Z tekstów wyrzuconych

Tak, wyrzuconych. Ale ponieważ w komputerze nic nie ginie tak naprawdę, tekst wychynął z niebytu w puste dni. Przyjrzałam mu się i mnie zdziwił. Ale widocznie dziesięć lat temu bohaterka tego tekstu tak się właśnie czuła.

Ewa Maria Slaska

Miłość wyżarła jej trzustkę

Jest po ciężkiej operacji. Rzeźnickiej jak określił jeden z jej lekarzy, który grzecznie zapytał, czy mógłby obejrzeć bliznę. Miała w brzuchu węzeł, który nie chciał się rozpuścić. Wściekle bolał. Nie mogła się ruszać, cierpiała. Lekarze (niemieccy) mówili, że przejdzie, a jak do jesieni nie przejdzie (była wiosna!), to będzie trzeba zoperować bliznę. Polski lekarz w sanatorium zaaplikował jej zastrzyki, sprawił, że ból minął niemal natychmiast, a ona, jak ciemna baba z ludu, gotowa była paść na klęczki i wielbić lekarza cudotwórcę boga. Ale to później. Na razie leży w szpitalu po operacji i oświadcza: Nie dam się już więcej operować. Jeden zabieg za drugim. Nie chcę. Żyć a potem umrzeć. Żółta krowa uratowała mi życie.

(Dopisek autorki z roku 2019: Informuję Czytelników, że nie wiem, o co mi chodziło z tą krową. O Kandinsky’ego?)

Dopiero jak przestaje boleć, jest w stanie zacząć normalnie myśleć. Sęp wyżera mi nie wątrobę jak Prometeuszowi, lecz trzustkę, pomyślała. Porobił w niej dziury. Dlatego trzeba ją było wyciąć. Za karę. Nie wolno kochać aż do samozatraty. Za to bogowie ukarali Prometeusza. Nie za to, że zabrał im ogień, lecz za to, że kochał jak bogowie bez oglądania się na konsekwencje. Oni mogli, byli w końcu bogami. On nie. Był człowiekiem (a tak naprawdę – był człowiekiem?) I został ukarany. Gdzie jest ta skała, do której go przykuto? Kaukaz, prawda? Można ją obejrzeć jak się jedzie koleją transsyberyjską?

(Oczywiście – nie! Dziesięć lat temu Autorka nawet się nie pofatygowała, żeby to sprawdzić!)

To ten potrójny celtycki Biały Jeleń w Trzech Koronach urodzony w dniu Trzech Króli wyżarł jej trzustkę i zostawił brzuchu węzeł. Mógł być królem i symbolem, a był tylko głodnym facetem. Wiedziała to, a przecież nie mogła się ruszyć, nie mogła odejść. Nie mogła się oderwać od spektaklu, jaki jej zafundowali bogowie. Patrzeć jak królewicz z bajki w swej prawdziwej postaci węszy po mrocznych zakamarkach, szukając żeru. Nie powinno jej to było dotykać. Oficjalnie byli tylko zaprzyjaźnieni.

Z książek sączą się wzniosłe mądrości. Na przykład – przyjaźń to miłość dwóch niezależnych duchów. To się naprawdę Mallarmemu udało. Facetowi, który zakochał się w otyłej, utlenionej utrzymance (skąd ja to wiem? pyta autorka) w guście dzisiejszej polskiej fryzjerki na emigracji.

W każdym razie, dopiero, gdy lekarz w sanatorium rozbił węzeł, uświadomiła sobie, że to wróci. Jak nie dziurami w trzustce, która się sama wyżera, to węzłem nierozsupłanych nici w brzuchu lub guzem w gardle. Wróci zawsze i będzie wracało, dopóki się go nie pozbędzie.

Lekarz twierdził, że jest wojowniczką i że z trzustką w garści wygrała walkę ze śmiercią. Ale ona wie, że po kilku latach beznadziejnych zmagań wreszcie wygrała walkę z królewiczem z bajki, który przecież był tylko głodną zmorą. On był królewiczem, ona królową elfów, która się zakochała w głowie osła.

Umarła

Bardzo lubię jej piosenki, ale to dopiero Teresa uświadomiła mi, że Eva Cassidy, dziewczyna o cudownym głosie, nie żyje…

Teresa Rudolf

Eva Cassidy

Ten mój świat

Cóż  to za smutny świat,
cóż  to za okropny świat,
cóż to  za niezrozumiały świat,
cóż to za bestialski świat.

Cóż to za dziwny świat,
cóż to za obolały  świat,
cóż to za wzruszający świat,
cóż to za tajemniczy świat.

Cóż to za cudowny świat,
cóż to za magiczny świat,
cóż to  za uroczy świat,
cóż to za przepiękny świat.
Ten mój, jedyny świat.

X
Żyła 33 lata, oddychała, myślała, czuła, była szczęśliwa, cierpiała, kochała, grała na gitarze
i śpiewała.
A w roku 1996 przestała oddychać, myśleć, czuć, być szczęśliwa, cierpieć i śpiewać!
Jak można tak młodo umierać?
Jak można umierać, mając taki głos, tyle życia w sobie, huragan emocji, życie, życie, życie, które nie gaśnie nawet po śmierci, w jej muzyce, w jej śpiewie.
Rozpala do życia, kiedy się jej słucha, każe tańczyć, kochać, cierpieć, żałować…
Jak można umierać w tym wieku z powodu choroby, z kaprysu losu?
Cierpiała z bólu, czy ze strachu przed tym, że już nigdy nie zaśpiewa czegoś, co jeszcze było w sercu, a śpiewało się już w głowie?
A może czekała jeszcze na jeźdźca na bialym koniu, a on ciagle jeszcze nie galopował i nie porywał w zawieruchę życia i do pięknych ogrodów?
A może było odwrotnie?
Był koń, był jeździec, były obrączki, były ogrody z pięknymi kwiatami, a między nimi chwast, o przepięknej nazwie “melanoma malignum”?
Kwiat urodzony gorącym latem, wygrzewając się na słoncu jak wąż, bezgłośnie syczący…
A kiedy zabierał ją ze sobą, nie wiedziała, że kiedyś już nic nie będzie pachnieć.
A dziś?
Jej głos unosi się nad moją bezsenną nocą, we wspaniałym bluesie….
Piękna dziewczyna, z pięknym głosem odeszła w pół zdania.
A może to ta cholerna sprawiedliwość, żebyśmy, ci inni, bez jej talentu, bez jej urody, młodości i żywotności, mniej atrakcyjni, po prostu sobie na pół gwizdka, dłużej dzień po dniu pożyli?
Wiele ludzi, nie wiedząc nic o niej, a tylko słysząc jej muzykę, może myśleć:
ta, to ma wszystko, głos, urodę, pieniądze, młodość, nie wiedzą, że to już tylko głos ptaka, lecącego na niebie, bez obawy, jak to kiedyś będzie, jak to naprawdę jest,
bo już wie…
I uśmiecha się, śpiewajac te swoje songi, wolna jak ptak.


Jednodniowy człowiek

Mówił, że mu życie
przelatuje przez palce,
jak piasek,
mówił, że mu życie
przecieka przez palce,

mówił, że wszystko
tak za szybko jakoś,
że przemija mu obok,
przebiega mu jak kot
cicho i niepostrzeżenie,

mówił tak około dwudziestu
ostatnich lat, śledził
sam siebie, każdy dzień
śledził innych, mówiąc,
że przemijają za szybko.

Bał się tak swych
myśli, ale  filozofował,
nie chodził na pogrzeby,
nie chodził na cmentarze,
nie chodził do szpitali.

Bedąc kiedyś już
chorym starcem,
myślał ciągle o tym,
by znaleźć nazwę
na siebie samego,
i znalazł:
„jestem jednodniowcem”,
już wieczór, czas odejść.


Eva Cassidy (ur. 2 lutego 1963 w Oxon Hill, zm. 2 listopada 1996 w Bowie) – amerykańska piosenkarka.

