Jeszcze jeden wiersz na lato

Tresa Rudolf

Zabrała mnie,
jak żadna inna…

Zabrała mnie nagle,
zabrała, jak dawno żadna,
w swój świat, w swoje kino,
słowem, obrazem, uczuciem.

Mała, szczupła, skromna
bez uwodzicielstwa kobiety
świadomej swego pìękna,
bez ogromnych portretów

bez “modelowania”, bez
ścigania się z innymi,
cichutka, schludna, bez
hałasu i dla niej kampanii.

Przyszła do mnie całkiem sama,
uśmiechnąwszy się nieśmialo,
pierwszym zdaniem witając:
“kocham podróże pociągiem”…

Spojrzala figlarnie, zapytała,
“zabierzesz?”, zabiorę, zabiorę…
I nagle, zabrała mnie ona,
zabrała, jak dawno żadna…

Mała, zgrabna, zręczna,
kochająca podroże
pociągiem,
ksiażeczka…

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Woodstock vor 11 Jahren (Reblog/Reprint)

Jacek Slaski

TIP Berlin

Auch 39 Jahre nach dem berühmtesten Musikfestival der Popgeschichte wird im
idyllischen Woodstock der Mythos der Hippiebewegung liebevoll gepflegt.

Die andere Stadt: Woodstock

Tatsächlich war „Woodstock“ gar nicht in Woodstock. Jenes drei­tägige Ereignis, das vom 15. bis 18. August 1969 durch die Kombination aus schlechtem Wetter, schlechten Drogen, einer chaotischen Organisation und einer halben Million Hippies zum Schlüsselmoment der 60er Jahre wurde, musste wegen des riesigen Andrangs auf Max Yasgurs Felder in der Nähe der Kleinstadt Bethel verlegt werden, ganze 69 Kilometer von Woodstock entfernt.

Doch das hat dem Ort nicht geschadet. Heute sieht das malerische Städtchen am Fuße des Cat­skill-Mountain-Naturschutzreservats immer noch aus wie ein am Leben erhaltener Hippietraum. Die beschauliche Stadt bietet alles, was langhaarige Freaks, liberale Aussteiger und Künstlerseelen zum Leben brauchen. Eine entspannte Atmosphäre, viel Natur und frische Luft, gesundes Essen und nicht zuletzt ausreichend Rockmusik. Kleine Läden mit Kunsthandwerk, bunten Hemden und selbst gemachtem Schmuck prägen den Ort, dazu gesellen sich Galerien, Plattenläden, Cafés und Restaurants mit vegetarischen Spe­­zialitäten.

Künstler ohne Ende

„Drei Vier­tel der Leute hier sind entweder vollständig oder zumindest teilweise künstlerisch tätig“, sagt Barry Samuels, der Vorsitzende der Handelskammer in Woodstock. Der kleine Mann mit verwuscheltem grauen Haar und Nickelbrille steht vor einer bunten Holzhütte mit Peace-Zeichen auf dem Dach, dem Hauptsitz der hiesigen Händlergilde, und sinniert über die Geschichte dieses besonderen Ortes.
Die weltoffene und kreative Stimmung, die Woodstock seit jeher umgibt, war schon früh für die New Yorker Bohemiens attraktiv. Zu Beginn des 20. Jahrhunderts zog es sie in diese abgeschiedene Gegend mit Wäldern, Bergen und Flüssen. Der Engländer Ralph Whitehead gründete um 1903 die Byrdcliffe Arts Colony, die noch heute von dieser Tradition zeugt. Viele der damals errichteten Holzhäuser, in denen Künstler, Schauspieler, Dichter und Journalisten lebten und arbeiteten, sind noch heute zu besichtigen.

Später folgten die Beatniks, die Folkszene und die Hippiebewegung. „David Bowie, Thelonious Monk, Lee Marvin, Van Morrison und Ethan Hawke haben hier alle eine Zeit lang gelebt“, sagt Samuels nicht ohne Stolz. Bob Dylan zog sich 1966, nach seinem tragischen Motorradunfall, dorthin zurück. In Woodstock erschuf er gemeinsam mit The Band in einer rosafarbenen Scheune namens Big Pink seine Vision einer uramerikanischen Musik. Nachzuhören sind die Ergebnisse auf den Alben „The Basement Tapes“ oder „Music from Big Pink“. Wer sucht, kann Big Pink entdecken, allerdings befindet sich das Anwesen in Privatbesitz, außer der Erinnerung ist wenig geblieben. Besser man kehrt gleich bei dem 68-jährigen The-Band-Schlagzeuger Levon Helm ein. Der lebt immer noch in diesen Wäldern und organisiert gelegentlich in seiner Scheune die „Midnight Ramble“-Konzerte. Für Musikfans eine einmalige Gelegenheit, den alten Geist von Woodstock zu spüren.

Ausgeglichener Wallfahrtsort

„Früher, vor dem legendären Festival, trafen sich Bands aus der Umgebung auf einem leeren Feld und spielten Blues, Country und Folk, aber auch Kammermusik und klassische Werke, und die Bewohner holten ihre Picknick­körbe raus“, erinnert sich Samuels. 1969 sah aber alles anders aus. Die musikalische Revolution war im vollen Gange und das geplante Woodstock Music and Art Fair Festival drohte den überschaubaren Rahmen zu sprengen. Darum muss­ten Jimi Hendrix, Janis Joplin und Santana bei Bauer Yasgur spielen.
Woodstock wurde trotzdem als Symbol der Hippiebewegung zum Wallfahrtsort. Alles strahlt Ausgeglichenheit aus. Die Hotels heißen Harmony House oder Dharma Guest House, im Woodstock Farm Sanctuary leben Kühe und Schafe, die vor dem Schlachthaus gerettet wurden, und in vielen Fens­tern hängt das freundliche „Freaks Welcome“-Schild. Das zeugt nicht nur von der friedlichen Philosophie der Hippies, sondern auch von ihrem Geschäftssinn. Mag die Bewegung in den 60ern an­ti­ka­pi­ta­lis­tisch gewesen sein, heute wis­sen die Freidenker von einst durchaus, wie man sich aus den Ideen der Vergangenheit ein angenehmes Leben in der Gegenwart einrichten kann. Und das allein ist schon bewundernswert.

Anreise
Von New York City etwa zweiStun­den mit dem Auto. Mietwagen am besten in Deutschland reservieren, das ist günstiger als vor Ort, z.B. www.billiger-mietwagen.de/Autovermietung-new-york.html

Woodstock_Jacek Slaski

Ansehen
Byrdcliffe Arts Colony Die um 1903 errichteten Holzhäuser der ersten Künstlergeneration in Woodstock, Upper Byrdcliffe Road, www.woodstockguild.org;
Artist Cementary: Auf dem kleinen Friedhof wurden berühmte Bewohner Woodstocks beerdigt.
Buddhistisches Kloster: Oberhalb des Stadtzentrums, am Ende der Meads Mountain Road. Dort beginnen auch die Wanderwege in die Catskill Mountains.

Midnight Ramble Konzertreihe in der Scheune von Levon Helm, Schlagzeuger von The Band, Infos unter www.levonhelm.com

Essen und Trinken
Joshua’s Restaurant im Zentrum (51 Tinker Street) ist seit 30 Jahren eine Institution. Das „Gourmet Magazin“ nennt das Bear Café (295 Tinker Street) als beste Adresse.

Übernachten
Zentral: Phoenicia Belle (73 Main Street, http://www.phoeniciabelle.com, ab 90 Dollar/Nacht) und Twin Gables Guest House (73 Tinker Street, www.twingableswoodstockny.com, ab 84 Dollar/Nacht)


Zugabe vom Sommer 2019: Zum 50. von Woodstock: 100 beste Hippie-Songs

Anna Dobrzyńska

„…lecz duszy zabić nie mogą”

Szczęściem pijani, winem upojeni,
Witają wśród siebie Wielkiego Rodaka,
Cztery tysiące lat wyglądany,
W dalekim kraju, jarzmo Polaka.
Przybywa do miasta, niewolą skutego,
W godności królewskiej, nadzieją witany,
Orzeł z Gór, Wyżyn i Szczytów w zenicie,
Najwierniejszym sługą, do końca oddany.
Orzeł po świecie Słowo roznosi,
Wlewa wśród róże światło zbawienia,
A Jego wiara czysta i dumna,
Ziemi, – tej ziemi, oblicze odmienia,
Kwiaty mu sypią, palemki pod nogi,
Jego imieniem zwą swoje dzieci,
Twarz Jego słońcem rozpromieniona,
Lampą dla sług, co w ciemności świeci.
Choć duchy beztroskie i serca otwarte,
A radość sens myślom, głębie odbiera,
Zegar na murze, co wieczność wspomina,
Ostatnie godziny pogody wydziela.
Ostatnie spotkanie, ostatnie spojrzenia,
Ostatnie chwile wspólnego pacierza,
Ostatnia śpiewana wspólnie piosenka,
Ostatnie rozmowy, Ostatnia Wieczerza.
Pośród ciemności, ogrodu, drzew mroku,
Na Skale Bawarskiej Człowiek się modli,
Samotność mu stróżem, lęk głębią, przepaścią,
Najmniejszy szmer trwoży, czas skraca i nagli,
Bracia w purpurze – daleko, posnęli,
Z krwi, ducha, narodu – rąk nie podają,
Chciał z każdym się witać, rękę wyciągał,
Oni mijają, odchodzą, nie znają,
W godzinie szarej się wilki gromadzą,
Demony duszne złem osaczają,
Jeszcze na łańcuchach, jeszcze na uwięzi,
Żelazem dzwonią, zębami szczękają,
Kroki złowrogie brzmią echem marmuru,
Bezwzględna gwałtowność przerywa ciemnicę,
Srebrzysty miecz srogi burzliwie uderza,
Nie ścina ucha, trafia w iglicę.
Niechybnie pojmany, na sąd wystawiony,
I bez przyczyny napastowany
Wie, że wypełnia się to, co spisane,
Sam, osaczony kłamstw, jadu słowami,
I mówią za Nim językiem kłamliwym,
Dawni przyjaciele są teraz wrogami,
Podstępne usta niecne w twarz plują,
Biały Włoch stoi za Jego plecami,
Gniewni niesprawiedliwie winę rzucają,
Obelgi, zniewagi, szydercze uśmiechy,
Niewinni dźwigają grzech winowajców,
I niosą na sobie oskarżeń oddechy.
Szaleństwem, żądzą, pogardą, cynizmem,
Serca ludzkości są tak przelane,
Że sędzia wbrew sobie ręce umywa,
I śmierci hańbiącej wyrok wydaje.
Zasłona rozdarta, ziemia poruszona,
Bohater miliona milionów obrazów,
Życie oddaje, ostatnie westchnienie,
W ofierze się składa na każdym ołtarzu.
Płoną kościoły ogniem paryskim,
Łańcuchy zerwane, świątynia zburzona,
Judasza srebrniki z ręki do ręki,
Sypią na pole, gdzie ziemia krwią chrzczona.
Ciało Chrystusa zmierza ku górze,
Odarte z godności, oblane trwogą,
Nie bójcie się tych, którzy zabijają
ciało,
lecz duszy zabić nie mogą.

30 lat temu upadł Mur Berliński (5)

– a dziś mija 58 rocznica rozpoczęcia jego budowy

Ela Kargol

Kaplica Pojednania w Berlinie

Jest godzina 12:00. Codziennie o tej porze w Kaplicy Pojednania przy Bernauer Straße w Berlinie odprawiane jest krótkie nabożeństwo – wspomnienie w intencji jednej z ofiar berlińskiego muru. Muru, który nie miał prawa powstać i, którego, jak zapewniał pierwszy sekretarz SED, Walter Ulbricht, „nikt nie miał zamiaru budować“, muru, który podzielił jeden naród, jedno miasto i jedną Europę. Rozdzielił rodziny, przyjaciół, ulice, dzielnice i parafie.

