Barataria 24 Civil Marsch for Aleppo

We had already here some posts about marching for Aleppo, as I also took (though very shortly) a part in it, in Berlin, in Chech and in Greece. Now it become an Odyssee of wandering from island to island. I think they are now real Baratarians…

Janusz Ratecki

Civil March for Aleppo’s shape has certainly changed. Prolonged waiting period for the permission for going through Turkey made us first to go to Bulgaria and now to visit Greek Islands. CMFA chose the symbolic – Lesbos and smaller, troubled Chios and Samos. We are not marching any more, but instead we meet with NGOs, refugees and local people. So we basically returned to the „roots”, which was showing the solidarity with refugees on our way. I have mixed feelings about what we do now, and how we do it, but in the reality, its effect of our previous decisions and actions (or lack of it). Sometimes we collect information as journalists, but we are not them. We help as volunteers, but we are also not volunteers! We are marchers, that dont march, because local conditions are full of risks. And I think that we shouldnt put anyone at risk, in the first place.

So what do we do now? Who we are? We are lost like Ulisses, experiencing night, sleeping with open eyes, under the Greek sky. We are the last on the ground, hoping that cmfa is still worth of time and effort. Or maybe we are just blind? Anyway we will continue to sail toward Syria.

#civilmarchforaleppo#cmfa#greece#chios#lesbos#refugees#peace#lost#night#stars#habibti

Przychodzimy odchodzimy… 2

Julian Odstępowicz

Juvenilia bez ciągu dalszego II

Tydzień temu rozpocząłem snucie wspomnień o przyjacielu moich młodych lat. A dziś zakończę snuć, bo niewiele po nim zostało.

Pisał Rafał Łachmańczuk wiersze, ale odważył się też na piosenkę. Tak samo jak wiersze niedorobioną, lecz ileż wspomnień budzącą! Wspólne wyprawy w Beskid Sądecki. Krynica, Tylicz… Rafał i tak lepiej oddał te nasz wrażenia, niż ja bym to potrafił uczynić. Bo ja ani pisać ani komponować nie umiem. Co gorsza (czy na pewno? może jednak: co lepsza?) śpiewać też się nie odważę. Musiałem o to poprosić jednego naszego kolegę, który też znał Rafała. Jego wykonanie to również nie mistrzostwo, obaj o tym wiemy. Jeśli się jednak zdecydował to jedynie, jak sam wyznał, przez wzgląd na pamięć naszej wspólnej młodości. Tak jakoś przegniłej… jak te deski cerkiewne.

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (z Muzeum Narodowego w Szczecinie 3)

Dariusz Kacprzak

Fryderyk II Hohenzollern Johanna Gottfrieda Schadowa

W jednym z numerów z 1785 roku wydawanego w Warszawie dwutygodnika „Polak Patriota” znalazł się taki oto opis Fryderyka II: „Zawsze prawie jednakowo chodzi ubrany, zawsze ma na sobie buty z huzarska nie powiązane, w marszczach wiszące, już rude, bo od nowości swej nie szwarcowane. Najszerszą stronę kapelusza (oficerów kawalerii pruskiej) ma obróconą i spuszczoną na czoło i oczy. Z tabakiery bardzo wielkiej zażywa niezmierną moc tabaki hiszpańskiej, którą po większej części opuszcza na kamizelkę i spodnie, mocno stąd zabrudzone, a splamione oraz kilka charcików angielskich, które zawsze przy nim biegają”. Ów mundur Fryderyka był koloru jasnoniebieskiego, a wspomniana hiszpańska tabaka – będąca jednym z nielicznych królewskich luksusów – była sprowadzana z Kadyksu w ilości 300 funtów rocznie. Opis ten bliski „wizji” stworzonej kilka lat później przez Johanna Gottfrieda Schadowa (1764 Berlin – 1850 Berlin), jednego z najwybitniejszych przedstawicieli klasycyzmu w rzeźbie europejskiej.

Znajdująca się w zbiorach Muzeum Narodowego w Szczecinie rzeźba Johanna Gottfrieda Schadowa, przedstawiająca najstarszego syna Zofii Doroty Hanowerskiej i Fryderyka Wilhelma I Hohenzollerna – Fryderyka II zwanego Wielkim (1712 Berlin – 1786 Poczdam) – to wykuty w białym marmurze karraryjskim pełnopostaciowy, ponadnaturalnej wielkości, reprezentacyjny wizerunek władcy Prus.

Pełnoplastyczny królewski portret powstał na życzenie stanu rycerskiego prowincji pomorskiej w Szczecinie, z inicjatywy Ewalda Friedricha hrabiego von Hertzberga – związanego z Pomorzem pruskiego ministra spraw zagranicznych, który w niemieckiej historiografii zapisał się jako współtwórca wielu istotnych politycznych działań epoki fryderycjańskiej, w polskiej zaś przede wszystkim jako jeden z ideologów pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej. W Berlinie hrabia kojarzy się przede wszystkim ze znajdującym się w południowej części miasta pałacem Britz. W kwietniu 1791 roku hrabia wystąpił do króla Fryderyka Wilhelma II o zgodę na realizację pominika ku czci wielkiego poprzednika i uhonorowanie przez Pomorzan w ten sposób wuja panującego władcy, zobowiązując się jednocześnie do pokrycia kosztów przedsięwzięcia siłami pomorskiej prowincji. Król w udzielonej następnego dnia odpowiedzi odniósł się z aprobatą do tej idei i wyraził oficjalną zgodę. W wyniku realizacji kontraktu zawartego przez Hertzberga z Johannem Gottfriedem Schadowem 5 sierpnia 1791 roku latem 1793 roku w reprezentacyjnym miejscu Szczecina (Biały Plac Parad, niemal na wprost okien apartamentów królewskich w Pałacu Sejmu Stanów Pomorskich) uroczyście odsłonięto pomnik Fryderyka II, będący pierwszym świadectwem kultu króla Prusaków. Rzeźba stała się źródłem powszechnie obowiązującego wyobrażenia Rex Borussorum i odegrała istotną rolę w kształtowaniu się legendy fryderycjańskiej – tak w swej apologetycznej, jak i „czarnej” odmianie – powiązanego z mitem prusactwa czy też patriotycznym mitem Domu Hohenzollernów.

„Myśli jako filozof, działa jako król” – tak onegdaj Jean-Jacques Rousseau określił Fryderyka II, ze stoicyzmem traktującego obowiązki publiczne, przeciwnika dworskiego blichtru, brutalnego wodza, zręcznego dyplomatę, zdolnego do korzystnej dla potęgi państwa dwuznaczności zachowań, ale także arystokratę ducha Epoki Świateł. Ocena władcy bez wątpienia ściśle wiąże się z bilansem europejskiego absolutyzmu oświeceniowego. Fryderyk II jest postacią, wzbudzającą żywe emocje i skrajne opinie. Z jednej strony zapisał się w historii jako błyskotliwy taktyk i bezwzględny dowódca – czołowa postać m.in. trzech wojen śląskich, wojny o sukcesję bawarską oraz twórca pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej, z drugiej zaś – stawiający na pierwszym planie dobro poddanych, dbający o interes własnego państwa, wrażliwy, obdarzony talentem literackim filozof, który w ukochanym Sanssouci nad bale i polowania przedkładał książki, koncerty i dyskusje z najbardziej światłymi umysłami epoki.

W kontekście pierwszego oficjalnego pomnika Fryderyka II odsłoniętego w Szczecinie oraz żywej na Pomorzu legendy frydrycjańskiej warto przytoczyć jedną z lokalnych opowieści ludowych, potwierdzających filozoficzną naturę władcy oraz jego poczucie humoru: „Pewnego razu na drzwiach pastorówki król przeczytał słowa: »Żyję bez trosk«. Kazał więc wezwać pastora i rzekł: »Jeśli naprawdę nie ma on trosk, to ja mu ich przysporzę. Niech mi odpowie na cztery pytania: Ile waży księżyc? Ile gwiazd jest na niebie? Jak głębokie jest morze? O czym myślę? Jeśli w ciągu roku nie da mi odpowiedzi, pożegna się z pastorstwem«. Pastor nie potrafił znaleźć odpowiedzi na żadne z pytań. Pożalił się na swój los pasterzowi. Pasterz zaofiarował się wyruszyć zaraz do Berlina i podać królowi rozwiązania zagadek. Posłuchanie otrzymał. Król powtórzył pierwsze pytanie, a pasterz odpowiedział: »Funt, bo księżyc ma pierwszą i ostatnią kwadrę, a że kwadra to ćwierć, czyli cały księżyc musi ważyć cztery ćwierci albo funt«. Kiedy król powtórzył drugie pytanie, pasterz wyjął kartkę papieru, na której zrobił mnóstwo kleksów, i rzekł: »Tyle jest gwiazd na niebie, a kto nie wierzy, niech je sobie policzy«. Na trzecie pytanie odpowiedział: »Morze ma głębokość rzutu kamieniem«. Kiedy król powtórzył czwarte pytanie, pasterz odparł: »Wy, panie królu, myślicie, że jestem pastorem, który żyje bez trosk; a ja jestem tylko pasterzem«. Na to król rzekł: »Czynię cię zatem pastorem, a pastor niech owce pasie«. I tak się stało. Lecz gdy rok później król zajrzał do nich znowu, zobaczył, że obaj są nieszczęśliwi, bo pasterz nie umiał wygłaszać kazań, a pastor – paść owiec. Król pozwolił im więc na powrót zamienić się urzędami i od tamtej pory żyli obaj długo i szczęśliwie”.

W przypadku pomorskiej realizacji dyrektora berlińskiej Akademii, twórcy Kwadrygi zwycięstwa ustawionej na Bramie Brandenburskiej oraz słynnego portretu dwu sióstr Luizy i Fryderyki, księżniczek Mecklenburg-Strelitz, do głosu doszedł bardziej trzeźwy naturalizm aniżeli właściwy klasycyzmowi idealizm. Zgodnie z ustaleniami zawartymi w kontrakcie Fryderyk II został przedstawiony w pozycji stojącej, w kontrapoście, z głową zwróconą w lewą stronę, ze spojrzeniem skierowanym w dal. Ubrany jest w mundur generała jazdy pruskiej i gronostajowy płaszcz oraz buty wysokie nad kolana. Na głowie ma charakterystyczny trójgraniasty kapelusz z kokardą. Tors królewski dekorowany jest wstęgą orderową z widocznym spod płaszcza przypiętym do piersi Orderem Czarnego Orła, którego dewizą było suum cuique (każdemu to, co się należy; do 1918 roku było to najwyższe odznaczenie Królestwa Prus, obecnie zaś jest to order domowy byłej panującej pruskiej i cesarsko-niemieckiej dynastii Hohenzollernów). Lewa ręka króla, ugięta w łokciu, wsparta na biodrze, w naturalny sposób odchyla połę płaszcza, odsłaniając podwójnie owinięty szarfą z chwostem pas, do którego z boku przypięta jest szpada. Ułożenie ręki oraz wysunięta do przodu, ugięta lekko w kolanie noga, dopełnione odchyleniem głowy i wyrazistym spojrzeniem zatopionym w dal, przydają postaci respektu i reprezentacyjnej godności. Artysta poprzez takie rozwiązanie kompozycji rzeźby uzyskał efekt lekkości, rozbijając zwartą bryłę korpusu postaci. Linie diagonalne wprowadzają element dynamiki i nadają monumentalnemu przedstawieniu naturalności. W prawej dłoni król trzyma regiment, symbol wodza naczelnego, wsparty o leżące u jego stóp dwie księgi, na grzbietach których widnieją wyryte napisy: „Corpus Iuris Frid.” (Księga praw Fryderyka) i „Artes Pacis et Belli” (Sztuka pokoju i wojny), będące odwołaniem do najważniejszych dokonań władcy.

Biała marmurowa figura Fryderyka spoczęła na cokole wykonanym z szarego marmuru śląskiego. Na jego frontowej płaszczyźnie umieszczona została tablica z datą: „Friderico II. Pomerania MDCCXCIII”. Dopełnieniem ideowego programu dzieła były również trzy reliefowe płyciny z dekoracją emblematyczną, zdobiące trzy płaszczyzny postumentu. Z tyłu umieszczono – nie zachowaną do dzisiaj – płaskorzeźbę z wizerunkiem wzlatującego orła w koronie z piorunami w szponach symbolizującego panujący dom Hohenzollernów. Na bocznych ścianach cokołu znalazły się natomiast dwie niemal kwadratowe płaskorzeźby. Jedna z przedstawieniem wiązki rózg liktorskich, ksiąg, liry i gałązki wawrzynu, stanowiącym odwołanie do władzy i godności najwyższego urzędnika w państwie oraz sztuki pokoju, przypominająca o humanistycznych, filozoficzno-artystycznych zainteresowaniach króla (muzyka, poezja, sztuki plastyczne). Na drugiej natomiast widnieje tarcza z głową meduzy pośród panopliów – alegoria militaryzmu, sztuki wojennej.

Rzeźba zwraca uwagę jakością artystyczną, sposobem opracowania detalu rzeźbiarskiego, mistrzowskim ujęciem portretowym twarzy. Łączy w sobie dostojeństwo i splendor oficjalnego, reprezentacyjnego wizerunku królewskiego z realistycznym studium psychologicznym postaci, odzwierciedlającym naturę i charakter modela.

