Wedel i bombardier

Ewa Maria Slaska

Wpis dla Uli Usakowskiej-Wolff

Widzicie to?

Od lat złości mnie i dziwi ten napis, witający przyjeżdżających do Berlina  na dworcu głównym. Od jakiegoś czasu, wiem, że nie jestem jedyna, bo ukraińska pisarka mieszkająca w Niemczech, Katja Pietrowskaja, też o tym pisze w swej pięknej książce o poszukiwaniu rodzinnych korzeni na Ukrainie i w Polsce.  Jednak większość ludzi zapewne nie zwraca na to uwagi, bo jakby większość myślała tak jak Katja i ja, to tego napisu by nie było. Byłyby albo masowe prostesty albo jeden zdecydowany telefon z biura kanclerki lub prezydenta i reklama zniknęłaby z czoła reprezentacyjnego dworca Republiki, stolicy i Europy.

Ale jest. Jest bo przynosi pieniądze, jest bo pieniądze są ważniejsze niż myślenie. Reklama Bombardiera jak wehikuł czasu przenosi mnie do Berlina lat 80. Dopiero przyjechałam, uczyłam się świata i języka, i ze zdumieniem odkrywałam SS czyli Sommersemester lub SSV czyli Sommerschlußverkauf. Nie mogłam uwierzyć, że prawo jazdy nazywa się Führerschein, władza – Gewalt, a Krieg i kriegen mają wspólny sens. Od tego czasu świat, również ten niemiecki i ten berliński, uwrażliwił się na różne aspekty języka, na to, że słowo może przekazywać nie tylko to, co chcemy, lecz również to, co ukryte i nieuświadomione. Zmieniła się też jakość komunikacji społecznej. Firmy komercyjne też w międzyczasie wiedzą, że stać nas na bojkot i znaczące protesty, niekiedy próbują nas nawet sprowokować jakimś celowo obraźliwym lub błędnym sformułowaniem, po to właśnie, byśmy więcej kupowali.

Ale my, podróżni w stolicy europejskiej, która jest na pewno też jedną z najważniejszych stolic Europy, nie będziemy przecież kupować produktów Bombardiera. Ta reklama zresztą wcale nie jest zachętą komercyjną, jest po prostu wielkim na miarę zainwestowanych przez firmę pieniędzy podpisem sponsora.

Bombardier

Wiem dość o procesach historycznych zachodzących w społeczeństwach, żeby nawet nie sięgając do enuncjacji jakiegoś komercyjnego tekstera, wyobrazić sobie drogę od zwykłego kanoniera z czasów wojny trzydziestoletniej do firmy, która najpierw produkowała lawety do armat, potem czołgi, potem pociągi pancerne i wreszcie samoloty. I nawet jeśli dziś wszędzie na świecie wyroby firmy Bombardier niosą ludziom tylko szczęście i pokój, nawet wtedy, powtarzam, nazwa firmy przypomina, że chodziło o Krieg i kriegen, o Gewalt, a kiedyś również o SS. I że niestety może o to nadal chodzić. Ta nazwa, niechby była nie wiem jak tradycyjna, i nie wiem jak wywodziła sią od tego biednego kanoniera z XVII wieku, przecież się po prostu kojarzy. Bombardier, bombardzier, bombardier…

Zastanawia mnie, że Niemcy jako państwo, od co najmniej 30 lat zainteresowane tym, żeby kojarzyć je z pokojem, tolerancją i demokracją, pozwalają na takie codzienne, frontalne, podważanie ich intencji w oczach setek tysięcy ludzi, którzy korzystają z dworca w Berlinie. Nawet jeśli świadomie nikt tego nie odbiera negatywnie, podświadomość każdemu zbuduje nieuchronny ciąg skojarzeń – Niemcy, dworzec, pociąg, bombardowanie.

Nie ma znaczenia, że kanadyjskie koncern nie ma nic wspólnego z okrutną historią europejską, nie ma znaczenia że został założony w roku 1942 przez Josepha-Armanda Bombardiera, wynalazcę nowoczesnego skutera śnieżnego. Nie ma znaczenia, że jako osoby bombardowane na dworcu niemieckim napisem Bombardier, nie wiemy, co łączy Józefa Armanda Bombardiera z twardym krokiem żołnierzy szwedzkich i niemieckich depczących europę w XVII wieku… To przecież wszystko bez znaczenia, każdy z nas widzi ten napis, a jego podświadomość natychmiast pokazuje fucka wszystkim niemieckim staraniom o image gołąbka pokoju!

Oczywiście sam założyciel firmy, zdolny wynalazca i przedsiębiorca, za te skojarzenia nie odpowiada. Był zresztą świetnym facetem.

Joseph-Armand Bombardier (1907-1964) pochodził z Kanady francuskiej, był niezwykle uzdolnionym mechanicznie chłopcem, który zbierał na ulicach zepsute przedmioty, po to by je naprawiać. Jego rodzice byli rolnikami i prowadzili wiejski sklepik. Nikt w rodzinie nie interesował się mechaniką. Nikogo, kto pisze o Bombardierze, a pisze się o nim w sieci całkiem sporo, nie zajęło pytanie, dlaczego rodzina nazywa się właśnie tak, jak się nazywa.

W wieku 13 lat zbudował funkcjonujący model lokomotywy poruszany mechanizmem wyjętym z zegarka, skonstruował też mechaniczny kołowrotek i przerobił starą strzelbę na armatę. Gdy miał lat 19 otworzył w garażu własny warsztacik naprawy zepsutych urządzeń i stworzył pierwszego snowmobila.

Miał 27 lat, gdy jego syn zachorował i nie udało się go dowieźć na czas do szpitala, bo ulice były zasypane śniegiem i nie odśnieżane. To sprawiło, że Józef postawił na przekształcenie modelu snowmobila w produkowany przemysłowo pojazd jeżdżący po śniegu.
Na cześć Bombardiera nazwano jeden z lodowców na Antarktydzie.


Firma Bombardier produkuje zatem różnorakie środki komunikacyjne, pojazdy śnieśne, pociągi, samoloty…

W kwietniu 2018 roku lecę do Warszawy. Na lotnisku staję przed takim oto samolotem – ewidentnie produkt firmy Bombardier (tak też zostaniemy za chwilę powitani: na pokładzie samolotu Bombardier), ale z wielką reklamą Wedla. Nie ma siły, wszyscy z mojego pokolenia będą mieli w tym momencie tylko jedno skojarzenie: 22 lipca d. E. Wedel. I taki rysunek Sławomira Mrożka: idzie pochód z okazji państwowotwórczej, obok kroczy facet z opakowaniem firmowym: E. Wedel. Wydaje mi się (pewnie się mylę), że zazwyczaj nie ma reklam na samolotach. Reklama jest większa niż napis firmowy. To odwrócenie poprzedniej sytuacji: E. Wedel, dawniej Bombardier… Ok, dobrze, trzeba będzie kupić torcik wedlowski.

