Stuart 35

When you don’t need to worry there’ll be days like this
When no one’s in a hurry there’ll be days like this
When you don’t get betrayed by that old Judas kiss
Oh my mama told me there’ll be days like this

When you don’t need an answer there’ll be days like this
When you don’t meet a chancer there’ll be days like this
When all the parts of the puzzle start to look like they fit it
Then I must remember there’ll be days like this

Będą takie dni, kiedy nie będziesz musiał się martwić
Dni, w których nikt nie będzie się do nikąd spieszył
I nikt nie oszuka cię judaszowym pocałunikiem
Mama mówiła mi, że będą takie dni.

Dni, kiedy nie będziesz potrzebował żadnych odpowiedzi,
W które nie natkniesz się na żadnego pozera
A wszystkie części puzzla zaczną układać się w całość
– Muszę pamiętać, że będą takie dni.

Van Morrison Days like this

Joanna Trümner

Podróż

W kilka dni później siedział w helikopterze i niecierpliwie czekał na lot nad Wielkim Kanionem. Kiedy samolot w końcu wystartował, Stuart przylgnął twarzą do okna i patrzył z góry na morze zieleni. „Może nie warto było wydać tyle pieniędzy na ten lot?”, pomyślał, rozczarowany pięknym, ale jednostajnym widokiem. W tle słyszał patetyczną muzykę – „Mozart? Beethoven? Haydn?”, zastanawiał się i uświadomił sobie z zawstydzeniem, jak mało zna muzykę klasyczną. Nagle monotonnię niekończącej się zieleni przerwał widok rozstępującej się ziemi, skąpanego w słońcu Wielkiego Kanionu i płynącej dołem, wcinającej się w podłoże turkusowej rzeki Kolorado. „To jedna z tych chwil, które pamięta się przez całe życie”, pomyślał, nie mogąc oderwać oczu od widoku za oknem.

Z każdym dniem podróży Stuart coraz mocniej czuł, że wraca mu chęć do życia i chęć pisania nowych utworów. Piękne krajobrazy, które widział w parkach narodowych w Utah, spotkania z otwartymi, przyjaznymi ludźmi i fakt, że co wieczór siadał do zeszytu i zapisywał słowa kolejnych piosenek, uświadomiły mu, jak słuszna była decyzja, żeby na miesiąc zrobić sobie przerwę od codzienności.

Kolejnym etapem podróży było Las Vegas. Na ostatniej stacji benzynowej przed Doliną Śmierci zaczepiła go młoda dziewczyna. „Możesz mnie wziąć do Vegas?”, zapytała, a widząc, że Stuart się waha, dodała „Jestem z koleżanką, bardzo byś nam pomógł”. Wielkie plecaki dziewczyn z trudnością zmieściły się w bagażniku samochodu. Zamykając klapę Stuart pomyślał, że panny mogły uciec z domu. „Zawsze się muszę w coś wpakować”, pomyślał ze złością na siebie samego. Nie wiedział, jak wybrnąć z sytuacji, więc bez słowa otworzył drzwi auta i czekał, aż pasażerki zajmą miejsca na tylnym siedzeniu.

Po kilku minutach młodsza z dziewcząt – Jenny – przerwała ciszę w samochodzie. Opowiedziała, że ona i Katy, jej najlepsza przyjaciółka, wybierały się do Las Vegas w poszukiwaniu pracy. Obydwie skończyły niedawno dwadzieścia jeden lat i przed laty wspólnie podjęły decyzję o wyrwaniu się z Paradise Valley – „największej dziury w całej Ameryce, a może i na całym świecie”. To dziecinne stwierdzenie rozbawiło Stuarta i rozwiało jego obawy. Przypomniało mu się rodzinne Walton i małe miasta, w których dawał koncerty. „Tak można byłoby opisać tysiące miejsc na ziemi”, pomyślał, obserwując współpasażerki w ludterku wstecznym. Przysłuchiwał się ich chichotom i rozmowie pełnej radosnego oczekiwania, co też im się wydarzy w Las Vegas. „W ich wieku całe życie jest jedną wielką przygodą”, pomyślał z zazdrością. „Ani przez chwilę nie pomyślałyście, że mogę was zgwałcić albo zabić?”, zapytał, chcąc chociaż na chwilę przerwać atmosferę infantylnej radości. „My się znamy na ludziach”, odpowiedziały równocześnie dziewczyny. Ta odpowiedź kompletnie rozbroiła Stuarta, z trudnością powstrzymywał się od śmiechu, myśląc o tym, że prawdopodobnie piętnaście lat temu on był tak samo naiwny.

W kilka minut później samochód zatrymał się na krótką przerwę w Dolinie Śmierci. „Jedźmy dalej, wszystko zobaczyliśmy. Na pewno cała ta twoja Australia też tak wygląda”, ponaglała Katy. Stuart musiał jej przyznać w duchu rację, przez wiele kilometrów drogi przez pustynię odnosił wrażenie, że jest w miejscu, gdzie już był. Po wjeździe do Las Vegas rozstał się z dziewczynami i rozglądając się za hotelem myślał o tym, że przez wiele godzin wspólnej jazdy samochodem przyzwyczaił się do paplaniny i śmiechu z tylnego siedzenia.

W kilka godzin później, po zapadnięciu zmroku, wybrał się na spacer po rozświetlonym i pulsującym życiem mieście. W końcu wszedł do kasyna. Długo stał przy stoliku z ruletką i przyglądał się grze. Próbował odgadnąć, kto z graczy wygra, kto szybko zrezygnuje, a kto przegra wszystko. „To trochę jak zabawa z losem”, pomyślał i postanowił zagrać. Zajął miejsce przy stole z ruletką i już po kilku rundach wiedział, że szybko od niego nie odejdzie. Na początku stawiał tylko część żetonów na parzyste lub nieparzyste cyfry lub na kolor, z czasem nabierał coraz więcej pewności i obstawiał pojedyncze cyfry, zachowując kilka symobolicznych żetonów w ręku, po wielu godzinach przy stole z ruletką zdecydował się postawić wszystkie żetony na odpowiadający jego wiekowi numer 35. W napięciu obserwował obracającą się kulkę i wsłuchiwał się w jej odgłos. Odliczał obroty kulki, wydawało mu się, że nigdy nie nadejdzie moment w którym zatrzyma się jej ruch. Kulka wylądowała w przedziale z cyframi „3” i” 5”.

Stuart zaczął rozglądać się po kasynie, chciał upewnić się, że to, co właśnie przeżywa, nie jest snem. Była czwarta rano, tylko przy nielicznych stolikach siedzieli jeszcze gracze, przy jego stoliku został krupier, starsza kobieta, która w ciągu nocy przegrała wszystkie żetony i Chińczyk, który trzymał kurczowo w ręku kilka plastikowych krążków. Widać było, że walczy z pokusą dalszej gry, postawienia wszystkiego, co pozostało mu w ręce, na jedną kartę. Stuart postanowił odejść i nie prowokować dłużej szczęścia.

„39.567 dolarów”, powiedziała młoda dziewczyna w kasie dając mu w zamian za żetony pękającą w szwach plastikową torbę bez napisu. „Dziwna suma”, pomyślał, zostawiając dziewczynie z kasy 100 dolarów napiwku. Wyszedł i wsiadł do jednej z czekających przed kasynem taksówek. W hotelu rozłożył gotówkę na podłodze i przeliczył ją ponownie. „Szkoda, że nie mam komu tego pokazać”, pomyślał przed zaśnięciem.

Wstał przed dziesiątą, widok rozłożonej na podłodze gotówki przypomniał mu o wczorajszym wieczorze. „Więc to nie był sen. Co mam teraz zrobić z tymi pieniędzmi?”, pomyślał i wybrał się w drogę na poszukiwanie banku, w którym mógłby przelać kasę na swoje konto w Australii. Prowadząc samochód po głównej ulicy Las Vegas, budzącym się o tej porze do życia Stripe, zastanawiał się nad tym, jak nieobliczalne jest życie. W jednej z bocznej uliczek znalazł filię Bank of America. Tuż obok niej było biuro podróży, kuszące wielkim plakatem: „Tydzień plażowania w Cancun – tylko 199 dolarów”. Na widok turkusowego morza i skąpanej w słońcu, pustej plaży Stuarta opanowało dziwne przeczucie, że nie znalazł się w tym miejscu przypadkowo. W kilka dni później siedział w samolocie do Cancun.

Był zadowolony, że spędzi kilka dni wylegując się na plaży, liczył na to, że spisze chodzące po głowie melodie, cieszył się, że będzie miał spokój. Pozwolił sobie na luksus i wynajął apartament z widokiem na morze. „Skończyła się zła passa”, pomyślał i z zadowoleniem stwierdził, że zmęczenie, które mu dokuczało w ostatnim czasie, należy do przeszłości. Życie nabrało sensu, cieszył się na ślub Toma za kilka tygodni i zastanawiał się, jak zainwestować wygraną z kasyna. Wieczorem siadał na tarasie, pił wino i wsłuchiwał się w szum morza. Wszystko wydawało się możliwe. „Na to też przyjdzie czas”, powiedział, patrząc na puste miejsce w dwuosobowym łóżku w sypialni.

Rano ruszył w poszukiwaniu plaży, która nie byłaby oblegana przez amerykańskich turystów. Po długim spacerze wzdłuż morza znalazł w końcu miejsce, gdzie oprócz niego była tylko młoda meksykańska rodzina z dwójką małych dzieci. Usiadł w cieniu wielkiego drzewa i pogrążył się w pracy – spisywał słowa i melodie nowych piosenek. Załował, że nie wziął ze sobą gitary, miał ochotę zagrać nowe utwory, postanowił, że po powrocie z plaży przejdzie się po mieście i poszuka sklepu z instrumentami muzycznymi.

„To wygląda jak kiczowaty obrazek”, pomyślał wchodząc do turkusowej wody. Oddalił się od brzegu, płynął w kierunku skał, walcząc z coraz większymi falami. Nagle poczuł, że woda wciąga go wgłąb. Kątem oka zobaczył, że siedzący na plaży mężczyzna wstał i bezradnie przygląda się zmaganiom Stuarta z wodą. Czuł coraz mocniej siłę wody, zdał sobie sprawę z tego, że walczy o życie i próbował zapanować nad paniką. W pewnym momencie poczuł straszny ból w lewej nodze, przez chwilę miał uczucie jakby ktoś przecinał ją nożem wzdłuż. Stracił przytomność.

Kiedy otworzył oczy znajdował się w szpitalnej sali, w pomieszczeniu niczym nie przypominającym luksusowego pokoju, w którym przez wiele miesięcy codziennie odwiedzał Meg. W wielkiej sali leżało oprócz niego siedmiu mężczyzn. Nie wiedział, co przerażało go bardziej – czy fakt, że całą lewą nogę mu zagipsowano, czy głośna prowadzona w niezrozumiałym języku rozmowa pacjentów z sąsiednich łóżek, rozmowa, która w uszach Stuarta brzmiała tak, jakby pacjenci głośno się między sobą kłócili, czy wreszcie wiszący mu prosto nad głową, żle naoliwiony wentylator, który sprawiał wrażenie, jakby miał za chwilę spaść.

Cdn.

Szopa w salonie 13

Łukasz Szopa

Dzieci

Czytam ja sobie dziś gazetę z weekendu, artykuł o intelektualnym i rozwojowym „zostaniu w tyle“ dziesiątek milionów dzieci w środkowych Chinach. No fakt, problem jest, i to smutny.

