Reblog: Swetlana

A dla Polaków też reblog, tyle że z Tygodnika Powszechnego

Literatur-Nobelpreis geht an Swetlana Alexijewitsch

08.10.2015, 19:36 Uhr | dpa

Literatur-Nobelpreis 2015: Swetlana Alexijewitsch ausgezeichnet. Die weißrussische Schriftstellerin Swetlana Alexijewitsch. (Quelle: dpa)

Die Schriftstellerin und Journalistin Swetlana Alexijewitsch (67) wurde mit dem diesjährigen Nobelpreis für Literatur ausgezeichnet. Das gab die Schwedische Akademie in Stockholm bekannt. Die Weißrussin bekam den Preis für ihr “vielstimmiges Werk”, welches “dem Leid und dem Mut unserer Epoche ein Denkmal” setzt.

Verliehen wird die mit 8 Millionen Schwedischen Kronen (etwa 850.000 Euro) dotierte Auszeichnung traditionell am 10. Dezember, dem Todestag Alfred Nobels, in der schwedischen Hauptstadt.

Das moralische Gedächtnis des zerfallenen Sowjetimperiums

Alexijewitsch ist mit einem ganz eigenen literarischen Stil zum moralischen Gedächtnis des zerfallenen Sowjetimperiums geworden. Sie hat mit ihren Collagen das Leid, die Katastrophen und den harten Alltag der Menschen in ihrer Heimat aufgearbeitet. 2013 erhielt sie dafür den Friedenspreis des Deutschen Buchhandels.

Alexijewitschs Werke sind “Romane in Stimmen”. Erstmals wandte die gelernte Journalistin ihre literarische Methode 1983 im Buch “Der Krieg hat kein weibliches Gesicht” an. Mit Interviews dokumentierte sie das Schicksal sowjetischer Soldatinnen im Zweiten Weltkrieg.

Porträts von Tschernobyl-Überlebenden

Für “Zinkjungen” (1989) sprach sie mit mehr als 500 Veteranen des sowjetischen Afghanistan-Feldzugs und Müttern gefallener Soldaten. Genauso porträtierte sie 1997 die Überlebenden der Reaktorkatastrophe von Tschernobyl. Als ihr Großwerk gilt “Secondhand-Zeit” von 2013 – eine Sammlung von Stimmen über die erschütternden Erfahrungen des kommunistischen Experiments in der Sowjetunion.

Alexijewitsch wurde am 31. Mai 1948 im westukrainischen Stanislaw (heute Iwano-Frankowsk) geboren. Sie arbeitete nach einem Journalistik-Studium zunächst bei einer Lokalzeitung sowie als Lehrerin. Da sie unter dem autoritären Regime in Weißrussland öffentlich kein Gehör fand und ihre Werke nicht verlegt wurden, hielt sie sich viele Jahre im Ausland auf.

2011 zog sie trotz ihrer oppositionellen Haltung zurück nach Minsk. “Ich will zu Hause leben, unter meinen Leuten, meinen Enkel aufwachsen sehen”, sagte sie. Außerdem sei Quelle ihres Schaffens immer das Gespräch mit den Menschen gewesen. “Und das kann ich am besten hier und in meiner Sprache”, sagt Alexijewitsch.

Im vergangenen Jahr hatte die Nobel-Jury den Franzosen Patrick Modiano (70) für seine “Kunst der Erinnerung” geehrt, mit der er die unbegreiflichsten menschlichen Schicksale wachgerufen habe. Letzte deutschsprachige Preisträgerin war Herta Müller im Jahr 2009.

Zahlen und Fakten rund um den Literaturnobelpreis

Seit 1901 ist der Nobelpreis für Literatur bisher 107 Mal verliehen worden. Einige Zahlen und Fakten:

  • Es dominieren Preisträger aus dem westlichen Kulturraum. Führend ist Frankreich mit 15 Literaten. In den deutschsprachigen Raum ging die Auszeichnung bisher 13 Mal.
  • Nur viermal mussten sich zwei Autoren den Preis teilen, zuletzt 1974 die Schweden Eyvind Johnson und Harry Martinson.
  • Das Durchschnittsalter der Geehrten beträgt 65 Jahre. Der jüngste ist bisher Rudyard Kipling (“Das Dschungelbuch”), der 1907 mit 42 Jahren ausgezeichnet wurde. Doris Lessing war dagegen schon 88 Jahre, als sie 2007 den Preis erhielt.
  • 13 Frauen haben bisher den Literaturnobelpreis gewonnen.
  • Zwei Autoren mussten oder wollten verzichten: der Russe Boris Pasternak, dem die Auszeichnung 1958 zugesprochen worden war, und der Franzose Jean Paul Sartre 1964.
  • Niemand hat mehr als einmal den Nobelpreis für Literatur erhalten. (Aber in anderen Sparten schon – Marie Skłodowska-Curie, polnische Chemikerin 1903 fżr Physik und 1911 für Chemie – Anm. d. Red.)
  • Der Preis wird für das Lebenswerk eines Literaten vergeben. Bei neun Autoren hob die Schwedische Akademie eine spezielle Arbeit hervor. Bei Thomas Mann etwa war es 1929 sein Roman “Buddenbrooks”, bei Ernest Hemingway 1954 “Der alte Mann und das Meer”.

Reblog: Perfectionism

I found it on the Facebook some times ago. She is an author of famous Eat, pray, love, which I find lukewarm. But I really like what she writes here.

Elizabeth Gilbert

Dear Ones –

My friend Marie Forleo made this image for me, after I appeared the other day on her show, Marie TV, and we spoke about how perfectionism stops people from living their most joyful, curious, and expansive lives.

I meet so many creative souls who are not creating anything, because their perfectionism decided in advance that it would never be good enough…so why bother?

I know a brilliant and celebrated author who hasn’t been able to finish a book in nearly fifteen years, because her perfectionism refuses to allow her to release her own (always great) work.

But perfectionism doesn’t just ruin creativity. Perfectionism is a serial killer; it goes after all good things.

Perfectionism can ruin your marriage, your sex life, your friendships, your relationship with your family members, your relationship with your own poor beautiful tired human body, your relationship with the imperfect world in which we must live, and even your relationship with God. (Here’s what the perfectionist says to God: “You allow suffering and pain and injustice to exist, and therefore you are not perfect, and so you and I are DONE.”)

For me, I’m lucky enough not to suffer from perfectionism in my work (I’ve always described myself as “a discipined half-ass” which is how I’ve been able to write 7 books and let them go into the world, even though they are not perfect.) I’m very happy to let my creativity be messy, weird, exploritory, and unpredictable.

But I do suffer from perfectionism in terms of the standards to which I hold other people and myself. I have perfectionist tendancies in terms of BEHAVIOR. I expect people to be good and decent and self-accountable and reliable and kind and fair…and I expect this of myself, too. When people fail me, or when I fail myself (which is inevitable, for we are all human), I react with brittle anger, judgment, and condemnation. (In fact, I just had an episode of righteous indignation against someone this very week. And I lashed out.)

Which gets us nowhere.

I’m working on it, you guys. Because it’s taken me years to see how my perfectionism around behavior (toward others and toward myself) is a murderer of my own joy, and of my own humanity.

I would say, “I’ll try to do better”, but that sounds a bit perfectionistic, doesn’t it?

🙂

Let’s just say: I am learning how to let go of the perfect, in order to embrace the realistic, the beautiful, the messy, the true, and the good.

Because that just seems like a far, far, far happier way to live…

Blessings to you all, and ONWARD,
LG

Ja i Księżyc myśliwych

W sierpniu poproszona przez wydawnictwo napisałam o Księżycu myśliwych i określiłam go jako polski kryminał skandynawski w stylu Mankella. Dzisiejszy wpis przygotowałam tydzień temu. Jak mogłam przewidzieć, że Mankell umrze 5 października, na dwa dni przed premierą tej książki?

Ewa Maria Slaska

Była druga w nocy…

Zdanie “Była druga w nocy” znalazło się kilka lat temu w moim wpisie Nowy Świat i okolice na blogu QRA czyli Nowa kuchnia, kura i kultura, a który był następcą słynnego, śmiem twierdzić, blogu pod tytułem Jak udusić kurę…

520 lat temu, 12 października 1492 roku marynarz z “Pinty”, jednego ze statków Kolumba, Rodrigo de Triana, jako pierwszy zaoczył z bocianiego gniazda brzegi nowego świata. Urodził się 1469 r. w Sevilli, miał więc 23 lata!

Pomnik Rodriga de Triany w Sewilli

Był pierwszym Europejczykiem od czasów Wikingów, który zobaczył Amerykę, a dokładniej wyspę Guanahani (San Salwador, dziś wyspa Watlinga) lub może wyspę Samana Cay. Zakrzyknął (ponoć) to, co zawsze się chyba woła w takich okolicznościach: ¡Tierra! ¡Tierra!

Była druga w nocy.

I choć wiem, bo widziałam na własne oczy, to jednak wcale nie wiem, jak to się stało, że ten cały wpis o nocnym odkrywaniu nieznanego świata dwom moim ówczesnym (a i obecnym) współautorkom, Katarzynie Krenz i Julicie Bielak, skrócił się do zdania Była druga w nocy, a ono zainspirowało je do napisania wspólnej książki? I to ja byłam Pierwszą przyczyną! Moja Siostra Kasia i Julita napisały książkę, która dziś ukaże się w księgarniach. Nie o drugiej w nocy tylko o godzinie, o której otwiera się księgarnie, a ja będę za chwilę, za tydzień, bo za tydzień jadę do Warszawy, przyglądać się tej książce i tej okładce…

Okladka Cover Photo FB…i mieć w pamięci, że tak się ta historia zaczęła, w komentarzach do wpisu o Rodrigu z Triany i Neilu Armstrongu:

juliczka
2012/10/14 23:43
Wszystko piękne, wszystko ciekawe.
Rozwinęłabym zdanie – “Była druga w nocy”. Brzmi jak początek opowieści.
A tu trzeba iść, przygotować, podać zastrzyk, potem posiedzieć, potrzymać za rękę, poczekać, aż zaśnie.

kattinka33
2012/10/15 12:04
No piękny początek… I piękne ćwiczenie dla wyobraźni i ręki (z piórem). Pacjent – wojenny, co i czas nam od razu określi (Verdun, Somma, Warszawa?) A stary on? młody po wypadku? Czy ma to wyjść od razu, czy później…. hmmm……

ewamaria030
2012/10/15 14:13
Hmmm, ja zrozumiałam, że druga w nocy to początek powieści, a pacjent jest aktualny i rzeczywisty. Zgodziłabym się jednak z Kattinką, że skoro Juliczka już zaczęła, to możemy to kontynuować i pisać w odcinkach wspólną powieść, tylko że ja bym wolała, żeby to nie byli pacjenci wojenni. Ale zróbmy jak w sekretarzyku – każdy pisze swoje. Jak się trochę nazbiera, to zrobimy odrębny wpis i będziemy go wspólnie kontynuować.
Dodaję zatem moje: Wyjrzałam przez okno. Wysoko ponad szpitalnym trawnikiem stał nieruchomo na ciemnym niebie srebrny zimny Księżyc. Znad morza płynął ku niemu jakiś czarny kształt. W pierwszym odruchu pomyślałam, że to czarownica, ale…
Proszę pań i panów, proszę pisać dalej!

kattinka33
2012/10/15 16:41
Zimny księżyc… Zaczyna się dramatycznie. Może pojawi się wariacja na temat Willow Pattern…? Juliczko, do dzieła! 🙂

juliczka
2012/10/15 23:07
Dziękuję. Niech no się tylko ogarnę, bo pacjent, a właściwie pacjentka – rzeczywista. W pokoiku za ścianą. Stąd przysiadam pod opiekuńcze skrzydło Qry.

juliczka
2012/10/15 23:50
Jeśli w ogóle odważyłabym się, to wbiłabym się z wątkiem zainspirowanym fragmentem wiersza “Matka i córka”:
“/…/
i tak siedzimy w milczeniu
obok siebie
w pokoju z oknem
na inne światy/…/”

Wiersz autorstwa Katarzyny Krenz pochodzi z tomu “Z nieznajomą w podróży” wydanym nakładem Tower Press.

