Przed świętami w Londynie

Zbigniew Milewicz

Londyn przedświątecznie

Kiedy w lipcu tego roku Książę William wraz z małżonką Kate odwiedzili kurtuazyjnie Warszawę i Gdańsk, a później Berlin, aby ocieplić brexit, który rzucił cień na Wielką Brytanię, od razu pomyślałem o rewizycie. Tylu Polaków wyjeżdża od lat na Wyspy, a ja do tej pory tylko palcem po mapie, trochę wstyd. Oczywiście najbardziej ciekaw byłem Londynu, jego pomników bogatej historii oraz współczesności i prawdopodobnie jeszcze tylko Asia, moja współtowarzyszka podróży, leciała w tym samym celu, reszta pasażerów wizzaira niechętnie wracała z domu do pracy w Anglii. Takie przynajmniej sprawiali na mnie wrażenie: szare, osowiałe twarze bez wyrazu, drętwe pozy w fotelach poczekalni lotniska, zero komunikacji między sobą, bardziej przypominali roboty niż ludzi. Ale może winna temu była wczesna pora dnia, kto o szóstej rano późną jesienią ma skowronkowy nastrój…

Ponieważ Śląsk nagle zaatakowała śnieżna zima i nasz samolot wymagał odlodzenia, odlecieliśmy z Pyrzowic z pewnym opóźnieniem, kiedy więc również po czasie przybyliśmy do Luton, na peryferiach Londynu, gdzie startują i lądują samoloty tanich linii, Asia dostała od Basi żartobliwego smsa, z którego wynikało, że orkiestra gwardii królewskiej nie mogła na nas niestety dłużej czekać, bo ma napięty terminarz koncertów, ale zapraszają do Pałacu Buckingham. O Basi, z którą Asia była rodzinnie spowinowacona, będzie później. Osobiście nie mogła nas odebrać z lotniska i zawieźć do hotelu, bo w tym czasie pracowała, miał to zrobić jej partner, ale dzień wcześniej rozkraczył mu się samochód, więc musieliśmy radzić sobie sami. Mieliśmy dobry przewodnik Berlitza po Londynie z planem miasta oraz nawigację w telefonach komórkowych, mój angielski nie był co prawda na piątkę, ale jakoś się nim dogadywałem w prostych sprawach, teoretycznie więc zadanie wydawało się łatwe. Autobus zawiózł nas dworzec Victorii, stamtąd do Earl`s Court, gdzie zarezerwowaliśmy hotel, były zaledwie cztery stacje metrem, tylko najpierw trzeba je było znaleźć. Jakiś roztargniony Włoch posłał nas w złym kierunku i straciliśmy ponad godzinę, żeby dotrzeć do celu, który znajdował się pięć minut od dworca autobusowego. Tyle samo mniej więcej szło się z metra do naszego hotelu przy Collingham Place, ale gdyby nie pewna miła dziewczyna z Mazur, pracująca w zieleni miejskiej, nigdy byśmy tego adresu w plątaninie bliźniaczo do siebie podobnych i kiepsko opisanych uliczek nie znaleźli.

Pod względem standardu był to właściwie trzypiętrowy pensjonat i należał do pewnej egipskiej sieci hotelowej. Sprzątaniem numerów i przygotowywaniem śniadań zajmowały się dwie sympatyczne kobiety z Ukrainy i Litwy, a robiły to bardzo sumiennie. Wprawdzie monotonia kontynentalnych śniadań nie budziła zachwytu gości, ale głodny nikt od stołu nie odchodził; co zaś do naszego pokoju, który był niby dwójką, można powiedzieć, że nadawał się do zamieszkania przez jedną osobę – miał maciupeńką łazienkę, za to cena 327 funtów za pięć noclegów była, jak na centralny Londyn, bardzo umiarkowana. Do tego hotel miał świetną lokalizację między Kensington i Chelsea w zachodniej części miasta, tylko sześć stacji metrem od zabytkowego Westminster.

W naszym przewodniku Londyn Step by Step jest dwadzieścia tras wycieczkowych, pierwszą proponuje się tym, którzy jeszcze nigdy nie byli w mieście nad Tamizą i chcą obejrzeć najważniejsze zabytki związane z rodziną królewską i polityką, więc pójdziemy z Asią tą właśnie trasą. Trochę nie w takim szyku, jak chce przewodnik, ale będziemy się starali dotrzeć wszędzie, będziemy na pryncypialnej Whitehall, w wartowni Horse Guards, obejdziemy siedzibę Izby Lordów i Izby Gmin w Pałacu Westminsterskim, z niestety milczącym od kilku tygodni Big Benem, który przechodzi kurację odmładzającą, zajrzymy przez stalową bramę na Downing Street do siedziby premiera, a właściwie premier, i przez St. James`s Park dojdziemy na Trafalgar Square ze słynną kolumną Nelsona, skąd powinno się zaczynać tę trasę. Zmianę warty przed królewskim Pałacem Buckingham zostawiamy sobie na inny dzień. Po dwóch dniach dreptania, kiedy sił nam nieco ubyło, a turystycznych zamiarów przybyło, kupujemy jedną z licznych ofert City Tour. Agentka w czerwonym skafandrze, bo taki kolor ma nasza linia autobusowa i tradycyjny londyński piętrus, którym pojedziemy, jest Polką. Z tej okazji za 20 funtów od łebka dostajemy bilety na 48 godzin, a nie standartowo na 24 – doprawdy, miło się handluje w Londynie. Zwyczajowo w Sightseeing Bus Tours na całym świecie można na dowolnym przystanku zrobić sobie przerwę w podróży, żeby coś dokładniej obejrzeć, albo przekąsić, a później kontynuować jazdę innym autobusem firmy. Tak też robimy, najpierw pod monumentem, upamiętniającym słynny pożar Londynu w 1666 roku, o czym swego czasu pisałem na tym blogu, później pod Katedrą Św. Pawła w City, miejscem zaślubin i wiecznego spoczynku wielu brytyjskich osobistości, na London Bridge i Tower of London…

Linia niebieska przecina się wielokrotnie z czerwoną, ale prowadzi w inne, miejsca, m.in. do Buckingham Palace, który jest częściowo udostępniony turystom do zwiedzania, ale tylko latem, teraz tylko można na niego popatrzeć zza stalowych prętów ogrodzenia. Do Hyde Parku, gdzie trafiamy na kolorowy, bożonarodzeniowy jarmark, do wytwornych, drogich sklepów i salonów mody na Piccadilly, czy na Oxford Street, podobno najruchliwszej, zakupowej ulicy Europy, gdzie zjeżdżają się na shopping ludzie z całego świata. W Oxford, miejscowości położonej 80 kilometrów na północny zachód od Londynu i słynącej przede wszystkim z najstarszego, anglojęzycznego uniwersytetu świata, studiowało wielu znanych ludzi i takich, którzy dopiero pracują nad swoim zawodowym sukcesem, w tym naszych rodaków. Radek, wnuk mojego starego druha Edmunda, studiował tam inżynierię budowy maszyn, doktorat uzyskał w dziedzinie biochemii, oglądałem pięknie oprawiony egzemplarz jego pracy doktorskiej w Monachium, ofiarowany dumnemu dziadkowi, dziś mieszka i pracuje naukowo w Bostonie w USA, zajmuje się białkiem i idzie mu to podobno dobrze. To tak na marginesie Oxfordu, a wiecie Państwo skąd ta nazwa ? Ox to wół, a ford znaczy bród, w tym miejscu nad Tamizą była kiedyś faktycznie przeprawa przez rzekę. Woły musiały się ciężko napracować, aby ją pokonać, a czymże innym jest nauka na dobrej uczelni? Warto jednak taki trud podjąć.

Basia, której największą pasją w życiu jest artystyczny taniec, mieszka w Londynie od dziesięciu lat i ma za sobą zupełnie inną drogę, niż Radek. Wyjechała do Anglii, bo na Śląsku zwyczajnie się dusiła, nie widziała dla siebie możliwości rozwoju. Z natury otwarta w stosunku do ludzi, zawsze miała do nich szczęście, na lotnisku w Heathrow montowano akurat nową ekipę do odprawy pasażerów, kierował tym człowiek, pochodzący z Piekar Śląskich, a więc współplemieniec i dał Basi szansę, tylko musiała mocno przyłożyć się do angielskiego. Dziś sama prowadzi na Heathrow szkolenia personelu – jak się czegoś bardzo chce, to się udaje. Mieszka ze swoim przyjacielem Andrzejem i ich kilkuletnim synem w wynajętym domu, kilkanaście minut drogi autobusem od miejsca pracy. Andrzej jest z Gdańska, dorabia w branży motoryzacyjnej. Popijamy różowe, delikatne winko pod english pudding i koreczki serowe, Basia gościnnie proponuje jeszcze pizzę, ale chyba już za późno. Maluch jest wychowywany bezstresowo, więc choć pora najwyższa spać, rozrabia na całego. Pokoik na górze wynajmują koleżance Basi z pracy, na dole kwateruje jeszcze chłopak z Ukrainy, ale rzadko go widują, bo prawie całą dobę pracuje „na zmywaku”, tak się żyje. Żegnamy się, oni rano do pracy, my na dalsze zwiedzanie Londynu, dziewczyny spotkają się znowu za niedługo w Polsce, bo Basia chciałaby Boże Narodzenie spędzić z rodzicami.

Boże Narodzenie widać już w Londynie wszędzie, pięknie oświetlone, różnych rozmiarów dekoracje wabią przechodniów przed wejściami do sklepów, teatrów, pubów i kin. Wieczorem cały Londyn wygląda jak ogromna, magiczna choinka, z każdej perspektywy inna i bardziej obiecująca, raz strojna, jak nieśmiała panna młoda, innym razem jak lubieżna kurtyzana, w Soho na przykład… Mają swój powab wąskie uliczki nad Tamizą, kiedy miniesz zacumowany statek Belfast – muzeum z czasów II wojny światowej i pójdziesz nabrzeżem dalej na zachód. W pewnym momencie wydaje Ci się, że jesteś w Wenecji, wszędzie kanały, śluzy, nadwodne cuda architektoniczne, mosty pontonowe, barki mieszkalne, żurawie…

Niedaleko stamtąd do Sky Garden, platformy widokowej, usytuowanej na 36 piętrze wieżowca, nazwanego z racji kształtu walkie talkie. Jest to usytuowany na kilku poziomach egzotyczny ogród botaniczny z kawiarniami i pubami, z którego widać Londyn z góry i wjazd nic nie kosztuje. Będziemy tam w niedzielę, dzień przed odlotem, ale podoba się ot, tak sobie, może z racji trochę mglistej pogody i dosyć obcesowej odprawy przed wejściem do windy. Mało profesjonalna jest również obsługa w barze, chociaż ceny mają tam już podniebne.

– Co ci się najbardziej w Londynie podobało? – pyta mnie Asia w powrotnej drodze.
– Chyba ci bezdomni, co spali na ławkach w kościele, w żadnym polskim czegoś takiego jeszcze nie widziałem – mówię.

