Kartofle – Erdäpfel – Potatos

W Niemczech zaczynają się właśnie wakacje jesienne, niekiedy zwane Kartoffelferien – wakacje ziemniaczane; nazwa pochodzi z czasów, gdy uczniowie pomagali dorosłym na roli. Po wprowadzeniu obowiązku szkolnego praca odbywała się przed szkołą i po lekcjach, ale w takie dni, kiedy miały miejsce wykopki, rodzice po prostu nie posyłali dzieci w ogóle do szkoły. Nie mogąc temu zapobiec, władze szkolne po prostu wprowadziły wakacje szkolne na okres zbiorów ziemniaków.

Kartofle to w sztuce piękny temat.

Pablo Neruda

Oda do frytek

We wrzącej
oliwie
pryska
radość
świata,
ziemniaczane
strugi
wędrują
na patelnię
jak śnieżnobiałe
pióra
porannych
łabędzi,
a wyskakują
na wpół złote od
płynnego bursztynu oliwek.

Czosnek
dodaj do tego
jego ziemisty zapach,
pieprz
przywiany znad zrębu gór
i tak
modnie ubrane
w kostiumy koloru kości słoniowej
lądują na  talerzu
zawsze powracająca pełnia

i wyborna prostota ziemi.

Tłumaczył Tibor Jagielski

De aardappeleters, schilderij van Vincent van Gogh, gemaakt in 1885 in Nuenen (Museum Otterlo)

Seamus Heaney
He received the Nobel Prize for Literature in 1995. 2011 he died in age of 74. I published already that poem, but it was so many years ago…

Digging

Between my finger and my thumb
The squat pen rests; snug as a gun.

Under my window, a clean rasping sound
When the spade sinks into gravelly ground:
My father, digging. I look down

Till his straining rump among the flowerbeds
Bends low, comes up twenty years away
Stooping in rhythm through potato drills
Where he was digging.

The coarse boot nestled on the lug, the shaft
Against the inside knee was levered firmly.
He rooted out tall tops, buried the bright edge deep
To scatter new potatoes that we picked,
Loving their cool hardness in our hands.

By God, the old man could handle a spade.
Just like his old man.

My grandfather cut more turf in a day
Than any other man on Toner’s bog.
Once I carried him milk in a bottle
Corked sloppily with paper. He straightened up
To drink it, then fell to right away
Nicking and slicing neatly, heaving sods
Over his shoulder, going down and down
For the good turf. Digging.

The cold smell of potato mould, the squelch and slap
Of soggy peat, the curt cuts of an edge
Through living roots awaken in my head.
But I’ve no spade to follow men like them.

Between my finger and my thumb
The squat pen rests.
I’ll dig with it.

Übersetzung ins Deutsche & Tłumaczenie na polski: HIER / TU

Jean-Francois Millet, La Récolte des pommes de terre, 1855 (Museum Baltimore)
 
O ziemniakach było już u mnie na blogu kilka wpisów, nie tylko cytowany powyżej wiersz Heaneya. Joanna Trümner, opowiadając o podróży do Peru, pisała w jednym z wpisów o ziemniakach. Pokazywałam w zeszłym roku choinki z ziemniaków. Publikowałam tekst o wielkiej innowacji agrarnej, jaką była uprawa ziemniaków, zainicjowana i wspierana na wielką skalę przez króla Prus, Fryderyka Wielkiego. Był opis wojennej wyprawy po ziemniaki autorstwa mojej ciotecznej babki. Napisałam też kiedyś wpis o Mamie i ziemniakach, a właściwie o obieraniu ziemniaków. Danusia czyli Danuta Starzyńska-Rosiecka podawała kilkakrotnie przepisy na ziemniaki (tu sałatka), a poza tym, tak jak ja, hodowała ziemniaka na balkonie (ja miałam w tym roku dwa). Ale chyba najdziwniejszym wpisem o ziemniakach jest historia o ziemniaku jako… pieniądzu. Czy muszę dodawać, że przygotowując ten wpis, obierałam jednocześnie ziemniaki, gotowałam je, kroiłam na plasterki i ubijałam jajka na hiszpański omlet z ziemniakami, zwany tortillą? Mniam…

***
Jaka smutna wiadomość. Wczoraj wieczorem umarła Joanna Trümner, tłumaczka i autorka, o której tu właśnie piszę, dosłownie w poprzednim akapicie.

Pisała dla nas o podróżach, do Peru, do Australii, pisały z Elą Kargol o Murze Berlińskim, ale na pewno wielu z nas zapamiętało ją przede wszystkim jako autorkę Stuarta, długiej opowieści o losach pewnego angielskiego nieudacznika, któremu się tak nie wiodło z kobietami i który wciąż nie mógł się zdecydować, czy woli bezpieczne i nudne życie nauczyciela matematyki, czy niepewne peregrynacje jako muzyk po trzeciorzędnych klubach i scenach muzycznych Australii. Opowieści Joanny o Stuarcie bardzo nas wszystkich zajmowały, a ponieważ historia posuwała się naprzód powoli, jako administratorka cieszyłam się na wiele lat opowieści i zawsze mówiłam, że Stuart to tacy moi Matysiakowie. W pewnym momencie przed kilku laty, niemal z dnia na dzień, Joanna przestała pisać o Stuarcie. Męczyłam ją, bo twierdziłam, że Czytelnicy (i ja) chcą się jednak dowiedzieć, co było dalej? Po jakimś czasie i z pewnymi oporami Joanna przyznała, że jej też brakuje tego Smutnego Pana. Była już chora, ale obie liczyłyśmy na to, że za chwilę podejmie przerwany wątek.
Niestety, nigdy już nie dowiemy się, co było dalej.

Żegnaj, Joasiu!

Louise Glück (czyli Szczęście)

Literacka nagroda Nobla 2020

Nagroda dla Louise Glück, amerykańskiej poetki i eseistki. Wybór Akademii Szwedzkiej oceniają z Wrocławia prof. Inga Iwasiów, Justyna Sobolewska, Michał Nogaś i Michał Rusinek.

 

Louise Glück was born in New York City in 1943 and grew up on Long Island. She attended Sarah Lawrence College and Columbia University. Considered by many to be one of America’s most talented contemporary poets, Glück is known for her poetry’s technical precision, sensitivity, and insight into loneliness, family relationships, divorce, and death. The poet Robert Hass has called her “one of the purest and most accomplished lyric poets now writing.” In 2020 she was awarded the Nobel Prize in Literature “for her unmistakable poetic voice that with austere beauty makes individual existence universal.”

Glück is the author of 12 books of poetry, including the recent collections Faithful and Virtuous Night (2014), winner of the National Book Award, and Poems 1962-2012 (2012), which won the Los Angeles Times Book Prize, as well as the essay collection American Originality (2017). Glück’s early books feature personae grappling with the aftermaths of failed love affairs, disastrous family encounters, and existential despair, and her later work continues to explore the agony of the self. Her first book of poetry, Firstborn (1968), was recognized for its technical control as well as its collection of disaffected, isolated narratives. Helen Vendler commented on Glück’s use of story in her New Republic review of The House on Marshland (1975). “Glück’s cryptic narratives invite our participation: we must, according to the case, fill out the story, substitute ourselves for the fictive personages, invent a scenario from which the speaker can utter her lines, decode the import, ‘solve’ the allegory,” Vendler maintained. But she added that “later, I think … we read the poem, instead, as a truth complete within its own terms, reflecting some one of the innumerable configurations into which experience falls.” According to poet-critic Rosanna Warren, Glück’s “power [is] to distance the lyric ‘I’ as subject and object of attention” and to “impose a discipline of detachment upon urgently subjective material.”

Glück’s poems in books such as Firstborn, The House on Marshland, The Garden (1976), Descending Figure (1980), The Triumph of Achilles (1985), Ararat (1990), and the Pulitzer Prize-winning The Wild Iris (1992) take readers on an inner journey by exploring their deepest, most intimate feelings. Glück’s ability to create poetry that many people can understand, relate to, and experience intensely and completely stems from her deceptively straightforward language and poetic voice. In a review of Glück’s The Triumph of Achilles, Wendy Lesser noted in the Washington Post Book World that “‘direct’ is the operative word here: Glück’s language is staunchly straightforward, remarkably close to the diction of ordinary speech. Yet her careful selection for rhythm and repetition, and the specificity of even her idiomatically vague phrases, give her poems a weight that is far from colloquial.” Lesser went on to remark that “the strength of that voice derives in large part from its self-centeredness—literally, for the words in Glück’s poems seem to come directly from the center of herself.”

Because Glück writes so effectively about disappointment, rejection, loss, and isolation, reviewers frequently refer to her poetry as “bleak” or “dark.” The Nation’s Don Bogen felt that Glück’s “basic concerns” were “betrayal, mortality, love and the sense of loss that accompanies it… She is at heart the poet of a fallen world.” Stephen Burt, reviewing her collection Averno (2006), noted that “few poets save [Sylvia] Plath have sounded so alienated, so depressed, so often, and rendered that alienation aesthetically interesting.” Readers and reviewers have also marveled at Glück’s gift for creating poetry with a dreamlike quality that at the same time deals with the realities of passionate and emotional subjects. Holly Prado declared in a Los Angeles Times Book Review piece on The Triumph of Achilles (1985) that Glück’s poetry works “because she has an unmistakable voice that resonates and brings into our contemporary world the old notion that poetry and the visionary are intertwined.” Glück’s Pulitzer prize-winning collection, The Wild Iris (1992), clearly demonstrates her visionary poetics. The book, written in three segments, is set in a garden and imagines three voices: flowers speaking to the gardener-poet, the gardener-poet, and an omniscient god figure. In the New Republic, Helen Vendler described how “Glück’s language revived the possibilities of high assertion, assertion as from the Delphic tripod. The words of the assertions, though, were often humble, plain, usual; it was their hierarchic and unearthly tone that distinguished them. It was not a voice of social prophecy but of spiritual prophecy—a tone that not many women had the courage to claim.

