(Kobieta) Niepodległa 1918-2018

MANIFEST INICJATYWY NIEPODLEGŁE 2018

Dekretem z dnia 28 listopada 1918 roku, po wieloletniej walce działaczek organizacji kobiecych, nadano Polkom czynne i bierne prawa wyborcze. Nie tylko Polska odzyskała niepodległość.

W okresie odradzania się państwa polskiego emancypantki i aktywistki ruchu narodowowyzwoleńczego/patriotycznego zwołały wiele wieców, których kulminacją był Zjazd Kobiet ze wszystkich trzech zaborów we wrześniu 1917 roku w Warszawie. Delegacja Zjazdu, której przewodniczyła dr Justyna Budzińska-Tylicka, spotkała się z Józefem Piłsudskim i uzyskała zapewnienie, że w konstytucji odrodzonego państwa polskiego prawa obywatelskie uzyskają wszyscy, “bez różnicy płci”.

Był to ogromny sukces polskiego i europejskiego ruchu emancypacyjnego, efekt wieloletniej współpracy kobiet z różnych środowisk politycznych, które zgodziły się co do jednego: że odmowa połowie obywateli niepodległego kraju prawa do reprezentowania swoich interesów to nie demokracja, ale wykluczenie. Uzyskanie praw wyborczych było początkiem dalszej emancypacji, nie brakowało bowiem tych, którzy kwestionowali (i kwestionują) niepodległość kobiet.

Ale czy uzyskanie praw wyborczych przez kobiety oznaczało i oznacza, że:
• Uzyskały możliwość współtworzenia nowego państwa?
• Ich obywatelstwo przestało być deklarowane, a stało się faktyczne?
• Uzyskały podmiotowość prawną i możliwość wpływu na najważniejsze decyzje w państwie?
• Nie tylko dla nich, ale i dla wielu Europejek, skończył się czas fikcyjnej demokracji?

To, co się wówczas stało, miało swoje przyczyny i swoje konsekwencje. Miało też swoje bohaterki i bohaterów. Podręczniki zwykle pobieżnie traktują temat walki kobiet o prawa wyborcze. Żaden pomnik ani tablica o tym nie przypomina. Nie ma apeli, kwiatów, kotylionów ani życzeń. Nikt nie wylega 11 ani 28 listopada na ulice, by wspólnie cieszyć się z tego, co Polki, jako jedne z pierwszych w Europie, wywalczyły dla siebie i przyszłych pokoleń.

Dlatego uważamy, że stulecie uzyskania praw obywatelskich to dobry czas na refleksję nad sytuacją kobiet nie tylko w przeszłości, ale i dziś. Czarny Poniedziałek, 3 października 2016 pokazał, że kobiety w Polsce stanowią siłę polityczną i mają ciągle o co walczyć.

W stulecie uzyskania praw wyborczych przez kobiety w Polsce, w stulecie wielkiego sukcesu ruchu na rzecz wolności i demokracji, wzywamy do masowego, zróżnicowanego, wspólnego świętowania! Jako osoby zaangażowane w ruch feministyczny, zachęcamy Was do samoorganizowania się! Spotykajmy się, rozmawiajmy, wychodźmy na ulice, stawiajmy pomniki, szukajmy informacji o kobietach, którym zawdzięczamy naszą Niepodległość.

Bądźmy widoczne i bądźmy niepodległe! Dołącz swoją siłę i odwagę, bądź solidarna w ruchu na rzecz upamiętnienia 100-lecia uzyskania praw wyborczych przez kobiety! Utrwalajmy i praktykujmy nasze obywatelstwo, bo Wolność i Niepodległość nie są dane raz na zawsze.

Inicjatywa Niepodległe 2018

Granada (Advents-Zeit Spendenzeit)

Hallo an ALLE! Helft uns!

Bei der Realisierung eines Doku-filmes – schreibt Dariusz Zalega aus Katowice/Chorzów:

Etwa 200 Einwohner aus Oberschlesien haben am Bürgerkrieg in Spanien teilgenommen. Diese Region war ein Dreiländereck und unter Polen, Deutschen und Tschechen geteilt, die Aktivisten haben  sich nicht auf eine nationalistische Propaganda eingelassen, sondern gemeinsam gekämpft – für Demokratie und soziale Gerechtigkeit. Viele sind in Spanien gefallen und viele haben mit Bitterkeit die Niederlage erlebt. Wir sollten an sie erinnern, gerade jetzt wo sich über Europa dunkle Wolken des Nationalismus sammeln. Deswegen wollen wir über sie einen Dokumentarfilm machen und bitten Euch um Unterstützung.

Im Film “Faust und Dynamit” (Dauer 45 min) wollen wir die Erinnerungen oberschlesischer Spanienkämpfer, sowie Archive und Filme, Lieder aus dieser Zeit und geschichtliche Szenen verwenden.

Warum: “Faust” – weil die Kämpfer nicht zurückschreckten sich dem Faschismus entgegen zu stellen; “Dynamit” – weil die meisten oberschlesischen Kämpfer Bergleute waren.

Dieser Film gehört zu einem erweitertem Projekt, um die Erinnerung an “die rebellische Geschichte Oberschlesiens”, einer industrialisierten Region vieler Nationen, zu erinnern. In diesem Rahmen haben wir bereits u. a. einen Film realisiert:

http://de.labournet.tv/video/6983/rebellisches-schlesien

Nach der Herstellung soll dieser Film auch über das Internet verbreitet werden als auch bei Aufführungen mit anschließenden Diskussionen. Es werden auch Versionen des Filmes mit deutschen, tschechischen, englischen und spanischen Untertiteln erhältlich sein.

Um den Film herzustellen und das Gedenken an diese Menschen zu bewahren brauchen wir Geld: 40.000 zł (10.000 €uro)

Helft uns!

Hier sind die Links zum Trailer und zum Verein:

www.youtube.com/watch?v=CPhjyviZzfM

www.spain-silesia.eu/

www.youtube.com/channel/UCVEoc_sb6_DtDy8jc-fjKiQ/videos

Überweisungen auf das Konto des Vereines sind in der EU gebührenfrei

Stowarzyszenie Grupa Twórcza Ocochodzi
Promenada gen.
J. Ziętka 7, 41-500 Chorzów
Bank account: PL71 1050 1357 1000 0022 9017 5872
BIC: INGBPLPW
Titel des Projektes: Spain-Silesia


Anm. d. Redaktion:

Es gibt ein wunderbares Gedicht von russischen Dichter und Drehbuchautor Michail Swetlow: Grenada. Meine Mutter kannte es auswendig. Das letzte Mal hörte ich sie es vor gefühlt 40 Jahren rezitieren, aber bis heute habe ich in Erinnerung ganz lange Passagen davon in genialer Übersetzung ins Polnische von unseren genialen Dichter Julian Tuwim. Seit ich den obigen Beitrag gelesen habe, liefen mir diese Gedicht-Fragmente stets durch den Kopf. Ich dachte, ich veröffentliche es hier. Zur Erklärung noch – die Ballade ist 1926 geschrieben, der Krieg von dem da die Rede ist, ist der russische Bürgerkrieg und nicht der spanische, aber bei den Kämpfen in Spanien wurde die Ballade von russischen Brigadisten gesungen.
Swetlow ist 1903 geboren, erste Gedichte schrieb er schon als 14-jähriger; er starb 1964 in Moskow. Auf Deutsch habe ich sein Gedicht nicht gefunden.

Мы ехали шагом,
Мы мчались в боях
И «Яблочко»-песню
Держали в зубах.
Ах, песенку эту
Доныне хранит
Трава молодая –
Степной малахит.
X
Но песню иную
О дальней земле
Возил мой приятель
С собою в седле.
Он пел, озирая
Родные края:
«Гренада, Гренада,
Гренада моя!»
X
Он песенку эту
Твердил наизусть…
Откуда у хлопца
Испанская грусть?
Ответь, Александровск,
И Харьков, ответь:
Давно ль по-испански
Вы начали петь?
X
Скажи мне, Украйна,
Не в этой ли ржи
Тараса Шевченко
Папаха лежит?
Откуда ж, приятель,
Песня твоя:
«Гренада, Гренада,
Гренада моя»?
X
Он медлит с ответом,
Мечтатель-хохол:
– Братишка! Гренаду
Я в книге нашел.
Красивое имя,
Высокая честь –
Гренадская волость
В Испании есть!
X
Я хату покинул,
Пошел воевать,
Чтоб землю в Гренаде
Крестьянам отдать.
Прощайте, родные!
Прощайте, семья!
«Гренада, Гренада,
Гренада моя!»
X
Мы мчались, мечтая
Постичь поскорей
Грамматику боя –
Язык батарей.
Восход поднимался
И падал опять,
И лошадь устала
Степями скакать.
X
Но «Яблочко»-песню
Играл эскадрон
Смычками страданий
На скрипках времен…
Где же, приятель,
Песня твоя:
«Гренада, Гренада,
Гренада моя»?
X
Пробитое тело
Наземь сползло,
Товарищ впервые
Оставил седло.
Я видел: над трупом
Склонилась луна,
И мертвые губы
Шепнули: «Грена…»
X
Да. В дальнюю область,
В заоблачный плес
Ушел мой приятель
И песню унес.
С тех пор не слыхали
Родные края:
«Гренада, Гренада,
Гренада моя!»
X
Отряд не заметил
Потери бойца
И «Яблочко»-песню
Допел до конца.
Лишь по небу тихо
Сползла погодя
На бархат заката
Слезинка дождя…
X
Новые песни
Придумала жизнь…
Не надо, ребята,
О песне тужить,
Не надо, не надо,
Не надо, друзья…
«Гренада, Гренада,
Гренада моя!»
Jechaliśmy stępa,
pędziliśmy w kłębach
I “Jabłoczko” – piosnkę
trzymaliśmy w zębach.
Ach, piosnkę tę dotąd
na pewno pamięta
Malachit stepowy,
murawa pomięta.
X
Lecz inną pieśń jeszcze,
o obcym narodzie,
Do siodła przytroczył
towarzysz w pochodzie
I śpiewał, choć rodak,
tutejszy jak ja;
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
Na pamięć tę piosnkę
Jak pacierz znał Pański,
I skąd do mołojca
Ten smutek hiszpański?
Kijowie! Połtawo!
Od kiedyż w te strony
Przybyły z Grenady
Hiszpańskie canzony?
X
Nie w twoimż to zbożu,
Ukrajno śród żniwa,
Tarasa Szewczenki
Papacha spoczywa?
Więc skąd, przyjacielu,
W piosence twej łka:
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
A chochoł-marzyciel
Po małej chwileczce
Powiada: “Grenadę
Znalazłem w książeczce.
Wysoki to honor
Tak piękne mieć imię,
Jest powiat grenadzki
W hiszpańskiej krainie.
X
Ja chatę porzucił
I walczyć szedł po tom,
Że ziemię w Grenadzie
Ja oddać chcę chłopom.
Żegnajcie, najmilsi,
Powrócę, Bóg da!”
Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
Pędziliśmy w znoju,
By poznać dokładnie
Gramatykę boju
I słowa armatnie.
Świt wstawał na niebie,
By znowu się schować,
I koń się utrudził
Po stepie cwałować.
X
Lecz “Jabłoczko” szwadron
Wciąż grał bez wytchnienia
Na skrzypcach epoki
Smyczkami cierpienia.
I gdzież, przyjacielu,
Podziała się ta
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
Na ziemię od kuli
Zwaliło się ciało,
Rozstało się z siodłem,
A nigdy nie chciało.
Nad trupem się księżyc
Potoczył jak łza,
I wargi martwiejąc
Szepnęły: „Grena…”
X
Daleko, za chmury,
Unosząc swa mękę,
Przyjaciel mój poszedł
I zabrał piosenkę,
I nikt już nie słyszał
Od tego dnia:
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
A szwadron kolegę
Bez żalu pogrzebał
I “Jabłoczko” – piosnkę
Do końca dośpiewał.
I tylko z niebiosów
Opadła nad nami
Łza deszczu maleńka
Na zmierzchu aksamit.
X
I cóż wy, najmilsi?
Za pieśnią tęsknicie?
Nie wolno! Pieśń nową
Złożyło nam życie!
I składa, i składa,
I naprzód nas gna!
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!

Groby / Gräber 2017 (2)

Wczoraj pisała o takich (i tych) grobach Anne Schmidt, dziś…

Elżbieta Kargol

Cmentarz samobójców w Berlinie

Jest prawie środek listopada. Mniej więcej między katolickimi Zaduszkami a protestancką Niedzielą Wieczności.

