Stuart 12

Stuart na rozdrożu, ten facet jest cały czas na rozdrożu…

Joanna Trümner

Powrót do domu

Zgodnie z ostatnim życzeniem ojca Stuart kupił wielką choinkę, która stanęła w jadalni mieszkania rodziców i przypominała rodzinie o tym, że mimo smutku i bezradności po śmierci ojca, za oknami domu toczyło się dalej normalne życie, a inne rodziny przygotowywały się do Świąt, gotowały jedzenie i pakowały prezenty dla najbliższych. Po mieście chodzili ludzie zajęci ostatnimi przedświątecznymi zakupami, nie mogący się doczekać tych kilku szczególnych dni w roku, na ich widok Stuartowi przeszła przez głowę myśl, że ojciec zmarł w najmniej odpowiednim momencie w roku.

W kilka dni po pogrzebie Stuart, Kate, Eve z Williamem i matka zasiedli przy stole kuchennym w rodzinnym domu, żeby wspólnie ustalić, co robić dalej ze spadkiem po ojcu i pubem – dotychczasowym źródłem utrzymania rodziny i wielkim planem życiowym ojca. Eve rozpoczęła rozmowę od pretensji do rodzeństwa o to, że nigdy nie przejmowali się rodzicami i podczas, kiedy oni dla własnej przyjemności zwiedzali świat, ona została na miejscu i spełniała obowiązki córki. Obowiązki, dla których zrezygnowała z własnych planów. Stuart przysłuchiwał się zarzutom siostry pod swoim adresem w milczeniu i zadawał sobie w duchu pytanie: „Za co ona mnie tak nienawidzi?”

Podczas monologu żony William unikał patrzenia w oczy Kate i Stuartowi. Walczył z zażenowaniem i wstydem, czuł się bardzo niezręcznie w roli biernego świadka rodzinnych porachunków, eksplozji nienawiści i zbieranych latami urazów i pretensji, ale zabrakło mu odwagi, żeby wstać i wyjść. W dalszym przebiegu rozmowy Eve oznajmiła, że gotowa jest przejąć prowadzenie pubu pod warunkiem, że matka przepisze go notarialne na nią i że nie będzie z nikim musiała dzielić dochodów. Poza tym chciała zamienić się z matką mieszkaniami – ona i William mieliby zamieszkać w rodzinnym domu, a matka przeprowadziłaby się do wynajmowanego do tej pory przez Eve i Williama trzypokojowego mieszkania o kilka ulic dalej.

Stuart i Kate popatrzyli na siebie z niedowierzaniem. „Czyli mama nie będzie miała ani mieszkania ani dochodów?” – skomentowała propozycję siostry Kate. Stuart pełnym współczucia wzrokiem patrzył na Williama i zaproponował, żeby spotkać się ponownie za kilka dni, podczas których on zapozna się z prowadzoną przez ojca księgowością. „A ja myślałam, że zaraz będziesz wracał do swoich tysięcy słuchaczy w Australii”, skomentowała z przekąsem Eve.

Matka najmniej uczestniczyła w tej rozmowie i sprawiała przez cały wieczór wrażenie, jakby żaden z poruszanych tego wieczoru tematów nie dotyczył jej bezpośrednio. Stuart z przerażeniem przypomniał sobie absurdalne sceny z okresu jej załamania psychicznego i pobytu w klinice psychiatrycznej, i wspólnie z Kate zdecydował, że zwróci się o pomoc i radę do Meg, młodej pani psycholog, której już raz udało się pomóc matce w powrocie do życia. Tego samego wieczoru postanowił też, że zostanie w Walton przez najbliższych kilka miesięcy, żeby nie pozwolić starszej siostrze na przejęcie steru w ręce, i zaopiekować się matką. W Australii nie czekała na niego praca, mógł więc sobie pozwolić na poświęcenie kilku miesięcy rodzinie. Następnego dnia zajął się czytaniem skrupulatnie prowadzonych przez ojca zeszytów z księgowością z ostatniego roku i wybrał się do banku, żeby poznać faktyczną sytuację finansową domu w Walton.

Liczby, które poznawał, wprawiały go w zaskoczenie – pub w ciągu ostatnich kilku lat przynosił niezłe dochody. Ponadto ojciec miał ubezpieczenie na życie i od lat wpłacał składki na prywatną rentę, z której matka będzie mogła korzystać. Ta zaskakująco dobra sytuacja finansowa w Walton bardzo uspokoila Stuarta, równocześnie nie potrafił zrozumieć, dlaczego rodzice nigdy nie korzystali z tych pieniędzy? Na co czekali? Na jakieś inne życie, na jakieś później, jutro, którego już nie spędzą razem?

Miłość

My love she speaks like silence, without ideals or violence
She doesn’t have to say she’s faithful, yet she’s true, like ice, like fire
People carry roses and make promises by the hours
My love she laughs like the flowers Valentines can’t buy her.

Moja miłość mówi tak, jak mówi cisza – bez ideałów, bez przemocy,
Ona nie musi mówić, że jest wierna, ona jest tak prawdziwa jak lód i jak ogień
Ludzie przynoszą róże i obecują co godzinę co innego.
Moja miłość śmieje się tak jak kwiaty, których nie dostaniesz na Walentynki.

Bob Dylan

What am I to you tell me darling true
To me you are the sea vast as you can be
And deep the shade of blue
When you’re feeling low
To whom else do you go?

Kochanie, powiedz mi prawdę – kim dla Ciebie jestem?
Dla mnie ty jesteś głębokim morzem
I głębokim odcieniem błękitu.
Do kogo innego możesz przyjść, kiedy jest Ci źle?

Norah Jones

Siedział nad słupkami cyfr, które powoli zlewały mu się w jedną całość, postanowił więc pójść na spacer nad morzem i poukładać myśli. Długo spacerował po mokrym piasku na pustej plaży. W chwili, kiedy chciał zawrócić i pójść do domu zobaczył w dużej odległości kobietę z wielkim seterem. Pies musiał być jeszcze bardzo młody, wyrywał się ze smyczy i ciągnął za sobą kobietę, która w pewnej chwili nie potrafiła mu dłużej stawiać oporu i przewróciła się. Seter parł do wody, ciągnąc ją za sobą, widać było, że kobieta nie panuje nad sytuacją i nie jest wstanie zatrzymać biegu psa. Stuart podszedł, jednym silnym ruchem powstrzymał katastrofę i dopiero wtedy spojrzał ku nieznajomej, w której z zaskoczeniem rozpoznał Meg, psycholożkę. „Dlaczego trafił mi się najgłupszy pies na świecie?”, przywitała go z uśmiechem. „I jak mogłam go nazwać Einstein?”

Sytuacja była tak komiczna, że obydwoje nie potrafili opanować śmiechu. „Nobla nie dostanie, nie musisz się martwić. Dobrze, że się spotkaliśmy, i tak chciałem się z tobą porozmawiać”. „Słyszałam o twoim ojcu, bardzo mi przykro”. „To był dla nas szok i boję się, że mama sama się nie pozbiera, więc gdybyś znalazła chwilę czasu na spotkanie z Kate i ze mną…” „Chętnie, ale chyba nie teraz” – odpowiedziała pokazując na mokrą i brudną od piasku kurtkę. Stuart odprowadził ją do domu, trzymając na smyczy niesfornego Einsteina. Na pożegnanie umówili się na wieczorne spotkanie u niej w domu. O siódmej Stuart siedział z siostrą w przytulnej kuchni Meg i głaskał po głowie Einsteina, który wyraźnie ucieszył się na jego widok.

Rozmawiali o śmierci ojca, o matce, która sprawiała wrażenie zupełnie nieobecnej myślami i o Eve, która wykorzystała ten zupełnie nieodpowiedni moment na wypowiedzenie wojny rodzinie. Meg opowiadała im o miesiącach, które minęły od ich ostatniego spotkania, o pracy w szkole w Walton i okolicznych domach starców i rosnącej liczbie prywatnych pacjentów. A potem z ciekawością słuchała opowiadania Kate o życiu w Niemczech i wrażeń Stuarta z Australii. Pod koniec rozmowy rodzeństwo poprosiło Meg o spotkanie z matką i ocenę sytuacji. Kiedy krótko przed północą Stuart Kate opuszczali mieszkanie Meg, Stuart już cieszył się na spotkanie w przyszłą sobotę. W drodze do domu Kate powiedziała: „Chciałabym mieć taką przyjaciółkę. Do ciebie by zresztą też świetnie pasowała”. Stuart nie skomentował uwagi siostry, ale w duchu pomyślał, że nikt inny tak dobrze nie potrafi odgadywać jego myśli.

Dzięki radom Meg podczas następnej rodzinnej narady panowała spokojniejsza atmosfera. William nie pojawił się na tej rozmowie, na prośbę Stuarta uczestniczył w niej brat matki Stuart-senior. Rada rodzinna ustaliła, że prowadzenie pubu przejmie Eve, w zamian za co będzie płacić matce miesięcznie 100 funtów czynszu. Pieniądze, które do tej pory zaoszczędzili rodzice zostaną do dyspozycji matki. Eve, której bardzo zależało na notarialnym przepisaniu na nią mieszkania i pubu nie była zadowolona z przebiegu rozmowy: „Po co wam ten pub i mieszkanie? I tak nie będziecie tu mieszkać!” Za namową Stuarta-seniora udało się ją uspokoić i odroczyć dalsze decyzje na rok.

Kate wróciła do studentów w Berlinie, w dzień po jej wyjeździe Stuart poszedł na pocztę i zadzwonił do Iana. Powiedział, że przez następnych kilka miesięcy nie wróci do Australii: „Możesz więc podnająć mieszkanie, ja na razie muszę tu zostać”. W odpowiedzi usłyszał, że zawsze będzie na niego czekało miejsce do spania w mieszkaniu przyjaciela.

W drodze do domu poszedł na na cmentarz i stojąc nad grobem ojca prowadził z nim w myślach długą rozmowę – jedną z tych rozmów, których nie udało mu się przeprowadzić za życia. Wieczorem spotkał się z Meg. Jej relacja ze spotkania z matką bardzo go uspokoiła. Meg obiecała odwiedzać matkę raz w tygodniu – nie jako psycholożka, lecz raczej jako przyjaciółka domu. Na pytanie o dalsze plany Stuart opowiedział Meg o swoim życiu w Australii, o samotności w Walton i wątpliwościach, czy jego marzenie o karierze muzycznej ma jakikolwiek sens. Jego dotychczasowa droga: Londyn, Sydney, Wellington, Berlin brzmiała co prawda jak długa seria sukcesów, ale w rzeczywistości zdawał sobie sprawę z tego, że ciągle jeszcze stoi na początku drogi. „A czego Ty szukasz w Walton?”, zadał Meg pytanie, które od dawna chodziło mu po głowie. „Nikt przecież dobrowolnie nie przeprowadza się z Londynu do tej dziury, gdzie nigdzie nic się nie dzieje i gdzie ludzie marzą tylko o tym, żeby nic się nie zmieniło”. „Nie przesadzaj, i tu coś się czasami zmienia, na przykład pub będzie prowadzony przez młodą kobietę”. Po krótkiej przerwie dodała: „Chciałam o czymś zapomnieć”. Zrozumiał, że na dalszy ciąg tej historii będzie musiał czekać i zmienił temat. Z trudnością powstrzymał się od przytulenia jej. W drodze do domu pustymi ulicami Walton Stuart miał przed oczami Meg i wiedział, że stała się dla niego kimś bardzo ważnym.

Cdn.

14 wilków

Dziś znowu wilki

Katarzyna Krenz

14 WILKÓW

1.