Barwne i trudne dzieje szczecińskiego zabytku stanowią przyczynek do refleksji nad historią, pamięcią i wielokulturową tożsamością Pomorza. Prezentowana dziś w przestrzeni wewnętrznego dziedzińca Muzeum Tradycji Regionalnych, jednego z gmachów szczecińskiego Muzeum Narodowego, praca Schadowa, jedna z nielicznych w zbiorach polskich, to intersujące świadectwo genius loci Szczecina – stolicy polskiego Pomorza Zachodniego, dawnej siedziby zarządu niemieckiej prowincji Pommern, miasta caryc i repatriantów z ziem wschodnich II Rzeczypospolitej.

W górę rzeki (22)

Zbigniew Milewicz

Wakacje z dreszczykiem

To są tak dawne wspomnienia, że czasami zastanawiam się, czy wszystko wydarzyło się naprawdę. W latach siedemdziesiątych dwukrotnie próbowałem z ciocią Irką odnaleźć tamto gospodarstwo, ale się przed nami schowało, obrażone, żeśmy o nim przez tyle lat zapomnieli. Cioteczna Syrenka nie bała się polnych dróg, rwała przez leśne chaszcze, jak traktor, czasami nam się wydawało, że rozpoznajemy okolicę, ale później trop okazywał się chybiony, miejscowi kiwali przecząco głowami słysząc nazwiska Olczyk i Joniec, więc w końcu zaprzestaliśmy poszukiwań.

Nazwa miejscowości wyleciała cioci Irce z głowy, a w rodzinie nikt nie mógł poszczycić się lepszą pamięcią, niż ona. Dzisiaj wydaje mi się, że wiem, skąd ta luka: do Olczyków na wieś moi dziadkowie jeździli w czasie okupacji po wałówę i odbywało się to w warunkach pełnej konspiracji. Podobnie było w chudych, powojennych latach, choć pamiętam, że od nich też czasami ktoś przyjeżdżał do Chorzowa. Czasem była to smukła, stateczna dziewczyna z długim warkoczem, o imieniu Anastazja, do której zwracano się Stazi, kiedy indziej wysoki, starszy mężczyzna w kaszkiecie, o ascetycznej twarzy, zawsze gładko ogolony i starannie ubrany w tweedowe spodnie i marynarkę, albo w płaszcz nieprzemakalny z kapturem, jak padało. Obydwoje przyjeżdżali na Wesołą na rowerach, kurier miał nogawki spodni niezmiennie spięte metalowymi klamerkami i ja mu ich skrycie zazdrościłem. Wiedziałem, że chodzi o paczki, oklejone papierem i przewiązane sznurkiem, które dziadkowie trzymali na szafie w sypialni. Co było w ich środku, o to się nie dopytywałem, bo i tak nikt z dorosłych w domu nie miał na ten temat bladego pojęcia. Zwyczajowo dziadek Erwin i babcia Jadzia zapraszali przybyszów do stołu w kuchni, a im zawsze bardzo się spieszyło, więc prawie ze sobą nie rozmawiali, brali te swoje kartony, raz większe, innym razem mniejsze, żegnali się i zaraz ruszali w drogę powrotną, pewnie na dworzec kolejowy w Batorym. Gdybym się wtedy swojego dziadka naiwnie zapytał, dokąd oni jadą, łagodnie by mi odpowiedział : a skąd ja to mam Zbysiu wiedzieć… albo prześmiewnie: do Azot a nazod. Na tym polegała konspiracja w naszym domu na Wesołej.

Latem wyruszało się więc czasami po prostu na wieś. Nie pamiętam nawet, żeby ktoś w domu wymieniał z nazwiska ludzi, do których jedziemy, one pojawiły się dopiero po latach, w opowieściach, kiedy przestaliśmy u nich bywać. Dlaczego przestaliśmy, tego niestety nie wiem i już się nie dowiem. Wtedy pakowało się walizki z odzieżą, tobołki z pościelą, prowiant na drogę, w którym najważniejsze były jajka ugotowane na twardo, do butelek po piwie wlewało ciepły, kwaśnawy kompot z rabarbaru i kilkuosobowy orszak rodzinny ruszał z całym tym dobytkiem pieszo z osiedla Ruch, na przystanek tramwajowy przy ul. Cmentarnej, a stamtąd piętnastką albo czternastką do Chorzowa – Batorego, na dworzec kolejowy. Bilety były już wcześniej kupione w kasie, tylko odprowadzający musieli jeszcze zaopatrzyć się w tekturowe peronówki, bo inaczej konduktor w budce przy wejściu nie wpuściłby ich na peron. Do przyjazdu pociągu była co najmniej godzina, wśród odprowadzających znajdowała się najczęściej moja mama, jej młodsza siostra Irka, dziadek, czasami ciocia Gryjta, albo Marysia, druga siostra babci, która mieszkała u nas w suterenie, jej córka Ewa z poddasza z synem Januszkiem, kiedy indziej prosto z szychty na grubie wujek Hainc, czy kuzynka mamy Jutka ze swoim mężem Józkiem i dziećmi. Taki wyjazd na letnisko był bowiem kiedyś prawdziwym wydarzeniem rodzinnym i towarzyskim, w którym nie wypadało nie uczestniczyć, poza tym, kto by tachał te wszystkie bagaże, które babcia i ja zabieraliśmy ze sobą na wieś. Najczęściej jechaliśmy tam tylko we dwoje, ale niekiedy dołączał jeszcze ktoś: ciocia Marysia z Januszkiem, Gryjta, albo Piotrek, syn Hainca.

Zanim na peron wtoczyła się najprawdziwsza, tuwimowska lokomotywa, ciągnąca przedwojenne wagony I, II i III klasy (jeździło się drugą lub trzecią), odbywało się nieustanne liczenie naszego dobytku i sprawdzanie w pamięci, gdzie zapakowało się zimowe skarpetki babci Jadzi, której niezależnie od pory roku było zimno w nogi, gdzie raphacholin na jej wątrobę, gdzie chusteczki do mojego wiecznie zakatarzonego nosa i sto innych rzeczy pierwszej potrzeby. Oczywiście babcia pakowała wszystko sama, ale przy takiej masie zajęć, jakie miała przed wyjazdem, łatwo było czegoś zapomnieć. Najważniejsze było jednak sprawne zorganizowanie siedzących miejsc w pociągu i wtaszczenie bagaży do środka. Konkurencja była duża, bo wielu chorzowian chciało spędzić wakacje z dala od zmazanego wieczną sadzą miasta, w którym latem w ogóle nie było czym dychać, a wielogodzinne stanie w tłoku na korytarzu pociągu nie należało do przyjemności. Jutka, a po niej ciocia Irka były najszybsze w znajdowaniu wolnych ławek, sprawnie używały łokci w przepychance do przedziałów, a kiedy się dało, to cyganiły, jak z nut, że mają w tym miejscu rezerwację. Hainc z dziadkiem Erwinem umieli z połowy peronu trafić tobołkiem w otwarte okno przedziału, a Józek, jak gwizdnął kiedyś po kolejarsku i zawołał: Kto do Krakowa, proszę wsiadać, drzwi zamykać, to ludzie w pierwszym momencie pogłupieli, bo pomyśleli, że pomylili pociągi, a jego żona w tym czasie już zajmowała upatrzone siedzenia. Przy dużym tłoku na peronie dzieci, podobnie, jak bagaże, podawało się przez okna do przedziałów, żeby trzymały miejsca dla dorosłych, za czym osobiście nie przepadałem, ale nikt mnie o zdanie nie pytał.

Jechaliśmy tym pociągiem w stronę Bytomia, Tarnowskich Gór, Lublińca, na stacji w Herbach mieliśmy przesiadkę. Nie pamiętam już, czy to były Herby Stare, czy Nowe, ale stamtąd jechało się dalej już bezpośrednio nad polskie morze. Przy przesiadce dorośli znowu byli podekscytowani, liczyli od nowa bagaże, spekulowali, czy zdążą na drugi pociąg, poganiali opieszałych. Wszystko uspokajało się dopiero na miejscu, na małej, sennej stacyjce niedaleko Herbów, na której czekały już na nas konie. Woźnica z szacunkiem zdejmował przed babcią czapkę, milcząco pomagał nam ulokować w bryczce bagaże, zacinał konie i ruszaliśmy w drogę. Był niemową, a babcia uparcie próbowała się dowiedzieć, którą drogą nas zawiezie na miejsce – polnym traktem, czy przez las. Polny był dłuższy, leśny trudniejszy, powozem kołysało na wykrotach, a po deszczu koła grzęzły w błocie, poza tym podobno w jednym miejscu straszyło. Dlatego furman wolał dłuższą drogę, ale za dziesiątkę Sportów, które dostawał zawsze od pani Paluchowej za fatygę, czasami jeździł przez las. Babcia zajmowała tylne siedzenie, ja sadowiłem się kolanami na przednim, za woźnicą i obserwowałem z zaciekawieniem grę mięśni dwójki koni w zaprzęgu, ich wysiłek i jak się wypróżniały. Miałem swoje ulubione gniadosze, ale gospodarz wysyłał nam różne maści na stację, więc nie było co grymasić.

Raz, w biały dzień, przytrafiło się nam coś dziwnego i to nie na leśnym skrócie, a na rozstajach polnych dróg, skąd do gospodarstwa Olczyków był już rzut kamieniem. Przed krzyżem, pod którym była przymocowana tabliczka z jakimś gotyckim napisem, konie nagle stanęły i zaczęły zachowywać się niespokojnie. Woźnica zeskoczył na ziemię, coś do nich mamrotał, gładził po pyskach, wyciągnął z kieszeni jabłko, odkroił scyzorykiem po kawałeczku, nie chciały jeść. Zmarkotniał, zanosiło się na burzę, powietrze stało w miejscu, gzy cięły dokuczliwie, wtedy pokazał babci na krzyż. Wyjęła różaniec, który zawsze nosiła przy sobie i powiedziała: pomódlmy się Zbysiu za dusze w czyśćcu cierpiące. Odmówiliśmy jedną dziesiątkę różańca, jakoś pomogło, bo konie znowu ruszyły przed siebie. Na miejscu opowiedzieliśmy o naszej przygodzie gospodarzom, znali opisane miejsce, w czasie I wojny światowej doszło tam do potyczki między niemieckim oddziałem infanterii i carskimi sołdatami, w której zginęło kilkunastu ludzi; w Herbach biegła granica między zaborem pruskim i rosyjskim.

Jońcowa oddziedziczyła po swoich rodzicach duży majątek ziemski. Kiedy wydała swoją córkę za mąż za Olczyka, gospodarowali we trójkę. Był tam nieduży młyn, hodowla trzody chlewnej i krów, hektary urodzajnej ziemi. Po wojnie zostało z tego niewiele, władza komunistyczna tępiła kułaków, kontraktacja nie pozwalała się zbytnio bogacić, ale wszystkiego nie dali sobie odebrać. W czasie letnich i jesiennych zbiorów najmowali zaufanych ludzi do pracy i moja babcia z rodziną tak, jak w czasie okupacji, też im dorywczo pomagała przy różnych zajęciach. W zamian za żywność, której brakowało w mieście. Do legend rodzinnych przeszła historia mojej mamy, która podczas wojny wiozła ze wsi pociągiem słoninę do Chorzowa i dziś sobie myślę, że pewnie jechała od Olczyków. Przepasała się połciem w pasie, nałożyła płaszcz i udawała ciężarną. Na dworcu w Chorzowie-Batorym, zapomniawszy, że jest w błogosławionym stanie, zgrabnie zeskoczyła na peron, aż ją jakiś oficer Wehrmachtu przywołał do porządku, że przecież ryzykuje poronieniem. Za szmugiel żywności groziła wywózka do Oświęcimia. Nie pamiętam jednak, żeby babci zlecano jakieś ciężkie prace. Najczęściej zajmowała się domem, porządkami, czasami coś gotowała dla wszystkich, wystarczało jej czasu, żeby pójść na łąkę, albo do lasu i zbierać ulubione zioła, a później suszyć je na sznurkach rozwieszonych koło młyna. Ja z synem gospodarza, Heńkiem, który był moim rówieśnikiem, pasałem krowy i gęsi, ale więcej było zabawy, wycieczek po okolicy, pływania w blaszanej balii po przydomowym stawie, myszkowania wśród zakurzonych rupieci na strychu, albo w nieczynnym młynie, którego koło nadal obracało się w potoku.

