Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 5

Ten tekst został napisany specjalnie dla nas, ale zanim pojawił się tu w kolejny czwartek, autor już dawno opublikował go i u siebie. A więc jednak reblog.

Przekraczając granice

wpis z 12 czerwca 2017 roku

Rok po

Minął już ponad rok od czasu mojej niefortunnej przygody w Maroko, rany fizyczne się zabliźniły, moja psychika też wraca do normy. Dzięki pracy z psychologiem oraz dużej pomocy przyjaciół i rodziny, wraca mi też pamięć. Oczywiście są w niej jeszcze spore luki, a informacje które pojawiają się w mojej głowie, są dość chaotyczne i czasami trudno umiejscowić je w czasie.

Ostatnio, dzięki pytaniom, jakie do mnie trafiły, zacząłem się zastanawiać nad tym, co ta ubiegłoroczna historia zmieniła w moim życiu. Czy doszedłem do jakiś odkrywczych wniosków?

Po pierwsze niewątpliwie przez sito zostały przepuszczone moje znajomości, przyjaźnie i stosunki rodzinne. Kilka z nich zweryfikowało się in plus, były też niestety i takie, które mocno rozczarowały i doprowadziły wręcz do zerwania stosunków.

Po drugie, nie mniej ważne, stoczyłem walkę z samym sobą, ze swoim wewnętrznym strachem, oporami i uprzedzeniami. Zaistniała sytuacja wzmocniła mnie, pozwoliła mi spojrzeć na siebie jako ważny element tworzący i kształtujący otaczający nas wszechświat.

Dzięki marokańskiej historii wiem, że życie nie jest nam dane po to, abyśmy tylko gromadzili, czy ciągle gonili króliczka. Życie jest darem, który powinniśmy wykorzystać, aby spełniać swoje marzenia (trochę zdrowego egoizmu jest jak najbardziej wskazane). Moim są podróże, poznawanie nowych miejsc, ludzi i historii.

Chyba tylko ja wiem, ile wysiłku psychicznego kosztowało mnie przełamanie się i wyruszanie w kolejne podróże, które odbywałem w ostatnim czasie. Na początku bałem się sam wyjść z domu, potem był pierwszy wyjazd z miasta, pierwszy nocleg w hostelu, wyjazd zagraniczny, gdzie wszyscy mówią w obcym języku. Nie wiem czy dałbym sobie z tym wszystkim sam radę, na szczęście miałem pomoc w postaci terapeuty i, co nie mniej ważne, przyjaciół.

Już na początku ubiegłego millenium jeden z największych filozofów i poetów – Horacy, użył sentencji, która mimo upływu około tysiąca lat nadal się sprawdza i jak najbardziej pasuje do życia (choć w dzisiejszych czasach wielu o niej zapomina, lub źle ją interpretuje).

Carpe diem – oddaje sens egzystencji, nie odkładajcie wszystkich pragnień i radości na później, moja historia pokazuje, że tak naprawdę nie możemy być pewni tego co nas spotka za parę chwil (i to niezależnie od tego jak dokładnie prowadzone byłyby nasze terminarze). Nauczcie się łapać radość z tego co nas otacza, z tych ulotnych chwil, które potrafią znikać tak szybko jak przelatujący koło nas piękny motyl. Bo w ogólnym rozrachunku nie ważne jest jak duże mamy konto, iloma samochodami jeździmy, czy jak dobrze zaopatrzona jest nasza szafa. Prawdziwym kolorytem życia są bowiem nasze przeżycia i ludzie, których spotykamy na swojej drodze.

Stuart 27

Picture of the moon You gave to me that night.
The stars were out to play, the moon was shining bright.
If only I had known that it would end so soon.
I was left with a picture of the moon.

Widok księżyca, który dałaś mi tamtej nocy.
Gwiazdy bawiły się na niebie, księżyc świecił jasno.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to się tak szybko skończy
I że zostanie mi tylko widok księżyca.

Van Morrison, Picture of the moon

Joanna Trümner

Przygotowania

Ta niedziela strasznie się dłużyła. „Są dni, które nie mają końca. Kiedy to przestanie tak boleć?”, pomyślał, zastanawiając się jak zabić kolejne godziny i doczekać poniedziałku. Nie potrafił wyjść z labiryntu złych, smutnych, pełnych żalu i smutku myśli. Patrzył na świecące za oknami słońce i zdecydował się na spontaniczną wycieczkę do domu starców, w którym kiedyś pracował. Przypomniały mu się koncerty muzyki, które dawał pacjentom i radość, jaką widział w ich oczach, i z przerażeniem uzmysłowił sobie, że od jego ostatniej wizyty tam minęły całe dwa lata. Ciekaw był zmian, które tam w tym czasie zaszły. Przy wejściu do budynku Stuart od razu rozpoznał charakterystyczny zapach starości i środków dezynfekcyjnych. „W tej kwestii nic się nie zmieniło”, pomyślał i zadał sobie pytanie, dlaczego tu właściwie przyszedł, czego szukał – wspomnień szczęśliwszych czasów? powrotu do początku pobytu w Sydney? spokoju, który dawała mu świadomość, że czeka na kobietę, z którą przejdzie przez resztę życia?

W jadalni spotkał kilku mieszkańców, wpatrzonych w ekran telewizora, jedyną osobą, która go rozpoznała była stuletnia pani Bennet. „A kiedy nam znowu coś zagrasz?”, zapytała z kokieterią w głosie. W tym momencie pożałował, że nie przyniósł ze sobą gitary, żeby chociaż na chwilę muzyką przerwać dziwną atmosferę w jadalni. „Oni wyglądają jak ludzie, którzy już tylko czekają na przyjście śmierci, wszystko inne od dawna przestało ich interesować”, pomyślał z litością. W hallu natknął się na pielęgniarza, z którym w czasach pracy w ośrodku wychodził na przerwy na papierosa. Z zaskoczeniem zdał sobie sprawę z tego, że nie pamięta jego imienia. Pielęgniarz opowiedział mu o oszczędnościach, wprowadzonych przez nowe kierownictwo i o tym, jak niewielu mieszkańców odwiedza ktoś z rodziny. „Starzy ludzie nie mają tu żadnych dodatkowych zajęć – jedzą, śpią, oglądają telewizję i czekają na koniec. Jedynymi atrakcjami są comiesięczne wizyty uczniów z sąsiedniej szkoły”.

Stuart z ulgą opuścił to miejsce, w którym przed kilkoma laty przeżył wiele szczęśliwych chwil, „jak dobrze, że ja mam jeszcze tyle lat przed sobą”, pomyślał w drodze do domu.

W połowie czerwca przyleciała do Sydney matka z Nieznajomym. Goście zamierzali zatrzymać się na trzy noce u Stuarta, a potem udać się w podróż po Australii. „Po tym koszmarnym locie musimy u ciebie odpocząć”, powiedział Nathan przy przywitaniu na lotnisku. Stuart od pierwszego spojrzenia poczuł do niego sympatię. Wieczorem wspólnie zjedli kolację w chińskiej restauracji i Nat opowiedział mu o sobie. Był, jak to nazywał, „we wcześniejszym życiu” pediatrą i ten zawód był jego wielką pasją. Nie miał własnych dzieci, młod chodził zi pacjenci mu je zastępowali. Praca była sensem jego życia, a roześmiane dziecięce oczy i wdzięczność rodziców były najpiękniejszą zapłatą. Nie potrafił pogodzić się ze śmiercią dzieci, a co najmniej raz w roku tracił jednego ze swoich pacjentów, przegrywał walkę z białaczką i innymi chorobami, na które medycyna nie znalazła jeszcze żadnego remedium. W miarę upływu lat czuł na sobie coraz mocniej ciężar i bezsilność, przygniatało go uczucie niemocy i niesprawiedliwości losu, z każdym zmarłym pacjentem i w nim coś wygasało i odbierało mu ochotę do dalszego życia.

Długo walczył z myślami, po wielu nieprzespanych nocach zdecydował się zrezygnować z prowadzenia praktyki lekarskiej. Sprzedał ją z zyskiem i zaczął na nowo szukać sensu w życiu. Rozstał się z żoną i przeprowadził z Brighton do Walton. „Tam nikogo nie znałem, w nowym domu chciałem zacząć nowe życie. Początki nie były dobre, przez długie miesiące tkwiłem w depresji. W punkcie zero – bez rodziny, bez zawodu, bez celu. I wtedy poznałem twoją mamę. To była najlepsza terapia”, uśmiechnął się, patrząc na matkę Stuarta.

Nat przekonał go do siebie szczerością i ciepłem. Kilka dni wizyty minęło bardzo szybko, Stuart wracał z pracy do posprzątanego mieszkania, w którym czekał na niego obiad. Miał ochotę przytulić się do matki, tak jak kiedyś, kiedy był dzieckiem, i podziękować jej za ciepło, które wniosła do jego domu i za piękne uczucie, że ktoś na niego czeka. Wieczorami rozmawiali o Sydney i o wrażeniu, jakie to miasto na nich zrobiło. Obydwoje unikali tematu Meg, wiedząc, jak bardzo to rozstanie musi jeszcze boleć. „Zachowują się tak, jakby Meg nigdy nie zaistniała w moim życiu”, pomyślał, czując równocześnie wdzięczność za to, że nikt nie zadaje mu pytań, na które on sam nie zna odpowiedzi. Często rozmawiali o przyszłej karierze muzycznej Stuarta. Nat miał dużo dobrych pomysłów, namawiał go do nagrania w studio profesjonalnej płyty, którą można byłoby wysyłać do wytwórni muzycznych. W trakcie tych rozmśw w notesie Stuarta powstał skrupulatnie zapisany plan działań na następnych kilka miesięcy. Nat spędził godziny na szukaniu w bibliotece adresów agencji muzycznych na terenie całej Australii. Większość z jego propozycji była tak dobra i logiczna, że Stuartowi w pewnm momencie nasunęła się myśł „Więc mam 60-letniego menadżera, który swoim zapałem przerasta niejednego z młodszych kolegów”.

Wizyta matki i jej partnera w Sydney trwała za krótko, pomyślał Stuart żegnając gości. Z zaskoczeniem uświadomił sobie, że w ciągu kilku dni ich wizyty był tak zajęty, że ani razu nie pomyślał o Meg. „Może powinienem odkreślać takie wieczory, tak jak więzień skreśla na kalendarzu dni. Przecież czeka na mnie wielka przygoda, powinienem w końcu przestać żyć przeszłością i zamknąć za sobą drzwi do tego, co było kiedyś”, pomyślał z przyjemnością. „Za kilka miesięcy będę wolnym człowiekiem, jednym z niewielu, którzy robią to, co jest ich przeznaczeniem. Mam pieniądze, które w najgorszym wypadku pozwolą mi przeżyć następnych kilka lat. Mam rodzinę i sprawdzonego przyjaciela. A ten potworny smutek przestał paraliżować każdą moją myśl”. Pierwszy samotny wieczór w mieszkaniu spędził na słuchaniu płyty Billie Holiday, którą Nat przywiózł mu w prezencie.

Od dnia, kiedy poinformował dyrektora szkoły o swoich planach, praca z uczniami przestała być dla niego ciężarem. Poczuł ulgę i starał się zatrzeć niemiłe wspomnienia uczniów z okresu po rozstaniu z Meg, powoli przemieniał się z powrotem w ich ulubionego nauczyciela, który był cierpliwy i miał dużo poczucia humoru.