Jest 9 sierpnia 2019 roku, godzina 12.00, dzisiejsze modlitewne wspomnienie w Kaplicy Pojednania poświęcone jest Christianowi Buttkusowi, któremu zabrakło kilku metrów, żeby znaleźć się po drugiej stronie muru. Urodzony w Tylży w roku 1944, uciekał z rodziną z Prus Wschodnich do Niemiec. Zatrzymali się Berlinie, w Niederschönhausen, w strefie sowieckiej. Buttkus nie uznał nigdy NRD za swoją ojczyznę, a karta powołania do wojska przyspieszyła decyzję ucieczki. 4 marca 1965, trafiony 25 kulami w klatkę piersiową, zmarł na „pasie śmierci“, gdzieś między Kleinmachnow a Berlinem-Zehlendorfem.

Od 13 sierpnia 2005 roku odprawiane są w Kaplicy Pojednania nabożeństwa w intencji ofiar muru. Organizatorem ich jest ewangelicka Parafia Pojednania i Fundacja Mur Berliński.

Kościół Pojednania został wybudowany w Berlinie w 1894 roku.

Ciekawe, że był też inspiracją dla gdańszczan – kilka lat później w Gdańsku-Oliwie powstał bardzo podobny kościół pod tym samym wezwaniem i stoi do dziś, zmienił tylko gospodarza.

Ten w Berlinie działał prężnie w dzielnicy, w której musiał borykać się z wieloma problemami społecznymi. Przetrwał I Wojnę Światową, z drugiej wyszedł, choć zniszczony, ale obronną ręką.W 1950 roku odremontowany, podjął duszpasterską działalność i do roku 1961 regularnie odprawiane były tu msze. Budynek miał jednak pecha, znalazł się bowiem dokładnie na granicy sektora francuskiego i sowieckiego. Większa część parafii znajdowała się po stronie francuskiej, mniejsza wraz z kościołem  – po radzieckiej. 13 sierpnia 1961 roku odprawiono w kościele ostatnią mszę, dostępną tylko dla mieszkańców ze wschodniej części Berlina.

Kościół znalazł się w niedostępnym pasie granicznym, na obszarze tzw. „pasa śmierci.“ Nie eksploatowany, bez parafian, bez remontów, niszczał. Tylko wieża kościoła służyła długie lata żołnierzom strzegącym granicy niemiecko-niemieckiej jako punkt obserwacyjny i świetne miejsce strzelnicze.

Jednak w roku 1985 dla “zwiększenia bezpieczeństwa, porządku i czystości na granicy państwowej z Berlinem Zachodnim” kościół został zrównany z ziemią. Wysadzono go w dwóch etapach, 22 stycznia – nawę kościoła, 28 stycznia – wieżę.

Mieszkałam już wtedy z rodziną w Berlinie i pamiętam opowieść sąsiada, bardzo zaangażowanego w kościele ewangelickim, który pojechał specjalnie w pobliże Bernauer Straße, żeby być świadkiem tego haniebnego czynu. Nie bardzo mnie to wtedy interesowało. Szukanie jakiejkolwiek pracy i przedłużanie „duldungu” były ważniejsze.

Niecałe pięć lat później upadł mur berliński. Jak najszybciej próbowano pozbyć się śladów “muru hańby” i śladów podziału. I wtedy Parafia Pojednania podjęła decyzję o wybudowaniu kaplicy na miejscu zburzonego kościoła i zachowaniu części muru i innych pozostałości po niechlubnym podziale miasta ku przestrodze i pamięci dla potomnych.

Kamień węgielny pod budowę kaplicy położono 23 maja 1999 roku. Budynek składa się z dwóch części owalnych. Część wewnętrzna wybudowana jest z ubitej gliny, w której umieszczono gruz ze zburzonego kościoła, część zewnętrzną tworzą drewniane pale.
9 listopada 2000 roku, w jedenastą rocznicę upadku muru, Kaplica Pojednania została uroczyście otwarta.

Wrócił do niej ołtarz, z ostatnią wieczerzą, do której Jezus i kilku innych apostołów zasiadło bez twarzy. Wróciły trzy dzwony, krzyż z kościelnej wieży i kilka innych zachowanych fragmentów. Kapitele, które wieńczyły kolumny empory, zdemontowano przed wysadzeniem kościoła, „Baranek Boży” znajdujący się w portalu wejściowym został wydobyty z gruzów świątyni.

Wokół kaplicy zasiano żyto. I tak pole śmierci zamieniło się w pole uprawne.

Jedna z przypowieści Salomona głosi:

„Kto uprawia swoją rolę, ma dosyć chleba; lecz kto się ugania za marnościami, jest nierozumny”.

W 25 rocznicę upadku muru berlińskiego Stowarzyszenie Chleb Pokoju (FriedensBrot) zaprosiło 11 krajów ze środkowej i południowej Europy, nowych członków Unii Europejskiej, do udziału w projekcie wypieku europejskiego chleba pokoju. Ziarno pozyskano z pola przy berlińskiej Kaplicy Pojednania. Zboże trafiło do jedenastu państw Unii Europejskiej, w Polsce do Suchowoli, miejsca skąd pochodził ksiądz Jerzy Popiełuszko i miejsca, gdzie znajduje się geograficzny środek Europy. W sierpniu 2014 roku odbyły się w Suchowoli żniwa. Z ziarna zmieszanego ze zbożem z innych państw wypieczono Europejski Chleb Pokoju. I tak jest co roku.

Nowym projektem Parafii Pojednania było założenie Ogrodu na „Ziemi Niczyjej” (Der Garten im „Niemands Land“), czyli znowu symbolicznej zamiany nieużytku, wcześniej pasa śmierci, w ogród uprawny. Teren należy do Cmentarza św. Elżbiety. Podczas budowy muru część cmentarza zlikwidowano, przenosząc groby w inne miejsca. I właśnie tutaj kwitną teraz słoneczniki, malwy, a wokół nich brzęczą pszczoły. I wielu ogrodników różnych wyznań lub niewyznań pielęgnuje swoje zagony.

W polu żyta umieszczono krzyż ze starego Kościoła Pojednania, który pracownicy cmentarza odnaleźli i przechowali do czasu, gdy w 1995 roku wrócił do parafii.

Parafia od roku 1999 należy do Wspólnoty Krzyża z Gwoździ z Coventry.

28 sierpnia 2019 zegar z Kościoła Pojednania znowu zacznie odmierzać czas, po 58 latach milczenia.

Bardzo trafnie, nie tylko o zegarze, ale o bezsensownym podziale miasta, napisała w 1961 roku Milly Hilgenstock:

Die Kirche steht leer und verlassen

Es liegt an der Bernauer Straße
Inmitten der Stadt Berlin
Die Kirche, die jetzt verlassen,
Es steht eine Mauer darin.
Es mahnten so viele Stunden
Versöhnungsglocken die Stadt.
Sie klagten über die Wunden
Die Krieg uns geschlagen hat.
Nun sind die Glocken verklungen,
Vermauert die Kirchtür, das Tor.
Und wo Lieder gesungen
Schweigt jetzt Gemeinde und Chor.
Die Uhr am Kirchturm blieb stehen
Bevor es Mitternacht schlug.
Wohin Herr sollen wir gehen?
Wann ist des Wartens genug?
Was will der Zeiger uns sagen,
Der fünf vor 12 blieb stehn?
Die Mauer hat uns zerschlagen,
wir können uns nicht mehr sehn.
Wir grüßen drüben die Brüder,
Die jetzt durch die Mauer getrennt.
Wir wissen, wir sehen uns wieder,
Der Herr die Seinen doch kennt.
Die Kirche steht leer und verlassen,
Kein Licht, kein Orgelton mehr.
Und an der Bernauer Strasse
Die Steine klagen so schwer.
Die Zeit mag das Kreuz verhöhnen,
Es bleibt, wenn die Mauer zerfällt.
Dann wird uns wieder versöhnen
Gott über den Mauern der Welt.

http://uhr-der-versöhnung.de/
(Tłumaczenie: Bernauer Strasse w Berlinie)

Warto zajrzeć na stronę internetową Kaplicy Pojednania, ponieważ parafia oferuje nie tylko msze i modlitwy, ale również koncerty, teatr, wykłady, spotkania z książką i jest pomysłodawczynią wielu społecznych inicjatyw.

https://www.versoehnungskapelle.de/

Barataria jako projekt szkolny

Chciałam napisać o książce kucharskiej Tortilla u Sancho Pansy Janiny Pałęckiej i Oskara Sobańskiego, tymczasem poszukiwania zawiodły mnie do pewnej szkoły w pewnym niewielkim mieście, gdzie kilka lat temu nauczyciele i bibliotekarze zorganizowali taki oto projekt:

Świat na widelcu: tortilla u Sancho Pansy – opis projektu

Cel główny: rozpowszechnianie rezultatów projektu:
Wyspy Szczęśliwe
drogą do doskonałości, kariery i osiągnięcia mistrzostwa zawodowego
dla uczniów i nauczycieli Zespołu Szkół nr 7 w T.

Cele szczegółowe:
– kształtowanie postawy ciekawości, otwartości i tolerancji wobec kultur innych krajów
– zainteresowanie odbiorców kuchnią hiszpańską i kulturą żywienia
– upowszechnienie wiedzy na temat hiszpańskich tradycji kulinarnych
– promowanie i rozwój czytelnictwa dzieci i młodzieży
– integracja społeczności lokalnej
– rozwijanie zdolności pracy w grupie

Uczestnicy: – nauczyciele i uczniowie Zespołu Szkół nr 7 w T. (w tym uczniowie zakwalifikowani do wyjazdu na staż na Teneryfę, w ramach przygotowania kulturowego)
– pracownicy Biblioteki Miejskiej w T. (oddział dla dzieci)
– dzieci i młodzież, czytelnicy oddziału dla dzieci Biblioteki Miejskiej w T.

Etapy projektu
Spotkanie nauczycieli i pracowników Biblioteki Miejskiej w T., opracowanie szczegółowego planu działań
Wybór i przygotowanie materiałów, niezbędnych do realizacji programu:
– wyszukanie przepisów na potrawy charakterystyczne dla kuchni hiszpańskiej, listy składników, sposób wykonania oraz zdjęcia gotowych dań
– przygotowanie informacji na temat bohaterów książki Miguela de Cervantesa: Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manchy i ich ulubionych potraw (tortilla Sancho Pansy)
– Przygotowanie prezentacji multimedialnej na temat Hiszpanii i hiszpańskiej kuchni oraz wiatraczków z ciasta
– Spotkanie z czytelnikami oddziału dla dzieci Miejskiej Biblioteki Publicznej w T. (w ramach obchodów Międzynarodowego Dnia Książki / rocznicy śmierci autora Don Kichota –23.04)
– Prezentacja multimedialna, podstawowe informacje na temat: Hiszpanii, potraw hiszpańskich i Sancho Pansy, bohatera książki Cervantesa
– Przygotowanie hiszpańskiej tortilli (wspólne zajęcia dzieci i pracowników Biblioteki Miejskiej) wg przepisu Sancho Pansy – uczta dla ciała (tortilla) i dla ducha (głośne czytanie fragmentów „Don Kichota”, wykonanie prac plastycznych – ilustracji do odczytanego tekstu)

***

Miguel de Cervantes: Don Kichot
Rozdział czterdziesty siódmy, w którym Sancho Pansa nadal rządzi na wyspie Baratarii, lecz wydaje mu się to coraz uciążliwsze