Mogłem się na nie gapić bez końca, bo niekiedy zwalniało, stawało w miejscu, z sopli zielonych wodorostów, którymi obrosło z latami pomału spływała woda, lśniła w słońcu, aby po chwili ze skrzypnięciem drewna znowu połączyć się z nurtem. Mieliśmy z Heniem różne pomysły na spędzanie wolnego czasu, które nie zawsze podobały się dorosłym. Pewnego razu odkryłem w stodole wysuszone liście o intensywnym, miłym zapachu, które gospodarski syn nazwał tabaką i powiedział, że z niej robi się papierosy. Do małego, drewnianego wózka z dyszlem wrzuciliśmy więc trochę tych liści, stary Świerszczyk, zapałki, przykryliśmy to czymś dla niepoznaki i pojechaliśmy hen daleko, w pole, żeby spróbować zakazanego owocu. Żaden z nas do tej pory nie odważył się jeszcze zapalić. Zwinięta w rulon płachta dziecięcego czasopisma z pokruszoną tabaką w środku wyglądała jak ogromne, kolorowe cygaro, ale jak żeśmy się nim sztachnęli, to już było mniej ciekawie. Kto nas na polu wtedy wypatrzył, tego nie wiem. Ślady przestępstwa staraliśmy się dokładnie zatrzeć, ale kiedy wieczorem usiedliśmy w kuchni do wspólnej kolacji, uderzyła nas dziwna cisza przy stole. Przed moim nakryciem i talerzem Heńka leżały dwa papierosy, po kolacji sobie zapalicie – powiedział spokojnie gospodarz. Ani ja, ani mój koleżka nie tknęliśmy tamtego wieczoru kolacji. Nie jesteście głodni? – drwił Olczyk. To pójdziemy na papierosa. Musiałem asystować w laniu, które spuścił synowi w stodole, wojskowym pasem, po gołej rzyci. Był z niego kawał chłopa i razy wymierzał solidnie, podziwiałem Heńka, że ani pisnął. Być może od tamtego dnia nie tknął już papierosów w swoim życiu, mnie babcia ukarała publicznym klęczeniem na grochu i sto razy musiałem powtórzyć, że mi wstyd za to, co zrobiłem. Oczywiście, że było mi wstyd, ale w swoim późniejszym, dorosłym życiu wypaliłem tej tabaki niepotrzebnie jeszcze sporo.

Innych, przykrych incydentów u Olczyków nie zapamiętałem. Był to dumny, ale przyjazny dom, z życzliwymi ludźmi, gdzie centralne miejsce stanowiła kuchnia – przestronne, niskie pomieszczenie o łukowatym sklepieniu, z chlebowym piecem i długim stołem, przy którym wieczorem zasiadała do posiłku cała rodzina, razem z gośćmi i służbą. Z kuchni, gdzie nawet upalnym latem panował przyjemny chłód, schodziło się do lodowatej, kamiennej piwnicy, w której trzymano wędliny, mięso z uboju, mleko, podpiwek. Chleb piekła osobiście stara Jońcowa, powściągliwa w słowach i gestach postawna kobieta, ze śladami dawnej urody na twarzy zupełnie pozbawionej zmarszczek. Do dziś nie zapomnę smaku lekko czerstwych, żytnich pajd, posmarowanych masłem, które własnoręcznie ubijałem z maślanki, i aromatu zbożowej kawy przy śniadaniu. Chleba „prosto z pieca“ nie jadło się względów zdrowotnych, okrągłe, wielkie bochny musiały ze dwa dni najpierw odleżeć.

Spaliśmy z babcią najczęściej w dwóch sąsiadujących ze sobą, niedużych pokojach nad kuchnią. W moim znajdował się ręczny magiel, a na ścianie wisiał portret młodego żołnierza w pruskim mundurze. Oczywiście musiałem wiedzieć, kto na nim jest. To brat pani Jońcowej, który już nie żyje – wyjaśniła mi babcia. Wtedy zapytałem, czy zginął na wojnie. Dla świętego spokoju przytaknęła, ale mnie interesowało jeszcze, czy zostawił po sobie żonę i dzieci, wtedy powiedziała, że nie wie. Pewnego popołudnia, po kilkugodzinnym grabieniu siana w polu poczułem się tak zmęczony, że poszedłem do domu trochę odpocząć. Najpierw wypluskałem się w chłodnym potoku, a później zaległem na chwilę w swoim pokoju. Ledwo przyłożyłem głowę do poduszki, a tu słyszę kroki w kuchni, jakiś gwar, myślę sobie, aha i reszta ściągnęła za mną, ale nie mogłem rozpoznać, kto konkretnie. W pewnym momencie ktoś na dole zaintonował Godzinki do Matki Boskiej, reszta się włączyła i tak ładnie śpiewali, że mnie to uśpiło. Obudziłem się dopiero przed kolacją, zszedłem na dół, w kuchni krzątała się moja babcia z żoną gospodarza, więc je pochwaliłem za te Godzinki. Nie wiedziały, o czym mówię, przed chwilą przyszły razem z innymi z pola do domu i poza mną nikogo w nim nie było.

Po latach ciocia Irka, nasza domowa specjalistka do spraw zjawisk paranormalnych, rzuciła mi nieco światła na dom Olczyków, który jej zdaniem był nawiedzony. Jeździła tam często w latach swojej młodości i sama raz doświadczyła historii sprzecznej z logiką. Żołnierz z portretu faktycznie był starszym bratem Jońcowej, ale nie zginął w walce, tylko w czasie I wojny światowej zastrzelił się z powodu nieszczęśliwej miłości. Jego majętni rodzice nie chcieli przyzwolić na małżeństwo z ubogą dziewczyną, którą kochał i on nie potrafił się z tym pogodzić. W kolejne rocznice ślubnych zapowiedzi pod jego rodzinny dom zajeżdżają więc niekiedy czarne karety, zaprzężone w czarne rumaki, oświetlone kandelabrami, w których nie ma nikogo, albo słychać muzykę weselną, brzęk kieliszków i gwar zaproszonych gości, a kiedy wyjrzeć przez okno, to pusto, cisza. Ja słyszałem Godzinki, widocznie dusza nieszczęśnika nie jest potępiona, tylko prosi mnie o modlitwę, mówiła. Jej przydarzyło się, że w biały dzień na drodze, którą jechała dorożką do Olczyków, wyprzedził ją na koniu sam brat Jońcowej, ubrany w weselny surdut, rozpoznała jego twarz z portretu. Woźnica też go widział, ale jako niemowa nie umiał tego porządnie potwierdzić.

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 3

Przekraczając granice

“Myślał indyk o niedzieli…”

Wpis z 29 marca 2016 roku

Pora na zakończenie mojej „pamiętliwej” marokańskiej historii, która choć czasami brzmi jak skrócony scenariusz filmu, to jednak dla mnie była prawdziwym horrorem, choć dzięki niej dowiedziałem się ilu wspaniałych ludzi jest moimi przyjaciółmi i znajomymi. Ale żeby nie przeciągać, przechodzę do relacji.

I nastała sobota, dzień w którym miałem opuścić Maroko i polecieć do Berlina, skąd mieli mnie odebrać przyjaciele i zawieźć do Polski. Wstałem skoro świt, pakować nie było co, więc po prysznicu udałem się do restauracji na śniadanie. Byłem pierwszy, nawet jeszcze nie wszystko zostało powykładane na szwedzki stół. Wziąłem płatki owocowe i zalałem je mlekiem, potem wypiłem sok pomarańczowy i już byłem gotowy do drogi. Przez następne trzydzieści minut chodziłem po pokoju jak dziki lew (a właściwie lwica, lwy są podobno bardzo leniwe) w klatce, w końcu zadzwonił telefon – podstawiono dla mnie taksówkę i przyszła moja opiekunka.

Jak ja się cieszyłem, po wymeldowaniu mnie z hotelu wsiedliśmy do taksówki i ruszyliśmy w kierunku lotniska, znajdującego się poza miastem. Po około 30 minutach jazdy, które upłynęły mi na ciekawej rozmowie z moja opiekunką, stanęliśmy przed lotniskowym wejściem. W Agadirze pierwsze bramki bezpieczeństwa są już na wejściu do budynku, ale to raczej takie lipne zabezpieczenie. Gdy przez nie przechodziłem miałem scyzoryk i dużą metalową sprzączkę od paska, wiec odezwał się sygnał, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.

W związku z tym, że nie rozpoczęto jeszcze odprawy, usiedliśmy przy kawiarnianym stoliku i wypiliśmy kawę, kontynuując rozmowę. Po chwili konwersacji mogliśmy już ruszyć po wyczekiwany przeze mnie stempel wyjazdowy na karcie pokładowej, którą miałem już wydrukowaną i ściskałem kurczowo w ręce.

I w tym właśnie momencie sprawdziło się przysłowie „Myślał indyk o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścieli”, gdy podeszliśmy do pani, która z pięknym uśmiechem miała mnie odprawić, ta spojrzała na bielejący na mojej głowie bandaż i zapytała, czy mam pozwolenie od lekarza na lot samolotem (no jakże bym mógł mieć, skoro konsul stwierdziła, że nie będzie potrzebne). Po próbach wyjaśnienia podejmowanych przez moja opiekunkę, skierowano nas do szefa rzeczonej pani, który również kategorycznie odmówił wpuszczenia mnie na pokład samolotu bez zaświadczenia lekarskiego, na nic zdała się również jego rozmowa z Konsul RP, powiedział nie i koniec.

Całe powietrze ze mnie uszło, myślałem że tam padnę – fatum jakieś czy co. Dobrze, że miałem kogoś, kto mnie pocieszył na miejscu i dodał otuchy. Jeden telefon i nasza rządowa przedstawicielka poprosiła moja opiekunkę, by wróciła ze mną do hotelu, a ona postara się załatwić lekarza na cito. Szybko ruszyliśmy na postój i dogadaliśmy się z taksówkarzem co do ceny (200 dh). W połowie trasy, gdy byliśmy już na dwujezdniowej drodze przedzielonej pasem zieleni, w torebce mojej opiekunki odezwał się telefon. Dzwoniła pani Konsul RP z pytaniem, czy jeszcze jesteśmy na lotnisku, gdy usłyszała, że nie, poprosiła byśmy zawrócili, bo najprawdopodobniej jakiś lekarz podjedzie tam do nas. Zapaliło się jakieś zielone światełko w mojej głowie. Kierowca nie widział problemu stanął na środku drogi, a potem nie namyślając się długo, zawrócił przez pas zieleni i już jechaliśmy z powrotem. Gdy wpadliśmy na halę lotniska usiedliśmy i czekaliśmy na obiecanego lekarza. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po kilkunastu minutach zadzwoniła znowu pani Konsul RP i stwierdziła, że musimy jednak jechać do hotelu, gdzie będzie na nas czekać sekretarka konsula honorowego i zaprowadzi mnie do lekarza, który wyda stosowne zaświadczenie. W dalszym ciągu mieliśmy jeszcze czas, choć kurczył się on nieustannie.

glowa

Po dojechaniu na miejsce, udaliśmy się z miłą sekretarką (przypominam, że znała tylko arabski i francuski) do prywatnego gabinetu neurologa, na którego musieliśmy poczekać około 30 minut ponieważ… kończył operację w pobliskim szpitalu. Gdy już dotarł na miejsce, wydał mi skierowanie na tomograf, prawie biegiem udaliśmy się do pobliskiej kliniki, prowadzonej przez przyjaciela rzeczonego neurologa, gdzie bez kolejki dostałem się do pomieszczenia, w którym mój mózg miał zostać prześwietlony. Kiedy zostałem już wygodnie ułożony, usztywniono mi głowę i zacząłem powoli wjeżdżać do wielkiej plastikowej rolki (tak mi się to skojarzyło wtedy), zacząłem się śmiać, bo pomyślałem sobie, że pewnie zaraz wszystko się popsuje i badanie się odwlecze i nie zdążę na samolot. No cóż mam chyba jakieś zdolności paranormalne, czyżbym był jasnowidzem?

Urządzenie co prawda działało bez zarzutu, ale zanim otrzymaliśmy kliszę z przekrojami mojej głowy, a potem zaświadczenie o braku przeciwwskazań do podróży lotniczych, do mojego odlotu zostały dwie minuty. Nie było już więc sensu jechać na lotnisko. Choć starałem się robić dobrą minę, w środku mnie wszystko się gotowało, byłem zły i zrezygnowany zarazem. Poza tym zostałem znowu bez pieniędzy – badania w prywatnych klinikach nie należą do tanich, choć podobno i tak policzyli mi stawki minimalne. Neurolog wypisał mi też receptę na leki i zdjął bandaż, stwierdzając, że wystarczą plasterki ściągające, które… mam sobie kupić razem z lekami w aptece. K…a, za co pomyślałem, całe szczęście, że była przy mnie moja opiekunka, która miała anielską cierpliwość i ogromną przebojowość. Wyłuszczyła cały problem sekretarce konsula honorowego i wprost wymusiła na niej, żeby ta zapłaciła za potrzebne medykamenty, jednocześnie skontaktowała się z panią Konsul RP, aby załatwić sprawę mojego dalszego pobytu w Maroko, do chwili kolejnego, bliżej nie określonego jeszcze w czasie wylotu do Polski.

Po kilkunastu minutach wszystko było jasne, leki wykupione, a ja wróciłem do tego samego hotelu, choć pokój dostałem inny. Personel witał mnie jak stałego bywalca, a wszyscy się wesoło uśmiechali. Po pewnym czasie dowiedziałem się, że spędzę tu kolejne trzy dni (dzięki dla przyjaciół w biurze turystycznym, którzy tak ekspresowo załatwili mi bilet lotniczy), a moja rodzina po raz kolejny przeleje pieniądze. No dobra, dotrą w poniedziałek, a jedyne ciuchy założyłem w piątek, już myślałem w sposób cywilizowany, więc zauważyłem ten problem. Okazało się, że moja opiekunka jest niezastąpiona, sama udała się na miejscowy targ, gdzie, za własne pieniądze, zakupiła mi bieliznę, oraz koszulkę (oczywiście wcześniej spytała o rozmiar). Gdy je przyniosła nawet pozwoliła sobie na mały żarcik, twierdząc, że nie wiedziała jaki kolor lubię, więc kupiła wszystko różowe, niech będzie pomyślałem, wstydliwy nie jestem, więc może być róż. Okazało się jednak, że różu tam nigdzie nie było, koszulka była czarna i pasowała idealnie, reszta też była w porządku.