W poczekalni obserwuję przywitanie dwojga ludzi w średnim wieku. Pani siedzi naprzeciwko mnie, pan podchodzi, pani wstaje, witają się i, jeszcze stojąc, zaczynają rozmawiać. Zadziwiło mnie pierwsze zdanie tej rozmowy. Mężczyzna mówi: wydaje mi się, że wszystko zrobiliśmy niepotrzebnie, i ma przy tym ton zatroskanego naukowca a nie zirytowanego biznesmena. Chciałabym się dowiedzieć, co zrobili niepotrzebnnie, ale jak siadają, to nie słyszę, o czym mówią. Słyszę następny fragment ich rozmowy dopiero w autobusie, który wiezie nas do samolotu, to chyba już jakiś inny temat, ale kto to wie… pan opowiada o szkole, do której dzieci chodzą nadzwyczaj wręcz chętnie i uwielbiają się uczyć. Wysiadamy z autobusu, stoimy w kolejce do schodków, pan i pani za mną. A wszystko to można osiągnąć w bardzo prosty sposób, mówi pan. Ruszamy, zaraz wejdziemy na schodki i niemożliwe, po prostu wejdziemy, usiądziemy i ja już się nigdy nie dowiem, jak to można osiągnąć. A koniecznie chcę wiedzieć. Jestem ciekawska i zaangażowana społecznie, a mój wnuk chodzi do szkoły… Muszę się dowiedzieć, jaki jest ten sposób. Obracam się, przepraszam, przedstawiam i pytam. Pan lekko (ale tylko lekko) zaskoczony, odpowiada, że chodzi o szkołę w Finlandii. Kiwam głową, można się było domyślić, że jak gdzieś dzieci uwielbiają en masse chodzić do szkoły, to musi to być Finlandia. To proste, mówi pan, o pracę w szkole można się starać tylko z najlepszymi wynikami na studiach, a o każde miejsce nauczyciela ubiega się dziesięć osób. Już nie zdążę zapytać, czy jest to praca super płatna, wchodzimy, a zanim siądziemy, pan da mi wizytówkę. Nie mogę dać mu w zamian swojej, bo… no bo… nieważne, nie mam, zapomniałam, lisy zjadły, jest w torbie oddanej na wózek bagażowy… Uśmiecham się tylko i mówię, dziękuję, jak o tym napiszę, to przyślę panu linka…


Centrum Edisona. Aha. Myślę sobie, że mały Bombardier świetnie by się nadawał na patrona centrum nauki dla super uzdolnionych dzieci. Szkoda, że ma nazwisko, które się marnie kojarzy…

No i to pierwsze zdanie na wizytówce: Uważaj na mity! Naprawdę opłaca się, być ciekawskim i zaczepiać ludzi…

Reblogging trees

Les arbres sont des poèmes que la terre écrit sur le ciel.

Kahlil Gibran


 

 

Budda powiedział, że jeśli uczepisz się jakiegoś wyobrażenia i uznasz je za “prawdę”, stracisz szansę poznania prawdy. Nawet kiedy prawda osobiście zapuka do twych drzwi, nie będziesz chciał otworzyć przed nią umysłu. Jeśli więc masz wyobrażenie tego, co jest prawdą albo jakie warunki muszą zostać spełnione, byś był szczęśliwy – bądź ostrożny.

Thích Nhất Hạnh


Drzewo Mahabodhi w Bodhgaya

Budda pod drzewem bodhi.

Reblog(s) and more: women lib and smoking

Well…
That pic was posted in Facebook, with funny and cute and awesome text underneath: Rosa Luxemburg, Simone de Beauvoir, and Emma Goldman on the beach, smoking pipes (1930’s.)

I shared it on my FB wall and my dear friend Esther Schulz-Goldstein wrote as a comment: Ungefähr 30 Jahre später, habe ich als junge Frau im Museumsrestaurant in Tübingen Zigarre geraucht und da zischte ein für mich damals alter Herr am Nebentisch, “eine deutsche Frau raucht nicht”. Ich zischte zurück, “deutsche Männer hätten lieber nicht soviele Menschen umgebracht”.

I was so taken over by this beautiful foto, that I did not notice, it could be a fake and in fact it is, what my two Polish friends – Ula Ptak and Elżbieta Jagiełło – immediately noticed. Sure it is a fake. The authors do not even try to say you it is not. Just look at it:
Emma Goldman 1869-1940
Rosa Luxemburg 1871-1919
Simone de Beauvoir 1908-1986

But obviously I am not alone in my being mistaked. Somebody found out, that that foto with it’s purposely false caption was shared 13,268 times. Well, so… I was the 13,269th one…

But I found the true story about that pic, it was so called WOPS in Mexico:

The Womens’ Pipe Smoking Group affectionately known as the WOPS or Borkum Riffs because of the sweet smells that trail behind them. They meet every early morning of the week and stroll along Olas Altas smoking and discussing shag tobacco. This wonderfully relaxed group sometime mix a blend of prime Moroccan hashish with their fine Borkum Riff fine cut shag from the Netherlands.

There is a waiting list to join these women of the below the knee dress wearing persuasion who want to become involved in this sedate pursuit of strolling and chatting and puffing away on their smooth Calabash Meerschaum pipes like steam locomotives struggling up a hill. The youthful countenances of this group suggest tobacco smoke is good for the complexion and has general health benefits.

Searching for the text above I found another two interesting texts about women and smoking and pipes and now I am rebbloging them for you: 

Women and Pipes

By Beth Maxwell Boyle

‘The guitar player’ by David Rijckaert III

By 1615 in England, the first consignments of Virginia tobacco for pipe smoking had arrived and some 7,000 shops in London sold tobacco .

Women Pipe smokers are rare today but female smoking was very popular in the 17th and 18th centuries. Respectable women were commonly seen smoking pipes in public. Many famous paintings exist of noble women of the period drinking in the smoke from a clay pipe. The middle classes were eager to enjoy this new pastime as well. In the Elizabethan times clays were quite delicate with graceful thin bowls and long stems. The Dutch redesigned these clays by enlarging the bowl and lengthened the stem.

Dutch, French and English women all enjoyed the “Indian Weed”. For centuries the favorite way of enjoying tobacco was to smoke it in clay pipes. As early as about 1575 pipes were being made in England, but by the 17th century Holland had become the dominant center for the manufacture of clay pipes. Clays were made in many other European countries at this time, as well. Such pipes were usually white, with small bowls and long stems. They were extremely fragile and did not last long. However, by the 1850s, when pipe smoking in general became associated with the working class, female smoking began to decline, at least in public. The acceptance of female smokers seemed to vary between regions at this time. It is believed that many women kept their old habits. It is more than likely it was done in secret while they outwardly treated the act as a disgrace.’

Marquise de Pompadour, the favorite mistress of Louis XV, was a passionate smoker and owned more than three hundred pipes!

In rural areas such as the Highlands of Scotland and in Ireland the women smoked without shame. Women in the Hebrides smoked well into the 1930s due to the cultural isolation just as Appalachian women in the US did. It was seen as a very crude and backwards habit by most of polite society but little changes in any society without contact with urban centers. Today a women smoking a pipe draws immediate notice and sometimes ridicule.

For more women pipes look HERE


And another text I just have to reblog:

I think I need to start smoking: or how to be an artist without a Gauloises hanging from your mouth.

Posted by Lisa Thatcher on January 19, 2012

Simone de Beauvoir – avec Gauloises.

I was rather disturbed to find out recently that some folk I admire are giving up smoking.

I was startled to say the least. No matter what anyone says, smoking remains the hallmark of cool. It’s as synonymous with art as booze, and as chic as any Euro fantasy.

Besides my obvious initial concerns (the loss of revenue for large faceless corporations and a drop in “cool” for those I admire) which are the same I think we all have when a dear one suggests they want to give up smoking, I had some broader concerns after giving the issue some thought.

Clarice Lispector. Smoking.

