Anoreksja na śniadanie 2

Ewa Maria Slaska

Tak, oczywiście, pisałam już o tej książce.

TU

Powtarzam temat, bo 20 czerwca o godzinie 19 zapraszamy do OstPost na Choriner Str. na spotkanie z Roksaną Wiankowską, autorką książki Anoreksja na śniadanie. Piszę “zapraszamy”, bo to ja poprowadzę to spotkanie. Roksana mnie o to poprosiła już PO tym, jak napisałam na blogu o jej książce.

Oferujemy więc z Roksaną niezły mix pokoleniowy – mogłabym spokojnie być jej babcią.

Więcej o wydarzeniu

Uprzedzam, będziemy rozmawiać po polsku. Roksana świetnie mówi po niemiecku,  ale spotkanie będzie po polsku, bo taka jest, że użyję współczesnej terminologii, grupa targetowa: młode kobiety, polskie nastolatki i ich matki, babcie, przyjaciółki, siostry… Oczywiście mogą to też być mężczyźni, chłopcy, ich ojcowie, dziadkowie i bracia, ale zakładam(y), że przyjdą głównie kobiety. Anoreksja podobnie jak bulimia to jednak przede wszystkim choroba, która dotyka kobiety. Ale oczywiście dotyka też mężczyzn, którzy kochają te kobiety.

Jak to się zaczyna? Jak to w ogóle jest możliwe, że się zaczyna?

Zdecydowałam: schudnę i zacznę się wzorowo uczyć. Poddam się temu całkowicie. Tak, właśnie! Pokażę wszystkim, że jestem wyjątkowa. Udowodnię, że potrafię wykorzystać swój potencjał i wykażę się siłą. Wkrótce poznałam Sabinę – było to moje drugie ja, mój wewnętrzny głos, który miał poprowadzić mnie przez drogę do sukcesu.
– Nie zjedz kolacji przez tydzień, zobaczysz, to pomoże – mówiła Sabina. Ta nowa, lepsza wersja mnie. Przynajmniej tak mi się wydawało. To tak, jakbyś dostał opakowanie ulubionych ciastek, a ktoś powiedziałby ci, że są one zdrowe i od nich nie utyjesz. Możesz zjeść ich ile tylko chcesz. Jednak po fakcie okazuje się, że w tym wszystkim był pewien haczyk. Nie masz gwarancji, że osoba, która powiedziała ci o cudownych „nietuczących” ciastkach, mówiła prawdę. Tak samo ja uwierzyłam Sabinie. Skutecznie mi wmówiła, że tylko z jej pomocą mogę osiągnąć wszystko, czego pragnę. Zaczęło się niewinnie. Po powrocie ze szkoły i zjedzeniu tam dwóch kanapek lub drożdżówki, napychałam się ogromną paczką top chipsów. Naiwnie sądziłam, że schudnę, jeśli zamiast kolacji zjem chipsy. Tak, wiem, wydaje się to śmieszne. Jednak to był dopiero początek podstępnego planu Sabiny. Chwaliła mnie za postępy, które robiłam, nawet jeśli chodziło o napychanie się „śmieciowym jedzeniem” zamiast zjedzenia obiadu i kolacji.

Roksana chce zacząć spotkanie od piosenki Skinny love zespołu Bon Iver z wydanego w 2007 roku albumu For Emma, Forever Ago. Piosenkę napisał i przejmująco śpiewa Justin Vernon. Uważa się powszechnie, że piosenka opowiada o byłej dziewczynie Vernona, Christy Smith, choć sam Vernon twierdzi, że to nie do końca tak: “[…] to utwór o tamtym czasie, o związku, przez jaki wówczas przechodziłem; jesteś w związku, bo potrzebujesz pomocy, ale to niekoniecznie musi tak być, niekoniecznie musisz być w tym związku. To ma bardzo cienką skórę.”

A tu ta sama piosenka w wykonaniu Birdy. Choć Birdy pięknie ją śpiewa, w komentarzach na youtubie słuchacze często podkreślają, że piosenka, niezależnie od tego, co głosi sam piosenkarz, jest tak osobistym wyznaniem Vernona, że nie powino się jej coverować. Ale to wersja Birdy przyniosła sławę tej piosence.

Come on skinny love just last the year
Pour a little salt we were never here
My, my, my, my, my, my, my, my
Staring at the sink of blood and crushed veneer

I tell my love to wreck it all
Cut out all the ropes and let me fall
My, my, my, my, my, my, my, my
Right in the moment this order’s tall

And I told you to be patient
And I told you to be fine
And I told you to be balanced
And I told you to be kind
And in the morning I’ll be with you
But it will be a different kind
And I’ll be holding all the tickets
And you’ll be owning all the fines

Come on skinny love, what happened here?
Suckle on the hope in light brassieres
My, my, my, my, my, my, my, my
Sullen load is full, so slow on the split

And I told you to be patient
And I told you to be fine
And I told you to be balanced
And I told you to be kind
And now all your love is wasted
And then who the hell was I?
And I’m breaking at the britches
And at the end of all your lines

Who will love you?
Who will fight?
Who will fall far behind?

To piosenka o miłości, która być może nie poradzi sobie z wyzwaniem. W powieści Anoreksja na śniadanie autorka pisze, że nie dałaby rady, nie wróciłaby do życia, gdyby nie miłość matki.

To wielka odpowiedzialność – kochać osobę chorą na potrzebę destrukcji własnego ja. Kochać…

O tym porozmawiamy w środę za dwa tygodnie. Czekamy. Roksana i ja.

Reblog czyli resłuch… Pokraj

Czy najśmieszniejsza książka 2018 roku może być jednocześnie powieścią serio? Na pewno śmiejąc się z Pokrajaków, śmiejemy się z samych siebie.

Andrzeja Saramonowicza, znają wszyscy, jest przecież twórcą kultowych filmów komediowych: „Testosteron”, „Lejdis” i „Ciało” i autorem bestsellerowej książki „Chłopcy”. Teraz “Pokraj”.

Ziemowit Szczerek:

Jeśli ktoś się spodziewał, że Saramonowicz rozprawi się z polskością z wdziękiem Gombracego prowadzącego na kwasie daewoo lanosa, to się dobrze spodziewał. Czyta się to szybciej, niż rzeczony lanos śmiga na tuskostradzie, a wciąga bardziej niż oglądanie pojedynku Pawłowicz–Niesiołowski na TVN24.

Fragmenty powieści “Pokraj” Andrzeja Saramonowicza
Czyta Krzysztof Gosztyła
Wydawnictwo Muza SA
Premiera 23 maja 2018

Resłuch(y) za zgodą Autora – dziękuję!



Wciągnęło? Oczywiście. Reszta w księgarni lub na youtubie, już lub za chwilę… szukajcie a posłuchacie, jak głosi Biblia...

Barataria 68 Basilio

https://www.facebook.com/Yumi.Iloveballet/videos/1936906366329071/

To nie Barataria, ale balet Don Kichot. Taniec Basilia w wykonaniu Tetsuya Kumakawy.

A tu po kolei aż 13 solistów wykonujących tę partię, mniej więcej w połowie filmu – wariacje Basilia w wykonaniu Rudolfa Nurejewa.

Przypomnijmy: choreografia Marius Petipa, muzyka Léon Minkus.

Basilio, fryzjer, kocha piękną Kitri, na co nie zgadza się ojciec oblubienicy. Kochankowie uciekają, a Don Kichot i Sancho Pansa, pomagają im w zdobyciu ojcowskiego pozwolenia na ślub. Miłość zwycięża! Amor vincit! Basilio tańczy upojony szczęściem. Zaprawdę – wariacje Basilia. Podczas premiery baletu w grudniu 1879 roku w Teatrze Wielkim w Moskwie rolę Basilia zatańczył Sergiej Sokolov, a Kitri – Anna Sobeshchanskaya. Pisaliśmy już o tym balecie – Lech Milewski we wpisie o Petipie, ja opisując między innymi perypetie Matyldy Krzesińskiej, która nie mogła sobie poradzić z 32 fouettés en tournant w scenie ślubu Kitri i Basiliem.

Tetsuya Kumakawa, urodzony w roku 1972, otrzymał w roku 2006 piątą “Asahi Scenic Art Prize” za oryginalną interpretację choreograficzną baletu Don Quixote.

 

Orient powszedni III

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Nie sposób bez przerwy, zwłaszcza długotrwale, lecieć na skrzydłach najsilniejszych emocji. Obojętne: dobrych czy złych. Grozi to wypaleniem, zapaścią. Dlatego po intensywnych przeżyciach ostatniego tygodnia – krańcowo dotkliwych, choć przecież nieuniknionych – trzeba nieco odetchnąć, “spasować”, jak to mówią. Ciąg dalszy wspomnień z wyprawy będzie przeto dzisiaj raczej pastelowymi farbami malowany. Choć nie tak całkiem: wszak to wciąż podróż metafizyczna. Ciągle na krawędzi.