Obecność to nasza pamięć. Wszyscy wiemy, że nie ma wczoraj, a jutro jest i zawsze będzie – jutro. Sekunda? Mgnienie? Tyle czasu mamy na zakorzenienie własnego bytu w ulotnym niebycie. „Tu i teraz” przypomina sprężynę: jest mnie tyle, ile pamiętam, reszta to czekanie. Przyszłość. Zawsze.

W pogoni za cięciwą horyzontu
staję się więźniem wolnych przestrzeni.
Dal trzyma mnie na wyciągnięcie ręki
Przysięgam, pewnego dnia złowię uciekający świat.

(K. Krenz, Krzysztof Kolumb każe podnieść żagle)

2.

Wyobraźmy sobie sytuację: autor napisał powieść, znalazł wydawcę, po miesiącach pracy książka została skierowana do druku. Nim jednak ruszą maszyny drukarskie, wydawca w ostatniej chwili rezygnuje. Wprawdzie tekst kitem nie jest, ale sądząc po sondażach rynku, hitem też nie będzie. Książki nie ma, a mimo to książka… jest. Zdążyła zawisnąć w chmurze zapowiedzi w Internecie, trafiła w mgławicę istnień wirtualnych: można obejrzeć okładkę, przeczytać opis, są nawet fragmenty tekstu oraz ISBN czyli International Standard Book Number, jaki posiada każda szanująca się książka. Z biegiem czasu autor przyzwyczaja się. Na listy czytelników odpowiada: Szanowny Panie, dziękuję za zainteresowanie, ale niestety, książki nie ma. Już, jeszcze. Nigdy.

3.

Kim jesteśmy? Faktem czy manipulacją? To zależy od punktu widzenia, perspektywy, kontekstu. Także od partii, która aktualnie ma przewagę i jej ludzie doszli do władzy. Bo punkt widzenia zależy od punktu, w którym się znajdujemy, a więc i od miejsca, gdzie znajduje się nasze krzesło. Patriota czy wróg publiczny? Mieszkaniec prowincji czy metropolii? Kobieta czy baba, dziecko czy bachor? Ukochany mężczyzna czy pozew rozwodowy, co to kiedyś deklarował, że całą by nas schrupał jak świeżą bułeczkę, a dziś mu włos w zupie przeszkadza. Doctor bullatus, asinus coronatus! Jak to się dzieje, że we współczesnym świecie morderca, złodziej i gwałciciel trafiają – zamiast królów, odkrywców i porządnych ludzi – na pierwsze strony gazet, podkręcając nie tylko bezkrytyczny zachwyt publiczności, ale i nakłady prasowe? Jak to możliwe, że nikt już nawet nie zadaje tego pytania, ponieważ odpowiedź jest stara jak świat: Panem et circenses! Za tym okrzykiem autorstwa starorzymskiego poety Juwenalisa, który wznosiło rzymskie pospólstwo, domagając się pożywienia i rozrywek, kryje się potężna siła, jaką jest strach i nienawiść.

4.

Czternaście wilków. Tyle sztuk liczyło początkowo stado, które w ciągu kilku lat odwróciło los umierającego amerykańskiego Parku Narodowego Yellowstone. W 1995 roku US Fish and Wildlife Service, wraz z zespołem kanadyjskich biologów, przenosi 14 wilków z Kanady i umieszcza je w Parku Narodowym Yellowstone, gdzie od roku 1926 były uznane za gatunek wymarły. W ciągu kilku lat liczba wilków wzrosła, ale to był tylko początek zmian. Efekty tej przeprowadzki były zaskakujące: cały ekosystem parku narodowego zmienił się tak dalece, że nawet rzeki zmieniły swój bieg.

http://weloveanimals.me/released-14-wolves-park-no-one-prepared-unbelievable-nature11/

5.

14 wilków. Jedna decyzja, jedno zdarzenie. Impuls. Iskra. Jedno spojrzenie. Jeden telefon, dzień, krok, niewiele, a jednak czasem, jak tu, ważny, bo zmieniający świat na lepsze, czasem o jeden za dużo, ponieważ to właśnie on sprawia, że w jednej chwili wszystko się nagle zmienia, a my lądujemy w alternatywnej rzeczywistości. Ogarnia nas rozpacz, zdumienie, przerażenie, zapadamy się. Odwracamy oczy, wychodzimy na ulicę. Zaczynamy rozmyślać o emigracji wewnętrznej. Albo o lotach kosmicznych w poszukiwaniu innych planet.

Ta jedna w pamięci mej tkwi 3

wir3bigKinga Szpuler o tłumaczeniach
Ireny Kuran Boguckiej (po hiszpańsku!)

O tym przejmującym wierszu był już wpis na tym blogu a też i na poprzednim; wiersz w oryginale i jego tłumaczenie na polski ukazał się (po raz pierwszy po polsku) w wydawanej przez Towarzystwo Literackie WIR (Verein zur Förderung der Deutsch-Polnischen Literatur) edycji literackiej (nr 2, 1995) Poetki z ciemności – Dichterinnen aus dem Dunkel.

Kaddisch (Kadish) de Mascha Kaléko (1942)

Kaddisch

Rot schreit der Mohn auf Polens grünen Feldern,
In Polens schwarzen Wäldern lauert Tod.
Verwest die gelben Garben,
die sie gesät, sie starben.
Die bleichen Mütter darben.
Die Kinder weinen: Brot.

Vom Nest verscheucht, die kleinen Vögel schweigen.
Die Bäume klagen mit erhobenen Zweigen,
Und wenn sie flüsternd sich zur Weichsel neigen,
Gen Osten wehen ihren trüben Psalm,
In bärtger Juden betender Gebärde,
Dann bebt die weite, blutgetränkte Erde,
Und Steine weinen.

Wer wird in diesem Jahr den Schofar blasen
den stummen Betern unterm fahlem Rasen,
Den Hunderttausenden, die kein Grabstein nennt,
Und die nur Gott allein bei Namen kennt.
Sass er doch wahrlich strenge zu Gericht,
Sie alle aus dem Lebensbuch zu streichen.
Herr, mög der Bäume Beten dich erreichen.
Wir zünden heute unser letztes Licht.

(books.google.de s.f.)

Kadisz

Krwawy krzyk wznoszą maki nad Polski zielony step,
W czerni leśnych ostępów Polski czai się śmierć.
Pożółkłe stogi gniją,
Ci, co je siali, nie żyją,
Bledną matki tułacze,
Dzieci wołają z płaczem
O chleb.

Ze swych gniazd wygnane ptaki umilkły, żaden nie śpiewa.
Wznosząc w górę gałęzie lamentują drzewa,
A gdy ku Wiśle się chylą z szeptem i szelestem
Na wschód wicher unosi ich rozpaczliwą pieśń,
Z brodatych żydów modlitewnym gestem.
Drżą rozległe, krwią nasiąkłe ziemie,
Płaczą kamienie.

Kto w tym roku dąć będzie w szofar, jak każe prawo,
Zamilkłym błagalnikom, pod zwiędłą murawą,
Setkom tysięcy, co imion nie mają na grobie,
A tylko Bóg jedyny wie, jak kto się zowie.
Siadłszy na sądzie, trwa z niezłomną mocą,
Aby każdego z Księgi Życia skreślić.
Panie, niech drzew wołanie do ciebie doleci.
Ostatnie światło zapalmy dziś nocą.

(archivo privado de Ewa Maria Slaska)

Mascha Kaléko fue una poestisa alemán-judía, muy apreciada en Alemania antes de la Segunda Guerra Mundial. En el año 1938 emigró con su familia a los Estados Unidos. Esto le ayudó a ella sobrevivir los tiempos difíciles. Sin embargo, el destino de los judíos y los horrores de la guerra influyeron enormemente en su obra. El tema está presente en muchos poemas suyas, como p.ej. en Kaddisch.

Las tres estrofas del poema poseen un diverso número de versos (seis, siete y ocho). Es una obra en versos libres, entonces, también el numero de las sílabas varía de cinco hasta once. El texto no está privado de rimas, aunque las encontramos dispersadas en orden irregular.

El tema del poema está relacionado con el rezo Kadish, que crea un elemento importante de varios oficios religiosos en la religión judia. También es una parte de las oraciones fúnebres. La poetisa se refiere a este motivo para subrayar el ambiente dramático y apocalíptico del poema. En las dos primeras estrofas se nos presenta el paisaje de guerra en Polonia. Todo está destruido y en estado de descomposición, en todas partes observamos las huellas de la muerte. Las madres no están en condiciones de cuidar a sus hijos que sufren hambre. Aún en la naturaleza se manifiesta la ansia de la guerra: las amapolas tienen el color de sangre, los pájaros están muertos, las piedras están llorando. Los árboles levantan sus ramas en el gesto de desesperación, pero también de oración; parecen los rabíes con las manos arriba. En la tercera estrofa el sujeto lírico pregunta por los muertos ¿que ocurrirá con ellos? Solo los árboles se han quedado para rezar por ellos, no lo pueden hacer otras personas. Ojalá, sus vocez lleguen al Dios, que los está tachando de la lista de los vivos.

En la traducción polaca del poema Kaddisch se refleja muy claramente el tono dramático y lúgubre. La traductora mantiene la estructura del poema, aunque con una pequeña exepción, o sea, divide el último verso de la primera estrofa en dos partes: “Die Kinder weinen: Brot.”; “Dzieci wołają z płaczem/ O chleb.” No es un cambio muy significativo, porque en la versión alemana hay dos puntos, un signo de puntuación que requiere una pausa en el momento de leerlo. La traductora lo cambia por dos versos, para que el lector haga la pausa necesaria y para acentuar la realidad del hambre. Asimismo, Bogucka pretende inventar las rimas. No siempre se encuentran exactamente en los mismos versos que en el texto original, sin embargo, su cantidad es silimar. Los versos son más largos de los en la versión original, esto procede de la particularidad del alemán, es decir, de los sustantivos, adjetivos incluso verbos formados de dos palabras: “blutgetränkte, Hunderttausenden, Lebensbuch; krwią nasiąkłe, setkom tysięcy, Księga Życia”. La traductora decide también extender algunas expresiones para que sean más transparentes para los lectores polacos, p.ej.: “Rot schreit der Mohn; Krwawy krzyk wznoszą maki”, “In Polens schwarzen Wäldern; W czerni leśnych ostępów Polski”, “schweigen; żaden nie śpiewa”, “Wer wird in diesem Jahr den Schofar blasen; Kto w tym roku dąć będzie w szofar, jak każe prawo”. En el último ejemplo vemos una parte adicional que no está en el texto original, la traductora la añadió para que se rimen los versos primero y segundo.

En general, en la traducción polaca sentimos muy intensivamente que la traductora comparte los sentimientos y experiencias de la autora del texto. Esto no nos extraña al darnos cuenta que ambas mujeres habían tenido que ser testigos de la guerra.

Irena Kuran-Bogucka Xilografía del ciclo “Lorca Romancero”, 1958

 

Reblog: Stolik przy oknie

Ukazało się w blogu Altana.

Dedykuję ten wpis jego Autorce. Dziś jest 13 listopada, Julito, a wiesz o tym, że jestem przekonana o bezwzględnej kobiecości liczby 13. Jutro noc niezwykłej pełni księżyca, inspirującej jak ta, która kiedyś dawno sprawiła, że ja napisałam pewien tekst, a Wy z moją siostrą ze zdania była druga w nocy zrobiłyście książkę o jesieni, miłości, śmierci, morzu i Księżycu.  

