Ach, jakże piękna byłaby to śmierć.

R.D.

Dwudziestego stycznia 2016 roku, o godzinie 15.57 jechałem na nartach za moją żoną Grażyną i filmowałem ją małym „elepstrycznym” aparatem fotograficznym. Trzymałem go w lewej ręce, a w prawej obydwa kijki narciarskie. Przez nieuwagę zahaczyłem nimi o narty i przewróciłem się do tyłu, uderzając z dużym impetem plecami i głową w śnieg.

Na kilkanaście sekund straciłem przytomność, a gdy ją odzyskałem, odruchowo, jak pies Pawłowa, wyłączyłem kamerę i ponownie położyłem się na śniegu, aby dojść do siebie.

Gdybym się jednak nie „obudził” – ach, jakże piękna byłaby to śmierć.

Nawet bym nie wiedział, że umarłem, a rodzina miałyby oryginalną pamiątkę z moich ostatnich chwil. Tu prezentuję kilka stopklatek z tego filmu.

Gdy po kilku godzinach, cały obolały, spytałem G., jak by się wobec mojej śmierci zachowała – odpowiedziała: „załatwiłabym formalności, a później usiadła i płakała”.

opa r. (od wczoraj podwójny)

w01w02w03w04w05w06w07w08w09w10w11

W namiotach na ulicy…

Najpierw było tak.

Trybunał Konstytucyjny uznał, że grudniowa nowelizacja ustawy PiS o TK jest niezgodna z Konstytucją. Potem rząd uznał, że nie opublikuje tego wyroku. A potem się zaczęło. Zaczęło się 10 marca. Komitet Obrony Demokracji przed PiS-em rozbił namioty przed Kancelarią Premiera Rady Ministrów w Alejach Ujazdowskich (1/3 – jakby kto nie widział, dokąd się udać).

11 marca Henryk Sikora napisał na Facebooku:

Zimno, mokro, a ludzi przybywa…

 

 

a w godzinę później:

Rozpoczynalismy wczoraj we czwórkę rozbijajac namiot pod KPRM. Dzisiaj mamy już trzy namioty i co najważniejsze, stacjonarnie protestujących kilkadziesiąt KOD-erek i KOD-owców. Niebawem będą następne dwa namioty, duże profesjonalne banery i setki protestujących zwolenników państwa prawa i demokracji, a za kilka dni tysiące. DOŁĄCZCIE PROSZĘ DO NAS! Domagamy się publikacji wyroku TK w Dzienniku Ustaw zgodnie z art 190 Konstytucji RP.

Nieuchronnie nasuwa się refleksja, że tak się zaczął kijowski Majdan… Kijowski? Nomen omen?

Tymczasem Internetowe Radio Opornik podaje, że posłanka Beata Kempa pisze na Twitterze, że KOD powinien się cieszyć, że władza przeciwko niemu nie wysyła policji. Czyżby zawoalowana groźba?

Koleżanka z Warszawy pisze: W stolicy policji tyle, co w jakimś zakichanym stanie wyjątkowym. W okolicach URM-u i przy ulicy Bagatela naliczyłam, bagatela, 60 suczek. Kaczyści w gotowości bojowej.

Godzina 18.30. Jacek Parol:

Są już ze dwie setki ludzi. Flagi KOD, unijne. Tęczowe. Polskie i fioletowe Razem. Czytamy wyrok trybunału.

4 rano 4 KODerów na posterunku:

Sobota 20.30 – przynoście coś ciepłego, zupę, herbatę…

Ach, diese Mutter (Reblog)

OmaIch komme nach Hause, ein Donnerstag am späten Nachmittag, Weihnachten ist längst vorbei, mein Sohn wird erst in Monaten sechs. Es gibt keinen Grund auf der Welt, weshalb er gerade jetzt beschenkt werden sollte und doch liegt da ein neuer Lego-Karton auf dem Tisch. „Ninjago-Masters of Spinjitzu“, ein Set mit zwei futuristischen Motorrädern und einem Fluggerāt für Lego-Ninjas. Meine Laune erreicht einen Tiefpunkt. Während der Sohn in der Küche das neue Spielzeug zusammenbaut, mache ich meiner Mutter im Wohnzimmer Vorwürfe, es mündet im Streit und schlechter Stimmung. Der Abend ist hin. Oma geht eingeschnappt, der Kleine bekommt das natürlich mit! Ich bin jetzt der blöde Papa, der Konflikt erstreckt sich plötzlich über drei Generationen.

Warum muss sie ihn beschenken? Erst letzte Woche bekam er nach einem Besuch im Museum für Naturkunde einen Plüschdino und drei Plastikdinos in einer Gipsplatte zum selbst Rausbuddeln. ,,Das ist was für kleine Archäologen und weil ihm ,Tristan’ so gut gefallen hat”, erklärte meine Mutter. Diesmal die Ninjas. Es gibt immer irgendeinen Grund, irgend- eine Ausrede. Mal sind es Treuepunkte, die es einzulösen gilt oder eine ,,Bekannte“ hat das Geschenk vorbeigebracht, manchmal wurden die neuen Dinge ,,gefunden“.

Auch ich hatte früher Oma-Tage, kann mich aber nicht daran erinnern, derart verwöhnt worden zu sein. Meist wurde vorgelesen oder gekocht. Reicht auch. Wollte ich irgend- was „außer der Reihe“, musste ich es mir quasi ,,erkämpfen”. Das klingt nach „früher war alles besser“ und deshalb doof, ist aber so! Man sollte es dem Nachwuchs heute nicht zu einfach machen, zumal Konsum, Materialismus und Nachhaltigkeit für uns moderne Großstädter in der nördlichen Hemisphäre ja grundlegende Lebensthemen sein sollten, die es verantwortungsvoll seinen Kindern näher zu bringen gilt.

Omas neigen wohl dazu, sich einzumischen, Erziehungstipps zu geben und alles besser zu wissen! Bei meiner Mutter ist es der Schenkzwang, mit dem sie sich beim Enkel beliebt machen will. Doch statt die Sache zu durchschauen, locker zu bleiben und entspannt mit dem Ganzen umzugehen, reagiere ich über, werde aggressiv und streitsüchtig. Dann kommt der Ärger über mich selbst, weil „ich” doch recht habe und dann finde ich mich rechthaberisch, was mich wieder ärgert. Würde ich Ratgeber lesen, was ich nicht tue, Würde man mir Vermutlich raten, mit meiner Mutter zu sprechen: Wunderwaffe Kommunikation. Aber versuchen Sie mal mit einer Oma, die zu sehr schenkt, vernünftig zu diskutieren. Ich habe es versucht, es funktioniert nicht. Kinder hören nicht auf ihre Eltern, Eltern hören nicht auf ihre Kinder, jeder macht was er will und bei Lego klingelt die Kasse.

Geld und Ressourcen werden verschwendet, das Kinderzimmer wird immer voller, kistenweise stapeln sich dort Autos, Comics, Bücher, Kuscheltiere, Lego, Duplo, Playmobil. Es ist nie genug. Gespielt wird damit kaum. An den eigentlichen Geschenk-Anlassen, ist das Kind kaum noch zu begeistern, es erstickt im Überfluss. Ich komme nicht weiter, muss an Waldsterben und verseuchte Ozeane denken und trage voller Schuldgefühle bezüglich Klimawandel, Kindererziehung und der Beziehung zu meiner Mutter, alle paar Wochen das Zeug heimlich in den Keller. Schwache Lösung, aber aus den Augen aus dem Sinn hilft zumindest fürs Erste!

