Wierni czytelnicy tego bloga wiedzą, że bardzo lubię koty i że przez ponad 20 lat miałam piękną kocicę imieniem Schyzia (nomen był niestety omen) i że często pisałam o kotach – kotach w domu, kotach w mieście, kotach w sztuce. Moja siostra, moje przyjaciółki warszawskie, Maryna i Danusia, i berlińskie (a czasem i przyjaciele, ale rzadziej), znając moje upodobania, przysyłają mi różne dawne, albo przeciwnie – nowe i spod igły – kocie konterfekty. O tym, że koty są ważne, niech świadczy fakt, że na blogu nie ma odnośnika (tagu) “pies”, ale “kot” oczywiście jest – a ściślej rzecz biorąc: “koty”. Był czas, że tak często znaleźć tu można było wpisy o kotach, że jedna z odległych znajomych, zachęcana przez jedną z bliskich znajomych do czytania mojego bloga (bo ponoć ciekawy), miała odpowiedzieć, że nie ma ochoty, “bo ta Slaska to tylko o kotach pisze”…
Po czym, po 21 latach, Schyzia odeszła do krainy wiecznych kocich łowów, a ja przez długi czas nie pisałam o kotach (no, nie przesadzajmy – ale jednak pisałam rzadziej), bo bardzo mi było brak bliskiej kociej duszy w domu i nie chciałam “rozdrapywać ran”. Twierdziłam przy tym, że już nie chcę brać żadnego nowego kota, bo jeśli i ten miałby przeżyć dwie dekady, to może się zdarzyć, że mnie przeżyje, i co się wtedy z nim stanie. No ale kot przyszedł sam, a właściwie przyszła kotka – mój wnuk nadał jej świetne imię Rysia (choć kicia bardziej żbikowata jest niż rysiowata), no i tak to mogę spokojnie oddać się ulubionej rozrywce czyli pisaniu o kotach.
To Rysia sfotografowana przez moją synową, a to – banalnie – przeze mnie.
Ernę przysłał Tibor Jagielski, choć wcale nie wiem, czy on wie, że ja bardzo lubię koty. A może teraz już wie, ale nie wiem, czy wiedział, jak mi te swoje rysunki podsyłał.
Ten kocur (kocica) śpi w identycznej pozycji co Erna (i generuje ozon):
Takimi kotami powitał mnie pewnego dnia Mieczysław Węglewicz:
Ale przyznaję, że nie mam pojęcia, kto mi podrzucił dwa kolejne koty (autorką pierwszego jest na pewno Katharina Nenning):
Zaglądam dalej w zakamarki tego, co sobie ostatnio zapisałam. To znowu koty Miecia. Przyznajmy, że kot (jako taki) wie, co robi – na większości obrazków albo je albo śpi. Ouachhh… Kotom to dobrze. Tym dwóm jeszcze lepiej niż Rysi, bo Rysi zasadniczo nie wolno łazić po stole. A już spać na stole!
Kota na torebce miała pewna Arabka w autobusie. Musiała lubić koty, bo na opakowaniu komórki też miała kocie oczy i wąsiska, ale już nie chciałam przesadzać z nagabywaniem obcych ludzi o zgodę na fotografowanie.
A tu kubeczek sfotografowany podczas herbatki u mojego siostrzeńca (też autor).
No i okazuje się, że zwykłe koty zajęły tyle miejsca, że właściwie nie starczyło go na koty w dziełach sztuki. Dziś pokażę zatem tylko jeden obrazek z kotami, nadesłany przez moją warszawską przyjaciółkę Danusię. Ale nie martwcie się, na pewno za niedługo znowu napiszę o kotach, bo ja przecież zawsze “tylko o kotach”.
To koty z bestiariusza (Worksop Bestiary, England c. 1185 – NY, The Morgan Library & Museum, MS M.81, fol. 46v) i zaiste, ogromne wielokolorowe bestie, jeden z nich upolował szczura też jak bestia. W internecie ktoś sklasyfikował te koty: Irish Green Shorthair (now very rare), Pictish Woad Blue, and the Mercian Café au Lait Ragdoll.
One month ago I was in Washington. I visited Capitol and Capitol Library, Sculpture Garden with a Silver Tree, Vietnam Memorial, Holocaust Museum and Smithsonian Institut. Only in Capitol somebody checked my identity. It means: if somebody shall really want to know I was there he will be able to check it using Capitols archives. I suppose than that imaginary “someone” will be ably to find my mail-adresse, birthday, number of my slips and information how many grandchildren I have. OK, I do not mind. If I want to see the place where the world is governed I have to accept I am being controlled. But only then.
Now… I am already some weeks back in Europa. Since then I get mails from Smithsonian. Like that one, from 25th of November. A Subject line: a power of knowledge.
Indeed.
Dear Friend,
This year, Smithsonian scientists built a tool that will touch the sun without melting. Smithsonian curators assisted FBI agents in identifying a stolen pair of Ruby Slippers from the The Wizard of Oz. And Smithsonian educators developed a new, freely available science curriculum that can be used by teachers all around the world.
That’s the power of knowledge. And the power of the Smithsonian. Thanks to you.
The year’s not over yet. To keep this momentum going, we’re looking for 150 new Friends of the Smithsonian members by the end of November. And because you’re such a devoted Smithsonian supporter, we’re offering you a Fall Member Drive discounted rate of just $60 – a savings of $15!
When you become a Friends of the Smithsonian member, you’ll receive your very own Smithsonian membership card. This card is your gateway to exciting discounts, but it means much more than that. It’s a symbol of your belief in the power of knowledge. It shows that you’re committed to helping Smithsonian scientists, researchers, curators and educators make the world a better place.
And here at the Smithsonian, we want to reward you for that commitment. Become a member today and receive:
A subscription to Smithsonian magazine;
20% discount in Smithsonian Museum Stores
10% discount at selected Smithsonian dining facilities
A beautiful Smithsonian annual engagement calendar with full-color images of exceptional art and artifacts.
…and more!
JOIN NOW »
P.S. – Ready to take the next step in your quest for knowledge with a Friends of the Smithsonian membership? Join today and receive your special Fall Member Drive discounted rate – $15 off our standard membership rate!
