Subiektywny bardak na skos IV

Tomasz Fetzki

Opuściwszy Warkę mknie Trójka Podróżników bocznymi drogami na północny zachód. Wokół widzą coraz więcej sadów. Nic dziwnego, wszak zbliżają się do Grójca. Viatorka w internecie na smartfonie szuka wiadomości o mieście. Poza tymi o zagłębiu sadowniczym oraz o regionalnych odmianach jabłek niewiele więcej znajduje. Mimo to Viator nie żałuje wizyty w Grójcu, choć na jabłka jeszcze o wiele za wcześnie. Krótko po wjeździe do miasta na wprost oczu Pielgrzyma ukazuje się naprawdę piękny i gustowny mural, wzorowany zapewne na starej fotografii lub rycinie: grójecki rynek i ratusz gdzieś na przełomie XIX i XX wieku. A za chwilę z okien samochodu widać ten sam rynek i ratusz w naturze. Kameralny, czysty, zadbany. Jak zresztą wszystkie odwiedzone dziś miasta i wsie. Gdzie ta Polska w ruinie?

10-lub

Na dokładniejsze zapoznanie z Grójcem czasu oczywiście zabrakło, ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, aby kiedyś tu wrócić. Tymczasem pędzimy w kierunku Żyrardowa.

Viator musi w najgłębszym sekrecie zdradzić, że tak naprawdę całą trasę podróży na skos układał z tą intencją, by odwiedzić miasto Filipa de Girard. To był główny cel, oś, jądro całej rajzy. Albowiem od czasów młodości fascynuje się Pielgrzym (choć jedynie amatorsko) zagadnieniami architektury i urbanistyki, tworzenia miast na surowym korzeniu, dziewiętnastowiecznego budownictwa industrialnego, zagospodarowania przestrzeni miejskiej i temu podobnemi tematami. Już kiedyś zresztą na tym blogu (TU KONKRETNIE) dał upust swym pasjom.

Tym razem Viatorka znajduje mnóstwo informacji o krótkich, ale burzliwych dziejach osady fabrycznej powstałej jako aneks do wielkich zakładów lniarskich. Aż dziw, że tak młode miasto może mieć tak bogatą historię!

11-lub

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, nie zawiódł Żyrardów Viatora! Układ urbanistyczny zachowany wspaniale. Poszczególne stylowe budynki z czerwonej cegły sukcesywnie odnawiane. Zakłady lniarskie już nie istnieją, ale budynki fabryczne uratowano, lokując w nich galerię handlową. Zakupów Wędrowiec nie zrobi, ale nie może się powstrzymać od dłuższego spaceru wśród zabudowań żyrardowskiej starówki. Jedynie poczucie obowiązku wyrwało go w końcu z transu, otrzeźwiło, posadziło na nowo za kierownicą.

Gdy Trójka Podróżników na węźle Wiskitki osiągnęła highway, godzina była już taka, że Viator po raz pierwszy tego dnia poczuł ucisk w gardle. Kurde, możemy nie dojechać na czas na koncert Piwnicy pod Baranami… Nie podzielił się jednak swymi przeczuciami, aby defetyzmu nie siać w szeregach. Przycisnął gaz na ile rozsądek pozwolił i auto pomknęło Autostradą Wolności prościutko na zachód. Wrażeń ani skojarzeń na tym etapie podróży nie miał Pielgrzym zbyt wielu. Co innego mu brzmiało w głowie: zdążyć, zdążyć!

Jest jednak pewien wyjątek. Zdarzyło się już wcześniej Viatorowi kilkukrotnie jeździć tędy do Warszawy i z powrotem. Za każdym razem intrygował go pewien kościół, doskonale widoczny z trasy, a znajdujący się w wiosce jakieś dwadzieścia kilka kilometrów na wschód od Konina. Trudno powiedzieć, czemu intrygował. Może dlatego, iż kojarzył się (bezpodstawnie, jak się okazało, choć pewne detale architektoniczne uzasadniają tę asocjację) z Świątynią Miłosierdzia i Miłości – katedrą mariawicką w Płocku? Ostatecznie obecność mariawitów tutaj, w dawnym zaborze rosyjskim, nie byłaby niczym nadzwyczajnym.

12-lub

To nie mariawici. Wędrowiec po którejś z podróży sprawdził. Kościół jest rzymskokatolicki, ale i tak intryguje. Kryje bowiem mroczną, czarną tajemnicę, w murach, żeby było śmieszniej, pomalowanych kolorkami delikatnymi i słodkimi jak pianka jojo. Wioska nazywa się Chełmno nad Nerem. Tak: TO Chełmno. Kulmhof. Obóz zagłady. A kościół, zajęty przez Niemców, pełnił funkcję stacji obnażenia dla przywożonych tu Żydów, Romów, Polaków, dzieci z czeskich Lidic… Co my komu zrobiliśmy, że historia się na nas uwzięła i tak często i głęboko przeorała ten skrawek kuli ziemskiej? Tak sobie myśli Viator, ale nie mądruje się i swymi refleksjami z Viatorką oraz z Szefową Blogu się nie dzieli. Skupiony jest wszak na szalonej jeździe!

Zdążyli. Pięć minut przed koncertem Viatorka z Viatorem zasiedli w fotelach Filharmonii Zielonogórskiej. Ale przedtem jeszcze pozostawili Szefową Blogu na dworcu kolejowym w Świebodzinie, skąd wygodnie i bezpiecznie dotarła do Berlina.

Opuszczając Świebodzin musiał niestety Viator napotkać wzrokiem monstrualną figurę Chrystusa. Zdjęcia nie zamieścimy, szkoda zdrowia. No co ma Viator poradzić? Udawać, że wszystko gra? Dzieło jest po prostu brzydkie pod względem artystycznym, fatalnie zlokalizowane, a i jego wydźwięk ideologiczny – monumentalizm i opresyjna nachalność – odrzuca Wędrowca. Zwierzył się z planów wrednego opisania tej figury swemu dobremu znajomemu: prezbiterowi katolickiemu rytu łacińskiego, który z Podkarpacia wywędrował do Belgii. To jeden z najinteligentniejszych ludzi, jakich Pielgrzym zna. I lubi. Zatroskał się ten ksiądz, żeby nie profanować figury Chrystusa Króla, bo to dla wielu ludzi w tym kraju jednak miejsce kultu. Obiecał więc Viator prezbiterowi, że wyrazi się oględnie. Bo też i w rzeczy samej nie chce razić uczuć niczyich. Przeciwnie: właściwie to działa na rzecz tych uczuć, jako, że gigantomania tudzież przepych to nie droga ku prawdziwej duchowości. Tym bardziej, że nie Chrystusa, ale ego pewnego proboszcza się tu czci. Wystarczająco oględnie, księże Andrzeju?

Kończy się podróż, czas na obiecaną refleksję historiozoficzną. Dlaczego tyle i tak różnych myśli, skojarzeń, refleksji oraz uczuć wzbudziła w Pielgrzymie ta podróż? Dlaczego każda podróż po kraju uruchamia ten sam mechanizm? Bo to ojczyzna Viatora. Jego miejsce na Ziemi. W pięknie i brzydocie, w dobrych i tragicznych momentach historii, w śladach mądrości i głupoty mieszkańców. Na dobre i na złe. I żaden narodowiec, faszysta czy inny oenerowiec nie będzie Wędrowcowi wystawiał cenzurki patriotyzmu. Za coś innego i wbrew czemuś innemu kochamy ten kraj. Zaś symbolowi falangi najchętniej pokazałby Viator tzw. środkowy palec, ale… nie może: dobre wychowanie to balast i przekleństwo. I tak misterna konstrukcja jest gotowa – to samo zdanie otwiera i zamyka opis podróży. Tylko czy ktoś to doceni?

***

Ja docenię
Podpisano: Szefowa 

Reblog. Odkrycia w sieci.

Znalazłam ten film przypadkiem, zamieściła go osoba używająca nicka Domowa Kostiumologia.

Spodobał mi się ten awatar, i tak to się zaczęło…

A story of a young 1950’s typist that notices something rather unusual about her machine.

Lucy and Lucys costumes Gosia Zebrowska. The rest Karolina Zebrowska.

Poszukałam dalej. To ona – Domowa Kostiumologia!