Sto lat i trzy dni

Zbigniew Milewicz

Z nieba na ziemię

Kolejna, okrągła rocznica. BMW, samochodowy potentat, ikona monachijskich filistrów, nazywanych spießer i symbol bawarskiego dobrobytu, obchodzi sto lat. Jako datę urodzin koncern przyjmuje 7 marca 1916 r., a za swoich założycieli uznaje Gustava Otto i Karla Rappa, którzy w Monachium na początku XX wieku, niezależnie od siebie, rozpoczęli działalność gospodarczą w dziedzinie lotnictwa. Logo firmy, niezmienione do dziś – stylizowany krąg śmigła w bawarskich barwach – przypomina o jej lotniczych korzeniach.

Wszystko zaczęło się we wrześniu 1909 r., na pokazach lotniczych w Kolonii. Wśród publiczności znajdował się przemysłowiec Gustav Otto, syn wynalazcy czterosuwowego silnika o wewnętrznym spalaniu. Był tak zafascynowany możliwościami maszyn latających, że po pokazach niezwłocznie pojechał do Francji, gdzie kupił trzy samoloty jednopłatowe typu Blèriot oraz licencję na ich produkcję na terenie Niemiec (dokładnie trzydzieści lat później Luftwaffe zrzuciła pierwsze bomby na Warszawę). W 1910 r., jako jeden z pierwszych, otrzymał niemiecką licencję lotniczą, z nr 34 oraz założył szkółkę lotniczą i fabrykę, którą nazwano Gustav Otto Flugmaschinenfabrik. Mieściła się ona na wschód od poligonu wojskowego Oberwiesenfeld, przy Lerchenauerstrasse 76, gdzie dziś znajduje się fabryka BMW i centrala koncernu.

Początkowo produkowano tu samoloty treningowe i zwiadowcze; weszły one w skład wyposażenia Bawarskiego Korpusu Lotniczego, a kiedy rozpoczęła się Wielka Wojna, posłano je na front. Ponieważ nie sprawdziły się, zakład przerzucił się na produkcję dwupłatowców oraz innych konstrukcji, które okazały się w boju równie mało skuteczne. Ministerstwo Wojskowe Prus zrezygnowało więc z dalszych zamówień i firma podupadła. Wtedy zainteresowało się nią konsorcjum złożone z MAN AG oraz kilku banków, kupiło zakład i założyło nową spółkę, Bayerische Flugzeugwerke AG.

Inżynier Karl Rapp rozpoczął swoją przygodę z lotnictwem później, w październiku 1913 r., kiedy to wspólnie z drugim udziałowcem – był nim Julius Auspitzer – zajęli się w Monachium produkcją silników do samolotów. Rapp Motorenwerke GmbH mieściły się w kilku drewnianych budynkach obok Oberwiesenfeld, a więc w sąsiedztwie firmy Otto, gdzie wcześniej funkcjonował zakład o identycznym profilu. Kiedy niecały rok później wybuchła wojna, fabryka stała się zakładem zbrojeniowym, produkującym silniki lotnicze na potrzeby pruskich sił powietrznych. Nie miały one dobrej renomy, były problemy z tłumieniem drgań i czasem pękały, więc Ministerstwo Wojskowe Prus zerwało umowę. Próby poprawienia konstrukcji spełzły na niczym i pewnie Rapp wcześniej wypadłby z rynku, gdyby nie otrzymał licencji na budowę 12- cylindrowych silników, zaprojektowanych przez Austro-Daimlera, których odbiorcą był resort wojskowy rządu Austro-Węgier, a także Bawaria. Główny wykonawca nie był w stanie sprostać wszystkim zamówieniom i Rapp dostał swoją szansę. Osobą nadzorującą budowę konstrukcji ze strony Austro-Daimlera był Franz Josef Popp, wiedeńczyk, specjalnie oddelegowany w tym celu do Monachium.

Wikipedia, za którą przytaczam te wszystkie szczegóły, poświęca mu sporo miejsca, całkiem zasłużenie. Popp przekonał bowiem Rappa, aby zatrudnił u siebie Maxa Fritza, młodego projektanta i inżyniera silników lotniczych z Daimlera, któremu w ciągu kilku tygodni udało się zaprojektować nareszcie udaną konstrukcję z innowacyjnym gaźnikiem i ta postawiła firmę na nogi. Rapp, skompromitowany jako inżynier, opuścił zakład, nazwa zmieniła się na Bayerische Motorenwerke GmbH i Popp został ich dyrektorem. Był on zdolnym menadżerem i rynkowym graczem. Podczas, gdy Max Fritz zajmował się projektowaniem, Popp pełnił kluczową funkcję przewodniczącego zarządu, aż do przejścia na emeryturę w 1942 r. Za jego rządów firma przeszła gruntowną rekonstrukcję, rozwinęła skrzydła, choć wzlotom towarzyszyły i upadki.

Po kapitulacji Niemiec w I wojnie światowej alianci na mocy Traktatu Wersalskiego zabronili m.in. budowy samolotów i silników lotniczych. Na krótko zamknięto fabrykę, po czym ruszyła produkcja silników dla łodzi, samochodów osobowych, ciężarówek i motocykli. Drugim ruchem, rokującym jej perspektywicznie większe bezpieczeństwo finansowe, była dziesięcioletnia umowa licencyjna na produkcję zespołów montażowych hamulców z berlińską firmą Knorr-Bremse AG. Interes okazał się trafiony, ale doraźnie zbyt mało dochodowy dla głównego udziałowca BMW, którym był ziomek i dobry znajomy Poppa, Włoch z pochodzenia, Camillo Castiglioni. Spontanicznie przyjął on więc ofertę prezesa Knorra i w sierpniu 1920 r. sprzedał mu wszystkie swoje udziały. BMW było teraz własnością producenta hamulców.

O przetrwanie walczył również dawny zakład G. Otto, Bayerische Flugzeugwerke AG, który z samolotów przerzucił się na produkcję mebli i zabudów kuchennych, a nieco później – motocykli własnej konstrukcji. Nazywały się Flink i Helios. Jesienią 1921 r. austriacki przemysłowiec – finansista Castiglioni oficjalnie zgłosił ofertę kupna BFW. Większość akcjonariuszy wyraziła na nią zgodę, tylko MAN (Maschinenfabrik Augsburg -Nürnberg), najstarsza spółka na niemieckiej giełdzie, której silniki diesla napędzały okręty wojenne, zachowała swoje udziały. Popp, dyskretnie wspierający Castiglioniego w planach całkowitego przejęcia fabryki, z czasem przekonał jednak prezesa MAN, żeby ją sprzedał, bo rzekomo nie była warta funta kłaków. Wiosną 1922 r. austriacki finansista stał się więc właścicielem zakładu, który wkrótce miał otrzymać logo BMW.

Pod egidą Knorr-Bremse BMW rozwijało się całkiem dobrze. W 1921 r. załoga liczyła już 1800 pracowników, firma posiadała szkołę zakładową, ale była zależna od Berlina i budowa silników lotniczych nie wchodziła w rachubę. Nieoczekiwanie znowu dał znać o sobie Castiglioni, który w maju 1922 r. złożył prezesowi Knorra kuszącą ofertę: 75 milionów marek niemieckich za drobiazg właściwie, za odsprzedanie mało znaczącego wydziału silników i odlewni aluminium, razem z prawem do marki i logo BMW. Zadeklarował, że zamierza na własną rękę założyć fabrykę silników i prosi o rysunki, patenty i maszyny potrzebne do ich produkcji. Zażyczył sobie także, aby przeszło do niego kilka kluczowych postaci, w tym główny konstruktor Max Fritz i przewodniczący zarządu Franz Josef Popp. Berlin chętnie przystał na tę propozycję. Tym sposobem spełniło się marzenie Poppa o scaleniu obydwu zakładów pod jednym szyldem i odzyskaniu niezależności. Reszta dawnego BMW pozostała własnością Knorra, pod nową nazwą Südbremse AG.