Well, no, thank you, dear Smithsonian. I am totally excited of an extraordinary history of you and of your founder, but no, thank you, I do not want membership, even offered the cheaper one… I do not want anything but a very (un)important answer to my question:
GUYS! How did you get my mailadress? How did you know I was there? HOW!? I did not ask google, I did not search in Internet, I just was there. And you know it. HOW and WHY?
Is it geotracking?
Does my smartphone spy on me? Does ist listen to what I am saying? (I was excited of history of James Smithson and of your institution, so I told it anybody who wanted or did not want listen to me)
Or is Smithsonian itself making spionage job on its visitors?
PS. Cleaning the spam file I discovered also a mail from Peets Coffee, a small and informell coffee shop. They also have my adress. Somebody else?
Kochani, dawno temu prosiłam, żebyście mi przysyłali wpisy o tym, co wiecie o swojej ulicy. Dziś przypominam tę prośbę i zaczynam od mojej własnej ulicy. Paradestrasse, ulica Parad. Bardzo śmieszna nazwa, gdy się popatrzy na tę niewielką, obsadzoną grubymi platanami ulicę, na której parady mogły by co najwyżej urządzać wiewiórki, lisy albo jeże. Bo choć ulica leży właściwie w samym centrum miasta, jest jednak częścią cichego, spokojnego osiedla domków jednorodzinnych, otoczonych murem niewysokich bloków mieszkalnych. Osiedle jest częścią Gärtenstadt, miasta ogrodu, zbudowanego w ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku. Zgodnie z nazwą osiedle jest pełne drzew i ogrodów, kwitną tu masy kwiatów, mieszkają różne zwierzęta, łącznie z szopami praczami. Od lat 30 XX wieku, czyli od czasów, gdy do władzy doszedł mały facet z wąsikiem, osiedle przemianowano na Fliegersiedlung – Osiedle Lotników, a ulice zmieniły nazwy – z geograficzno-historycznych na bojowe: nazwano je na cześć pilotów, zasłużonych podczas I wojny światowej. Osiedle miało (i nadal ma) piękne półkoliste ulice, przecina je linia zieleńców ze strumieniem i dwoma stawami, a w samym centrum posadzono piękny ogród różany. Od północy, południa i wschodu do osiedla przylegają piękne parki – Viktoria Park, Park Tempelhof i zamienione na chroniony prawem nieużytek dawne lotnisko Tempelhof*, oddzielone od nas wielką przelotową ulicą – Tempelhofer Damm**.
Na osiedlu nie ma kina, wielkich domów towarowych, właściwie nie ma kawiarni czy klubów, co nas chroni przed plagą Berlina – masami turystów, którzy ciągnąc za sobą walizki na kółkach, zalewają miasto w poszukiwaniu “nie tkniętych ludzką stopą” zakątków. Mamy za to dwa kościoły, kwadratowy katolicki i okrągły ewangelicki, oba modernistyczne, mamy piękny plac z modernistyczną fontanną bocianów, wielki dworzec kolejki i kolei, kilka szkół i przedszkoli oraz plac zabaw z samolotami. Projektant placu odwołał się do nazwy osiedla, nie zastanawiając się nad tym, że Boelcke czy Manfred von Richthoffen, patroni naszych ulic, w niczym nie przypominają uśmiechniętego lotnika z książeczek dla dzieci.
Ale nie myślę o tym, gdy patrzę z balkonu na ogrody pode mną, gdy wiosną piję kawę, podziwiając cudowną ogromną kwitnącą na różowo wiśnię, gdy już w lutym widzę pierwsze kwitnące kwiaty tegoroczne, a w styczniu widzę, że te grudniowe wciąż jeszcze kwitną, albo gdy nad balkonem rozpina się tęcza, myślę sobie, że mam ogromne szczęście, że mieszkam właśnie tu.
7:40 rano, 11 listopada 2018 roku – tak na mojej ulicy uczciliśmy koniec I wojny światowej
Rozpędziłam się w zachwytach. Tu więc trochę trzeźwych i prozaicznych informacji na temat mojej ulicy:
Wiadomości ogólne
Kod pocztowy
12101
Dzielnica miasta
Tempelhof
Komunikacja
Strefa A autobusy 104, 248 — metro (U‑Bahn) nr 6 stacja Paradestr ♿
Przebieg ulicy
od Tempelhofer Damm do Placu Adolfa Scheidta (Adolf-Scheidt-Platz)
Historia
Dzielnica historyczna
Tempelhof
Nazwa ulicy od roku
1913
Nazwa związana z faktem, że ulicę wytyczono na terenie wojskowego placu ćwiczeń (poligonu). Wiosną 1722 roku król Fryderyk Wilhelm I przyjął w tym miejscu pierwszą paradę wojskową. Od roku 1905 stacjonował tu regiment wojsk kolejowych, a teren nadal był przeznaczony na apele, capstrzyki i parady. Rósł tu, na rogu dzisiejszej Paradestrasse i Tempelhofer Damm, jeden z licznych swego czasu tzw. dębów cesarskich (Kaiser-Eiche), pod którym stały trybuny dla cesarza odbbierającego paradę.
* To to lotnisko, na które przylatywały polskie samoloty.
** Trakt na Tempelhof czyli terenów w średniowieczu należących do zakonu Templariuszy, a od renesansu oddanych do użytku militarnego.
W Wikipedii czytamy: Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (krótko nazywany Sgt. Pepper) to ósmy album studyjny grupy The Beatles, opublikowany 26 maja 1967 roku. 50 lat temu, ale o tym już pisałam. Zresztą wszyscy pisali.
Właśnie zdawałam maturę. Nie wiem, czy w ogóle dotarło do mnie, że Beatlesi wydali coś nowego. Dla mnie świat Beatlesów kończył się na filmie Help. Ale świat nie stoi w miejscu, nawet jeśli my siedzimy i kujemy do matury. Przypomnę nas tu, bo myślę, że nikt nigdy nie zrobił nam wspólnego zdjęcia.
Magda Dankiewicz, Mariusz Barański, Antek Szczepkowski i ja: Ewa Bogucka. Z Magdą spotkałyśmy się w zeszłym roku. Z okazji 50-lecia matury! Z Antkiem (mieszka w Teksasie) rozmawiałam przez telefon. “Nie zdałbym matury, gdyby nie ty”, powiedział Antek. “Nie paliłabym papierosów, gdyby nie ty”, odpowiedziałam. No ale już nie palę. Za słuchanie piosenek odpowiadała Baśka Owsiana (też się z nią spotkałam). Może ona będzie wiedziała, czy słuchałyśmy Sierżanta Pieprza tego lata 1967 roku. Pytam. Baśka twierdzi, że tak i że od tego nam skrzydła rosły.