Może byłby czarno-biały, jak scenariusz “Zaćmienia”:
“Matka bierze torbę z gruszkami.
MATKA Pamiętaj, że miliony składają się z lirów.
Vittoria patrzy w inną stronę, trochę znudzona.
MATKA Słuchaj…gdzie dzisiaj jesz?
Z Ricardem?
Vittoria patrzy na matkę.
VITTORIA Tak, z Ricardem.
Matka głaszcze ją po włosach, odgarnia je. Podaje jej policzek do pocałowania, westchnąwszy znacząco, jak rodzice, którzy chcą zamanifestować swoje wieczne niezadowolenie z zachowania się dzieci”.
Szukam dalej.

kattinka33
2012/10/16 12:13
O, matko z córką, to ja napisałam ten wiersz??? Nie pamiętam! 😦
Ale za to widzę następną scenę z pielęgniarką.
“Przez całą noc nie zmrużyła oka. Najpierw ten umierający pacjent z Jedynki – taki młody, a cały ten wypadek taki niepotrzebny, przypadek, zbieg okoliczności, że akurat chłopak tam był. A potem jeszcze… Nie, Ava bardzo szybko nauczyła się, że z chwilą zejścia z dyżuru człowiek musi zapomnieć o życiu innych i wrócić do swojego życia. Co prawda, byłoby jej łatwiej, gdyby miała jakieś życie, nieważne, dobre czy złe, po prostu jakiekolwiek. A ona miała tylko tyle: pracę w szpitalu, pokój u starej pani Bellitz i ten swój mały rytuał: po nocnym dyżurze zawsze schodziła do portu na śniadanie w barze u ślepego Johannesa, z widokiem na nabrzeże, rozkołysane kutry i morze. Lubiła te poranki zakurzone szarą morską mgłą. Johannes od wielu lat nic nie widział, ale za to wszystko wiedział i chętnie dzielił się swoimi ploteczkami z każdym, kto tego chciał czy nie chciał. Dziś było podobnie. Pani Schachmann nareszcie umarła, biedaczka, długo to trwało, teraz odpocznie. Lisa Light, ta Angielka, co to przyjechała na wakacje, zakochała się w kelnerze z baru na plaży i została, zaszła w ciążę, ale nie ma za kogo wyjść za mąż, bo barman zniknął. Ava nie słuchała dalej. Pijąc pierwszą kawę, sennie, niemal mechanicznie, wpatrywała się w morze za brudnym oknem tak długo, aż jej oddech zrównał się z monotonnym ociężałym ruchem fal. Zamówiła drugą kawę. Gdy wracała z filiżanką na swoje miejsce – u Johannesa klienci obsługiwali się sami, przystanęła na chwilę koło stolika, przy którym od kilkunastu lat niezmiennie dzień w dzień przesiadywał stary Vincent le Puy. Kiedyś Vincent był podobno matematykiem i wykładał na uniwersytecie w Tybindze. Ale odkąd zjawił się tutaj – na tej ich fryzyjskiej wyspie Sylt – nie rozstawał się z blokiem papieru akwarelowego i skrzynką farb. Nikt nie widział, gdzie mieszka, bo cały czas spędzał w knajpie Johannesa, zawsze przy tym samym stoliku, z widokiem na port. Malował. Prawdę mówiąc, pięknie malował, przynajmniej Ava tak uważała. Że te jego morza są piękne. Bo prawdziwe.
– Piękne – powiedziała, jak zawsze.
Vincent spojrzał na nią uważnie.
– Są do niczego – mówiąc to, machnął w stronę teczki z gotowymi akwarelami. Gest wyrażał pogardę i lekceważenie.
– Nie powinieneś tak ich traktować – zaoponowała nieśmiało. – To dobre obrazy i piękne morza.
– Dobre? Gdyby były dobre, to by się sprawdziły!
Ava nie zrozumiała.
– Sprawdziły? W jaki sposób?

juliczka
2012/10/17 01:42
Ava z życiem jakimkolwiek, ta młoda Angielka, niegdyś wykładowca Vincent, Johannes. Czy bohaterowie pozwolą na wprowadzenie tajemnicy, tajemnicy z przeszłości, warunkującej ich losy.
Johannes mrocznie pokierował mnie po “Scenariusze” Bergmana z “Tam gdzie rosną poziomki”:
“/…/IZZAK Stara poziomkowa polana…
/…/ Chyba wtedy, gdy usłyszałem dźwięk fortepianu.
Zdziwiony odwróciłem głowę i spojrzałem na stojący na wzgórzu dom. Uległ on osobliwej przemianie. Fasada, przed chwilą martwa i ślepa, ożyła nagle, a słońce odbijało się w otwartych oknach. Firanki powiewały na ciepłym letnim wietrze. Barwne zasłony zwisały do połowy. Z komina wydobywał się dym. Stary letniskowy dom wrzał życiem. Wyraźnie słyszałem dźwięk fortepianu/ było to chyba coś z Waldteufla, ale nie mogę przysiąc/, przez okna natomiast dochodziły ludzkie głosy, śmiech, odgłos kroków, krzyki dzieci, skrzypienie pompy. Gdzieś na piętrze próbował ktoś śpiewać. Głos miał silny, w typie włoskiego tenora. Nikogo jednak nie było widać. Ta rzeczywista scena trwała jakiś czas – jak zjawa, która lada chwila może się rozwiać i przepaść w ciszy.
I wtedy ją ujrzałem. Kiedy odwróciłem głowę, by wzrokiem objąć cały ten osobliwie odmieniony dom, zobaczyłem ją jak klęczy w jasnożółtej sukience i zrywa poziomki /…/”.
Czyli ona, potrzebujemy dziewczyny w kwiecistej sukience, ale z hippisowską torbą, hipsterkę. Wprowadzi nam na scenę i innych bohaterów. Powoli dowiemy się, dlaczego Vincent tak bardzo nie lubi pytań. Żadnych, a szczególnie o obrazy. Jaką skrywają tajemnicę, mimo jego zapewnień, że przedstawiają jedynie morze.
Jak u Agathy Christie – Twarze. Nie zapominam żadnych twarzy.

kattinka33
2012/10/17 12:56
Dziewczyna w kwiaciastej sukience i glanowatych sznurowanych butach już tam jest. Właśnie wchodzi do knajpki Johannesa. Z chłopakiem (twarz, włosy, ubiór?) Mają plecaki (wyjeżdżają czy właśnie przypłynęli promem z lądu?). Jest w nich coś… Niepokój? Bo nie miłość i nie leniwe wakacyjne wędrowanie, zresztą między dniem dzisiejszym a latem będzie jeszcze listopad, a potem długa mroczna zima. Strach w oczach młodych ludzi, jakby uciekali – tylko w którą stronę? Czy wyspa da im schronienie? Czy będą musieli uciec przez morze?
Siadają przy stoliku między Avą a Vincentem. Zamawiają ona sok (jaki?), on piwo. Nie rozmawiają. Esemesują. Piszą te esemesy do siebie, bo robią to na przemian, wpatrując się w siebie nawzajem w napięciu. Mimiką podkreślają intensywność myśli, które chcą przekazać. Dziewczyna co jakiś czas zerka na Avę, jakby chciała się upewnić, że tamta nic nie usłyszy, niczego się nie domyśli…
Vincent tymczasem oparł się wygodnie o ścianę, nogę oparł na siedzeniu sąsiedniego krzesła i zabrał się za szkicowanie. Lubi to. Szkicowanie to niewinne podglądanie. Szkoda, że ci młodzi milczą. Usta, w twarzy usta są takie ważne, zwłaszcza gdy mówią. Bo mówią wtedy więcej niż słowa, mówią wszystko o mówiącym.

ewamaria030
2012/10/17 15:31
Wy to chyba jednak raczej scenariusz piszecie. Koniecznie wyślijcie tę parkę (obie?) na łódkę i owińcie ich w białe berlińskie wełny…
juliczka

2012/10/18 01:33
My haftujemy, EwoMario. Ja – krzyżykowym, bo pisać nie umiem.
Jest dziewczyna, świetnie. Ruda. Jasmine? Margherith? Malwina? Chłopaka zaraz zobaczę, może jutro na basenie.
“Zerkają na Avę, znają ją z opowiadań Sophie, dlatego tu przyjechali z wielkiego miasta. Sophie potrzebuje pomocy, nieporadnie zastanawiają się, na ile ta pomoc mogłaby pochodzić od matki, od Avy. Przecież raz już wstawiła córkę w niewygodne dla niej buty nakazując studia na uczelni medycznej. Sophie pogubiła się bez swojej ukochanej wyspy, morza, wydm, ptaków, zapachu kutrów. Stanowiły cząstkę jej samej, dawały siłę. Bezduszne miasto i zajęcia w prosektorium, naruszyły jej kruchą strukturę psychiczną. Uruchomiły pytania, czymże jest życie, jak je rozumieć. Jeśli nie potrafiła podołać obowiązkom, wyzwaniom, jeśli nadal marzyła o tańcu /śpiewie, rzeźbie/ czy ukradkiem poświęcała temu czas, to zaczęła winić siebie.”
Piszą do siebie SMSy, doskonałe, tak to się teraz odbywa.

I tak się to odbyło! Naprawdę. Wprawdzie pisały do siebie maile a nie smsy, ale tak się to odbyło. Niektóre fragmenty, osoby, zdania tej pierwszej przymiarki przetrwały próbę czasu i znajdziecie je w tej książce. Dokładnie trzy lata później.