Viator

Zakończył Viator poprzednią część opowieści stwierdzeniem, iż wjeżdżamy oto na Podlasie. To nie do końca ścisłe. Naprawdę posuwamy się wzdłuż granicy Podlasia i Lubelszczyzny. Bo na przykład Parczew leży jeszcze na Ziemi Lubelskiej.

Jak się okazuje, podąża Viatorostwo, niezamierzenie co prawda, śladami ulubionego przez Wędrowca generała Franciszka Kleeberga. Siedemdziesiąt dziewięć lat temu on też, ze swymi oddziałami, z Włodawy przybył w okolice Parczewa, gdzie dopadli go wkraczający na Lubelszczyznę krasnoarmiejcy. Niech Czytelnicy uświadomią sobie sytuację: jest 29 września, cały Kraj zalany przez dwie potężne wrogie armie, wczoraj skapitulowała Warszawa. Dziś podda się Modlin. Gdzieś tam daleko broni się w okrążeniu już tylko Hel. A tutaj żołnierze Kleeberga w dwudniowej bitwie rozbijają skutecznie i bez większych strat własnych oddziały sowieckie, aby dalej, w ordynku i z bojowym animuszem, pomaszerować na Kock, ku przeznaczeniu. Takiemu, że na przykład generał Kmicic-Skrzyński, jeden z legendarnej legionowej ułańskiej Siódemki Beliny, który dzielnie stawał w owej bitwie, z łaski tegoż przeznaczenia umrze sobie spokojnie anno domini 1972 w Manchesterze, a nie skończy w kwietniu roku 1940 gdzieś w Charkowie czy innym Twerze z kulą w czaszce…

Pył bitewny opadł, sygnałówki ułańskie zamilkły. Miasteczko i jego mieszkańcy trwają w błogim spokoju. Tym bardziej, że to przecież długa majówka, pogoda też sprzyja. I dobrze – tak powinno być.

Nie chce zakłócać Viator tej ciszy. Rusza dalej. Ale tutaj pożegna chłopców z Samodzielnej Grupy Operacyjnej “Polesie”. Oni poszli stąd prosto na zachód. Pielgrzym podąża w kierunku północno-zachodnim.

Skoro Radzyń jest Podlaski, to teraz już z pewnością Wędrowcy wkroczyli na Podlasie. Radzyń – owszem – Podlaski, ale renesans wciąż lubelski. Kościół Świętej Trójcy, tak jak świątynia dedykowana w Łęcznej Marii Magdalenie, smukły, elegancki i proporcjonalny.

A droga ku niemu wiedzie przez bramę-dzwonnicę, zwieńczoną wizerunkiem Oka Opatrzności. Wiele już spotkał Wędrowiec na swej drodze Ócz Wszystkowidzących, ale takiego, otoczonego cherubinkowatymi puttami, jeszcze nie.

Ładne to i milutkie. Szkoda tylko, że promienie otaczające Oko są w rzeczywistości zaledwie błędnymi ognikami. Zaś Opatrzność okazuje się, jak to genialnie ujął mistrz Przybora, jedynie Opacznością. No, ale pomarzyć o troskliwej opiece znad obłoków zawsze można, byle nie nadmiernie. Bo jak się człowiek za bardzo przejmie rolą pieszczocha niebios, to umiar traci. Taki Eustachy Potocki chociażby: owszem, człek zasłużony, patriota, generał waleczny i gospodarz zawołany swych rozległych dóbr. Ale jednak magnat do szpiku kości. Cóż z tego, że wszyscy arystokraci uważali za absolutnie naturalne i właściwe to, iż żyją z krwawicy i krzywdy chłopa pańszczyźnianego, traktowanego niejednokrotnie jak bydło, jak inwentarz? Czy Jaśnie Oświecony Potocki posunął się do takich zachowań, tego Viator nie wie. Ale faktem jest, że wtedy, gdy jego poddani tyrali w poniżeniu i wiodło im się, by użyć eufemizmu, skromnie, Wielmożny Eustachy zbudował sobie rezydencję, co się zowie! Opatrzność pozwoliła na to, żeby ludziom tak różnie życie się układało? Ejże, chyba jednak Opaczność to była! I trwa dalej: mimo pełnej świadomości niesprawiedliwości, z jaką mamy do czynienia, Pielgrzym przyznaje, iż rokokowy pałac w Radzyniu jest piękny i… dobrze, że powstał.

Ale nawet taki pupil losu jak Potocki musi kiedyś wszystko zostawić: komnaty, parki i ogrody, bale i polowania. Do grobu tego ze sobą, jak słusznie prawią, nie weźmie

Mądra Księga ostrzega: gdzie bowiem jest skarb twój, tam będzie i serce twoje. Toteż nie może się dusza pana Eustachego od pałacu oderwać i w niebiosa swobodnie ulecieć. Krąży, w ptaka wcielona, pilnując swych włości. Czyż nie?

Dokonawszy banalnej konstatacji, iż transit gloria mundi, kierują się Viator z Viatorką na północ. Międzyrzec. Podlaski, rzecz jasna. Jeszcze jeden pałac rodu Potockich. Młodszy od radzyńskiego i zdecydowanie mniej efektowny (nawet nie chciało się Wędrowcowi stosownej fotki “cyknąć”). Za to naznaczony grozą egzystencjalną. Krwią bowiem spłynął podczas Krwawych Dni Międzyrzeca. Gorący listopad roku 1918, w całej Kongrersówce żołnierze niemieccy generalnie bez stawiania oporu, a nieraz nawet z wyraźną ulgą, dają się rozbrajać Polakom. Ale nie w Międzyrzecu – tutaj wiarusi z Ober-Ostu kontratakują, mordując 22 peowiaków zakwaterowanych właśnie w pałacu Potockich; ginie też 22 cywilów. Zaprawdę, niepodległość nie kosztowała dwóch groszy i dwóch kropel krwi. Dlatego cenić ją trzeba wysoko.

Nie pierwszy to ani ostatni raz, gdy Międzyrzec się skrwawił. Dwie dekady później odmęty doliny Gehinnom pochłoną dwie trzecie ludności miasta. Nie trzeba dodawać, które dwie trzecie. Część ofiar wywieziono do Treblinki, część do Majdanka, czyli tam, skąd teraz przybywa dwójka Wędrowców. Czy po Całopaleniu została wyrwa? Niezasypana dziura? Niezagojona rana? Trudno orzec. Na rynku stoi posąg; jeden z najciekawszych pomników Zagłady, jakie miał okazję oglądać Viator.

Tałes jak szorstki całun otula skuloną w rozpaczy i zadumie postać. Inskrypcja głosi: Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi. Czy wystarczająco głośno, by inni bracia usłyszeli? Bynajmniej nie o to chodzi, iż tuż obok, na lewo od pomnika, stoi motocykl. A kilka metrów dalej całe stado takich maszyn. Rynek jest nimi szczelnie zastawiony. Długa majówka. Zjazd harleyowców. Fiesta.

Rzecz nie w tym, iż dziś w Międzyrzecu naprawdę trudno o ciszę. Przecież życie musi trwać i rozkwitać – taka jego uroda. A że zabawa toczy się na ziemi przesiąkniętej krwią? To nie specyfika Orientu powszedniego. Wszędzie jest tak samo. Pielgrzym nie gorszy się. To dobrze, że ludzie żyją, świętują, są razem. Tak ma być! Chodzi o to, czy wołanie krwi brata jest tutaj w ogóle kiedykolwiek przez kogoś słyszane. Czy coś z niego wynika. Motocykliści przejechali tędy z rykiem silników? I dobrze, przeciw temu krew brata nie woła. Ale jeśli znów przemaszerują tędy z rykiem gardziołek schludni czciciele bogini Nacji z głupawymi opaskami na rękawach?

Kierunek wschód! Tam, jak mówił klasyk, musi być jakaś cywilizacja. Jest! Biała Podlaska – barok i melanż.

Barok tutejszy niejedno ma imię. Porównajmy choćby kościół klasztorny pod wezwaniem św. Antoniego i parafialną świątynię Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Inne światy.

Kapucyni, a wcześniej reformaci, to franciszkanie (świadczą o tym wizerunki Świętego Serafickiego i świętej Klary na tympanonie), więc wypadałoby, aby wypadło skromnie: nie jest to, ukochany przez Viatora, kapucyński barok toskański, ale okolice już jak najbardziej te.