Smutne i problematyczne jest jednak również to, że w owej niemieckiej gazecie jako główny negatywny skutek tej sytuacji – szczególnie z perspektywy przyszłości – wskazany jest… zaniżony produkt krajowy brutto (PKP) Chin za kilka-kilkanaście lat. Co ja mówię, „główny negatywny skutek“ – doczytawszy do końca dwustronicowego artykuł stwierdzam, że autor nie podaje aż do kończącej kropki żadnego innego „negatywnego efektu“. Ani słowa o szansach życiowych tych dzieci, intelektualnych, ekonomicznych, kulturowych, ani słowa o tym, że niestety raczej niemal żadne z nich nie podyskutuje za kilka-kilkanaście lat na temat Kanta, nie będzie konstruktorem mostu, nikogo nie wyleczy, czy nie zaprogramuje jakiejś praktycznej aplikacji. Nie wspominając o tak „banalnych“ kwestiach jak dobre samopoczucie, spełnienie, czy po prostu szczęście tych dzieciaków.

Bo dzieciaki chińskie, ale autor niemiecki – i przypomniało mi się, jak często w Niemczech raziło i razi mnie takie „ekonomiczne“ podejście do dzieci i ich przyszłości. Nie, nie tylko w mediach, ale w powszechnych rozmowach. Mówi się często i chętnie (czasem ze szczerą troską) o „przyszłości naszych dzieci“.

Tu pytam się zawsze, od kiedy to wszystkie dzieci są „nasze“. Kolektywne prawa rodzicielskie czy co?

Niemniej dziwi mnie i irytuje, że wspomina się tylko ich „przyszłość“ – jakby pomijając fakt, że dla dziecka najważniejsza jest – teraźniejszość! Tu i teraz, czy z rodzicami, czy z rówieśnikami, zabawa, jedzenie, gry, przytulanki, czytanki, wrzaski. No właśnie, może właśnie przez te wrzaski. Bo o ile Niemcy lubią mówić o „przyszłości“ „naszych“ dzieci – czasem nie lubią ich obecności, czyli teraźniejszości, w przestrzeni publicznej – czy to kawiarni, czy nawet placów zabaw i roznoszących się stamtąd decybeli.

Innym powodem, iż tak chętnie w tym kraju przywołuje się „przyszłość dzieci“, to właśnie wspomniana ekonomia. Albo też, mówiąc krócej – emerytury. Gdyż to właśnie ma większość z nich na myśli, w sumie szczerze troszcząc się o tychże dzieci przyszłość – czyli o swoje emerytury, które ktoś będzie musiał opłacać, a co się z tym wiąże – na nie zarabiać. Oto cała „miłość“ do dzieci, dlatego są one „nasze“, i oczywiście słowo „dzieci“ brzmi ładniej niż „demografia“, czyż nie?

Może w powyższych słowach aż za bardzo „jadę“ po Niemcach. Gdyż wcale nie sądzę, iż są mniej szczerzy, mniej pazerni i mniej egoistyczni niż inne ludy. Ale wydaje mi się, że dlatego tak często i otwarcie „troszczą się“ o te dzieci, że wierzą jeszcze w… emerytury. W system emerytalny. Podczas gdy ani Rosjanin, ani Amerykanin, ani Polak czy Brazylijczyk w takie obiecanki-cacanki wierzy albo dużo mniej, albo wcale.

Pamiętam, jak uczono mnie zarówno w polskim socjalizmie, jak i austriackim „socjal-wolnorynkizmie“ o „zacofanych Afrykańczykach“, którzy „rodzą tyle dzieci“, wierząc, że im ich więcej, tym większe szanse, że ich te dzieci na starość utrzymają.

Czy jednak „troska demograficzna“ Niemców jest mniej zacofana? Jakby nie chcieli wiedzieć, że liczyenie PKB ma sens, jeśli się go liczy nie jako sumę całej gospodarki, lecz „na głowę“? Jakby nie chcieli zauważyć, że adenauerowski system emerytur i rent to nic innego, jak dofinansowana od dziesięcioleci miliardami (i dlatego tylko nie waląca się) piramida finansowa? Jakby nie zastanawiali się nad tym, że może technologia i tak wykluczy fakt, że – czy będzie tych Młodych (a za kilkanaście i więcej lat – dorosłych) więcej czy mniej, to drugorzędne. Bo liczyć się będzie to, czy będą mieli miejsca pracy i dochód, by na Starych płacić.

Na koniec, co wkurza mnie najbardziej. Nie to, co opisałem powyżej, że ktoś „troszczy się“ o „nasze“ dzieci – a myśli o pewnej i słodkiej emeryturze. Wkurza mnie podtekst takich „życzeń“. Albowiem, tłumacząc to na prosty język, oznacza to proste hasło rzucone w kierunku młodych rodziców: „Do łóżka! Kopulować! Zapładniać się! (i tak dalej… aż do…) Wychowywać! Niech dorastają, uczą się, by potem móc zarabiać! Dla gospodarki, dla systemu emerytalnego, dla nas!“

Sorry, ale jak idę z kimś do łóżka, i ewentualnie zdarzy mi się kopulować, to nie mam ochoty mieć przed oczyma ekonomicznych i demograficznych wykresów, czy też wizji obecnie 30-50 letnich sąsiadów w wieku emerytalnym.

Podobny tekst w języku niemieckim dla pisma „der Freitag“ sprzed czterech lat:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/werden-es-unsere-kinder-besser-haben

Barataria 40 Teneryfa / Teneriffa

Tekst / Text: +/- Wikipedia

Teneriffa (span. Tenerife) ist die größte der Kanarischen Inseln und gehört zu Spanien. Die Insel ist 83,3 Kilometer lang, bis zu 53,9 Kilometer (Ost-West-Ausdehnung) breit und hat eine Fläche von 2034,38 Quadratkilometern. Sie ist mit etwa 888.000 Einwohnern die bevölkerungsreichste Insel Spaniens. Die Hauptstadt ist Santa Cruz de Tenerife. Die Einheimischen werden Tinerfeños genannt.

Teneriffa ist eine Vulkaninsel. Sie gehört – wie alle Kanarischen Inseln – topografisch zu Afrika, liegt 288 Kilometer vor der Küste Marokkos und der Westsahara und ist 1.274 Kilometer von der Südküste des spanischen Mutterlandes entfernt. Teneriffa und die benachbarte Insel Gran Canaria werden aufgrund verschiedener Landschaftsformen und mehrerer dort auftretender Klimazonen oft als Miniatur-Kontinent bezeichnet (Schon vor ein paar Wochen behauptete ich, dass die Fantasy-Territorien eigentlich immer eine interessant gebaute Insel sind – Anm. d.Red. EMS).

Einer Legende nach, ist Teneriffa die Überreste der verlorenen Atlantis. Bei dem spanischen Schriftsteller Miguel de Unamuno ist sie die Barataria von Cervantes! Natürlich ist es metaphorisch gemeint, aber dies ist eben das, was mich fasziniert – das Leben der Metapher.

Teneryfa – należąca do Hiszpanii wyspa na Oceanie Atlantyckim, u północno-zachodnich wybrzeży Afryki, zaliczana do Makaronezji. Jest największą i najludniejszą wyspą w archipelagu Wysp Kanaryjskich i najludniejszą wyspą hiszpańską. Teneryfa, choć geograficznie leży w północnej Afryce, jest integralną częścią Hiszpanii i Unii Europejskiej. Obowiązującą na wyspie walutą jest euro, a językiem urzędowym język hiszpański.

Santa Cruz de Tenerife jest największym miastem na wyspie i zarazem jej stolicą oraz prowincji Santa Cruz de Tenerife. Jest też, wspólnie z Las Palmas de Gran Canaria, stolicą autonomii Wysp Kanaryjskich.

Teneryfa oraz sąsiednia wyspa Gran Canaria jest często nazywana kontynentem w miniaturze ze względu na kilka typów krajobrazu i kilka stref klimatycznych na nich występujących (Nie będę się przechwalać, ale już kilka tygodni temu twierdziłam, że to właśnie takie wyspy o interesującej budowie geograficznej są pierwowzorem wszystkich terenów z opowieści fantasy – EMS). Na Teneryfie znajdują się dwa obiekty wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO: wulkan Teide, który jest parkiem narodowym, oraz zabytkowe miasto La Laguna.

Legenda głosi, że Teneryfa jest pozostałością zaginionej Atlantydy. Hiszpański pisarz Miguel de Unamuno widzi w niej i Atlantydę, i Baratarię!!! Oczywiście to metafora, ale w tym serialu to właśnie najbardziej mnie fascynuje – długie i szczęśliwe życie metafor!

Fotos/y: Anne Schmidt

Reblog jesienny czyli…

Piotr Beszczyński

Reakcja pogańska

Widok z Gdańska na Hel. Hel niewidoczny, bo zamglony.
X Widok z Helu na Gdańsk. Gdańsk niewidoczny, bo zamglony.

  • Jak można wnioskować z powyższych zdjęć, koniec września upłynął nam między Gdańskiem a Helem. Cały łączący je pas wybrzeża, a zwłaszcza Półwysep Helski, staje się dostępny dla ludzi przedkładających nadmorskie klimaty nad otoczone tłumem budki z goframi dopiero wtedy, gdy skończą się wakacje.
  • Jak każde niemal miejsce, w którym postawi się stopę, również Półwysep odsłonił kawałek nieznanej nam (a wstyd!) historii: czcigodny Zygmunt Stary, zhołdowawszy Prusy Wschodnie po sekularyzacji Zakonu Krzyżackiego, zdecydował się oddać w 1526 roku końcówkę półwyspu zawsze mocnemu i mocno niezależnemu Gdańskowi, w zamian za nieuprzykrzanie życia konkurencyjnemu dla Gdańska portowi w pruskim Elblągu. Pomogło to niewiele, bo gdańszczanie umożliwili wprawdzie dostęp do Elbląga z Bałtyku, jednak poprzez hydrotechniczne sztuczki starali się ograniczyć ilość wód wiślanych, a przez to ilość towarów, dopływających do portu elbląskiego od polskiej strony. Tak czy owak, podział półwyspu zachował się przez ponad ćwierć tysiąclecia, do drugiego rozbioru Polski. Jastarnia zaś, gdzie ustalono granicę podziału, funkcjonowała przez ten czas jako dwie Jastarnie: jedną – Gdańską, i drugą – Pucką, przynależną do Polski.
    X
  • Dzisiejsi władcy Polski mają odmienną sytuację: aby przywrócić do życia portową aktywność Elbląga nie muszą już dzielić Półwyspu Helskiego, lecz Mierzeję Wiślaną. I nie administracyjnie, lecz fizycznie, za pomocą kanału przekopanego u jej nasady na złość Ruskim i ekologom, zaś ku uciesze żeglarzy. Kopać mają zacząć niebawem, więc postanowiliśmy jeszcze suchą nogą wybrać się do Piasków, położonej najdalej po polskiej stronie miłej wsi artystów, rybaków i dzików. Nawet latem nie docierają tu tłumy, osadzające się wcześniej, w Krynicy Morskiej.
    X
    Zalew Wiślany, przed tysiącem lat jeszcze bałtycka zatoka, nad którą Wikingowie usadowili swoje Truso, później bywał akwenem morskich bitew, a pod koniec II wojny światowej – niósł po swej zamarzniętej powierzchni tłumy mieszkańców Królewca, uciekających przed nacierającymi Sowietami. Pod wieloma lód się załamał.