Sierżant Pieprz był częścią Summer of Love, kiedy to ruch hippisów w USA osiągnął swój złoty szczyt. Zapowiadał przyszły rok i Festiwal Woodstock, ale na razie był maj 1967 i matura, a potem powtórne kucie, ale już osobno, do egzaminu wstępnego na studia. Nie chciałam studiować, chciałam zostać hippiską. Nie wiedziałam, co mogłabym zrobić. Miałam długie potargane włosy, nosiłam długie spódnice, opaski przez czoło i naszyjniki z łańcuchów kupionych w sklepie żelaznym (koło Mody Polskiej). Kosztowały 2 złote za metr. Moje ówczesne marzenia stały w jawnej sprzeczności z tym, jak nasze matki i nasi ojcowie przygotowali nas do wejścia w dorosłość. Kilka dni temu, dzięki Facebookowej zabawie “w książki”, wymieniłam od ręki kilka pozycji, którymi mama-tata sterowali naszymi ambicjami. Lucy Maud Montgomery “Błękitny zamek”, “Jajko i ja” Betty MacDonald, “Serca Dalili”, co się po polsku zwało “Imitacja życia”, Fanny Hurst i “Tajemniczy opiekun” Jean Webster. Same amerykańskie powieści. Stara panna, panna na wydaniu, wdowa i sierota. Kobiety opisane przez kobiety. To dzięki tym książkom i ich autorkom, zdając maturę, byłyśmy obywatelkami świata, młodymi nowoczesnymi istotami płci żeńskiej, które wzięły życie w swoje ręce. I tak nam to zostało.
Nie pamiętam, żebyśmy ucząc się do matury złapali kiedykolwiek w radio Luxemburg Sierżanta Pieprza. Ale San Francisco (Be Sure to Wear Flowers in Your Hair), hymn tego lata, w wykonaniu Scotta McKenzie, puszczała Trójka, a może nawet przedziwny produkt Komuny – Muzyka i Aktualności. Aktualności były straszne, muzyka – świetna.
If you’re going to San Francisco,
be sure to wear some flowers in your hair.
If you come to San Francisco,
Summertime will be a love-in there.
Ale oczywiście Scott McKenzie to typowy dla naszej młodości wyciskacz nastrojów, tymczasem Sierżant Pieprz Beatlesów oznaczał rewolucję. Jak to ktoś napisał – piosenka i płyta przekroczyły możliwości ówczesnej techniki grania i nagrywania w studio. U szczytu powodzenia kultury hippisów narodził się psychodelic.
It was twenty years ago today,
Sgt. Pepper taught the band to play
They’ve been going in and out of style
But they’re guaranteed to raise a smile
So may I introduce to you
The act you’ve known for all these years
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
We’re Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
We hope you will enjoy the show
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
Sit back and let the evening go
Sgt. Pepper’s lonely, Sgt. Pepper’s lonely
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
It’s wonderful to be here
It’s certainly a thrill
You’re such a lovely audience
We’d like to take you home with us
We’d love to take you home
I don’t really want to stop the show
But I thought that you might like to know
That the singer’s going to sing a song
And he wants you all to sing along
So let me introduce to you
The one and only Billy Shears
And Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
Wszystko pięknie, ale to wciąż nie jest Barataria. Bo Barataria zacznie się zaraz za rogiem czyli w filmie Żółta łódź podwodna, który powstał w roku 1968. No i tam właśnie rozgrywa się typowa baśniowo-utopijna sytuacja.
Bissige Türken, Clowns und der furchtbare fliegende Handschuh, die Blaumiesen schrecken vor nichts zurück. Sie wollen Schrecken verbreiten und das freundliche Pepperland mit ihrer finsteren Blauheit überziehen. Ein mutiger Kapitän will das verhindern, er besteigt sein gelbes Unterseeboot und macht sich auf zu einer fantastischen Reise. Unterwegs trifft er die Fab Four und kehrt mit ihnen, über einige Umwege, zurück ins unterjochte Land. Mit der Kraft der Musik vertreiben sie die blauen Aggressoren und Pepperland wird wieder zum psychedelischen Paradies, das es einst war.
Czyli klasyczna sytuacja. Jakiś kraj, tu Pepperland (chętnie kraj na wyspie) zostaje zaatakowany przez Złych (tym razem Sine Smutasy, który moim zdaniem mogłybby się nazywać Siniaki – Blue Meanies, Paskudni Turcy, Niebieska żarłoczna Rękawica). Bohaterski super hero (Kapitan) sprowadza pomoc (Beatlesi) – wspólnymi siłami udaje się pokonać zło. Wszyscy tańczą i śpiewają.
Szczęśliwy kraj (Pepperland)
Wrogowie
Narzędzie walki
Super Heros
Yellow Submarine
The Beatles
In the town where I was born
Lived a man who sailed to sea
And he told us of his life
In the land of submarines
So we sailed up to the sun
Till we found a sea of green
And we lived beneath the waves
In our yellow submarine
We all live in a yellow submarine Yellow submarine, yellow submarine
We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine
And our friends are all aboard
Many more of them live next door
And the band begins to play
We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine
We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine
(Full speed ahead Mr. Boatswain, full speed ahead
Full speed ahead it is, Sergeant.
Cut the cable, drop the cable
Aye, Sir, aye Captain, captain)…
As we live a life of ease
Every one of us has all we need
Sky of blue and sea of green
In our yellow submarine
We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine
We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine
We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine
Film był gotowy 17 lipca 1968. O godzinie 20 w Londynie w Pawilonie na Piccadilly Circus odbyła się prapremiera z udziałem Beatlesów. Byliśmy już po pierwszym roku studiów.
W marcu studenci Uniwersytetu Warszawskiego rozpoczęli rozruchy (zwane potem wydarzeniami marcowymi) w obronie Dziadów Mickiewicza, co dało asumpt do rozgrywek partyjnych, przekształciło się w propagandę skierowaną przeciwko intelektualistom i nagonkę antysemicką, a w końcu doprowadziło do masowej emigracji Żydów z Polski.