Na początku grudnia spotkał się z Tomem w pubie na piwie i opowiedział mu o przygotowaniach do trasy koncertowej, o godzinach ślęczenia w bibliotece i studiowania książek telefonicznych dużych miast w Australii, rozmowach telefonicznych i konkretnych terminach koncertów w Melbourne, Perth i Canberze. „Cieszę się, że znowu nabrałeś ochoty do życia”, powiedział Tom. „Uspokajam się, bo mam plany i nową drogę przed sobą, najgorsze, co mogłoby się teraz zdarzyć, to gdybym ją spotkał gdzieś z nim i wszystko zaczęłoby się od początku. Ale niedługo wyjadę z Sydney i nie będę się musiał niczego obawiać”, odpowiedział Stuart.

Kilka dni przed Bożym Narodzeniem zadzwonił do niego Lucas, ksiądz z kościoła, do którego chodziła Meg z zapytaniem, czy nie chciałby podczas świąt dać koncertu w kościele. Stuart chciał uciąć tę rozmowę jak najszybciej, jedynym łącznikiem pomiędzy Lucasem a nim była Meg i nie chciał rozmawiać na temat ich rozstania. Ku jemu zaskoczeniu rozmowa była bardzo przyjemna. Lucas – mężczyzna, który prawdopodobnie nigdy nie przeszedł w życiu miłosnego zawodu i zdrady, okazał mu wiele zrozumienia i ciepła. Ciepła, które brzmiało w jego głosie, nawet w chwili, kiedy Stuart kategorycznie odmówił przyjścia do kościoła. „Pamiętaj, najważniejsze w życiu, to umieć przeczekać”, powiedział Lucas na zakończenie rozmowy. „Gdybyś potrzebował pomocy, kontaktów albo pieniędzy, daj mi znać, chętnie ci pomogę, wiem przecież że masz talent”. Odkładając słuchawkę Stuart pomyślał, że ma szczęście do ludzi. Jedyną osobą na której się zawiódł był Ian, który od miesięcy nie odzywał się do niego.

Boże Narodzenie i Sylwestra spędził z Tomem. Od kilku dni przestał pracować w szkole, był więc wolnym człowiekiem i nie mógł doczekać się pierwszego koncertu na początku stycznia w Melbourne. Przez szczęśliwy przypadek udało mu się podnająć mieszkanie kuzynce Toma, która przyjechała na studia do Sydney. „Powoli wszystko samo się układa”, pomyślał patrząc na pełnię księżyca za oknami mieszkania.

Cdn.

Szopa w salonie 4

Łukasz Szopa

Integracyjne miejsce zbrodni, albo „Der Tatort ist ein Meister aus Deutschland“

Nie za często, tak co kilka lat, robię sobie prywatny test integracji. Czyli jako e-migrant, mieszkający przez ostatnie piętnaście a może i więcej lat głównie w Niemczech, a nie będąc tu urodzony – sprawdzam sobie, na ile to się zniemczyłem.

Taki test jest krótki, prosty, a i szczery. Nie, nie jest alternatywą dla testu „integracji“ będącego w Niemczech podstawą do otrzymania obywatelstwa. Ten urzędowy, nie chwaląc się za bardzo, pewnie bym – w odróżnieniu od większości obywateli niemieckich! – też zdał. No, ale jaka w tym frajda. Nie po to tłumaczę się od lat, dlaczego nie zamierzam ubiegać się o niemieckie obywatelstwo, by teraz robić testy i je jeszcze zdać. Ale ten „mój“ teścik – to co innego.

Polega on w sumie na dwóch punktach (naprawdę nietrudne!). Po pierwsze: odczekaj do niedzieli, godzina 20:15. Po drugie: Zaczniesz oglądać telewizyjny kryminał, głównie serial „Tatort“, czy nie? Jeśli tak – jesteś w duszy Niemcem. Jeśli nie – może też, ale mniej.

Oczywiście, jako że nie żyjemy w latach osiemdziesiątych, są też szersze i łatwiejsze do zdania wersje tego testu. W sumie – wystarczy borykać się z kwestią, czy w niedzielny wieczór jednak usiąść na kanapie (z małżonką, partnerem, winkiem – do wyboru, niepotrzebne skreślić) przed odbiornikiem TV – czy jednak nie. Tak, już samo zastanawianie się („Sonntagskrimi – Ja oder nein??“) jest dowodem zintergrowania się w niemieckość. Nie mówiąc o wersjach kompletnie współczesnych, czyli komentowaniu na żywo odcinka „Tatort“ na Twitterze albo oglądania – z braku partnerki ale i tak przy piwie czy winie – w pobliskiej knajpie, gdzie odbywa się celebrowanie tradycji w formie kolektywnego oglądania kryminału przez rzeszę lokalnych singlów i singielek.

Ze statystyk winika, że Niemcy to rzeczywiście kraj niebezpieczny, pełen przestępczości, konfliktów, mordobicia, gwałtów, gangów, wojenek etnicznych i międzymafijnych, i rojący się od psychopatów (co dotyczy ostatnio nie tyle przestepców, co policjantów śledczych). Mówię o statystykach telewizyjnych. O ile w porównaniu z latami 80 i 90 spadła wyraźnie oglądalność (i powiązana z tym pokazywalność) telenoweli, quizów, tenisa czy filmów erotycznych – tak wzrosła ilość emisji filmów kryminalnych. Szacunkowo: około 50 na tydzień, a liczymy tu tylko jakieś 10-15 większych kanałów telewizyjnych (w tym regionalne i niszowe), a nie jak we włoskiej kablówce 150 do 200.

Ponadto, jak już przestępstwa, to hard core. Musi być morderstwo. A przeważnie i morderca. Kryminał o łapaniu przestępców podatkowych? Pościg samochodowy za złodziejem z MediaMarktu? Łamanie (sobie) głowy nad tym, które grupy kiboli zaatakowały jaką budkę z hamburgerami – i czy za piwo puszkowe zapłacili, czy nie? Nie do pomyślenia! Nawet „mocniejsze“ przestępstwa – jak powiedzmy dziabanie nożem, gwałty, uprowadzenia, dramaty rodzinne czy przekręty mafijne – nie mają szans w scenariuszu telewizyjnego kryminału. No, chyba że w kombinacji z morderstwem. Ale to żadna sztuka – gdyż w sumie wystarczy tylko morderstwo, reszta mało ważna. Co tam motyw. Co tam praca policjantów śledczych, dociekanie, logika, sztuka dedukcji. Holmes, Poirot czy nawet Colombo nie mieliby tu miejsca – za dużo główkowania, za dużo gadania, za dużo faktów i logiki. Co nie znaczy, że musi być akcja, strzelanina, pościgi i walka na pięści. Dużo ważniejsze są osobiste, głównie mentalne, problemy policjantów, czasem i ofiar. No i dodatek ostatni – choć w tytule i wstępie nieraz pierszoplanowy – jakiś element „społeczno-polityczny“. Czyli na przykład – problem jakiejś tajemniczej mniejszości (Alewici, transseksualiści, bawarscy chłopi), problem polityczny (terror nie terror? islam nie islam? faszyści czy antyglobaliści? kasa czy ideologia? ideały czy rewanż?), gospodarczy (niedobre banki, start-upy internetowe czy instytuty spa & wellness) czy socjalny (biedne matki, biedne dzieci, biedni ojcowie, biedni krewni, biedni uchodźcy, biedni emeryci, biedne dzielnice itp). Aha, a problemy policjantów, to proste, wzięte z życia czy podsłyszane z przystanku autobusowego: stres, alkohol, walące się związki, zdrady z sąsiadką czy kolegą, samotność, fobie, problemy z przeszłości, konflikty rodzinne (jako syn/córka czy ojciec/matka, albo i to i to).

A więc, jeszcze raz, how to make a deutsche krimi: jakiś temat z nagłówków + morderstwo + ciągnące się od odcinków problemy policjantów śledczych. Fertig. I pamiętajmy! Inne przestępstwa mile widziane, ale bez trupa nie da rady! I ten trup serwowany na początku, minimum jeden, ale kilka to już przyzwoitość (z kolei 34 to troszkę za dużo, choć zdarza się).

Co śmieszne, gdyby spojrzeć na to lingwistycznie, to tytuły najważniejszych niemieckich serii kryminalnych (ale i tych importowanych z Wielkiej Brytanii czy Szwecji) wcale nie sugerują morderstwa. „Tatort“ to w sumie tylko „miejsce przestępstwa“, co można też interpretować jako „miejsce zbordni“ – jak kto chce. Czy całkiem neutralny „Polizeiruf 110“ (czyli „Telefon Policyjny“) – przecież na to 110 dzwoni każdy, komu ukradziono rower czy niejedna rencistka, której wydawało się, że widziała „kogoś obcego“ na podwórzu.

Wspomniałem Szwecję i Wielką Brytanię. Tak, oni produkują niezłe ponoć kryminały – ale gdyby internetowo porównać ich program telewizyjny, to nie są takimi znów konsumentami takowych. Przynajmniej nie jak Niemcy. Podobnie gdy zerkniemy na program TV Polaków, Francuzów, Rosjan czy Włochów (tu to trochę trwa – mają, nie tylko Włosi, po 200 stacji!) Co do Szwedów to i tak podejrzewam, że większość tych „typowo szwedzkich kryminałów“ to tylko na eksport, a może i tylko z nazwy „szwedzkie“ – podobnie jak w latach 70 „szwedzkie“ filmy erotyczne, „typowo szwedzka“ ABBA czy choćby IKEA.

Pozostając przy Szwedach: Kilka lat temu stwierdziłem (patrz link), że jednak jestem już dosyć zniemczony, zintegrowany i „ukryminalniony“ – gdyż jednak zdarza mi się w niejeden niedzielny wieczór, że jednak – choć wcześniej się z tego naśmiewałem – usiądę sobie na kanapie, z gin-tonikiem lub winkiem, ale z partnerką, i oglądamy. Co dla niej jest tradycją, a dla mnie – wspólnym spędzaniem czasu (no czasem nie tylko trzeba, ale i miło). Tym bardziej, że jednak trudno co drugi dzień oglądać jakiś filmowy dramat psychologiczno-małżeński Bergmanna, gdzie Liv Ullmann i Max von Sydow nie dają rady nawet wspólnie nie tyle usiąść na kanapie, ale i pić.

Z kolei gdy wziąłem się za pisanie tego tekstu dzisiaj, mój test wypadł po latach już inaczej – stwierdziłem, że jednak od jakiegoś czasu (tygodnie, miesiące, lata?) kryminałów telewizyjnych oglądam zdecydowanie mniej, właściwie już wcale. Więc w sumie mój poziom niemieckiej integracji – spadł! Dlaczego? Czy winna jakość filmów? Czy kanapa? Partnerka? O powodach, czyli dlaczego i jakie preferencje zmieniłem (oglądam coś innego, może więcej czytam czy siedzę w sieci? z partnerką inaczej spędzam czas – a może i inną partnerką? a może po prostu zepsuł się rzutnik?) – przemilczę dla zagadki. Gdyż to nieistotne.

Z drugiej strony, kończąc teraz ten tekst – muszę mimo to stwierdzić, że w tym szerszym pojęciu mój test na integrację niemiecką i tak niechcący zdałem!… Gdyż – kto pisze prawie dwie strony o sensie i bezsensie niemieckich serii kryminalnych, jednak nie może powiedzieć, że go ten temat nie integr… eee, inryguje!