Wyglądało na to, że życzenie pana gubernatora zostanie zaraz spełnione, z sali przyjęć bowiem zaprowadzono go do sali jadalnej, gdzie czekał już stół obficie zastawiony, czekała też służba do mycia rąk, do usługiwania przy stole i do innych, na razie niewiadomych czynności. Fotel przy stole był tylko jeden i nakrycie na stole jedno, z czego łatwo było zrozumieć, że to dla Sancha i że on jeden będzie się posilał, a pozostali będą mu pomagali swą obecnością. Kiedy wkroczył na salę, rozległa się muzyka, która trwała, póki mył ręce i wycierał, a kiedy usiadł – zamilkła. W tej samej chwili pojawiła się obok gubernatora jakaś nieznajoma postać o dosyć ponurej twarzy i z fiszbinową pałeczką w dłoni. Nie zwracając uwagi na tę asystę, Sancho Pansa rozejrzał się po stole, na którym pełno było naczyń z rozmaitymi daniami, mokrymi i suchymi. Skinął z zadowoleniem głową i podczas gdy zawiązywano mu serwetkę pod brodą, zastanawiał się, od którego by zacząć. Sięgnął po najbliżej stojący półmisek z ostrygami, ale zanim zdążył której skosztować, jegomość u jego boku machnął pałeczką i pośpiesznie zabrano mu półmisek sprzed nosa. Chcąc nie chcąc zdecydował się na drugi, z pasztetem z królika, ledwie jednak wyciągnął doń rękę, gdy dotknięty pałeczką i ten półmisek uciekł przed Sanchem. To samo powtórzyło się i z trzecim półmiskiem, na którym leżały świeże jarzyny. – Czy to obiad, czy sztuczki z królikiem i kapeluszem? –zapytał zdenerwowany gubernator.
– Wasza niespożytość – powiedział z szacunkiem ów osobnik, na którego znak znikały potrawy – spełniam tylko swój obowiązek, jestem mianowicie lekarzem waszej niespożytości i mam pilnować, byście nie spożyli, uchowaj Boże, nic takiego, co zaszkodzi wam na żołądek; ostrygi były stanowczo za ciężkie, ten pasztet za ostry, te jarzyny zbyt wzdymające; z góry powiem, że nie radzę wam też jeść tej zupy, bo zawiera zbyt wiele płynu, ani tego mięsa, bo jest za suche – co powiedziawszy, wskazał pałeczką, a służba natychmiast sprzątnęła wazę z zupą i półmisek z pieczenią.
– Zostały więc – rzekł Sancho – jeśli mnie wzrok nie myli, te apetycznie przyrządzone przepiórki.
– Raczej umrę, niż pozwolę je tknąć waszej nietykalności – oznajmił lekarz.
– A to dlaczego? –zdziwił się Sancho.
– Ponieważ, jak uczy Hipokrates, ze wszystkich niestrawności najniebezpieczniejsza jest ta, którą powodują przepiórki.
– Zacznijmy więc od innego końca – powiedział Sancho. – Pan doktor zrobi przegląd całego stołu i usunie wszystko, co może mi zaszkodzić, a tym, co zostanie, zajmę się już spokojnie, bez obawy, że mi ucieknie.
Lekarz skinął głową na znak zgody, następnie wbił jastrzębie spojrzenie w nakryty stół i pałeczka zaczęła wykonywać konwulsyjny taniec nad całą jego przestrzenią, w miarę zaś, jak się poruszała, służba ogołacała stół z naczyń, aż zamieniła go w białą pustynię, na której i mysz by się nie pożywiła, nie tylko człowiek, zwłaszcza zaś człowiek o tak dobrym apetycie jak Sanczo Pansa. Głodnemu i złemu gubernatorowi na widok znikającego jedzenia oczy coraz bardziej wyłaziły z orbit, aż doprowadzony do szału trzasnął pięścią w stół, z ostatniego uciekającego półmiska złapał ręką kawałek wilgotnego placka, zwanego po hiszpańsku tortillą, i wpakowawszy go sobie do ust, przełknął prawie bez żucia, po czym wrzasnął:
– Wynoś mi się stąd, przeklęty łapiduchu, bo ci łeb utnę za próbę zamorzenia głodem władzy państwowej! Mnie zaś niech natychmiast dadzą jeść albo zrezygnuję ze stanowiska, bo ziarnka bobu nie jest warta posada, na której się nie można najeść do syta!

WIATRAKI Z POWIDŁAMI

zob.

Ciasto:

1/4 szklanki ciepłej wody
2,5 łyżeczki suchych drożdży, instant
1/2 szklanki mleka, ciepłego
1 duże jajko
1/4 szklanki cukru
1 łyżeczka soli
2,5 szklanki mąki
200 g masła, chłodnego

Wodę wlać do dużej miski, wsypać drożdże i zostawić na minutę, żeby drożdże zmiękły. Dodać mleko, jajko, cukier i sól i wymieszać. Odstawić.
Mąkę wsypać do drugiej miski. Masło pokroić drobno w 1/2 cm plasterki i dodać do mąki. Lekko zmiksować lub zagnieść łyżką, ale tylko na tyle, by masło i mąka lekko się połączyły, a masło ciągle było w małych kawałkach. Wlać drożdże z mlekiem i łagodnie wymieszać łyżką.
Ciasto zawinąć w folię spożywczą i chłodzić w lodówce przez całą noc. Rano dużą stolnicę wysypać lekko mąką. Położyć na niej ciasto:
rozwałkować je na kwadrat o boku 40 cm,
złożyć ciasto tak, jak kartkę -1/3 dolnego boku składamy do środka, na to nakładamy 1/3 górnego boku, teraz rozwałkować na prostokąt o wymiarach 25 cm na 60 cm, złożyć wzdłuż krótszego boku tak jak na początku.
Rozwałkować na kwadrat o boku 50 cm.
Złożyć. Rozwałkować na prostokąt 25 x 60 cm.
Złożyć jak kartkę. Zawinąć w folię i schłodzić 30 minut.

W znalezionym tekście i stronie, na którą się on powołuje, przepis kończy się na tym, że ciasto trzeba ponownie schłodzić. To jednak nie koniec, bo po pół godzinie trzeba je wyjąć z lodówki, rozwałkować, pociąć radełkiem na kwadraty, te zaś nadciąć z 4 stron jak na zdjęciu. Pośrodku każdego ciastka położyć kleks powideł, zagiąć nacięte części, skleić ze sobą nad powidłami, położyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i piec w nagrzanym piekarniku – jak sądzę co najmniej 15 minut albo aż uzyskają złoty kolor.

TORTILLA PO CHŁOPSKU

tortillaespañola

1. Ziemniaki obrać i pokroić w plasterki, cebulę pokroić w piórka, czosnek drobno posiekać.
2. Na patelni rozgrzać odrobinę oliwy, podsmażyć cebulę, i czosnek.
3. Dolać oliwy i wrzucić ziemniaki, posolić, usmażyć na złoty kolor.
4. Ubić na sztywno białka, wciąż ubijając dodać po jednym żółtku i łyżkę mleka.
5. Do jaj dodać ziemniaki i cebulę
6. Przelać masę jajeczną na rozgrzaną patelnię, smażyć na maluteńkim ogniu.
7. Potrząsać patelnią tak, aby tortilla nie przykleiła się.
8. Kiedy się zetnie, przewrócić na drugą stronę, delikatnie nożem oddzielić od krawędzi patelni
9. zdjąć tortillę.
10. Duży talerz położyć na patelni i jednym ruchem ją odwrócić.
11. Położyć tortillę drugą stroną.
12. Smażyć na małym ogniu około 2 minut.
13. Gotową tortillę przełożyć na talerz, ale tak by się nie połamała, pokroić jak ciasto.

***

PS od adminki. Podobnie jak w wyprawie, o której już TU pisałam, tak i w tym projekcie szkolnym okazuje się, że Wyspy Szczęśliwe znaczą dziś coś zupełnie innego niż kiedyś – dziś pod tą nazwą rozumiemy świat, w którym żywi ludzie mają pędzić szczęśliwe życie – ongiś było to miejsce wiecznego odpoczynku ludzi szlachetnych w zaświatach. Dzisiejsze Wyspy Szczęśliwe to dawna Cytera, wyspa miłości.

Jean Antoine Watteau, Przybycie na Cyterę, 1718, Pałac Charlottenburg, Berlin

Po drugiej stronie grzechu

Nasza autorka, Łucja Fice, tym razem jako powieściopisarka.

Łucja Fice, Druga strona grzechu, Warszawska Firma Wydawnicza, maj 2019

Alski

Haft na styku światów

Być może jest grzechem prowadzić takie rozważania. O tym, co jest, mówi fizyka.
O tym, dlaczego jest – metafizyka. A o tym jak jest?
W jaki sposób nasz wewnętrzny świat przyswaja, absorbuje świat zewnętrzny? Jak powstają nasze spostrzeżenia, nasze refleksje? Co dzieje się w nas, kiedy patrzymy?
Co dzieje się w nas, kiedy zamykamy oczy? O tym wszystkim mówi ta powieść. Zdarzenia dzielą się na codzienne, niecodzienne i te, które się nie zdarzyły. Pomiędzy fizyką a metafizyką rozciąga się bezkres. Bezkres emocji, empatii, gestów dokonanych i niedokonanych, zdarzeń, które miały miejsce, miały mieć miejsce – bo ktoś na nie czekał,
nigdy nie miały miejsca a mogły – tak sugeruje bohaterce po latach jej refleksja. Dwoje dojrzałych ludzi, kobieta i mężczyzna, oboje z bagażem pamięci o wspólnym życiu. Mężczyzna wychodzi do pracy, kobieta patrzy w lustro. Kobieta wyjeżdża do pracy, mężczyzna umiera. Kobieta wraca i parzy kawę tak, jak ją uczył zmarły mąż.
Haft na styku światów – monolog wewnętrzny, w którym opowieść o życiu dwojga ludzi
oplata koronka zamyślenia o nim, prowadzi kobieta. Ze strony na stronę coraz rozleglejsza koronka, bo buddyzm sąsiaduje tam z mechaniką kwantową, a krążące w umyśle potencjały, z których potem rodzą się nasze myśli – z magią wspomnień.

„Jesteśmy wszyscy jak cząsteczki patrzące na siebie. Oby patrzeć z sercem”.
Ostatnie zdania tej opowieści są jej najlepszą syntezą – o tym właśnie ona jest.

Leszek Żuliński

Z Łucją Fice, mieszkanką Gorzowa Wielkopolskiego, znam się od lat. Debiutowała tomikiem poetyckim w 1997 roku. Poezję uprawiała niejednokrotnie, jednak od dłuższego czasu zaczęła też zajmować się prozą. I to osobliwą, bowiem opowiadającą gastarbajtowanie za granicą. Za chlebem, panie, za chlebem! Te książki to było „samo życie” – uciekaliśmy za granicę, by mieć lepszą pracę i płacę.
Powieści Przeznaczenie (2012) i Wyspa starców (2013) były „żywcem wzięte” z owego gastarbajtowania. Polegało ono przede wszystkim na opiekowaniu się starszymi osobami (w Wielkiej Brytanii i Niemczech). (…)
Tym razem skończyłem czytać najnowszą książkę Łucji pt. Druga strona grzechu.

Dr Stefan Pastuszewski tak pisze w tekście na okładce, że ta powieść pozostaje na granicy powieści i eseju. Jest swoistym traktatem usiłującym rozstrzygnąć zagadkę bytu w oparciu o intuicję, penetrację somnambuliczną, zmysły i wiedzę z zakresu fizyki kwantowej. Tłem narracji jest biografia autorki, w tym jej wieloletnia emigracja, nazwijmy ją zarobkową, choć w istocie była ona rozpoznawaniem i nowych światów, i samej siebie, którą lepiej widać w oderwaniu od pieleszy kulturowych i w sferze nowych, nieraz traumatycznych doświadczeń. Cztery gastarbajterskie powieści Łucji Fice stworzyły mocny fundament pod Drugą stronę grzechu, ale zarazem były cennym dokumentem emigracji poakcesyjnej (która stała się losem blisko trzech milionów Polaków od 2004 roku).

