i tak wszystko jedno, w końcu i tak wojnę toczą władcy, wszystko jedno jacy, przeciw nam, zwykłym ludziom.
***
Pada. Nie, rzucił się tylko na ziemię, albowiem nadlatuje wyjąc piekielny pies, olbrzymi granat, diabelska głowa cukru. Leży twarzą w chłodnym błocie, z rozstawionymi nogami, odwrócone stopy wbija obcasami w ziemię. A twór zdziczałej nauki, naładowany tym, co najokropniejsze, pada jak szatan o trzydzieści kroków na ukos przed nim, zarywszy się głęboko w grunt, pęka tam z okropną mocą i wybucha wysoką fontanną ziemi, ognia, żelaza, ołowiu i rozerwanych ciał ludzkich. Leżeli tam dwaj przyjaciele, którzy przytulili się do siebie w potrzebie; teraz zmieszali się z sobą i zniknęli.
O, wstydźmy się my, którzy będąc cieniami jesteśmy bezpieczni! Przerwijmy naszą opowieść! Czy nasz znajomy został trafiony? Sądził przez chwilę, że tak. Ogromna gruda ziemi uderzyła go w udo, zabolało mocno, ale to nic. Zrywa się, zatacza się kulejąc, nogi mu ciężą i śpiewa nieprzytomnie:
A po-szum jej gałą-ęzi
Jak gdy-by wołał mnie –
I tak w zgiełku, w deszczu, w zmierzchu znika nam z oczu.
Bądź zdrów, bądź zdrów, ty poczciwy utrapieńcze! Opowieść o tobie już skończona!
***
Biwakujemy dziewięć kilometrów poza frontem. Wczoraj zluzowano nas; teraz mamy brzuchy pełne fasoli z wołowiną i jesteśmy syci i zadowoleni. Nawet na wieczór jeszcze udało się każdemu zapełnić menażkę; do tego dochodzą poza tym podwójne porcje kiełbasy i chleba – to jest coś. Podobnego przypadku nie było już od dawna: kuchta o głowie czerwonej, przypominającej pomidor, sam pcha się z jedzeniem; każdego, kto przechodzi, przyzywa swą łyżką i udziela mu porcyjki co się zowie. Jest całkiem zdesperowany, gdyż nie wie, jak ma opróżnić swą kuchnię polową. Tjaden i Müller wytaszczyli skądsiś kilka misek i polecieli wypełnić je po brzegi, na zapas. Tjaden czyni to z żarłoctwa, Müller z przezorności. Jest zagadką dla wszystkich, gdzie się to podziewa u Tjadena. Jest i będzie chudy, jak śledź. Najważniejsze jest jednak, że dostaliśmy także podwójne racje tytoniu. Dla każdego po dziesięć cygar, dwadzieścia papierosów i dwie krymki tytoniu do żucia, to wcale przyzwoicie. Mój tytoń do żucia zamieniłem z Kaczyńskim na jego papierosy, stanowi to dla mnie czterdzieści papierosów, z tym da sobie człowiek radę przez jakiś czas. Przy czym cała ta feta właściwie nie należy się nam wcale. Prusacy nie są tak hojni. Mamy ją do zawdzięczenia wyłącznie omyłce.
***
***
Niełatwo było patrzeć, jak szeregi młodych, pełnych życia ludzi podnoszą się z ziemi i niemal w tym samym momencie padają poskręcane, pogięte, zniweczone. Właściwie nie śmierć była najcięższa, ale jej nieokiełznanie, nieposzanowanie przez nią niczego, jej niemal beztroskie igraszki. Lekceważenie życia jednostki, kopniak wymierzony przez ślepą przemoc w to, co w owym piekle zniszczenia nosiło przecież koronę, nawet jeśli była to tylko korona posłuszeństwa i dzielności. Kopniak trafiający w ludzkie twarze z bezduszną i wręcz nieprzyzwoitą pewnością kowalskiego młota.
Trudny był też wyścig ze szczerzącą zęby śmiercią, kiedy z dalekich tyłów musiało się nosić amunicję, jedzenie, albo wodę do picia. I nie dlatego wyścig ten był trudny, że mógł się zakończyć utratą własnego życia, ale przez to, że mogło się stracić pożywienie i wsparcie dla innych. Trudne było owo okropne zziajanie w biegu przez skażone bezdroża parowów, przez błyski ognistych eksplozji pocisków, o których nigdy się nie wiedziało, gdzie uderzą. Trudno było padłszy na skrwawioną ziemię leżeć z oczami wbitymi w zasłonę składającą się z ognia i cierpienia, i słuchać daremnych jęków ranionych, które nie dolatywały do ojczystych stron. Ale najtrudniejsze były myśli, jakie nachodziły człowieka, kiedy wieczorem wsparłszy się o kilka porwanych worków z piaskiem patrzyło się na dymiącą linię, która dzieliła niebo i ziemię. Widać było ziemię pustą, ziemię, z której starty został wszelki ślad człowieka, zmierzwione pole, na które spadł żelazny grad. A na tym polu rozsiano błękitne i szare plamy mundurów, jak zapomniane snopy. I czarne postrzępione drzewa, drzewa żywe, zanim bowiem się rozwiały jak mgła, płynęły z lekkim powiewem wiatru. I parowy, nad którymi owa mgła unosiła się na kształt białawych obłoków, zaś na horyzoncie wzgórza, których nazwy oddano w pacht śmierci.
