Zawód doznany od przyjaciół

Ewa Maria Slaska

Muszę się Wam poskarżyć na moich nieznośnych współblogowiczów. Nie piszą! No, po prostu nie piszą! Jeden – rozumiem, zdarza się, dwóch, no dobrze, dwóch jednocześnie nie ma weny, może też się zdarza, ale trzech, czterech… Potem jedna, i jeszcze jedna… Nawet mają tematy, ale jakoś im nie wychodzi. Na przykład pracują, tak jakbym ja nie pracowała. Mają wnuki, tak jakbym ja nie miała. Zimno, pada, jesień, tak jakby mnie nie padało, nie było zimno i jesiennie (choć to to ja akurat bardzo lubię). Piszą swoje – ja też! Mają gości, remonty i wyjazdy, a ja przecież też mam gości, i remonty, i wyjazdy…

No nie, nadojadło mi, albo się moi drodzy współblogowicze (a i Czytelnicy, którzy dotąd nie pisali – nieustannie zapraszam!) pozbieracie i zaczniecie coś przysyłać, albo na święta w prezencie pod choinkę skończymy tę zabawę… Miną dokładnie trzy lata – będzie prawie 1200 wpisów, co oznacza minimum 2400 godzin mojej włożonej w to pracy, sto, przepraszam, dób…

I to by było na tyle.

A na razie wyjaśnię tytuł, bo może nie wszyscy pamiętacie, a może nawet nikt nie pamięta. To William Saroyan, opowiadanie z tomu Chłopiec na lotnym trapezie i inne opowiadania, wydanego po polsku po raz pierwszy w Czytelniku, w serii Nike w roku 1961, ale naprawdę starszego niemal o 30 lat. Chłopiec… był debiutem Saroyana, wydano go w roku 1934. Saroyan urodził się w roku 1908, miał 26 lat, gdy nagle dzięki temu debiutowi stał się niezwykle popularny. Autor blurba umieszczonego na polskim wydaniu z roku 1968 napisał, że…

…świat, przedstawiany przez pisarza, jest pociągający, a bohaterowie są przeważnie ludźmi dobrymi, uczciwymi, o wspaniałych, wrażliwych sercach. Wiele opowiadań ma charakter autobiograficzny, przedstawia scenki z dzieciństwa autora, prezentuje groteskowe, komiczne postacie jego rodziców i znajomych, malowane z wielką miłością i sentymentem, a często i humorem.

Wikipedia uzupełnia tę konstatację informacją, że akcja opowiadań umiejscowiona została w latach Wielkiego Kryzysu, a bohaterami byli zwykli ludzie, biedni i głodni, którzy jednak nie tracili ducha i optymistycznego spojrzenia na świat.

Zawód doznany od przyjaciół sprawia, że autor decyduje się sam o sobie napisać pieśń pochwalną, bo przyjaciele, którzy mogli i powinni to byli zrobić, po prostu zawiedli…

Innym się lepiej trafiło. Tytułowy chłopiec na lotnym trapezie to linijka z piosenki amerykańskiej o słynnym w XIX wieku francuskim cyrkowcu – Jules Léotard:

He’d fly through the air with the greatest of ease,
That daring young man on the flying trapeze.

Léotard, z wykształcenia prawnik, był fenomenalnym akrobatą, wynalazcą akrobacji na trapezie, a występował w wymyślonym przez siebie jednoczęściowym kostiumie z dzianiny, który do dziś nazywa się leotard i jest praojcem wszystkich dzisiejszych kostiumów kąpielowych, również tych używanych na scenie. Podobno robił niezwykłe wrażenie na kobietach… No, ja myślę.

Ania Zając napisała na blogu o modzie Vumag.pl:

Leotard to jednoczęściowy, obcisły ubiór okrywający tors oraz często również ręce. Nogi pozostawia odkryte, choć zdarzają się też modele z krótkimi nogawkami. Wyglądem przypomina kostium kąpielowy lub body, które zresztą wzorowane były właśnie na nim.

Nazywany bywa też trykotem – od dzianiny o splocie kolumienkowym, wykonanej z wełny, bawełny lub jedwabiu, czyli trykotu – z której kiedyś był szyty. Strój ten noszony jest głównie przez gimnastyków, akrobatów i tancerzy, najczęściej w połączeniu z rajstopami lub legginsami. Leotard został wynaleziony przez Julesa Leotarda – żyjącego w drugiej połowie XIX wieku francuskiego akrobatę. I choć spopularyzował on ten strój, jego imieniem zaczęto nazywać go dopiero pod koniec XIX wieku, już po śmierci akrobaty. Na początku XX wieku leotard noszony był głównie podczas pokazów akrobatycznych oraz w cyrku. Dopiero w latach 50-tych zaczął być traktowany jako wygodny element stroju sportowego. Największa popularność trykotu przypada jednak na lata 80-te, kiedy to pojawiła się moda na aerobik, a Jane Fonda – ubrana oczywiście w leotard – wydała kasety video z ćwiczeniami dla kobiet. Strój ten stał się wtedy tak atrakcyjny, że na chwilę wszedł nawet do mody ulicznej.

Sam Léotard zmarł w wieku 32 lat, prawdopodobnie na ospę.

I po co ja Wam to wszystko piszę? Po nic. Tak sobie, żeby zapełnić puste miejsca po tych, którzy nie mogą nic napisać, bo nie mają weny, sceny, czasu i atłasu. Leotarda też nie mają…

Obrazki z Iranu (2) – Teheran

Adam Slaski

W Teheranie

3 października

A teraz seria obrazków zatytułowanych “Shayan robi abgusz”.

abgusz1abgusz2abgusz3abgusz4Idea jest zasadniczo następująca: gotujemy długo razem ciecierzycę, kurczaka i ziemniaki. Następnie odlewamy wodę do miseczek, dodajemy dużo chleba i powstaje zupa. Resztę rozgniatamy i powstaje drugie danie.

Jemy po persku, czyli rozkładamy na dywanie obrusik i siadamy przy nim po turecku.

Wieczorem poszliśmy na spotkanie couchsurferów. Było dość dziwnie. Najpierw każdy się przedstawiał niczym na spotkaniu anonimowych alkoholików. Potem chwila na swobodne rozmowy i wspólne śpiewy. Atmosfera dość hostelowa. Irańczycy są bardzo serdeczni, a w tej piwnicy poczuli się na tyle swobodnie, że niektóre dziewczyny pozdejmowały hidżaby.
Ale jak ktoś zaczął robić zdjęcia, część z nich założyła je z powrotem.

