Pontus Jansson / PJ is a rockstar!
Watch him stack stones and balance rocks with nothing more than gravity.
stone and rock
and rock and roll:
Pontus Jansson / PJ is a rockstar!
Watch him stack stones and balance rocks with nothing more than gravity.
stone and rock
and rock and roll:
Karolina Żebrowska
autorka strony internetowej Domowa kostiumologia opublikowała 26.02.2018 swoją propozycję uczczenia stulecia praw kobiet.
Wideo jest do obejrzenia na youtubie i zbiera sporo pochwał. Najładniejszą napisał Stefan Tompson: Właśnie tego typu projekty powinna wspierać i promować Polska Fundacja Narodowa. Oryginalne, wzruszające i bardzo ciekawe wideo ukazujące historię Polski w zupełnie inny sposób niż do tego jesteśmy przyzwyczajeni! Miło też to widzieć przez pryzmat kobiecy. Oby więcej takich materiałów!
A tu mój prywatny wkład w stulecie praw kobiet – przepiękna staroświecka parasolka od słońca, taka jaką nosiły nasze poprzedniczki sto lat temu. Kupiłam ją podczas Wielkiej Orkiestry Pomocy Świątecznej w Berlinie. Zdjęcia zrobiła Ela Kargol 6 marca 2018 roku podczas spotkania z Ingą Iwasiów w Regenbogenfabrik. W głębi na pierwszym zdjęciu czarne parasolki, używane przez nas od dwóch lat podczas imprez protestacyjnych i informacyjnych nt. praw kobiet w Polsce. Napisy wykonały uczestniczki pierwszej z tych imprez w październiku 2016 roku…



Ewa Maria Slaska
We wtorek 17 kwietnia będziemy z Annett Gröschner czytały w Kesselhaus w Kulturbrauerei w ramach projektu Berlińskiej Akcji Literackiej (Berliner Literaturaktion) Wahlverwandschaften. O 20, każdy zdąży… (więcej TU)

Format spotkań stawia przed czytającymi pewne wymagania, a organizator, niestrudzony Martin Jankowski, stawia ich jeszcze więcej. O poprzednim spotkaniu z serii napisał nam, że odbyło się między innymi czytanie sceniczne z podziałem na role, w co wciągnięta została również publiczność. Może dlatego berliński TIP poświęca nam specjalną zapowiedź ze zdjęciem…
A my?
Annett się spóźnia, gapię się w displaya komórki. Zabawny wierszyk w sam raz na dziś:
Die Blumen werden billiger
die Mädchen werden williger
es riecht von den Aborten
kurz – Frühling allerorten!
(kwiaty coraz w cenie przystępniejsze
dziewczyny zdecydowanie chętniejsze,
sławojki wonieją ostro!
przyszłaś, Pani Wiosno!)
Erich Kästner (tłumaczenie bardzo dowolne – ja)
Spotykamy się z Annett w kawiarni Zimt und Zucker (Cynamon i cukier) nad Szprewą. Jest piękny letni dzień. Przedwczoraj skończyła się zima, wczoraj była wiosna, dziś jest lato. Nikt nie wie, jak się ubrać. Dziewczyny w wydekoltowanych sukniach idą z chłopakami w swetrach i australijskich botach. Wszędzie pełno ludzi. Kobiety w obszernych długich sukniach w kwiaty, faceci z gołymi nogami. Bo czasy się zmieniły. Latem kobiety mniej pokazują skóry niż mężczyźni.

Panowie tak, a kobiety – tak

No dobrze, a my? Mamy się przygotować do wieczoru, która jak ma przedstawić tę drugą? Co nas łączy? Co dzieli?
Na pewno łączą nas kobiety z rodziny. Nasze poprzedniczki. Napisałyśmy o nich książki, które się jeszcze nie ukazały – to też nas łączy. Opowiadam Annett o stu latach silnych kobiet w mojej rodzinie, poczynając od Praprababci, która produkowała proch i wspierała powstańców w 1863 roku. Moja opowieść o rodzinie to wyraźna linia. Annett mówi, że w jej książce kobiety z rodziny układają się w bukiet jak na obrazie flamandzkiego malarza Ambrosiusa Bosschaerta.

Ten właśnie obraz Bosschaerta, Wazon z kwiatami w oknie, stał się punktem wyjścia dla opowieści Annett o kobietach z jej rodziny. To w ogóle ciekawy obraz. W momencie, gdy powstał, w roku 1620, wywołał gorączkę tulipanową, o czym kiedyś pisał Zbigniew Herbert. O tak, mówi Annett, to ciekawy obraz, są na nim kwiaty z różnych pór roku. Naprawdę nie mogło być takiego bukietu.
Ostatnia kobieta z jej opowieści, współczesna berlinianka dostaje pracę w kwiaciarni u Wietnamki (w Berlinie wszystkie kwiaciarnie zostały przejęte przez Wietnamczyków, podobnie jak zakłady fryzjerskie przez Turków, a restauracje włoskie przez Arabów). Jest XXI wiek. Każdy kwiat można skądś sprowadzić, jesienny z kraju, w którym akurat kwitną ziemowity, wiosenny z miejsca, gdzie kwitną krokusy. Bohaterka książki Annett i jej wietnamska szefowa układają taki bukiet, jakiego nigdy przedtem nie było.
Przyjdźcie we wtorek do Kesselhaus, opowiemy Wam więcej ciekawych historii.