Link do tekstu z „Der Freitag“, 08.11.2012:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/solidaritaet-mit-dem-boesen-taeter

PS od adminki – nie zdałam! nie oglądam! nie rozumiem, dlaczego polscy przyjaciele mówią, że obejrzą “Tatort” i pójdą spać, gdy tymczasem ja bym chciała do kina, na kolację, na lody, posiedzieć na balkonie, póki jest lato i akurat nie pada… Ale dzięki autorowi przynajmniej zrozumiałam, że jest to zjawisko społeczne… 

Barataria 25 Piękna Helena i jej mąż rogacz

Po tygodniowej przerwie ciąg dalszy Traktatu o wyspach Leona Gomolickiego

Historia pięknej Heleny

Po zdobyciu i spaleniu Troi wodzowie greccy złożyli dziękczynne ofiary bogom i odpłynęli do domów na swoich okrętach. Tak skończyła się dziesięcioletnia wojna, o której ludzkość zachowa pamięć dłużej niż o innych batalistycznych rzeziach, nawet stuletnich i ogólnoświatowych. Okrutny był los zwyciężonych, ale i zwycięzcy w ukoronowaniu swych trudów nie zaznali pomyślności. Droga ich dłużyła się, najeżona niebezpieczeństwami, a i u mety czekała zdrada żon i gwałtowna śmierć z ręki bratobójczej. O przewrotności losu herosów spod Troi powstały nieśmiertelne tragedie i eposy. Tylko jeden Menelaos zasłużył na nie mniej nieśmiertelną farsę, tymczasem historię jego cechuje zastanawiająca zagadkowość, nie zbadana do końca.

Traf chciał, by przydzielono mu rolę męża rogacza. A rola ta ma swoje tradycyjne miejsce w komedii masek. Nie dochował też ślubu i nie zabił niewiernej żony, wdarłszy się zbrojnie do domu czwartego jej (po Tezeuszu, po nim i po Parysie) małżonka, Deifobosa. Lekkomyślnie wybaczył jej krzywdę i hańbę, którą go okryła, i w obliczu zgorszonej opinii wieków połączył się z nią na resztę swoich dni. I to wtedy, gdy zdrada jej dawno przerosła znaczenie utarczek rodzinnych i stała się przyczyną wydarzeń dziejowych – wciągnęła narody w krwawe tryby wojny. Gdzież były okrutnie poszkodowane miasta? gdzie napastujące skrzydła erynii?

Jest jednak inna wersja, utrzymująca, że Menelaos nie pozbawił Heleny życia, by postawić ją przed trybunałem Achajów. Kiedy flotylla grecka odbiła od spustoszonego brzegu, spowitego w warstwy mgły i dymu, Skamander wciąż jeszcze wyrzucał na fale morskie martwe ciała Trojan. Długo w noc odprowadzały okręty, a stada podnieconych mew krążyły nad zwłokami. Menelaos stał pod napiętym żaglem i patrzył na bałwany połyskujące światłem księżyca. Aż noc uległa przesileniu i zaczęły blednąć gwiazdy cieszące oczy sternika. Wtedy kazał się zaprowadzić do komórki, w której przechowywane zwoje lin i inny sprzęt okrętowy, a w której teraz została zamknięta Helena. Przy świetle kaganka łojowego, a jeśli wtedy nie było jeszcze kaganków łojowych, przy świetle małej smolnej pochodni zobaczył ją, jak spała na zestawionych skrzyniach, okryta starym żaglowym płótnem. Menelaos kazał, aby towarzyszący mu wyszli, i w mylącym świetle przyglądał się znajomym rysom. Zresztą, znajomym! Dziesięć lat temu łaska młodości łagodziła boską ich prawidłowość, jak ranna poświata łagodzi zarys gór. Teraz twarz zaostrzyła się, upodobniona do marmuru posągów. Menelaos ostrożnie odwinął, jak całun, brzeg osłaniającej tkaniny. Helena była w tym samym chitonie, poszarpanym, obryzganym krwią, przepalonym iskrami pożogi. To ona wbiła sztylet w plecy broniącego jej Deifobosa, zdradzając po raz trzeci, tym razem dla zdradzonego prawowitego męża. Menelaos nie mógł zetrzeć z pamięci tej sceny, kiedy stała tak ze sztyletem w ręce, podobna do bogini odwetu, w kłębach dymu unoszącego się z kadzideł boju. Była groźna i piękna, wzbudzała pożądanie i strach. Czy należała do śmiertelników? Czy podlegała sądom ludzkim? Czy nie była narzędziem bogów?

Nagle kamień przejrzał. Obudzona światłem pochodni (zbliżonego do twarzy kaganka) Helena otworzyła oczy westchnęła i ujrzawszy pochylonego nad nią Menelaosa, zarzuciła mu na szyję ręce. A wtedy Menelaos stracił panowanie nad sobą. Sam nie wiedząc, jak to się stało, lata samotności i trudy wojny powetował w objęciach wiarołomnej żony. Dopiero gdy uniesienie opadło, uświadomił sobie nikczemność swego postępku. Szybko wstał, porwał pochodnię i opuścił pływającą celę Heleny. Musiał uporządkować myśli. Mimo późnej pory zastukał do kabiny Nestora, który dzielił z nim powrotną wędrówkę spod Troi. Uwieńczony mądrością siwizny starzec nie spał, utrwalając na piśmie wspomnienia ostatnich wydarzeń. Wejdź, powiedział, szlachetny Atrydo, czemu zawdzięczam tak późne odwiedziny? Nigdy bym nie ośmielił cię niepokoić u schyłku nocy, odrzekł Menelaos, gdyby nie wielka rozterka w mym sercu. Nestor odłożył pracę i zwrócił spojrzenie na wzburzonego gościa, a Menelaos, pokonując skrępowanie i wstyd, w słowach nieskładnych i nie wyważonych opowiedział to, co się stało. Czy oznajmiłeś jej przynajmniej, o co oskarża ją ludzkość, zapytał Nestor, czy coś powiedziała na swoje usprawiedliwienie? Nie, zaczął Menelaos, i dopiero w tej chwili uświadomił sobie, że wszystko odbyło się między nimi w niewytłumaczalnym milczeniu. Zaczekaj tu, powiedział Nestor, ja pójdę do niej, aby wyrwać z jej ust skruchę. Wziął pochodnię z rąk Menelaosa i oddalił się, a nieobecność jego trwała, jak się wydało czekającemu, niewymiernie długo. Wreszcie starzec wrócił zmieniony, usiadł ciężko i złagodzonym głosem przemówił w ten sposób: Synu, widziałem ją, spała porzucona przez ciebie w swej niewinnej nagości i żadna mara nie mąciła jej snu. A gdy tak siedziałem przy niej zapatrzony, jakiś głos nieziemski natchnął mnie myślami, czy nie jesteśmy w błędzie, rzucając na nią surowe oskarżenie. Jest tylko kobietą posłuszną instynktowi płodności, któremu podporządkowane zostało wszystko, poczynając od potężnych bogów Olimpu, a kończąc na najnędzniejszej roślince.

Mówimy, że to ona wtrąciła narody w okrutną wojnę. Ale czy to nie ty, synu Atreusa, sam z trudem rozpętałeś nienawiść między Grekami a Troją? Zaślepiony zazdrością, sprawę, która powinna była pozostać w ukryciu małżeńskiej alkowy, wyniosłeś na zewnątrz domu. Wciągnąłeś w to mnie i razem szykowaliśmy wielką wyprawę. Ile sił i dni zajęło nam przemierzanie ziem greckich, werbowanie sprzymierzeńców. Wbrew woli bogów i ludzi, podstępem i namową zbieraliśmy siły wielu miast przeciwko jednemu miastu, tylko dlatego że ukrywało w swych murach słabą kobietę. I w czasie niebezpiecznej drogi, i dłużących się walk trwałeś w swoim zacięciu. Powiedz teraz, gdy liczymy zmarnowane ludzkie istnienia, któż naprawdę powinien ponieść karę za te zbrodnie? To pytanie postawię przed trybunałem, a teraz zostaw mnie, jestem bardzo zmęczony.

Gdy Menelaos z jeszcze większym zamętem w sercu opuścił kabinę Nestora, dopadł go kapitan okrętu, który czekał na niego pod drzwiami. Wielki panie, powiedział, kobieta, którą trzymasz w zamknięciu, jest czarownicą, rzuciła urok na całą załogę. Każ zaszyć ją w worek i rzucić do morza, inaczej sprowadzi nieszczęście na nas wszystkich. Sam tracisz rozum, odrzekł Menelaos, ta białogłowa nie jest niczyją branką, jej życie podlega trybunałowi Achajów. Kapitan odstąpił nie przekonany, a trzeciego dnia drogi przeczucia jego spełniły się: powiał tęgi wiatr, rozkołysany żywioł wodny zlał się z powietrznym żywiołem. Bałwany sięgające nieba rzucały okrętem jak trzcinką, odmęty morskie rozwierały paszczę wieloryba, gotowego pożreć zwycięską flotyllę jak stado drobnych płotek. Zwinięto żagle i ścięto maszty, woda zalewała pianą pokład i dostawała się do wnętrz statku jak do przechylonego kubka. Ludzie, bezsilni, by stanąć do nierównej walki, odmawiali modlitwy, aż po trzech dobach wiatr zelżał, rozkołysana powierzchnia uspokoiła się, chmury przebił słoneczny promień i pokazały się stada krążących w powietrzu mew, zwiastujących bliskość nieznanego brzegu. Ujrzano go wkrótce – mglisty zarys niebieskiego wzniesienia, na którego szczycie coś lśniło, jakby był obsypany diamentami. Wszyscy wyszli na pokład, obserwując to zjawisko, i nie od razu spostrzegli, że są sami. Gdzie podziała się reszta flotylli? Została zatopiona? Zniesiona przez wiatr w innym kierunku? Osamotniony okręt Menelaosa, ogołocony, obezwładniony przez burzę, pozostawiony własnemu losowi, kołysał się na martwej powierzchni zatoki nie znanej wyspy.

Brzeg był pusty i załoga spartańska zaczęła szykować się do opuszczenia statku. Wydobyli spod pokładu ocalałe łodzie ratownicze i pierwszy Menelaos dotknął nogą kamienistej ziemi. Nikt nie wyszedł im na powitanie. Na głazach odpoczywały ptaki i wylegiwały się w drzemce jaszczurki. Z trudem, ślizgając się, potykając się na kamieniach, ruszyli onieśmieloną gromadą w kierunku lasu, który okrywał strome zbocza wzniesienia. Oczy wszystkich były zwrócone ku górze, gdzie teraz z bliska wyraźnie rysowały się dziwne połyskujące kształty.

To świątynia, powiedział Nestor, widzę dobrze wysoki portyk i dach iskrzący się srebrem.

Skądże, zaprzeczył Menelaos, to pałac pełen wieżyczek i przerzuconych w powietrzu łuków. To one, wyłożone czymś, iskrzą się w słońcu.

Wielkie nieba, zawołał kapitan statku, nie idźmy tam, to nie żadna świątynia i nie żadna budowa. Na głazach czai się smok i to łuski jego cielska tak błyszczą.

To woda, woda, krzyczeli majtkowie, słodka woda spada ze skały! Byli wielce spragnieni i nie zważając na ostrzeżenia i rozkazy pobiegli naprzód i zniknęli w lesie. Na brzegu w rozterce zostali Menelaos, Nestor i kapitan, który prowadził na lince Helenę z rękami skrępowanymi z tyłu.

W końcu, nie mając odwrotu, musieli i oni ruszyć przed siebie, zostawiając za sobą pusty brzeg morza. Gdy znaleźli się w lesie, ogarnął ich półmrok gęstwiny. W gałęziach karłowatych drzew roiło się od ptactwa i drobnych małp. Pod nogami zdradziecko wiły się korzenie podobne do węży i węże podobne do korzeni. Mylące wołania, zwielokrotnione odgłosami, dobiegały z różnych kierunków. Z początku myśleli, że słyszą głosy majtków, lecz wkrótce zaczęli napotykać ich ciała, rozdęte działaniem trucizny jadowitych gadów, uduszone przez lepkie pnącza, z wydziobanymi oczami, wchłaniane powoli przez bagnisty muł, na którym pleniła się złowroga roślinność wyspy.