    Wrzesień 2017 kipiał gorączką polityczną i artystyczną. Politycy rządzący coraz szerzej wymachiwali maczugami z obłudnym napisem „dobra zmiana”, politycy opozycyjni zaś z coraz większym trudem robili uniki, starając się znaleźć oręż do cywilizowanej kontrofensywy. Trwa to już ponad dwa lata i pewnie potrwa dość długo. Na szczęście artyści robią swoje, dostarczając publice chwil uśmiechu i wytchnienia. Zapamiętaliśmy kilka z licznych wydarzeń, a to:

  • „Wiedźmin” – nowy musical w gdyńskim Teatrze Muzycznym, w imponującej oprawie muzycznej, choreograficznej i scenograficznej, choć odrobinę może zbyt przegadany.
  • „Habit i zbroja” – doskonale zrobiony pełnometrażowy film o walorach edukacyjno – dokumentalnych, opisujący historię tak ciekawiącego nas Zakonu Krzyżackiego. Chyba tylko nas, bo na widowni byliśmy sami. Rzecz powinna być obowiązkowym uzupełnieniem lekcji historii w szkołach, ale niekoniecznie się nim stanie, bo brak tam jakiejkolwiek sekwencji związanej z żołnierzami wyklętymi. Może nie było ich pod Grunwaldem?
  • UCHOwaj nas od PREZESA, Panie! wznowiło się po wakacyjnej przerwie. Pokazują się w nim coraz bardziej znani aktorzy, bo trzeba naprawdę wielkich umiejętności, aby taktownie obśmiać pierwowzory.
  • „Twój Vincent” – absolutna rewelacja, niestety niedoceniona na gdyńskim festiwalu. Malarski film, który zbiegiem okoliczności przywołuje impresjonistyczną atmosferę obejrzanej kilka dni wcześniej wystawy autochromów, pierwszych kolorowych fotografii z początków XX wieku
  • Inauguracja artystycznej działalności Oliwskiego Ratusza Kultury, najbardziej wyczekiwanego dziecka (to metafora, ma się rozumieć…) Andrzeja Stelmasiewicza – postaci niestrudzenie oliwiącej tryby gdańskiej kultury pozaratuszowej.
    X
    Na początek -mocny akcent, bo Hamlet, jakiego świat nie widział – przedstawiony przez teatr jednego aktora (Adama Walnego) i wielu kukieł taplających się w krwawych akwariach (sanguariach?).
    X
  • Najsmakowitszym kąskiem wrześniowych wrażeń kulturalnych było spotkanie w kameralnej, gruzińskiej atmosferze ze Stanisławem Tymem. Tym Tymem. Nie zdołam należycie sprawy opisać, mogę tylko dziękować komu trzeba za taką okoliczność!!!

I na koniec : jeśli dziwi Was tytuł wpisu, to w największym skrócie przypomnę, że:

  • „reakcją pogańską” nazywają historycy fale odwrotu od chrześcijaństwa, które miewały miejsce wśród społeczeństw intensywnie chrystianizowanych, na ogół za polityczną (choć czasem też duchową) inspiracją, lub co najmniej przyzwoleniem ich władców.
  • na słowiańszczyźnie zjawisko to wystąpiło z dużą mocą w XI-XII wieku, zwłaszcza wśród plemion połabskich (na terenach obecnych północnych Niemiec), jak też w państwie Piastów. Wzmiankowałem o tym w dawniejszych wpisach i z pewnością nie raz powrócę do sprawy w przyszłości.
    X
  • dziś jednak ów historyczny termin nasuwa mi takie oto skojarzenia: chrześcijaństwo przed tysiącem z górą lat nadciągnęło, ze wszystkimi swoimi jasnymi i ciemnymi stronami, z zachodu Europy, zaś reakcja pogańska była emanacją „ludowego” sprzeciwu przeciw owej nie swojskiej doktrynie. Żywiła się hasłem powstania z kolan, dosłownego w tym przypadku, bo sprzeciwiającego się oddawania na klęczkach czci nowemu bogu.
  • społeczeństwa zachodniej Europy wykształcały przez ten tysiąc lat obecny model funkcjonowania – z pewnością daleki od doskonałości – jednak będący (przynajmniej jeszcze całkiem niedawno) przedmiotem westchnień społeczeństwa polskiego. Działo się to wśród potoków krwi wojen religijnych, swądu stosów inkwizycji i ogromu niegodziwości pokoleń kościelnych hierarchów, ale także wśród przebijającej się przez nie stopniowej humanizacji ludzkich relacji.
  • I co widzimy? Owe w miarę ucywilizowane wzorce, w ostatnich latach z ochotą przeszczepiane na polski grunt, nagle spotkały się z odporem. Katolicki naród zaczął kontestować owoce tysiącletniej ewolucji chrześcijańskiej Europy. Reakcja pogańska we współczesnym polskim wydaniu nacjonalistyczno – katolickim. Taki mam obraz.
  • No, może trochę się zagalopowałem. Jest bowiem rzymski katolicyzm (nie całkiem Franciszkowy, niestety), ale są też jego skrzywione odmiany, jak choćby rydzki kaczoliżyzm , skutecznie mobilizujący lud polski do wspomnianej pogańskiej reakcji.
  • Co do przyczyn tego stanu rzeczy – dziesiątki publicystów pochylają się, próbując je zdefiniować i szukać sposobów przeciwdziałania. Jedni bardziej, inni mniej sensownie. Jeśli przyjdzie mi do głowy jakiś pomysł – poinformuję o tym niezwłocznie na blogu; zachęcam też komentatorów!

Anstelle des Unabhängigkeits-Marsches

oder Zamiast Marszu Niepodległości

Seit ein paar Jahren schon “kämpfen” die Polen verschiedener politischen Weltanschauungen untereinander darum, zu wem der Unabhängigskeitstag (ein Polnischer Nationalfeiertag) gehört. Es ist einer der wichtigsten Jahrestagen in der Geschichte Polens. An diesem Tag, nach 123 Jahren der Teilung und der politischen Nichtexistenz, rief der Marschall Joseph Piłsudski die Unabhängigkeit Polens auf. Dass auf diesem Tag in Compiegne in Frankreich der 1. Weltkrieg beendet wurde, war mehr oder weniger ein Zufall.

Leider wird gerade dieser festliche Anlass zu einer radikal-nationalistischer Demonstration der politischen Macht der extremen Rechtgruppierungen Polens umfunktioniert. Und leider geniessen diese Parteien und Organisationen nicht nur immer stärkeren Zugang der Anhänger, sondern, und dies ist geradezu erschreckend, die Unterstützung der katholischen Kirche und der PiS-Regierung.

Seit Jahren gehen an diesem Tag in die Welt die erschreckende Nachrichten aus Polen. Die Wikipedia auf Deutsch schreibt z.B.: Während Tausende Polen in der Hauptstadt Warschau und anderen Städten des Landes überwiegend friedlich ihren Unabhängigkeitstag feiern, kommt es in den letzten Jahren wiederholt zu Ausschreitungen, bei denen sich Nationalisten bei den Kundgebungen heftige Auseinandersetzungen mit den Einsatzkräften der Polizei liefern. Vor allem in Warschau kommt es zu heftigen Ausschreitungen mit Festnahmen bei “Unabhängigkeitsmärschen” von Nationalisten und Rechtsradikalen.

Ein schrecklicher Tag für Polen. Ich habe gar keine Lust, darüber nachzudenken. Vergessen wir es, hoffen wir, dass es irgendwann vorbei ist. Ich  lade stattdessen zu einer Ausstellungeröffnung ein.

***

Dzisiaj 11 listopada. Od kilku lat ohydny dzień i myślę, że nie muszę moim Czytelnikom tłumaczyć – dlaczego. Ohydny. A najgorsze jest to, że ta obrzydliwa polska gęba ma wsparcie Kościoła i polityki. Nie chcę o tym nawet myśleć. Zamiast na demonstrację, zapraszam na wernisaż…

***

Es ist eine sehr originelle Veranstalltung, und wenn man in Berlin diese Adjektiv benutzt, bedeutet es wirklich was. Seit 6. Oktober gibt es schon in Kungerkiez eine Fotoausstellung

Sela5/2 – FRAMES. AND THE SPACE BETWEEN.

Die Ausstellung dauert zwei Monate und zeigt im Hauptraum die Werke von elf Fotografen, und in einem Nebenraum werden jede Woche die Fotos von einem der teilnehmenden Fotografen gezeigt. Ich weiss nicht, ob ich es besser erklären kann, aber auch nirgendwo, weder im Katalog noch auf der Fanpage, finde ich eine entsprechende Beschreibung des Vorhabens von Karsten Hein, der eine der Kuratoren ist und jetzt eben am 11. November in dem Gallerie-Nebenraum seine Fotos ausstellt (er steht ganz recht im Bild unten). Seine ungewöhnliche Foto-Projekte habe ich hier (und woanders) schon ein paar Mal vorgestellt: Fiktive Fotografen, Fotos für die Blinden oder Mode für die Blinden. Manchmal mache ich bei seinen Projekten mit.

Karsten Hein

KungerKiezInitiative e.V.
Karl-Kunger-Str. 15
12435 Berlin

U-Bahn Treptower Park und dann zu Fuß… Oder Schlesiches Tor und ebenfalls zu Fuß (beide – ziemlich lang :-)).

Ich fand nirgendwo, um welcher Uhrzeit diese Teilausstellungen eröffnen werden. Ich nehme an, 19 Uhr ist ein schöner Termin. Kommet alle hin!

***

Und noch bis 5. November im Martin-Gropius-Bau, Berlin > Der Luthereffekt > Raum 15 – 19 Karsten Heins Tansaniabilder… mehr

Hilferuf / Wołanie o pomoc


Celina Muza
Drodzy Przyjaciele, Liebe Freunde,

dzisiaj, troszkę weekendowo, piszę do was w zupełnie innej sprawie.

Byłam w połowie października na Kaszubach w regionie, przez który przeszła w nocy z 11 na 12 sierpnia nawałnica niszcząc hektary lasów i wiele domów, przede wszystkim tych starszych i biedniejszych. Pojechałam tam razem z 7-osobową silną grupą męską z firmy SchoPa, w której pracuje mój małżonek. Dowiedzieliśmy się od przyjaciół, że w dalszym ciągu potrzebna jest tam pomoc. Aktualnie brakuje nie tylko materiałów, ale przede wszystkim fachowców: murarzy, elektryków, malarzy, dekarzy… Po prostu ich tam nie ma, a jeżeli są, to stawiają takie warunki finansowe, że zatrudnić ich mogą tylko najbogatsi (ale akurat te domy najmniej ucierpiały).

heute schreibe ich Euch – ein wenig in Wochenendstimmung – in einer ganz anderen Sache.

Mitte Oktober war ich in der Kaschubei, in der Region, in der in der Nacht vom 11. auf den 12. August ein schlimmer Sturm gewütet hat, der ganze Hektar von Wäldern und viele, vor allem ältere und ärmere Häuser zerstört hat. Ich bin zusammen mit einer 7-Mann starken Gruppe von der Firma SchoPa, bei der mein Mann arbeitet, dorthin gefahren. Wir hatten von Freunden erfahren, dass dort weiterhin Hilfe gebraucht werde. Aktuell fehlt es dort nicht nur an Baumaterial, sondern vor allem an Handwerkern: Maurern, Elektrikern, Malern, Dachdeckern… Es gibt sie einfach nicht, und wenn welche da sind, dann stellen sie solche finanziellen Forderungen, dass nur die Reichsten es sich leisten können, sie anzustellen (deren Häuser jedoch am wenigsten unter dem Sturm gelitten haben!).

Nie sądziłam, że na dwa miesiące po tragedii zastanę tam taki obraz nędzy i rozpaczy! Załączam kilka zdjęć, ale uwierzcie mi, żadne nie oddaje nawet w przybliżeniu rozmiarów zniszczeń. Stałam na drodze pomiędzy dwiema wsiami w gminie Brusy i zwyczajnie płakałam patrząc na to co zostało po pięknych lasach.

Ich hätte nicht gedacht, dass ich zwei Monate nach der Tragödie ein solches Bild des Jammers vorfinden würde. Ich füge einige Fotos hinzu, aber glaubt mir bitte, keines der Bilder kann auch nur annähernd die Ausmaße der Zerstörungen widergeben. Ich stand in der Gemeinde Brusy auf der Straße zwischen zwei Dörfern und weinte einfach beim Anblick dessen, was dort von den wunderbaren Wäldern übriggeblieben ist.