W styczniu byłam w Sopocie. Było biało i zimno. Wszędzie leżał śnieg. Przedpołudniami mnóstwo ludzi wychodziło na spacer. W Sopocie oczywiście ulubionym miejsce spacerów było molo. Na molo i na plaży koło molo kłębiły się tłumy. Ludzie karmili ptaki, budowali małe bałwanki, rzucali śnieżkami. Jednak im dalej molo wchodziło w głąb morza (ach, no, zatoki – oczywiście) tym bardziej było zimno i tym mniej było spacerowiczów. Wiał lodowaty przenikliwy wiatr, który ranił skórę twarzy, na odchodzącą od mola ostrogę nie wchodził już nikt. Zawzięłam się (nie wiem, dlaczego) i dotarłam na sam jej koniec, gdzie zostałam nagrodzona, bo na falochronie jakiś upojony miłością człowiek napisał poemat filozoficznym białym wierszem na cześć swojej kobiety. Niewątpliwie mieli za sobą intensywną noc, zapewne na plaży, a może nawet tu, na ostrodze…

I jak już ten samotny, jedyny pośród 7,3 miliarda ludzi na świecie, napisał wszystko o tym, co go spotkało, ktoś (może ona) napisał to:

No rzeczywiście. Serio serio?
Ewa Maria Slaska
Takie sobie przysłowia sprzed 190 lat

Pamiętacie taki dowcip. Hrabina zamierza zatrudnić nowego bibliotekarza. Przychodzi młody człowiek, ma znakomite referencje, dobrze wygląda, wypowiada się przyzwoicie. Hrabina spogląda przez lorgnon.
– Francuskim włada?
– Włada, pani hrabino.
– Niemiecki posiada?
– Posiada, pani hrabino.
– To niech siada?
– Nie może, pani hrabino.
– A to dlaczego?
– Bo…
E… tam, co ja wam tu będę opowiadała nieprzyzwoite kawałki. Oczywiście jest to taka staroświecka nieprzyzwoitość, nie przymierzając – z czasów pani hrabiny, bo dziś czasy się zmieniły i przeczytałam ostatnio na plotkarskim facebooku pytanie zdziwionej “mamuśki z Berlina”: halo dziewczyny, czy naprawdę słowo “cipka” jest nieprzyzwoite? Tak mi dziś powiedziała moja córka po powrocie z przedszkola.
No cóż, w każdym razie zakładam, że czytelnik (i czytelniczka) “niemiecki posiada”, już przestudiował(a) zamieszczoną powyżej okładkę i wie, że książkę wydano w Lipsku w roku 1828. Przenieśmy się zatem w czasy, kiedy takie słowa jak to, tamto i owo, również “cipka” proszę mamuśki, były nieprzyzwoite, a pan hrabia, człek w sile wieku, urodził się bowiem w roku 1767 (a zmarł w roku 1849) Christian Ernst von Benzel (Bentzel) Sternau, po wielkich sukcesach poprzedniej jego książki – Złoty cielec – wydaje ksiąg cztery sztuk teatralnych: Teatr Dworski z Baratarii czyli gry przysłowne. Jest to w sumie około 40 sztuk, dobrze nadających się do tego, by wystawić którąś z nich dla uczczenia przyjęcia, ślubu czy jubileuszu na dworze, zwłaszcza, gdyby trupa mniej lub bardziej utalentowanych dworzan sama się chciała zabawić w aktorów. Może nawet Książę Pan… Tytułem każdej sztuki jest przysłowie.
Również mottem owych ksiąg czterech jest zaczerpnięte z Horacego przysłowie: dona præsentis cape lætus horæ – z radością przyjmuj to, co daje godzina (autor pominął tu ciąg dalszy: et linque severa – i porzuć smutne myśli).
Nie ma wśród owych sztuk żadnej, która by się bezpośrednio wiązała z Don Kichotem i Sancho Pansą, żadna nie toczy się też w Baratarii, ale powiązania z oryginałem są wielorakie. Po pierwsze, podobnie jak sam Don Kichot, Teatr Dworski jest zbiorem historii, bo przecież powieść jest ramą, w którą oprawiono mnóstwo mniej lubb bardziej komicznych opowiastek, które zastąpiły popularne w poprzedniej epoce opowiastki budujące. Po drugie – Sancho Pansa jako gubernator Baratarii rozwiązuje kilka zagadek kryminalnych, z których świetnie dałoby się stworzyć kolejne sztuki teatralne. Poza tym to on właśnie lubuje się w mądrościach płynących z przysłów, a każde z nich to niejako streszczenie następnej opowieści. Jeśli świat jest sceną, to dzieją się na niej gry przysłowne. W powieści owa “wyspa na lądzie”, którą oddano naszemu giermkowi w gubernatorstwo, należy przecież do Księcia i Księżnej, a na ich dworze panuje wszak nastrój wiecznej karnawałowej zabawy i u nich też, jak to pisze jeden z polskich tłumaczy, “chimera zastępuje rzeczywistość”. A więc jest na pewno i teatr, i aktorzy, profesjonalni lub amatorzy, i sztuki, które się wystawia.