Pozostałe do wylotu dni spędziłem na spotkaniach i spacerach z moją opiekunką, dzięki temu poznałem Agadir i trochę odpocząłem psychicznie. Brak pamięci był nawet jednego z tych dni powodem śmiesznej sytuacji. Gdy wyszedłem do lobby na spotkanie opiekunki okazało się, że wszystko udekorowane jest na czerwono, a na szybach porozwieszane były serca – jak pewnie już się domyślacie były to walentynki. Po krótkiej rozmowie doszliśmy do wniosku, że to również trochę moje święto, ponieważ święty Walenty jest też patronem… chorych umysłowo (a jakby nie było, amnezja dotyczy też umysłu). Dzień przed wylotem dowiedziałem się, że moja opiekunka niestety nie będzie mogła ze mną pojechać na lotnisko i towarzyszyć mi będzie sekretarka konsula honorowego.

I tak nadszedł wtorek, dzień kolejnego mojego wylotu. Myślicie, że było łatwo? Chyba już wiecie, że tak nie mogło być, ale nie będę Was trzymał w niepewności do kolejnego dnia.

Rano odjechałem taksówką z hotelu żegnany przez uśmiechnięty personel, towarzyszyła mi oczywiście znana już sekretarka konsula honorowego. Kobieta miła, uśmiechnięta, z którą niestety nie mogłem porozmawiać, gdyż mój zasób słów francuskich to: bonjour, bonsoir, d’accord, oui, oraz, i tu Was zadziwię, la paille (skąd to wiem nie mam bladego pojęcia).

Pierwsze moje zdziwienie nastąpiło, gdy taksówka zatrzymała się nagle na środku drogi, a pani sekretarka otworzyła drzwi i wysiadła (pomyślałem sobie – może straciłem pamięć, ale to na pewno nie jest lotnisko), okazało się, że chciała się przesiąść na przednie siedzenie, bo raziło ją słońce. OK, myślę, jedziemy dalej, będzie dobrze, hmm… źle może nie było, ale taksówka znów się zatrzymała, a pani sekretarka znowu wysiadła, co jest grane pomyślałem – przecież nie ma już gdzie się przesiąść. Za chwilę wszystko było jednak jasne, kobieta wyskoczyła na chwilę zrobić… zakupy w pobliskim sklepie.

Gdy już dotarliśmy na lotnisko i podeszliśmy do stanowiska odprawy, pokazałem wydrukowaną kartę pokładową, wraz z zaświadczeniem od lekarza i… okazało się, że pani to nie wystarczy, musimy udać się do jej szefa. Cholera, scenariusz znowu się powtarza, to pierwsze, co przyszło mi na myśl. U szefowej wywiązała się zażarta rozmowa miedzy nią a sekretarką, która nagle została odsunięta, a mnie spytano po angielsku, czy sobie sam poradzę w samolocie – a tu cię mam pomyślałem – oczywiście, że sobie poradzę. Szefowa myślała, że będzie przebiegła i spytała, jaki jest mój ostateczny cel podróży – odpowiedziałem z uśmiechem, że Polska, na to ona z triumfującym wyrazem twarzy – a samolot leci przecież do Berlina, to ja na to – z Berlina odbiorą mnie przyjaciele. Chwilę pomyślała i kazała nam wyjść z gabinetu i udała się do innych drzwi, po chwili dowiedziałem się, że kontaktowała się z kapitanem samolotu, czy ten pozwoli mi wejść na pokład. Na moje szczęście wyraził zgodę.

Reszta to był już pikuś, kolejne dwie bramki, strasznie przyglądający mi się pogranicznik (no tak w paszporcie byłem gładko ogolony, a przed nim stał facet z pokaźnym zarostem na twarzy) i już czekałem na samolot.

Lot minął mi spokojnie, a przyjaciele czekali już na mnie z utęsknieniem.

***
W jednym z komentarzy pod wpisem autor napisał: Lekarze są dobrej myśli, więc i ja jestem przepełniony nadzieją, że wszystko wróci. Strach już mi minął, czasami wkrada się jeszcze zwątpienie i zdezorientowanie, ale walczę z tym, a dzięki pomocy przyjaciół, znajomych, a czasami i osób postronnych, składam swoją przeszłość do kupy.
Jedno wiem, na pewno zdarzenie, które mnie spotkało nie zabiło we mnie pasji do podróży, gdy słyszę relacje znajomych, gdy przeglądam mojego bloga oraz wykonane przeze mnie zdjęcia, twierdzę, że świat jest piękny i warto go poznawać. Ja teraz robię to na nowo, na razie poznaję miasto, w którym się wychowałem, potem, gdy już przejdę proces rekonwalescencji (a więc raczej w przyszłym roku) mam zamiar odwiedzić miejsca, które podobno bardzo lubiłem – Włochy i Paryż.
Ważne jest też dla mnie to, że wiem, że wokół mnie jest wiele życzliwych osób, które kibicują mi w powrocie do zdrowia, dodaje to naprawdę dużo siły.

Za tydzień – podsumowania, sprzed roku i po roku…

Stuart 26

Joanna Trümner

I drink good coffee every morning
Comes from a place that’s far away
And when I’m done I feel like talking
Without you here there is less to say
Don’t want you thinking I’m unhappy
What is closer to the truth
If I lived till I was a hundred and two
I just don’t think I’ll ever get over you

Codziennie rano piję dobrą kawę,
Która pochodzi z dalekiego miejsca,
A kiedy po kawie chcę z kimś porozmawiać
Bez ciebie mam mniej do powiedzenia.
Nie chcę, byś myślała, że jestem nieszczęśliwy
Chociaż to jest bardzo bliskie prawdy.
Nawet jeśli dożyję do lat stu i dwu
Nie pogodzę się z tym że odeszłaś

 I Just Don’t Think I’ll Ever Get Over You, Colin Hay

Nowy etap

Stuart rozgościł się na dobre u Toma. Mieszkanie pod jednym dachem z przyjacielem, które miało być tylko czasową prowizorką, trwało kilka tygodni i bardzo ich do siebie zbliżyło. Tom był prawdziwym przyjacielem – nie tylko słuchał godzinami zwierzeń i dzielił smutek, przejął również niewdzięczne zadanie skontaktowania się z Meg i odebrania od niej dwóch walizek z rzeczami i – oczywiście – gitary. Chociaż Tom nigdy nie okazał, że wspólne mieszkanie stało się dla niego problemem i nigdy nie zapytał się o jego dalsze plany, Stuart zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma prawa wystawiać tej przyjaźni na dłuższą próbę i codziennie obiecywał sobie w duchu, że zmobilizuje resztkę energii i zajmie się szukaniem mieszkania.

Tym razem szczęście uśmiechnęło się do niego, na tablicy z ogłoszeniami w kiosku, gdzie codziennie kupował gazetę i papierosy, znalazł informację o wolnym mieszkaniu w okolicy. Tego samego dnia zadzwonił pod podany numer telefonu i w kilka dni później podpisał umowę o wynajęciu mieszkania w bezpośrednim sąsiedztwie Toma.

W tym małym, dwupokojowym mieszkaniu zaczynał swoje nowe życie, życie po Meg. Przez kilka następnych tygodni był tak zajęty remontem mieszkania, szukaniem mebli i niezbędnych do życia rzeczy, że ze zdziwieniem stwierdził, że zdarzają się dni, kiedy dziewczyna ani razu nie pojawiła się w jego myślach. Kiedy mieszkanie było już urządzone, podczas pierwszych samotnych wieczorów w nowym miejscu, myśli o Meg powróciły jednak i były tak intensywne, jakby przez ostatnie tygodnie drzemały w jego głowie zbierając siły na powrót.

Walczył z nimi biorąc do ręki gitarę. Komponował nowe piosenki pełne melancholii i smutku, zastępujące łzy i godzinami zastanawiał się nad tym, w którym momencie ich związku coś zaczęło się między nimi psuć, czego nie zauważył, gdzie popełnił błąd. Z nienawiścią i niemocą myślał o lekarzu, dla którego Meg go zostawiła. Oczami wyobraźni widział scenę, w której mężczyzna po raz pierwszy całuje jego dziewczynę siedząc na łóżku w pokoju w szpitalu. Im bardziej starał się przejąć kontrolę nad tymi myślami i zapomnieć, tym bardziej docierał do niego ból i rozczarowanie. Powtarzane przez Toma wielokrotnie słowa pocieszenia, o czasie, który leczy rany brzmiały w jego uszach jak szyderstwo. Jego ból stawał się z każdym dniem coraz mocniejszy. Były dni, kiedy nie potrafił nawet na chwilę wyjść z labiryntu złych myśli.

Doszło do tego, że z niechęcią obserwował rozwijającą się na jego oczach historię miłosną pary uczniów w jednej jego klas. Widział, jak wymieniają spojrzenia, jak nie mogą doczekać się przerwy, żeby w końcu móc chodzić po korytarzach szkoły trzymając się za ręce i obnosić się ze swoją miłością. Chciał podejść do nich, wziąć ich na bok i powiedzieć, żeby dali sobie spokój, zrezygnowali z marzeń o tym, że razem przejdą choćby część życia, że to nie ma sensu. „Niech się sami o tym przekonają”, pomyślał przywołując się do porządku. Dyrektor szkoły zauważył, że Stuart często jest nieobecny duchem i że nie wkłada już w zajęcia tyle serca, co kiedyś. Widząc, że stał się rozdrażniony, wymagający i niesprawiedliwy wobec uczniów, że przestał być jednym z najbardziej lubianych nauczycieli w szkole, zaprosił go na rozmowę do swojego gabinetu.

„Czy ma Pan jakieś kłopoty? Mam nadzieję, że narzeczona już wyszła ze szpitala”, zaczął niezręcznie rozmowę. „Rozstaliśmy się”, odpowiedział Stuart, dziwiąc się równocześnie, że w tych dwóch słowach można było zamknąć cały ten koszmar, który przeżywał od kilku miesięcy. „Myślałem, że stało się coś gorszego. A przez takie rozstania każdy z nas musi co najmniej raz przejść”, skomentował, zaskakując Stuarta ponownie swym brakiem wyczucia. „Ja cię na szczęście nie muszę już długo znosić”, pomyślał Stuart opuszczając gabinet dyrektora. Podjął decyzję, że ten rok szkolny będzie ostatnim rokiem pracy jako nauczyciela. Tom wyperswadował mu natychmiastowe zrezygnowanie z tej pracy, wiedział, jak bardzo przyjaciel potrzebował w swojej obecnej sytuacji codziennej rutyny i regularnych zadań. Ta rutyna broniła go od całkowitego skupienia się na złych myślach i od ucieczki w alkohol.

Przez pierwsze tygodnie po rozstaniu Stuart wypijał co wieczór pół butelki whisky. Czasami sam się dziwił, że rano jest w stanie wstać i pójść do pracy. Pewnego wieczoru zdecydował się zadzwonić do Kate i w końcu poinformować swoją rodzinę o zmianach. Siostra zaniemówiła, a kiedy w końcu odzyskała głos, powiedziała: „A ja zawsze myślałam, że Wam się nic takiego nie może się zdarzyć. To było aż zbyt idealne, takie na zawsze”. „Ja też tak myślałem”, odpowiedział drżącym głosem. „Uważaj na siebie i staraj się nie pić”, zakończyła rozmowę Kate. W tym momencie Stuarta opanowało dziwne uczucie ulgi, z wdzięcznością pomyślał o tym, że w oddalonym o tysiące kilometrów od Sydney Berlinie ktoś będzie codziennie o nim myślał i martwił się o niego.

Kryzys, w którym się znalazł, był testem dla ludzi, którzy do tej pory byli dla niego najważniejsi. Egzaminem, który nie wszyscy przyjaciele zdali. Spotkanie z Ianem było dla niego wielkim rozczarowaniem. Ian podsumował nową sytuację przyjaciela słowami: „Nie pomogę ci, niestety, ja sam ledwo co wychodzę na prostą i nie chcę się obciążać problemami innych ludzi”. „Meg nigdy za nim nie przepadała, mówiła, że jest Narcyzem. Czy zawsze będę patrzył na ludzi jej oczami?”, zastanawiał się. „No cóż, na razie trzeba sobie tę znajomość odpuścić, może to zresztą moja wina, nikt nie przepada przecież za towarzystwem ludzi smutnych, złamanych, nie wiedzących co dalej ze sobą zrobić?”

Z Anglii wpłynęły na konto pieniądze ze spadku po wujku Stuarcie. „W zasadzie moje życie powoli się układa”, powiedział do Toma podczas wspólnego wypadu na plażę. „Nagle jestem zamożny, mam nowe mieszkanie i pracę. I w końcu wiem, czego w życiu chcę. Jedyne, czego brakuje, to kobieta, której będę mógł znowu zaufać”. „Tego od losu nie można wyegzekwować”, skomentował Tom z żalem w głosie.