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Reblog: polski Don Kichot

Kochani Czytelnicy, ostatnio nagromadziło się tyle tematów baratarystycznych, że od
1 stycznia 2019 roku wprowadzam materiały dodatkowe poza numeracją poniedziałkową, a przy okazji wszystkie Baratarie (te z numerem i te bez) otrzymają tag Barataria.

Dariusz Sobala
30 grudnia 2018 roku

reblog z Facebooka

W drodze do Polski, tuż za Wiedniem, stoją wiatraki generujące prąd. Jest ich tyle, że nudzi się liczyć.
A u nas wciąż nie wiadomo, czy dają prąd, czy wirują dzięki kopalni Bełchatów. Dlatego lepiej je rozebrać.
Tako rzecze pis.

Ostatnim, który walczył z wiatrakami był Don Kichot z Manczy, nazywany Rycerzem Smętnego Oblicza.
Don Kichot wywodził się z warstwy hidalgów, niegdyś wiele znaczącej w życiu publicznym Hiszpanii, ale w XVI wieku już znacznie podupadłej, zarówno pod względem znaczenia, jak i majątku. Bezczynność i odosobnienie spowodowały, że uległ wpływom literackim
i postanowił wcielić w życie ideał średniowiecznego rycerza. Wyobraźnia sprawia, że rzeczy codzienne i zwykłe przybierają dla niego fantastyczne formy – np. karczma staje się zamkiem, a wiatrak wydaje mu się olbrzymem. Jest przede wszystkim naturą czynną – szuka nieustannie okazji do działania, nie poświęca czasu na zrozumienie sytuacji.

Jest również megalomanem – chełpi się swoją wielkością i znaczeniem swoich czynów, nieustannie poszukuje sposobności, aby dowieść swojej odwagi i siły. Potrafi jednak okazywać wdzięczność tym, którzy mu pomogli, oburzać się na bezprawie i krzywdę, jest zdolny do hojności i bezinteresowności, bywa cierpliwy i serdeczny. Potrafi myśleć logicznie i udzielać praktycznych rad, jest inteligentny. W sposób prosty i zrozumiały wyjaśnia Sanchowi wiele problemów nurtujących ówczesną Hiszpanię. Bohater zmienia się w toku akcji – coraz mocniej przejmuje się niepowodzeniami i popada w coraz większy smutek, który ustępuje dopiero przed śmiercią.

A teraz przeanalizujcie jeszcze raz opis Don Kichota i podstawcie pod tę postać Kaczyńskiego, zmieńcie Hiszpanię na Polskę i szybko zasuwajcie na grób Cervantesa, by go uczciwie skląć, bo kacza dupa wraz z pisem to jego pomysł.


Komentarz Adminki:


Farma wiatrowa w miejscowości Tymień k. Koszalina (DAMIAN KRAMSKI) – http://www.tokfm.pl z 28.11.2018

Data pod podpisem jest ważna. Tego dnia radio TOKFM podało, że podobno jednak Polska oszczędzi wiatraki.

W piątek zaprezentowano rządową strategię energetyczną na najbliższe kilkanaście lat. Według niej Ministerstwo Energii w projekcie zapowiedziało rezygnację z rozbudowy wiatraków na lądzie – ma je zastąpić fotowoltaika, a od 2026 r. – offshore, czyli wiatraki morskie. Rezygnację z onshore minister Krzysztof Tchórzewski tłumaczył sprzeciwami społecznymi i realizacją wyborczych obietnic PiS.

Tymczasem w środę wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski tłumaczył, że stanowisko resortu zostało źle zinterpretowane,
a o losie wiatraków zdecyduje w przyszłości rynek.

Ale oczywiście te enuncjacje, które i tak są podobno bez sensu i były obliczone tylko na uspokojenie górników, niczego nie zmieniają w analizie postawy PiS i Prezesa.


W Niemczech też toczy się współczesna walka z wiatrakami i ją też, siłą rzeczy, przyrównano do walki don Kichota. Z perspektywy niemieckiej społeczna słuszność jest ewidentnie po stronie przeciwników wiatraków: TU.

Vergessene Texte 2

Ewa Maria Slaska

Auf der Spurensuche nach “unseren Prälat” Ulitzka in Berlin

Fortsetzung

Ich wohne in Berlin, meine Spurensuche umfasst bewusst nur Berlin und Umgebung. Ulitzka war auch jahrelang in Ratibor tätig, aber ich bleibe bei meinem Leisten.

Ich finde Verschiedenes, auch etwas, was die Wissenschaftler, wie ich vermute, nicht gefunden haben. Darüber aber später. Zuerst zur Chronologie. Ulitzka in Berlin – das sind drei Zeitspannen: seine ersten Priesterjahre in Brandenburg (1901-1910), die Zeit nach seiner Ausweisung aus Schlesien bis zur Inhaftierung (1939-1944) sowie seine letzten Lebensjahre von 1945 bis 1953. Seit November 1939 war er ein Seelsorger im katholischen St. Antonius Krankenhaus in Karlshorst und anschließend in Friedrichshagen. Natürlich war er zwischen 1919 bis 1933 gefühlte Tausendmale als Abgeordneter der katholischen Zentrumspartei (Volkspartei) in Berlin.

Es war zuerst sein Name, der mein Interesse weckte. Das Wort Ulitzka: uliczka, eine kleine Straße. Eine Frage der Herkunft: Ulitzka ist selbstverständlich ein Deutscher gewesen, aber natürlich kommt mir dabei ein Satz aus dem Buch von Anna Poniatowska in den Sinn: Die ältesten Adressbücher oder Telefonbücher Berlins enthalten auf jeder Seite mehrere polnische Namen. Nicht alle Namensinhaber sind der Meinung, sie seien Polen, aber ihre Ahnen und Urahnen kamen aus dem Gebiet Polens hierher.

Und im Falle Ulitzka werde ich ergänzen: oder aus Tschechien. Das heißt, auch wenn Carl Ulitzka zweifellos in einer deutschen Familie in Oberschlesien geboren worden war, waren seine Ahnen und Urahnen Tschechen oder Polen. Der Historiker Guido Hitze, Autor einer umfassender Biografie des Prälats, schreibt, die Familie stamme aus dem Tschechisch-Mährischen her.

Das ist aber eigentlich unwichtig. Denn unabhängig davon, welche nationale Abstammung seine Familie vorweist, situierte er sich selbst im Grenzgebiet zwischen Deutschland und Polen. Er sprach beide Sprachen (Polnisch erlernte er während seines Theologiestudiums) und setzte sich für seine Landsleute ein, unabhängig von deren Muttersprache, selbst wenn es unbequem oder gar gefährlich war. Mein Freund Engelbert Kremser, der selber aus Ratibor stammt, meint die polnische und die deutsche Sprache waren in der Umgebung gründlich gemischt, „wie in einem Streuselkuchen – ein Streusel sprach Deutsch, ein anderer, gleich nebenan – Polnisch“. Und das Polnische war oft uralt, eine Sprache, die selbst die Polen in Polen seit Jahrhunderten nicht mehr sprachen, eine Sprache aus den Zeiten von Kochanowski (1530-1584), eines Renaissance Dichter, der als erster die Gedichte auf Polnisch schrieb. Bis dahin schrieben alle Wortmenschen Polens Latein .

Sicher ist eins: Ulitzka war ein Oberschlesier und baute um Berlin herum mehrere Kirchen.

Die Kirche in Bernau

Katholische Herz-Jesu-Kirche
Börnicker Str. 12 (Pfarramt) / Ulitzka Straße / Bahnhofstr. 9 (Hauptportal)
16321 Bernau bei Berlin

Die katholische Gemeinde in Bernau wurde 1849 gegründet. Ulitzka kam 1901 hierher. Jung, gerade erst 28 geworden, gutaussehend, groß. Ausdrucksvoller Profil, Gesicht mit prägnanter Knochenstruktur. Ein kluger Mensch, intelligent, charismatisch. Ein katholischer Seelsorger wie geschaffen fürs vorwiegend protestantische Umfeld. Die Gemeinde war arm, hatte keine Kirche und nutzte die Bonifatiuskapelle im Missionshaus in der Tuchmacherstraße als Gotteshaus. Dort bewahrte man das sog. Mariahilf-Bild auf, das später in die Kirche übernommen wurde.