J_Krenz_Bar u Johannesa2Akwarela Jacka Krenza, Bar u Johannesa

Idźcie do księgarni, kupcie i przeczytajcie, to świetna książka i, jakby to ująć, żeby nikogo nie obrazić, i taka zupełnie nie-polska… Mnie się skojarzyła z kryminałami skandynawskimi, a przede wszystkim z moim ukochanym komisarzem Wallanderem. Bo Księżyc myśliwych to kryminał i, jakby to ująć, żeby nikogo nie obrazić, i taki zupełnie nie-jak-kryminały…

Książka wydana w wydawnictwie ZNAK. Więcej TU

Podwójny reblog: Ksiądz Charamsa

Szczerze powiem, że jeśli chodzi o polskie aktualności, które znam z drugiej, trzeciej, a nawet czwartej ręki, wolę reblog od wyrażania własnych opinii. Jana Hartmana już kiedyś reblogowałam (Jadą Żydzi, jadą). Dziś dodaję mu dla przeciwwagi przeczytany na Facebooku głos Jacka Dehnela.

Spojrzenie 1.

bannercharyzma
Przede wszystkim muszę powiedzieć, że ksiądz Krzysztof Charamsa jest bardzo przystojny i pełny męskiej słodyczy. Ma też bardzo przystojnego narzeczonego.

Wielu księży jest przystojnych i ma przystojnych kochanków. W końcu według danych udostępnianych przez samych księży (w Polsce ks. Prusak) nie mniej niż co trzeci ksiądz jest gejem. Zważywszy że w populacji mężczyzn ogółem gejów jest tylko ok. 5 proc. – to wynik imponujący. W pewnym sensie Kościół katolicki jest więc organizacją gejowską. Tym bardziej zdumiewa jego wrogi stosunek do homoseksualności.

Mówiąc parę słów prawdy o hipokryzji i homofobii kościoła, ksiądz Charamsa nie wzbogacił nas nową wiedzą. O, pardon, nie ubogacił nas nową wiedzą. Wszyscy wiedzą, jak jest, i widzą to na co dzień. Rzecz w tym, że w organizacji nieznającej wolności słowa i w państwie, które stosuje surowe represje wobec śmiałków poważających się na krytykę władzy, zebrał się na odwagę i ryzykując całą swoją karierę kościelną, powiedział kilka słów prawdy. A prawda jest dokładnie tym, czego „miłujące prawdę” i „stające w prawdzie” reżimy wszech czasów, religijne i świeckie, boją się najbardziej. Nawet jeśli jest to prawda z rodzaju „koń jaki jest, każdy widzi”.

Dzięki wielkiej rewolucji liberalnej, idącej przez świat od trzech stuleci, ks. Charyzma zachowa życie. Przez pierwsze półtora tysiąca lat działalności Kościoła katolickiego otwarta publiczna krytyka kościoła kończyła się torturami i śmiertelną kaźnią. Oczywiście dla dobra jej ofiary. Dziś jest inaczej.

A dzięki takim odważnym i uczciwym księżom jak ks. Charyzma za kolejne kilka stuleci, jeśli w ogóle ta organizacja będzie jeszcze istnieć, z pewnością nie będzie już obrażać i zaszczuwać gejów i lesbijek. Podobnie jak od niedawna nie straszy piekłem za masturbację, nie grozi lekarzom represjami za używanie respiratora (bo wpychają w ciało duszę, którą Pan Bóg chciał zabrać), nie skazuje na chłostę kobiet noszących majtki (to dla odmiany przykład z czasów dawniejszych), nie obija kijami za niestawienie się na niedzielnej mszy i w ogóle nie robi już tysiąca rzeczy, których czynienie moralna emancypacja społeczeństw epoki liberalnej Kościołowi katolickiemu uniemożliwiła.

Skraca się dystans między stosunkami panującymi w kościele a moralnością publiczną. Pogodzenie się z demokracją i równouprawnieniem wyznań zajęło Watykanowi sto lat, kapitulacja wobec fatów dokonanych w dziedzinie postępów medycyny to już najczęściej tylko kilkanaście lat. Ile im zajmie uznanie małżeństw homoseksualnych, tak jak uczyniło to już dziesiątki kościołów chrześcijańskich? Dekadę? Dwie?

Postęp moralny jest jak tsunami, zalewające falami sprawiedliwości brud tego świata. Nie da się uciec przez prawdą i dobrem. Świętoszkowata obłuda, kryjąca żądzę zachowania wszystkiego, co tylko się da, z upadłego totalitarnego imperium katolickiego średniowiecza, skazana jest na kolejne wygibasy – tym razem służące zapewnieniu, że kościół zawsze kochał pedałów, wolność, demokrację, pluralizm wyznaniowy i Żydów na dobitkę. Czekamy z niecierpliwością na ten moment, gdy ks. Charyzma zostanie wyniesiony na ołtarze przez jakiegoś prawnuka papieża Franciszka. Nie wątpię, że tak się stanie.

Niedawno mój zaprzyjaźniony ksiądz z Trójmiasta, zresztą bardzo dobrze prosperujący, jeżdżący między Rzymem a swoją diecezją w roli uznanego prawnika kanonisty, rzucił robotę i zamieszkał ze swym narzeczonym. Jest szczęśliwy i spełnia się jako nauczyciel oraz obrońca świeckości w przestrzeni publicznej. Jak znam życie, ks. Charyzma już podjął w sercu decyzję o rzuceniu pracy, tym bardziej że nie będzie miał w swojej firmie życia po tym, co zrobił.

A więc wszystkiego dobrego, Krzysztofie, na nowej drodze życia! Witamy Cię serdecznie w naszym świecie wolnych i równych, gdzie wszyscy się szanują i są dla siebie życzliwi i tolerancyjni.

Całuję, J.

***

Spojrzenie 2.

dehnelbanner

Sprawa księdza prałata Charamsy ma dwa wymiary: prywatny i społeczny. Prywatnie nic nie mogę mu zarzucić: każdy gej i lesbijka w inny sposób dochodzą do swojego comingoutu, nie ma tu “właściwego” czasu, sposobu, miejsca. Podobnie jak w przypadku wychodzenia z ciężkich nałogów czy wyznawania traum, powiedzenie prawdy o swojej nieheteroseksualnej orientacji jest bardzo złożonym procesem psychologicznym, w którym każdy jest obciążony w inny sposób i z zewnątrz nie da się powiedzieć, ile dana osoba musiała się nacierpieć i co pokonać. Nie mam więc pretensji, że ks. Charamsa przez całe lata, mimo swojej homoseksualności, pracował na potęgę instytucji jawnie homofobicznej (która zresztą pod rządami jego, jak powiada, mentora, Ratzingera, stała się homofobiczna jeszcze bardziej). Nie mam pretensji, że wreszcie mówi prawdę, że chwali się całemu światu mężczyzną, którego kocha – to naturalne pragnienia i nie przynoszą mu ujmy, wręcz przeciwnie.

Natomiast społecznie wygląda to zupełnie inaczej, z różnych względów. Po pierwsze: kościelnego, który niespecjalnie leży mi na sercu, ale budzi zrozumiałe emocje. Otóż każdy ksiądz ma jakąś orientację seksualną, więc może być ona i homoseksualna (choć nie w myśl instrukcji, wprowadzonej parę lat temu za tzw. „pontyfikatu Ratzingera-Gansweina”), ale sprawa komplikuje się, kiedy ma „narzeczonego” (czy „narzeczoną”, egal). Narzeczeństwo to okres przed zawarciem sakramentu – ksiądz po pierwsze jako celibatariusz nie może zawrzeć związku małżeńskiego, po drugie – i tak nie mógłby przyjąć w kościele sakramentu małżeństwa z osobą tej samej płci. Ksiądz prałat mógł mieć zatem ukochanego, oblubieńca, kochanka (choć to ostatnie sugeruje już związek nieplatoniczny), ale z pewnością nie “narzeczonego” (zwłaszcza, że ani we Włoszech, ani w Watykanie, ani w Polsce nie może z nim zawrzeć nawet ślubu cywilnego).

Po drugie: ksiądz Charamsa, dotychczas raczej nieznany szerszej publiczności, wyskoczył jak filip z konopi parę dni temu, kiedy opublikował w Tygodniku Powszechnym tekst skądinąd słusznie (jak mi się zdaje) określający ks. Oko jako siewcę nienawiści i krytykujący kościół polski za to, że toleruje i wspiera język przemocy, który jest nie do obrony na gruncie teologii. Tekst ten miał szansę dokonać jakiejś realnej zmiany – nie dlatego, że pojawiło się tam coś nowego, są to bowiem rzeczy oczywiste, ba, nawet banalne, ale po raz pierwszy zabrzmiały ze strony kościoła, i to nie z ust szeregowego księdza, a człowieka „z centrali”. Niestety, efekt ten został całkowicie niemal zaprzepaszczony.

I tu, niestety, zaczyna się polityka. Ksiądz prałat dokonał aktu politycznego właśnie: wystąpił publicznie w obronie grupy, której, obawiam się, ostatecznie zrobił więcej krzywdy, niż dobrego. Jego comingout z punktu widzenia polityki bowiem, jak mówił Fouche, „to gorzej niż zbrodnia, to błąd”. Przyjmijmy za dobrą monetę wyjaśnienia księdza, że nie planował się ujawnić, że była to kwestia chwili, nieplanowany impuls – najpierw tekst, potem, na fali przemyśleń, przeżyć, interakcji – comingout. Ale nagle Charamsa pojawia się wszędzie. Wygłasza dla ekipy filmu “Artykuł 18” coś pomiędzy kazaniem, monodramem a śpiewogrą, z całym arsenałem środków trzeciorzędnego aktora opery mydlanej, z teatralnymi pauzami, łzami w oczach, drżeniem głosu i gestami diwy ze spalonej ambony. Zaraz potem wyskakuje zajawka „szczerego wywiadu” do „Wprostu” (jak się właśnie okazuje, jednego z wielu), Gazeta Wyborcza publikuje manifest Charamsy. Chwilę później kolejny odcinek, w którym ksiądz prałat z pomocą wynajętej agencji organizuje konferencję prasową w ulubionej knajpce Felliniego, gdzie przedstawia „narzeczonego” Eduardo i, wciąż w koloratce, czule się z nim myzia. Wieczorem dowiaduję się, że będzie również „mówił o swoich grzechach”, ale dopiero w książce, którą przygotowuje na temat wiadomy. A w zasadzie przygotował. Reklama dźwignią handlu.

Rozumiem trudności ludzi, którzy opuszczają stan duchowny – nawet jeśli zdobyli wykształcenie, jest ono na ogół, podobnie jak wypracowana pozycja, zupełnie irrelewantne w świeckim życiu. Niełatwo jest też wyjść spod ochronnych skrzydeł korporacji, która dawała wikt, opierunek i ścieżkę kariery – zwłaszcza, jeśli się tą ścieżką pomykało prędko, i to w centrali. Mam jednak wrażenie, że Krzysztof Charamsa zapragnął przeskoczyć z jednej korporacji do drugiej – z prominentnego urzędnika watykańskiego stać się prominentnym działaczem i wygłaszać banały swoim słodkim głosem prymusa, odgrywającego wiecznie pierwszą rolę w szkolnym teatrzyku. Bez względu na to, że swoim zachowaniem dał amunicję ks. Oko, Terlikowskiemu, Frondzie i wszystkim pozostałym kościelnym homofobom. Gejom i lesbijkom zaś zaszkodził – zarówno tym pozostającym w kościele, jak i tym, którzy nie są katolikami, ale mimo tego doświadczają kościelnej nienawiści. I dlatego wcale nie podzielam entuzjazmu różnych moich fejsbukowych znajomych, którzy piszą o „wielkiej odwadze” i „mądrych słowach” księdza prałata – widzę tu raczej wyrachowanie, kunktatorstwo i nieznośny wprost narcyzm, który każe Charamsie fantazjować, że ojcowie synodalni obradując w Watykanie będą mieli przed oczami jego twarz. Otóż nie. Przed oczami będą mieli, jak zawsze, czubek własnego nosa. Podobnie jak ksiądz Charamsa, który tak doskonale odnajdywał się między nimi przez lata.