Teheran generalnie jest pochyły, na północ oznacza zawsze “pod górę”. Północne dzielnice są więc położone dużo wyżej, mają czystsze powietrze i bogatszych mieszkańców. Jeśli udać się odpowiednio daleko można dojść do końca miasta, dolnej stacji kolejki linowej itp. Trochę tak, jakby metro w Warszawie dojeżdżało do Kuźnic. Wieczorem pojechaliśmy do tych Kuźnic, czyli do Darbandu. W weekend był tam tłum, wszyscy chcieli pooddychać górskim powietrzem i zobaczyć panoramę Teheranu by night.

teheranocteheranoc3 teheranoc2Na tych zdjęciach widać wreszcie, jaki Teheran jest ogromniasty. A w praktyce objawia się to tak, że nikt nie zna ulic poza swoją najbliższą okolicą, ludzie ciągle pytają o drogę. W każdej dzielnicy operuje inna korporacja taksówkowa, więc jeśli nie jesteś u siebie, a chcesz zamówić taryfę, musisz dowiedzieć się lokalsów, na jaki numer dzwonić.

Na koniec jeszcze dwa zdjęcia z dziś. Nie ma na nich niczego specjalnego, bo chodziłem dziś po sklepach, kantorach i innych banalnych miejscach. Nie wiem nawet, co to za budynek, ale wydał mi się interesujący.

budynekinteresujacy

Przez 2-3 dni nic się tu nie pojawi, bo opuszczam Teheran i nie będę miał dostępu do Internetu.

Życzę wszystkim miłej niedzieli.

Berlin for everybody

It is well known, that we are living in the city which is dirty and ugly, but, alas!, everybody wants to live here. And everybody important lives here or at least comes to visit us. We can do nothing, everything will be done for us. Look, just now, next week, comes my favorite German journalist, Meike Winnemuth, in November Ai Weiwei  (yes yes THAT! Ai Weiwei) and in one month Miranda July… He comes for one year, they just for one day…

Meike Winnemuth

dressmeikeShe is a very funny girl. She spend one year in one blue dress and wrote a book about it. So funny!

In a year 2010 she took part on TV Programmm Who becomes a millionaire?, got really half a million euro, took the money and spend one year living every month in another big city all over the world. And of course she wrote a book about living one year in the world. So funny!

I wrote about it HERE.

Now she does nothing! And she wrote a boook about it. So funny!

You will meet her:

Wed, 21. Oktober 2015 – 20:00

Babylon
Rosa-Luxemburg-Str. 30

10178 Berlin

Tickets (ach!) 12 €

Just go!

Ai Weiwei

12141735_993862160635176_394371024703387085_nI am not very fond of him though I know to appreciate his doings and deeds. He is a hero, it is interesting to meet a hero. One does not have many occasions like that in one’s life.

Sun, 1st of November 17:00

Konzertsaal der UdK
Hardenbergstraße 33
10623 Berlin-Charlottenburg

There are no tickets any more, so do not try to go! But there will be a live video stream at www.livestream.udk-berlin.de – in German, English and Chinese.

Miranda July

She comes tu Huxleys New World to present her new book:
“Der erste fiese Typ”.

Moderation: Thomas Böhm
German voice: Tatiana Nekrasov
Presented by Verlag Kiepenheuer & Witsch and BUCHBOX! bookstores
The event will be in German and English

Miranda July Fr, 13.11.2015  at 20:00
Huxleys Neue Welt, Hasenheide 107, 10967 Berlin

Tickets, ach, 17,5 €

Buy the tickets and go!

Bitwa Narodów czyli szkoda, że Napoleon przegrał

Ewa Maria Slaska

Co by było gdyby

O Bitwie Narodów już pisałam, bo, o, ach, ten książę Józef… Okazało się, że jego śmierć to klasyczny przykład friendly fire, bo zastrzelili go Francuzi, którym osłaniał odwrót. O czym na Wikipedii jest już jest mowa, ale w narodzie trwa legenda bohatera, któremu Bóg powierzył honor Polaków.

No, a co by było, gdyby książę nie zginął, a Napoleon zwyciężył? Może nie pochowano by Lecha na Wawelu, bo to od momentu gdy w roku 1817 złożono tam zwłoki księcia, datuje się tradycja chowania bohaterów w wawelskiej krypcie. Dla księcia był to zresztą trzeci pochówek, bo najpierw pogrzebano go w Lipsku, potem w Warszawie, a dopiero potem w Krakowie. Nie byłoby kultu księcia-bohatera, ale nie byłby może potrzebny, a Napoleon jako władca Europy, bieżącymi zarządzeniami administracyjnymi zapisałby się w pamięci narodów nie jako Wielki Przegrany, lecz jako Wielki Reformator.

My Polacy zawsze myślimy, że to dla nas upadek Napoleona to była klęska i utrata złudzeń na następne sto lat. Ale może warto tu przypomnieć, że i Niemcy, i cała Europa mają powody, by boleć nad tym zwycięstwem. Bo nie było ono wprawdzie ostatnią przegraną napoleońską, ale była to przegrana najbardziej znacząca i symboliczna.

Nowocześnie myślący dalecy od nacjonalizmu Niemcy po dziś dzień opłakują przegraną Napoleona jako ten czynnik, który uformował państwo pruskie w kształt, w jakim w XX wieku znienawidziła je cała Europa. To przez upadek Napoleona Prusy stały się państwem, w którym nacjonalistyczna pycha i arogancja, bezduszny militaryzm, dryl i bezwzględne posłuszeństwo, zastąpiły szlachetność, honor żołnierski i patriotyczną gotowość do poświęceń.

Gdy w stulecie bitwy wzniesiono w Lipsku pomnik ku czci Bitwy Narodów, Prusy były już wcieleniem owego strasznego charakteru. A w rok później rozpętały wojnę, która swym okrucieństwem przekroczyła wszystko, co zdarzyło się przedtem, a zdarzyło się przecież niemało.