Nasi wolontariusze pracowali przez cały weekend w trzech wsiach, w trzech gospodarstwach, które do tego czasu nie miały jeszcze w ogóle dachu. I natychmiast po powrocie do Stargardu oznajmili, że muszą pojechać na Kaszuby jeszcze raz aby położyć poszkodowanym elektrykę i podłogi. Z nadzieją, że uda się tym rodzinom, które otrzymały tylko dotacje na zakup desek na dach i ewentualnie nowego pieca grzewczego (ale nie wszyscy), spędzić Święta we własnym domu.

Unsere Freiwilligen haben das ganze Wochenende über in drei Dörfern gearbeitet, in drei Bauernhöfen, die bis dahin überhaupt keine Dächer hatten. Und sofort nach ihrer Ankunft in Stargard erklärten sie, sie würden sofort wieder in die Kaschubei fahren müssen, um den Geschädigten noch die Elektroleitungen und die Fußböden zu legen. Mit der Hoffnung, dass es diesen Familien, die nur eine Zuwendung für den Kauf von Brettern für das Dach und eventuell für einen neuen Heizofen erhalten hatten (es waren nicht alle), gelingen wird, Weihnachten im eigenen Haus zu verbringen.

Ale kiedy już uda się w miarę odbudować dom, zaczną się kolejne problemy. Po wichurze lało przez kilka dni i domy bez dachów zalane były doszczętnie. W pośpiechu przenoszono dobytek do stodół przykrytych plandekami i niedługo okaże się, że na przykład poduszki przemokły, pościel zgniła, odkurzacz już nie działa, produkty chemiczne są nie do użytku… ubrania do wyrzucenia. Najbiedniejsi w okolicy stracili wszystko.

Aber nachdem sie ihr Haus einigermaßen wiederaufgebaut haben, werden weitere Probleme beginnen. Nach dem Sturm hatte es mehrere Tage geregnet und die dachlosen Häuser wurden völlig überschwemmt. In aller Eile wurde das Hab und Gut in mit Planen bedeckte Scheunen gebracht, und bald wird sich herausstellen, dass zum Beispiel die Kissen nass geworden sind, die Bettwäsche vermodert ist, der Staubsauger nicht mehr funktioniert, chemische Produkte nicht mehr zu gebrauchen sind, und die Kleidung weggeworfen werden muss. Die Ärmsten in der Gegend haben alles verloren.

Moich przyjaciół mieszkających w Polsce zachęcam do wsparcia Komitetu Społecznego Przymuszewo po nawałnicy. W każdy weekend grupa wolontariuszy pracuje na budowach.

https://www.facebook.com/search/top/?q=przymuszewo%20po%20nawa%C5%82nicy

Społeczny Komitet Przymuszewo po nawałnicy

BGŻ BNP PARIBAS: 83 1600 1462 1832 3260 4000 0001

IBAN: PL83160014621832326040000001

BIC: PPABPLPK

Moich przyjaciół mieszkających w Niemczech chciałam poinformować, że 3 listopada zostanie przeze mnie założone specjalne konto w Berliner Volksbank, na którą będę zbierać darowizny na rzecz 3 rodzin w gminie Brusy.

Meine Freunde, die in Deutschland leben, möchte ich informieren, dass ich am 3. November ein SonderSpendenKonto bei der Berliner Volksbank einrichten werde.

Zastanówcie się proszę czy, jaką sumą i w jakim miesiącu w ciągu najbliższych miesięcy moglibyście włączyć się do pomocy?

Bitte, überlegt ob Ihr helfen könnt den 3 Familien ein normales Leben wieder führen zu können? Wenn ja, mit welcher Summe und wann in den nächsten paar Monaten?

Liczę na Was!

Ich zähle auf Euch!

Pozdrawiam serdecznie… viele Grüße

Celina

Bracia Mann 3 (i zapiski Podręcznej)

Lech Milewski

Wielki brat wielkiego brata

Rok 1937.

Henryk pracuje nad połączeniem wszystkich ruchów antyfaszytowskich. Ma w planie stworzenie DFP – Deutsche Freiheits Partei – Niemieckiej Parii Wolności. W tym samym okresie Niemiecka Partia Komunistyczna (KPD) wybiera Waltera Ulbrichta – KLIK – na stanowisko pierwszego sekretarza.
Walter Ulbricht dokonał sporej czystki w szeregach KPD wysyłając niewygodne mu osoby do ZSRR gdzie właśnie trwała Wielka Czystka. Żaden w nich nie przeżył.
Henryk wycofuje się ze swoich planów, nie widzi szans porozumienia.

Louis Aragon zaprasza Henryka do Paryża na II Międzynarodowy Kongres Obrońców Kultury. Kongres jest zdominowany przez sympatyków stalinizmu. Wypowiedzi antyradzieckie są przerywane hałaśliwymi protestami.

Po powrocie do Nicei Henryk kończy II tom Henryka IV.

Rok 1938.

W lecie Henryk jedzie do Paryża na III Międzynarodowy Kongres Pisarzy.

Dostaje wiadomość od Mimi, że przebywa ona wraz z córką na wczasach w Zwiąku Radzieckim. Wyraża obawy, że powrót do Czechosłowacji może nie być bezpieczny.
Nelly pozostaje w Nicei i przepisuje Henryka IV.

W listopadzie Henryk otrzymuje wiadomość od Goschi, że zaręczyła się z przebywającym w Pradze Amerykaninem.
Zupełne zaskoczenie. Henryk pisze do brata: “…tylko tyle wiem, mogę tylko zapytać co to za Amerykanin, który w obecnej sytuacji zaręcza się w Pradze, i dlaczego z moją córką?“.
W grudniu spotyka się na krótko z córką w Genewie i dowiaduje się, że już wyszła za mąż za dr Aschermanna, który nie traci czasu i zwraca się do teścia z prośbą o pomoc finansową w przeniesienu jego firmy do USA.

Opowieść podręcznej.

Sytuacja materialna nie jest dobra. Koszta studiów córki Henryka pogarszają sytuację.
Nelly zabiera się za wyrób kapeluszy. Prócz tego przepisuje Henryka IV.

Henryk spędza długie tygodnie z bratem.

Nelly bierze regularnie środek uspokajający – weronal.
Rachunek z dość ekskluzywnej winiarni A la Cave Saint-Paul sięga blisko tysiąca franków.
Alkohol plus weronal – w grudniu Nelly ląduje w szpitalu.
Spędza tam święta. Jej, pisane dość często listy do Henryka, tak jak jej charakter pisma są bardzo nierówne. Czasem dowcipne, czasem pełne żalu, czasem pełne narzekań.
Wybucha gniewem gdy Henryk przekazuje wiadomości do niej nie osobiście lecz przez doktora. Jedna z wiadomości to, że Henryk nie życzy sobie, żeby w obecnym stanie zdrowia wracała do domu.
Nelly pisze do Henryka list z pretencjami, że traktuje ją źle, wylicza jej pieniądze a jednocześnie płaci spore sumy za kurację odchudzającą córki. Wszak dla niego porzuciła wszystko, pojechała za nim do obcego kraju i nawet nie ma tu paszportu.

Rok 1939.

Goschi sugeruje ojcu wpłacić $10,000 na jej rachunek. Im więcej będzie na rachunku tym łatwiej otrzyma amerykańską wizę. Henryk odpowiada ze smutkiem, że może wpłacić tylko ułamek tej kwoty.

Tomasz i wszyscy jego najbliźsi przebywają w USA. Tomasz jest traktowany jak celebryta – zaproszenia na wykłady, prelekcje, spotkania.
W pamiętniku pisze: “Zainteresowanie jest duże: na przykład w Chicago bilety zostały już dawno wysprzedane (4 miesiące przed terminem). Przy tym bezwstydny manager bierze za wieczór $1,000 (obecne $17,500), z czego ja dostaję tylko połowę“.
Uniwersytet Princeton proponuje objęcie profesury. Tomasz otrzymuje wizę na pobyt stały.
Jego admiratorką jest Eleanor Roosevelt, żona prezydenta. Dzięki tej znajomości Tomasz pomógł setkom osób załatwić wizę wjazdową do USA.

W liście do Henryka wyraża się z najwyższym uznaniem o Henryku IV.
Donosi, że miał przyjemność gościć męża Goschi, pana Achermanna, który tytułuje go wujkiem. Jego opowieści o przeniesieniu firmy do USA i wymagania finansowe związane z wizą dla Goschi mówiąc delikatnie są mętne.
Kilka dni później Tomasz dostał ostrzeżenie, że pan Aschermann obiecał wielu Żydom w Europie, że załatwi im bezpieczny przewóz kosztowności do USA. Napływają sygnały, że wiele osób nie może tych kosztowności odzyskać.
Goschi też traci kontakt z mężem, który uprzednio pobrał wszystkie pieniądze z jej konta.

Henryk pisze bardzo przygnębiający list do brata – wstyd mu za Niemców, że nie obalili nazistów, wstyd mu za siebie, że przez tyle lat nie zalegalizował swojego związki z Nelly, jest pełen obaw o los córki przebywającej wciąż w Pradze, ma wątpliwości na temat wartości wszelkich swoich działań.

Usiłuje załatwić dla Goschi ucieczkę z Czechosłowacji do Związku Radzieckiego gdzie mogłaby liczyć na jakieś wsparcie finansowe.

Mija 10 lat od chwili pierwszego spotkania Henryka i Nelly – ich korespondencja nabiera bardzo romantycznego charakteru. W lipcu jadą razem do kurortu w okolicach Grenoble.
Wiele lat później Henryk napisał, że te wakacje to był najprzyjemniejszy okres w jego życiu.

23 sierpnia – Niemcy podpisują pakt o nieagresji ze Związkiem Radzieckim. Dla ruchów lewicowych w Europie jest to zupełna klęska. Henryk zamyka się w swoim pokoju na 2 dni.

1 września – Niemcy napadają na Polskę.

Obywatele krajów zajętych przez Niemcy nie są już bezpieczni we Francji. Wielu zostało wydanych Niemcom.

9 września 1939 roku – wpis w rejstrze małżeństw – Henryk Mann, lat 68, obywatelstwo czechosłowackie, przedtem obywatel niemiecki, pobrał się z Nelly Kröger, lat 41, bezpaństwowa.
Kilka tygodni po ślubie Nelly uzyskała obywatelstwo czeskie.

Henryk kontaktuje się ze szwedzkim Czerwonym Krzyżem, aby ewakuować Goschi z Pragi. Starania te nie przyniosły żadnego rezultatu.

Rok 1940.

16 czerwca – Niemcy zajmują Paryż.

Henryk sprzedał całe wyposażenie mieszkania, uregulował wszystkie należności.

Przebywający we Francji Golo Mann (syn Tomasza) organizuje ucieczkę Henryka.
12 września Henryk i Nelly spotykają się z Golo w na dworcu w Marsylii. Spotykają tam również Franza Werfla i jego żonę Almę Mahler-Werfel. Ich przeprawa przez Pireneje została zorganizowana przez Variana Fry, pracownika amerykańskiego konsulatu.
Więcej o tej ucieczce TUTAJ.

20 września Tomasz otrzymuje telegram od Golo z wiadomością, że cała piątka dotarła do Lizbony gdzie czekają na statek do USA. Tomasz jest niezadowolony, że jest z nimi “ta pani”. W swoich pamiętnikach i korespondencji Tomasz nigdy nie wymienił imienia Nelly.

13 października Klaus Mann, najstarszy syn Tomasza, wita przybyszy w Nowym Jorku.
Za tydzień przyjeżdża do Nowego Jorku Tomasz z żoną i towarzyszą Henrykowi w oficjalnych spotkaniach w organizacjach emigrantów i środowiskach artystycznych.
W tym czasie Nelly jedzie do Pensylwanii gdzie mieszka na stałe jej siostra z rodziną.