Większościowy udziałowiec BMW, Castiglioni, po staremu zainteresowany był przede wszystkim robieniem szybkich pieniędzy. Kiedy dowiedział się, że Czechosłowacja rozbudowuje siły powietrzne i poszukuje odpowiednich silników lotniczych, wynegocjował z Pragą korzystne warunki i zawarł kontrakt na dostawę konstrukcji BMW III a i BMW IV, który pomyślnie funkcjonował ponad 10 lat, niestety zyski lądowały tylko w kieszeni właściciela. BMW rzekomo nic na tym nie zarobiło. Nie Czesi jednak tylko Rosjanie byli wówczas najpoważniejszym klientem. Interesy z państwem bolszewików zapewniły przedsiębiorstwu solidny byt w ogólnie chudych dla Niemiec latach dwudziestych. Na dostawach silników dla Armii Czerwonej Castiglioni dobrze zarabiał, kasując wysokie, maklerskie honoraria od każdej dostarczonej sztuki. Po pięciu lukratywnych latach ktoś życzliwy powiadomił Deutsche Bank, że finansista gra nieuczciwie, gdyż prowadzi fikcyjne spółki, na których konta wpływają prowizje od Rosjan. Bank sprawdził tę informację, okazała się prawdziwa. Aby uniknąć odpowiedzialności sądowej, Castiglioni wpłacił pokaźną sumę miliona marek na konto BMW, ale stracił miejsce w radzie nadzorczej przedsiębiorstwa i zmuszony był pozbyć się reszty udziałów. Jego era w BMW się zakończyła, pozostała natomiast urażona duma Rosjan, którzy dowiedzieli się o przekrętach Austriaka. Za dziesięcioprocentowe prowizje, jakie od nich ściągał pod szyldem fikcyjnych spółek, BMW zrewanżowało się darmową licencją na silniki BMW VI, masowo później montowane w bombowcach Tupolewa TB-1.

Pierwszy motocykl BMW, legendarny R 32, zaprezentowany został publiczności na targach motoryzacyjnych w Berlinie jesienią 1923 r. Był on dziełem Maxa Fritza i jego asystenta Martina Stolle. Na szkic R 32 uzdolniony projektant Fritz potrzebował tylko pięciu tygodni. Jesienią 1928 r. BMW przejęło Fabrykę Samochodów w Eisenach i rozpoczęło karierę, jako producent osobowych pojazdów dwuśladowych, z czego jest dziś najbardziej znane. W Eisenach powstawał mały Dixi i początkowo kontynuowano jego produkcję. W marcu 1929 r. powstał pierwszy, seryjny samochód z biało-niebieskim logo, BMW 3/15 PS DA 2, zbudowany podobnie, jak Dixi na licencji brytyjskiego Austina Seven, a trzy lata później, już w Monachium, pierwszy, „prawdziwy“ boarisch, BMW 3/20 PS AM 1 / Automobilkonstruktion München Nr 1.

Na cały stuletni życiorys tej firmy, nawet w wielkim skrócie, brakuje tu miejsca. Kto ciekaw, łatwo znajdzie informacje w sieci, więc wspomnę na zakończenie tylko o jednym, może mało znanym fakcie z czasu II wojny światowej, któremu Wikipedia poświęca zaledwie cztery, lakoniczne zdania. Priorytetem dla całej gospodarki niemieckiej była wówczas oczywiście produkcja zbrojeniowa. W BMW powstawały ciężkie motocykle z doczepianym „koszem“, model R 12 i R 75 oraz terenowy samochód BMW 325, ale główne zadanie polegało na opracowaniu i produkcji różnego rodzaju silników dla Luftwaffe, do 1945 r. wyprodukowano ich ponad 30.000. Najważniejszym był podwójny silnik gwiazdowy BMW 801, osiągający moc do 1467 KW. Realizując zlecenia hitlerowskiego reżimu od połowy 1941 roku, zatrudniano także obcokrajowców, aby zaspokoić braki siły roboczej i podtrzymać produkcję. Do 1944 roku pracowali wszędzie, ogólnie stanowiąc 40 do 50% załogi BMW, która w tym czasie wynosiła 50.000 osób. Posiadali status albo więźnia albo pracownika przymusowego. Dla przykładu do wykonywania silników lotniczych wykorzystywano prawie wyłącznie robotników przymusowych, którzy byli zakwaterowani w obozie zewnętrznym Allach, znanym także jako osiedle Ludwigsfeld, obozu koncentracyjnego Dachau.

Tyle Wikipedia. Brak informacji, ilu więźniów i robotników przymusowych straciło w Allachu życie, szacuje się, że tysiące. BMW nigdy po ludzku nie pochyliło się nad tymi ofiarami, nie powiedziało choćby przepraszam, ale ponoć okazało hojność w programie niemieckich, powojennych odszkodowań. Zatem z czystym sumieniem może świętować okrągły jubileusz. Prosit!

Apel w sprawie uchodźców / Appel um Unterstützung für Flüchtlinge

deutsche Version – bitte nach unten scrollen

Szanowni Państwo, Drodzy Przyjaciele, Koleżanki
i Koledzy, Znajomi i Solidarni Ludzie!

Zwracam się z apelem o wsparcie akcji dobroczynnej na rzecz uchodźców. Akcja polega na zbieraniu datków pieniężnych, różnego rodzaju talonów, bonów, darmowych wejściówek na baseny, do akwarium, do ZOO, do muzeum, na wystawy, na koncerty, etc. Szczególnie ważne dla dzieci: np. do Legolandu, na Wieżę Telewizyjną, FEZ (Freizeit und Erholungszentrum), na przedstawienia tetralne (np. kukiełkowe) i wszlkiego rodzaju imprezy umilające życie i pozwalające oderwać się od monotonności pobytu w ośrodku dla uchodźców. Od dwóch miesięcy pracuję w takim ośrodku w dzielnicy Weißensee przy Woelckpromenade 11. Określenie ośrodek jest moim zdaniem zbyt przesadne. Jest to po prostu szkolna hala sportowa zaadaptowana na potrzeby ok 100 osób. Krótko mówiąc brakuje wszystkiego. Grono wolontariuszy robi co może by urozmaicić mieszkańcom czas, jednak większości nie stać na korzystanie z ogólnie dostępnych form rozrywki i rekreacji.

