Andrzej Rejman
music and pictures by Andrzej Rejman solidarity with France… spontaneously I played this music…
Andrzej Rejman
music and pictures by Andrzej Rejman solidarity with France… spontaneously I played this music…

Jacek Krenz
Chopinowskie à propos
Czy zdarzają Wam się rzeczy niezwykłe?
Oto co wydarzyło się ostatnio, kiedy wczesnym rankiem zszedłem do pracowni. Szukając natchnienia, spojrzałem w górę. Na suficie pojawiła się rysa. Rysa? Nie było jej tam wcześniej! Zaniepokojony szybko ustaliłem konfigurację naszego domu w pionie. Stwierdziłem, że rysa pojawiła się w miejscu, gdzie niedawno postawiliśmy pianino. Poszedłem za tym tropem. Przy pianinie, na stole leżała książka zatytułowana “Piano rysuje sufit”. Nigdy wcześniej jej nie widziałem ani na naszym stole, ani w ogóle. Nowość wydawnicza, nowość w naszym domu. Skąd? Dlaczego? Obejrzałem się niepewnie za siebie…
Piano, piano!
Teraz już wiem, że znaczenie tytułu dotykało kwestii technicznych operowania ludzkim głosem, kunsztu śpiewaczego i zasad śpiewania na scenie czy estradzie “szeptem”. Śpiewania, które byłoby na tyle donośne, by głos śpiewaka zdołał wyrysować linię melodyczną na suficie teatru.
Jak widać, nasze pianino znalazło łatwiejszy sposób, żeby zaznaczyć swoją obecność w architekturze. I przyznać trzeba, uczyniło to bardzo metaforycznie, w porozumieniu z pewną książką.
Magia, magia… Czyż nie jest to kolejny dowód na to, że nasze życie jest większe i bardziej nieodgadnione niż nam się wydaje?
Bo przecież nie jest to jedyny przypadek, zbieg okoliczności czy też inny równie tajemniczy fakt, który trudno byłoby nam wytłumaczyć w inny sposób, prawda?
Adam Slaski
Zachód słońca
Przyjechałem do Jazdu i pozwolę sobie na krotochwilę: to znów ten sam stary dobry Iran. Ludzie są mili, pomocni, pozdrawiają mnie na ulicy, ale niczego ode mnie nie chcą. Hotel zabukowałem przez agencję, więc widziałem tylko, że ma to być w miarę porządny, chyba trzygwiazdkowy. Okazał się zupełnie wyjątkowy! Jest to hotel tradycyjny, czyli pokoje są w piwnicy, nie ma w nich okien. Jest za to przestronne lobby, w którym stoi samowar, jest sadzawka i takie krzesła-łóżka, na których można się rozwalić i sączyć herbatę.

Hotelem jestem zachwycony, miasto zwiedzałem na razie po ciemku (podoba mi się), ale na zdjęcia i więcej szczegółów musicie poczekać do jutra. Albo i dłużej, bo jutro jadę na wycieczkę na pustynię. Jazd to pustynne miasto, więc chcę tę pustynię trochę zobaczyć.
Widziałem już nieco przez okno w autokarze, ale tylko trochę, bo dziś w podróży oglądałem filmy: “definitely, maybe”, “love and death”, “czas pijanych koni” i “20000 days on earth”. Strasznie smutne te pijane konie, a Iran, który widzę, nie ma z Iranem z filmu nic wspólnego
Jeszcze śmiesznostka na temat papug w hotelu: one potrafią naśladować głosy (i odgłosy), szczególnie przekonująco mówią “salam” (cześć) i naśladują dzwonki telefonów i dźwięk przychodzącego smsa.
I ciekawostka na temat zachodu słońca. O zachodzie słońca rozlega się głos muezina nawołujący wiernych do modlitwy. Śpiew jest piękny, człowiek czuje się uduchowiony, gdy go słyszy, za chwilę dołącza kolejny muezin, ale oni nie koordynuję tego w żaden sposób, drugi muezin śpiewa swoje w zupełnie innej tonacji i tempie, za chwilę dołącza jeszcze 10 innych, niektórzy używają skrzeczących głośników, robi się straszna kakofonia, nastrój trafia szlag.
Wybrałem się oglądać zachód słońca do kawiarni, która posiada na dachu taras z pięknym widokiem. O zachodzie słońca zupełnie zmieniła się widoczność i na horyzoncie ukazały się góry, których w ciągu dnia nie było widać. Patrzyliśmy zachwyceni. Poza mną były tam dwie dziewczyny, które rozmawiały między sobą po francusku. Zapytałem je, co sądzą o hidżabie i jedna z nich opowiedziała mi historię swojego życia:
Pochodzę z rodziny emigrantów politycznych z Iranu, moi rodzice nie byli w ojczyźnie od czasu rewolucji islamskiej, czyli od 35 lat. Urodziłam sie i wychowałam w Paryżu, ale mówię równie dobrze w farsi jak po francusku. Do Iranu pierwszy raz przyjechałam 2 lata temu, aby poznać moją liczną rodzinę i zobaczyć kraj przodków. Okazało się jednak, że krótki pobyt to zbyt mało, by odpowiedzieć sobie na podstawowe pytania: czy jestem Iranką czy Francuzką, co to znaczy być Iranką, gdzie chcę mieszkać w przyszłości itd. Osiem miesięcy temu przeprowadziłam się więc do Iranu na jeden rok, mieszkam ze swoją rodziną w Szirazie.
Hidżab to drobnostka, właściwie w ogóle mi nie przeszkadza. Już raczej zakaz odsłaniania nóg – w lecie nie wychodziłam z domu do zachodu słońca, bo nie dało się wytrzymać upału. Ale prawdziwym problemem są ludzie. Patrzą, przyglądają się, oceniają. Nie ma chwili spokoju, bo ciągle ktoś mnie zaczepia, pozdrawia, czegoś chce, np. podwieźć (ale wiadomo, że to tylko pretekst i chodzi o coś innego). Patrzą, czy się właściwie ubieram, a zazwyczaj ubieram się niewłaściwie, więc patrzą krzywo. Nie spotkałam nigdy policji, która robiła by mi na coś zwracała uwagę, ale spojrzenia przechodniów czuję na sobie ciągle. A załatwienie każdej sprawy jest bardzo trudne dla kogoś wychowanego w Europie. Na przykład w banku: nie ma żadnych reguł, wszystko trzeba sobie wywalczyć, wytargować. Taksówkarz zawsze spróbuje mnie naciągnąć. Chciałam pracować, ale okazało się, że w Szirazie (1,3 mln mieszkańców) nie potrzeba nauczycieli francuskiego, zaproponowano mi pracę w Isfahanie lub Teheranie, ale mi zależy właśnie na tym, żeby mieszkać w Szirazie. Więc obijam się, chodzę na jogę i zwiedzam kraj. I nie mam już żadnych wątpliwości: nie zostanę tu na stałe. Chętnie jeszcze kiedyś wpadnę na tydzień lub dwa, ale moje miejsce jest we Francji!