W listopadzie Henryk i Nelly przyjeżdżają do Kalifornii i wynajmują mieszkanie w Beverly Hills. Tomasz załatwia bratu pracę w wytwórni filmowej Warner Brothers. Płaca $500 miesięcznie odpowiednik obecnych $8,600.
Henryk zabiera się za przeróbkę na scenariusz swej (a może Nelly) powieści Das ernstes Leben. Mówi się, że rolę główną zagra Bette Davis.
Angielski Henryka jest bardzo słaby więc pisze scenariusz po niemiecku.

W lutym 1941 roku Henryk pisze do brata z prośbą o affidavit , który jest potrzebny do finalizacji jego i Nelly procedur imigracyjnych. Tomasz odpowiada, że wystawił już tak wiele takich dokumentów, że lepiej jeśli Nelly załatwi to przez swoją rodzinę.

FBI bierze Henryka pod baczną obserwację. Szczególne podejrzenie wzbudzają jego kontakty z ruchem Wolne Niemcy, którego centrala znajduje się w Meksyku.
Działa tam kolejny bohater moich blogowych wpisów – szalony reporter Egon Erwin Kisch. Więcej TUTAJ.

W marcu Henryk obchodzi 70 urodziny.
Tomasz przebywa w tym dniu w San Francisco gdzie odbiera kolejny doktorat honoris causa. Klaus Mann pyta listownie ojca o plany obchodów urodzin Henryka, który według niego: “…żyje w izolacji przywalony tą panią Kröger jak chorobą zakaźną“.

Henryk zaczyna pisać swoje refleksje “Z czasów Winstona Chuchilla”. Na publikację bedą czekały ponad 60 lat.

Na Wielkanoc Henryk i Nelly spotykają się z Tomaszem i Katią. Tomasz nazywa bratową w pamiętniku: “diese schreckliche Trulle“. Polskie synonimy to flądra, dziwka, wywłoka.

Tomasz organizuje obchody urodzin brata. Uczestniczy w nich ponad 50 osób: Werflowie (ale dopiero po interwencji gdyż Nelly i Alma Mahler-Werfel nie znosiły się wzajemne i Nelly skreśliła Werflów z listy zaproszonych), Feuchwangerowie, Doblinowie.

21 czerwca Niemcy atakują ZSRR. Na wiadomośc o tej wojnie Henryk reaguje radośnie, Tomasz pozostaje sceptyczny.

Tomasz otrzymuje wiadomość z wytwórni Warner Brothers, że nie zamierzają przedłużyć kontraktu z Henrykiem. Kontaktuje się z ambasadą ZSRR informując ją o trudnej sytuacji finansowej brata.
Tomasz i Katia dyskutują “problem Henryka”. Uzgadniają, że dadzą mu natychmiast $800 (obecne $13,500) na spłatę długów i będą wypłacać regularną pensję $100 (obecne $1,725) miesięcznie.

W marcu angielskie lotnictwo przeprowadza pierwszy udany atak bombowy na niemieckie miasto. Jest nim Lubeka, 3,400 budynków zburzonych, wśród nich dom rodziny Mannów.

Pierwsza żona Henryka – Mimi Mannova – zostaje przetransportowana z Pragi do Terezina.

Opowieść podręcznej.

Nelly utrzymuje kontakty i wymienia korespondencję z żonami wielu niemieckich emigrantów. Najbliższa jej jest chyba Salomea Rottenberg. W listach do niej Nelly wspomina, że szuka pracy aby Henryk mógł poświęcić się pisaniu. Zamierzali przenieść się do Nowego Jorku, ale zrezygnowali gdyż ostrzejszy klimat może być niebezpieczny dla Henryka.
Poza tym… nie mają pieniędzy na przeprowadzkę.

Nie mają również pieniędzy na transport książek Henryka które właśnie dotarły do Nowego Jorku. Nie wie z czego zapłacą za wynajem mieszkania, przeprasza, że nie jest jeszcze w stanie zwrócić pożyczonych pieniędzy.

Na razie przeprowadzaja się do tańszego mieszkania co Nelly przypłaca krwotokiem.

Biorą pożyczkę na zakup samochodu. Kierowcą będzie Nelly.
W kwietniu 1942 roku Tomasz powiadamia Henryka, że otrzyma z ambasady ZSRR $750 za sprzedaż jego książek w ZSRR.

Tomasz organizuje kolejną naradę rodzinną. Zgadzają się, że najlepiej będzie zaprosić Henryka do siebie na kilkutygodniowy pobyt zdrowotno-rekreacyjny. Oznacza to odłączenie od Nelly. Henryk jest bardzo zadowolony ze swoich wakacji, ale po dwóch tygodniach wraca do Nelly.

Nelly pracuje jako krawcowa w fabryce mundurów oraz dorywczo jako asystentka pielęgniarki. Nadal są w długach. Na dodatek musi przerwac pracę aby przepisywać kolejną książkę Henryka – Lidice.
Przypomnę – Lidice to niewielka miejscowość w Czechosłowacji, w której Niemcy dokonali masakry ludności w odwecie na zamach na Reinharda Heyndricha.
Książka została wydana w Meksyku.

Nelly podejmuje pracę jako kierowca w mleczarni. Wkrótce zostaje aresztowana za ryzykowną jazdę i spowodowanie wypadku.

Toną w długach. Pożyczka na samochód $414, koszty naprawy samochodu $500, odszkodowanie za rozbity samochód $750.

Nelly zrywa kontakty ze znajomymi paniami gdyż podejrzewa, że plotkują na jej temat.

W czerwcu Nelly udaje się do Ananda Ashrama u stóp Sierra Madre na wypoczynek duchowy. Czuje się tam bardzo dobrze, nawiązuje kontakt z personelem ośrodka, chętnym udziela lekcji niemieckiego. Po 2 tygodniach wraca do domu, ale wkrótce przyjeżdża do ośrodka razem z Henrykiem,

17 grudnia 1944 – Tomasz notuje: “…telefon mego brata Henryka doniósł nam o śmierci jego wieloletniej towarzyszki życia. Parokrotnie ponawiana przez tę nieszczęsną kobietę próba odebrania sobie życia tym razem odniosła skutek“.

Powodem śmierci jest przedozowanie środków uspokajających.
Marta Feuchtwanger w liście do przyjaciółki wspomniała, że Henryk znalazł Nelly nieprzytomną w sypialni, zabrał taksówką do szpitala, ale szpital (i to nie jeden) odmówił przyjęcia gdyż Henryk nie miał przy sobie wystarczającej ilości gotówki. Wreszcie jakiś szpital ją przyjął, zaaplikował płukanie żołądka, ale było już za późno.
Pogrzeb na cmentarzu w Santa Monica odbył się 20 grudnia.

Po wojnie.

W styczniu 1945 roku Klaus Mann odwiedził Pragę. Spotkał tam Mimi i Goschi.
Goschi przez wszystkie lata wojny nie mogła dostac stałej pracy. Żyła ze sprzedaży wszyskiego co było w domu. Mimi po wyjściu z Terezina jest w bardzo złym stanie. Potrzebują pieniędzy. Wskazówka – nie pisać listów po niemiecku.
Dwa lata później Mimi zmarła, Goschi wyszła za mąż za Ludvika Askenazego.
Wikipedia pisze o niej TUTAJ.

75 urodziny Henryka – rok 1946 – były celebrowane bardzo uroczyście w kręgach literackiej emigracji.
Zaczął pisać książkę Der Atem – Oddech. Okazała się byc jego ostatnim dziełem.

Stan jego zdrowia się pogarszał, jego stosunek do Niemiec był bardzo negatywny.
W rozterkę wprawiały go zaproszenia do Niemiec Wschodnich. Ostatnie z nich było na ceremonie otwarcia Akademii Sztuki w Berlinie (Wschodnim). Zaproszeniu towarzyszyły pieniądze na opłacenie podróży. Henryk zamówił kabinę na statku Batory.

Nie wykorzystał – 11 marca 1950 roku Henryk zmarł w wyniku wylewu do mózgu.

W jego domu rodzina odkryła szufladę pełną rysunków nagich, krągłych kobiet. Tomasz prosił Erykę żeby je zniszczyła. Nie zrobiła tego. Można je zobaczyć TUTAJ.

Pozostawił nieskończoną książkę – Smutna historia Fryderyka Wielkiego – miało to być jego rozliczenie się z Niemcami (podobnie jak dla Tomasza Doktor Faustus).

W roku 1961 prochy Henryka zostały przeniesione do Berlina (Wschodniego).
Wrócił tam gdzie zawsze należał – powiedział wspomniany na początku tego wpisu Walter Ulbricht – I sekretarz partii i przewodniczący Rady Państwa.

Grob

Pod pomnikiem umieszczono tabliczkę: Nelly Mann, geb. Kröger* – dzielna towarzyszka życia.

Tomasz Mann przeżył swojego brata o 5 lat. Podobnie jak lata poprzednie były one wypełnione podróżami, spotkaniami, pracą.
Europę odwiedził w 1947 roku. Dwa lata później odwiedził Niemcy, również Wschodnie – Weimar gdzie był uroczyście powitany przez ministra kultury NRD – Johannesa Bechera.
Johannes Becher – ten sam, który zlecił Hansowi Falladzie napisanie książki Każdy umiera w samotności – KLIK.
Wizyta w NRD spowodowała falę krytyki w Niemczech Zachodnich i w USA. W USA była to nie tylko krytyka, ale również ordynarne napaści w mediach.
Zaskoczyło go to i skłoniło do przeniesienia się do Szwajcarii gdzie zmarł 12 sierpnia 1955 roku.
Pochowany został na cmentarzu w Kilchberg niedaleko Zurichu.

Źródła:

1. Evelyn Juers – House of Exile.
2. Aleksander Rogalski – Tomasz Mann.
3. Tomasz Mann – Jak powstał Dr Faustus.
4. Wpis wikipedii Nelly Mann – KLIK.

* “geb. Kröger” – czyli – urodzona jako Kröger. Uważni czytelnicy zapewne zauważyli, że to jest błąd. Panieńskie nazwisko Nelly Mann to Kröger, ale urodziła się pod innym nazwiskiem.

Frauenblick 16 – Kaschmir und Indien

Monika Wrzosek-Müller

Arundhati Roy, Das Ministerium des Äußersten Glücks

Berlin begrüßte mich mit Regen und Kälte, nach dem langen warmen Monat in Italien eine Zumutung, also griff ich nach meinem Lieblingsschal, den aus Kaschmir – wortwörtlich aus Kaschmir: er ist aus Kaschmirwolle und stammt auch aus der Region Kaschmir in Indien. Ich hab ihn in der Altstadt von Cochin in einem sehr netten kleinen Laden gekauft, den zwei junge Juden aus Kaschmir führen. Sie erzählten mir, dass sie nach den Auseinandersetzungen in Kaschmir die Region verlassen mussten. Doch sie träumten jeden Tag davon, dahin zurückzukehren, sahen vor ihren inneren Augen die wunderschönen verschneiten Bergspitzen und grünen Wiesen, Felder und die Obst- und Blumengärten; sie vermissten die klare Luft, ohne Feuchtigkeit und Nebel, die kühlen Abende mit den scharfen Farben der Sonnenuntergänge; es war ganz offensichtlich sie sehnten sich sehr nach ihrer Heimat. Doch die vielen Toten jeden Tag auf den Straßen und in den Dörfern und der Terror, der überall lauerte, hielten sie davon zurück, nach Hause zurückzukehren.

Nach dem Buch von Arundhati Roy Das Ministerium des Äußersten Glücks musste ich immer wieder an die beiden denken.