Julita Bielak

Przyszedł do mnie wiersz wyczekiwany, finezyjnie wycieniowany okruch liryczny, labirynt tajemniczy i niepokojący. Towarzyszyła mu ulotna nuta żalu – gdybyś była bliżej spotkalibyśmy się w małej kafejce, rozmawialibyśmy także o pisaniu. Ale jesteś daleko.

I kawiarnie inne. Kawiarnia najpierw powstaje, istnieje, potem staje się tradycją, potem staje się poczuciem tradycji, wreszcie niknie. Pierwszą warszawską był mały lokalik za Żelazną Bramą Ogrodu Saskiego. Z początku bywała tam niemal wyłącznie niemiecka służba dworska. W 1763 roku otwarto na Starym Rynku przy Krzywym Kole kawiarenkę, której właścicielkami było siedem sióstr. Bardzo popularna była kawiarnia pani Okuniowej i jeszcze inna, należąca do pani Neybertowej. Lokal, noszący nazwę “Wiejska Kawa” znajdował się na miejscu dzisiejszej ulicy Wiejskiej, mniej więcej tam, gdzie stanął gmach “Czytelnika” ze swoją kultową kawiarnią literacką w podziemiu. W  kawiarni “Lajkonik” przy Placu Trzech Krzyży prezydował Otto Axer, a stolik gromadził ludzi najrozmaitszych zawodów, przychodzili plastycy, pisarze, adwokaci, ludzie teatru i zawsze kilka ładnych dziewczyn. W kawiarniach stajni PIWu oraz w “Nowym Świecie”  wlekły żywot inne znane stoliki, gdzie siadywali Antoni Słonimski, Adam Ważyk, Gustaw Holoubek, Janusz Morgenstern, Tadeusz Konwicki, Mieczysław Jastrun. Do stolików dopuszczano lub nie, panowały przy nim jedyne w swoim rodzaju niepisane i niegłoszone obyczaje. Nie mówiło się zbyt poważnie o rzeczach poważnych, za to zwięźle i dowcipnie z wymogiem unikania komunałów (na przykład, że Szekspir jest wspaniały albo, że abstrakcja się przeżyła). Opowiadano dowcipy, byle były dobre z zakazem relacji snów, treści powieści, sztuk i streszczeń filmów. Wolno też było milczeć, byle inteligentnie.

Przy kawiarnianym stoliku powstał projekt założenia pewnego stowarzyszenia. W marcu lata temu w “Udziałowej” Stanisław Ossorya-Bochocki zainicjował zebranie założycielskie, na które przyszli o godzinie 12.00 punktualnie – Jerzy Boczkowski, Anda Kitschman, Jan Stanisław Mar, Konrad Tom, Julian Tuwim, Kazimierz Wroczyński – o wpół do drugiej przybiegł Jerzy Wrzos – Tadeusz Żeromski, przepraszając za spóźnienie, ale miał 5 lekcji i nie mógł się wcześniej wyrwać… Za to przyniósł wiadomość, że Jan Brzechwa, Władysław Lin, Benedykt Hertz, Artur Tur i jeszcze kilku innych z góry zgłaszają akces do mającej powstać organizacji, która ma bronić praw twórców. Tak kawiarniana muza stanęła u kolebki jakże dzisiaj szacownego ZAiKSu.

“Szumiały mu echa kawiarni” wykonywał w “Mirażu” Stanisław Ratold. “W kafejce widzimy się/ Przy oknie stolik nasz/ Gest, rozmowa, śmiech/ Spojrzenia cały czas/ Za oknem jak niemy film/ Przechodzi obok świat/…/” śpiewa w “Prostej piosence” Kuba Badach. Zmieniają się kursy polityczne, zmieniają się politycy, zmieniają wydawcy, przeobrażają się kawiarniane stoliki, same kawiarnie. Na miasta nachodzą nowe, tamtym nieznane.

I wiersz. Wiersz Janusza Urbaniaka mówi o sobie sam, istnieje.

TO CO ZAMKNIĘTE

Tak mało wiem i nie powinienem
więcej nie powinienem chcieć
czegoś co poza granicą zdarzeń
i języków ja ciało z ciała
krew wędrująca
z dłoni utworzony ptak
który szuka innych ptaków
zapominając że ciemność jest
natury stanem a jasność?

niepodobna rozumieć wszelkości
która roztacza się przez czasy i
przestrzenie granic za którymi
pojawia się następna wszystkość
a jednak ciągle porywają pytania
i wtedy stając naprzeciw drzewa
zmawiam modlitwę-wiersz

pieśń wykluczonego to skowyt
bez znaczenia wobec gromkości
istot której znakiem była
mnogość nieogarnięta słowem
bo słowa są zamknięte
bo ciała są zamknięte
i historia jest zamknięta

*

4.10.2012

Subiektywny bardak na skos II

Tomasz Fetzki

Ruszamy w drogę, czas nagli w uniwersum opowieści, a w realu też Szefowa Blogu przynagla do wysłania drugiego odcinka, sugeruje, że będzie za późno i takie tam – a przecież ludziom trzeba ufać!

Kierujemy się na zachód, ku Dęblinowi, do którego generał Kleeberg nie dotarł i w którego magazynach nie zdobył amunicji. Jedziemy dokładnie wzdłuż biegu Wieprza. Może nie tak dokładnie: Wieprz (przynajmniej według mapy) meandruje szaleńczo, my poruszamy się prosto. Od rzeki dzieli nas zaledwie kilkaset metrów, ale niczego z szosy nie widać, żadnych meandrów, tylko łąki i drzewa. A szkoda!

Viator nie byłby sobą, gdyby się trochę nie pomądrował. A wiecie, a macie świadomość – mówi do Viatorki i Szefowej Blogu – że to właśnie stąd ruszała kontrofensywa Piłsudskiego w sierpniu 1920? Tak, tak, cud nad Wisłą zaczął się nad Wieprzem! Okazało się, że wiedziały, ale tylko w ogólnych zarysach, szczegółowo nie identyfikowały roli tego konkretnie miejsca. Próżność Viatora została więc nakarmiona. A tak swoją drogą, myśli sobie Wędrowiec, nieszczęsny to kraj, gdzie co kilkanaście kilometrów musi się natknąć człowiek na kolejne pole krwawej bitwy. Tym bardziej, że to nie ostatnie takie miejsce w naszej podróży.

Dęblin. Znów się Viator zaczyna popisywać, a jakże. Irytujący facet! A wiecie, że takie miejsce, gdzie łączy się bieg dwóch rzek, miejsce ważne z punktu widzenia militarnego, gdyż świetne do obrony, nazywało się kiedyś sątokiem? Do dziś istnieje dawny gród obronny Santok koło Gorzowa Wielkopolskiego, ale takim sątokiem było też Krosno Odrzańskie, Kostrzyn, nawet Modlin. Po co nam o tym opowiadasz? Bo Dęblin to też sątok. Tutaj Wieprz wpada do Wisły. Stąd twierdza i w ogóle wojskowy charakter miasta, choć tradycje lotnicze akurat niekoniecznie wiążą się z rzekami. Viator wychował się w mieście poniekąd garnizonowym, więc mu nie pierwszyzna, ale taka ilość wydzielonego wojskowego areału w granicach Dęblina nawet na nim robi wrażenie. Jeszcze większe wrażenie wywiera niestety kościół, który Trójka Podróżnych mija zaraz po wjeździe do miasta. Architektura nowoczesna – jasne. Ale żeby wybudować taką Wieżę Saurona? Mordor! O, szlachetny baroku toskański, gdzieżeś jest?

4-lub

Chcieliby Podróżni zobaczyć, choćby z okien samochodu, jakieś fragmenty twierdzy, niestety oznakowanie jest, by użyć eufemizmu, do… niczego. Błądzą wiec po uliczkach i wreszcie trafiają na mały wojenny cmentarzyk. Zwie się on Balonna, a rozciąga tuż pod dawnymi murami jednego z fortów – reduty Zajączka –  i linia tych murów wyznacza kształt cmentarzyka: lekko złamany prostokąt.

5-lub

Groby żołnierzy armii austro-węgierskiej, legionistów, poległych w wojnie polsko-radzieckiej. Są też mogiły z okresu międzywojennego, wszak nekropolia pełniła wtedy rolę cmentarza garnizonowego. I one chyba budzą w Pielgrzymie największe wzruszenie. Wojna to wojna, śmierć jest rzeczą nieuniknioną. Ale jak zginęli ci chłopcy? Nieuwaga podczas czyszczenia broni? Wypadek w czasie ćwiczeń? A może jednak tego i owego zaszczuła fala, obecna przecież w każdej armii świata i w każdym czasie? Nie jesteśmy lepsi tylko dlatego, żeśmy Polacy.

Szefowa Blogu z fascynacją fotografuje wyrzucone na śmietnik wieńce zdobione biało-czerwonymi wstęgami. Zamieszcza je Viator wraz z Szefową – ku ilustracji oraz ku przestrodze.

pamiatkowesmieci

Dalej, czas nagli. Z determinacją szukamy śladów wielkiej twierdzy. Tabliczka, źle ustawiona, kieruje nas kilka kilometrów za miasto. Zatrzymujemy się na moście – nad Wieprzem, rzecz jasna. Stąd widać, jak wpada on do Wisły. Widok iście monumentalny, ale czasu brak. Wracamy, ignorujemy złośliwą tabliczkę i w końcu udaje nam się jednak odnaleźć Bramę Lubelską, jeden z najbardziej znanych elementów dęblińskiej fortecy. Jest satysfakcja, ale też irytacja, żeśmy tyle czasu zmitrężyli.

Forsujemy Wisłę. Przelatujemy pędem przez wioskę o nazwie Sieciechów – nawet się Viatorowi coś skojarzyło z palatynem Sieciechem, który omotał i podporządkował był sobie księcia Władysława Hermana, rządząc krajem jak własnym folwarkiem, zanim go bracia Bolesław Krzywoustym zwany i Zbigniew nie przepędzili… by się potem wziąć za łby, które to wzięcie Zbigniew wyłupionymi oczyma przypłacił. Lecz odrzucił Viator tę asocjację: gdzie Sieciechów, a gdzie Płock? Kilka kilometrów dalej jeszcze jedna wioska. Maleńka, ale o intrygującej nazwie: Opactwo. I zabudowania, które faktycznie wyglądają na jakiś niegdysiejszy klasztor.

Dopiero później, po powrocie do domu, Wędrowiec zasięgnął wiedzy w różnych źródłach i okazało się, że jego skojarzenia są całkowicie prawidłowe: Sieciechów był siedzibą rodową TEGO Sieciecha, a i klasztor w Opactwie to fundacja związana z jego, bogatym przecież i potężnym, rodem.

Tuż za Opactwem skręcamy w prawo, znaczy się – na północ. Za plecami dymią na horyzoncie kominy puławskich Azotów, na wprost na horyzoncie też kominy dymiące. Kozienice.

Taniec wilków Der Tanz der Wölfe მგლების ხორუმი

Ach meine liebe Leser, ich nehme an, ihr werdet diesen Text nicht verstehen. Sorry! Aber die Schrift ist so schön und die Autorin ebenso. Demnächst erscheint diese Erzählung (auf Deutsch) im Buch “Die Diagnose”, das dieses Jahr den Literaturpreis “Saba”,  wichtigsten georgischen Preis für das Debüt, gewonnen hat.