Chodziło mi o zabytkowy, anglikański kościół St. James`s Piccadilly, w którym w dzień bezdomni mogli schronić się i ogrzać. Nikomu ze zwiedzających ani wiernych to nie przeszkadzało, a ewangelista, św. Mateusz cieszył się, że zrobiono to, o czym nie zapomniał był napisać, że byłem bezdomny, a daliście mi schronienie w swoim domu…

Pogoda w Londynie na przełomie listopada i grudnia była bowiem bardzo wietrzna, co dodatkowo potęgowało nieprzyjemne uczucie wilgoci i zimna, które ciągnęło znad Tamizy. Bardzo podobały mi się także napisy przed wejściem na jezdnię, żeby patrzeć w prawo…

Od Adminki:

Podpisy pod zdjęciami zaproponowane przez autora nie dadzą się włożyć pod obrazki, a “za to” WordPress układając galerię zdjęć, pomieszał je dokumentnie. Pomyślałam, że podam tu te podpisy luzem, a niech już sobie czytelnicy, w ramach zabawy świątecznej, je przyporządkują:

Przed Pałacem Buckingham (trzy zdjęcia)
Statek-muzeum Belfast
Wszędzie już bożonarodzeniowy nastrój…
…także w metrze
i w Soho… (dwa zdjęcia)
Monument ku pamięci wielkiego pożaru Londynu…
Moja wspaniała towarzyszka podróży w świątecznej oprawie
Sport to zdrowie
Uliczki nad Tamizą nie dla grubasów…
… ale wyjątkowo urokliwe
Jeszcze raz Belfast…
Londyńska Wenecja (dwa zdjęcia)
Tower Bridge
No, można wyjść z domu na taką werandę…
I żeby nikt mi nie zarzucił, żem prostak…

Barataria 45 zagadka (rozwiązana) – Wyspy Bożego Narodzenia

Ewa Maria Slaska

Są dwie, daleko od siebie. Poproszę o nazwy obu … Będzie nagroda… (zagadkę rozwiązał nasz Autor, skrywający się zresztą w komentarzu za ksywką Pharlap)

xxxx
Wyspa Bożego Narodzenia (Christmas Island)
xxxx Wyspa Kiritimati (Wyspa Bożego Narodzenia)
Terytorium zależne Australii xxxx Największa z 33 wysp niezależnego państwa wyspiarskiego Kiribati
Ocean Indyjski xxxx Ocean Spokojny
xxxx
Ptak na fladze – faeton żółtodzioby
Phaethon lepturus fulvus
xxxx Ptak na fladze
Fregata minor (fregata średnia – największy ptak latający)
Gwiazdy na fladze: Krzyż Południa
xxxx Gwiazda na fladze: Słońce
Odkryta po raz pierwszy w roku 1615 przez Johna Milwarda z Kompanii Wschodnioindyjskiej i zapomniana, ponownie odkryta w r. 1643 w dzień Bożego Narodzenia przez kolejnego kapitana tej Kompanii – Williama Mynosa. Obaj tylko przepłynęli obok wyspy. Dopiero w roku 1688 zeszła na ląd załoga statku Cygnet. xxxx Odkryta w roku 1777 w dzień Bożego Narodzenia przez Jamesa Cooka
Wyspa jest wierzchołkiem podwodnej góry xxxx Wyspa jest pierwszym miejscem na świecie, które obchodzi nowy dzień i Nowy Rok i leży też na równiku. Wyspa jest więc ulokowana na skrzyżowaniu dwóch najważniejszych nieistniejących linii na kuli ziemskiej, jest przeto ważnym punktem odniesienia dla każdego baratarysty.

Największy atol i największa wyspa koralowa na świecie.

1402 mieszkańców xxxx 5586 mieszkańców
Stolica Flying Fish Cove

 

xxxx Nie ma stolicy, jest 5 wsi: Poland, London, Paris (ruiny), Banana i Tabawakea.
Poniżej Poland.
Wioska została nazwana dla uczczenia Polaka Stanisława Pełczyńskiego z amerykańskiego statku przewożącego koprę, który był na wyspie, gdy jej mieszkańcy mieli problemy z nawadnianiem plantacji palmowych. Stanisław pomógł im rozwiązać problem. W Poland znajduje się kościół pod wezwaniem św. Stanisława Kostki, a zatokę w lagunie nazwano Zatoką Świętego Stanisława.
Polscy podróżnicy: Wojciech Dąbrowski xxxx Polscy podróżnicy: Ryszard Badowski ze Szczecina, Olgierd Budrewicz, Wojciech Dąbrowski

W lipcu 2018 roku na jachcie Lady Dana dopłynął do wyspy polski żeglarz kapitan Henryk Wolski z polską załogą. Do Poland, gdzie nie ma portu, pojechali samochodem. Była to część rejsu śladami Edwarda Strzeleckiego.

Zamiast choinki / Anstelle eines Weihnachtsbaumes

Picuture published by our friend Monika Saczyńska

Und unten (ohne abzugucken) solche Dekoration bei Dorota Kot / Poniżej podobna dekoracja u Doroty Kot, która wcale nie tu szukała inspiracji.

No i oczywiście, jak zawsze, obowiązkowa choinka z książek, tu z księgarni FiKa w Szczecinie (www.fikaszczecin.blogspot.com).

Und wie immer, ein Weihnachtsbaum aus Büchern, diesmal in FiKa-Buchhandlung in Stettin.

A tu choinka z książek Krystyny Koziewicz / Buchweihnachtsbaum von Krystyna Koziewicz.

Mein Weihnachtsbaum wanderte diesmal am 1. Adwent vom Balkon zum Überwintern ins Wohnzimmer. Noch dazu: Keine Dekoration ist gekauft worden, alles ist gefunden oder geschenkt worden, oder es sind meine Schals und Perlenketten, alltägliche Gegenstände also, die umfunktioniert wurden, damit der Mix aus Adventskranz und Weihnachtsbaum in diesem Jahr rot wirkt. Die blaue Figur oben links ist eine Skulptur von Barbara Piwarska-Ur.

Moja tegoroczna choinka przywędrowała na przezimowanie z balkonu i jest mixem wieńca adwentowego z choinką. Wszystkie dekoracje są albo znalezione, albo podarowane albo przerobione z przedmiotów codziennego użytku. Ciemnoniebieska kobieta po lewej stronie zdjęcia u góry to rzeźba Barbary Piwarskiej-Ur.

Podróżnik berliński, Maciej Łuszczyński-Łempka pokazuje, jakie są choinki w Gruzji / Hier ein Foto aus Georgien:

No i hit wszechczasów, już tu przed rokiem publikowany – choinka Sebastiana! / Und der beste Weihnachstbaum aller Zeiten, publiziert hier schon Mal im Jahre 2016 – Weihnachstbaum von Sebastian!

Reblog z Jordanii

Piotr Beszczyński

10 listopada 2017

Miejsca, które dotychczas opisywałem obfitują w historyczne warstwy i krzyżujące się drogi ważnych wydarzeń z przeszłości, jednak udawało się to jakoś porządkować. Za dwa dni jednak wyruszamy do krajów Lewantu, gdzie ogarnięcie gęstwiny dziejów stanowi dla laika (choć entuzjasty) znacznie większe wyzwanie. To rejon, przez który ludzie wędrowali od najwcześniejszej prehistorii, gdy wyszedłszy z afrykańskiego matecznika zasiedlali coraz to nowe połacie naszej planety. Według obecnie przeważającego poglądu, wszyscy przodkowie Europejczyków, Azjatów, Amerykanów i ludów Oceanii, bez względu na preferencje wyborcze i sympatie polityczne, podążali od z górą stu tysięcy lat szlakiem wzdłuż doliny Jordanu, przekroczywszy wcześniej przesmyk sueski (tam, gdzie obecnie jest kanał).


  • Bing,com/images
  • A potem… jedni osiedlali się tam, gdzie lepsze pastwiska i więcej wody, inni usiłowali zająć ich miejsce, jeszcze inni prowadzili tranzytem swoje armie w jedną lub drugą stronę, ścierając się z którymś z akurat będących „na fali” lokalnych mocarstw. I tak przez tysiąclecia, po dziś dzień i zapewne do końca historii.
  • Babilończycy, Huryci, Amoryci, Elamici, Kasyci, Hetyci, Egipcjanie, Kanaanejczycy, Filistyni, Fenicjanie, Aramejczycy, Izraelici, Moabici, Edomici, Nabatejczycy, Grecy, Asyryjczycy, Arabowie, Persowie, Rzymianie, Bizantyjczycy, Wenecjanie, Frankowie (tak zwano krzyżowców wszelkich nacji), Francuzi, Anglicy; tych (a na pewno nie o wszystkich pamiętałem) odnotowała historia pisana, bądź wykopaliskowa.

  • Wikipedia – Lewant ok. 830 r p.n.e.
  • Zrozumiałe więc, że chcąc dołączyć do powyższej listy, musimy przedeptać kawałek Bliskiego Wschodu. Wychodząc naprzeciw naszemu zapotrzebowaniu, linie lotnicze jęły prześcigać się w uruchamianiu bezpośrednich, tanich połączeń z Gdańska w tamte strony, z czego skwapliwie skorzystamy.

(…) 12 listopada 2017 roku

  • Lot Gdańsk – Tel Awiw, nocleg w historycznej, uroczej Jaffie, następnego dnia szybka i wygodna podróż pociągiem przez Hajfę do Beit She’an (teraz pro-wincjonalnego miasteczka, ze wspaniałą przeszłością antycznego Scythopolis) , skąd już blisko do najbardziej na północ położonego przejścia granicznego Izrael – Jordania, na moście szejka Husseina. Gdy przekroczyliśmy Jordan, słońce właśnie zachodziło, a niesiony wschodnim wiatrem pustynny pył efektownie filtrował widoczny na tle jego tarczy obraz pozostawionego za rzeką Beit She’an.
  • Znaleźliśmy się w rejonie hellenistyczno – rzymskiego Decapolis, co od razu określiło historyczny przedział czasowy, z którego pozostałościami spotkaliśmy się na początku podróży po Jordanii.

  • Zacznijmy zatem przyjrzenie się historii regionu od środka, czyli od czasów spiętych klamrą obejmującą mniej więcej trzy stulecia przed, do trzech wieków po narodzeniu Chrystusa. Koniec IV wieku p.n.e. to czas wielkich podbojów Aleksandra Macedońskiego, po których nadeszły na zdobytych terenach rządy dynastii wywodzących się od imperatorskich generałów (diadochów).
  • Efektem był napływ osadników greckich, konstruujących sieci powiązań gospodarczych i handlowych w oparciu o wielowiekowe doświadczenia helleńskie i tak jak w rodzimej Grecji skupiających się w miastach (polis). Szereg takich ośrodków powstało na wschód od Jordanu, pomiędzy Damaszkiem (Damascus) a Ammanem (Filadelfia), zaś rozwinęły się one znacznie po aneksji regionu przez Rzym w latach siedemdziesiątych p.n.e., tworząc nieformalny związek (jak wieki później Hanza w naszych okolicach), zwany Decapolis.mapka z Wikipedii
  • Wydarzenia z czasu rzymskiego panowania w bliskowschodnich krainach odcisnęły swoje piętno nie tylko na lokalną, ale i na globalną skalę. Mam tu na myśli życie i śmierć Chrystusa, początki chrześcijaństwa, a także rozproszenie narodu żydowskiego po licznych przegranych powstaniach przeciwko Rzymowi.

  • Tu przychodzi czas na wyjaśnienie tytułu tego wpisu: Limes Arabicus to system umocnień (głównie fortów), stanowiących (podobnie jak inne rzymskie limesy) ufortyfikowaną granicę cesarstwa, w tym wypadku – wschodnią. Dla przypomnienia – limes zachodni (Wał Hadriana) odwiedziliśmy na początku tego roku. Łuk ku czci tegoż cesarza Hadriana piętrzy się przed wejściem na teren najlepiej zachowanego z miast Dekapolis, Gerazy (obecnie Jerash).


  • Istniało domniemanie, że tamtejszy hipodrom był miejscem wyścigów hipopotamów, jednak obecność końskich kup zweryfikowała ten pogląd:

  • Niezwykłe jest położenie innego z miast Decapolis, Gadary (obecnie Umm-Qais): niemal dokładnie u zbiegu obecnych granic Jordanii, Izraela i Syrii. Nie dopisała nam niestety widoczność, zatem panoramy były mocno przytłumione pustynnym pyłem   Pobyt w ruinach Gadary upamiętnił nam się również dlatego, że w lokalnej restauracji udało nam się wypić po kieliszku wina. Okazało się, że jordańskie wina są wyśmienite, natomiast uświadczenie ich (podobnie jak innych alkoholi) jest w tym muzułmańskim kraju niebywale trudne, co było istotnym utrapieniem naszej bardzo udanej poza tym podróży.

  • I w końcu Amman (antyczna Filadelfia), gdzie okna naszego hoteliku wychodziły wprost na rzymski amfiteatr, zaś z ruin rzymskiej cytadeli rozpościerał się rozległy widok na stolicę Jordanii.