Nie pójdę dalej, powiedział kapitan, zginę tu, razem z tą czarownicą. Niech i ona też zginie, przyczyna naszej śmierci. Nie! niech zginie już, złożymy ją w ofierze bogom piekieł, które nas niedługo pochłoną.

Menelaos i Nestor patrzyli na jego szaleńcze poczynania sparaliżowani. On zaś popchnął skrępowaną niewiastę, zmuszając, aby uklękła, zamierzył się ostrzem sztyletu i – chybił. Zamierzył się znowu i po drugim chybionym ciosie spojrzał na swoją dłoń, w której zaciskał zamiast broni gałąź wawrzynu. Wtedy w przerażeniu pobiegł, czując się jak we śnie, potykając się o wężopodobne korzenie.

Tu las niespodziewanie rozstąpił się, odsłaniając marmurowe stopnie prowadzące stromo w górę, przerywane w różnych odstępach tarasami. Na tarasach stały posągi i rzeźbione urny i można było odpocząć na szerokich kamiennych ławkach. Im wspinali się wyżej, tym wspanialszy widok na morze i wyspę otwierał się ich oczom. Tonęła w kwitnących ogrodach, w których ukryte były białe kolumnady i miniaturowe portyki świątyń. Szczyt wzniesienia wieńczył koroną pałac cyklopicznych rozmiarów o dziwnej budowie. Był pokryty kolorowymi kaflami i to one tak mieniły się z odległości. Przy wejściu powitał ich człowiek o ciemnym kolorze skóry, którego języka nie rozumieli. Pokazując im drogę na migi, zaprowadził do sali podobnej do placu wielkiego miasta, otoczonej rzędami kolumn naśladujących rozrośnięte łodygi papirusu. Pośrodku, oświetlony tajemniczym górnym światłem, na skromnym krześle siedział szczupły karzeł z ogoloną głową.

Jestem władcą tej wyspy, powiedział, nazywam się Proteusz. Nie wiem, czy to imię wam coś mówi, ale ja czekałem na Wasze przybycie od dawna. Od czasu gdy burza rzuciła na mieliznę przy moim brzegu okręt Parysa, który płynął ze Sparty do Troi. Wiózł on piękną Helenę, żonę króla Sparty, Menelaosa, którą uwiódł i porwał podstępnie mężowi. Wiem wszystko o tobie, boski Menelaosie, i znam dobrze twoje rozterki. I dobrze się złożyło, że krąg wydarzeń wreszcie zamknął się i wszystko zostanie wyjaśnione. Ale wpierw musicie odpocząć po ciężkiej drodze i srogich przejściach, zaspokoić głód i pragnienie. Zaraz ludzie moi odprowadza niewiastę do kobiecej części domostwa, a dla was przygotują kąpiel aromatyczną, namaszczą oliwą, przebiorą w czyste szaty, abyśmy mogli znów spotkać się przy wspólnej uczcie. Tak też się stało, jak mówił. Zaklaskał w dłonie i weszli czarnoskórzy słudzy, którzy zaprowadzili Helenę do części kobiecej, a mężczyzn do marmurowej łaźni, gdzie ciepła woda przelewała się w czystych basenach. Tam goście wzięli krzepiącą kąpiel, zostali namaszczeni wonnościami i ubrani w śnieżnobiałe chitony i purpurowe peplosy, spinane złotymi szpilkami. Na głowy włożono im wieńce z kwiatów i zaprowadzono do wewnętrznego ogrodu, gdzie wśród bujnej roślinności i posągów przygotowano ucztę.

Kucharze wnieśli i postawili na stole ciężką tace, na której spoczywała skrzydlata ryba, umieszczona na pięciu żółwiach. Wysmukli chłopcy rozlewali z kamiennych kraterów wino. Ruchy ich śledził gospodarz, a gdy skończyli i usunęli się w cień filarów, wzniósł swój puchar ze słowami: Wychylmy puchary tłoczonego w moich winnicach nektaru, by uczcić nasze spotkanie. Zamyka ono łańcuch ludzkich błędów i cierpień, których ukrytymi inspiratorami byli bogowie. Do tej chwili wiązała mnie tajemnica, dziś wolno mi dozwoloną część prawdy wam odsłonić. Po potopie ludzki gatunek wkrótce znów się rozplenił, a na ziemi zapanowały głód i niezgoda. Naradę na szczycie (Olimpu) zamknęła uchwała: przerzedzić ród śmiertelników. Zainspirowano porwanie Heleny jako powód do wojny, ale między bogami nie było całkowitej zgody. Boginie rywalizowały ze sobą i gdy Afrodyta sprzyjała połączeniu występnych kochanków, Hera postanowiła pokrzyżować jej plany. Nasłała burzę, która zniosła okręt Parysa na południe i rzuciła na mieliznę przy brzegu mojej Wyspy. Byłem wciągnięty w te sprawki nieśmiertelnych i w czasie gdy gościłem rozbitków w tym pałacu, w którym i was teraz goszczę, Hera ukryła Helenę, a na jej miejsce podstawiła ulepioną z mary Helenę fałszywą.

Z nią też oszukany Parys odpłynął do Troi. Zjawa ta, powolna każdemu mężczyźnie, zdradziła Parysa z jego bratem, a obu im zgotowała zagładę. Spełniła wolę bogów, siejąc waśń i czyniąc spustoszenie, a dziś wróciła z wami na miejsce swego powstania z nicości, sama nicość rządząca losami świata. A więc stało się tak, jak stać się miało, wyrocznia sprawdziła się i mogę wreszcie zwrócić mężowi jego prawdziwą żonę, która spędziła wszystkie te lata w bezpiecznym zaciszu mego pałacu. Jest niewinna wobec ludzi i nieba, a ponieważ na wyspie tej czas nie ma władzy, pozostała tak samo młoda i piękna jak w chwili, gdy stanęła na moim brzegu. Jutro zobaczysz ją, boski Menelaosie, a teraz wychylmy kielichy, aby uczcić złączenie wiernych małżonków. Tu biesiadnicy strącili z kielichów pierwsze krople wina na cześć sprzyjających im bogów i pili, a napój był słodki i gęsty jak miód i mocny jak sen po srogich trudach. I czy nie pod jego działaniem mgła przesłoniła wzrok Menelaosa, a gdy wyciągnął rękę po jadło, żółwie rozpełzły się po stole, zaś skrzydlata ryba pofrunęła nad jego głową i usiadłszy na gałęzi zaskwierczała głosem papugi: durreń, starry śmierrdziel, durreń. Nagie tancerki zamieniły się na jego oczach w fikające koziołki delfiny, a sam gospodarz z mizernego karzełka urósł w olbrzyma i rósł dalej, aż wszystko – niebo i ziemię – okrył mrok niepamięci.

Helena Trojańska, obraz pędzla Evelyn De Morgan, 1898

Nazajutrz Menelaos obudził się na szerokim łożu. We śnie leżał pośrodku leśnej polany i słyszał nasilające się glosy ptaków i szum morskiego przypływu. W rzeczywistości były to dźwięki powietrznej harfy, a łoże jego stało pośrodku pustej sali otoczonej podwójnym rzędem kolumn. Menelaos wstał i zszedł do ogrodu. Po wczorajszym pozostało uczucie lekkiego zawrotu głowy i mdłości. Nie mógł myśleć o jedzeniu i piciu i pragnął jedynie rzeźwiącego powietrza. Pogoda sprzyjała – dzień był słoneczny i wietrzny. Drzewa zginały swoje korony, spłoszone ptaki chowały się w wysokiej trawie, w twarz uderzały zerwane z gałęzi liście i kłuł unoszony do góry piasek. Lecz Menelaosowi nie sprawiało to przykrości, oddychał z ulgą. Wciąż jeszcze nie mógł uprzytomnić sobie do końca wczorajszych słów Proteusza. Czekało go dziś wyjaśnienie niezwykłych okoliczności, w które wplątały go nieziemskie moce.

(…) Tu drogę Menelaosowi zaszedł w grzecznych ukłonach piękny młodzieniec, mówiąc, że Proteusz czeka na niego w atrium. Menelaos podejrzliwie oglądał posłańca, lecz nie mając nic do wyboru, posłusznie skierował się za nim. Pałac był tak wielki i miał tyle zawiłych krużganków, przejść í wewnętrznych ogrodów, że gość gubił się w nim jak w gąszczu leśnym.

Proteusz istotnie czekał na niego. (…) A teraz, boski Menelaosie, pokażę ci, na razie z odległości, Helenę, patrz uważnie. Doszedł do zarośli pleniących się zaraz za kolumnami i ostrożnie rozsunął gałęzie, odsłaniając oczom gościa zieloną łąkę przeciętą strumieniem, w którym kąpała się Helena. Nie była sama: z wody na brzeg wyszła razem z nią kobieta, podobna do niej, jak może być tylko podobne odbicie w zwierciadle. Proteusz z satysfakcją śledził zdumienie Menelaosa. Jakże oceniasz naszą robotę, zapytał. Ręczę, że nie znajdziesz żadnej fałdki na ciele, żadnego włoska, żadnego znamienia na skórze, które by nie odpowiadało oryginałowi. Wszystko tu jest identyczne, jak spod pędzla artysty naśladującego naturę. Hera wtedy w pośpiechu dorobiła pępek, zapomniawszy, że Helena nie jest zwykłym noworodkiem, że wykluła się z jajka Ledy. Musiałem natychmiast sprostować ten szczegół. (…)

Menelaos podziwiał podobieństwo, choć bynajmniej nie z zachwytem: takiego spoufalenia jego małżonki, przywróconej mu w swej niepokalanej czystości, ze złowrogą marą wcale nie uważał za wskazane. Jest to godne podziwu, powiedział, wolałbym jednak, aby ta kopia nie zbliżała się do nieskazitelnego oryginału. Masz rację, boski Menelaosie, zgodził się Proteusz, podział ten zostanie dokonany, rzecz jednak w tym, że w tej chwili i ty sam nie potrafiłbyś tu zaradzić. Są tak do siebie podobne, że jedynie ich własne świadectwo mogłoby coś wyjaśnić. Cóż, skoro jedna jest nieświadoma istoty sprawy, druga natomiast podstępna i świadomie kłamie. Musimy uzbroić się w cierpliwość i znaleźć sposób, aby dotrzeć do sedna. Według mnie istnieje tylko jedna możliwość: jeśli zawodzą cechy zewnętrzne, trzeba poddać próbie charaktery. Błąd polega na tym, że pozwolono im się zmieszać, jak dwom ziarenkom grochu. Musimy teraz poczekać na pędy, które ziarenka wypuszczą. Bądźmy dobrej myśli, przyjacielu, a wszystko da się wyjaśnić.

Praktyczne znaczenie tych słów nie było jasne dla Menelaosa. Rozumiał tyle, że musi czekać, ale czekanie dłużyło się w nieskończoność. (…) Menelaos postanowił rozmówić się stanowczo z Proteuszem. Sam teraz szukał z nim spotkania, lecz nigdzie go nie było. Bojąc się zagubić w labiryntach pałacu, stanął wreszcie przed głównym wejściem i głośno wołał, aż usłyszał głos:

Czego żądasz, boski Menelaosie?