Meadowlands (1996), Glück’s first new work after The Wild Iris, takes its impetus from Greek and Roman mythology. The book uses the voices of Odysseus and Penelope to create “a kind of high-low rhetorical experiment in marriage studies,” according to Deborah Garrison in the New York Times Book Review. Garrison added that, through the “suburban banter” between the ancient wanderer and his wife, Meadowlands “captures the way that a marriage itself has a tone, a set of shared vocal grooves inseparable from the particular personalities involved and the partial truces they’ve made along the way.”

Vita Nova (1999) earned Glück the prestigious Bollingen Prize from Yale University. In an interview with Brian Phillips of the Harvard Advocate, Glück stated: “This book was written very, very rapidly… Once it started, I thought, this is a roll, and if it means you’re not going to sleep, okay, you’re not going to sleep.” Although the ostensible subject matter of the collection is the examination of the aftermath of a broken marriage, Vita Nova is suffused with symbols drawn from both personal dreams and classic mythological archetypes. Glück’s next collection, The Seven Ages (2001) similarly takes up both myth and the personal in forty-four poems whose subject matter ranges throughout the author’s life, from her earliest memories to the contemplation of death. Glück’s next book, Averno (2006) takes the myth of Persephone as its touchstone. The book’s poems circle around the bonds between mothers and daughters, the poet’s own fears of ageing, and a narrative concerning a modern-day Persephone. In the New York Times, Nicholas Christopher noted Glück’s unique interest in “tapping the wellsprings of myth, collective and personal, to fuel [her] imagination and, with hard-earned clarity and subtle music, to struggle with some of our oldest, most intractable fears—isolation and oblivion, the dissolution of love, the failure of memory, the breakdown of the body and destruction of the spirit.”

William Logan called Glück’s A Village Life (2009), “a subversive departure for a poet used to meaning more than she can say.” The book is a marked formal departure for Glück, relying on long lines to achieve novelistic or short-story effects. Logan saw A Village Life as a latter-day Spoon River Anthology in its use of “the village as a convenient lens to examine the lives within, which counterpoint the memories of her [Glück’s] life without.” Dana Goodyear, reviewing the book for the Los Angeles Times found A Village Life “electrifying,” even as it presumed to tell its “polite” story of a “dying agriculture community, probably in Italy, probably some time between the 1950s and today.” Goodyear added: “Ordinariness is part of the risk of these poems; in them, Glück hazards, and dodges, sentimentality. The near miss makes us shiver.” Glück’s selected Poems 1962-2012 (2012) was published to great acclaim. While highlighting her work’s fierceness and “raking moral intensity,” in the words of New York Times reviewer Dwight Garner, the collection also allowed readers to see the arc of Glück’s formal and thematic development. According to Adam Plunkett, reviewing the collected poems in the New Republic, “Very few writers share her talent for turning water into blood. But what emerges from this new, comprehensive collection—spanning the entirety of her career—is a portrait of a poet who has issued forth a good deal of venom but is now writing, excellently, in a softer vein.”

In 2003 Glück was named the 12th US Poet Laureate. That same year, she was named the judge for the Yale Series of Younger Poets, a position she held until 2010. Her book of essays Proofs and Theories (1994) was awarded the PEN/Martha Albrand Award for Nonfiction. In addition to the Pulitzer and Bollingen Prizes, she has received many awards and honors for her work, including the Lannan Literary Award for Poetry, a Sara Teasdale Memorial Prize, the MIT Anniversary Medal, the Wallace Stevens Award, a National Humanities Medal, and a Gold Medal for Poetry from the American Academy of Arts and Letters. She has received fellowships from the Guggenheim and Rockefeller Foundations, and from the National Endowment for the Arts. In 2020 she was awarded the Nobel Prize in Literature.

Glück is currently writer-in-residence at Yale University and lives in Cambridge, Massachusetts.

October (section I)
 
Is it winter again, is it cold again,
didn’t Frank just slip on the ice,
didn’t he heal, weren’t the spring seeds planted

didn’t the night end,
didn’t the melting ice
flood the narrow gutters

wasn’t my body
rescued, wasn’t it safe

didn’t the scar form, invisible
above the injury

terror and cold,
didn’t they just end, wasn’t the back garden
harrowed and planted—

I remember how the earth felt, red and dense,
in stiff rows, weren’t the seeds planted,
didn’t vines climb the south wall

I can’t hear your voice
for the wind’s cries, whistling over the bare ground

I no longer care
what sound it makes

when was I silenced, when did it first seem
pointless to describe that sound

what it sounds like can’t change what it is—

didn’t the night end, wasn’t the earth
safe when it was planted

didn’t we plant the seeds,
weren’t we necessary to the earth,

the vines, were they harvested?

Reblog+: Gegen das Klischee der Steinzeit

Annika Bangeter

Jagen war nicht nur Männersache

Der Mann war Jäger, die Frau hütete Kinder: Dieses Bild der Urzeitmenschen wird oft herangezogen, um­­­ Familienmodelle oder Sexualtriebe zu rechtfertigen. Archäologin Brigitte Röder räumt mit Klischees auf.

Bis heute werden die Unterschiede der Geschlechter mit den Steinzeitmenschen erklärt. Was ist da dran?

Brigitte Röder: Die Idee, dass Männer «von Natur aus» Jäger seien, ist ein Klischee. Das Bild vom mutigen Jäger, der einem Mammut auflauert, finden wir in vielen Schulbüchern, Museen, Romanen oder Filmen. Der Mann soll seit Urzeiten die Familie ernährt haben, während sich die Frau um Kinder und Haushalt gekümmert habe.

Was spricht dagegen?

Um dieses Klischee rankt sich die Vorstellung von der gefährlichen und heldenhaften Grosswildjagd, die Männersache gewesen sei. Sie fand zwar statt, aber ihre Bedeutung wird massiv überschätzt. Das zeigen moderne archäologische Untersuchungen. Dank feinerer Grabungsmethoden finden wir an Fundstellen aus der Altsteinzeit inzwischen auch Skelettreste von kleinen Tieren und sogar Fischschuppen. Daher wissen wir, dass der Fischfang eine grosse Rolle spielte, ebenso die Jagd auf Kleinwild und Vögel. Das Bild der heldenhaften Grosswildjagd muss also überdacht werden. Das Nahrungsspektrum war viel breiter.

Wer hat denn tatsächlich gejagt?

Einem Speer oder einem Bogen sieht man nicht an, ob ein Mann oder eine Frau ihn benutzt hat. Wer in der Urgeschichte gejagt hat, ist nicht mit letzter Sicherheit zu entscheiden. Dafür bräuchte man Schriftquellen, die jedoch fehlen. Deshalb ziehen wir Vergleiche aus historischen Zeiten heran. So haben Ethnologen Gemeinschaften beschrieben, in denen auch Frauen gejagt haben. Bekannt ist auch, dass bei den Inuit Mädchen zur Grosswildjagd ausgebildet wurden, wenn der männliche Nachwuchs in der Familie fehlte. Kurz: Es gibt keinen Grund auszuschliessen, dass Frauen auch in der Urgeschichte gejagt haben.

Weshalb besteht dann dieses Bild vom Mann als Jäger und der Frau als Sammlerin?

Die Geschlechterrollen, die für die gesamte Urgeschichte gezeichnet werden, sind ungemein stereotyp. Stets erscheinen die Männer als Ernährer, die mobil waren, Handel oder Bergbau betrieben und sämtliche Innovationen kreierten. Ihnen stehen die ewigen Hausfrauen und Mütter am Herdfeuer gegenüber. Diese Rollenteilung geht auf Idealvorstellungen der bürgerlichen Gesellschaft des 18. und 19. Jahrhunderts zurück. Damals wurde das Geschlechter- und Familienmodell neu konstituiert und für universal erklärt. Es wurde auch festgelegt, welchen «Geschlechtscharakter» Männer respektive Frauen haben. Noch heute gilt dieses bürgerliche Geschlechtermodell vielfach als ursprünglich – und wird auf die Urgeschichte projiziert.

Wie lebten die damaligen Menschen wirklich?

Historisch und ethnografisch ist eine unglaubliche Vielfalt an Geschlechtermodellen, Familien-, Verwandtschafts- und Haushaltsformen belegt. Wer für archäologische Befunde Analogien sucht, müsste also ein breites Spektrum in Betracht ziehen. Interessanterweise fokussieren die meisten Interpretationen aber auf das, was wir von der bürgerlichen Gesellschaft kennen. Etwa die Idee, dass in jedem Pfahlbau eine Kernfamilie wohnte. Studien der Universität Basel zeigen jedoch, dass diese Idee falsch ist. Die Siedlungen waren erstaunlich kurz bewohnt, manche nur acht oder zwölf Jahre. Die Gruppen müssen sich immer wieder aufgeteilt und neu zusammengesetzt haben. Die Vorstellung von Bauernfamilien, die über Jahrhunderte im selben Dorf gelebt haben, muss aufgegeben werden.