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego 9

MiastoAndrzej Rejman 

Warszawa, moje miasto

Gdy spaceruję ulicami Warszawy myślę, że nie mógłbym mieszkać gdzie indziej. Tu poznali się i studiowali moi rodzice, tu spoczywają na cmentarzach moi przodkowie.
Przypomniał mi się tekst napisany w 1947 roku przez Salinę Baniewicz, matkę Antoniego Baniewicza (1923-1944), który zginął w walce na Żoliborzu. I o niej, i o nim już tu pisałem.

Pani Baniewiczowa walczyła po wojnie z władzami o różne sprawy, według niej ważne. Przeglądam jej listy – maszynopisy z tamtych lat, które przechowała moja babcia.
Autorka pisze w nich do władz o chuligaństwie wokół jej domu, skarży się w sprawie niewłaściwego, jej zdaniem kształtu pomnika bohaterów Warszawy i przedłużającego się w nieskończoność konkursu (w końcu zwyciężył projekt, stojący dziś – tzw. warszawska “NIKE”), narzeka na bezduszność, egoizm i nieczułość ludzi na sprawy odchodzącego pokolenia.
Przedstawiam jeden z jej tekstów, skierowanych właśnie do mieszkańców mojego miasta – tekst przejmujący i po latach niosący ważne przesłanie.

***

SALINA BANIEWICZ, listopad 1947 r.

Nowy mieszkańcu nowej Warszawy – dokąd tak śpieszysz i po co?
Czy chcesz dogonić tęczę i blaski kolorowego, wymarzonego jutra, pełnego tajemnic i przygód; a może wystraszony uciekasz przed grozą widma krążącej tu wczoraj śmierci?
Zatrzymaj się na chwilę, zaczekaj.

Dzisiaj wysoko nad tobą rozpłakało się niebo pochmurne; za tobą – rozpływające się we mgle cienie poległych tutaj powstańców; pod tobą – szare kamienie.

Brukowy kamień stołecznej ulicy – niemy świadek okrutnych, wyrafinowanych zbrodni, i… wielkich poświęceń, i… bohaterskich zgonów, odgrzebany spod gruzów zburzonych kamienic, obmyty deszczem z zakrzepłej krwi i kurzu, na nowo cierpliwie służy człowiekowi.
Stukają i dudnią koła po bruku, mkną po nim znowu wozy i samochody, a ludzie po zajęciach codziennego dnia – wracają do swoich, do domu. Triumfująco – beztroskie są ich głosy wesołe wobec złowrogiej, martwej ciszy tamtych – zabitych tak wcześnie, tak młodo.
Posuwająca się wolno wśród zgiełku i wrzawy różnobarwnego tłumu jakaś kobieta samotna – nie zwraca niczyjej uwagi. Nogi ociężale prowadzą ją bez celu przed siebie i wszystko jej jedno, w którą skręcić stronę. Wszak nikt już, jak dawniej, nie czeka jej powrotu i nie wybiegnie radośnie na spotkanie. Nie ma ona domu, budowanego przez wiele, wiele lat ciężkiej, jakże często ponad siły, pracy. Nie ma rodziny, bo syna nie ma, tak bardzo, tak bezgranicznie kochanego…

Wielka, potężna, tajemna moc – trzyma ją tutaj, w tym mieście straceń i mogił. Oczy uważnie, uporczywie wpatrują się w każde rumowisko, w każdą płytę chodnika, daremnie szukając śladów niegdyś maleńkich, dziecięcych, a potem chłopięcych – rodzonych, drogich stóp.

Tęsknota bezlitośnie szarpie umęczoną pamięć: ile razy przechodził tędy, w jakich okolicznościach, o czym myślał wówczas, jak wyglądał? Ile razy i kiedy groziła mu tu śmierć zdradziecka z lufy rozpylacza niemieckiego żandarma? Ile razy i kiedy uniknął tu cudem rewizji i nikczemnych ulicznych łapanek? Ile razy… i kiedy…?
Bezpowrotnie minione dni katuszy i trwogi, dni pełne męki niezmiernej, straszliwej, – bolesnym skurczem duszą i dławią, zginają plecy ku ziemi.

Tragiczna rzeczywistość beznadziejnej przyszłości teraz już nikomu niepotrzebnej istoty – nie wzrusza, nie obchodzi nikogo.

O życiu złamanym, o krzywdzie doznanej mówi jej każda sylwetka na tle gęstniejącego mroku, każdy przechodzień, witryna każda, bo przecież tych kwiatów przepięknych w tej narożnej kawiarni – nie zobaczy jej chłopiec już nigdy…
Każde dziecko spotkane, czy uczeń, czy student zawsze jej przypomina, jak dużo jest matek normalnie szczęśliwych na świecie.

Coraz dalej idzie, coraz szybciej, nie czując chłodnego, przenikliwego wiatru późnej jesieni, ani zmęczenia przemokłych, obolałych nóg.

Powiodły one ją wreszcie pod ścianę odbudowanej kamienicy, w której mieszkała długie, długie lata, w której przetrwała i wojnę, i powstanie do końca.

O, właśnie tam, z balkonu tego, w bezsilnej trosce, z obłędnym niepokojem wypatrywała codziennie, co wieczór – swego jedynaka.

W szerokich, oświetlonych oknach krzątają się obecnie nieznani jacyś przybysze; dla nich to teraz powstaje nowe życie, dla nich zacierają się starannie ślady potwornej tragedii tej biednej, tej dawnej, tej obcej im Warszawy.
Tak, tu, w tym miejscu, był przekop wąski, długi, prowadzący do wylotu kanału – burzowca, skąd wysuwały się po kolei skrwawione strzępy młodych straceńców, lecz… ilu z nich tam pozostało na zawsze – nikt tego się nigdy nie dowie…
Dymiła się zgliszcza, waliły się domy, a Oni… ginęli bez jęku.

Już późno jest i zimno. Deszcz mży coraz większy. Ruch uliczny powoli maleje. Jesienny mrok żałobnym kirem osnuwa miasto całe.

Po twarzy płyną łzy, spadając cicho w błoto. Jest ciemno. Tych łez nikt nie dojrzy, nikt nie zliczy. A może… są to zwykłe krople deszczu tylko – duże, czyste, lśniące…

Ledwie widoczna, samotna postać kobieca – nie zwraca niczyjej uwagi.

Foto: autor, Warszawa jesienią 2015 roku

Die kleine große Welt (18)

Monika Wrzosek-Müller

Wittenberg
Cranach der Jüngere und die Cranachs

Seitdem sie den Umschlag des Katalogs der Cranach-Ausstellung gesehen hatte, war sie so in das feine Bild der Prinzessin Elisabeth von Sachsen verliebt, dass sie es sehen musste. Die Fahrt nach Wittenberg, in die weitere Umgebung von Berlin war gut für einen Sonntagsausflug. Sie wählten eine Route abseits der Autobahn, wie sich herausstellte auch zurecht, denn wie immer wurden in den Sommermonaten die Fahrbahnen repariert und ausgebessert und es staute sich direkt nach der Ausfahrt aus Berlin; Staus gab es auch schon in Berlin, wie immer im Sommer, wenn verstärkt an den Straßenschäden gearbeitet wurde, und sie standen da auch einige Minuten länger. Es war Sommer in voller Blüte und Trockenheit, doch das Grün überwog und manchmal blühten sogar noch Kornblumen, die Mohnblumen waren dagegen fast gänzlich verschwunden; an manchen Stellen war die Trockenheit nicht zu übersehen, der Mais stand nur halbhoch, die Maiskolben ganz ausgetrocknet und bräunlich, manche Felder schon abgeerntet. Doch der Weg führte durch kleine Ortschaften, in deren Mitte fast immer eine schöne alte Dorfkirche aufragte und an den Straßenrändern Menschen saßen und Pflaumen, Karotten, Blumen, alles was ihre Gärten hergaben,verkauften und dann wieder führte die Straße durch größere Waldstücke, Wälder, manchmal sogar leicht hügelig, also sehr reizvoll.

Die Stadt Wittenberg kannte sie von früheren Ausflügen, doch sie änderte sich mit jedem Jahr und es war immer wieder interessant das nachzuverfolgen, was neu dazu gekommen war; die Wasserläufe mit den prächtigen Blumen-, eher Pflanzen Arrangements, die vielen Plakate zur Cranach-Ausstellung und große über ungenutzten Flächen aufgespannte Abbildungen der Werke der Cranachs stachen in die Augen und auch die vielen Menschen, die doch offensichtlich zu der Ausstellung gekommen waren. Es war diesmal nicht Luther selbst, sondern seine Maler – denn man musste den Sohn auch einbeziehen – denen die Aufmerksamkeit galt. Besonderes gedacht wurde diesmal Cranach d. J. anlässlich seines 500. Geburtstages, mit einer extra für ihn eingerichteten Ausstellung: Lucas Cranach der Jüngere – Entdeckung eines Meisters, damit der Sohn einmal aus dem Schatten seines Vaters heraustreten und seine Arbeit und Werke erstrahlen konnten.

Das Konzept der Ausstellung, sie in realen von der Familie Cranach bewohnten Plätzen einzurichten, gefiel ihr sehr. So war die Ausstellung auf drei Orte in Wittenberg verteilt, an jedem kam man dem Werk des Künstlers näher: Cranach-Haus, Augusteum und Stadtkirche. Für sie war die Einführung Cranachs Welt im Cranach-Haus am Markt sehr einleuchtend; man lernte die Familie kennen, ihr Umfeld und das Schaffen. Demnach gehörten die Cranachs zu den einflussreichsten Familien in der Stadt; sowohl der Senior als auch der Junior wussten sehr wohl, wie man die Güter der Familie vermehrte, sie in Immobilien, die Apotheke und einen florierenden Weinausschank investierte. Natürlich war die Hauptbeschäftigung mit der Malerwerkstatt verbunden; da entstanden die vielen Werke, die Ideen, wie man sie schneller produzieren konnte; verbreitet war die Kunst des Pausens, d.h. eine einmal gemalte Figur, ein Gesicht konnte mit einer Technik, die in der Ausstellung mit einem Video erklärt wurde, sehr einfach auf ein neues Bild übertragen werden. So entstanden die zahllosen Bilder von Luther mit verschiedenen Kopfbedeckungen.