No, pięknie wyręczył mnie Pastuszewski, ale muszę po lekturze tej książki dodać coś od siebie. Otóż Łucja, bywająca za granicą, miała to szczęście lub empatyczną zdolność, że nie musiała na przykład sprzątać ulic, lecz opiekowała się osobami starymi lub chorymi. A praca opiekunki to był nie tylko „gen empatii”, ale także refleksji nad naszym starczym życiem.

A jeszcze piękniej wyręczyła mnie sama Łucja. Książkę poprzedza jej mini-wstęp, w którym Autorka autokomentuje „ideę” tej książki.

To książka o przeczuciach. Z konfliktami, trudną miłością starszych już osób, oddaleniem z powodu wyjazdów jednego z małżonków do pracy za granicą. To typ powieści magicznego realizmu dla tych, którzy już przeżyli żałobę, jak również dla tych, którzy stoją PRZED. Dzielę się doświadczeniami, być może z innego wymiaru. Może to książka z pogranicza NIE DO WIARY? Kiedyś nie zauważałam wielu pięknych rzeczy w życiu; one przecież istniały, ale uzmysłowiłam je sobie dopiero, gdy zabrakło najbliższej osoby. Przywołuję męża w symbolach, słowach, gestach, myślach. To książka o walce z samotnością. Dopiero po śmierci bliskiej osoby uświadamiamy sobie smak życia, jego barwę. Książka została napisana na granicy intymności i uniwersalności. Żałoba jest przejmująca, a cierpienie nie przemija, siedzi gdzieś w środku. Rozpalam cierpienie wyobraźnią, wywołuję obrazy z przeszłości, powracam do przeczuć, których wówczas nie rozumiałam.

Nikt lepiej by tego wstępu nie napisał.

Znam książki Łucji, ale tę uznaję za jej opus vitae. Masa tu różnych wątków, zdarzeń, opowieści. Gastarbajtowanie schodzi na drugi plan, bo Autorka skupiła się na podsumowaniu licznych peregrynacji i własnego żywota – i to bez „autoreklamy”, tylko z mądrym wczuwaniem się we własną drogę życia. Od drobiazgów po ważne wydarzenia.
Myślę, że kolejne rozdzialiki tej książki pisały się długimi latami. Nie ma tu spójności tematycznej, a raczej silva rerum zdarzeń, przeżyć, doznań, rozterek, domniemań… Pamiętnik żywota.

(…) Z jednej strony uderza w tej książce erudycyjność literacka, ale z drugiej niezwykła świadomość własnej drogi i losu. Ma rację Pastuszewski, kojarzący tę książkę z eseistyką. Zdarzają się tu „opowiastki”, ale przede wszystkim egzystencjalna świadomość Autorki jest tu istotą i sednem jej „smaku życia”. Mądrego życia!

Oznajmiam bez przyjacielskich i krytycznoliterackich uniesień, że jest to jedna z najlepszych i najmądrzejszych książek, jakie ostatnio czytałem.

Ciąg dalszy wypowiedzi Autorki

Jedyną rzeczywistością, która nie zawodzi i nie kłamie jest śmierć, a najpiękniejszym słowem – TAJEMNICA.
To słowo, które niesie za sobą energię poszukiwania.
Według nauki, kwantowej wizji świata, jestem tylko projekcją umysłu, postacią kwantową, elektronami, siecią neuronów. Osobiście wszystko, co widzę i wiem, uważam za sen. Obudzę się, jak będę umierać, tracąc materialną powłokę. Ponieważ w moich snach jest wiedza o przyszłych wydarzeniach, to muszę być świadomością, która wyprzedza teraźniejszość.
Choć przyszłość ze snów jawi mi się w symbolach, to niosą one ze sobą przekaz.


No tak, tak się pisze wstępy i blurby, myśli sobie Adminka, przygotowując niniejszy wpis. Na pewno mój Czytelnika już się nastroszył jak zasępiony sęp, bo wie, że tekściarze piszą takie rzeczy o powieści Danielle Steel, o różowych Harlequinach, o bezsensownym Zapachu cytryn (czy jakoś tak), ale przecież również o Prouście, i o Cervantesie, bo wszyscy wiemy, że blurby tak po prawdzie nic nie mówią. Trudna rada, przyjdzie samej i samemu poczytać… Poniżej: fragmenty str. 136-142

XXX

Dzisiaj wybieram się do katedry św. Szczepana. Już wiem, że to największa katedra na północ od Alp. Pragnę zobaczyć to dzieło architektury, z której po pożarze w 1662 roku zachowała się jej późnogotycka wschodnia część. Zachłannie czytam informacje o historii kościoła. Brama jest szeroko otwarta. W środku tłum turystów. W cielsku tego budynku czuję się jak mała mrówka w kopcu. Jest msza i już Podniesienie Najświętszego Sakramentu. Nie przyszłam się tu modlić. Przyszłam podziwiać te stiukowe dekoracje
Goviannego Battisty Carlonego, bogate freski i malowidła w bocznych ołtarzach. Nie czuję się tu dobrze ze sobą. Instytucja Kościoła będzie już na zawsze kojarzyć się z modliszką. Podniesienie Najświętszego Sakramentu. Zostaję, nie z potrzeby serca, a poczucia wstydu, że przyszłam tu tylko dla tych dzieł i dla moich rozważań. Pierwsze skojarzenie.
Kapłan na ołtarzu, podobnie jak modliszka, ma złożone na piersi ręce, a ludzie poprzez zatapianie się w modlitwie są nieświadomi jak motyl przed tym owadem. Kościół zainteresowany jest ofiarodawcami, a modliszka krwią. Obserwuję jak turyści dają datki, by tuczyć ciała kapłanów. Kościół był zawsze zdatny do żądzy, władzy i chciwości. Pieniądze ofiarodawców są jego pokarmem. Bez niego kapłani zdechliby z głodu.

Modliszka to tylko niewinny, bezgrzeszny owad, zaś Kościół ma dwie twarze. Jedna z nich to grzech.

NASTĘPNY DZIEŃ

Dostaję od męża krótkiego maila. To była smutna wiadomość. Zmarła moja przyjaciółka. W moim mózgu nastąpiła chwilowa katalepsja, zupełnie jak to zaobserwowałam u modliszki, a kiedy minęła, to pojawiło się nowe skojarzenie. Czyżby naprawdę modliszka miała być symbolem nadchodzącej śmierci?
Cały dzień minął na rozpamiętywaniu. Czym jest śmierć? Czym jest Dusza? Czy śmierć jest
pośrednikiem między świadomością a światem zewnętrznym? Ukułam termin – „Za kryształowym lustrem” – i sugeruję, że po zgonie trafiamy do wymiaru, który jest umiejscowiony gdzieś w czasie, gdzieś obok. Dla umierającego zmianie ulega przede wszystkim czas. Nie ma już „przed” i nie ma „po”, a świadomość oderwana od ciała wchodzi w wymiar pozaczasowy, jakiego nie znamy. Gdzie więc znajduje się ten wymiar, do którego trafimy po śmierci? Czy zobaczę tam Boga? Czy TAM to sfera bez kształtów, czy
tylko sfera myśli? W jakim wymiarze znajduje się nasz umysł pracujący w krainie pragnień i pożądań?

Wieczorem jak zwykle zapisuję swoje rozważania. Chciałabym, by mąż się odezwał, ale jego konkretność co do terminów, to zasada. Poniedziałek, to poniedziałek. Przeszkadza mi ta jego cecha charakteru, ale ja nie będę pierwsza.

SOBOTA

Przerwy spędzam na spacerach i zwiedzaniu Passawy. Dzisiaj zaplanowałam wizytę w Muzeum Szkła – jedynym takim na świecie, zlokalizowanym w starannie odrestaurowanym historycznym zespole budynków „Wilder Mann”, graniczącym z XIV-
wiecznym Ratuszem. Tu, na tym terenie działały kiedyś, dominujące w Europie huty szkła. Ten kontakt ze światem rzemieślniczej, perfekcyjnej sztuki dodał mi skrzydeł i mam zamiar jeszcze dziś udać się do XIII-wiecznej warowni, czyli Veste Oberhaus. Jeszcze tam
nie byłam, a tylko podziwiałam ten widoczny z okna mojego pokoju, pomnik starej architektury. Wracam niespokojna. COŚ wisi w powietrzu. Po dwudziestej wychodzę przed dom i siadam na ławce, nad brzegiem Dunaju. Przepełnia mnie i chłonie ponownie ta
CISZA we mnie. Siedzę jak skała, zamykam się we własnym kokonie i nie zauważam, że przysiadł się do mnie kotek, zwykły, szaro-bury. Ocknęłam się, kiedy otarł się o mnie i zamiauczał. Uzmysławiam sobie, że powróciłam TU i TERAZ. Kotek nie przestawał się do mnie łasić i cały czas pomiaukiwał, jakby chciał mi coś przekazać. Skąd się tu wziął? Czy przybiegł z tej mojej CISZY z naddunajskiego brzegu? Zapalam papierosa i ponownie
spoglądam na rzekę i krajobraz. Widzę to piękno Natury, jakby ten Bóg we mnie nakazał tylko tak widzieć. Patrzenie na Dunaj, niebo, ten cały krajobraz, jest takie proste. Zdejmuję wzrok z nieba i spuszczam go w kierunku drugiego brzegu rzeki. Moje oczy natykają się na drzewa i krzewy, którym porośnięty jest ten brzeg. Nie wiem jakiego rodzaju to drzewa, ale
błądzę oczyma po ich rozmaitych kształtach w każdym dowolnym kierunku i uświadamiam sobie, że nigdzie nie mogę postawić pionu, czy kąta prostego. Wszędzie krągłość. Korzenie okrągłe, pnie okrągłe, gałęzie okrągłe. Nabrzmiałe ciała drzew przypominają mi brzuszki ciężarnych kobiet. I to moje krągłe spojrzenie nad krągłą Naturą dało nowe skojarzenie z krągłością faktów politycznych. Nie znam się na polityce, jestem tylko jej obserwatorem jak wielu z nas, ale śmiem przypuszczać, że historia wojen, puczów, aktów terrorystycznych też zatacza koło. Moja wiedza na temat wojen jest znikoma, tylko teoretyczna.
Wspominając konflikt jaki ma miejsce w Turcji, z całą wewnętrzną goryczą śmiem stwierdzić, że historia kołem się zatoczy i dopóki nie zmieni się sam człowiek i nie uformuje w nim cząsteczek wody w piękne kryształki, dopóty będą wojny i konflikty. Myślę na okrągło. Jak to wszystko się zakończy? Pozostaje nadzieja, że wszystko będzie dobrze. Siedzę taka zadumana, i nie zauważyłam jak zmierzchło, zrobiło się szaro-buro, zbliżała się noc. Nie mam pojęcia, która godzina. Nie spieszę się do domu. Naddunajski deptak
opustoszał. Spoglądam ponownie na niebo. Zauważyłam dwa księżyce w pełni, podobne do siebie. Zafascynowałam się. Nagle jeden z księżyców zamigotał innym blaskiem. Cały stał się migocącym światłem, po czym znikł. Trwało to może kilka, może kilkanaście sekund.
Co to było? Z tym pytaniem, niespokojna wracam do domu. Będę miała teraz swoją gimnastykę mózgu. O zjawisku tym wspomniałam na drugi dzień mojemu
podopiecznemu. Potwierdził, że dosyć często obserwuje się w tym rejonie UFO, ale dwa księżyce? – rysy zdziwienia na jego twarzy tylko potwierdziły, że mogłam być świadkiem czegoś dziwnego. Starszy pan nie umiał się odnieść do tego zjawiska.
– Na pewno nie były to żadne odbicia świateł reflektorów? – zapytał.
– Jestem pewna, że nie – odpowiadam zdecydowanie.
– Dwa słońca już były, ale dwa księżyce, w tym jeden znikający w ułamku sekundy? – pan kiwa głową, a ja czuję, że zjawisko go zafascynowało.
– Może to było jednak UFO? – ośmielam się zadać pytanie.
– UFO nie istnieje, choć w Bawarii można często usłyszeć o tym zjawisku – poruszył się i otulił mocniej kocem, jakby chciał przykryć swoje myśli, tym samym dać mi do zrozumienia, że to koniec dyskusji.
W swoim pokoju rozmyślam. To, co widziałam na niebie nie daje mi spokoju. – Może
jednak istnieją cywilizacje, które są w posiadaniu takich pojazdów, którymi przemierzają wymiary czasoprzestrzeni i potrafią ją „zwijać”? Może mają pod kontrolą zjawiska grawitacyjne, bo są w posiadaniu jakiegoś generatora, który wytwarza wokół ich statków odpowiednie pole, będące ich prywatnym Wszechświatem? Może pochodzą z innych wymiarów, a nie z innych galaktyk?
Tak rozmyślając poczułam tę degradację CZASU na sobie i zrozumiałam, że ten upływ
CZASU jest przejawem mojej świadomości, bo przecież z łatwością wchodzę w CZAS, którego nie ma. Więc CZAS to umowne pojęcie, które służyć ma do opisu atrybutów
czasoprzestrzeni? Nasza fizyka opiera się na mechanice kwantowej, a ICH? Może na równoległych Wszechświatach? Jakbym pokazała swój laptop w czasach Pitagorasa, to on nie wiedziałby co to jest, taka właśnie przepaść nas dzieli. A może to była nasza
technologia, o której zwykli śmiertelnicy nie mają pojęcia, a są to zwyczajnie tajemnice NASA?