Stefan Hertmans w książce “Wojna i terpentyna” pisze, że zetknięcie z armią niemiecką podczas I wojny było dla żołnierzy belgijskich nie tylko przegraną militarną, lecz również szokiem kulturowym. Oni wciąż jeszcze zachowywali się zgodnie z kodeksem honorowym, który obowiązywał w wojnach przez całe stulecia, szanowali wroga, który się poddał lub  ratowali obcego, jeżeli był sam, oszczędzali ludność cywilną, chronili słabych, kobiety, dzieci, chorych, rannych. Armia pruska zaś wykorzystywała te właśnie zachowania, aby w podły sposób zaatakować przeciwnika przez zaskoczenie. Belgowie, a zapewne i żołnierze innych narodowości, byli przerażeni i wstrząśnięci, ale… Ale, żeby się bronić przyjmujesz cechy wroga. Jeżeli podłość sprzyja zwycięstwu, nie ochronisz etyki.  II wojna światowa w swym bezprzykładnym okrucieństwie pokazała, że już każdy reżim i każda armia na drodze do zwycięstwa będzie stosować podłość…

Szkoda, że książę zginął, szkoda, że Napoleon przegrał… Dlatego, gdy w sierpniu tego roku szłam obejrzeć Pomnik Bitwy Narodów, nie martwiłam się o Polskę, bo Polska mimo wszystko odzyskała niepodległość i zupełnie dobrze sobie radzi, ale martwiłam się tym, że to co się wtedy zaczęło, dawno przestało być problemem militarnym czy cywilizacyjnym, a stało się problemem ludzkim, naszym pytaniem o to, jak żyć, a co gorsza, jak wychowywać następne pokolenia. Bo jeżeli podłość wygrywa… Bo może to dlatego z taką nienawiścią patrzymy dziś na uciekinierów…

Szkoda, że Napoleon przegrał.

Na zdjęciach poniżej droga z Niemieckiej Biblioteki Narodowej przez dawne tereny targowe pod pomnik.

bitwanarodow (3)-poczatek2bitwanarodow (2)-poczatek
bitwanarodow (4)srodek1bitwanarodow (5)-srodek2bitwanarodow (6)-dotarlam
bitwanarodow (6)-dotarlam2
bitwanarodow (9)dotarlam-jestem
bitwanarodow (8)-ostatni

Berlin leuchtet

Tomasz Fetzki

Berlin świeci. Berlin zaskakuje. Mieni się kolorami. Drga iluminacją. Przez kilkanaście październikowych wieczorów najważniejsze stołeczne gmachy odsłaniają zupełnie nowe, świetliste, chciałoby się rzec, oblicze. Właśnie trwa Festiwal Świateł! W tym roku odbył się już jedenasty raz. Viator skłamałby i zaparł się samego siebie, gdyby stwierdził, że nie lubi piwa. Ale prawdziwy Oktoberfest to właśnie Festiwal Świateł. Złocistym napojem można się delektować gdzie indziej i kiedy indziej. Zaś TAKĄ berlińską katedrę można zobaczyć tylko w Berlinie i tylko w październiku. Viator i Viatorka wraz z Ewą Marią oglądali ją w ostatnią sobotę. A tym, co zobaczyli, chcą się podzielić.

Braki profesjonalizmu fotografii wyrównuje z nawiązką siła autentyzmu… Nieprawdaż?

Kot pracuje

Ewa Maria Slaska

Koty i praca

Po długiej przerwie znowu o kotach, a to dlatego, że kot poszedł do pracy i w domu pusto. Mailem docierają do mnie informacje o tym, jak się kotu pracuje.

kotpracuje kotpracuje1Myślę, że każdy z nas chciałby czasem dostać taką pracę – siedzieć i ładnie wyglądać.  Ale to wszystko pozory. Bo naprawdę praca kota wygląda zupełnie inaczej.

otokotopraca

A tak, to już nie każdy z nas potrafi pracować. Ja nie potrafię. Ogólnie jestem bardzo pracowita, dużo umiem, dużo mogę wymyślić, jest wiele zadań, których rozwiązania się nauczę, ale są takie dziedziny życia, w których nie jestem w stanie wykonać żadnej pracy, bo paraliżują mnie jak wąż ptaszka.

Na pewno są to wszystkie prace związane z kablami (no przecież mówię, że “wąż ptaszka”). Ostatnio koleżanka zadzwoniła z biura i powiedziała, że mam przynieść taki to a taki kabel, bo w biurze nie ma, a ja przecież mam wszystko. Ściągnęłam z pawlacza pudło z  elektronicznym badziewiem, wyjęłam kłąb kabli i wrzuciłam do torby. Nie mogłam jednak pojechać od razu do biura, bo logistyka wymagała, aby najpierw podlać kwiatki u koleżanki (kilometr na piechotę), potem załatwić sprawę w Urzędzie Skarbowym (4 stacje metra, jedna przesiadka), potem kupić przyjaciołom bilety w operze (10 stacji metra tam i 9 z powrotem), a dopiero potem dotrzeć do biura. Weszłam, walnęłam torbą o podłogę, koleżanka się schyliła i z gracją wyjęła z kłębowiska potrzebny kabel. Resztę wrzuciłyśmy na dno szafy. Odmówiłam dalszej peregrynacji po mieście z dwoma kilogramami czegoś tak paskudnego.

Innym rodzajem pracy, który natychmiast powoduje u mnie wyłączenie wszystkich obwodów w mózgu, jest opowiedzenie mi o operacjach finansowych, które powinnam wykonać, żeby się wzbogacić. Najdalej po dwóch zdaniach przestaję rozumieć, po trzech nie słucham, po czterech nie słyszę. Bardzo nad tym ubolewam, bo podobno człowiek tak inteligentny i pracowity jak ja, jakby się skoncentrował na robieniu pieniędzy, to by opływał w nie wiedzieć jakie dostatki, ale jak nie da rady, to nie da rady. Nie przeskoczę sama siebie. Choć przyznaję, że dostatki byłyby w życiu całkiem przyjemnym urozmaiceniem.

Długo się nad tym zastanawiałam, co budzi we mnie aż taki sprzeciw. Bo nie boję się cyfr i matematyki, ba, potrafię nawet całkiem sprawnie zrobić roczne rozliczenie dla Urzędu Skarbowego (patrz wyżej), a jednak nie znoszę rozmów o chytrych transakcjach finansowych. Obawiam się więc, że – czy to z natury swej czy z wychowania – jestem osobą przeraźliwie uczciwą, nie znoszę machlojek i to właśnie cwaność tych proponowanych mi transakcji budzi mój wewnętrzny opór.

Ale może to wcale nie jakaś kryształowa uczciwość mną powoduje, lecz zwykła nuda, bo…

Bo trzecim rodzajem pracy, którego nie trawię, jest kontakt z pustosłowiem i retoryką. A nie wykluczone, że operacje finansowe to w moim pojęciu tylko retoryka.