Chcę rozmówić się z tobą, przewrotny przemieńcze, rzucasz urok na ludzi, łudzisz obietnicami, ale teraz domyślam się, że to tyś porwał mi żonę, oszukawszy również Parysa. Zwróć mi ją natychmiast albo ujawnij się, abym mógł nauczyć cię uczciwości.

Źle sobie poczynasz, odpowiedział głos Proteusza, tak odwdzięczasz się za moją gościnę – nieufnością i obelgami. Nie wiesz, że robię wszystko, abyś mógł wrócić do twej ojczystej Sparty wraz z prawowitą małżonką. Wysłałem do Pytii posłów i czekam na odpowiedź, jak rozwikłać zagadkę, która z dwóch Helen jest Heleną prawdziwą. Miejże cierpliwość, przyjacielu, i uwierz w moją życzliwą szczerość.

Wszystko to wykręty, nędzny karzełku, wiedziałbym, jak z tobą postąpić, gdybyś przezornie nie zgładził załogi mego statku, ale i sam dam radę, pokaż mi się tylko, pokrętny tchórzu.

Ale Proteusz był wciąż niewidoczny. Głos jego posmutniał, gdy tak mówił dalej: Wszyscy jesteście jednacy, wiarołomni niewdzięcznicy. Czym różnisz się od swego rywala Parysa, który wykorzystując gościnę uprowadzał żony i rabując mordował gospodarzy, jak to uczynił z królem Sydonu. Zamiast żywić do mnie uczucie wdzięczności, że uratowawszy przechowywałem w moim pałacu twoją boską małżonkę, wyrzucasz mi przewrotność i kłamstwo i grozisz gwałtem. Cóż możesz mi zrobić? Proszę, stoję przed tobą.

Tu Proteusz ujawnił się oczom Menelaosa. Zobaczywszy go i myśląc, że z łatwością da sobie radę z mizernym karłem, Atryda rzucił się na niego, lecz karzełek w tejże chwili zamienił się w węża, który owinął się dokoła ciała napastnika, tamując mu oddech. Ze srogim wysiłkiem Menelaosowi udało się rozluźnić potężne pierścienie gada i postawić nogę na jego głowie, aby zmiażdżyć ją. A wtedy wąż zamienił się w żółwia opancerzonego mocną skorupą. Gdy Menelaos poderwał go z ziemi i cisnął co siły o głaz, żółw zamienił się w ptaka, pofrunął, usiadł na skale, gdzie powrócił do kształtu ludzkiego. I tak spoglądając z góry na zadyszanego wysiłkiem Menelaosa, Proteusz mówił: Dziwię się tobie, czy nie słyszałeś nigdy, że mało komu udało się mnie obezwładnić? Jestem nieuchwytny, wielokształtny i nieśmiertelny. To ja z Eurynome stworzyłem ten świat, ja zapłodniłem Matkę Geę i jestem ojcem wszystkiego, co ma kształt i treść, sam natomiast nie mam stałego kształtu, będąc treścią wszelkich możliwych treści. Co możesz wiedzieć o tym, marny wojaku i mężu zdradzany przez żony, nasiąknięty jak gąbka nienawiścią i zżerany zazdrością? Sam sobie tylko potrafisz zgotować zasłużone niesławę. Chętnie pozbędę się ciebie, i to już. Masz, niewdzięczniku, swoją Helenę.

Wypowiedziawszy te słowa zniknął, a razem z nim zniknęło wszystko, co go otaczało, i Menelaos znalazł się w gąszczu dziewiczego lasu. Zamiast wspaniałego pałacu – zwisające nad poplątanymi gałęziami drzew surowe skały, błyszczące warstwami miki. Zdjęty przerażeniem, Menelaos zaczął wołać na cały głos, jak woła człowiek dławiony przez senną marę. A wołając usłyszał znajome wołania, zwielokrotnione w tysiącach odgłosów. Wkrótce zeszli się wszyscy troje z Heleną, wyłaniali się z wysokich zarośli zawstydzeni swoją nagością, bo byli pozbawieni odzieży, zmarznięci, głodni, w krwawiących zadraśnięciach od kolczastych chwastów, z trudem, po długich błąkaniach wydostali się na kamienisty brzeg morza, okrywając nagość swoją ułamanymi gałązkami krzewów. Tu zaspokoili głód mięsem małżów wyrzuconych na brzeg przypływem. A szczęśliwy (podejrzanie) przypadek zrządził, ze jakiś handlowy statek, przepływający obok zaczarowanej wyspy, zauważył ich i wziął na swój pokład. Po nowych długich przygodach, a droga ich trwała jeszcze lat kilka, znaleźli się wreszcie w upragnionej ojczyźnie. Tak skończyła się niezwykła historia Menelaosa, z tym, że już nigdy nie zaznał spokoju, nie mając pewności, czy dzieląca z nim radości i troski małżeńskie kobieta jest Heleną prawdziwą, czy jej złowrogim sobowtórem.

Apokryf o Helenie Nieskalanej, który posłużył jako jedno z głównych źródeł tej historyjki, zmyślił, jak wiadomo, starożytny poeta grecki, Sycylijczyk Stesichoros z Himery. Napisał on, wśród innych epickich utworów, poemat o zburzeniu Troi i poemat o Helenie, potępiający jej czyny, po czym wzrok stracił. Przyczyną utraty wzroku przez nieostrożnego poetę był gniew Heleny, a dowiedział się o tym dziwnym zbiegiem okoliczności Krotończyk Leonimos, który pierwszy ze śmiertelników trafił na wyspę szczęścia Leuke, gdzie wtedy Helena przebywała. (…) Leonimos widział na Leuke sławnych mężów, bohaterów eposu Homera, i rozmawiał z Heleną, która wcale nie wyglądała na tak szczęśliwą. Była podrażniona oszczerstwem Stesichorosa i nakazała Leonimosowi, aby popłynął do Himery í oznajmił poecie, że stracił wzrok z powodu jej gniewu. Wszystko to jest niewątpliwą prawdą, ponieważ opowiadanie uleczonego Krotończyka zapisał Pauzaniasz, umieściwszy je przy samym końcu dziewiętnastego rozdziału trzeciej księgi Wędrówki po Helladzie. Temu szantażowi z pogranicza zaśwíatów zawdzięczamy odwołanie, które napisał Stesichoros. Palinodia jego zaczynała się od słów: „Ta powieść jest jedynie prawdziwa, nigdy nie wstąpiłaś, o boska Heleno, na wielki okręt i nie przypłynęłaś pod mury Troi.” Podobno po ogłoszeniu tego sprostowania, a właściwie nowej wersji historii Heleny, poeta wzrok odzyskał.

Apokryf był atrakcyjny i kuszący. Wielu kronikarzy i poetów podchwyciło go, nawet Platon streścił w Fajdrosie. A i w późniejszych czasach nie brak było naśladownictw i reminiscencji. Tym bardziej że sama postać głównej bohaterki jest niezwykła – fascynowała i wciąż fascynuje ludzkość, mimo że od czasu wojny trojańskiej upłynęły już przeszło trzy tysiąclecia. Stoi za nią opiekuńczy cień Afrodyty. Tak widzimy ją oczami Homera. Ale jeśli spojrzeć w głąb czasów przedhomerowych, postacie te oddalając się zlewają w postać jedną, boską, z księżycem w koronie. Jest bóstwem księżyca, a Helena, Selena, Afrodyta – to jej imiona uświęcone przez kulty lokalne. Roztacza tajemnicze wpływy na przyrodę i ludzi, sprzyja spełnieniu miłości pod osłoną nocy, nasyła marzenia senne. I staje się jasny symbol porwania, kiedy księżyc znika z nieba, a ziemię otacza mrok, sprzyjający gwałtom wojny i upiorom zagłady. Ale księżyc niezmiennie wraca w pełni swej niepokalanej świetności – Helena wraca do swego prawowitego męża. Z jej boskiej przeszłości pozostaje pochodzenie od Olimpijczyka, wyklucie się z jaja ptaka, jak niegdyś wykluł się świat. Jest nieśmiertelna, a jej zmysłowe piękno nieprzemijające. Czy to nie kojarzy się z czymś, co stoi u początków istnienia? Z mitem o tańczącej Eurynome, Substancji Wszechrzeczy. Taniec Eurynome, który tworzy wiry materii, z których powstaje wąż Ofion, który zapładnia Eurynome, która znosi wężowe jajo, z którego wykluwa się Świat, który jest Światłem. Kosmogonia pelasgijska, stworzona przez lud, który osiedlił się w Grecji, a musiał przyjść z kraju leżącego na styku kultur Egiptu i Babilonu.

Tak daleko zaprowadziła nas Helena Spartańska. Dotarliśmy do tańca Eurynome, przed którym była próżnia kosmiczna, ujemna materia, nicość. Do pierwszej litery alfabetu, rozpoczynającej Księgę Rodzaju. Przed tą granicą istnienia myśl cofa się i przeskakuje na tory dostępne dla niej, realne, misteryjny taniec Eurynome, powtarzany przez jej kapłanki…

***

A ja jako autorka tych wędrówek po kulturze dodam jeszcze ostatni akapit:

Tak daleko zaprowadziła nas Helena Spartańska. Dotarliśmy do Baratarii.
Na pierwszą kolację u Proteusza podano skrzydlatą rybę, umieszczoną na pięciu żółwiach – oczywisty symbol świata starożytnych. Do picia podano wino z najprzedniejszych winnic Proteusza, a napój był słodki i gęsty jak miód i mocny jak sen po srogich trudach. I czy nie pod jego działaniem mgła przesłoniła wzrok Menelaosa, a gdy wyciągnął rękę po jadło, żółwie rozpełzły się po stole, zaś skrzydlata ryba pofrunęła nad jego głową i usiadłszy na gałęzi zaskwierczała głosem papugi: durreń, starry śmierrdziel, durreń. Nagie tancerki zamieniły się na jego oczach w fikające koziołki delfiny, a sam gospodarz z mizernego karzełka urósł w olbrzyma i rósł dalej, aż wszystko – niebo i ziemię – okrył mrok niepamięci. Toż jest to ten sam, znany nam, opis uczt jakie urządza się na Baratarii! Wszystko złuda i nieprawda, i nie ma nic do jedzenia.

Trzy wiersze znalezione i jedna nadesłana piosenka

Ani

Te trzy wiersze i jedna posenka, przeczytane ostatnio raczej przez przypadek, zrobiły na mnie duże wrażenie i uderzyły aktualnością. Postanowiłam więc podzielić się nimi.

Icchok Lejbusz Perec
1852-1915

Wiersz jest pomieszczony w Antologii poezji żydowskiej, podarowanej mi niedawno przez moją przyjaciółkę Anię, która tę książkę znalazła porządkując bibliotekę rodziców w Gdańsku. Antologię wydał PIW w roku 1986, pod redakcją i ze słowem wstępnym Arnolda Słuckiego. Wydawnictwo powołuje się przy tym na prawa autorskie z roku 1983. Jakie jednak, skoro autor wyjechał z Polski ze słynnym biletem w jedną stronę w roku 1968, a w roku 1972 umarł w Berlinie Zachodnim? Wiem, bo chodzimy z Anią co roku na jego grób.

Foto Anna Kuzio

Nie myśl

Nie myśl, że świat jest karczmą – stworzony,
Ażeby przepychać się w nim do szynkwasu
Pięściami, pazurami i zachlać się, żreć, kiedy
Inni patrzą, i mdlejąc, i połykając ślinę
Wciągając żołądek miotany przez skurcze! –
O, nie myśl, że świat jest karczmą!