Kolejny wpis o Wojnie, tej Wielkiej, ale przecież zarazem w rocznicę Powstania Warszawskiego, którą media mają dziś uczcić 70 sekundami ciszy. Nie zapomnijmy więc i my o tej ciszy. Dziś o godzinie 17.
Roman Brodowski
Przed stu laty, 28 lipca 1914 roku, rozpoczęła się „Wielka wojna”, pierwsza wojna światowa. Była to rzeczywiście pierwsza wojna, w której zaangażowało się tak wiele państw. Po jednej stronie państwa Ententy, będącej niejako protoplastą dzisiejszego sojuszu północnoatlantyckiego – zaś po drugiej Niemcy i Austro-Węgry, wspomagane przez (między innymi) Turcję czy Bułgarię.
O przebiegu tamtych wydarzeń możemy przeczytać w różnych pracach naukowych, dowiedzieć się o nich z dzieł beletrystycznych, czy też filmów dokumentalnych.
Niestety, dzisiaj nie możemy czerpać bezpośredniej wiedzy od świadków tej okrutnej wojny, bo już dawno od nas odeszli.
Pewne jest to, że fakty historyczne są niezmienne i bezsprzeczne. I chociaż interpretacja przebiegu samej wojny jest różna i często z przyczyn prowadzonej polityki, podlega ciągłej rewizji, to dla nas, Polaków najważniejsze były, są i pozostaną jej skutki.
To właśnie ta wojna, zmieniła geopolityczną mapę świata. To miedzy innymi w wyniku przegranej państw środka i rozpadu Cesarstwa Niemieckiego, Austrii i Habsburgów i Rosji Romanowów, Polska, podobnie jak wiele innych zniewolonych państw, uzyskała suwerenność i niepodległość.
Nasi rodacy, uwikłani w ten konflikt, w zależności od tego, w jakim zaborze się znajdowali, walczyli na różnych frontach, często stając na przeciwko siebie jako wrogowie. Walczyli z nadzieją, że gehenna, jaką przeżywali pod zaborczym jarzmem, wkrótce się skończy. Wierzyli, że ofiara ich przodków nie poszła na marne, że zbliża się czas odrodzenia ich długo oczekiwanej Ojczyzny, naszej Ojczyzny.
Nie mylili się. Wolność przyszła na sztandarach w Listopadzie 1918 roku.
Niestety, wielu nie doczekało tego dnia. Oni znaleźli swoją wieczną wolność w chłodnych ramionach śmierci. Otuleni czarną ziemią, często pod zmurszałymi przydrożnymi krzyżami, śpią na polach całej Europy, czekając ostatniego apelu.
Groby wojenne żołnierzy poległych podczas I wojny światowej na cmentarzu garnizonowym w berlińskiej dzielnicy Wedding. Pośród 1184 nazwisk są 92 nazwiska polskie.
Kiedy odwiedzam groby moich Rodziców i Brata na cmentarzu nieopodal placu Kurta Schumachera w Berlinie, zawsze przechodzę obok grobów niemieckich żołnierzy, którzy zginęli w latach 1914-1918, obok tablicy, na której widnieje napis – myśl Alberta Schweitzera, że „największymi głosicielami pokoju są groby poległych żołnierzy”.
Tak, to prawda. Z jednej strony świadczą o tej największej ofierze, jaką złożyli swoim ojczyznom ich obrońcy, z drugiej zaś – o wiecznym ich pokoju, tam gdzie nie ma wojen, nienawiści i łez.
I właśnie o nich, o ich grobach, o ich pamięci mówią te wiersze.
Polskim grobom
Wiele jeszcze krzyży
Stoi pośród łanów zbóż.
Pszeniczne, żyzne pola
Rodzą pachnący chleb
Na nowopolskiej ziemi,
A one pachną żywicą.
Drzewa kłaniają się nisko
Małym, leśnym pagórkom.
Ściółka bogata w życie
Niby matczyna pierzyna
Tuli tajemnice wieczności
Śpiące snem pańskim.
A przed chłopską chatą
Postawiono małą kapliczkę.
Wyryty w drewnie napis
„Chwała posłańcom wolności”
I zgaszona wiatrem świeca
Na wysuszonym bukiecie róż.
Jutro znowu zaрłoną znicze.
Na strojnym placu pamięci.
Ktoś wspomni o poległych.
Ktoś złoży krwistobiały wieniec
Z okazji rocznicy żniw.
A potem? – 365 dni pustki
I tylko polne, stare krzyże,
Leśne, pokryte mchem pagórki,
I te przydrożne, małe kapliczki.
Pozostaną niezmiernie wierne.
Historia wołająca z otchłani
Prosi o wieczny, nam, pokój.
Berlin, 01.11. 2001
Dobrze, że jesteś
Położyłem bukiet kwiatów
Zerwanych przy strumieniu,
Na małej leśnej mogile.
Bukiet żółtych kaczeńców.