What about the health care professionals who are kept in a job because they have to care for the ill as a result of smoking all their life? (approx 48 billion a year is spent in smoking related health problems – approximately $11.00 of the cost of your cigarettes goes to health care professionals and their industries). The local tabac merchant, and all the other smaller stores that make the bulk of their revenue from cigarette sales. What of the poor governments loss of revenue (approximately $4 per pack) the drop of approximately 12.4 billion dollars from the advertising industry in the US alone (I think they’d notice this decrease, don’t you?) not to mention the drop in work for the legal industry. Tobacco is grown in 21 states of the United States, a leading producer of tobacco along with China and India. Think of all those farms and farmers, all those small communities kept alive – schools, libraries and hospitals because the local farmers grow tobacco.

Margurite Duras and Michelangelo Antonioni. Both Smoking.

And finally, the most poignant argument of all – almost everyone in Paris smokes.

Or is that all just bullshit?

If existence precedes essence, then I need to smoke in order to ‘be’ the writer I want to be. I know how the writer I want to be appears, because it has been determined (in essence preceding existence) by the writers I most want to emulate. Above you can see images of them smoking in the years before I took to the passion of writing. If I am determined by what surrounds me (according to Spinoza) the pressure to give up smoking is in direct confrontation with my experience of free will. It is in the world being a mirror of my free will that I am obliged to react. To overtake myself. The question here, is what self am I overtaking? Am I oppressed by my desire to give up cigarettes or my desire to smoke them in the first place?

Like Sartre’s waiter, I need to ‘play’ at being a writer until whatever (mysterious) criterion has been fulfilled that will have my inner self belive I am a writer. Scoff if you will, but this is a small charade that works for me. I had a blissful afternoon of writing today, in an atmosphere conducive to writing. Sometimes it is my desk and sometimes I will go mad if I have to look at my desk any longer and sometimes I need to play at being a writer just to feel its direction on my skin for the smallest while. Existence is defined by my concrete interactions with the world. Is it completely absurd that writers usually drink and smoke to excess? Of course it is – but again (if you adhere to the tenants of existentialism) that absurdism gives the action more meaning and puts us in touch with the basic humanity of existence.

Then, of course, we get into the nature of the cigarette itself. Should we roll our own? Can I still be an artist if the Gauloises are replaced by B & H extra mild?

And here comes the unpalatable truth. I have actually tried to smoke at several points in my life, and always given up in bitter disappointment, because I just can’t do it. I tend to be a very healthy person. The slightest upset in health regime sits poorly with me. I’ve never been able to smoke properly. I get too sick. For the most part, I’ve had to hang out with artists who do smoke, drinking in the second-hand, and wishing my little healthy body could tolerate it a little more hard-core.

And perhaps at the end of the day that is the source of my disappointment. Those around me giving up smoking results in me giving up the possibility of smoking. If I don’t see it, I wont remember it and horror of all horrors – I wont’ miss it. Perhaps my primal cry is more about the final shedding of the connection I have with the old artist image that fed me for so long. Just as I know the day of the depressed artist is over, perhaps the day of the drinking, smoking artist is over also.

Berlin o każdej porze roku. Wiosna

Elżbieta Kargol

Tulipany, tulipanie, tulipaństwa

I znowu zakwitły, wszędzie w ogrodach, w parkach, na skwerach, na klombach, rondach, między drzewami, za płotem i w trawie, w doniczkach i w wazonach, a przede wszystkim w berlińskim Britzer Garten, gdzie 21 kwietnia odbyło się oficjalne otwarcie kwitnięcia i gdzie ich ilość, różnorodność, barwność i miejsce przyprawiają każdego o kolorowy zawrót głowy. Skala ich barw jest niewiarygodnie szeroka, nie występują tylko w czysto niebieskim i czarnym okwiecie. Kwiaty są pojedyncze lub pełne, a ich kształt zmienia się od kielichowatego przez miseczkowy, kubkowaty, do form o skręconych lub postrzępionych płatkach, niektóre podobne do róży, inne do piwonii, ale najczęściej do lilii, bo do rodziny liliowatych wszak należą.

Mowa o tulipanach, tulipaniach i o całych tulipaństwach. Na świecie istnieją 194 państwa. Gatunków tulipanów jest około 120, a odmian uprawnych ponad 15 tysięcy. O nazwie nadawanej nowej odmianie decydują hodowcy. Nadawanie tulipanom imion znanych ludzi to element promocji. Jest Irena Sendlerowa i Fryderyk Chopin, jest Jurij Gagarin i Elvis Presley, i tysiące innych znanych lub mniej osobistości.


Tulipan zezwala, aby go podziwiano, ale nie budzi gwałtownych uczuć – pożądania, zazdrości, miłosnych zapałów. Jest pawiem wśród kwiatów.

Zbigniew Herbert

Niektórzy za ich ojczyznę uważają Holandię. Nic bardziej mylnego! Kwiaty te pochodzą z Azji środkowej, gdzie ich dzikie odmiany rosły na zboczach gór Tienszanu, Pamiru i Ałtaju, później w Chinach, Mongolii, aż dotarły do Persji i Imperium Osmańskiego. W XVIII wieku Turcją rządził sułtan Ahmed III. Czas jego panowania został nazwany “Wiekiem Tulipanów”. Nazwa tulipan pochodzi od tureckiego słowa tülbent – oznacza tkaninę, z której uwijano turbany. Czerwony tulipan, po turecku laleh, zapisuje się takimi samymi literami jak imię Allaha, a czytany od tylu daje helal czyli półksiężyc. Turcy wierzą, że kwiat ma boską siłę. Jego nazwa, choć zupełnie inna, pojawia się też w Pieśni nad pieśniami.

*

W połowie XVI wieku do Europy tulipany sprowadził z dworu sułtańskiego austriacki ambasador w Turcji, a ich uprawą zajął się holenderski botanik Karol Clusius. Rozpoczęło się tulipanowe szaleństwo. Ceny niektórych cebulek był warte domu w Amsterdamie. Do dzisiaj Holandia jest światowym potentatem w uprawie tulipanów.

Przed laty skorzystałam z oferty taniego przewoźnika i wybrałam się do Holandii, do Keukenhofu, aby podziwiać kwitnące łany tulipanów. Nic, oprócz folią przkrytych pól nie widzieliśmy. Był początek lub środek marca, wycieczka dwa tygodnie później kosztowałaby już 100 marek więcej.

Tulipan jest łatwy w obsłudze, rośnie w każdej ziemi, cebulki wysadzamy jesienią do gruntu, i w zależności od gatunku zakwitną od marca do czerwca. Po przekwitnięciu lepiej wyjąć cebulki z ziemi, przechować w chłodnym i ciemnym miejscu, a jesienią powtórzyć proces, żeby następnej wiosny znów cieszyły oczy.

Z moim dziadkiem, ogrodnikiem i pszczelarzem z zamiłowania, zajmowaliśmy się krzyżowaniem tulipanów. Przenosiliśmy pyłek z białego kwiatu na czerwony. W następnym roku dziadek patriota pokazywał mi w ogrodzie biało-czerwone tulipany, efekt naszych botanicznych eksperymentów. Prawdopodobnie mnie trochę oszukiwał, ale dawno mu to wybaczyłam, bo wszystko co wiem o faunie i florze w ogrodzie, na polach i łąkach, zawdzięczam właśnie jemu.

W berlińskim Britzer Garten posadzono 250 tysięcy tulipanowych cebulek. Choć zimne dni marcowe zaszkodziły wielu roślinom i nie wszystkie zakwitły lub nie zakwitną, to jednak większośc ich otuli(pani)ła ziemię barwnym kobiercem kwiatów

Tulipan

Jak ptak jesteś – o piórach z purpury i złota!
Nakrapianyś – jak skóra cudownego węża!
Jak płomień – którym wiatr bezgłośnie miota!
Jak płomień – co w pośpiechu ostygłby i stężał!