Zaczęło się niestety w dzieciństwie. Chodziłam z moją cioteczną babką Karusią do kościoła, siadałyśmy w ławce i wszystko było dobrze, póki trzeba było, jak to w kościele, wstawać, siadać, klękać, odpowiadać po łacinie, śpiewać, wszystko to bardzo lubiłam, a śpiewałam wręcz przecudownie, ale gdy ksiądz zaczynał kazanie, zapadałam w bezmyślne zacukanie. To właśnie tam nauczyłam się, że wystarczy nie rozumieć i nie słuchać, a przestaje się słyszeć i można się oddać myślom o czymś innym, ciekawszym, ładniejszym… To tam, w ławkach kościoła Przenajświętszego Serca Jezusowego we Wrzeszczu. To zresztą ten sam kościół, o którym pisze Grass w Blaszanym bębenku – pamiętacie, jak Oskar wchodzi na kolana rzeźby Madonny? To tam.

Nie słuchałam kazań, ani na górze ani na dole, co sprawiło, że nie byłam w stanie słuchać szefów i nie wytrzymywałam zebrań. Och, jakąż ja bym zrobiła karierę, w pracy, w nauce, w polityce – a wierzcie mi – wszystkiego próbowałam. Karierę bym zrobiła, powtarzam, gdyby nie te cholerne zebrania.

A może wszystko przez te okna… Moja Babka, gdy popadła w melancholię siedziała na kanapie i patrzyła przez okno. To było przed wojną. W wielkim mieszkaniu Pradziadków było takie okno, a pod nim kanapa. Ciocia nawet zaznaczyła je na planie.

oknoanieliPrzedwojenne mieszkanie Pradziadków w Warszawie na ulicy Zgoda 9, dziewięć pokoi, 250 metrów kwadratowych – zaznaczona kanapa pod oknem w salonie. Ciocia napisała “Ciotka Aniela siedziała i czytała romanse” – Mama, córka Anieli, by się z nią nie zgodziła. Bo oczywiście była to ta sama kanapa, ale podpis Mamy byłby taki: “Mama siedziała i patrzyła w okno”.

Ja patrzyłam na witraże, zawsze te same, po lewej stronie – przedstawiały polskich świętych, świętego Jacka Odrowąża, świętą Salomeę i świętego, który na oknie kruszył kajdany, może zresztą nie kruszył tylko cierpiał w kajdanach. Nie pamiętam, co on był za jeden. Łukasz? Mateusz? Może Andrzej Świerad? I nagle olśnienie, oczywiście, Rafał Kalinowski, święty powstaniec. Patrzę na nich i myślę nie wiadomo o czym, przygotowuję się do pracy na całe życie.

A Schyzia tak pracuje. Patrzy przez okno.

kotpracuje2
Bo podobno obecność kota w mieszkaniu płoszy myszy. Zobaczymy.

Zdjęcia Schyzi: Johanna R. i Tanja K.

Konkurs Chopinowski

Ewa Maria Slaska

Rozmyślania przy kawie

Jakiś czas temu zaczął się Konkurs Chopinowski. XVII. Od tego więc jakiegoś czasu rozmyślam o Chopinie. Myśli nie wiążą się ze sobą, tak się przecież rozmyśla. W każdym razie ja tak rozmyślam. Obawiam się, że dostanę po głowie za te rozmyślania, ale cóż amicus Platon sed magna amica Veritas. Nawet jeśli to prawda tylko moja i malutka, nie większa od prawdziwka.

Chopin jako zasłonka.
Rok chopinowski kilka lat temu. Na rozwalającym się w samym sercu Berlina na Unter den Linden budynku dawnej ambasady RP zakrywający nędzę i ruinę ogromny banner z Chopinem.
Nota bene, Ambasady nadal nie zbudowano. Ale poza turystami nikt już chyba nie zauważa tej ruiny. Zresztą często na niej coś wisi. Jak nie Chopin to reklama muzeum figur woskowych.

Chopin jako cwel.
W tymżeż samym Roku Chopinowskim Ambasada RP w Niemczech (mieści się jednak w inym budynku, nie w tym rozwalającym się) wydaje po niemiecku komiks o Chopinie. Ma on zostać rozdany w szkołach, musi więc być taki, żeby współczesne dzieci chciały go czytać. Zatrudnia się najlepszych komiksiarzy. Produkt spełnia oczekiwania, na pewno będzie się podobał młodzieży. Chopin nazwany jest cwelem i gejem, ale ponieważ nie było jeszcze hejtu antycudzoziemskiego, nikt mu nie przyczepia łatki przybłędy. Ktoś się jednak w ostatniej chwili orientuje, że coś tu jest nie tak. Polonia, która dowiedziała się z przecieków, co jest nie grane, protestuje. W ostatniej chwili zapada decyzja, żeby nie rozdawać tego Dzieła w szkołach, a nakład komiksu spalić. Powoduje to następną falę oburzenia wśród Polonii. Tylko reżimy palą książki… Komiks musi iść do muzeum!
No, nie dogodzisz!

Chopin jako element życia rodzinnego.
Jest poprzedni konkurs chopinowski. Do Berlina przyjeżdża moja siostra. Spędzamy czas tak jak lubimy, w tym samym rytmie pracujemy, gotujemy, jemy. Tak już byłyśmy razem w Grecji i w Szwecji, tak byłyśmy w północnych Niemczech i nad kaszubskimi jeziorami. Teraz tak sobie spędzamy czas w Berlinie. Pieczemy bułeczki, chodzimy na spacery, pracujemy, każda przy swoim komputerze. Obok stolika mojej siostry konstrukcja ze stołka i książek, a na niej radio. Od rana do wieczora Chopin. Albo ktoś go gra, albo ktoś opowiada o tym, jak go gra… Chopin, praca, muślinowe firanki w kuchni, złoty październik w Berlinie, pięknie…

Chopin jako kość niezgody.
Dawno temu, bardzo dawno. Idziemy większą grupą międzynarodową na jakąś imprezę. Nie wszyscy się znamy, musimy więc przy pomocy 20 pytań rozpoznać wrogów i przyjaciół. Jakiś Rosjanin pyta mnie, czy kocham Chopina? Czy kocham, nie czy lubię? Nie, odpowiadam zgodnie z prawdą. Kiedyś lubiłam, ale od czasu, gdy Jaruzelski, stan wojenny, Chopin, no wiesz, all that jazz, już nie lubię. Opowiadam, ale widzę, że nie dociera. Opowiadam dokładniej, jednak nic mi już nie pomoże. Rosjanin bluzga na mnie stekiem nienawistnej krytyki, bo Chopina trzeba kochać.
No tak, trzeba kochać…