Don Kichot pełen jest mądrości zaczerpniętych z przysłów. Oto przykład pierwszy lepszy z brzegu. Pan i giermek właśnie rozpoczęli swoją podróż, podążają przed siebie, giermek opowiada historyjkę:
Słuchajcie więc, bo oto zaczynam. Jak było, tak i było: dobre jest dla wszystkich, a złe dla tego, który go szuka. Zauważcie tylko, proszę was, panie, że starożytni nie zaczynali nigdy swych powieści, jak dziś je zaczynają, lecz rozpoczynali zazwyczaj od przysłowia niejakiego Katona, cenzora rzymskiego, który to właśnie utrzymywał, że złe jest tylko dla tego, który onego szuka, a to właśnie, jak raz dobrze przypada na przestrogę dla waszej wielmożności, by siedziała spokojnie i nie budziła licha, które śpi, a nade wszystko, że uczynilibyśmy najlepiej, gdybyśmy, obrawszy sobie inną drogę, porzucili tę, na której bez zawodu wszyscy diabli nas oczekują.
— Ty ciągnij tylko dalej swoje opowiadanie, a drogę i jej kierunek mnie pozostaw.
— Mówiłem więc — rzecze Sancho — że w pewnym miejscu, w Estramadurze, był sobie pasterz kóz, to ma znaczyć, panie, taki, który kozy pasał, a który to właśnie pasterz albo pasący kozy, jak chce mieć historia, nazywał się Lopez Ruiz i nadto ten pasterz, Lopez Ruiz, zakochany był, jak się mówi, w pewnej pasterce, nazwanej Toralva, która to właśnie pasterka, nazwana Toralva, była córką bogatego pasterza, który posiadał bardzo liczną trzodę.
— Jeżeli obrałeś sobie ten sposób opowiadania — przerwał Don Kichot — i będziesz powtarzał ustawicznie jedną rzecz dwa razy, to i za dwa dni nie skończysz; opowiadaj więc powieść swoją lepiej lub nie kończ jej wcale.
— Wszystkieć nowości u nas opowiadane są w ten sposób — odrzekł Sancho — i ja też nie umiem opowiadać inaczej, a i wam, panie, cieszyć by się należało, że nie wprowadzam nowych zwyczajów.
— Opowiadaj wreszcie, jak sobie chcesz — rzecze Don Kichot — i ponieważ mój los fatalny każe mi słuchać twej mowy, mówże więc dalej.
— Wiadomo wam już przeto, kochany mój panie — ciągnął dalej Sancho, — że ów pasterz, jak to już powiedziałem, zakochany był w pasterce Toralva, młodziuchnym, okrągluchnym stworzeniu, ale dzikim i trudnym do ugłaskania, a która, jakby coś…
Tak tak, drogi mój czytelniku (i czytelniczko), pan i giermek po równi cenią przysłowia, bo to pan a nie sługa mówi: Przyjacielu Sancho, czy wiesz, że nie ma nic prawdziwszego nad przysłowia, są to maksymy zdobyte doświadczeniem…
Na co w kilka stron potem giermek odpowie: — Nie mówię, ani myślę tu o sobie, bo wiem, że nas wedle przysłowia jednym łokciem niepodobna mierzyć, a i to pojmuję, że ślimakowi nie należy wyłazić ze swojej skorupki, chociaż wierzę, że gdyby było we zwyczaju opisywać również czyny błędnych giermków, tak dobrze można by opisać moje, jak i każdego z moich poprzedników.
I jeszcze: — Co do mnie, ani mówię, ani myślę tego — rzecze Sancho — nie mieszam się do spraw cudzych, patrzę się, a jeśli robię głupstwa, to na swój rachunek, ja w swoim młynie mąkę mielę, nie sadzam palca we drzwi, bo wiem, że kto się wścibia, często chybia, a czy oni spali razem, czy nie, to mnie ani parzy, ani ziębi. Często myślimy, że w garnku słonina, a tam tylko szumowina.
Wszystkie owe mądrości jeszcze się w hiszpańskim pociesznie rymują, co zresztą i w polszczyźnie bywa (w niedzielę praca w gówno się obraca – co zaświadcza, że lud polski już dawno wiedział, iż trzeba będzie zamknąć sklepy, jeszcze zanim one w ogóle powstały). Nasza autorka, Kinga Szpuler, gdy ją jej profesor, Piotr Sawicki, wykładający we Wrocławiu literaturę hiszpańską, zaprosił do tłumaczenia przysłów hiszpańskich z XVII wieku, zaprosiła z kolei do współpracy kolegów górali, aby jej pomogli przerobić tłumaczenia lingwistyczne na rubaszne rymowanki czyli, jakby to z oburzeniem odnotował Don Kichot, prostackie przysłowia.
Osioł z książkami na grzbiecie? To doktor przecie.
Student pomylony, choćby się uczył, plecie androny.
Błąd medyka przykryje ziemia; błąd adwokata naprawią pieniądze; błąd teologa strawi ogień.
Żwawo bierz kobitę, jak łykasz okowitę.
Po wypiciu każdy baje, co mu się wydaje.
Kiedy zimne wstają zorze, tylko wódka ci pomoże.
Kto je jak świnia, zażre się na śmierć.
Kto za dużo śpi, ten z nauki drwi.
Wesele bez wódki, opłakane skutki.
Znużony leży blisko żony.
Młody jest głupi i bez pokory, stary mądry, ale chory.
Stręczyciel i drab, jeden drugiego wart.
Ucz się nieprzerwanie, a coś w głowie zostanie.