Eine Malerwerkstatt funktionierte wie ein kleines Unternehmen, die der Cranachs mit ihrer enormen Produktivität glich fast einer Bildermanufaktur; es waren viele Leute beschäftigt, die einen produzierten Farben, die anderen bespannten die Leinwände, die Söhne versuchten sich im Zeichnen, wurden von dem Vater an das Handwerk herangeführt. Das alles kann man sehr anschaulich und authentisch in den Cranachwerkstätten nachempfinden. Sie musste während des Gangs durch die Ausstellung immer wieder an die Beschreibung in einem Roman über Leben und Tun von Tintoretto in Venedig denken, auch er führte seine Kinder an das Handwerk heran und verstand es sehr gut zu investieren und sich immer weiter zu entwickeln, auch er verstand sich eher als ein perfekter Handwerker denn als ein genialer Künstler. Sie dachte, wie anders hatte man die Künstler damals wahrgenommen; sie richteten ihr Tun ganz nach den Marktgesetzen, produzierten die Bilder für die ganze Region in unheimlichen Mengen, zogen alle Aufträge an sich, oft konnte man nicht eindeutig feststellen, wer letztendlich der richtige, ausführende Künstler war, denn es gab einfach zu viel zu tun. Diese Gedanken kamen ihr verstärkt in den Räumen der Ausstellungen über die Cranachs.

Und noch eins beschäftigte sie die ganze Zeit, aber den Zugang dazu fand sie nicht; es war doch die Entstehungsstunde der protestantischen Kirche, d.h. die Cranachs bildeten die Ikonografie dieser neuen Glaubensrichtung. Lag das an ihrem Unwissen oder hatte man diesem Aspekt zu wenig Platz eingeräumt, zwar gab es Bilder wie die fantastische Darstellung: Die Arbeit im Weinberg des Herren, wo explizite der Kampf zwischen den guten, fleißigen Protestanten und den faulen, prächtig angezogenen Katholiken wunderbar zum Ausdruck kam, doch sie fand wenig Erklärungen und Erläuterung zu diesem Themenkreis. Vielleicht, dachte sie, alle die sich die Ausstellungen anschauen, sind selber Protestanten und das meiste ist für sie einfach selbstverständlich.

Erschreckend fand sie die Abbildungen, Fotos vom Zustand des Cranach-Hauses vor der Wiedervereinigung; erstaunlich, dass in der DDR nicht einmal so renommierte Künstler Beachtung gefunden hatten, jedenfalls dass ihre Wohnstätte so vernachlässigt worden war; sie selbst hatte doch vor vielen Jahren im Kulturzentrum der DDR in Warschau einen großen, sehr gut dokumentierten Bildband über die beiden Cranachs gekauft, also war das Werk von ihnen bekannt und anerkannt.

Doch am meisten berührt, bewegt oder einfach auch gefallen haben ihr die 13 Zeichnungen von Cranach dem Jüngeren. Sie kamen aus dem Musée des Beaux-Arts de Reims und sind zum ersten Mal alle zusammen in Wittenberg zu sehen, in einer Art von Schatzkammer, mit gedämpften Licht. Die Zeichnungen auf dem vergilbten, alten Papier leuchten trotzdem durch ihre Schönheit, Präzision und Ausdruckskraft. Man steht verzaubert und erstaunt von der Lebendigkeit und Bildhaftigkeit der Porträts. Lucas Cranach d.J. verstand es meisterhaft, die feinen Linien, die Lichteinfälle, die Schattierungen wiederzugeben; seine Zeichenskizzen erinnerten sie wiederum an diejenigen von Leonardo da Vinci, aus dem Museum in Vinci. Gerade diese Zeichnungen bilden für sie den Mittelpunkt der Ausstellung, sind modern, leben weiter und inspirieren junge Künstler.

Wichtig und interessant fand sie auch die Herausarbeitung der Unterschiede in der Malweise, dem Malduktus zwischen dem Vater und dem Sohn; denn nach dem Weggang des Vaters nach Augsburg blieb die Werkstatt weiterhin sehr gut ausgelastet mit neuen Aufträgen, hauptsächlich bürgerlicher Porträts, Epitaphien und Altären.

Viele der Epitaphien und Altarbilder hat sie dann in der Stadtkirche gesehen, der Rundgang bildete auch das Ende der Besichtigungstour; die anderen Ausstellungsorte in Dessau und Wörlitz, sowie in den kleineren Kirchen der Umgebung von Wittenberg konnte man an diesem einen Tag niemandem zumuten.

***

Heute vor 500 Jahren, am 4. Oktober 1515, wurde Lucas Cranach der Jüngere als jüngster Sohn von Lucas Cranach dem Älteren und Barbara Brengebier in Wittenberg geboren. Das Land Sachsen widmete ihm und der ganzen Cranach-Familie mehrere Ausstellungen und Veranstaltungen – mehr…

‎

Bunt und die Gegenwartskunst

Lidia Głuchowska

Am Sonntag, den 4. Oktober um 15.00 Uhr finden im Kraszewski-Museum Dresden, begleitend zur Ausstellung ,Bunt’ – Expressionismus – Grenzübergreifende Avantgarde. Werke aus der Berliner Sammlung von Prof. St. Karol Kubicki, ein öffentlicher Vortrag und eine kuratorische Führung von Dr. Lidia Głuchowska statt: Das Werk der Gruppe Bunt (Revolte) als Inspiration für Gegenwartskünstler in Deutschland und in Polen.

 Hier im Voraus Einiges zu diesem Thema.

Die Ausstellung expressionistischer Werke der Posener Expressionistengruppe Bunt (Revolte, 1918–1922), welche noch bis zum 8. November im Kraszewski-Museum Dresden und dann in Wrocław zu sehen ist, wird von zeitgenössischen Kunstpräsentationen begleitet. Die daran beteiligten Kunstgrafiker, Glaskünstlern und eine Bildhauerin beziehen sich in ihren Werken auf die Programme und Ästhetik der Künstlergruppe Bunt (Revolte) und dabei vor allem auf die Idee der engagierten Kunst.

1 PlakatLogo Bobrowski 2015Das auf dem Plakat abgebildetes Logo der Ausstellung – Linolschnitt von Andrzej Bobrowski Transformation M/S (2015) – knüpft an die expressionistischen Selbstbildnisse derjenigen Bunt-Mitglieder an, die die Kontakte der dieser Vereinigung zu den internationalen Künstlerkreisen in Deutschland initiiert haben – Margarete und Stanisław Kubicki.

So wie die Bunt-Künstler ein Gruppenporträt in der Art des Bildnisses Eine Künstlergruppe von Ernst Ludwig Kirchner (1926) nie geschaffen haben, so haben sich auch die Kubickis nie als Paar porträtiert. Andrzej Bobrowskis Linolschnitt Transformation M/S [M(argarete)/S(tanisław)] verbindet in sich ihre Selbstbildnisse aus den Jahren 1917–1918. Das Selbstporträt IV von Kubicki hat sich bis in unsere Zeit nicht erhalten und ist nur noch aus den Publikationen in den Kunstzeitschriften Zdrój (Quelle) und Die Aktion bekannt.

Das zeitgenössische grafische Werk, eine horizontal-panoramische, an Bannerform angelehnte Komposition, ist zum einen eine Reflexion über die künstlerischen und privaten Beziehungen zwischen den Kubickis, und zum anderen darüber, wie die Zeit vergeht, wie die Einzelheiten der künstlerischen Biografien im kollektiven Gedächtnis verblassen, über die Gruppenidentität und schließlich über die fehlende Integrität des Kunstwerkes im Zeitalter seiner technischen Reproduzierbarkeit.
Von den selben Selbstbildnissen der Mitbegründer von Bunt wie das Ausstellungslogo wurde die monumentale Installation Przenikanie /In-Einander-Greifen (2015) von Karolina Ludwiczak und Marcin Stachowiak angeregt.

2 Przenikanie Ludwiczak StachowiakDas Ergebnis des Dialogs mit dem Schaffen der Kubickis ist hier jedoch ein ganz anderes.

Zum ersten verdeutlicht diese Installation, die um mehrfaches größer ist als die ursprünglichen Selbstporträts, dass der zeitgenössische Kontakt mit Kunstwerken der Vergangenheit, die häufig nur aus dem Internet oder anderer Vervielfältigungsmedien bekannt sind, nicht selten eine sehr beschränkte Vorstellung von deren materieller Gestalt verleiht. Und diese ist von wesentlicher Bedeutung – auch wenn die manuellen und intellektuellen Fähigkeiten eines Künstlers Vorrang haben vor dem Material, mit dem er arbeitet.

Zum zweiten macht sie auf ein Paradox der von ihnen verwendeten Technik aufmerksam. Obwohl man im Falle des Werks von Ludwiczak und Stachowiak von einem „Inter-Gattungsspiel“ sprechen kann, da sie ein plastisches Bild und nicht lediglich ein flaches geschaffen haben, so knüpfen sie trotzdem in der reliefartigen Form ihrer Installation an die Form der Linolschnittplatte an, mit der die Bildnisse der Kubickis gedruckt wurden. Und wenn sie somit das expressionistische Vervielfältigungsverfahren verdeutlichen, muss klar werden, dass ihr eigenes Werk einmalig und nicht reproduzierbar ist. Paradoxerweise kann nämlich die Gussform ihrer Relief-Plastik, die in einer individuellen Technik entworfen wurde, nur einmal verwendet werden.

Die aufeinander abgestimmten halbtransparenten Glasporträttafeln, die sie aufgestellt auf eisernen Ständern vom Licht durchleuchten lassen, veranschaulichen die Idee des In-Einander-Greifens vom Leben und Werk zweier schöpferischer Menschen. Dieses wird konventionell als Harmonie verstanden, muss jedoch zumeist im Kontext des Alltäglichen aufgrund von Rivalitäten und materiellen Verpflichtungen immer einen Kompromiss bedeuten.

Weiterhin sind in der Ausstellung Gruppenpräsentationen Refleks / Reflex (Kurator: Maciej Kurak), Ulotka / Flyer (Kurator: Maciej Kurak) und Ich 7 / Sie 7 zu sehen, die jene Formen der medialen Kommunikation aufgreifen, welche typische Ausdrucksformen der Künstlergruppe Bunt und der internationalen Avantgarde waren. Dazu zählten in erster Linie die Form des Kunstbuchs, Informations- sowie Propagandadrucke politischer Provenienz. Diese wurden auf Kundgebungen verbreitet und unterstützten künstlerische Manifeste wie auch die Ideen der sozialen und politischen Emanzipation.