  • Ochronę limesu stanowił rząd warowni położonych nieco na wschód od Ammanu, w późniejszych czasach wykorzystywanych przez Arabów jako tzw. zamki pustynne


  • Najdalej na wschód położony zamek Al Azraq jest odległy od brytyjskiego Wału Hadriana o 4 tysiące kilometrów w linii powietrznej, co daje pojęcie o ogromie imperium rzymskiego.

    Limes Arabicus (Bing.com) 


    Qasr al-Charana


  • Qasr Amra zadziwia głównie siódmowiecznymi freskami, na których dość swobodne odwzorowanie postaci ludzkich i zwierzęcych umknęło cenzorom kalifatu, gdy na początku VIII wieku ogłoszono zakaz wizerunkowania wszystkiego, co żyje, poza roślinami.
  • Nadłożyliśmy drogi, chcąc dotrzeć do miejsca, gdzie według przewodnika (bardzo przyzwoicie opracowane wydawnictwo Berlitza) miały się znajdować słupy milowe rzymskiej drogi (Via Traiana Nova). Obecności słupów nie stwierdziliśmy, a zapytany o nie właściciel knajpy ( zresztą o nazwie Traian) poinformował nas, że niedawno zostały wysadzone w powietrze, bo przeszkadzały w remoncie współczesnej szosy. Niefrasobliwość w podejściu do bogactwa spuścizny cywilizacyjnej w tym sympatycznym skądinąd kraju jest dla nas trudno zrozumiała.
  • Zakończmy więc na tym rzymską sekwencję naszych jordańskich peregrynacji i stojąc na krawędzi jednej z najpiękniejszych dolin – Wadi Mujib – pokażmy nieco przyrodniczych cudów Królestwa Haszymidzkiego.


    Struktury geologiczne w Jordanii są nie mniej zawiłe, jak jej historia cywilizacyjna. Oszczędzając Czytelnikom (i sobie też) cytowania fachowych informacji nadmienię tylko, że:

  • Kraj jest znacznie bardziej górzysty, niżby mogło się to kojarzyć z okolicami pustynnymi
  • Jak są góry, to oczywiście są i doliny. Dolinami na ogół płyną rzeki, ale w tamtejszym suchym klimacie płyną tylko wtedy, gdy popada deszcz. Są to zatem rzeki okresowe, bo napełnione wodą tylko od czasu do czasu. Arabowie nazywają te doliny wadi i są to niezwykle charakterystyczne elementy krajobrazu Bliskiego Wschodu i północnej Afryki, w oczywisty sposób stanowiące też siatkę szlaków komunikacyjnych.
  • Popatrzcie zatem na wybrane obrazki z kilku „zaliczonych ” przez nas wadi:
  • Wadi Mujib (tym razem przy ujściu do Morza Martwego, gdzie przenocowaliśmy w domkach nad brzegiem, a rano sprawdzaliśmy na własnych organizmach oddziaływanie prawa Archimedesa)




  • Wadi Dana = gdzie mieszkaliśmy w opuszczonej wiosce, na skraju przepięknego rezerwatu przyrodniczego:




  • Wadi Rum – góry, ostańce skalne i wąwozy wśród piaszczystej pustyni – jedna z najchętniej odwiedzanych atrakcji Jordanii





  • Wadi Araba łączy Zatokę Akaba (odnoga Morza Czerwonego) z Morzem Martwym. Jak wiadomo to ostatnie jest położone w przeszło 400 – metrowej depresji, zatem woda z Czerwonego nie wlewa się doń tylko dlatego, że Wadi Araba biegnąc na południe najpierw wspina się na wysokość 230 m n.p.m., tworzącą wododział, od którego łagodnie opada do Zatoki Akaba. Tam znajduje się też południowe przejście graniczne, przez które opuściliśmy Jordanię, kierując się na lotnisko pod izraelskim Eilatem. Wadi Araba jest ponoć niezwykle malownicza, ale trudno dostępna, bo pilnują jej pogranicznicy obu krajów. Pozostaje więc popatrzeć, jak zachodzi słońce nad Zatoką Akaba


  • Wadi Musa (dolina Mojżesza, którego muzułmanie – jako lud Księgi – wysoce poważają, a który ponoć w tej okolicy uderzeniem kija w skałę spowodował wytryśnięcie źródła) jest również nazwą miasta, leżącego obok wejścia do najsławniejszego miejsca w tych stronach. To oczywiście Petra, jeden z cudów świata, o którym opowiem w kolejnym odcinku. Tymczasem symbol Jordanii – owoc granatu (z ptaszkiem):


Szopki dworcowe

Tekst Tadeusza wpisuje się w tegoroczny, luźny i niezobowiązujący cykl postów świątecznych.

Tadeusz Rogala

W drodze do Betlejem – polskie szopki bożonarodzeniowe na dworcach Niemiec i Europy

Tradycyjnie już od 22 lat w pierwszą niedzielę adwentu o godzinie osiemnastej na Dworcu Głównym w Stuttgarcie został wystawiony kolejny polski żłóbek Bożonarodzeniowy. Co roku młodzież Zespółu Szkół Plastycznych im. Antoniego Kenara w Zakopanem wykonuje nowy żłobek Bożonarodzeniowy dla Polonii stuttgarckiej, a te z lat poprzednich wystawiane są w innych miastach Niemiec i Europy. Najczęściej pokazujemy je na dworcach i lotniskach, ale także w szpitalach lub innych miejscach licznie odwiedzanych. Jest tych szopek już ponad trzydzieści, bo zdarzały się lata, że otrzymaliśmy dwie szopki. Oprócz młodzieży z Zakopanego szopki wykonywali też uczniowie ze szkół plastycznych z Bydgoszczy, Nowego Wiśnicza, Katowic i Tarnowskich Gór.

Szopka ze Stuttgartu wystawiona w Ludwigsburgu

Incjatorem Szopek Dworcowych jest ksiądz profesor Witold Broniewski ze Stuttgartu. Opiekę organizacyjną na incjatywą objęło stowarzyszenie kulturalne przy polskiej parafii w Schwäbisch-Gmünd.

Tegoroczna szopka na Dworcu Głównym w Stuttgarcie została wystawiona pod hasłem „Betlejem i chorzy”, w szopce oprócz tradycyjnych postaci jak Dzieciątko Jezus, Maria, Józef, Trzej Królowie, obok pasterzy i zwierząt, stanęły inne postacie dobrze nam obecnie znane, jak Matka Teresa i ojciec dominikanin de Veuster.

Wszystkie zdjęcia oprócz górnego  – odsłonięcie tegorocznej Szopki Dworcowej w Stuttgarcie (grudzień 2017)

Można zapytać, dlaczego nasze stowarzyszenie wystawia te szopki na dworcach i w innych miejscach publicznych, a nie w kościołach? Szopki Dworcowe są przeznaczone dla wszystkich, nie tylko wierzących. Jedni upatrują w nich motyw religijny, inni odnajdują tradycję, a jeszcze inni sztukę. Dzieciętko Jezus z tych szopek nie che być zamknięty w kościele, ale chce iść do ludzi i być z ludźmi, ze wszystkimi, niezależnie od wyznania czy koloru skóry. Każda szopka niesie z sobą jakieś specjane przesłanie. Przesłania z innych lat to np. „Betlejem a twórcy kultury”, „Betlejem a rodzina”, „Betlejem a dialog”, Betlejem a kobiety”.

Każdemu wystawieniu szopki towarzyszy jakiś element widowiskowo-artystyczny, np. występ chóru, zespołów muzycznych czy wspólne śpiewanie kolęd, często w różnych językach. Występują artyści różnych narodowości i pochodzący z różnych kultur.

W tym roku polskie Szopki Dworcowe ze Stuttgartu można oglądać tradycyjnie do święta Trzech Króli m. in. w Stuttgarcie, Ludwigsburgu, Görlitz, Essen, Fraknfurcie nad Menem, Freiburgu, Karlsruhe, Kolonii, Norymberdze, Münster, Monachium i w miastach europejskich m. in. Bratysławie, Krakowie, Lwowie, Pradze, Warszawie i Wiedniu.

Inicjatywę Szopek Dworcowych wspierają nie tylko środowiska polonijne i chrześcjańskie, ale także różne grupy międzynarodowe.

W roku 2009 ukazał się album poświęcony tej incjatywie pt. „W drodze do Betlejem – Unterwegs nach Betlejem”, w języku polskim i niemieckim, autorstwa ks. Witolda Broniewskiego.

***

Autor jest działaczem polonijnym z Badenii-Wirtembergii, współzałożycielem Polskiego Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego w Stuttgarcie

Pochwała jedzenia (reblog)

wydanie II poprawione

Lech Milewski

In defense of food to tytuł książki Michaela Pollana. Autor zaczyna książkę od przeprosin. Jest Amerykaninem, a właśnie Ameryka zapoczątkowała systematyczną eliminację jedzenia z naszej diety.

Amerykańska tragedia żywnościowa ma swój początek w działalności komisji senackiej pod przywództwem senatora Mc Governa. Komisja ta została powołana w 1968 roku w celu opracowania programu walki z niedożywieniem. Odniosła spory sukces, nic więc dziwnego, że w 1976 roku zlecono jej nowe zadanie – opracowanie programu zdrowego żywienia, który złagodzi sygnalizowane przez lekarzy problemy zdrowotne.

Wg autora książki komisja Mc Governa zrobiła dobrą robotę. W komisji zasiadali głównie prawnicy i dziennikarze. Ani jednego lekarza ani naukowca. Według mnie była to dobra decyzja.
Dlaczego? Bo prawnicy i dziennikarze to ludzie, którzy umieją słuchać, kojarzyć fakty, wyciągać od ludzi potrzebne informacje. Natomiast lekarz czy naukowiec obciążony jest balastem wiedzy fachowej, która nakłada mu klapki na oczy. W latach późniejszych w komisjach tego typu zasiadali eksperci, którzy wiedzieli jakie będą ustalenia końcowe jeszcze przed rozpoczęciem pracy.

Komisja wysłuchała opinii licznych ekspertów i w styczniu 1977 roku opublikowała pierwszy raport, który zawierał zalecenie – jeść mniej czerwonego mięsa i nabiału.
To zdanie wywołało istne tsunami. Mniej? To słowo to przecież największe zagrożenie wolnego rynku. Po kilku tygodniach negocjacji zdanie zmieniono na: wybieraj mięso, drób i ryby, które zredukują konsumpcję tłuszczów nasyconych.

Tym zdaniem: wybieraj tralalala… ustrzelono dwa wróble – po pierwsze zagwarantowano wybór – fundament wolności. Po drugie – ciężar problemu przeniesiono z jedzenia na zagrożenie czymś nieokreślonym, co (być może) znajduje się w tłuszczach nasyconych.

Przemysł spożywczy natychmiast złapał wiatr w żagle – należy sprzedawać nie jedzenie, ale składniki odżywcze. Ludzie powinni zapomnieć o tym, że jedzą jabłko, jogurt, pstrąga. Mają jeść antyoksydant, wapno, olej omega-3 – im więcej tym lepiej.

Idea nie była nowa. Jeszcze w XVIII wieku William Prout odkrył, że odżywianie opiera się na trzech składnikach – proteinach, tłuszczach i węglowodanach. W 1842 roku Justus von Liebig dodał do tego kilka minerałów i uznał sprawę odżywiania za rozwiązaną na zawsze. Podobnie zresztą jak sprawę jakości gleby – wystarczy odpowiednia ilość i proporcja azotu, fosforu i potasu.

Justus von Liebig nie poprzestał na teorii. Stosując swe zasady wyprodukował odżywczy bulion w kostkach oraz odżywkę dla niemowląt. Niestety ludzie odżywiający się bulionem, zapadali na szkorbut, a niemowlęta karmione odżywką rozwijały się marnie. Odpowiedzi dostarczył Polak – Kazimierz Funk, który w 1912 roku odkrył witaminy. Witaminy zrobiły wielką karierę i dodały amunicji tym, którzy twierdzili, że nie jest ważne jedzenie, ale składniki, jakie ono zawiera (albo jakie do niego dodano).