Verlorenes Geheimnis unserer Identität oder wie es begann

Irgendwo in Deutschland (West!) vor fast 40 Jahren. Wie frei wir noch waren, wie unabhängig 🙂

Maria Hel

Das Abenteuer, ein Inserat aufgeben zu Wollen

Hannover, Anzeigerhochhaus, Mittwoch, den 29. Oktober 1980, nachmittags – eine große Halle mit mehreren Schaltern, über denen die Art der Dienstleistung geschrieben steht, die gegen Bezahlung in Anspruch genommen werden kann. Ich gehe an den Schalter Anzeigenannahme, denn ich will ein Stellengesuch aufgeben. Weil ich vorhabe, eine Erwerbstätigkeit aufzunehmen – besser gesagt, ich will Geld verdienen. Zur Zeit arbeite ich zwar auch – als Hausfrau – diese Tätigkeit wird aber, seit sie erfunden wurde, nicht entlohnt, bestimmt nicht mit Bargeld, im besten Falle mit Anerkennung und Zuwendung der Familienangehörigen.

Am Schalter stehen zwei Datensichtgeräte – für jede Angestellte ein Bildschirm – auf dem infolge Hineintippens von Zeichen dieselben auf diesem Bildschirm erscheinen. Ich lege ein weißes Blatt vor die Frau hin, darauf habe ich den Text meiner Anzeige geschrieben – mit Schreibmaschine – vier Zeilen – die Zeilen genau nach den Vorbild der Zeitung – die ersten beiden Wörter betont, die anderen Zeilen um drei Buchstaben eingerückt, also eine voll gebrauchsfertige Anzeige:

xxxxxxxxxxxxxxxxxxFrühere Verwaltungsangestellte, 49 Jahre,
xxxxxxxxxxxxxxz. Zt. Hausfrau, su. halbt. Erwerbstätig-
xxxxxxxxxxxxxxxxkeit außer Haus. Schreibmaschine perfekt,
xxxxxxxxxxxxxxxxStenokenntniese vorh. Chiffre . . . . . . .

Die Frau liest die Zeilen. Sie sagt: “Weshalb schreiben Sie ‘Erwerbtätigkeit außer Haus’ und nicht einfach Halbtagstätigkeit?” Ich sage, daß es für mich einen Unterschied darstellt, ob ich nun eine Tätigkeit ausübe oder ob ich erwerbstätig bin. Denn ich übe jetzt auch eine Tätigkeit aus, diese ist aber keine Erwerbstätigkeit. Außerdem soll sie “außer Haus” stattfinden, denn zur Zeit bin ich im Hause tätig und ich will das ändern. Ich nehme aber an, daß mich diese Frau nicht verstanden hat, weil sie meine Problem nicht kennt. Ich bitte die Frau um einen Kostenvoranschlag dieser formulierte Anzeige. Bevor ich diese aufgebe, will ich wiseen, was ich dafür hinlegen muß. Die Frau fängt also an, den Text in den Bildschirm zu tippen, um dieses zu errechnen. Nun verlangte sie von mir, daß ich ihr meinen Nemen sage. Ich weigere mich, dies zu tun: “Wie komme ich denn dazu” und überhaupt, ich will die Anzeige ja noch gar nicht aufgeben, sondern erst mal erfahren, wieviel sie kostet. Die Frau holt ihre Kollegin und fragt, was sie tun soll, eine dritte Kollegin kommt hinzu. Ich merke, die drei haben ihre Schwierigkeit mit mir. Ich merke auch noch, daß ich etwas gegen diese Automaten habe, die mich “schlucken” wollen und ich wehre mich. Die Frauen können nicht begreifen, daß da jetzt ein Mensch ist, der sich nicht den Maschinen anpassen will. Ich kann nicht begreifen, warum die Frauen nicht verstehen wollen, daß eine Maschine für die Menschen da sein soll, also den Menschen angepaßt und nicht umgekehrt. Die Frauen werden patzig und aggreseiv mir gegenüber. Eine der Frauen gibt nun der anderen den Rat, sie solle einfach ihren eigenen Namen in das Gerāt tippen, damit der Endpreis errechnet werden kann. Ich weiß, daß ich übertrieben reagiere. In mir ist eine ungewisse Angst davor, daß meine Daten für andere zugänglich werden und diese dann Macht über mich bekommen. Das alles spielt während dieses Vorgangs eine Rolle. Nun, da ich den Preis habe, er ist hoch, über DM 40,-, will ich die Anzeige nicht mehr aufgeben, ich bin aber immer noch empört über dieses Verhalten der Frauen. Ich sage ihnen, daß ich sie unfreundlich empfunden habe. Die Frauen wissen sich nicht mehr zu helfen und holen einen älteren Herrn, der nebenan hinter einem Schalter steht. Dieser ruft dann heraus, daß ich recht hätte und sie hätten ihre Ruhe. Ich habe ihm dann noch was von “Monopol” vor die Fuße geworfen und bin frustriert gegangen. Und das alles, weil ich meinen Namen nicht preisgeben wollte, nur weil ich einen Kostenvoranschlag haben wollte. Warum hat mich das so viele Nerven gekostet? Weil ich mich nicht einer Norm angepaßt habe – ich habe ihre Erwartungen nicht erfüllt und wurde deshalb bestraft.

3. November 1980

Reblog. Ist Venus die andere Erde?

Freitag, der Tag von Freia, in vielen anderen Sprachen – Venustag, daher ein passender Reblog

M. Darby Dyar, Suzanne E. Smrekar, Stephen R. Kane

Die Venus

Die Venus ist so groß wie die Erde und begann unter ähnlich lebensfreundlichen Bedingungen. Heute ist sie eine felsige Gluthölle. Forscher versuchen intensiv, die unterschiedliche Entwicklung zu verstehen – denn die Erkenntnisse weisen weit über unser eigenes Sonnensystem hinaus.

© NASA/JPL (Ausschnitt)

Als 1982 die neu gewählte US-Regierung um Präsident Reagan umfangreiche Kürzungen bei der US-Weltraumforschung beschloss, gehörte die geplante NASA-Mission Venus Orbital Imaging Radar zu den Opfern. Doch die Abteilung für Planetologie am Massachusetts Institute of Technology griff zu unkonventionellen Methoden: Schnell kratzten die Wissenschaftler von anderen Missionen übrig gebliebene Teile zusammen und konstruierten daraus eine preiswertere Raumsonde. Nur noch 680 Millionen US-Dollar kostete der so konzipierte Magellan-Orbiter, der 1989 zur Venus startete.

Venus: Lange vernachlässigt, jetzt wieder ein Astrotrend (Hyperraum TV) – ein von der Medienwissenschaftlerin und Wissenschaftshistorikerin Susanne Päch betriebener Spartensender für Wissenschaft und Technologie.

1990 war er am Ziel. In den darauf folgenden fünf Jahren lieferten die Instrumente Radarbilder der gesamten Planetenoberfläche, Daten über Schwerkraftanomalien und eine topografische Karte der Venus. Magellan war die jüngste in einer langen Reihe sowjetischer und US-amerikanischer Missionen zu unserem Nachbarplaneten. Nachdem die Sonde 1994 planmäßig auf die Oberfläche der Venus gestürzt war, endete mit ihr allerdings auch das Interesse der NASA an weiteren Flügen zu dem erdgroßen Himmelskörper. Seither haben Planer gut zwei Dutzend Vorschläge für neue Missionen eingereicht – genehmigt wurde keiner. Die von Magellan gesammelten Daten liefern bis heute das beste Kartenmaterial.

In der Zwischenzeit haben die europäischen und japanischen Raumfahrtagenturen mit erfolgreichen Missionen zur Venus das Spielfeld betreten. Diese führten zu Durchbrüchen beim Verständnis der Atmosphäre und brachten zusammen mit neuen Analysen der Magellan-Messungen Erkenntnisse, auf Grund derer einige Lehrbücher umgeschrieben werden müssen. Die Venus scheint vulkanisch aktiv zu sein, und es gibt sogar Hinweise auf eine beginnende Plattentektonik. Solche Vorgänge halten viele Wissenschaftler für eine Voraussetzung für die Entstehung von Leben. Theoretische Modelle deuten auch darauf hin, dass die Venus relativ lange flüssiges Wasser auf ihrer Oberfläche gehalten hat.

Diese Erkenntnisse fallen mit einer weiteren erstaunlichen Entwicklung in der Astronomie zusammen: der Entdeckung von Tausenden von Exoplaneten in anderen Sonnensystemen. Viele sind etwa so groß und so weit von ihren Sternen entfernt wie die Venus. Alles, was wir über den Planeten nebenan erfahren, könnte das Verständnis solcher unzugänglich fernen Welten verbessern. Wenn wir herausfinden, ob und wann auf der Venus lebensfreundliche Bedingungen geherrscht haben, können wir auch die Chancen auf Leben auf den venusähnlichen Himmelskörpern in der übrigen Milchstraße besser einschätzen.
Die meisten der bisher entdeckten Exoplaneten wurden mit der Transitmethode gefunden. Dabei untersuchen Astronomen verräterische Helligkeitsschwankungen von Sternen, die auftreten, wenn Planeten vorbeiziehen. Die Technik liefert deren Größe, aber die allein sagt noch nicht viel aus. Würde ein außerirdischer Beobachter unser Sonnensystem mit der Transitmethode betrachten, erschienen Venus und Erde fast identisch. Dabei ist Erstere zumindest für uns bekannte Lebensformen völlig unbewohnbar, während die Erde seit rund vier Milliarden Jahren komplexe Ökosysteme beherbergt.