Dżdżysta pochmurna sobota nastraja melancholijnie, nostalgicznie i na tyle refleksyjnie, że wyzwala potrzebę wyjścia z domu i odwiedzenia pewnego, jedynego w swoim rodzaju berlińskiego cmentarza.
Mży, koła roweru ślizgają się po mokrym dywanie z kolorowych liści. Część z nich nie strącił jeszcze wiatr i cieszą oko swoją złocistoburą barwą.

Berlin, Grunewald.

Nie chodzi o dzielnicę, ale o ponad 4000 hektarów lasu na południowym zachodzie miasta.

W oddali słychać pomrukiwanie dzików, wszędzie rozryta ziemia. Mijam Teufelssee i teraz wiem, że muszę skupić uwagę. Gdy byłam tu trzy lata temu, nie zauważyłam drogowskazu schowanego w trawie. Minęłam skręt i dojechałam prawie do samej Haweli. Zwalniam, jeszcze raz spoglądam na mapę. To musi być gdzieś tu. Jest.

Drogowskaz „zum Friedhof“ (na cmentarz) postawiono wreszcie wyżej niż poprzednio.

Dla władających obydwoma językami, pomijając etymologię, „friedhof“ brzmi o wiele łagodniej niż „cmentarz“, z kolei „selbstmord“ surowiej i brutalniej niż „samobójstwo“.

Cmentarz samobójców w Berlinie, zwany również cmentarzem bezimiennych, a tak naprawdę Friedhof Grunewald-Forst (Cmentarz Leśnictwa Grunewald) położony na leśnej polanie, niedaleko półwyspu Schildhorn. W tym miejscu Hawela zakręca, wije się, tworząc większe i mniejsze zatoki i właśnie to ukształtowanie terenu i prądy rzeki wyrzucały topielców na brzeg.

Były to często służące z pruskich wielkopańskich domów, dla których niechciana ciąża z pracodawcą kończyła się desperackim skokiem w wody Haweli.

Również pięciu carskich żołnierzy, którzy w 1917 roku uciekli przed rewolucją w Rosji na wieść o obaleniu caratu wskoczyło w nurty rzeki.

Ich prawosławne krzyże są zadbane, stale odnawiane i nie można ich przeoczyć, choć większość grobów ukryta jest w trawach, bluszczu, w krzewach, za wielkimi sosnami ogromnymi dębami. Na wielu z nich są tabliczki informujące, że czas użytkowania grobu już minął.

Niesamowita i mrożąca krew w żyłach historia przydarzyła się pewnej pielęgniarce, Minnie Braun, której nie powiodło się pierwsze targnięcie na swoje życie. Uznana za zmarłą, przebudzona w trumnie, nie dała za wygraną i po kilku miesiącach próbę ponowiła i cel osiągnęła.

Do roku 1846 każda próba odebrania sobie życia była przestępstwem. Tych, którym próba się powiodła, kościół wykluczał i odmawiał godnego pochówku na poświęconej ziemi. Jednak rodziny zmarłych szukały innych rozwiązań. I tym rozwiązaniem stała się leśna polana w Grunewaldzie.

Taki pochówek był nielegalny, ale odbywał się za cichym przyzwoleniem pracowników lasu i ówczesnego leśniczego.

Szybko rozeszła się wieść o tym miejscu, do tego stopnia, że niedoszli samobójcy, by popełnić ten czyn, przyjeżdżali nawet z daleka do lasu nad Hawelę, wtedy jeszcze pod Berlin.
Gdy w roku 1920 powstał Wielki Berlin i miasto wchłonęło tereny leśne Grunewaldu, zmieniło się również prawo dotyczące cmentarzy. Oprócz parafialnych, które istniały dotychczas, prawo nakazywało zakładanie cmentarzy miejskich, co pozwoliło wreszcie prawnie usankcjonować to nielegelne miejsce pochówku w lesie.

Prawie półhektarową powierzchnę cmentarza w roku 1928/29 otoczono murem i postawiono solidną bramę żeliwną, zaprojektowaną przez architekta Richarda Thieme.

Powoli zaczęła się zmieniać też klientela cmentarza.

Swoje ostatnie miejsce wiecznego spoczynku znaleźli tu więźniowie z obozów pracy I wojny światowej, żolnierze tejże wojny, jak również okolo 1200 niezidentyfikowanych osób, które zginęły podczas ostatnich miesięcy wojny w 1945 roku w Berlinie.

Nie wiadomo dokładnie, ilu ludzi tu pochowano. W tej chwili jest około trzystu grobów, choć prawdopodobnie leżą tu tysiące zmarlych.

Jest grób Nico, właściwie Christy Päffgen niemieckiej modelki i piosenkarki związanej z Andy Warholem i wokalistki The Velvet Underground, która to miejsce wybrała już za młodu. Pochowana jest w grobie matki i do dnia dzisiejszego wielu jej wielbicieli odwiedza grób, zawsze palą się znicze i są świeże kwiaty.

Jest grób nadleśniczego Schulza, zmarlego w 1928 roku i nie wiadomo jak rozumieć napis na jego grobie :“Polowanie skończone“. Podobno wielu urzędników, (a pracownicy leśni byli takowymi) nie mogli pogodzić się z utratą monarchii, a tym samym z utratą tytułu urzędnika dworskiego.

Jest grób Clemensa Laara, popularnego pisarza okresu nacjonalizmu.

Tu pochowano również Willego Wohlberedta, badacza i znawcę berlińskich cmentarzy.

Jest wiele innych grobów, lub śladów po nich, schowanych w trawie, w liściach, w swym opuszczeniu, zapomnieniu i samotności.

Podchodzę do jednej z bezimiennych mogił.

Zapalam świeczkę dla Krzyśka, którego strach przed spłatą długów był silniejszy od życia,

dla Ronji, która nie udźwignęła problemów tego świata,

dla Jörga, który był zbyt wrażliwy,

dla Malwiny, którą nieszczęśliwa miłość wypchnęła z 7 piętra,

dla Piotra S., szarego człowieka, którego Polska bolała bardziej.

Nad Hawelą zaświeciło słońce, nagle przypłynął samotny biały łabędź. Według słownika symboli ptak ten oznacza między innymi śmierć, wieczność, czas i przemijanie.

Groby / Gräber 2017 (1)

Heut’ ist Buss- und Bet-Tag. Anne hatte letztens zwei Gräber besucht, ich noch eins…

Jutro dla czytelników polskich Ela Kargol z wpisem na podobny temat. I przysięgam – nie umawiałyśmy się, temat wisiał w berlińskim powietrzu

Anne Schmidt

Es gibt Gräber, die muss man suchen, wenn man sie besuchen will.

Sie wurden anonym angelegt, weil die dort begrabenen Personen mit ihren Geschichten zur Zeit ihres Todes als Aufrührer oder gar Verbrecher galten, deren Gräber keinesfalls zu Pilgerstätten werden sollten.

Andere wiederum wünschten sich schon zu Lebzeiten ein idyllisches Plätzchen an einem weltfernen Ort für ein ewiges Ausruhen nach einem ruhmreichen, turbulenten, selbstzerstörerischen Leben.

Zu den anonymen Gräbern gehörte das von Ulrike Meinhof, das jedoch inzwischen ihren Namen trägt und anlässlich ihres Geburtstages am 7. Oktober reichlich geschmückt wurde.

Foto Anne Schmidt

Es befindet sich in Tempelhof auf dem Friedhof der Heiligkreuz-/ und Passionskirchengemeinde an der Eisenacherstraße.

Christa Päffgen, besser bekannt unter ihrem Künstlernamen “Nico”, hatte sich schon in noch unbeschwerten Jugendjahren den Waldfriedhof am Schildhornweg im Grunewald als letzten Ruheort ausgesucht. Dort findet man auf einem Grab unter dem Stein mit ihrem und dem Namen ihrer Großmutter ein gerahmtes Foto von ihr, das in ihrer glücklichen Zeit als Sängerin und Muse von Jim Morrison gemacht sein dürfte.

Wie lange man sie dort noch besuchen kann, ist der Wilmersdorfer Gemeinde überlassen, die den Friedhof aus Kostengründen schließen will.

Die russichen Selbstmörder, nach denen der Friedhof benannt ist, die vielen Toten einer Bombennacht im Jahre 1945 würden dann genau wie Nico und Rolf von Zukowsky umgebettet werden müssen oder dem Verfall preisgegeben werden.

Die Wildschwein rotten um den Friedhof herum warten schon jetzt auf ein Offenlassen der Pforte.

Foto Elżbieta Kargol

Ewa Maria Slaska

Noch ein Selbstmörder-Grab. Walter Leistikow, Maler. Wikipedia weißt zu berichten, dass:

Walter Leistikow erschoss sich am 24. Juli 1908 während eines Aufenthalts im Sanatorium Hubertus in Berlin-Schlachtensee im Endstadium seiner langjährigen Syphilis-Erkrankung. Nach einer großen ehrenvollen Trauerfeier im Berliner Secessionsgebäude wurde er auf dem Friedhof Steglitz beigesetzt. Sein Grab ist ein Ehrengrab des Landes Berlin. Der Grabstein – ein Werk Franz Seecks von 1909 – wurde zum 100. Todestag erneuert. Die Grabstätte befindet sich in der Abt. Ih – Erbbegräbnis 251.

Was man nicht zu berichten weiss, ist, dass man ihm zuerst nirgendwo begraben möchte, und erst nach langer Suche hat sich die Friedhofsverwaltung des Friedhofs Steglitz, bereit erklärt, ihn zu begraben.

Foto Wikipedia

Als man in Steglitz den 100. Jahrestag des Leistikows Todes feierte, am 24. Juli 2008 weilte Barack Obama, damals noch USA-Präsidenten-Kandidat, in Berlin. Die Organisatoren der Leistikows Feierlichkeiten luden Obama ein, nicht nur zur Siegessäule sondern auch nach Steglitz zu kommen, aber so viel Sinn für den (schwarzen) Humor bewies sogar Obama nicht. Schade, eigentlich.

Dacany

Andrzej Rejman

Aga Kaniewska, która prowadzi piękny blog i działalność społeczną między innymi w rejonie Zabajkala (Syberia Wschodnia)

https://agakaniewska.wordpress.com/fotografie/

zwróciła moją uwagę na zdjęcie autorstwa Stanisława Hrebnickiego, przedstawiające jeden z dacanów* w Buriacji.

Zdjęcie nie jest podpisane, ale szybko znaleźliśmy obecne zdjęcie tego dacana – jest to dacan Tamczyński, (Гусиноозёрский-Тамчинский дацан), znajdujący się w rejonie Jeziora Gęsiego.

Dacan Tamczyński – fot 1913 St. Hrebnicki

Dacan Tamczyński – lipiec 2017, fot Aldar Badmaev

Aga Kaniewska zamieszcza też na swym blogu piękne zdjęcia wsi Tarbagataj (wsi staroobrzędowców), oraz okolicznych krajobrazów.

Poniżej ten rejon w fotografii z przed ponad wieku:

__________________

*Dacan – termin oznaczający buddyjskie uczelnie-klasztory w tybetańskiej tradycji Gelugpy (jedna z głównych szkół buddyzmu tybetańskiego, do której należy m.in. Dalajlama) położone w Rosji, szczególnie w Syberii Wschodniej. Z zasady, dacan posiada wydział filozoficzny oraz medyczny. Przed XX w. dacany istniały tylko w Buriacji i na Zabajkalu.