Była jeszcze jedna przeszkoda. Wydana w 1906 roku książka Uptona Sinclaira – Dżungla – opisująca nieczyste machinacje przemysłu przetwórstwa żywności, spotkała się z poważną reakcją i spowodowała uchwalenie aktu Czystej Żywności. Akt ten wymagał, aby umieszczać wyraźną etykietę – IMITACJA – na każdym produkcie żywnościowym, który jest …imitacją.
Cytat z aktu: …istnieją tradycyjne produkty, które każdy zna, takie jak chleb, mleko, ser i gdy konsument kupuje te produkty, powinien otrzymać to, czego oczekuje. Jeśli jedzenie przypomina wyglądem oryginalny produkt, ale nie zgadza się z tradycyjnym standardem, wówczas musi być zaetykietowane jako imitacja“.
Przemysł tego nienawidził i w latach 70 udało mu się cichaczem znieść to wymaganie.

Rezultat – przez tysiące lat było wiadomo, że chleb sklada się z czterech składników: mąka, drożdże, woda i szczypta soli. Lista składników produktu firmy Sarah Lee o nazwie Soft & Smooth Whole Grain White Bread jest następująca: wheat flour, malted barley flour, niacin, iron, thiamin monocitrate, riboflavin, rice flour, high fructose corn syrup… 18 składników, których nie wymienię… beta-carotene, vitamin D, soy lecitin, soy flour. Ufff.

Pytanie: czy Wasza matka (a może raczej babcia) poznałaby na pierwszy rzut oka i po pierwszym kęsie, że to jest chleb?

Już wspominałem o zamianie jedzenia na sumę składników odżywczych. Znam to z praktyki. Uczono mnie przecież analizy systemów zarządzania – należy rozbić proces na składniki proste, każdy z nich przeanalizowac – czy jest potrzebny, czy dobrze działa, czy można go usprawnić. Wykonać wymagane zmiany i złożyć wszystko w całość. Analiza-przetworzenie-synteza. Proste jak filozofia Hegla. To się nie sprawdzało nawet w systemach informatycznych. A w naturze?

Ile antyoksydantów zawiera zwykły liść tymianku? Wyliczę tylko te na literę a: alanine, anethole oil, ascorbic acid.. Odpowiedź: trzydzieści trzy. Nauka nie jest w stanie zbadać jakie współzależności istnieją między tymi składnikami w momencie spożycia ich przez człowieka. Przemysł spożywczy załatwi sprawę prosto – doda kilka prostych, silnych, często syntetycznych antyoksydantów.
Ale składniki naturalne nie mają już wiele wspólnego z naturą. Czym się obecnie karmi zwierzęta i jakie lekarstwa im się podaje, aby mięso zawierało lub nie zawierało tego, co dyktuje aktualna wiedza, to raczej sprawa towarzystwa ochrony zwierząt przed okrucieństwem.

Podkreśliłem – aktualna wiedza – gdyż wiedza na temat wpływu jedzenia na zdrowie potrafi wykonać zwrot o 180 stopni. Najlepszym przykładem może być histeria na temat wpływu tłuszczów na poziom cholesterolu i wpływu cholesterolu na stan układu krążenia. Nie będę tego tematu rozwijał, gdyż obija się on jak pijany od płotu do płotu.

Inna sprawa to tradycje żywieniowe poszczególnych grup etnicznych. Zadziwiające jak różna jest dieta ludzi mieszkających pod różnymi szerokościami geograficznymi. Okazuje się, że istnieją setki diet, które służą ludziom na zdrowie. Pod warunkiem, że są stosowane przez ludzi, którzy jedli to od wielu pokoleń. Dlatego nie dziwi mnie, że porażka zdrowego jedzenia rozpoczęła się w Stanach Zjednoczonych. Przecież to jest mieszanina wielu ras i kultur przeniesionych na obcy teren.
W Australii jest jeszcze gorzej.
Dobrym miernikiem problemu może być stan zdrowia tutejszych Aborygenów. Jest on gorszy niż w krajach trzeciego świata. Mimo że mają oni pieniądze i supersamy są dobrze zaopatrzone. Mimo? A może właśnie dlatego.
Autor książki wspomina o eksperymencie – kilkunastu Aborygenów cierpiących na typowe schorzenia cywilizacyjne – otyłość, cukrzyca, niewydolność układu krążenia, wysłano w las, na ich tradycyjny “bush tucker”. Po dwóch miesiącach stwierdzono znaczną poprawę w każdej dziedzinie. A więc ratunek jest blisko.

Tym optymistycznym akcentem zakończę swoje refeksje. Podam jeszcze kilka prostych wskazówek, które mogą zastąpić zsyłkę do australijskiego buszu.

Zakazy:
– unikaj produktów, których twoja matka/babcia nie zidentyfikowałaby jako jedzenie,
– nie kupuj jedzenia w tym samym miejscu, w którym kupujesz paliwo do samochodu,
– unikaj produktów, które zawierają więcej niż pięć składników,
– unikaj produktów, które zawierają składniki o nieznanych ci lub trudnych do wymówienia nazwach,
– unikaj produktów reklamowanych jako zdrowotne.

Zalecenia:
– jedz dużo potraw roślinnych, raczej liście niż ziarna,
– jedz jedzenie wyhodowane na zdrowej glebie, to otwiera osobny rozdział – poznaj człowieka od którego kupujesz jedzenie,
– jedz jedzenie wyhodowane na dziko.

Pamiętaj, że jedzenie to dziedzina kultury, nie nauki. A zatem:
– jedz posiłki nie jedzenie,
– jedz przy stole,
– o ile możliwe nie jedz sam,
– jedz powoli.

I niestety – zwracaj uwagę na jakość, nie na ilość – płać więcej i jedz mniej.
Jak również – gotuj w domu, hoduj co się da we własnym ogrodzie.

Wpis zakończę rozejrzeniem się za czymś dzikim do zjedzenia. Mam! Morwy, na ulicy, 200 metrów od naszego domu. Tak jest – na ulicy, konkretnie na chodniku, nad którym zwisają gałęzie owocującego właśnie drzewa..

MorwaMorwa

Jeśli ktoś się wzdraga przez konsumpcją owoców podniesionych z ziemi, to wspomnę australijską maksymę – jeśli jedzenie zostało podniesione w ciągu 3 sekund po upadku, to jest w porządku. Ale z chodnika? To przecież leżało ponad 3 sekundy.
Chodnik w mojej dzielnicy to jest dobre miejsce, szczególnie rano, zanim dzieci pójdą do szkoły. Te plamy na chodniku to pozostałość z poprzedniego dnia. W nocy był solidny wiatr. Poniżej mój poranny plon. A palce długo pozostaną umazane…

MorwaPalce

Stuart 36

Don’t give in to your emotions,
‘Cause they’ll get the best of you
Don’t play up to your senses
Yes, the’ll probably rule your whole life through
You’ll be fine

Nie ulegaj emocjom
One odbiorą ci to, co w tobie najlepsze
Nie daj się ponieść uczuciom
One prawdopodobnie będą tobą kierowały przez całe życie
– Wszystko się dobrze skończy

Alex Care, You will be fine

Joanna Trümner

Szpital

Dopiero po kilku minutach rozmowy z młodym lekarzem Stuart zorientował się, że ten zwracał się do niego po angielsku. Wypowiadane przez niego słowa brzmiały tak twardo i niewyraźnie, że wyłapanie ich sensu było wielkim wyzwaniem. Stuart domyślił się, że lekarz mówił o jego wypadku – lewa noga jest złamana w trzech miejscach, do wyleczenia potrzebnych będzie kilka miesięcy. Podczas przemowy doktora kilkukrotnie padło słowo „fortuna”, w którym Stuart rozpoznał angielskie słowo „szczęście”. „Przecież wiem, że mało brakowało, a przypłaciłbym życiem tę niefortunną kąpiel w morzu”, pomyślał, uśmiechając się do lekarza z wdzięcznością. Starał się odgonić od siebie natrętną myśl o tym, jak bardzo działała mu na nerwy sala pełna nieznanych mężczyzn, ludzi z którymi nie był w stanie się porozumieć i hałas w pomieszczeniu, które było zbyt małe na tę liczbę chorych. Odnosił wrażenie, że pacjenci na sali nieustannie się kłócą i dają upust złości na sytuację, w której się znaleźli. „Czy to kwestia języka, czy też pełen emocji sposób, w jaki ze sobą rozmawiają?”, zastanawiał się Stuart. „My zwracamy się do siebie monotonnie, bez gestykulowania i podnoszenia głosu, trochę tak, jakbyśmy żyli w zwolnionym, wyciszonym tempie i nie potrafili, albo nie chcieli ujawnić uczuć”.

Po wizycie poczuł się bardzo zmęczony, wziął dwie tabletki z leżącego na małym stoliku przy łóżku pudełka i wkrótce potem zasnął. Z głębokiego snu wyrwały go odgłosy muzyki, wydawało mu się, że jego łóżko wibruje w takt trąbki, która była najgłośniejszym instrumentem w trzyosobowej orkiestrze mariachi, grającej przy jednym z łóżek w szpitalnej sali. Stuart przetarł z oczu resztki snu i przyglądał się pacjentom. Na ich twarzach pojawiła się radość i spokój, patrząc na chorych myślał o tym, jak bardzo ludziom potrzebna jest muzyka – nawet kiczowata i głośna. „Może ludzie, którzy otarli się o śmierć potrzebują muzyki jeszcze bardziej?”, myślał, wsłuchując się w pełne temperamentu dźwięki. Wkrótce potem do pokoju weszła rodzina jednego z pacjentów, mama z trójką małych dzieci. Najstarsze z nich – kilkuletni chłopczyk niósł w rękach duży tort z zapalonymi świeczkami. „Biedny maluch”, pomyślał Stuart patrząc na dziecko „gdyby się teraz potknął i przewrócił nikt z nas nie byłby w stanie wstać i pomóc mu posprzątać bałaganu”. Na szczęście dziecko dotarło do łóżka ojca bez problemu. W chwilę później w sali rozległo się głośne, wypowiedziane chórem przez wszystkich „Feliz dia!”

„On na pewno nie zapomni tych urodzin”, pomyślał Stuart przyglądając się uśmiechniętemu i zajętemu rozmową z rodziną solenizantowi. On sam poczuł się w tym momencie bardzo samotny, z trudnością udało mu się zapanować nad strachem przed kolejnymi dniami i niechęcią do ludzi, z którymi zmuszony był dzielić czas. „Przecież oni tu też nie leżą z wyboru, muszę coś zrobić, żeby wykorzystać ten czas na coś sensownego, może uda mi się nauczyć kilku zdań po hiszpańsku?”, zastanawiał się, przjmując kawałek tortu z rąk dziecka. Uśmiechnął się do chłopca i powiedział „Dziękuję, życz ode mnie tacie wszystkiego najlepszego”. Zobaczył, że w okrągłych, brązowych oczach chłopca na dźwięk nieznanej mowy pojawił się wyraz zaskoczenia i ciekawości. „Może jestem pierwszym obcokrajowcem, z którym rozmawia?, pomyślał. Przypomniały mu się godziny zabawy z małym Georgem i jego pełne podziwu i ufności oczy, tak jakby wszystko, co miał mu do powiedzenia Stuart było absolutną, niepodważalną prawdą o życiu. Zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo mu brakuje małego i postanowił w duchu, że odwiedzi siostrzeńca kiedy wróci do zdrowia.

W trzy dni później dwie pielęgniarki przeniosły go na wózek inwalidzki i pomogły mu po raz pierwszy od początku pobytu w szpitalu opuścić salę chorych. W pokoju z napisem „consulta” na drzwiach, który wyglądał na jeden z najbardziej reprezentacyjnych pomieszczeń szpitala, Stuart z niecierpliwością i niepewnością czekał na to, co się wydarzy. Był wdzięczny za odmianę w codziennej rutynie i miał nadzieję, że za chwilę będzie po wielu godzinach przymusowego milczenia w końcu mógł porozmawiać z kimś w swoim języku, dowiedzieć się czegoś więcej o swoim stanie zdrowia i o tym, jak długo to jeszcze będzie trwało.