Jeśli jesteście gotowi wesprzeć akcję, proszę pamiętać o tym, że do większości aktywności potrzebna jest zawsze osoba towarzysząca, w przypadku dzieci osoba dorosła, niekiedy dwie gdyż oprócz rodzica nieodzowna jest osoba znająca język, miasto i jego rytm. Byłoby świetnie, by osoby te miały również zapewnione np. darmowy wstęp. Akcja ta jest moją prywatną inicjatywą. W porozumieniu z Polską Radą Społeczną, której byłem wieloletnim pracownikiem i wciąż jestem jej członkiem, uzgodniliśmy, że najprościej będzie ewentualne datki pieniężne przelewać wpłat darowizn na konto tej właśnie organizacji:

Polska Rada Społeczna
http://www.polskarada.de
Oranienstraße 34, 10999

Tel.:     0049 30 / 6151717 
Fax:     0049 30 / 61659288 
E-mail: polskarada@polskarada.de

Konto:
Polnischer Sozialrat e.V.
Deutsche Kreditbank AG Berlin
IBAN: DE 5512 0300 0000 1838 8306
BIC: BYLADEM 1001

Tytuł przelewu: Filet-Refugees

W przypadku talonȯw, bonȯw, wejściówek itp. proszę o kontakt ze mną lub o przysyłanie mi ich na mój prywatny adres, albo poinformowanie mnie gdzie można je ewentualnie odebrać. Możliwość odbioru „przy wejściu/kasie” jest też do przyjęcia. Wraz z Polską Radą Społeczną gwarantujemy uczciwość i wgląd do dokumentacji wszystkich wydatków. Proszę nie czuć się zobowiązanym do odpowiedzi/odzewu na mój apel. Proszę również o powstrzymanie się od komentarzy negujących słuszność mojej inicjatywy.

Z serdecznym braterskim pozdrowieniem „aby do wiosny!”
Andrzej filet Fikus
Mobil: 0172 32 10 815
filetosz@yahoo.de

refugees-welcome

Naszywka na swetrze sfotografowana podczas urodzin przyjaciółki / gesehen bei einem Geburtstag (Foto EMS)

An alle Damen und Herren, Freunde und Kollegen und solidarischen Mitmenschen,

die Flüchtlingskrise hat bereits seit längerem Berlin erreicht und rückt die Multikulturalität der Stadt mit seinen vielen Herausforderungen, aber auch Chancen immer mehr in unser tägliches Bewusstsein.

Persönlich wird mir dies seit meiner Arbeit in einer Unterkunft in Berlin Weißensee immer deutlicher. In dieser sogenannten provisorischen ‘Unterkunft‘ in einer ehemaligen Schulsporthalle fehlt es an allem. Vor allem aber an Abwechslung vom tristen und monotonen Alltag und der Bewältigung von Traumata und Flucht.

Gemeinsam mit euch möchte ich bei der Integration dieser Menschen mithelfen und durch kleine Lichtblicke ihr Leben in der Fremde aufhellen und mit Lebensfreude füllen.

Diese Lichtblicke können in Form von euch eingereichten Gutscheinen, Spenden bzw. Eintrittskarten für sportliche, kulturelle und ähnliche Aktivitäten geschehen. Egal ob Tickets für den Besuch im Schwimmbad, Zoo, Museum, Aquarium, Legoland, FEZ (Freizeit- und Erholungszentrum), Theater, Fernsehturm oder Kino – mit jedem eingereichten Ticket oder Gutschein können wir Kinder- und Elternherzen höher und glücklicher schlagen lassen.

Anregungen und Ideen für Ausflüge oder Freizeitangebote in Berlin könnt ihr unter

www.visitberlin.de/de/erleben finden.

Bitte denkt auch an Begleiter wie Übersetzer oder Kinderbetreuer, denen ein Eintritt mit einem Gutschein oder gekauftem Ticket erleichtert werden kann.

In freundlicher Zusammenarbeit mit dem Polnischen Sozialrat wurde für alle eingehenden finanziellen Unterstützungen ein Spendenkonto bereitgestellt.

Adresse und Kontodaten hierfür sind wie folgt:

Polska Rada Społeczna
Oranienstraße 34, 10999 Berlin
www.polskarada.de
Tel.: 0049 30 / 6151717 Fax: 0049 30 / 61659288
E-mail: polskarada@polskarada.de
Spendenkonto
Empfänger: Polnischer Sozialrat e.V.
Bankinstitut: Deutsche Kreditbank AG Berlin
IBAN: DE 5512 0300 0000 1838 8306
BIC: BYLADEM 1001
Betreff: filet-refugees

Gespendete Gutscheine können außerdem an meine Postadresse geschickt bzw. bei der Kino- oder Theaterkasse etc. hinterlegt oder von mir persönlich bei euch entgegen genommen werden. Bitte zögert nicht, mich bei Rückfragen zu kontaktieren oder per Mail mit mir in Kontakt zu treten.

Persönliche Daten:

Andrzej Fikus
Böhmische Str. 48/ II
12055 Berlin
Tel. 030/ 61 35 900
Mobil: 0172 32 10 815
E-Mail: filetosz@yahoo.de

Alle Spenden werden von mir und dem Polnischen Sozialrat ehrlich und transparent behandelt und zu 100% für die oben beschriebenen Aktivitäten verwendet werden.

Dieser Aufruf soll keine Verpflichtung zum Spenden darstellen, sondern Anstoß zum Helfen und Nachdenken geben.

Ich bitte außerdem von Kommentaren, bezüglich dieser Aktion abzusehen und appelliere an eure Mithilfe, Solidarität und Gemeinschaftsgefühl.

Ich verbleibe mit solidarischem Gruß und ‘aby do wiosny‘.

Na Dzień Kobiet

Anna Dobrzyńska

”W tym dniu nieistniejącym Święta Kobiet, a jednak właśnie ten dzień się pamięta (…)”

warszawadzienkobiet (1)

Wraz z końcem epoki PRL skończyły się czasy „oficjałek”, na których to, w zakładach pracy wręczano kobietom goździki, tulipany i rajstopy – czasem mydło, ręcznik lub ścierkę. I choć oficjalnie święto zniknęło z agendy przedsiębiorstw to zwyczaj jakoś pozostał …

(Nie)istniejące święto kobiet…

No bo jak tu nie dać kwiatka koleżance z pokoju, z którą się siedzi „biurko-w biurko”, dzieli się sprawy zawodowe, a często i domowe, a czas spędzony razem niekiedy przewyższa czas spędzony z własną żoną? Jak nie dać kwiatka i nie poczuć się głupio, że wcześniej dawało się tylko dlatego, że było trzeba? W  końcu jak zrezygnować ze zwyczaju, który sprawia, że przez jeden dzień w roku,  wśród natłoku firmowych spraw, nagle najważniejsze stają się kwiaty i kobiecy uśmiech?

Choć święto kobiet słusznie kojarzy się z epoką socjalizmu, to wcale nie komuniści byli tymi, którzy jako pierwsi w historii postanowili uczcić kobiecość tak bardzo by podnieść ją do rangi święta.

Dawno, dawno temu… 

warszawadzienkobiet (2)Matronalia

Już w starożytnym Rzymie, kobiecość była świętowana podczas tzw.: Matronaliów. Święto obchodzone było 1 marca i dotyczyło tylko zamężnych kobiet. W tym dniu kobiety prosiły boginię Junonę o szczęście w życiu rodzinnym. Bogini ta była żoną – Jowisza, najwyższego z bogów, sama zaś opiekowała się życiem kobiet, w tym także życiem seksualnym i macierzyństwem. Damy, zwane wówczas matronami,  udawały na Eskwilin – jedno z siedmiu wzgórz rzymskich,  gdzie znajdowała się świątynia owej bogini. Tam, w gaju, składały w ofierze kwiaty i modliły się o szczęście małżeńskie a po powrocie do domów, wydawały poczęstunek dla swoich – niewolników.  Mężowie natomiast obdarowywali swoje drugie połówki prezentami, spełniali ich życzenia i pragnienia. … Historycy właśnie w tym święcie upatrują korzeni współczesnego Dnia Kobiet.  Kolejna epoka – średniowiecze, odcinająca się „grubą kreską” od starożytności zapomniała o tym święcie i dopiero w XX wieku tradycja wróciła do łask za sprawą amerykańskich sufrażystek i robotnic. Początkowo miało ono jednak inny wymiar. Kobiety walczyły o prawa wyborcze.
 