Chopin u Prousta.
Czytam Prousta regularnie. Dawniej czytałam go niemal co roku, może nie wszystkie siedem tomów, ale pięć na pewno, teraz czytam go trochę rzadziej, ale nadal często. Częściej niż ktokolwiek, kogo znam. I zawsze odkrywam coś nowego, przy lekturze kilka lat temu – Chopina. Bo we Francji toczy się spór pokoleniowy między zwolennikami Chopina i Wagnera. Chopin to staroć niemożebna, Wagner jest in. Chopin jest, fuj, romantyczny. Brrr… Wynajmuje się pałacyki w Bayreuth, żeby zaprosić gości na festiwal i wspólnie słuchać wagnerowskich walkirii. Stara księżna Cambremer nie lubi synowej, bo ta jest zaciekłą wagnerzystką. Proust sam był wielbicielem Wagnera, a o Chopinie zapisał: “Chopin, mer de soupirs, de larmes, de sanglots / Qu’un vol de papillons sans se poser traverse / Jouant sur la tristesse ou dansant sur les flots.” – Chopin, morze westchnień, łzy, szloch, motyl lekki a bezkrytyczny, czasem smutny, czasem tańczący ponad falami.
A co, jeśli się nie lubi ani Chopina ani Wagnera? A co jeśli się lubi Janis Joplin? Choć ona też już dawno wylądowała na tej samej hałdzie historii, na którą przedtem spadli Chopin i Wagner. 

Najlepiej, żeby było cicho, jak się pije kawę.

 

 

 

 

 

Co jest męskie, co żeńskie czyli o Swietłanie raz jeszcze

hand_geschnizter_holzpapagei_1_lgwEwa Maria Slaska

Wojna, śmierć, piłka, papuga

Wiele lat temu znalazłam na ulicy papugę z drewna. Zaniosłam ją mojemu osobistemu narzeczonemu, temu, który w owym czasie pełnił tę funkcję w moim życiu, zgodnie z niemiecką definicją, określającą taką osobę jako Lebensabschnittsgefährte – towarzysz odcinka życia. Był to człek poważny i melancholijny a może nawet ponury, pomyślałam więc, że na pewno się ucieszy, jak dostanie taką świetną papugę, która mu wniesie w życie element żeński i kolorowy. I lekki, bo to musiało być egzotyczne drewno, bardzo lekkie, może nawet owa tajemnicza balsa, o której każdy z nas czytał w opowieści o Kon-Tiki i nawet nie do końca wierzył, że to prawda.

“Narzeczony” spojrzał na mój dar i powiedział, “O, Papagei! fajny facet”. Jak to?, zapytałam, przecież papuga to koleżanka. I tak to zaczęłam zbierać słowa, które po niemiecku są rodzaju męskiego, a po polsku są żeńskie. Pamiętam, że zdumiało mnie, że to wszystko, co jest zajęciem dla mężczyzn – der Krieg, der Kampf, der Tod, der Ball i der Fußball – po niemiecku jest zgodnie ze swym przeznaczeniem męskie, a po polsku czy szerzej – po słowiańsku – żeńskie: wojna, walka, śmierć, piłka i piłka nożna, zastępcza forma wojny na czas, gdy wojna toczy się gdzie indziej. Mało, że u nas słowa te są żeńskie, istnieją jeszcze ich żeńskie formy zdrobniałe, oswajające – wojenka, śmiercicha, piłeczka.  Po niemiecku formy zdrobniałe byłyby nijakie: Kriegchen,  Tödchen… ale i tak ich nie ma. Nikomu w Niemczech nie przyszłoby do głowy, żeby ukobiecać i oswajać wojnę, głód i śmierć. To straszni wojownicy z Apokalipsy, męscy rycerze zagłady, tacy jak u Dürera.

Dlatego też tytuł a i przesłanie najważniejszej książki tegorocznej laureatki nagrody Nobla w dziedzinie literatury, Swietłany Alaksandrauny Aleksijewicz, nie w pełni zostanie zrozumiane na Zachodzie i w Niemczech. Bo dla Niemców wojna nie ma w sobie nic kobiecego. W całym DACHu  (a przy okazji wiecie co to jest DACH? Kraje niemieckojęzyczne – Deutschland, Austria, (C)Helwecja) – wszyscy się zgodzą z autorką, nie wiedząc, że w krajach słowiańskich tytuł ten jest rewelacją. Reportaż Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, napisała Swietłana w 1985 roku. Są to wywiady z kobietami, które walczyły podczas II wojny światowej. “Dostałyśmy plecaki i uszyłyśmy z nich sobie spódnice”, mówią jej bohaterki. Książkę po polsku wydało w roku 2010 wydawnictwo Czarne, a wznowiło ją w roku 2015. Z rosyjskiego przełożył Jerzy Czech.

Jak pisze Wikipedia, autorka miała duże problemy z publikacją tego reportażu, który dwa lata czekał na druk. Ukazał się w ZSRR w 1985 roku i sprzedała się w dwóch milionach egzemplarzy. Była to jednak okrojona wersja, pełna ukazała się dopiero w 20 lat później, w roku 2004. W roku 2011 książka otrzymała Literacką Nagrodę Europy Środkowej Angelus oraz Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Na podstawie utworu stworzono cykl filmów dokumentalnych, a w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie zrealizowano także adaptację teatralną w reżyserii Krzysztofa Popiołka.

– Wojna nie ma ludzkiej twarzy – mówi Swietłana Aleksijewiczw wywiadzie dla Gazety Wyborczej po przyznaniu jej Nagrody imienia Kapuścińskiego. – Ale ja patrzę na wojnę oczami kobiet. Daję im prawo głosu, aby opowiedziały o swojej kobiecej wojnie, a nie o męskiej. Kobieta pamięta co innego, inaczej pamięta. Pamięta kolor, zapach, ma dużo uczuć, których nie mają mężczyźni.