W Pradze od 5 stycznia 1968 roku trwała praska wiosna. Mogliśmy żywić nadzieje, że wreszcie coś się ruszy.
Ruszyło się (w miesiąc po prapremierze filmu) w nocy z 20 na 21 sierpnia tego roku, ale nie tak, jak myśleliśmy. Państwa członkowskie Układu Warszawskiego (ZSRR, Polska, Węgry, NRD i Bułgaria) dokonały inwazji, topiąc we krwi praskie nadzieje.
Na festiwalu w Sopocie w roku 1968 I miejsce zdobyła wykonana przez Urszulę Sipińską piosenka Po ten kwiat czerwony. Jej refren brzmiał:
Żołnierz dziewczynie nie skłamie,
Chociaż nie wszystko jej powie.
Żołnierz zarzuci broń na ramię,
Wróci, to resztę dopowie.
Taki to był rok. Beatlesi nie przybyli do Warszawy ani do Pragi, by wyrwać nas spod władzy Siniaków, polscy żołnierze poszli do Pragi i to o tym się w Polsce śpiewało. A w końcu Praga to też było jakieś nasze marzenie o Baratarii.
Am 23. November (Thanksgiving Day!) bekomme ich per Mail folgendes Schreiben:
Sehr geehrte Frau Slaska, sehr geehrte Frau Kuzio-Weber,
heute möchte ich auf den im Jahr 2013 mit der damaligen Senatsverwaltung für Stadtentwicklung und Umwelt geführten Schriftwechsel zurückkommen und Ihnen die erfreuliche Mitteilung machen, dass der Senat von Berlin in seiner Sitzung am 6. November 2018 mit Senatsbeschluss Nr. S-1667/2018 unter anderem auch die Verlängerung der Grabstätte von Professor Aleksander Brückner (1856-1939) auf dem Parkfriedhof Tempelhof als Ehrengrabstätte des Landes Berlin für die Dauer von weiteren 20 Jahren beschlossen hat.
Ich bedanke mich für Ihr Engagement in Bezug auf diese Ehrengrabstätte des Landes Berlin.
Mit freundlichen Grüßen
Christian Krüger
Senatskanzlei / Senate Chancellery
Also doch… Ich spüre ein Kribbel im Bauch. Die Sache mit dem Grab von Profesor Brückner beschäftigte mich schon lange. Es war mühsam, manchmal, wenn es um Kontakte mit den Obrigkeiten in Polen ging, recht unangenehm, in Deutschland dafür immer freundlich, aber, oje, wie langwierig und scheinbar ergebnisslos. Die Bürokratische Mühlen mahlen sehr sehr langsam. Die Senatssitzung, auf der es entschieden wurde fand am 14. August statt. Die zweite, die es bestättigte – am 6. November, zu mir kam die Mitteilung am 23. November.
Höhepunkt unserer Bemühungen ums Grab von Prof. Brückner. Am 14. März 2014 der Marschall des Polnischen Sejms, Bogdan Borusewicz, in Begleitung von den polnischen und deutschen Parlamentarier sowie des Generalkonsuls der RP in Berlin bei der Niederlegung der Blumen auf dem Grab. Anna Kuzio-Weber und ich waren dabei. Ich stehe ganz klein dahinten, Anna machte das Bild.
Irgendwie kann ich es nicht wahrnehmen, dass es jetzt erledigt idt.
Aber, o happy Thanksgiving Day!, es ist wahr, ein hohgestellter Beamter des Berliner Sentas wird sich doch keine kleine Scherze mit Frau Slaska und Frau Kuzio-Weber erlauben.
Auch der Arnold Słucki ist immer noch da, obwohl mathematisch-technisch gesehen, ist seine Zeit auch abgelaufen. Die Entscheidung über Ehrengrab fiel nämlich am 2.09.1997. 20 Jahre der Gültigkeit von Ehrengrab-Entscheidung sind somit schon mehr als ein Jahr hin. Wird sich jetzt jemand es zum Herz nehmen, sich demnächst auch um Słucki zu bemühen?Polnische Botschaft? Polnisches Institut in Berlin? Stowarzyszenie Pisarzy Polskich w Polsce? Polska Akademia Nauk w Berlinie? Polski Instytut Pamięci Narodowej? Uniwersytet Warszawski? Alles Institutionen, die wir wegen des Grabs von Prof. Brückner vergeblich “abgeklappert” haben.
Ich habe mehrere male hier auf dem Blog über das problem mit dem Grab vom Professor Brückner geschrieben, habe unseren Glanz und unseren Elend “besungen”. Jetzt ist es getan.
Ich rufe Anna Kuzio-Weber an. Es ist doch “unser Ding”.
– Wir haben es! schrie ich ins Handy.
Sie weiss noch vom nix.
– Schau in die Post, antworte ich.
Eine Minute Ruhe und nach dem schlichten Anerkennungsausdruck, kommt eine schlichte nüchterne Frage:
– 20 Jahre. Und was wird danach geschehen?
Shit. Sie hat Recht. Und was wird danach geschehen? Der Friedhof wird 2027 völlig aufgelöst. Ist eigentlich schon fast leer. Das Grab wird bis 2038 gepflegt. Dort? Umgebetet? Nach Polen übergebracht, wie während der Diskussion schon manche vorgeschlagen haben.
– Vielleicht, sage ich zögernd, vielleicht… werden sich die von uns damals angeschriebenen Institutionen doch rechtzeitig darum kümmern. Vielleich die Universitäten Halle und Jena, die doch seit 2012 gemeinsam ein Alexander-Brückner-Zentrum führen? Wer weiß.
– Wir werden es nicht mehr erleben, antwortet sie.
Da hat sie recht.