I następne, piękne filmy, zaskakujące i prawdziwe. Przesłanie tego filmu poniżej brzmi:

Please, don’t forget the real women

To ona, a jak klikniecie na zdjęcie, to wejdziecie na jej blog…

PS. Szkoda tylko, że ta piękna kobieta w pięknych kostiumach, które sama nader pięknie projektuje, robi niepiękne błędy w polszczyźnie, sukienki się u niej ubiera, a nie wkłada, a to ubranie, rodzaj jak najbardziej nijaki, jest rodzaju męskiego czyli “ubiera się tego ubrania”. Przeszkadza mi to, ale z kolei – ja umiem pisać bez błędów i jest to właściwie wszystko, co umiem, a za to ona umie robić takie wspaniałe stroje, zachwycające stylizacje, świetne filmy i naprawdę zna się na tym, o czym pisze… 🙂

Miłość jesienią

Andrzej Filet Fikus

butyMiłość siódmego października widziana z wychylenia przez okienną
framugę:
Ona i on
Liście dyktują im drogę
Chłód przyspiesza krok
To normalne, że ich dłonie jeszcze nie splecione
Jej i jego wychłodzone z wyczekiwania na tę ulgę, usta
Idą, nawet umyślnie błądzą aby w końcu się wdarzyło
Jesień tańczy, oni w sobie każde z osobna, wewnątrz pożar
Z jej włosów kapią krople podniecenia
Jest ci zimno? Bez jej przyzwolenia otula ją kurtką
?
Dziękuję jednak mi wciąż przenikliwie
Jej pierś czuje szalejące serce w kieszeni tego gestu
On się telepie, nigdy jeszcze nie był tak jesienny
Błagalny jego wzrok, ona rosą w oczach przychylna
Pocałuj mnie
Nie obchodzi nas w tej chwili ta kałuża
Zapomniane zimno staje się ich opiekunem
Ramiona jakby syjamskie nagle
Ich ciała bałwan z dwóch części
Kocham cię

07.10.2016

Gin

spiłem jałowiec z twoich ust
pożądałem ich
oddaliłaś się i umarłem
kiedy ranny znów się narodziłem
wycisnąłem z pamięci jego nektar
wciąż jesteś przy mnie
nasza bliskość zaś
pozostaje nierozebrana

***

dom który kocham
i nóż w jego macicę
wkładam
XXX
dom w którym kocham
zmywać swoje grzechy
XXX
dom który kocham
ściskając pięści by go nie zburzyć
XXX
dom który kocham
albowiem chroni szaleńców
XXX
17.06.2009
Das Haus, das ich liebe
Ein Messer stecke ich in seine Gebärmutter
XXX
Das Haus, in dem ich liebe
Abwaschen all meiner Sünden
XXX
Das Haus, das ich liebe
Fäuste ballend, um es nicht zu zerstören
XXX
Das Haus, das ich liebe
Da es die Wahnsinnigen beschützt
***

łzy są nieme
udają krzyk
miałem nadzieję kiedyś
wyskoczyć
z tego okna na drugim piętrze
i wpaść w jej dekolt
powiedziałem jej o tym

“…ty już śpisz
a ja chciałabym
upleść pelerynę z włosów
i odgrodzić cię
od świata”

melancholia nie zna litości

 

Tränen sind stumm
täuschen Schreie
voreinst verspürte ich den Wunsch
aus diesem Fenster vom zweiten Stock zu springen
und in ihr Dekolleté zu fallen
ich erzählte ihr davon

“…Du schläfst schon
und ich wollte so gerne
einen Umhang aus meinem Haar
Dir nähen
und Dich abschirmen von der Welt”

Melancholie kennt kein Erbarmen

***

Mówię Ci Pani Życie
kapituluję wobec Twojej dobroci
ja się nie prosiłem na Twoje łąki
ja Andrzej Fikus

nad krzypopem wśród kaczeńców wychowany
bo dawno już zamilkłem
i nie pojmuję
dlaczego tu jeszcze
przeszkadzam

I gdybym dzisiaj miał tę
tęsknotę co wtedy
boso bym do Ciebie wyruszył
gdybym ją miał
gdzie jesteś Miła?
mozolnie ściągam buty

I jest mi dziwnie Pani Życie
na Ciebie obrażać się
ale…

 

Frau Leben, ich sage Dir
ich kapituliere vor Deiner Güte
ich habe nicht darum gebeten,
Deine Wiesen zu betreten
ich Andrzej Fikus
aufgewachsen am Rande einer Abflussrinne
inmitten von Sumpfdotterblumen.
Längst bin ich schon verstummt und begreife nicht
warum ich hier noch stören muss

Und wenn ich heute noch diese
Sehnsucht spürte, die damals
barfuss zöge ich los –
wenn ich sie hätte
wo bist Du Liebes?
behäbig ziehe ich die Schuhe aus

Eigenartig ist mir zumute, Frau Leben
mich über Dich ärgern
aber…

buty2

Ta pierwsza brygada

W dzień szczególnych sensacji księżycowych posklecał to sobie:

Zbigniew Milewicz

I natychmiast mi nadesłał. Ale cóż ja, adminka biedna, dziś dopiero wolny dzień znalazłam na wstawienie tego wpisu z 14 listopada…

Bardzo przepraszam i Autora, i Czytelników

My pierwsza brygada

Tak, jak na parafialny chór Polskiej Misji Katolickiej w Monachium przystało, najpierw odśpiewaliśmy w starym kościele św. Barbary po łacinie i po polsku okolicznościowe pieśni z okazji dorocznego Święta Niepodległości, a później poszliśmy się bratać z ludem bożym. W parafialnej sali, gdzie ugoszczono wszystkich winem i ciastkami, chór musiał najpierw trochę pośpiewać, rozgrzać polskich parafian narodową nutą…

Na pierwszy plan poszło Wojenko, wojenko… Później Przybyli ułani pod okienko… Wreszcie utwór główny wieczoru, od 14.08.2007 r. oficjalna pieśń Wojska Polskiego, My Pierwsza Brygada, zrodzona w I Brygadzie Legionów Polskich, dowodzonych przez Józefa Piłsudskiego. Poszła wersja aktualnie oficjalna, ale ludzie różnie śpiewali.

Oto znana wersja Brygady:

My pierwsza brygada

Legjony to żałobna nuta,
Legjony to skazańców głos.
Legjony to żołnierska buta
Legjony to ofiarny stos!
xxxxxMy pierwsza brygada,
xxxxxStrzelecka gromada
xxxxxNa stos rzuciliśmy nasz życia los
xxxxxna stos na stos! x2

Nie trzeba nam od was uznania,
Ni waszych skarg ni waszych łez
Przeminął już czas kołatania
Do waszych serc, próśb nadszedł kres!
xxxxxMy pierwsza brygada… etc.

Krzyczeli, żeśmy stumanieni,
Nie wierząc nam, że chcieć to módz
Leliśmy krew osamotnieni
A z nami był nasz drogi Wódz!
xxxxxMy pierwsza brygada… etc.

Nie chcemy już od Was uznania
Ni Waszych mów, ni waszych łez!
Już skończył się czas kołatania
Do waszych serc, do waszych kies!
xxxxxMy pierwsza brygada… etc.

Żeby się jednak nie nazywało, że zakłamujemy historię, w zależności od potrzeby i aktualnego politycznego kursu, przytoczę trochę mniej przykładne zakończenie zwrotki ostatniej. Jak podaje Mieczysław Pruszyński („Tajemnica Piłsudskiego” Polska Oficyna Wydawnicza „BGW” Warszawa 1997 wyd. II str. 25):

Nie chcemy już od Was uznania
Ni Waszych mów, ni waszych łez!
Skończyły się dni kołatania
Do waszych serc, jebał was pies!

Pieśń wytrzyma wszystko.

Pro Patria 2

Andrzej Rejman

Motto: “Wy tej Polski nie utrzymacie. Ta burza, która nadciąga, jest zbyt wielka. Obecna Polska zdolna jest do życia tylko w jakimś wyjątkowym, złotym okresie dziejów (…) ja przegrałem swoje życie. Nie udało mi się powołać do życia dużego związku federacyjnego, z którym świat musiałby się liczyć. “

(Józef Piłsudski w 1925 r. w rozmowie z płk. Januszem Głuchowskim)

pilsudski_z_corkami_i_zona_w_druskiennikach_okfot. Marszałek Piłsudski, z żoną i córkami w Druskiennikach, fot Leon Baranowski, Druskienniki, 1924 (ze zbiorów rodzinnych)

***

Cytat na wstępie pozornie luźno związany jest z dzisiejszym tematem, jednak niepokojąco pasuje mi do czasów obecnych. Chociaż – rodzajem “dużego związku federacyjnego” o którym marzył Piłsudski mogłaby w jakimś sensie być unia państw europejskich. Mamy teraz taką… Ale co z nią będzie?

***

Dzisiejszy wpis jest wspomnieniem kolejnego (po dr Marcinie Woyczyńskim) lekarza z otoczenia Marszałka Piłsudskiego –
dr Mieczysława Michałowicza, który leczył m.in. jego córki.

Impulsem do pogłębienia wiedzy o dr Michałowiczu jest fakt, iż moja babcia, Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka, wymienia Michałowicza w swoich dziennikach z lat 1923-39 aż kilkadziesiąt razy!