Wsłuchiwał się w ciszę w pomieszczeniu, przerywaną od czasu do czasu odgłosami z korytarza. Po kilku minutach czekania w pokoju pojawił się przystojny, szpakowaty mężczyzna. „Brandon Hall, honorowy konsul Australii w Meksyku”, przedstawił się nieznajomy, którego wiek Stuart ocenił na pięćdziesiąt kilka lat. „Przerwałem urlop ze względu na Pana wypadek”, dodał po chwili z delikatną dezaprobatą w głosie. Stuart próbował rozładować sytuację. „Wiem, że zachowałem się idiotycznie”, powiedział, w duchu myśląc o tym, że odwiedzający go mężczyzna wykonuje swoją pracę, pracę, za którą dostaje od państwa pieniądze i że nie tak wyobrażał sobie pierwszą od dni rozmowę w ojczystym języku. Czuł rosnącą antypatię do tego sztywnego i pełnego dystansu mężczyzny. Brandon wręczył Stuartowi grubą, podniszczoną książkę. „To na zabicie czasu”, dodał. Stuart patrzył na „Davida Copperfielda”, książkę, która była jedną z obowiązkowych lektur w szkole. Próbował przypomnieć sobie jej akcję i wrócił na chwilę myślami do szkoły w Walton. Ze wspomnień wyrwał go Brandon: „Na razie nie nadajesz się do powrotu do Australii, musisz zostać w tym szpitalu przez co najmniej trzy tygodnie. W Meksyku są też prywatne, o wiele lepiej wyposażone kliniki, ale wątpię, czy cię stać na ich zapłacenie. Powiadomiliśmy twoją rodzinę, za tydzień ktoś do ciebie przyleci i będziesz mógł zacząć organizować powrót do Sydney”.

„Kto?”, zapytał Stuart z ciekawością, zastanawiając się w duchu, który z członków jego rodziny mógł się zdobyć się na podjęcie dalekiej podróży. Brandon zaczął grzebać w notatniku. „Gdzieś zapisałem, ale nie mogę teraz znaleźć tych notatek”. „Jeżeli czegokolwiek potrzebujesz, to powiedz mi teraz albo poproś kogoś w szpitalu, żeby do mnie zadzwonił”, powiedział na pożegnanie, wręczając Stuartowi swoją wizytówkę do ręki.

Po powrocie na salę Stuart poczuł się bardzo zmęczony. Zdawał sobie sprawę z tego, że kolejne tygodnie będą dla niego dużym wyzwaniem i miał nadzieje, że z dnia na dzień będzie wracał do sił. Zasnął jak kamień, nie czując jak „Dawid Copperfield” wypadł mu z rąk i spadł na podłogę.

Zbudził go chór męskich głosów mówiących synchronicznie te same słowa. Stuart domyślił się, że były to słowa modlitwy i zobaczył, że sąsiednie łóżko przykryte było białym prześcieradłem. Pacjent, którego już nie było, był jedyn, którego głosu Stuart przez te dni nie usłyszał. Od początku jego pobytu na sali młody mężczyzna z sąsiedniego łóżka ani razu nie otworzył oczu. „Kto decyduje o momencie, w którym wszystko się kończy?”, zastanawiał się Stuart i zdał sobie sprawę z tego, że on sam miał rzeczywiście masę szczęścia. Prawdopodobnie nigdy nie uda mu się odnaleźć człowieka, któremu zawdzięczał życie. „Dlaczego to właśnie ja przeżyłem, nikt przecież na mnie nie czeka? Mogłem utonąć i nikt by mnie nigdy nie odnalazł. Dlaczego to właśnie ja wygrałem w kasynie pieniądze? Przecież mógłbym żyć dalej i bez tej wygranej, na pewno każdy w tej sali bardziej by ich potrzebował”, zastanawiał się i obiecał sobie w duchu, że zrobi wszystko, aby wykorzystać tę drugą szansę w życiu.

Kolejne dni minęły na czekaniu na wizytę z Anglii i czytaniu „Dawida Copperfielda”. Ta książka stała się dla Stuarta jedyną odskocznią od wiecznego hałasu w pokoju, od godzin, które po prostu nie chciały mijać, od bólu, który nie pozwalał spać i złych myśli, z którymi nie zawsze potrafił sobie poradzić.

Niedzielnego popołudnia, kiedy szpitalna sala pękała w szwach, Stuart z zazdrością przyglądając się roześmianym, zajętym rozmową rodzinom i ganiającym pomiędzy łóżkami dzieciom, po raz pierwszy od początku pobytu w szpitalu poczuł zbierające się w oczach łzy. Był tak hermetycznie odizolowany i samotny, że nie od razu zobaczył, że do jego łóżka podeszły dwie pielęgniarki. Znowu przesadziły go na wózek inwalidzki, jedna z sióstr szepnęła mu do ucha „Visita” i przykryła go troskliwie kocem. W kilka minut później Stuart siedział w pokoju konsultacji i z radością rozpoznał czekającego tam na niego Briana, partnera swojego zmarłego wujka. „Jak się dowiedziałem o tej twojej przygodzie, od razu zaproponowałem, że się tym zajmę”, przywitał Stuarta z uśmiechem. „Mam czas, mogę zostać tutaj tak długo, jak to będzie potrzebne, a potem przewieziemy cię do domu”. Stuart patrzył na Briana z wdzięcznością, myśląc o tym, że zmarły przed kilkoma laty ukochany wujek Stuart-senior nawet znad grobu odgrywa w jego życiu rolę anioła-stróża.

Cdn.

Szopa w salonie 15

Łukasz Szopa

Bliskie Falklandy i Malwiny

Chciałem wczoraj napisać mailowy list do Haniji. Tak, Ismaila Haniji, szefa Hamasu, dokładnie tego. Chodziło mi o pewien brak logiki w ich – Hamasu – myśleniu, i pragnąłem życzliwie zwrócić uwagę. Bo rozumiem, że nie podoba im się fakt, że USA jednostronnie deklarują Jerozolimę jako stolicę Izraela. Choć można by się kłócić, czy to komukolwiek innemu przeszkadza, by Jerozolimę zadeklarować jako stolicę Palestyny, czy choćby Niemiec (pamiętajmy, że niemieccy cesarze przez wieki byli Królami Jerozolimy!) No, ale Hamas uważa to za bezczelność, prowokację, akt wrogości, wręcz „deklarację wojny“. No dobrze, niech im będzie. Ale dlaczego w takim razie nawołują do intifady przeciwko Izraelowi??? Po pierwsze, jak są wściekli na jakiś akt polityczny USA – to podług logiki powinni im wypowiedzieć intifadę czy wręcz wojnę. Tym bardziej, po drugie, że przecież Izraela Hamas w ogóle nie uznaje – jak więc walczyć z kimś, kogo teoretycznie wcale nie ma?? Wreszcie, po trzecie, ale to już na marginesie: czy można nawoływać do trzeciej intifady, gdy jakoś nigdzie nie widać oficjalnego glejtu kończącego i pierwszą, i drugą?

Ale na szczęście, zanim znalazłem w sieci maila od Hamiji i do niego napisałem, zastanowiłem się. Nie tyle nad logiką i siłą moich argumentów (bo są niezaprzeczalnie wodoodporne), ale nad czymś innym: Czemu, drogi Łukaszku, kręci cię nagle ten temat Jerozolimy, Hamasu, Palestyny, Izraela i Trumpa? Czemu nagle chcesz pisać maile, co cię tak nakręca?, podczas gdy jakoś w sprawie wojny w Południowym Sudanie czy ataków agresji i prześladowań Rohingów w Burmie jakoś pisać ci się ostatnio nie chciało?

I czy właśnie nie dokładnie to krytykowałeś jakiś czas temu w podobnym tekście do berlińskiego tygodnika „Der Freitag“ (https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/die-besetzten-themen-gebiete)- tę przypominającą dwa obozy kibiców stronniczość i zainteresowanie Europejczyków to Izraelem, to Palestyńczykami, to „Bliskim Wschodem“ w ogóle (nota bene wymyślony termin, by uniknąć dyplomatycznych pułapek gdy jednak trzeba wymówić słowa jak „Izrael“ czy „Palestyna“. Wcześniej też myślałem, że to definicja geograficzna, taki trójkącik od Turcji po Iran na wschodzie i Jemen na południu.)

Że dla politycznie zainteresowanych (mniej lub bardziej, czyli od stammtischów po politologów) Europejczyków (a i Amerykanów czy Rosjan) śledzenie, ocena i kibicowanie „meczowi“ Izrael-Palestyna stało się hobby, głównie z uwagi na emocje. No i nawyki. Po roku 1945 większość Europejczyków z uwagi na Szoah nabrała nawyku martwienia się o los Izraela. Tak, nawyku, gdyż tylko mniejszość z nich naprawdę nosiła i nosi w sercu i głowie autentyczną troskę o los tego kraju i jego obywateli. Ale podobnie po 1967 z losem Palestyńczyków. Ich fani też tylko pielęgnują nawyk solidarności z Palestyną, przepędzonymi i okupowanymi Arabami – i też głównie nabrali tego nawyku nie z osobistych wycieczek w te strony, a po prostu – z mediów i polityki. Gdyż tak naprawdę to żadne szczere sympatie, a po prostu powierzchowne branie strony tego, który jest przeciwnikiem tego, którego nie lubimy. Nie lubimy Arabów czy muzułmanów – to bronimy Izraela, Izraelczyków i Żydów. I odwrotnie – dla antysemitów nic prostszego jak solidarność z Palestyńczykami. No i wreszcie są i tacy jak ja: nie solidaryzują się jednoznacznie z nikim (ze wszystkimi?), a mimo to na „Bliski Wschód“ i losy jego mieszkańców zerkają i reagują jednak częściej niż na Zachodnią Saharę czy choćby Libię – nota bene obywa państwa położone bliżej większości europejskich domostw niż Izrael/Palestyna.

Ale cóż, efekt taki, że właśnie tak powstał ten tekst… Więc żeby tak nie kończyć, zakończę lamentem nad własnym nie-pisaniem o Tybetańczykach, Uigurach, Sudańczykach i Kongolezyjczykach. Albo też o tym, że dzięki gwiazdom Hollywoodu o „wolnym Tybecie“ słychać częściej niż o wolności dla Xinjiangu czy Kaszmiru, a wojna w Darfurze była dzięki Jurkowi Clooney częściej na ekranach niż ta w Południowym Sudanie czy Kongu. I przypomnę, że moje zaangażowanie „polityczne“ zaczęło się już w 2 klasie podstawówki, gdy wybuchła wojna między Argentyną a Wielką Brytanią o „Falklandy-Malwiny“. Wtedy klasa – głównie chłopcy – podzielili się też dość szybko na dwa obozy „zwolenników“: Jedni byli za „Malwinami“, drudzy za „Falklandami“ – nie wiedząc, że to po prostu dwie różne nazwy tej samej grupy wysp…

Barataria 44 Atlas der Abgelegenen Insel 2 (Reblog)

Judith Schalansky

Vorbemerkung zur Taschenbuchausgabe

DIESER ATLAS ist wie jeder Atlas das Ergebnis einer Entdeckungsreise. Sie begann vor drei Jahren, als ich im Kartenlesesaal der Berliner Staatsbibliothek um den mannshohen Globus herumging, und die Namen jener winzigen Flecken Land las, die in den Weiten der Ozeane verloren gegangen zu sein schienen, und die auf mich gerade wegen ihrer Abgelegenheit besonders einladend wirkten.

Sie erschienen mir ähnlich verheißungsvoll wie die weißen Flecken jenseits der gestrichelten Linien, die auf alten Landkarten den Horizont der bekannten Welt abstecken. Ware unsere Welt noch nicht rundherum entdeckt, hätte ich vielleicht auf einem Schiff angeheuert, in der Hoffnung, als Erste noch unbekanntes Land zu sichten oder gar zu betreten, und mich durch diese bloße Tatsache in zukünftige Atlanten zu schreiben. Doch die Zeiten, in der uns jede Weltumseglung neue Küstenlinien und Namen bescherte, sind endgültig vorbei. Mir blieb nur übrig, meine Entdeckungen in der Bibliothek zu machen, angetrieben von dem Wunsch, in seltenen Kartenwerken und entlegener Forschungsliteratur meine Insel zu fnden, die ich nicht mit kolonialistischem Eifer, sondern mit meiner Sehnsucht in Besitz nehmen wollte.