Andere Beiträge (auch die, wo das nur am Rande erwähnt ist) von diesem Blog über das Problem mit dem Grab von Professor Brücken (auf Deutsch und/oder Polnisch) habe ich hier aufgelistet:
Und hier noch eine auf Polnisch für Facebook verfasste Liste von all denen, die uns auf dem Weg zum Erfolg tätlich unterstützt haben:
Ewa Maria SlaskaPięć lat walczyłyśmy – Anna Kuzio-Weber i ja – o przyznanie grobowi Profesora Brücknera statusu grobu honorowego. W tej walce wspierały nas przez te lata liczne osoby, a niekiedy również instytucje. Postaram się wymienić tu wszystkich, ale jeśli o kimś zapomniałam, to niech się nie obraża, tylko natychmiast sam siebie dopisze:
Ewa Maria SlaskaBzdurę napisałam powyżej. Zaczęłyśmy z Anią samotną walkę znacznie wcześniej, bo w roku 2011 – czyli 7 lat temu. Po tym, jak żadna z instytucji i żadna z ważnych osobistości, do których się zwróciłyśmy, nie zwróciły na nas uwagi, poskarżyłam się na FB, że tak jest – wtedy dopiero (dzięki Fejsbuczku kochany) zrobił się raban, znalazłyśmy osoby wspierające nasze wysiłki. I wtedy też postanowiłyśmy machnąć ręką na instytucje i osobiście we dwie, w imieniu WIR-u, który już przestał istnieć, i całej zaangażowanej Polonii, złożyłyśmy wniosek do Senatu o (najpierw) przedłużenie i (potem) przywrócenie grobowi profesora statusu grobu honorowego, pozostającego pod opieką władz Berlina. Było to 5 lat temu! I to na TEN LIST otrzymałyśmy właśnie tę fantastyczną odpowiedź… Tak było
Ewa Maria SlaskaWiem, wszyscy mieliście i mieliśmy, masę problemów i nieprzyjemności z powody naszych starań. Ale uzyskaliśmy to, co chcieliśmy uzyskać, i to sami, my, powiem szumnie – obywatele! i nasze obywatelskie instytucje!
Ewa Maria SlaskaMaria Gast-Ciechomska i (nie istniejące już) Stowarzyszenie Frauen Initiative Berlin-Warschau.
Ewa Maria SlaskaJeśli mowa o Stowarzyszeniach Już Nieistniejących, to muszę tu przypomnieć, że Anna Kuzio-Weber i ja reprezentowałyśmy w momencie rozpoczęcia starań Polsko-Niemieckie Towarzystwo Literackie WIR.
Ewa Maria SlaskaBardzo dziękujemy panu (wówczas) Marszałkowi Sejmu RP, Bogdanowi Borusewiczowi, który wraz z delegacją parlamentarzystów polskich i niemieckich odwiedził grób w marcu 2014 roku
Ewa Maria SlaskaWielkie zasługi “dla sprawy” położyła też Szewczyk Maria prowadząca od lat program polski w Volkshochschule Wedding oraz jej liczni kursanci.
Nikt z nas nie zastanawia się już zapewne nad tym, co naprawdę znaczy angielska nazwa Facebook – twarzoksiążka. Facebook to Facebook. Tymczasem, podobnie jak w autentycznych twarzoksiążkach, tak i na facebooku tak naprawdę wcale (a w każdym razie mniej) nie chodzi o twarz osoby, a bardziej o to, co robi. Facebooki były spisem ludzi, których coś łączyło (praca, studia, klub, szkoła), spisem z imieniem, nazwiskiem, datą urodzenia, zdjęciem i krótką informacją o człowieku. Takie książki robili na przykład maturzyści lub absolwenci pewnego rocznika studiów. Ludzie z twarzoksiążek wiedzieli, że byli razem, a teraz się rozchodzą. I wiedzieli, że z czasem o sobie zapomną, a facebooki miały temu zapobiec. Mogły też posłużyć tym, którzy po latach chcieli się odnaleźć. Twarzoksiążki ułatwiały zatem pamiętanie i spotkanie. I pod tym względem Facebook spełnia swoją rolę fantastycznie, naprawdę pomaga się odnaleźć i naprawdę umożliwia nieoczekiwane spotkania, lepiej chyba nawet niż to kiedyś zapewniały pociągi i bary hotelowe.
Chciałabym od czasu do czasu napisać o takich ludziach, których spotkałam dzięki Facebookowi. Dziś jeden z nich. Mars Wawrzyn…
Mars prowadzi stronę o starych drzewach i taki oto obrazek tytułowy ma na swoim profilu facebookowym. Uważam, że obraz jest zachwycający, ale ja chyba po prostu lubię obrazy przedstawiające zimę. Dopiero jak się człowiek dokładniej przyjrzy, to zobaczy, że facet po lewej stronie małą siekierką zamierza ściąć ścięte mrozem, a więc twarde, stare, grube drzewo.
Zanim przejdę do opowieści o człowieku, który sam siebie nazywa Mars, nie mogę się oprzeć pokusie, by znaleźć autora obrazu. Zajmuje mi to pół godziny i wiem już, że obraz namalował Flamand Gijsbrecht Leytens (1586–1656), zwany malarzem zimowych krajobrazów. Artysta nazwał swe dzieło najprościej, jak to możliwe: Krajobraz zimowy z drwalem i wędrowcami.
A więc Mars, blog o drzewach, najlepiej starych, ale to właśnie tam jest też historia o kieliszku szklanym z obrazu Gerarda ter Borcha, z kolei na FB znajduję opowieść o Złotych Jamach. Ta zaczyna się tak:
Dawna leśniczówka w Górzyńcu, tu zapewne urzędował “stary Mannich”, co widział Złote Jamy, kiedy były jeszcze na dwadzieścia metrów głębokie.
A potem już na całego:
“W Grzbiecie Kamienickim Gór Izerskich, nad rzeką Małą Kamienną, około dwóch kilometrów na zachód od budki i krzyżówki kolejowej Kopaniec [Kreuz-Station Seifershau], strumień Wilcze Płuczki wpada do Małej Kamiennej. Na zachód stamtąd, w oddziale 16, na południowym zboczu Gaika [Hainchen], znajdziemy na mapach leśnych miejsce zwane „Złote Jamy”. W księdze Wenecjanina Johannesa Wale [Jana Wlacha, „walończyka”] czytamy: „Pomiędzy Małą Kamienną i Wilczymi Płuczkami jest w ziemi dziura, a w niej złoto”. Cogho [Robert Cogho, 1835-1902] dodaje: „Wyrobisko – stary, na wpół zawalony szyb – wciąż tam jest. Wypełniony wodą do poziomu dwóch metrów poniżej gruntu ma, jak wskazuje pion, około dziesięciu metrów głębokości, a za czasów starego Männicha, który był leśniczym w Górzyńcu czterdzieści lat temu, miał być głęboki na ponad dwadzieścia metrów. Otwór jest zabezpieczony. W głębi szybu, pod wodą, znajdują się pewnie stare drewniane mechanizmy. Oprócz tego w pobliżu widoczne są wyrobiska również wskazujące na roboty górnicze.” (1938)
No i jeszcze najważniejsze:
14 grudnia w siedzibie wydawnictwa Wielka Izera w Chromcu koło Jeleniej Góry odbędzie się premiera książki Michelsbaude
To książka Marsa o jego rodzinie
Mars poleca mi też dwie strony na Facebooku, jedną z lalkami niejakiej Matyldy, drugą z rysunkami pewnej Leny. Matylda, jak się okaże, to żona. Lena – to córka. A omalże głowę bym dała, że jest na odwrót, że Lena jest poważna i surowa, Matylda młoda i niepoważna.