Haben die Steinzeitväter auch mal den Brei vorgekaut oder die Kinder betreut?

Mit archäologischen Funden können wir das nicht beantworten. Wie auch? Wir haben Hausruinen, materielle Kultur und darunter ganz wenige Objekte, die wir mit Kindern in Verbindung bringen können. Ohne Schriftquellen ist völlig offen, wer sich um sie gekümmert hat. Das sieht man auch einem Skelett nicht an. Die Wissenslücken werden deshalb leider häufig mit ­Vorstellungen gefüllt, die uns ­vertraut sind und die wir für ursprünglich halten. Deshalb er­scheinen sie plausibel und werden nur selten hinterfragt.

Wann begann die Archäologie, die angebliche Rollenteilung zu hinterfragen?

Vor etwa dreissig Jahren. Seither gibt es diverse Beispiele, die bisherige Bilder auf den Kopf stellen. Sehr interessant finde ich Hallstatt, eine Fundstelle in Österreich. Dort gab es in der Eisenzeit sowohl ein Salzbergwerk als auch den dazugehörigen Friedhof. Anhand markanter Unterschiede an den Skeletten von Männern und Frauen liess sich eine geschlechtsspezifische Ar­beitsteilung rekonstruieren. Ergänzt durch die Funde im Berg, liess sich zeigen, dass die Männer das Salz mit Bronzepickeln geschlagen und die Frauen es nach oben getragen haben. Ein sehr überraschendes Ergebnis brachte auch die Untersuchung der Kinderskelette: Sie zeigte, dass auch Kinder in den Bergbau involviert waren und sehr schwer gearbeitet haben.

Wie alt waren diese Kinder?

Im Bergwerk fand man neben Kinderschuhen auch eine Babykappe. Die Kinder waren also von klein auf dabei und sind in die Arbeit buchstäblich reingewachsen. Nach Ausweis der Skelette müssen die Kinder etwa ab dem Alter von fünf bis sieben Jahren hart gearbeitet haben. Das sprengt all unsere Vorstellungen von einer behüteten Kindheit. Die Bergleute von Hallstatt waren zudem enorm reich. In ihren Gräbern fanden sich kunsthandwerkliche Spitzenprodukte aus kostbaren Rohmaterialien, darunter importiertes Elfenbein und Bernstein. Auch das sprengt gängige Klischeevorstellungen.

Wieso?

Wir nehmen ja an, dass Menschen, die so reich waren wie jene in Hallstatt, andere – beispielsweise Sklaven – für sich arbeiten liessen und sich darauf beschränkten, den Reichtum abzuschöpfen. Doch selbst bei ganz reich bestatteten Individuen sieht man anhand der Skelette, dass sie von frühster Kindheit an hart gearbeitet haben. Das passt nicht zu den gängigen Vorstellungen von Reichtum und gesellschaftlichen Hierarchien.

In Hallstatt waren die Menschen bereits sesshaft. Gibt es Skelette, die Aufschluss über noch frühere Zeiten geben?

Für die ganz frühen Zeiten gibt es nur Fossilien, und zwar meist nur Fragmente, so dass eine Geschlechtsbestimmung oft gar nicht möglich ist. Erst aus den letzten 40000 Jahren gibt es dann auch vermehrt komplette Skelette, die im Hinblick auf Tätigkeiten, Gesundheitszustand oder Lebenserwartung von Frauen und Männern untersucht werden können. Neue geschlechtsgeschichtliche Erkenntnisse liefern auch forensische Methoden. Etwa zur Höhlenmalerei. Bis vor kurzem ging man ganz selbstverständlich davon aus, dass sie das Werk von Männern war.

Das stimmt nicht?

Das Bild von den altsteinzeitlichen Männern, die die Kunst erfunden haben, bekommt Risse, weil man an Handabdrücken sehen kann, dass auch Frauen ihre Hände auf den Höhlenwänden verewigt haben. Ebenso Kinder. Wir müssen davon ausgehen, dass Männer, Frauen und Kinder vermutlich gemeinsam in Höhlen rituelle Praktiken durchführten. Nicht zuletzt deshalb ist zu hinterfragen, weshalb die figürlichen Darstellungen ausschliesslich von Männern stammen sollten. Dafür gibt es keinen Beweis – und auch keinen Grund. Was für Männer selbstverständlich und ohne wissenschaftliche Grundlage gesetzt wird, braucht für Frauen umgekehrt eine hieb- und stichfeste wissenschaftliche Beweisführung – etwa, dass sie auch einen Beitrag zur Ernährung, zur Kunst oder zu Innovationen geleistet haben.

Ärgert Sie das?

Ich finde es unsinnig – und obendrein unwissenschaftlich, denn hier wird methodisch mit zweierlei Mass gemessen. Das Denken verändert sich, aber sehr langsam. Als Prähistorikerin, die auf zweieinhalb Millionen Jahre Menschheitsgeschichte zurückblickt, bin ich an das Denken in langen Zeiträumen jedoch gewöhnt.


Anmerkungen der Administratorin:


Frau und Mann (unten) aus Dolni Vestonice, einer paläolithischen Siedlung der Mammutjäger in Möhren; Dolni Vestonice ist wichtigste archäologische Ausgrabungsstelle in Tschechien.

Es ist interessant, dass die, sagen wir es so, “westlichen” Archäologinnen diese Erkenntnisse erst vor 30 Jahren und sehr mühsam, mit viel Widerstand seitens der Arbeitskollegen UND Kolleginnen ansammeln könnten. Ich habe selber Archäologie in kommunistischen Polen 20 Jahre früher als Brigitte Röder studiert und kann mich auf gar nichts so einseitiges erinnern, als das, was hier Frau Röder als große Errungenschaft der mutigen Wissenschaftlerinnen in der Schweiz erinnern. Die Archäologie, die uns in den 60/70 beigebracht wurde, war zwar auf keinen Fall als modern feministisch zu bezeichnen, war aber auch kein nach Hinten projieziertes Bild der bürgerlichen Verhältnisse. Ich glaube seit eh zu wissen, dass die Frauen mit den Männern zusammen für Ernährung der Familien sorgten vor allem aber, dass diese (auch hier) hochgepriesene Jagd auf großes Wild, diese berühmte Jagd mit einem Speer in der Hand, im Paläolithikum kein Muster war. Man hat entweder kleine Tiere gegessen, Frösche, Fische, Wasserratten, Muschel und Schnecken, die quasi auf Sammlerweise aufgesammelt wurden, oder machte man eine Großjagd auf große Tiere, die man laufend in eine Falle, höher Kliff, eine Schlucht forttrieb. An der Laufjagd hinter einer Herde (oder deren Teil) beteiligte sich der ganze Stamm, Männer, Frauen, Alte, Kinder. Als die Tiere in der Falle lagen, wurden sie erst mit großen Steinen beworfen und letztendlich könnte es sein, dass man mit einem Speer einem Tier einen Gnadenschlag verabreicht hat.
All das wussten wir Archäeologen eigentlich von Anfang an, vielleicht schon, bevor wir angefangen haben zu studieren.

Und woher? Aus einem Buch :-). Lovci mamutů. Ein Jugendroman.

Sein Autor, Edward Štorch, war ein Tscheche; Archäologe und Schriftsteller; er schrieb seinen “paläolithischen Roman” 1918; auf Polnisch ist das Buch 1949 erschienen; auf Deutsch (Die Mammutjäger) in Globus-Verlag Wien, 1953 (Übersetzung Felix Rausch) und Kinderbuchverlag Berlin, 1958. Nun ja, Kinderbuchverlag war ein Ost-Berlin Verlag… In Polen wurde das Buch gern und viel gelesen. Kann aber sein, dass Frau Röder in der Schweiz keine Romane gelesen hat, die in einem jämmerlichen Ostberlin-Verlag herausgegeben wurden. Dazu noch Jugendromane :-). Wissenschaftler lesen wissenschaftliche Abhandlungen…

Don Kichot na wakacjach

Tak jest, spotykam(y) go wszędzie, a zatem również na wakacjach. Ten wpis to taki wakacyjny nieład. Jeśli go i ich gdzieś spotkaliście, przyślijcie mi zdjęcia, to je tu dodam…

Goslar (stare, piękne miasteczko w Niemczech), zdjęcie przysłane przez Anne Schmidt

Szczecin, kawiarnia Moniki Szymanik, Kamienica w lesie (byłyśmy tam wczoraj z wizytą)

Szczecinek, kamienica koło Pałacu Ślubów (autor Dariusz Miliński i koledzy, mural malowany tradycyjnie, pędzlami, a nie sprayami)Mentona, Ogród Pisarzy

Jelenia Góra, ulica Kochanowskiego, rzeźba z 1999 roku autor: Vahan Bego, rzeźbiarz, który mieszkał w Jeleniej Górze w latach 1993-2001

Trees & drzewa

Anna Nacher wrote on FB:

Plants never cease to amaze me. This juniper was rescued from the place, where someone threatened to burn it down or otherwise destroy. So upon hearing this, Marek Styczyński decided to uproot the already fully grown bush, then asked Marcin Sarota to transport it to Biotop Lechnica.
It was already too big to fit in the car, Marcin had at the disposal, so they were driving with this bush that took up all the inside space, sticking a bit through the window – luckily they didn’t meet the police (I’m sure the officers would’ve been sure the bush is driving a car). We immediately fell for each other when I saw it for the first time and sensed its marvellous, rich and strong smell. So we placed it in the soil again, with no guarantee it would survive. The first three years were difficult. It apparently was struggling, a lot. It was changing its shape, lost most of his leaves, then grew another set (of a completely different kind), then lost some more. I was afraid we’re losing it. But deep inside I knew it was still transforming and not giving up. And there He is, five years later, His Majesty Almighty Juniperus, with all his glorious smell again, giving shelter to so many other beings, uplifting my mood and coaching me on coping with transformation.