Dabei entsprach meine Phantasie durchaus dem gängigen Inselbild von Idylle und Utopie, der viel versprechenden Vorstellung, alles noch einmal anders machen zu Land können, fände man nur den einen perfekten Ort, weit weg von den Zwängen des Festlandes, ein Platz, an dem man zur Ruhe, zu sich kommen und sich endlich mal auf das Wesentliche konzentrieren kann.

WAS MIR AUF MEINER FORSCHUNGSREISE begegnete, waren jedoch keine Schauplätze romantischer Gegenentwürfe, sondern Inseln, denen man wünschen würde, sie wären unentdeckt geblieben, verstörend karge Orte, deren Reichtum allein die Vielzahl furchtbarer Begebenheiten ausmacht, die sich auf ihnen zugetragen haben. Während ich also eine schreckliche Geschichte nach der anderen fand und anfing, literweise Orangensaft zu trinken, um der durch alle Berichte geisternden Vitaminmangelkrankheit Skorbut vorzubeugen, packte mich erst deprimiertes Entsetzen, dann wohliger Grusel.

Es war wie mit den Gemälden des Jüngsten Gerichts, auf denen die Hölle mit ihren furchterregenden Monstern und detailliert geschilderten Foltermethoden den Blick fesselt, und nicht der Garten Eden. Im Paradies mag es schön sein, aber interessant ist es nicht.

DIE FRAGE NACH DEM Wahrheitsgehalt dieser Texte ist irreführend. Es kann darauf keine eindeutige Antwort geben. Ich habe nichts erfunden. Aber ich habe alles gefunden, diese Geschichten entdeckt und sie mir so zu eigen gemacht wie die Seefahrer das von ihnen entdeckte Land. Alle Texte in diesem Buch sind recherchiert, jedes Detail aus Quellen geschöpft. Ob sich all jenes genauso zugetragen hat, ist schon allein deshalb nicht zu klären, weil Inseln jenseits ihrer tatsächlichen geographischen Koordinaten immer Projektionsflächen bleiben, derer wir nicht mit wissenschaftlichen Methoden, sondern nur mit literarischen Mitteln habhaft werden können. Dieser Atlas ist somit vor allem ein poetisches Projekt. Wenn der Globus rundherum bereisbar ist, besteht die eigentliche Herausforderung darin, zu Hause zu bleiben und die Welt von dort aus zu entdecken.

Berlin, im Juni 2011

DAS PARADIES IST EINE INSEL. DIE HÖLLE AUCH.

Vorwort

ICH BIN mit dem Atlas groß geworden. Und als Atlas-Kind war ich natürlich nie im Ausland. Dass ein Mädchen aus meiner Klasse tatsächlich, wie es in ihrem Kinderausweis stand, in Helsinki geboren sein sollte, war mir unvorstellbar. H-e-l-s-i-n-k-i – diese acht Buchstaben wurden für mich zum Schlüssel zu einer anderen Welt, und es ist noch heute so, dass ich Deutschen, die zum Beispiel in Nairobi oder Los Angeles geboren sind, mit unverhohlener Verwunderung begegne und sie nicht selten für bloße Aufschneider halte. Genauso gut könnten sie behaupten, aus Atlantis, Thule oder dem El Dorado zu kommen. Eigentlich weiß ich natürlich, dass es Nairobi und Los Angeles wirklich gibt. Diese Städte sind ja auf den Karten verzeichnet. Aber dass man dort tatsächlich gewesen oder sogar auf die Welt gekommen sein kann, bleibt mir nach wie vor unbegreiflich.

WAHRSCHEINLICH liebte ich Atlanten deshalb so sehr, weil mir ihre Linien, Farben und Namen die wirklichen Orte ersetzten, die ich ohnehin nicht aufsuchen konnte. Und das blieb auch so, als sich alles änderte, die Welt bereisbar wurde und mein Geburtsland samt seinen eingezeichneten und gefühlten Grenzen von den Karten verschwand.

Ich hatte mich bereits an die Fingerreisen im Atlas gewöhnt, die Eroberung ferner Welten im Wohnzimmer der Eltern, das flüstern fremder Namen. Atlas für jedermann hieß der erste Atlas meines Lebens. Dass er, wie jeder andere auch – einer Ideologie verpflichtet war, zeigte in unmissverständlicher Deutlichkeit seine Weltkarte, die so auf der Doppelseite platziert war, dass Bundesrepublik und DDR auf zwei verschiedenen Buchseiten lagen. Hier verlief zwischen den zwei deutschen Ländern keine Mauer, kein Eiserner Vorhang, sondern der zu beiden Seiten weiß blitzende, unüberwindbare Falz. Dass das Provisorische der DDR in westdeutschen Schulatlanten wiederum gern durch gestrichelte Linien und die mysteriöse Abkürzung ›SBZ‹ behauptet wurde, erfuhr ich erst später, als ich mit dem importierten Diercke die Flüsse und Gebirge der nun mehr als doppelt so großen Heimat auswendig lernen musste.
Seitdem misstraue ich den politischen Weltkarten, in denen die Länder wie bunte Handtücher auf dem blauen Meer liegen. Sie veralten schnell und geben kaum mehr Auskunft, als wer welche Farbflecken vorübergehend verwaltet.

WIE VIEL MEHR ERZÄHLT dagegen das Kartenbild, das die Natur nicht verstaatlicht, sondern sie über alle von Menschen gemachten Grenzen hinweg vergleichbar werden lässt. In den physischen Topografen können die Landmassen vom tiefebenen Dunkelgrün bis zum hochgebirgigen Rotbraun oder polaren Gletscherweiß leuchten und die Meere in allen Blautönen erstrahlen – erhaben über den Lauf der Geschichte.
Natürlich zähmen auch diese Kartenbilder die natürliche Wildnis durch gnadenlose Generalisierung, welche die Vielfalt der realen Geografie reduziert, sie durch stellvertretende Zeichen ersetzt und darüber entscheidet, ob ein paar Bäume schon einen Wald ergeben, ob eine menschliche Spur als Pfad oder Feldweg registriert wird. So ist die Autobahn auf Karten dem Maßstab widersprechend breit, wird eine deutsche Millionenstadt mit dem gleichen Viereck beschrieben wie eine chinesische, und eine arktische Bucht leuchtet genauso blau wie eine pazifische, weil beide die gleiche Meerestiefe haben. Die Eisberge, die sich in Ersterer türmen, werden hingegen einfach verschwiegen.

Landkarten sind abstrakt und gleichzeitig konkret – und bieten bei aller vermessenen Objektivität doch kein Abbild der Wirklichkeit, sondern eine kühne Interpretation.

Polnische Ausgabe des Buches (Verlag Dwie Siostry 2014)

DIE LINIEN erweisen sich dabei als wahre Verwandlungskünstlerinnen, sie durchkreuzen als kühles mathematisches Raster der Meridiane und Parallelkreise ohne Rücksicht Land und Wasser oder zeichnen als organische Höhenlinien Gebirge, Täler und Meerestiefen nach und sorgen – unterstützt von der Schatten werfenden Schummerung – dafür, dass die Erde ihre Körperlichkeit behält.

Dass der auf der Landkarte reisende Finger durchaus als erotische Geste verstanden werden kann, wurde mir vollends bewusst, als ich in der Berliner Staatsbibliothek zum ersten Mal dem pornografischen Pendant des Atlas begegnete, dem relieferten Globus, bei dem die Vertiefungen des Marianengrabens und die Höhenzüge des Himalaja geradezu obszön greifbar werden.

Natürlich entspricht der Globus der Erde eher als die Kartensammlung im Atlas und kann zudem in Juggendzimmern fernwehmütige Stimmung verbreiten. Die Kugelform ist aber so genial wie heikel. Die haltlose Gestalt der Erde hat keine Ränder, kennt weder oben noch unten, weder Anfang noch Ende und lässt eine Seite immer im Verborgenen.

IM ATLAS DAGEGEN darf die Erde noch so übersichtlich und flach sein, wie sie es lange Zeit war, bevor Entdeckungsreisen den verheißungsvollen weißen Flecken der unerforschten Gebiete Konturen und Namen gaben und die Ränder der Weltkarten von den sich dort tummelnden Seeungeheuern und skurrilen Monsterrassen befreiten. Schließlich wurde auch jener riesige Wunschkontinent auf der Südhalbkugel zum Verschwinden gebracht, dessen Name gleich doppelt falsch war: Terra ausrralis incognita – wenn das Land unbekannt war, wieso war es dann benannt?

Die Welt auf einen Blick sichtbar machen zu wollen, wirft Probleme auf, die nicht befriedigend zu lösen sind. Alle Projektionen stellen die Welt verzerrt dar. Entweder stimmen die Entfernungen, die Winkel oder die Verhältnisse der flächen nicht. So kommt es etwa zu jenem winkeltreuen Weltbild mit schamlos verzerrten Länderproportionen, auf denen der zweitgrößte Kontinent Afrika genauso groß aussieht wie die weltgrößte Insel Grönland, die in Wirklichkeit jedoch vierzehnmal kleiner ist. Es ist einfach nicht möglich, die gekrümmte Oberfläche der Erde mit gleichzeitiger Flächen-, Längen- und Winkeltreue auf eine ebene Fläche zu projizieren. Die zweidimensionale Weltkarte ist ein Kompromiss, der die Kartografie zu einer Kunst zwischen ungehörig vereinfachender Abstraktion und ästhetischer Weltaneignung werden ließ. Am Ende geht es schlichtweg darum, die Welt zu erfassen, nach Norden auszurichten und gottgleich zu überblicken. So wird ein vermeintlich objektives Weltganzes mit wissenschaftlichem Wahrheitsanspruch präsentiert, der auch nicht davor zurückschreckt, die irdischen Planisphären ›Weltkarten‹ zu nennen, so als gäbe es kein Sonnensystem oder Weltall. Natürlich müsste es ›Erdkarten‹ heißen. Es heißt ja auch nicht ›Weltkunde‹!

VOR EIN PAAR JAHREN zeigte mir meine Typografieprofessorin ein riesiges Buch, das sie in einem massigen Planschrank aufbewahrte. Ich hatte schon einiges aus ihrer Sammlung gesehen, historische Poesiealben, aquarellierte Zeichnungen von Wurstsorten, Törtchen und Schleifen sowie die längst veraltete Ausgabe eines Kompendiums mit dem vielversprechendsten Titel, den ein Buch haben kann: Ich sag Dir alles. Das war nicht untertrieben: In diesem Band folgte auf eine Schautafel sämtlicher Bartmoden ein Querschnitt des menschlichen Gebisses und auf die Daten der ökumenischen Konzile eine Tabelle der wichtigsten Attentate der Neuzeit, was den wunderbaren Kolumnentitel ›Konzile/Attentate‹ möglich machte.