Das Buch ist wie ein Puzzle, die Geschichten fügen sich ineinander, verdichten sich irgendwann zu einem Ganzen, aber sie könnten auch weiter fortgesetzt werden, oder jede für sich könnte allein stehen. Es gibt eine Hauptheldin, Anjum, oder von hinten aus gelesen Mujna. Sie ist eine hijra, halb männlich, halb weiblich, ein Hermaphrodit, aber eigentlich sind die hijras Transvestiten. Schon mit jungen Jahren flieht sie aus ihrem Elternhaus, wo sie als Junge erzogen wird, in ein Frauenhaus, doch da hält sie es nach einem schlimmen Gewalterlebnis nicht mehr aus. Sie lebt den größten Teil ihres Lebens auf einem Friedhof in Dehli, in der Altstadt, nicht weit vom Roten Fort, wo sie eine Art Kommune aufbaut und mit anderen zusammenlebt. Dann gibt es die Geschichte von den drei Freunden, die in einem College an einer Inszenierung des Stücks Norman, bist du das? mitwirken, das aber nie zur Aufführung kommt: Naga, Journalist, Tilo, Architektin und Designerin, und ein späterer Geheimdienst-Offizier in Kaschmir und Hausbesitzer, der ich Erzähler weiter Teile des Buches; sie alle verbindet die Liebe der beiden Männer zu Tilo. Später kommt ein auf der Straße gefundenes Baby dazu, um das sich Anjum und Tilo streiten, bis sie dann im äußersten Glück auf dem Friedhof zusammenwohnen. Wichtig ist auch Tilos Mann Musa, ein Unabhängigkeitskämpfer für Kaschmir und Jammu. Den Hintergrund bilden die achtziger und neunziger Jahre, mit dem Konflikt um Kaschmir, und das Leben in der Stadt Delhi.

So wie das Leben in Indien selbst ist die Erzählweise oft wirr und chaotisch, sie stockt manchmal und wird wieder fortgesetzt, eine neue Geschichte nimmt an Wichtigkeit den Platz der vorangegangenen ein. Man spürt das Brodeln, Ausufern, die Unbeherrschbarkeit der Konflikte der Charaktere, der Helden, ihre Schicksale. Die Wirklichkeit des Lebens auf den Straßen entzieht sich manchmal der literarischen Erzählung, man spürt, dass sie noch grausamer und unerbittlicher ist. Alle Helden leben ihr gefährliches aber freies Leben, so wie sie es sich vorstellen, so wie es ihnen gelingt, so wie sie es letztendlich wollen. Interessant, dass der Hauptteil des Buchs auf dem Friedhof spielt, dort, wo eigentlich Tote begraben liegen; nur dort gibt es Freiheit, Freizügigkeit und ein ziemlich sorgenfreies Leben. Draußen herrscht Terror, Menschen werden umgebracht, gefoltert. Die Muslime gegen die Hindus und umgekehrt, niemand ist besser; alle verfolgen ihre vielfältigen und komplizierten Interessen, und durch misslungene Aktionen des Geheimdienstes sterben mehr Menschen, als gerettet werden sollten. Kaschmir soll, wie das mit den Kurden im Moment passiert, auf keinen Fall unabhängig werden. Aufgeteilt zwischen Pakistan, Indien, China und Afghanistan kämpfen die Kaschmiris oft gegeneinander, sterben unnötig, immer zu heldenhaften Taten bereit und dazu auch verurteilt.

Seit den achtziger Jahren sind in dem Konflikt zwischen Pakistan und Indien mindestens 70 000 Menschen gestorben, getötet worden; 8 000 sind verschwunden, unzählige haben völlig traumatisiert überlebt und finden keine Ruhe, bis heute. Das ist der Hintergrund des Romans; doch wie die Schriftstellerin damit umgeht und die Verhältnisse beschreibt, lässt uns an den Ereignissen und Emotionen wirklich teilhaben. Die leeren Zahlen füllt sie mit Leben, Farben, Tempo. Sie hat als Journalistin und Menschenrechtlerin, Kritikerin der Globalisierung und des Kapitalismus, viel damit zu tun gehabt, kennt den Konflikt und die Situation aus eigener Anschauung, vielleicht auch als Betroffene. Die Zweitheldin des Romans Tilo, Tilottama, trägt autobiografische Züge der Autorin; in Kerala geboren, ist sie mit 16 nach Dheli gegangen, dort das Studium der Architektur, später gehen die Wege der beiden auseinander. Doch der Kampf, den die beiden Frauen führen ist bestimmt durch Arundhatis Roy Erlebnisse. Wir erfahren viel von den Ereignissen, aber wichtiger sind die Emotionen, die dabei hervorgerufen werden; die zerstörten Leben, Pläne, Familien.

Ich würde gern eine dieser kultivierten Geschichten schreiben, in denen zwar nichts passiert, aber es trotzdem viel gibt, worüber man schreiben kann. So etwas ist in Kaschmir nicht möglich. Es ist nicht kultiviert, was hier passiert. Es gibt zu viel Blut für gute Literatur.

F.1. Warum ist es nicht kultiviert?

F.2. Wie groß ist die hinnehmbare Menge Blut für gute Literatur?

Ich habe mir dann auch den Film Stern von Indien angesehen, hauptsächlich um die Orte des Geschehens zu sehen, die alte Stadt Delhi mit dem Roten Fort; im Film geht es um die Zeit gleich nach dem Krieg, da hat der Konflikt um Kaschmir angefangen, mit dem Abzug der Engländer, mit dem Vize-König von Indien Earl Mountbatten und dem Plan der Gründung von Pakistan. Gab es andere Lösung, wäre die Bildung eines Vereinten Indien besser gewesen?

Die Schriftstellerin macht in dem Roman klar, dass zwar das Erbe des Kolonialismus über Indien hängt, aber eben auch über der Literatur, die kultiviert zu sein versucht – doch die Umstände, die Grausamkeiten erlauben ihr das nicht. Doch für Arundhati Roy sind auch die Leute selbst an ihren Schicksalen schuld, sie können sich nicht hinter der großen Tragödie der Geschichte verstecken, sie erleben ihr Leben, und das kann selbst in schlimmen Zeiten gelungen sein. Das Ministerium des äußersten Glücks findet sich auf dem Friedhof, zwischen Menschen aller möglicher Orientierungen, sowohl religiös als auch geschlechtlich und sozial; sie versuchen das Beste aus ihrem Leben zu machen, ohne dabei trivial und naiv zu wirken. Es ist die große Stärke des Textes, alle diese Charaktere und Geschehnisse in einem Buch, in einer Geschichte zusammen zu bringen und sie dem Leser zu präsentieren, auch vielleicht mit Fragezeichen, das ist doch auch möglich, oder? Das Schöne dabei ist, man spürt in dem Roman viel Freiheit, Raum und Toleranz, die die Leute sich selbst geben, nehmen, oder die die Schriftstellerin ihnen einräumt. Sie sind nicht in ihre Rollen gezwängt, sie bewegen sich am Rande, aber da ist für sie in dem verrückten Indien viel Platz!

Und die Beschreibungen, die Sprache der Schriftstellerin, poetisch, leicht sarkastisch und pointiert, lässt von Anfang an vermuten, dass wir in das Buch reingezogen werden, und das aber bedeutet nicht, dass es ein Roman ist, den man verschlingt. Es wird verlangt dass man langsam und konzentriert liest, nachschaut, die historischen Hintergründe hinterfragt.

In der magischen Stunde, wenn die Sonne fort, das Licht noch da ist, lösen sich die Heere fliegender Hunde von den Banyanbäumen auf dem alten Friedhof und lassen sich über der Stadt treiben wie Rauch. Wenn die Fledermäuse wegfliegen, kommen die Kühe nach Hause. Der große Lärm ihrer Rückkehr kann die Stille nicht füllen, die die verschwundenen Spatzen hinterlassen haben und die alten Weißrückengeier, Wächter der Toten seit über hundert Millionen Jahren, die ausgemerzt wurden. Die Geier starben an Diclofenac-Vergiftung. Diclofenac, Rinder-Aspirin, das den Kühen verabreicht wird, um die Muskeln zu entspannen, Schmerzen zu lindern und die Milchproduktion zu erhöhen, wirkt – wirkte – wie Nervengas auf die Weißrückengeier. Jede chemisch entspannte, milchproduzierende Kuh oder Büffelkuh, die starb, war vergiftete Geierbeute. Während die Kühe zu besseren Milchmaschinen wurden, während die Stadt mehr Eis, Karamell, Cornettos und Nogger Chocs aß und mehr Mango-Milchshakes trank, begannen die Geier, die Hälse hängen zu lassen, als wären sie müde und konnten einfach nicht wach bleiben. Silberfarbene Speichelbärte tropften aus ihren Schnäbeln, und einer nach dem anderen stürzte von dem Ast, auf dem der saß, tot.

Nur wenigen fiel das Aussterben der freundlichen alten Vögel auf. Es gab viel anderes, worauf man sich freuen konnte.

Dass sie eine gute Schriftstellerin ist, hat Arundhati Roy schon in ihrem ersten Roman Der Gott der kleinen Dinge bewiesen, doch in ihrem zweiten zeigt sie umso mehr, dass sie genial schreibt, beobachtet, die Sachen auf den Punkt bringt. So viel Klarheit, bei so einem verwirrten und komplizierten Thema ist selten jemandem gelungen.

Po Halloweenie w Berlinie znikają dynie

Mam na myśli sklepy – oferta komercyjna jeszcze kilka lat temu była taka, że wracał człowiek z wakacji, upał, piasek w walizce, muszelki, a tu tymczasem w sklepie pierniki w czekoladzie i typowe niemieckie spekulacjusy. Wszyscy się o to wściekali, były jakieś protesty, które nic nie przynosiły, bo te mikołaje z czekolady układała na półkach wolna ręka rynku… No ale kiedyś, całkiem niedawno, komercja odkryła, że między latem a zimą jest jeszcze jesień. Pojawiły się jabłka, śliwki, orzechy, kasztany jadalne i oczywiście – dynie, dynie, dynie… I tak aż do Zaduszek. Gdy się jednak już na dobre zacznie listopad, dynie przenoszą się na stoiska jarzynowe, a świat opanowują kalendarze adwentowe, nie budzący wytpliwości znak, że nadchodzi czyli adveni zima… Taki zatem wpis na zmianę sezonu…

EMS

W okresie Halloween – w Polsce znów rozgorzała dyskusja.
Jest, jak zwykle wiele opinii krytycznych.
A przecież ta niewyszukana forma rozrywki, czyli straszenie – obecne jest w wielu filmach, nie mówiąc o grach komputerowych itp.
Może warto więc zachować proporcje i zająć się oceną wzbudzanego przez polityków strachu wobec obcych i inaczej myślących?
Nie mówiąc już o atmosferze straszenia konfliktami zbrojnymi.

Wróćmy jednak do obyczajów regionalnych.
Mój kuzyn, Adam Rejman przesłał swoje wspomnienia ze zwyczaju kultywowanego w jego rodzinnej wsi – w Czarnej, koło Łańcuta, na Podkarpaciu.
W zwyczaju tym też jest trochę straszenia… ale jakie to niewinne wobec Halloween:-) nie mówiąc już o straszeniu wojną….