Die Autorin habe ich bei dem Literaturfestival Stadtsprachen kennengelernt. / Autorkę poznałam dzięki festiwalowi literackiemu Stadtsprachen – języki w mieście.

logoMoi drodzy Czytelnicy, sądzę, że niewielu z Was zdoła przeczytać ten tekst, ale to pismo jest takie piękne (autorka zresztą też), że nie mogłam się oprzeć. Opowiadanie “Taniec  wilków” należy do zbioru opowiadań “Diagnoza”, który otrzymał w tym roku “Sabę”, najważniejszą gruzińską nagrodę za debiut literacki, i w najbliższym czasie ukaże się po niemiecku.

Iunona Guruli

მგლების ხორუმი

– დეეეე, კიდე ჩაიფსა ამ ვირისთავმა. – ამრეზით დახედა საწოლზე მიგორებულ ჭყვიტინა, ხელებასავსავებულ ფუთას და მაგიდაზე გაწყობილ საუზმეს მიუჯდა.
– რანაირად ლაპარაკობ შენ ძმაზე ამხელა გოგო? – სამზარეულოდან აბუზღუნდა დედა და ორთქლადენილი ჩაი გამოუტანა. – მაგრამ შენ რას გერჩი, ბოთე მამაშენი მყავს მოსაკლავი, ასე რო გაგატუტუცა.
ამის გაგონებაზე გოგოს თვალებში ჭინკები აუცეკვდნენ.
– ტუტუცები იცი ვინ იყვნენ, დე?
– ვინ იყვნენ?
– ვინა და, თურმე ადრე, ძველ მეფეებს ჰყავდათ ვიღაცეები, ტანი რო მოეფხანათ მათთვის… – ისე ჩაბჟირდა სიცილისგან, კინაღამ ცხელ ჭიქას ჩამოარტყა ცხვირი.
– ნელა, არ დაიფუფქო, შე გადარეულო! – დედასაც სიცილი გაუკრთა ხმაში.
– ჰოდა, დე… – ხალათზე ჩამოეკონწიალა და ქვემოდან შეჰღიმა ლეკვივით. – სანამ ჩაი გაგრილდება, ხომ გახდები ჩემი ტუტუცი, ჰა? – თან სასაცილოდ გაკნაჭული ზურგი მიუშვირა.
– როდის გაიზრდები და დაჭკვიანდები ნეტა… – გრილი ხელები ზურგზე დააწყო დედამ და ნელა, დაგემოვნებით დაუწყო ფხანა.
– მმმმ… – ნასიამოვნები ხმით წაიკრუტუნა გოგომ. – მამამ თქვა, გოგო-მზეები არ იზრდებიანო.
– ეჰ, გოგო-მზეები კი არა, არც მაგათი მამები იზრდებიან და ჭკვიანდებიან, როგორც ვხედავ. – ახლა დედას გაეღიმა, მერე მზისფერ თმაზე აკოცა და საწოლისკენ წავიდა. – გიოს უნდა მივხედო. სველში წევს ბავშვი. რა დროს ზურგის ფხანებია.
– …სულ გიო და გიო… მამა მაინც მოვიდეს მალე. – აბუზღუნდა გოგო, ჩაი მოსვა, ფანჯრის შუშას მიაორთქლა და ზედ საჩვენებელი თითით მგელი მიახატა.
***
ყველაფერი უორდებოდა თვალებში. უსამდებოდა, უოთხდებოდა. კედელს მიეყრდნო. მუსიკის გიჟურ რიტმს აყოლილი გულისცემის დაწყნარებას შეეცადა. მჭახე შუქებისთვის უნდოდა გაერიდებინა როგორმე თვალი, თორემ კიდევ უფრო უარესად ეხვეოდა თავბრუ და გულიც ერეოდა. საწყალი მზერით მიმოიხედა.
„ჩვენებიდან არ დარჩა ვინმე? აუ, ცუდად ვარ. რას გვანან… მოვკვდები ეხლა. არ უნდა დამელია ამდენი. რას ვეჯიბრებოდი იმხელა სირს.“
ისევ წამოაზიდა. ძლივსძლივობით გაიკვლია გზა მგლებად ქცეულ, ერთმანეთში ათქვეფილ რუხ მასაში. ირგვლივ სხეულის სხვადასხვა ნაწილების ქნევით რიტმულად ძიძგიძებდნენ სხვადასხვა ზომის და ასაკის ორფეხზე მდგარი მგლები. გასასვლელს მიაწყდა.
ზორბა მგელმა (დაცვამ) კარი გაუღო თუ არა, გარეთ გამოვარდა. ოფლისგან გაწეპილი თეთრი მაისური ტანზე ეკვროდა, პირი მჟავე ნარწყევით ჰქონდა ამოვსებული. თმაც ოფლიანი და სახეზე მიწეპებული. გაყინულ კედელს მოტიტვლებული მხრით მიეყრდნო და სპაზმმა ორად მოკეცა. წელში რომ გაიმართა, იგრძნო, უარესად მოეკიდა სასმელი.
“მეც მგელი ხომ არ ვარ?” – გაუელვა თავში აზრმა და იქვე, შუშაში არეკლილ საკუთარ თავს შეავლო გაორებული მზერა. არა, იქიდან აშკარად გოგო უყურებდა – ჯინსებში, თეთრ უმკლავებო მაისურში, შიშჩამდგარი თვალებით.
„ქურთუკი!“ – გაახსენდა უცებ თავში განთავსებულ აზუზუნებულ სკას და სიმთვრალის მიუხედავად სიცივისგან გააკანკალა, – „არა. იქ მგლები არიან… არც მახსოვს, სად მივაგდე.“
ტაქსმა დაბარებულივით წაუჩერა ფეხებთან. ის იყო, თბილ სალონში შეიკუჭა, ქურთუკში დატოვებული ფული გაახსენდა.
– შენი დედას შევეცი! – წამოცდა ხმამაღლა.
– ვისი? შენ შიგ ხო არ გაქვს გოგო?! აბა, დროზე გადაეთრიე მანქანიდან!
ახლაღა შეამჩნია, რომ საჭესაც მგელი ეჯდა – ოღონდ ჭაღარა და მოტეხილი. თავზე კუბოკრული კეპით.
– შენი კი არა, ფული დამრჩა შიგნით.
– მაშინ მით უმეტეს გადაეთრიე! წითელი ჯვარი კი არ მაქვს აქ! – ბებერმა მგელ-მძღოლმა ამრეზით გამოხედა გოგოს და ჩამოწეული ფანჯრიდან ნახველის ამოღებით გულიანად გადაიფურთხა.
– ჰოდა, მაშინ შენი დედასაც შევეცი! – კარი მთელი ძალით მიუჯახუნა და იმის გაგონებაზე, თუ როგორ გადმოვიდა ჭაღარა მგელი მუქარიანი გინებით მანქანიდან, იქვე მდებარე პარკისკენ წავიდა არეული ნაბიჯით. უკნიდან ჯერ ვიღაც ახალგაზრდა მგლების ყმუილნარევი სიცილი მოესმა, მერე მანქანის ბრაზიანი ბღუილი გაიგონა და უფრო უმატა არეულ-დარეულ ტემპს.
„პარკი კი არა, უღრანი ტყეა. ჯანდაბა, აქ რა მინდოდა. ტრასისკენ ვერ წავედი?”
უარესად ააკანკალა. ახლაღა იგრძნო, ცრიდა. ძლივს მიყანყალებდა სველ ხეებს შორის. ბალახიც გალუმპული იყო და კედებზე ჩაფართხუნებულ ჯინსის ტოტებს უსველებდა. ოფლიან-წვიმიანი მაისური ტანზე ჰქონდა მიკრული. მხრებში აწურული და აძაგძაგებული მიფრატუნობდა.
უცებ უკნიდან ნაბიჯების ხმა მოესმა და ძალაუნებურად შეანელა სვლა. მიხვდა, ბევრნი იყვნენ და უსიამო გრძნობამ მისხალ-მისხალ ჩაუზომა ხერხემალი. უცბად მოფხიზლდა და საკუთარი გულისცემის გარდა ვერაფერი იგრძნო – ვერც წვიმა, ვერც სიცივე. ერთ მთლიან ნერვად იქცა. ფეთქავდა და ჟღრიალებდა არასწორად დაჭიმული სიმივით. წინ გზისგასაყარი დალანდა მთვარის შუქზე.
„მარჯვნივ წახვალ – გადარჩები (ტყისმჭრელი), მარცხნივ წახვალ – (შეყენება). წინ წახვალ – “, – მამის ხმით წაკითხული ზღაპარი გაახსენდა.

„ისევ არ მოსულა…“ მოწყენილი სახით გაიხედა ფანჯარაში. „უკვე მეორე კვირაა არ დადის.“ მძიმედ ამოიხვნეშა და საკლასო დაფას ცალი თვალით გახედა. „თან დღეს საკონტროლო გვაქვს იმ დებილ ქალთან.“ საერთოდ ჩამოყარა ყურები და კინაღამ იმ ლეკვივით წკმუტუნი დაიწყო, მამა რომ ჩუქნიდა და დედამ არ დაატოვებინა – ძაღლი კი არა, ჩვენ ძლივს ვეტევით სახლშიო.
მასწავლებელმა სიის ამოკითხვა დაიწყო.
– ირაკლი კიდევ არ არის? – სათვალის ზემოდან გამოხედა გოგოს.
– არა, მას… – აქ საბოლოოდ მოიშალა და აკანკალებული ნიკაპი უაზროდ გადაფურცლულ წიგნს შეაფარა.
– რა ჭირიანია ეს ბავშვი. არ გამიგია ამდენი ავადმყოფობა! – უკმაყოფილოდ აშრაშუნდა ქალი და დაფაზე საკონტროლოს თემის ფხაჭნას შეუდგა. – დღეს დავწერთ თავისუფალ თემას: “მგელი – ტყის ექიმი.”
კარზე ფრთხილი კაკუნი გაისმა. შემდეგ გაბურძგნული თავი შემოძვრა, ჯერ გოგოსკენ გააცურა ღიმილიანი მზერა, მერე მასწავლებელს მიანათა კრავის თვალები და სასაცილოდ ბოხი ხმით უთხრა:
– ქეთინო მასწ, დამაგვიანდა და შემომიშვებთ?
– ოჰ, ვაჟბატონო, რაღაი შენ გამოჩნდი… შემობრძანდი, რას დაყუდებულხარ კარებში…
– ავად ვიყავი, მასწ.
– მიდი, მიდი. მიუჯექი შენ კნეინას. ისედაც თვალები მოებრიცა კარისკენ ყურებით, და საკონტროლოსთვის მოემზადე.
ბიჭი სკამზე დაჯდა, რვეული გადაშალა და მარცხენა იდაყვით გოგოს გაჩხიკინებულ იდაყვს მიეხუტა ფრთხილად.
– იკუშ, მართლა სად დაიკარგე…
– მართლა ავად ვიყავი, გოგო-მზე… – გაუღიმა ბიჭმა.
– ოო, ნუ დაიწყე ეხლა შენც მამაჩემივით… – თავადაც გაეღიმა გოგოს.
– ხომ გადამაწერინებ?