Nadeszły wakacje i Święta Wielkanocne. Tom wyjechał na tydzień do rodziny w Adelajdzie i powierzył przyjacielowi opiekę nad swoim mieszkaniem i kotem. Mimo obaw Stuarta, że przez nadmiar wolnego czasu nie będzie potrafił wyjść z labiryntu swoich myśli, tydzień w mieszkaniu Toma był dla niego bardzo dobrym czasem. W końcu potrafił się skoncentrować na pisaniu nowych utworów. Muzyka zajmowała go tak bardzo, że bywały dni, kiedy ani przez moment nie przeszło mu przez głowę pytanie, co teraz może robić Meg. Obecność kota była dużą radością. Zwierzę siedziało koło niego, gdy grał na gitarze nowe akordy i obserwowało go zaciekawionym wzrokiem, tak jakby chciało powiedzieć: „To niezłe” albo „Coś tu trzeba zmienić”. Stuart ze zdziwieniem stwierdził, że będzie mu brakowało zwierzęcia ocierającego się o jego nogi, przytulającego się do niego w najmniej spodziewanych momentach i czekającego na jego pojawienie się w drzwiach.

Miał teraz czas, żeby się zastanowić nad kolejnymi krokami w życiu. Zdecydował, że podczas wakacji uda się w podróż po Australii. Zacznie od występów w knajpach. Mieszkania w Sydney na razie nie zlikwiduje, może je przecież komuś podnająć. Nagle zobaczył swoją przyszłość w sposób bardzo wyrazisty. Dało mu to tyle siły i spokoju, że zebrał się na odwagę i zadzwonił do Meg. Umówił z nią termin odebrania wreszcie reszty rzeczy z mieszkania. Po raz pierwszy od czterech miesięcy miał ją zobaczyć. Bał się tego spotkania, nie wiedział, czy nie będzie przy tym jej nowego partnera. To byłoby dla niego najgorszym scenariuszem. Bał się swojej reakcji, tego, że będzie ją prosił o powrót, o litość dla wspólnych lat, o miłość.

A kiedy w końcu znalazł się w mieszkaniu, które jeszcze do niedawna było jego wspólnym domem z Meg, wiedział, że to jeden z najtrudniejszych dni w jego życiu. Rozmawiali ze sobą jak dwójka ludzi, którzy chcą jak najszybciej zejść sobie z oczu. Resztka rzeczy Stuarta stała w dwóch walizkach w korytarzu. „Mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi”, powiedziała na pożegnanie. „Powodzenia”, odpowiedział, wiedząc, że nie wyobraża sobie spotkania jej jeszcze kiedykolwiek.

Cdn.

Szopa w salonie 3

Ähnlicher Text vom Łukasz Szopa auf Deutsch HIER

Łukasz Szopa

Alergia nie tylko na piasek

Jest coraz gorzej. Z mężczyznami. Ściślej mówiąc – z ojcami. Ale o tym zaraz, może od początku.

Kilka lat temu rozpisywałem się po niemiecku nad pewnym fenomenem. Chodziło o place zabaw, tu niedaleko, na granicy Kreuzbergu i Alt-Treptow. Jest tu taki fajny plac zabaw, nad kanałem, na wyspie „Lohmühleninsel“ – mojej drugiej naj-ulubionej wyspie Berlina. I chodziło, oczywiście, o mnie. O mnie, siedzącego sobie na placu zabaw, i obserwującego, a i próbującego czytać gazetę. W ostatnim czasie gazet czytam mniej, tym bardziej niemieckich, przerzuciłem się znów bardziej na książki. Ale gdzie ten mój wątek… Aha! No więc lubię, a i wtedy lubiłem, czytać na placu zabaw. Duże, szerokie ławki, słoneczko, kanał, a wrzask dzieciarni czy wyścigi bobby-car to pestka. Przyzwyczaiłem się od niezliczonych wizyt z moimi dziećmi (daaaawno temu…, jakieś cztery czy pięć lat już będzie…), udowadniając – nieskromnie zauważę – że nie tylko kobiety zdolne są do multitaskingu. Że również ja jako facet potrafiłem czytać gazetę, popijać latte machiato, zerkać na jedno-dwoje z własnych dzieci, plus rocznego szkraba, który kluczył między moimi butami, sprawdzając, co zawierają fugi między płytami chodnika. Wreszcie, nie dosyć tego, potrafiłem w tej równoległości obserwować, powiem nawet szczerze – podglądać (!) – kobiety.

No właśnie, dlaczego kobiety? Bo lubię. Ale też iż… niemal nikogo innego nie było.

Obecnie robię podobnie, choć dzieci na plac zabaw już zaciągnąć się nie da. Chodzę z lekturą, z kawką, to czytam, to zerkam na jedną to drugą panią, zmieniam układ „noga na nogę“ (przy tym nadal sprawdzając, czy jakieś baby nie pałęta mi się pod nogami). I tak mam szczęście, że nikt nie zaczął podejrzewać mnie o pedofilstwo: facet + bez dziecka + gazeta + zerka zza gazety. Ale ja naprawdę tylko na piękne kobiety jako przeplataniec do intelektualistycznej lektury – których piękno właśnie na placach zabaw ma swój szczególny charakter. Dużo bardziej pociągający niż ruch kobiecego ciała na dyskotece, na plaży, czy w galerii handlowej. Te kucania po przewrócony rowerek, to schylanie się po łopatkę, ten bieg za brzdącem, który próbuje forsować płotek nad kanałem… Czysta erotyka, te wypięte pośladki, falujące nieregularnie biusty, włosy na wietrze, dłonie formujące wieże w piachu…

Ale dosyć już o pięknie i wdziękach. Ile można. Przerzućmy się na… statystykę (choć zostaniemy przy kobietach). Znów, jak lata temu, postanowiłem sprawdzić – ile mamy tu na placu kobiet, a ilu – mężczyzn. Pora była dobra: bo południe, czyli praktycznie brak mylących statystykę grup z przedszkoli (są na obiedzie). I jak wyszło? Osiem do dwóch. Wliczając mnie – ale ja się nie liczę, czyli osiem do jednego. Hmmm, proporcje dla panów zainteresowanych paniami lepsze niż dla cywila w jakimś kraju w stanie wojny czy w tureckim żeńskim hamamie na Kottbusser Tor (ale to inna historia – jak się tam dostałem…)!

Co gorsza – jest gorzej. Gorzej niż lata temu, gdy procentowo ilość męskiego rodzica, opiekującego się przed południem własnym dzieckiem, była nawet wyższa. I mówimy to w sumie o placu zabaw i dzielnicy, gdzie równouprawnienie powinno niemalże szaleć: tradycja lewicowo-alternatywna, mieszkańcy (nie licząc Turków, choć też tylko ich części) głównie zatrudnieni w freelancerskich branżach turystyczno-restauracyjnej czy medialno-informatyczno-hipsterskiej (o ile nie studenci) – więc idelne warunki do w miarę równego podziału nie tylko dziennego czasu na macierzyński i tacierzyński, ale i – co się z tym łączy – równouprawianego podziału ról, zadań a i kierunku i nasilenia „kariery“ – czy po prostu balansu między życiem rodzinnym, prywatnym (to nie zawsze to samo! he he…), a zawodowym.

Czy jest sens rozpisywać się nad tym, że faceci nie gorzej niż kobiety potrafią grzebać w piasku? Gonić za rowerkami? Zmieniać pieluchy i karmić (butelką! co do piersi to, przyznam, słabo mi to szło). Okej, okej, co do samej ciąży, a i porodu to nadal kobiety mają pewien niemalże monopol, i nie będę nikomu doradzał, kiedy należy odłączyć dzidziusia od piersi (albo i smoczka) – to za niebezpieczne ideologicznie tematy!… Ale plac zabaw? W dodatku w czasach, gdy trudno znaleźć szorstką powierzchnię czy ostry kant (nie to co nasze, metalowe podblokowe „place“ w Polsce swego czasu!), a łykany piasek pewnie zdrowszy od niejednego kleiku? Gdzie ci panowie? Gdzie ci ojcowie? Za słaby zasięg WiFi? A może brak im tupetu i ambicji, by powiedzieć:

– Ja też!

Albo:

– Ja też mogę z dzieckiem na plac zabaw!

Albo:

– Ja idę z dzieckiem na plac zabaw, potrafię nie gorzej od ciebie (a latte machiato wypij sama)!

Albo:

– Wolę na plac zabaw, świeże powietrze i piękne widoki!…

A może to… matki i kobiety im nie pozwalają? Uważając, że to jednak ich monopol i specjalizacja? Czyżby może to ich zazdrosny strach przed „pięknymi widokami“?…

Nie wiem.

Ale jest gorzej. Kobiety przejmują już nawet męskie domeny!!!

Widzę to nieopodal, zerkając popołudniami na murawę boiska tureckiego klubu piłkarskiego Anadolu Umutspor Kreuzberg (gdzie nota bene przez rok mój syn też kopał w piłę, jako lewy obrońca). Tam też niejedna „Mamma“ i „amme“ dopinguje swoje potomstwo (nie tylko męskie) niemniej ostro i entuzjastycznie niż ojcowie, dodając co chwila fachowe komentarze, jak się ustawić i komu podawać. Z tym że ojców też już mniejszość… Co tu dużo mówić – Untergang des Morgenlandes!…

Albo też, jeśli już potrzeba racjonalnego wytłumaczenia: Dowód, że odzieciałych mężczyzn nęka już nie tylko alergia na piasek, ale i na trawę.

Barataria 23 Gomolicki

Teraz jestem pewna. To nie ja wybieram sobie lektury, to one wybierają mnie. Wydawało mi się, że sięgnęłam po czarną, jako że pozbawioną obwoluty, książkę Leona Gomolickiego Taniec Eurynome (PIW 1976), bo była pod ręką i niewielka, a wychodziłam i chciałam coś zabrać ze sobą do torebki, żeby mieć co czytać w metrze. W końcu dość jest niewygodnie, jak się jeździ po Berlinie, czy jakimkolwiek mieście, z Księgami Jakubowymi Tokarczuk. Ale teraz wiem, że to nieprawda, to Duch Myśli, brat Ducha Miejsca, kieruje człowieka poszukującego tam, gdzie coś znajdzie. Tym razem była to część III tej powieści, traktat o wyspach, tych znanych mi i tych nieznanych. Co ciekawe, podobnie jak u Łysiaka, nie było wśród nich Baratarii, choć książka pełna jest zjawisk ułudnych i mamiących oczy iluzji. Mimo to autor jest niewątpliwie wytrawnym baratarystą, wędrującym po wyspach literackich, mitologicznych lub geograficznych, wyspach symbolicznych albo rzeczywistych, które niekiedy generują nowe opowieści.

Leon Gomolicki

Traktat o wyspach

Przypuszczalna treść traktatu o odwiecznym pragnieniu ludzi – o bezludnych wyspach szczęśliwości.

Co to jest wyspa? Wyspa to szczyt górski wystający nad powierzchnię morza. Wysokość jego równa się głębokości morza plus wyspa. Bo morza to doliny zalane żywiołem światowego potopu. Wyspa jest symbolem wyobcowania w tym biblijnym żywiole, symbolem ratunku i symbolem wytchnienia przed nową walką. Bogowie wzniecają burze, burze wyrzucają rozbitków na wyspy, wyspy udzielają czasowej gościny, ale czas na wyspach ma swoją własną miarę. W jej rachubie godzin zapomina się o przewrotności losów i dostępuje stanu objawienia. Podczas sztormu na morzu nie dostępuje się stanu objawienia. Apokalipsa powstała na małej wyspie, w odosobnieniu od życia. Jest to księga napisana dla świata o jego końcu.


Hieronymus Bosch, Saint John on Patmos
63 x 43,3 cm, oil on oak
Gemäldegalerie, Berlin

Innego rodzaju objawienia doznał na wyspie bezludnej pewien mąż w dłużącej się drodze do domu. Było to objawienie zaniku poczucia istnienia, nie dające się wysłowić. Dlatego objawienie to nie mogło być przekazane w postaci księgi dorównującej Apokalipsie. Zachowało się jedynie krótkie opowiadanie. Jak rozbitek został wyrzucony na brzeg wyspy nie zamieszkanej przez ludzi ani przez bogów i znalazł się we władzy dziwnej nimfy o ludzkim głosie, która go pokochała i gościła. A stało się to, kiedy rozgniewane bóstwo skruszyło oślepiającym piorunem okręt i wszyscy towarzysze wyprawy zginęli w odmętach. On zaś, porwany przez fale, został wyrzucony na brzeg jak bezwładny małż z pogruchotaną skorupą. Była czarna noc i rozbitek czuł tylko na swoim ciele pieszczotę długich włosów niewiasty, która opatrzyła jego rany i zaprowadziła go do wyłożonej suchym mchem groty. Nigdy jej nie widział i dlatego nazywał zawsze i jedynie pięknowłosą. Ani piękną, ani pięknooką, ani pięknolicą, tylko pięknowłosą, ponieważ zachował wspomnienie kojącego muśnięcia włosów nimfy. Potem nazwał ją jeszcze podstępną, a to wtedy, gdy wróciwszy do grozy i przewrotności świata, dowiedział się, że godzina błogostanu na jej Wyspie trwała w rzeczywistości siedem pełnych lat. Tajemnicza nimfa, w przeciwieństwie do Apokalipsy – co znaczy objawienie – miała na imię Kalipso – co znaczy utajona. Ale już zbieżność imion wskazuje na to, że zjawiska te są bliskie sobie, jeśli nie równoznaczne. Znawcy mitologii utrzymują, że wyspa Kalipso to przyczółek śmierci. Śmierć jest objawieniem ze znakiem ujemnym. Objawia się w milczeniu. Wiekuistym.