Wir können zwischen ähnlich großen Planeten näher differenzieren, indem wir ihre Abstände zu ihren Sternen messen. Die »habitable Zone« ist die Region, in der ein felsiger Planet zumindest theoretisch flüssiges Wasser auf seiner Oberfläche haben könnte. Bei der Erde ist das offensichtlich der Fall. Doch auch die Venus befand sich früher in jenem Bereich – womöglich sogar eine ganze Weile. Die Grenzen der habitablen Zone verschieben sich mit der Zeit nach außen, weil die Sonne mit zunehmendem Alter intensiver leuchtet. Inzwischen liegt unser ungleicher Zwilling in der nach ihm benannten Venuszone. In dieser Region eines Sternensystems verursacht verdampfendes flüssiges Wasser einen »galoppierenden Treibhauseffekt«, der letztlich die Ozeane zum Kochen bringt und völlig verschwinden lässt.
Heißes Ende nach viel versprechendem Start
Ursprünglich entstanden Venus und Erde unter sehr ähnlichen Bedingungen. Wahrscheinlich brachten Kometen Eis auf die Oberflächen beider Planeten. Simulationen der frühen Venus zeigen, dass es hier wohl eher flüssiges Wasser gab als auf der Erde. Es könnte sich bis vor etwa einer Milliarde Jahren dort gehalten haben. Heute ist die Venus jedoch äußerst unwirtlich. Wie kam es dazu? Ist die Venus vielleicht sogar der Endzustand aller bewohnbaren Planeten dieser Größe, oder repräsentiert sie lediglich eines von vielen möglichen Schicksalen solcher Himmelskörper?

Unsere Suche nach Antworten wird zum Teil durch die dicke, nahezu undurchsichtige Atmosphäre des Planeten behindert. Hoch oben liegen Wolken aus Schwefelsäure, und am Boden ist der Luftdruck vergleichbar mit dem Wasserdruck einen Kilometer unter der Oberfläche irdischer Ozeane. Die weitaus überwiegend aus Kohlendioxid bestehende Atmosphäre ist hier so dicht, dass das Gas zu einem so genannten überkritischen Fluid mit Eigenschaften sowohl eines Gases als auch einer Flüssigkeit wird.

Im Gegensatz zu unserer Welt hat die Venus kein Magnetfeld als Schutz vor dem Sonnenwind. Dieser stete Strom energiereicher Teilchen dürfte über die Äonen hinweg das verdampfte Wasser des Planeten in Wasserstoff und Sauerstoff gespalten haben. Der leichte Wasserstoff entwich schnell ins All. Gleichzeitig konnte sich mangels Oberflächenwasser das ständig aus dem Planeteninneren entweichende Treibhausgas Kohlendioxid nirgends lösen. Es sammelte sich darum in der Atmosphäre an. Heute sind die Temperaturen auf Grund des Treibhauseffekts durch das CO2 auf der Venus mehr als 400 Grad Celsius höher als auf der Erde.

Die einzigen Daten, die wir direkt von der Oberfläche der Venus haben, stammen von sowjetischen Venera-Lande­sonden aus den 1970er und 1980er Jahren. Diese überlebten unter den extremen Bedingungen nur wenige Minuten, aber in der kurzen Zeit übertrugen sie immerhin einige Informationen über die chemische Zusammensetzung ihrer Umgebung. Darüber hinaus beruht unser mineralogisches Wissen vor allem auf umstrittenen Interpretationen von Radarmessungen aus dem Orbit und auf Spekulationen über chemische Reaktionen zwischen den Gesteinen und den Gasen des Planeten bei den dort herrschenden Drücken und Temperaturen.

© Kevin Gill / JAXA/ISAS/DARTS/Kevin M. Gill / Venus – May 17 2016 / CC BY 2.0 CC BY (Ausschnitt)

Die Venus im ultravioletten und infraroten Licht | Betrachtet man unsere innere Nachbarin Venus im Teleskop, so zeigt sich der Planet dem Auge als grellweiße Sichel ohne jegliche weitere Merkmale. Die permanente Wolkendecke der Venus, die überwiegend aus konzentrierter Schwefelsäure besteht, reflektiert im sichtbaren Licht den größten Teil der auf sie treffenden Sonnenstrahlung zurück ins All. Fotografiert man die Venus dagegen im infraroten oder ultravioletten Licht, so enthüllt sich dem Kameraauge eine hochdynamische und wechselhafte Atmosphäre mit ausgeprägten Wolkenstrukturen und Stürmen. Dieses Bild wurde aus Daten der japanischen Raumsonde Akatsuki vom US-amerikanischen Amateurbildbearbeiter Kevin Gill zusammengesetzt. Es kombiniert Bildinformationen im ultravioletten (weiße und blaue Farbtöne) mit Bilddaten aus dem infraroten Spektralbereich (bräunliche Farbtöne). Die Kombination zeigt die Venus am 17. Mai 2016 und erlaubt einen Einblick in die Struktur der Venusatmosphäre.

Inzwischen fanden Forscher jedoch heraus: Es ist möglich, die Gesteine auf der Venus von der Umlaufbahn aus zu kartieren. Dazu muss man gewissermaßen durch geeignete Fenster im elektromagnetischen Spektrum schauen, bei denen Strahlung nicht vom Kohlendioxid in der Atmosphäre absorbiert wird. Glücklicherweise lassen sie gerade in Bereiche blicken, wo sich die für Vulkangestein typischen Minerale Olivin und Pyroxen bemerkbar machen. Vielleicht könnten wir so endlich die Zusammensetzung des Planeten genauer bestimmen.

Die europäische Raumsonde Venus Express, die von 2006 bis 2014 den Planeten untersucht hat, nutzte eines der Fenster. Damit erstellten Forscher für einen Großteil der Südhalbkugel die erste Übersicht der von der Oberfläche ausgestrahlten Wärme. Die Daten enthalten auch spektrale Informationen, das heißt charakteristische Ausschläge in den Intensitätskurven, mit denen sich Minerale im Boden identifizieren lassen.
Auf der Karte fallen zudem zahlreiche so genannte Hotspots auf. Solche Gebiete geben so viel Wärme ab, dass die wahrscheinlichste Erklärung dafür ein junger Vulkanismus ist. Die Venus ist also wohl noch geologisch aktiv, im Gegensatz etwa zum Mond, der in dieser Hinsicht seit langer Zeit ruhig ist, und zum Mars, wo Vulkanismus bestenfalls vereinzelt vorkommt.

Vielleicht zeigt die Venus gerade, wie Plattentektonik ihren Anfang nimmt
Auf der Erde hängt der Vulkanismus mit der Plattentektonik zusammen, also der Bewegung von Teilen der Kruste gegeneinander. Sie ist für die vielen geologischen Formationen auf unserem Planeten verantwortlich und hat außerdem langfristige Klimazyklen stabilisiert. Das hat höher entwickeltes Leben auf der Erde begünstigt oder gar erst ermöglicht. Tektonische Vorgänge bilden neue Kruste an den mittelozeanischen Rücken der Erde und schieben an anderen Stellen Teile zurück in den Mantel. Beide Prozesse erlauben es unserem Planeten, Wärme und chemische Verbindungen zwischen seinen inneren und äußeren Bereichen auszutauschen. Vulkanismus bringt Wasser an die Oberfläche, hält die Atmosphäre in einem gewissen Gleichgewicht und schafft Lebensraum oberhalb des Meeresspiegels. Aus diesen und weiteren Gründen ist die Frage, ob die Venus solche Phänomene aufweist – und warum oder warum nicht –, für viele Forscher so wichtig.

Spärlichen Daten zufolge begann die Plattentektonik auf der Erde vielleicht schon vor vier Milliarden Jahren. Nur wenige Spuren haben sich bis heute erhalten. Jedenfalls wissen wir nicht wirklich, wie ein mit Basalt und möglicherweise bereits mit Ozeanen bedeckter Planet zu einem komplizierten System beweglicher Platten übergeht. Eine Hypothese lautet: Heißes Material aus dem Inneren dringt nach oben, was die Kruste und den äußeren Mantel (zusammen Lithosphäre genannt) schwächt. Die Oberfläche bricht auf, und die unter Druck stehende Gesteinsschmelze kann zu heftigem Vulkanismus führen, wie er sowohl auf der Erde als auch auf der Venus vorkommt. Die Last des ausgetretenen Materials auf der gerissenen Lithosphäre kann die betroffenen Teile absinken lassen und eine Subduktion herbeiführen, wobei eine Schicht unter eine andere gleitet. Wenn der Prozess oft genug stattfindet, stößt das die Plattentektonik an.

Eventuell geschieht das gerade auf der heutigen Venus. Die Lithosphäre auf der Venus ist heiß und dünn – wohl wie seinerzeit bei der Erde. Gewisse Regionen erinnern frappierend an terrestrische Subduktionszonen. Ein Beispiel ist Artemis Corona, eine kreisartige Formation in der Nähe des Venusäquators. Ihre Größe entspricht etwa der des Aleutengrabens, einer Vertiefung des Meeresbodens vor der Küste Alaskas. Solche Merkmale könnten Stellen auf der Venus kennzeichnen, an denen Material aus dem Mantel an die Oberfläche steigt und auf die Kruste drückt. Auch Laborexperimente und Computersimulationen deuten darauf hin, dass es sich hier um Subduktionszonen handelt.

Die bislang vorliegenden Bilder haben eine zu geringe Auflösung, um das sicher zu beurteilen. Aber anscheinend befindet sich die Tektonik auf der Venus im Anfangsstadium ihrer Entwicklung. Die Magellan-Bilder zeigen keine Hinweise auf miteinander verbundene Platten – vielmehr sehen wir vereinzelte Stellen, an denen die Subduktion beginnt, jeweils um solche kreisförmigen Regionen mit aufsteigendem Material. Doch warum kam es nicht früher dazu, und wie wird es weitergehen?

Sofern sich die Venus im Lauf der Zeit abkühlt, können die jetzt entstehenden Verwerfungen überdauern, und der Planet durchliefe vielleicht den gleichen Übergang zur Plattentektonik wie damals die Erde. Möglicherweise sind dieser Prozess und die damit verbundene Stabilisierung der Atmosphäre nicht nur in unserem Sonnensystem üblich, sondern auch bei Exoplaneten. Es gibt also gewichtige Gründe für weitere Missionen zum Nachbarplaneten. Mit genaueren Bildern und Spektren könnten Wissenschaftler zentrale Fragen zum Vulkanismus und zur Plattentektonik der Venus beantworten.

Die NASA entscheidet im Rahmen ihres Discovery-Programms regelmäßig über kleine, verhältnismäßige kostengünstige Missionen. Zwei von uns (Smrekar und Dyar) sind an der Planung einer vorgeschlagenen Raumsonde namens VERITAS beteiligt (Venus Emissivity, Radio Science, InSAR, Topography, and Spectroscopy). Sie würde die Oberfläche viel detaillierter erfassen und hätte neben einer Kamera auch ein Spektrometer an Bord. Weitere Arbeitsgruppen erstellen ebenfalls Konzepte. So könnte eine neue Generation von Planetologen die Chance bekommen, besser zu verstehen, warum unsere Nachbarin einen so anderen Weg gegangen ist als die Erde, und mehr über die Entwicklungen in Erfahrung zu bringen, die solche Himmelskörper lebensfreundlich machen.

Lato w wierszach

Teresa Rudolf 

Baba-Jaga i Czarny Dziad

Pastelowe wspomnienia,
delikatniutkie jak sam tiul,
marzenia kiedyś  kolorowe
utkane z nadziei pachnącej,
koloru  groszku zielonego.

Ciepło w sercu, podmuch
myśli beztroskich w kozi róg
zapędzających z niewiedzy,
radość istnienia nóg i rąk,
ruch w żywotności niebywały.