მარცხნივ.
წამით შეანელა აბლანდული ნაბიჯი. მერე მარცხნივ გაუყვა. ფეხის ხმაც გაუჩერებლად აედევნა. მოეჩვენა, თითქოს ხრეშზე გაბევრებულ ფეხსაცმელებს ნადირის ქშენა გამოეყო და ლაწირაკი, მთვრალი ბიჭის ხმით ჰკითხა:
– სად მისეირნობ, გოგონი? – და შიშისგან თუ სიცივისგან აწურულ მხარზე ჯერ კიდევ ახალგაზრდა მგლის თათად ჩამოეკიდა.
მექანიკურად აიქნია მხარი და თვალდახუჭულმა მამის ხმის გახსენება სცადა:
„მიდის წითელქუდა უღრან ტყეში და უცებ ბუჩქებიდან მგელი გადმოუხტა…“
– შენ გელაპარაკები გოგო, რას გაშტერდი? – არ მოეშვა უშნოდ აღერღილი უცხო ხმა. ცივ და სლიკინა თევზად ქცეულმა თათმა თავისკენ უხეშად მიატრიალა. თან სველ კუდს მტკივნეულად უტყლაშუნებდა სახეში. დამძიმებული ქუთუთოები გაჭირვებით გაახილა და სამი, ჯინსის ქურთუკებში გამოწყობილი, კბილებდაკრეჭილი და ფირმა-ბოტასებიანი მგელი დაინახა. ბოტასები და კბილები თეთრად ქათქათებდნენ და მთვარეზე მეტად ანათებდნენ ჩაბნელებულ ტყეს.
– ბებიასთან მივდივარ… – მისი სათქმელი თითქოს სხვამ ჩამომარცვლა ჩავარდნილი ხმით.
– ეს მგონი ვერაა, ე!- ახითხითდა მეორე მგელი და რატომღაც გველის ორკაპი ენა გამოასრიალა დაღებული ხახიდან.
– მთლად უკეთესი! – ახროტინდა მესამე მგელი და თეთრი კბილები კიდევ უფრო წაეწვეტა.

მარჯვნივ.
წამით შეანელა აბლანდული ნაბიჯი. მერე მარცხნივ გაუყვა. ფეხის ხმაც გაუჩერებლად აედევნა. მოეჩვენა, თითქოს ხრეშზე გაბევრებულ ფეხსაცმელებს ნადირის ქშენა გამოეყო და ლაწირაკი, მთვრალი ბიჭის ხმით ჰკითხა:
– სად მისეირნობ, გოგონი? – და შიშისგან თუ სიცივისგან აწურულ მხარზე ჯერ კიდევ ახალგაზრდა მგლის თათად ჩამოეკიდა.
მექანიკურად აიქნია მხარი და თვალდახუჭულმა მამის ხმის გახსენება სცადა:
„მიდის წითელქუდა უღრან ტყეში და უცებ ბუჩქებიდან მგელი გადმოუხტა…“
– შენ გელაპარაკები გოგო, რას გაშტერდი? – არ მოეშვა უშნოდ აღერღილი უცხო ხმა. ცივ და სლიკინა თევზად ქცეულმა თათმა თავისკენ უხეშად მიატრიალა. თან სველ კუდს მტკივნეულად უტყლაშუნებდა სახეში. დამძიმებული ქუთუთოები გაჭირვებით გაახილა და სამი, ჯინსის ქურთუკებში გამოწყობილი, კბილებდაკრეჭილი და ფირმა-ბოტასებიანი მგელი დაინახა. ბოტასები და კბილები თეთრად ქათქათებდნენ და მთვარეზე მეტად ანათებდნენ ჩაბნელებულ ტყეს.
– ბებიასთან მივდივარ… – მისი სათქმელი თითქოს სხვამ ჩამომარცვლა ჩავარდნილი ხმით.
– ეს მგონი ვერაა, ე!- ახითხითდა მეორე მგელი და რატომღაც გველის ორკაპი ენა გამოასრიალა დაღებული ხახიდან.
– მთლად უკეთესი! – ახროტინდა მესამე მგელი და თეთრი კბილები კიდევ უფრო წაეწვეტა.

მარცხნივ.
წამით შეანელა აბლანდული ნაბიჯი. მერე მარცხნივ გაუყვა. ფეხის ხმაც გაუჩერებლად აედევნა. მოეჩვენა, თითქოს ხრეშზე გაბევრებულ ფეხსაცმელებს ნადირის ქშენა გამოეყო და ლაწირაკი, მთვრალი ბიჭის ხმით ჰკითხა:
– სად მისეირნობ, გოგონი? – და შიშისგან თუ სიცივისგან აწურულ მხარზე ჯერ კიდევ ახალგაზრდა მგლის თათად ჩამოეკიდა.
მექანიკურად აიქნია მხარი და თვალდახუჭულმა მამის ხმის გახსენება სცადა:
„მიდის წითელქუდა უღრან ტყეში და უცებ ბუჩქებიდან მგელი გადმოუხტა…“
– შენ გელაპარაკები გოგო, რას გაშტერდი? – არ მოეშვა უშნოდ აღერღილი უცხო ხმა. ცივ და სლიკინა თევზად ქცეულმა თათმა თავისკენ უხეშად მიატრიალა. თან სველ კუდს მტკივნეულად უტყლაშუნებდა სახეში. დამძიმებული ქუთუთოები გაჭირვებით გაახილა და სამი, ჯინსის ქურთუკებში გამოწყობილი, კბილებდაკრეჭილი და ფირმა-ბოტასებიანი მგელი დაინახა. ბოტასები და კბილები თეთრად ქათქათებდნენ და მთვარეზე მეტად ანათებდნენ ჩაბნელებულ ტყეს.
– ბებიასთან მივდივარ… – მისი სათქმელი თითქოს სხვამ ჩამომარცვლა ჩავარდნილი ხმით.
– ეს მგონი ვერაა, ე!- ახითხითდა მეორე მგელი და რატომღაც გველის ორკაპი ენა გამოასრიალა დაღებული ხახიდან.
– მთლად უკეთესი! – ახროტინდა მესამე მგელი და თეთრი კბილები კიდევ უფრო წაეწვეტა.
გოგო მიტრიალდა და გზაჯვარედინისკენ გაიქცა.
„გაიხედა წიქარამ უკან და სავარცხლის გადაგდება უბრძანა ბიჭს…“ ისევ მამის ხმა და გადაშლილი ფურცლის შრიალი მოესმა.
თავზე დანანებით გადაისვა თუ არა ხელისგული, ვიღაცის წელთან შემოხვეულმა თათმა ჰაერში აიტაცა. სხვა თათებიც წამოეშველნენ და გახშირებული ქშენით გადაათრიეს სქელი ხის ძირში. სველ ნეშომპალაზე მიაგდეს და უხეშბეწვიანი, ნადირისსუნიანი ტანებით ზედ დაეზილნენ, ბასრი ბრჭყალებით ტანსაცმელი შემოაფლითეს და დაღებული პირებიდან ღვთიურ მანანასავით გადმოცვენილი დორბლებიც უხვად დააფრქვიეს.
– პირველი მე ვარ! – თქვა პირველმა მგელმა და თვალები დააბრიალა.
– კაი, – აწკმუტუნდა მეორე. – ოღონდ დროზე რა, გიო. გასხმაზე ვარ უკვე.
***

***
– ეგაა! გავაფორმე. – კმაყოფილი ხვნეშით გადაძვრა პირველი მგელი. დარჩენილები ერთმანეთში წაძიძგილავდნენ და თეთრი, ბასრი კბილები გააელვეს გოგოს ცისკენ წაწვეტებული თეთრი ძუძუების ფონად.
– ეხლა მე! – ხმაში ხრინწი შეეპარა მეორეს და გოგოს ფეხებშორის სივრცის დაკავებას შეუდგა.
– შენ რატომ ვითომ?
– ჯერ ერთი, შენზე უფროსი ვარ… მეორეც ანბანშიც ი უფრო წინაა ვიდრე თ.
– მოიცაა, ეგ რანაირად… ა, ბ გ, დ, ე, ვ, ზ, თ, ი…
– თქვენ ხო არ გამოყლევდით? დროზე ქენით ეხლა! – აიღრინა პირველი მგელი.
„ღმერთო მწყალობელო. აბა ცოტათი მოუშვი თოკი, ამ ბრიყვსა და ავყიას ენა რომ დავამოკლებინოო! – ასძახა ცას ნაცარქექიამ, ჩუმად კი შინდის გამხმარი ჩხირი ამოიღო და დევს კისერში დააჭირა.”
– მმმ… მიკბინა ამ წაკლამ! მოგკლავ, შენი დედაშევეცი!
ჯერ თბილი ფურთხი დაეცა გათოშილ სახეზე, და მეორე მგელმა სისხლიანი დრუნჩით დაიწყო გოგოს გაფატრვა.
– თან საქმე! თან საქმე რა, იკუშ! – ადგილს ვერ პოულობდა მესამე. პირველი კი ცას შეჰყმუოდა ნასიამოვნები.
***
– მა, გოგო-მზეები თუ არ იზრდებიან და ბერდებიან, აბა რა მოსდით? პირდაპირ ბავშვებად კვდებიან?
– არა. ერთ პლანეტას რომ საკმარისად გაათბობენ, მერე სხვა პლანეტაზე მიდიან სიყვარულის დასარიგებლად.
– მეც ეგრე წავალ ხო?
– მაშ!
– დედა კიდე მეჯაჯღანება, სულ თემიკოს ნუ უსმენ, ამხელა გოგოს ზღაპრების ნუ გჯერაო…
– მოიცა რა, დედამ რა იცის… – გაეცინა მამა.
– დედამ გემრიელი ბლინების გამოცხობა იცის. ჰო, და კიდე ტუტუცივით ზურგის ფხანა. – გაეცინა გოგოსაც.
***
– ჰა, ეხლა შენ, და მორჩით ბიჭო დროზე. გათენდა!
– ჰო, ჰო, ეხლავე. მაინცდამაინც ჩემ ჯერზე ნუ აგეშლებათ კუჭი!
ის იყო მესამე მგელი ამხედრდა მზეზე, რომ გზაჯვარედინზე ვიღაცის ფეხის ხმა მოისმა.
„მმმმმმმმმმმ!“ – აზმუვლდა გოგო და ნეშომპალაში აზელილი კიდურების აკრეფვას შეეცადა.
– გააჩუმეთ, შეჩემა, გააჩუმეთ! – შიში შეეპარა გახრინწულ ხმაში პირველს.
– ჩუმად, შე დედამოტყნულო! – მთელი დაუხარჯავი ენერგიით ყელსა და პირზე დააწვა მესამე.
„მმმმმმმმმმ!“
– მოკეტე-მეთქი, ძუკნა! – მთელი ტანით დააწვა მესამე და უხეში ბეწვით ამოუტენა პირი.
„წვალობს ნაცარქექია, აფხარკალებს ფეხებს, ოხრავს, ქშინავს, მაგრამ კეცს ძვრას ვერ უშვრება… – უკითხავს მამა მშვიდი ხმით.”
– ჩუ, ჩუ!.. გაიარა ხო?
– კი, მაგის დედას შევეცი. რა უნდა ამ დროს აქ?
– ამას რა ჭირს, ე! – უცნაურად ახროტინდა პირველი მგელი.
გოგოს გარშემო დაიწყეს სუნსული და ცისკენ ახელილი თვალების ყნოსვა.
– რა ქენით, თქვე სირებო? – ხმაში ფოლადი გაერია პირველს და ბეწვი კისერთან ავად აეშალა.
– მე რა ვქენი, გიო… თემიკოს ბრალია. მე ფეხებს ვუჭერდი მარტო… – აწკმუტუნდა მეორე და კუდი ამოიძუა.
– მე რა… შენ არ იღრინებოდი, გააჩუმე, გააჩუმეო? – ყბის კანკალით მიუბრუნდა მესამე მგელი პირველს და სისხლიან-დორბლიანი ენა მიწაზე დაუშვა.
– დავაი, გავქრით აქედან. დროზე, შე ყლეო, დროზე! – პირველმა მგელმა მესამეს კბილი გაჰკრა და ღამის სიბნელეს შეერია. დარჩენილებიც მიჰყვნენ სირბილით.
***
– ეს რა არი, დე? – გამოართვა გოგომ დედას ვერცხლისფერი ბაფთით შეკრული კოლოფი.
– გახსენი და ნახავ… – უპასუხა დედამ და პაკეტიდან პროდუქტების ამოლაგებას შეუდგა.
გოგო საწოლ ოთახში გავიდა და ვერცხლისფერ ბაფთას დაქაჩა.
ცოტა ხანში, ოთახიდან გამოსულს უმკლავებო თეთრი მაისური ეცვა. მაისურზე სამი ერთნაირი მგელი იყო ამოქარგული.
– ესენი ვინ არიან, დე? – შეეკითხა გოგო დედას ღიმილით.
– შენ ვინ გინდა, რომ იყონ? – გამოხედა ხახვის ფცქვნისგან აცრემლებულმა დედამ გოგოს.
გოგომ მაისურზე დაიხედა და სახე გაუნათდა.
– ერთი მამა…
– მეორე?
– მეორე – ქვეშაფსია გიოა…
– და?
– მესამე… მესამე ირაკლი იყოს… ჩემი კლასელი…
– რომელი უფრო გიყვარს? – შეეკითხა დედა ღიმილით.
– სამივე! – დაუფიქრებლად დაახეთქა გოგომ და სარკისკენ წაკუნტრუშდა.
***
წევს ნაფურთხები, სხივებშემოძარცვული და მზეჩამქვრალი გოგო ნეშომპალიანი ხის ძირში. თან ცალი, ახალაციმციმებული თვალით ციდან დაჰყურებს პარკში ძუნძულით მიმავალ მგლებს.
– აბა, მგლებო, კბილები დაკრიჭეთ! – ამბობს უცებ დაბოხებული ხმით გოგო-მზე.
„და დაკრიჭეს მგლებმა წაწვეტებული კბილები და შიგნით ჩიჩია ჰქონდათ“, მშვიდი ხმით აგრძელებს მამა…”
ხის გვერდით თეთრი, დაფლეთილი მაისური ქათქათებს სიბნელეში.