Święto Kobiet w XX wieku…  

warszawadzienkobiet (3)

Demonstracja sufrażystek w Nowym Jorku, 6 maja 1912 r. Wikimedia Commons

Po raz pierwszy – to święto obchodzono w USA – 28 lutego 1909 roku. Rok później Międzynarodówka Socjalistyczna ustaliła Dzień Kobiet, który miał być obchodzony na całym świecie – nie podała jednak konkretnej daty tego święta. W kolejnym roku, Dzień Kobiet był obchodzony w Austrii, Niemczech, Dani i Szwajcarii. Był to dzień, w którym kobiety domagały się już nie tylko przyznania im praw wyborczych ale też zaprzestania dyskryminacji w miejscu pracy a przed wybuchem I wojny światowej był to także dzień manifestacji przeciw-wojennych.

Sufrażystki w Krakowie – Dzień Kobiet 1911 r. Wikimedia Commons

Bolszewicy, Święto Kobiet i Socjalizm…

Początkowo bolszewicy nie dostrzegali znaczenia kobiet dla swojej ideologii. Nie tylko nie byli specjalnie zainteresowani postulatami równouprawnienia ale nie widzieli w kobietach równorzędnego partnera a co więcej – uważali je za „ideowo zacofane”. Dostrzegli w nich potencjał  dopiero gdy hasła –  „chleba i pokoju” – skandowane w ówczesnej stolicy Imperium Rosyjskiego, Piotrogrodzie,  właśnie przez kobiety – stały się asumptem do rewolucji lutowej – 1917 roku. A najbardziej spektakularne demonstracje pań miały miejsce nie kiedy indziej jak – 8 marca. Komuniści rządzący ZSRR  z czasem coraz bardziej przekonywali się o drzemiącej w kobietach „sile społecznej” i tak w latach trzydziestych – Dzień Kobiet – stał się ważnym elementem propagandy a trzydzieści lat później, w 1965 roku został ustawowo dniem wolnym od pracy.

warszawadzienkobiet (5)Kobieca demonstracja w Piotrogrodzie

Partia, Kobiety i Film…

W  Polsce, w połowie lat 40 o względy kobiet zaczęła zabiegać PPR. Było to konsekwencją powojennej zapaści demograficznej i przewagi kobiet w społeczeństwie. Kobiety stanowiły więc potężny elektorat dla ubiegającej się o zwycięstwo w nadchodzących wyborach Partii Robotniczej. Partia zabiegała o członkostwo pań w swoich szeregach a także postawiła sobie za priorytet zwalczenie bezrobocia wśród kobiet. Wobec braku mężczyzn naturalnym procesem było włączenie kobiet do prac w przemyśle, co komuniści propagandowo przedstawiali jako ich zasługę w od dawna oczekiwanym „równouprawnieniu kobiet”. „Kronika Filmowa’ i ówczesna prasa z lubością eksponowała panie pracujące w tzw. „męskich zawodach” – traktorzystki, murarki a nawet hutniczki i górniczki.

warszawadzienkobiet (6)Hanka Ruczajówna – murarka, bohaterka „Przygody na Mariensztacie”

Nie zabrakło filmowych bohaterek – „kobiet pracujących” jak np. Hanka Ruczajówna, która własnymi rękami buduje nowe osiedle w bardzo sympatycznym filmie „Przygoda na Mariensztacie”, a także bohaterek autentycznych – jak Magdalena Figur, słynna dziewczyna na traktorze czy Leokadia Kubanowska – policjantka, kierująca ruchem ulicznym, słynna na całą Polskę, a zwana poufale  – „Lodzią”. Obie panie nie były wytworami propagandy a jedynie mocno przez nią podchwycone.

Autentyczne celebrytki socjalizmu…

Pani Magdalena była pasjonatką techniki i motoryzacji, jako pierwsza kobieta -ukończyła kurs samodzielnego kierowcy traktora w 1949 roku, po czym stanęła na czele pierwszej brygady traktorzystek i została przodownikiem pracy, osiągając tym samym lepsze wyniki od nie jednego mężczyzny. Jej wkład w „budowanie socjalizmu” został doceniony i pani Magdalena została uwieczniona na słynnym plakacie, pod którym widnieje podpis: „Młodzieży – naprzód do walki o szczęśliwą, socjalistyczną wieś!”

warszawadzienkobiet (7)

Magdalena Figur. Wikipedia Commons

Pani Leokadia natomiast była siedemnastoletnią dziewczyną, gdy nastało wyzwolenie. W Warszawie była sama, mama dziewczyny była w obozie koncentracyjnym a siostra na robotach w Niemczech. Za namową sąsiada zwróciła się do Komendy Milicji Obywatelskiej o przyjęcie do pracy. Wkrótce stała na skrzyżowaniach Warszawy, ubrana w wojskowy szynel, uzbrojona w karabin i strzegła ruchu.  Młoda dziewczyna budziła sympatię w warszawiakach, kilku kochało się w policjantce, czasem z okien przejeżdżających samochodów rzucane były pod jej stopy kwiaty. Propaganda przedstawiała ją jako symbol emancypacji kobiet możliwej jedynie za sprawą socjalizmu. Młoda, pochodząca z prowincji,  nieśmiała dziewczyna stała się niekwestionowaną gwiazdą ówczesnych mediów. A w 1948 roku dostała zaproszenie na bal sylwestrowy, na którym zatańczył z nią sam premier Cyrankiewicz.

warszawadzienkobiet (8)

Warszawa, 1 marca 1948. Milicjantka Leokadia Kubanowska zwana Lodzią pomaga pchać samochód Chevrolet. Fot PAP

Święto Kobiet – light…

warszawadzienkobiet (9)

Tulipany z metalowego wiadra. fot. Zbigniew Kosycarz/KFP

Po okresie stalinowskim propaganda nieco zelżała a święto przybrało zrytualizowane formy ze znacznie mniejszym „zadęciem” niż w minionej epoce. W zakładach pracy organizowano uroczyste akademie, wręczano kwiaty, czekoladki a nawet zaproszenia do teatru. W kolejnych latach miały miejsca spotkania władzy z przedstawicielkami środowisk pracowniczych. Zmienił się też wizerunek „kobiety na topie”. Miejsce przodownicy pracy zajęła kobieta – posiadająca jakieś unikalne umiejętności czy talenty. Godnymi wywiadów, ukazujących się na łamach prasy w dniu 8 marca były np.: Teresa Wierzbicka – płetwonurek, pierwsza Polka, która nurkowała pod lodem czy Krystyna Terlikowska – trenerka lwów. Informacją w gazecie doceniano też zwykłą życzliwość kobiet: „Miła, szybka, dla wszystkich jednakowo uprzejma jest Franciszka Skowronek , bufetowa w barze Lotos na Chełmskiej” – tych, którzy nie czują klimatu zachęcam do obejrzenia sceny z baru Apis w słynnym „Misiu” – Stanisława Barei. W latach siedemdziesiątych gierkowska propaganda sukcesu wykorzystywała 8 marca do informowania o ile wzrosła produkcja pralek czy ilość sklepów w danym mieście a także, o możliwości nabycia sklepach WSS Społem „praktycznego upominku– np.: bluzki importowanej z Egiptu”.

warszawadzienkobiet (10)
Tak zwana „oficjałka” i kwiatek

Sztandar PZPR wyprowadzić…

Święto zrzuciło komunistyczną etykietkę i nie odeszło w zapomnienie wraz z rozwiązaniem partii.  Obecnie w Polsce – 8 marca – jest uznawany jako święto, tak jak i w wielu innych krajach. Kwiaty nadal są wręczane paniom w miejscach pracy nie tylko prywatnie ale w dużej mierze zwyczaj ten obecnie jest już na nowo przejęty przez „kadry zarządzające”.