Doch jetzt holte sie einen in blaues Marmorpapier eingeschlagenen Folianten aus zerknittertem Seidenpapier hervor, der selbst Ich sag Dir alles in den Schatten stellte. Jede der glatten, angegilbten Seiten war voll von geometrischen Konstruktionen, Kreuzen, Kästchen, einfachen, doppelten, dreifachen, gestrichelten und durchgezogenen Linien, von lichten, kursiven und verzierten Schriftzügen, Abkürzungen, Pfeilen und Symbolen, von aquarellierten Farbfeldern und feinsten Schraffierungen. Hier wurden alle Protagonisten der kartografischen Erzählung einzeln aufgelistet und geübt, sogar die schwarz-weiß gestreiften Rändchen und die Maßstabskalen. An manchen Stellen war der Strich der Feder noch etwas ungelenk, andere Seiten waren so vollkommen, als wären sie nicht von Menschenhand gemacht. Bei dem Band handelte es sich um die gebundene Sammlung von topografischen Zeichnungen aus der Lehrzeit eines französischen Kartografen zwischen 1887 und 1889, wie die schmuckreichen Versalien der Titelei verrieten. Im hinteren Vorsatzpapier entdeckte ich ein einzelnes, kleinformatiges Blatt. Es zeigte die Karte einer Insel, hatte einen Rahmen samt dem Trompe-l’œil eines gezeichneten Knicks an der unteren linken Ecke, jedoch weder Maßstab noch Beschriftung. Auf diesem stummen, namenlosen Eiland erhob sich ein wulstiges Massiv braun aquarellierter Gebirgszüge, in deren Talsohlen kleine Seen lagen und sich Flüsse schlängelnd ihren Weg ins Meer suchten, das nur von der blauen Kontur des Küstenverlaufs angedeutet wurde.

Ich stellte mir vor, dass der Kartograf erst diese Insel zeichnen musste, ehe er sich an das Festland wagen durfte, und plötzlich wurde mir klar, dass Inseln nichts als kleine Kontinente und die Kontinente wiederum nichts anderes als sehr, sehr große Inseln sind. Dieser klar umrissene Flecken Land war ganz und gar vollkommen und gleichzeitig verloren, wie das lose Blatt, auf das er gezeichnet worden war. Jeglicher Bezug zum Festland war hier abhandengekommen. Der Rest der Welt wurde einfach verschwiegen. Eine einsamere Insel habe ich nie gesehen.

TATSÄCHLICH gibt es eine Reihe von Inseln, die so weit von ihrem Mutterland entfernt sind, dass sie nicht mehr auf die nationalen Karten passen. Meistens werden sie dann übergangen; bisweilen erhalten sie einen Platz am kartografischen Katzentisch: eingepfercht in einen gerahmten Kasten, an den Rand gedrängt, mit eigenem Maßstab, aber ohne Auskunft über ihre tatsächliche Lage. So werden sie zu Fußnoten des Festlandes, in gewisser Weise entbehrlich, aber ungleich interessanter als der gewichtige, kontinentale Korpus. Es ist ohnehin nur eine Frage des Standpunktes, ob ein Eiland wie die Osterinsel abgelegen ist. Die Einwohner, die Rapa Nui, nennen ihre Heimat jedenfalls Te Pito o te Henua, den ›Nabel der Welt‹. Auf der endlosen, kugelförmigen Erde kann jeder Punkt zum Zentrum werden. Nur vom Festland aus gesehen ist eine solche Insel, das Werk von aktiven und erloschenen Vulkanen, entlegen. Die Tatsache, dass von ihr aus das nächste Land Wochenreisen mit dem Schiff entfernt ist, macht die Insel in den Köpfen der Kontinentalbewohner zu einem idealen Ort und das vom Wasser umgebene Land zur perfekten Projektionsfläche für utopische Experimente und irdische Paradiese: Auf dem südatlantischen Eiland Tristan da Cunha lebten im 19. Jahrhundert sieben Sippen unter der patriarchalen Herrschaft des Schotten William Glass in mikrokommunistischer Eintracht. Der zivilisations- und weltwirtschaftskrisenmüde Berliner Zahnarzt Dr. Ritter gründete 1929 auf der Galapagosinsel Floreana eine Einsiedelei, in der er auf alles Überflüssige verzichten wollte – die Kleidung eingeschlossen. Und der Amerikaner Robert Dean Frisbie zog in den 20er Jahren auf das pazifische Atoll Pukapuka, wo er – einem klassischen Motiv der Südseeliteratur entsprechend – eine bemerkens- und beneidenswerte Freizügigkeit vorfand. Hier scheint die Insel ganz bei sich, noch in einem unbefangenen Urzustand, als Paradies vor dem Sündenfall, schamlos, aber unschuldig.

DIE FASZINATION SOLCH abgeschiedener Orte erlag auch der kalifornische Seemann George Hugh Banning, der Anfang des 20. Jahrhunderts als gemeiner Matrose das pazifische Meer befuhr, mit dem innigen Wunsch, irgendwo Schiffbruch zu erleiden. Wo das geschehen sollte, war ihm egal, solange es eine gottverlassene Örtlichkeit war, die das Wasser allseits umgab. Aber zunächst sollte er Pech haben und musste desillusioniert feststellen: Wir liefen nur ›interessante‹ Inseln an, wie Oahu und Tahiti, wo Kaugummihüllen und amerikanische Redensarten fast ebenso häufig sind wie Bananenschalen und Windgeflüster in Palmenwipfeln. Schließlich hatte er Glück und durfte mit zu einer Expedition in mexikanische Gewässer auf einer der ersten Dieseljachten mit elektrischem Antrieb. Die fahrt ging zu den Inseln Südkaliforniens (Socorro), von denen er sicher wusste, dass sie kaum je aufgesucht worden waren, weil dort nichts ist, wie die Leute behaupteten. Als er vor seiner Abreise gefragt wurde, was denn dort zu holen sei, antwortete er: Nichts und das ist gerade das Schöne.

ANZIEHUNGSKRAfT des schönen Nichts war es auch, die Expeditionen ins Ewige Eis lockte (Rudolf-Insel), um das buchstäbliche Nichts der polaren Punkte aufzusuchen, nachdem weltreisende Nationen die vegetations- und rohstoffreichen Welten bereits gefunden und unter sich aufgeteilt hatten. So bedeutete auch das unbetretene Land der antarktischen Peter-I.-Insel eine nicht hinnehmbare Kränkung für den menschlichen Drang, Spuren zu hinterlassen, und bot zudem die Möglichkeit, sich doch noch einen Platz in der Geschichte zu sichern. Drei Expeditionen vermochten es nicht, die fast vollständig vereiste Insel zu bezwingen. Erst 1929 – 108 Jahre nach ihrer Entdeckung – gelang eine Landung, und bis in die 90er-Jahre hinein waren mehr Menschen auf dem Mond als auf diesem Eiland.

VIELE ABGELEGENE INSELN erweisen sich als doppelt unerreichbar. Der Weg zu ihnen ist lang und beschwerlich, die Anlandung lebensgefährlich bis unmöglich, und selbst wenn sie gelingt, entpuppt sich das so lang ersehnte Land häufg genug – als hätte man es nicht schon geahnt – als öde und wertlos. Die Beschreibungen in den Expeditionsberichten ähneln sich. Leutnant Charles Wilkes vermerkte: Die Macquarieinsel bietet keinerlei Anreiz für einen Besuch. Auch Captain James Douglas befand: Diese Insel ist der erbärmlichste Ort eines unfreiwilligen, sklavischen Exils, den man sich ausdenken kann. Anatole Bouquet de la Grye stimmte der bloße Anblick der Campbell-Insel traurig, und auch George Hugh Banning, der Liebhaber einsamer Inseln, berichtete: Socorro sah wirklich trostlos aus. So wie die lnsel da lag, erinnerte sie mich an einen halb verbrannten Strohhaufen, den der Regen gelöscht hat und der, ohne die Kraft, wieder in Flammen aufzugehen, in einer Tintenpfütze ruht.

EINEM ABERWITZIGEN AUFWAND STEHT oft kärglichster Nutzen gegenüber; die meisten dieser Unternehmungen sind von vornherein zum Scheitern verurteilt. So schickte die Académie des sciences einst zwei Expeditionen mit teurer Ausrüstung ans andere Ende der Welt, um dort, auf der Campbell-Insel 1874 die Venus-Passage beobachten zu lassen – ein Naturereignis, das schließlich von einer mächtigen Wolke verdeckt wurde.

Um von solchen Misserfolgen abzulenken, verbringen die Wissenschaftler viel Zeit damit, jeden Winkel des Eilandes zu vermessen oder Exemplare endemischer Arten zu finden, deren Auflistung in langen Tabellen die Appendixe der Expeditionsberichte anschwellen lässt. Für die empirische Forschung ist jede Insel ein fest, ein Labor der Natur; hier muss der Untersuchungsgegenstand endlich einmal nicht mühsam abgegrenzt werden, die Wirklichkeit bleibt zumindest so lange greifbar und zählbar, bis Flora und Fauna von invasiven Tierarten ausgerottet oder die Bevölkerung von eingeschleppten Krankheiten dahingerafft wird.

NICHT SELTEN macht sich bei den wenigen Besuchern vor Ort das blanke Entsetzen breit, und im Angesicht des deutlich begrenzten Raumes schleicht sich wie von selbst der beunruhigende Gedanke an das Risiko ein, zurückgelassen zu werden und bis ans Ende der Tage hier, auf einer einsamen Insel, ein Dasein fristen zu müssen.

Der schwarze Felsen St. Helena wurde zu Napoleons Verbannungs- und Toteninsel, die fruchtbar grüne Norfolk-Insel trotz ihrer paradiesischen Üppigkeit zur gefürchtetsten Sträflingskolonie des Britischen Imperiums, und für die schiffbrüchigen Sklaven der Utile erwies sich die winzige Insel Tromelin zunächst zwar als schicksalhafte Rettung, aber die vermeintlich zurückgewonnene Freiheit auf der nicht mal einen Quadratkilometer großen Insel geriet schnell zum Kampf ums nackte Überleben.

Die abgelegene Insel ist von Natur aus ein Gefängnis; eingeschlossen von den monotonen, unüberwindbaren Mauern eines hartnäckig anwesenden Meeres und fernab der Handelsrouten gelegen, welche die Überseekolonien wie Nabelschnüre mit dem Mutterland verbinden, eignet sie sich als Sammelplatz für alles Unerwünschte, Verdrängte und Abwegige.

Tikopia

In der Abgeschlossenheit dieser Räume können ungehindert schreckliche Krankheiten ausbrechen und befremdliche Sitten herrschen, wie die mysteriösen Kindstode auf St. Kilda und die furchtbare und zugleich zwingend erscheinende Praxis der Kindstötung auf Tikopia. Verbrechen wie Vergewaltigung (Clipperton-Atoll), Mord (Floreana) und Kannibalismus (St. Paul-Insel) scheinen im insularen Ausnahmezustand geradezu vorprogrammiert zu sein. Und dass dabei selbst heute noch Gebiete mit Gesetzen entstehen, die unserem Rechtsempfinden widersprechen, zeigt der Missbrauchsskandal auf Pitcairn, wo die kleine Gemeinde von Nachfahren der Bounty-Meuterer lebt: 2004 wurde die Hälfte der auf der Insel ansässigen erwachsenen Männer schuldig gesprochen, über Jahrzehnte regelmäßig Frauen und Kinder vergewaltigt zu haben. Zu ihrer Verteidigung beriefen sich die Angeklagten auf ein jahrhundertealtes Gewohnheitsrecht, denn schon ihre Vorfahren waren sexuelle Beziehungen mit minderjährigen Tahitianerinnen eingegangen. Das Paradies mag eine Insel sein. Die Hölle ist es auch.

BESCHAULICH IST DAS LEBEN auf den übersichtlichen Landstrichen jedenfalls in den seltensten fällen, kommt es doch öfter zur Schreckensherrschaft eines Einzelnen als zur Verwirklichung der Utopie einer egalitären Gemeinschaft. Inseln werden als natürliche Kolonien wahrgenommen, die nur darauf warten, unterworfen zu werden. Nur so ist es möglich, dass sich ein mexikanischer Leuchtturmwärter zum König vom Clipperton-Atoll und eine österreichische Hochstaplerin auf Floreana zur Kaiserin von Galapagos ausruft.

Aus den kleinen Kontinenten werden Miniaturwelten, in denen unter Ausschluss der Weltöffentlichkeit Völkerrechtsbrüche begangen (Diego Garcia), Atombomben gezündet (Fangataufa) oder ökologische Katastrophen in Gang gesetzt (Osterinsel) werden können.

An den Rändern der endlosen Erdkugel lockt kein unberührter Garten Eden. Stattdessen werden die weit gereisten Menschen hier zu den Monstern, die sie in mühevoller Entdeckungsarbeit von den Karten verdrängt haben.