Barataria 41 Król się bawi

Ewa Maria Slaska

Królowie i książęta

Tematy baratarystyczne mnożą się jak nie przymierzając króliki w pewnej kampanii publicznej, a tu trzeba się cofnąć do wpisów sprzed miesięcy, kiedy to sugerowałam, że nowo obrany gubernator Baratarii jest karnawałowym królem. Pora na powrót do tematu jest jak najwłaściwsza, w Niemczech bowiem karnawał zaczyna się już 11 listopada (11.11.) o godzinie 11:11. Gdy więc cały świat obchodzi koniec I wojny światowej, a 60 tysięcy polskich nazistśw, nie zauważonych przez telewizję publiczną, wrzeszcząc, że “chcą Boga”, maszeruje bezkarnie ulicami Warszawy, pobłogosławionych uprzednio przez księży Kościoła Katolickiego, w Niemczech wkłada się na głowę głupawą czapeczkę a na nos głupawy czerwony nos i zaczyna się huczne świętowanie (bo to my w adwencie zabaw hucznych urządzać nie mamy, oni – a jakże, jak najbardziej urządzać je mają). I wybiera się, a jakże, karnawałowego króla. Stolicą niemieckiego karnawału jest Kolonia. A wygląda tam tak:

Króla wybiera się w Kolonii od zawsze, ale od roku 1823 nazywa się go nie królem (obraza majestatu) lecz Bohaterem karnawału. Pierwszy Bohater był Włochem, producentem słynnej wody kolońskiej 4711, i nazywał się Emanuel Ciolina Zanoli. Był też przedstawicielem Stowarzyszenia, które postanowiło poprawić obyczaje karnawałowe. Dotychczas “lepsze państwo” świętowało w pałacach i mieszczańskich kamienicach, a plebs szalał na ulicach, co zazwyczaj kończyło się burdami. Król-bohater miał połączyć zwyczaje i złagodzić obyczaje, wyprowadzić bogatych na ulice, a biednych okiełznać i utemperować. Nie zawsze się to udaje. Efekty widać do dziś – 11 listopada 2017 roku aresztowano 50 osób za wykroczenia i naruszanie porządku publicznego, a kilkadziesiąt upomniano za… nieuprawnione sikanie po kątach!

Termin karnawału jest nie tylko zabawą z lubianymi przez wszystkich, tzw. urodzinami miesiąca (11.11. o godz. 11:11), ale z uwagi na czas i rzymską historię założycielską miasta – przypomnieniem rzymskich Saturnaliów. Non semper Saturnalia erunt, mawiali starożytni Rzymianie i rzeczywiście w Rzymie Saturnalia trwały kilka dni, od 17 do 23 grudnia i to one wyznaczyły umowny wszak termin Bożego Narodzenia. Ale w Niemczech… w Niemczech jak się zaczęły 11 listopada, tak trwać będą do końca karnawału czyli śledzika. Dobre cztery bite miesiące zabawy!

Jak go zwał, tak go zwał, ale Bohater ubrany był zawsze jak król, nosił atłasowy płaszcz obszyty gronostajem, a na głowie miał i ma koronę z pawich piór, co sybolizować ma nieśmiertelność. W roku 1823 nie było jeszcze królowej karnawału, ale Bohaterowi towarzyszyła Dziewica-Założycielka (do roku 1924 jej rolę odgrywał zawsze mężczyzna, od prawie stu lat – różnie bywa, w tym roku to facet) czyli rzymska cesarzówna Julia Agryppina (to na jej cześć miasto zostało nazwane Kolonia Agrippa). W roku 1871 Bohatera nazwano Księciem, a dziewicę Założycielkę przemianowano na Pannę Wenecję. Od roku 1825 do Króla-Bohatera i Panny dołączył jeszcze chłop (Bauer) i tak jest do dziś – ta trójka poniżej to Kölner Dreigestirn, Koloński Triumwirat. Król jest szalony, chłop rubaszny, dziewica – milusia. Ale panna i chłop już to pojawiają się, już to znikają, a Król, nawet jeśli go przemianowano to na bohatera, to zaś na księcia, jest zawsze. Obiera się go jeszcze podczas przygotowań do karnawału, ale urzęduje dopiero od stycznia następnego roku. Tak wyglądali w roku 2005.

W tym roku królem został Michael Gerhold, literat, który rządzić będzie jako Michael II.

***
Drugim powodem, żeby powrócić dziś do tematyki karnawałowej, jest historia pewnej premiery. Król się bawi (fr. Le Roi s’amuse) – dramat Wiktora Hugo z roku 1832, pierwsze dzieło literackie zakazane przez cenzurę po francuskiej rewolucji lipcowej. Trwała ona trzy dni (od 27 do 29 lipca), udaremniła próbę powrotu do absolutyzmu dokonaną przez Karola X i zaprowadziła we Francji monarchię lipcową. Wieść o rewolucji lipcowej we Francji rozeszła się po całej Europie, zachęcając do walki przeciw porządkowi stworzonemu i strzeżonemu przez Święte Przymierze. W sierpniu wybuchła rewolucja belgijska, w listopadzie – powstanie przeciwko Rosji w Warszawie.

Król się bawi to historia intryg i miłostek na francuskim dworze w czasach króla Franciszka I, historia zakończona morderstwem. Sztuka miała wymowę głęboko antymonarchiczną i została zakazana w dzień po pierwszym wystawieniu 22 listopada 1832 roku w Komedii Francuskiej. Na przedstawieniu zebrała się spora grupa młodych sympatyków republiki, którzy po wyjściu z teatru śpiewali pieśni rewolucyjne.

Dramat Hugo wystawiono dopiero po 50 latach. Na jego podstawie Giuseppe Verdi napisał operę Rigoletto, którą o dziwo można było wystawiać również we Francji. Jednak przezorny librecista,  Francesco Maria Piave, zmienił imiona bohaterów i przeniósł akcję do Mantui. W przeciwieństwie do sztuki Wiktora Hugo operę zna każdy, choćby z jednej tylko arii – La donna e mobile!

Rozpropagowana współcześnie przez „Trzech Tenorów”, już przedtem wykonywana była jako numer popisowy, śpiewał ją między innymi Enrico Caruso. Pierwszym tenorem śpiewającym podczas światowej prapremiery (15 lutego 1845) w Teatro La Fenice w Wenecji rolę Księcia Mantui, a zatem i samą arię, był Raffaelle Mirate.

Wikipedia twierdzi, że aria w zestawieniu ze stylem życia księcia Mantui jest wyrazem libertynizmu. Książę Mantui wykonuje ją w gospodzie Sparafucila, zalecając się do jego siostry i wspólniczki w ciemnych interesach – Magdaleny. Rozwiązłość księcia obserwuje także Gilda, córka Rigoletta, której garbaty błazen chce pokazać prawdziwą naturę człowieka, w którym była zakochana.

Plakat z 22 listopada 1882 roku – pierwsze wystawienie sztuki Król się bawi po zniesieniu zapisu cenzorskiego.

***

Oczywiście król Francji w sztuce  Król się bawi i książę Mantui w operze Rigoletto to nie “nasz” karnawałowy król Sancho Pansa – w obu dziełach jest on jednak obecny. U Hugo to błazen Trybulet, w operze – tytułowy Rigoletto, błazen przechera, charakter złośliwy acz zarazem prawdziwy, ludowy, mądry, sprytny, a przy tym złośliwie i niesprawiedliwie ukrzywdzony, zabawka w ręku władcy.

Na zakończenie owa aria, jedna z najsłynniejszych arii na świecie – Kobieta zmienną jest. Luciano Pavarotti.

“Na saksy” oder als Senioren-Betreuerin in Deutschland zu arbeiten

Saksy ist ein Kurzwort und bedeutete ursprünglich Sachsen. Dorthin fuhren im 19. Jh (oder gingen auch) Menschen aus den armen Gegenden Polens (es war ein Land, das es wohlbemerkt im 19. Jh gar nicht gab), um zu arbeiten. Na saksy, nach Sachsen. Wie viele andere Polinnen und Polen macht es auch unsere Autorin. In der modernen Version fährt sie schon seit Jahren na saksy. Sie hat darüber drei Bücher veröffentlicht. Małgorzata Behlert übersetzte ein paar Kapitel des letzten Buches ins Deutsche und schickte es zu Ullstein, Knaur, Piper, Fischer… Es kam noch keine Antwort.

Łucja Fice

Hinter dem Kristalglas

Das Buch beginnt mit einer ziemlich ungewöhnlichen Danksagung.

DANKSAGUNG

Unendlich dankbar bin ich Frau Krystyna Kamińska für ihre wertvollen Bemerkungen, die ich mir sehr zu Herzen genommen habe. Bedanken möchte ich mich selbstverständlich auch bei meinem Mann, der meine häuslichen Pflichten übernimmt, damit ich mich dem Schreiben widmen kann. Des Weiteren bei den drei deutschen Damen, deren Eltern ich betreut habe: Angelika Fortmann aus Duisburg, Monika Kaufmann aus Hackenhaim, Helga Rauss aus Kapsweyer und ihrer ganzen Familie. Ich wurde bei ihnen mit Liebe und Verständnis behandelt. Ich weinte nicht, was darüber zeugt, dass ich mich in edler Gesellschaft befand und dass meine mühevolle Arbeit gewürdigt wurde. Es kam zwar vor, dass wir bei ideologischen Gesprächen nicht immer derselben Meinung waren, das macht aber nichts. Es geht ja darum, dass man sich “schön unterscheidet”. Ich begriff, dass wir alle Europäer sind. Dank der Achtung, die Ihr mir entgegengebracht habt und dank Eurer Geduld, mir die deutsche Sprache beizubringen, hat sich meine Meinung über Euch, die Deutschen total verändert. Und in der Vergangenheit war es unterschiedlich. Meine historisch zu rechtfertigende Abneigung stammte noch aus dem elterlichen Haus und aus der Schulzeit. Es sind alte Zeiten, die zum Glück nie wieder kommen werden. Heute beobachte ich die jungen, einander freundlich gesinnte Menschen und… ich finde es schön. So wurde ich auch und habe es Euch zu verdanken.

PROLOG

In Deutschland fühle ich mich wie in der Schule, wo man mir das Bügeln, Einräumen, Saubermachen, Putzen und Kochen aufs Neue beibringt, aber diesmal auf Deutsch. Die Häuser, in welchen ich arbeite, dienen mir als Vergrößerungsgläser, mit welchen ich die letzten Lebenstage meiner Schützlinge beobachte. Ich entdecke immer diesen Fremden in mir. In vielen Häusern fühlte ich mich wie ein Schatten, den die Familie einfach passierte, ohne ihn wahrzunehmen, jedoch habe ich überall die Spuren meiner Arbeit zurückgelassen. Momentan klettere ich immer noch nach oben und versuche, den Weg nicht zu verfehlen. Ich sehe mich um. Sehe Spuren vor mir und hinter mir. Nach fünf Jahren Arbeitstourismus in Deutschland fühle ich mich wie ein abgebranntes Stück Kohle. Meine Wärme schenkte ich den Alten, den Leidenden. Die Notwendigkeit, Geld für ein würdiges Leben zu verdienen, hat meinen Charakter geschliffen. Ich weiß! Meine Taten haben keine Bedeutung. Diese Reisen, um jemanden zu pflegen, waren auch Reisen ins UNBEKANNTE, denn ich bin immer nach etwas Neuem aus.

Meine Wanderungen durch die deutschen Länder, vom Norden nach Süden, sind wie das Suchen eines Brunnens am Ende der Welt. Ich möchte diese Welt bewundern. Reisen bilden nicht nur. Reise machen auch müde.

ILONA

Und so lang du das nicht hast,
Dieses: Stirb und werde!
Bist du nur ein trüber Gast
Auf der dunklen Erde.

Irgendwo, im Unterbewusstsein hatte ich das Gefühl, als ob Ilona wüchse, zu einer anderen Ebene emporschweben würde und als ob meine warmen Wangen ihre Sehnsucht zum Schmelzen gebracht hätten. Ich hatte den Eindruck, sie wolle mir das Glück stehlen, von dem ich selbst gar nicht so viel hatte.

“Von wem ist das?”, fragte ich neugierig, als ich wieder zu mir kam. Sie schien in diesem Moment viel älter, lebensmüde, ermattet, gealtert zu sein.

“Gabi! So belesen, wie du bist, schon nach den Büchern auf der Bank urteilend. Hast du nie von Goethe gehört?”

Ich war baff. Musste mich konzentrieren. Ich wusste nun nicht, was ich von dieser Frau halten soll, aber das schönste an Menschen ist für mich, dass ich sie jeden Tag neu entdecken kann und niemals erfahre, wer sie wirklich sind. Ich liebe dieses Geheimnisvolle an den Menschen und die Überraschungen, die in ihnen verborgen liegen. Womit wird mich wohl diese Frau noch überraschen?

“Ich kenne ein anderes Gedicht von ihm”, revanchierte ich mich.

“Na, sag schon! Welches?”, sie schaute mich wie hypnotisiert an.

„Glaube mir, in jedem Menschen liegt ein schönes Wesen verborgen. In einem Lehmklümpchen verstecktes Goldklumpen.”

“Von wem stammt das?”, fragte Ilona neugierig.