Fara, choć też obiekt poklasztorny, bazyliański ściśle rzecz ujmując, skromnością się nie przejmuje, a jej monumentalność podkreśla dodatkowo oprawa z obłoków na niebie. Viator już dawno przypuszczał, iż twórcy baroku byli silnie zapatrzeni w cirrusy i cumulusy. W Białej Podlaskiej znalazł na to dowód.

Jest tu jeszcze kościół pod wezwaniem św. Anny. Nie tak wyrazisty. Barokizowany raczej, niż barokowy. To jednak nieistotne. Ważne, że przez pierwsze ćwierćwiecze swego istnienia służył Braciom Polskim jako ich zbór. Wspomniał Wędrowiec o melanżu – jest melanż. Zbór ariański staje się z czasem świątynią katolicką. Greckokatolicka, unicka cerkiew bazylianów, (oj, pojawią się jeszcze boleśnie ci unici w viatorowej podróży!) też się zlatynizowała. W pofranciszkańskim kościele, zanim stał się w 1918 roku na nowo katolicki, przez wiele lat, pod zaborami, prawosławni sprawowali swą Boską Liturgię. Dodajmy pięć synagog (do dziś dochowała się z trudem jedna). Tutaj, w krainie Orientu powszedniego, taki tygiel to nic nadzwyczajnego. Aby zamieszanie dopełniło swej miary, rusza Viator na południe (tak sobie dziś cały dzień meandruje, wiadomo – gzygzakowaty życia sznur by, minąwszy Łomazy, dotrzeć do Studzianki.

Mizary w Kruszynianiach i Bohonikach zdążył już Pielgrzym niegdyś poznać. Tutejszą muzułmańską nekropolię widzi po raz pierwszy.

Cmentarz służył Tatarom osiedlonym w Studziance przez Jana III Sobieskiego oraz ich potomkom, od XVII wieku do II Wojny Światowej. Dziś wyznawców islamu już tutaj nie ma, ale w żyłach wielu mieszkańców wioski płynie tatarska krew. Krew gorąca, bohaterska, gotowa do tego, by ją przelewać za nową Ojczyznę. Mizar studzianecki piastuje szczątki rotmistrzów, majorów, pułkowników, a nawet jednego generała – Józefa Bielaka.

Na starszych kamieniach nagrobnych autentyczne arabeski, czyli napisy ryte alfabetem arabskim oraz jakieś tajemnicze symbole, których znaczenia Wędrowiec nie zna. Na nowych nagrobkach inskrypcje: czasem rosyjskie, ale częściej polskie.

Nie chce Viator upraszczać na siłę problemu, lecz patrząc na dziedzictwo Polaków-Tatarów dochodzi (po raz kolejny zresztą) do wniosku, że lęk przed obcymi, niechęć do przybyszów, nie jest wyrazem siły i narodowej dumy, ale kompleksów strachem podszytych. Jeśli ktoś aż tak nisko szacuje wartość swej kultury, że boi się jej konfrontacji z tym, co przychodzi z zewnątrz to… to jego problem, nie Viatora.

A tutaj sobie wschodnie z zachodnim zgodnie kohabituje, Tatarzy krew za Rzeczpospolitą przelewali, a ich potomkowie palą na grobach bohaterskich islamskich przodków znicze krzyżem znaczone. Po prostu – Orient powszedni!

Chyba nie bardzo wyszło Wędrowcowi to malowanie pastelami… Może się uda za tydzień.

Viatorka

Intensywny to był dzień, jego trudy zaczęła Viatorka odczuwać już przed Parczewem (bo przecież tegoż dnia zdążyła już odwiedzić Włodawę i Sobibór). Nie miała siły wysiadać z samochodu, żeby z bliska obejrzeć pamiątki dawnych lat i powspominać historię, choć generała Kleeberga darzy, tak samo dużą jak Viator, estymą.

Piękna pogoda, cieplej niż zakładała Viatorka w najśmielszych marzeniach… Tylko obolałe, puchnące nogi i, od czasu do czasu, łupiący krzyż stale przypominały, że ze zdrowiem jednak nie jest najlepiej…

Nie mogła więc zmienić Wędrowca za kierownicą, chociaż tego dnia był on jakiś rozkojarzony i miał „ciężką nogę”. Refleksu mu jednak starczyło na tyle, by dzięki sprawnemu ruchowi kierownicy ominąć zaskrońca wygrzewającego się na środku rozgrzanej drogi.

Przemieszczając się z Parczewa do Radzynia Podlaskiego trochę Pielgrzymi zbłądzili, zamiast główną drogą pojechali bocznymi. Ale to dobrze, lubimy przecież takie wycieczki, zanurzenie w krajobrazy i przyrodę. Inne niż na Łużycach. A te widoki! – świeża zieleń, mnóstwo mleczy, nieprawdopodobna ilość bocianich gniazd i małe, stare, drewniane, urocze chatki, obok nowych, murowanych domów. Są tak małe, że Viatorka ze zdumieniem rozważa, jak mogła się w nich pomieścić cała rodzina, niegdyś przecież bardziej liczna.

I tak sobie jechaliśmy boczną, mało uczęszczaną drogą, podziwiając widoki wyłaniające się zza kolejnych zakrętów, aż zza jednego z nich wyłonił się… pan Policjant z „suszarką” w dłoni, a za nim radiowóz. No tak, o dziwo, od jakichś stu metrów to był obszar zabudowany, a pan kierowca (czyli Viator) przekroczył prędkość. Z czym dyskutować? Mandat, punkty karne, sympatyczna rozmowa z Panem Władzą, nawet dowcipy o różnicach między żoną i terrorystą (choć przecież Viatorka zachowała stoicki spokój i powstrzymała się przed wypowiadaniem komentarzy w stylu „a nie mówiłam”).

Tak więc w miłym, mimo wszystko, nastroju i z dużo „lżejszą” nogą Viatora, ruszyliśmy dalej.

Pałac w Radzyniu Podlaskim o spokojnej, niekrzykliwej urodzie, otoczony drzewami, nad stawem. Jeśli przyszłoby mieszkać Viatorce w pałacu, to właśnie w takim

W Międzyrzecu Podlaskim huk motorów, mnóstwo ludzi, aż znowu nie chce się wysiadać z samochodu.

Biała Podlaska. Ta nazwa wzbudzała w Viatorce od dzieciństwa jakiś dziwny sentyment. Urocze miejsce, choć różniące się od wyobrażeń.

W końcu mizar w Studziance: ciche miejsce wiecznego spoczynku, inspirujące do spokojnej refleksji oraz przemyśleń i o życiu i o umieraniu, które, choć tutaj akurat „egzotyczne”, to jednak pisane wszystkim.

Czas ruszać w dalszą drogę, bo do zachodu słońca jeszcze daleko.

Ta nić czarna… / Der schwarze Faden…

Przybywajcie, facet dobrze śpiewa, a zarzeka się, że nigdy więcej! Jedyna taka okazja w życiu!

Ale te linijki poniżej i w tytule to nie nasz muzyk, to …

Cyprian Kamil Norwid

MOJA PIOSNKA

 POL. – I’ll speak to him again.
What do you read, my lord?…
HAM. – Words, words, words!
Shakespeare

Źle, źle zawsze i wszędzie
Ta nić czarna się przędzie:
Ona za mną, przede mną i przy mnie,
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu,
Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie…

Nie rozerwę, bo silna,
Może święta, choć mylna,
Może nie chcę rozerwać tej wstążki;
Ale wszędzie – o! wszędzie,
Gdzie ja będę, ta będzie:
Tu w otwarte zakłada się książki,
Tam u kwiatów zawiązką,
Owdzie stoczy się wąsko
By jesienne na łąkach przędziwo:
I rozmdleje stopniowo,
By ujednić na nowo,
I na nowo się zrośnie w ogniwo.

Lecz, nie kwiląc jak dziecię,
Raz wywalczę się przecie.
Niech mi puchar podadzą i wieniec!…
I włożyłem na czoło,
I wypiłem, a wkoło
Jeden mówi drugiemu: “Szaleniec!!”

Więc do serca, o radę,
Dłoń poniosłem i kładę,
Alić nagle zastygnie prawica:
Głośno śmieli się oni,
Jam pozostał bez dłoni,
Dłoń mi czarna obwiła pętlica.

Źle, źle zawsze i wszędzie
Ta nić czarna się przędzie:
Ona za mną, przede mną i przy mnie,
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu,
Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie.

Lecz, nie kwiląc jak dziecię,
Raz wywalczę się przecie;
Złotostruna nie opuść mię lutni!
Czarnoleskiej ja rzeczy
Chcę – ta serce uleczy!
I zagrałem…
…i jeszcze mi smutniéj.