Nie myśl, że świat jest giełdą – stworzony,
By silny do woli mógł kupczyć słabymi,
Kupować młodych dziewcząt niewinność,
Mleko z piersi kobiet, szpik z kości
Mężczyznom i dzieciom odbierać ich uśmiech,
Rzadkiego gościa na zżółkłych twarzyczkach –
O, nie myśl, że świat jest giełdą!

Nie myśl, że świat jest dżunglą – stworzony
Dla wilków i lisów, łgarstwa i żeru;
Niebo – zasłoną przed widokiem Boga;
Mgła – by nikt tu nie patrzał na ręce;
Wiatr – by zagłuszyć dzikie okrzyki;
Ziemia, ażeby krew ofiar wessała –
O, nie myśl, że świat jest dżunglą!

Świat nie jest karczmą, giełdą ni dżunglą,
Wszystko się liczy i kładzie na wagę!
Ni łza, ni kropla krwi nie przemija,
Na próżno nie gasną ni oko, ni iskry!
Łzy rosną w rzeki, a rzeki w morza,
Z mórz wzbiera potop, z iskry jest piorun –
O, nie myśl, że umarło już prawo!

tłum. Arnold Słucki

***
Wiersz Herberta przytoczył na Facebooku Andrzej Saramonowicz, który prowadzi tam sobie taką własną rubrykę – co dzień jeden wiersz. Oczywiście Saramonowicz, chwała mu za to, musiał nam ten wiersz po prostu przypomnieć, przecież czytaliśmy go ongi bez końca i stał się chyba hymnem inteligenta lat 80, a jego tytuł stał się tak powszechną formułą, że do dziś się na nią powołujemy. Patrzymy na profesor Pawłowicz zajadającą w sejmie kebaba i myślimy, że to jednak jest kwestia smaku i naprawdę nie chodzi nam (tylko) o to, czy to kebab wegetariański czy z mięsem.

Zbigniew Herbert
1924-1988

Potęga smaku

Pani Profesor Izydorze Dąmbskiej

To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
nasza odmowa niezgoda i upór
mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku

w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia
Kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono
słano kobiety różowe płaskie jak opłatek
lub fantastyczne twory z obrazów Hieronima Boscha
lecz piekło w tym czasie było jakie
mokry dół zaułek morderców barak
nazwany pałacem sprawiedliwości
samogonny Mefisto w leninowskiej kurtce
posyłał w teren wnuczęta Aurory
chłopców o twarzach ziemniaczanych
bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach

Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana
(Marek Tulliusz obracał się w grobie)
łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy
dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu
składnia pozbawiona urody koniunktiwu

Tak więc estetyka może być pomocna w życiu
nie należy zaniedbywać nauki o pięknie
Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać
kształt architektury rytm bębnów i piszczałek
kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów

Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu
książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie
To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku

który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo
choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała
głowa

Z tomu Raport z oblężonego miasta, Paryż Kultura 1983

***

Tenże Andrzej Saramonowicz w tej samej rubryce przytoczył 8 czerwca wiersz, który wszystkimi synapsami wessał się w moje własne życie. Bo oto miałam na balkonie białą różę, co więcej, posadziłam ją zanim Krzysztof Łoziński przypomniał światu o incjatywie Białych Róż, zachęcającej, byśmy zaczęli organizować anty-miesięcznice antysmoleńskie każdego dziesiątego każdego miesiąca i byśmy przychodzili z białymi różami, które są symbolem pokoju, co tak rozzłościło suwerena Bonaparstka, że dokonując nadzwyczajnego skrótu myślowego, poinformował miasto i świat, iż biała róża jest symbolem nienawiści. I stało się to oczywiście zanim świat obiegły zdjęcia z kontr-miesięcznicy czerwcowej, pokazujące policję, która wynosi z manifestacji Frasyniuka czy Magdę Lempert z białymi różami w rękach.

Podlewałam tę różę jak najstaranniej, ale przyszło mi wyjechać na cztery dni, i zdarzyło się, że tego zimnego i mokrego lata nastały dwa dni potwornych upałów, w słońcu sięgających niemal 50 stopni (pokazał mi to mój nader mądry zegar) i wszystkie moje rośliny balkonowe przetrwały ten pustynny kataklizm, tylko róża… Róża postradała wszystkie kwiaty i uschła, a ja ją teraz próbuję odchuchać i namówić do życia, bo nie mam sumienia jej po prostu wyrzucić na śmietnik. I nawet już niektóre gałązki mojej róży zaczynają wyglądać jak gałązki róży…

No a ta stara pani… Oczywiście, jest o pokolenie starsza, ale czy to ma znaczenie?

CODZIENNIE JEDEN WIERSZ (773)

Kamil Wajer

* * * (moje rośliny na balkonie umarły)

moje rośliny na balkonie umarły
zbiegam na dół po fajki i w tym suchym powietrzu
spotykam sąsiadkę Irenę
Irena ma 86 lat i też coś przebąkuje o wyprawie na drugą stronę świata
wczepia się we mnie kurczowo prosi: pomóż mi wybrać listy
razem wchodzimy w cień schodowej klatki
Irena pokazuje laską która to skrzynka
a gdy wybieram
patrzy na mnie swymi wielkimi błękitnymi oczami
mówi „eh-eh… miałam takiego na wojnie…”
spoglądam na Irenę
stoi i lekko się trzęsie
jest suchutka jak letnie powietrze
cała siwo-niebieska jak izraelski domek lub ocean
wręczam jej listy całuję jej ręce mówię:
Pani uważa Pani Ireno, wyprawy, na tamten świat czy w rejony tego… po prostu czasem nie warto
czasem nie warto ruszać się z domu
w domu gra radio i jest kot
na oknie stoi kwiat miło trzeszczą ściany
dom to pewna i dobra planeta… niech się Pani nigdzie nie wybiera…
Irena śmieje się mówi: tamten to nie miał tak gadane…

cały rok kochałem się w Irenie
aż opatulili ją w coś białego i wynieśli następnym latem
stałem na klatce mówiłem: ja udzielę informacji ja znam tę Panią
powiedzieli tylko: odsuń się Pan tu już nie ma nic do roboty
więc zbiegłem na dół po fajki w tym suchym powietrzu
moje rośliny na balkonie umarły

***

Kamil Wajer wydał w roku 2015 tomik wierszy Noc nad Europą, wyd. Eperons-Ostrogi

***

Jutro następna kontr-miesięcznica… Róża wciąż jeszcze nie zakwitła, ale odżyła i wydaje mi się, że ma już pączki. Andrzej Klukowski ułożył piosenkę

To już od roku siódmego
Jak co miesiąc dziesiątego
Zbiera tłum się pod pałacem
Różańce, krzyże i modlitwy
Z ust pobożnych płyną klątwy
I już ciżba garnie się do bitwy

Prawda stoi tuż za rogiem
A tej prawdy nikt nie szuka
Taki to już polski teatr
taka to ci nasza sztuka
Jak co miesiąc 10
Naczelnik krzyczy do ludu swego
Frazy brzydkie pełne nienawiści
Komuniści i złodzieje
i że naród z nas się śmieje

Z drugiej strony rżną czarnego walca
coraz więcej mundurowych
coraz więcej białych róż
kto zapłaci za to widowisko
zaczynamy mieć nadzieję
ta drabinka się zachwieje naczelniku.

ty zapłacisz za to wszystko
coraz więcej jest teorii
coraz więcej nowych kłamstw
Nad zmarłymi czoła nikt nie chyli
Polityczne ekshumacje
nie nękajcie biednych dusz
dajcie spocząć już

Mówi prawda jest już blisko
Już za miesiąc, może dwa
W ludzkich głowach kartoflisko
Inni plują na to wszystko.
On tę prawdę dobrze zna
Lecz on do niej się nie przyzna
Do cholery! Niech wykrwawi się ojczyzna

Prawda czasem mgłą osnuta.
I choć dzisiaj jeszcze zatruta
To nawet gęste opary
Znikną, i to nie są żadne czary.
Prawda sama się obroni.
I nie jedno nam wyłoni.
A za oknem chicho płacze brzoza

Translator Workshop

Bulgarisch, Polnisch, Russisch und… Deutsch. Gemeinsam bereiten wir Texte unserer Geheimtipp-Autor*innen aus drei slawischen Sprachen für Präsentation dem Deutschen Publikum. Die Kenntnis der Ausgangssprachen ist für die Teilnahme am Workshop nicht relevant, da die Ursprungstexte als Roh-Übersetzung ins Deutsche vorliegen.

Wir laden alle Sprachinteressierte ein! Ob selbst Autor*in, Redakteur*in, Übersetzer*in, Lehrer*in oder auch Leser*in… Alle können bei diesem kreativen Prozess teilnehmen…

Dabei eröffnen wir uns selbst, aber auch dem deutschen Publikum neue Horizonte und lernen dabei, wie Literaturübersetzung funktioniert. An zwei Workshop-Tagen wird die Dichter*innen und Schriftsteller*innen Gruppe an diesen Übersetzungen in vier kleinen Gruppen gemeinsam arbeiten, um die richtige poetische Ausdrucksform der vorgelegten Texte zu erreichen. Die Schriftsteller*innen selbst nehmen am Workshop nicht teil. Sie warten auf Ergebnisse unseres Werkens 🙂

Die Arbeit während der Werkstatt erfolgt ehrenamtlich. Die Ergebnisse dieser Workshops wurden sowohl live als auch in der Druckform dem breiten multinationalen Publikum vorgestellt. Die Texte im Original und in Übersetzung (oder mehrere Versionen einer Übersetzung) als E-Book veröffentlicht, herausgegeben von stadtsprachen=PARATAXE: Berliner Literarische Aktion.

Termin:
Samstag 8. Juli 12:00 bis 16:00 Uhr
Sonntag 9. Juli 12:00 bis 16:00 Uhr
Öffentliche Lesung am Sonntag ab 16:00 Uhr

Ort: Lettretage, Mehringdamm 61, 10961 Berlin


Bearbeitet werden die Texte von Irena Ivanova (Bulgarien), Alexander Kazak (Russland)
Marek Maj und Joanna Rudniańska (Polen). Die Gedichte von Marek Maj sind zum Teil gesungen und wir werden versuchen, sie so zu bearbeiten, dass sie auch auf Deutsch fürs Singen taugen.

Leitung: Ewa Maria Slaska

Ewa Maria Slaska wurde 1949 geboren und wohnt seit 1985 in Berlin. Sie ist eine studierte Archäologin, arbeitet aber als Schriftstellerin, Journalistin, Projektleiterin und Bloggerin. Sie engagiert sich für Frauen, Kinder, Minderheiten und Flüchtlinge und ist ein aktives Mitglied der polnischen Community in Berlin (Freiwillige bei dem Büro der Polonia). Sie war Gründerin des Polnischen Fernsehmagazins Insel (1985-1986) und des Vereins zur Förderung der Deutsch-Polnischen Literatur e.V. (1994 – 2012). Seit 2006 arbeitet sie mit dem Städtepartner Stettin e.V. zusammen und ist seit 2014 dessen Vorsitzende. Sie hat mehrere Preise und Auszeichnungen im Bereich Literatur, Publizistik, soziales Engagement gewonnen.

Wir bedanken uns für die Zusammenarbeit bei unseren Partnern von Stadtsprachen und Lettrétage – das Literaturhaus in Berlin Kreuzberg
————————————————-
Das Projekt “Osteuropa-Tage Berlin 2017”
ist eine Initiative des Vereins “Städtepartner Stettin e.V.” und der Städtepartnerschaft Oborishte. Diese Veranstaltung ist unterstützt von Stadtsprachen und finanziert von Hauptstadtkulturfonds.