Chrzęścisz cicho jedwabiem pod zakrzepłym żarem,
siarkę mieszasz z krwi pąsem w chlasty, bryzgi, smugi,
aż powalony wreszcie własnym, szkarłatnym ciężarem,
masz w sobie coś z Mefista i chorej papugi…

Beata Obertyńska, z tomu Otawa, 1945


Zdjęcie Autorka, dalsze zdjęcia – mnóstwo wspaniałych zdjęć – TU

Barataria 62: balet bez Baratarii

Ewa Maria Slaska

Nowe przygody Pana i Giermka czyli balet Don Kichot

Muzyka: Ludwig Minkus
Choreografia: Marius Petipa / Rudolf Nuriejew
Libretto: Marius Petipa, od 1900 roku Aleksander Górski
Premiera: 26 grudnia 1869 w Wielkim Teatrze Moskiewskim (Bolshoi Theatre)

Istnieją trzy wersje baletu, moskiewska z roku 1869, sanktpetersburska z roku 1871 (obie autorstwa Petipy) i wersja poprawiona przez Akesandra Górskiego z roku 1902, ta, którą wystawia się do dziś; w tej wersji rolę zakochanej Kitri zatańczyła Matylda Krzesińska, polska tancerka Tetaru Maryjskiego w St. Petersburgu, w której zakochał się następca tronu (a potem ostatni car Rosji), Mikołaj II – zresztą wszyscy to na pewno świetnie wiedzą, wszak w ubiegłym roku na ekranach kin pojawił się rosyjski film Aleksieja Uczitiela Matylda, który nacjonalistycznie nastawieni Rosjanie próbowali na całym świecie bojkotować, bo przypomnienie carskiego romansu obrażało pamięć o świętym (to nie  ironia – Mikołaj II po upadku komunizmu został kanonizowany) wszechrosyjskim władcy, zamordowanym wraz z żoną i dziećmi przez Sowietów. Matylda jest przepięknym (jeśli ktoś lubi kicz w wielkim stylu) kostiumowym romansem, rozgrywanym przez obwieszone klejnotami postaci w pełnych przepychu wnętrzach. Mikołaj, choć bardzo chce wziąć ślub z kochanką, przygotowuje się jednocześnie do ślubu z Alicją, księżniczką heską, która jako caryca przybierze imię Aleksandry. Film dzieje się jeszcze przed ślubem i koronacją Mikołaja i przypomina przy okazji niezwykły pojedynek pomiędzy dwiema primabalerinami carskiego baletu – Matyldą Krzesińską i Pieriną Lignani na… piruety. Legnani, Włoszka, uważana za najwspanialszą primaballerinę wszechczasów, była pierwszą tancerką, której udało się wykonać tzw. fouetté en tournant z 32 obrotami. W filmie ambitna Polka próbuje dorównać rywalce, co jej się w końcu udaje. Krwawiące stopy Matyldy i pożar je pałacu na sztucznej wyspie stanowią niewątpliwie główną atrakcję tej filmowej opowieści bez happy endu.

W słowniku terminologi baletowej polskiej Wikipedii znajdujemy takie oto wyjaśnienie: Fouetté – termin oznaczający rząd tanecznych pas przypominających obracającego się bąka. F. na 45° to wirtuozerskie obroty na palcach, w czasie obrotu pracująca noga “zamachuje się” za łydkę nogi oporowej, zgina w kolanie, jej nosek z tyłu przenosi się do przodu, potem noga silnie wyprostowuje się z równoczesnym opuszczeniem nogi oporowej w demi-plié (pół ugięcie). (Nawiasem mówiąc, to wygląda mniej więcej tak, trzeba to tylko obejrzeć 32 razy).

Fouetté stanowi najczęściej kulminację w różnych formach tańca klasycznego, zwykle w pas de deux np. w Jeziorze łabędzim czy Don Kichocie. I tak to, jak zwykle w tych wędrówkach po kulturze, dokądbyśmy nie poszli i tak “wracamy do naszych baranów”.


Natalia Maria Wojciechowska, autorka portalu Baletowe ABC, pisze

HISTORIA I CIEKAWOSTKI
  • Już w 1614 roku w królewskim Luwrze tańczono balet dworski Don Quichotte. Później motywy z dzieła Cervantesa zadomowiły się w balecie na stałe, owocując przez 400 lat dziesiątkami nowych opracowań. Prawdziwą furorę zrobił jednak dopiero balet Mariusa Petipy z muzyką Ludwiga Minkusa (1869), bo trwa na scenach do dzisiaj, odświeżany i przetwarzany przez kolejne pokolenia choreografów.
  • W 1740 roku Franz Hilvedring jako pierwszy wystawił Don Kichota w wersji dwuaktowej,
  • W 1768 Jean George Noverre rozbudował wersję Hilvedringa i jak poprzednik wystawił swoją wersję w Wiedniu – do muzyki Josefa Starzera,
  • W 1808 roku Charled Didelot znany jako „ojciec rosyjskiego baletu” wystawił w Petersburgu dwuaktową wersję Don Kichota,
  • W 1839 roku Paul Taglioni (wujek Marii Taglioni) wystawił własną wersję tego baletu w Berlinie,
  • W 1843 roku wujek Paula Taglioniego – Salvatore Taglini – wystawił swoją produkcję Don Kichota w Turynie,
  • Odtwórczynią roli Kitri podczas światowej premiery w roku 1869 w Moskwie była Anna Sobeshchanskaya
  • W 1871 – 21 listopada w Teatrze Kamenny w Petersburgu została wystawiona rozszerzona przez Petipę i Minkusa wersja w 5 aktach i 11 obrazach,
  • W 1924 roku zespół Anny Pawłowej, co prawda w kawałkach, ale jako pierwszy wystawiał balet Don Kichot poza granicami Rosji,
  • W 1950 Ninette de Valois wystawiła swoją wersję Don Kichota, wykonaną przez zespół Royal Ballet,
  • W 1962 roku po raz pierwszy poza Rosją została wystawiona oryginalna rosyjska wersja Don Kichota zatańczona przez Ballet Rambert,
  • W 1965 roku George Balanchine stworzył współczesną wersję Don Kichota dla New York City Ballet,
  • W 1966 Rudolf Nureyev wystawił swoją wersję tego baletu, którą stworzył dla baletu wiedeńskiego (Vienna State Opera Ballet),
  • W 1973 roku wersja Rudolfa Nureyeva tańczona przez balet australijski została sfilmowana,
  • W 1980 roku Michaił Barysznikow stworzył własną wersję dla American Ballet Theater, którą tańczyło wiele zespołów na całym świecie,
  • W 1900 roku 6 grudnia Aleksander Górski wystawia w Petersburgu swoją wersję Don Kichota z nowymi tańcami, jak wariacja Królowej Driad do muzyki Antona Simona,
  • Kiedy Aleksander Górski ponownie w 1902 roku wystawiał Don Kichota kompozytor Riccardo Drigo nalegał na wstawienie dwóch wariacji skomponowanych przez niego dla Matyldy Krzesińskiej,
  • Wersja Górskiego nie została dobrze przyjęta przez zwolenników Petipy oraz baletomanów i była postrzegana przez długi czas jak okaleczenie pracy Petipy,
  • Wersja Górskiego stała się stałą pozycją Teatru Bolszoi oraz Kirov.

No dobrze, to wreszcie opowiedzmy sobie, o czym jest ów balet:

PROLOG
Don Kichot, naczytawszy się ksiąg o przygodach błędnych rycerzy, postanawia wyruszyć na poszukiwanie ideału piękna, jakim dla niego jest Dulcynea. Towarzyszy mu wierny sługa Sancho Pansa.