***
Adam Węglowski
napisał (albo został zacytowany) w kalendarzu Przekroju w sobotę 29 sierpnia 2020 roku, w Dzień Sprzeciwu wobec Prób Jądrowych

Drzewa, które pamiętają historię: Ocalone z blasku tysiąca słońc.

Hibakujumoku to po japońsku „drzewa, które przeżyły” wybuchy bomb atomowych w Hiroszimie i Nagasaki. Według naukowców fala uderzeniowa natychmiast unicestwiła co najmniej połowę drzewostanu w promieniu 2 km od epicentrum wybuchu. Większość pozostałych drzew zniszczyło promieniowanie. Przetrwało od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu sztuk, np. wierzba i eukaliptus przy ruinach zamku w Hiroszimie czy kilkusetletnie cynamonowce w świątyni Sanno Shinto w Nagasaki.

***
To mi przypomniało, że pierwszym drzewem, które odrosło w Hiroszimie był miłorząb japoński. Drzewo rośnie w ogrodzie Shukkei-en w centrum miasta, założonym w roku 1620. Ogród został całkowicie zniszczony w ataku nuklearnym, po miłorzębie pozostał pień, z którego już następnej wiosny odrosły nowe gałęzie.

Napis na tablicy głosi (Wikipedia):

Ten miłorząb jako jedyne drzewo w tym ogrodzie przetrwał burzę ogniową po bombardowaniu atomowym w dniu 6 sierpnia 1945 roku. Obwód pnia: około 4 m, wysokość: około 17 m, wiek drzewa: szacowany na ponad 200 lat. Jest przechylony przez podmuch, przycinanie gałęzi zapobiega jego upadkowi

***

Ale magia miłorzębu to nie tylko Hiroszima. To jedyne drzewo liściaste, które jest jednocześnie drzewem iglastym. Jego igły zrosły się w liście.

Czasami używana nazwa miłorząb japoński jest myląca, gdyż gatunek ten nie występuje naturalnie w Japonii, a jedynie z tego kraju drzewo to po raz pierwszy trafiło do Europy. Gatunek endemiczny i reliktowy, występujący na stanowiskach naturalnych wyłącznie w południowo-wschodniej części Chin, w prowincji Anhui, gdzie rośnie 167 drzew. Przez długi czas utrzymywało się przekonanie, że ani w Chinach ani w Japonii miłorząb nie występuje już w stanie dzikim, a jego osobniki rosnące m.in. przy wielu świątyniach i klasztorach zawdzięczają swe istnienie jedynie opiece kapłanów i mnichów. Miłorzęby mogą żyć nawet 4000 lat i osiągać wysokość 40 m.

Жыве Беларусь!

Pieśń solidarności z narodem Białorusi w wykonaniu z 15 września 2020 roku, publikowana tu dziś w rocznicę napaści związku Radzieckiego na Polskę, z nadzieją, że Жыве Беларусь! Zwrotki śpiewane po polsku, refren po białorusku. Za śpiewanie tej piosenki na Białorusi grozi do 5 lat więzienia.

Słowa: Brom
Melodia i wykonanie: Ryszard Maczel i Krzysztof Malinowski

Жыве Беларусь

Zostało dwóch na placu boju
Białoruś walczy dla przyszłości
Już czas rozliczyć Łukaszenkę!
Nareszcie powiał wiatr wolności

Ja wciąż nadzieję jeszcze mam
Więc wspieram białoruski gniew
Wiem że wybierze demokrację
Nie Saszy rząd, nie jego chlew.

Ды ёсць надзея у мяне
Я бачу беларускі гнеў
Мы скажам Бацьку разам “Не”
Не пойдзем у ягоны хлеў.

“Żywie Bieloruś” krzyczą ulice
Dzisiaj jest szansa na normalność
Wygrajcie bracia z “Baćką”, gdyż
W was żyje jedność, solidarność.

Ja wciąż nadzieję jeszcze mam
Więc wspieram białoruski gniew
Wiem że wybierze demokrację
Nie Saszy rząd, nie jego chlew

Zostało wam ostatnie koło
Pięćdziesiąt procent pół na pół
Odziana w godność praworządność
Lub zniewolenie, bezprawia muł

Ja wciąż nadzieję jeszcze mam
Więc wspieram białoruski gniew
Wiem że, wybierze demokrację
Nie Saszy rząd, nie jego chlew

Słowiańska duszo, w Tobie jutro
Twój głos, to droga ku wolności
Od tego jak postąpisz dziś
Zależy przyszłość potomności.

Ja wciąż nadzieję jeszcze mam
Więc wspieram białoruski gniew
Wiem że, wybierze demokrację
Nie Saszy rząd, nie jego chlew

Ды ёсць надзея у мяне
Я бачу беларускі гнеў
Мы скажам Бацьку разам “Не”
Не пойдзем у ягоны хлеў.

Wy wciąż nadzieję jeszcze macie
Na życie w wolnej Białorusi
Lecz by tak było, tak się stało
Krwawy dyktator odejść musi.

Надзея ў вас яшчэ не згасла
На шчасце вашай Беларусі
На шчасце вашай Беларусі
Рэжым крывавы знікнуць мусіць.

Moria reblogged

komentarz po polsku – na dole; autorką komentarza jest Ania Alboth, inicjatorka Marszu dla Aleppo, od wielu lat polska rzeczniczka praw uciekinierów

Fire Destroyed Most of Europe’s Largest Refugee Camp, on Greek Island of Lesbos

By Patrick Kingsley, Sept 9th

Campaigners have long warned that the overcrowded conditions at the impoverished camp might lead to catastrophe.Video player loading

Vast stretches of the camp and an adjacent site were destroyed in the fire.

Europe’s largest refugee camp, on the Greek island of Lesbos, has long been a desperate makeshift home for thousands of refugees and migrants who have risked everything to flee war and economic hardship for a better life. They lived in cramped tents with limited access to toilets, showers and health care. For years, rights groups warned that these squalid conditions would sooner or later prompt a humanitarian disaster.

On Tuesday night, that disaster came. A fast-moving fire destroyed much of the camp, leaving most of its 12,000 residents homeless. By Wednesday, a process of soul-searching had begun among many Europeans, for whom the Moria camp, and the neglect of its residents, has long been synonymous with the continent’s increasingly unsympathetic approach to refugees.

No deaths were initially reported. But vast stretches of the camp and an adjacent spillover site were destroyed in the fire, leaving only a medical facility and small clusters of tents untouched.

Since 2015, Moria has filled with an influx of migrants — now mostly Afghan refugees — seeking to reach northern Europe. It is a bleak tent camp designed for 3,000 people that at times has swollen to more than 20,000 after Europe started blocking their paths in 2016.

Ursula von der Leyen, president of the European Union’s executive arm, the European Commission, said she felt “deep sorrow” about the fire, while the governor of a region in western Germany, Armin Laschet, said he was willing to admit up to 1,000 refugees from the camp as part of a wider European resettlement program that has yet to be developed.

Some residents of the camp managed to escape to the island’s main town of Mytilene, while others were able to remain in their tents in small areas of the camp that were unaffected by the blaze. But many were being held nearby on Wednesday morning while the Greek authorities decided where to house them.

Aid workers said that the fire at Moria, which is named after a nearby village, began shortly after 10 p.m. on Tuesday following protests by residents over recent coronavirus restrictions, and that it spread quickly because of high winds and the explosion of gas canisters.

Video player loading

A fast-moving fire destroyed much of the camp, leaving most of its 12,000 residents homeless.

Aid workers, activists and officials said a series of fires were started intentionally by a group of camp residents who were furious at being forced to quarantine after at least 35 people tested positive for coronavirus at the camp.

A new, smaller fire broke out on Wednesday evening in one of the few areas that had survived the first blaze, displacing roughly 1,000 more people, aid workers said.

Notis Mitarachi, the Greek migration minister, said during a Wednesday evening news conference that those responsible for the fires would not go unpunished.

The fire quickly destroyed much of the camp’s formal enclosure, including a facility for 400 unaccompanied children and much of its water infrastructure, before spreading to a spillover site in olive groves close to the camp’s fence. Prime Minister Kyriakos Mitsotakis said a state of emergency had been declared for all of Lesbos and noted that all unaccompanied minors would be transferred off the island.