Obrazki z Iranu (1) – pierwszy dzień

Informacje od Adama Slaskiego o jego pobycie w Iranie (właśnie tam jest) docierają do mnie za pomocą appu Telegram. Nigdy bym nie pomyślała, że będę z takich appów w ogóle korzystać, ale mam właśnie nową komórkę i stwierdziłam ze zdumieniem, że nawet budzik w telefonie jest appem. Powiadam Wam, człowiek nie wie, że mówi prozą.

Publikowałam tu już tu relacje polskiej Perskiej żony z Iranu, od dziś przez kilka (a może kilkanaście) następnych niedziel pisze o Iranie nieżonaty Polak.

Adam Slaski

Przyjazd

29 września

Pierwsza zabawna rzecz: w Iranie jak wiadomo jest cenzura internetu, zablokowano więc gazeta.pl i wp.pl, ale nie politykę. Mają widać lepsze układy z ajatollahami.

W samolocie to wyglądało tak: połowa kobiet miała zasłonięte włosy, a połowa odkryte. W momencie lądowania pach-pach wszystkie wyciągnęły chusty. I na lotnisku nie było kompletnie żadnej kontroli, mogłem mieć plecak pełen wódki 🙂

Wrrrr wikipedia nie działa.

Pierwszy dzień chodzenia po Teheranie przyniósł następujące refleksje. Ruch uliczny jest między palermo a hanoi – dużo trąbią, motory jeżdżą po chodnikach, żeby przejść przez jezdnię trzeba trochę odwagi, ale summa sumarum nie miałem z tym wiele problemów, pogubiłem się za to, jeśli można tak powiedzieć, bo właściwie chodziłem bez mapy i celu.

Mapa z przewodnika jest nic nie warta, a ta, którą dostałem w recepcji jeszcze gorsza, na żadnej nie ma np stacji metra, a metro jest całkiem spoko, 5 linii, osobne wagony dla kobiet.

Spotkałem wczoraj na lotnisku dwie pary z Polski i dziś jedną w muzeum. Myślałem, że to będą bardzo fajni ludzie, otwarci, ciekawi świata, tymczasem conajmniej połowa z nich to typowe polaki-cebulaki.
Nie wiem, jak tu trafili

paniikolko
Kółko od rydwanu i pani dla porównania. Pod spodem piesek i cudeńko z lapis lazuli. I pytanie: czy niebieskie naczynie też jest z lapis lazuli?

piesek1-2niebieskienaczynieA teraz plac imama Chomeiniego.

placchomeiniI na ulicy warszawskiej.

varschostreetA słyszeliście o różowych drzewach, które rosną w Iranie?

pinkdrzewo30 września

Dziś rano wymeldowałem się z hotelu i przeniosłem do mojego hosta z couch surfing. Trafiłem naprawdę znakomicie. Shayan jest anglistą, miłośnikiem angielskiej literatury. Jest bardzo oczytany i ciekawie się z nim rozmawia. Zaprzecza też wszelkim stereotypom o Iranie

Po południu spotkałem się z Irańską malarką, która zabrała mnie do muzeum sztuki współczesnej. Wystawa stała jest bardzo dobra, choć jest tylko jeden obraz irańskiego malarza, reszta to zachodnia klasyka: Kandinsky, Jackson Pollock, Mark Rothko etc.

Rozmawialiśmy też o literaturze. Choć przygotowywałem się intensywnie do wyprawy, nie wypadłem najlepiej w oczach Sepidar. Stwierdziła, że “Ajatollah śmie wątpić” się nie liczy, bo było napisane po angielsku, a „Persepolis” po francusku.

Zatem nie czytałem żadnej irańskiej książki, wstyd!

Z drugiej strony okazuje się, że Szachinszach nie jest zupełnie znany w Iranie (Shayan słyszał, ale on czytał wszystko). Byliśmy też na ulicy bukinistów. Wygląda to tak (nie zrobiłem zdjęcia), że wszystkie lokale są zajęte przez księgarnie, księgarnia przy księgarni, a na ulicy z łóżek polowych i kocyków sprzedają “prywaciarze”.

Sepidar wyjaśniła mi, że to te książki na kocykach, to pozycje zakazane w Iranie, wydano je na kserokopiarce z powodu cenzury.

Słowo “zakazane” stosuje się w kontekście Iranu często, ale chyba znaczy tu coś innego niż sądzimy 🙂

Na koniec chciałbym podkreślić, że dziś w Iranie środa środunia, bo jutro zaczyna się weekend. Piątek to dzień święty, a czwartek jest odpowiednikiem soboty. Nie jest jednak wolny obligatoryjnie. niektore instytucje się zamykają, inne pracują tylko dopołudnia, a jeszcze inne cały dzień.

Spotkałem dziś na śniadaniu w hotelu Polaków. Byli bardzo mili, interesujący ludzie. dużo podróżowali, opowiedzieli mi o wyprawie na wyspę świętej Heleny, bardzo skomplikowanej wyprawie, gdyż obejmowała podróż samolotem RAF-u, statkiem pocztowym i kilka dni oczekiwania w bazie marynarki brytyjskiej itp.

Wspólnie zaczęliśmy się też zastanawiać, gdzie odbyła się Konferencja Teherańska, pani bardzo chciała zobaczyć to miejsce. Niestety, prawdopodobnie się jej nie uda. układy odbywały się w rosyjskiej ambasadzie.

Jeszcze jedno. Próbowałem zapunktować w sprawie książek „Irańską Historią Miłosną”. Co prawda to Asia ją czytała, nie ja, ale dokładnie mi opowiedziała. Z tą książką jest jednak inny problem: To kompletna bzdura, napisana dla ludzi z zachodu, żonglująca stereotypami.

Generalnie na ulicach jest wiele par, trzymają się za ręce itp. Ccałowanie w publicznych miejscach chyba rzeczywiście nie uchodzi, nie widziałem ani razu, ale opowieści, jakoby nie dało się porozmawiać z dziewczyną przed ślubem trzeba włożyć między bajki.

Jeszcze jedna ciekawostka. Jest (chyba 35) rocznica wybuchu wojny z Irakiem. w parku jest wystawa poświęcona martyrologii, zdjęcia irańskich bohaterów wojennych itp. Są żołnierze, jest mułła, poważna atmosfera. Jest tez paintball, a czemu nie, przecież to się też kojarzy z wojną!

Jechałem dziś irańską współdzieloną taksówką (taką jak w Taxi Teheran).

Czwartek, 1 października

W Teheranie pada deszcz, rzadkie zjawisko, zamówili specjalnie dla mnie.