Okryty w starość kamień
Dźwiga balast historii,
Wyryte słowo – „Nieznany”
I data ur. 1892 – zm. 1916.
Z brzozowych gałęzi
Ułożyłem biały krzyż
Na pamięć przeszłości.
Akt młodzieńczej pokory.
Pośród smukłych sosen
Odprawiłem modlitwę.
Ptaki zaśpiewały psalm
A wiatr zapłakał w konarach.
Nie wiem ilu ich było na wszystkich frontach i we wszystkich armiach, nie szukałam specjalnie, napiszę tu tylko o tych, którzy pojawili się w ostatnim czasie w mojej pracy badawczej, wydawniczej i dziennikarskiej. Najczęściej na obrzeżach tego, czym się zajmuję. Dla porządku zacznę jednak od Apollinairego, który w Poecie zamordowanym (1916) przewidział swoją śmierć podczas wojny – umarł podczas wojennej epidemii grypy hiszpanki. Nazywał się Guillaume Albert Vladimir Alexandre Apollinaire de KostrowitzkyczyliWilhelm Apolinary Kostrowicki. Urodził się w roku 1880, zmarł 9 listopada 1918 roku w Paryżu. Był francuskim poetą polskiego pochodzenia, przedstawicielem francuskiej awangardy poetyckiej.
No tak, Apollinaire, ale to przecież każdy wie.
Ja natomiast zajmowałam się… I o tym napiszę, też zresztą, Boże uchowaj, nie pretendując do wyczerpania tematu.
O (trzech) poetach w armii pruskiej
Witold Hulewicz
Urodził się w Kościankach w roku 1895. Był synem ziemianina i pianistki Heleny z domu Kaczkowskiej. Jako osiemnastolatek został powołany do Armii Pruskiej, walczył we Francji i Belgii. Po powrocie z wojny wziął udział w Powstaniu Wielkopolskim, walczył w wojnie ze Związkiem Sowieckim w roku 1920.
Był współwydawcą czasopisma Zdrój, pierwszego wydawnictwa w Polsce poświęconego sztuce awangardowej. Był poetą i tłumaczem, przekładał między innymi dzieła Manna, Goethego i Rainera Marii Rilkego.
Podczas II wojny światowej był redaktorem naczelnym wydawanego w Warszawie konspiracyjnego pisma Polska żyje. 2 września 1940 został aresztowany przez Niemców, prowadzenie pisma objął wówczas jego brat Jerzy. Wiadomo, że w więzieniu poeta był torturowany. 12 czerwca 1941 Witold Hulewicz został rozstrzelany w Palmirach.
MOGIŁA NA SKWERZE
Nogą można potrącić, tuż obok rynsztoka
w biednych kwiatach i hełmu stalowym rynsztunku.
Krzywy napis: “Nieznany” – i z błota powłoka,
i słowa twardej chwały: “Padł na posterunku”.
Jemu to się należy najszczerszy z pacierzy,
co umierając szeptał: Warszawy nie damy!
Grób na skwerze ulicznym, krzyż z okiennej ramy…
Taka mała mogiłka, a w niej wielkość leży.
Stanisław Kubicki (1886-1942), polski poeta i grafik, żyjący w okresie międzywojennym w Berlinie, pojawiał się już w tym blogu wiele razy. Tu więc napiszę tylko kilka słów o jego udziale w Wielkiej Wojnie. Przy okazji dodam, bo potem może to umknąć, że to właśnie podczas pogrzebu Witolda Hulewicza w roku 1942 na cmentarzu w Palmirach, Kubicki, który się już od dłuższego czasu ukrywał, wyszedł z ukrycia i został aresztowany, co w rezultacie doprowadziło również do jego śmierci – i on został w tym samym miesiącu zamęczony na Pawiaku.
Kubicki został powołany do wojska zaraz po wybuchu wojny. Początkowo odbywał służbę z dala od frontu i twierdził, że jego żołnierskie obowiązki polegają na malowaniu kiczowatych obrazów na ścianach stołówki w koszarach. W roku 1915 został przeszkolony na piechura i wysłany na front wschodni. Ranny w stopę podczas walk nad Niemnem, przyjechał w roku 1916 do szpitala w Berlinie, skąd został odesłany do lazaretu w Bunzlau (Bolesławiec). W październiku tego samego roku został skierowany do straży granicznej w Schömbergu (Chełmsko Śląskie). 22 grudnia tegoż roku wziął ślub z niemiecką malarką, Margarete Schuster, która od ślubu podpisywała się Małgorzata Kubicka. Wsparcie finansowe żony umożliwiło artyście wynajęcie prywatnej kwatery. Małgorzata zaopatrywała też męża regularnie w gazety i książki oraz przybory do grafiki, rysunku i malarstwa. Okres służby w Schömbergu zaowocował całą serią grafik, w których dały już o sobie znać ekspresjonistyczne tendencje.
W roku 1917 Kubicki został przeniesiony do Poznania, co zaowocowało przyjaźnią z trójką braci Hulewiczów. W ramach służby wojskowej został przeszkolony do służb kwatermistrzowskich, ale chociaż przebywał jako kwatermistrz w Warszawie i pełnił służbę w Belwederze, niedługo już pozostawał na żołdzie pruskim. Podobnie jak Hulewicz i setki, a może tysiące innych Polaków wcielonych do wojska pruskiego, skorzystał z pierwszej nadarzającej się okazji i zdezerterował.