Übrigens: Wegen des Bildes pilgerte man seit 1869 aus Berlin dorthin. Eine Idee von rebellierenden Pfarrer Eduard Müller, dem man die älteste Wahlfahrt des Erzbistums Berlin verdanke.

Schon früh kam Ulitzka in den Sinn, dass man hier eine Kirche bauen muss. In jeder Stadt, wo die Katholiken und Protestanten miteinander oder nebeneinander wohnen, hat man mindestens zwei Kirche. So wollte es Ulitzka auch in Bernau haben und später überall, wo er als Priester tätig war. Dies ist jedoch nicht so einfach, eine Kirche zu bauen. Erst müssen bürokratische Hürden überwunden werden, oft, wie es der Fall in Bernau war, politische, und dann auch finanzielle. Man braucht viel Geld – und dieses muss vorerst gesammelt werden, bevor man mit der Grundsteinlegung beginnt. Der ehemalige Pfarrer der Herz-Jesu-Kirche, Peter Beier, der 33 Jahre Gemeindepfarrer in Bernau war, erzählte mir, dass er zwar Ulitzka persönlich nicht kannte, aber seinerzeit in Bernau Johannes Lipinski, einen Mitarbeiter von Ulitzka, getroffen habe. Seine Aufgabe war es, in der heißen Phase des Geldsammelns, die ‘Bettelbriefe’ per Hand zu kopieren. Er erinnerte sich, man habe sich dabei die Finger wundgeschrieben!

Mit dem Bau begann man 1907. Die Kirche wurde am 13. September 1908 feierlich eingeweiht. Georg Kardinal Kopp kam aus Breslau zu diesem Anlass nach Bernau! Interessant ist, dass praktisch zu gleicher Zeit Ulitzka zuerst eine Kapelle für eine Arbeiterkolonie des Pastors Friedrich von Bodelschwingh in Lobetal bauen wollte und mit dem Bau einer anderen Kirche in der Gemeinde, der Maria-Verkündigungs-Kirche in Biesenthal, begann.

Pfarrer Kort organisierte 2007 Feierlichkeiten zum 100-jährigen Jubiläum des Kirchenbaus. Die Schulkinder spielten dabei ein Theaterstück über Ulitzka und seinen Vorhaben. Der Junge, der Ulitzka gespielt hatte, ist danach selber Priester geworden und bat darum, seine Primiz in Bernau feiern zu dürfen.

1998 (90 Jahre Kirchenweihe, 125. Geburtstag und 45. Todestag des Prälaten) hat Pfarrer Beier erreicht, dass ein kleiner Abschnitt der Breitscheidstraße, zwischen der Börnicker Straße und der Bahnhofstraße, genau dort, wo die Kirche steht, in die Ulitzka-Straße umbenannt wurde.

Kurz danach, am 20. August 1999 ging Pfarrer Beier in Ruhestand und somit nach Templin.

Es gab einen weiteren Versuch, an den Kirchenerbauer zu erinnern, diesmal von einem Gemeindemitglied vorgeschlagen: An der Giebelseite des Pfarrhauses der Herz-Jesu-Kirche sollte ein Porträt des Kirchenerbauers angebracht werden. Der Vorschlag fand jedoch keine breite Zustimmung und letztlich ganz fallen gelassen wurde.

Die Kirche kann man schon von der S-Bahn aus sehen. Ich bin um 12 Uhr mit Pfarrer Eberhard Kort verabredet, gehe aber zuerst um die Kirche herum. Eine schöne neugotische Kirche, mit einem blau-weißem Schild des Denkmalschutzes. Und das seit 1977, d.h. seit der DDR-Zeit! Als Erklärung dazu findet man nur einen Satz, der doch keine Erklärung liefert: Die Kirche wurde in den Jahren 1907/1908 nach Plänen des Charlottenburger Architekten Paul Ueberholz als einschiffige Hallenkirche im Stil norddeutscher Backsteingotik erbaut.

Ich vermute, dass es der Turm ist, der dem Denkmalschutz so gut gefallen hat. 66 Meter hoch! Und sehr schön. Pfarrer Baier wird mir später erzählen, Ulitzka wollte den Turm noch höher haben, damit er die evangelische Kirche überragt. Oh, du fromme Bescheidenheit!

Ich fotografiere fleißig. Neogotische Kirchen sind mir vertraut wie keine anderen. Ich wuchs im Danziger Stadtteil Langfuhr auf, wo alle Kirchen das Prädikat „neo“ tragen. Meine – Herz Jesu Kirche, wie die in Bernau und Templin – ist ebenfalls neogotisch.

Pfarrer Kort zeigt mir seine Kirche, die seit Ulitzkas Zeiten intensiv umgebaut wurde. Einfluss darauf hat das Jahr 1965, meint Pfarrer Kort, das 2. Vatikanische Konzil, die Änderung der Liturgie, die Entstehung der Volkskirche. Der Gemeindehirt kommt den Menschen näher. Die Kanzel wird nicht mehr benutzt, der Priester steht den Gläubigen zugewandt hinter einem schlichten Tisch oder – beim Vorlesen – am Pult. Jede katholische Kirche in der Welt wurde nach diesem Muster umgebaut.

Die Umgestaltung der Kirche in Bernau, die 1964-1966 unter Pfarrer Alfons Schneider erfolgte, ist nicht besonders gelungen. Zuständig für den Umbau war Herr Architekt Gottfried Zawadski aus Kamenz. Ende April 1966 war die Weihe des neuen Altares. Pfarrer Beier wurde kurz danach, am 19. Juni eingeführt. „Ich war nicht gerade glücklich über die völlig umgestaltete Kirche. Der Tabernakel auf einer Stelle und das Relief am Ambo stammen von Herrn Schötschel. Die große Herz-Jesu-Figur kam erst einige Jahre später in den Altarraum zurück. Zum 100-Jahr-Feier werden noch einige Dinge verändert, u.a. kamen die Platten in den Altarraum. Das Abendmahl-Relief, seitlich von Tabernakel, stammt aus dem einstigen Hochaltar und fand dort seinen Platz in Erinnerung an früher.“

Ja, ich bin auch der Meinung, dass man mit dem, was gemacht wurde, nicht besonders glücklich sein kann. Die auseinandergenommenen Teile des alten Altars, 1968 von schon erwähnten Friedrich Schötschel neu gemacht, sind sehr schön, aber unvorteilhaft platziert. Das Tabernakel steht auf einem kleinen Tisch rechts vom Altar, der Lesepult – links. Vorne an der Apsis-Wand sind drei Altarteile in Form eines Tryptychons angebracht, schmucklose Spanplatten, auf der mittleren die alte Christus-Figur aus der Entstehungszeit. Merkwürdig. Originell, aber merkwürdig. Genauso merkwürdig scheint mir der kleine, irdene Weihwasserbehälter, der wie ein polnischer Gurkentopf aussieht. Oder gar einer ist. Bevor ich mit meinen Recherchen fertig werde, werde ich noch ein paar solche bescheidenen Behälter sehen. Wir sind in der Uckermark, es ist ein armes Land. Gewesen.

Seelsorge in Hoffnungstaler Anstalten

Bevor Ulitzka mit dem nächsten Kirchenbau – Katholisches Pfarramt St. Marien in Biesenthal – richtig anfangen konnte, fand er 1905 die nächste wichtige Aufgabe, als in seinem Pfarrgebiet die Hoffnungstaler Anstalten Lobetal durch Pastor Friedrich von Bodelschwingh gegründet wurden.