AKT I
Na placu miasteczka codzienny gwar i krzątanina. Kitri, córka właściciela gospody, Lorenza, tańczy z przyjaciółkami. Dziewczyna jest zakochana w Basiliu, ale jej ojciec nie zgadza się na małżeństwo z biednym cyrulikiem – swata jej na męża bogatego Gamacha.
Na rynek wkracza niecodzienna postać: Don Kichot. Jest oczarowany tańczącą Kitri, która jawi mu się jako uosobienie Dulcynei. Składa jej rycerski hołd uwielbienia, który zostaje przyjęty z humorem. Wkrótce zręcznym manewrem Kitri znika wraz z Basiliem, a Lorenzo, Gamache i Don Kichot z Sancho Pansą rzucają się za nimi w pogoń.
W tawernie zebrali się matadorzy i Espada, adorujący uliczną tancerkę. Zainteresowanie wszystkich szybko przenosi się na tańczącą Mercedes. Uliczna tancerka nie chce dać za wygraną. Nieporozumienie przerywa pojawienie się Kitri i Basilia oraz całego goniącego ich towarzystwa. Lorenzo próbuje zmusić córkę do małżeństwa z Gamachem, co widząc Basilio – pozoruje samobójstwo. Lorenzo zmuszony przez Don Kichota, udziela błogosławieństwa Kitri i „umierającemu” Basiliowi. Chłopak natychmiast ożywa i młodzi uciekają. Oszukany Lorenzo i Gamache gonią ich, za nimi zaś podąża błędny rycerz z wiernym sługą.
Don Kichot jest przekonany, że to miłość wskrzesiła Basilia.

AKT II
Noc, Cyganie przy ognisku. W sam środek zabawy wpadają goniący Basilia i Kitri. Don Kichot dostrzega stojący nieopodal wiatrak i bierze go za wcielenie złych mocy. Rzuca się do walki, a wszyscy przerażeni uciekają.

Sancho Pansa pielęgnuje potłuczonego pana. Don Kichot jest oszołomiony; wydaje mu się, że Amor prowadzi go do krainy Driad. Jedną z nich jest Kitri – Dulcynea. Sancho cuci Don Kichota. Oto pojawia się spacerująca po lesie para – księżna z orszakiem, która zaprasza błędnego rycerza na zamek.

AKT III
Na zamku pojawiają się wszystkie znane nam postaci. W honorowym pojedynku Don Kichot zmusza natrętnego Gamacha do rezygnacji z ręki Kitri. Młodzi są szczęśliwi.

Błędny rycerz w towarzystwie wiernego Sancho Pansy udają się w dalszą drogę na poszukiwanie ideału piękna.


Od lutego balet w nowej wersji przygotowanej przez Víctora Ullate można obejrzeć w Deutsche Oper (Operze Niemieckiej) w Berlinie; najbliższe terminy: 27 kwietnia, 4 maja, 2 czerwca, 17 czerwca i 2 lipca. Bilety w cenie od 29 do 95 euro.

Zauważyliście oczywiście, że wideo kończy się owym słynnym Fouetté, tańczonym ongiś przez piękną Matyldę.

Über Indien am Sonntag 6 (und Schluss)

Tanja Krüger & Johanna Rubinroth

Die Autorinnen sind schon längst zurück in Berlin. Ich glaube auch, dass ich das Wichtigste, was sie mir per WhatsApp zugesendet haben, in letzten Wochen veröffentlichte. Höchste Zeit in meinem Handy und im Computer alles Indische von Joasia und Tanja aufzuräumen und wegpacken. Und dann sehe ich, dass mit jeder Woche, als ich die Sonntagsbeiträge vorbereitet habe, etwas geblieben ist, etwas, manchmal weil es schon zu viel war, andersmal, weil das, was da war zum Nix passte oder ich es mir nicht erklären konnte, worum es den beiden Travellerinnen dabei ging. Und als ich gerade dabei war, es wegzuschaffen, befiel mich ein Gefühl des Verlusts. Ich dachte plötzlich, dass ich es bereuen werde, diesen bizarren und unzusammen hängenden Fotos nicht genug Beachtung geschenkt zu haben.

Die Fotos, die ich hier zeige hatten meistens keine Unterschrift. Ausser eins, das betitelt wurde: mit nummerierten wasserhähnen am bahnhof… Na bitte. Und was wundert? In Berlin ist jeder Baum in der Stadt nummeriert 🙂


Und bei der Gelegenheit ein Foto eines nummerierten Baums im Garten meines Wohnhauses in Berlin und eine im Netz gefundene Information des Hauptstädtischen Grünamts: An den Berliner Straßen stehen über 50 verschiedene Baumgattungen. Die fünf am häufigsten vorkommenden Baumgattungen sind Linde, Ahorn, Eiche, Platane und Kastanie. Sie machen ca. 75% des Straßenbaumbestandes aus. Na!

 

Frauenblick

Monika Wrzosek-Müller

Feiertage, Irving Penn Centennial, Der Jahrhundertfotograf

Ostern war und ist für mich eigentlich die Zeit der Ausflüge, der Unternehmungen, wenn es geht ins Freie und weg aus der Stadt. Doch wenn das Wetter nicht anders erlaubt auch in der Stadt; sich anschauen, was die Hauptstadt so anbietet. Es herrschte immer die Meinung, Berlin sei ein Hype, wenn es um Ausstellungen geht. Lange Zeit galt das auch für mich im Hinblick auf Berlin schon, doch seit circa zwei Jahren gab es keine so großen gelungenen Ausstellungen mehr, es wird viel renoviert und restauriert, gebaut und ausgebessert, dies und jenes ist vorübergehend geschlossen, noch nicht geöffnet, gerade in Planung… doch wir leben nur einmal, und alles was nach uns kommt, ist irgendwie für uns selbst irrelevant.

Desto mehr freute ich mich, als wir am Ostersonntag beim scheußlichsten Wetter aller Zeiten in die C/O Berlin gingen und uns eine wirklich gelungene Ausstellung ansahen. Der Name des Fotografen war schon ein Versprechen, doch die Zahl der Werke und ihre Gliederung übertraf meine Erwartungen. Sie wurde vom Metropolitan Museum of Art in Zusammenarbeit mit der Irving Penn Foundation verarbeitet; zugute kamen die Schenkungen von 180 Arbeiten oben genannter Stiftung an das Metropolitan Museum, so dass man in den Genuss von 240 Arbeiten des Fotografen kommt. Es sind Arbeiten aus verschiedensten Bereichen; das Einzige, was fehlt, sind Landschafts- und Architekturfotografien, Motive, die bei vielen anderen Fotografen als Hauptmotiv gelten. Penn hat sich eindeutig der lebendigen Dingen verschrieben: den Menschen. Wir erleben verschiedene Gattungen seiner Fotokunst – Akt-, Mode- und eben Porträtfotografie; das Gros der Arbeiten sind Porträts, die er auch neu definiert und oft die ganze Gestalt des Menschen zeigen. Seine Arbeiten sind immer auf das Wesentliche reduziert, zeigen berühmte Menschen eingezwängt in eine Ecke, oder sitzend auf einem Hocker, der nur mit einem grau-beigen Teppich bedeckt wurde. Übrigens ist auch der Teppich in der Ausstellung zu bewundern. Penn arbeitete seit seinen jungen Jahren als Coverfotograf für Vogue, er soll 166 Titelbilder für diese berühmte Modezeitschrift geliefert haben. Es gibt also in der Ausstellung wunderbare Fotos der Titelseiten mit den schicksten, elegantesten Frauen der Welt. Seine zweite Frau Lisa Fonssagrives-Penn wurde zum beliebtesten Objekt seiner Modefotografie; es sind Bilder, die exquisite Eleganz und eher kühle Weiblichkeit zur Perfektion bringen. Kein Wunder, dass ihn in den folgenden Jahren die Fotografen der jüngeren Generation wie Richard Avedon, Annie Leibowitz oder Helmut Newton versucht haben zu kopieren.