Pani Irenka 7

Karolina Kuszyk

Na grobach

Dawidek teraz gościa ma. Niemca takiego młodego. W tej Norwegii się zapoznali, on też tam pracuje, ale nie na budowie, tylko gdzieś podobnież lepiej. Niemiec, wiadomo. Przyjechał do nas, bo jego babcia tu skądś jest, no bo tu przecież Niemcy dawniej byli, a on chciał koniecznie zobaczyć, jak tu teraz jest. I grobów tej rodziny od tej babci strony szukał nawet po całym cmentarzu, a Dawidek razem z nim, cały dzień chodzili, ale nie znaleźli, pani. No, i jak tak chodzili, i tak sobie po tym niemiecku szprechali, bo wnuczek ździebko umie, to im tam taki jeden, co usłyszał, hajhitlę pokazał, znakiem tego, że Niemcy niby, faszyści. Tak mi Dawidek opowiada, i jeszcze mówi, no myślałem babciu, że go walnę. A ja mu mówię, Dawidek, dobrze żeżeś w żadną bójkę się nie wdał, no bo jak to, na cmentarzu, i przed gościem twoim wstyd, i w ogóle. Choć z tą hajhitlą to też wstyd straszny. Do czego to podobne, pani.

I jak raz na drugi dzień święto zmarłych było, to jeszcze żeśmy się przy grobie Kazika wszyscy spotkali, syn, synowa, Dawidek, Karolinka i ten ich Niemiec. Frank na niego mówili, to ja do niego Franek, a co, po polsku. Jak mu się ten Franek spodobał, pani! I tylko żeby Franek i Franek na niego wołać. Ziąb był okropny, a ździebko żeśmy przy Kaziku stali, a potem jeszcze do innych zaszli, tu postali, tam postali, lampki pozapalali, wiadomo. I potem wszyscy do mnie na ogrzanie, ja na święto zmarłych zawsze bigos robię, tradycja taka, i oni zawsze wiedzą, że na święto zmarłych to po cmentarzu na bigos do babci się idzie. I z tym Frankiem to żeśmy rozmawiali a rozmawiali, jedna herbatka, druga herbatka, on tyle się pytał o wszystko, a potem jeszcze bigosu nawet dokładkę poprosił, bo ja to taki porządny robię, z mięskiem, kiełbaską, śliwkę też zawsze wrzucę suszoną dla smaku, no, jest co zjeść. Po jakiemu żeśmy rozmawali? No, przez Karolinkę, ona rach ciach szybciutko, bo Dawidek to zaraz coś gdzieś przekręci, albo się denerwuje. Podobnież że kobiety do tych języków zdolniejsze, tak synowa mówi.

I mówi ten Franek, że tu w Polsce to o zmarłych się tak dba, i że jakie piękne święto, i kwiatów tyle, i te lampki na grobach że ponastawiane, no wszystko, wszystko mu się tak strasznie na tym cmentarzu podobało, pani. I mówi, że pani Irenka, bo on tak do mnie cały czas, pani Irenka to, pani Irenka tamto…. że, pani Irenka, u nas, w Niemczech znaczy, tak w ogóle nie ma, na pierwszego listopada to na cmentarz mało kto zagląda. To ja się strasznie zdziwiłam, że u nich święta zmarłych nie obchodzą, jakże to tak, nawet na grób nie pójść, lampki nie zapalić? A on mówi, że nie, wcale, bo u nich to ten helołyn już dawno nastał, z tymi dyniami powycinanymi. Wariaty po ulicach latają poprzebierane i cudactwa innego pełno, ale żeby na grób pójść, do swoich, to już nie łaska. Czyli nie zawsze w Niemczech lepiej jak u nas urządzone, pani.

No, ale u nas teraz z tymi grobami to dopiero będzie, pani. Słyszała pani? Że podobnież wykopywać będą, no, te ciała, żeby zbadać, z jakiej przyczyny ta cała katastrofa była, pani. Kto to widział, pani, zmarłych wykopywać, jak jakieś niechrześcijanie? Co to komu teraz da? Zmarłym spokój trzeba dać i tyle, oni już się nacierpieli, pani. I podobnież rodziny tych ofiar to też tak nie wszystkie za tym są, pani, a ci swoje, wykopywać będziemy i koniec, komisja nakazała. Koniec świata, pani. Jak tak zajdę sobie kiedyś do Kazika na ten cmentarz, to nawet sobie czasem pomyślę, a jak on tam teraz wygląda, pod tą ziemią. Teraz to już aby kosteczki chyba same zostały. A i tak wolę nie widzieć, chybabym umarła z tego żalu, jakby kto kazał wykopać, a mi do umierania to wcale nie tak spieszno, pani. Żyć przecież trzeba, dla tych dzieci, dla tego wnuczka, a nawet i dla tych kotków. Niby jakby mnie zabrakło, to Dawidek z Karolinką się zajmą, nakarmią. Ale oni też do tej Norwegii co i raz jeżdżą na te zarobki, potem może na studia gdzie wyjadą i co? A syn z synową znowuż czasu nie mają. E, nie, pani, jeszcze trochę pożyć trzeba, niestety.
A ci tam to żyjącymi się powinni zająć, a nie zmarłymi, pani. Co to teraz za sprawa ciągle z tymi zmarłymi, z tym zabijaniem, z tą śmiercią, pani. Tu Smoleńsk, tu żołnierze ci wyklęci, tam zaraz ta aborcja. Ileż można, Jezusie kochany. Tylko czy prezydenta z prezydentową to z tego Wawelu też w końcu wykopią, pani? Słyszała pani coś może?

 

Ilustracje Nadia Linek

Blog Pani Irenka

 

Ein Foto aus Afrika

Meistens ist es so, dass mir die Autoren Texte und Bilder zusenden, manchmal wollen sie keine Bilder oder haben keine und ich suche sie selber im Internet. Es ist aber, glaube ich, das erste Mal, dass mir ein*e von meiner Autor*innen das Bild ohne Geschichte zugeschickt hat und ich, von dem Bild begeistert, unbedingt wollte, dass sie doch dazu etwas erzählt.

wiki-ghana

Kaum zu glauben, aber die Stilisierung (wie man es heute gesagt hätte) der beiden Frauen ist rein zufällig.

Viktoria Korb

Ghana unverändert

Als ich im Jahr 1989 als diplomatische Mitarbeiterin des International Trade Centre
(UNCTAD/GATT) in Genf,  der Stadt, wo sich alle europäische Vertretungen der Vereinten Nationen befinden, auch mit der Ghana beschäftigen mußte, schickte man mich auf eine Dienstreise in dieses afrikanischer Land. Ich war, als eine UNO „Professional officer”, an alle möglichen Reisen gewöhnt. Vorher arbeitete ich ein Jahr in Indonesien und ein Jahr auf den Philippinen. Den Umzug nach Genf fanden meine Kollegen toll, und beneideten mich sogar.

Ich aber bereute sehr, daß ich diese faszinierende südostasiatische „Multi-Kulti” Länder, insbesondere Indonesien,  verlassen mußte. Übrigens gab es dort viele Frauen in den Regierungspositionen –  in Indonesien sogar eine Präsidentin Megawati Sukarnoputri ähnlich wie in Indien, Sri Lanka, Bangladesch und einigen Ländern mehr, wie zum Beispiel Israel…
Dort gab es kein Prinzip von KKK – Kinder, Küche, Kirche wie in Europa und besonders in Deutschland und in der Schweiz, wo Frauen erst im 20. oder in manchem Kantonen sogar erst im 21. Jahrhudert die Wahlrechte bekamen…

Nach einigen Wochen in Genf habe ich langsam bemerkt, dass wir dort fast nichts zu tun hatten und uns alle langweilten. Wir durften aber Gott sei dank während unserer Arbeitszeit neue Fremdsprachen lernen und hatten eine Stunde Zeit für das Mittagessen in der UNO–Cafeteria. Ein großes Problem für mich waren aber die Genfer Erotomanen verschiedener Nationen und Rassen. Man konnte sich kaum auf die Straße rühren, auch von Kopf zu Fuß winterlich bekleidet, ohne belästigt zu werden. Ein „Fan” hat sogar meine Telephonnummer und Adresse gefunden, nachdem er sich meine Autonummer auf dem UNO-Parkplatz notiert hatte!
208054Ein anderer folgte mir auch der Straße, entdeckte meine Wohnungsadresse und behauptete, als meine Eltern dort zu Besuch waren, dass wir bald heiraten würden…
Ich las öfters das Buch von  Tadeusz Dołęga-Mostowicz „Pamiętnik pani Hanki” („Tagebuch von Frau Hanka”, das viele Ausgaben hatte) und war begeistert vom Satz „Zalewski langweilte sich in Genf”.

Ich fuhr auch öfters nach Paris, um meine 1968-Emigranten Freunde aus Polen zu besuchen. Im Zug von dort zurück nach Genf  wurden wir auf einmal an der französichen Grenze aufgehalten und mussen aussteigen, weil man verdächtigte, dass es im Zug eine Bombe gab. Wir rannten in eine Kneipe und tranken Wein, wobei mir eine französische Mitfahrerin erklärte, dass man in Genf Schi-Laufen und Segeln muss, um sich nicht zu langweilen.

Das habe in Polen schon seit meiner Kindheit getan und ich trat mit Freude in den Schi-Klub der UNO und Segel-Klub von CERN ein.  Leider herrsche dort auch eine Menge von Erotomanen aller Rasen!
Nach einem Jahr hat man mich von der langweiligen allgemeinen Planungs-Abteilung in die Afrika-Abteilung versetzt und die abenteuerliche Zeit kam zurück!
Bald schickte man mich auf eine Dienstreise nach Ghana… Zusammen mit zwei Kollegen, einem Ungar und einem Nigerianer, die allerdings nur kurz dort bleiben sollten, wogegen ich länger.