Bodelschwingh, 1905 schon ein alter Mensch, hatte damals bereits die Verwirklichung mehrerer sozialer Projekte hinter sich, die allesamt nach dem Motto Arbeit statt Almosen organisiert wurden. Eine seiner letzten Gründungen lag in der Umgebung Berlins. In dem heute 15 km nördlich gelegenen „Hoffnungstal“ ließ er eine Arbeiterkolonie anlegen – eine Zufluchtsstätte und Herberge für die Obdachlosen der Hauptstadt. Die Arbeiterkolonie umfasste drei Dörfer: Rüdnitz, das alteingesessene Dorf, und zwei neu gegründete Dörfer, Lobetal und Hoffnungstal. (Sehr passende Namen. Lobe den Herren, meine Seele, lobe und verliere niemals die Hoffnung).

Unter den Bewohnern der Anstalt befanden sich sowohl Menschen evangelischen Glaubens als auch Katholiken. Ulitzka besprach die Lage mit dem Pastor von Bodelschwingh und übernahm die Seelsorge seiner in der Arbeiterkolonie weilenden Glaubensbrüder, unter denen auch viele Polen zu finden waren.

In Lobetal gab es ein kirchenähnliches Gebäude (heute: Verwaltungshaus), das zuerst eine provisorische Kirche in Berlin gewesen war, die Pastor Bodelschwingh nach Lobetal kommen ließ.

Dieses Haus diente vor allem als Ess-Saal, man hielt dort aber Gottesdienste ab und bei Bedarf wurde es auch als Leichenhalle benutzt. Dort zelebrierte Ulitzka einmal im Monat die katholischen Messen, bei großer Nachfrage auch auf Polnisch. Danach, als die neue evangelische Kirche gebaut wurde, fanden dort auch die katholischen Messen statt.

Die zweite Gelegenheit der Betreuung der Katholiken aus den Hoffnungstaler Anstalten bot sich auf dem Gut der Begründer der Bekleidungskette Peek & Cloppenburg. Sie stellten einen Pferdestall als provisorische katholische Kapelle zur Verfügung.

Alles schien bestens geregelt zu sein. Aber nein, ein unermüdlicher Kirchenbauer wie Ulitzka konnte nicht umhin, hier eine Kirche oder mindestens eine Kapelle bauen zu wollen. Er wollte, nein, er musste sie bauen! Das Geld wurde zusammengebettelt, auch Pastor Friedrich von Bodelschwingh spendete eine erhebliche Summe. Man wählte für den Neubau ein Stückchen Wald zwischen Rüdnitz und Hoffnungstal. Es gab bereits eine Baugenehmigung und man hat schon Bäume gefällt. Auf tausend Quadratmetern ragten nur Baumstümpfe empor. Es sah wie eine Wartehalle in einem Bahnhof aus, daher wurde es unter den Koloniebewohnern katholischer Bahnhof genannt.

Guido Hitze schreibt, dass Ulitzka hier seinen zweiten Kirchenbau errichtete. Der Text ist merkwürdig vage und irgendwie unwissenschaftlich, es fehlen genaue Angaben, wo und wann die Hoffnungstaler-Kirche gebaut werden sollte. Es gibt auch keine Fotos und keine Berichte über die Gottesdienste, die dort angeblich stattgefunden haben. Ich schrieb Frau Elisabeth Kruse an, die Pastorin der Lobetaler Kirche an und stellte die Frage: Gibt es eine katholische Kirche in den Anstalten? Hat es sie je gegeben? Am nächsten Tag rief sie zurück. Nein, eine katholische Kirche oder eine Kapelle ist in den Hoffnungstaler Anstalten NIE gebaut worden! Ich soll nach Lobetal kommen und mit Herrn Andreas Buntrock reden. Der würde es mir alles genau erzählen. Am nächsten Tag bin ich nach Lobetal gefahren. Ich habe mit Herrn Buntrock, dem emeritierten Diakon der Hoffnungstaler Anstalten und Kenner der Geschichte dieser Ortschaft, gesprochen. Ja, sagte er, Ulitzka wollte hier bauen, und von Bodelschwingh wollte es auch. Und trotzdem ist es nie dazu gekommen. Wieso? Das weißt man heute nicht mehr.

In der Chronik der katholischen Kirche in Biesenthal finde ich einen interessanten Eintrag: April 1985: Wiederaufforstung unseres Waldgrundstückes in Rüdnitz. Ob damit der katholische Bahnhof gemeint ist? Herr Buntrock sagte mir, dass es die alte Waldlichtung nicht mehr gibt.

Und so habe ich erfahren, dass eine Journalistin, die lediglich mit Menschen redet, manchmal mehr erfahren kann als ein Wissenschaftler mit ungehindertem Zugang zu allen möglichen Archiven und Bibliotheken.

Kirche in Biesenthal

Katholisches Pfarramt St. Marien
Bahnhofstraße 162
16359 Biesenthal

Eine wunderschöne Kirche, ruhig, schlicht, elegant. Auch sie ein Baudenkmal wie die Kirche in Bernau. Den Bau dieser Kirche begründete Ulitzka somit, dass in der Sommerzeit ca. 100 katholische Schnitter aus Polen in die Gemeinde kommen, um bei der Ernte zu arbeiten. Sie hatten Anspruch an einen würdigen Gottesdienst, den er, Ulitzka, ihnen doch auf Polnisch halten kann.

Pfarrer Horst Pietralla von Biesenthal erzählte mir, dass man Ulitzkas Spendenaufrufe für seine Kirchen nicht mehr hören wollte. Dann kam er auf eine erfolgreiche Idee. Ich werde, sagte er, eine barocke Kirche bauen. Dies hat geholfen, zumal seine Geldgeber und Spender aus dem Bayrischen stammten, wo man große Stücke von der barocken Kirchenarchitektur hielt. In Windeseile hat derselbe Architekt, Paul Überholz, der bereits in Bernau tätig war, eine neue Kirche entworfen und gebaut, eine der ganz wenigen barocken Kirchenbauten im Erzbistum Berlin. Pfarrer Beier sagte mir, dass die Salvator Kirche in Lichtenrade ebenfalls barocke Züge vorweist.

Die Biesenthaler Kirche wurde am 10. Oktober 1910 eingeweiht. Die Bänke, die Fußbodenplatten, die Farbgebung sind authentisch, aus der Bauzeit also. Dh. im Gegensatz zu der Kirche in Bernau ähnelt die Kirche sehr dem, wie sie zu Zeiten ihres Stifters ausgesehen hat. Sie ist auch sehr gepflegt und sehr gut besucht. Leider ist Pfarrer Pietralla, der kurz vor dem Kriege geboren ist und 1953 sein Abitur machte, der letzte Pfarrer in der Gemeinde. Ist er weg, wird die Kirche geschlossen. Schade, weil sie sehr gut besucht ist. Es kommen ca. 80 Personen zu Hochmessen, darunter etwa 20 Kinder. Es gibt 15 Ministranten (mehr Mädchen als Jungs!) und eine achtköpfige Blaskapelle, deren Chef Biesenthals Bürgermeister ist. Im wunderbar gepflegten Garten steht eine Campanile mit einer Glocke, die noch zu Ulitzkas Zeiten aus Hildesheim geliefert wurde, zuerst nach Bernau, dann nach Biesenthal. Da der Glockenturm aber für drei Glocken gebaut wurde, hat sich Pfarrer Pietralla um den Erwerb zwei weiterer Glocken bemüht. Mit Erfolg. Neue Glocken werden noch im Jahre 2015 eingesetzt. Sie waren nicht teuer, erklärt mir Pfarrer Pietralla, die kleinere kostete 3000 Euro, die größere – 5000. Mehr wird das Bestimmen der Glocken kosten, zumal sie auch mit den Glocken in der evangelischen Kirche abgestimmt werden. Pfarrer Pietralla betont dabei, dass die dafür ausgegebenen Gelder nicht für soziale Zwecke vorgesehen waren. Ich brauche diese Erklärung überhaupt nicht, sie ist für Kritiker gedacht.