Penn selbst bleibt nicht nur bei der Modefotografie; er reist auch in ferne Länder, 1948 nach Peru, später in den sechziger Jahren nach Neuguinea und Marokko, überall fotografiert er Menschen in einfachen Studios ohne aufwändigen Hintergrund. Meistens mietet er das Atelier des dortigen Stadtfotografen und wartet auf dessen Kunden, die zum Fotografieren kommen. Interessant ist, dass er die Fotografien für die Zeitungen/Magazine farbig drucken lässt, doch für größere Formate und Ausstellungen zieht er die Bilder immer schwarz-weiß ab, auch alle Porträts sind schwarz-weiß, doch da spielen die Grautöne eine große Rolle. Seine Rolleiflex-Kamera war in der Ausstellung auch zu sehen. Sein Interesse an Menschen geht noch weiter und in der Serie The Small Trades (kleines Gewerbe) stellt er sie in ihrer Arbeitskleidung und mit den entsprechenden Requisiten dar. Es finden sich darunter: Bäcker und Kellner, Friseure und eine Ballonverkäuferin, Schornsteinfeger, Metzger etc… es gilt für ihn das Alltägliche ungeschönt mit der Kamera festzuhalten.

In all den Jahren hörte Penn nicht auf zu zeichnen und zu malen, auch wenn er in diesem Kunstzweig keine Erfolge feierte, half ihm die Beschäftigung damit bei seiner Arbeit als Fotograf. Zu seinen Lieblingsmalern gehörten Surrealisten, darunter Giorgio de Chirico, dessen menschenleere Landschaften ihn faszinierten. Die Liebe zur Kunst ist besonders in späteren Jahren sichtbar, als er sich den Stillleben widmet. Da stellt er alle Details sehr bewusst zusammen, man hat das Gefühl es sind Gemälde, die im Spiel des Schattens und Lichts den Betrachter ansprechen. Manche der Arbeiten erinnern mich an die Bilder meines Lieblingsmalers Giorgio Morandi, bei denen es um Nähe und Entfernung geht. Es sind Stillleben zusammengestellt aus alten, gefundenen Stücken von Röhren in verschiedenen Größen. Wunderschön sind seine Fotos von Mohnblühten.

Es gibt auch eine Serie von weiblichen Aktfotos, die mir vielleicht am wenigsten zusagen. Es fällt auf, dass es ihm nicht um die Schönheit dieser Körper geht, sondern um die Form. Auch das Verfahren, wie er die Abzüge produziert, ist eine mühsame Arbeit an der Perfektion. Man spürt überall, in jedem Bild, dass er mit seinem Blick den Gegenstand der Fotografie veredelt, aufwertet, einmalig macht. Es sind auf keinen Fall Schnappschüsse.

In allen Genres wird seine unheimliche Faszination an der Arbeit als Fotograf sichtbar.

Eine Ausstellung, die man nicht verpassen sollte. Ist auch bis 1. Juli in C/O zu sehen.

Reblog (bo nie dało się inaczej): sukienka

Nie dało się inaczej, bo o sukience swojej mamy opowiedziała mi Helena Klitenik, ale jak ją poprosiłam o tekst, to powiedziała mi, że sukienka jest w Muzeum Polin i że mogę tam o niej przeczytać. Helena mieszka w Warszawie i bywa… Bywa w wielu miejscach, na wykładach, w teatrach, w kinie, Helena czyta, słucha, ogląda… Namawiam ją, żeby raz na miesiąc pisała dla nas o nowościach kulturalnych w Polsce czy w Warszawie. Wczoraj przyszedł mail:

Ewa,
pamiętam o Twojej prośbie. Odezwę się po 3 maja.
28 kwietnia będę w Teatrze Na Woli na “Historii Jakuba” Słobodzianka, a 3 maja w Teatrze Nowym na “Francuzach” w reż.Warlikowskiego.
Pozdrawiam.
Helena
P.S.
Mnóstwo pracuję na działce. Przyniosłam na balkon niezapominajki. Na działce już kwitnie miodunka, bratki, trochę tulipanów, niezapominajki, dużo żółtych kwiatów, których nazwa uciekła mi z głowy, niedługo zacznie kwitnąć pełnik europejski. Wzeszła rukola, koperek, rzodkiewka a zeszłoroczny jarmuż odbił świeżymi liśćmi.


Reblog:

Opracowanie i zdjęcie Przemysław Jaczewski, opowieść o sukience: Helena Klitenik

Sukienka Grani Klitenik: Historia Zagłady zapisana w przedmiotach

Grania Klitenik, z domu Juziuk, mieszkała z mężem i małym dzieckiem w Telechanach, niedaleko Pińska (obecnie w granicach Białorusi). Kiedy w czerwcu 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-radziecka, zdecydowali natychmiast, że muszą uciekać na Wschód. Klitenik był komunistą, a spodziewano się, że Niemcy aresztują komunistów w pierwszej kolejności. Rodzina zabrała tylko najpotrzebniejsze przedmioty.

W czasie ucieczki rozstali się. Mężczyzna cofnął się do Telechan po swego ojca. Ten jednak zbagatelizował niebezpieczeństwo i zdecydował się pozostać. Uznał, że osobom niezaangażowanym politycznie nic nie grozi. W tym czasie Grani przydarzyła się straszna rzecz – ktoś zabrał jej dziecko, kiedy spała. Nie wiemy jak, ale mężowi udało się później je odnaleźć. Oddał je w Homlu do całodniowego żłobka. Sam wstąpił do armii.

Samotna Grania znalazła się po wschodniej stronie Wołgi. Była krawcową od 17 roku życia, więc udało jej się dostać pracę. Ponieważ z Telechan uciekła latem i bez jakichkolwiek ciepłych ubrań, musiała zdobyć jakieś okrycie na jesień i zimę. Z 50 skrawków szyneli wojskowych uszyła sobie sukienkę. Używała jej przez całą wojnę. Miała ją ze sobą również wtedy, gdy po odnalezieniu męża, przyjechali w 1946 roku do Polski.

Cała rodzina Grani i jej męża z Telechan zginęła, zabita w masowym mordzie ludności żydowskiej jeszcze w sierpniu 1941 roku.

Grania całe życie ich wspomniała – dziadków, mamę, zmarłego wcześnie ojca i siostrę. Siostra wyszła wcześniej niż ona za mąż, urodziła troje dzieci, które Grania bardzo kochała.

Klitenikowie nigdy nie dowiedzieli się, mimo usilnych poszukiwań, co stało się z ich dzieckiem. Żłobek homelski podczas bombardowań przenosił się z mijesca na miejsce, po synku wszelki ślad zaginął.