Były czasy, że Lidia Głuchowska miała czas i donosiła na przykład o wystawianiu kanap na trawniki, o ciastkach z Krzykiem Muncha lub o zupie z opieniek, ale ostatnio to już nic, tylko ta sztuka. Dziś grafika, ten gatunek sztuki, który wywołuje u mnie poczucie niespełnionej tęsknoty. Moja mama, Irena Kuran-Bogucka, była graficzką, wyrastałam więc w świecie pełnym takich słów jak “drzeworyt” i “linoryt”, rzadziej “zupa” i “drugie danie”, a nigdy “konfitura” czy “sernik”. Jako dziecko mogłam być z takiej sytuacji niezadowolona, jako dorosła kobieta, kiedy sama zrobię i zupę, i konfiturę, tęsknię za grafiką, za akwatintą, akwafortą, sztychem, suchą igłą...

Lidia Głuchowska
Graficzna Retrospektywa w Zielonej Górze
Jeszcze do końca roku w Zielonej Górze zobaczyć można zorganizowaną w ramach programu towarzyszącego Międzynarodowemu Triennale Grafiki w Krakowie wystawę Retrospektywa Zakładu Grafiki Instytutu Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego. Prezentuje ona dokonania 17 grafików dawniej i dziś związanych z tym ośrodkiem.
Plakat zapowiadający pokaz filmu dokumentacyjno-artystycznego Bunt – Re-wizja i widok na wnętrze ekspozycji Retrospektywa. Na pierwszym planie prace Andrzeja Bobrowskiego i Katarzyny Dziuby.
Ekspozycji towarzyszy pokaz filmu dokumentacyjno-arystycznego Bunt – Re-wizja Lidii Głuchowskiej i Anny Kraśko na temat międzynarodowego tournée wystawy donacyjnej Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego w Poznaniu, Bydgoszczy, Dreźnie i Wrocławiu, także włączonego do Triennale Grafiki.
Galeria Biblioteki Uniwersyteckiej, Zielona Góra, wernisaż w dniu 23.10.2015
Wśród wystawionych prac, w aranżacji korespondującej z pejzażem i architekturą za oknem Galerii Biblioteki Uniwersyteckiej, znalazła się m.in. praca Studium PO. XIV (1980–1983, autooffset), którą pozostawił po sobie Wielki Nieobecny – nestor zielonogórskiego (choć nie tylko) środowiska grafików – Jan Berdyszak, artysta, który z równą maestrią wypowiadał się o rysunku, malarstwie, grafice, fotografii, rzeźbie i szeroko rozumianej instalacji czy scenografii.
Z jego holistycznym pojmowaniem grafiki korespondują twórczość i refleksja teoretyczna Andrzeja Bobrowskiego, który, zwłaszcza w ostatnich swych pracach, koncentruje się nie tylko na aplikowaniu na płaszczyznę symbolicznych form, lecz i w równym stopniu na zacieraniu, zakrywaniu ich, zdzieraniu warstw farby i papieru, redukcji materialnej warstwy dzieła, obnażaniu śladów uczuć. Proces ten ma, jak można sądzić, charakter puryfikacyjny, katarktyczny.
Jan Berdyszak, Studium PO. XIV, 1980-1983 (autooffset)
Andrzeja Bobrowskiego absorbuje tło postrzegane jako horror vacui. Odwracając relacje obwiązujące w sformalizowanym systemie dystrybucji grafiki, czyni on rozróżnienie między chronioną jak sacrum matrycą a odbitką, którą można w eksperymentalny sposób opracowywać, kształtując w sposób równie strukturalny jak wyjściową płytę, aż do okaleczenia powierzchi, przebicia się przez nią na zewnątrz, do rzeczywistości – poza płaszczyznę estetycznego artefaktu.
Także inni artyści omawianego kręgu w swych pracach koncentrują się na odkrywaniu konwencjonalności znaczeń. Pismo i graficzny zapis słów są przedmiotem studiów Radosława Czarkowskiego i Mirosława Gugały, którzy analizując i eksponując formę graficznego zapisu określonych pojęć, jednocześnie wskazują na nieoczekiwane sensy – ukryte za tym, co w komunikacie najbardziej oczywiste. Semantycznie istotna jest przy tym skala objektów. Dla Radosława Czarkowskiego jego aktualne prace, układające się w cykl, odnoszący się do do takich pojęć jak Jesus, Wiedzieć – Widzieć, Gastarbeiter, Learn, Love – Hope – Pain, są logiczną konsekwencją wcześniejszych realizacji w różnych mediach – rysunku czy malarstwie. Przyznaje jednak, że kreują one odmienną sytuację odbiorczą. Aktualnie tworzone murale wykluczają bowiem subtelność kameralnego przekazu, jak można uzyskać przy zastosowaniu tradycyjnych technik graficznych. Także Mirosław Gugała na wielu poziomach, nie tylko w liternictwie, lecz i w układach gwiazd, dostrzega graficzne konstelacje, skłaniające do interpretacji własnej roli w kosmosie i otaczającym systemie komunikacyjnym.
Na pierwszym planie druki cyfrowe Pawła Andrzejewskiego i Radosława Czarkowskiego, na drugim – akwaforty Maryny Mazur i linoryt Witolda Michorzewskiego

Abstro – Typo – Filia – I, 2012 (litografia, serigrafia, perforacja)
Retrospektywa Zakładu Grafiki ukazuje obok siebie prace bardzo różnorodne. Są tu zarówno pełne humoru i celnej obserwacji prace w technikach eksperymentalnych Wojciecha Müllera, jak i twórczość plakatowa Witolda Michorzewskiego – nowoczesna i staroświecka zarazem, bo z jednej strony awangardowo kwestionująca kanon estetyczny, a z drugiej wprzęgnięta w służbę (pozytywistycznej) reformy rzeczywistości.
Trudno też szukać analogii między onirycznymi i emanującymi aurą groteski dziełami Tadeusza Jackowskiego a antropocentrycznym, tworzonym na zasadzie fragmentaryzacji wizerunkiem dłoni autorstwa Izabelli Gustowskiej, już poprzez sugestywnie czerwone tło ewokującym ciepło i sensualizm.

Prace graficzne Izabelli Gustowskiej i Wojciecha Müllera
Barwa jest siłą i głównym środkiem wyrazu realizowanego przez Katarzynę Dziubę od 2012 roku cyklu Processing, w którym konstytutywną rolę odgrywa jednak i światło, istotne już w jej wcześniejszych pracach, wykonanych w technikach litografii i algrafii. W tych wielkoformatowych drukach pigmentowych uporczywie powtarza się motyw przenikających się pulsarów, ich nieregularnego rytmu i kontynuacyjności – niedawno jeszcze utrzymanych w optymistycznych i harmonijnych, neonowych barwach, teraz atakujących dramatycznym kontrastem czerwieni, czerni i bieli. Jak Katarzyna Dziuba porzuciła swe dawniej preferowane techniki dla druku cyfrowego, tak i Grzegorz Nowicki „zdradził” dla niego i dla offsetu bardziej kameralną serigrafię. Nowicki zderza monochromatyczne rejestracje pejzażu i „górskie krajobrazy” przypadkowych struktur pomiętego papieru z geometrycznymi formami, znakami z innego całkiem supra-porządku.