Czy według przysłów? Zatytułowane przysłowiami sztuki hrabiego von Benzel-Sternau nie są jednak sztuczkami napisanymi dla uciechy gawiedzi, to inteligentne i pełne erudycji historyczne intrygi, oparte na mało znanych, nieznanych a może wydumanych faktach. Za tydzień przetłumaczona specjalnie dla moich czytelników (i czytelniczek) jedna ze sztuk hrabiego; tom II, sztuka numer VIII: Der Sündenbock oder Mit großen Herrn ist nicht gut Kirsche essen (Kozioł ofiarny czyli Z wielkim panem niedobrze zbierać wiśnie). Nie uwierzycie, ale nie wiedząc o czym jest którakolwiek z tych sztuk, wybrałam na chybił trafił taką, w której pojawia się Polska.
Kobieta, którą stać na wszystko, która – jak sama chwali się w wywiadzie – skończyła prestiżowe studia “z pomagania”, która po całej Polsce porozwieszała billboardy ze zdjęciem samej siebie tulącej anonimowe ciemnoskóre dziecko – nauczy Was teraz czegoś o pomaganiu.
Nie mam nic personalnie do Pani Dominiki – nie znam jej. Nigdy wcześniej nie słyszałam o jej programie w TVN (nie mam telewizora i nie oglądam telewizji) i pewnie nie pisałabym teraz tego tekstu, gdyby nie intensywna akcja PRowa prowadzona przez główną bohaterkę, a której częścią zdaje się być okładka i tekst w najnowszym wydaniu WO.
Pani Dominika mówi w wywiadzie: Profesjonalne pomaganie to konkretna praca wymagająca konkretnych narzędzi. Trzeba mieć organizację, struktury, doświadczonych specjalistów. W przeciwnym razie zostaje tylko fundowanie wzruszeń samemu sobie i egoistyczne zachwyty nad swoją dobrocią.
Tylko czymże jest jej jeżdżenie po świecie, kręcenie kolejnego odcinka programu, w którym ociera łzy afrykańskiej dziewczyny opowiadającej o strasznych doświadczeniach z dzieciństwa w „zabobonnym” Beninie, jeśli nie właśnie fundowaniem sobie wzruszeń? Prawie w każdym z resztą odcinku mamy smutną historię, łzy i filantropkę przytulającą kolejne osierocone dzieci, lub osoby opowiadające o przebytej traumie.
Czy na studiach z filantropii nie było etyki? Czy cokolwiek mówiono o tym, w jaki sposób powinno traktować i przedstawiać w publicznym dyskursie osoby, którym się pomaga (szczególnie jeśli chodzi o kraje tzw. Globalnego Południa)?
Szanuję wsparcie, jakiego fundacja Pani Kulczyk udziela lokalnym organizacjom, i wpływ, jaki to wsparcie wywiera na życie osób pokazanych w programie. Ale po lekturze wywiadu i obejrzeniu kilku losowych odcinków nie mogę pozbyć się wrażenia, że w tym przypadku korzystanie z pomocy automatycznie wiąże się z rezygnacją z zachowywania godności. Osoby, które korzystają z pomocy nagrywa się, kiedy płaczą czy kiedy wspominają przemoc w rodzinie. Dziecko uczęszczające od 11 lat do świetlicy środowiskowej pyta się, czemu woli spędzać czas na świetlicy niż w domu. Pytania, które “wśród swoich” uznalibyśmy za nie na miejscu nawet podczas prywatnej rozmowy znajomych, nie stają się ok, jeśli zadajemy je na drugim końcu świata, przed kamerą, osobie, na której los wpłynęły nasze pieniądze.
W programie o Suazi biała, wykształcona, zachodnia filantropka mówi nam: Z jednej strony rozumiem kultywowanie tradycji, ale czy półnagie dziewczynki muszą prezentować swoje wdzięki przed królem i jego świtą? Równocześnie wdzięki tych półnagich dziewczynek mogliśmy oglądać na przebitkach przez większą część odcinka. My, “cywilizowane osoby z Zachodu” dzięki programowi pani Dominiki patrzymy dokładnie na to, co pani Dominika uznaje za niestosowne (najwyraźniej jednak tylko wtedy, kiedy oglądają to król i jego świta).
Zdecydowanie trzeba edukować społeczeństwo, uczyć Polki i Polaków mądrego pomagania. Pomaganie musi być profesjonalne i skupione na odbiorcy tej pomocy, a nie wypełnianiu emocjonalnych niedoborów pomagającego. W naszej organizacji pierwsza i najważniejsza zasada to PRZEDE WSZYSTKIM NIE SZKODZIĆ. Dotyczy to zarówno bezpośredniej działalności pomocowej, jak i PRu, promocji, fundraisingu. Zachowanie podmiotowości i godności osób, którym pomagamy to świętość. Może gdyby było inaczej, gdybyśmy takich oporów nie mieli, to “promocja” byłaby łatwiejsza i mielibyśmy większe wpływy z darowizn czy 1%, ale na szczęście jeszcze nie wszystko na tym świecie jest na sprzedaż. Dlatego Pani Dominice Kulczyk podziękuję dziś za dobre rady, a okładkę Wysokich Obcasów uznam za primaaprilisowy żart.
Kalina Czwarnóg jest członkinią zarządu Fundacji Ocalenie
Przeczytajcie również komentarz Krytyki Politycznej.
A tu jeszcze mój komentarz: Pani Dominika Kulczyk robi to, co robi, albo bezpośrednio za pieniądze swojego taty, albo za te, które zrobiła dzięki pieniądzom taty. Tata, Jan Kulczyk, robił różne rzeczy (również ożenił się i umarł) za pieniądze, które zrobił dzięki pieniądzom swojego taty. Jego tata, Henryk Kulczyk, był za czasów komuny pracownikiem wywiadu PRL w Berlinie i tam zrobił pierwszy milion. Poznałam go swego czasu w Berlinie i pamiętam, że Henryk Kulczyk, wprawdzie się tym specjalnie nie chwalił, ale też wcale tego faktu nie ukrywał. Dziś w różnych przesłodzonych życiorysach (rśwnież na Wikipedii) nic już się o tym nie wspomina.