Allein der Flug mit Umsteigen war schon merkwürdig, und nach der Landung musste ich lang unter der Erde gehen, um zur Passkontrolle zu gelangen. Mit dem diplomatischen Pass der UNO mußte man nicht in der üblichen Schlange stehen, aber der ganze unterirdische Gang war sehr tief und die Kontrollere standen ganz oben. Wahrscheinlich um uns zu zeigen, dass, obwohl Afrikaner, seien sie doch wichtiger als wir…

Der Dienstwagen des Auslandsministerium, mit dem wir kooperieren sollen, war nicht erschienen und wir mussten ein Taxi nehmen, das uns ins angeblich bestes Hotel von Accra brachte. Dort wurde behauptet, dass wir keine Zimmer reserviert haben und es für uns keinen Platz gab. Wir vermuteten, dass man von uns Trinkgeld bekommen wollte. Nach langem Krach hat man uns doch Zimmer zugeteilt, denn unser afrikanischer Kollege, ein Kongolese, war in der Lage sie zu überzeugen, dass das Außenministerium doch für uns die Zimmer reserviert hatte.  Der Aufzug war kaputt und wir gingen in unsere Zimmer im vierten Stock mit den schweren Koffern zu Fuß.

Im Zimmer musste ich feststellen, dass nur eine einzige, kleine Lampe funktioniert und der Raum in der fast totalen Dunkelheit versunken ist. Und die Klimaanlage war kaputt! Erschöpft und hungrig ging ich mit meinen Kollegen in die Hotelkneipe.
Da bestellte ich zuerst Ananassaft zum trinken und bekam ein Glas Wasser mit irgendwelchen Spuren von Ananashaut.
Ich rief den Kellner und sagte, dass es doch kein Saft war, sondern eine dreckige Mischung.
Er antwortete, dass so der Saft bei ihnen ist, weil sie ohnehin nichts am stärkeren Getränk verdienen würden Ich kannte so was aus meinem früheren Leben im sozialistischen Polen und wusste, daß ich es akzeptieren musste. Es gab aber genug Whisky, so wie Vodka in Polen, das ich mit meinen Kollegen trank…

Zurück in meinem Zimmer wollte ich duschen und entdeckte, dass es kein heißes Wasser, keine Seife und kein Handtuch gab… Ich rief die Hotelleitung an und bat um die Sachen. Sie waren total erstaunt über meine freche Bitte, schickten aber zu mir eine nette Putzfrau, die es schaffte, mir Handtuch und Seife zu besorgen. Ich bat die Hoteldienste mich den am nächsten Tag morgen anzurufen, weil ich keinen Wecker hatte, und durch ganz verschiedene Zeiten, als in Europa ziemlich durcheinander war. Die waren total schockiert und ich mußte wieder die Putzfrau bitten, an meiner Tür zu klopfen.

Am nächsten Morgen gingen wir ins Wirtschaftministerium, wo im Eingangszimmer ein ghanesischer Wachschutz-Beamte am Schreibtisch saß und schlief. Wir haben gewagt, ihn zu wecken, und er war sehr sauer. Dann trafen wir eine hohe Beamtin, Miriam Holbrook-Smith (wie wir bald erfuhren, war das ein gänginer Name in Ghana!) Sie war sehr nett, lud mich bald in eine Kneipe ein und bestellte für mich ein Glas Saft, das mit einem Netz bedeckt war, damit die Fliegen nicht reingelangen… Sie kannte gut die Hotels ihres Landes und schlug vor zu versuchen wird, mir einen anderen zu finden. Sie erzählte mir auch ihre persönliche Geschichte – sie wurde mit einem ihr unbekannten Mann von ihrem Vater verheiratet und musste einige Jahre mit ihm zusammen leben. Aber als sie eines Morgens aufwachte, war er tot… Dann durfte sie einen Mann ihrer Wahl heiraten, mit dem sie glücklich war!

Am nächsten Tag wagte ich ins Schwimmbad im Garten unseres Hotels zu gehen, weil wir nichts zu tun hatten, und entdeckte, dass sein  Boden ganz kaputt war und mit Tepichen bedeckt. Dafür gab es neben dem Pool die Tanzabende, wo die Landleute enthusiastisch tanzten und flirteten.
Aber Miriam Holbrook-Smith schlug mir, Gott sei dank vor, bei einer ihrer Freundinnen, einer Togo-Diplomtin, zu wohnen. Das hat mich sehr gefreut. Beim verlassen des schrecklichen Hotels gab ich der so netten  Putzfrau einige Dosen von Thunfisch-Konserven als Geschenk, und hörte dann ihre Schreie. Einer der Wächter hat ihr die Dosen aus der Hand weggerissen und ist weggelaufen…

Kein Wunder, dass die Lieder und Filme über „Wildes Afrika” rund um die Welt in den Medien blühten… Und doch waren afrikanische Frauen viel emnazipierter als die deutschen.
Mit der Togos-Diplomatin lebte sich sehr angenehm, wir schliefen zusammen in einem Doppelbett und schauten uns Fernsehen an.  Ihr Hausmädchen kochte für uns.
Als ich dann bald die Dienstreise  an die Elfenbein küste, also Republik Côte d’Ivoire (die bestand auf den französichen Namen!) mit den beiden UNO-Kollegen machen musste, fuhren wir mit dem Auto, denn, wir wollten nicht noch von Fahrern beobachtet werden.
An der Grenze angekommen, begrüßt uns nur ein an eine Kette angebundener Affe, der dort herum sprang. Er konnte uns aber keine Paß-Kontrolle machen! Wir rannten hie und da, bis wir einige Polizisten gefunden haben, die gerade ihr Mittagsschlaf machten.

Die begannen mit meinem nigerianischen Kollegen in ihrer Landesprache zu reden, die er aber nicht verstand und versuchte mit ihnen auf Englisch zu kommunizieren. Sie wurden wütend, und erklärten ihn zu einem Rassisten! Sie dachten, dass er seine afrikanische Wurzeln ablehnte.
Schließlich ließen sie uns in Ruhe und wir landeten in einem tollen Hotel in Abidjan, wo ich mich letztlich am Strand erholenn konnte.

Erstmal genug von afrikanischen Abenteuer…

 

Pro Patria

Andrzej Rejman

W cyklu wspomnień rodzinnych była już wzmianka o Marcinie Woyczyńskim, towarzyszu broni, przyjacielu i osobistym lekarzu Marszałka Józefa Piłsudskiego.

Tym razem rozwinięcie tej opowieści autorstwa Marii Chodorek.

***

Pro Patria

Zbliża się 11 listopada, rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę w 1918 roku, ale także dzień, któremu patronuje śwęty Marcin. Dzień św. Marcina jest wciąż w pewnych regionach Polski obchodzony uroczyście od lat!

Zbieżność tych świąt wydaje się symboliczna w przypadku MARCINA WOYCZYŃSKIEGO, który walczył o wolną Ojczyznę, a potem wiernie Jej służył.

Rodzina

Marcin Woyczyński (1870-1944) był starszym bratem mojej Babki, Marii. Oboje urodzili się w Woroneżu, w rodzinie Ignacego i Kazimiery (z d. Szklennik) Woyczyńskich. Swojego męża, mego Dziadka, Wacława Stankiewicza, Maria poznała poprzez brata w Petersburgu w “Kuchni Polskiej”. “Kuchnia Polska” była rodzajem studenckiego klubu ze stołówką. Organizowano tam różne uroczystości koleżeńskie, rodzinne, towarzyskie, a także konspiracyjne.

W “Kuchni” był punkt kontaktowy z Biblioteką Polską, zasobną w polską literaturę fachową, historyczną i beletrystyczną, wydawaną w Galicji lub na Zachodzie.

Księgozbiór umieszczony był poza klubem, w kilku punktach. W lokalu “Kuchni Polskiej” zbierali się członkowie nielegalnej Polskiej Partii Socjalistycznej oraz Związku Młodzieży Polskiej ZET.

Obaj – Stankiewicz i Woyczyński należeli do wspomnianego związku i (wg mojej Babci) “sympatyzowali” z socjalistami.

Obaj pochodzili z Wileńszczyzny. Tam były ich korzenie i część rodziny.

1b_waclaw_stankiewicz 1a_marcin_woyczynski

U góry Wacław Stankiewicz
po prawej Marcin Woyczyński

Odmiennie potoczyło się ich życie rodzinne i zawodowe, ale nieodmiennie darzyli się przyjaźnią. Maria i Wacław doczekali się trojga dzieci, najmłodszą była moja Matka – Janina, a Marcin Woyczyński został jej chrzestnym. W 1895 roku adoptował chłopca o imieniu Benedykt, który przyjaźnił się potem z dziećmi Stankiewiczów i przez pewien czas w Moskwie był domownikiem tej rodziny. Nazywano go Benem. Ben Woyczyński ukończył studia filozofii i filologii klasycznej w Wilnie, gdzie w 1925 roku obronił doktorat pod opieką Wincentego Lutosławskiego (1863- 1954). Przedwczesna śmierć Benedykta Woyczyńskiego (leczonego z powodu gruźlicy w Zakopanem i we Włoszech) przerwała jego karierę naukową, a dla rodziny była ciężką strata.

marcin_benedykt

Marcin Woyczyński z matką i pierwszą żoną /Benedykt Woyczyński – “Ben”

4_marcin_woyczynski_kazik_hrebnicki_marysia_stankiewiczoOd góry: Władysław Stankiewicz, Marcin Woyczyński, Kazimierz Hrebnicki, Marysia Stankiewiczówna ok. 1933

Lekarz Marszałka

W tym czasie Marcin Woyczyński został mianowany przybocznym lekarzem Marszałka Józefa Piłsudskiego. Z Marszałkiem łączyła go wieloletnia przyjaźń. Woyczyński uzyskał dyplom doktora medycyny w 1895 roku w Wojskowej Akademii Lekarskiej w Petersburgu, który nostryfikował w roku 1900 w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mianowany rozkazem Komendy Legionów Polskich z 10.10 1914 roku lekarzem II Batalionu w składzie II Brygady pełnił służbę medyczną uczestnicząc w bitwie o Lwów, a potem w wojnie polsko-bolszewickiej. W listopadzie 1918 roku wstąpił do Wojska Polskiego. Od 1904 działał w Organizacji Bojowej PPS, podlegającej bezpośrednio Piłsudskiemu. Jednostki, w których służył i stanowiska mu przyznane, dostępne są w materiałach encyklopedycznych.

Jako lekarz sprawował opiekę nad zdrowiem Marszałka do 1935 roku. Piłsudski chorobliwie nie znosił doktorów i ich porad, a także zbyt długo zwlekał z badaniem wątroby, na które nalegał dr Woyczyński.

Bratowa mojej Matki Janiny ze Stankiewiczów tak wspomina w książce “Pani na Berżenikach”, wuja swego męża, Marcina:

“Wuj Kazimierza dr Marcin Woyczyński pochodził ze starej szlacheckiej rodziny o tradycjach wolnościowych i niepodległościowych. Jeszcze podczas studiów medycznych wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej. Po wyjeździe do Galicji był członkiem Organizacji Bojowej w ramach PPS, która skupiała najbardziej ofiarnych i ideowych ludzi. W jej szeregach było około 6000 bojowców podlegających bezpośrednio Józefowi Piłsudskiemu. Wykonywali oni zamachy na carskich policjantów i prowokatorów.