Wklęsłodruk Tadeusza Jackowskiego i druk cyfrowy Grzegorza Nowickiego
Znakowość świadomie destylowana z fotograficznych obrazów jest też cechą prac dwóch grafików odwołujących się do ikonosfery socrealizmu – Stefana Ficnera i Pawła Andrzejewskiego. Obaj traktują ją z nieukrywaną nostalgią, ukazując ją jednak z odmienną intencją. W litograficznym cyklu Hołobutów (2015) Ficner podejmuje grę z kodem wizualnym stosowanym przez polityczną propagandę. Andrzejewski, sięgając po tę samą technikę i po druk cyfrowy, od lat tworzy hommage dla ikony PRLu – poczciwej syrenki, wydobywając z powierzchni papieru niemal haptyczny urok rdzy socrealizmu, w nowszych pracach kreując jednak uniwersalne symbole niemal na miarę pittura metafisica.

Stefan Ficner, Hołobutów V, 2015 (litografia, cynkografia)
(część tej pracy była jedną z ulotek, eksponowaną na prezentacji towarzyszącej wystawie „Bunt” – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda w Poznaniu, Bydgoszczy, Dreźnie i Wrocławiu)
Podobna nostalgia, zaklęta w wyblakłych fotografiach, emanuje także z cyklu Garda Maryny Mazur (akwatinta 2015). Niepokojąca narracja i migotliwie poetycka aura tych druków uwodzą tak bardzo, że trudno uwierzyć, iż ich powstanie poprzedzał mozół pokonywania ograniczeń tworzywa.

Dwa wklęsłodruki Maryny Mazur z serii Garda, 2014 (akwatinta)
Do żmudnego manualnego procesu w swych rysunkach tuszem sięga także Piotr Czech. Zaangażowanie emocjonalne w kreowanie „osobnego świata” – uniwersum tajemniczych szufladek i labiryntu drobiazgowości, skoncentrowanego na niewielkiej powierzchni, to mniej znana strona jego dokonań, gdyż w swej codziennej praktyce twórczej czy dydaktycznej docenia i wykorzystuje raczej walory miksowania tradycyjnych technik z cyfrowymi, co służy profesjonalizacji grafiki projektowej, którą się zajmuje.
Rysunki tuszem Piotra Czecha z lat 2010-2014
Wizytówka stylu Tadeusza Piskorskiego to syntetyczne komunikaty wizualne zawarte w nagradzanych wielokrotnie w kraju i za granicą plakatach, takich jak prezentowany na wystawie zabawny Oktoberfest. Z kolei próbą kunsztu Jacka Papli są publikacje oficyny Wydawniczej Uniwersytetu Zielonogórskiego, wśród których klarowna i wyrazista okładka książki Jazz w kulturze polskiej poświadcza także współpracę muzyków i plastyków Wydziału Artystycznego.


Projekt okładki – Jacek Papla i plakat Tadeusza Piskorskiego
O sile prac jednego z najbardziej wiernych swej technice i tematowi twórców – Piotra Szurka – stanowi misterna precyzja. Ograniczenie formalne i stałość inspiracji są dla niego wyzwaniem i drogą ku perfekcji. Tym, co zadziwia u twórcy od lat uporczywie studiującego własną fizjonomię, jest nagłe antyklasyczne rozdwojenie wizerunku i dysonans – płaski pas czerni ze śladami kropel (krwi? łez?) rozdzielający lustrzane odbicia niezliczone już razy uwiecznianej twarzy – tej samej, lecz nie takiej samej.
Aż się prosi, żeby zobaczyć w tej pracy metaforę środowiska artystycznego, które reprezentuje – widziane przed dekadą i dziś.
Piotr Szurek, Autoportret, 2015 (akwatinta, sucha igła)
Graficzna retrospektywa roku 2015 w Zielonej Górze nie jest zamknięciem, lecz raczej znakiem (auto) refleksji jej twórców in statu nascendi. Trwały symbol ich dorobku to z pewnością Artoteka Biblioteki Sztuki, od 2001 roku, tworzona przede wszystkim przez doktor Janinę Wallis. Interesującym dokumentem są też katalogi wystaw zbiorowych Zakładu Grafiki, istotny znak dokonań artysty-edytora, Jacka Papli.

***
Wystawa Retrospektywa Zakładu Grafiki Instytutu Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego w ramach programu towarzyszącego Międzynarodowemu Triennale Grafiki w Krakowie. Galeria Biblioteki Uniwersytetu Zielonogórskiego
23.10.-31.12.2015
Kuratorzy: Janina Wallis, Andrzej Bobrowski
Współpraca kuratorska: Lidia Głuchowska, Małgorzata Skrzypczak
Katalog: Lidia Głuchowska, Janina Wallis; noty biograficzne: Małgorzata Skrzypczak
Zdjęcia pierwsze i ostatnie: Zaproszenie na wystawę Retrospektywa Zakładu Grafiki Instytutu Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego, projekt: Jacek Papla, motyw tytułowy: Nina Stefaniak
Dziś piątek trzynastego. Osobiście jestem zdania, że to szczęśliwy dzień, zwłaszcza dla kobiet, bo był to kiedyś dzień poświęcony bogini miłości (Freitag, Vendredi, Venerdi, Friday czyli Wenus i jej germańska odpowiedniczka: Freya). Z kolei liczba 13 stała się pechowa przez Judasza – trzynastego uczestnika Ostatniej Wieczerzy, ale kiedyś wcale nie była taka. Istniało na przykład 13 znaków Zodiaku i znak trzynasty – Wężownik – był na pewno serdeczniejszy niż w opałach potrafi być Skorpion. Wężownik zresztą koło Skorpiona się był lokował, a jak znaków było 13 a nie 12 to ich przebiegi były(by) krótsze czyli wcale nie wiedziały(by)śmy w jakim się znaku rodziłyśmy. I ja bym na ten przykład wcale nie była zodiakalną Panną tylko Lwem, i co wtedy?
U nas na dziś piękny tekst Julity.
Julita Bielak
Na dwudziestu łanach chełmińskich
Trójmiasto, rozciągnięte wzdłuż linii brzegowej na ponad 414 kilometrach kwadratowych, potrafi zaskakiwać: zaoferować miejsce zatrudnienia na jednym krańcu, a sypialnię – na drugim. Zawsze miałam daleko do pracy, jeździłam między Gdańskiem a Gdynią. Paradoksalnie, zamieszkiwałam, bywało, tam, gdzie właśnie pożegnałam przedsiębiorcę. I dopiero wtedy poznawałam miasto, okolice, historię. Przemierzałam ulice, przyglądałam się domom, wrastałam.