Powodem tego było wątłe zdrowie jej syna Kazimierza, mojego wuja (1922-1944). Wizyty u dr Michałowicza były tak częste, przypadłości na które cierpiał mały Kazik – liczne, a pochwały jego skutecznego leczenia tak entuzjastyczne, że postanowiłem bliżej przyjrzeć się postaci Doktora.

W materiałach biograficznych, które znajduję, dr Michałowicz jawi się jako człowiek wielkiego charakteru, społecznik, demokrata, wolnomyśliciel, który łączył swe obowiązki na rzecz chorych z działalnością społeczną na rzecz kraju.

michalowicz_zdjecieProfesor Michałowicz (przy dziecku) na obchodzie (prawdopodobnie w szpitalu przy ulicy Litewskiej w Warszawie) źródło: http://dabrowazachodnia.pl/1049_profesor-michalowicz

Mieczysław Michałowicz urodził się w Petersburgu w 1876 roku.

Był synem urzędnika państwowego Tytusa Edwarda Michałowicza i Zofii z domu Hryckiewicz. Od początku bardzo aktywny politycznie – w 1896 przystąpił do PPS, brał udział w rewolucji 1905. W PPS działał do 1906.

Ukończył rosyjską Akademię Wojskowo-Lekarską, a następnie podjął pracę w zawodzie lekarza. Po kilku latach postanowił wyspecjalizować się w dziedzinie pediatrii, studiował w Paryżu, Wiedniu, Berlinie, Strasburgu i u prof. Jana Raczyńskiego we Lwowie.

We Lwowie otrzymał pracę w Gimnazjum Żeńskim im. Narcyzy Żmichowskiej, gdzie prowadził lekcje z higieny i ratownictwa. Był także wolontariuszem w Klinice Dziecięcej na Uniwersytecie Lwowskim. Idąc w ślady Boya-Żeleńskiego w Krakowie oraz doktorów Serkowskiego w Łodzi i Starkiewicza w Busku-Zdroju, stał się współzałożycielem Towarzystwa „Kropla Mleka”, systematycznie dożywiającego dzieci pochodzące z niezamożnych rodzin robotniczych.

W założonym przez siebie później towarzystwie „Trzeźwość” prowadził aktywną walkę z alkoholizmem.

Po wybuchu I wojny światowej w 1914 roku został zmobilizowany do służby sanitarnej w armii austriackiej i jako lekarz wojskowy pełnił funkcję ordynatora szpitali garnizonowych kolejno w Krakowie i Ołomuńcu na Morawach, gdzie zżył się z miejscową ludnością.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wraz z rodziną przeprowadził się do Warszawy, gdzie w czasie wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku, będąc oficerem WP w stopniu pułkownika, był starszym ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych wojskowego Szpitala Ujazdowskiego.

W dwudziestoleciu międzywojennym prowadził prace badawcze dotyczące opieki nad dzieckiem. Od 1920 był profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Warszawskiego, a od 1927 profesorem zwyczajnym, potem kolejno rektorem i prorektorem. Wykładał również na warszawskiej Akademii Medycznej, był członkiem Polskiej Akademii Umiejętności i Polskiej Akademii Nauk.

W latach 1935–1938 był senatorem wybranym przez sanację, pod koniec II RP uniezależnił się od obozu piłsudczykowskiego i został współzałożycielem Stronnictwa Demokratycznego. (na podstawie Wikipedii)

w innym miejscu czytam:

Michałowicz był zdecydowanym przeciwnikiem stosowania fizycznej przemocy wobec posłów uwięzionych w Berezie Kartuskiej. W 1930 roku wraz z trzynastoma wykładowcami Uniwersytetu Warszawskiego podpisał oświadczenie w sprawie wszczęcia śledztwa przez właściwe organa państwowe dotyczącego „sprawy brzeskiej” i stosowanych środków wobec tam osadzonych. Będąc zwolennikiem tolerancji, protestował po wprowadzeniu w 1937 roku getta ławkowego. Gdy w audytorium Kliniki Chorób Dziecięcych prezes Koła Medyków zwrócił się do prof. Michałowicza w sprawie oddzielnych miejsc dla Żydów, ten w czasie swojego wykładu wygłosił następujące oświadczenie: „Od pewnego czasu spodziewałem się zainterpelowania (do) mnie w tej sprawie. Wolno Jego Magnificencji Panu Rektorowi, jako wybranemu przez nas, profesorów, gospodarzowi, mieć w tej sprawie swoje zdanie. Ale wolno też senatorowi Rzeczypospolitej Polskiej, który przysięgał na Konstytucję, przestrzegać przepisów. Skoro Pan Bóg nie wahał się włożyć duszy Swego Syna w ciało Semity, to nie jest ludzką rzeczą rozstrzygać, kto jest lepszy, a kto gorszy. Wiem, że Semici są nieszczęśliwi jak roślina pozbawiona swego naturalnego podłoża, rzucona przy drodze. Wierzę, że w Palestynie, gdzie teraz pali się ziemia pod nogami i krwią trzeba ją okupywać, nastąpi ich odrodzenie. Póki Konstytucja nie jest obalona, to ja nie będę jej obalał. Mówię to jako wierny obywatel Państwa i w sumieniu swym chcę zostać wiernym chrześcijaninem”

Podczas wojny profesor Michałowicz był więziony przez hitlerowców. Po półrocznym areszcie na Pawiaku przewieziono go do obozu koncentracyjnego w Majdanku a w kwietniu 1944 roku do Gross-Rosen. W lutym 1945 roku wraz z dużą grupą współwięźniów został ewakuowany do obozu koncentracyjnego w Litomierzycach. Relacje pamiętnikarskie współwięźniów, z którymi prof. Michałowicz przebywał w obozach koncentracyjnych, jednoznacznie mówią o jego pogodnym usposobieniu i nieustannym niesieniu pomocy, gdzie w bardzo trudnych, a niekiedy beznadziejnych warunkach bytowych zawsze starał się wspierać tych, którzy załamali się psychicznie, pomagając tym samym przetrwać im najgorsze chwile.

Po wojnie powrócił do zniszczonej Warszawy i zamieszkał wraz z żoną w nie zniszczonej części budynku kliniki przy ul. Litewskiej. Zaangażował się w reaktywację Stronnictwa Demokratycznego, był prezesem Rady Naczelnej SD w latach 1945–1949, posłem do KRN i do Sejmu Ustawodawczego.

Ze Stanisławą Jaczynowską miał syna Jerzego Władysława (1903-1936) − piłkarza i lekkoatletę, autora prac zakresu wychowania, lekarza pediatrę – ukończył studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Podobnie jak ojciec wspierał i rozwijał sport wśród klasy robotniczej. Niestety Jerzy Władysław zmarł przedwcześnie, mając zaledwie trzydzieści trzy lata, kiedy to w trakcie zaznajamiania się z pracą oddziału zakaźnego w szpitalu dziecięcym zaraził się szkarlatyną.

Profesor Mieczysław Michałowicz zmarł w wieku dziewięćdziesięciu lat, 22 listopada 1965 roku w Warszawie.

(na podstawie: http://www.medrodzinna.pl/wp-content/uploads/2014/10/mr_2014_152-155.pdf)

***

Małgorzata Hrebnicka pisze w swoim dzienniku przedwojennym:

1928 rok

“…Zachowajcie poezję, opanujcie prozę” – zwrócił się w swym przemówieniu do matek – Profesor Michałowicz (w Filharmonii) w pierwszym dniu “Tygodnia Dziecka”. Odczyt zrobił na mnie głęboko estetyczne wrażenie. Promieniowało serce człowieka wielkiego uczucia i wielkiej duszy! Piękny odczyt!…

…Byłam na odczycie profesora Michałowicza pt. “Higiena dziecka nerwowego”. Ciekawy. Monotonia życia, otaczająca przyroda, najlepiej wpływają na nerwy. Kojąco wpływa – zielony kolor…

…Posłałam prof. Michałowiczowi kosz kwiatów – białych lewkonii, wodnych lilii i amarantowych róż…

***

Szukając materiałów o dr Michałowiczu natrafiłem również na dyskusję nad dekomunizacją ulic – przyczynkiem do dyskusji był pomysł zmiany nazwy ulicy profesora Michałowicza w Dąbrowie k. Warszawy …. tu można poczytać – http://dabrowazachodnia.pl/1049_profesor-michalowicz

No i tu refleksja – że wszystko się pięknie łączy i przeplata – losy ludzi, Piłsudski, Michałowicz, mądrość i głupota…

A na koniec jeszcze inny, ciekawy cytat Marszałka:

“Gdy myślę o dziejach tak oryginalnych naszego państwa, naszego narodu, gdy myślą się przenoszę do dawnych czasów, gdy Polska z map świata, jako państwo polityczne, wymazana była, widzę historię wielką mistrzynię życia, jak cicho stąpa, zbiera swoje prawdy, zbiera wszystkie grozy świata, wszystkie jego radości. Myślę, że gdy przechodzi ona tak, jak ongi przed upadkiem Rzeczypospolitej, tak i teraz, i po naszej ziemi, po naszych osadach, tak samo cicho, patrząc na ludzi, zbierając wszystkie mądrości i wszystką głupotę, to sądzę, że nieraz wiele musi prawd przepuszczać, i tylko dzięki zaiste niepojętej, a tak wielkiej i niezbadanej litości boskiej, ludzie w tym kraju nie na czworakach chodzą, a na dwóch nogach, udając człowieka….”