Videos provided to The New York Times by aid workers at the camp showed residents hurrying from Moria in droves in the early hours of Wednesday morning. They carried their belongings in bags slung over their shoulders, some of them pushing infants in strollers, and others draped in blankets.

“It was absolute chaos,” said Jonathan Turner, an aid worker who been building water infrastructure in the camp on behalf of Watershed Foundation and Choose Love. “There were just so many people trying to move, trying to escape.”

By sunrise, footage showed that much of the camp’s formal infrastructure had collapsed, with many of the tents burned. Several metal portable cabins were blackened with soot, their walls having buckled in the heat. Trees on the nearby slopes had been charred.

Video player loading

Fire at a migrant camp on the Greek island of Lesbos.

Thousands of displaced residents were left with nowhere to go, with many simply sitting down a few hundred meters from the camp.

“There are thousands of people just sitting on the main road,” said Nick Powell, an Australian aid worker who witnessed the fire and its aftermath, and who was helping to provide food to the survivors on Wednesday.

It is still unclear where they will be taken. George Koumoutsakos, Greece’s deputy migration minister, said during a Wednesday news conference that efforts were being made to rehouse around 3,000 people in new tents.

The priority was to rehouse the most vulnerable, with some 400 unaccompanied minors being moved to “safe zones” and hotels, he said.

Moria was started in 2015, when more than 850,000 war refugees and migrants made their way by boat from Turkey to nearby Greek islands like Lesbos, hoping to travel farther north. A further 300,000 have arrived in the years since.

At first, when Europe was more tolerant of migrants, people tended to pass through the camp quickly. But in 2016, Europe changed tack, blocking the onward movement of migrants to countries like Germany and leaving thousands stranded in squalid Greek camps like Moria, which soon became overcrowded.

Since then, Moria has been considered an emblem of Europe’s hardening approach to migrants in the aftermath of the 2015 crisis.

Through the European Union, other European countries provided Greece with money to care for its refugee population. But European leaders refused to allow many of them to leave Greek camps for sanctuary elsewhere in Europe.

Stuck in Moria, migrants lined up for hours for food that was often moldy. And they became enmeshed in what for many of them seemed an interminably complex asylum application process, leading to what some doctors deemed a mental health crisis at the camp.

Refugees and migrants sleeping next to a road following the fire.

The situation has been no better in other camps on nearby Greek islands. Across the Greek islands before the fire, more than 23,000 people were crammed into camps built for just 6,000, according to recent statistics compiled by aid groups.

The dynamic has created deep hostility between migrants and Greek islanders who, once welcoming to their new neighbors, have grown increasingly resentful. It has also led the Greek government to immediately expel many new arrivals this year, abandoning more than 1,000 immigrants in rafts at sea.

Given these conditions, campaigners had long predicted a catastrophe at the camp.

“This fire was expected,” said Eva Cossé, who leads research in Greece for Human Rights Watch, an independent New York-based rights organization. “It’s not surprising. It’s a testament to the European Union’s negligence and Greece’s negligence.”

Human Rights Watch has been calling for the camp to be closed or its number of residents to be significantly reduced for years.

“E.U. member states need to have a serious discussion about reducing numbers on the island, and alleviate the pressure on Greece, because Greece cannot deal with this alone,” Ms. Cossé said.

While Mr. Mitsotakis, the prime minister, condemned those who started the fire, he said the disaster could “become an opportunity to deliver better conditions and a new reality in Lesbos.”

Offers of support began on Wednesday, with the European Commission saying it would immediately help relocate the 400 unaccompanied minors to mainland Greece and onward to new homes in E.U. member states. These children are the last of 1,200 that the bloc has been helping place in other countries.

Ylva Johansson, the European commissioner for migration, said that the commission was also paying for a boat that was on its way to Lesbos on Wednesday afternoon and would serve as a makeshift hotel for the most vulnerable.

She also said that, despite recent efforts to improve the overwhelmed camp, conditions had remained very poor. Thousands of people were transferred off the island as the pandemic began, reducing numbers from more than 20,000 to 12,000, though it remained vastly overstretched.

“There are still too many people there,” she said, calling the conditions in Moria “unacceptable.”

Reporting was contributed by Niki Kitsantonis and Iliana Magra from Athens, Matina Stevis-Gridneff from Brussels, and Melissa Eddy from Berlin.


Bardzo nie lubię mówienia o ludziach w numerkach.
Bo numerki oddalają.

Dlatego 13 000 ofiar pożaru obozu Moria na Lesbos czy 11 000 ofiar wysiedleń z obozów i mieszkań w kontynentalnej Grecji albo bezdomne tłumy na placu Victoria, chciałabym w Waszych oczach zamienić w konkret.

Poznajcie Sajrę: Kardiochirurżka z Afganistanu. Kobieta, szanowany lekarz, matka dwóch bliźniaczek i Aliego. Jeździła po świecie, operowała, zna języki.

Talibom nie podobało się, że Ali się do nich nie przyłączy. Najpierw został zabity mąż Sajry. Potem przyszli po syna. Wieczorem, nie pukali.
Sajra zasłoniła syna własną piersią. Pamięta tylko gwałt, wbicie noża, potem straciła przytomność. Aliemu udało się uciec, ale gdy Sajra doszła do siebie, okazało się, że… jej bliźniaczki zniknęły. 8-letnie. Blond, po mamie.

To było 3 lata temu. Nikt nie wie, czy żyją. Gdzie. Z kim. Jak.

Sajra mieszka w maleńkim pokoju w Grecji, z Alim, w tymczasowym ośrodku UNHCR . Obok jej łóżka leży stetoskop. Nie ma nadziei, nie ma siły, ma jedną spódnicę i ten stetoskop.

Za numerkami stoją takie właśnie dramaty

Frankfurt Słubice PRIDE

5 września / 5. September 2020: Odbędzie się pierwszy Słubice-Frankfurt-PRIDE // Erster Frankfurt-Słubice-PRIDE zieht durch die Doppelstadt

W sobotę, 5 września, pod hasłem „Miłość bez granic” rozpocznie się pierwszy słubicko-frankfurcki marsz równości. Pierwszym celem wiecu jest zwrócenie uwagi na brak widoczności i infrastruktury osób nieheteronormatywnych w obu częściach dwumiasta. Drugim celem jest okazanie solidarności ze społecznością LGBTIQ* w Polsce, która doświadcza obecnie silnej dyskryminacji i wyparcia wskutek ustanowienia tak zwanych „stref wolnych od LGBT” w niektórych gminach oraz wskutek nagonek, prowadzonych m.in. przez partię rządzącą PiS w czasie niedawnej kampanii prezydenckiej.
Unter dem Motto „Liebe ohne Grenzen“ findet am Samstag, dem 5. September 2020, ab 14.00 Uhr in der Doppelstadt der erste Frankfurt-Słubice-PRIDE statt. Die Demonstration will einerseits auf die kaum bis gar nicht vorhandene Sichtbarkeit und Infrastruktur für queere Menschen in beiden Teilen der Doppelstadt aufmerksam machen. Zweiter Schwerpunkt ist die Solidarisierung mit der LGBTIQ*-Community in Polen, die durch sogenannte „LGBT-freie Zonen“ in einigen Kommunen sowie durch hetzerische Kampagnen, u. a. durch die Regierungspartei PiS im jüngsten Präsidentschaftswahlkampf, heftig diskriminiert und bedrängt werden.

Dwumiasto ma być miejscem bezpiecznym dla wszystkich ludzi. Dlatego organizatorzy marszu zapraszają do udziału w nim także burmistrza Słubic Mariusza Olejniczaka oraz nadburmistrza Frankfurtu René Wilke. Podczas wydarzenia przedstawią swoje historie, działania, postulaty i cele osoby nieheteronormatywne, działacze i działaczki, organizacje ze Słubic i Frankfurtu, województwa lubuskiego i Brandenburgii, Polski i Niemiec.
Die Doppelstadt soll ein sicherer Ort für alle Menschen sein. Darum lädt das Organisations-Team auch herzlich Oberbürgermeister René Wilke und Bürgermeister Mariusz Olejniczak zu dem Umzug ein. Unterwegs werden queere Personen, Aktivist*innen, Organisationen aus Frankfurt und Słubice, Brandenburg und Lubuskie, Deutschland und Polen ihre Geschichten, Arbeit, Forderungen und Ziele vorstellen.

To wydarzenie na rzecz różnorodności seksualnej i płci społeczno-kulturowej, wolności i bezpieczeństwa osób nieheteronormatywnych organizuje niezależna grupa składająca się z 20 osób pochodzących ze Słubic, Frankfurtu i okolic.
Hinter der Veranstaltung für Vielfalt der sexuellen Orientierungen und Identitäten sowie Freiheit und Sicherheit für queere Menschen steht eine unabhängige Organisationsgruppe mit rund 20 Engagierten aus Frankfurt, Słubice und der näheren Umgebung.

LGBTIQ* to termin, który odnosi się do osób identyfikujących się jako lesbijki, geje, osoby biseksualne, transpłciowe, interpłciowe, queer oraz takie, które nie są pewne swojej tożsamości seksualnej.
LGBTIQ* steht für lesbische, schwule, bi-, trans- und intersexuelle sowie sämtliche queere und Trans-Personen.