Widziałem dziś na ulicy dziewczynę bez hidżabu, było ciemno, pewnie myślała, że nikt nie zauważy. Z tym hidżabem to jest tu w ogóle śmiesznie, ten temat zasługuje na więcej uwagi, wrzucę zdjęcia i napiszę innym razem, bo teraz spadam na imprezę Irańczyków.

Miały przyjść dziewczyny, ale ostatecznie okazało się, że będzie gejówka, sami koledzy mojego hosta, bo ten chłopak, z którym paliłem sziszę to nie mój host, tylko inny gość z CS.

Piątek, 2 października

mostMost łączy dwa parki rozdzielone uprzednio autostradą. zdjęcia nie oddają tego w pełni, ale to fajna architektura i modne miejsce. Obok jest skatepark i inne atrakcje. Wybrałem się tam z Kamyarem, którego poznałem (jakżeby inaczej) przez couchsurfing. Potem poszliśmy na fajkę wodną. Kamyar miał w planach odwiedzić jakiś ładny lokal, ale ten okazał się być zamknięty, toteż wylądowaliśmy w spelunce dla lokalnych palaczy. Fajne miejsce, kobiet się nie wpuszcza, siedzą chłopaki i palą szisze, można zamówić herbatę albo oranżadę.

sziszaZ moim hostem Shayanem poszliśmy za to odwiedzić jeden z teherańskich pałaców. Okazał się rozczarowujący, za to zrobiliśmy sobie ładne zdjęcie w sali lustrzanej.

salalustrzana
Kilka słów o Shayanie. Pochodzi z mniejszości tureckiej (azerskiej) w Iranie, farsi jest dla niego drugim językiem. Jego mama zanim przeszła na emeryturę stała na czele czegoś w rodzaju samorządowego kolegium odwoławczego.

Shayan skończył rok temu anglistykę na uniwersytecie teherańskim, mówi świetnie po angielsku i jest znawcą anglosaskiej literatury. Obronił pracę o Cormacku McCarthym, można z nim porozmawiać o nowej książce Rotha itp. Jest bardzo oczytany, dużo bardziej ode mnie.

Myśli o doktoracie, ale nie ma ochoty wracać na uniwersytet w Teheranie, gdyż profesorowie tworzą kółko wzajemnej adoracji, a poziom badań nie jest najlepszy. Rozważa wyjazd za granicę, ale życie na zachodzie jest bardzo kosztowne dla Irańczyka, więc jeśli nie dostanie jakiegoś dobrego stypendium, w grę wchodzi głównie Turcja.

Wczoraj poszliśmy do imprezę do kolegów Shayana. Impreza to duże słowo, było nas tylko pięciu. Początkowo planowano coś większego, ale okazało się, że dziewczyna gospodarza nie może przyjść, więc odwołał też inne koleżanki, a potem okazało się, że ja będę, więc odwołał kumpli, którzy nie mówią po angielsku. Ta piątka mówiła po angielsku bardzo dobrze, swobodnie żartowaliśmy przez cały wieczór. To byli wszyscy bardzo inteligentni goście, na bieżąco z kulturą, filmami, muzyką, serialami, książkami i wszystkimi tymi rzeczami, które są w Iranie zakazane. A jednak udało mi się pozostać gwiazdą wieczoru, gdyż im trudno jest podróżować i bardzo rzadko wyjeżdżają. Opowiadałem więc o podróżach do Meksyku, Wietnamu, Armenii itd., które to opowieści nie robią na nikim wrażenia w Polsce, a w Iranie można nimi zaimponować kompanom.

Można też zaimponować znawstwem alkoholi. Oni piją głównie bimber albo przemycaną wódkę, nikt oczywiście nie bawi się w szmuglowanie piwa, które stało się w Iranie zupełnie nieznane. Także wino należy do rzadkości, bo wychodzi bardzo drogo. Co innego marihuana, którą łatwo hodować w domu, a policja nie przywiązuje do niej wagi, choć oficjalnie jest oczywiście surowo zakazana. Trawa stała się więc popularna i każdy popala.

A może nie każdy? Towarzystwo, w które tu wszedłem, jest dość specyficzne. Studenci obcych filologii z zasady są zainteresowani zagraniczną kulturą i trybem życia. W każdym społeczeństwie stanowią nieco odrębną grupę. To samo dotyczy artystów, więc również Sepidar nie można uznać za typową Irankę. I nic nie wskazuje na to, żebym miał spotkać jakichś “typowych Irańczyków”, bo przeciętni ludzie nie mówią po angielsku. Z angielskim w szkole jest podobnie jak w Polsce, a chyba nawet gorzej. Dużo gramatyki, mało mówienia, 10 lat takiej nauki i człowiek nie umie się dogadać w najprostszych sprawach. Jeśli ktoś mówi, to znaczy, że wychował się ambitnej rodzinie, która posłała go na dość kosztowne lekcje. Teraz Shayan sam korzysta z tej sytuacji i dobrze zarabia, udzielając lekcji angielskiego

A co to znaczy dobrze zarabiać w Iranie? Pensje są podobne do Polskich, porównywalne. Płaca minimalna to około 300$ (w Polsce chyba bliżej 400), 2000$ uważane jest już za bardzo dobrą stawkę (tyle zarabia kolega Shayana, który jest programistą). Podatek jest niski, toteż Shayan nie bardzo rozumiał, czemu dopytywałem, czy to jest kwota brutto czy netto.

Bardzo drogie są za to mieszkania (brzmi znajomo?). Shayan nie mógłby wynająć mieszkania z własnej pensji, ciągle pomagają mu rodzice. Dla większości młodych ludzi oznacza to, że nie są w stanie wyprowadzić sie z domu przez wiele lat. To jest zdaniem moich rozmówców największy problem Iranu, wcale nie hidżab ani polityka rządu.