In der Kirche gibt es einen wunderbaren Altartisch, der ebenfalls von Friedrich Schötschel angefertigt wurde. Seine Werke (u.a. Tabernakel und Taufbeckendeckel) hatte ich bereits in Bernau gesehen. In Biesenthal war er lange Zeit zwischen 1969 und 1986 tätig. Aus seiner Hand stammten nicht nur der Altartisch im schlichten Barockstil, der gut mit der Kirche harmoniert, sondern auch ein Vortragekreuz und das Kirchenportal. Auf der Innenseite des Portals sind Verse von Gertrud von le Fort und Rainer Maria Rilke in Kupfer eingearbeitet.

Pfarrer Pietralla stellt mir die Kirchenchronik zur Verfügung. Was wirklich rührt ist der erste Eintrag der Chronik: 25.3.1902: Am Fest Maria Verkündigung hält der Pfarrer von Bernau, Carl Ulitzka, den ersten katholischen Gottesdienst seit der Reformation in Biesenthal in einer Notkapelle. Als Notkapelle dient das Gartenhäuschen des Herrn Neumann in Biesenthal, Schulstraße 28. Die Laube bestand aus Stube und Küche. Der Trennwand wurde entfernt und so entstand ein Raum von 9 m Lange und 3 m Breite. Die Höhe betrug 1,9 m. Dies hat ein Maler festgehalten und das Motiv wurde als Postkarte und zugleich Bittbrief gedruckt:

Leider reichen die vorhandenen Mittel nicht aus, schrieb Ulitzka. Ich muß daher betteln, obgleich ich weiß, wie schwer es ist, und dass weite Kreise des Gebens müde geworden sind.

Der letzte Teil in ein paar Tagen

Alfred Tennyson, Bijcie dzikie dzwony

Ciąg dalszy z wczoraj

Pisałam wczoraj o noworocznym poemacie Tennysona Dzikie dzwony, od wielu lat czytanym w Sylwestra w Szwecji w Muzeum Skansen. Chciałam znaleźć polskie tłumaczenie, ale mi się nie udało. Poprosiłam więc trzynaście osób, żeby zechciały go dla nas przetłumaczyć. Miała to być delikatna aluzja do tzw. Apostołów z Cambridge, elitarnego klubu dyskusyjnego, założonego w roku 1840, którego członkiem był swego czasu również Tennyson. A że Apostołów było trzynastu, nie muszę chyba nikomu przypominać. Zawsze miało ich być dwunastu, po samobójczej śmierci Judasza dokooptowano więc Macieja, który był ponoć nie tylko Apostołem, ale i Ewangelistą (jego Ewangelia, podobnie jak wiele innych, nie została uznana przez synod kartagiński w roku 397).

Wezwałam więc do zabawy trzynaścioro autorów bloga, wliczając w to siebie. Tylko dwóch z nich odpowiedziało na wezwanie. No i ja. Troje. Oto nasze tłmaczenia Dzikich dzwonów.

Lech Milewski

Dzwońcie dzikie dzwony, do dzikiego nieba,
Do płynącej chmury, do mroźnego światła:
Rok umiera tej nocy;
Oddzwońcie to i dajcie mu umrzeć.

Oddzwońcie precz stare, zadzwońcie na nowe,
Dzwońcie radośnie poprzez śnieg;
Rok odchodzi, dajcie mu odejść;
Oddzwońcie precz fałsz, zadzwońcie dla prawdy.

Oddzwońcie precz smutki, co zatruwają myśl
o tych, których już nie zobaczymy.
Oddzwońcie precz waśnie bogatych i biednych,
Zadzwońcie na naprawę całej ludzkości.

Oddzwońcie precz zbyt wolno umierające przyczyny
i stare formy plemiennych walk;
Zadzwońcie oznajmiając szlachetny styl życia
łagodniejsze obyczaje, czystsze prawa.

Odzwońcie precz biedę, troskę, grzech,
bezbożne zimno naszych czasów;
Oddzwońcie precz me żałobne rymy
Zadzwońcie na poetę wyższej próby.

Oddzwońcie precz fałszywą dumę i krew,
Ludzkie oszczerstwa i złośliwości;
Zadzwońcie na miłość prawdy i sprawiedliwości,
na powszechną miłość dobra.

Oddzwońcie precz złośliwe choroby,
Oddzwońcie precz żądzę złota,
Oddzwońcie precz tysiąc lat wojen.
Zadzwońcie na tysiąc lat pokoju.

Zadzwońcie na dzielnego, wolnego człowieka,
Na wielkie serce i łagodną dłoń;
Oddzwońcie precz ciemność świata,
Zadzwońcie na nadejście Chrystusa.

Tibor Jagielski

Bijcie dzikie dzwony, w dzikie niebo,
Mroźnego światła chmura mknie;
Tej nocy rok kończy swój ostani dzień;
Bijcie dzikie dzwony, na śmierc dzwońcie jego.

Bijcie w to stare,  na nowe dzwońcie,
Bijcie, szczęśliwe, poprzez śnieg
Pozwólcie mu odejść, rok kończy bieg;
Bijcie w fałsz a prawdę głoście.

Bijcie w zgryzoty siły niszczące
Tak aby nigdy nie powróciły,
Bijcie w walki bogatych z biednymi,
Na pomoc całej ludzkości dzwońcie.

Bijcie w umierające wolno spory
i walki partii starodawnych;
Głoście szlachetne formy życia,
Miłych idei, czystych praw.

Bijcie precz grzech, strapienie, nędzę,
Niewierny i zdradziecki naszych czasów los
I w moje smutne rymy uderzajcie, bijcie,
Obudźcie lepszą w nich poezję.

Bijcie w fałszywą dumę z pochodzenia,
Bijcie i w zawiść i w nikczemność;
Dzwońcie miłości prawa  z prawdą
Dzwońcie powszechnej wierze w dobro.

Bijcie w te kształty starych plag i znoju,
Bijcie w sknerstwo i w złota chuć;
Bijcie w tysiące zakończonych wojen,
Dzwońcie na tysiąc lat pokoju.

Dzwońcie odważnym, wolnym, prawym,
O większym sercu, czulszej dłoni.
Uderzcie w ciemność w kraju naszym,
A Chrystusowi dzwońcie, aby zstąpił.

Ewa Maria Slaska

Dzwońcie dzwońcie dzikie dzwony
Pędzą chmury mroźne światło
Rok umiera rok miniony
Dzwońcie, pozwólcie mu umrzeć

Dzwońcie rok stary dzwońcie nowy
Dzwońcie radośnie w śnieżną dal
Rok odszedł a my mu odejść zwolimy
Dzwońcie prawdę dzwońcie precz fałsz

Dzwońcie precz smutek co ducha zżera
I dla tych których nie ujrzeć nam
Dzwońcie bogatym i dzwońcie biednym
Dzwońcie bo nowy świat kładzie strój

Dzwońcie niech znikną więzy stare
By starych kajdan gorset szczezł
Dzwońcie na nowe szlachetne życie
Obyczaj czysty i prawości wiek

Dzwońcie precz troski pragnienia żądze
Bieg czasu bez wiary zimny jak lód
Dzwońcie na zgubę mych smutnych rymów
Dzwońcie by nowy narodził się bard

Dzwońcie na odwrót fałszywej dumy
Przeciwko kłamstwu mściwych szuj
Dzwońcie dla prawdy dzwońcie dla dobra
Dzwońcie w imię powszechnej miłości

Dzwońcie aż zgniła zemrze zaraza
Dzwońcie na przekór tym co złota chcą
Dzwońcie na wieczny wojny pohybel
Dzwońcie na pokój i spokój u wrót

Dzwońcie na wolność dzwońcie
Hart ducha co serca otwiera i dłonie
Dzwońcie by zginął na świecie mrok
Dzwońcie by nadszedł Chrystus król

Nowy Rok Wallandera / New Year with Tennyson

Ewa Maria Slaska

Wczorajszego sylwestra spędziliśmy z Wallanderem i jego ojcem. Wpis kończył się tymi zdaniami:

Złożyli sobie życzenia. Ojciec nalał sobie kolejny kieliszek koniaku. Rozlał przy tym trochę na podłogę. Był w świetnym humorze. Dla Wallandera to było najważniejsze.
O dwunastej zasiedli przed telewizorem i słuchali…

Zaczął się Nowy Rok. Wallander i jego ojciec zasiedli przed telewizorem i słuchali, jak Jarl Kulle recytuje noworoczny wiersz.*

Tłumaczka, Irena Kowadło-Przedmojska, dodaje w tym miejscu przypis:

A więc znany aktor tradycyjnie wita Nowy Rok w Szwecji wierszem Alfreda Tennysona.