W tym samym roku zaczął pisać wiersze, które już tu (po części) publikowałam.
Zobacz TU i TU.
Paul Kraft
Przez ostatnie pół roku odwiedzałam związane z I wojną światową cmentarze i miejsca pamięci w Berlinie, poszukując, prawdę mówiąc, Polaków. Kraft Polakiem nie był, był niemieckim Żydem. Jest pochowany na wielkim cmentarzu żydowskim, na tzw. Polu Chwały, upamiętniającym żołnierzy żydowskich poległych podczas I wojny. 200 tysięcy Żydów służyło w armii pruskiej, 12 tysięcy – poległo lub umarło wskutek odniesionych ran lub nabytych chorób. Na miejscu pamięci pochowano ich zaledwie 400. Dla wyjaśnienia napiszę, bo może nie każdy to wie, że to armia pruska wysyłała swoich żołnierzy do Francji, Belgii czy Rosji, ale, jeżeli polegli z dala od jednostki macierzystej, ich ciała zostawały na obczyźnie, chyba, że rodzina podjęła wysiłek i poniosła koszty sprowadzenia męża, brata czy syna “do domu”. Nota bene, nie wiem, jak to jest i było w innych armiach i w innych czasach – będę wdzięczna, jeśli ktoś, kto wie więcej niż ja, napisze o tym w komentarzu.
Sabine Hank i Hermann Simon opracowali ich losy w wydanej przez Centrum Judaicum książce Bis der Krieg uns lehrt, was der Friede bedeutet (Aż wojna nas nauczy, co znaczy pokój). W książce nie ma ani słowa o Polakach, mimo że zapewne co najmniej część owych żołnierzy, urodzonych w Gdańsku, Giżycku, Wrocławiu, Bydgoszczy, Kwidzynie czy Kamieniu Pomorskim, to byli polscy Żydzi. O jednym z nich, lotniku, jeszcze napiszę.
Wróćmy jednak do Krafta. Hübner pisze, że gdy Kraft szedł na wojnę, był już uznanym poetą ekspresjonistycznym. Miał za sobą kilka publikacji, niewiele ich było, ale tej klasy, że kazały zwrócić uwagę na świetnie się zapowiadającego młodego twórcę. Taki niemiecki Baczyński, tylko o jedną wojnę wcześniej. Wiadomo też, że szedł na wojnę jako zadeklarowany pacyfista, nastawienie sto lat temu bardzo rzadkie, zwłaszcza w obliczu niepohamowanego, entuzjastycznego wybuchu patrotyzmu, jaki w Niemczech towarzyszył Wielkiej Wojnie w pierwszych miesiącach. Poeta dał wyraz swoim poglądom w wierszu Der Krieg (Wojna): Paul Kraft Krieg.
Kraft zmarł w listopadzie 1922 roku na gruźlicę płuc, której nabawił się podczas wojny.
***
PS. Wydaje mi się, że wszyscy trzej mogli się znać (to znaczy Kubicki i Hulewicz znali się na pewno, ale mogli też obaj znać Krafta), bo wszyscy współpracowali z Franzem Pfemfertem
i jego niezwykłym awangardowym pismem Die Aktion.
Zeszyt specjalny Die Aktion poświęcony Hulewiczowi.
Die Aktion tom 8, nr 21/22 – na okładce grafika Kubickiego.
Fragment tekstu o Paulu Krafcie, wymieniający jego publikacje w Die Aktion.
Opuściwszy Złotnik rusza wędrowiec na zachód. Przejeżdża przez Lubanice. Tak, Lubanice Mikławša Jakubicy. Ale tym razem nie ma po co się tu zatrzymywać: bryła Pomnika Wojennego stoi co prawda, ale jego treść istotna jest całkowicie zatarta: właściwie nie ma na nim żadnej treści.
Jeszcze kilka minut jazdy przez las, bo lasy tutaj są wszędzie, i Viator dociera do Łukaw – przedwojennego Hermsdorfu. Wieś nie ma żadnej przesiedleńczej specyfiki (jak to było w wypadku Złotnika), repatrianci tutaj osiedleni doświadczyli hitlerowskiej okupacji z wszystkimi jej „atrakcjami”, doskonale wiedzieli, na co stać dzielnych aryjskich chłopców, a niemieckie emblematy budziły w nich zrozumiałą odrazę. Jakim więc cudem niezwykłym, jakim trafem nieprawdopodobnym ostał się tutejszy Kriegerdenkmal? Owszem, zdewastowano tablicę z nazwiskami hermsdorferów poległych w bitwach Wielkiej Wojny, ale sam monument stoi. A jaki zadbany! Trawa wokół wykoszona, eleganckie ogrodzenie… Nie ma się co dziwić. To jedyny zabytek w wiosce, bo nawet kościoła tu nie ma; na msze jeździ się do Lubanic. Stoi więc pomnik i bije po oczach swą symboliką: niezwykle czytelną, a przy tym jeszcze obrosłą wtórnymi znaczeniami.
Łukawski Kregerdenkmal: nie tylko przetrwał, ale prezentuje się znakomicie.