*** *** *** *** *** *** *** ***

Start/rozpoczęcie: 05.09.2020, 14:00 Uhr, Plac Bohaterów, Słubice
Treff für Zugreisende: 13.00 Uhr Bahnhof Frankfurt (Oder) // Zbiórka osób przyjeżdżających pociągiem: godz. 13.00, dworzec kolejowy we Frankfurcie nad Odrą<

Trasa będzie prowadziła od Słubic przez most graniczny na Odrze i centrum Frankfurtu, a zakończy się na Holzmarkt, gdzie zaplanowano zakończenie wiecu o godzinie 16.30. //
Die Route führt durch Słubice über die Oderbrücke und durch das Frankfurter Zentrum zum Holzmarkt, wo die Abschlusskundgebung gegen 16.30 Uhr geplant ist.

Corona-Regeln//Zasady bezpieczeństwa sanitarnego z uwagi na pandemię COVID-19:
Es besteht die Pflicht zur Mund-und-Nasen-Bedeckung sowie Mindestabstand von 2 Meter in Polen bzw. 1,50 Meter in Deutschland, in Słubice sind gegenwärtig max. 150 Teilnehmende zugelassen. //
Obwiązuje zakrywanie nosa i ust oraz zachowanie odstępu 2 metrów w Polsce, a 1,5 metra w Niemczech. Dopuszczalna liczba uczestników marszu w Słubicach to obecnie 150 osób.

Bilderatlas Mnemosyne

Ausstellung zum Buch

Aby Warburg: Bilderatlas Mnemosyne
Das Original
04.09.–30.11.2020
Haus der Kulturen der Welt

John-Foster-Dulles-Allee 10/ 10557 Berlin
Tel. + 49 – (0)30 – 397 87 0 / Fax +49 – (0)30 – 394 86 79/ info@hkw.de
Öffnungszeiten: täglich außer Di 12–20h
Eintritt:  7€/3€ Unter 18 Jahren Eintritt frei

Umfassende Hygienevorkehrungen zum Schutz der Besucher*innen und Mitarbeiter*innen beinhalten eine begrenzte Besucher*innen-Kapazität und ein kontaktloses Ausstellungserlebnis. Bitte tragen Sie vor Ort einen eigenen Mund-Nasen-Schutz und halten Sie den Mindestabstand von 1,5 Metern zu anderen Besucher*innen ein. Wir empfehlen, eigene Kopfhörer mitzubringen.

In den 20er Jahren entwickelte der Kunst- und Kulturwissenschaftler Aby Warburg (1866–1929) seinen Bilderatlas Mnemosyne, der wiederkehrende visuelle Themen und Muster von der Antike über die Renaissance bis zur Gegenwartskultur nachzeichnet. Sein Ansatz ist Inspiration für die visuell und digital dominierte Welt von heute. Das HKW präsentiert alle 63 Tafeln des Atlas – erstmals wiederhergestellt mit Warburgs originalem Bildmaterial.

Aby Warburg studierte die Wechselwirkungen von Bildern aus verschiedenen Epochen und kulturellen Kontexten. Er entwickelte den Bilderatlas Mnemosyne, um die Einflüsse der Antike auf die Renaissance und weit darüber hinaus bildlich darstellbar zu machen. Der Atlas bestand in seiner letzten Version aus 63 großen schwarzen Tafeln, auf denen Warburg fotografische Reproduktionen von Kunstwerken aus dem Nahen Osten, der europäischen Antike und der Renaissance neben zeitgenössischen Zeitungsausschnitten und Werbeanzeigen anordnete. In den Jahren vor seinem Tod 1929 experimentierten Warburg und seine engsten Mitarbeiter*innen Gertrud Bing und Fritz Saxl mit Form und Funktion des Bilderatlas. Ihr Ziel war eine Publikation, die für die Diskussion zwischen Expert*innen ebenso wie für das breitere Publikum gedacht war. Im Entstehungsprozess entwickelte sich der Atlas zu einem Erkenntnisinstrument.

Warburgs Methode setzte neue Maßstäbe: Sie bestand darin, kanonisierte Bilder neu anzuordnen und sie epochenübergreifend zu betrachteten; sein Projekt überschritt die Fachgrenzen zwischen Kunstgeschichte, Philosophie und Anthropologie und war grundlegend für die heutigen Disziplinen der Bild- und Medienwissenschaften. Heute bietet sein Umgang mit dem Bildgedächtnis Inspiration und alternative Routen durch eine von visuellen Medien bestimmte Realität.

Die Ausstellung im HKW stellt die letzte dokumentierte Version des Atlas von Herbst 1929 nahezu vollständig mit den Originalabbildungen wieder her: Dafür haben die Kuratoren Roberto Ohrt und Axel Heil in Zusammenarbeit mit dem Warburg Institute den größten Teil der originalen, teils mehrfarbigen 971 Abbildungen in der 400.000 Objekte zählenden Photographic Collection des Instituts aufgespürt – und präsentieren so zum ersten Mal nach Warburgs Tod die 63 Tafeln seines unvollendeten Hauptwerks. Zum ersten Mal zu sehen sind außerdem 20 unveröffentlichte großformatige Abbildungen von Tafeln, die bisher nur im Archiv des Warburg-Instituts zugänglich waren: Sie gehören zu den Vorversionen des Atlas, größtenteils im Herbst 1928 entstanden, und werden in großen Fotoabzügen von den schwarz-weißen Originalnegativen präsentiert.

***
Die Ausstellung wird kuratiert von Roberto Ohrt und Axel Heil in Zusammenarbeit mit dem Warburg Institute.
Im Rahmen von Das Neue Alphabet

Parallel zur HKW-Ausstellung zeigt die Gemäldegalerie in der Ausstellung Zwischen Kosmos und Pathos Kunstwerke von der Vor- und Frühgeschichte bis zur Neuzeit, die Warburg als Vorlagen seiner enzyklopädischen Bildersammlung dienten.

Buch zur Ausstellung

Herausgegeben von Haus der Kulturen der Welt und The Warburg Institute; Roberto Ohrt, Axel Heil
Verlag: Hatje Cantz, 2020
Gestaltung von Axel Heil, Christian Ertel, fluid editions
184 Seiten, Englisch
83 ganzseitige Abbildungen und über 170 Textabbildungen, gebunden, 44 x 60 cm
ISBN 978-3-7757-4693-9
Preis: 200 €

Versandbestellungen über den Verlag

In den 1920er Jahren arbeitete der Hamburger Kunst- und Kulturwissenschaftler Aby Warburg an seinem Bilderatlas Mnemosyne, jenem Tafelwerk, das in der Zwischenzeit zu einem Mythos der modernen Kunstwissenschaft und zum Basisprogramm der Bildwissenschaft avanciert ist. In ihm schuf Warburg ein visuelles Referenzsystem, das seiner Zeit weit voraus war. Roberto Ohrt und Axel Heil haben nun in Zusammenarbeit mit dem Warburg Institute den Versuch unternommen, alle Einzelbilder des Atlas ausfindig zu machen und diese Reproduktionen von Kunstwerken aus dem Nahen Osten, der europäischen Antike und der Renaissance so zu zeigen, wie Aby Warburg sie selbst auf mit schwarzem Stoff bespannten Tafeln angebracht hat. Damit zeigen der Folio-Band und die Ausstellung im HKW im Herbst 2020 sein gesamtes unvollendetes Hauptwerk zum ersten Mal nach Warburgs Tod.

Der Kunsthistoriker Roberto Ohrt und der Künstler Axel Heil haben im 400.000 Einzelbilder umfassenden Bestand der Photographic Collection des Warburg Institutes, nach den Abbildungen des Atlas geforscht. Ihre Arbeit ist eine umfassende Würdigung der gesamten Bilderwelt Aby Warburgs.

Mit Beiträgen von Roberto Ohrt, Axel Heil, Bernd M. Scherer, Bill Sherman, Claudia Wedepohl.


EMS: Am Tag der Ausstellungseröffnung gebe ich dazu meinen eigener Berliner Fund – auf dem Foto das Kleid von Primavera entdeckt in einem türkischen Laden mit Hochzeitsgarderobe:

Reblog: Die älteste Pandemie der Menschengeschichte

Für diejenige, die meinen, es wäre Zeit, dass diese verdammte Pandemie schon endlich endet! Sieben Monate! Es reicht! Och je! Die älteste Pandemie, die die Menscheit fast halbierte, dauerte Sieben Hundert Jahre!
Bleiben Sie gesund!

spektrum.de 

Hubert Filser

Steinzeitpest

Im 4. und 3. Jahrtausend v. Chr. schrumpfte Europas Bevölkerung rapide. Genetiker sind überzeugt: Die Pest hatte gewütet, die zuvor noch in der Schwarzmeersteppe umgegangen war. © AKG Images / De Agostini Picture Lib. / G. Dagli Orti (Ausschnitt)

Irgendetwas Dramatisches muss vor rund 5000 Jahren in Mitteleuropa geschehen sein, vielleicht auch schon einige hundert Jahre zuvor. Nur so viel ist sicher: Für die Zeit von 3500 bis 2800 v. Chr. haben Archäologen kaum Bestattungen dokumentiert. Auch Spuren großer Siedlungen fehlen. Es scheint, als seien zuvor kultivierte Landschaften schlagartig menschenleer geworden. Nichts deutet dabei auf kriegerische Ereignisse oder gewaltsame Konflikte unter den neolithischen Bauern hin. Archäologen rätseln, was damals passiert ist.