Wierszyki na dzień dziecka

Z okazji Dnia Dziecka „Bajeczki Broma”, dla tych najstarszych, średnich, oraz najmłodszych, czyli pra… dziadków, rodziców, dzieci, wnuków et caetera, z życzeniami dziecięcej radości oraz miłej, świątecznej, rodzinno-pokoleniowej zabawy

Roman Brodowski

Dzień dziecka

Każdy z nas, i Ty, i ja
Dzieckiem był i dzieckiem jest
Każdy to „coś” z dziecka ma
Choć nie każdy o tym wie.

Pierwszy czerwca mamy dzisiaj
Więc na spacer weźmy dzieci
Lub kochane wnuki, wnuczki
I szalejmy do wieczora
Robiąc z nimi figle, sztuczki

Zapomnijmy dzisiaj o tym
Że gdzieś strzyka, lub coś boli
Bądźmy tacy jak … przed laty
Nie pytając czy przystoi

Żeby dzieci swe zrozumieć
I być z nimi zawsze w zgodzie
Powinniśmy żyć ich życiem
Nie raz w roku ale… co dzień

Więc nie licząc swoich lat
I bez względu na pogodę
Ślę życzenia dzisiaj nam
Bo w nas jeszcze dusze młode.

Berlin 26.05.2018

Myszka

Spotkałem raz myszkę maleńką.
Pod krzewem niedużym siedziała.
Ach witaj mój drogi olbrzymie
Ach witaj ! – w mą stronę wołała.

Spojrzałem na myszkę z wysoka
Zdziwiony tym faktem wyraźnie
I szeptem, by myszki nie spłoszyć
Odrzekłem jej, witaj…, przyjaźnie

A potem dłoń do niej zbliżyłem
(Bo w dłoni trzymałem bułeczkę)
I chciałem podsunąć pod ryjek
By myszkę nakarmić troszeczkę

Lecz myszka niestety uciekła
Ukryła się w norce przy krzaku
Bo myszki na ogół się boją
I ludzi i kotów i ptakòw.

Więc moją bułeczkę spokojnie
Powoli wsunąłem pod krzaczek
A potem szybciutko odszedłem,
Do tyłu, spokojnie jak raczek.

Czekałem ukryty w oddali
Cierpliwie, z nadzieją że wróci.
Bo chciałem ją jeszcze pożegnać,
Bo chciałem jej piosnkę zanucić.

Lecz myszka została w swej norce
Nie chciała się więcej pokazać…,
I tak się skończyło spotkanie,
Przygoda, co rzadko się zdarza.

Dla Kasi. Berlin 11. 05. 2013

Kwiatowa kołysanka

W naszym ogródku na rabatce,
Gwiaździstą nocą lub o świcie,
Można usłyszeć mowę kwiatów
Mówiących o swym krótkim życiu

Czerwona róża – herbacianka
Spiera się z kwiatem piwonii
O to, kto pachnie intensywniej
W czyjej wiatr letni tańczy woni.

Stokrotka chwali się przed bratkiem
Bogactwem śnieżnobiałych płatków,
Bo bratek chociaż też jest kwiatkiem,
Żyje w swych płatków niedostatku.

W dali, przy płocie śliczna lilia
Stoi samotnie w cieniu krzewów.
Spogląda z góry na narcyza
Słuchając jego – córko – śpiewu

Tylko maciejka milczy skromnie.
Czekając wieczorowej chwili,
Błękitem kwiatków z trawy zerka,
Pragnie by ludzie ją chwalili.

I ludzie chwalą ją, wąchają…,
Choć niepozorna jest, nieduża
Pachnie wieczorem najprzyjemniej
Swoim zapachem wprost odurza.

Żeby usłyszeć mowę kwiatów
Musimy zamknąć swe oczęta.
We śnie możemy ją zrozumieć
Rankiem? – możemy ją pamiętać.

Więc zamknij oczka moja Kasiu
Niechaj przytuli Cię poduszka,
Niechaj melodia wszystkich kwiatów
Napełni twoje małe uszka.

Czerwcowy poranek

Zapukało słoneczko do okna
Rozjaśniło porankiem komnatkę
I uśmiechem złocistych promieni
Zaprosiło Kasię na herbatkę.

Wstawaj miła panienko z łóżeczka
Czas powitać czerwcowego przybysza.
To kolejny, szósty już miesiączek.
Radość dziecka przyniósł sobą dzisiaj

Kasia wstała pospiesznie z pościeli
Do okienka podeszła wesoło
I spojrzała na świat spoza szyby
A tam pięknie, kwieciście wokoło.

Bez liliowe otworzył dzwoneczki
Niby kiście winogron wśród liści.
Tulipany zakwitły w ogródku.
Nieopodal bardzo starej wiśni.

Na zielonym jak morze dywanie
Pośród trawy wyrosły żonkile
Stoją dumnie ciesząc ludzkie oko
Uśmiechając się do świata mile.

Nawet ptaki śpiewają weselej
W swoich małych mieszkankach.
Zapraszają Cię moja księżniczko,
Na ich koncert ciepłego poranka.

Więc nie czekaj aż poranek minie
Szkoda czasu na leniuchowanie
Niespodzianka dziś czeka na ciebie…,
Ale najpierw…, rodzinne śniadanie.

Berlin 01.05.2015.

Bajka o Koparce

Dziś zapytał mnie Kamil z przedszkola
Czy znam jakąś o koparce bajeczkę?
Cóż, nie znałem niestety, tak bywa.
Więc odrzekłem, pomyślę troszeczkę.

Pomyślałem, i bajka na życzenie powstała.
„Bajka o przyjaźni walca i koparki“
Z którą razem wiosenną oraz letnią porą
Budowali drogę z Krakowa do Warki.

Koparka, co w ziemi kopała bez przerwy
Pomagając ludziom na placach budowy,
Zapragnęła zmienić swoje nudne życie
I ruszyła w drogę, w świat zupełnie nowy.

Wędrowała długo, przez lasy, przez pola
Szukając wokoło ciekawej posady.
Aż w końcu dotarła na budowę drogi
Na budowę nowej, pięknej autostrady.

Podeszła cichutko do szefa odcinka
Skłoniła się nisko, po czym przedstawiła,
I warkotem spokojnym swojego motoru,
O przyjęcie do pracy grzecznie poprosiła.

Szef koparkę zatrudnił po krótkiej kontroli
Obok walca, co asfalt niby ciasto rozgniatał,
By mu swoją pomocą w każdej chwili służyła… .
I chcąc nie chcąc maszyny obie z sobą pobratał.

Więc pracują codziennie niby para dobrana.
Dni, tygodnie, miesiące, podążają przed siebie
Przebywając ze sobą od wieczora do rana,
Kiedy słonko przypieka i gdy chmury na niebie.

Tak za nimi, powstaje droga nowa i piękna.
Autostrada wiodąca z Krakowa do Warki
Po niej będą niebawem autokary jeździły
Kiedy skończą budowę ludzie, walce, koparki.

Berlin, 16.10.2013

Sonntag und Montag in Berlin oder Demo und Dialog

AfD wollte gegen Islamisierung Berlins und Deutschlands protestieren. Es sollten 12 Tausend kommen. Im Endefekt kamen nur zwei Tausend.

In 13 Gegendemonstrationen und einfachen Zulauf einfacher Leute nahmen teil zig Tausende Demonstranten, die gegen Hass und Rassismus und für Demokratie und Toleranz auf die Strassen gingen. Bei den Gegendemos und den bis abend andauernden Parties und spontanen Strassenfeste nahmen ca. 100 Tausend teil. Well done, Berlin. ❤️ #StopptdenHass

Es ging um mehr als eine Demo. Die ganze Stadt war auf den Beinen. Sie feierten, tanzten, sangen, freuten sich und haben gesiegt!

Achtung: die Zahl 72. Tausend (an sich schon imponierend) war nur eine Zwischenbilanz. Soviele nahmen teil an der sechs größten Protestveranstaltungen in der Mitte; sie wurden um ca. 14 Uhr zusammengezählt.

Unten ein Bericht einer Demonstrantin unter Hunderttausend.