W dzieciństwie, kiedy nie szukałem jeszcze prawdy na dnie bajek, lecz brałem to, co migotało blaskiem na powierzchni, miałem już w głowie cały rejestr Wysp Homerowych. Wszystkie one były zaludnione potworami całkiem realnymi. Mamiły pięknem z daleka, z bliska okazując się pułapką, śmiertelną matnią, groźną próbą losu. A ponieważ w jakiejś przenośni, ale i z dużym podobieństwem, pokrywało się to z otaczającym życiem, nieufność do wszelkiego rodzaju mamideł pozostała na zawsze. I mniej więcej na przełomie niebezpiecznej młodości nastąpił w moim poglądzie na świat podział wysp na wyspy z podręcznika geografii i wyspy w sensie oderwanym. Jednak i wtedy wiedziałem, że żadnych illes d’Amour w jakimkolwiek znaczeniu nie ma na mapie ziemi i nieba, a udręczone serce i rozum nigdy nie znajdą ukojenia. Ta zadziwiona nieufność, nie dowierzająca obietnicom spełnienia piękna, pozostawiała jedynie odrobinę pocieszenia, że gdzieś jeszcze kryje się łudząca nadzieja równoważącej szczęście prawdy.

Po klęsce pod Waterloo Napoleon abdykował i oddał się w ręce Anglików. Szukał azylu, tymczasem potraktowano go jako jeńca. Na miejsce deportacji wyznaczono małą wyspę w pobliżu brzegów Afryki (czy tak już w pobliżu? prawie dwa tysiące mil, ale biorąc pod uwagę ogrom Atlantyku!), Saint Helena Island, która znajdowała się wtedy pod zarządem angielskiej Kompanii Wschodnio-Indyjskíej. 16 października 1815 roku angielski bryg dostarczył tu na swoim pokładzie pod silną eskortą zdegradowanego cesarza Francji i światowej sławy stratega. Na Wyspie, jak wszyscy byli władcy, pisał pamiętniki i czytał Tacyta. W pogodne dni, a tropikalny klimat wysepki obfituje w ulewy, wychodził na wysoki brzeg i siedząc na składanym krzesełku godzinami patrzył na morze. Jedną nogę miał wyciągnięte, i opartą o kamień (na wojennych biwakach opierał ją o bęben dobosza, tu o kamień lub korzeń karłowatego platana – przy zmianach pogody dawna rana odzywająca się dotkliwym bólem). Ręce miał skrzyżowane na piersi, przyciskał nimi: klapy słynnego redingotu, w którym stał na murze moskiewskiego Kremla (przepalony iskrami płonącego miasta, zdobi obecnie gabloty kilku europejskich muzeów), białą kamizelkę, gorset koszuli, wzdymaną oddechami klatkę piersiową i serce w przyśpieszonych skurczach odzywające się w szyjnych tętnicach. Kołnierz redingotu miał podniesiony, ale był bez nakrycia głowy i wiatr morski, właściwie oceaniczny, mocny i słony, poruszał włosami zaczesanymi do przodu. Rysy miał do złudzenia przypominające (pomijając obrzmienie twarzy i martwotę cery charakterystyczne dla figur woskowych) rysy tego, który wygrywał klasyczne bitwy i dyktował kapitulację narodom. Tak siedział nieruchomy, wpatrzony w drganie słonecznych łusek na powierzchni wody, w żagiel zabłąkany na pustyni błękitu, w spieniony żabot fal na kamienistym brzegu. Wpatrzony, jeśli mogą patrzeć szklane oczy, nie tyle wchłaniające, co odbijające świat. To model pierwszy człowieka na wyspie bezludnej, ale czy szczęśliwej? Bezludnej oczywiście dla niego, ponieważ ani otaczających go strażników, ani kalibanów grzebiących na dole w ziemi nie zaliczał do wspólnego z nim gatunku istot. Powierzchnia Wyspy Świętej Heleny wynosi 122 km². Mieszkało wówczas na niej około 1,5 tysiąca nędzarzy i garstka urzędników angielskich. Powierzchnia największej z wysp przybrzeżnych Europy wynosi 230 tysięcy km², a mieszkało na niej wtedy około 15 milionów Brytyjczyków o skrajnej rozpiętości dostatku. Ale i tak wielka wyspa może okazać się bezludna, jeśli jest się osaczonym przez tępe ssaki, tylko udające swoją powierzchownością ludzi. Zwróćmy uwagę na pewną zbieżność faktów: połowa października i koniec kwietnia następnego roku – różnica zaledwie sześciu miesięcy. A także na znaczenie wyspy w losie tak wybitnych ludzkich jednostek.

O wielkim człowieku na małej wyspie dowiedziałem się już w dzieciństwie. Historia jego była prosta: chciał być Guliwerem wśród liliputów, lilipuci opadli go jak mrówki i podczas snu uwięzili. Tak przeważnie się kończy u Guliwerów z liliputami. O tym drugim wyspiarzu dowiedziałem się w wypożyczalni miejskiej, miałem wtedy piętnaście lat. Piętnaście lat to wiek, kiedy już nie przyjmuje się zastanego bezkrytycznie. Wyjaśnienie matki w sensie: to był niespokojny człowiek, którego niepokój nosił po świecie. A więc nosił w sobie niepokój, który go nosił. Coś w rodzaju balonika nadmuchanego powietrzem, które unosi go w powietrze. Później dowiedziałem się z książek, że tam było nieco inaczej. Człowiek kładzie się spać, nic nie wiedząc o swej klęsce, i widzi zły sen. Niedawno poślubiona młoda żona, którą kocha i która urodziła mu właśnie piękną Adę, wyjeżdża do swoich rodziców. Nic nie zapowiada rozdarcia i nagle przychodzi list z żądaniem zgody na separację. Chce się obudzić, ale nic a nic już nie da się zmienić. Każdy krok, każda próba tylko powoduje nowe, coraz dalej posunięte żądania, a do tego kalumnie, potwarze. To, co cały świat uznał za objawienie, w oczach malej dewotki, jej krewnych i przyjaciół jej krewnych było objawem obłędu, choroby duszy, zwyrodnieniem. Wtedy zbudował kocz, nazywany napoleońskim, w którym mieściły się podręczne książki i mapy na długą drogę. Dokądkolwiek pojadę, a jadę z pewnością daleko, nigdy już się nie spotkamy na tym świecie ani na tamtym, tak pisał w ostatnim liście do żony, przełamując urazę. 23 kwietnia 1816 roku opuścił Londyn, udając się do Dover. Z pokładu statku widział ognie oddalającego się brzegu rodzinnej wyspy. Stał zarzuciwszy na ramię skraj peleryny Childe Harolda. I stąd pokusa poszerzenia przenośni bezludnej wyspy na cały kontynent albo i cały glob ziemski, małą wysepkę ludzkiej plazmy w kosmosie.

Na wypadek, jakby Czytelnik nie wiedział (ja nie wiedziałam, ale się trafnie domyśliłam), w ostatnim akapicie chodzi o Byrona. Piękna Ada, córka poety, to Ada Lovelace, matematyczka.

Zadziwiająca żywotność tych dwu symboli – Wyspy Świętej Heleny i peleryny Childe Harolda, które oddziaływały jeszcze na moje pokolenie w latach naszej młodości. Ale potem powrócił płynący wstecz czas – od wysp, z których się ucieka, do wysp, na które sie ucieka w poszukiwaniu utopijnej szczęśliwości. Od wysp – straszących widm, do wysp – widmowych nadziei na możliwość wiecznej harmonii piękna:

…czymże jest marzenie?
Robotą duszy – dusza może wyprowadzić
Z nicestwa światy nowe i na nich osadzić
Doskonalsze od ziemskich kształty promieniste,
Wlać im duch trwalszy niźli w ciała rzeczywiste.

A pierwszą taką wyspą była mikroskopijna wysepka Leuke, którą można odszukać jedynie na szczegółowych mapach Morza Czarnego w pobliżu delty Dunaju. Na tym skrawku ziemi Achilles połączył się z Helena, a bóstwa morskie otoczyły szczęśliwy ich związek troskliwą opieką. Nie wiem, czy historia ta jest dostatecznie spopularyzowana. Postaram się możliwie wiernie ją streścić:

Odkąd Achilles usłyszał o aferze Parysa, myśl o Helenie nie opuszczała go. Aż zjawiła mu się we śnie i posiadł ją jako senną zjawę, a wtedy ogarnął go prawdziwy szał miłosny. Było to już w obozie greckim, podczas oblężenia Troi, i dzieliły ich potężne, uzbrojone fortece. Widząc jego cierpienia, Afrodyta przemieniła się w gołębicę i zaniosła do komnaty Heleny w pałacu Priama list Achillesa, w którym błagał, aby ukazała mu się na murach miasta. A gdy uległa jego prośbie i zobaczył z daleka jej sylwetkę na tle nieba, nie mógł już o niczym innym myśleć i umarł przywołując jej imię. A gdy zwłoki palono na wielkim stosie, boska matka herosa, Tetyda, porwała wyzwoloną z pęt ciała duszę i przeniosła na przygotowaną dla niego wysepkę Leuke. Wówczas była to wyspa zalesiona, pełna zwierzyny i bezludna. Cienie herosów, którzy walczyli pod Troją, kierowała Tetyda tam również, aby dostarczyć towarzystwa synowi. Ale Achilles niepocieszony czekał na Helenę. Aż zginął Parys, aż padł Deifobos, aż Helena wróciła do swego prawowitego małżonka i aż Menelaos dokonał przy niej swego żywota. Wtedy Helena, wolna od obowiązków, popłynęła na wyspę Leuke, wyszła sama na jej brzeg z pokładu statku i tam, poślubiona Achillesowi, została na zawsze. Rybacy wracający z połowu słyszeli weselne śpiewy, szczęk zbroi i potężny głos Pelidy intonującego heksametry Homera. Szczęśliwi kochankowie spędzali czas na zabawach, łowach i ucztach. Okres świetności wyspy szczęścia Leuke trwał długo, dopóki lasy się nie wykruszyły, a wtedy miejsce straciło swój urok i cienie herosów przeniosły się na Pola Elizejskie.

Późniejsze wyspy szczęścia nie miały już tego heroicznego nastroju, przypominały bardziej miejsce niedzielnych wycieczek. Polephil zastał na słynnej wyspie Cyterze coś w rodzaju nieustającego festynu karnawałowego. W czasach jeszcze nam bliższych gusty uległy dalszej zmianie – szukano samotności we dwoje.

I kto zapraszał – zapytajmy – na taką bezludną wyspę wytchnienia? Na bezludną wyspę wytchnienia zapraszał między innymi kawaler Evaríste Désiré de Forges, vicomte de Parny, pisarz i poeta francuski z epoki Wielkiej Rewolucji (…)

Kolejna wyspa nieistniejąca a na dodatek latająca to Laputa z Podróży Gullivera Jonathana Swifta.

 Grandville (Jean Ignace Isidore Gérard; 1803-1847), Gulliver odkrywa Laputę

Tajemnica Laputy, jak wiadomo, polegała na tym, że w jej wnętrzu znajdował się magnes połączony z mechanizmem zmieniającym jej położenie w stosunku do pokładów magnesowych sąsiedniej, macierzystej wyspy Balnibarbi. Ruch ten, trzykierunkowy (bo i do góry również – właśnie latający), ograniczony był jednak zasięgiem działania pola magnesowego Balnibarbi. Podaję to w skrócie, gdyż dokładny opis maszynerii, jak i jej właściwości, a także instrukcję, jak należy operować maszynerią obracającą magnesem we wnętrzach Wyspy Laputa, każdy bez trudu znajdzie w naukowej pracy pod tytułem Travels into Several Remote Nations of the World in Four Parts, by Lemuel Gulliver.

Cenna praca ta ukazała się wprawdzie w roku 1726, ale dzięki swej niezwykłej popularności została przetłumaczona na wszystkie języki i jest bez końca powielana w coraz bo nowych wydaniach. Zalecana nawet w szkołach jako obowiązkowa lektura, obok podręczników geografii i przyrodoznawstwa. Ciekawym nie sprawi też specjalnego trudu odnalezienie tego dzieła, a w nim miejsca dotyczącego Wyspy Laputa. Jaskinie, w której znajduje się, we wnętrzu latającej wyspy Laputa, magnes wyspą poruszający, Lapucjanie wyposażyli w sprzęt obserwatorium astronomicznego. Wielka studnia, tam prowadząca, ma głębokość około 25 prętów, czyli około 115 metrów. Mrok tej jaskini rozświetla dwadzieścia lamp, wzmacnianych przez wielki diament. Stoją tam astrolabia, globusy nieba i teleskopy. Przesądem jest budowanie obserwatoriów na szczytach górskich. Starożytni obserwowali niebo właśnie z dna głębokich studni, nie znając jeszcze żadnych instrumentów optycznych.