Ewa Maria Slaska
Wyspa wielkanocna?
Umówmy się. To prosta zagadka i każdy ją rozwiąże, wystarczy zmienić jedną małą literę na wielką i usunąć znak zapytania. Chyba więc tym razem nie będzie nagród za jej rozwiązanie. Zagadka na Boże Narodzenie była jednak znacznie trudniejsza. Zaczynamy:
To najstarszy widok “naszej zagadkowej wyspy”, namalowany w latach 1775–1776 przez Williama Hodgesa. Jednak pierwszym Europejczykiem, który postawił stopę na Rapa Nui był Holender, Jacob Roggeven. Do jej brzegów dobił 5 kwietnia 1722 roku w niedzielę wielkanocną.
William Hodges (1744 – 1797) był angielskim malarzem i grafikiem. Zajmował się malowaniem dekoracji teatralnych, gdy postanowił zmienić swoje życie i zaciągnął się jako malarz na drugą wyprawę Jamesa Cooka po Pacyfiku (1772-1775). Odwiedził wówczas “naszą zagadkową wyspę”, ale też… inne miejsca i wyspy, na przykład Antarktykę. Plonem wyprawy były liczne obrazy, szkice i rysunki. Po powrocie wyjechał raz jeszcze, tym razem do Indii. Gdy wrócił na stałe do Anglii, zajął się publikowaniem książek, które sam ilustrował. W roku 1795 porzucił malarstwo i zajął się… bankowością. Był partnerem małego banku w Dartmouth, który wkrótce zbankrutował. Wikipedia pisze, że Hodges zmarł w dzień po upadku banku w niejasnych okolicznościach i podejrzewano samobójstwo.
To mapa.
Wulkan.
A to widok panoramiczny.Tu 15 posągów. W sumie jest ich kilkaset.

I widok.
To tyle na dziś! Miłego Dyngusa!
Ewa Maria Slaska
Nagromadziło mi się ostatnio trochę luźnych przemyśleń, z którymi nie wiadomo, co zrobić, bo do niczego nie pasują, a co gorsza niezbyt są ważne, ale jednak mają pewną wartość i trochę ich szkoda na całkowity przepadek. Zaczynam więc ten wpis, nie wiedząc, dokąd mnie, a zatem – nas, te przypadkowe rozmyślania zaprowadzą? Przyznaję, że sama jestem ciekawa.
Matka Polka
Zdecydowanie zmieniło się znaczenie tego pojęcia. W szkole pojawiło się ono podczas omawiania literatury XIX-wiecznej i oznaczało zapamiętałą patriotkę, która nie bacząc na przegrane i klęski kolejnych zrywów przeciw zaborcom, rodzi i wychowuje synów na zagorzałych patriotów, gotowych walczyć i polec dla odzyskania wolności Ojczyzny. To do niej i o niej pisał Mickiewicz, to jej bronił Konstanty Gaszyński.
Taką ma też wymowę wzniesiony w roku 1973 Pomnik Matki Polki w Raciborzu, przypominający bohaterstwo śląskich matkek, wychowujących dzieci w duchu polskiego patriotyzmu. Autor wpisu w Wikipedii używa do opisu bohaterskiej matki słów wzniosłych i pełnych godności. Pomnik przedstawia śmiało patrzącą i kroczącą przed siebie, wyprostowaną kobietę z dzieckiem na ręku.
![]()
Pomnik Matki Polki nieopodal placu Mostowego w Raciborzu,
zaprojektowany przez Jana Borowczaka
Chlubny to i wspaniały patriotyzm, niestety dziś już nader anachroniczny, a przecież nadal może nie tyle praktykowany, bo i na szczęście – nie ma go gdzie praktykować, ale z wielkim krzykiem głoszony. I w tym krzyku wciąż się pojawia zdanie o tym, że tak “nas” wychowano. Trudno jednak powiedzieć, kto “nas” (tych młodych “nas”) tak wychował, bo pojęcie Matka Polka zniknęło z wokabularza patriotycznego.
Gdy rozmawiam o tym z przyjaciółką, zgadzamy się oczywiście, co do tego, że wzór XIX-wieczny byłby aktualnie nie do zniesienia i nie do przyjęcia, a zarazem bez sensu. Ba, wydawałoby się, że od-militaryzowanie i od-mitologizowanie Matki Polki Bohaterki jest ze wszech miar wskazane. Zastanawiające jest jednak, że ta jej wersja zniknęła właściwie bez śladu. I tak jak zwykły człowiek w Polsce bez problemu używa określenia hetera zamiast megiera i ubiera buty zamiast je wkładać, i już nic tego niestety nie zmieni, tak i Matka Polka Bohaterka całkowicie zniknęła z pamięci publicznej i tego też już nikt nie zmieni. Piszę to z żalem, nie dlatego, bym chciała, by nadal takie były nasze zadania, ale dlatego że zmiana konotacji tego pojęcia odsunęła w niepamięć pokolenia kobiet, które rodziły synów, wiedząc, że ledwo dorosną, przyjdzie im wysłać ich na śmierć w walce.