Die kleine große Welt (19)

Monika Wrzosek-Müller

Monte Argentario

Sie war wieder im Paradies gelandet – zwischen den Grabmälern (tombe) der Etrusker, römischen Ruinen oder eher Ruinen einiger römischen Städte auf den Hügeln und in den küstennahen Ebenen. Daneben gab es Lagunen; die östliche Levante, in der das Meerwasser überwog, und die Westliche Ponente mit dem Süßwasser, wo sich mehrere Fischbecken und eine Fischfarm fanden und das Wasser leider die Gerüche der sich in engen Becken tummelnden Fische weitergab und die Lust, diese dann abends zu essen, etwas verdarben. Doch von oben, von dem Hügel einer antiken römischen Stadt, sah alles aus wie ein Traum, das Wasser in drei, eigentlich vier Farben, das offene Meer und die beiden Lagunen; die eine dunkel, morastig, verdunstend und die andere grün, grünlich, aber bewegt und das Meer blau, mit Schaumkronen auf den Wellen. Bei näherer Betrachtung waren selbst die beiden Meere verschieden, unterschiedlich das Wasser; das eine klar und durchsichtig, das andere mit Sand aufgemischt, gelblicher; alles durchbrochen mit langen Linien vom Grün der Pinienwälder, das sie an das Grün der indischen Teeplantagen erinnerte, und Schilf und Macchia, und der lange gelbe Streifen des Sands der Strände. Dahinter ragte der große Monte Argentario, von dem der Blick über die vielen Meere und die kleinen Inseln frei gleiten konnte. Es war ein Paradies für Menschen und Tiere, sorgsam vor den nachlässigen und, wenn es um die eigene Mühseligkeit und Bequemlichkeit ging, überaus toleranten Italienern geschützt und bewacht, ein Naturreservat, ohne die üblichen kleinen Umwege und größeren Wege, auf denen man doch mit einem Auto oder Motorino durchschlüpfen konnte; nur Fahrräder waren zugelassen; die konnte man sich ausleihen und die sechs Kilometer lange Pineta entlang radeln. Selbst die Zahl der streuenden Hunde und Katzen war begrenzt, genauso die Zahl der immer wieder an den Stränden wandernden Schwarzen, die verschiedensten Waren anboten. Doch sie waren vorhanden und machten aus dem Paradies ein purgatorio, ein Fegefeuer, wo die Versuchung groß war, immer mehr, immer neue Sachen zu kaufen, zu haben, und die Menschen in den Bars und in den Restaurants konnten es nicht lassen und kauften und redeten sich ein, sie würden den Bedürftigen damit helfen und ihr Gewissen etwas damit beruhigen und die andere Welt vergessen, die aber immer wieder an ihre Türen klopfte.

Sie war diesmal fest entschlossen, die Reste der alten Kulturen zu sehen; die geheimnisvollen Etrusker mit den stolzen Römern, die beiden antiken Kulturen, die sich hier immer wieder mischten und ergänzten. Von den Etruskern hatte man hauptsächlich die Nekropolen in Hülle und Fülle, die Sarkophage schmückten jedes größere Museum oder gar Rathaus, Rathausplatz oder andere wichtige Plätze; die Nekropolen lagen ausgebreitet auf weiten Flächen, darüber gingen dann irgendwann doch die Römer mit ihren breiten, mit Basalt gepflasterten Straßen, schufen weite Konstruktionen ihrer Städte, mit herrlichen Villen, mit Thermen und Küchen, mit Aquädukten, die das Wasser aus entferntesten Gegenden brachten, mit Tempeln und Foren, wo sich die Bürger versammelten. Man konnte die Übergänge oder besser das Zusammenleben der Kulturen sehen, beobachten, wer was von wem genommen, übernommen hatte, vervollständigt und nützlicher gestaltet. Es waren überschaubare Flächen, man konnte sie an einem Tag ablaufen, und sich dann im Stillen immer wieder wundern, wieviel Aufmerksamkeit diese alte Kultur der Etrusker ihren Toten widmete; die imposanten Skulpturen auf den Deckeln der Sarkophagen mit den auf einer Seite, in einer völlig unbequemen Pose liegenden Gestalten bewundern: die eine Hand vor dem Körper ihn abstützend, die andere auf der Hüfte, auf der Seite liegend. Es waren sowohl Männer als auch Frauen, reich gekleidet, in wallenden Gewändern, beide Geschlechter gleich zahlreich repräsentiert; eine der wenigen antiken Kulturen, in denen die Frauen die gleichen Rechte wie die Männer zu haben schienen, was selbst bei der Ausschmückung der Gräber zum Ausdruck kam.

Sie hatte den Eindruck, sie luden ein in ihr Reich, ihre Welt der Toten ein, verströmten steinerne und ewige Ruhe. Es gab so viele von den Skulpturen, dass man sich fragte, wie wohlhabend diese Gesellschaft gewesen sein musste, um sich solche Art von Gräbern leisten zu können. Wie gut oder schlecht ging es dann den Lebenden? Es gab auch bescheidenere Varianten der Gräber, die wie große steinerne Pilze aussahen. Sie standen zusammen auf größeren Flächen, runde wunderbar bearbeitete Steine, die auch etwas Tröstendes und Solides ausstrahlten. Diese ferne Welt der Toten, versteinert und in sich ruhend, verschaffte ihr ein wohliges Gefühl von Ruhe und Kühle, brachte Ablenkung und Abstand von der realen, sehr chaotischen Welt, die zu ihr aus den Bildern und Texten der Zeitungen vordrang und sie erschütterte.

In der globalen realen Welt gerieten die Massen der Flüchtlinge in Bewegung, sie waren nicht mehr zu stoppen, nicht mehr zu lenken; die Menschen kämpften um ihr Überleben, sie wollten ihr erbärmliches Schicksal nicht mehr ohne Gegenwehr ertragen; sie flüchteten vor der Unmenschlichkeit, dem Krieg, den Diktaturen. Das Erstaunliche dabei war nur: Warum passierte das in diesem Moment, als ob alle auf einmal bemerkt hätten, wie schlecht es ihnen ging und wie wenig sie dagegen in ihren jeweiligen Ländern tun konnten. Die Bilder der Menschen eher der Menschenmassen, die die provisorischen Zäune in Serbien und die solideren in Ungarn passierten, auf Bahnhöfen in die Züge drängten, erfüllten sie mit Angst. Sie konnte kaum glauben, dass sie alle jetzt, hier Hilfe benötigten; vielleicht wollten sie ihre Welt verändern oder an dieser heilen Welt wenigstens teilhaben.

Sie versuchte in den antiken Welten Ruhe und Antworten auf die vielen sich drängenden Fragen zu finden, wie lebten damals die Menschen zusammen; was verbindet die Menschen, was teilt, wie schafft man Harmonie, Wohlgefühl im Leben? Es gab natürlich keine Antworten; die steinerne Welt ruhte in verstaubten Räumen und auf den weiten Feldern der Steine und die neue schien erst den Anlauf zu nehmen, und es war nicht klar, wohin sie steuerte.