“Du kennst Goethe und diesen schönen Spruch kennst du nicht?“

Ilona dachte nach, als wäre sie mit diesem schönen Wesen, das sie in sich trug, eines geworden. Ich schubste sie.

“Das tut och weh!” Der starke Schubs, den ich ihr verpasst habe, hat sie auf die Erde zurückgebracht.

“Wir gehen zu Adolf.”

“Wer ist den dass?”, fragte ich.

“Das ist die Kneipe von diesem Kerl, von dem ich dir erzählte. Geschlafen habe ich noch nicht mit ihm, aber eines Tages, wenn ich mir einen ansaufe, werde ich ihn ran nehmen. Was soll’s? Ich hatte so viele Kolben in mir drin, dann verkrafte ich auch ihn.”

Ich entgegnete nichts, ließ es kommentarlos stehen. Ich begann, mich vor dieser Bekanntschaft zu fürchten, langsam bereute ich es, diese Frau überhaupt kennengelernt zu haben.

“Was liest du denn da, du Dussel? Hast du nichts Besseres zu tun?” Sie warf die Bücher um sich, als seien es verdorbene Fleischsstücke. Sie schenkte sich wieder ein und trank alles in einem Schluck, während ich nur nippte.

“Warum schleppst du diese dicken Wälzer mit? Erstens sind sie schwer und zweitens brauchen sie viel Platz.”

“Wieso? Magst du die dünnen, ballaststoffreichen lieber?”, fragte ich etwas gereizt.

“Nicht ganz. Aber ich ziehe den Inhalt der Form vor.”

“Also Krimis?”

“Also auch Schmöker”, lachte Ilona höhnisch, dann wurde sie aber ernst und korrigierte sich schnell.

“Da mag ich Dostojewski lieber. Ist wenigstens Schonkostliteratur und keine schweren, fetten Fosters, kein literarischer Brei.”

Meine Meinung über diese Frau schwenkte voll um. Wer ist sie? Jetzt war es die einzige Frage, die ich mir stellte.

Unerwartet ließ sie mich wissen, dass sie über großes Wissen verfügt und ich war verblüfft. Wo mag sie es denn gewonnen haben? In dem Augenblick, als ich traurig, stutzig und argwöhnisch war, sprühte sie vor Verachtung für alles. Irgendetwas Unerklärbares steckte in ihr.

“Trink doch, zum Teufel! Lass uns gehen!” Ihre schrille Stimme ging mir auf die Nerven.

Ich fühle mit allen Sinnen, wie ihre Aggression und Unduldsamkeit tosen. Mir schien, sie macht mich gleich zum Plasma. Manche müssen gar nicht sprechen, man erkennt schon an ihrer Denkweise, dass sie schrecklich lispeln.

“Ich gehe und sage der Omi, dass ich mit einer Freundin aus Polen ausgehe, vielleicht kann sie’s verstehen.”

Ich kam lächelnd zurück. “Ich hab’ eine Stunde!” Ich rieb mir vor Freude die Hände.

Ilona ließ ihr Rad vor dem Haus stehen. Ich lief ihr hinterher. Ihr dichtes, schwarz gefärbtes Haar war hinten mit Spangen und Haarklemmen festgehalten. Sie trug einen Top mit Nudelträgern und einen Minirock. Ihren Hals schmückten Perlen und Anhänger, die teils ins Dekolletee rutschten und teils auf ihrem Rücken landeten. Am rechten Unterarm klirrte eine Armreifenkollektion.

“Billiger Schmuck, billige Person”, dachte ich insgeheim. Woher kam die denn angeflogen? Diese Anhänger passten zu ihr, ungefähr wie der Sattel zu einer Kuh. Ich hätte beinahe laut losgelacht. Das Glas Wein hat mich erheitert.

Gut, dass es solche Menschen gibt, sie machen die Welt bunter. “Vielleicht bin ich auch anders, nur will ich das nicht zeigen? Ich achte auf Prinzipien und guten Ruf. Vielleicht bin unnatürlich, vielleicht täusche ich was vor, vielleicht möchte ich so hemmungslos sein, wie diese Frau”, spann ich meine Gedanken weiter.

Nein! So ist es nicht! Ich mag mich und auch wenn nicht alles echt ist, mag ich diese Trugbilder und ich werde mit diesen Trugbildern sterben. Ich latschte Ilona wie ein zahmes Lahm nach. Wir betraten das Lokal. An den Tischen saßen rund ein dutzend Personen, sie aßen, tranken und lachten laut, wie es die Deutschen halt tun. Wir setzten uns an einen freien Tisch. Ilona kramte einen Kamm hervor, löste ihr Haar auf und kämmte es. Die Spangen und Klemmen breitete sie auf dem Tisch aus. Es kam mir vor, als wolle sie auf diese banale Weise ihre Überlegenheit über die anderen Gäste zeigen. Ich sah die merkwürdigen Blicke, mit welchen der Barkeeper die Polin bedachte. Er hatte rotes, gekräuseltes Haar und blaue Augen, muskulöse, sehnige Arme und war nicht älter als fünfunddreißig. Er erinnerte mich an Nero. Um einen seiner Vorderarme wand sich eine Schlange. Mit diesem Tattoo sah er wie ein von einem Plakat heruntergekratzter Bodybuilder aus. Er machte keinen guten Eindruck auf mich. Er zog Ilona mit seinen betatschenden Blicken aus. Als sie so breitbeinig dasaß, wurde ihr kurzer Rock noch kürzer, so dass man ihren Slip sehen konnte. Sie schaukelte unbefangen auf dem Stuhl, zog ihren Rock noch höher und exhibierte ihre Oberschenkel. Dann zog sie ihre Bluse aus. Sie hatte ein schmuckes Korsett darunter, aus dem ihre großen, vanilleeisähnlichen Brüste hervorquollen. Durch den Wein ermuntert, wurde sie vom wilden Begehren gepackt. Sie schaute die Gäste an, als sei sie sicher, dass sie bewundert werde. Ich saß reglos da und wartete nur darauf, dass sie mir Referenzen über ihre Sexualität abverlangt. Ich schaute zum Barkeeper hin. Er stand wie hypnotisiert da und geiferte wie der Pawlowsche Hund.

“Zwei Bier bitte und Kaffee für mein Freundin und zwei Flaschen Wein, roten Wein.”

Der Barkeeper winkte ein junges Mädchen heran, das im Nu an unserem Tisch erschien.

“Ich zahle. Ich hab’ dem Alten fünfzig Euro abgerungen, fuck. Eigentlich wollte ich’s meinen Töchtern schicken, die sollen sich aber verpissen und selbst ihr Leben meistern, wie ich einst”, sagte sie auf Polnisch.

Sie begann von ihrer Jugend, von der kranken Mutter und vom Vater zu erzählen, der nie ausnüchterte. Sie sprach laut und brach immer wieder in Gelächter aus. Der Deutsche vom Tisch gegenüber schielte auch gierig unter ihren Rock. Die jungen Gäste grinsten vielsagend. Ich versuchte unverbal kenntlich zu machen, dass ich nicht dazugehöre, dass ich rein zufällig hier bin. Ilona war bereits volltrunken, sie schoss wie die Dicke Bertha mit fetten Wortgranaten umher, sie schimpfte auf das Leben und auf diesen ganzen Pflegescheiß, gestikulierte, krempelte ihren Rock hoch, entblößte ihren Busen. Es wurde peinlich. Nach den wenigen Weingläsern, die ich intus hatte, fühlte ich mich nicht betrunken, aber ich war schon angetütert und für mich war Ilona ein obszöner Regenwurm, an dem die Augen aller Kneipengäste kleben bleiben.

“Schau nur zu, Gabi, wie diese deutschen Psychos uns beobachten, als hätten sie nie eine besoffene und ausgezogene Frau gesehen, ha, ha, ha, ha… Ich will jetzt nur noch lachen. Saufen und lachen.” Sie stand auf und straffte ihren viel zu kurz geratenen Rock. Die Augen der Männer am Nebentisch waren voller wallender Begierde.

“Na, ihr Guten? Noch nie Kleopatra gesehen?”, diesmal sprach Ilona Deutsch. “Eure Frauen, eure Geliebten und die dicken Berthas, die euch überhaupt nicht anmachen… Na, wer will mich denn? Ich lecke euch alle ab und… sie streifte das Korsett weiter runter und entblößte ihren Busen ganz. Das Verhalten Ilonas, ihre ganze Säufermanier, von ihren vulgären Sprüchen abgesehen, war einfach widerwärtig.

“Ilona! Ich muss jetzt nach Hause!”, sagte ich etwas verlegen. Ich fühlte nicht nur Scham, ich hatte auch Angst davor, was gleich passieren könnte. Außerdem fühlte ich mich öffentlich gedemütigt, am liebsten wäre ich zu einem Krümelchen zusammengeschrumpft. Ilona drehte sich betrunken um ihre eigene Achse, schrie etwas auf Polnisch und hielt ihre nackten Brüste mit den Händen zusammen. „Hört einmal zu, ihr deutschen Psychos, den wir, Polinnen, die Ärsche putzen, wenn ihr alt werdet, deutsche Scheiße einatmen und eure Buden sauber halten, ihr… ihr… deutschen Versager. Guckt euch meine Freundin an, eine Polin, sie tut wie eine Heilige und lässt sich von euren Landsleuten für schäbige tausend Euro manipulieren, … ha, ha, ha.”

“Soll ich das auch deutsch wiederholen?”, schrie sie aus voller Kehle Richtung Theke.

“Ilonka! Lass uns hier verschwinden, hab’ Erbarmen!”, flehte ich sie an.

“Wohin? Schlafen? Ich schlafe nicht, ich flattere über den Erdball, hin und her. Hört zu, ihr Deutschen! Diese Pflegerin muss zurück in irgendjemandes Haus, in ein Gefängnis”, schrie sie auf Deutsch. „Ich muss nichts, ich scheiße auf alles“. Sie setzte sich kurz auf den Stuhl, weil ihre Beine versagten, sie wankte. Sie benahm sich, als wolle sie unbedingt einen Skandal heraufbeschwören.

“Hei! Gabi!”, grölte sie. Die Gäste guckten erschrocken. “Diese Alten tun doch mit dir, was sie wollen. Du tust mir leid, dass du dich so herumkommandieren lässt. Mich wird keiner manipulieren. Ich tu, was ich zu tun habe und die Abende gehören mir.”

Ich schrumpfte regelrecht zusammen. Ich fühlte mich wie Plasma, übrig blieben nur Moleküle. Ich wollte hier raus. Ilona saß vor mir wie ein unheimliches Wesen aus dem Kosmos, wie ein Alien, lachend und gallebittersten Sarkasmus versprühend. So erschien sie mir jedenfalls. Ich nahm an, sie hat sowieso nicht alles gesagt. Während sie lachte und diesen dämlichen “Vortrag” hielt, analysierte ich im Hinterkopf die Lage und ordnete meine von ihr durcheinandergebrachten Gedanken. Eigentlich wollte ich nichts sagen, trotzdem schoss es aus mir heraus:

“Weißt du was? Du bis widerwärtig. Du hast den Deutschen zu verstehen gegeben, dass du eine Spermabüchse bist und eine Fotze anstatt Gehirn hast. Wir gehen nach Hause!”

“Ach so! Und deine alte Fotze ist ein Geschwür. Keiner zeigt Interesse für dich!”, zischte sie wie eine Schlange, die zufrieden ist, dass sie ihre Beute lahmlegen konnte.

“Noch ein Wort und ich verpasse dir eine perfekte Tracheotomie”, ich sparte auch nicht mehr mit Worten.

Diese wenigen Worte waren ein genialer taktischer Zug, denn obwohl sie mich mit einem Lurchblick anschaute, habe ich mein Ziel erreicht. Sie schrak auf. Trotz der Demütigung warf ich ihr einen besorgten Blick zu und schaute mich im Raum um. Das Blut wich langsam von meinem Gesicht. Ich spürte die Spannung der Gäste. Bis Ilona meiner Bitte folgte, vergingen etwa zehn Sekunden. Ich schaute zum Barkeeper. In seinen Pupillen lag keine wallende Begierde mehr, sie sprühten vor Zorn. Er rief jemanden vom Handy an. Sicherlich die Polizei. Ich wusste nicht, ob ich bleiben oder fliehen soll, bis ich begriff, wie hoffnungslos die Lage war. Ich verachtete diese Frau, obwohl ich vermutlich dem kläglichsten Augenblick ihres Lebens beiwohnte.