Amor, Amor…

Krystyna Koziewicz

Amory

Historie miłosne, okazuje się, mają sporą poczytność, sama tego na tym blogu doświadczyłam jakiś czas temu. Być może jest tak, bo niejeden z nas chciałby dowiedzieć się, jak wygląda u innych miłość, jak wygląda życie kochającej się pary? Mówi się, że miłość zaślepia, ale kto wie, może jednak coś, nie widząc, widzimy, może konfrontując się z naszymi uczuciami, dowiadujemy się nieco więcej o sobie?

Obserwując znane mi szczęśliwe pary, zauważam jedną wspólną cechę, sprzyjającą długiemu pożyciu. Otóż, akceptacja partnera takim, jakim jest, bez próby wywierania nacisku i wymagania zmian oraz spora dawka osobistej wolności.

Przykładem niech będzie poniższa historia.

W domu, w którym mieszkam, pojawił się osiem lat temu nowy bywalec, nieco dziwacznie ubrany, wyglądem przypominający clocharda, ale uprzejmy, grzeczny, pozdrawiał wszystkich napotkanych ludzi. Niekiedy zdarzało się, że mijaliśmy się na korytarzu, w bramie wejściowej czy na ulicy. Pewnego razu, staliśmy oboje przed wejściem do naszego domu, moją uwagę przykuła gestykulacja owego gościa, który przesyłał całusy komuś z ostatniego piętra. Spojrzałam dyskretnie w górę i własnym oczom nie wierzyłam – ten ktoś miłośnie pozdrawiał moją polską sąsiadkę, panią, która liczyła sobie p0nad 75 wiosenek. I owszem, miała sympatyczny wyraz twarzy, gładką jasną cerę, która odmładzała ją o dobre dziesięć lat… Wiele lat była samotna, cieszyłam się więc, że po wielu, wielu latach życia w samotności znalazła bratnią duszę. Tylko dlaczego związała się z bezdomnym?, zastanawiałam się.

No tak, jak pamiętam – zawsze miała dobre serce dla ludzi w potrzebie, regularnie wysyłała pieniądze do Afryki, wpłacała datki dla rozmaitych fundacji charytatywnych. Pomyślałam sobie, że to jej misja życiowa – pomagać innym. Zatem nie powinno mnie było dziwić, że zajęła się facetem z tzw. marginesu społecznego. W skrytości bałam się jednak, że zostanie podstępnie wykorzystana.

Z moją sąsiadką spotykałyśmy się dawniej na kawę, czasem na obiad, raz u mnie, raz u niej. Od jakiegoś czasu nie było pogaduszek, co świadczyło, że aktualnie nie jest to towarzysko konieczne.

W dalszym ciągu widywałyśmy się jednak w windzie czy przed budynkiem, zatrzymywałyśmy się na krótkie pogaduszki. Za którymś razem przyznała, że poznała mężczyznę o 28 lat młodszego, który zwyczajnie zagadał ją na ulicy, zapraszając na kawę do pobliskiej kawiarenki. Od tej pory znajomość zaczęła się stopniowo rozwijać, on potrzebował kogoś z kim mógłby porozmawiać, ona tak samo. Lubił wypić, ale na wesoło – jak powiadała. Nie był alkoholikiem, pił piwo wieczorami, które mu szumiało w głowie do następnego dnia. Zakazała mu jednak odwiedzin, jeśli był pod wpływem alkoholu, nie otwierała drzwi. Była w swej decyzji konsekwentna, facetowi chyba zależało na niej, skoro był trzeźwy – przynajmniej w dzień wizyt.

Wygląd mężczyzny, jak sama stwierdziła, jej nie przeszkadzał. Chwaliła go za zamiłowanie do porządku i higieny osobistej. Na moje oko z wyglądu przypominał skrzyżowanie świętego Mikołaja z kimś, kto dopiero wyszedł z lasu, takie sympatyczne straszydełko. Włosy sięgały mu do tyłka, niekiedy związane w kucyka, broda długa, cieniutka, jak mysi ogonek, szerokawe spodnie majtające podczas chodzenia. Ponieważ był bardzo miły, nikt w okolicy go nie zaczepiał, grzecznie się odkłaniano. Na mój widok okazywał radość, pewnie zmiarkował, że jestem rodaczką jego oblubienicy.

W bloku komentowano ten związek, i z uwagi na wygląd, i różnicę wiekową. Moja sąsiadka, Turczynka, zazdrościła, że taka stara i ma miłość, a ona po czterdziestce i zero seksu od dziesięciu lat.

Co się okazało, związek tej starszej kobiety z młodszym partnerem z roku na rok rozkwitał coraz intensywniej. Sąsiadka pochwaliła się, że miło spędzają razem czas, grając w karty, oglądając filmy przyrodnicze, na dyskusjach, rozmowach podczas spaceru po parku. Raz się wygadała z lekkim uśmieszkiem, że za bardzo ją niekiedy „męczy”, ale co mam zrobić?, powiedziała pytająco. To była jedyna słodka skarga na faceta. Spotykali się codziennie i widać było, że czerpią radość z tego bycia razem. Od sąsiadki słyszałam same zalety i zachwyty o partnerze, widziałam, że jest zadowolona. Rozstawali się zazwyczaj po południu, ponieważ on lubił programy sportowe i muzyczne, ona z kolei lubiła rozwiązywać krzyżówki i robótki ręczne.

Niestety, historia tej niezwykłej znajomości niedawno się zakończyła, przetrwała osiem lat i trwałaby do tej pory, gdyby nie postępująca demencja sąsiadki. Od roku objawy stawały się niebezpieczne dla życia. Parę razy straciła orientację w mieście, gubiła pieniądze, drogę do lekarza, o mało nie spaliła własnego mieszkania. Mężczyzna opiekował się nią troskliwie, jednak stwierdził, że potrzebuje fachowej pomocy. Wezwał rodzinę z Polski.

Podczas ostatniej wizyty synów, kiedy już nie rozpoznała swoich bliskich, dzieci zadecydowały, że zabiorą matkę do Polski i umieszczą w domu opieki. Było mi smutno, kiedy się o tym dowiedziałam, nie miałam okazji pożegnać się z nią – tak szybko została zabrana.

Po wyprowadzce sąsiadki ciekawiło mnie, co się stało z jej facetem, bo przestałam go widywać, a mieszka w pobliżu. Od innej zaprzyjaźnionej sąsiadki dowiedziałam się, że ów mężczyzna strasznie rozpacza, całkowicie załamał się, popadł w depresję i nie wychodzi z domu. Ponoć ciężko się rozchorował. A może powrócił do nałogu?

No cóż, jedno muszę stwierdzić – na pewno połączyło ich piękne uczucie – chęć bycia razem. Dawali sobie to, czego każde z nich potrzebowało – siebie nawzajem.

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 4

Przekraczając granice

Amnezyjne podsumowanie

wpis z 17 kwietnia 2016 roku

Teksty dotyczące utraty pamięci i pierwszych dni po tym zdarzeniu zakończyłem w momencie wylotu do kraju.

A jak sytuacja wygląda teraz, po pewnym już czasie? Jak pewnie się domyślacie, pierwsze tygodnie upłynęły mi na ciągłych wizytach u lekarzy. Wiele pytań, skanów, prześwietleń i badań krwi.

Moje ciało powoli już wraca do normy, rany fizyczne pogoiły się (zostały jedynie blizny), wyniki krwi na początku odbiegające od normy, teraz do niej już wracają, jednym słowem fizycznie czuję się już znacznie lepiej.

No dobra, a co z pamięcią i psychiką, spytacie? Czy wróciła mi już pamięć?

Niestety pamięć jako taka na razie mi jeszcze nie wróciła, wracają, jak to określili lekarze, tak zwane automatyzmy. Co to dokładnie oznacza? Nauczyłem się ponownie, jak obsługiwać telefon czy komputer (zajęło mi to w sumie kilka dni, ale to wróciło), idę w dobrym kierunku, choć nie wiem, dlaczego go obrałem itp. Moje ręce, nogi i inne części ciała przypomniały sobie, co należy robić w danych sytuacjach, nawet tych bardziej skomplikowanych. Choć, nie ukrywajmy, daleko im jeszcze do doskonałości, ale przynajmniej widać już poprawę.

badanie 1

Lekarze są zgodni, wyniki badań i postępy, które czynię dobrze rokują na przyszłość. Pamięć powinna mi wrócić w przeciągu kilku miesięcy. Fajnie, ale to jednak mi nie wystarcza, ja chciałbym, aby wróciła JUŻ. Wygląda na to, że w tej sprawie jestem niecierpliwy jak małe dziecko, które chce dostać zabawkę lub wyjść na dwór.

Dzięki pomocy przyjaciół, znajomych i rodziny zaczynam powoli składać swoje „stare” życie w całość, ale, jakby nie było, to jest to ich wizja mojego życia. Czy takie właśnie było? Czy ja je tak widziałem i odczuwałem? Tego nie wiem, pozostaje to dla mnie cały czas zagadką i pewnie nic się nie zmieni do czasu, aż odzyskam „swoje” wspomnienia.
Lekarze studzą moje nadzieje z tym związane i twierdzą, że to będą kolejne, pojawiające się w różnej kolejności, skrawki, które będę układał niczym wielkie życiowe puzzle. Nic nie stanie się tak naraz, jak za dotknięciem różdżki. Co więcej, mogą pozostać jakieś fragmenty, które będą dla mnie długo, lub nawet na zawsze okryte mgłą zapomnienia.

Podobno najważniejsze jest teraz dla mnie unikanie stresu. Łatwo się mówi, spróbujcie się nie stresować, gdy z prawie czterdziestu trzech przeżytych lat pamiętacie tylko dwa miesiące i gdy co niektórzy naciskają, żebyście przypomnieli sobie dokładnie jakąś rzecz, bo to ważne. Cholera, przecież wiem, że to ważne i co z tego, jak w głowie mam pustkę.

No dobrze, tyle o pamięci. Słyszę też często pytania, jak się z tym czuję psychicznie. No cóż, tu bywa różnie, są lepsze i gorsze dni, chwile radości i chwile zwątpienia. Całe szczęście, że stanowczo w moim życiu przeważają ludzie mi przychylni, którzy już dużo mi pomogli, podtrzymali na duchu i na bieżąco dalej to robią. Trafiło mi się gdzieś takie stwierdzenie „Prawdziwym bogactwem człowieka, są jego przyjaciele” (nie jestem pewien, czy dokładnie to zacytowałem, ale sens był właśnie taki), dziś mogę się pod nim podpisać obiema rękami. Gdyby nie oni, mój stan psychiczny byłby dużo gorszy.

Ostatnie wydarzenia zweryfikowały tez listę osób mi bliskich, czasami na korzyść, a czasami wręcz odwrotnie. Świat potrafi zaskakiwać, ale to dobrze, gdyby tak nie było, nasze życie byłoby monotonne i mdłe jak niedoprawiona potrawa.

badanie 2

Na tym kończę to krótkie amnezyjne podsumowanie i wskakuję w buty, lekarze doradzają mi dużo wychodzenia z domu i spacerów ulicami miasta, które powinienem znać jak własną kieszeń, bo przeżyłem w nim połowę swojego życia, a niestety tak nie jest. Plusem tego powtórnego odkrywania jest jednak na pewno to, że podczas tych wypadów oczyszczam umysł i po powrocie mogę go katować, po raz kolejny, obrazami utrwalonymi na fotografiach, filmach i opowiadaniach z mojego życia. Mój mózg musi teraz pracować na podwójnych obrotach, nie mogę dać mu zapaść w niebyt rozkosznej laby. Ciągłe pobudzanie tej szarej masy przyczyni się podobno do szybszego powrotu pamięci, tak aby pytanie „A pamiętasz jak…?” nie było już koszmarem.