Nie inaczej dzieje się i teraz; przeprowadziłam się, jak sądziłam, na Morenę, gdzie przez lata, jeżdżąc Jaśkową Doliną pod górę, zdobywałam środki do życia. Wpadałam i wypadałam, żyłam w zupełnie innym świecie. Firma już nie istnieje, a ja, okazuje się, zapuszczam korzenie w Piecki-Migowo, Diabełkowo, a może Brętowo. Bo Morena to jedynie potocznie przyjęta nazwa.
Przeglądam publikacje, niewiele tego, choć dzieje Migowa burzliwe. Najstarsze wiadomości o tej wówczas podgdańskiej wsi pochodzą z roku 1379, kiedy to gdański komtur nadał ją niejakiemu Klausowi Kluckowi. Wielkość gruntów w ramach nadania określono na 20 łanów chełmińskich. W krzyżackim dokumencie wieś nazwano „Emugow”, Migowo oznacza fonetyczną kalkę dawnej nazwy „Muggau”, oznaczającej tyle, co „Komarowo”. Aha.
Migowski dwór przetrwał tysiąclecia, aż popadł w ruinę, a prywatni właściciele nie robili nic, by go ratować. Zawalił się pewnego dnia, a rumowisko uprzątnięto i dziś oglądać go możemy tylko na starych fotografiach. Pozostał po nim niszczejący park z coraz mniejszą ilością drzew. Usychają zacierając ostatni ślad po dawnym Migowie. Piecki mają się lepiej, ulicę zdobi starannie odrestaurowany Dwór Uphagenów pochodzący z drugiej połowy XVII wieku.
Zanim z archiwalnych źródeł poznam dokładnie, gdzie się osiedliłam, spaceruję, chłonę atmosferę, mijam duże ogrodnictwo. Szukam, jak i pan ogrodnik ze zbiorem starych powozów (są i dyby, a nawet armata), śladów przeszłości. Bo teraźniejszość dopada mnie sama: nowe linie tramwajowe, samoloty nad głową, kolej metropolitalna. Z tym większą przyjemnością zatrzymuję przy opuszczonym domostwie na drodze do Matemblewa. Domy, w których już nikt nie mieszka wywołują zawsze tę samą refleksję: „Przecież niedawno ona wieszała wykrochmalone firanki w oknach, on układał pod daszkiem drewno na opał. Spoglądali na siebie z miłością, z nadzieją na dobre, bezpieczne jutro. Gdzie teraz są?”
Zapada zmrok, ostrzę kijki, idę dalej, docieram do cmentarza na Srebrzysku. Muzyka w słuchawkach zagłusza strofy wiersza.
***
Czytał Hemingwaya, po wielu latach
wracała do niego tamta mgła,
obrazy kobiet, których nie rozumiał.
Miał wtedy piętnaście lat
Jego czas, ten nieosiodłany rumak
zatoczył koło. Leżał w tym samym
pokoju co wtedy i pożółkła książka,
którą kiedyś kupiła matka
Matka umarła wiele lat temu.
Myślał, że nigdy nie zapomni jej ciała
złożonego na podłodze
Nie chciał tu mieszkać, bo w tym pokoju
umarł też ojciec, w kącie stał
wtedy tapczan. Miał tak samo
napęczniały brzuch jak matka
I został. Jakoś tak się stało i przyglądał
się książkom pożółkłym i czytał je,
i czuł się blisko nich, był dojrzały
On który zawsze chciał stąd odejść,
urodzony w pokoju obok, w kamienicy
dziadka Franciszka, który tonął w alkoholu
On, późny chłopak i już starszy od ojca
o jeden dzień
*
2008
Janusz Urbaniak
Forum Kobylińskie 2/2010
Am Sonntag, den 15. November wird in der Berliner Hufeisensiedlung, erbaut 1926 vom avantgardistischen Architekten, Bruno Taut, eine Werkschau der Berliner Künstlerin, Margarete Kubicka eröffnet. Wenn sie auch häufig als Expressionistin bezeichnet wird, da sie der polnischen Gruppe Bunt (Revolte) angehörte, trägt ihr frühes grafisches Werk eher kubo-futuristische Züge. Ihre Stärke, neben dem Linolschnitt, waren die leuchtenden Aquarellen, die sie gerne in die Serien gesammelt hat und die of eine Art Geschichte erzählen.
Einige ihrer Werke gehören der Berlinischen Galerie, darunter die Folge, Drei Sprünge des Wan Lung zum gleichnamigen Roman von Alfred Döblin.
Begleitend zur Ausstellung finden Sonderveranstaltungen statt, darunter ein Interview mit dem Sohn der Künstlerin, Mitbegründer der Freien Universität, St. Karol Kubicki sowie zwei kunstgeschichtlichen Vorträge.
Im Namen der Organisatoren, denen wir zu diesen Initiative auch gratulieren, laden wir Sie herzlich ein.
Mehr über das Leben und Werk der Künstlerin in:
Lidia Głuchowska, Avantgarde und Liebe. Margarete und Stanislaw Kubicki 1910-1945, Berlin 2007.

Margarete Kubicka, Hommage à Kubicki: Stanislaw Kubicki, der Agitator, 1924, Aquarell, Privatbesitz

Margarete Kubicka, Neukölln: Bau der U-Bahn-Überführung 3, Linolschnitt, 1928, Privatbesitz
Für die Reproduktionsgenehmigung danken wir Herrn Prof. St. Karol Kubicki

Heute ist der 11. November, ein großer Jahrestag in der Geschichte Polens… 11.11.1918 ist der Polnische Unabhängigkeitstag. Der Text von Monika passt auch dazu. Alles was nach dem 11.11.1918 in Polen passiert ist, musste sich mit diesem Datum messen. Auch Solidarność.
Monika Wrzosek-Müller
Gdańsk und eigentlich Sopot, gesehen
Sie fuhr nach Gdańsk und eigentlich nach Sopot, da sollte ihr Mann einen Vortrag halten. Normalerweise machte sie das nicht, aber diesmal bedeutete die Reise für sie einen Ausflug in die Vergangenheit und in die Zukunft.