O czym pamiętają zapewne czytelnicy powieści Haruki Murakamiego Kroniki ptaka nakręcacza.

Lapucjanie pierwsi obserwowali ciała niebieskie z głębi studni, wzmacniając wzrok soczewkami teleskopu. Wynik był tak niezwykły, że kierując uwagę na księżyc w pełni, odróżniali na jego powierzchni nie tylko zarysy lądów, lecz nawet postacie Selenitów. Wspomniana wyżej praca milczy o tym, ale gdyby astronom lapucki skierował swój teleskop na księżyc w roku 1650, ujrzałby na największej wyspie Morza Jasności (Mare Serenitatis) jednego z pierwszych lunonautów, Cyrano de Bergeraca, dyskutującego z Kartezjuszem. Niestety, w połowie siedemnastego wieku technika nie była jeszcze w tym stopniu rozwinięta, aby można było z takiej odległości przekazywać na ziemię głos ludzki. Niemniej, znając poglądy obu dyskutujących, można domyślać się treści tej rozmowy. Kartezjusz budował swój system na zasadzie ‘clair et distinot’, gdy Bergerac nie był w tym stopniu pedantyczny. W swych przekonaniach Kartezjuszowi wystarczył za dowód istnienia sam proces ‘cogito’, natomiast Bergerac nie wątpił w istnienie duchów, co udowodnił właśnie podczas swojej wyprawy na księżyc. Chodziło zresztą prawdopodobnie również o co innego. Jak wskazuje tekst Voyage dans la lune, Bergerac wystąpil w obronie zwierząt, którym Kartezjusz odmawiał pełni istnienia, ponieważ zwierzęta nie myślą (…)

Aby odszukać miejsce tej historycznej rozmowy, ludzkość potrzebowała trzech z górą stuleci, strawionych na próbach wynalezienia nowych środków komunikacji w kosmosie, ponieważ dawne, tak proste w pomyśle i łatwe w wykonaniu, zostały nieopatrznie zapomniane. W piątek 30 czerwca 1971 roku, według ogólnie stosowanej w tym okresie na Ziemi rachuby, o godzinie 23.16 czasu środkowoeuropejskiego pojazd lądujący rakiety kosmicznej Apollo-15, Falcon, wylądował na powierzchni Księżyca. Była to piętnasta próba wyprawy na Księżyc, ale nigdy jeszcze selenonauci nowej ery nie wylądowali tak blisko celu – kilka kroków od Morza Jasności. Po raz pierwszy korzystali też z mechanicznego pojazdu, samochodziku elektrycznego, Roveru, którym mogli szybko i swobodnie poruszać się na księżycowym terenie. Nazajutrz po wylądowaniu, o godzinie 14.30 selenonauci David Scott i James Irvin opuścili Falcona i rozpoczęli czynności ustawiania przyrządów pomiarowych, kamer telewizyjnych, jak montowania Roveru. Krajobraz, który ich otaczał, był fascynujący. Statek osiadł u podnóża Apenin Księżycowych, w pobliżu północnej części Szczeliny Hadleya. Jest to przepaść o szerokości do jednego kilometra i głębokości ponad trzystu metrów. Na północ roztaczała się pofalowana równina z małymi kraterami, otoczona łańcuchem wzgórz łączących się ze stromymi zboczami Apenin, których szczyty szare i błyszczące w słońcu wznoszą się do czterech tysięcy metrów. Od strony zachodniej i południowej góry nieco niższe i przełęcze łagodnie spadające w wąskie malownicze doliny. Gdy korzystając z mechanicznego łazika, selenonauci dotarli do południowej części doliny i wspięli się na wzniesienie, oczom ich otworzyła się panorama wielkiej przestrzeni Morza Jasności. Ależ, morza! Jakżeż zmienił się przez ten czas, od podróży Cyrano de Bergeraca, krajobraz Srebrnego Globu! Morza jego wyschły albo spłynęły do otchłani cyklopicznych szczelin. Na miejscu żywiołu wodnego pokazało się dno wielkich morskich łożysk, podobne do pustyni pokrytej pokładami pyłu mysiej barwy, w którym noga grzęźnie po kostkę. Jeśli były tu wyspy, to roślinność ich dawno została spalona przez słońce, sterczą tam gołe głazy, do połowy zasypane przez pył pustynny. Gdzie pleniły się rajskie ogrody ludzkich marzeń, kierowanych ku księżycowej tarczy, jaśniejącej na nieosiągalnym niebie, dociekliwy wzrok ludzki znalazł same kamienie, okryte szarym pyłem kosmicznym.

Stąd surowa konkluzja, podyktowana przez chwilę eklezjastycznej refleksji, i proszę nie brać jej na serio i dalej nie przekazywać.

Nie! Lepiej odstąpmy od tego tematu, napełńmy naszą uwagę, jak kratery do wina, inną treścią, pogodniejszą, przynajmniej na pierwszy rzut oka pogodniejszą. Są jeszcze wyspy innego rodzaju, na przykład – wyspy zaczarowane.

Burza zerwała się nad Telepylą lajstrygońską, ale gdy nawa, ostatnia z flotylli, uszła niebezpieczeństwu, otwarte morze kołysało się uspokojone, wśród fal skakały delfiny i mewa poprowadziła żeglarzy ku zarysom nie znanej zalesionej wyspy. A była to Wyspa Ajaj, co znaczy: lament, wyspa złej czarownicy Kirke, która znienawidziwszy płeć męską zamieniała mężów w zwierzęta.

Proszę otworzyć Odyseję na pieśni dziesiątej i przeczytać, jak to dokładnie było. Niektórzy pamiętają to z dzieciństwa, w korowodzie innych strasznych baśni. Trzeba mieć, podarowany przez dobrą wróżkę (boga), cudowny kwiat, żeby przygoda skończyła się dla głównego bohatera pomyślnie.

Nic dziwnego, że opatrzono tę bajeczkę ponurym komentarzem: Sindbad-Żeglarz, który chadzał śladami Odysa, ale miał niezależne spojrzenie na koleje jego wędrówki, pozbawił i tę przygodę tajemnicy: wyspa Kirke zwyczajną wyspą ludożerców. Kanibale więzili bezbronnych rozbitków, tucząc ich na wzór trzody chlewnej. Aby uniknąć losu towarzyszy, Sindbad – i na tym polegała jego przebiegłość – nie przyjmował jedzenia, aż wychudł do tego stopnia, że mięśnie jego przyschły do kości. Nie nadawał się do pożarcia, łatwo też mógł zmylić czujność pasterza ludzkiego stada i umknąć przed rożnem.

Myśl późniejszych zawodowych komentatorów poszła w kierunku żmudnego rozwiązywania rebusu Homerowych symboli. Zwierzęta, w które zamieniła czarownica towarzyszy Odysa, nasunęły skojarzenie z ofiarami składanymi na cześć bóstw chtonicznych – pojono zaś te bóstwa krwią i czczono kadzidłem z dymu palonej sierści czarnych wieprzy. Czy Kirke nie była czasem zaszyfrowaną boginią podziemia, a jej czarodziejska wyspa przedsionkiem piekieł – wszakże leżała na drodze do krainy cieniów. Władzę jej mógł jedynie poskromić kwiat zmartwychwstania – pierwiosnek, którym z pewnością była roślina wręczona Odysowi przez Hermesa. Uderzona jej łodyżką czarownica z widma Hadesu zamienia się w boginkę uciech: wonna kąpiel, suta uczta, pieszczoty miłosne, życzliwe rady na pożegnanie, odczynienie złowrogich czarów. Jeszcze raz wędrownikowi udało się wykpić od śmierci.

Trzeci komentarz, z najbardziej spopularyzowanych, znajdujemy w najnowszym przewodniku po Odysei, pt. Ulisses. Tu Kirke występuje jako Bella Cohen z domu publicznego w Nocnym Mieście, zamieniająca mężczyzn w brudne knury. Hipoteza najdalsza od punktu wyjścia, skoro wystartowaliśmy z antycznego Disneylandu.

Ale jakkolwiek by było z tą zaczarowaną wyspą, znów i znów wpadamy w błędne koła spraw gorzkich, gorszących, przykrych. Czy można z tego wysnuć jakieś ogólne prawo? Że człowiek zawsze zagrożony, nigdy pewny następnej swej chwili, naczynie strachu i smutku, zatruty nadzieją, nawet tworząc utopijny świat uciechy – pełen jest nieufności i obawy. Stąd w bajkach jego straszą upiory, a bezludne wyspy wytchnienia tchną chłodem grobów. Czyżby na oceanie samotności nie było żadnej najmniejszej wysepki, na której widma nie tyle grożą, co płatają płoche albo i mądre figle spragnionym uciech?

Rozkładam mapę lądów śródziemnomorskich i rzucam na nią ziarenko maku, które toczy się przeskakując z jednego pola kartograficznej szachownicy na drugie i zatrzymuje sie w polu błękitnym, na niezbyt dużej głębokości, aby zamienić się w szarą pływającą wysepkę, czekającą na swoich rozbitków. Ale zanim zniesie ich tu burza, płodne wiatry rzucą na nią nasiona tropikalnych roślin, które rozrosną się w dziewiczy las, a do lasu tego nadlecą wędrowne ptaki i przypłyną gady, wielkie żółwie i jadowite węże. Przybycie człowieka zależy od woli bogów, czy zechcą ukarać go, dać mu nauczkę, czy spłatać mu tylko figla, nasyłając omamy.

Policzmy wymienione tu książki: Biblia, Odyseja, Ulisses Joyce’a, Wędrówki Childe Harolda Byrona, Pamiętniki Napoleona spisane na wyspie św. Heleny, Przygody Sindbada Żeglarza, Cyrano de Bergerac Rostanda, Podróże Guliwera, poezje kawalera Evaríste Désiré de Forges, Polephil, który pisał o wyspie Cyterze, a którego nie  znalazłam w żadnej Wikipedii…

Przychodzimy, odchodzimy… 2

Julian Odstępowicz

Juvenilia bez ciągu dalszego

Dlaczego cenię ten blog? Chyba dla tej przyczyny, iż skrupulatne zbiera i pieczołowicie odkurza skorupki pamięci o ludziach, zdarzeniach, dziełach, uczuciach. Już to Pradziadek Hrebnicki znów przechadza się pośród swego Raju, już to rozlegają się dźwięki poezji Maschy Kaléko, już duma słuszna napełnia z dokonań rodu Berlinerblau.
Gdzie indziej może o tym zapomną, ale nie tutaj. A przecież śpiewa Leszek Długosz: Bo jeśli z nas ma coś ocaleć/To niech innych pamięć o nas/Niech nam będzie tak jak schron…
Pomyślałem sobie przeto, że to najlepsze miejsce, aby choć na chwilę ocalić od zapomnienia kogoś, komu jestem to winien. Niedługo przecież nie stanie już nikogo, kto by o nim pamiętał. O przyjacielu młodości. Rafał. Rafał Łachmańczuk mu było. Tylko najpierw, zanim przystąpię do wypominków, musiałbym, jak to mówią, naświetlić kontekst. Bo kto dziś zrozumie ten pokręcony czas, gdy wielu, naprawdę wielu młodych ludzi, w tym oczywiście my obaj, poszło za czarodziejem. Magiem. Istnym flecistą z Hameln. Szczurołapem. Poszli…śmy na własną zgubę. Zamiast hartować się, twardnieć psychicznie i zdobywać normalny zawód, a dzisiaj mieć kasę, wpływy oraz pozycję, rozdrapywaliśmy rany duszy i kołysaliśmy się ułudą. Flecista-Stachura-Szczurołap potrafił uwodzić! Co ciekawsze – zza grobu, bo już wtedy tańczył w „niebieskiej tancbudzie”. Ale jego poezja brzmiała. Szczególnie do muzyki Satanowskiego: mrocznej, eschatologicznej niemalże. Ten melanż lubiliśmy z Rafałem najbardziej. Ach, brało nas to wtedy! A i dzisiaj jeszcze wzdraga człowiekiem, choć wiadomo, że wiedzie ku zgubie. Rafałem już nie wzdraga: jego już nie ma. Ale mną…

Słuchaliśmy, marzyliśmy o Boliwii czy Patagonii – tych miejscach, gdzie nas nie ma, a więc na pewno jest tam dobrze, wszak wszędzie dobrze, gdzie…
I tak zostaliśmy bezbronni wobec rzeczywistości. Zawsze bowiem na straconej pozycji są ci, którzy wyhodowali w sobie wrażliwość, a z nią skrupuły i sumienie. Długo trwało, zanim się jakoś ogarnąłem, a i teraz jeszcze mi się to czkawką nieraz odbija. A Rafał? Jego już nie ma. Może i lepiej? On by sobie nie poradził. Dobrze, że odszedł.
Ale wcześniej zdążył, pod wpływem Steda – a jakże! – popełnić kilka wierszy. Bidne toto, niedorobione, kaleczne. Ale przynajmniej szczere. Nie miało czasu dojrzeć, okrzepnąć. Zostało takie, jakie jest. Jeżeli więc ośmielam się jeden z tych utworów przypomnieć (za tydzień będzie jeszcze jeden: uwaga – piosenka!) to, jakem wspomniał, tylko po to, by ocalić od zapomnienia. Oj, Rafcio, Rafcio…