Tak jak w Złotniku, obelisk wieńczy Eisernes Kreuz, zaś poniżej umieszczono klasyczną dla obiektów tego typu płaskorzeźbę skomponowaną z miecza, dębowych liści i hełmu. Jest jednak pewna istotna różnica. O ile hełm z pomnika złotnickiego to po prostu wojskowe nakrycie głowy o dość uniwersalnym kształcie, w Łukawach nie ma mowy o wieloznaczności: Viator widzi sławetny (ponurą, rzecz jasna, sławą) niemiecki Stahlhelm.
Tak wyrazisty, że nawet my się wzdragamy, nieprawdaż?
Łukawskim repatriantom na pewno często się zdarzało w latach Wojny Drugiej zobaczyć oficera Wehrmachtu, albo i esesmana, na którego szyi pysznił się Krzyż Żelazny. A bandziory w hełmach o charakterystycznym, łamanym obrysie, to była codzienność. Koszmarna codzienność, przeto i koszmarne skojarzenia związały się z tymi akcesoriami. Wygnańcy z Kresów nie musieli koniecznie wiedzieć, że mają one znacznie dłuższą historię: Eisernes Kreuz ustanowiono już w epoce napoleońskiej, zaś hełm stalowy powstał właśnie podczas Wielkiej Wojny; latem 1914 roku cesarscy żołnierze ruszali w bój zdobni jeszcze w Pickelhauby, ale już dwa lata później szturmowali Verdun chroniąc czerepy Stahlhelmami.
Krzyż Żelazny w Łukawach nie zawiera znaku swastyki – jest „pierwszowojenny”. Takoż hełm z płaskorzeźby: widać na nim charakterystyczne wypustki (według legendy miały przypominać pragermańskie rogi à la Wiking, w rzeczywistości służyły do mocowania dodatkowej płyty pancernej chroniącej czoło). Hełmy armii Hitlera owych wypustek już nie posiadały. Ale to nie ma żadnego znaczenia. I hełm i krzyż pozostaną na zawsze symbolami nazistowskiego okrucieństwa. Wojna Druga usunęła Pierwszą w cień.
Viator patrzy na Kriegerdenkmal, a jedna myśl nie daje mu spokoju. Jak to w końcu było? III Rzesza to logiczna konsekwencja setek lat historii niemieckiej, jak chcą niektórzy, czy też aberracja i wybryk tego procesu, jak głoszą inni? Czy istnieje linia rozwoju, wychodząca od Krzyżaków, wiodąca przez zniszczone w 1914 roku belgijskie Leuven i kończąca się na Einsatzgruppen? Czy to był ten mityczny Sonderweg? Ech, za głupi jest Viator, żeby znaleźć odpowiedź… Ale pomyśleć warto. Byle nie za długo, w drogę!
Grabig, czyli po prostu Grabik. I tutaj Kriegerdenkmal uchował się mimo piętna Żelaznego Krzyża, przycupnąwszy gdzieś na uboczu, w zapuszczonym parku. I tutaj dziś stoi odświeżony, przeniesiony w inne, bardziej eksponowane miejsce, ponadto zaopatrzony w tabliczkę z tłumaczeniem wzruszającej niemieckiej inskrypcji. I przy nim ktoś postawił znicz. To może nie warto dublować wrażeń?
Wy, którzy walczyliście i polegliście bohaterską śmiercią, nigdy o Was nie zapomnimy! Jeśli jednak ludzie przestaną kiedyś o Was mówić, to ten kamień nigdy nie zamilknie. Rzeczywiście – nie milczy.
Chwila, moment! Popatrzmy, poczytajmy. Ale przede wszystkim – policzmy. Dokumenty mówią, że w przededniu Wielkiej Wojny Grabig liczył około siedmiuset dusz. A Kriegerdenkmal krzyczy, iż wojna zabrała z tego grona czterdziestu czterech poległych i dwóch zaginionych. Jak to mówiono? Rzeźnia? Maszynka do mielenia mięsa? Chcecie maszynkę – macie maszynkę!
Obelisk każe pomyśleć o jeszcze jednym epizodzie Wojny Pierwszej. Ona tak naprawdę nie skończyła się w wagonie pod Compiègne. Rozszalałego żywiołu nie można uspokoić pstryknięciem palcami, ot tak! Walki tu i ówdzie toczyły się jeszcze kilka lat: rosyjska wojna domowa, rumuńska interwencja w Węgierskiej Republice Rad, Powstanie Spartakusa, Bitwa Warszawska, wojna turecko-grecka, Powstanie Wielkopolskie i trzy Powstania Śląskie, zduszenie Bawarii Radzieckiej… Wymieniać można bez końca. Długo musiała nieszczęsna Europa czekać na upragniony spokój. Śmierć ostatniego żołnierza wymienionego na obelisku z Grabika nastąpiła czwartego czerwca 1919 roku. Gdzie? Może w walce z Polakami? Może w jednej z setek bitew, jakie na ulicach niemieckich miast prowadziły ze sobą Freikorpsy i oddziały Czerwonych? A może zostawmy te pytania daremne i jedźmy dalej.