Reblog: 75 rocznica powstania Getcie Warszawskim

Wszyscy to już wiemy, wszscy czytaliśmy, ale mimo to – nie mogę na blogu pominąć tego listu…
Gorzki list do prezydenta Dudy przed rocznicą wybuchu powstania w getcie. Prof. Szlajfer odmawia udziału w obchodach

Szanowny Panie Prezydencie,

Przed kilku dniami otrzymałem Pańskie imienne zaproszenie do udziału w oficjalnych uroczystościach 75. rocznicy wybuchu Powstania w Getcie Warszawskim. Z przykrością informuję, że Pańskiego zaproszenia nie mogę przyjąć. Piszę „z przykrością”, albowiem w innych okolicznościach udział Prezydenta RP w tej uroczystości byłby godnym uczczeniem pamięci żydowskich bohaterów, którzy choć osamotnieni, a jednocześnie świadomi, że ich walka jest częścią wspólnego oporu przeciwko niemieckiej machinie zagłady, podjęli bój z oddziałami generała SS Jürgena Stroopa.

Nie wnikając w tym miejscu szerzej w przyczyny, działalność obozu politycznego z którym jest Pan związany jest sprzeczna z wartościami, o które walczyli powstańcy, a także dziesiątki tysięcy innych Żydów w oddziałach partyzanckich, miejskiej konspiracji czy w armiach antyhitlerowskiej koalicji. Ci w istocie uprzywilejowani, którzy uzyskali dostęp do broni, a choćby tylko do koktailu Mołotowa, obojętnie, syjoniści różnych odłamów, harcerze z Haszomer Hacair, bundowcy, socjaliści z Poalej Syjon czy komuniści, podjęli walkę w Warszawie, ale także w innych gettach i obozach zagłady w imię ludzkiej godności i wolnościowej tradycji. „Parchy” z różnych obozów politycznych i orientacji (czy zareagował Pan na to poruszające wyobraźnię określenie jednego z czołowych publicystów Pańskiego obozu politycznego?), szli do walki razem i razem ginęli.

Wspominam o tym, albowiem propagowane dzisiaj pisanie historii „na nowo” prowadzi m.in. do brutalnej ingerencji w historię żydowskiego oporu i powstania. Przypomnę tylko, że to przedstawicielom Pańskiego obozu udało się przeciwstawić –– manipulując nazwami ulic –bundowca Marka Edelmana, w powstaniu zastępcę Mordechaja Anielewicza, i komunistę Józefa Lewartowskiego, współorganizatora wielopartyjnego bloku oporu w warszawskim getcie już wiosną 1942 r. Zaślepieni ignoranci i doktrynerzy z Pańskiego obozu, prawdziwi bluźniercy, nie mogą, jak widać, zrozumieć, że antykomuniści – socjalista Edelman i syjonista Mordechaj Anielewicz, mogli ramię w ramię walczyć wspólnie z nielicznymi komunistami przeciwko niemieckim oddziałom. Nie usłyszałem głosu protestu z Pańskiej strony, który wsparłby apel wszystkich głównych organizacji żydowskich w Polsce w tej sprawie. Milcząc, akceptował Pan ten brutalny akt ingerencji w historię Żydów, Warszawy i Polski. Nie usłyszałem Pańskiego głosu, gdy wojewoda z Pańskiego obozu politycznego odmawiał pod idiotycznym pretekstem włączenia w dniu 19 kwietnia syren dla uczczenia pamięci młodego, zaledwie 24-letniego dowódcy powstania i jego towarzyszy. Ale również i Pan, Panie Prezydencie, dokonał w zeszłym roku swoistego cudu w trakcie wizyty w Izraelu. W swoim wystąpieniu w Centrum Dziedzictwa im. Menachema Begina w długim akapicie na temat Powstania w Getcie Warszawskim zdołał Pan nie wspomnieć nazwy organizatora i głównej siły powstania – Żydowskiej Organizacji Bojowej. To tak jakby pisać o Powstaniu Warszawskim nie wspominając nazwy Armia Krajowa.

Żydowscy powstańcy z warszawskiego getta zasługują na coś więcej, aniżeli obecność przed ich pomnikiem w dniu 19 kwietnia ludzi reprezentujących rządzący obecnie obóz polityczny.

Panie Prezydencie,

List ten przekazuję zarówno na Pańskie ręce, jak i przyjaciół oraz innych zainteresowanych osób i instytucji. Piszę o kwestiach dotyczących życia publicznego, a te, jak sądzę, powinny być publicznie debatowane.

Z wyrazami szacunku,

Henryk Szlajfer, Em. profesor ISP PAN

Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Dla przypomnienia, o Powstaniu pisali już tu Krzysztof Mika, Anna Dobrzyńska i Andrzej Rejman (również  TU).

Stuart

And time has told me not to ask for more
For someday our ocean will find its shore
So I’ll leave the ways that are making me be
What I really don’t want to be
Leave the ways that are making me love
What I really don’t want to love

Czas mnie nauczył nie pytać o więcej,
I tak któregoś dnia nadejdzie dzień
gdy nasz ocean zbliży się do brzegu
Więc opuszczam drogę, na której staję się tym,
Kim naprawdę nie chcę być,
I schodzę z drogi na której kocham rzeczy,
Których wcale nie chcę kochać

Nick Drake, Time has told me

Joanna Trümner

Be good to yourself

Po długiej rozmowie z matką Stuart poczuł się bardzo zmęczony. Nie miał już żadnych złudzeń, wiedział, że była to jedna z jego ostatnich rozmów z nią, choroba posunęła się tak daleko, że nie można było liczyć na żaden cud. Wyszedł ze szpitala z uczuciem bezradności i smutku. „Ona niedługo umrze, a ja nigdy nie byłem dobrym synem”, pomyślał, „a teraz jest już na to za późno”. W drodze do domu myślał mo czasach sprzed wyjazdu do Australii. Długi okres, kiedy matka dochodziła po zdrowia po załamaniu psychicznym. Ich wspólne wieczory, podczas których grał tylko dla niej. Przypomniał mu się wieczór, w który matka nazwała go „swoim najbardziej utalentowanym dzieckiem”. „Ona zawsze we mnie wierzyła”, pomyślał, czując wstyd na wspomnienie długich tygodni, kiedy w ogóle się do niej nie odzywał. Za każdym razem po wykręceniu jej numeru telefonu wiedział z samego tonu głosu, jak bardzo na ten telefon czekała.

Dojechał do domu, zaparkował samochód i postanowił pójść na spacer brzegiem morza. Był odpływ, szedł po twardym, wilgotnym piasku, starając się nie deptać po wyrzuconych przez morze muszlach. Zapach morza zawsze kojarzył mu się z dzieciństwem. Zastanawiał się nad sprawami, które chciał przed matką zataić. Nad bilansem swojego dotychczasowego życia. „Ona nie może się przecież dowiedzieć, że znowu jestem sam i że nigdy nie oddaliłem się od muzyki tak bardzo jak przez ostatnie miesiące. Za dwadzieścia kilka lat na pewno będę zgorzkniałym, samotnym dziwakiem, który od życia dostał świadectwo «starał się jak mógł». Jej «najzdolniejsze dziecko» znalazło się na kolejnym zakręcie”.

Próbował walczyć z ogarniającym go coraz bardziej przygnębieniem. „Może najważniejsze jest to, że w ogóle próbowałem”, pocieszał się. Zapadał zmierzch i nagle zrobiło mu się zimno. Przeniknął go przenikliwy, wilgotny chłód zimowych wieczorów w Walton, o którym zapomniał przez ponad dziesięć lat pobytu w Australii.