…goździki, rajstopy, komuniści, sufrażystki, bolszewicy, rewolucja… – a najpiękniej o Dniu Kobiet zaśpiewał Maciej Maleńczuk, a ja się do tych życzeń dla wszystkich Pań przyłączam:

W tym dniu nieistniejącym Święta Kobiet,
A jednak właśnie ten dzień się pamięta,
Doprawdy składam tę wiązankę Tobie,
Z wyrzutów sumienia…

Niech że na gorsze nic już nigdy się nie zmieni,
I nic nie każe Ci być twardą i bez wad,
Miej zawsze dużo dobrych rzeczy do jedzenia,
Bezpieczny własny świat…

Cóż, jeszcze tylko bukiet szczerych chęci,
Co nie jest więcej wart niż ćwiartka w bramie,
Niech nic już nigdy złego się nie święci,
Święte niech – święci się…

Nie telep się samotnie w czterech ścianach,
W każdy odgłos się nie wsłuchuj jak ten pies,
Niech tylko słońce w Twoje okno skośnie wpada,
Nie tylko ciągle deszcz…

A życie Twoje niechże będzie żywe,
I pełne miłych, żywych niespodzianek,
I nie bierz dobrych monet za fałszywe,
Mimo że, mimo że…

Ubieraj się w kolory – nie na czarno,
I niech telefon dzwoni bodaj cały dzień,
I nie trać wiary – niech na Twoją przyszłość całą,
Nie padnie nigdy cień…

W tym dniu nieistniejącym Święta Kobiet…

Kresy – powiązania

Andrzej Rejman

Z Berżenickiego Albumu – ciąg dalszy

Krystyna Stankiewicz wspomina miejsce swojego dzieciństwa, rodzinę i znajomych.

We wspomnieniu pojawiają się między innymi:

Krystyna Narutowiczowa, z d. Ławcewicz (1904-2001), koleżanka z polskiej szkoły w Kownie jej matki, Heleny Stankiewiczowej – żona Kazimierza Narutowicza, bratanka Prezydenta II RP Gabriela Narutowicza.

1_szkola_w_Kownie_klasa_Narutowicz_Zan_HelenaW polskiej szkole w Kownie, zdjęcie przed 1920 r., w drugim rzędzie od prawej, czwarta patrząc z przodu – Helena Zan (potem Stankiewiczowa), ze zbiorów rodzinnych

Teresa Zanowa, (z d. Dowgiałło) babcia autorki niniejszych wspomnień – żona Tomasza Zana, wnuka Tomasza Zana-Promienistego i matka ostatniego Tomasza Zana, oficera i dowódcy Armii Krajowej w Wilnie i na Polesiu, dziedziczka Dukszt na Litwie. Przyjaciółka Prezydenta Stanisława Wojciechowskiego i Karola Szymanowskiego. W 1917 r. wraz z 15–letnim synem Tomaszem służyła w Korpusie Polskim Dowbora-Muśnickiego. Następnie była komendantką Obwodu „Zarzecze” POW. Za tę działalność odznaczona krzyżem Virtuti Militari V klasy, a w 1933 r. Krzyżem Niepodległości z Mieczami. Od 1941 r. zaangażowana przez syna do wywiadu ZWZ w Wilnie, gdzie pod ps. Anna prowadziła łączność kolejową. Aresztowana przez Niemców w 1942 r. w czasie podróży do Warszawy, więziona na Pawiaku, poddawana ciężkim przesłuchaniom na Szucha. Syn Tomasz bez powodzenia usiłował ją wykupić. Wywieziona do Ravensbrück zmarła tam w szpitalu obozowym 19 lutego 1945 r. otoczona powszechną miłością współwięźniarek. Do ostatniej chwili przytomna, żałowała, że nie ginie jak żołnierz na polu bitwy i modliła się, aby jej syn Tomasz przeżył wojnę.

2 chrzciny Krystyny StankiewiczSpotkanie z okazji chrzcin autorki niniejszych wspomnień – obok Adama Hrebnickiego (z brodą), stoi Teresa Zan z wnuczką Marysią Stankiewiczówną

We wspomnieniu pojawiają się też: Tomasz Zan, rodzina Kawalców, Antonina Bujniewicz Miłoszowa, Stanisław i Janina Tyszkiewiczowie, Maria Łaszkiewicz z synem Tomaszem, Wacław Stankiewicz z żoną Marią z Woyczyńskich, Helena Knotowa z d. Krażowska, Michał Dyrmont, Michał i Stefan (bracia) Pisani, Jan Szejko (wójt gminy Dukszty), Michał Dyrmont, Michał Norejko, Gienia Hlebowicz, Józef Miłosz i inni, których dla porządku wymienić należy.

***

3 Tomasz ZanTomasz Zan, brat Heleny z Zanów Stankiewiczowej, wybierający się na polowanie;

poniżej: przy stole w Raju – Adam Hrebnicki z córką Marią i wnuczką Julią (oba komentarze  – Krystyna Stankiwiczowa)

 

 

 

4 Adam Hrebnicki corka Maria wnuczka Julia

5 Antonina Bujniewicz Miloszowa Maria KrysiaPosiłek na ganku w Berżenikach, Krystyna i Maria Stankiewiczówny z Tonią Miłoszową (Antonina z Bujniewiczów)

6 Helena Stankiewicz Maria NarutowiczHelena Stankiewicz z serdeczną przyjaciółką Krystyną Narutowicz w Berżenikach

7 Panowie Pisani na gankuW Puszkach u państwa Pisani – Michał i Stefan Pisani, Nika Zanowa żona Tomasza Zana i inni

8 Harcerze w DuksztachStacja kolejowa w Duksztach. Odjazd harcerzy z obozu harcerskiego, prawdopopodobnie hufiec żywiecki lub warszawski

Solidarność według Kobiet / Frauen und Solidarność

Die unsichtbaren Frauen: Solidarność, polnischer Feminismus und das Feindbild „Gender“
Filmabend und Diskussion
Frauen der Solidarność (OmU, Polen, 2014) Reg. Marta Dzido, Piotr Śliwowski

Letztes Jahr feierte Polen 25 Jahre Freiheit. „Solidarność“ hat grammatisch das weibliche Geschlecht, trägt aber ein männliches Gesicht, und die dominante Erzählung über den antikommunistischen Widerstand verschweigt die Beteiligung der Frauen an der Bewegung. Die Geschichte dieser unsichtbaren Frauen hat jedoch bis heute Auswirkungen auf den polnischen Feminismus. Wie kann die Geschichte der Frauen im und gegen den Kommunismus rekonstruiert bzw. wiedergewonnen werden? Hat der Triumph der Solidarność im Jahr 1989 den polnischen Frauen Befreiung gebracht? Und wie geht es weiter mit Frauenfragen im heutigen Polen, wo die aktuelle Regierung die „Gender-Ideologie“ zum Feindbild macht?