Na przykład do Sieniawy Żarskiej, niegdyś znanej jako Schönwalde. W centrum osady stoi dawny Kriegerdenkmal, jednak jest całkowicie „spolszczony”, dlatego dziś go uwagą nie zaszczycimy. Ale w lesie za wsią, na tyłach boiska piłkarskiego znajdziemy, o ile to określenie jest na miejscu, prawdziwy cymes. Pomnik, jaki swoim poległym w Wielkiej Wojnie kolegom wystawili członkowie Towarzystwa Gimnastycznego Sieniawa.
Kriegerdenkmal, a właściwie Denkmalanlage.
Ten dowód pamięci sieniawskich sportowców jest godny uwagi i pochwały, ale przyznajmy, smak artystyczny fundatorów monumentu był… powiedzmy, taki sobie. Szczególnie w wypadku dwóch patetycznych postaci, trzymających straż po obu stronach pomnika. Widać je, choć niewyraźnie, na starych fotografiach. Germańscy wojownicy, a może aniołowie, dzierżący miecze. Rzeźby wykonano z nietrwałego materiału, toteż do dziś się nieco „rozpłynęły”
Statua „roztopiła się”, ale miecz widać wyraźnie.
Z tyłu, za pomnikiem, jeszcze jedna niespodzianka. Ku czci każdego z poległych kolegów gimnastycy posadzili dąb i postawili kamień upamiętniający miejsce jego śmierci. Odczytać można jeszcze dwa napisy: Reinhold Dalitz 6.4.16 Charkow oraz Adolf Klaus 15.6.16 Lippica.
Charków – jasne. Ale gdzie leży Lippica?
Gdyby zachowały się pozostałe inskrypcje, być może otrzymalibyśmy panoramę wszystkich krain, w których walczyli i ginęli mieszkańcy Łużyc. Galicja, Francja, Rosja, Turcja, afrykańskie kolonie, trzy oceany. Może jeszcze gdzieś indziej? Viator miał kiedyś trzech kolegów Ukraińców. Mieszkali po sąsiedzku, w promieniu dwudziestu kilometrów. Ale zaszczytną służbę czerwonoarmisty jeden pełnił w Magdeburgu, drugi za kręgiem polarnym, trzeci nad Amurem. A każdy niebiosom dziękował, że nie w Afganistanie. Imperia tak już mają.
Wspomina sobie Viator dawne czasy, mknąc (jakżeby inaczej) przez las. Gdy już przez niego przebrnął, na dalekich przedmieściach Żar, w miejscu, gdzie kiedyś była strzelnica sportowa, odnajduje jeszcze jeden, by tak rzec, „korporacyjny” Pomnik Wojenny. Głaz postawiony przez członkowie tutejszego towarzystwa strzeleckiego na pamiątkę kolegom strzelcom, którzy z Wojny nie wrócili.
Ten pomnik nie miał szczęścia. Dźwignięty kilka lat temu z ziemi i ustawiony na cokole, powtórnie został obalony. Przez „nieznanych sprawców”.
A ornamentem są oczywiście miecze, hełmy i dębowe liście. To już jest irytujące! Nie z powodu monotonii, ale hipokryzji. Tam – ropiejące rany, szczury, wszy, bebechy na wierzchu i szczątki miesiącami gnijące na ziemi niczyjej. Tutaj – listki, wieńce i oręż paradny. I tak sobie myśli Viator, kierując się już ku domowi, że dopóki potomstwo bohaterów wojennych podczas uroczystości rocznicowych będzie słuchać bicia dzwonów i oglądać poczty sztandarowe, ale nie będzie miało okazji, choćby na chwilę, powąchać trupiego smrodu, to nic, ani Pierwsza, ani Druga, ani żadna Wojna nie nauczy ich rozumu. Amen.
Tomasz Fetzki Kriegerdenkmal przydrożny I
reportaż poetyzujący
Czym się różni setne okrążenie Słońca przez Ziemię od okrążenia dziewięćdziesiątego dziewiątego? Albo od sto pierwszego? Niczym. Ale w naturze człowieka tkwi nieprzezwyciężona potrzeba podsumowań, rekapitulacji oraz celebrowania okrągłych jubileuszy. Wczoraj, prawie niezauważona w mediach (nawet kanały historyczne nie zgrzeszyły nadmiarem audycji) minęła setna rocznica wybuchu I Wojny Światowej. Wojny, która tak brutalnie, gruntownie i nieodwracalnie zmieniła świat, a już na pewno Europę. Wojny, której skutki wszyscy odczuwamy do dziś, choć zazwyczaj nie mamy o tym fakcie zielonego pojęcia.
Viator nie jest historykiem w pełnym tego słowa znaczeniu, ale jego kontakty z historią są szczególnego rodzaju: to coś znacznie więcej niż amatorstwo, ale też i nie pełny profesjonalizm. Są to jednak związki wystarczająco ścisłe, aby wędrowiec w czasie i przestrzeni miał dogłębną świadomość, że nie istnieje realna granica między przeszłością a teraźniejszością. Chcemy tego czy nie chcemy, wiemy o tym czy też nie, jesteśmy pogrążeni, zanurzeni w historii. Żyjemy jej spuścizną. Także dziedzictwem Wielkiej Wojny.