Gdy jednak przyglądam się bliżej współczesnej Matce Polce, to widzę oczywiście, że zwolnienie jej z obowiązków patriotycznych, wcale w aktualnym rozumieniu nie zmieniło jej w istotę wolną, lecz zamiast bohaterstwa pod pojęcie to podłożone zostało posłuszeństwo i bodaj czy nie oznacza ono dziś jeszcze cięższego brzemienia niż był nim ongiś bezwzględny patriotyzm. Usunięta z leksykonu patriotycznego i pozbawiona tym samym godności i prawa do uznania, Matka Polka przeniosła się w sferę społeczną. Dziś jest to nie tyle matka, co przede wszystkim żona, posłuszna kościołowi, mężowi, prymasowi, prezydentowi i prezesowi, istota, która dała życie dzieciom narodzonym i da je tym jeszcze nie narodzonych, nosicielka świętej zygoty. Ubrana w sukienkę do kolan, cieliste rajstopy i niebotyczne szpilki o spiczastym nosku, tak sama jak pięć milionów innych, nieszczęsna istota, wzgardzona po równi przez partię rządzącą i opozycję. To ona! To o niej i dla niej kobiety emancypowane sformułowały projekt “ratujmy kobiety”. Po dwóch latach ośmielam się wreszcie powiedzieć to na głos – ta nazwa jest arogancka i traktuje nas jak jakieś bezwolne i bezmózgie istotki, nad którymi pochylił się ktoś Wielki i Dobry, kto w dobroci swej wielkiej postanowił nas uratować.

Tym niemniej szkoda, że mu się nie udało. Bo teraz nic nas już nie uratuje, choć byśmy nie wiem ile razy wychodziły na ulicę i protestowały…
W PS przypomnę jeszcze owe dwa wiersze, które zbudowały ongiś retoryczną figurę Matki Polki
Adam MickiewiczDo matki PolkiO matko Polko! gdy u syna twego
|
XX |
Konstanty GaszyńskiDo matki PolkiO! matko Polko! jeśli syn twój z młodu
|
z podziękowaniem dla Kingi Szpuler, która przetłumaczyła na Polski kolejne odcinki zabawnego serialu hiszpańskiego Ministerstwo Czasu, i jakby już tego nie było dość, jeszcze wiernie przyjeżdża, a właściwie przyjeżdżają, ona i Włodek, do Berlina, przywożą film i sprzęt do zainstalowania kina domowego, po czym wspólnie oglądamy perypetie kilkorga pracowników Ministerstwa Czasu, których zadaniem jest korygowanie w kolejnych odcinkach przeszłości, po to by w teraźniejszości wszystko było tak, jak jest. Rekrutowani w różnych epokach pracownicy, niekiedy dobrzy, acz nikomu nieznani, niekiedy znamienici jak Diego Velasquez, przez różne drzwi, ulokowane w podziemiach gmachu ministerstwa, dostają się w przeszłość w dokładnie określonym miejscu i momencie, aby dokonać pewnych niezbędnych korekt. Niekiedy muszą po temu skorzystać z motocykla, komputera lub komórki, czego zasadniczo robić nie powinni, jednak i w ich pracy zdarza się, że cel (zbożny, zbożny!) uświęca środki. To dzięki nim Łazik z Tormesu nie ginie na szafocie i spisze swe przeżycia, które anonimowo ukażą się drukiem w roku 1554, zapoczątkowując tryumfalny pochód powieści łotrzykowskiej w Europie (a dodajmy: i w Ameryce). To oni ratują od śmierci pewnego rozrabiakę, który dzięki temu zdąży się ożenić, spłodzić dzieci i zostać prapraprapradziadkiem (tak, tak – w szóstym pokoleniu!) księcia Adolfo Suáreza Gonzáleza, który w roku 1971, po obaleniu Franco, został pierwszym premierem Hiszpanii. Interweniują w sprawie zakończenia wojen napoleńskich na półwyspie Iberyjskim i ratują dla potomności Guernikę Picassa. Sprawią też, że nie powiedzie się intryga, zmierzająca ku temu, by Szekspir a nie Cervantes… Ale, hola, tu już zaczynam opowiadać historię, która jest treścią dzisiejszego wpisu, pora więc zakończyć tę dedykację i powiedzieć raz jeszcze krótko i zwięźle: dziękuję, Kinga Szpuler!