3-4-5Von links: Plakate der Ausstellung der Gruppe Bunt 1918 mit dem Motiv aus dem Linolschnitt Turmbau zu Babel von Stanislaw Kubicki und das Kunstbuch Refleks, Hg. v. Maciej Kurak

Motiv aus dem Plakat der Kunstpräsentation Refleks mit dem Linolschnitt von Andrzej Bobrowski (inspiriert von Turmbau zu Babel von Stanislaw Kubicki)


Maryna Mazur, Cardinal, Metaltechniken, aus dem Kunstbuch Refleks, 2014

Das Ergebnis des Projektes Refleks / Reflex (2014–2015) ist eine Kunstinstallation, deren wichtigste Komponente ein bibliophiles Buch mit Originalgrafiken ist. Ihre erste Präsentation in der Posener Galerie Rarytas im Frühjahr 2014 wurde durch ein Poster von Andrzej Bobrowski ergänzt, welches eine Transformation des Plakats zur ersten Ausstellung der Gruppe Bunt im Jahre 1918 darstellt. Das Originalplakat mit dem Linolschnitt von Stanisław Kubicki Der Turmbau zu Babel (1917) ist ebenfalls in der Ausstellung zu sehen. Auf dem Plakat der Kunstpräsentation Refleks wird anstelle des ursprünglichen Turms jedoch ein Tunnel gezeigt – ein Teil des Arrangements der Erstaufführung und eine Metapher des gesellschaftlichen Wandels.

Einen Teil der Präsentation Refleks / Reflex bildet ein 2015 entstandener Film desselben Titels – ein Einblick in das Kunstbuch mit den darin enthaltenen 16 Originalgrafiken.

Der zweite Film in der Ausstellung, betitelt Bunt Re-Vision – dokumentiert alle Stationen der internationalen Ausstellung, die als Würdigung der Schenkung von Professor St. Karol Kubicki an das Nationalmuseum Poznań und das Leon-Wyczółkowski-Kreismuseum in Bydgoszcz konzipiert wurde. Im Film sind die Vernissagen weiterer zeitgenössischer Kunstpräsentationen zu sehen. Über die Filme haben wir in der vorigen Besprechung dieser Ausstellung berichtet HIER.

Die Kunstpräsentation Ulotka / Flyer besteht aus einer Sammlung von 31 Werken, von zeitgenössischen Grafikern die mit Kunstschulen in Poznań und Wrocław in Verbindung stehen, und zeigt als Sammlung von symbolischen Flyern die soziale Problematik aus verschiedenen lokalen Perspektiven.

6-7-8Von links: Magdalena Czerniawska, 2015, aus der Kunstpräsentation Ulotka / Flyer

Stefan Ficner, Hołobutów, 2015, aus der Kunstpräsentation Ulotka / Flyer

Małgorzata EtBer Warlikowska, Blood is always black, Serigraphie, 2015, aus der Kunstpräsentation Ulotka / Flyer

Die Künstler, die an dieser Präsentation beteiligt sind, legen in ihren Werken Konventionen, Anzeichen des Provinzialismus und der Fremdenfeindlichkeit offen, bekämpfen die Idealisierung der Wirklichkeit in den Medien ebenso wie die Verfestigung der gesellschaftspolitischen Heuchelei sowie die Beschränkungen, die dem Menschen von offiziellen Institutionen auferlegt werden.

Die Sammlung der Flyern mit sozialkritischer Aussage wird auf zwei zylinderartigen Ständern in Form einer Windrose präsentiert und wie in einem Zeitungsständer aus den Cafés der expressionistischen Epoche betrachtet. Die in Bewegung gezeigten Kunstwerke werden wie Flyer zu einer Metapher der Flüchtigkeit und Synonym der Idee der Öffnung für innovative soziale und kulturelle Werte.

9-10Oben: Kunstpräsentation Ulotka / Flyer: 1 der 2 Ständern

Radosław Włodarski, ein der Teilnehmern der Kunstpräsentation vor seiner Das Cabinet, Digitalprint, 2015 (inspiriert vom Film Robert Wienes Das Cabinet des Doktor Caligari, 1920)

Die Kunstpräsentation, welche im Film Bunt – Re-Vision zu sehen ist, heißt Ich 7 / Sie 7 (2015). Sie umfasst Werke eines größeren Formats, welche von einer informellen Gruppe aus sieben Künstlern geschaffen wurden und programmatisch wie auch technologisch an das Schaffen der Gruppe Bunt anknüpfen. Sie zeigen sowohl die Langlebigkeit der Ideen und Ästhetik der Avantgarde auf, als auch mögliche Richtungen einer Neuinterpretation dieser. Der Name des Projektes, welches auf Deutsch ich und auf Polnisch sie 7 bedeutet, bezieht sich auf die Anzahl der Mitglieder von Bunt und ist ein Echo des zweisprachigen Namens, welcher die grenzübergreifenden Anforderungen des Expressionismus aus dem Programm von Bunt ausdrückte.

12 Ich 7 Tyszkiewicz Gertchen Szurek Kopczynska 11 Bunt Bydg Szewczyk_filmUlotka foto LG Oben: Jacek Szewczyk, Aleja bez pracy, rysunek (1999), cokół z prezentacją książki artystycznej Refleks (2014) oraz film Bunt –Re-wizje, koncepcja: Lidia Głuchowska, Anna Kraśko, realizacja: Anna Kraśko (2015).

Fragment der Kunstpräsentation Ich 7 / Sie 7 im Leon-Wyczółkowski-Bezirksmuseum in Bydgoszcz (Juni-August 2015), sichtbar im Film Bunt – Re-wizja / Bunt– Re-Vision im Kraszewski-Museum Dresden. Von links nach rechts Werke von Przemysław Tyszkiewicz, Agata Gertchen, Małgorzata Kopczyńska und Piotr Szurek.

Die Ausstellungsbesucher können als Souvenir ein von den Teilnehmern der Kunstpräsentation Ulotka / Flyer gestalteten Badges mitnehmen.

13 Badges Flyer

 

 

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa… 4

Roman Brodowski był chory i przez ostatnie dwa miesiące nie mógł przysłać nam następnego odcinka dramatycznej opowieści o deportacji Polaków na Syberię. Przypomnę tu, że opowieść o Lidzi Brodowskiej ukazała się TU, TU i TU, a przedtem jeszcze bohaterka tej opowieści jako stara kobieta pojawiła się we wpisie Cioteczka Lidzia. 

Roman Brodowski

Podróż do piekła

… Nagle poczuła czyjś ciepły, delikatny dotyk na obolałych od chłodu, plecach. To mateńka objęła ją i przytuliła do piersi, do tykającego głośno, rytmicznie serca, tak jak ptak który chowa pod siebie swoje wystraszone, znajdujące się w niebezpieczeństwie, pisklę.
Czas płynął powoli, kolejne ofiary znikały za otwartymi wrotami wagonu, a Lidzia, tak jak wcześniej jej przyjaciółka, z coraz większym niepokojem liczyła po cichu, jego zawartość. – Już dwadzieścia sześć osób – szepnęła do siebie. – Boże! Ojcze kochany! – modliła się w myślach – proszę Cię. Nie zostawiaj mnie. Nie pozwól aby nas rozdzielono. Nie opuszczaj nas. Matka, widząc przerażoną twarz córki, przytuliwszy ją jeszcze bardziej do siebie, zaczęła całować jej kruczo ciemne włosy. – Nie bój się kochanie, jestem z tobą. Nie pozwolę cię skrzywdzić – uspokajała ją. Pan Bóg… – nie dokończyła, bo właśnie stało się to, co chciała powiedzieć – Pan Bóg ich nie zostawił, wysłuchał.

– Bradowskij – usłyszały przeszywający powietrze nieprzyjemny głos wywołującego. Podniosły bagaże, ich cały dobytek, i podtrzymując słaniającego się na nogach Antka, ruszyły przed siebie. – Brodowskij – usłyszały ponownie, wyraźnie zniecierpliwiony głos żołnierza. Ludzie rozsuwali się, pomagając im wydostać się z tłumu. Powoli, przybliżali się do stołu, przy którym siedział „bóg tego systemu”, sprawdzający dokumenty oficer NKWD. Spojrzał na nie, potem do leżących przed nim akt, po czym nie spuszczając z nich wzroku zapytał o nazwisko. – Brodowscy – powiedziała matka – Helena, Lidia i Antoni Brodowscy – dodała, podając dokumenty tożsamości.
– Brodowski – mamrotał pod nosem enkawudzista, porównując treść dokumentów z tym co było zapisane w aktach. – Da, Bradowskij – powtórzył, kierując wzrok na wystraszone kobiety. – A tu stoi napisane – pokazał na akta – że daużno byt czetery czeławieka. – Jak to cztery – zdziwiła się matka. – Da, czetery. Mieczyslaw, Jelena, Lidia i An…toni. – wymienił, po imionach. – Mieczyslawa nieto – kontynuował – Gdzie wasz muż, Jeleno – zapytał zdenerwowany. – Mój mąż pracuje na kolei. Od wczoraj jest w pracy. Proszę sprawdzić – odpowiedziała matka. – To pomyłka, panie oficerze, to musi być pomyłka. Sam pan widzi, że męża nie ma – starała się wyjaśnić. – Małczać – wrzasnął oficer, po czym kiwnął palcem na siedzącego obok niego cywila. Ten przysunąwszy się do niego, otworzył leżący przed nim notatnik, następnie czytając po rosyjku zawartą w nim treść, tłumaczył coś niezrozumiale. Oficer kiwał głową, spoglądając to na cywila, to na matkę, to w akta. Zapanowała cisza, po której enkawudzista jak w letargu zaczął „rzucać gromy” w kierunku czekających na wyrok kobiet. – Wasz muż – zaczął – to bandyta. On pamagal partyzanom. On ubieżal. Kakda soldaty pajechali wczera wieczieram na jewo rabotu, okazałoś, czto jewo tam usze niet. No my najdziom nie tolko waszewo muza, tolko wsjech banditow. Tak czto wy nie piereżywajtie. My ransze ili pozrze jewo wam dostawim. Paka zanimajtie miesta w pierwom klasie etowo priekrasnowo pojezda – wskazał wagon, wrzucając do stojącej obok stołu skrzynki ich dokumenty tożsamości.

Odebrały „prowiant” i wsiadły do wagonu, które przez wiele dni miał być dla nich namiastką domu, więzienia i… kostnicy. Dopiero po przekroczeniu tej granicy, która oddzielała świat zewnętrzny, od zamkniętej przestrzeni wagonu, Lidzia uświadomiła sobie dramat swojego położenia. W końcu mogła zaspokoić ciekawość i na własne oczy zobaczyć wnętrze tej „Jonaszowej Ryby”, odkryć tajemnice, jakie w sobie zawierała. To co zobaczyła, nie napawało optymizmem. Na bocznych ścianach wisiały pozbijane z desek, wiszące na łańcuchach, wzmocnione od podłogi aż po sufit, prycze. Na każdej z nich znajdowały się po trzy lub cztery miejsca do spania, i siedzenia zarazem. Prycze te usytuowane były na trzech wysokościach. Na górne poziomy można było wejść po zbitych z desek, prowizorycznych drabinach. Najniższy poziom znajdował się około sześćdziesięciu, może siedemdziesięciu centymetrów nad podłogą, a przestrzeń ta spełniała rolę przechowalni bagażu. Na pryczach leżały cienkie materace ze słomy pokrytej materiałem jak na worki.