Napadali na pociągi, które przewoziły kasy rządowe i tak zdobywali fundusze. Najgłośniejszym czynem Organizacji Bojowej był napad na pociąg na stacji Bezdany koło Wilna w 1908 r.

Napad przygotował i kierował nim osobiście Józef Piłsudski. Stoczyli formalną bitwę z wojskową załogą pociągu, byli zabici i ranni. Zdobyli kilkaset tysięcy rubli dla organizacji niepodległościowej. Potem wuj był w Związku Strzeleckim i służył w 1. Pułku Legionów. Był jednym z niewielu z którymi Marszałek wypił “braterstwo” jeszcze za czasów PPS.

Piłsudski nie cierpiał lekarzy, tolerował jedynie wuja w tej roli. Miał do niego bezpośredni dzwonek z gabinetu. Często zapadał na grypę, ale nie chciał zażywać lekarstw. Wujaszek musiał mu je aplikować w posiłkach. Był niesłychanie trudnym pacjentem. Nie lubił nawet mierzyć gorączki. Wuja łączyły z Piłsudskim więzy przyjaźni. Marszałek mówił o Nim, “Mój najstarszy towarzysz z żyjących”. Dr Woyczyński jeździł z nim zawsze do ukochanego Wilna, gdzie Marszałek spędzał 19 marca imieniny z Zofią Kadenacową, starszą siostrą. Jeździł szesnaście kilometrów na północ do małego 35 hektarowego majątku Pikieliszki ze starym ogrodem. Wtedy do Berżenik przyjeżdżał na 2-3 dni wuj Woyczyński , któremu Piłsudski pozwalał odwiedzać rodzinę. Prosił jednak, żeby mu przywieźć naszej wędzonej na jałowcu polędwicy i kiełbasy litewskiej. Na jesieni zawsze brał do Wilna skrzynkę Ananasa Berżenickiego dla Marszałka.

Wuj, podobnie jak Marszałek, lubił stawiać pasjanse i przy dobrej pogodzie rozkładał karty na obrośniętym gęsto winem ganku dworu berżenickiego. Najchętniej kładł piramidkę, warkocz Wenery, ogonki Szwoleżerskiego, choinkę, grób Napoleona, prześcieradło.

Na Maderze, zimą roku 1930, podczas trzymiesięcznego urlopu, Marszałek dyktował mu swoją ostatnią pracę “Poprawki historyczne”. Wuj kupił na Sylwestra butelkę wina, a Marszałek miał pretensję , że za drogo zapłacił. Żył nadzwyczaj skromnie i prawie nie pił alkoholu…

…W maju 1931 r. kiedy wuj awansował na pułkownika, urządziliśmy skromną uroczystość rodzinną w Berżenikach…”

(fragmenty wspomnień Heleny z Zanów Stankiewiczowej , “Pani na Berżenikach, W. Wiśniewski, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1991)

Kontakty z rodziną Babci Marii

Kontakty dr Marcina Woyczyńskiego z rodziną siostry Marii (Mani) nie były zbyt częste, mimo że odległość z Alej Ujazdowskich w Warszawie, gdzie mieszkał Marcin, jest niewielka.

Kiedy Stankiewiczowie przenieśli się do Anina – wówczas podwarszawskiego letniska, Marcin chwalił ich wybór. Podobał mu się ten lesisty teren.

W 1932 roku gościł tutaj na weselu moich Rodziców – Janiny i Stanisława Tyszkiewiczów. Do ślubu w kościele św. Aleksandra (Pl. Trzech Krzyży) pojechali kabrioletem Marszałka wypożyczonym przez wuja Marcina.

5_slub_janiny_i_st_tyszkiewiczow

Ślub Janiny i Stanisława Tyszkiewiczów

Na emeryturze (1935) Woyczyński najchętniej przebywał na Kresach. Wrzesień 1939 roku zastał go prawdopodobnie w Wilnie.

W czasie niemieckiej okupacji bywał w Warszawie i kilkakrotnie w Aninie, ale chyba nigdy u nas nie nocował.

Serdeczny, ale nie wylewny, opiekuńczy i troskliwy wobec kobiet i dzieci, potrafił słuchać i z każdym znajdował wspólny temat. Miałam wtedy (1942-44) około dziesięciu lat i Dziadek Marcin fascynował mnie! Na pewno opowiadania Mamy o jego życiu miały duży wpływ na moją wyobraźnię. Dochowałam obietnicy danej Mamie i nikomu nie powtarzałam rodzinnych “sekretów”. Jeden z nich, to wróżba Cyganki – w czasie, gdy Marcin był jeszcze studentem w Piotrogrodzie, okazała się proroczą. Był żonaty trzykrotnie, a wszystkie jego żony były kobietami nietuzinkowymi (Maria, Ludmiła, Taida).

Marcin Wojczyński zmarł 25 lipca 1944 roku w Warszawie.

W przeddzień wybuchu Powstania Warszawskiego został pochowany na Wojskowych Powązkach. Z Anina na pogrzebie Dziadka był jedynie mój Ojciec, gdyż komunikacja miejska nie działała już sprawnie. Większość drogi przez miasto Ojciec pokonał pieszo. Mówił potem, że na pętli tramwajowej na Gocławku leżały wagony trakcyjne – zwiastun barykady i bliskich wydarzeń zbrojnych.

Dla mojej najbliższej Rodziny Marcin Woyczyński jest prawdziwym patriotą, który swoje życie podporządkował służbie Polsce. Niepodległość Ojczyzny oraz niełatwa codzienna gotowość i lojalność wobec wymagań wieloletniego druha – Marszałka, stanowiły priorytety w wyborach życiowych dr Woyczyńskiego.

Cześć Jego pamięci!

6_dr_marcin_woyczynskiMarcin Woyczyński

Maria Chodorek, Warszawa-Anin, październik 2016

Ta jedna w pamięci mej tkwi 2

Kinga Szpuler

Die Nixen (Las ninfas), del poemario Neue Gedichte (Nuevos poemas), Heinrich Heine (1844)

Die Nixen

Am einsamen Strande plätschert die Flut,
Der Mond ist aufgegangen,
Auf weißer Düne der Ritter ruht,
Von bunten Träumen befangen.

Die schönen Nixen, im Schleiergewand,
Entsteigen der Meerestiefe.
Sie nahen sich leise dem jungen Fant,
Sie glaubten wahrhaftig, er schliefe.

Die Eine betastet mit Neubegier
Die Federn auf seinem Barette.
Die Andre nestelt am Bandelier
Und an der Waffenkette.

Die Dritte lacht, und ihr Auge blitzt,
Sie zieht das Schwert aus der Scheide,
Und auf dem blanken Schwert gestützt
Beschaut sie den Ritter mit Freude.

Die Vierte tänzelt wohl hin und her
Und flüstert aus tiefem Gemüte:
»O, daß ich doch dein Liebchen wär,
Du holde Menschenblüte!«

Die Fünfte küßt des Ritters Händ,
Mit Sehnsucht und Verlangen;
Die Sechste zögert und küßt am End
Die Lippen und die Wangen.

Der Ritter ist klug, es fällt ihm nicht ein,
Die Augen öffnen zu müssen;
Er läßt sich ruhig im Mondenschein
Von schönen Nixen küssen.

(Wikisource s.f.)

 Rusałki

Bezludny brzeg fala z pluskiem obmywa,
Księżyca wzeszła poświata,
Na białej wydmie rycerz spoczywa,
Marzenie go barwne oplata.

Piękne rusałki wychodzą z wody,
Ubrane w welony zwiewne,
Skradają się, gdzie leży junak młody,
Myślały, że usnął zapewne.

Więc jedna mieniące się pióra pawie
Głaszcze na jego birecie,
Druga zaś broni dotyka ciekawie
I dłubie przy bandolecie.

Trzecia ze śmiechem i błyskiem w oku
Wyciąga z pochwy miecz ostry
I wsparta na nim radośnie z boku
Ogląda rycerza i siostry.

Czwarta tu i tam stąpa tanecznie
I z serca szeptem rzecze:
»Rada bym twą kochanką być wiecznie,
Ty piękny kwiecie człowiecze.«

Piąta całuje rycerza dłonie
W pragnieniu tęsknym, a szósta
Waha się, potem całuje go w skronie,
Policzki i wreszcie w usta.

Rycerz jest mądry, leży na piasku
I mając zamknięte oczy
Spokojnie się daje w księżyca blasku
Całować rusałkom uroczym.

(archivo privado de K.Krenz)

El poema Die Nixen se refiere a la tradición de los medievales romaces ibéricos, sin embargo, es una versión moderna y un poco parodiadora de este género literario. Heine está mezclándolo con la estilística exaltada del romanticismo para obtener el efecto chistoso, si bien muy atrayente. Las siete estrofas, cada de cuatro versos, poseen un ritmo muy regular, por lo que parecen una balada. Las rimas se cruzan y tinenen la forma abab, casi todas son las rimas consonantes. El texto es muy melódico, por eso podemos declamar o cantarlo.

El narrador del poema nos cuenta una historia ligera y algo indecente sobre un encuentro de un caballero con cinco ninfas. En la primera estrofa vemos al hombre en la playa soñando en algo bonito. Es de noche, él tiene “bunte Träume” (sueños multicolor), la expresión es muy convincente y sugiere mucho al lector.

En la segunda estrofa del mar emergen las ninfas y se acercan a él, las chicas suponen que el hombre está durmiendo. En las tres estrofas siguientes, poco a poco, se atreven a tocar al caballero: la primera se interesa por su casco, la segunda por su carrillero, la tercera saca su espada de la funda, la cuarta baila y le susurra al oído sus deseos. En la penúltima estrofa la quinta ninfa besa su boca. Al final conocemos la moraleja graciosa del cuento, o sea, el caballero es tan ingenioso que no intenta abrir los ojos; sigue fingiendo dormir para que las ninfas no dejen de besarlo.

La figura de la ninfa aparece en muchas épocas y en varios géneros literarios, no obstante, en el romanticismo se hizo un motivo popular. Heine en su poesía se sirve de la figura muy a menudo. La ninfa encarna la belleza y el peligro del encuentro entre los amantes.

Como ya hemos mencionado, los poemas de Heine fueron las primeras traducciones de Irena Kuran-Bogucka. En la versión polaca del poema Die Nixen observamos la misma forma, coincide el número de estrofas y versos. Las rimas son muy bien logradas, poseen la misma estructura abab y son consonantes. Esto influye mucho en el ritmo del poema, podemos declamarlo en voz alta y la melódía del texto hace una impresión muy buena.

Nuestra atención la llama el lenguage polaco estilizado de la época medieval; evidentemente, la traductora tenía un vocabulario muy rico. Nos encantan las expresiones como: “marzenie go barwne oplata; z serca szeptem rzecze; rada bym twą kochanką być wiecznie; w pragnieniu tęsknym”. Sobresalta también lo que faltaba en el otro poema, Die Lorelei, es decir, la ironía y el gran sentido de humor. Bogucka sabe servirse de las mismas palabras con doble sentido, que Heine. El fragmento: “Die Dritte lacht, und ihr Auge blitzt,/ Sie zieht das Schwert aus der Scheide; Trzecia ze śmiechem i błyskiem w oku/ Wyciąga z pochwy miecz ostry“ suena muy divertido, tal en alemán como en polaco. La coronación de la traducción es la moraleja en la última estrofa; el texo parece como si fuera escrito en polaco y no traducido de otra lengua, porque las palabras suenan muy sencillas y acertadas: “Rycerz jest mądry, leży na piasku/ I mając zamknięte oczy/ Spokojnie się daje w księżyca blasku/ Całować rusałkom uroczym.”

Nauzykaa