Andrzej Rejman


Adam Rejman

Czarnieńskie zwyczaje i obyczaje okołobożenarodzeniowe

W Czarnej nie mieszkam już od 1971 roku, ale swoich informatorów / młodszy brat / tu mam…
Od niego dowiaduję się, że zwyczaj kolędowania / droby i nie tylko / całkowicie tu zaniknął… Pomyślałem , że może warto więc o tych malowniczych zwyczajach napisać parę słów, w nadziei że może ktoś zechce o tym przeczytać, może jakoś utrwalić a może nawet reaktywować ?… A czarnieńskie kolędowanie to były w pierwszej kolejności droby… I od razu zaznaczam…Czarnieńskie droby chodziły tylko w Nowy Rok a ja byłem jednym z nich… Droby były różne i zmieniały się wraz z upływem czasu…Pamiętam że, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, wpierw, skoro świt, budziły gospodarzy droby biedne… Takie które z workiem na plecach zbierały pszenicę dla kur ale jabłkiem lub kawałkiem ciasta też nie gardziły…Ich strój nie był wyszukany… Zwykle był to odwrócony na drugą stronę kożuch przepasany powrósłem a na twarzy maska zrobiona ze skórki króliczej z otworami na oczy i nos…Bywało że taki bardziej pomysłowy kolędnik przyczepiał do maski czerwony nos i język w takim samym kolorze… Kiedy robiło się już bardziej widno i ciepło, zaczynały chodzić grupy poprzebieranych dzieci i trochę starszej młodzieży… Dzieci odwiedzały zwykle sąsiadów którym składały życzenia a jako datki zbierały drobne pieniążki, czasami słodkie ciasto… Dzieci były bardzo kolorowo poprzebierane… A to za anioła, a to za diabła i bywało że /zwykle diabeł/ straszyły tych malców, którzy na kolędników byli jeszcze za młodzi i przebywali w domach… Tym ostatnim zwykle nie było do śmiechu i takie diabelskie poszturchiwanie drewnianymi widłami zwykle kończyło się płaczem… Starsza już trochę młodzież zaczynała chodzić w godzinach popołudniowych, również kolorowo poprzebierana i zwykle skupiała się na odwiedzaniu tych domów w których był kawaler albo panna, którzy nie brali udziału w chodzeniu po drobsku… Młodzież ta nie gardziła kolędą w postaci drobnych grosików ale też nie odmawiała poczęstunku, którym zwykle było porzeczkowe wino… Wszystkie droby obowiązkowo wchodząc do czyjegoś domu wypowiadały formułkę “Na szczęście, na zdrowie, na ten Nowy Rok… Żeby się wam urodziła pszeniczka i groch… Zimnioki jak pnioki, kapusta jak przetaki, owies jak las… Żeby się wam dobrze konik pasł”…I ewentualnie jeszcze coś więcej, jak ktoś umiał… Do pewnego czasu obowiązkiem droba było się tak przebrać, żeby nikt z domowników nie poznał kto jest kto… Odwiedzani domownicy z kolei czynili duże wysiłki żeby kolędnika rozpoznać, co skutkowało czasem zrywaniem z drobów masek… Było przy tym dużo śmiechu, kiedy okazywało się że… Adaś to ty?… A ja myślałem, że to kto inny… Początkowo maski robiło się samemu ze wspomnianej już wcześniej króliczej skórki, bądź szyto z jakiegoś płótna… Oczywiście diabeł, anioł i śmierć były najbardziej cenione… Później gotowe już maski tłoczone z papieru kupowało się w jednym ze sklepów, w Łańcucie… W czasie kiedy już byłem poważnym kawalerem moda na maski zniknęła i nikt już nie ukrywał swojej twarzy… Za to malował ją szminką i innymi farbami oraz przyozdabiał a to kowbojskim kapeluszem a to indiańskim pióropuszem… Zdarzało się, że niektóre dziewczęta potrafiły sobie tak wymalować wąsy i brody, że były brane za facetów… Nie wszyscy mieszkańcy wtargnięcie drobów do izby witali z radością, dlatego niektóre domy były, często w ostatniej chwili, zamknięte… Ale były też domy w których gospodarz czekał na drobów z otwartymi rękami i otwartym gąsiorkiem wina domowej roboty… Ostatni rodzaj drobów to były droby wieczorowe i nocne… To była już przeważnie podstarzała kawalerka a przypuszczam, że i żonaci mężczyżni też brali w tym udział… Raz byłem świadkiem takiego wtargnięcia tych wieczorowych drobów do mojego domu… Byli dość mocno podchmieleni, wyposażeni w harmonię i gdy tylko weszli, zaraz zaczęły się tańce… Pamiętam jak moja matka wywijała z takim jednym, niestety po zakończonym tańcu trudno ją było rozpoznać bo tak została wysmarowana w trakcie tańca sadzą… Droby te też chętnie całowały wszystkich dorosłych domowników, a z takiego pocałunku wychodziło się zwykle mocno usmarowanym szminką i sadzą… Oczywiście domagali się wódki i wina, i bez względu na to, czy dostali czy nie, rozrzucali po mieszkaniu sieczkę… Pamiętam, że jeden z tych drobów chyba przedawkował, bo podważali mu szczęki drewnianą łyżką i coś /kwaśne mleko ?/ wlewali do ust… Droby w zasadzie ograniczały swoją aktywność do swojej wsi, choć zdarzało się że do Czarnej docierały czasem droby z Krzemienicy… Ja i moi koledzy takich spotkań z krzemienickimi drobami unikaliśmy, bo szła fama, że oni zaraz będą chcieli się bić… Jako ciekawostkę podać mogę, że nasza próba poszerzenia drobskiego terytorium o Łukawiec skończyła się fiaskiem, bo już w pierwszym obejściu na Łukawcu zostaliśmy przepędzeni przez jakąś bardzo energiczną staruszkę z miotłą… Jak póżniej ustaliliśmy, na Łukawcu zwyczaj chodzenia po drobsku nie był w ogóle znany… A po Nowym Roku, zwykle o wieczorowej porze zaczynali chodzić inni kolędnicy… Jak to mogło wyglądać można wyobrazić sobie choćby oglądając w telewizji chodzenie z turoniem, z tym że w Czarnej było to chodzenie z kozą… Koza bodła domowników i grożnie kłapała pyskiem… W ekipie która jej towarzyszyła obowiązkowo musiał być anioł, diabeł, śmierć z kosą, czasem Żyd… Śmierć oczywiście tą kosą wywijała, diabeł szturchał widłami, Żyd coś tam mamrotał… Kilka razy przez wieś przeszła też ekipa ze słoniem… Słoń był tak skonstruowany że wywijał zrobioną ze sprężyny trąbą a pozostali uczestnicy przedstawienia /diabeł, śmierć/ robili swoje… Do zwyczajów związanych z Bożym Narodzeniem należało też przejście przez wieś Trzech Króli… Za mojej pamięci zdarzyło się to raz i dobrze pamiętam tych trzech rosłych mężczyzn, ubranych iście po królewsku, w powłóczystych sukniach i ze złotymi koronami na głowie… Godne odnotowania jest też przejście przez Czarnę ekipy, która w specjalnie skonstruowanej szopce pokazywała teatrzyk kukiełkowy, który ówcześni Czarnianie nazywali “puszczaniem bożków”… Na dzieciach ogromne wrazenie robiły pokazywane kukiełki… A to diabeł… A to anioł… Śmierć… Postać Żyda …I robiąca masło czarownica… W teatrzyku tym cały czas coś się działo… Śmierć ścinała komuś głowę… Diabeł przepędzał Żyda i przeszkadzał czarownicy w pracy… Nie mam pewności, skąd na Zawodzie dotarł ten teatrzyk… Zapamiętałem dwie wersje… Że albo z Krzemienicy, albo gdzieś z okolic Borka Starego… Wreszczie chodzenie z gwiazdą, w którym uczestniczyłem… Taką bardzo solidną gwiazdę, do wnętrza której wkładało się zapaloną świeczkę, zrobił nam ojciec… Gwiazda była przeszklona, a jej szybki pomalowane na różne kolory… Kiedy stawało się wieczorową porą pod czyimś oknem, a domyślni mieszkańcy gasili w izbie światło, mogli oglądać za oknem kolorowe widowisko… Oczywiście że dziś taki spektakl przegrał by z pierwszym lepszym kolorowym telewizorem, ale wtedy nie było przecież nie tylko telewizji ale nawet prądu w niektórych chałupach… Stojąc pod oknem wykonywaliśmy którąś z popularnych kolęd, a później czekaliśmy na zapłatę, czyli kolędę… Gdy kolędę otrzymywaliśmy, odchodząc śpiewaliśmy: “Wiwat, wiwat, już idziemy… Za kolędę dziękujemy… Ażebyście długo żyli… A po śmierci w niebie byli… Z aniołami!”… A gdy gospodarz nie kwapił się z datkiem, mógł na odchodne usłyszeć: “Wiwat, wiwat, już idziemy… Za nic wam nie dziękujemy… A żebyście krótko żyli… A po śmierci w piekle byli… Z diabełkami!”…
Zwyczaje wielkanocne były znacznie uboższe… Ja zapamiętałem tylko przejście przez wieś szczodroków… To byli normalni, choć z pewnością biedni, nie przebrani ludzie… Deklamowali jakąś formułkę /… a jo mały żoczek, wylozem na krzoczek itd /… I oczekiwali szczodroków… A szczodroki to były takie twarde jak kamień, razowe bułki, w które zęby wbijało się z największym trudem… Prawdziwy przysmak przedwojennych i wojennych dzieci, na przednówku…

*Czarna k. Łańcuta – wieś i gmina wiejska w województwie podkarpackim, w powiecie łańcuckim (11,6 tys mieszk.)


Póżniejsza nasza dyskusja o tekście i nie tylko –
Napisałem Adamowi, że wspominam ten zwyczaj jeszcze z lat 60, ale pamiętam, że
mówiło się “Draby”, i “Chodzić po drabsku” – na co odpowiedział:
Wikipedia podaje to tak: Draby noworoczne /droby/… Ale już dziennikpolski24.pl pisze: noworoczne droby, szczodroki, nowoletniki… Ja, Czarnianin /właściwie Czarniok, tak jak Miedyniok**, Krzemieńszczok**, tudzież Łańcuciok czy Rzeszowiok oraz Krakowiok a nawet Warszawiok/ byłem zawsze drobem i chodziołem po drobsku…Draby brzmią dla mnie trochę jak kanie /zamiast konie/ albo słanie /zamiast słonie/… Problem to ciekawy, zwłaszcza dla kogoś jak ja, który dobrze pamiętam, że w domu i wśród kolegów mówiliśmy “po naszymu”, a w szkole, w kościele czy w mieście, “po pańsku”, albo “po miastowymu”… Nie wiem, czy wiesz, że kiedy rozmawiam z bratem Kazimierzem, to ja natychmiast przechodzę na czarnieńską gwarę i… godom tak jak on… Pozdrowiom… pardon… Pozdrawiam!… Ja Adam… A po naszymu było by… Jo Adam…

P.S. Było z tym godaniem czasem nawet wesoło, bo można było w ten sposób odróżnić Czarnioka od Miedynioka, np. w sklepie… Bo Miedyniok zawsze powiedział “poprose ćtyry deka drozdzy”, gdy każdy Czarniok wiedział, że nie mówi się ćtyry, tylko…cztyry…

** od Medyni Głogowskiej i Krzemienicy – miejscowości w powiecie łańcuckim…


… i potem …
…Tak jeszcze wczoraj myślałem /a nie mogłem długo zasnąć/ że powinienem chyba jeszcze coś wyjaśnić… A chodzi o tą samogłoskę o… Bo ja jestem pewny, że w czarnieńskiej gwarze to o to nie brzmi jak prawdziowe polskie o… Ono brzmi ciut inaczej i jestem pewny że Ty, jako człowiek o absolutnym sluchu, tę różnicę byś usłyszał… I różnie z tym kombinowałem jakby Ci to przekazać… Że to o pod koniec skręca jakby /tak na 10 procent/ w stronę a, albo że pobrzmiewa troszkę jak ło… Ale to nie jest tak dokładnie jak np. łociec, bo tu to ł jest wyraźnie zaznaczone… Wydaje mi się, że w czarnieńskiej gwarze jest to tak jakby tylko trącenie… Włączyłem sobie nawet piosenkę zespołu De Press pt. Bo jo cię kochom, ale wydaje mi się, że i oni nie do końca oddają brzmienie tego o na tyle, żebym mógł uznać je za czarnieńskie… Dla mnie to o w tej piosence jest jakby trochę podrabiane… Pozdrawiam…
A…
(Adam Rejman)