W lewym rogu, w podłodze, zamontowano coś w rodzaju grubej rury, wychodzącej bezpośrednio na zewnątrz i zakończonej szeroką deską z wyciętym otworem. Rura ta służyła do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Otwór zakrywał dekiel, przypominający pokrywkę do kotła. Były dwie takie rury. Oddzielały je grube, brunatne kotary. Miejsce to, było zarówno ubikacją jak i łazienką. Po przeciwnej stronie wagonu stał pojemnik na wodę – wielka, wydłużona beczka, z wbudowanym w dolnej części kurkiem. Ale wodę można było też czerpać bezpośrednio z pojemnika, korzystając z kilku aluminiowych kubków, przytwierdzonych na długich łańcuszkach.

Pośrodku wagonu, ustawiono na metalowej płycie piec, zwany potocznie „kozą” – gruba, żeliwna rura na nogach, w której paliło się węglem lub drewnem. W dolnej części znajdował się pojemnik na popiół, powyżej palenisko, a na wierzchu płyta, którą odsuwało się, aby uzupełnić opał. Długa rura odprowadzała spaliny na zewnątrz. Tu można było przygotowywać ciepłe posiłki.

Jedynymi oknami na świat były cztery niewielkie otwory wycięte w górnej części bocznych ścian, zabezpieczone kratami z drutu kolczastego. Pomimo tak przerażającego widoku, Lidzię ogarnęła wielka radość. Cała jej rodzina, jako jedna z ostatnich dostała się do tego wagonu, w którym czekały na nich miejsca zarezerwowane przez rodzinę Bigockich. Wiedziała, że już nie jest sama, że mimo nieszczęścia jakiego w tym momencie doświadczają ich rodziny, wspólnie dadzą sobie radę.

Drogi czytelniku witryny ewamaria2013,
kolejny rozdział, dotyczący dramatycznych losów Lidzi oraz jej najbliższych, w ich pierwszej fazie wygnania – czyli podróż do syberyjskich łagrów, ukaże się latem przyszłego roku w książce pod tym samym tytułem, pod jakim ukazywały się tu fragmenty I rozdziału. O terminie promocji poinformuję.
Autor

Reblog: Pieszo wzdłuż granicy

Bogdan Twardochleb, redaktor naczelny comiesięcznego dodatku Przez granice do Kuriera Szczecińskiego, zawsze rozsyła pdfy z nowym wydaniem swojej gazety. To ciekawa publikacja, chętnie ją czytam, a ostatni numer zainteresował mnie bardziej niż inne, i to nie (tylko) dlatego że był tam mój artykuł, lecz z uwagi na tekst niemieckiej dziennikarki, Isabel Stettin, o jej pieszej wędrówce, a ja nadzwyczaj lubię opowieści o wędrówkach.

I bardzo lubię Odrę.

do odczytu pieszo 1200 kilometrów od Seelow do Szczecina

Isabel Stettin

W niedzielny wieczór słońce nurza się w pastelowym różu pomarszczonych wód Odry. Na brzegu szyld: ,,Witamy w Polsce”. Obok trzej młodzi mężczyźni podpierają terenowy samochód, drzwi są otwarte. Milcząc palą papierosy. Przed nimi kołysze się „Bez Granic. Ohne Grenzen“ – jedyny prom, który pokonując graniczną rzekę, kursuje między polskimi Gozdowicami a niemieckim Güstebieser Loose.

Rodzina kaczek spieszy się do Brandenburgii. – „Jeśli chciałaby pani na drugą stronę, musi pani czekać do pojutrza” – młodzi Polacy pokazują na rozkład rejsów. W poniedziałek niemiecko-polskie połączenie ma dzień odpoczynku.

***
Minęło prawie ćwierć wieku od podpisania przez ówczesnego kanclerza federalnego Helmuta Kohla i polskiego premiera Jana Bieleckiego układu o dobrym sąsiedztwie i przyjacielskiej współpracy. Z sąsiadem ze wschodu łączy mnie niewiele, a on przecież zawsze jest obecny. Za każdym razem, kiedy wymieniam moje nazwisko: Stettin. Brzmi jak nazwa polskiej granicznej metropolii, do której teraz chcę się zbliżyć.

To portowe miasto określane było wcześniej jako brama Berlina na Bałtyk. Kiedy Stettin stał się polskim Szczecinem, miasta odsunęły się od siebie. Dziś podróż pociągiem między nimi trwa o trzydzieści minut dłużej niż przed drugą wojną światową, przy czym Szczecin, oddalony o 120 km od Berlina, jest najbliżej niego położonym wielkim miastem. Mimo to moi znajomi wybierają na weekendowy wypad Lipsk i Hamburg: – ,,Szczecin? A gdzie to właściwie leży’?”

Chcę sobie wyrobić swój obraz sąsiedztwa w osobliwym kraju ,,pomiędzy”. Brandenburgia jest dla mnie przynajmniej tak samo obca jak zachód Polski. Trasa do przejścia, po lewej i po prawej stronie Odry, około dwustu kilometrów pieszo, W plecaku: namiot przewodnik z polskim słowniczkiem, mapa dla rowerzystów.

Nierzadko wędrowcy gubią się w regionie granicznym.

do odczytu pieszo 2
Zanim poprowadzi mnie rzeka, warto cofnąć się w przeszłość. Wędrówka zaczyna się siedemdziesiąt kilometrów na wschód od Berlina i dwadzieścia przed granicą. Na Wzgórzach Seelow odrzańska ofensywa Armii Czerwonej zostawiła spustoszony krajobraz. Jeszcze dziś odnajduje się i chroni zwłoki zabitych. W kwietniu 1945 roku, w ostatniej wielkiej bitwie drugiej wojny światowej, zginęło tu około 47 tysięcy żołnierzy rosyjskich, niemieckich i polskich.

Deszczownia zrasza wodą trawnik i bezimienne groby na radzieckim Cmentarzu Wojskowym. Z pomnika patrzy w dal czerwonoarmista z brązu.

Bundesstrasse 1 z Seelow w stronę Odry rozcina krajobraz jakby była pociągnięta od linii. Wysokie jak domy kombajny suną przez bezkresne pola zbóż. W jęczmieniu zniknął sarniak. Za co drugim płotem ujada napis: ,,Uwaga, zły pies”. Jednorodzinne domki, rozsypane przed Küstrin-Kietz, oddalone są od siebie na grzeczną odległość. W trzecim domku z lewej, naprzeciw cmentarza, mieszka Karl-Heinz Henschel. Ma 89 lat, srebrnosiwe włosy zaczesane do tyłu i bystre spojrzenie.

Jeszcze przed początkiem wojny Henschel przeniósł się z rodziną ze wschodniej na zachodnią stronę Odry, na gospodarstwo, na którym mieszka do dziś. Dom jego dzieciństwa stoi w Polsce. Gdy W 1946 roku wrócił z angielskiej niewoli, jego rodzinny Küstrin nazwano nagle Kostrzyn. Był odgrodzony od pozostawionego w Niemczech cypla Küstrin-Kietz po drugiej stronie rzeki.

– Polacy bardzo ucierpieli od nas, Niemców. Tego nie wolno nam zapomnieć.

Henschel zabiera mnie ze sobą przez stalowy most, obok kantoru wymiany walut i stacji benzynowej. Co kilka tygodni ten emerytowany nauczyciel odwiedza swój rodzinny dom w Polsce. Małżeństwu, które tam mieszka, zanosi pralinki i dobre wino. To jest jego sposób budowania mostów, Nie nauczył się języka polskiego ,,z wszystkimi tymi szepczącymi dźwiękami”. Dlatego w czasie odwiedzin milczy, boi się, żeby nie został źle zrozumiany: – Cóż wielkiego mógłbym im powiedzieć? Ze jako chłopiec mieszkałem w ich domu?

Henschel żegna mnie na parkingu przy wejściu do polskich Pompei, ukrytych za gęstymi krzewami. W 1945 roku, krótko przed końcem wojny, Küstrin ogłoszono twierdzą, aby zatrzymać pochód Armii Czerwonej na stołeczny Berlin. Podczas ciężkich walk został prawie kompletnie zniszczony. Pół wieku po zakończeniu wojny Polacy zaczęli porządkować stare bastiony, rozsypujące się miasto ruin pod zaroślami: fundamenty, resztki okien, schody.

***
Odra nieczęsto obiera prostą drogę. Raz po raz kryje się za trzcinami. Kot wycieńczony upałem łazi ze swoimi małymi wokół czołgu przed Muzeum I Armii Wojska Polskiego: „Zamknięte do odwołania”.

Minęło pięć dni, za mną 80 kilometrów. Osinów Dolny leży dokładnie przy moście granicznym i jest znany z największego na świecie zagęszczenia zakładów fryzjerskich. Skorzy do zakupów niemieccy emeryci suną do Oder Center Berlin – ,,największego dla Berlina targowiska polskiego”, mimo że stolica Niemiec oddalona jest stąd o ponad godzinę drogi samochodem. Niemal od upadku żelaznej kurtyny hala targowa w dawnej papierni żyje z niemieckiego upojenia okazją do tanich zakupów. Wszystko musi być billig – tanie.

Siedemset stoisk, w hali i przed nią, kipi tandetą i kiczem. Pachnie szaszłyk i tanie plastiki. Ogrodowe krasnale stoją stłoczone, pod sztangami papierosów błyszczą słoiki z małosolnymi: ,,Tabak? Schon gekauft. Nächstes Mal bitte hier!” Ze wszystkich głośników dudni niemiecki przebój. Niektórzy kupujący starają się o ,,dzień dobry”, ,,dziękuję”. Wreszcie mówią Hallo, danke. No i tschüss.

Następnego dnia seniorzy w jaskrawych, kolorowych trykotach przemykają ścieżką rowerową Oder-Neisse (Odra-Nysa), kajakarze pływają przez niewidoczną granicę. Po trzydziestu kilometrach dostrzegam następny most. Tablica Krajnik Dolny kieruje do pobliskiej Doliny Miłości.

***

W czasie długiej nieobecności męża baronowa Anna Sophie von Humbert urządziła dla niego ten zaczarowany park. Przez ponad 160 lat pozdrawiała swego małżonka, Carla Philippa, chorągwią rozpiętą między dwoma bukami: „Witaj w dolinie, którą stworzyła miłość”. Ścieżki wiją się przez zalesione wzgórza z rozległym widokiem na dolinę Odry. Kwitną róże.

Nowym panem w Parku Miłości jest Ryszard Matecki: ciemne oczy, przystrzyżona bródka, 50 lat. Zanim w latach dziewięćdziesiątych on i jego żona Małgorzata uciekli od miejskiego życia w Szczecinie i zamieszkali w domu z XVIII wieku, poznawał historię regionu.

Przeszłość powinna stać się przyszłością wsi. Przy pomocy szczecińskiej organizacji ochrony przyrody i środków unijnych ożywił ten prawie zapomniany park. Wiele par zakochało się tu wcześniej. Młodzi mężczyźni padali na kolana przed swoimi ukochanymi.

Po 1945 roku park zasnął jak śpiąca królewna. Dolina Miłości w Zatoni Dolnej, która wcześniej nazywała się Niedersaathen, leżała w pasie granicznym, a tym samym na terenie zamkniętym. Odosobnienie doprowadziło do nieufności – mówi Matecki. Światła na jednym brzegu, które byłyby widoczne na drugim, były surowo zabronione. Dopiero po 1989 roku rzeka znów połączyła ludzi.