Dopisek po roku za tydzień

Peregrini (Schottland, Irland und die Heiligen)

Vor ein paar Wochen schrieb uns Brigitte über den Heiligen Cuthbert und ihre Wanderungen in Nordengland. Heute eine Erweiterung des Themas, diesmal über Regensburg. Für meine polnische Leser: Regensburg heißt auf Polnisch Ratyzbona. Seit 2002 hat ein polnischer Politologe, Jerzy Jarosław Maćków (geb. 1961) den Lehrstuhl für Vergleichende Politikwissenschaft mit dem Schwerpunkt Ost- und Mitteleuropa an der Universität von Regensburg inne. Hier wohnt auch der polnische Komponist Tomasz Skweres (geb. 1984) und ist 1927 Joseph Ratzinger, 2005-2013 Papst Benedictus XVI., geboren.

Brigitte von Ungern-Sternberg

Eine iro-schottische Einwanderung in Deutschland

Regensburg war die erste Stadt, die ich als Jugendliche von einer Ecke zur anderen mit einem Stadtführer in der Hand systematisch ergründet habe. Die Schottenkirche St. Jakob ist mir damals ganz besonders aufgefallen und in Erinnerung geblieben.

So sah die Kirche aus noch 150 Jahre vor meiner Wanderungen, auf einer Aquarell von Wilhelm Rehlen (1796–1831), deutscher Zeichner und Architekt, aus dem Jahre 1816

Regensburg entstand als römisches Legionslager Castra Regina, davon ist noch ein Tor vorhanden. Dann  entwickelte sich der Ort zu einer wichtigen mittelalterlichen Stadt mit gotischem Dom. Es war ab 1683 Standort des ‘Immerwährenden Reichstags’ des Heiligen Römischen Reichs bis zu dessen Ende 1806. Das Haus, in dem die  Reichsstände  tagten, kann besichtigt werden. Das Barockzeitalter prägte die Stadt mit Bauwerken… So weit so gut, Regensburg entwickelte sich im Laufe der Jahrhunderte ähnlich wie andere historische Städte in Deutschland.

In einer ruhigen Straße in der Nähe des Domes gibt es eine Kirche, die aus dem Rahmen fällt und die in kein Schema passt, die Schottenkirche St. Jakob bzw. das Schottenkloster. Die Skulpturen des Eingangsportal sind ganz anders als die anderer Portale, seien sie romanisch oder gotisch, sie kommen aus einer fernen Bilderwelt mit Wurzeln in der keltischen Kultur auf den britischen Inseln. Was veranlasste die iro-schottischen Mönche, sich im 11. Jahrhundert in Regensburg niederzulassen und eine Kirche nach ihrem Geschmack zu bauen?

Ein Name wird genannt: Marianus Scotus, geboren in Irland, gestorben in Ratisbon (Regensburg). 1067 verließ er seine Heimat, um eine Pilgerfahrt nach Rom anzutreten, so in einem Artikel.  Und dann heißt es: Wie so viele seiner Landsleute, die den Kontinent besuchten, traf er die Entscheidung, sich in Deutschland anzusiedeln und nicht mehr nach Irland zurückzukehren. Gefiel es ihm in Regensburg besser, war dort das Wetter, das Bier besser? Marianus Scotus gehörte jedenfalls bereits zur zweiten Welle von iro-schottischen Mönchen in Deutschland, er war einer von vielen, allerdings ein Gelehrter, sein Name wurde überliefert.

Die Mönche der ersten Welle traten die ‘Peregrinatio pro Christo‘ ein paar Jahrhunderte früher zur Zeit der Merowinger an, sie bekehrten die heidnischen Germanen zum Christentum, gründeten Kirchen und Klöster, sie hießen Gallus, Columban, Kilian, Bonifatius…

Kamen die ‘Peregrini’ der zweiten Welle, um nachzusehen, ob die Germanen bei der Stange geblieben waren? In Regensburg ist in einem anderen Kloster St. Emmeram begraben, er gehörte zur ersten Welle der iro-schottischen Mönche.

 

Jeszcze Sara Teasdale

Andrzej Rejman
i gościnnie Anna Ciciszwili

“Cała nadzieja w literaturze” – czytam w jednym z “dobrych” tygodników – to reklama Festiwalu “Stolica Języka Polskiego”, który odbędzie się w sierpniu b.r. w Szczebrzeszynie.

Tak. Cała nadzieja w literaturze, ale też w sztukach wizualnych, w muzyce i w poezji, cała nadzieja w kreatywności człowieka. To skuteczna przeciwwaga dla powierzchowności, zniechęcenia, monotonii, to skuteczna terapia dla społeczeństw ogarniętych rywalizacją, i dla jednostek dotkniętych depresją, wynikającą czasem z niemożności znalezienia swojego miejsca na świecie.

***

Anna Ciciszwili, poetka, tłumaczka, napisała kilka słów o Sarze Teasdale, jako kontynuację mojego poprzedniego wpisu.

Anna Ciciszwili

Z poezją Sary Teasdale, amerykańskiej poetki przełomu XIX i XX wieku, zetknęłam się dzięki mojemu przyjacielowi Andrzejowi Rejmanowi, który wyciągnął ja z mroków zapomnienia. Dziś zapomniana w Stanach Zjednoczonych, (była jedną z najpopularniejszych poetek w swojej epoce – w 1917 roku otrzymała Poetycką Nagrodę Pulitzera) – i prawie nieznana w Polsce.

Sara Teasdale pisała właściwie pieśni, wiersze znakomicie nadające się do ułożenia melodii, wiersze dla dzieci, teksty charakteryzujące się wyczuwalną melodyjnością, wiersze rymowane, samoistnie układające się w muzykę.

Andrzej Rejman skomponował w ciągu ostatnich kilkunastu lat wiele utworów do tekstów Sary Teasdale, część piosenek powstało we współautorstwie z Ewą Górską, Karoliną Jankowską, Rafałem Smolińskim i innymi.

Słuchając tej muzyki odkryłam Sarę…

W jej poezji – na pozór prostej, o nieskomplikowanych, wpadających w ucho rymach – odkryłam ponadczasowe przesłanie, głęboki mistycyzm i wolność. Sara doskonale odnajdywała siebie we wszechświecie, opisując to w prostych słowach wierszy.

Sara Teasdale

Thoughts

When I can make my thoughts come forth
To walk like ladies up and down,
Each one puts on before the glass
Her most becoming hat and gown.

But oh, the shy and eager thoughts
That hide and will not get them dressed,
Why is it that they always seem
So much more lovely than the rest?

z tomiku „ Rivers to the Sea” 1915

Myśli

Gdybym swoje myśli puściła z polotem,
Żeby jak modelki roztaczały wdzięki,
To każda z nich nosić miałaby ochotę,
Twarzowy kapelusz i modne sukienki.

Ale moje myśli ukrywają twarze,
Nie lubią się stroić w sukienki wspaniałe.
Dlaczego tak jest, że zdają się zawsze
O wiele wspanialsze, niż te pozostałe?

tłumaczenie Anna Ciciszwili

Autumn Dusk

I saw above a sea of hills
A solitary planet shine,
And there was no one, near or far,
to keep the world from being mine.

z tomiku „Dark of the Moon” 1926

Jesienny zmierzch

Widziałam ponad morzem wzgórz
Samotnych planet złoty rój,
Nie ma nikogo tam, czy tu,
Kto wstrzyma świat, by nie był mój.

tłumaczenie Anna Ciciszwili

Wiele wierszy Sara pisała pod wpływem wszechogarniającej ją miłości. Biegała w sandałach uszytych z wiatru i płomienia. Przeżywając rozczarowanie stawała się spokojnym jeziorem. Tak pisała o miłości.

Enough

It is enough for me by day
To walk the same bright earth with him;
Enough that over us by night
The same great roof of stars is dim.

I do not hope to bind the wind
Or set a fetter on the sea —
It is enough to feel his love
Blow by like music over me.

z tomiku „ Rivers to the Sea” 1915

Wystarczy

Dla mnie wystarczy, że w dzień
Stąpam z nim po tej samej ziemi:
Nocą wystarczy ten sam
Dach rozgwieżdżony nad nami.

Nie skuję wiatru w kajdany,
Nie zwiążę morza w rzemienie —
By czuć jego miłość wystarczy,
Że płynie muzyką przeze mnie.

tłumaczenie Anna Ciciszwili

Potrafiła cieszyć się życiem, wydobyć z każdej chwili piękno i ukryty sens, jednocześnie doskonale rozumiała przemijalność wszelkich ziemskich spraw i nieśmiertelność uczuć i duszy.

If I Must Go

If I must go to heaven’s end
Climbing the ages like a stair,
Be near me and forever bend
With the same eyes above me there;

Time will fly past us like leaves flying,
We shall not heed, for we shall be
Beyond living, beyond dying,
Knowing and known unchangeably.

z tomiku „Flame and Shadow” 1920

Jeśli mam iść

Jeśli mam iść na kraniec nieba,
Pokonując epoki jak schody,
Bądź zawsze przy mnie, nade mną,
Chcę widzieć wciąż twoje oczy;

Czas przemknie nad nami lekko
Jak liście – będziemy bowiem

Poza życiem i poza śmiercią
Wiedzący i wiecznie wiadomi.

tłumaczenie Anna Ciciszwili

W poezji Sary Teasdale wątki radości życia przeplatają się z projekcją śmierci, i zgody na nią.

W niektórych utworach Autorka wydaje się zapowiadać swą przedwczesną śmierć.

I Shall Not Care

When I am dead and over me bright April
Shakes out her rain-drenched hair,
Though you should lean above me broken-hearted,
I shall not care.

I shall have peace, as leafy trees are peaceful
When rain bends down the bough,
And I shall be more silent and cold-hearted
Than you are now.

z tomiku „ Rivers to the Sea” 1915

To nic

Gdy odejdę i jasny kwiecień nade mną
Potrząśnie włosy spływające deszczem,
Choć to ty łzę mógłbyś uronić niejedną
Ja się nie przejmę.

Będę spokojna jak drzewo, które nie drgnie
Kiedy deszcz do ziemi ugina gałęzie,
I będę bardziej milcząca zimnym sercem
Niż teraz jesteś.

Tłumaczenie Anna Ciciszwili

A Little While

A little while when I am gone
My life will live in music after me,
As spun foam lifted and borne on
After the wave is lost in the full sea.

A while these nights and days will burn
In song with the bright frailty of foam,
Living in light before they turn
Back to the nothingness that is their home.

z tomiku „Flame and Shadow” 1920

Krótka chwila

To krótka chwila i mnie już nie będzie,
Żyć będę tam, gdzie żyją pieśni moje,
Jak krucha piana wznosi się i przędzie
Z odejściem fali, która w morzu tonie.

Przez krótka chwilę jeszcze płonąć będą
Te dni i noce w pianie napuszonej,
Żyjąc światłością zanim nie odejdą,
By wrócić w nicość, która jest ich domem.

tłumaczenie Anna Ciciszwili

Mam nadzieję, ze wkrótce będę mogła udostępnić czytelnikom w Polsce tę wspaniałą poezję kobiecą w moim zbiorze przekładów, przygotowywanym do wydania.

Anna Ciciszwili, lipiec 2017

***

Dziękuję, Aniu – swą pracą przyczyniasz się do uspokojenia tego świata!
A to jedno z najważniejszych zadań człowieka.

A.R.

Rainbow Gold – wiersze dla chłopców i dziewcząt wybrane przez Sarę Teasdale, ilustracje Dugald Walker – Macmillan Company, New York, 1924