Nie mogę nie pójść tym tropem. Zostawiam więc Wallandera, który wraca do domu, a rano budzi się z bólem gardła i głowy…


“Ring Out, Wild Bells” is a poem by Alfred, Lord Tennyson. Published in 1850, the year he was appointed Poet Laureate, it forms part of In Memoriam, Tennyson’s elegy to Arthur Henry Hallam, his sister’s fiancé who died at the age of twenty-two.

According to a story widely held in Waltham Abbey, and repeated on many websites, the ‘wild bells’ in question were the bells of the Abbey Church. According to the local story, Tennyson was staying at High Beach in the vicinity and heard the bells being rung on New Year’s Eve.

It is an accepted English custom to ring English Full circle bells to ring out the old year and ring in the new year over midnight on New Year’s Eve. Sometimes the bells are rung half-muffled for the death of the old year, then the muffles are removed to ring without muffling to mark the birth of the new year. In some versions of the story it was a particularly stormy night and the bells were being swung by the wind rather than by ringers, but this is highly unlikely given the method of ringing English full circle bells, which requires a considerable swinging arc before the clappers will strike the bell.

Ring out, wild bells, to the wild sky,
The flying cloud, the frosty light:
The year is dying in the night;
Ring out, wild bells, and let him die.
XXX
Ring out the old, ring in the new,
Ring, happy bells, across the snow:
The year is going, let him go;
Ring out the false, ring in the true.
XXX
Ring out the grief that saps the mind
For those that here we see no more;
Ring out the feud of rich and poor,
Ring in redress to all mankind.
XXX
Ring out a slowly dying cause,
And ancient forms of party strife;
Ring in the nobler modes of life,
With sweeter manners, purer laws
XXX
Ring out the want, the care, the sin,
The faithless coldness of the times;
Ring out, ring out my mournful rhymes
But ring the fuller minstrel in.
XXX
Ring out false pride in place and blood,
The civic slander and the spite;
Ring in the love of truth and right,
Ring in the common love of good.
XXX
Ring out old shapes of foul disease;
Ring out the narrowing lust of gold;
Ring out the thousand wars of old,
Ring in the thousand years of peace.
XXX
Ring in the valiant man and free,
The larger heart, the kindlier hand;
Ring out the darkness of the land,
Ring in the Christ that is to be.

A translation into Swedish by Edvard Fredin called ‘Nyårsklockan’ – ‘The New Year’s Bell’ – is recited just before the stroke of midnight at the annual New Year’s Eve festivities at Skansen in Stockholm, capital of Sweden. This tradition began in 1897 when the young Swedish actor Anders de Wahl was asked to recite the poem. De Wahl then performed the poem annually until his death in 1956. Since 1977 the Swedish national public TV broadcaster, SVT, has aired the event live, and the first to read the poem on television was the actor Georg Rydeberg. The show turned out to be a major success, and watching it on New Year’s Eve quickly became a nationwide tradition. Rydeberg recited the poem until his death in 1983. After that many famous Swedish actors and/or singers have recited the poem.

  • Georg Rydeberg 1977 – 1982
  • Jarl Kulle 1983 – 1996
  • Margaretha Krook 1997 – 2000
  • Jan Malmsjö 2001 – 2013
  • Loa Falkman –  2014
  • Malena Ernman – 2015
  • Pernilla August – 2016
  • Krister Henriksson – 2017

It should be noted that the Swedish translation differs significantly from the English original. Inspired by the Swedish tradition, auto manufacturer Volvo used the poem in a 2016 New Year’s Eve advertisement (TU).

Ciąg dalszy jutro / Follow us tomorrow

Sylwester Wallandera

Wszyscy Czytelnicy tego bloga wiedzą, że jestem wielbicielką prozy Mankella. Pisałam o tym kilkakrotnie, między innymi o rozważaniach Mankella na temat cerowania skarpetek, które uważam za głębokie, mądre i smutne opisanie naszej współczesnej kondycji ludzkiej.

Kilka miesięcy temu opowiedziałam Czytelnikom o 7 książkach, które wybrałam sobie na straganie w Szczecinie. Jedną z nich był Mankell.

Jak niemal zawsze u Mankella, jest zimno, policjanci grzęzną w błocie, zbliżają się święta, ale oprócz kalendarza nic ich nie zapowiada. Ważna jest pogoda. Książka rejestruje najdrobniejsze jej zmiany.

W Wigilię po południu padał deszcz. Pierwszy dzień świąt był zimny i słoneczny. Drugiego dnia świąt, tuż po siódmej, Wallander wyjrzał przez okno w kuchni. Padał deszcz ze śniegiem i był to przygnębiający widok. Stanął przy oknie. Śnieg robił się coraz gęstszy. Wstał i poszedł do kuchni. Śnieg wciąż padał. Uliczna latarnia kiwała się miarowo na wietrze. Potem biegł przez mokry śnieg i omal się nie przewrócił na schodach.
– Wpadnę w sylwestra – powiedział.
– Przywieź butelkę koniaku – odparł ojciec.
Następnego dnia wyjrzało słońce i temperatura wynosiła pięć stopni. Rankiem 30 grudnia w Ystad sypał gęsty śnieg. Jeżeli pogoda się nie poprawi, w sylwestra zapanuje kompletny chaos, pomyślał Wallander. Rydberg zapytał Wallandera o plany na sylwestra.
– Jadę do mojego starego do Löderup. Kupię mu koniak, coś przegryziemy, pogramy w karty, poziewamy i o północy wzniesiemy toast. Potem wrócę do domu.
– Staram się zawsze przespać ten wieczór – wyznał Rydberg. – Sylwester to dla mnie zmora. Jeden z niewielu dni, kiedy biorę poszek nasenny.
Uścisnęli sobie dłonie, jakby chcieli zaznaczyć, że ten dzień jest szczególny. Wallander poszedł do biura, wyjął kalendarz na 1990 rok i wypróżnił szuflady biurka. Zwyczaj, który przyswoił sobie kilka lat temu. Z nadejściem nowego roku czyścił szuflady i wyrzucał stare papiery. Ilość śmieci w szufladach wprawiła go w zdumienie. W jednej wyciekł klej.
O siódmej pojechał do domu, wziął prysznic i się przebrał. Krótko po ósmej był w Löderup. Ojciec przyrządził wyjątkowo smaczną zapiekankę z ryby. Wallander kupił ojcu koniak i ojciec pokiwał z zadowoleniem głową na widok butelki henessy. Włożyli do lodówki szampana. Kolację popijali piwem. Ojciec, chcąc uczcić ten wieczór, włożył swój stary garnitur i krawat. Wallander po raz pierwszy w życiu widział tak oryginalny węzeł.
Tuż po dziewiątej zasiedli do pokera. Wallander dostał dwukrotnie do ręki trójkę, ale wymienił jedną kartę, żeby pozwolić ojcu wygrać. Około jedenastej wyszedł się wysikać na podwórze. Było bezchmurnie i trochę chłodniej. Niebo iskrzyło się od gwiazd. Wszedł do domu. Ojciec wypił już sporo koniaku i był lekko wstawiony. Wallander zamoczył tylko usta. Chciał wrócić na noc do domu. Wprawdzie znał punkty kontroli drogowej, ale uważał, że nie wypada mu prowadzić po alkoholu. W każdym razie nie w sylwestra. Czasami mu się to zdarzało i za każdym razem obiecywał sobie, że to ostatni raz.
Około pół do dwunastej zadzwoniła Linda. Kolejno z nią rozmawiali. Wallander słyszał w tle głośną muzykę. Musieli ją przekrzykiwać.
– Z nami byś miała fajniej! – krzyczał do słuchawki.
– Skąd możesz wiedzieć?! – odkrzyknęła wesoło.
Złożyli sobie życzenia. Ojciec nalał sobie kolejny kieliszek koniaku. Rozlał przy tym trochę na podłogę. Był w świetnym humorze. Dla Wallandera to było najważniejsze. O dwunastej zasiedli przed telewizorem i słuchali…