JEDOCH SIND ES GERADE die schrecklichen Begebenheiten, die das größte erzählerische Potenzial haben und für die Inseln der perfekte Handlungsort sind. Während die Absurdität der Wirklichkeit sich in der relativierenden Weite der großen Landmassen verliert, liegt sie hier offen zutage. Die Insel ist ein theatraler Raum: Alles, was hier geschieht, verdichtet sich beinahe zwangsläufig zu Geschichten, zu Kammerspielen im Nirgendwo, zum literarischen Stoff. Diesen Erzählungen ist eigen, dass Wahrheit und Dichtung nicht mehr auseinanderzuhalten sind, Realität fktionalisiert und fiktion realisiert wird. Schon die Entdecker wurden für ihre Entdeckungen gerühmt, als handele es sich dabei um schöpferische Leistungen, als hätten sie neue Welten nicht nur aufgefunden, sondern überhaupt erst erfunden. Dabei spielt die geografische Namensgebung eine bedeutende Rolle – so als würde der Name dem Ort erst zu seiner Existenz verhelfen. Wie bei der Taufe wird auch hier ein Bund besiegelt, zwischen Entdecker und Entdecktem, und die Besitznahme des vermeintlich ›herrenlosen‹ Landes legitimiert, selbst wenn dieses nur aus der ferne gesichtet wurde oder längst bewohnt und benannt ist. Dabei gilt wie bei allen Leistungen: Scribere necesse est, vivere non est – nur das ist wirklich geschehen, worüber geschrieben worden ist. Wer also die Flagge in den Boden steckt, bemüht sich, den nationalen Anspruch mit allerlei Informationen zu untermauern: Er berechnet die Koordinaten, kartografiert das Land und verteilt geografische Namen in seiner Sprache. Indem Norwegen die einzige aktuelle Karte der Peter -I.-Insel anfertigen ließ, betonte es sein Besitzrecht, wenngleich laut der Antarktisverträge jeglicher Gebietsanspruch zu ruhen hat. Das Kartografieren folgt dem Entdecken, der neue Name ist eine Geburt. Die fremde Natur wird gleich doppelt besetzt und besessen, der Eroberungsakt in der Karte wiederholt. Erst wenn etwas genau verortet und vermessen wurde, ist es wirklich und wahr. So ist jede Karte das Ergebnis und die Ausübung kolonialistischer Gewalt.

DASS INSELKARTE UND INSELLAND bisweilen verschmelzen und nicht mehr voneinander zu trennen sind, zeigt die Geschichte von August Gissler, für den die Schatzkarte bei seinen jahrelangen Grabungen Ende des 19. Jahrhunderts auf der Kokos-Insel irgendwann zum Ersatz für das gesuchte Gold wurde. Das Versprechen der Karte war am Ende mehr wert als der nicht auffindbare Schatz. Eine selbst gezeichnete Inselkarte war es auch, die Robert Louis Stevenson zu seinem Abenteuerroman anregte: Die Gestalt dieser Insel befruchtete meine Phantasie außerordentlich. Da waren Hafenplätze, die mich entzückten wie Sonette, und im Bewußtsein einer Schicksalbestimmung nannte ich mein Erzeugnis ›Die Schatzinsel‹.

Ein anderer Romantitel schrieb sich nicht nur gattungsbezeichnend in die Literaturlexika, sondern auch in die Atlanten. Eine Insel des chilenischen Juan-Fernandez-Archipels wurde 1970 umbenannt, um Touristen anzulocken. Auf dieser ehemals Más a tierra – ›näher zum Land gelegen‹ – genannten Insel hatte Alexander Selkirk avant la lettre seine Robinsonade erlebt. Heute trägt dieses Eiland nun allerdings nicht seinen Namen, sondern den seines literarischen Wiedergängers: Isla Robinsón Crusoe. Um die Verwirrung komplett zu machen, heißt nun aber die 160 Kilometer weiter westlich gelegene, ehemals Más Afuera – ›weiter draußen gelegen‹ – genannte Insel Isla Alejandro Selkirk, obwohl dieser niemals dort gewesen ist.

In den Karten ist jener quälend monotone Horizont überwunden, der auf Inseln tagein, tagaus das Blickfeld trennt und auf dem sich in der ferne vielleicht ganz schwach – als überraschender Deus ex machina – das ersehnte Schiff abzeichnet, das Nahrung bringt oder die Heimkehr verspricht.

Und in den geografischen Namen lässt sich Rache an dem entdeckten Land nehmen, das die Erwartungen nicht erfüllt. So nennen 1521 Ferdinand Magellan und 1765 John Byron einige Atolle der Tuamotu-Inseln Inseln der Enttäuschung. Ersterer, weil er auf den trockenen Eilanden weder das bitter benötigte Trinkwasser noch Essbares fand, Letzterer, weil ihm die Einwohner der mittlerweile besiedelten Inseln unerwartet feindlich gesinnt waren. Viele Namen muten mythisch und märchenhaft an. Auf der Possession-Insel verläuft der Fluss Styx, und die Hauptstadt von Tristan de Cunha heißt Edinburgh of the Seven Seas, wenngleich die Einheimischen den Ort nur The Settlement – ›die Siedlung‹ – nennen; wie auch sonst, ist es doch die einzige im Umkreis von 2400 Kilometern?

Vor allem spiegeln die geografischen Namen die Wünsche und Sehnsüchte der Einwohner und auch der Bewohner wider, wie ich in diesem Atlas alle diejenigen nenne, die nur zeitweilig auf der abgelegenen Insel leben. Bei den Stationierten von Amsterdam heißt ein ›Kap Jungfrau‹, zwei Vulkane ›Brüste‹, und ein dritter Krater trägt ganz offiziell die Bezeichnung ›Venus‹. Hier wird die Insellandschaft endgültig zum Pin-up und erotischen Ersatz. Die Insel scheint ein Ort zu sein, der zugleich Wirklichkeit und seine eigene Metapher ist.

DIE KARTOGRAFIE sollte endlich zu den poetischen Gattungen und der Atlas selbst zur schönen Literatur gezählt werden, schließlich wird er seiner ursprünglichen Bezeichnung Theatrum orbis terrarum – ›Theater der Welt‹ – mehr als gerecht.

Das Konsultieren von Karten kann zwar das Fernweh, das es verursacht, mildern, sogar das Reisen ersetzen, ist aber zugleich weit mehr als eine ästhetische Ersatzbefriedigung. Wer den Atlas aufschlägt, begnügt sich nicht mit dem Aufsuchen einzelner exotischer Orte, sondern will maßlos alles auf einmal – die ganze Welt. Die Sehnsucht wird immer groß sein, größer als die Befriedigung durch das Erreichen des Ersehnten. Ich würde einen Atlas heute noch jedem Reiseführer vorziehen.

Czego bała się moja prababka?

Krzysztof Mika

Fakelzugiem po Warszawie

To była pani z dobrego, przedpierwszowojennego domu: francuski, fortepian, nauki na pensji. Udział w strajku szkolnym w 1905 roku. Całe życie nosiła krzyż żałoby po powstaniu styczniowym. Wierząca katoliczka, sympatyczka PPS. Narodowców nie lubiła, pamiętała jak bojówki narodowców strzelały do pepesiaków w trakcie rewolucji piątego roku. Mąż był dość wysokim urzędnikiem kolei warszawsko-wileńskiej – jego zegarek służbowy mam do dziś – chodzi! Mam też ów krzyżyk żałoby narodowej.

Prababka kojarzy mi się z koronkami, kapeluszem i mieszkaniem na rogu Chmielnej i Żelaznej, przed wojną „dobra dzielnica”, a po wojnie już „Dziki Warszawski Zachód” – pamiętacie Hłaskę i Tyrmanda? Duże wielopokojowe mieszkanie zostało zasiedlone kwaterunkowymi lokatorami.  Prababka nie miała nic przeciwko temu – ludzie potracili mieszkania w trakcie wojny. Urocza pani, zawsze kapeluszu (przyzwoita kobieta nie wychodziła na ulicę z odkrytą  głową!), z pokorą znosiła powojenną rzeczywistość, pozostając wierną wierze i lewicowym poglądom. Często ja odwiedzałem po szkole, mieszkałem niedaleko, na Ochocie. Dokarmiała z groszowej emerytury. Skromne posiłki, podane elegancko i piękne srebrne sztućce z monogramami – tyle pozostało z dobytku po wojnie – tylko jedno nakrycie! Jest w rodzinie do dziś.

Prababka miała różne powiedzonka, bon-moty.  Jeden pamiętam do dziś: „nie boję się Niemców, Rosjan, komunistów – boję się hołoty”.  Wiedziała, co mówiła: cztery wojny, dwie rewolucje, jedna w Rosji na Ukrainie, budowa socjalizmu. To była mowa w rozumieniu (dobrym rozumieniu) lewicującej katoliczki z dobrego domu. A dziś przypomina mi się jeszcze jedna opowieść: w latach 30, nie wiem już w jakich okolicznościach, pojechała do Niemiec. Zaczynała się III Rzesza. Dla prababki to, co tam widziała, stanowiło wstrząs. Nazistowski entuzjazm Niemców, wstawanie z kolan, odrzucanie Traktatu Wersalskiego, skuleni normalni (jeszcze) ludzie, wycofani Żydzi.  Pamiętajmy, że nie kochała narodowców, więc odbierała to wszystko bardzo dotkliwie, emocjonalnie. Dużo młodych ludzi w mundurach, narodowe wzmożenie.

Ale z największym przerażeniem wspominała jedno wydarzenie. Pewnego dnia, wieczorem była świadkiem przemarszu fakelzugu. Co to jest fakelzug?  To marsz z pochodniami.  Ludzie w mundurach, ale i zwykli ludzie szli karnie i razem, nieśli również  sztandary, krzyczeli hasła narodowe, nazistowskie (prababka znała niemiecki). I wtedy zaczęła się bać. Wrażenie było tak silne, że wracało wiele lat po wojnie, prababka wielokrotnie „raczyła” mnie tą opowieścią, jako symbolem czegoś, czego należy się bać. Opowieści o wojnie owszem też, ale ów nazistowski fakelzug zajmował naczelne miejsce wśród „strasznych” opowieści.

Prababka miała jeszcze jedną umiejętność, potrafiła, językiem, oczywiście eleganckim, nazywać rzeczy po imieniu. Dla niej uczestnicy niemieckiego fakelzugu, być może nie wszyscy, to była groźna hołota. Pochodnie, nazistowskie hasła, poczucie mocy, wrzask – dla pani w kapeluszu było to nie do przyjęcia. Cóż fakelzugi stały się symbolem triumfującego nazizmu…

Jak się skończyło: wiadomo. Dlaczego dziś  do mnie wróciła do mnie ta historia? Otóż ulicami Warszawy przeszedł regularny fakelzug. Tak, w Warszawie! Tak, koło miejsca gdzie była słynna z czasów Powstania Warszawskiego barykada, 500 metrów od murów getta. Ten sam ryk, pochodnie, lepsze, bo pirotechniczne, ta sama ciemna moc, tylko kolory sztandarów nieco inne.  I „my chcemy Boga”, tam krzyczeli „Gott mit uns”.  Wierzący patrioci? I można mówić o cudownej uroczystości, morzu biało-czerwonych flag, rodzinach z dziećmi, wspólnym święcie itd. I konsekwentnie nie widzieć pewnych strasznych analogii, bezpośrednich nawiązań.

Moi rodacy-warszawiacy! jedną z głównych ulic naszego miasta przeszedł regularny fakelzug. Obejrzyjcie stare niemieckie kroniki, obejrzyjcie jeszcze raz „Kabaret”, „Zmierzch Bogów”, poczytajcie niemodnego dziś Remarque’a. Ja zaczynam się bać. Marsze podobne już miały miejsce, ale póki nie spotykały się z akceptacją rządzących… Rządy Republiki Weimarskiej też patrzyły przez palce, Hindenburg wręcz popierał Hitlera…

Powiecie: nie można szukać takich prostych analogii. Nie szukam – po prostu boję się. Tak jak bała się moja prababka.