***

i jeszcze jedno wspomnienie o Michałowiczu, jego byłej studentki, dr Ireny Ćwiertni

“…Z pediatrią, dziedziną interesującą mnie w szczególny sposób, zetknęłam się w Klinice Pediatrycznej przy ul. Litewskiej, prowadzonej przez prof. Mieczysława Michałowicza (1876-1965), przedwojennego rektora Uniwersytetu Warszawskiego. W listopadzie 1942 r. został aresztowany jako przedstawiciel środowiska inteligenckiego i umieszczony na Pawiaku. W 1943 r. trafił na Majdanek. Nawet w tragicznych warunkach obozowych pełen energii, prowadził wykłady z zakresu medycyny. Z konieczności posługiwał się językiem niemieckim, aby pilnujący zebranych więźniów Niemiec mógł rozumieć, co im przekazuje.

W marcu 1944 r. był pędzony boso do obozu Gross-Rosen – zgubił drewniaki. Nigdy nie tracił nadziei, zgodnie z dewizą św. Łukasza: Contra spem, spero. (wierzę, wbrew nadziei, przyp mój, AR)

Profesor Michałowicz rzadko wygłaszał wykłady. Funkcję tę spełniał doc. Edward Wilkoszewski (1895-1993)*, który był świetnym wykładowcą. Opisywał ciekawe przypadki występujące u dzieci i podawał ich objawy.

Egzamin zdawałam u prof. Michałowicza. Uprzedzono mnie, że profesor zadaje zaskakujące pytania, nie mające nic wspólnego z pediatrią. I rzeczywiście, zapytał, czy metalowy przycisk stojący na biurku się porusza. Pomyślałam chwilę i odpowiedziałam, że oczywiście porusza się, z całą kulą ziemską. Był zadowolony z odpowiedzi, ale chodziło mu jeszcze o coś: że wewnątrz przycisku poruszają się elektrony. Następne pytanie było też nietypowe: jaka jest choroba królów perskich? O tym byłam poinformowana od uprzednio zdających i odpowiedziałam, że to szkarlatyna – płonica. Ostatnie, już związane z pediatrią, było pytanie o etiologię zapalenia dróg moczowych u dzieci. Odpowiedziałam prawidłowo. Uśmiechnięty profesor oznajmił, że zdałam celująco. Obydwoje byliśmy bardzo zadowoleni…”

dr Irena Ćwertnia (źródło: http://www.oil.org.pl/xml/oil/oil68/gazeta/numery/n2011/n201111/n20111128)

____________

* dr Edward Wilkoszewski, wychowanek, współpracownik prof. Michałowicza, mój lekarz z lat dziecinnych, który wg mojej matki przyczynił się istotnie do mojego wyzdrowienia z nękających mnie chorób w wieku niemowlęcym. Myślę, że profesor Michałowicz polecił wtedy dr Wilkoszewskiego moim rodzicom…

Ta jedna w pamięci mej tkwi 4

Kinga Szpuler

ostatnia część pracy magisterskiej o tłumaczeniach Ireny Kuran-Boguckiej, napisanej w tym roku pod kierunkiem profesora Piotra Sawickiego w Wyższej Szkole Filologicznej we Wrocławiu. Również Memento ukazało się w obu językach, a po raz pierwszy po polsku w Polsko-Niemieckiej Edycji Literackiej WIR, w tomie Poetki z ciemności – Dichterinnen aus dem Dunkel (Berlin 1995). Wiersz został przez nas użyty, gdy publikowaliśmy w prasie nekrolog Mamy; został też umieszczony przez architekta Jacka Krenza na murze Cmentarza nieistniejących cmentarzy w Gdańsku, przywołuje go też stała wystawa w Ratuszu Schöneberg w Berlinie – Wir waren Nachbarn, o co zadbał księgarz i wydawca berliński Wojciech Drozdek.

Memento de Mascha Kaléko (1957)

Memento

Vor meinem eignen Tod ist mir nicht bang,
Nur vor dem Tode derer, die mir nah sind.
Wie soll ich leben, wenn sie nicht mehr da sind?

Allein im Nebel tast ich todentlang
Und laß mich willig in das Dunkel treiben.
Das Gehen schmerzt nicht halb so wie das Bleiben.

Der weiß es wohl, dem gleiches widerfuhr;
Und die es trugen, mögen mir vergeben.
Bedenkt: den eignen Tod, den stirbt man nur,
Doch mit dem Tod der andern muß man leben.

(Slaska 2013)

Memento

Ja mojej własnej śmierci wcale się nie boję,
A tylko śmierci ludzi, którzy są mi bliscy.
Jakże mam żyć, jeżeli porzucą mnie wszyscy?

We mgle, błądząc samotna, szukam śmierci swojej,
I chętnie w ciemny mrok przyjmę wygnanie.
Odejście boli dwakroć mniej, niż pozostanie.

Ci wiedzą to najlepiej, którzy to spotkali.
Ci, co to znieść umieli, niechże mi wybaczą.
Pomyślcie, jak dni własnej śmierci mało znaczą,
Lecz ze śmiercią najbliższych musimy żyć dalej.

(Slaska 2013)

El poema Memento, tan significativo y emocionante, no requiere mucho comentario. Cuenta las verdades las cuales compartimos todos, más tarde o más temprano, durante nuestra vida. Lo más doloroso de la existencia humana es tener que sobrevivir la muerte de las personas que amamos. Nos cae bastante difícil separar la voz de la autora del yo poético del texto: son las mismas personas. Kaléko describe lo todo con las palabras sencillas, anda sin rodeos.

El texto consta de tres estrofas, dos primeras de tres versos y la última de cuatro. Las rimas están situadas de manera interesante, se riman las palabras: “bang; todentlang”, que terminan los primeros versos de dos estrofas. Además hay rimas en el segundo y tercero verso: “sind; sind” y “treiben; Bleiben”. En la tercera estrofa las rimas se cruzan y tienen la estructura abab. En cada línea encontramos diez u once sílabas, por eso el texto parece bastante armonioso.

En la primera estrofa el sujeto lírico constata que no teme su propia muerte, solo la de las personas más cercanas; no se imagina su vida sin ellos. En la segunda parte dice que le gustaría morir, porque esto, le doliera menos que quedarse viva. En la tercera estrofa encontramos una moraleja muy sabia e irónica: “Bedenkt: den eignen Tod, den stirbt man nur,/ Doch mit dem Tod der andern muß man leben.; Pomyślcie, jak dni własnej śmierci mało znaczą, Lecz ze śmiercią najbliższych musimy żyć dalej.”. Es tan simple como eso.

La traductora no pretende decir más que la autora del poema, todo lo contrario, busca las palabras más naturales para guardar la sabíduria y la sencillez del texto original. Los versos son un poco más largos, de once o trece sílabas. Otra vez tuvo que buscar las soluciones para algunas expresiones, como p.ej.: “Allein im Nebel tast ich todentlang”, es un neologismo muy original pero también claro para una persona que habla alemán. Esto significaría “errar y palpar a lo largo de la muerte”, como si la muerte fuera un camino que sentimos pero no lo podemos ver. Bogucka tradujo la expresión con mucho ingenio: “ We mgle, błądząc samotna, szukam śmierci swojej”. En las formulaciones como la mencionada el traductor no solo tiene que entenderla, sino sentirla. La moraleja de la estrofa final suena muy bien en la lengua polaca, entendemos el mensaje principal y sentimos este matiz de ironía en el texto.