Ich lief ihr nach. Sie hielt eine Weinflasche unterm Arm, zappelte und zitterte merkwürdig am ganzen Körper. Ich lief ihr hinterher. Plötzlich fiel die Flasche auf den Boden und rollte klirrend die Treppe herunter. Ich drehte mich um und breitete meine Arme aus. Ich wollte die Deutschen auf diese Weise wissen lassen, dass ich keine Schuld trage. Ilona taumelte und fiel gleich hinter der Tür hin. Sie hielt sich am Geländer fest, versuchte ihren Körper hoch zu hieven und sich aufzurichten. Das Geräusch reißenden Stoffes machte mich sofort frisch. Ich wollte unbedingt vermeiden, dass meine Sprache oder mein Gang verraten, dass ich auch angetrunken bin. Ich bemühte mich also, auf der Treppe stramm zu stehen. Der Adrenalinspiegel in meinen Venen war so hoch, dass er den Schmerz Ilonas hätte lindern können. Ein Junger Deutscher trat aus der Kneipe und brüllte:

“Ruft die Polizei! Wer ist denn diese Frau?”

Ich versuchte, Ilona festzuhalten, aber sie entglitt meinen Händen wie ein Spulwurm. Das, was da drin geschehen ist, war Beleidigung pur, für mich und für alle Anwesenden. Ein wenig an das Verhalten meiner Landsleute im Ausland gewöhnt, fasste ich mich wieder und sah Ilona nach einem Augenblick nicht als einen Vampir an, sondern als eine Frau, die ihre Ängste mit Alkohol zu heilen versuchte, die im Trinken nach Halt suchte. Ich begriff, dass ihr Auftritt, dieses Schauspiel, Selbstverteidigung war. Oder vielmehr eine Verteidigung vor sich selbst. Ilona stand auf. Ihr Rock war zerrissen, ihr Knie wund. Das schäbige Schauspiel war vorbei.

“Wie kommst du jetzt nach Hause? Du kannst doch nicht aufs Rad steigen!”, ich bemühte mich, meine Aggression im Zaum zu halten und ruhig zu sprechen.

“Belehre mich nicht, blöde Kuh!”

Ich schwieg. Ich hatte Angst, etwas zu sagen. Ich erklärte es mir so, dass die dunklen Aspekte des Lebens verschiedene Reaktionen hervorrufen. Ein Glück, dass sie mich nicht anzubellen begann. Ich lächelte zaghaft und wusste, dass das Trinken einen unendlichen Schmerz dieser Frau lindert. Wir bogen in eine Gasse ein. Ilona konnte sich kaum auf den Beinen halten. Die Gegend sah um diese Uhrzeit nicht besonders verlockend aus. Ich fasste sie am Arm. Sie begann abwechselnd zu quasseln und schweinische polnische Lider zu singen. Für mich klangen alle Laute, die aus ihrer Kehle kamen wie pures Lallen. Ich sagte nichts. Nur so konnte ich ihren Angriff vermeiden. Wir waren angekommen. Ich sah Elvira am Fenster stehen. Sie schrie: “Ich lasse dich nicht rein. Alle Türen sind abgeschlossen.” Ich sah, wie sie von diesem rot beleuchteten Fenster auf die betrunkene Ilona herunterschaut, als sähe sie den Teufel selbst. Ilona stieg auf ihr Fahrrad und fuhr im Zickzack weg. Und mir gelang es, irgendwie in den zweiten Stock zu schleichen.

Am nächsten Morgen, beim Frühstück sagte Elvira höhnisch: “Das Säufergeschrei war fürchterlich, zum Erschrecken. Super Freundinnen hast du da.”


Während einer Buchpräsentation (auf Polnisch) spielten Schauspielerinnen vom Osterwa-Theater in Gorzów (Landsberg an der Warthe) eine kurze Szene aus dem obigen Kapitel. Bogumiła Jędrzejczyk als Gabriela und Beata Chorążykiewicz als Ilona. Gorzów, 7. November 2017.

Reblogi na cztery nogi czyli Gurlitt i Siemiradzki…

Newsweek

Nie tylko Siemiradzki. Jak wygląda walka o odzyskanie słynnych polskich obrazów?

“Taniec wśród mieczów” – Henryk Siemiradzki

Obraz zaginiony od II WŚ nagle się pojawił na aukcji wystawiony przez niemieckiego kolekcjonera…// Dieses herrliche Gemälde von bekanntem, polnischen Maler, Henryk Siemiradzki war seit dem II WK in Polen verschollen… Jetzt wird es plötzlich von einem deutschen Sammler zum Kauf angeboten… Beutekunst?


Marta Grzywacz 10.11.2017

Ministerstwo ma tylko trzy tygodnie na zablokowanie sprzedaży w Londynie zaginionego w czasie wojny obrazu Siemiradzkiego „Taniec wśród mieczów”. Prywatny niemiecki kolekcjoner chce go sprzedać za kwotę od 80-120 tysięcy funtów czyli 400-600 tysięcy złotych. Siemiradzki był celebrytą – Sienkiewicz zainspirowany jego „rzymskimi” obrazami napisał „Quo Vadis”.

***

Lato 1939 r: Warszawiacy tłumnie zmierzają do Zachęty na wystawę dzieł Henryka Siemiradzkiego, ulubionego malarza Polaków i Rosjan. I jedni i drudzy uważają go za swojego. Rosjanie, bo urodził się jako syn Hipolita Siemiradzkiego, carskiego oficera w Charkowie, Polacy – bo jego matka, Michalina z Prószyńskich, wychowywała go w tradycji własnego kraju, a poza tym sam Siemiradzki chętniej przyznawał się do polskich korzeni.

Na wystawie prezentowany jest między innymi „Taniec wśród mieczów” – scena ze starożytnego Rzymu, namalowana przez Siemiradzkiego już po jego osiedleniu się we Włoszech.

Siemiradzki stworzył cztery wersje tego obrazu, które różnią się rozmiarem i drobnymi szczegółami, ale temat jest ten sam: naga kobieta na tarasie willi tańczy pomiędzy sześcioma wbitymi w ziemię krótkimi, rzymskimi mieczami, przygrywa jej kobiecy tercet, obserwujący taniec mężczyźni piją wino, a w tle widać zatokę, którą otaczają łagodne, górskie szczyty. Najmniejsza rozmiarem wersja „Tańca…” widziana jest wówczas publicznie w Polsce po raz ostatni. Wkrótce obraz zaginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Zniszczony wybuchem bomby? A może zagrabiony przez Rosjan lub Niemców,

Nie byłoby w tym nic dziwnego. Grabili i jedni i drudzy z tym, że naziści byli do tego wyjątkowo dobrze przygotowani. Na kilka lat przed wojną do Polski przyjeżdżali niemieccy i austriaccy historycy sztuki i muzealnicy, którzy pod pretekstem współpracy z polskimi kolegami po fachu katalogowali cenne dzieła, żeby potem łatwo je było zlokalizować i wywieźć. Kiedy więc we wrześniu 1939 r. do Polski wkroczyła regularna niemiecka armia, tuż za nią podążały zastępy wykształconych złodziei gotowych kraść wszystko, co wpadnie im w ręce.

Siemiradzki w Londynie: To ten sam!

Kilka tygodni temu Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego dostało informację, że „Taniec…” Siemiradzkiego pojawił się na aukcji Sotheby’s w Londynie. Prywatny niemiecki kolekcjoner chce go sprzedać za kwotę od 80-120 tysięcy funtów czyli 400-600 tysięcy złotych. Dzieło otrzymał od rodziców, którzy mieli je kupić w 1960 r. Aukcja zaplanowana jest na 28 listopada, Ministerstwo podjęło więc kroki, żeby ją zablokować i odzyskać obraz. Jesteśmy niemal pewni, że to ten sam, który był wystawiony w Zachęcie w 1939 r. i należał do polskich zbiorów – mówi rzeczniczka MKiDN Monika Pętas-Kurek, i liczy, że to się uda, bo Sotheby’s nie odmawia współpracy z polskim MKiDN.

Siemiradzki – celebryta

Henryk Siemiradzki jest po Tamarze Łempickiej najdroższym polskim malarzem. Od jego śmieci w 1902 r. minęło w sierpniu 115 lat, tymczasem w latach 2002-2012, pięć jego obrazów sprzedało się za kwotę 7 mln dolarów.

Tryumfalna kariera Siemiradzkiego rozpoczęła się w Rzymie, gdzie malarz osiedlił się w 1872 r. Nie miał zamiaru opuszczać na zawsze Warszawy, chciał tylko zobaczyć Wenecję, Weronę, Florencję i wybuch Wezuwiusza w Neapolu. Ale gdy odwiedził Rzym, nagle poczuł, że dotarł do kresu podróży. Jak wspomni po latach jego córka Wanda: „Oprócz Rzymu nic się już nie liczyło, to był jego świat. Jego powołanie jako artysty”. Malarza od początku fascynował antyk i życie Rzymian w czasach wczesnego cesarstwa. I to właśnie ten okres pokazał w serii czterech obrazów „Taniec wśród mieczów” (1897-1880), w „Antoniuszu i Kleopatrze”, czy „Pochodniach Nerona”. W swoich pracach sięgał też do tematyki starożytnej Grecji, mitologii, motywów biblijnych.

Siemiradzki mieszkał początkowo w samym centrum Rzymu, przy Placu Hiszpańskim, ale dwa lata później, już po ślubie ze swoją 18-letnią kuzynką Marią Prószyńską, wybudował willę na przedmieściach, przy położonej na wzgórzu ulicy Via Gaeta, skąd miał widok na dachy rzymskich kamienic i Góry Albańskie, widoczne na wielu jego obrazach. Uznanie jakim darzyli go wielbiciele sztuki sprawiło, że stał się celebrytą swoich czasów. Jego salon odwiedzały słynne postaci epoki: Ignacy Jan Paderewski, królowa Włoch Małgorzata, brat cara Rosji, wielki książę Paweł czy Henryk Sienkiewicz, który, zainspirowany „rzymskimi” obrazami malarza, napisał „Quo Vadis”. Koronowane głowy przychodziły też na wystawy Siemiradzkiego w stolicach Europy, akademie sztuk pięknych przyznawały mu honorowe członkostwa, a międzynarodowe wystawy sztuki obsypywały nagrodami.

Nigdy nie stracił więzi z Polską

W 1879 podczas krakowskiego jubileuszu Józefa Ignacego Kraszewskiego ofiarował „narodowi polskiemu” swój monumentalny obraz „Pochodnie Nerona”, inicjując tym samym utworzenie Muzeum Narodowego w Krakowie. 15 lat potem Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie dostał od niego kurtynę – olejny obraz na płótnie rozciągniętym na drewnianym blejtramie, który do dziś otwiera i zamyka przedstawienia. Teraz jest szansa, że do Polski wróci kolejne dzieło mistrza – utracony w czasie wojny „Taniec wśród mieczów”.

Gigantyczna skala grabieży

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które gromadzi dane na temat dzieł sztuki zaginionych podczas II wojny światowej szacuje, że na skutek zniszczeń i grabieży straciliśmy około 500 tysięcy bezcennych zabytków, w tym takich mistrzów jak Rafael, Breughel, van Dyck, Matejko, Malczewski, Kossak i Wyspiański. Ich wartość sięga 11,4 mld dolarów.

O ich odzyskanie zaczęto walczyć już w czasie wojny. W Londynie, przy Ministerstwie Prac Kongresowych powstało Biuro Rewindykacji Strat Kulturalnych, którym kierował polski historyk sztuki Karol Estreicher. W oparciu o własną wiedzę, a także raporty muzealników, bibliotekarzy i archiwistów przesyłanych do Londynu za pośrednictwem AK opracował „Katalog Strat Kultury Polskiej pod okupacją niemiecką 1939-1944”, który miał stanowić podstawę przyszłych polskich roszczeń. On też uporczywie poszukiwał cennych dzieł zrabowanych przez nazistów. W efekcie, 30 kwietnia 1946 r. do Krakowa, w 26 wagonach przyjechały odnalezione w Niemczech polskie zabytki, wśród nich ołtarz Wita Stwosza, obrazy Canaletta, czy „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci. Po powrocie do kraju Estreicher odbył jeszcze kilka podróży rewindykacyjnych, zawsze przywożąc ze sobą zagrabione dzieła, ale wraz z opadaniem żelaznej kurtyny rewindykacja stawała się coraz trudniejsza. W końcu, w latach 50 uznano, że jego biuro nie ma już racji bytu i zlikwidowano je.