Kommentar zum Film und Einführung in die Online-Ausstellung „Women under Communism“ von Ewa Maria Slaska (Autorin und Journalistin) und Prof. Dr. Magdalena Waligórska (Universität Bremen)

Solidarnosc in RBF7xx
Der Film widmet sich den polnischen Frauen, die sich in den 1980er Jahren in der polnischen Gewerkschaft Solidarnosc engagierten und damit zur politischen Wende 1989 beitrugen. Doch im kulturellen Gedächtnis Europas ist der Beitrag dieser Aktivistinnen nahezu ausradiert und in der Geschichtsschreibung sozialer Bewegungen wird der politische Aktivismus beteiligter Frauen häufig ausgeblendet. Stattdessen wird Bewegungsgeschichte auf männliche Akteure verkürzt. So auch im Falle der Solidarnosc, der größten Oppositionsbewegung im kommunistischen Osteuropa, die in ihren besten Zeiten zehn Millionen Mitglieder zählte, davon die Hälfte Frauen. Obwohl die Gewerkschafterinnen Seite an Seite mit ihren männlichen Kollegen für eine Demokratisierung der Gesellschaft kämpften, ist kaum eine der rund fünf Millionen Frauen aus der Solidarnosc namentlich bekannt. Und das, obwohl es gerade die Frauen waren, die in den Jahren nach der Verhängung des Kriegsrechts und dem Verbot der Gewerkschaft 1981 konspirative Strukturen aufbauten. Innerhalb der Gewerkschaft blieben ihnen Führungspositionen verwehrt, und 1989 saß lediglich eine einzige Frau aus der Solidarnosc bei den Verhandlungen mit am „Runden Tisch”. Der Film begibt sich auf Spurensuche nach den vergessenen Aktivistinnen.
D. Brunow, Feministische Studien

In Zusammenarbeit mit Städtepartner Stettin e.V.

Veranstalter Solidarnosc

Zum Frauentag organisiert Regenbogenkino beginnend am 3. März eine Reihe mit den Filmen zum Thema Migrantinnen / Frauen in anderen Ländern und Kulturen.

Siehe

Przedruk: Zaszczuta wiceminister

Zbigniew Milewicz

Z drugiej ręki

Nie czytam dwutygodnika Kobra, ale robi to Jurek, mój monachijski sąsiad, z którym sobie czasem przy piwku politykujemy. Od niego więc mam ostatni, grudniowy numer pisma z ubiegłego roku, w którym jest m.in. tekst na temat Moniki Zbrojewskiej, współkierującej resortem sprawiedliwości w rządzie Platformy Obywatelskiej. Dobry materiał dziennikarski, pióra Anny Fijak, którym chciałbym się z Państwem podzielić, opowiada on o wszechobecnym na scenie politycznej mobbingu i jego tragicznych skutkach.

kobra

Z hasłem miłości bliźniego na ustach potrafimy zabić. Wprawdzie nie bezpośrednio, przy użyciu niebezpiecznego narzędzia, ale słowem. Złe słowo, zwłaszcza dzisiaj, w dobie internetu, ma zabójczą moc. Dotyka przede wszystkim osoby wrażliwe, bo te gruboskórne zniosą wiele. A co do tego, że Monika Zbrojewska była kobietą kruchą, jej znajomi nie mają wątpliwości. Gdy nastąpił bezpardonowy atak, nie umiała sobie z nim poradzić.

Piątek 23 października, wczesne popołudnie. Ulicą Byszewską w Łodzi jedzie toyota yaris, za nią samochód kierowany przez emerytowanego policjanta. Policjant widzi, że poprzedzający go pojazd dziwnie się zachowuje, mówiąc wprost – jedzie zygzakiem. Zawodowa rutyna daje znać o sobie. Były funkcjonariusz wyprzedza toyotę, zajeżdża jej drogę zmuszając do zatrzymania. W środku kobieta, jakby nie zdająca sobie sprawy, co się dzieje. Wyczuwalny jest alkohol. Kiedy później przeprowadzono badanie okazuje się, że stężenie wynosiło ponad dwa promile. To dużo, w przypadku kobiety bardzo dużo.

Przyjeżdża policja. Kobieta nie wszystkie polecenia wykonuje bez sprzeciwu. Zostaje odwieziona do Izby Wytrzeźwień. Jeszcze nikt nie wie, że chodzi o wiceministra sprawiedliwości Monikę Zbrojewską.

kobra (1)Zanim informacja dotarła do przełożonych, ktoś dał cynk dziennikarzom. Przypadek? Są tacy, którzy wszystko widzą w jasnym kontekście. Monika Zbrojewska jest ministrem w rządzie Platformy Obywatelskiej. Za kilka godzin rozpoczyna się cisza wyborcza, a z nią kończy się w mediach okładanie ciosami poniżej pasa. Ale o konkretnym przypadku pisać przecież można. Następuje zmasowany atak. Media, zwłaszcza te związane z Prawem i Sprawiedliwością, biją na odlew. Internet pełen jest chamskich komentarzy. I nic to, że wiceminister nie należy do PO, nie uważa się za polityka. Dla jednych wystarczy, że jest ze znienawidzonego rządu, dla drugich radość sprawia, że ktoś, kto był tak wysoko, właśnie z hukiem z tej wysokości spada. Dla różnej maści nieudaczników, przeciętniaków, a czasami wręcz pospolitych leni, porażka człowieka bardziej uzdolnionego, bardziej pracowitego jest najsłodszym miodem na zawistne serce.

Nic nie wskazywało, że kiedyś osiągnie zaszczyty. Rodzice posłali ją do technikum odzieżowego, bo Łódź była wówczas centrum przemysłu włókienniczego i zawód dawał gwarancję pracy. Wprawdzie po transformacji padał zakład za zakładem, ale gdy Monika Zbrojewska rozpoczynała edukację w szkole średniej, nikomu nie śnił się krach socjalistycznej gospodarki, a z nim bankructwo całych gałęzi przemysłu.

W technikum uczono zawodu, po macoszemu traktując przedmioty humanistyczne. Nagle okazało się, że uczennica Monika ma większe ambicje. Marzyło się jej prawo, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że ze świadectwem z „odzieżówki“ i wyniesioną z tej szkoły wiedzą, na prawnicze studia nie ma żadnych szans. Obowiązywały wówczas egzaminy wstępne, a sito na tradycyjnie obleganym przez kandydatów prawie było szczególnie gęste.

Ku zaskoczeniu komisji stała się rzecz niezwykle rzadka. Absolwentka technikum odzieżowego zdystansowała dziesiątki kandydatów z „lepszych” szkół. Nikt nie wiedział jednak, że za tym sukcesem kryły się setki godzin spędzonych nad podręcznikami, których nie obejmował program nauczania w technikum. Monika Zbrojewska okazała się jedną z najlepszych wśród ubiegających się o indeks Uniwersytetu Łódzkiego. Studia skończyła wśród trojga najlepszych studentów na swoim roku. Zaproponowano jej pracę w Katedrze Postępowania Karnego i Kryminalistyki. Została na uczelni.

Szybki doktorat, dziesiątki naukowych publikacji. Stała się znana poza wąskim, naukowym środowiskiem, dzięki komisji śledczej w sprawie afery Lwa Rywina. Została jej ekspertem. Posiedzenia komisji transmitowane przez wszystkie znaczące stacje telewizyjne, cieszyły się olbrzymią oglądalnością. Wśród ekspertów wyróżniała się właśnie Zbrojewska. Z jednej strony fachową wiedzą, z drugiej obiektywizmem. Niektórzy z występujących traktowali udział w komisji jako trampolinę do kariery, a ich stronniczość była aż nazbyt widoczna. Na ich tle Zbrojewska budziła szacunek nawet u osób, którym obiektywne opinie pani ekspert się nie podobały, bo stały w kolizji z politycznymi interesami. Potem, jakby naturalną koleją rzeczy, były komisje w sprawie prywatyzacji PZU i w sprawie Olewnika.