Para terminar el análisis de los poemas citamos el comentario del blog de Ewa Maria Slaska, la hija mayor de la traductora:

Mi madre murió en el agosto de 1995. Hace 20 años. Miro con recelo lo que he escrito. 20 años, pienso, 20 años. Hace 20 años hablé con mi hermana por teléfono. -Escribe una nota necrológica- me dice Kasia. No tengo ningún ejemplo de cómo se escribe las notas, no tengo ni idea de lo que tuviera escribir, pero no lo discuto. A distancia de decenas de años escucho la voz de mi Madre
-Cuando no sabes que escribir, sírvete de una cita- un consejo de una madre inteligente para su hija haciendo deberes. (…) Ya lo sé que lo que estoy buscando es el Memento de Mascha Kaléko. (…) Escribí la nota, todos la reimprimieron. El poema de Mascha en la traducción de mi Madre se encontró en la losa de su tumba. Despúes de 20 años no se ve nada, sin embargo, sabemos que está allí. Mi Padre, que le acompanía a mi Madre a la hora de traducir los poemas de Mascha, decía que estaba fascinada por ella, como si después de muchos años hubiera encontrado a su hermana que nunca tenía. (Slaska 2013) [traducción propia: KS]

Irena Kuran-Bogucka, Xilografía del ciclo “Metopy barbarzyńskie”, 1964

Z Alaski do Patagonii

Ewa Maria Slaska
bo
Hubertos Panamericanos nie pisze

Nazywa się Hubert Suwała, ma lat 37, pochodzi z Łodzi, mieszka w Berlinie. Znam go od kilku lat, przyjaźni(ł) się z różnymi moimi młodymi koleżankami i tak też o nim myślałam, Hubert, znajomy moich koleżanek. A tu nagle jedna z nich zapytała mnie ostatnio, czy wiem, co Hubert teraz robi? Nie wiedziałam, a on tymczasem jedzie na rowerze:

10406443_1418519011799499_6491024080222106151_n

His name is Hubert, he is 37 years old, born in Łódź (Poland), lives in Berlin. His bicycle travel began in Mai 2015. He is now in Santiago de Chile. His bicycle is Surly.

Podróż zaczął pod koniec maja 2015 roku i w tej chwili jest w Santiago de Chile. Jedzie na rowerze marki Surly.

Ciąg dalszy nastąpi / to be continued

Subiektywny bardak na skos III

Tomasz Fetzki

Na czym skończyliśmy? Za plecami dymią na horyzoncie kominy puławskich Azotów, na wprost na horyzoncie też kominy dymiące. Kozienice.

Dolina Wisły, panorama fantastyczne rozległa. Faktycznie, są na tej trasie (na skos Ojczyzny) takie miejsca, skąd widać zarówno kominy Zakładów Azotowych w Puławach, jak i Elektrowni Kozienice. Ech, przestrzenie bezkresne, ech, obietnica wolności, ech, chech, he he he he…

Poruszaliśmy się dotąd wzdłuż Wieprza, teraz jedziemy równolegle do Wisły. Z czym się Viatorowi, poza Puszczą, kojarzą Kozienice? Kompozytor, ten no…, jak mu tam było? Sprawdź Viatorko w internecie na smartfonie, proszę. Takie charakterystyczne nazwisko, tylko z głowy mi wyleciało. No, ten od jabłuszka pełnego snu. Klimczuk! Jasne, Bogusław Klimczuk. Tu się urodził. A co poza Jabłuszkiem skomponował? Różne różności, między innymi twist o Ali Babie. Dla Heleny Majdaniec był go skomponował. Wykonanie niczego sobie, ale Wędrowiec osobiście woli wersję Andrzeja Zauchy. Skąd to skojarzenie? Ano, to już post-asocjacja, postsynchron. W czasie podróżowania tak się to nie układało w zabałaganionej łepetynie Pielgrzyma. Ale gdy zasiadł Viator do pisania tego tekstu, przypomniał sobie, iż kilka tygodni temu głęboko przeżywał dwudziestą piątą rocznicę tragicznej śmierci piosenkarza. Dlaczegóż głęboko przeżywał? Nie tylko dlatego, iż zawsze cenił sobie jego kunszt wokalny. Jest jeszcze jeden powód. Coś tam niedawno kombatancił Wędrowiec o bytności osobistej na prapremierze Harf Papuszy (TUTAJ). Tymczasem, gdy pociski przerwały życie Andrzeja Zauchy na parkingu przy ulicy Włóczków, Viator też znajdował się zaledwie 300, może 400 metrów obok. Ot, taki krakowski wątek życiorysu – dawno i radykalnie zakończony. Co robił w tej chwili Pielgrzym? Szukał ostatnich włoskich orzechów w wielkim ogrodzie ukrytym za wysokim murem (tylko stary Kraków posiada takie niezwykłe tajne ogrody, ulokowane w samym centrum miasta)? Ślęczał nad mądrymi księgami, czytając, co na temat transcendentnej świętości miał do powiedzenia Mircea Eliade? Trudno to odtworzyć po tylu latach. Ale nieświęta, przeklęta śmierć wrażenie zrobiła wielkie, zaiste. Nastawmy odbiornik radiowy w samochodzie na tę piosenkę. Słuchajmy i wspominajmy, a za chwilę będziemy w Kozienicach.

Jeszcze tylko Viatorka zdążyła doczytać ze smartfona kilka faktów z historii miasta (najciekawsze dla Wędrowca były informacje o manufakturze produkującej broń palną dla wojska, założonej przez Stanisława Augusta Poniatowskiego; za późno, jak zwykle!), a już auto mknie po kozienickich ulicach. Czasu, jak wiadomo, dramatycznie mało, bośmy w Dęblinie nad miarę zabarłożyli. Więc tylko krótki postój przed pałacem Króla Stasia i maleńka przechadzka po parku. Pomnik, wystawiony ku pamięci narodzin Zygmunta Starego, któren to akt doniosły w Kozienicach się właśnie dokonał. Mówią, że to pierwszy polski pomnik o świeckim charakterze. Skoro mówią – pewnie wią. Może tak być.

7-lub

Skądinąd – to jedyne zdjęcie z podróży, wykonane osobiście przez Viatora. Wszystkie pozostałe ściągnął z Wielkiej Sieci. No co? Nie było czasu, żeby się w fotografowanie bawić. Korzystając z okazji dziękuje Wędrowiec autorom tych zdjęć, z których skorzystał bez szczegółowych odnośników. Czas… czas goni!

Ten pomnik natalny Zygmunta Starego przypomniał Viatorowi inną statuę, tantalną, można by rzec – posąg wyniszczonego, umierającego syna Starego, czyli Zygmunta Augusta, na rynku w Knyszynie. Nigdzie nie widział Wędrowiec drugiego tak smutnego pomnika. Napisałby o nim więcej, gdyby nie to, że nie napisze…

Przemknęła przez Kozienice Trójka Podróżników, minęła po prawej kompleks zabudowań elektrowni. Szybkie tankowanie gdzieś na trasie. I wjeżdżamy do Magnuszewa, gdzie wykonujemy ostry zwrot w lewo, czyli znów na zachód.

8-lub

Cóż Magnuszew? Wioska mała, senna i zapuszczona. Ale te wichry historii! Wszak przyczółek warecko-magnuszewski to właśnie tu! Oczywiście, są tacy „patrioci”, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, którzy by chętnie na śmietnik niepamięci wyrzucili ofiarę krwi kościuszkowców, berlingowców, czy jak ich tam zwać. Akowcy – tak. Chłopcy od Andersa – oczywiście. Wyklęci – jak najbardziej! Ale I Armia WP? Polegli pod Studziankami? Och, niekoniecznie. A Viator, trawestując wierszyk mistrza Tuwima, twardo mówi: wierzcie mi, jedna to jest jucha! Krew Polaków, która wsiąknęła w ziemię pod Monte Cassino, ma tę samą wartość, co magnuszewska. Koniec, kropka.

A tak w ogóle to nie może się Pielgrzym powstrzymać od głupawego uśmieszku. No bo, panie dziejaszku, tutaj Magnuszew, Studzianki Pancerne, Warka. A tymczasem, gdy wróci Viator do domu – kilkaset kilometrów stąd – i wsiądzie na rower, po dwudziestu kilku minutach przejażdżki lasem, dojedzie do miejsca, gdzie bronił się w studziankowskiej bitwie okrążony batalion Baranowa, ocalony przez dzielnych czołgistów… Plenery Czterech Pancernych, rzecz jasna. Bardak! Bardak we łbie!

Wzdłuż i równolegle, tym razem do Pilicy. Kilkadziesiąt kilometrów, most, i wjeżdżamy do Warki. Bez hipokryzji: Pielgrzym jest gorącym zwolennikiem złocistego trunku, ale akurat piwo Warka to nie jego faworyt. Dlatego tym razem pominie w opowieści tę asocjację.

9-lubA co mu się kojarzy? Hoffman, Potop, Bitwa pod Warką. I Gołas-Czarniecki, wykrzykujący po genialnym manewrze taktycznym Kmicica: Tegom chciał! Za każdym razem, gdy Viator film ogląda, ciary go w tym momencie przechodzą.