Die Vergangenheit offenbarte sich in Sopot, in den alten Villen, der Hauptstraße „Monte Casino“, die jetzt zwar sehr modern sein wollte, für sie aber voll von Bildern aus den alten Zeiten war. Die Stadt versuchte die Balance zwischen dem Neuen, Kommenden und ihrer mondänen Vergangenheit zu halten; nicht immer gelang das reibungslos und sie staunte über die Anhäufung von schlechtem Geschmack in der flächendeckenden Bebauung am Ende der Meile und der neuen, monströsen, erst im Entstehen begriffenen Station der S-Bahn mit der obligatorischen und allgegenwärtigen Einkaufsmeile. Doch die Mole und das Meer, dann auch die Hügel mit den Buchenwäldern im Hinterland entschädigten für Vieles und sie dachte, dass hier die ideale Lage für ein langes, glückliches Leben sei; zwischen zwei großen, pulsierenden Metropolen, der einen sogar mit einer langen, verwickelten aber, wie sie aus dem Vortrag ihres Mannes erfahren hatte, wunderbar alten Geschichte und entsprechend altem Stadtkern; alles verbunden mit einer Art S-Bahn, die die Massen ganz schnell von einer Ecke in die andere brachte. Diese S-Bahn, SKM, die alle Orte entlang der Danziger Bucht verband und Unmengen von Menschen beförderte, war für sie, wie ein Band, das sich nicht nur durch die geografische Weite, sondern auch in die zeitliche Tiefe schlängelte. Mit der Bahn war sie immer wieder gefahren, schon damals, bei den ersten Reisen nach Gdansk mit den Eltern und dann zu den Freunden nach Sopot und dann mit ihrem ersten, dann dem zweiten Mann und ihrem Sohn bei den Ausflügen nach Gdańsk. Sie war während des Kriegszustandes dort und vorher schon auf der Werft, bei den Streikenden, mit einem ARD Team, und immer wieder fuhr sie mit der S-Bahn. Es war eine geniale Verbindung, schnell, zuverlässig, sehr einfach, sich zu orientieren, immer noch, Gott sei Dank, nicht ganz modernisiert, manchmal quietschend, manchmal etwas schmutzig und schüttelnd, doch insgesamt ein wunderbares Verkehrsmittel, und da sie oben, d.h. oberirdisch fuhr, konnte man auch vieles sehen, ja besichtigen, bestaunen, wieviel sich änderte, auch drin die Leute beobachten, wie sich der Menschenschlag auf den längeren Strecken veränderte, an den Gesichtern abzulesen versuchen, was sie machten, wohin sie eilten, ihre Sorgen, kleinen Freuden, Langeweile und Hetze. Die jungen, frischen Gesichtern sehen, die überall in Europa fast gleich waren und die kleinen Unterschiede versuchen rauszukitzeln, was das Besondere in Polen, in Gdansk wäre, und mit Erstaunen feststellen: Wenn es um Mode ging, glichen sich die jungen Leute überall sehr.
Zum „Europäischen Zentrum der Solidarnosc“ musste man sich dann zu Fuß schwer durchkämpfen. Durch eine Wüste von Ruinen und chaotischer Bebauung, mit scharfen Winden, die plötzlich von einer Richtung in die andere wehten, gelangte sie an eine riesige, moderne Architektur, die sehr anders als alles rundherum war. Man konnte durch den alten Werfteingang auf die Rasenfläche um das Gebäude vordringen und sie dachte, früher gab es diese Rasenflächen nur um die großen Kirchen, die großen Kathedralen, das fanden die Menschen wichtig, die Kirche stand im Stadtzentrum. Jetzt breiteten sich große Flächen um die Museen, um die kulturellen Zentren, Einrichtungen, wohin die Menschen strömen sollten, konnten und, wie sie gesehen hatte, auch wollten.
Die Architektur war atemberaubend, es war alles durchdacht, es gab viele Ebenen und dahin führende Treppen, alles sehr spartanisch, industriell, funktional und doch beeindruckend. Sie erinnerte durch den Gebrauch von Cortenstahl für die Außenfassade an einen Schiffsrumpf, der im Entstehen begriffen war, mit der rostroten Farbe, der im Dock vor sich hin rostete, auch die Schrägen und Lichteinfälle dazu kamen ab und zu auf den dicken Taus hängende Elemente, das alles stammte aus der Schiffslandschaft. Innen war das Gebäude mehr als geräumig, riesig und luftig, im Hof mit Platz für viele Pflanzen. Ja, den Besucher empfing ein grüner, beleuchteter Garten Eden mit Bänken und Sitzgruppen zum Verweilen einladend, der im Kontrast zu den nackten, manchmal gläsernen Wänden stand. Rundherum und nach oben führten Eingänge, Rolltreppen und Korridore zu den Konferenz- und Bildungszentren, dem Archiv, der Bibliothek und den Cafés, zum Restaurant und zur Mensa; am Ende gab es auf zwei Ebenen, auf einer gewaltigen Fläche von 3 000 m², die Ausstellung über die Geschichte der Bewegung Solidarność, einführend auch über alle osteuropäischen Freiheitsbewegungen. Sie ging durch die Räume der Ausstellung wie betäubt, wollte auf den Fotos irgendwelche bekannte Gesichter finden, suchen; aber es war zu viel, zu gut inszeniert, so dass es einen in die erzählte Geschichte hineinzog.
Erst am Ende der Ausstellung, als sie die riesige Wand mit den weißen und roten Täfelchen, auf denen man sich verewigen konnte, und die als eine Art von Gästebuch funktionierte – dabei bildeten die Täfelchen die Kaligraphie des Wortes Solidarność – dachte sie, jetzt würde sie bestimmt bekannte Inschriften finden. Und siehe da: es gab tatsächlich mehrere von ihren Freunden, ihren Bekannten aus Warszawa, die ganz am Anfang, dem Tag der Eröffnung am 31 August 2014 die Ausstellung besucht und sich auf den Täfelchen verewigt hatten; und schon wieder wurde für sie die große Welt etwas kleiner, sicherer, eben heimischer.
Tomasz Fetzki
Piosenki
Pojawiają się nie wiadomo skąd. Przybywają, kiedy same zechcą: czasem przy okazji ważnej rocznicy, niekiedy sprowokowane jakimś wydarzeniem. Natrętne piosenki. Niegdyś usłyszane, raz po raz wracają.
Balast to czy bogactwo? Viator skłania się osobiście ku pierwszej opcji; z biegiem lat coraz mocniej dochodzi do przekonania, że im kto głupszy, tym szczęśliwszy. Ale to obojętne – w każdym z przypadków warto się z tych wizyt natrętnych zwierzyć Czytelnikom. Jeśli są ciężarem, łatwiej go będzie wspólnie nieść. Jeżeli zaś to skarb – niechże się mnoży przez podział!
Ogłasza przeto Wędrowiec inaugurację festiwalu piosenki natrętnej. Ściślej, zaczęła się ta gala nieco wcześniej – stąd dwójka w tytule dzisiejszego tekstu – refleksją wysnutą na rocznicę wrześniowej inwazji Sowietów. Bo już piosenka Grechuty, zamieszczona przy okazji rozważań o destrukcyjnej naturze władzy, to nie pomysł Viatora, lecz Samej Szefowej Bloga. Rzecz nie w tym, jakoby była to inicjatywa nietrafiona (bo jest wprost przeciwnie), lecz w tym, że Wędrowiec czuje głęboką niechęć do przypisywania sobie cudzych inicjatyw.
Ale teraz zaczynamy na serio. Co nie znaczy bynajmniej – systematycznie. Natręctwo to natręctwo, pulsuje własnym rytmem, za którym podążać będziemy.