Iluminacja na kirkucie w Wołczynie
Cieniem ta kępa drzew kusiła
Sama, jedyna w szczerym polu
A do miasta jeszcze kawałek
Rowerzysta zdrożony
Siada w gąszczu
Na wołczyńskim kirkucie
Na Opolskim Śląsku
Gdzie polskie z niemieckim
Się ściera
Słowiańskie z germańskim
Gotuje od wieków
Dziwna kraina…
A tu jeszcze na pochyłych kamieniach
Ku czci onych, co pod kamieniami
Wykute plączą się z lewej ku prawej
Łodyżki literek znad Jordanu
Z piasków judzkiej pustyni
A tu jeszcze po alef bejt gimel
Wędruje od prawej ku lewej
Wędruje żwawo żuczek kolorado
Pasiasty przybysz z Nowego Świata
No – stonka
Chciałeś Edwardzie Całą Jaskrawość
Masz

In Marokko

Monika Wrzosek-Müller

Überall in Marokko sieht man das Foto mit dem Porträt vom König Mohammad VI., er begrüßt die Menschenmassen auf dem Flughafen und lächelt auch in vielen Hotels von der Wand der Lobby herab; in den kleinen Raststätten hängt er obligatorisch an der Fassade. Auch in manchen Läden findet man sein Bild, eigentlich immer das gleiche Porträt, gleich am Eingang. Es schaut und lächelt uns ein, etwas fülliger, ernster Mann an, freundlich und distanziert, etwas unglücklich aber würdevoll. Diese Omnipräsenz ist am Anfang gewöhnungsbedürftig, fast unheimlich, genauso die wiederholten Erklärungen des Reiseführers, dass der Monarch dem Volk so viel Gutes täte. Denn wir leben ja im 21 Jh., absolutistische Monarchien sind passé, und Gesten des Paternalismus, dass hier eine Schule gebaut und dort eine Frauenkooperative eröffnet wird, gehören in Europa der Vergangenheit an. Doch nach längerem Aufenthalt und genauerem Hinschauen ändert sich die Beurteilung des Monarchen etwas, auch die Perspektive. Auf jeden Fall handelte er sehr weise, als die Ausläufer des arabischen Frühlings Marokko erreichten und er dem Land vorsorglich eine neue, liberalere Verfassung verpasste und offen den religiösen Extremismus kritisierte. Viele neue Projekte entstanden in der Zeit, es wurden Schulen gebaut und die Beschäftigung der Frauen gefördert. Er sorgt auch für Ordnung, Sauberkeit und Sicherheit (das mit der Sicherheit, ist nach dem letzten Blog-Beitrag über Marokko nicht so offensichtlich), die man auf jedem Schritt und Tritt erlebt. Natürlich ist der König der größte Nutznießer der Entwicklung des Staats. Sein Vermögen ist legendär (er steht auf der Forbes-Liste der reichsten Monarchen der Welt), in jeder größeren Stadt steht ein Palast inmitten von Grünanlagen für ihn bereit; er verdient hauptsächlich an Phosphatminen, Landwirtschaft und vielen Unternehmungen von ONA.

Und doch müssten wir eigentlich zufrieden sein, dass es so jemanden gibt, der sich um Ordnung und Fortschritt kümmert und dafür sorgt, dass keine Flüchtlingswellen aus Marokko nach Europa überschwappen.

Im letzten Blog beschrieb ich den Weg in den hohen Atlas, doch es gibt auch noch die wunderschöne Atlantikküste, die wahrscheinlich noch mehr Touristen anlockt. Agadir haben wir uns gespart, die Hotelburgen und die Touristenmassen, aber nach Essaouira sind wir gefahren, in eine Sehnsuchtsstadt, eine atemberaubende Atlantikküste mit Nebel, Wind, Möwen und Wellen. In eine wunderschöne kleine Medina, so groß, dass sie noch authentisch wirkt, und so klein, dass man sich darin nicht verliert. Wir sind durch die Farbenpracht der kleinen Häuser mit den kobaltblauen Türen und ihren zahlreichen Geschäften gegangen, vorbei an vielen Cafés, und haben einen Flair der Freiheit, Sonne pur und Unbeschwertheit erlebt, dass sich wahrscheinlich immer nur von außen so anfühlt, aus der Entfernung. Die Weite der Strände erinnerte sie an die Bretagne, aber es war noch weiter, keine Buchten, keine Begrenzung, unendlich, es war Ebbe und der Ozean hatte sich zurückgezogen, überließ die freie Fläche den Wandernden, Joggern, weit draußen den Surfenden. Im März war es noch nicht so heiß, die Sonne kämpfte sich langsam durch die Nebelschwaden, der starke Wind wehte sogar durch die verwinkelte Medina. Es gab Pferdekutschen für Touristen und die Möwen wurden gefüttert, damit sie da blieben, wo sie Hitchcock für seinen Film wollte, der in Essaouira gedreht wurde. Jetzt aber kamen die Möwen über den Türmen der alten portugiesischen Festung für sie, sie nahm den Geruch der Meeresalgen und der Fische, des Wassers wahr. Es war viel los und es herrschte aber auch eine gewissen Stille, die sie nur an der Atlantikküste erlebt hatte, wo das Meer alles mit seiner Größe überschattet und schluckt. Die bunten Fischerboote lagen im Hafen, auf dem Fischmarkt sah man ganz außergewöhnliche Meerestiere, Meeresungeheuer.

Vom Land her kam eine andere Größe: die Sanddünen fingen hinter dem Strand an, sie sind bepflanzt mit Kiefern und Wacholdersträuchern, aber immer ragten zwischendurch nackte Sandstellen hervor. Den Hauch der Sahara, der Wüste, spürt man in Essaouira. Man atmet ihn mit dem feinen Sand ein, der manchmal von der Sahara herübergeweht wird, in Italien Scirocco genannt, hier ganz nah an der Quelle war es derselbe Wind, er trug aber viel mehr Sand, feinen Staub von der Wüste heran, manchmal rötlich, öfters gelblich-beige.

Die Landschaft im Hinterland ist sehr karg. Kaum Vegetation, keine Getreidefelder, dafür aber das sog. Gold von Marokko, d.h. Arganöl; das heiß begehrte Öl, in der Kosmetik und der Nahrungsmittelindustrie hoch geschätzt. Ein Öl, das alle Parameter erfüllt, nicht fett aber fettend, mit vielen wertvollen Stoffen, Mineralien angereichert ist. Es hat einen ganz feinen, nissigen Geschmack. 30 Kg Arganfrüchte werden für ein Liter Öl benötig, das erklärt auch den hohen Preis des Öls. Das Gebiet, in dem die Arganbäume wachsen, ist relativ klein, sie wachsen nur dort und sonst nirgendwo auf der Welt; die Versuche, die Bäume in anderen Regionen und Ländern zu pflanzen (Israel und Saudi Arabien) scheiterten, daher stehen die Bäume unter Naturschutz. Einige Tausend Familien ernähren sich durch die Bearbeitung von Arganfrüchten. Es ist nämlich sehr kompliziert, das Öl zu gewinnen, es kommt nicht aus der Nuss sondern aus ganz feinen und kleinen Samenplättchen in der Nuss der Frucht. Das Knacken, Bearbeiten und Auspressen der Samen wird den Frauen überlassen. In letzter Zeit arbeiten in Marokko die Frauen organisiert in Frauenkooperativen. Der wirklich hohe Preis des Öls kommt auf jeden Fall den Frauen zu gute. Den Baum erkennt man von Weitem an dem Grün, das etwas anders ist als das der Olivenbäume, und an der sehr ausladenden Gestalt. Die in der Presse verbreiteten Fotos von den Ziegen auf den Bäumen sind teilweise falsch, die Ziegen steigen selten so hoch auf die Zweige der Bäume, es sind die Bauern, die sie dort aufstellen, damit die Touristen sie fotografieren; wahr ist, dass die Ziegen die Früchte der Arganbäume lieben und sich von ihnen in den heißen, trockenen Monaten ernähren.

Die Frauenkooperativen arbeiten nicht nur an der Herstellung von Arganöl; Frauen sammeln die gelben Safranfädchen auf den Krokus-Feldern, sie weben auch die meisten Teppiche. Bekannt sind auch Pflanzen-Zentren z.B. für Kakteen, die auch von Frauen geführt werden. Diese Projekte werden von der Frau des Königs unterstützt und propagiert.

Inzwischen hat der König noch ein fortschrittliches Gesetz erlassen; über die Zahl der Nachfolgefrauen entscheidet jetzt die Hauptfrau, wenn sie nicht einverstanden ist, darf sich der Mann keine anderen Frauen mehr nehmen. Für unsere Ohren hört sich das unglaubwürdig an, ist aber in Marokko Realität. Doch man sieht im Straßenverkehr auch Frauen hinterm Steuer und in manchen Läden (leider wenigen) arbeiten sie auch. Allgemein ist aber die Stellung der Frau immer noch prekär.

Zum Schluss noch die Frage der Berbersprache. In vielen Regionen Marokkos gibt es jetzt Straßenschilder in drei Sprachen: Arabisch, Französisch und Berber; sie sehen wunderbar bunt aus, denn Arabisch wird rot auf orange geschrieben, Französisch grün auf blau und Berberisch in noch anderen Farben, immer wieder in neuen Variationen. Das Tamazight hat es auch in Marokko zur Amtssprache gebracht, wird an manchen Schulen unterrichtet. So sprechen viele Kinder in Marokko gleich drei Sprachen, die sehr kompliziert und völlig unterschiedlich sind. Die Berber-Sprache hat eine an griechische Lettern erinnernde Schrift, sehr kompliziert und verwinkelt, doch eigentlich pendelt sie zwischen arabisch und französisch. Das Problem besteht nur darin, dass es in Vergangenheit nie eine Schriftsprache von Berberisch gegeben hat. Sie existierte in mündlichen Überlieferungen, wurde zum Sprechen benutzt, in ganz vielen Dialekten, die die Bergvölker oder Tuareg benutzt haben; doch alte Quellentexte oder Poesie gibt es in der Sprache fast gar nicht. Es waren erst die Franzosen, die sich der Sprache annahmen und versuchten sie zu systematisieren und die Schrift festzulegen, die Grammatik und Phonetik zu beschreiben.

Eine interessante Reisebeschreibung über Marokko bietet das Buch von Edith Wharton „In Marokko. Vom Hohen Atlas nach Fès – durch Wüsten, Harems und Paläste“. Sie reiste noch in der Zeit, als es in Marokko keine Touristen gab, beklagte das Fehlen jeglicher Reiseführer und sah die Magie, Anziehungskraft, Buntheit von Marokko aber auch die Lethargie der Menschen in der sengenden Sonne, die Bettler und die Armut der Bevölkerung. Sie bewunderte Paläste, die damals noch existierten (sie reiste während des Ersten Weltkriegs), Bauten, die die Franzosen vor dem Verfall gerettet haben sollen. Da sie auf Einladung des französischen Generalresidenten Lyautey das Land bereiste, musste und wollte sie positiv über ihn berichten; vielleicht war er aber auch wirklich so bemüht, die alten Kulturschätze der Architektur und arabischen Bauweise zu erhalten; Tatsache ist, dass die neuen Bauwerke der französischen Administration meistens außerhalb der alten Medinas entstanden sind und somit diese nicht zerstört haben. Viele Medersa/Madrasa wurden restauriert und dank den Franzosen der ursprünglichen Bestimmung wieder zugeführt (als Koranschulen). Die Mederse Ben Yousef in der Medina von Marrakesch ist inzwischen ein Museum, wurde 1999 vollständig restauriert, sie bietet ein wunderschönes Beispiel der maurischen Architektur.

Die Wharton reiste noch auf unbefestigten Straßen, besuchte einige Harems, konnte Kamel- und Dromedar-Karawanen auf den großen Plätzen sowohl in Meknès als auch in Marrakesch bewundern, sie erlebte Marokko pur, auch einigen Zeremonien im Sultanspalast in Rabat wohnte sie bei; sie beschreibt eindrucksvoll die Schlichtheit der Gewänder der königlichen Familie und die übertriebene Fantasie, Glanz und Prunk der Gewänder und die komplizierten Frisuren der Lieblingsfrauen des Sultans, die Tänzer, Musiker und anderen Künstler. Ihr Bild der Frauen in Harem ist erschütternd, sie waren sehr jung, sehr unglücklich, saßen teilnahmslos auf Diwanen, wurden bedient und bewegten sich kaum; die Unterhaltung durch den Dolmetscher stockte, sie hatte immer den Eindruck, dass sie wie Spielzeuge, Puppen behandelt wurden. Bei ihren Beschreibungen spürt man die Überheblichkeit der westlichen, zivilisierten Dame, die wissend aber doch von oben herab die Zustände beurteilt. Doch die Beschreibungen sind intelligent und interessant, sie sieht das Land mit völlig fremdem Blick und kann nur mit Staunen die Realität betrachten.