Rynek warecki. Pomnik Hetmana. Ciekawy i wysokiej klasy artystycznej. Bo Czarniecki, wiadomo, wielkim Polakiem i bohaterem był, ale też, co figura dyskretnie, acz wyraźnie sugeruje, watażką i okrutnikiem… jak zresztą większość wodzów tej epoki (tak jakby kiedy indziej działo się inaczej).

Dalej, dalej w drogę! Tylko po co właściwie Pielgrzym o tych peregrynacjach z tak wielką determinacją pisze? Ano, wszystko wyjaśni się z tydzień, bo wtedy planuje Viator wysilić się na refleksję historiozoficzną. A tymczasem drogie dzieci…
cmoknijcie Wędrowca w czółko!

ciąg dalszy (zakończenie być może) za tydzień

Postdeutsches Stettin

Beata Kozak

Feministin, Chefredakteurin der Frauenzeitschrift Zadra, wuchs in Stettin auf. In ein paar Tagen wird sie aus dem unveröffentlichten Manuskript in der Regenbogenfabrik lesen.

20161122_vortrag_beata_kozak_netz

Poster Dorota Kot

Hier ein Prosafragment:

Wenn man das Wort „poniemieckie” bei Google eingibt, erscheinen verschiedene Vorschläge: postdeutsche, das heißt ehemals deutsche Häuser, postdeutsche Geheimfächer, Schätze, Bunker. Auf das Wort „Postdeutschsein” (poniemieckość) reagiert die Suchmaschine, als ob sie einen Fehler korrigieren würde. Sie ignoriert die Vorsilbe „post” und schlägt einfach das Deutschsein vor, konkret das Deutschsein der DDR, von Wrocław (Breslau), von Śląsk (Schlesien),von Gdańsk (Danzig). Aber was für eine Ahnung kann diese amerikanische Erfindung von der Realität der polnischen Westgebiete haben? Mehr weiß darüber das „Wörterbuch der Polnischen Sprache”, das das Adjektiv „postdeutsch” erklärt als „erstmalig gebraucht nach dem Zweiten Weltkrieg: von den Deutschen, auch von den deutschen Besatzern, übriggeblieben; früher den Deutschen gehörend”. An einer anderen Stelle präzisiert das Wörterbuch, dass man so „das Vermögen, die Gebiete, die von den Deutschen geblieben sind, [bezeichnet], welche bis zum Zweiten Weltkrieg in den westlichen Gebieten des heutigen Polens lebten”. Interessant ist, dass es in der polnischen Sprache eine ähnliche Verbindung des Präfixes „post” (po) mit einer Nationalitätenbezeichnung nur noch in der Form „postjüdisch” (pożydowski) gibt, wobei das Wort „postjüdisch” am ehesten mit Gold, Vermögen und Immobilien kombiniert wird. Die Geschichte hinterließ in der Sprache eine tiefe Spur.

Das Wort „postdeutsch” (poniemiecki) besteht im Polnischen aus vier Silben. Nur die erste, „po”, bezieht sich darauf, was später stattfand, nachher, danach. Dazu sieht diese erste Silbe zufällig wie eine Abkürzung des Wortes „polnisch” aus, was ihr, im Zusammenhang mit dem gesamten Wort „po-niemiecki”, eine zusätzliche Bedeutung verleiht. So ist eben das Postdeutsche: ein kurzes Jetzt, das die Last der Vergangenheit hinter sich herschleppt.

Die ersten zwanzig Jahre meines Lebens war ich, ähnlich wie alle meine Altersgenossen, vom Postdeutschen umgeben. Das ehemals Deutsche war in Städten wie Stettin allerorten vorhanden, es war ein Teil der Wirklichkeit. Ich besuchte postdeutsche Schulen in postdeutschen Städten und wohnte in Wohnungen in postdeutschen Häusern, in denen moderne Hochglanzschrankwände neben den postdeutschen Möbeln standen. Das Postdeutsche bedeutete etwas Großes, Erdrückendes, Dunkles, Düsteres, Bedrohliches, was in modrigen Kellern und in Dachböden lauerte. Es lauerte in finsteren gotischen Buchstaben, die unter dem Verputz an den Hauswänden hervorlugten, oder in Form schwerer Kredenzen und Deckenlampen in den Wohnungen. Postdeutsch waren auch kleine, bunte Fensterscheiben in den Treppenhäusern und der Stuck an den Zimmerdecken der Mietshäuser, der aber weiss gestrichen war und dadurch leicht wirkte. Postdeutsch waren auch Gehsteigplatten und kleine eiserne Schlitze in den schweren Wohnungstüren mit der Aufschrift „Briefe &Zeitungen”, durch die der deutsche Briefträger einst Briefe und Zeitungen hineingeworfen hatte. Auf all dieses Postdeutsche legte sich ein Jahr nach dem anderen, eine Dekade nach der anderen, eine dünne Schicht der Gegenwart. Aber das polnische Jetzt stand, ging und lief bis zu den Knien im Postdeutschen umher. Diejenigen, die in den Städten und Städtchen mit dem doppeltem Boden, mit den eisernen Türschlitzen „Briefe & Zeitungen” geboren wurden und heranwuchsen, trugen und tragen ein mehr oder weniger bewusstes Gefühl in sich, das Gefühl nämlich einer fehlenden Eindeutigkeit und Sicherheit gegenüber allem, was sie umgibt.

Es war – und ist – nichts, was aus all denen, die seit 1945 in Stettin lebten, psychiatrische Patienten machen würde. Und trotzdem empfand ich einen grossen Unterschied zwischen der Atmosphäre in Stettin, wo ich in die Grundschule und ins Gymnasium ging, und derjenigen in Krakau, wo ich nach dem Studium in Deutschland wohnte. Am deutlichsten spürte ich es an einem Sommerabend, als ich auf dem Weg vom Krakauer Bahnhof, wo ich mit einem Nachtzug aus Stettin angekommen war, über die Sławkowska Strasse, über den Markt und die Planty nach Hause ging. In den sogenannten Wiedergewonnenen Gebieten war alles doppelt, uneindeutig, kompliziert. Keine Stadt, kein Städtchen, kein Dorf hatte schon immer so geheißen, wie es jetzt hieß, jede Strasse und jeder Platz trug einen neuen Namen, der von Beamten oder von zu diesem Zweck angeheuerten Dichtern ausgedacht worden war. Auf dem Lande gab es keine traditionellen Trachten oder Volkstänze, in den Wäldern und in den Vorstädten wimmelte es von Bunkern und unterirdischen Durchgängen, die wer weiß wohin führten. Die Menschen lebten in diesen Gebieten wie Kiefern im flachen Sand. Alles, was man sah, warf einen beunruhigenden Schatten, hatte einen doppelten Umriss, vielleicht, so spürte man untergründig, war nichts so, wie es aussah. Im Vergleich dazu schien Krakau ruhig und selbstsicher, es strahlte ein ungebrochenes Selbstwertgefühl aus. Die Tuchhallen, Sukiennice, hießen nie anders, Wawel war nicht ein slawischer Name, der künstlich konstruiert werden musste, um den vorherigen deutschen Namen zu überdecken. Alles war hier authentisch und in sich ruhend, die Stadt gaukelte nichts vor, nervöse Diskussionen über Identität waren überflüssig. Die Stettiner aber, die der jahrelangen Propaganda über die piastischen, urpolnischen Gebiete, der ständig wiederholten Slogans über die historische, gerechte Rückkehr der Stadt zum polnischen Mutterland überdrüssig geworden waren, lachten schließlich darüber in privaten Gesprächen. So lautete eine ironische Antwort auf die übliche Begrüßung „schön, dass ihr gekommen seid”: „wir sind nicht hierher gekommen, wir sind hierher zurückgekehrt”.

Weiter am Dienstag in der Regenbogenfabrik!

fähigkeit etwas zu bewirken… Reblog

liebe ewa,

vielleicht was für den blog?

in einer rezension im tagesspiegel, samstag vielleicht, fand ich was von einem amerikanischen autoren den namen hatte ich mir nicht notiert. das war sicher noch vor trumps erfolg geschrieben. die systematisierung könnte auch was für eine persönliche strategie des umgangs mit diesem grausamen wahlergebnis bieten. es ging um die diskussion des machtbegriffs und er fand, mensch müsse die verengung auflösen, die seit machiavelli besteht: da geht es um zwang und gewalt und gerne auch um lug und betrug, wenn es dem machterhalt dient.

er will die definition erweitern auf: fähigkeit etwas zu bewirken, das ist natürlich sympatisch.

dafür sind individuelle fähigkeiten, sowie interpersonelle und systemische einflussmöglichkeiten zu bedenken.