Jutro 11 listopada. U nas, co zrozumiałe, to dzień refleksji nad odzyskaną niepodległością. Tak jest i tak być powinno. Ale gdzieś niesłusznie umyka nam to, co stało się treścią tego święta we wszystkich innych krajach świata: koniec Wielkiej Wojny. Koniec koszmaru. Koniec rzeźni. Niesłusznie i niepotrzebnie nam umyka, bo warto się czasem – a teraz wszak czas najlepszy – zastanowić nad skutkami, jakie ten konflikt zbrojny wywarł, i wywiera właściwie do dziś, na nasze życie. Ale o tym, że Wielka Wojna, choć tak ważna, pozostaje z niezrozumiałych względów zapoznana i pomijana, snuł już Viator refleksje w stulecie jej wybuchu (i kto zechce, może je sobie przeczytać). Teraz nie zamierza się ponownie nad tematem nadmiernie pochylać. Teraz czas na piosenkę natrętną. Poznał ją Wędrowiec wiele lat temu, gdy zdarzyło mu się zamieszkać na dłużej w Słodkiej Francji, więcej nawet – zrządzeniem przewrotnego losu usłyszał ją po raz pierwszy w Compiègne, miejscu podpisania zawieszenia broni 11 listopada 1918 roku. Ma owa piosenka już 25 lat, ale może ktoś jej dotąd nie poznał? Może jednak będzie Viator oryginalny?
Jej treść dotyczy tematu zakończenia I Wojny Światowej choć wyraziście, to jedynie pośrednio. Ale i tak co roku, w tych właśnie dniach, utwór natarczywie powraca. Dlaczego? Trudno orzec: natręctwo to natręctwo, rządzi się własną logiką.
Nie powie Wędrowiec niczego odkrywczego jeśli stwierdzi, że istnieją piosenki, które są autonomiczne wobec swych wykonawców i wielu może je zaśpiewać z doskonałym skutkiem. Oraz że stworzono takie, które, z różnych skądinąd względów, są przypisane do konkretnego artysty, zrośnięte z nim na zawsze. Nic odkrywczego, po co więc Viator o tym mówi? Ano dlatego, że może się zdarzyć sytuacja, gdy ktoś spośród Czytelników nie miał dotąd okazji spotkać się z wykonawcami dzisiejszej piosenki natrętnej. A ich postacie są tutaj kluczowe: trzeba znać pewne szczegóły, aby wyczuć wszystkie smaczki, wyłapać wszelkie konteksty, słowem – aby utwór w pełni odebrać. Voila, Messieurs-Dames: trio Fredericks Goldman Jones, działające w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku!
Założyciel, główny kompozytor i autor grupy to Jean-Jacques Goldman, poniekąd jeden ze znaków firmowych współczesnej francuskiej muzyki rozrywkowej. Francuz, a jakże! Syn żydowskich imigrantów – ojciec przybył nad Sekwanę z Polski, matka z Niemiec. Swoją drogą – jaka byłaby francuska piosenka bez tych wszystkich mniej rdzennych – bez Nany Mouskouri, Yvesa Montanda, Dalidy, Jacquesa Brela, Georgesa Moustaki czy Charlesa Aznavoura. No, jaka? Francja dla Francuzów? Powodzenia, chłopaki!
Carole Fredericks, najmłodsza z trójki, spadkobierczyni dziedzictwa afrykańskich niewolników, urodziła się w wolnym, północnym stanie Massachusetts; ona też najwcześniej odeszła. Trochę symbolicznie, bo na afrykańskiej ziemi, podczas tournée w Senegalu, mając zaledwie 49 lat.
No i Michael Jones – rudawy (w młodości, rzecz jasna, bo dziś raczej mocno szpakowaty), zadziorny, chciałoby się rzec: typowy Irish! I niewiele byśmy się pomylili. Nie Irlandczyk co prawda, ale jednak Celt. Tyle, że łaskawy los dał mu ojczyznę na drugim brzegu Morza Irlandzkiego, w Walii.
Viatorka twierdzi, że taki zestaw wykonawców jest zbyt łopatologicznie oczywisty, zaś muzyka na kilometr pachnie Eurowizją. Ale to chyba przesada: biografie artystów przydają piosence autentyzmu, a muzyka brzmi po prostu przestrzennie, pomaga gładko przemierzać bezkresy czasu i obszarów, po których prowadzą nas wykonawcy. Zaś aranż jest perfekcyjny!
Tekst? Nie oczekujcie wyrafinowanej poezji. Zamiast niej otrzymacie słowa bezpretensjonalne i proste, ale szczere. I chyba dlatego właśnie przekonujące. Mocne.
Dla słuchacza wersji oryginalnej, tak jak dla Polaka, niemieckie słowo Leidenstadt, jest obce i nic nie znaczy. Dlatego Viator nie zdecydował się na jego przetłumaczenie. Choć być może warto by tak uczynić. Bo nie ma takiego miasta – to nazwa symboliczna, stworzona przez autora. Tylko jak ją przełożyć? Bolesty? Cierpiętopol? Zostawmy to germanistom. I słuchajmy.
https://dailymotion.com/video/x8r6p
A jeślibym się urodził w roku 17 w Leidenstadt
Na ruinach, na polu bitwy
Stałbym się lepszy czy gorszy niż oni
Gdybym był Niemcem?
Wykołysany upokorzeniem, nienawiścią i niewiedzą
Wykarmiony marzeniami o zemście
Czy miałbym tę niemożliwą świadomość
Kropli w potoku?
A gdybym dorastał pośród doków Belfastu:
Bojownik wiary i klanu
Czy miałbym na przekór wszystkiemu siłę,
By stanąć przeciwko swoim
I zdradzić – uściskiem dłoni?
A gdybym przyszła na świat biała i bogata
W Johannesburgu, między władzą i strachem
Czy słyszałabym te skargi niesione przez wiatr?
Nic już nie będzie takie, jak dawniej.
Nie dowiemy się nigdy, co czai się w naszych wnętrzach
Ukryte pod płaszczykiem pozorów:
Duch bohatera czy wspólnik kata
To, co najgorsze, czy to, co najpiękniejsze.
A gdyby wymagano od nas czegoś więcej, niż słowa
Stawilibyśmy opór, czy poszli, jak barany w stadzie?
Jeślibym się urodził w roku 17 w Leidenstadt
Na ruinach, na polu bitwy
Stałbym się lepszy czy gorszy niż oni
Gdybym był Niemcem?
I niech nam będzie zaoszczędzona
Tak długo, jak możliwe
Konieczność stanięcia przed tym wyborem.
Andrzej Rejman
Początek listopada. Mgły i chłód. Tuż przed Dniem Niepodległości kolejne wspomnienie rodzinne.
Kazimierz Stankiewicz nazywany w rodzinie “wujaszek Kazik”.
Mimo, iż życie miał niezwykle ciekawe – nie ma zbyt wiele wspomnień o nim, prócz pięknych relacji żony Heleny – w książce red. Wojciecha Wiśniewskiego “Pani na Berżenikach”.
31 października 1948 roku Kazimierz Stankiewicz wraca z niewoli do Polski.