Wielu jej zazdrościło. Szybkiej kariery naukowej ukoronowanej habilitacją w wieku 41 lat, co w naukach prawniczych nie jest częste, także statusu materialnego związanego z prowadzoną równolegle praktyką adwokacką. Zazdroszczono znanych klientów, takich jak choćby Leszek Miller (proces przeciwko Zbigniewowi Ziobrze) czy niegdysiejsza gwiazda telewizyjna Irena Dziedzic. Zazdrośnicy nie zastanawiali się nad ceną, którą za powodzenie przychodziło Monice Zbrojewskiej płacić. A cena była bardzo wysoka, bo w życiu nic nie jest za darmo.

Wszystko zbudowała na jednym filarze. Kariera, praca zawodowa. Nie było żadnej innej podpórki, choćby tej natury osobistej, żadnego oparcia. Taka konstrukcja jest bardzo niebezpieczna. Gdy pada jedyny filar, wszystko obrócić się może w ruinę. Takiej ruiny Monika Zbrojewska doświadczyła.

kobra (2)

Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie Cezary Grabarczyk, obejmujący fotel ministra sprawiedliwości i jego propozycja skierowana do łódzkiej znajomej o objęcie stanowiska jednego z zastępców. Monika Zbrojewska została wiceministrem.

Wchodziła do budynku przy Alejach Ujazdowskich chyba nie zdając sobie sprawy, jakie to miejsce. Miejsce zasiedziałych pracowników, odpornych na zmiany personalne na szczytach, biegłych w zakulisowych grach i zwalczaniu konkurencji. Nowa wiceminister bez politycznego zaplecza (wszyscy przecież wiedzieli, że do PO nie należy), bez umiejętności bezwzględnego wymuszania na podwładnych posłuszeństwa, z góry stała na straconej pozycji. Dodatkowo górowała nad większością ministerialnych urzędników wiedzą, a jest to grzech, którego wielu wybaczyć nie potrafi. Nie miała męża, nie miała dzieci, więc pracy mogła całkowicie się poświęcić, a takie zawodowe zaangażowanie także nie może podobać się ludziom, żyjącym w rytmie ośmiogodzinnego dnia.

Było trudno, a stało się jeszcze trudniej, gdy z ministerstwa odszedł Cezary Grabarczyk. Nowy szef resortu, Borys Budka, został zaskoczony atakiem na wiceminister Zbrojewską. Szczególnie zajadły był jeden z ustosunkowanych urzędników. Minister Budka chcąc sprawę ostatecznie wyjaśnić, zarządził konfrontację, ale do niej nie doszło, gdyż urzędnik wycofał się z oskarżeń. Sprawy jakby już nie było, ale przecież zły osąd pozostał. Monika Zbrojewska została odsunięta od nadzoru nad komisją kodyfikacyjną. To dla niej bolesna porażka, bo uzmysławia sobie, że jednak jej wrogowie odnieśli zwycięstwo, a minister Budka jej nie obronił. Nie chciał, czy nie mógł?

Powinna sobie odpuścić. Zbliżały się przecież wybory, a sondaże wskazywały, że Platforma Obywatelska nie otrzyma mandatu na dalsze sprawowanie rządów. Jeżeli padnie PO, to padnie również minister Budka, a z nim wszyscy jego zastępcy. Czy jednak gorycz i emocja były silniejsze od trzeźwej kalkulacji? Czy to, co stało się 23 października na ulicy Byszewskiej w Łodzi, nie wiązało się z zawirowaniami w ministerstwie?

Alkohol temat drażliwy. Współpracownicy Zbrojewskiej będą utrzymywać, że nie piła. Na oficjalnych imprezach lampka lub dwie wina, nigdy nie zdarzyło się, by nie przyszła na zajęcia. Ale przecież 23 października nikt nie zmusił wiceminister do wypicia szklanki wódki i do zajęcia miejsca za kierownicą. Ludzie nieuzależnieni od alkoholu zwykle nie sięgają po tak dużą dawkę, by rozładować stres.

Psycholog Andrzej Wroński zastrzega się, że o przypadku pani wiceminister mówić nie będzie, bo go nie zna. Co najwyżej o alkoholizmie wśród kobiet. Staje się on problemem. Coraz więcej pań w tajemnicy przed otoczeniem, nawet najbliższą rodziną, sięga po kieliszek. Najczęściej wieczorem, po trudnym dniu. Z czasem to samotne picie staje się nałogiem. Kobiety odrzucają od siebie brutalną prawdę, że wpadły w uzależnienie. Rano przecież wstają do pracy, normalnie funkcjonują, w czym więc problem? Kac leczą porcją tabletek. Współpracownicy nie mają pojęcia, że dzieje się coś złego. Czy tak było w przypadku Moniki Zbrojewskiej? Być może…

Reakcja jest szybka. Po kilku godzinach od zatrzymania wiceminister, premier Ewa Kopacz podpisuje jej dymisję, dziekan Wydziału Prawa Uniwersytetu Łódzkiego Agnieszka Liszewska stwierdza, że dalsze uczenie prawa przez osobę, która dopuściła się przestępstwa, będzie niemożliwe, Rada Adwokacka grozi wydaleniem z zawodu. Sankcje poważne, ale przecież zasłużone. Czy jednak to, co działo się potem, można już usprawiedliwić?

Monice Zbrojewskiej zawalił się cały jej dotychczasowy świat. Pracę na uczelni, adwokaturę w ciągu jednej chwili powinna wykreślić z życiowego kalendarza. A przecież zawodowemu sukcesowi poświęciła wszystko. Na dodatek internet zieje jadem. Każdego dnia zatrzymuje się w Polsce przynajmniej kilkudziesięciu nietrzeźwych kierowców, ale nikt się nimi nie interesuje. Są przecież anonimowi, nic nie znaczą. Zbrojewska wystąpiła jednak przed szereg, a polski szereg bardzo nie lubi, gdy ktoś łamie jego szyk i przy najbliższej nadarzającej się okazji z lubością wdepcze delikwenta w ziemię.

Nie wychodzi z domu. Najbliżsi radzą, by nie uruchomiała komputera i nie czytała dotyczących jej wpisów, by nie sięgała po gazety. Czy jest jednak w stanie odizolować się od świata, w którym tkwiła po uszy?

Rodzina zawozi ją do szpitala. Przechodzi gruntowne badania. Wykazują silne zatrucie lekami. Czyżby sięgała po zwiększone porcje tabletek, by choć na chwilę zapomnieć albo na chwilę zasnąć? Monika Zbrojewska umiera 30 października. Lekarze jako przyczynę śmierci podają niewydolność wielonarządową. Monika Zbrojewska chciała, by je ciało skremowano. Kiedy przygotowywano się do pogrzebu byłej wiceminister, internet dalej syczał. Dominowało przekonanie, że 43-letnia kobieta zapiła się na śmierć. A fakt, że akurat było to kłamstwem, nie miał dla piszących żadnego znaczenia. Prawda bowiem jest ostatnią rzeczą, którą nienawistnicy zwykli się przejmować.

Anna Fijak