Doświadczanie siebie, świata
porządku i nieporządku jego,
coraz więcej zdziwienia nad
realnością życia, w szwach
pękającego od różnosci…

Otwieranie i zamykanie drzwi życia,
stanie w drzwiach niepewności,
co za nimi, lęk, bo tam straszy,
lęk przed Babą-Jagą dla doroslych,
przed Czarnym Dziadem, bo zabiorą…

No i zabierają różnie, niektórych
w dorosłość, niektórych już dawno
w starość, niektórych w  radość,
niektórych w smutek, zabierają
czy chcemy, czy nie…

Ale gdzieś tam na dnie duszy
pastelowe wspomnienia jak tiul,
wciąż jakieś marzenia jak ten
podmuch wiatru z wysp zakazanych…
z wysp wybranych i szczęśliwych…

Kiedy zamykam oczy …
….przed snem..
I jest  dobrze…
…bo wciąż jest…

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Podróż do głębin inscenizacji

Ewa Maria Slaska

… czyli z Berlina do Warszawy

Po raz pierwszy usłyszałam o inscenizacji pewnie ze 25 lat temu. Oddawałam mieszkanie. Zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami, mieszkanie musiało być czyste i puste. Puste oznaczało również bez wykładzin na podłodze. Gdy je zdjęłam, okazało się, że w obu pokojach linoleum było pochlapane farbą. Zamówiłam dziewczynę do sprzątania i powiedziałam, że chodzi mi tylko o podłogi. Ma je wyczyścić tak, by komisja odebrała ode mnie mieszkanie. Było mi obojętne, ile to będzie kosztowało. Następnego dnia wieczorem dziewczyna oddała mi klucze i kazała zapłacić 100 marek. Wszystko zrobiłaś?, zapytałam. Tak, odpowiedziała. Zapłaciłam jej stówę i pojechałam obejrzeć, jak wyglądają podłogi. Gdy weszłam do mieszkania – zmartwiałam. Podłogi pełne były białych wielkich i małych kleksów olejnej farby. Zapłaciłam stówę za przetarcie ich po wierzchu mokrą szmatą. Spędziłam całą noc, usuwając kleksy farby szpachelką. Jeszcze dziś bolą mnie ręce, gdy przypomnę sobie tę robotę. Gdzieś koło północy pojawił się mój ówczesny „narzeczony”. Pracował jako nocny taksówkarz i nie mógł, biedactwo, pomóc mi w walce z farbą. Przywiózł nam jakieś tureckie jedzenie. Gdy mu się poskarżyłam, że to straszna harówa, powiedział, że jemu to wygląda na inscenizację. Zjadł, wypił herbatę, zabrał worek pełen zeskrobanej farby i pojechał. Skrobałam do 7 rano, rozmyślając o słowie inscenizacja. Najwyraźniej oznaczało coś więcej niż reżyserię sztuki teatralnej, ale nie wiedziałam co.
O 7 wykąpałam się, przebrałam w czyste ciuchy, o 8 przyszła komisja – odebrali mieszkanie, poszli. Pojechałam do siebie i padłam spać.
Wieczorem przy kolacji zapytałam „narzeczonego”, co ja jego zdaniem z
ainscenizowałam? Wojenne przeżycia twojej matki, odpalił bez chwili namysłu.

Dopiero teraz, w ćwierć wieku później, postanawiam sprawdzić, co to za słowo – inscenizacja? Inscenizacja, czytam w Wikipedii, to całokształt prac twórczych związanych z wystawieniem pewnego utworu na scenie. Innych opcji po polsku nie ma. „Narzeczony” był przez dziesięciolecia pacjentem niemieckich psychoanalityków. Nie jest wykluczone, że muszę sprawdzać nie inscenizację polską, lecz niemiecką. Inszenierung. I rzeczywiście. Selbstinszenierung, samoinscenizacja – gdy ktoś świadomie odgrywa jakąś rolę przed widzami lub kamerą i świadomie ją kontroluje. To oczywiście znane zjawisko, wystarczy pomyśleć o eleganckich politykach, którzy na potrzeby kampanii przedwyborczej prezentują się w robociarskich ciuchach. Albo na odwrót – nieudaczni przybierający futro i pozy zwierzęcia alfa. Często samoinscenizacja ma sobie coś dosłownie teatralnego, jaskrawe światło, kostium, makijaż, gesty i mimika. W indywidualnych inscenizacjach, objawiających się często w sytuacjach kryzysowych (no, skrobanie farby po nocy na pewno było sytuacją kryzysową!) chodzi o odsłonięcie pewnych ukrytych informacji, takich, które w życiu codziennym spychamy i których istnienie negujemy. Takie prywatnie inscenizacje mogą oznaczać „całość osobowości osoby inscenizującej w konkretnej sytuacji” – podobno robimy to, by sprawdzić, jak działamy w określonej sytuacji i jednocześnie wpłynąć na nasze otoczenie.

Tak, niewątpliwie „narzeczony” miał rację. Czy ja wtedy, te 25 lat temu, skrobiąc podłogi, rzeczywiście inscenizowałam sama dla siebie los mojej matki, ukrywającej się u ludzi podczas wojny, tego nie wiem. Ale może być. Mama nigdy nie mówiła o tym, czego od niej wymagało takie ukrywanie się. Podejrzewam, że uzupełniłam moją niewiedzę o tym, jak mogło wyglądać jej życie tym, co wiedziałam, a wiedziałam, że kilkunastoletnia sierota, jest wydana na pastwę złości i niegodziwości ludzkiej. Jak w Słoneczku Buyno-Arctowej, jak w Sierotce Marysi, jak w Tajemnicach Motyli. Wprawdzie znałam też pozytywne wersje tego losu – Anię z Zielonego Wzgórza, Rasmusa i Włóczęgę – ale najwyraźniej moja wewnętrzna potrzeba inscenizacyjna kazała mu przymierzać się do losu źle traktowanej sieroty, a nie sieroty kochanej.

Teraz myślę, że ta inscenizacja wcale nie dotyczyła losu mojej matki, tylko mojego własnego. Odegrałam scenkę rodzajową na swój własny temat pod tytułem „biedna uciemiężona kobieta i okrutni obojętni faceci”. Jeden z nich, który kiedyś mieszkał ze mną w tym mieszkaniu, pomalował ściany, zachlapał podłogi, zakrył je wykładzinami i zamilkł, a kiedyś i zniknął. Drugi czyli ówczesny „narzeczony”, nie poczuwał się do obowiązku pomocy, nie raczył się zniżyć do poziomu podłogi i ubrudzić sobie rączek, a jedynie przyjechał, popatrzył z góry na kobietę szorującą podłogę, dał jej jeść i elegancko zniknął. A ja to „łyknęłam”, bo, taka jest ta teza, którą zainscenizowałam, w życiu zawsze wszyscy mnie wykorzystują. Biedna sierotka, maskotka, idiotka.

Myślę też, że „narzeczony” wziął w tej grze świadomy udział i jego insynuacje w stosunku do samej inscenizacji a i jej interpretacji miały odwrócić moją uwagę od faktu, że to ON mi nie pomógł i nie popracował ze mną choćby przez chwilę. I że mogłabym mieć do niego pretensje, ale przyszpilona do podłogi strasznym słowem “inscenizacja”, nawet nie zająknęłam się na ten temat, że jego nocna praca jest wymówką i że tyle razy nie szedł do pracy, bo mu się nie chciało, mógł więc tym razem nie iść, żeby zamiast tego mi pomóc.

Na szczęście dawno już wstałam z tej diabelnej podłogi i zapomniałam o tym, czym jest lub może być inscenizacja, dopóki pewnego zimowego dnia nie pojechałam z Sarą do Warszawy i nie spędziłam tam z nią trzech dni.

Celem inscenizacji jest wg Hansa Dietera Mummendey zwiększenie znaczenia zainscenizowanego ja („ja życzeniowe“ jak je nazywa badacz), rozszerzenie go o specjalne funkcje społeczne, zwiększenie jego społecznego oddziaływania, a w rezultacie sterowanie opinią, jaką na jego temat wyrobią sobie inni. Świadome sterowanie tym odbiorem, oddziaływanie nań i kontrolowanie.

Świadome!

Wiemy czy nie wiemy, co robimy? Inni też to robią?

Czy jeśli sama inscenizowałam, albo może to mój „narzeczony” inscenizował, a teraz na pewno inscenizowała Sara, to przecież zapewne musiałam widzieć dziesiątki innych inscenizacji. Czy umiałam je rozpoznać? Owszem, córka mojej koleżanki wielokrotnie i udatnie inscenizowała fakt, że jako dziecko nie mieli pieniędzy i dzieci głodowały. Przy czym “dzieci” jej tak po prawdzie nie interesowały. Głodowała ona. Czy była świadoma tych inscenizacji? Czy robiła, żeby manipulować nami, dorosłymi, wywoływać w nas wyrzuty sumienia, kazać nam się kajać… Tak było, ale czy świadomie? Czy inscenizacja jest manipulacją czy ekspresją siebie?

Czy więc jest przedtem świadoma siebie? I czy jest potem świadoma siebie?

Próbuję w myślach oddzielić inscenizacje od świadomych masek, które pokazujemy światu. Nie jest łatwo. Maski są nam potrzebne. Bez nich bylibyśmy nadzy. Maski noszą wszyscy, czy wszyscy zatem również inscenizują?

W przypadku Sary pytanie się jeszcze bardziej komplikuje, bo Sara jest psycholożką. Wydaje się zatem, że musi wiedzieć, co robi? Ale może wcale nie musi. Może tak samo jak każdy inny człowiek podlega przymusowi ekspresji, objawiającym się w inscenizacji. No ale, jak już się zrealizuje, jak już się zinscenizuje, to czy Sara już teraz, potem, wie, co zrobiła?

Sara.

Poznałyśmy się wiele lat temu. Prowadziliśmy wtedy projekt Radar Mobile Stereotypen Box i prosiliśmy ludzi, żeby wypełnili ankiety: co myślą o Polsce? Wydaje mi się, że Sara była ostatnią osobą, która ostatniego dnia projektu wypełniła ostatnią ankietę. Ale możliwe, że konfabuluję…

Sara zawsze była oryginalna i dziwna, ale na pewno zawsze można było na nią liczyć, jeśli trzeba było zebrać pieniądze. Na coś lub na kogoś. Była hojna. Dała nam 100 euro na zakup stu czarnych parasolek, których używałyśmy podczas czarnych protestów i wydarzeń przeciwko antykobiecej polityce PiS-u. Dała 100 euro dla Viktorii Bojko, uciekinierki z Majdanu, która bez niczego wylądowała w środku zimy w Warszawie.

Ta podróż to moja wina. Przygotowałam podatny grunt i nie miałam nic na swoją obronę. To nie metafora – to naprawdę wszystko moja wina. To ja bowiem powiedziałam Sarze, że w Muzeum Żydowskim Polin jest wystawa na temat krwi. Krew Sarę nadzwyczajnie wręcz interesuje. To ja namówiłam Sarę do wspólnego wyjazdu, to ja zamówiłam bilety na samolot i hotel, zapłaciłam i poprosiłam Sarę, by mi zwróciła poniesione koszty.

I jak już się to wszystko stało, ale też dopiero wtedy – zorientowałam się, że wystawa była rok wcześniej. Udowodniłam więc po raz kolejny, że jestem nieuważna i pospieszalska. Powinnam była zwrócić Sarze pieniądze i pojechać do Warszawy sama, załatwić to, co ja miałam tam do załatwienia. Ale nie, ja zrobiłam kolejny krok na trzęsawisku – przez telefon opowiedziałam kuratorce wystawy, jaki mam problem i poprosiłam, by spotkała się z nami, pokazała nam katalog i opowiedziała o wystawie. Sarze wyjaśniłam mój błąd, ale dodałam, że wystawa może być płaska i plakatowa, bo to wystawa dla tłumu, a ona spotka się z kuratorką i będzie mogła z nią porozmawiać o tematach istotnych.

Dlatego pojechałyśmy. Ja w poczuciu winy, Sara w poczuciu przewagi, choć obie nie wiedziałyśmy, że takie są nasze uczucia.