Żona Kazimierza, Helena (“Pani na Berżenikach”) wspomina:
“…Wróciłam z pracy obładowana pakunkami. Zbliżały się Zaduszki i na te dwa dni świąt trzeba było zaopatrzyć dom. Trzynastoletni Józio już spał. Krysia, która mieszkała u Tyszkiewiczów w Aninie, przyjechała na święta i myła się jeszcze w łazience. Ja z ciocią Wandzią* szykowałyśmy się do snu. Rajmund* snuł się po mieszkaniu, czekając aż wszyscy się ułożą, żeby w spokoju zabrać się do nauki. Studiował już na SGH. Choć było nam ciasno, żyliśmy w zgodzie i miłości. O dziesiątej leżeliśmy już w łóżkach, tylko Rajmund przy małej lampce siedział nad książkami. Wtedy właśnie ktoś cicho zapukał do drzwi. Rajmund wstał i podszedł do przedpokoju. I naraz rozległ się okrzyk: – Mamo! Kazik!
Jednym susem znalazłam się w przedpokoju. W drzwiach stał Kazik. Moje modlitwy zostały wysłuchane. Stał w czapce-uszance, waciaku i pikowanych portkach, a na nogach miał filcowe walonki. W jednej ręce trzymał szarą drewnianą walizkę, a w drugiej wór z zielonego brezentu. Onieśmielona patrzyłam zamiast rzucić mu się na szyję. Postawił wreszcie bagaż, zdjął czapkę i otarł spoconą twarz. Policzki miał pełne i dopiero potem zorientowałam się, że to opuchlizna z głodu. (…) Dopiero gdy zdjął waciak, zobaczyłam, jak strasznie jest chudy. Nie miał ani jednego zęba, wszystkie zniszczył szkorbut. Śmiertelnie blady sprawiał wrażenie przestraszonego. Nie powiedział jeszcze ani jednego słowa. Siedliśmy do stołu i gdyby nie ciocia Wandzia, pewnie byśmy zaczęli płakać, nie wiadomo czy ze smutku, czy z radości. Ciocia kazała nalewać do kieliszków i wznosiła kolejne toasty za Kazika i za nas. Po paru kieliszkach Kazik się odezwał. Wróciło ich do Warszawy trzech: Antoni Ważyński, doktor Leonard Perepeczko i on. Z 1500 więźniów w jego transporcie, za którym biegłam w Wilnie, zostało tylko 94. Reszta nie wytrzymała nieludzkich warunków, katorżniczej pracy, głodu i zimna…”
* Wanda Kawalcowa i jej syn Rajmund – wielcy przyjaciele Rodziny Stankiewiczów.
Wanda Kawalcowa pochodzila z rodziny Słońskich, którzy mieli trzynaścioro dzieci. Jako mloda kobieta trafila do Poniemunia i wychowywała Helenę i Tomasza Zanów.
O Wandzie Kawalcowej i jej rodzinie, a także o powrocie ojca z niewoli sowieckiej opowiada Krystyna Stankiewicz.
***
Kazimierz Stankiewicz (1894-1973)
(na podstawie własnoręcznie napisanego życiorysu, uzupełnionego o wspomnienia córki, Krystyny)
Kazimierz Stankiewicz urodził się w Berżenikach, na Wileńszczyźnie 23 maja 1894 roku.
Ojciec, Wacław Stankiewicz, był inżynierem leśnikiem. W 1912 roku Kazimierz Stankiewicz zdał maturę, a w 1918 roku ukończył Wydział Techniczny Instytutu Handlowego w Moskwie, otrzymując stopień inżyniera handlowego. Jednocześnie ukończył średnią szkołę leśną.
W latach 1918-20 pracował w charakterze technika leśnego przy urządzaniu lasów w Dyrekcji Lasów Państwowych, następnie w zarządzie Kolei Moskiewsko-Windawskiej w Moskwie.
Po powrocie do Polski w 1920 roku pracował w charakterze technika leśnego w Państwowym Urzędzie Eksportu Drzewa (do czasu jego likwidacji), a od roku 1921 w Polskiej Spółce Handlu Zewnętrznego jako technik leśny.
W latach 1923-39 mieszkał z żoną i dziećmi w rodzinnych majątku Berżeniki.
W 1926 roku wziął ślub z Heleną Zan, prawnuczką Tomasza Zana “Promienistego”, z którą miał troje dzieci, córki: Marię, ur. w 1926 r., Krystynę, ur 1931 r. i syna Józefa, ur. w 1936r.
W dniu wybuchu wojny cała rodzina przebywała w swoim majątku w Berżenikach na Wileńszczyźnie.
Kazimierz Stankiewicz został w 1945 roku aresztowany przez NKWD i przebywał w obozach m.in. w Astrachaniu, w Kutaisi, w Gruzji. Zwolniony w październiku 1948 roku, przybył do Polsk, do Warszawy, do swej żony Heleny, i dzieci (do córki Krystyny i syna Józefa, córka Maria zmarła w 1940 roku).
Pracował między innnymi w Biurze Odbudowy Stolicy (w charakterze inspektora urbanistycznego), potem w pracowni zalesień B.U.W. na stanowisku kierownika zespołu, obejmując następnie stanowisko kierownika pracowni.
W Biurze Urbanistycznym Warszawy pracował do emerytury, na którą przeszedł w 1966 roku.
Zmarł 30 lipca 1973 roku.
Na papierośnicy ręcznie wykonanej podczas pobytu w obozie przez Kazimierza Stankiewicza z blachy z elementu samolotu – znajdują się napisy przypominające pobyt w obozach z wyszczególnionymi datami:
1/ 7 lutego – 26 lutego 1945 więzień na Magdaleny 2 w Wilnie
2/ 26 lutego – 15 maja 1945 więzienie na Łukiszkach w Wilnie
3/ 29 maja – 15 września 1945 więzienie w Saratowie
4/ 15 – 29 września 1945 Jełszanka
5/ 19 września 1945 – 13 maja 1947 Kutaisi (Gruzja)
6/ 23 maja 1947 – 8 października 1948 Astrachań

Około roku 1946. Od lewej: Kazimierz Stankiewicz, dr Leonard Perepeczko, Antoni Ważyński w obozie w Kutaisi (Gruzja)
Leonard Perepeczko był kierownikiem szpitala obozowego, dzięki przyjaźni z nim Kazimierz Stankiewicz przeżył zesłanie.
Urodził się 17 grudnia 1900 roku w Petersburgu w rodzinie inteligenckiej pochodzącej z Wileńszczyzny. Uczęszczał do renomowanego katolickiego gimnazjum przy kościele Św. Katarzyny w Petersburgu, gdzie w 1917 roku zdawał rosyjską maturę. W 1919 roku wraz z rodziną przeniósł się do Wilna. W 1920 roku wstąpił do 63 Pułku Piechoty w Toruniu biorącym udział w walkach polsko-radzieckich.
W 1922 roku zdał polską maturę. W 1923 roku podjął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie, gdzie w 1930 roku uzyskał dyplom lekarza. W 1931 roku podjął pracę jako dyrektor szpitala w Szumsku na Wileńszczyźnie.