Do sprawy grabieży dzieł sztuki wrócono w 1992 r. W MKiDN powstał wówczas zespół nazwany Wydziałem Strat Wojennych, który na powrót zaczął poszukiwania, w myśl przepisów, że grabież dóbr kultury się nie przedawnia.

Jak szukać?

Jednak jak szukać zagrabionych dzieł kilkadziesiąt lat po ich zaginięciu? Obserwować rynek sztuki – odpowiada MKiDN. Każdego dnia pracownicy Wydziału Strat Wojennych sprawdzają obiekty wystawione na sprzedaż w 4500 domach aukcyjnych w 72 krajach, które tylko w ubiegłym roku wystawiły na sprzedaż 938,000 dzieł sztuki. Analizują też uważnie wszystkie informacje napływające od muzealników, konserwatorów, historyków i pasjonatów sztuki. A przede wszystkim próbują zaangażować w poszukiwania zwykłych obywateli. Dlatego w maju 2016 r. powstała aplikacja telefoniczna ArtSherlock, która umożliwia automatyczne rozpoznawanie dzieł sztuki z dziedziny malarstwa, rysunku i tkaniny, zrabowanych z polskich zbiorów podczas II wojny światowej. Obiekty można weryfikować w dowolnym miejscu i czasie.

Czasem jednak, żeby trafić na ślad zaginionego dzieła potrzeba trochę szczęścia albo dobrej woli ze strony obecnego posiadacza. Jak w przypadku żony amerykańskiego dyplomaty, która zwróciła kupioną kiedyś przez męża martwą naturę gdy dowiedziała się, że jest to strata wojenna. W efekcie obraz „Bukiet kwiatów” holenderskiego malarza Jacoba van Walscapelle od 2001 r. znowu wisi w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Biurko z pałacu w Wilanowie dostrzegli pod koniec 2014 r. uczestnicy projektu badawczego „Daphne” poświęconego m.in. inwentaryzacji eksponatów. Prowadziły go Państwowe Zbiory Sztuki w Dreźnie. Uwagę badaczy zwróciły ślady papierowych etykietek na meblach, nawiązali więc kontakt z Muzeum Pałacu, a gdy własność dzieła się potwierdziła, w lutym 2016 r. land Saksonii zwrócił je Polsce.

Aresztować ten obraz!

Bywa i tak, że dzieło trzeba „aresztować”. Pewnego dnia ktoś zadzwonił do Muzeum Narodowego w Warszawie z informacją, że chciałby pośredniczyć w sprzedaży obrazu. Z nadesłanych zdjęć wynikało, że może to być zaginiona w czasie wojny „Pomarańczarka” Aleksandra Giermyskiego.

Wydział Strat Wojennych przez jakiś czas prowadził z ewentualnym pośrednikiem korespondencję, ale po jakimś czasie kontakt się urwał. Polska strona poprosiła o pomoc policję, jednak interwencja nie poskutkowała. Tymczasem obraz pojawił się na aukcji, w małym, prowincjonalnym miasteczku Buxtehude pod Hamburgiem, gdzie niezależnie od siebie zauważyło go kilku prywatnych kolekcjonerów sztuki. Dom aukcyjny, a raczej antykwariat, nie chciał jednak negocjować z polskim MKiDN twierdząc, że posiadaczka obrazu odziedziczyła go po babce, która w 1948 r. wyszła za mąż za przemysłowca i kolekcjonera z Duesseldorfu. Do aukcji pozostały dwa dni. Polska strona zwróciła się więc do niemieckiego adwokata Petera Raue, który specjalizował się w szybkim zajmowaniu mienia i natychmiast uzyskała decyzję sądu niemieckiego o zatrzymaniu sprzedaży. „Pomarańczarka” wróciła do Polski w 2011 r.

Trudno było też o zwrot dwóch obrazów Juliana Fałata „Naganki na polowaniu w Nieświeżu” i „Przed polowaniem w Rytwianach” zrabowanych w czasie II wojny światowej z Zachęty i wystawionych w 2006 r. na aukcji w Nowym Jorku. MKiDN udało się powstrzymać ich sprzedaż, ale żeby obrazy zwrócono Polsce, trzeba było prosić o pomoc federalną agencję dochodzeniową Immigration & Customs Enforcement. ICE przejęła oba dzieła i dopiero gdy zakończyła dochodzenie w ich sprawie, decyzją amerykańskiego sądu, w 2011 r. obrazy wróciły do Polski.

Meklemburska klempa

Z upływem czasu odzyskiwanie zagrabionych dóbr kultury jest więc coraz trudniejsze. Powodzenie w dużej mierze zależy od tego czy dane dzieło znajduje się w zbiorach publicznych jakiegoś kraju, czy w rękach prywatnych. W tym pierwszym przypadku negocjacje odbywają się na szczeblu rządowym. MKiDN przygotowuje wniosek o restytucję, w którym musi udowodnić, że zabytek należał do polskiej kolekcji, i przedstawić w jakich okolicznościach został utracony. A potem czekać na decyzję władz strony przeciwnej. Jeśli posiadacz dzieła jest osobą prywatną, sprawa jest jeszcze trudniejsza. Kilkadziesiąt lat po wojnie nie ma już tych co kradli, są tylko ich spadkobiercy, albo osoby, które kupiły dany zabytek na rynku i często nie chcą go zwrócić.

Na początku roku syn Otto Wächtera gubernatora dystryktu krakowskiego, Horst Wächter zdecydował się oddać Polsce trzy dzieła wywiezione pod koniec wojny przez jego rodziców: akwarelę Julii Potockiej przedstawiającą Pałac Potockich pod Baranami, XVIII-wieczną mapę Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a także rysunek renesansowego Krakowa. Podczas okupacji Krakowa, jego matka Charlotte Wächter – nazywana przez krakowian złośliwie „meklemburską klempą”, przychodziła do Muzeum Czartoryskich w nocy, żeby nikt jej nie przeszkadzał i przyświecając sobie latarką, wyszukiwała co cenniejsze dzieła do dekoracji swojego mieszkania w kamienicy „Pod Baranami”, a przed końcem wojny zabrała je do Niemiec.

W latach 2011-2016 udało się zakończyć 24 postępowania restytucyjne i odzyskać 23 dzieła. To znakomity wynik – mówi MKiDN. Do Polski wróciły m.in. „Murzynka” Anny Bilińskiej-Bohdanowicz, „Św. Iwo wspomaga biednych” – dzieło Jacoba Jordaensa, rokokowy stolik z kolekcji Stanisława Augusta w Łazienkach i obraz Francesco Guardiego „Schody Pałacowe”, zrabowane przez gubernatora części okupowanych ziem polskich Hansa Franka w Warszawie.

Utracony Rafael?

To wszystko mało – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli w swoim raporcie z 2016 r. I wylicza, że wartość odzyskanych dzieł sięga 7,3 mln zł, a koszty poniesione w związku z ich odzyskiwaniem – czyli pensje prawników, delegacje, zewnętrzna obsługa prawna, koszty pozyskania dokumentacji czy odbitek fotograficznych wyniosły 1,16 mln.

To bardzo niewielka kwota – mówi rzeczniczka MKiDN, Monika Piętas – Kurek, tym bardziej, że rachunek ekonomiczny nie może nas powstrzymać przed próbą odzyskania dzieła, bo oprócz wartości materialnej zabytki mają znaczenie dla kultury, artystyczne i historyczne. Piętas-Kurek podkreśla przy tym, że MKiDN nigdy nie wykupuje dóbr kultury, które zostały zagrabione wskutek wojny. Dlatego starania o zwrot niektórych zabytków trwają wiele lat. W nielicznych skrajnie niekorzystnych sytuacjach wypłacana jest rekompensata kosztów konserwacji lub ułamek kwoty, za którą nabywca dokonał zakupu. Zanim jednak rekompensata zostanie wypłacona, polska strona musi mieć pewność, że posiadacz dzieła kupił je w dobrej wierze, nie wiedząc, że pochodzi z kradzieży. Kwotę rekompensaty pokrywają sponsorzy.

Spośród zarejestrowanych w bazie danych 63 tysięcy zaginionych w czasie wojny dóbr kultury, udało się odzyskać 360 obiektów. Jednak większości z nich już nigdy nie zobaczymy, bo nie zostaną odnalezione – zostały zniszczone lub ukryte, albo też nie będziemy mieć wystarczających dowodów, że pochodziły z polskich kolekcji. Zachowane opisy są często zbyt fragmentaryczne, aby udało się nam udowodnić nasze racje – mówi rzeczniczka MKiDN.

Symbolem tych utraconych i wciąż nie odzyskanych dzieł stał się “Portret młodzieńca” Rafaela Santi, także wywieziony przez Hansa Franka z Krakowa, z Muzeum Czartoryskich. Twarz młodego mężczyzny w czarnym berecie widnieje na stronie Wydziału Strat Wojennych, w informatorach muzealnych, w aplikacji ArtSherlock, na widokówkach. „Portret młodzieńca” jest jednym z najbardziej znanych obrazów w polskich zbiorach, choć większość z nas nigdy go nie widziała. MKiDN wciąż ma nadzieję, że to się kiedyś zmieni.


Die andere Seite der polnischen Bemühungen bildet Cornelius Gurlitt (1932–2014), ein quasi “normaler” Deutsche, der sich während des Kriegs eine riesige Kunstsammlung der entartete Kunst zugelegt hat.

Seine Sammlung wird gerade in der Bundeskunsthalle Bonn und in Kunstmuseum Bern  gezeigt. 2014 vermachte Gurlitt  testamentarisch seine Sammlung dem Kunstmuseum Bern. Bei der Ausstellung werden rund 250 Werke gezeigt, die man auch online mit detaillierten Fotos und ausführlichen Provenienzangaben, die den aktuellen Stand der Forschung angeben, betrachten kann (Datenbank Gurlitt). Die Kuratoren der Ausstellung in Bonn sind Rein Wolfs und Agnieszka Lulińska, eine Polin.


Agnieszka Lulińska jest kuratorem wystaw w jednym z najważniejszych niemieckich muzeów. Polka na takim stanowisku to wielka rzadkość.

Agnieszka Lulińska w jej bońskim muzeum

Agnieszka Lulińska jest piękną, elegancką kobietą około czterdziestki. Mimo, że większą część życia spędziła za granicą, mówi przepiękną, literacką polszczyzną.

Jej pasją od najmłodszych lat była historia sztuki. I zawsze jak sięgnie pamięcią, chętnie chodziła na wystawy. Dziś organizuje je w jednym z najważniejszych niemieckich muzeów – Kunst- und Ausstellungshalle der Bundesrepublik Deutschland w Bonn.

więcej


 Aber zurück zu Gurlitt.

Als im November 2013 bekannt wird, dass die bayrische Staatsanwaltschaft die Kunstbestände von Cornelius Gurlitt (1932–2014) beschlagnahmt hat, ist das öffentliche Aufsehen groß. Denn die 1500 Kunstwerke, die der zurückgezogen lebende Sohn des Kunsthändlers Hildebrand Gurlitt (1895–1956) von seinem Vater geerbt hatte, sind verdächtig: Handelt es sich um Raubkunst aus der Zeit der national-sozialistischen Gewaltherrschaft?

Um diesem Verdacht nachzugehen, stellte der deutsche Staat die für die Forschung nötigen Mittel zur Verfügung, während sich Cornelius Gurlitt verpflichtete, als Raubkunst identifizierte Werke zu restituieren. So konnten bislang vier Werke an die Nachfahren der rechtmäßigen Besitzer zurückgegeben werden.


Ja, vier… Vier Werke aus der Fülle von 1500 Stück. Vier Werke in vier Jahre. Bedeutet es, man würde 1500 Werke aus der Gurlitts kollektion in 1500 Jahre richtig einordnen können? Man gibt doch zu, dass bei 200 von 255 Werken, die in Bonn gezeigt werden, besteht nach früheren Angaben der Kuratoren ein NS-Raubkunstverdacht. OK, Papierkramm ist zu erledigen. Aber ein Bild in einem Jahr?