…ciąg dalszy o tym, czego słuchali Wallander i jego Ojciec, a z nimi cała Szwecja – jutro… Szczęśliwego Nowego Roku! W minutę po północy historia potoczy się dalej. Uwaga – po angielsku! 🙂

Vergessene Texte 1

… und zwar so vergessen, als ob sie nie exitierten. Und dabei habe ich den honorarlosen Text gern geschrieben und ihm den ganzen Sommer 2015 gewidmet. Er erschien 2016 in einer Zeitschrif mit dem Datum 2014 und so vielen Fehlern, dass ich mich schämte die Autorenexemplare jemanden zu zeigen. Somit ist es offiziell ein Nachdruck und nicht Originaltext. Obwohl, ich habe es natürlich umgehend geändert und korrigiert. Durchgesehen, wie man es schön auf Deutsch sagt.

Hier die ofiziellen Angaben zu den Protagonisten: Carl Ulitzka Wikipedia

Ewa Maria Slaska, Berlin

„Ach, unser Prälat Ulitzka“

Ich bedanke mich bei Frau Pastorin Elisabeth Kruse, Ehrwürdigen Schwester Walburga, Pfarrer Peter Beier, Herrn Diakon Andreas Buntrock, Pfarrer Eberhard Kort, Herrn Engelbert Kremser, Pfarrer Horst Pietralla, Herrn Bernd Thürling

Als ich – Schriftstellerin und Publizistin – damit beauftragt wurde, über Carl Ulitzka zu schreiben, war ich mir über das Ausmaß dieses Wagnisses nicht im Klaren. Ich wusste, wer er war und dass er zu den vielen Persönlichkeiten gehörte, die schon vor dem Kriege grenzübergreifend zwischen Deutschland und Polen tätig waren, als symbolische Figuren der deutsch-polnischen Verständigung einen wichtigen Rang verdienten und stattdessen mit der Zeit in Vergessenheit geraten sind. Was mich aber persönlich an seiner Biographie am tiefsten berührte, war die Tatsache, dass er von der Nazis als „Polenkönig“ verfolgt und von den Polen als „Scheiß-Deutscher“ beschimpft wurde. Und ich wusste noch, dass (und wo) er in Berlin beerdigt wurde. Mehr noch, ich war einmal bei seinem Grab. Aber das war auch schon alles. Daher dachte ich, als mir der Auftrag erteilt wurde, prima, ich kann dabei mehr über Ulitzka erfahren…

Jeder Journalist, der über etwas schreibt, prüft heutzutage nach, was sich über sein Thema im Internet finden lässt. Auch ich tat nichts anderes. Und dabei überkamen mich Zweifel. Zuerst fand ich Hunderte und Aberhunderte Texte über Ulitzka. Auf Deutsch und auf Polnisch.

Dann kam es aber noch schlimmer, als ich das Buch von Guido Hitze entdeckte – Carl Ulitzka (1873-1953): Oberschlesien zwischen den Weltkriegen. 1440 Seiten! Der Autor schrieb darin folgendes:

Seine Biografie spiegelt gleichsam die besondere Entwicklung dieser umkämpften Grenzregion, die Abstimmungskämpfe in Oberschlesien nach dem Versailler Friedensvertrag wieder. Deutlich werden die Positionen des Zentrums innerhalb des Parteienspektrums sowie des deutschen Katholizismus vor und während der nationalsozialistischen Gewaltherrschaft. Die umfassende Studie porträtiert erstmals die Geschichte Oberschlesiens bis 1945 und den Lebensweg Ulitzkas aufgrund neuester Forschungsergebnisse. Der Autor wertet bisher unbekanntes Quellenmaterial deutscher und polnischer Archive aus und kommt zu neuen Ergebnissen…

Wie kann ein Journalist, ein Laie, ein Unwissender wagen, über einen Mann zu schreiben, über den allein dieser Autor 1440 Seiten geschrieben hatte? Und erst recht all die anderen Forscher…!

Aber bei all diesen Zweifeln ob eigener Unzulänglichkeit wusste ich, dass ich doch etwas über Ulitzka zu sagen habe, dass ich einen persönlichen Zugang zu ihm habe. An einem Novembertag 2006 war ich auf dem Friedhof und versuchte sein Grab zu finden. Vergeblich. Am nächsten Tag rief ich bei der Friedhofsverwaltung an. „Ach,“ sagte meine Gesprächspartnerin, „unser Prälat Ulitzka“… der liegt dort und dort begraben. Es folgten genaue Hinweise…

Interessant, dachte ich, dass er für Menschen, die ihn nicht persönlich kannten, immer noch „ihr Prälat“ war. 60 Jahre und mehr nach seinem Tod bewahrt ihn die kollektive Erinnerung. Das wollte ich näher untersuchen. So begann die Spurensuche, deren Etappen Bernau bei Berlin, Biesenthal bei Bernau, Templin, Lobetal, Berlin-Karlshorst, Berlin-Friedrichshagen, Berlin-Lankwitz und Potsdam wurden. Ich wurde mit einer Empfehlung von einem Ort in den nächsten geschickt. Nur die erste Etappe bestimmte ich selber, ich ging dorthin, wo ich sicher war, etwas zu finden: Auf den Friedhof. Das heißt, mein Ausgangspunkt war das Ende – von da rollte ich seine Geschichte auf.

Ich kannte das Wort Prälat, wusste aber nicht, was es/er ist? Ulitzka ist 1926 Päpstlicher Hausprälat geworden. Wikipedia informiert, dass in der katholischen Kirche als Prälat der Inhaber ordentlicher Leitungsbefugnisse, Inhaber höherer kurialer Ämter oder ein verdienter Priester, der den Ehrentitel vom Papst erhalten hat, bezeichnet wird.

Fortsetzung folgt in ein paar Tage


Quellen:
Guido Hitze, Carl Ulitzka 1873-1953 oder Oberschlesien zwischen den Weltkriegen, Düsseldorf 2002

Wiersze w kolorach

Teresa Rudolf

Niesamowite kolory Howarda Behrensa…

„Niesamowicie wiele
kiczu w niej” o mnie ktoś
mógby powiedzieć.
A ja? A ja najchętniej
ubrałabym się w te obrazy

I chodziła sobie
po ulicy,  po plaży
po mieście
po polach
wszędzie.

Siedziałabym sobie w nich,
w Santorino, na Korsyce,
na uliczkach z kawiarenkami,
na balkonach białych
domków willowych,

gapiąc się w niebo takie nieprawdopodobnie
kiczowato-niebieskie,
na te owce na pastwisku nieba,
pasące się moją tęsknotą.

Ach ten Howard Behrens!