  1. selbstvertrauen, ich kann etwas ausrichten
  2. auf dem teppich bleiben, wahrnehmen, dass die fähigkeiten bzw. die möglichkeit haben, sie auszuleben auch ein geschenk sind
  3. teilen und sich gegenseitig stärken
  4. respektvoll bleiben, lob, komplimente, höfliche worte, auch nonverbal respektvoll bleiben: fragen, zuhören, neugierig sein, anerkennen
  5. machtlosigkeit verhindern! also gegen ungleichheit vorgehen, armut nicht dulden, gegen bedrohung und einengung anderen menschen wert verleihen, gegen diskriminierung und rassismus auftreten. also die strukturellen settings sichtbar machen und bearbeiten.

ja, das stimmt alles, wir dürfen uns nicht erlauben, uns als machtlos zu sehen. wir bewirken was. und wir glauben ja auch zurecht, dass alles patriarchalische nicht nur frauen sondern auch männern schadet. und krieg sowieso keine lösung ist. und doch ist all dieses unter punkt 1-4 nur stückwerk, wenn wir gesellschaft nicht dazu bekommen, die weniger mächtigen zu stärken, immer wieder. bildung natürlich zuallererst, aber auch gesunderhaltung, gleichwertigkeit immer wieder einüben. wir können im eigenen leben wirksam werden, wir dürfen aber die strukturellen bedingungen nicht vergessen.

in diesem sinne ist sicher auch der angehängte artikel zu lesen.

liebe grüße

christine (Christine Ziegler)

***

Artikel auf Seite 37 der Zeitung Tagesspiegel vom So, 13.11.2016

Barbara Nolte

Festung der Ehefrauen

Manch einer verfolgte seine Partnerin mit der Axt bis vor die Tore dieser
Berliner Villa – 1976 wurde das erste Frauenhaus gegründet. Ein Modell für viele deutsche Städte.

frauenhausNachdem das mit den Zähnen passiert ist, das war das Schlimmste. Dass er mir im Hausflur wirklich die Faust ins Gesicht gehauen hat, und ich habe gemerkt: Meine Zähne vorne sind nicht mehr da, beziehungsweise einer war – wie hat die Ärztin geschrieben? – in den Oberkiefer gestaucht.

Bis zur Schließung 1999 war die Adresse geheim. Ein Eisenzaun sollte Eindringlinge abwehren.

Danach habe ich nur noch lautlos geweint. Er hat mich dann am Kragen genommen, die Treppen hochgeschleppt. Die Kinder haben oben so geschrien, die waren ja vollkommen außer sich. Er hat dann immer wieder gerufen: „Ich bin
mit eurer Mutter noch nicht fertig, die bringe ich heute noch um.“ Der Kleene hat auf der Couch gesessen und gesagt: „Papa, du bringst Mama nicht wirklich um, nein?“ Und dann hat er zu dem kleinen Kind, der war drei Jahre, hat er gesagt: „Doch. Heute noch.“ Angelika, 44.

In einem ehemaligen Kartoffelladen in der Yorckstraße standen sie manchmal in der Tür: Frauen, die Schutz vor ihren prügelnden Ehemännern suchten. „Damals wussten die nicht, wohin“, sagt Roswitha Burgard, die dort Anfang der 70er Berlins erstes Frauenzentrum mitbegründet hat. Aktivistinnen aus der Yorckstraße verbrachten deshalb einmal 14 Tage reihum bei einer Frau zuhause, die um Hilfe gebeten hatte, weil sie regelmäßig von ihrem Mann und ihrem erwachsenen Sohn misshandelt worden war. Roswitha Burgard selbst hatte weder in der Familie noch im Freundeskreis gewalttätige Männer erlebt.
Jedenfalls nicht, dass sie davon gewusst hätte. „Häusliche Gewalt wurde Anfang der 70er totgeschwiegen“, sagt sie, „als Ehekrach verharmlost, als Umgang von Asozialen weggeschoben.“

Davon erzählt Burgard heute in ihrem Behandlungszimmer einer Gemeinschaftspraxis. Um den Hals trägt sie ein elegantes Seidentuch, an den Füßen Pantoffeln, Straßenschuhe müssen an der Tür ausgezogen werden.

Anfang der 70er hatte sie gerade mit dem Psychologiestudium begonnen und war in Berlins feministischer Szene engagiert. „Als damals in London das weltweit erste Frauenhaus eröffnete, dachten wir uns: So was brauchen wir auch.“ Ein solches Haus würde die Fraueninfrastruktur, die sie in diesen Jahren begründet hatten, Frauencafés, Frauenbuchverlage, Frauenseminare an Unis, auf eine fast romantische Weise
ergänzen: Frauen helfen Frauen, die unter dem Machtgefälle zwischen den Geschlechtern am meisten leiden. Doch der Senat blockte ab. Erst müsse ermittelt werden, ob in Berlin Bedarf für eine solche Einrichtung bestünde. Für die Verwaltung schien es ein Problem, dass der Gruppe der Gründerinnen kein Mann angehörte. „Die trauten uns nicht zu, mit ihren Fördergeldern richtig zu wirtschaften.“, sagt Burgard.

frauenhauskobiety2SCHUTZENGEL. Ilona Böttcher (links) und Roswitha Burgard nahmen im ersten Jahr 615 Frauen auf.

Erst als sechs arrivierte Frauen dem Trägererein beitraten, darunter die damalige Vizepräsidentin des Roten Kreuzes, stellte das Land Berlin eine Villa für das Projekt zur Verfügung. Ein Gründerzeitbau in der Richard-Strauss-Straße 22 Grunewald, mit riesigen Aufenthaltsräumen in Erdgeschoss und Souterrain, aber nur 13 Zimmern im ersten Stock und der Mansarde. „Nicht perfekt geschnitten für unsere Zwecke“, sagt Burgard.
Die Adresse wurde unter Taxifahrern gestreut und vor Außenstehenden geheim gehalten. Um den Garten wurde ein Eisenzaun errichtet. Dahinter durfte kein Mann.
Im November 1976 war Eröffnung. Die erste Bewohnerin klingelte bereits am Abend zuvor. Es war die Ehefrau eines hohen Richters, sagt Burgard. Das Asozialen-Klischee war damit widerlegt.

Auch Ilona Böttcher erinnert sich an diese erste Bewohnerin: eine schmale Frau um die 40. Ihr Ehemann hatte ihr Geld, Schlüssel und Ausweis weggenommen. Ilona Böttcher und Roswitha Burgard übernachteten mit ihr im Frauenhaus. Sie wollten sie in der riesigen, leeren Villa nicht allein lassen.