Bardzo jestem zadowolona z tych spotkań, z Marsem, z Matyldą, z Leną. Wiem, że FB bruździ, a jego metody pozostawiają, łagodnie mówiąc, wiele do życzenia. Ale to właśnie FB pozwolił mi spotkać ich troje. 🙂
Hillsong to kościół, tzw. “mega kościół”, który powstał w Australii, ale w międzyczasie rozprzestrzenił się po świecie. Kościół nie jest właściwie nowy – jeśli wierzyć danym, które znalazłam w sieci, to jest to “chrześcijański zespół muzyczny duszpasterstwa młodzieży” i jest przez niektórych traktowany jako “wolny kościół” (bez liturgii i komunii), przez innych jako część kościoła zielonoświątkowców, który w Polsce uważany jest, jak sądzę, za sektę. “Ludzie z Hillsong United zajmują się duszpasterstwem młodzieży i robią to bardzo interesująco”, piszeGość Niedzielny, gazeta bezwzględnie katolicka, która uważa, że warto się zapoznać z ich działalnością, “bo teksty ich piosenek są mądre i przepełnione miłością do Boga”. Np piosenka I surrender – Poddaj się woli Bożej.
Na platformie jezuici.pl ktoś, zatroskany, pisze, że “ich piosenki są proste, a zarazem bardzo mocne, ale gdy oglądam klipy, mam nieodparte wrażenie, że ktoś na tym nieźle zarabia, a Jezus jest raczej traktowany jako gwiazda popkultury. Ludzie przychodzą tam pośpiewać, potańczyć, na zewnątrz może wydawać się to takie płytkie”, na co ktoś z platformy odpowiada: “Hilsong to tradycja protestancka i o tym należy pamiętać, słuchając i śpiewając piosenki promowane przez tę wspólnotę. Żadnych zakazów i nakazów. Warto jednak być ostrożnym i czujnym, pamiętając, że wyrastające jak grzyby po deszczu wolne Kościoły orientacji ‘ponaddominacyjnej’, stanowią swoistą formę Kościoła zredukowanego (np. brak sakramentów, sukcesji apostolskiej, magisterium nauczania)”. Spotkałam się też ze zdaniem, że Hillsong promuje “ewangelię sukcesu”, ale z kolei pozytywne wydaje mi się, że ich przywódca (“uwielbieniowy” – czyli co? taki, którego mamy uwielbiać?) jest gejem i zawarł (lub zamierza zawrzeć) małżeństwo homoseksualne.
Hillsong jest częścią ekumenicznego ruchu odnowy kościoła, któremu patronuje m.in. papież Franciszek. W nagraniu poniżej występuje m.in. uwielbiany w Polsce Andrea Bocelli.
Spotkałam ten kościół w Ameryce. Byłam na niedzielnym nabożeństwie. Było miło i wzruszająco, choć po prawdzie – wszędzie w Ameryce jest miło, bo (już to pisałam), Amerykanie są na ogół – choć może tylko na pozór – znacznie milsi niż Europejczycy; widomy efekt stosowanej od kilku pokoleń polityki “keep smiling”; to co się kiedyś wydawało sztuczne i wymuszone, stało się drugą naturą i to jak najbardziej autentyczną.
Postanowiłam zobaczyć, jaki jest kościół Hillsong w Berlinie. Nabożeństwa odbywają się o 11:00, 13:00 & 17:00 w kinie nr 3 w Kulturbrauerei na Schönhauser Allee. Nie zdziwiło mnie to zbytnio. W Ameryce spotkaliśmy się w teatrze, a kiedyś, dawno temu, byłam na afrykańskiej mszy ewangelickiej w nieużywanych magazynach sklepu Lidl w Berlinie. Kościoły bez własnych kościołów wszędzie korzystają z innych, często przypadkowych pomieszczeń.
Jak było?
Powiedziałabym, że tak jak w Ameryce – wspólnie i przyjemnie, ale była też wielka różnica. W Ameryce spotykają się na pewno ludzie dobrze sytuowani. W Berlinie – Hillsong jest schronieniem dla samotnych i najwyraźniej niezamożnych people of colors. Czyli – niby wszystko tak samo, a przecież zupełnie inaczej. Samotni. Smutni.
O tak, wejdźmy na wzgórze i śpiewajmy na chwałę Pana, niech nam da pracę, pieniądze i przyjaciół…
Wróciłam już wprawdzie ponad dwa tygodnie temu, ale głowę mam oczywiście wciąż pełną wrażeń, wspomnień i przemyśleń z Ameryki.
Wszyscy mnie pytają co mi się najbardziej podobało, a odpowiedź brzmi: Ameryka. (Nota bene na pytanie, co mi się NIE podobało, odpowiadam to samo: Ameryka).
Podobała mi się architektura, muzea, natura i ludzie. Architektura jest wspaniała, a już zwłaszcza to, co się teraz buduje – cieniutkie wysokie budynki błyszczące w słońcu, dokładnie takie jak miasta przyszłości, które wyobrażaliśmy sobie, jak byliśmy mali, a opowieści SF nie były okrutne tylko obiecywały piękny świat bez wojen. Muzea są równie wspaniałe i za darmo, coś, co jeszcze w latach 80 było regułą i w Europie, ale niestety padło ofiarą globalizacji. Natura w Ameryce jest skarbem wręcz niewyobrażalnym. W Europie już chyba po prostu nigdzie nie ma takich ogromnych przestrzeni natury – nie wiem, może się mylę, może w Finlandii, może w Rosji. Nie byłam, nie wiem. W Ameryce nietknięta natura to nie jest jakaś kraina gdzieś daleko, w Ameryce natura jest pod ręką. Jedziesz 5 minut i wjeżdżasz w góry, porośnięte wspaniałym lasem, gdzie zaczyna się szlak dla pieszych wędrowców, którzy mogą tak iść przez trzy tysiące kilometrów!