Neue genetische Untersuchungen legen nahe, dass der Schlüssel zu diesem Rätsel im Osten Europas liegen könnte. In den weiten Landschaften vom Ural bis zu den Karpaten und zum Kaukasus im Süden lebten damals mobile Viehzüchter, die auf ihren gezähmten Pferden Rinder, Schafe und Ziegen über die Steppen getrieben haben. Von dieser so genannten Jamnaja-Kultur kennen Archäologen bis heute praktisch keine Siedlungen. Nur Gräber. Hunderttausende von Grabhügeln, die vorwiegend aus der Zeit von vor 3600 bis 2300 v. Chr. stammen.

In einigen Jamnaja-Gräbern entdeckte Johannes Krause jüngst Hinweise, die ein neues Licht auf die Ereignisse in Mitteleuropa werfen: Der Direktor der Abteilung für Archäogenetik am Max-Planck-Institut für Menschheitsgeschichte in Jena und sein internationales Team fanden heraus, dass einige der Toten eine frühe Form des Pestbakteriums in sich trugen. Die Forscher fragten sich, ob es nicht sein könnte, dass der Erreger auch nach Mitteleuropa gelangt war.

Der Weg der Pest nach Europa

Der bislang älteste Nachweis von Yersinia pestis ist rund 4900 Jahre alt und stammt aus einem Grab im russischen Nordwestkaukasus. Weitere, nur unwesentlich jüngere Spuren des Erregers fanden die Forscher im Altai-Gebirge, sie sind 4800 Jahre alt. Genetisch sind die Bakterien eng miteinander verwandt. »Noch kennen wir den tatsächlichen Ursprungsort für die Steinzeitpest nicht, wahrscheinlich lag er in Zentralasien«, sagt Krause. »Wir wissen aber, dass die Erreger erstmals vor rund 5500 Jahren auftauchten.« Das ergaben molekulargenetische Berechnungen. Anhand der Mutationsrate des Krankheitskeims können die Forscher dessen Abstammungsgeschichte rekonstruieren. Darüber hinaus stellte Krause fest: »Alle bekannten Typen dieses Bakteriums gehen genetisch auf einen gemeinsamen Vorfahren zurück.« Inzwischen haben Forscher für die Bronzezeit die Bakterien in ganz Europa nachgewiesen, von der Iberischen Halbinsel bis zum Baikalsee. »Die Steinzeitpest war die erste Pandemie der Menschheitsgeschichte«, sagt Krause.
Von Mensch zu Mensch übertrug sich die Steinzeitpest vermutlich über Tröpfcheninfektion – eine Lungenerkrankung, die noch gefährlicher war als die spätere von Nagetieren übertragene Beulenpest
Der dänische Archäologe Kristian Kristiansen von der Universität Göteborg vertritt eine andere Theorie. Er setzt den Ursprung der Steinzeitpest bereits vor etwa 5800 Jahren an. Zu jener Zeit lebten die Menschen der so genannten Cucuteni-Tripolje-Kultur in der Region der heutigen Ukraine. Sie gründeten dort bis zu 15 000 Einwohner fassende Megasiedlungen, die »möglicherweise auf Grund der Pest«, so Kristiansen, noch im 4. Jahrtausend v. Chr. niedergebrannt wurden. Von dort habe sich der Erreger nach Westen ausgebreitet, davon ist der Forscher überzeugt.

Der bislang einzige frühe Nachweis des Pesterregers bei Menschen außerhalb der Jamnaja-Kultur stammt aus Westschweden: Es handelt sich um eine Grablege mit zahlreichen Skeletten mittelneolithischer Bauern aus der Zeit um 2900 v. Chr. Kristiansen nennt den Fund die »Mutter aller späteren Pesterregerstämme«, der einen großen Teil der neolithischen Bevölkerung vom Norden Europas ausgehend auslöschte. Dieses Ereignis habe am Ende der Steinzeit um 2800 v. Chr. einen radikalen Umbruch eingeleitet: Es hätte für die Steppenreiter den Weg nach Europa geebnet. Sie hätten demnach von der Pest profitiert, sie aber nicht eingeschleppt. Johannes Krause widerspricht dieser Idee. Für ihn fehlen immer noch stichhaltige Belege. »Das ist genetisch ein völlig anderer Peststamm, der für die steinzeitliche Pandemie in Mitteleuropa keine Rolle spielte«, sagt Krause. Zudem sei Yersinia pestis bisher in den Siedlungen der Cucuteni-Tripolje-Kultur nicht nachgewiesen.
Der Stammbaum des Erregers
Die todbringenden Bakterien spalteten sich einst vom harmlosen Bakterium Yersinia pseudotuberculosis ab und wurden vor rund 30 000 Jahren in Nagern heimisch – bis sie vermutlich irgendwo in den eurasischen Steppenlandschaften von den Tieren auf den Menschen übersprangen. »Die genauen Übertragungswege kennen wir noch nicht«, sagt Krause. Zehntausende von Jahren war der Mensch zwar potenzieller Wirt, aber kein besonders viel versprechender. Denn innerhalb einer Gruppe Jäger und Sammler konnte er sich zwar verbreiten, doch er hatte nur wenig Gelegenheit, auch andere der weit umherziehenden Wildbeutergemeinschaften zu infizieren. Erst mit dem vermehrten Kontakt zwischen Menschengruppen und dem engeren Zusammenleben mit domestizierten Tieren, die ein Erregerreservoir gebildet haben könnten, änderte sich das.

© Landesamt für Denkmalpflege und Archäologie Sachsen-Anhalt / Juraj Lipták (Ausschnitt)

Schleifarbeit | Die geschliffene Axt aus Schiefergestein ist charakteristisch für die Schnurkeramikkultur des 3. Jahrtausends v. Chr. Der Fund stammt aus Mitteldeutschland.
Nur welches Tier käme als Zwischenwirt in Frage? »Wir haben hier die Vorläufer der Przewalski-Pferde im Verdacht, auf denen die Steppenreiter tagtäglich unterwegs waren«, sagt Krause. Lange Zeit war die Forschergemeinschaft davon überzeugt: Die heutigen Przewalski-Pferde in der mongolischen Steppe sind die letzten Wildpferde der Erde. Doch 2018 ergab eine Genstudie: Sie sind verwilderte Hauspferde, die Nomaden vor 5500 Jahren in der eurasischen Steppe gebändigt hatten. Aber diese Tiere waren nicht die Vorfahren unserer heutigen Pferde – bisher ist immer noch unklar, wo der Stammvater der Reittiere lebte. Vielleicht auch, weil die frühen gezähmten Steppenpferde vermehrt der Pest zum Opfer fielen? Krause zumindest hält einiges von dieser These.

Keine Beulen-, sondern eine Lungenpest

Von Mensch zu Mensch übertrug sich die Steinzeitpest vermutlich über Tröpfcheninfektion. Sie war also eine Lungenerkrankung, die sogar noch gefährlicher war als die spätere von Nagetieren übertragene Beulenpest, die sich über Flohbisse verbreitete. Kristiansen geht davon aus, dass sich die damalige Bevölkerung Europas von geschätzt acht Millionen Einwohnern mehr als halbierte.

Die Suche nach dem Schicksal dieser Menschen erhielt durch den jungen Zweig der Archäogenetik einen enormen Schub. Die neuesten Sequenzierungstechnologien erlauben es, schnell und kostengünstig die Überreste prähistorischer Menschen zu untersuchen. Für die Analyse uralter Genome brauchen Forscher nur wenige Milligramm Knochen- oder Zahnmaterial. Aus darin über Jahrtausende erhaltener DNA können sie nicht nur wichtige genetische Informationen über Herkunft, Augenfarbe oder Hinweise auf Laktoseintoleranz gewinnen, sie finden auch Spuren von Erregern wie Salmonellen – oder eben der Pest.

Das Pandemieszenario ist zwar nur eines von mehreren, denn auch ein Klimawandel könnte für schlechte Ernten und Hungersnöte bei den neolithischen Bauern gesorgt haben. Doch wo sind all die Toten hin? Gerade die geringe Zahl von Skelettfunden zwischen 3500 und 2800 v. Chr. wertet Krause als Indiz, dass die Pest wütete. »Vielleicht fingen die Menschen in dieser Zeit an, ihre Toten zu verbrennen, um so der Gefahr aus dem Weg zu gehen, die von den Leichen ausging«, vermutet Krause. Oder sie ließen die todbringenden Körper einfach liegen, ohne sie zu bestatten.

Männer sind nicht mehr die, die sie mal waren

Archäologische Nachweise für diese Theorie gibt es noch keine, doch die Genetiker spürten einen weiteren Hinweis auf: »Wir sehen in den genetischen Daten, dass es vor rund 5000 Jahren praktisch einen kompletten Bevölkerungsaustausch in Mitteleuropa gegeben haben muss – vor allem bei den Männern«, sagt Krause. Die Gene der Jamnaja-Kultur verdrängten in Europa bis zu 95 Prozent des Erbguts der männlichen Bevölkerung. Der große Teil heute lebender männlicher Mitteleuropäer trägt ein Y-Chromosom, das von diesen Steppennomaden stammt.
Was damals genau passierte, ist aus archäologischer Sicht immer noch ein Rätsel. Haben die berittenen Viehhirten den Tod nach Mitteleuropa gebracht, als sie vor rund 4800 Jahren in kleinen, mobilen Gruppen mit ihren Pferden und Wagen ankamen? Und waren sie selbst womöglich schon immun, nicht aber die einheimischen Bauern? Oder gibt es noch eine andere Erklärung?