Ewa Maria Slaska
Jest rok 1604
Cervantes skończył właśnie pisać powieść, z której właściwie jest bardzo dumny (w filmie powie o niej, że przełamała wszystkie konwencje i jest w niej epika, liryka, tragedia i komedia), ale nie aż tak, by nie ulec pokusie i nie sprzedać jej dwóm (niby-to) Anglikom, którzy pojawią się u niego jako Lord Charles York i jego szambelan, niejaki Benent. Panowie przyjechali niby to z szekspirowskiej Anglii, przywieźli worek złota i twierdzą, że opowieść o Rycerzu Smętnego Oblicza i jego zabawnym giermku zostanie wystawiona na deskach teatru Globe. Ale bogdaj tam… Obaj są oszustami, którzy podobnie jak pracownicy ministerstwa podróżują w czasie i właściwie są do swych podróży lepiej przygotowani, bo nie potrzebują żadnych drzwi wejściowych ani wyjść przez szafy, studnie i kominy, czym muszą się posługiwać urzędnicy ministerialni, lecz dysponują nowoczesnym nihilatorem, co pozwala im znikać ot tak, pach pach i już. Zresztą w ogóle nie są renesansowymi Anglikami, tylko jak najbardziej XXI-wiecznymi obywatelami USA. Nie po raz pierwszy mącą w historii (nie tylko zresztą oni), którą “nasi” próbują właśnie skorygować. Nie do końca jest też pewne, jakie są ich prawdziwe cele. Bo możliwe, że po prostu próbują zdobywać pewne przedmioty, manuskrypty, biżuterię, obrazy, po to, by je w czasach współczesnych spieniężyć z tysiąckrotnym zyskiem (pomyślmy – oryginalny rękopis Cervantesa na aukcji u Sotheby’ego!), ale niewykluczone, że zamierzają zniszczyć manuskrypt opowieści, po to, by się nigdy nie ukazała! Bo wtedy na polu bitwy o literacką sławę pozostaną tylko Lope de Vega w Hiszpanii i Szekspir w Anglii, a skoro wiadomo, że historia sama z siebie ustali, kto jest “lepszy” a kto “gorszy”, wiadomo więc, że Lope de Vega (w roku 1604 po stokroć sławniejszy niż Cervantes) nie sprosta próbie czasu, w historii kultury europejskiej jak prawdziwy Koh-i-Noor literatury ostatnie się tylko i wyłącznie ów genialny Anglik, o którym wprawdzie wcale nie wiadomo, czy to on napisał to, co napisał, ale jednak to jego nazwisko będzie dziś opromienione chwałą największego geniusza literackiego wszechczasów. Bo o ile w walce militarnej o dominację na morzach i oceanach świata Anglia pokonała Hiszpanię, o tyle jednak to Hiszpania wygrała toczącą się równolegle wojnę o prymat w literaturze – Don Kichot stanie się najczęściej tłumaczoną i wydawaną świecką książką na świecie, w liczbach bezwzględnych ustępując tylko Biblii.
Ale tego Cervantes nie wie. Sprzedał manuskrypt i za uzyskane od (niby-)Anglików złoto zakłada teatr, jest bowiem przekonany, że to jest przyszłość kultury. W rozmowie z wydawcą mówi: wybrałeś zawód bez widoków, za książkę płaci się tylko raz, a może ją przeczytać nawet i sto osób, do teatru trzeba za każdym razem kupić bilet.
Wysłannicy Ministerstwa Czasu, młoda XIX-wieczna emancypantka, XV-wieczny żołnierz i zdesperowany policjant z lat 70 ubiegłego wieku, przegrywają walkę. Nie udaje im się odzyskać manuskryptu od pseudo-Anglików, przekonują się, że Cervantes nie sporządził kopii powieści o ostatnim błędnym rycerzu i nie są w stanie namówić go, by napisał swą powieść jeszcze raz. Po co? pyta, nikt tego nie będzie czytał, cała ta pisanina nie ma sensu. Teatr, tylko teatr… Sytuacja staje się dramatyczna. W roku 1604 pisarz nie oddał powieści do druku, nie ukazała się więc i właśnie na naszych oczach zaczyna po prostu znikać z kartek książek. Za chwilę znikną zresztą i książki. W ostatniej chwili “nasza trójka” wpada na pomysł – usypiają Cervantesa, przenoszą go do współczesności, pokazują mu jego własny pomnik w Madrycie (pisarzowi towarzyszą pod pomnikiem Don Kichot i Sancho Pansa) i wystawę w księgarni.

Udało się. Odtransportowany w rok 1604 pisarz siada do stołu i zaczyna pisać: W mieścinie pewnej, prowincji Manchy, której nazwiska nie powiem, żył niedawnymi czasy hidalgo pewien, z liczby tych, co to prócz spisy u siodła, szabliska starego, szkapy chudziny i paru gończych, niewiele co więcej mają.

PS. Oczywiście film pokazuje perypetie z doprowadzaniem do publikacji pierwszej części powieści, co miało miejsce w roku 1604, a więc zasadniczo nie dotyczy Baratarii, która pojawia się dopiero w roku 1615 w tomie drugim. Ale, przyznaj sam Czytelniku (i Czytelniczko!), gdyby nie ukazała się część pierwsza, czy-by Miguel Cervantes de Saavedra w ogóle stworzył był i część jej drugą?

THE HISTORY OF LOUISIANA, OR OF THE WESTERN PARTS OF VIRGINIA AND CAROLINA
Containing a DESCRIPTION of the Countries that lie on both Sides of the River Missisippi. With an ACCOUNT of the SETTLEMENTS, INHABITANTS, SOIL, CLIMATE, AND PRODUCTS.
Translated from the FRENCH Of M. LE PAGE Du PRATZ;
With some Notes and Observations relating to our Colonies.
Supposedly is Benjamin Smith Bartonan owner of Le Page`s book.
Reblog, p. 145
Let us return to Manchac, where I quitted the Missisippi; which I shall cross, in order to visit the west side, as I have already done the east. I shall begin with the west coast, which resembles that to the east; but is still more dry and barren on the shore. On quitting that coast of white and crystal sand, in order to go northward, we meet five or six lakes, which communicate with one another, and which are, doubtless, remains of the sea. Between these lakes and the Missisippi, is an earth accumulated on the sand, and formed by the ooze of that river, as I said; between these lakes there is nothing but sand, on which there is so little earth, that the sand-bottom appears to view; so that we find there but little pasture, which some strayed buffaloes come to eat; and no trees, if we except a hill on the banks of one of these lakes, which is all covered with ever-green oaks, fit for ship-building. This spot may be a league in length by half a league in breadth; and was called Barataria, because enclosed by these lakes and their outlets, to form almost an island on dry land.