No i ludzie. Ludzie są nadwyczajnie wręcz mili, grzeczni, uprzejmi, pomocni. Rozmawiają ze sobą, uśmiechają się.
Odwiedzamy w niedzielę mały lokalny targ na placu koło stacji kolejowej. Pierwszej niedzieli na targu śpiewają uczniowie lokalnej highschool. Po tygodniu ich nie ma, wdajemy się za to w rozmowę z Lynne, która produkuje marmolady i galaretki.
Wszystkiego możemy pokosztować. Każdy otwarty słoiczek z łyżeczką jednorazową do pokosztowania jest przykryty niebieskim plastikowym kubeczkiem. (To mi się w Ameryce NIE podoba – wszędzie mnóstwo plastiku).
Jednoosobowa firma produkcyjna Lynne nazywa się “kuchnia kojota”.
Ale zwierzę na zdjęciu to nie kojot. “Wilk?” pytamy. Nie, nie wilk. Lynne sama zrobiła to zdjęcie, które zdobi jej wizytówkę i naklejki na słoiczki. Akurat nikogo nie było w domu, gdy pod okno podeszła gromadka tych zwierzaków. Gdy były już blisko, Lynne stwierdziła ze zdumieniem, że nie są to wprawdzie wilki, ale jak na kojoty stworzenia są za duże i mają zbyt puszyste futro. Okazało się, że “upolowała” fotograficznie kojota wilkowatego / wilka kojota – który po angielsku nazywa się coywolf co ja osobiście przetłumaczyłam sobie na wilkojota. Rzadkie zwierzę i Lynne jest bardzo dumna, że tak się jej udało “strzelić” fotkę.
“No ale jednak jak zakładałaś firmę, to wzięłaś zdjęcie wilkojota, ale użyłaś nazwy kojot. Dlaczego?” “Bo nazwa była zbyt dziwna, a wilkojot jest zbyt rzadki.”
Lynne ma oczywiście stronę internetową i fanpage na Facebooku, gdzie podaje też przepisy. Kupiłam jeden słoiczek jej wyrobów. Pumpkin Spice Apple Butter, masło jabłkowo-dyniowe, wyprodukowane chyba bez… dyni! W każdym razie na etykietce są podane składniki i dyni wśród nich nie ma: jabłka, cytryny, cukier, z dodatkiem cynamonu, gałki muszkatołowej, ziela angielskiego i pektyn jabłkowych. Czy w środku jest dynia czy też nie, okaże się dopiero po otwarciu słoiczka, ale to prezent i trzeba poczekać, aż “prezentobiorca” się zgłosi po odbiór.
Na fanpagu czytam:
Seasonal small batch, handmade jams, jellies, and marmalades. Product is freshly kettled with the availability of local fruit.
Czyli – przetwory sezonowe w małych domowych ilościach z produktów lokalnych, aktualnie dostępnych. Po czym znajduję zaproszenie, że możemy się zgłosić i nauczyć od Lynn… szydełkowania.
Na stronie Coyote Kitchen nie ma przepisu na masło dyniowo-jabłkowe, ale znajduję go bez trudu po postu na innej stronie w internecie:
Ingredients / Składniki
15 ounces preserved or fresh pumpkin (ok. 0,5 kilo dyni gotowanej lub konserwowej)
1 medium apple, peeled and grated (1 średniej wielkości jabłko, obrane i utarte)
1 cup apple juice (filiżanka soku jabłkowego)
1/2 cup firmly packed brown sugar (pół filiżanki cukru brązowego)
3/4 teaspoon pumpkin pie spice (3/4 łyżeczki przypraw do placka dyniowego – czyli to co podaje Lynn na etykietce: cynamon, gałka muszkatołowa, ziele angielskie)
How to prepare / Przygotowanie
Combine pumpkin, apple, apple juice, sugar and pumpkin pie spice in medium saucepan (Wrzuć wszystkie składniki do rondla). Bring to a boil; reduce heat to low (Zagotuj, po czym zmniejsz płomień). Cook, stirring occasionally, for 1,5 hours (Gotuj, od czasu do czasu mieszając, przez 1,5 godziny). Serve with buttermilk biscuits, breads, corn muffins or hot cereal (podawaj z krakersami, grzankami itp). Store in airtight container in refrigerator for up to 2 months (Zakonserwowane smarowidło dyniowe można przechowywać w lodówce do 2 miesięcy).
Recipe makes 3 cups. (Z podanej porcji otrzymamy 3 filiżanki smarowidła).
Tu jeszcze cookies z dynią i żurawiną z Coyote’s Kitchen (to inna firma – “nasza” jest bez apostrofu.) Nie będę tłumaczyć, sami sobie przetłumaczcie.
After so many days ouf mourning, let us come back to the life…
Ewa Maria Slaska
Over the years I read many American books which mentioned privileged life in various country clubs. Club members enjoying playing golf, tennis, swimming pools, club house, social activities. Some of those country clubs charge initiation fee ranging from few thousand dollars to couple of hundred thousand. Monthly fees are usually high, plus members have to spend certain amount on dining at the club’s restaurants. But even having money doesn’t open you the door to the club if you are not a proper person. And what it means: proper? In every book the answer was different.
So, as I said it already, I read a lot about country clubs, playing golf or tennis, dancing, dining and enjoying life. This expensive life style is often object of envy; public and affordable golf courses do not provide the same luxurious activities.
For three weeks I felt privileged to live in a Ramsey Golf and Country Club, observing and participating in daily activities, fascinated by golfer’s playing next to our garden, amazing wild life like chipmunks, squirrels, deers, colorful birds.
One Sunday we were strolling through an empty club and all of sudden we saw the wedding gown photographed in different areas of the club.
It was Jewish wedding. We saw the basket full of snowy white yarmulka’s and a chuppah erected by one of the lakes. The grooms family name is Korczak; it is embroidered into bride’s dress hanger: Mrs Korczak.
The color of the wedding is light and dark purple; very elegant.