Jetzt aber Ausstellung!
Bestandsaufnahme Gurlitt. Der NS-Kunstraub und die Folgen:

Die Bundeskunsthalle in Bonn und das Kunstmuseum Bern präsentieren in zwei zeitgleichen Ausstellungen eine Auswahl aus diesem umfangreichen Nachlass. Unter dem Titel »Entartete Kunst«– beschlagnahmt und verkauft liegt der Schwerpunkt der Berner Ausstellung auf der von den Nationalsozialisten verfemten Moderne, während Bonn den Fokus auf den NS-Kunstraub und die Folgen legt. Eingebettet in den historischen Kontext, zeichnet diese Ausstellung den Werdegang Hildebrand Gurlitts nach. Gurlitt, obwohl ein leidenschaftlicher Verfechter der Moderne, stieg er zu einem der wichtigsten Kunsthändler im nationalsozialistischen Deutschland auf. Nach dem Krieg konnte er ungeachtet der Schuld, die er auf sich geladen hatte, weitgehend problemlos an seine Vorkriegskarriere als Museumsdirektor anknüpfen. Parallel zu Gurlitts Lebensweg werden exemplarische Biografien von Zeitgenossen vorgestellt. Ein besonderes Augenmerk liegt dabei auf den Schicksalen der verfolgten, meist jüdischen Künstler, Sammler und Kunsthändler, die dem NS-System zum Opfer fielen.

Die Ausstellung Bestandsaufnahme Gurlitt – Der NS-Kunstraub und die Folgen zeigt somit nicht nur eine Auswahl an Kunstwerken, die – von Dürer bis Monet, von Breughel bis Beckmann – ein breites Spektrum der Kunstgeschichte abbilden und jahrzehntelang dem Blick der Öffentlichkeit entzogen waren. Indem die Herkunft jedes Kunstwerks thematisiert wird, eröffnet sie auch einen spannenden Blick in die Geschichte der Objekte.

Bundeskunsthalle Bonn 3. November 2017 bis 11. März 2018

Kunstmuseum Bern 2. November 2017 bis 4. März 2018

und demnächst auch in Berlin. Für Herbst 2018 wird eine weitere Ausstellung zum Thema angesagt, im Martin-Gropius-Bau. 

Tęskno mi, Panie…

Anna Dobrzyńska

Rodzynki

„Do tych, co mają tak za tak – nie za nie,
Bez światło-cienia…
Tęskno mi, Panie…”

Kiedyś pracowałam dla firmy o światowym zasięgu, proponującej swoim Klientom usługi najwyższej jakości, w trosce o dobro Klienta przygotowującej produkty na najwyższym poziomie, proponującej rozwiązania stworzone specjalnie dla indywidualnych potrzeb Klienta, bo każdego Klienta traktuje ona wyjątkowo i dba o Jego przyszłość, przeszłość i teraźniejszość. …Swoją opiekę roztacza nie tylko nad swoimi Klientami ale troszczy się o losy Jego najbliższych, najdalszych a także przyszłe pokolenia idące w prostej oraz nieprostej linii od jej czcigodnego Klienta. Dlatego cały czas doskonali swe produkty by móc sprostać każdym oczekiwaniom każdego Klienta, nawet tym oczekiwaniom, których Klient nie ma albo nawet nie wie, że takowe może posiadać. … Wszystko to robi w trosce o dobro Klienta, by ten mógł cieszyć się życiem, żyć jego pełnią oraz liczyć na jej matczyne serce i ojcowską pomoc gdy tylko jakieś zło stanie na Jego beztroskiej drodze życia. Jej działanie napędza chęć realizacji marzeń swojego Klienta, troska o Jego bezpieczeństwo i miłość. Miłość, która przenika wszystkie aspekty życia Klienta oraz jest – jak to miłość – wieczna.

Nie ma znaczenia co to za firma, bo cała branża stosuje ten sam język marketingowy…

Dodam, że firmy te dbając o swój światowy prestiż i markę rezydują w budynkach spełniających najwyższe standardy, tak by światowa forma i jakość ducha znalazła odzwierciedlenie w światowej materii.

W którymś tam momencie mojej kariery zostałam uczestnikiem pewnego szkolenia. Przez miesiąc, codziennie spotykaliśmy się w grupie około 30 osobowej, by przez 4 godziny zgłębiać wiedzę z zakresu działalności firmy. Atmosfera była przyjemna, ludzie uprzejmi, rozmowni, odnoszący się do siebie z życzliwością. Szkoliliśmy się przy aromatach firmowej kawy i herbaty, często częstowani firmowymi ciasteczkami – no, jak to w wielkim świecie. Ostatniego dnia, na samo zakończenie szkolenia prowadzące panie zarządziły takie oto ćwiczenie: „Podzielcie się na dwie grupy. Jedna niech zostanie w sali a druga niech wyjdzie na korytarz”. Ja byłam w tej drugiej. Na korytarzu prowadząca szkolenie powiedziała: „Wasze zadanie polega na tym by tamta grupa ustawiła się pod tablicą”. I na tym zakończyła swoją działalność. Byłam pierwszą osobą, która zabrała głos: „Powiemy im, że dostaliśmy takie zadanie, że mamy ich poprosić by ustawili się pod tablicą”. Jednak zostałam zakrzyczana, że to właśnie na pewno jest źle, na pewno nie o to chodzi, na pewno oni nie będą się chcieli ustawić pod tablicą, bo na pewno oni właśnie dostali zadanie, żeby za nic na świecie nie ustawiać się pod tablicą. „Tego nie wiemy jakie ma zadanie tamta grupa i się nie dowiemy póki z nimi nie porozmawiamy…” – próbowałam bronić swoich racji. Ale już mnie zakrzyczeli na dobre, pominięli, wręcz odrzucili. No więc, zdystansowałam się, usiadłam na fotelu i z pewnej odległości obserwowałam to, co się dzieje. Jeszcze był jeden mężczyzna, który był w takiej samej sytuacji jak ja. Byliśmy jak dwa rodzynki w cieście.

A co się działo w owej grupie? Grupa prześcigała się w pomysłach, co by tu zaaranżować, aby „tamci” nie wiedząc, że się ustawiają pod tablicą – ustawili się pod tablicą. To było ładnych parę lat temu, więc szkoda, że wszystkich pomysłów już nie pamiętam ale finalny pamiętam – „radosny pociąg”. Mieliśmy ustawić się w pociąg, gęsiego, trzymać osobę przed sobą pod boki – tak jak na weselach. Pierwsza osoba była – „lokomotywą”, więc ręce miała wolne. Miała je trzymać zgięte przed sobą i poruszać na kształt kół w lokomotywie, mówiąc przy tym: „puf-puf-puf”. Żeby było weselej, „lokomotywa” włączyła muzyczkę, melodyjkę w telefonie. I tak mieliśmy tym pociągiem wjechać do sali, udając, że się świetnie bawimy i jesteśmy radośni. Do tej radości i świetnej zabawy będziemy zapraszać i wciągać za ręce „tamtych”. „Tamci” – oczywiście rozbawieni się do nas dołączą i tak oto tym pociągiem zajedziemy pod tablicę. A pod tablicą?…. Uciekniemy! I „oni” zostaną pod tablicą!

… No pomysł godny Agenta 007!

A trzeba pamiętać, że to byli dorośli ludzie.. nie dzieci.. W większości z wyższym wykształceniem, inteligentni, na poziomie, niekiedy zajmujący kierownicze stanowiska… ”Lokomotywą” – był pan, koło 50… I oni naprawdę wierzyli w to, co robili … Ćwiczyli na korytarzu ten radosny pociąg i ćwiczyli hasła, które miały „tamtych” zachęcać.

No, w końcu musiałam wejść do tej sali, pociąg wjeżdżał to i ja musiałam jakoś tam wejść. Bardziej weszłam niż wjechałam, choć pociąg – twardo wjeżdżał i to na wesoło. Na początku nie wiedziałam, co się dzieje, bo jakoś weszłam chyba jako ostatni wagon. Ale w końcu się zorientowałam. Otóż, zmienił się wystój sali. Stoły, które wcześniej stały normalnie, teraz budowały korytarz, prowadzący od drzwi aż do okna. ”Oni” też coś wymyślili… Przed stołami stali „tamci”, w równych odstępach, na szeroko rozstawionych nogach, niczym strażnicy, by nikt czasem nie uciekł… Zaczęło robić się gorąco. Poczułam się jak bydło zapędzane do rzeźni. Drugie moje skojarzenie było z Umschlagplatz, kiedy to Żydzi byli gnani do wagonów transportacyjnych a drogę wyznaczał szpaler „żydowskiej policji”, który pilnował, by nikt nie uciekł. … Szybko udało mi się rozsunąć stoły i uciec z tego korytarza, trochę przeciskając się przez wąską szczelinę a trochę prześlizgując się po blacie, ale następna osoba, za mną już nie miała tyle szczęścia. Strażnik ją pochwycił i po krótkiej szarpaninie, siłą wstawił do korytarza. Zasunął stół. Odwrotu nie było. „Wesoły pociąg” ciągnął za ręce i popychał „tamtych”, a „tamci” ciągnęli i popychali „tych”. I tu już nie było humoru ani żartów. Tu była szarpanina, krzyki, wyzwiska, kłócenie się. Wszystko na bardzo poważnie. A ja schroniłam się gdzieś z dala i znów obserwowałam…. Sala była duża, z filarami, kwiatami w donicach, – no w końcu to budynek na światowym poziomie i najwyższych standardów.

A prowadzące tak patrzyły, patrzyły…

W końcu gdy już większość ochrypła od krzyków, jedni zostali z włosami uczestników szkolenia z przeciwnej grupy w dłoniach, a drudzy z krwią na ustach od rzucania się swym kolegom do gardeł, nastąpiła „jakaś” współpraca. Grupy ustaliły, że jedni się ustawią pod tablicą a drudzy pod oknem…/a! więc takie zadanie dostała grupa, która została w sali! Mieli ustawić nas pod oknem! Tak samo jak my dostaliśmy polecenie by ustawić tamtych pod tablicą!…. ojej, jakie to banalne…/

Ale atmosfera Umschlagplatz wcale nie odeszła na swoje miejsce czyli do przeszłości.

„My się ustawimy pod tablicą, a wy się nie ustawicie pod oknem!!!”, „A jaką mamy gwarancję, że wy się ustawicie, jak my się ustawimy?!!!”, „A skąd mamy wiedzieć, że nas nie oszukacie?!!!”, „Oszukacie nas, na pewno nas oszukacie!!!” „Po jednej osobie będziemy się ustawiać !!!” „Jedna osoba od was się ustawi pod tablicą i dopiero jedna od nas się ustawi pod oknem!!!”, „Ty idź pod tablicę!!!”, „Dlaczego ja?!!!”, „Pójdę wtedy, kiedy sam będę chciał!!!”, „Idź, bo ja ci każę!!!”, „Tamten krzywo stoi!!!”, „Wracaj do szeregu!!!”, „Jak ty wychodzisz za linie to jeden od nas też wychodzi z szeregu!!!” „Nie wychodź za linię!!!” „Równo stój !!!”

„raus”, „raus”, „sznela”, „sznela” – brakowało mi tylko między tymi okrzykami.

Ustawiłam się pod oknem, oczywiście w swojej kolejności, kiedy mi „kapo” kazał. Stałam równo, nie wychodziłam za linię i nie odstawałam od okna, żeby się na mnie „kapo” nie darli… Miałam już dosyć.

Tych ludzi jakby coś opętało…

Gdy ćwiczenie dobiegło końca i obie grupy stały pod oknem i pod tablicą prowadząca powiedziała: „Dlaczego nikomu z was nie przyszło do głowy po prostu drugą grupę – poprosić?”. …Czy miałam podnieść rękę i powiedzieć: „ja chciałam”…? To nie miało żadnego znaczenia.

„Czy, któraś grupa ma jakiś powód, dla którego nie mogłaby by się od razu ustawić pod oknem lub pod tablicą? Ćwiczenie to miało pokazać do czego prowadzi brak otwartej postawy i zamknięcie się na dialog”. I dodała: „Wszystkie grupy, z którymi przeprowadzamy to szkolenie realizują to zadanie właśnie w taki sposób jak wy.”

To doświadczenie mnie zdegustowało. Wyszłam z pracy zmęczona jak nigdy… Rozczarowana? Na pewno.

Produkt światowy, firma światowa, budynek – na światowym poziomie… szkoda, że w ludziach takie światowe…. taki światowy szlam.