Anne Schmidt

Demonstration am 27.5.2018 in Berlin
gegen die AfD

Die Gegendemonstration wurde so umfassend angekündigt, wie es früher immer vor Demonstrationen gegen Rechts der Fall war. Wahrscheinlich hat Ulrich Matthes mit seinem Interview in der Berliner Zeitung ein Glanzlicht für die “glänzende Demonstration” gesetzt, das die Medien zu einer breiten Publikation dieser Veranstaltung veranlasste. Sogar ein kleiner Routenplan war in der Berliner Zeitung abgedruckt, der mir zeigte, wie ich am einfachsten auf schattigen Wegen zu dem (Gegen)Zug stoßen könnte, der schon im Prenzlauer Berg beginnen sollte.
Ich, fußlahme alte Frau, stieg nichts ahnend in Tempelhof in die U6, freute mich über die frische Luft und viel Platz im Waggon, als drei Stationen weiter eine lärmende, sichtlich aufgekratzte Menge von Jugendlichen in die Wagen stürmte.
Aus den Fragen und suchenden Blicken auf handy-displays war zu schließen, dass sie nicht aus der Mitte Berlins kamen.
An der Friedrichstraße verließ ich die desorientierte Gruppe, die nicht meinen Ausgang zur Spree nahm, sondern sich offensichtlich lieber den Ravern an der Siegessäule als den Theaterleuten am Bertolt-Brecht-Platz anschließen wollte.
Noch herrschte Ruhe auf der Friedrichstraße und ich fragte mich, ob ich etwa zu spät gekommen war. Aber auf der kleinen Bühne neben dem Brecht-Denkmal klärte ein Organisator darüber auf, dass in der Lehrter Straße eine Bockade errichtet worden sei und kurze Parodien uns die Zeit bis zum Eintreffen des Zuges verkürzen sollten.
Meine Bank im Schatten musste ich nach kurzer Zeit aufgeben, weil auf der anderen Seite der Spree ein ohrenbetäubender Lärm einsetzte. Menschen mit goldenen oder silbernen Umhängen zogen am Tränenpalst vorbei und unter der S-Bahnbrücke durch in Richtung Luisenstraße, über die sich die AfDler vom Hauptbahnhof kommend nähern sollten.
In Sorge den glänzenden Zug zu verpassen, machte ich mich eilends auf den Weg an den vollbesetzten Restaurant-Terrassen vorbei zur S-Bahnbrücke an der Albrechtstraße. Es staute sich auf der Brücke und ich musste plötzlich an Duisberg denken. Aber bevor bei mir Panik einsetzen konnte, war ich schon am jenseitigen Ufer angekommen und suchte mir eine Lücke zur Aufstellung.
Eine zierliche ältere Dame (etwa in meinem Alter) machte mir bereitwillig Platz und tippte in ihrem Handy herum; sie hatte ihre Leute verloren, mit denen sie wegen der Demo mit der Bahn aus Hamburg gekommen war.
So gut die Lautstärke es zuließ, erzählte sie mir von ihrer Begegnung mit alten rechten Säcken im Hauptbahnhof, die mit ihrer angeblichen unteren Potenz geprahlt hätten. Wir ergötzten uns an dem Konter ihrer Freundin, das sie bei nächster Gelegenheit in einen Slogan verwandeln wollte.
Als sich die erste Freundin bei ihr meldete, fand ich endlich eine Lücke im nicht enden wollenden Zug der Glänzenden.
Der Schlagzeuger hatte unter der Brücke das Echo zu einem besonders langen Solo genutzt und die johlenden und pfeifenden Menschen übertönt. Ein kleines Stück weiter wurde der Zug am weiteren Geradeausgehen von der Polizei gehindert.
Alle versuchten einen Platz am Brückengeländer zu erhaschen, um die Boote, die unterhalb der Luisenstraße auf der Spree lagen, zu sehen und zu bewundern; sie sahen aus, wie Mark Twains Flöße vom Mississippi, hatten aber große Boxen an Bord, um die fahnenschwenkende Masse, die sich von der Charite her auf die Brücke zubewegte, zu übertönen.
Der Coup war gelungen, denn trotz Straßensperre konnten die Gegner der AfD deren Singsang und Rufe übertönen.
Vor dem Brandenburger Tor verhinderten Polizisten aus Dresden den Weitermarsch der ca. 10.000 Menschen, aber alle Demonstranten wussten, dass jenseits des Brandenburger Tores, auf der anderen Seite der AfD, die Raver auf der Straße des 17. Juni herantanzten und auf der Wiese vor dem Reichstag Parteien und Gewerkschaften den Ring um den kleinen braunen Haufen vervollständigten. Der braune Haufen war umzingelt und konnte nur sich selbst beweihräuchern. Ihre Hetzreden gingen unter in Slogans wie “Nazis raus”. Die Demonstranten, die lieber bunt, glänzend und hedonistisch sein wollten, hielten lange aus, trotz einiger Regentropfen. Es war die größte Demonstration Berlins seit langem und sie endete genauso friedlich wie sie begonnen hatte.
Der riesige Polizeieinsatz war völlig überpropotionalisiert. Am Bahnhof Friedrichstraße hätte ich beinahe rohe Gewalt angewendet, um in den U/S-Bahneingang zu kommen, aber da der bullige Typ, der mir den Durchgang verwehrte, sich nicht auskannte, mussten wir nur über die Straße gehen, um ungehindert unsere U-Bahn zu erreichen.

***

Die Strassen bebten, die Menschen jubelten die Freiheit. In jedweder Hinsicht. Eine fröhliche Mischung von alten Love Paraden, Christopher Street Day and Karneval der Kulturen.

Berlin zwischen Siegssäule und Brandenburger Tor


Ewa Maria Slaska

Am nächsten Tag gab es im Auswärtigen Amt eine Veranstaltung zum Thema Polen in Deutschland.

Eine ziemlich viel versprechende Veranstaltung – es kommen zwei Politiker, die für deutsch-polnische Beziehungen zuständig sind, sie reden ganz ganz kurz und danach dürfen wir, das Publikum, Fragen stellen oder uns zu Wort melden. Ich habe mich gemeldet, wurde nicht akzeptiert. Obwohl ich nicht glaube, dass man so eine “blaue Frau”, wie ich an dem Tag aussah, übersehen kann. Deshalb möchte ich hier schreiben, was ich am Montag nicht sagen konnte oder dürfte. Es war eine Antwort auf drei nacheinander gestellten agressiven Fragen, wieso Deutschen uns Polen belehren, wieso dürfe ein Volk, dass in letzten Hundert Jahren zwei Weltkriege entfacht hat, uns, polnischen Patrioten sagen, was wir tun sollen? Usw.

Die Fragenden, nur Männer, gaben sich als private Personen aus, waren aber, um Fragen zu stellen, abgeordnet.

Frau Szczęch und Herr Woidke antworteten mit ein paar beruhigenden Parolen, die um diese patriotische Brei sich ziemlich schüchtern herumschlichen. Daher wollte ich folgendes sagen:

Ja, Pytający Panowie Patrioci – tak, die fragenden Herren Patrioten! Ja, tak, Sie haben recht. Die Deutschen, die in letzten 104 Jahren zwei Weltkriege entfacht haben, dürfen uns nicht belehren. Die gibt es aber nicht mehr. Die Deutschen von heute haben wie kaum eine Nation der Welt ihre Verbrechen offen gestanden, sich für das getane Unrecht entschuldigt und ihre Schuld aufgearbeitet. Und dies können wir Polen wohl und gut lernen, um nicht als die Ewiggestrigen immer wieder gegen den Deutschen ins Feld zu ziehen.

Und sicher könnten wir am vergangenen Sonntag von den Deutschen lernen, wie man sich sowohl spontan als auch institutionell gegen Hass und Rassismus erhebt.Wie fröhlich die Offenheit und Toleranz und Liebe und Freiheit sind.

Ich finde es richtig schade, dass ich es nicht sagen dürfte. Daher werde ich einen Link zu diesem Beitrag an Herrn Woidke und Frau Szczęch schicken…

***

Übrigens war Frau Szczęch in ihrer Aussagen ziemlich mutig, wenn man bedenkt, was die PiS Regierung über deutsch-polnische Beziehungen denkt… Ich glaube, sie wird gehen… Viel Glück Frau Szczęch!

Der blaue Spuk im Auswärtigen Amt: Ich und Herr Woidke und unser Buch von Michał Rembas und mir; Foto Krystyna Koziewicz.

Stuart 47

Life ain’t always beautiful
Sometimes it’s just plain hard
Life can knock you down
It can break your heart.

Life ain’t always beautiful
You think you’re on your way
And it’s just a dead end road
At the end of the day.