One league means 5556 meters or 5,5 kilometer.
Fort Bute or Manchac Post was established on a board between Florida and Louisiana in 1763 at the junction of Iberville River (Bayou Manchac) with the Mississippi River. It was an important military and trading post in British West Florida until captured by Spanish forces on 1779, during what became known as Battle of Fort Bute of the American Revolutionary War. Manchac was one of the originally-planned stations along the railroad, which were generally at ten-mile intervals. It was a part of the Canadian National Railway system.
Canadian! In Luisiana!
The name “Manchac” derives from a Choctaw expression for “rear entrance” and really – it was a sort or rear entrance to Lake Pontchartrain, a lake we know already – Halfway House Jazz Orchestra was playing its New Orlans Jazz 1925 – 1936 in a Halfway House what was build on a half way from New Orleans to that lake.
So if we see that sober, the Barataria Jazz have been somewhat similiar to the situation of giving a title Chelsea for a Jazz composition made in a studio located in Chelsea. Or something like that.
M. LE PAGE Du PRATZ was an interesting personality.
Antoine Simon Le Page Du Pratz was a Dutchman, as his birth in Holland about 1695 apparently proves. He died in 1775, just where available records do not tell us, but the probabilities are that he died in France, for it is said he entered the French Army, serving with the Dragoons, and saw service in Germany. While there is some speculation about all the foregoing, there can be no speculation about the statement that on May 25, 1718 he left La Rochelle, France, in one of three ships bound for a place called Louisiana.
For M. Le Page tells us about this in a three-volume work he wrote called, Histoire de la Louisiane, recognized as the authority to be consulted by all who have written on the early history of New Orleans and the Louisiana province.
Le Page, who arrived in Louisiana August 25, 1718, three months after leaving La Rochelle, spent four months at Dauphin Island before he and his men made their way to Bayou St. John where he set up a plantation. He had at last reached New Orleans, which he correctly states, “existed only in name,” and had to occupy an old lodge once used by an Acolapissa Indian. The young settler, he was only about 23 at the time, after arranging his shelter tells us: “A few days afterwards I purchased from a neighbour a native female slave, so as to have a woman to cook for us. My slave and I could not speak each other’s language; but I made myself understood by means of signs.” This slave, a girl of the Chitimacha tribe, remained with Le Page for years, and one draws the inference that she was possessed of a vigorous personality, and was not devoid of charm or bravery. Le Page writes that when frightened by an alligator approaching his camp fire, he ran to the lodge for his gun. However, the Indian girl calmly picked up a stick and hammered the ‘gator so lustily on its nose that it retreated. As Le Page arrived with his gun, ready to shoot “the monster,” he tells us: “She began to smile, and said many things which I did not comprehend, but she made me understand by signs, that there was no occasion for a gun to kill such a beast.”
It is unfortunate, for the purpose of sociological study, that this Indian girl appears so infrequently in the many accounts Le Page has left us in his highly interesting studies of early Louisiana and its original inhabitants. He does not even tell us the Indian girl’s name.
We are told that after living on the banks of Bayou St. John for about two years, he left for the bluff lands of the Natchez country. His Indian girl decided she would go with him, as she had relatives there. Hearing of her plan, her old father offered to buy her back from Le Page. The Chitimacha girl, however, refused to leave her master, whereupon, the Indian father performed a rite of his tribe, which made her the ward of the white man—a simple ceremony of joining hands.
Le Page spent eight years among the Natchez and what he wrote about them—their lives, their customs, their ceremonials—has been acknowledged to be the best and most accurate accounts we have of these original inhabitants of Louisiana. He has left us, in his splendid history, much information on the other Indian tribes of the lower Mississippi River country.
Antoine Simon Le Page Du Pratz tells us he spent sixteen years in Louisiana before returning to France in 1734. They were years well spent—to judge by what he wrote.
As it was written and published in the French language, Le Page’s history proved in many instances to be a tantalizing casket of historical treasure that could not be opened by those who had not mastered French. The original edition, published in Paris in 1758, a score of years after the author landed in New Orleans, was followed in 1763 by a two-volume edition in English, and eleven years later in 1774, by a one-volume edition in English, entitled: “The History of Louisiana, or of the Western Parts of Virginia and Carolina.” The texts in the English editions are identical.
Fortunately, early historians who could not read the French edition, were now able to read M. Le Page’s accounts of his adventures in the New World. Unfortunately, especially for present day historians, the English editions have become increasingly rare—many libraries do not have them on their shelves. Therefore, the present re-publication fills a long-felt want.
STANLEY CLISBY ARTHUR
(Mr. Arthur is a naturalist, historian and writer, and executive-director of the Louisiana State Museum.— J. S. W. Harmanson, Publisher.)
In Manchac went the young colonist from th Mississipi river, going either east or west. An here fe found Barataria. It s for him no place of resemblance on Don Quijote or Cervantes or Sancho Pans, but only a word meaning an an island on dry land, exactly as the place Sancho Pansa got als his Governement. It is exatly one hundred years after publishing a second part of Don Quijote, where Barataria was described. The name is already existing, given to the place for sure some years or maybe even some decades before.
I try modestly to put here my simple question:
Was the word Baratria invented by Cervantes which (VERY QUICKLY!!!) became synonyme to an island on dry land? (Was he word inventor? Or quotations author?) When it became proverbial?
Or was it always the description for it and Cervantes picked it as all writers do with words?