A te kwiaty tak pachną,
że chodzę po ogrodzie pijana,
potykam się o  powietrze,
ślepnę od kolorów,

które sobie kiedyś
wybrałam na marzenia,
które wyśniłam
śniąc na jawie,

cała niebieska w środku
cała słoneczna w środku
cała leciuteńka w środku,
cała zwiewna, biała

niebiesko-biała,
niebiesko-złota
niebiesko-szmaragdowa
niebiesko-niebieska

cała jakaś taka niewinna,
jak powiew od morza,
leciutka jak obłoczek,

cala jakaś, taka…

Nie wysłany nigdy list do pewnej damy w kapeluszu i z parasolką

Już wiem,
gdzie się zgubiłaś…
zostałaś bardzo dawno temu
w obrazach Clauda Moneta,
paradując po ogrodach
w  tysiącach kapeluszy,
po “Normandiach”
z ogrodami ociekającymi
czerwonym kwiatem żywotności.

Patrząc
z wyższością kogoś,
kto najlepiej wie,
co to melancholia, co  migrena,
łykająca ciagle kropelki
z przepięknej torebki,
z damą do spacerów z dziećmi,
do wyprowadzania piesków,
do głaskania kotów.

Najczęściej sama, z parasolką
chroniącą przed słońcem,
przed deszczem,
przed oczyma ciekawskich
oddając się naturze
nie pytana po co,
dlaczego tak,
dlaczego inaczej,
nie gnębiona realnością.

Nie zauważyłaś kiedy
znalazłaś się,
w DZISIAJ
w kamienicy, bez ogrodu,
w mieście pełnym ludzi,
o ciekawskich spojrzeniach
na tę kobietę, w kapeluszu,
zagubioną w sobie
w melancholii z tamtych lat.

Nie widząc tak naprawdę nikogo,
jak wtedy, czując coś,
niewypowiedzianego
jak wtedy, odgradzając
się od tego pospólstwa
jak wtedy…
będąc nieszczęśliwą
samotną, kobietą
w kapeluszu i bez parasolki.

Puste dni

Ewa Maria Slaska

Pełnia i pustka

Wiem, puste dni mogą znaczyć po prostu dni bez treści, puste dni, pusty czas. Ale mnie chodzi o znaczące puste dni, odznaczające się wyraźnie na tle przebiegu całego roku. Wiele kalendarzy zna puste dni, dni które wypełniają czas wymuszony na matematyce przez astronomię, a zwłaszcza Księżyc. Rok to było 12 miesięcy słonecznych po 30 dni (o dwa dniwiącej niż miesiąc kalendarzowy) i pięć do zapachania dziury matematycznej.

W Europie pozostała jeszcze pamięć tych pustych dni, różnych rzeczy nie wolno, albo przeciwnie – koniecznie trzeba zrobić w okresie pomiędzy końcem Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem, który przyjdzie i jak  miotła ustawi wszystko z powrotem w jak najlepszym porządku.

Tuż przed świętami była pełnia Książyca, pisała o niej Teresa Rudolf, a Tibor Jagielski przysłał reprodukcję obrazu. Gdy mija pełnia, dni ubywa, Księżyc się kurczy, kurczy się ostatni tydzień w kalendarzu. W puste dni rok jak żołnierz odcina czas na miarce krawieckiej.

Trzeba oddać długi. Trzeba przeprosić tych, wobec których zawiniliśmy. Wyrzucić śmieci nagromadzone po kątach. Kupić szczotkę i śmietniczkę. Nie prać. Jeśli znamy te przesądy, my, ludzie z miasta, wykonujemy je (jeżeli w ogóle) tylko mechanicznie. Nie pierzemy, zamiatamy, kupujemy szczotkę. Nie wiążemy z tym czasem żadnych prawdziwych ważnych decyzji i właściwie nie mają one najmniejszego znaczenia.Tak to zresztą oddaje najlepszy barometr zainteresować społecznych czyli google. Wpiszmy “puste dni” i  zobaczmy, co “nam wyjdzie”? Raperska piosenka QBKA, a poza tym zwykłe uwagi. Puste dni, to dni bez terminów i spotkań, ciężkie dni, kiedy nic nie ma znaczenia lub nic się nie chce. Gdy dorzucić do hasła słowo “kalendarz”, pojawią się puste kartki bez terminów i bez znaczenia. W książce Kalendarz Polski Józefa Szczypki nie ma nawet wzmianki o pustych dniach.

Tymczasem w kulturze ludowej przełom roku ma ogromne znaczenie. Pięć dni, które nie przynależą do żadnego miesiąca, ciemne dni, być może w ciągu tych dni objawi się smok i pożre świat i żaden miesiąc – bóg – patron go nie obroni. Mircea Eliade pisał, że tych bezpańskich dni było w kulturze rumuńskiej 12 – były to dni kalendarzowe, te które wynikały z różnicy między kalendarzem starej daty (juliańskim) a nowym, czyli naszym – gregoriańskim.

Jak każdy człowiek podmodernistyczny jestem kulturowym eklektykiem, czyli biorę z tego co mnie otacza i co wiem, to co mi akurat najlepiej pasuje. Pięć pustych dni między końcem świąt a nowym rokiem “akurat mi pasuje”. Roi mi się, że są to dni uwolnione z gorsetu, otwarte – owszem być może niebezpieczne, ale zapewniające większą niezależność myśli, swobodę przeskakiwania z tematu na temat, z książki do książki. Tak jakby świat myśli i wyobrażeń, nie znając granic ni kordonów, otaczał mnie jak wielki ocean, przenosząc zdania ze snu do książek, z książek do muzyki, z wody do filmu. Nad wielkim ciemnym morzem świeci wielki jasny księżyc, wielkie białe jabłko niebytu…

Projekt okładki Lucyna Talejko-Kwiatkowska, foto – Piotr Chojnacki

Bohaterka lubiła trzymać świeczki w sypialni. Inną dało się określić tylko jako morze, a jeszcze lepiej – ocean. Czytam w książce Myttinga o trumnie ozdobionej naręczem kwiatów kartofli, a ktoś, kto nic o tym nie wie, przynosi mi pocztówkę z kwiatem kartofli.

Leżę w szpitalu, mam ochotę przeczytać Cola Breugnon Romain Rolland – wieczorem przychodzi koleżanka i przynosi mi tę książkę.

Jadę taksówką. Taksówkarz ma bary jak byczek, łysy łeb, szeroki kark.
– Jest mi niedobrze, mówi. – I rzeczywiście widzę, jak na karku występują mu krople potu. – Zjadłem coś niedobrego.
– Niech pan zjedzie na bok – proponuję. Mam czas, sama dojdę stąd do dworca.
Nie zgadza się jednak. Boję się, że umrze.
Nigdy mi się to jeszcze nie przydarzyło. I nigdy o tym nie słyszałam.
Jadę do innego miasta. Myślę o oceanie i ośmiornicach, rozmawiamy o polityce. Kobieta, u której nocuję, pyta czy pamiętam aferę z ośmiorniczkami. Takie halo wokół tego zrobili, a teraz, szkoda gadać…
Kobieta, u której nocuję, lubi palić świeczki w sypialni. Ja nie. Przed zaśnięciem sięgam na półkę po cokolwiek, żeby przeczytać dwie strony i zasnąć jak kamień.
Trafiam na Białe jabłka. Lektura mnie wciąga, docieram do strony 42.
Bohater jedzie taksówką. Taksówkarz jest chudy, łysawy, ma wielkie oczy i wąski nos.
– Przepraszam, że przeszkadzam – mówi – ale mam okropną zgagę. Pozwoli pan, że staniemy na momencik przy aptece, żebym coś kupił…
Nie zdąży jednak, umrze zanim dojedzie do apteki.
Jego dziewczyna je kanapkę z pastrami, o której pisałam wczoraj. Idealną kanapkę. Tym razem tłumacz nazwał ją kanapką z wędzoną wołowiną.
Na stronie 208 mężczyźni w zakładzie fryzjerskim formują Franza, faceta, który rozmawia z Bogiem. Znam go, mój wnuk wymyślił go już kilka miesięcy temu. Też miał na imię Franz.

Co z tego wynika? Nic? Są puste dni. Przeczytajcie te trzy książki.