Życie nie zawsze jest piękne,
Czasami jest ciężkie,
Potrafi zadać cios
Albo złamać serce

Życie nie zawsze jest piękne
Zdaje ci się, że idziesz dobrą drogą,
A na jej końcu dociera do ciebie,
Że była tylko ślepą ulicą

Gary Allan, Life ain’t always beautiful

Joanna Trümner

Kompromis

W kilka dni po niespodziewannej wizycie Emmy dyrektor wezwał go na rozmowę do gabinetu. „Dotarły do mnie bardzo niepokojące informacje”, rozpoczął rozmowę, patrząc przenikliwie na Stuarta. „Na pewno domyśla się Pan, o co chodzi. Czy ma mi Pan coś do powiedzenia?”, zapytał. Stuart przez chwilę szukał właściwych słów. „Przed kilkoma dniami jedna z uczennic końcowej klasy, Emma odwiedziła mnie niespodziewanie w domu. Nie wiem skąd znała mój adres. Bardzo zależało jej na poprawieniu oceny na świadectwie. Tak bardzo, że gotowa była się ze mną przespać”. „Dlaczego mnie Pan natychmiast nie poinformował?”, zapytał dyrektor z wyrzutem. „Bo nic się nie stało, wyprosiłem ją błyskawicznie za drzwi i nie wdawałem się w żadne dyskusje”, odpowiedział Stuart. „,Emma przedstawia sytuację zupełnie inaczej. Twierdzi, że Pan zaproponował jej spotkanie u siebie w domu i obiecał, że dostanie szansę na ustne poprawienie oceny. Miała do Pana całkowite zaufanie, tymczasem Pan zaczął ją szantażować i zmusił do rozebrania. W ostatniej chwili udało jej się uciec. Emma jest teraz szoku i przez najbliższy tydzień zostanie w domu”, poinformował dyrektor.

„Co za stek bzdur, jedno wielkie kłamstwo! Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił”, powiedział Stuart podniesionym głosem. W tej samej chwili zdał sobie sprawę, że sytuacja, w jakiej się znalazł i którą do tej pory traktował jak szczeniacki wybryk dojrzewającej nastolatki, może kosztować go miejsce pracy i, co gorsza, opinię. Nie miał świadków zajścia i nic nie przemawiało na jego korzyść. Po minie dyrektora widać było, że i dla niego rozmowa jest niezręczna i nieprzyjemna. „Przez dwadzieścia lat pracy nie miałem tego typu incydentu w szkole, nie bardzo wiem, co z tym dalej robić”, przyznał się. „Na razie proszę, żeby Pan poszedł na tygodniowy bezpłatny urlop. W międzyczasie postaram się do końca wyjaśnić sytuację i podjąć dalsze decyzje”.

Stuart wrócił do domu w fatalnym nastroju. Bezskutecznie próbował walczyć z rezygnacją i rosnącym uczuciem upokorzenia i niesprawiedliwości. Nie bał się stracić pracy, od dawna wiedział, że nadszedł czas na podjęcie w życiu radykalnej zmiany. Od tygodni nieustannie myślał o powrocie do muzyki. Brakowało mu kontaktu z publicznością i poczucia wolności, które towarzyszyło mu na trasach koncertowych. Monotonię codziennej pracy chętnie zastąpiłby znowu wędrówką z miejsca na miejsce, poznawaniem świata i ludzi. Najchętniej jeszcze dzisiaj napisałby wypowiedzenie i zrezygnował z dalszej pracy w szkole. Przytłaczała go jednak świadomość, że rezygnacja z pracy akurat teraz byłaby równoznaczna z przyznaniem się do winy.

„Muszę to przeczekać, wytrzymać, nie mogę pozwolić, żeby wygrała obrzydliwa intryga wyrachowanej smarkuli. Będę się bronił, nawet, gdyby miało się to skończyć w sądzie”, pomyślał i zaczął rozglądać się po kuchni w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Jego wzrok zatrzymał się na przypiętym magnesem do lodówki zdjęciu klasy, która do niedawna była jego ulubioną klasą w szkole. Bez trudu rozpoznał na fotografii śliczną, nieśmiale uśmiechającą się Emmę. „Ze mną się tak nie postępuje!”, powiedział głośno, wpatrując się w jej twarz. Przypomniał sobie zdjęcie ślubne Eve w założonym przez matkę albumie. Ze zdumieniem zobaczył wtedy, że ze zrobionego przez fotografa zdjęcia pary młodej matka wycięła twarz Williama. Zrobiła to z wielką precyzją. Patrząc na puste miejsce na ślubnej fotografii siostry Stuart zrozumiał, że matka w ten sposób chciała wymazać na zawsze obecność zięcia w życiu rodziny. Na wspomnienie absurdalnego, opowiadającego połowę prawdy zdjęcia w albumie rodzinnym uśmiechnął się pod nosem. W chwilę później wyjął nożyczki z szuflady i wyciął twarz Emmy. Wrzucając ścinki do kosza od śmieci poczuł ulgę.

W kilka dni później zadzwonił dyrektor szkoły. „W poniedziałek zaczyna Pan lekcje od ósmej, pani Billings złamała rękę”, powiedział lapidarnie. „Żadnego „przepraszam”, pomyślał Stuart odkładając słuchawkę, „żadnego przykro mi, że Pana podejrzewałem, wszystko się wyjaśniło”.

Poczuł się bardzo samotny. Przez chwilę myślał o tym, żeby zadzwonić do Briana. „Dawno z nim nie rozmawiałem, ale on od razu wyczuje, że coś jest nie tak. Nie chcę żeby myślał, że odzywam się tylko wtedy, kiedy mam problemy.” Po chwili namysłu wykręcił numer Toma, w tle usłyszał głośny płacz dziecka. „Może mógłbym ci jakoś pomóc, mam kilka dni wolnych w szkole”, powiedział, przemilczając powód przerwy w pracy. „Z nieba mi spadłeś”, odpowiedział Tom. „Jadę do Rity do szpitala, mała drze się w niebogłosy, a mama ma straszną migrenę. Super by było, gdybyś wyszedł z Emily na spacer do parku.” Niedługo potem Stuart odbierał Emily z rąk matki Toma. „To twój wujek, Stuart”, powiedział Tom do niemowlęcia, które w międzyczasie zasnęło, zmęczone długim płaczem. Stuart ze wzruszeniem przyglądał się malutkim palcom, noskowi i buzi dziecka.

Podczas spaceru w parku mała spała tak mocno, że Stuart kilkakrotnie zatrzymywał wózek i pochylał się i sprawdzał, czy Emily oddycha. Po dwóch godzinach wrócił do domu Toma. W momencie, gdy wchodził do domu, dziewczynka obudziła się i zaczęła płakać. „Na pewno jest głodna”, powiedziała matka Toma. Wyjęła dziecko z wózka i uśmiechnęła się do Stuarta z wdzięcznością: „Dziękuję za chwilę spokoju”.

W poniedziałek dyrektor czekał na niego po lekcjach na korytarzu. „Chciałem z Panem porozmawiać, chodźmy do mnie do gabinetu”, powiedział. „Po wielu rozmowach z Emmą i jej rodzicami udało się nam znaleźć kompromis. Nikt oprócz Pana i Emmy nie wie, co naprawdę między wami zaszło. Ona zaczęła się plątać w swojej relacji, podejrzewam, że nie mówi prawdy, ale nie możemy tego udowodnić bez szkody dla szkoły. Długo zastanawiałem się nad sensownym rozwiązaniem. Zdecydowałem, że Pan będzie nadal u nas pracował, a Emmie damy na świadectwie ocenę „dostateczną” z matematyki. W ten sposób sprawa zostanie raz na zawsze zamknięta”. „No chyba nie myśli, że ja tą ocenę wystawię”, pomyślał Stuart, żeby po chwili zdać sobie sprawę, że nie ma innego wyjścia. „Zgadzam się”, powiedział i pożegnał się z dyrektorem. „Więc smarkata postawiła na swoim”, myślał wracając do domu. „Nie ma nic gorszego niż kompromisy”.

W godzinę później w domu nalał sobie dużą szklankę whisky. Po raz pierwszy od dawna chciał się upić i zapomnieć o wydarzeniach ostatnich tygodni. Z każdą kroplą wypitego alkoholu rosła w nim złość. „Życie potrafi być paskudne. Nasza piękna Emma wygrała, osiągnęła swój cel. Jej metoda na życie okazała się skuteczna”, myślał z żalem. Coraz mocniej dręczyło go zmęczenie i zniechęcenie. „Nie nadaję się do tych cholernych zależności, powinienem rzucić szkołę i wrócić do muzyki. Na razie muszę po prostu wytrzymać, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, pół roku, rok, a potem możecie mnie wszyscy…” O północy chwiejnym krokiem poszedł spać.

Kładąc się do łóżka nie odczuwał samotności. Rysowała się przed nim wyraźnie wizja kolejnych miesięcy. Po wakacjach, podczas których odwiedzi Kate w Berlinie, wróci do pracy w szkole. Cały czas wolny poświęci na odszukiwaniu i nawiązywaniu kontaktów i pisaniu nowych utworów. „Tym razem lepiej się przygotuję”, czuł, że wszystko powoli znowu nabiera sensu.