Zapytałem jeszcze potem, czy mówi się “czarniejskie”, czy “czarnieńskie” odnosząc się do czegoś co pochodzi z Czarnej…
Adam odpowiedział:
Na pytanie czarniejskie czy czarnieńskie odpowiem tak… Czarniejskie to dla mnie brzmi jakby po miedyńsku /od wsi Medynia/…A słowa czarnieńskie też w gwarze wsi Czarna nie ma, za to jest słowo… czarniyńskiy… Ale myślę, że lepszym ode mnie autotytetem byłby mój brat Kazio, bo on godo po czarniyńsku jak za dawnych lat…I ciekawostka… Ja już co prawda praktycznie do Rzeszowa nie jeżdżę, ale pamiętam że kiedy jeździłem i wysiadałem np. z pociągu w Rzeszowie i usłyszłem jak ony godajom, to wiedziałem że jestem wśród swoich… A dziś, gdy oglądam w telewizji jakiś reportaż stamtąd, to bezbłędnie odróżniam jak rzeszowski redaktor mówi po pańsku albo po miastowymu, a tubylec choć stara się, to zajeżdża po rzeszowsku. (…) Współczesna gwara czarnieńska to pikuś wobec języka jakiego używali moi dziadkowie, choć pamiętam bardzo niewiele… Kiedyś nie zrozumiałem czego chce mój dziadek, gdy mówi do mnie przynieś mi wungla, a chodziło o węgiel… I kiedy babcia nakrzyczała na mnie, gdy jako dzieciak zacząłem kopać motyką w piasku, co, zwłaszcza w niedzielę, było zabronione… Zawołała: Adaś, podź haw i niechej tego, co oznaczało chodź tutaj i nie rusz tego / zostaw to …

(Adam Rejman)

Konie na pastwisku w Czarnej koło Łańcuta


I jeszcze na zakończenie tego dialogu kolejna uwaga od przemądrzałej adminki:
Bo jak autor pisze w swoim wywodzie o Czarniokach, których można odróżnić od Miedynioków, to oczywiście powinnam mu to wszystko poprawić, bo mieszkańców miast pisze się małą literą, i już wpadłam do ogródka, już palec nad klawiaturą witał się z gąską, gdy pomyślałam, doprawdy w ostatniej sekundzie, a co ci, babo miastowa, do tego!? No i zostawiłam.

Wasza

EMS

Reblog: 1917

Krzysztof Ruchniewicz

Przewrót

Pod takim tytułem otwarto 18 października b.r. w Berlinie w Deutsches Historisches Museum wystawę, która upamiętnia 100 rocznicę rosyjskich rewolucji: obalenia caratu i przewrotu bolszewickiego w Rosji. Wydarzenia te zostały ukazane w tzw. długim trwaniu, które obejmuje nie tylko ich przyczyny, przebieg, ale i ich bezpośrednie oraz długofalowe skutki. Wystawę zrobiono z dużym rozmachem, zgromadzono setki ciekawych eksponatów, zadbano o różne grupy zwiedzających (także młodzież i dzieci). Poruszono również polskie wątki.

Wystawę “Rewolucja 1917. Rosja i Europa“ prezentuje berlińskie Deutsches Historisches Museum. Będzie dostępna dla zwiedzających do 15 kwietnia 2018 r. Wprowadzeniem do niej są odtwarzane na ekranach wypowiedzi 10 osobistości z Niemiec i Rosji na temat dzisiejszego znaczenia tamtych wydarzeń. Następnie w w kolejnych salach tematycznych widz zapoznaje się z podstawowymi faktami, ale i niejednokrotnie z zapomnianymi czy pomijanymi powiązaniami między sytuacja w Rosji a wypadkami w Europie.

Wystawa, która w założeniu ma pokazywać wiele perspektyw i interpretacji, świadomie zrezygnuje z ujęcia linearnego. Na plan pierwszy wysuwają się problemowe duety: zależności między zamiarem a realizację, utopią a rzeczywistością, aż w końcu między akcją i reakcją wewnątrz Rosji, ale także na zewnątrz poprzez pokazanie recepcji komunistycznych idei i przeciwdziałanie im. Autorzy, Julia Franke, Christiane Janke i Arnulf Scriba, podkreślają, że od samego początku nurtom społecznie emancypacyjnym i modernistycznym w sztuce, towarzyszył polityczny dogmatyzm i przemoc w najróżniejszych postaciach, która rozlewała się po obu stronach nowych frontów. Dla nich są to nierozerwalne części narracji o 1917 r. i jego następstwach.

Na początku poznajemy rozwarstwione społeczeństwo rosyjskie przełomu XIX i XX wieku, zróżnicowane ze względu na usytuowanie w społecznej hierarchii , ale i narodowość i wyznanie.

Niewątpliwą atrakcją są ekrany z filmowymi fragmentami sprzed stu lat: sceny z życia codziennego carskiej rodziny, mieszczaństwa i chłopstwa. Różnice i kontrasty w społecznych relacjach pogłębiła dramatycznie I wojna światowa. Początek XX wieku (rewolucja 1905 r.) przyczynił się do politycznego pobudzenia mieszkańców imperium, ale także uwypuklenia zmian w kulturze. Wystawa pokazuje najbardziej znane przykłady rozwoju nowoczesnej sztuki w Rosji tego okresu.

Dużo uwagi poświecono politycznym, społecznym i wojskowym aspektom położenia Rosji, które w konsekwencji doprowadziły do upadku caratu i zmiany systemu. W centrum widzimy wydarzenia rewolucyjne od rewolucji lutowej 1917 roku, przez przewrót październikowy do wieloletniej wojny domowej. W wyniku rewolucji i wojny domowej powstał ZSRR, państwo „nowego człowieka“, będące wielkim społecznym laboratorium. Podstawowym instrumentem polityki wewnętrznej była wszechobecna propaganda oraz terror, tak „demokratyczny”, że obejmujący i cara, i chłopa uznanego za wroga. Zilustrowano to licznymi plakatami i zdjęciami. Podkreślono zmianę roli kobiety, przybliżono nowe rozwiązania w architekturze, oddające rewolucyjny impet tych zmian.

Kolejną część wystawy stanowi opowieść o odbiorze i reakcji na wydarzenia w Rosji. Prezentowana jest cała paleta postaw od akceptacji rewolucyjnych haseł do ich odrzucenia i antyrewolucyjnego terroru. Plany światowej rewolucji znajdowały niemało zwolenników na całym kontynencie, a bolszewicy aktywnie ich wspierali. Strach przed rewolucją stanowił zaś paliwo dla prawicowej radykalizacji. Na przykładzie sześciu państw postanowiono zilustrować różne reakcje na przewrót w Rosji. Wybrano Niemcy, Węgry, Polskę, Włochy, Wielką Brytanię i Francję. Autorzy wystawy słusznie wyszli z założenia, że I wojna światowa i jej skutki nie były uniwersalne dla całej Europy. W wyborze państw kierowano się kryteriami politycznymi (przegrani i zwycięzcy w I wojnie), jak i gospodarczymi (państwa rolnicze i przemysłowe).

Z pewnością umieszczenie przypadku polskiego nie powinno dziwić. Polska skorzystała na rewolucji (nie tylko w Rosji, ale i pozostałych państwach zaborczych), nie zamierzała jednak stać się państwem rewolucyjnym na wzór rosyjski. Polskie dążenia do odzyskania niepodległości przedstawiono poprzez rzeźbę Edwarda Wittiga. Przedstawia ona boginię Nike, która kroczy wsparta przez skrzydlatych geniuszy usosabiających miłość do ojczyzny i męstwo. Odrodzona Polska rodziła się pośród wojny, a jednym z najpotężniejszych zagrożeń, jak przedstawia to wystawa, było dążenie bolszewickiej Rosji do przeniesienia rewolucji na zachód (ilustruje to słynny cytat z M. Tuchaczewskiego). Jednak przyczyny oraz przebieg konfliktu polsko-bolszewickiego można było ukazać w sposób bardziej szczegółowy (bitwa warszawska została wspomniana na marginesie).

Widzowi zaprezentowano przede wszystkim odbicie konfliktu w polskiej propagandzie, podkreślając utożsamianie w niej bolszewizmu z żydowskim zagrożeniem. Zwrócono uwagę na wzrost antysemityzmu, czego przykładem było internowanie żołnierzy pochodzenia żydowskiego (m.in. obóz w Jabłonnej). Przybliżono postać Józefa Piłsudskiego, ale bez podania informacji o jego wcześniejszych związkach z socjalizmem. Zdjęcie członków Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski wykorzystano do poinformowania zwiedzających, że także w Polsce powstała probolszewicka partia. Szkoda że bardziej nie wyeksponowano życiorysów Piłsudskiego i Dzierżyńskiego, by pokazać jak różnymi drogami potoczyły się losy niegdysiejszych polskich socjalistycznych rewolucjonistów, pochodzących ze szlacheckich rodzin.

Silny antybolszewizm był – jak pokazują autorzy wystawy – wiodącą postawą polityczną Europy. Wiązano z nim, nie tylko w Europie Wschodniej, także antysemityzm. To połączenie w późniejszych latach posłużyć miało do legitymizacji przemocy wobec Żydów. Na wystawie zgromadzono liczne plakaty, które wykorzystywały ten motyw.

Wystawę zamyka opowieść o emigrantach z Rosji, ale i do Rosji. Pokazano losy „białych”, w trudnych warunkach budujących nowe życie w różnych państwach europejskich, ale i przypomniano o emigrantach zmierzających w latach 20. do ZSRR, by tam współtworzyć „nowy świat”. Epilogiem wystawy, dość ekscentrycznym, jest rzeźba Alexandra S. Kosolapowa Hero, Leader, God z 2007 r. Pokazuje ona, że po stu latach wydarzenia, które spowodowały tak dramatyczne i przede wszystkim katastrofalne zmiany, są częścią kultury masowej, w której już mało ważne jest, czy dany artefakt wyprodukowany został przez „kapitalistyczny” czy „socjalistyczny” świat. Zwiedzający z Polski, od razu przypomina sobie wykpiwane na sto sposobów hasło „Lenin wiecznie żywy”.

Na osobną uwagę zasługują rozwiązania techniczne, które wykorzystano na wystawie. Jest kierowana do różnych grup odbiorców. Wysokość witryn dostosowano do wymogów osób niepełnosprawnych, pomyślano o udostępnieniu tekstów dla niesłyszących i niewidomych. Tych ostatnich prowadzi specjalna wypukła linia po całej wystawie, teksty są dostępna w brajlu. Wystawę mogą także zwiedzać dzieci. Z myślą o nich przygotowano specjalną, uproszczoną wersję tekstów (wyróżniono je osobną czcionką) oraz puzzle mające za podstawę wybrane obiekty. Wystawa jest dostępna po niemiecku i angielsku. Towarzyszą jej pięknie wydane katalogi, jeden z eksponatami i związanymi z nimi tekstami, drugi z esejami naukowymi.

Zob.

1917 Revolution. Russland und Europa, hrsg. von Julia Franke, Christiane Janke und Arnulf Scriba, Dresden: Sandstein Verlag, 2017, ss. 320;

1917 Revolution. Russland und die Folgen. Essays, hrsg. vom Deutschen Historischen Museum und dem Schweizerischen Nationalmuseum, Dresden: Sandstein Verlag, 2017, ss. 199.