Mało kto myśli o tym, czym była Pierwsza Wojna, bo Wojna Druga skutecznie przesłoniła pamięć o niej. Choć ta Druga była zaledwie prostą i oczywistą konsekwencją tej Pierwszej, jej uzupełnieniem i dopracowaniem. O wiele okrutniejszym i bardziej zaawansowanym technicznie, ale tylko ciągiem dalszym. Zresztą, coraz częściej daje się słyszeć głosy, że nie było żadnych dwóch wojen światowych, tylko jedna. A maréchal Ferdinand Foch naprawdę trafił między proroki, gdy Traktat Wersalski nazwał zawieszeniem broni na dwadzieścia lat. Cóż więc? Wojna Trzydziestojednoletnia? Może kiedyś historycy tak ją nazwą i tak o niej nauczać będą? Zobaczymy. No, nie my rzecz jasna, ale nasza progenitura zobaczy z pewnością.
Kriegerdenkmal, War memorial, Monument aux morts… W Europie Zachodniej można je znaleźć w każdym mieście, każdej parafii i wiosce, ba! w każdym przysiółku. U nas nie są aż tak popularne. Chyba, że mówimy o tak zwanych Ziemiach Odzyskanych, choćby o Łużycach Wschodnich, gdzie mieszka Viator.
Pomniki Wojenne na Łużycach Wschodnich. Cóż to w ogóle znaczy „Łużyce Wschodnie”? Nowa nazwa, nowe pojęcie, wcześniej nigdy nie stosowane. Stworzone, bo nowa była sytuacja: po 1945 kraina między Kwisą a Nysą Łużycką została zasiedlona przez Polaków – to właśnie są Łużyce Wschodnie. Niemcy musieli stąd wyjechać, nie było więc komu dbać o Kriegerdenkmale, Pozostały niekompletne, bo nie miał kto obok personaliów krajanów poległych w Wojnie Pierwszej wykuć nazwisk tych, którzy zginęli dwadzieścia lat później.
Pozostały więc niekompletne, o ile w ogóle zostały. Część z nich zburzono, część obdarto z dawnej treści i nieco sztucznie obdarowano nową: Byliśmy, jesteśmy, będziemy!, W rocznicę powrotu do Macierzy i takie tam różne. Nie ma się co dziwić, Viator doskonale rozumie: przesiedleńcy „zawdzięczali” Niemcom kilka lat poniewierki, pogardy, głodu i strachu, a przy tym śmierć wielu bliskich. Na wszystko, co się z niemieckością kojarzyło, osadnicy Ziem Zachodnich reagowali alergicznie, toteż nie uszło na sucho także Pomnikom Wojennym. Za cud należy uznać to, że niektóre jednak przetrwały w niezmienionej formie! Właśnie do nich pielgrzymuje Viator, aby sobie zapewnić nastrój sprzyjający medytacji historiozoficznej. Nie ma w tym sformułowaniu ironii, ocalałe monumenty naprawdę zmuszają do refleksji. Viator odwiedza je raz już któryś z kolei (daleko nie ma – cała wyprawa to raptem trzy godziny spędzone na rowerze), ale za każdym razem odkrywa w nich coś nowego, jakieś przeoczone dotąd szczegóły. Tym razem – w setną rocznicę wybuchu Wielkiej Wojny – także.
Odwiedza przeto Viator po kolei te Kriegerdenkmale przydrożne i przy każdym z nich pogrąża się w krótkiej zadumie. Mieszają mu się wojny, mylą dekady, plączą nacje, wikłają kraje i idee. Ale tak chyba być musi – na tym właśnie polega pogrążenie w historii.
Kościół w Złotniku źle zniósł porzucenie, ale Pomnikowi Wojennemu wyszło ono na dobre!
Wendyjski Złotnik, potem niemieckie Reinswalde, dziś: znowu Złotnik. Położony malowniczo wśród lasów, z rozległym widokiem na dolinę Bobru. W roku 1945 stały tu dwa kościoły: stary gotycki i nowy z XIX wieku, neogotycki rzecz jasna. Repatrianci, choć gorliwie wierzący, nie potrzebowali aż tylu. Do gustu przypadła im, skądinąd naprawdę reprezentacyjna, a przede wszystkim większa, świątynia neogotycka (cóż, de gustibus non est disputandum) i ją właśnie zagospodarowali. Stary przybytek porzucono. Obrócił się z czasem w ruinę, a teren wokół niego zarósł chaszczami i zielskiem. Gąszcz ów nie prezentował się zbyt elegancko, ale otulił i uchronił przed niechętnymi spojrzeniami obelisk wykuty w piaskowcu. Kiedy zaś dziką roślinność wykarczowano, monument już nikomu nie przeszkadzał, bo u dzieci i wnuków przesiedleńców słowo „Niemiec” inne emocje budzi.