frauenhaus2Ilona Böttcher war als Verwaltungsfrau eingestellt worden. Sie habe sich ganz profan auf eine Jobanzeige beworben, erzählt sie beim Treffen in ihrer Tempelhofer Wohnung. Doch im Frauenhaus packte sie – wie alle anderen – überall mit an: Zu jeder Tages- und Nachtzeit klingelten Frauen. Polizisten und Taxifahrer brachten sie. Jede wurde aufgenommen, selbst wenn sie betrunken war. „Wer sind wir denn, dass wir entscheiden,
wer über Nacht bleiben darf!“, sagt Böttcher. Ansonsten war Alkohol verboten. Bereits einen Monat nach Eröffnung waren alle regulären Plätze belegt. Immer neue Stockbetten wurden in die Zimmer, Gänge, Aufenthaltsräume gestellt. Im Haus, das für 70 Frauen und Kinder ausgelegt war, lebten bald bis zu 150. „Es gab Bedarf, und wie!“, sagt Böttcher.
Sie zieht ein lilafarbenes Buch aus ihrem Regal: die erste Jahresbilanz, herausgegeben im
Frauenselbstverlag. Die Gründung des Berliner Hauses war eine Initialzündung, in den meisten größeren Städten wurden fortan ähnliche Projekte geplant, die Berliner lieferten das statistische Material. Von den 615 Frauen, die im ersten Jahr in der Richard-Strauss-Straße betreut wurden, waren drei Viertel von ihren Ehemännern misshandelt worden, ein Fünftel von ihren Freunden, der Rest von Ex-Männern und Verwandten. Jede zehnte Frau hatte die Gewalt zehn Jahre und länger erduldet. 118 waren von ihren Partnern sogar in Lebensgefahr gebracht worden. „Mich hat der Zustand von Beziehungen erschüttert, am
Anfang stand ja mal Liebe“, sagt Ilona Böttcher. Eine Frau habe zu ihr gesagt: „Und dann hat er mich nicht mal mehr geschlagen.“ Schlagen sei für sie Zuwendung gewesen.
Böttcher erinnert sich, dass viele Frauen sich schämten. Sie hatten sich diesen gewalttätigen Partner ja ausgesucht. Verbreitet waren auch Schuldgefühle. Einige glaubten, dass ihr Mann nicht ausgerastet wäre, wenn sie selbst anders reagiert hätten. Im Frauenhaus hörten sie die Geschichten anderer Frauen und erkannten dabei mitunter Verhaltensmuster ihres eigenen Mannes wieder und die Unvermeidbarkeit seines
Zorns. Eine Frau habe es mal so ausdrückt: „Habe ich Salz rangemacht, habe ich eine gewischt gekriegt, habe ich kein Salz rangemacht, habe ich auch eine gewischt gekriegt.“ Oft steigerte sich der Jähzorn der Männer noch, wenn die Frauen ins Frauenhaus zogen.
12.3.77, 20.30 Uhr: Ein Herr läutet an. Er will das Haus in die Luft sprengen, sich aber zeitlich nicht festlegen. Gabi informiert die Polizei. 21.45 Uhr: Ein Herr ruft an. Er steht mit einer Pistole in der Telefonzelle gegenüber und will sich das Leben nehmen, wenn er nicht mit seiner Frau sprechen kann. Die Frau ist nicht bei uns. Da er unter Strom steht, hat Gabi Mühe, ihm das klarzumachen. Vorsichtshalber benachrichtigen wir
die Polizei. 23.15 Uhr: Ein Mann fährt mit einem Fahrrad in unserem Garten. Gabi ruft 110. Auszüge aus dem Protokoll einer Bewohnerin mit Telefondienst.
Häufig lungerten Männer vor der Tür herum, die die Adresse herausbekommen hatten. Mehrfach ist es ihnen tatsächlich gelungen einzudringen. Ilona Böttcher erinnert sich an einen Vorfall, als ein Mann eine Füllung aus der Haustür herausgebrochen hat, durchs Loch geklettert und mit der Axt ins Haus gestürmt ist. Eine Kollegin stellte sich ihm in den Weg, die Hausbewohnerinnen versteckten seine Frau. Für Mitarbeiterinnen und Bewohnerinnen des Frauenhauses war die Umgebung hinter dem Zaun feindlich: Während die Männer
mit roher Gewalt drohten, drohten die Grunewalder Nachbarn mit ihren Anwälten. Sie gründeten sogar eine Bürgerinitiative gegen das Projekt.
Erforderlich ist, dass das Lärmen der Kinder ab Freitag bis Sonntagabend unterbleibt. An diesen Tagen suchen die Anwohner nämlich absolute Ruhe in ihrem Garten. Die Wohngegend haben sich Anwohner ausgesucht, die in der Woche ganz besonders hart arbeiten. (…) Mehrmals habe ich die Feststellung treffen müssen, dass Kinder, soweit sie zu einem Spaziergang ausgeführt werden, auf meinen niedrigen Zaun balancieren. Mein Zaun stellt persönliches Eigentum dar, und das sollte eigentlich schon Kindern deutlich
gemacht werden, dass das Eigentum anderer zu schätzen ist. Aus einem Brief von Horst Sandner, Königlich Norwegischer Konsul (31.10.77), an Roswitha Burgard.
Der Tagesspiegel berichtete damals von einer Aussprache beider Seiten. „Wir sind gar nicht so verrückt, wir sind bloß nervlich am Ende“, habe dabei eine Bewohnerin an das Mitgefühl der Nachbarn appelliert, das aber ausblieb. Häufig, sagt Böttcher, seien sie damals zusammen mit Bewohnerinnen in der Öffentlichkeit aufgetreten. „Die wollten sich nicht verstecken.“ Die Heimlichkeit von häuslicher Gewalt, die den Tätern in die
Hände spielt, sollte durchbrochen werden. Deshalb fanden im ersten Frauenhaus die Beratungsgespräche im Aufenthaltsraum statt. Andere Frauen sollten daran anknüpfen können. „Die Betroffenen sollten sich gegenseitig unterstützen“, sagt Böttcher. In
Zweierteams wurden sie außerdem zu nächtlichen Telefondiensten eingeteilt, das sollte ihr
Selbstbewusstsein stärken. Viele, in der ersten Statistik waren es 30 Prozent, kehrten trotzdem zum Ehemann zurück. „Da konnten wir nur Wege aufzeigen, wie sie beim nächsten Mal die Situation schneller verlassen können“, sagt Böttcher. „Eine Frau war 13 Mal da, ist immer wieder zurückgegangen, bis wir in der Zeitung lasen, dass man sie tot aufgefunden hat.“
Ilona Böttcher arbeitete bis 1998 im Frauenhaus. Dann ging sie in Rente, im Jahr drauf schloss das erste Frauenhaus. Damals gab es bereits fünf weitere, rund 350 sind es mittlerweile in Deutschland. Obwohl sich das Gleichberechtigungsideal innerhalb ihres Arbeitslebens weit verbreitet hatte, habe sich dies auf die Gewalt gegen Frauen wenig ausgewirkt, sagt Böttcher. Nur der Anteil der Migrantinnen habe zugenommen.
Insgesamt registrierte die Berliner Polizei im vergangenen Jahr 15 000 Fälle von häuslicher Gewalt. Die größte Veränderung, sagt Böttcher, habe im Arbeitsverständnis der Betreuerinnen gelegen. Zum Beispiel sei eine neue Kollegin „entsetzt“ gewesen, dass es keinen Raum für Einzelberatungen gab. Den nächtlichen Telefondienst sahen manche der Jüngeren wegen einer möglichen Retraumatisierung kritisch. Am Ende, glaubt Böttcher, sei das erste Frauenhaus an einem unterschiedlichen Verständnis von Feminismus
gescheitert, denn als Feministinnen begriffen sich die Jüngeren auch. Einmal habe eine Mitarbeiterin vorgeschlagen, dass ihr Freund doch den Bus des Frauenhauses fahren könne: „Für uns völlig undenkbar: ein Mann am Steuer eines Frauenhausbusses!“
Nadja Lehmann eröffnete das Frauenhaus sozusagen neu. Lehmann war eine der jungen Kolleginnen. Zusammen mit zwei weiteren ehemaligen Mitarbeiterinnen aus dem Frauenhaus hatte sie das Konzept für das Projekt mit dem Namen „Interkulturelle Initiative“ verfasst, zu dem ein Teil der Gelder des geschlossenen Frauenhauses umgeleitet wurde. Im ersten Frauenhaus habe sie Rassismus zwischen deutschen und
migrantischen Frauen erlebt, sagt Lehmann. Deshalb schnitt sie ihr Projekt auf Migrantinnen und deren spezifische Probleme zu.
Er hat gesagt: „Du fühlst dich einfach nicht wohl in Deutschland.“ Ich habe gesagt: „Ich bin nicht in Deutschland. Ich bin in deiner Wohnung.“ Ich war eingesperrt. Ich durfte nicht raus, ich hatte keinen Schlüssel. Ich habe nur vom Fenster geguckt, wir hatten in Neukölln gewohnt, und ich hatte vor meiner Tür einen Spielplatz. () Bis mein Sohn angefangen hat, genauso zu handeln wie sein Vater. Er hat einen Gegenstand genommen und gesagt: „Hier, Papa, du kannst nehmen, und du kannst Mama wehtun, ich möchte, dass sie weint.“ Da habe ich gesagt: „Ich möchte nicht, dass mein Sohn so wird zu seiner Frau oder
seiner Lebensgefährtin. Ich habe zwei Söhne. Ich möchte nicht, dass drei Männer mich terrorisieren.“ Narin, 38, ehemalige Bewohnerin der Interkulturellen Initiative.

Die „Interkulturelle Initiative“ ist ebenfalls in einer Villa im Berliner Süden untergebracht. Da das Leben im Frauenhaus auf die Dauer belastend sei, wie Lehmann findet, bietet ihr Verein zusätzlich ein Wohnprojekt mit abgeschlossenen Apartments an sowie neuerdings Wohnungen speziell für geflüchtete Frauen, die unter häuslicher Gewalt leiden. Viele Migrantinnen bräuchten aufgrund schlechterer Sprachkenntnisse und ausländerrechtlicher Widrigkeiten länger, um eine Perspektive für sich und ihre Kinder zu entwickeln. Nach
einer Weile könnten sie in eigene Wohnungen umziehen. Das unumstößliche Gesetz autonomer Frauenhäuser, dass nämlich Männer draußen bleiben müssen, ist inzwischen nach Gender-Maßgaben umgeformt. Letztens wurde eine Bewohnerin aufgenommen, die zwar biologisch ein Mann ist, sich aber als Frau fühlt.

PS (Mail Nr 2):

https://i0.wp.com/www.campus.de/typo3temp/_processed_/csm_9783593399072_d83e3e2201.pngliebe ewa,

das buch, von dem ich in der anderen mail schrieb ist von Dacher Keltner „Das Macht-Paradox. Wie wir Einfluss gewinnen – oder verlieren“

ist erschienen im campus verlag und es war tatsächlich am samstag im tagesspiegel vorgestellt, ganz hinten.

liebe grüße

christine