© Landesamt für Denkmalpflege und Archäologie Sachsen-Anhalt / Juraj Lipták (Ausschnitt)

Schnurkeramik. Die Töpfer der späten Jungsteinzeit haben die Ornamente mit Schnüren in den Ton gedrückt, wie bei diesem kugeligen Becher mit zylinderförmigen Hals. Das Gefäß aus Sachsen-Anhalt ist typisch für die Schnurkeramikkultur.
Sicher ist: Die Reiter kamen – die Frage ist nur wann. »Für die Zeit von vor 5000 Jahren finden wir in Mitteleuropa keine Spuren der Jamnaja-Gruppen«, sagt Sabine Reinhold, Archäologin am Deutschen Archäologischen Institut in Berlin. Sie erforscht die Nomadenkulturen im Kaukasus. »Entweder haben sie keine archäologischen Spuren hinterlassen, oder der Kontakt fand indirekt über die einheimische Bevölkerung statt.« Die Nomaden lebten in den Steppen nördlich des Schwarzen und des Kaspischen Meeres in kleinen Gemeinschaften zusammen. Sie zogen mit ihren Herden im Umkreis von maximal 80 Kilometern durch die Region und sammelten sich immer wieder in riesigen Zeltlagern. Die Gruppen kamen dabei in Kontakt, tauschten Waren und Wissen aus, erklärt Reinhold. Darüber hinaus waren die berittenen Nomaden stets in der Lage, sich rasch miteinander in Verbindung zu setzen.

Kam der Erreger vor der Einwanderungswelle?

Zu der Frage, ob und wann die Reitervölker die Pest nach Westen trugen, verfolgt die Archäologin eine interessante Spur: »Es gab offenbar bereits vor 5500 Jahren einen intensiven West-Ost-Austausch.« In einigen Steppenbewohnern der Jamnaja-Kultur fanden sich genetische Spuren von Menschen aus Mitteleuropa. Offenbar waren die Bauern und Nomaden schon jahrhundertelang in Kontakt, handelten mit Gütern und Ideen, bevor die Steppenbewohner gen Westen strömten. »In dieser Zeit verbreiteten sich viele Innovationen, etwa der Wagen und die Bronzemetallurgie«, sagt Reinhold. »Über diese etablierten Netzwerke könnte sich auch der Erreger ausgebreitet haben.« Wenige Infizierte schleppten ihn dann womöglich bis nach Mitteleuropa.

In diesem Fall wäre das todbringende Bakterium den Reitern vorausgeeilt – und hätte Europa entvölkert. Die Jamnaja erhielten über die alten Netzwerke vielleicht Nachricht, dass es im Westen saftige Weiden ohne Siedler gab, und zogen los. »Die Dynamik der Pandemie könnte ähnlich verlaufen sein wie bei der Eroberung der Neuen Welt im 16. Jahrhundert«, vergleicht Krause. »Auch damals führte der Kontakt der indigenen Völker mit den Europäern zur Ausbreitung von Krankheiten und zu einem Bevölkerungskollaps.«

Geschlechtsspezifische Erkrankung

Womöglich hatten die Mitteleuropäer vor 5500 Jahren also einfach nur Pech? Weil für sie der Steinzeitpesterreger ansteckender und gefährlicher war – anders als für die Steppenbewohner? Dabei fällt auf, dass in Mitteleuropa vor allem Männer dahingerafft wurden. Wenn tatsächlich die Pest die Bevölkerung dezimiert hatte, dann waren die Männer aus irgendeinem Grund stärker durch das Bakterium gefährdet. »Solche unterschiedlichen Anfälligkeiten gab es immer wieder«, bestätigt Krause. »Auch bei Covid-19 beobachten wir, dass Männer und Frauen unterschiedlich betroffen sind.«

Die Gene der Jamnaja-Kultur verdrängten in Europa bis zu 95 % des Erbguts der männlichen Bevölkerung

Krause könnte sich auch vorstellen, dass erst ein Pestausbruch in der Heimat viele Jamnaja dazu brachte, Richtung Westen und auch Richtung Osten zu ziehen. Anderer Meinung ist Kristiansen: Seines Erachtens seien die weiten Wanderungen kulturbedingt gewesen. So sah die Gesellschaft der Jamnaja-Verbände vor, dass jeweils der älteste Sohn den Besitz erbte. Das zwang alle anderen Männer dazu, alternative Wege einzuschlagen. Sie wurden Krieger, Hirten und Kolonisten, davon ist Kristiansen überzeugt. So hätten sich einige zu Banden zusammengeschlossen, die ihr Glück anderswo suchten. Die Pest bot ihnen die große Chance, in Mitteleuropa eine neue Existenz zu gründen und sich dort Frauen unter der einheimischen Bevölkerung zu suchen. »Sie waren fähige Krieger und behielten die Oberhand«, sagt Kristiansen. »Die einheimischen Männer wurden wahrscheinlich getötet.«

Allerdings gibt es in Mitteleuropa zu dieser Zeit keine Hinweise auf kriegerische Konflikte, sagt Sabine Reinhold. Ein derart massiver Einschnitt lasse sich so nicht erklären. Kristiansens Thesen sind daher unter Archäologen sehr umstritten. Es gibt neueste genetische Untersuchungen aus der Schweiz, die zeigen, dass zumindest auf regionaler Ebene Einheimische und Einwanderer fast 1000 Jahre nebeneinanderlebten, berichtet ein Forscherteam um Anja Furtwängler von der Eberhard Karls Universität Tübingen. Die Schnurkeramiker mit Steppenvorfahren besetzten zwar große Teile Zentraleuropas. Daneben existierten jedoch über Hunderte von Jahren auch Gruppen ohne nomadische Ahnen. »Sie lebten möglicherweise in Alpentälern, die kaum Verbindungen zu anderen Regionen hatten«, sagt Johannes Krause, der ebenfalls an der Studie beteiligt war.

Eine neue Welt wird geboren

Insgesamt erlebte Mitteleuropa in dieser Zeit einen enormen Kulturschub. Ob der große Wandel allein durch die Zuwanderung oder auch durch den Austausch zwischen unterschiedlichen Kulturen ausgelöst wurde, ist schwer zu klären. Doch das Leben veränderte sich drastisch. Zuvor hatten die neolithischen Bauern in Dörfern gelebt und auf gemeinschaftlich bewirtschafteten Feldern vorwiegend Emmer und Einkorn angebaut. Nun wohnten die Menschen auf Gehöften und in Weilern. Kristiansen spricht von einer »sehr viel individualistischeren Kultur, die um Kernfamilien organisiert ist«.

Opfer der Beulenpest. Die Überreste dieser zwei Menschen sind zirka 3800 Jahre alt. Als die beiden starben, waren sie mit der Beulenpest infiziert. Das Grab aus der Samara-Region im Süden Russlands liefert damit den ältesten bekannten Nachweis für den von Flöhen übertragenen Pesterreger.
Die verringerte Siedlungsgröße könnte eine Reaktion auf die Pesterfahrungen gewesen sein, denn gerade das enge Zusammenleben in Dörfern hätte den Ausbruch einer Epidemie begünstigt. Auch Lebensstil und Essgewohnheiten wandelten sich: Die Bauern züchteten vermehrt Rinder, aßen mehr Fleisch, Milch und Käse. Mit den Einwanderern verbreitete sich zudem die Fähigkeit, den Milchzucker Laktose abzubauen. Dass in weiten Teilen Europas eine neue Bevölkerung weilte, erkennen Archäologen auch an der Art, wie die Menschen ihre Haushaltsgefäße gestalteten. Sie verzierten ihre Keramikbehälter mit einem Schnurmuster. Nach diesem Detail haben Forscher der gesamten Kultur ihren Namen gegeben: Schnurkeramiker. Die Neuankömmlinge benutzten zudem andere Waffen als die ansässigen Bauern, nämlich steinerne Streitäxte. Und es wandelten sich die Grabsitten: Die Menschen legten ihre Toten zwar immer noch in Seitenlage ins Grab, doch betteten sie Frauen auf die linke und Männer auf die rechte Körperflanke. Die Reiternomaden aus der Steppe hatten das Leben in Europa nachhaltig verändert, denn mit ihnen hielt auch die indoeuropäische Sprache Einzug auf dem Kontinent.

Nach dem Drama der ersten Pestpandemie folgte einer der größten Umbrüche in der frühen europäischen Geschichte – seine Spur zieht sich bis in die Gegenwart. Zwar verschwand der Erreger der Steinzeitpest vor rund 3500 Jahren, aber offenbar wurde er von einem nahen Verwandten verdrängt: der Beulenpest. Krause und sein Team identifizierten die ältesten bekannten Opfer in einem Grab in der russischen Samara-Region, das Alter: 3800 Jahre. Ebenjenes Bakterium wird wiederum Jahrtausende später erneut die Weltgeschichte dramatisch prägen.

Aber das ist eine andere Geschichte.