Po godzinie z głębokiego snu wyrwał go telefon. W słuchawce od razu rozpoznał głos Iana. „Tu twój stary przyjaciel, za tydzień będę w Sydney, mogę się na jakiś czas u ciebie zatrzymać?” Ian chciał wrócić na stałe do Australii. „No problem, stary, dom jest duży, już kilka razy mieszkaliśmy razem”, odpowiedział. Cieszył się, że skończy się jego samotność. „Trzeba mu dać szansę, ludzie się przecież zmieniają”, myślał, próbując ignorować to, czego nie tak znowu dawno dowiedział się na lotnisku od Ann.

Cdn

Szopa w salonie 27

Łukasz Szopa

Najbardziej wartościowi

Na początek: Ludzie nie są wcale tacy głupi. (Ale o tym na końcu.)

Poza tym: warto się liczyć z pieniędzmi, a i warto być przyzwoitym. (O tym za chwilę).

(A teraz małe preludium:)

Jak często w Berlinie bywa, gdy tam bywam, wychodzę świeżym rankiem, tak po szóstej, po bułeczki do piekarni za dwoma rogami. Po drodze spotykam czasem roznosiciela abonowanych gazet – i podziwiam, że o tej porze wstaje, bym mógł do śniadania czytać „co tam na świecie“ (przeważnie czytam na start program telewizyjny, bo telewizji samej niemal nie oglądam).

Czasem zdarzy się napotkać i naszego „hausmajstra“ czyli stróża, który coś tam już wnosi, sprząta, układa… No i za każdym razem, gdy wchodzę do piekarni (o tej porze już całkiem zaludnionej), od lat, mam podziw dla tych pań (czasem zdarzy się jeden młody, przystojny chłopak), i myślę sobie: „A o której oni wstali?… Piekarnia otwarta codziennie od… 5 rano. Czyli oni już na nogach od której, bym miał świeże cieplutkie rogaliki i bułeczki z makiem na śniadanko?…“

Z kolei gdy w „pierwszej przerwie przedobiadowej“ idę sobie w słoneczku na kawkę „to go“ (z własnym kubkiem, jak na ekofundamentalistę przystało!!) do tej samej piekarni, nadal ta sama zmiana co rano – ale już więcej osób na krzesełkach i przy stolikach. Głównie jest to grupka ośmiu do dziesięciu tych samych ludzi z naszego Kiezu (czyli okolicy), znająca się, żywo dyskutująca albo kontemplacyjnie popijająca kawkę (po południu, czasem w innym składzie, zdarza się piwko). Nieraz łapałem się i tu na myślach: „Co oni tutaj robią? Widać sami bezrobotni i inni zasiłkowcy, skąd ich w ogóle na to stać, by tak cały dzień przesiadywać na kolejnych kawkach, piwkach, bułeczkach i ciasteczkach??“ Na szczęście, najpóźniej po 2008 i kryzysie finansowym, zaraz „populistycznego Łukasza“ efektywnie blokował „Łukasz pragmatyczny“: „A co cię to obchodzi? Mają, to wydają, na co chcą! A mogliby na narkotyki, broń, gry hazardowe. Siedzą sobie tu spokojnie i tyle! W sumie, jakby policzyć, to są mniej szkodliwi dla budżetu miasta i kraj, niż cała masa prawdziwych pasożytów: menadżerów, banksterów, lobbystów…“ (Tu i „Łukasz pragmatyczny“ stał się trochę populistyczny…). No gdyby tak policzyć…

Policzono. W 2009 roku „New Economics Foundation“ opublikowała ciekawy raport, głównie statystyczny, pod tytułem „A bit rich“ (http://neweconomics.org/2009/12/a-bit-rich/?sf_action=get_results&_sf_s=social+worth). Wiem, to już prawie 9 lat temu, ale i tak pamiętam ten tekst do dziś, i przekonany jestem, że jest nadal aktualny nie mniej niż wtedy, rok po wybuchu kryzysu finansowego. Piszą o wielu rzeczach, ale najbardziej zafascynowało mnie zestawienie, „Czyja praca ile jest warta?“ Nie, nie chodziło o typową statystykę zarobków w Wielkiej Brytanii (obojętnie czy na rok czy na godzinę), a o wyliczenie, ile ktoś jest wart dla społeczeństwa („from surplus value to social value“). I nie są to jakieś „wartości emocjonalne“ jak „sympatia obywateli“ czy „docenienie zasług“ itp. – a czysto ekonomiczna statystyka. Można wręcz powiedzieć, że zestawiona i wyliczona w neoliberalnym dyskursie p.t. „Liczy się tylko efektywność i kasa!“

Rzecz jednak w tym, że policzono (uwaga, nadal niemiły dyskurs „antyczłowieczy“!), ile wart jest jeden funt włożony w edukację i inne inwestycje każdej osoby, gdy ta osoba osiąga najwyższy pułap swoich zawodowych zdolności. Czyli n.p. menadżer w swoim najlepszym roku, tak samo jak listonosz, dziennikarz, prostytutka, polityk w „kwiecie swojej aktywności zawodowej“, czy nawet bezrobotny. I co się okazuje?

Okazuje się, że na przykład jeden funt zainwestowany w wychowawczynię przedszkolną – daje społeczeństwu między 7 a 9,50 funta „zysku“. Jeszcze więcej wart jest sprzątacz szpitalny – zysk dla nas wszystkich z jego dobrej pracy to aż 10 funtów! Rekordzistą są jednak „śmieciarze pracujący w recyclingu“ – ich „społeczna wartość dodatnia“ to 12 funtów.

Z kolei… ze specami od reklamy już gorzej, tu zaczyna się… minusowa skala statystyki. Na każdym włożonym w ich edukację funcie społeczeństwo traci 11 funtów! Ale i tak nie są najgorsi. Pewnie jak ja typowaliście na bankierów, ale błąd! Dzięki ich pracy tracimy jako społeczeństwo tylko 7 funtów od każdego włożonego. Rekordzistą są… doradcy podatkowi, z niebywałym minusem 47 funtów! Oznacza to, że – przyjmując że już ten jeden funt w ich edukację jako społeczeństwo włożyliśmy – dużo lepiej (taniej, efektywniej) byłoby dla nas, żeby w ogóle nic nie robili!

A jak się to ma do mojego zdania na początku, że „ludzie nie są jednak tacy głupi“? Ano trochę ma – bo jak pokazują inne statystyki, nie tylko z Wielkiej Brytanii, to gdy spytamy „przeciętnego obywatela“ o najbardziej cenione zawody – to w czołówce lądują właśnie te najbardziej „wartościowe społecznie“ (strażacy, pielęgniarze, nauczyciele, policjanci), a w dolnej skali – menadżerowie, politycy, bankierzy… Czyli „pan Kowalski“, który zapewne raportu „New Economics Forum“ nie zna – czuje i wie, kto jest co wart i kogo szanować.

No, teraz tylko warto by przekonać większość „Kowalskich“, żeby postarała się o coś więcej niż szacunek dla tych osób – a mianowicie aktywną zmianę ku modelowi społeczeństwa i gospodarki, w której rzeczywiście będzie więcej tych zysków i mniej strat – bo i te, i te są koniec końców wspólne.

Barataria 67 Mały krok czyli…

Lech Milewski

…żelazna stopa klasycznego baletu

Mała stopa? Czy to zapalony amator czy też przypadkowy gość w krainie klasycznego baletu już na wstępie natrafi na to nazwisko.

Sięgam po najbliższy przykład – na tym blogu, miesiąc temu, pojawił się wpis: Barataria 62 – balet bez Baratarii – KLIK. A tam, w pierwszych linijkach:
“Premiera: 26 grudnia 1869 w Wielkim Teatrze Moskiewskim (Bolshoi Theatre)
Nowe przygody Pana i Giermka czyli balet Don Kichot
Muzyka: Ludwig Minkus
Choreografia: Marius Petipa / Rudolf Nuriejew
Libretto: Marius Petipa, od 1900 roku Aleksander Górski…”.

Marius Petipa – to o nim tu mowa.
Don Kichot, Bajadera, Sen nocy letniej, Śpiąca królewna, Dziadek do orzechów, Jezioro łabędzie – lista jest długa. Praktycznie choreografia każdego liczącego się baletu klasycznego jest właśnie jego autorstwa.

Petipa – tak przywykłem do tego nazwiska, że nie zastanawiałem się nad jego pochodzeniem – Petipa, Mazepa – typowe nazwisko z rosyjsko-ukraińsko-polskiego pogranicza.