– Musimy doprowadzić do tego, żeby Niemcy nie wracali do siebie zaraz po zatankowaniu benzyny – mówi Przemysław Konopka, koordynator spotkań w stowarzyszeniu Park Doliny Dolnej Odry w Schwedt. Pierwszy transgraniczny obszar chronionej przyrody ciągnie się stąd aż do bram Szczecina. Konopka ma tutaj zbliżać Polaków i Niemców.

Schwedt troszczy się o dobre sąsiedztwo, organizując dwujęzyczne przedstawienia teatralne w Uckermärkische Bühnen, wspólne imprezy muzyczne i sportowe. W szpitalu pracuje wielu polskich lekarzy.

Docieram do ostatniej niemieckiej wsi przed granicą, Tylko kilka kilometrów od Szczecina Marta Szuster pokazuje, jak może wyglądać przyszłość. Jest wizerunkową kobietą pogranicza, pierwszą Polką w radzie gminy. O jej wyborze informowano w całym regionie. Razem ze swoimi rodzicami prowadzi zakład opieki w Hamburgu, wędruje między Odrą a Łabą, między gminą Mescherin, a rodzinnym Szczecinem.

Polacy osiedlają się w wioseczce od lat. Rodziny kupują puste domy z ogrodami lub place pod budowę, znów rozbrzmiewa gwar dzieci. Około 35-letnia kobieta pokazuje domy, które są do sprzedaży, i domy, w których mieszkają polscy znajomi. Na niemieckiej prowincji żyje się taniej i spokojniej niż w Szczecinie. Jest to szansa dla starzejących się gmin, z których młodzi Niemcy wyjechali. Ma się rozumieć, że wspólne życie Niemców i Polaków w wielu przygranicznych wioskach możliwe jest także dlatego, że tacy ludzie jak Marta Szuster są tłumaczami i pośrednikami. Jej syn i córka wychowują się w dwóch językach, przedszkole jest mieszane, krąg przyjaciół też: – Nasze dzieci są pierwsze, dla których region graniczny jest małą ojczyzną, Heimatem. Nie wyjadą stąd, bo tuż za drzwiami domu mają Szczecin, gdzie będą mogły studiować.

***

Szczecin może być sercem regionu granicznego, lokomotywą, która pociągnie za sobą strukturalnie słabe wioski. Po dziesięciu dniach i około dwustu kilometrach stoi przede mną tablica: Szczecin. Łamie język: ,,Schtschetschin”. Miasto, które ze swoim prawie pół milionem mieszkańców wydaje się po dziesięciu dniach samotności olbrzymie. Po lewej i prawej stronie rzeki siedzą młodzi Polacy ze szklankami koktajli. Statek wycieczkowy „Odra Queen” kołysze niemieckich turystów w kierunku szczecińskiego portu.

Tu Odra nie jest już rzeką graniczną. Płynąc przez miasto, wnosi do niego życie.

Isabel STETTIN mieszka w Stuttgarcie, studiowała w Bambergu komunikację, filozofię i politykę, uczy się w Szkole Reportażu Zwierciadło Czasu Giintera Dahla w Reutlingen (Badenia-Wirtembergia), pracuje jako wolny dziennikarz dla prasy, telewizji i mediów internetowych.    

Bunt 3 Filme

Dr(.) Lidia Głuchowska

3 FILME aus der ,Bunt’-Ausstellung
im Kraszewski-Museum Dresden!!!

3 FILMY z wystawy Bunt
w Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Dreźnie!!!

Im ganz Dresden sind Plakate der Ausstellung der Expressionistengruppe Bunt (Revolte, 1918–1922) zu sehen. Sie findet noch bis zum 8. November im Kraszewski-Museum statt.

W całym Dreźnie zawisły plakaty wystawy ekspresjonistycznej grupy Bunt (1918–1922). Trwa ona jeszcze do 8 listopada w Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego.

1 BUNT Dresden Plakate 1aBUNTplakat

Die Pressekonferenz und die Vernissage (03./04.09.2015) waren gut besucht. Unter den Gästen befanden sich auch Vertreter des Dresdner Kulturamtes.
Auf dem Foto Richard Stratenschulte, Pressesprecher der Museen der Staat Dresden, vor den expressionistischen Linolschnitten von Stefan Szmaj.

Konferencję prasową i wernisaż odwiedziło wielu gości, wśród nich przedstawiciele drezdeńskiego urzędu ds. kultury.
Na zdjęciu Richard Stratenschulte, rzecznik prasowy Muzeów Miasta Drezna przed ekspresjonistycznymi linorytami Stefana Szmaja.

2 BUNT Dresden PressekonfAnwesend waren auch die Direktorin des Stadtmuseums Dresden, Frau Dr. Erika Eschebach und die Gegenwartskünstler Michał Tatarkiewicz und Radosław Włodarski, Mitwirkende an den Grafikpräsentationen Refleks / Reflex (2014/2015) und Ulotka / Flyer (2015), welche sich auf das Werk und Programm der Gruppe Bunt beziehen.

Im Hintergrund des Fotos ist die Vorführung ihres Films Reflex zu sehen, welcher die grafischen Werke aus dem in der Ausstellung präsentierten Kunstbuch desselben Titels sowie Kommentare dazu beinhaltet.
FILM Refleks / Refleks: Marek Glinkowski (Klang: Radosław Włodarski)

Obecni byli również pani dyrektor Muzeum Miasta Drezna, dr Erika Eschebach oraz artyści współcześni, Michał Tatarkiewicz i Radosław Włodarski, współtwórcy prezentacji graficznych Refleks (2014/2015) i Ulotka (2015), nawiązujących do twórczości i programu grupy Bunt.

W tle zdjęcia widoczny jest pokaz filmu Refleks, ukazującego prace graficzne zawarte w prezentowanej na wystawie książce artystycznej pod tym samym tytułem oraz stosownym komentarzem.
FILM Refleks: Marek Glinkowski (dźwięk: Radosław Włodarski)

3 BUNT Dresden ReflexAuf der Ausstellung ist auch ein anderer Film zu sehen: Bunt – Re-wizja / Bunt (Revolte) – Re-Vision, welcher von der Kuratorin sowie der jüngen Künstlerin Anna Kraśko realisiert wurde. Er dokumentiert die gesamte Ausstellungstour ,Bunt’ – Expressionismus – Grenzübergreifende Avantgarde. Werke aus der Berliner Sammlung von Prof. St. Karol Kubicki.

Auf dem Foto: Ausstellungskuratorin Dr. Lidia Głuchowska mit einem der Organisatoren, Bronisław Kowalewski, Direktor des Niederschlesischen Kunstfestivals (realisiert vom Kultur- und Kunstamt in Wrocław), auf der Vernissage im Kraszewski-Museum (04.10.2015).

Im Hintergrund: Szene aus dem Film Bunt – Re-wizja / Bunt – Re-Vision: Prof. St. Karol Kubicki mit seiner Frau Petra und der Ausstellungskuratorin nach der Übergabe expressionistischer Grafiken der Gruppe Bunt an das Nationalmuseum in Poznań. (Berlin, 16.03.2015).
FILM Bunt – Re-wizja / ,Bunt’ – Re-Vision
Konzeption und Realisierung: Lidia Głuchowska, Anna Kraśko
Technische Ausführung: Anna Kraśko

W ramach ekspozycji prezentowany jest też film Bunt – Re-wizja, zrealizowany przez kuratorkę wystawy oraz młodą artystkę, Annę Kraśko, dokumentujący tournée wystawy „Bunt” – Ekspresjonizm – Trangraniczna awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego.

Na zdjęciu kuratorka wystawy, dr Lidia Głuchowska z jednym z organizatorów, Bronisławem Kowalewskim, dyrektorem Dolnośląskiego Festiwalu Artystycznego (realizowanego przez Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu), na wernisażu w Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego (4.09.2015).

W tle scena z filmu Bunt – Re-wizja: prof. St. Karol Kubicki z żoną Petrą i kuratorką po przekazaniu ekspresjonistycznych grafik grupy Bunt do Muzeum Narodowego w Poznaniu (Berlin, 16.03.2015).
FILM Bunt – Re-wizja
Koncepcja i realizacja: Lidia Głuchowska, Anna Kraśko
Realizacja techniczna: Anna Kraśko

4 BUNT Dresden Vernis2Die Besucher des Kraszewski-Museums können dank des Films Bunt – Re-wizja / Bunt – Re-Vision die Vernissage der ersten Edition von der Ausstellung ,Bunt’ – Expressionismus – Grenzübergreifende Avantgarde im Nationalmuseum in Poznań (16.04.2015) und die kuratorische Führung während der dortigen Nacht der Museen (19.05.2015) miterleben.

Auf dem Foto: Direktorin des Stadtmuseums Dresden Dr. Erika Eschebach, Direktor des Leon-Wyczółkowski-Bezirksmuseums in Bydgoszcz Prof. Michał F. Woźniak und Leiterin des Kraszewski-Museums Joanna Magacz auf der Vernissage am 04.09.2015 im Kraszewski-Museum. Im Hintergrund: Szene aus dem Film Bunt – Re-Vision von der kuratorischen Führung in Poznań (19.05.2015).

Odwiedzając Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego dzięki prezentacji filmu Bunt – Re-wizja można obejrzeć również dokumentację wernisażu premiery wystawy „Bunt“ – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda w Muzeum Narodowym w Poznaniu (16.04.2015) oraz oprowadzania kuratorskiego w trakcie Nocy Muzeów (19.05.2015).

Na zdjęciu: dyrektor Muzeum Miasta Drezna, dr Erika Eschebach, dyrektor Muzeum Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy, prof. Michał F. Woźniak i kierowniczka Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Dreźnie, Joanna Magacz na wernisażu w Muzeum Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego, 4.09.2015.

W tle: Scena z filmu Bunt – Re-wizja z oprowadzaniem kuratorskim w Poznaniu (19.05.2015).

5 Bunt Dresden Dir2Unsere Blog-LeserInnen können schon jetzt einen dritten Film über diese Ausstellung sehen, betitelt Bunt Revolte. Diese Produktion von dresdeneins.tv verleiht Einblick in die wichtigsten Schwerpunkte und die Spezifik der Bunt-Ausstellung im Kraszewski-Museum in Dresden.

Auf dem Foto: Ausstellungskuratorin Dr. Lidia Głuchowska und das Team von dresdeneins.tv während der Filmaufnahme, Kraszewski-Museum, 03.09.2015.

Czytelniczki i Czytelnicy naszego blogu mogą już teraz obejrzeć trzeci film o tej wystawie, pt. Bunt Revolte. Jest to produkcja dresdeneins.tv ukazująca najważniejsze aspekty i specyfikę ekspozycji w Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego.

Na zdjęciu: kuratorka wystawy, dr Lidia Głuchowska oraz ekipa dresdeneins.tv podczas realizacji nagrania filmu, Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego, 3.09.2015.

6 BUNT Dresden TV