24 sierpnia 1939 roku został zmobilizowany i przydzielony do kompanii sanitarnej I Dywizji Piechoty w Wilnie. Przeszedł szlak bojowy Pułtusk – Wyszków – Kałuszyn – Kopcie. 14 września 1939 roku dostał się do niewoli niemieckiej, z której uciekł 25 września tegoż roku i tego samego dnia został pojmany przez Rosjan. Również i tym razem udało mu się zbiec 8 października i powrócić do rodziny do Sztumska oraz do pracy w szpitalu.
10 stycznia 1945 roku aresztowany przez NKWD bez konkretnego zarzutu i wyroku był więziony w areszcie przy ul. Ofiarnej w Wilnie, a następnie wywieziony w głąb Związku Radzieckiego. Do 1949 roku był więźniem stalinowskich obozów pracy w okolicach Saratowa, a następnie w Astrachaniu. O tym okresie życia mówi napisana przez Leonarda Perepeczkę, wydana w 1993 roku przez Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, autobiograficzna książka pt. „W łagrach na saratowskim szlaku”.
Do Polski powrócił z początkiem 1949 roku i zamieszkał w Pasłęku. 1 lutego 1949 roku podjął pracę w pasłęckiej służbie zdrowia (…). Pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji w radach narodowych. Przez kilka kadencji był Prezesem Zarządu Powiatowego PCK.
Odznaczony Krzyżem Zasługi w 1959 roku i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski w 1971 roku. Zmarł w 1996 r. Honorowy obywatel Pasłęka od 29 października 1993 roku.
źródło: Urząd Miasta i Gminy Pasłęk
Adam Slaski
Isfahan albo witajcie w Krakowie Wschodu
Do Isfahanu przyjechałem autobusem. Kierowca nie mówił oczywiście po angielsku, ale bardzo się cieszył, że ma na pokładzie obcokrajowca, tytułował mnie “mister Adam” i był bardzo miły. Miły był również pewien uchodźca z Syrii, który pomógł mi trafić do hotelu.
Jeszcze tego samego wieczoru znalazłem się w zgoła odmiennych okolicznościach. Spotkałem się mianowicie z pewnym couch surferem, który zaproponował, że oprowadzi mnie trochę po mieście. Szybko dowiedziałem się, że ma głęboką depresję, gdyż nie ma przed nim żadnych perspektyw i w ogóle jego życie nie ma sensu oraz że wrogowie oskarżają go o paranoję lub schizofrenię. Gdy rozpoznał zagrożenie w chłopcach bawiących się w berka na ulicy, zrozumiałem, że wrogowie mają pełną rację. Oczywiście nie spotkało mnie nic złego z jego strony, ale nie czułem się w jego towarzystwie przyjemnie, a że okazał się bardzo opiekuńczy (nie chciał mnie zostawić samego, bo wszędzie widział niebezpieczeństwo), bardzo trudno było się od niego uwolnić. Niestety, couchsurfing ma w sobie coś z hazardu.
Sam Isfahan wygląda jak Kraków przeniesiony na Bliski Wschód. Jest zauważalnie bardziej konserwatywny niż Teheran (widzi się więcej kobiet w nikabach), ale też ludzie mniej się tu spieszą, ruch dużo spokojniejszy, sporo rowerzystów. O ile Teheran jest miastem biznesowym, o tyle Isfahan jest bardzo turystyczny. Na tym analogie się nie kończą. W Isfahanie są planty (Hasht Behest), rynek z sukiennicami (Maydan-e Imam), na rynku dorożki. A przy rynku meczet z dwoma wieżami, z którymi wiąże się pewna legenda. Brzmi znajomo?
Legenda głosi, że król zabronił muezinom wchodzić na minaret, bo mogliby zajrzeć do jego prywatnych ogrodów.
Właśnie uciąłem sobie pogawędkę z recepcjonistą. Skarżył się, że jest z wykształcenia technologiem żywności, ale nie ma pracy w jego zawodzie, więc pracuje w hotelu za psie pieniądze. I bardzo mu to doskwiera, bo ciężko się uczył i guzik z tego ma. A potem zwierzył mi się, że jego dziewczyna jest od niego 11 lat młodsza (on ma lat 31, a ona 20) i nie wie czy ich związek ma szansę.
Widziałem dziś po raz pierwszy modlącego się Irańczyka. Wszedłem w boczną ulicę, był tam zakład samochodowy i mechanik rozłożył na ziemi swój dywanik i odprawiał modlitwę. Oczywiście wiem, że to nie jest jedyny praktykujący muzułmanin w Iranie, ale dotąd widywałem tylko ludzi wchodzących lub wychodzących z meczetu, a samą modlitwę widzę po raz pierwszy. Byłem też dziś w kilku meczetach, ale to wszystko zabytki i nikt się tam nie modlił.

Isfahan nazywany był dawniej połową świata. Sympatyczny Syryjczyk podsumował dowcipnie, że odkąd rzeka wyschła, jest to już tylko ćwiartka świata. I rzeczywiście, koryto jest suche jak pieprz, a słynny most Se-o-se (o 33 przęsłach) wygląda kuriozalnie. Zobaczyłem dziś kilka muzeów, dwa pałace i jeden meczet. Wszystkie interesujące, ale żadne nie powaliło, być może ze względu na trwające remonty. Isfahan się intensywnie odnawia.
Odwiedziłem te miejsca, zjadłem obiad w porządnej restauracji i wreszcie zacząłem wydawać pieniądze, bo dotąd ta wycieczka odbywała się praktycznie za darmo. Wydawanie pieniędzy jest w Iranie szczególnie nieprzyjemne, bo wszystkie banknoty wyglądają dość podobnie i na każdym jest dużo zer. Za każdym razem, gdy płacę, zastanawiam się, czy przypadkiem nie dałem 10 razy za dużo.
Nie kupiłem na razie żadnych suwenirów i chyba ich nie kupię, bo w plecaku nie mam zbyt wiele miejsca.
Muszę jednak przyznać, że sklepy z rękodziełem w Isfahanie nie sprzedają tandetnej cepelii. Niektóre z wystaw wprost zapierają dech w piersiach. I nie chodzi tylko o dywany, lecz także o porcelanę, biżuterię, wyroby blaszane.
Właściwie w sklepach widziałem więcej pięknych przedmiotów niż w tych muzeach.
Na ulicy zaczepił mnie pewien dziadek, który opowiedział kilka ciekawostek o historii Isfahanu i zaprosił na wieczór na pokaz Irańskich zapasów. Oczywiście spodziewałem się, że w pewnym momencie każe mi za to wszystko zapłacić, ale i tak zrobiło mi się przykro. W Teheranie traktowano mnie jak gościa, a tu jestem tylko turystą.
Opowiedziałem o tym Shayenowi i ani trochę nie był zdziwiony. Isfahańczycy mają w Iranie fatalną opinię ludzi skąpych i kłótliwych.