Dlaczego mnie nie chcieli słuchać? Skąd ta energia do tworzenia tak pogmatwanych scenariuszy? Dlaczego tak miłują krętactwo? Skąd ta niechęć do prawdy? Dlaczego zakładają wrogość drugiej strony? Dlaczego nie są otwarci na dialog? Dlaczego tak łatwo im było zobaczyć w swoich dotychczasowych kolegach wrogów, których należy przechytrzyć, oszukać, wmanewrować, załatwić podstępem? Dlaczego tak łatwo było im stanąć po dwóch stronach barykady? Dlaczego nie cofnęli się nawet przed przemocą fizyczną?

Tyle energii, zaangażowania, słów, zamieszania, mącenia, wymyślania, złej woli… zamiast uczciwości, zwykłej otwartej rozmowy.

„Prawda jest zwięzła, kłamstwo owija się w wielomówstwo”.

To było tylko szkolenie. Tylko ćwiczenie. Tylko zabawa. W grę nie wchodziły żadne pieniądze. Do czego jest zdolny człowiek, gdy w grę wchodzą pieniądze? Do czego jest zdolny człowiek gdy w grę wchodzą duże pieniądze? A do czego jest zdolny człowiek gdy w grę wchodzą – bardzo duże pieniądze? Można sobie wyobrazić lub …powspominać…

„Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od złego pochodzi”.

Pozdrawiam wszystkich pracujących w światowych firmach. Nikogo nie oceniam. Przecież istnieją rodzynki 🙂

Reblog: Polak na wakacjach

Zimno, deszcz, wiatr, mgła, szare niebo, chmury, katar… Albo natychmiast spakujemy manatki i uciekniemy na Wyspy Zaczarowane, albo przynajmniej sobie poczytajmy, jak było, jak będzie, i jak mogło by nie być, gdyby nie było, jak jest… Zreblogowałam z National Geographic, tylko zdjęcie dałam od siebie, bo… Bo tam było tak cudownie, cicho, czysto, ciepło, ale nie za zimno i nie za gorąco, pusto. A tu plucha.

7  grzechów głównych Polaków na wakacjach 

Wieczne narzekanie. Że zimno. Że gorąco. Że tłok. Że ludzi nie ma. Zabieranie jedzenia na zapas ze stołówek… Polak w podróży nierzadko bywa irytujący, bezczelny, trudny we współpracy. Tyle że nie jesteśmy jedyni; każdy naród na świecie potrafi wyliczyć podobny zestaw swoich wakacyjnych przewin.

Obśmiać go nietrudno, bo obiekt to wdzięczny. Michał Rusinek nawet kilka limeryków poświęcił karykaturalnym opisom wypoczywających nad modrym Jadranem Polaków. Jeden zaczynał się tak: „Polak robi w Czarnogórze/ dziś wrażenie bardzo duże:/ Nosi zawsze – dumny cały –/ i skarpetki, i sandały”.

Kiedy o największy grzech Polaków na wakacjach pytam na Facebooku, pod postem w kilka godzin zbiera się ponad 150 komentarzy. Lista zarzutów, którą odtwarzam na podstawie tej dyskusji oraz wieloletnich rozmów z przyjaciółmi i zwykłych życiowych obserwacji, jest naprawdę długa. Są na niej i skarpetki do sandałów, i obsesyjne przeliczanie cen, i nadużywanie alkoholu.

Najczęstsze jednak przewiny rodaków są chyba cztery: śmiecenie, głośne zachowanie (wrzaski, głośne rozmowy, jak i puszczanie własnej muzyki na plaży czy kempingu), narzekanie (a nawet, jak napisał mój znajomy: „ Wieczne narzekanie. Że zimno. Że gorąco. Że tłok. Że ludzi nie ma. Że drogo. Że tandetnie. Że brudno. Że za czysto. Że soku nie ma.  Że herbaty nie ma. Że kawa gorzka. Że słodka. Że obsługa słaba. Że ludzie dziwnie grzeczni. Że wszędzie ci głupi Polacy. Że Rosjanie. Że Niemcy. Że jest inaczej”) i kombinowanie, czy raczej nadużywanie reguł. To ostatnie może polegać na zabieraniu jedzenia na zapas ze stołówek czy obżeraniu się przy szwedzkim stole, ale też na obsesji dojechania wszędzie własnym autem, mimo tabliczek i zakazów.

 Nad oceanem w Portugalii

Poważny zarzut to też chamstwo, niekiedy ocierające się o rasizm i nacjonalizm. Pokrzykiwanie na kelnerów, kąśliwe uwagi o miejscowych, zwłaszcza jeśli ich kolor skóry jest ciemniejszy od nadwiślańskiego różu, i protekcjonalizm. Ten szczególnie daje znać o sobie na wschód od Bugu. W „naszym Lwowie”, „naszym Wilnie”, a już tym bardziej „u Kacapów”, na uświęconej męczeńską krwią „naszych zesłańców” Syberii gość z Polski często nie przebiera w słowach. Wszystkich napotkanych ludzi ma albo za głupków, albo za oszustów, a najczęściej za jednych i drugich jednocześnie. Kobiety dodatkowo – za łatwe i puszczalskie, szczególnie wtedy, gdy są odporne na jego wątpliwe wdzięki. Lista grzechów jest długa.


Siedem grzechów głównych

Chciwością można nazwać to 1. wieczne przeliczanie wszystkiego na złotówki (czy aby u nas nie taniej?), meldowanie dwóch osób w apartamencie, a po wyjściu właściciela ściąganie do niego kolejnych pięciu, oraz słynne już wrzucanie much do talerza, żeby nie płacić za obiad.

Nieczystość to oczywiście 2. śmiecenie i wszystkie pokrewne zbrodnie, jak niesortowanie śmieci czy buchanie ludziom na kempingu, albo plaży, spalinami z rury wydechowej. Pod zawiść da się podciągnąć 3. narzekanie i krytykanctwo. W duchu: mają ci Grecy co prawda błękitne, ciepłe morze i gaje oliwne, ale o herbatę z cytryną na śniadanie u nich trudno. Albo: ładny niby ten Paryż, i złocenia, i łuki, i witraże, ale cóż z tego, skoro psy po chodnikach srają, a w metrze śmierdzi. W naszym, warszawskim, jest czyściej i żadnych bezdomnych!

4. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu to wiadomo. Tutaj wpadają wszystkie autokarowe popijawy, masowo oblegane sklepy wolnocłowe na lotniskach, pięć porcji whisky wychylonych na pokładzie samolotu, a nawet własna wódka konsumowana w apartamentach od Cypru po Wyspy Kanaryjskie. No i oczywiście stosy na talerzach w wypadku szwedzkiego stołu, a nawet przekazywanie sobie potajemnie na koniec turnusu sprytnie zdejmowanych opasek „all inclusive”.

5. Gniew to „Nieustanny wkurw. Na pogodę, dzieci, kelnera, sąsiada”, ale też „wrzask, wrzask, wrzask”, który zdaniem jednego z dyskutujących pod moim postem kolegów bierze się „z braku możliwości/umiejętności odreagowania stresów w ciągu roku”.

A ostatnia na liście 6. gnuśność? Też ma swoje odpowiedniki w wakacyjno-podróżniczych praktykach Polaków. Tutaj mamy przede wszystkim brak znajomości języków obcych i brak jakiejkolwiek chęci zmiany tego stanu rzeczy. Dowcip o piłce do metalu znamy chyba wszyscy, a i każdy pewnie nie raz widział rodaka starannie, po polsku, tłumaczącego coś zdziwionemu Tajowi czy Łotyszce, z narastającą irytacją, że głupek ten ich nie rozumie. Z tą nieznajomością języków łączyć się może zamiłowanie do wczasów zorganizowanych. Wiadomo, że jak ktoś nie zna ani słowa w obcych językach, nie będzie mu się chciało organizować wakacji samemu, dogadywać się w sprawie transportu, noclegu i jedzenia.

Jest jednak jedno, za to wielkie „ale”. Co bieglejszy w naukach Kościoła czytelnik pewnie zauważył, że pominęłam grzech pierwszy i najważniejszy, a mianowicie pychę. Największym grzechem Polaków na wakacjach jest 7. naśmiewanie się z innych Polaków. Wszyscy uwielbiamy rozprawiać o tym, jacy to Polacy hałaśliwi, jak koczują przy swoich samochodach z disco polo na full włączonym, jak puszki po piwie i opakowania po chipsach wszędzie rozrzucają, jacy zamknięci na obce kultury, jacy aroganccy dla obsługi i jacy roszczeniowi.

Można ich bronić: że jedzenie wynoszą, bo nie mają pieniędzy, by żywić się na mieście, że języków nie znają, bo w PRL-u nie uczyli. Ale przyjemniej przecież rozprawiać o tym, że Polacy źle ubrani, że mało obyci w świecie i prawidłowo wymówić macchiato nie umieją. No bo pamiętać o tym, że wielu Polaków wciąż po prostu nie stać na żadne wakacje, na których mogliby sobie pogrzeszyć, jakoś głupio.


O tym naśmiewaniu się opowiada spektakl Pogarda wyreżyserowany przez Wiktora Rubina i zrealizowany przez Kantor Downtown Collective. Zaczyna się od filmiku przedstawiającego obleśnego, wąsatego typa na wakacjach, „Polaczka” jak ta lala, wypisz wymaluj jak z moich opisów kilka akapitów wyżej. A potem przywołuje teksty pełne pogardy, jakie przewinęły się w ciągu ostatnich kilku lat przez polskie media. Konstrukcja spektaklu opiera się na prostej dychotomii: poczucia wyższości i właśnie pogardy.

Pogardzamy, bo czujemy się lepsi. Albo przynajmniej chcielibyśmy tak się czuć. Obleśny typ, który na początku widzów Pogardy tak śmieszy i brzydzi, nie jest realnym bytem, a utkanym z tych wszystkich od lat obecnych w naszej
kulturze wątków i wyobrażeń o nas samych i o innych. To w stworzonym z nich, spaczonym obrazie tak lubimy się przeglądać. Tak, lubimy czuć się lepsi. Turystyka, szczególnie turystyka niszowa, jest jedną ze strategii odróżniania się od innych, kreowania własnego wizerunku, na użytek własny i swoich w siatce społecznej.

Ponieważ coraz trudniej zrobić w czasie wakacji coś, czego nie robią inni, pomysły na turystykę niszową stają się coraz bardziej ekstrawaganckie. Już nie wystarczy gdzieś pojechać autostopem, trzeba iść na piechotę, z psem, z dwumiesięcznym dzieckiem, tyłem, na czworakach. Na pięknej plaży każdy głupi był, to samo w zwykłych górach, jeździ się więc do obozów zagłady i łagrów albo podróżuje, odwiedzając kolejne slumsy, miejsca, o których świat zapomniał (dark tourism). No i krytykuje tych wszystkich normalsów, dla których idealne wakacje to hotel z basenem plus cztery posiłki podane pod nos.

Anna Horolets, socjolożka, która od lat bada turystykę i turystów, zwracając szczególną uwagę na te wszystkie subtelne gry prestiżów, w jakie podróżowanie jest uwikłane, zwraca uwagę na charakterystyczne dla klas średnich „szukanie turysty gorszego od siebie”.

Jej zdaniem to nawet nie jest nasza, narodowa, polska cecha, a cecha turystyki jako takiej. Właśnie dlatego, że coraz trudniej być samemu na wakacjach, przeszkadzają inni turyści. Człowiek się obawia, że upodobni się do nich, a przecież miał był inny, lepszy, bardziej wyjątkowy.

Tak, nie da się ukryć, zostawianie śmieci w lesie czy na plaży jest złe, podobnie jak darcie się na ulicy, a tym bardziej w muzeum, czy chamskie odzywki do kelnerów, niezależnie od tego, czy tamci je rozumieją, czy nie. Nie ma co jednak – oburzając się tymi nagannymi zachowaniami – nakręcać oikofobii, strachu przed swoimi, jak bardzo inni byśmy się od nich nie czuli. Miło jest czuć się lepszym i fajniejszym niż przeciętny Kowalski. Ale czy naprawdę pan w skarpetach do sandałów lub pani wypoczywająca na turnusie all inclusive samym swoim istnieniem zrobili komuś coś złego?

Nieprzekonanym polecam rozmowę o największych grzechach angielskich turystów z Anglikiem albo o największych grzechach rumuńskich turystów z Rumunem. Gwarantuję, że usłyszycie mniej więcej to samo, o czym przeczytaliście w tym tekście.

Ludwika Włodek