A może bezpodstawnie martwi się Viator o bezpieczeństwo Kriegerdenkmalu? Wieś Złotnik ma pewną specyfikę. Wszystkie sąsiednie miejscowości zasiedlili repatrianci z Kresów albo Polski Centralnej. Tutaj było trochę inaczej. Nie bez przyczyny okolica nazywana jest, zgryźliwie zazwyczaj, Rumunią. Bo też i zdecydowana większość powojennych osadników przybyła do Złotnika z Bukowiny, która przez całą wojnę pozostawała częścią państwa rumuńskiego – sojusznika Hitlera. Tam nie było niemieckiej okupacji, choć Wehrmacht także w Karpatach walczył z Armią Czerwoną. Doświadczenia Polaków z Nowego Sołońca, Pleszy czy Suczawy były inne, niż tych z Wawra, Michniowa, Borysławia albo Święcian (właściwie warto dokładniej rozpytać o nie mieszkańców Złotnika, Viator ma tutaj kilku znajomych; może kiedyś jeszcze uczyni, to i opowie o tym czytelnikom). Symbole niemieckie chyba nie budziły wśród nich aż takiej nienawiści. Może też i dlatego nikt nie podniósł ręki na złotnicki Kriegerdenkmal?
Für das Vaterland getreu bis in den Tod!
Zresztą, co ci Polacy pokaleczeni przez Wojnę Drugą mogliby mieć przeciw inskrypcji, jaką po Wojnie Pierwszej mieszkańcy Reinswalde uczcili swych poległych braci: Ojczyźnie wierni aż do śmierci. I chyba zgodziliby się, gdyby wiedzieli, w czym rzecz (a większość raczej nie wiedziała), że przywołany niżej biblijny cytat jest jak najbardziej na miejscu. My też się chyba zgodzimy, gdy rozszyfrujemy jego tajemnicę. A to nie takie łatwe! Skoro już przebrniemy przez językową barierę i zidentyfikujemy napis 1 Joh. 3.16 jako werset z Pierwszego Listu św. Jana, dalej jesteśmy w kropce: dobry luteranin Pismo musiał znać na wyrywki, ale u nas z tą biegłością różnie bywa. Dopowiedzmy przeto wprost: Po tym poznaliśmy miłość, że On za nas oddał życie swoje; i my winniśmy życie oddawać za braci. Gdy kuto w piaskowcu ten odsyłacz, nikt jeszcze nie mógł sobie wyobrazić gromady pomylonych Übermenschów, którzy za dwadzieścia lat utopią świat we krwi; jak czysto na ich tle jawi się ofiara młodych Niemców ze Złotnika! Choć i ta Pierwsza Wojna wcale czysta nie była…
XXXXXXOcalała płaskorzeźba o treściXXXXXXXXXX…a nawet Krzyż Żelazny. XXXXX germańsko – militarnej…
Ale minęło od niej już sto lat, a prawie siedemdziesiąt od Drugiej. Czas płynie i chyba rzeczywiście leczy rany. Bo jak inaczej wytłumaczyć obecność znicza, który jakaś polska ręka postawiła na obelisku?
„Ustawki” są poniżej godności Viatora. Znicz naprawdę tam stoi.
Jedźmy dalej. Kriegerdenkmale przydrożne czekają ze swą opowieścią.
I wojna. Wielka Wojna jak o niej mawiały nasze babki. Przez tydzień będziemy tu o niej pisać, czytać i myśleć. Zaczyna Kasia Krenz, jutro i pojutrze dwa wpisy Tomasza Fetzkiego o pomnikach wojennych, w czwartek – mój o poetach i artystach w szarych mundurach armii pruskiej. Jeśli ktoś sobie przypomni, że też ma jakiś wpis do tej serii, proszę bardzo – niech przysyła. Miejsca starczy dla wszystkich.
Katarzyna Krenz
Sceny bitewne znad rzeki Sommy
Idą. Idzie szereg za szeregiem, maszeruje
w miarowym tupocie. Karabiny takt
wybijają na bębnach okopów, kule raz po raz
przeszywają pierś Ziemi śmiercionośnym
grotem. Oni? Tchu ostatkiem usiłują
wyszarpnąć życie z twardej garści wojny.
Resztki oddechu ofiarowują drżącym nocom
w blasku pochodni.
…w czarnym łopocie, w czarnym łoskocie
chorągwie jak grzywy dzikich koni…
Usta same krzyczą. Ciała krzykiem się
duszą i zastygają w kamień na skraju drogi.
Brzuchy zapadnięte z głodu lub napęczniałe
od zatrutej wody. Oczy w scenach wojny:
zawsze rozwarte szeroko, jakby nie wierzyły,
że kiedyś zasną na polu, co krwią nie nasiąkło.
Serca wróblem lęku mdleją na śmierci progu.
…chorągwie jak grzywy dzikich koni
w czarnym łopocie, w czarnym łoskocie…
Idą, co dnia idą nadzy, ślepi i bezbronni,
ledwie krtań zmyją łykiem chłodnej rosy
i niemą myśl ku gwiazdom wzniosą,
ogłuszeni rytmem miarowego kroku. O imię
wodza nikt nie pyta ani o cel tej drogi. Nikt
nie wie, dokąd uciec od wojennych werbli.
Rozkazy w martwej ciszy, gdy nawet echo
milknie.
Niebo płacze i sypie suchych łez popiołem.
A grzywy dzikich koni łopoczą jak chorągwie…
Bitwa nad Sommą. Atak rozpoczęty. Zdjęcie Ivor Castle, Kanada. Wikipedia/commons