Przyspieszył kroku. W zapadającym zmierzchu potknął się o wyrzuconą przez morze butelkę, której przedtem nie zauważył. Wziął ją do ręki z zamiarem wyrzucenia do najbliższego kosza na śmieci. Oczyścił ją z wilgotnego piasku i z zaskoczeniem ujrzał, że w butelce znajduje się list. Przypomniało mu się, że jako chłopiec godzinami chodził z kolegami po plaży w poszukiwaniu butelek z tajemniczymi,nieraz napisanymi w obcych językach wiadomościami i innych wyrzuconych przez morze skarbów. Walcząc z zakrętką od butelki poczuł się znowu jak dziecko, które nie może doczekać się chwili, kiedy pozna tajemnicę listu. W końcu udało mu się wyciągnąć kartkę z butelki. Z zaskoczeniem przeczytał napisane dziecięcym charakterem pisma słowa: „Be good to yourself”. „Kto to mógł napisać?”, zastanowił się. Może samotny, gruby chłopak, koło którego nikt w szkole nie chciał siedzieć i który zawsze zajmował ostatnie miejsce w zawodach sportowych? A może brzydka dziewczynka w okularach, nie rozstająca się z książką, która po raz pierwszy w życiu zakochała się, oczywiście bez wzajemności? Dziecko wracające do domu z kluczem na szyi i czekające do późna w nocy na powrót rodziców. Przestraszone każdym odgłosem w domu. Przypomniał mu się jego najzdolniejszy uczeń (znowu ktoś najzdolniejszy!), czternastoletni Adam, grubas w okularach o mocnych szkłach. Wiedział, że Adam po lekcjach zostaje w szkole i daje innym uczniom korepetycje z matematyki. Wiedział, że są dzieci, które są gotowe zapłacić każdą cenę za odrobinę uznania. Ktokolwiek napisał te słowa chciał znaleźć drogę do swojej godności, do uczucia, które zaczął tracić. „Przecież to takie proste”, pomyślał, „nie mogę sibie za wszystko obwiniać, muszę przestać robić sobie wyrzuty, że znowu zostałem porzucony, że nie miałem czasu dla matki, że od miesięcy nie wziąłem gitary do ręki, tak miało być, to wieczne poczucie winy do nikąd nie prowadzi… Nie mogę przestać wierzyć w siebie. Tylko ktoś, kto lubi sam siebie może w życiu naprawdę coś osiągnąć. Rzeczywiście, powinienem być dobry dla siebie. Ten ktoś ma rację.” Wiedział, że właśnie zrozumiał coś bardzo ważnego i że nigdy nie może tej dopiero co odkrytej prawdy zapomnieć. Postanowił, że nigdy nie rozstanie się z tą butelką i ukrytym w niej na pozór prozaicznym liścikiem. „To będzie mój życiowy talizman”, pomyślał i wtedy z daleka zaczęły napływać dźwięki nowej piosenki. Wiedział już, że będzie to utwór „Be good to yourself”. Czuł, że ogarnia go spokój, dziwne, ciepłe uczucie, że wszystko, co się zdarzyło i zdarza jest częścią jakiegoś planu, za który on nie ponosi winy. Wrócił do domu, na jego widok Kate uśmiechnęła się ze zrozumieniem, zrozumiała od razu, że Stuart znalazł podczas tego spaceru spokój. „Ja potrafię w nim czytać jak w otwartej książce”, pomyślała, zastanawiając się, czy jest tak dlatego, że są rodzeństwem, jednymi z pierwszych poznanych w życiu osób, czy też dlatego, że zawsze dobrze się rozumieli i potrafią na siebie patrzeć widząc rzeczy, które dla innych pozostają tajemnicą.

Następnego dnia Kate wracała do Berlina, a Stuart zamierzał odwiedzić Williama pod adresem, który znalazł w książce telefonicznej Londynu. W drodze Kate zaskoczyła brata wiadomością, że matka nie chce być pochowana we wspólnym grobie z ojcem, chce mieć wspólny grób ze swoim drugim mężem – Natem. „Musimy to jej życzenie uszanować”, powiedziała Kate zaskakująco pozbawionym emocji głosem. „Przecież ona z ojcem spędziła większą część życia”, skomentował Stuart, który odebrał prośbę matki jak zdradę rodziny. „Ale naprawdę szczęśliwa była dopiero po jego śmierci”, powiedziała Kate. Po jej tonie Stuart zorientował się, że i ona nie potrafi tego zrozumieć. „Więc chce ojcu wystawić rachunek po śmierci?”, pomyślał przypominając sobie awantury rodziców o prowadzenie pubu, wieczne zmęczenie matki, jej załamanie psychiczne. Stuart zawiózł Kate na lotnisko i pojechał odwiedzić Williama. Bez problemu znalazł elegancki, duży dom w zachodniej części miasta. „Więc go na to stać?”, pomyślał z lekką zazdrością i przypomniał sobie swoje studenckie mieszkanie w okolicach Greenwich. „Ciekawe, co teraz robią Ian i Ann? Kim się stali od czasu, kiedy się rozstaliśmy?”, pomyślał, czekając aż ktoś otworzy drzwi. Dochodziła pierwsza, prawdobodobnie nikogo w domu nie było. „Wrócę później”, pomyślał i zdecydował się wsiąść do metra, pojechać do centrum i pochodzić po dawno nie widzianych kątach. Krótko przed piątą wrócił tam i tym razem miał szczęście, drzwi otworzył mu sam William. Na jego widok zdziwił się i przez chwilę walczył z odruchem zamknięcia drzwi.

„Czy mogę wejść i z tobą krótko porozmawiać?”, zypytał Stuart. „Kto tam?” usłyszał głos dziecka. „Twój wujek, Stuart”, odpowiedział z zakłopotaniem William. W chwilę później mały George przytulał się do Stuarta, widać było, że siostrzeniec bardzo się cieszy z tego spotkania. „Gdzie byłeś tak długo?”, zapytał chłopiec z wyrzutem. „Tam, gdzie mieszkają kangury. Nie mogłem wcześniej przyjechać”, odpowiedział Stuart i przez chwilę pomyślał o tym, że nie ma dla małego żadnego prezentu. „Następnym razem”, pomyślał. „Tata musi chwilę z wujkiem porozmawiać”, powiedział William. Stuart bał się pierwszego słowa, wiedział, jak dużo zależy od przebiegu tej rozmowy. I instynktownie wybrał słowa najwłaściwsze: „Cieszę się, że ci się życie dobrze układa i że kogoś znalazłeś. George wygląda na bardzo szczęśliwe dziecko”. Rozmowa, której tak bardzo się bał, okazała się bardzo dobra. William powiedział mu, że matka bardzo go zraniła, komentując jego nowy związek słowami: „Dziecko przecież się w takiej perwersji nie może wychowywać”. Następnie William opowiedział mu o tym, jak bardzo męczyła go ciasnota Walton, ciągłe ukrywanie swoich skłonności i fakt, że w tym małym miasteczku, w którym każdy zna każdego, nigdy nie będzie mógł być sobą. „Gdybym nie poznał Matta, wpadłbym w kompletną depresję, były chwile, że chciałem ze sobą skończyć.” Stuart w milczeniu słuchał tego wyznania i nie mógł opanować myśli, że wszystko to raz już słyszał, że jego wujek Stuart przechodził przez podobne piekło. „Nie ma chyba prawdy absolutnej, konflikt Williama z matką to też dwie prawdy. Prawda matki, skrzywdzona miłość do wnuka, miłość na której przebieg ona nagle nie ma wpływu, której rozwój zależy od dobrej woli ojca. I prawda Williama, upokorzenie, jedno z wielu upokorzeń, które przeżył i za które nikt nigdy nie poniósł konsekwencji”.

Po chwili milczenia zwrócił się do szwagra: „To chyba już nie ma znaczenia, ona umiera i jej największym życzeniem jest zobaczenie małego”. Po minie Williama odczytał od razu, że znowu udało mu się znaleźć odpowiednie słowa. W pół godziny później na siedzeniu samochodu siedział George.

Cdn.