Dopiero kilka dni temu zerknąłem do wikipedii aby dowiedzieć się o nim czegoś więcej – KLIK.
Już pierwsze linijki postawiły mnie w stan alarmowy – “…urodzony w Marsylii francuski tancerz i choreograf“.

Francuz?
To zaowocowało drobną zabawą językową.
Peti-pa – toż to będzie po francusku petit pas – czyli tytułowy mały krok.

Uznałem, że warto zrobić większy krok i opisać wszystko po kolei…

Mariusz Petipa, a właściwie Victor Marius Alphonse Petipa, urodził się w Marsylii 11 marca 1818 roku. Jego ojciec, Jean Antoine Petipa, był jednym z najbardziej respektowanych w Europie baletmistrzów. Matka Mariusa, Victorina, była uznaną aktorką.
W 1824 roku rodzina przeprowadziła się do Brukseli, wówczas było to miasto w Królestwie Zjednoczonych Niderlandów, gdzie Jean Antoine został zaangażowany jako baletmistrz w Royal Theatre de la Monnaie.
6-letni wówczas Mariusz uczył się muzyki i próbował tańca. Początkowo niechętnie, ale wkrótce przekonał się do tej sztuki.
25 sierpnia 1830 roku w Brukseli wybuchła rewolucja. Jej rezultatem było utworzenie Belgii jako samodzielnego państwa. Skutkiem ubocznym było zamknięcie teatru, co dla rodziny Petipa oznaczało utratę pracy.

Petipa

Po dość długim okresie wyczekiwania przenieśli się do Bordeaux, gdzie Petipa senior znalazł pracę jako baletmistrz. W Bordeaux Marius zakończył swą edukację baletową i następnie został zatrudniony jako pierwszy tancerz w balecie w Nantes. Tam również stawiał swe pierwsze kroki jako choreograf.

W 1839 roku ojciec i syn udali się na występy do Stanów Zjednoczonych. Wyjazd był zupełnym niepowodzeniem – po pierwsze większość mieszkańców tego kraju nie wiedziała, co to jest balet, po drugie amerykański impresario zniknął z większą częścią zarobionych przez zespół pieniędzy.
Na szczęście artyści mieli wykupiony bilet powrotny do Nantes. Dobrze poinformowane źródła donoszą, że Marius tak oczarował pewną zamożną pasażerkę, że udało mu się dojechać w jej kajucie (i nie tylko) aż do Paryża.
W Paryżu wystąpił na scenie Comédie Française oraz w Paris Opera, gdzie jego starszy brat, Lucien Petipa, był pierwszym tancerzem.

W 1841 roku Marius wrócił do Bordeaux, gdzie też był zatrudniony jako pierwszy tancerz. Tam też zaczęła się jego kariera choreograficzna.

Kolejny etap to trzy lata pobytu w Hiszpanii, gdzie Marius Petipa znowu został zatrudniony jako pierwszy tancerz – w Królewskim Teatrze w Madrycie. Było to okazją do zaznajomienia się z hiszpańską muzyką i tańcem.
Kolejna oczarowana kobieta. Tym razem była to córka szlachetnie urodzonej damy. Tak niefortunnie się złożyło, że matka, owa szlachetnie urodzona dama, była kochanką hrabiego Lionela de Chabrillan i hrabia podejrzewał, że Petipa chce uwieść jego ukochaną.
Nie pomogły żadne tłumaczenia, hrabia wyzwał Petipę na pojedynek. Bezpośredni wynik pojedynku nie jest mi znany, pośredni wynik był taki, że pojedynki były w Hiszpanii zabronione i Petipie groziła sprawa sądowa. Szybko wrócił do Francji.

Nie na długo – Paryż – i déjà vu – kolejny romans – tym razem zdradzony mąż wyzwał Petipę na pojedynek.
Tego było już dosyć. Wyjście było oczywiste – wysłać kłopotliwego młodzieńca do Rosji.

Czerwiec 1847, Petersburg, to był doskonały czas – dyrektor Cesarskich Teatrów, hrabia Aleksander Gedeonow, poszukiwał właśnie tanecznego partnera dla primabaleriny Eleny Andreanowej. Wspólny występ w balecie Paquita zakończył się sukcesem.

W następnym roku do syna dołączył ojciec. Ich wspólne produkcje – balety Satanella, Giselle, Korsarz – sprawiły, że Cesarskie Teatry odzyskały dawny blask.

W 1850 roku Mariusowi Petipie urodził się syn – Marius Mariusowicz. Owoc nieformalnego, krótkotrwałego związku – matką chłopca była Marie Thérèse Bourdin.

Surowszczikowa

W 1854 roku Marius ożenił się z baleriną Marią Sergiejewną Surowszczikową. Mieli dwoje dzieci – Marię Mariusowną i Jeana Mariusowicza.

Mimo dużych sukcesów jako tancerz i choreograf Petipa przez długie lata nie mógł się przebić na pozycję baletmistrza. Stanowisko to piastowali kolejno Jules Perrot i Arthur Saint-Léon, który stał się jego głównym rywalem.
Pewien przełom nastąpił w roku 1862 – premiera przygotowanego przez Petipę baletu Córka Faraona była kolosalnym sukcesem. Petipa został mianowany drugim baletmistrzem.
Dopiero w 1871 roku, po zakończeniu kontraktu Arthura Saint-Léon, Petipa uzyskał należną mu pozycję pierwszego baletmistrza.

Wtedy też rozpoczął się złoty okres rosyjskiego baletu. Kompozytorem Cesarskich Teatrów został Ludwig Minkus – autor wspomnianego na wstępie Don Kichota.
W 1875 roku Petipa rozstał się ze swą żoną i poślubił o 36 lat od siebie młodszą balerinę Lubow Leonidowną Sawicką. Mieli sześcioro dzieci.
W 1881 roku nowy dyrektor Cesarskich Teatrów, Iwan Wsiewołożski, przeniósł siedzibę cesarskiego baletu z Wielkiego (Bolszoj) Kamiennego Teatru (nie mylić z Teatrem Bolszoj w Moskwie) do Teatru Maryjskiego.

To były najlepsze lata kariery Mariusa Petipy. Wsiewołożski zlecił mu opracowanie nowych choreografii do wcześniejszych baletów jak Paquita, Giselle, Coppelia, Córka źle strzeżona (La Fille mal gardée), Jezioro Łabędzie. Jednocześnie przyciągnął do współpracy Czajkowskiego, czego wynikiem były balety Śpiąca Królewna i Dziadek do orzechów.

Przy okazji napomknę, że w tym okresie na scenie pojawiła się znana nam już ze wspomnianego na początku wpisu – Matylda Krzesińska. Petipa doceniał jej umiejętności taneczne, ale prywatnie nie lubił jej, nazywał ją paskudną małą świnią. Być może uważał, że wykorzystuje ona swe dobre kontakty z otoczeniem cara.

Początek XX wieku.

Petipa

Mimo swych 82 lat Petipa nie zwalniał tempa pracy. Zmierzch kariery przyspieszyła jednak nominacja Władimira Teljakowskiego na stanowisko dyrektora Cesarskich Teatrów. Nie lubił on Petipy i starał się ograniczyć jego działalność.
Przełomowym momentem był balet Romans róży i motyla, w którym Petipa obsadził 14-letniego wówczas Wacława Niżyńskiego. Dwa tygodnie przed premierą Teljakowski odwołał przedstawienie, nie uprzedzając o tym Petipy. Jako powód podał wojnę rosyjsko-japońską.

Rozgoryczony Petipa zakończył pracę i w 1907 roku przeniósł się na zasłużony odpoczynek do Gurzuf na Krymie. Wiele czasu spędzał ze swoimi licznymi wnukami.
Zmarł w 1910 roku. W jego pogrzebie w Petersburgu uczestniczyło wielu wybitnych przedstawicieli rosyjskiego baletu. Dyrekcja Cesarskiego Teatru nie wysłała żadnego reprezentanta.

Ale skąd ta żelazna stopa w tytule?
Oczywiście google zaprowadziło mnie na anglosaskie manowce.

“Wkrótce po podboju Anglii przez Normanów, rok 1066, nazwisko Petipa zostało wprowadzone na Wyspy jako właściwe dla osoby niezmordowanej w chodzeniu lub dla żołnierza, który utracił stopę na wojnie. Petipa to angielska wersja francuskiego słowa pedefer, lub pied de fer, czyli żelazna stopa…“.
Po więcej szczegółów proszę kliknąć w poniższy obrazek.

Petipa

Źródła:
The Marius Petipa Society – KLIK.