Byłam wielokrotnie u Sary w jej domu na wsi, gdzie wszystko jest w najlepszej jakości i wysmakowane, i pies, i szparagi, i meble, i ciuchy Sary, poduszki na kanapie i koce. Porcelana i ręcznie malowana ceramika. Wiem, moja przyjaciółka też jest psychoanalityczką i wiem, że to oznacza wysokie zarobki i wyrafinowany gust. W przypadku Sary są to grube drewniane stoły i atłasowe poduszki z dyskretnym, eleganckim ręcznym haftem. I drogie wełny z butików w drogiej dzielnicy.

Ile razy jeździmy z Tiną, by odwiedzić Sarę w tym jej domu nad Hawelą, zawsze po obiedzie dochodzi do momentu, kiedy proszę Sarę, by nam przeczytała fragment tego, co ostatnio napisała. Sara analizuje terror, dyktaturę, rzezie, mordy i pogromy, najczęściej sięgając do głębokich warstw podświadomości narodów, a tam krew leje się strumieniami. Prawdziwa i symboliczna. Nigdy nic nie pamiętam z tych wywodów, ale napawa mnie zbożną grozą groźna wiedza Sary o tym, co potrafi zrobić w nowoczesnym życiu stara ale nigdy nie pozwalająca o sobie zapomnieć krew plemienna.

Podjechałam po nią taksówką. Była 4 rano, było ciemno. Dopiero na lotnisku zobaczyłam, że Sara ma nadal rękę w gipsie. Sara złamała rękę jesienią, od tego czasu minął kwartał, widać coś się zrastało nie tak jak trzeba. Nie było rady, Sara nie mogła nosić torby – musiałam ją przejąć. Umocowałam jej podartą torbę na walizce i ciągnęłam z trudem, bo w mojej walizce były trzy rzeczy na krzyż, ale torba Sary była ciężka. Taki był początek inscenizacji. Sara w brzydkich rzeczach z brzydką i podartą torbą, z ręką w gipsie, w wielkim czarnym płaszczu i w strasznej czarnej skórzanej czapce na głowie, z dachem i nausznikami. Sara jak ogromny stróż nocny.
Powinna dzierżyć w garści łopatę do odśnieżania albo miotłę. Sara dramatycznie pociąga nosem.
Daję
jej chusteczkę do nosa. Sara wciąż jakiejś szuka i jak trzeba – nie ma. Za każdym razem zdjemuję plecak, wyjmuję chusteczki, daję jej jedną.
Dziecko.

Odbieram od stróża podartą torbę, zahaczam o rączkę mojej walizki na kółkach i ciągnę.
Czekamy. Ciągnę. Wsiadamy do samolotu. Ciągnę, aż uwolni mnie stewardessa.

Nie mogę pojąć, skąd Sara w ogóle wytrzasnęła takie paskudne ciuchy, taką ohydną czapkę, taką wyświechtaną torbę. I dlaczego ma to wszystko na sobie i ze sobą. Dlaczego elegancka zamożna kobieta ubrała się na tę podróż w łachy nędzarki?

Sara śpi.

Wysiadamy. Pytam czy chcemy wziąć taksówkę. Wyjaśniam, że na miejscu mamy około 10 minut do przejścia. Sarze nie przeszkadza. Jedziemy autobusem, a potem ja ciągnę walizkę i torbę Sary.

Ciągnę.

Docieramy do hotelu. Lokuję ją w pokoju. Idę. Wrócę za godzinę. Jedziemy do Muzeum. Podchodzimy, Sara z daleka zachwyca się piękną bryłą muzeum i wejściem przez łuk w kształcie hebrajskiej litery alef.
Gdzie my jesteśmy?
pyta Sara. No jak to gdzie, odpowiadam. W Muzeum Żydowskim. O, mówi Sara, nie wiedziałam, że idziemy do Muzeum Żydowskiego. Przecież mówiłam i pisałam. Nie, nic nie wiedziałam.
Potem sprawdzę i wyślę jej
ponownie mojego maila, tego pierwszego, kiedy jeszcze myślałam, że obejrzymy wstawę o krwi. Pierwsze zdanie zaczyna się od słów Jüdisches Museum in Warschau. Sara skwituje to krótko – klasyczny żydowski problem, musiałaś mi udowodnić, że to nie twoja wina…
No, ale to oczywiście moja wina i obie to wiemy.
Rozmowę z kuratorką zaczynamy od informacji, że Sara nie wiedziała… I że się dziwiła, że Polaków interesuje problem krwi.
Z rozmowy niewiele wynika, ale nie może nic wynikać, bo Sara po prostu wie wszystko (tylko dokąd jedziemy, nie wiedziała). Dla Żydów, mówi kuratorka krew ma inne znaczenie niż dla chrześcijan – krew Jezusa to chrześcijański pokarm mistyczny. To jest bowiem krew moja, która za was będzie wylana. Krew wylana pomiędzy Żydami a chrześcijanami, to krew dzieci zabitych na macę, przyczyna większości pogromów… Krew leży między nami i nimi, krew na ich głowy
i nasze…

Zwiedzamy Muzeum, które się nam nie podoba. Budynek piękny, wystawa infantylna. Eksponaty
z pap
–masze, tablice, ilustracje, infantylne historyjki. Jakiś gipsowy model gęsi jak żywej. Jakiś papierowy uczeń jesziwy.

Namalowana na stole średniowieczna wioska, świnie i kury taplają sią w błocie. Pamiętam, że jak pierwszy raz tu byłam, wpisałam gdzieś pytanie, co w średniowiecznej wsi żydowskiej robią świnie? Nikt nie odpowiedział, nikt nic nie zmienił. Sara opowiada mi o średniowiecznych cudach, zamieniających symboliczną krew podczas komunii w krew prawdziwą. Oczywiście, ja też znam takie historie. Byłam w takim kościele na trasie do Santiago di Compostela, gdzie zawziętym niedowiarkiem był ksiądz, a głęboko wierzącym – uparty chłopina. W pewne Boże Narodzenie obaj na własne oczy przekonali się, że krew to krew i hostia spływa prawdziwą posoką.

Wychodzimy. Po drodze widzimy z okien autobusu kościół z napisem res sacra miser. Co to znaczy resamira?, pyta Sara. Biedny jest świętością, mówię. To Seneka. A ten budynek to kościół karmelitanek. Dobrze, że zapamiętuję, jak Sara wymawia te trzy łacińskie wyrazy, bo w dwa dni potem powie mi przez telefon, że spotkamy się w kawiarni o nazwie, której nie da się wymówić naprzeciwko kościoła Resamira. Potem się okaże, że ta nie dająca się wymówić nazwa jest po włosku. Sara zna włoski, gdy pójdzie sama w miasto, w restauracji porozumie się po włosku. Ale nie umie przeczytać włoskiej nazwy na tablicy.

Dziecko.

Znajdujemy po drodze sklep. Sara, mówię, w hotelu nic nie masz, jakbyś zgłodniała – kupmy coś. Ale gdzie tam, nie będzie głodna, niczego nie potrzebuje. Wstałyśmy dziś o 3 rano, zaraz idzie spać. Kupujemy jednak dużo oryginalnych wędlin, do których Sarze aż się oczy świecą, gęś ze śliwkami, no po prostu… bułki, mandarynki. Odprowadzam Sarę do hotelu, pokazuję jej, gdzie jest kuchnia, gdzie może sobie ugotować kawę…

Idę do Ciotki. Przychodzę po Sarę następnego dnia rano. Okazuje się, że Sara w nocy wyszła z hotelu i poszukała restauracji. Tak mi się chciało sałaty i wina, mówi. No tak, miała tylko owoce, bułki, wędliny i herbatę, a musiała mieć sałatę i wino. Jak dziecko. Tylko tego różowego loda, a jak nie, to nic, to się zabiję, to ucieknę z domu. Gdy wracała, zgubiła się, na ulicy nie było nikogo, stała i dziesięć minut czekała, aż pojawi się taksówka. Wsiadła, pokazała adres, taksówkarz zakręcił i za rogiem wysadził ją przed bramą hotelu. Nie wziął pieniędzy, mówi Sara. Polacy są tacy mili, tacy wręcz nadzwyczajnie mili.

Dziś mamy zadania każda dla siebie. Odwożę Sarę do Muzeum, pokazuję Palmę na skrzyżowaniu Jerozolimskich i Nowego Świata  jako punkt orientacyjny. Pokazuję ulicę Nowy Świat, opowiadam, że dalej jest Krakowskie Przedmieście, Zamek, zejście do Starego Miasta. Zadzwonię do ciebie, mówię…
O nie, mówi Sara przerażonym głosem, nie mam komórki.
Jak to?
No nie mam, nie pomyślałam. Pociąga nosem, daję jej chusteczkę. To już odruch.
Trudno. No to musisz sama wrócić do hotelu. Wsiądziesz do taksówki, pokażesz wizytówkę.
O nie! Nie mam wizytówki!
Sara wychodzi z domu na cały dzień, nie ma komórki, chusteczek, adresu hotelu. Będzie sama
i zrobiła wszystko, żebym nie miała się jak z nią spotkać. I żebym czuła się winna, jeśli Sara się zgubi.
Dziecko.

Wzruszam ramionami. Poradziła sobie wczoraj w nocy, poradzi sobie i dziś.
Piszę jej adres hotelu na karteczce, sprawdzam czy ma pieniądze, rozstajemy się. Ja dziś jadę za Warszawę…

Wracam po południu, zadowolona, ale i zaniepokojona. Od Sary nie ma znaku życia. Czyli wciąż chodzi po mieście, wielki czarny stróż ze złamaną ręką i bez chusteczek do nosa.

Wreszcie dzwoni. Tak, wszystko jak trzeba. Nie, Placu Zamkowego nie widziała. Mszy za prezydenta Adamowicza też nie. Świetnie sobie poradziła. Wszystko znalazła. Dojechała tramwajem. Nie wiedziała, dokąd dalej. Jakaś kobieta zawiozła ją pod hotel. Polacy są tacy mili, tacy wręcz nadzwyczajnie mili.
My tego tak nie odczuwamy, mówię. Są raczej normalni.
Nie, nie, są nadzwyczajnie pomocni.
Wydaje mi się, mówię, że postanowiłaś sama sobie udowodnić, iż
Polacy są tacy mili, tacy wręcz nadzwyczajnie mili.

Teraz Sara się prześpi, a potem mam po nią przyjść, pojedziemy na kolację.
Przy kolacji Sara mówi zdanie, które mnie wzrusza: Chciałabym się nauczyć polskiego, bo jak umrę i spotkam się z Mamą, to nie będziemy miały wspólnego języka, żeby porozmawiać.

Próbuję zrekapitulować, co ja właściwie wiem o Sarze. Pochodzi z polskiej rodziny żydowskiej, urodziła się w Niemczech. Wielu rzeczy nie wiem, nie rozumiem, może mi umknęły, ale tyle wiem, że to żydowskie dziecko zostało adoptowane przez przybranych rodziców, Niemców, jak się później okaże – z NRD. Kiedyś Sara przeniesie się na Zachód i będzie studiowała psychologię. Kiedyś zamieszka w Szwajcarii, kiedyś wyjdzie za mąż za archeologa.

Wracamy. Droga od tramwaju jest bardzo krótka, właściwie zaraz za rogiem widać duży napis – ibib, centrum kongresowe Polskiej Akademii Nauk.
Sara wciska mi do ręki torebkę. Trzymaj, ja muszę siku.
Stoję, patrząc na wejście do hotelu. Sara sika na ulicy.
Dziecko. Samotne dziecko zagubione
nocą wśród Polaków. Brzydko ubrane, niedołężne, ze złamaną ręką. Zsikało się na ulicy. Jest wojna. Dziecko nie zna języka, nie wie dokąd ma pójść. Nie ma Mamy ani Taty. Porzucone na zawsze, ale na szczęście Polacy są tacy mili, tacy wręcz nadzwyczajnie mili.