The dress was modern, not at all traditional, as it should be. But also no modern fancies in a style of Meghan, what is now the number 1 of wedding trends:
Over-the-top embellishments appear to be a thing of the past, thanks to designers opting for a heightened sense of restraint and minimalism (read: thanks to Meghan Markle). Finally, clean styles the minimalist, uptown sophisticate, and even the effortless bohemian would gravitate towards can be found without an ounce of lace, beading, or appliqué. The simplest of designs can be the most challenging to create–there’s little place to hide when neither appliqué nor embroidery can conceal a design flaw–and your wedding is the time to invest in a design that’s all about the fine details.
Oh oh, as the Minions would say. Remember the elaborate wedding dress worn by so many generations from TheMarrying of Chani Kaufman, a novel of Eve Harris? Dress covering not only arms but also the hands, with no cleavage, decorated all over with rich silver embroidery. TheMarrying… is a book about a life of Hasidim in modern London. But it must be all over the world like that, everywhere where the traditional Jews are living. Also in New York. For example Menashe a movie of Joshua Weinsteins. Did you see it?
Set within the New York Hasidic community in Borough Park, Brooklyn, Menashe follows a kind but hapless grocery store clerk trying to maintain custody of his son Rieven after his wife, Lea, passes away. Since they live in a tradition-bound culture that requires a mother present in every home, Rieven is supposed to be adopted by the boy’s strict, married uncle, but Menashe’s Rabbi decides to grant him one week to spend with Rieven prior to Lea’s memorial. Their time together creates an emotional moment of father/son bonding as well as offers Menashe a final chance to prove to his skeptical community that he can be a capable parent.
Shot in secret entirely within the Hasidic community depicted in the film, and one of the only movies to be performed in Yiddish in nearly 70 years, Menashe is a warm, life-affirming look at the universal bonds between father and son that also sheds unusual light on a notoriously private community. Based largely on the real life of its Hasidic star Menashe Lustig, the film is a strikingly authentic and deeply moving portrait of family, love, connection, and community.
Menashe should marry. He does not want. He is still bond to Lea. But he will. The marriage is inescapably waiting just behind the horizon of the movie’s end.
Also in Fading Gigolo of John Turturro (with Woody Allen!) a Hasidic wedding is inevitably. With a dress like that pictured below, like in Marrying…?
Compare it with the dress in “our” country club!
The couple who was getting married at the club was very modern…
The next married copule I meet in the… Grand Central Station in NY. They were Chinese.
They stood quite a long time not moving at all. And than they went out and on the other side of the street.
Leider ist das Essen bei Don Quijote sehr Tiereiweiß trächtig, was ich nicht beweisen kann, da es im Netz keine Speisekarte gibt. Klickt man die entsprechende Stelle auf der Seite, bekommt man lediglich (sehr leichtes) Bedauern: “Unsere Speisekarte ist momentan noch nicht online. Bitte besuchen Sie uns zu einem späteren Zeitpunkt wieder.”
Ich war aber persönlich da und habe die Speisekarte selber gesehen. Sie bat genau all das an, oder gar mehr, was man in Spanien überall zum Essen bekommt: Fisch, Fleisch, Käse, Eier, Fleisch, Fisch… Zugegeben – viele Tomaten, Paprika, Oliven. Und (fast) alles (fast) immer frisch zubereitet. Aber mir als Vegetarierin scheint diese berühmte mediterrane Küche, die den Zugang zur Welterbeliste von UNESCO fand, eigentlich unerwarteterweise, sehr unfreundlich zu sein. In Don Quijote kann man die Patas de conejo con salsa de ajillo al estilo Don Quijote con potatos panadera also Kaninchenschenkel à la Don Kichote in der Knoblauchsosse mit gebackenen Kartoffeln essen.
Oben ist das Kaninchen ein bisschen einfacher zubereitet – das Gericht heisst einfach Conejo asado, Bratkaninchen und man kann vermuten, dass der gute Don Qijote genau so etwas gegessen hat. Bevor aber die Kaninchenpfoten so ausgesehen haben wie auf dem Bild oben, müssten sie leider so aussehen, wie sie hier von Jean-Baptiste-Siméon Chardin gemalt wurden.
Conejo asado
Zutaten
1 ganzes Kaninchen
1/4 Tasse Olivenöl
1 Glas Weißwein
2 Knoblauchzehen
Salz und Pfeffer
Das Kaninchen in Stücke hacken. Die Fleischstücke mit Öl, gehacktem Knoblauch, Salz und Pfeffer bestreuen.
Ofen vorheizen und Kaninchen in eine Schüssel geben.
Nach den ersten 10 Minuten Wein zufügen.
Weitere 35 Minuten bei 170°C braten.
So ein gebratenes Kaninchen wurde sicher auch Sancho Pansa, dem gnädigen Statthalter der Insel Barataria, serviert und zugleich von seinem Leibarzt verboten.
»Auf die Art wird mir die Schüssel gebratener Rebhühner dort, die, wie es scheint, gut zubereitet sind, keinen Schaden tun.«
Worauf der Arzt antwortete: »Diese soll der Herr Statthalter nicht essen, solange ich das Leben behalte.«
»Aber warum nicht?« fragte Sancho.
Und der Arzt antwortete:
»Weil unser Meister Hippokrates, der Polarstern und das Licht der ganzen Arzneikunst, in einem von seinen Aphorismen sagt: ›Omnis saturatio mala, perdicis autem pessima‹, welches heißt: ›Alle Übersättigung ist schädlich, die aber von Rebhühnern die schädlichste.‹«
»Wenn dem so ist«, sagte Sancho, »so suche mir der Herr Doktor unter diesen Gerichten selber aus, was mir zuträglich und am wenigsten nachteilig ist, und lasse mich dies essen, ohne darauf zu klopfen: denn beim Leben des Statthalters, und so gewiß das Gott erhalten soll, ich sterbe vor Hunger, und mir das Essen verweigern, der Herr Doktor mag auch sagen und behaupten, was er will, hieße mir eher das Leben nehmen, als es mir erhalten.«
»Der gnädige Herr Statthalter hat recht«, antwortete der Arzt, »und daher bin ich auch der Meinung, daß Ihr nicht von den gebratenen Kaninchen essen dürft, die dort stehen, denn es ist Speise von einem langhaarigen Tier; von jenem Kalbfleische könntet Ihr wohl versuchen, wenn es nicht gebraten und gesäuert wäre, aber so auf keine Weise.«
Auf einem der vielen Blogs, die in Spanien dem melancholischen Rittern gewidmet sind, fand ich einen Aufsatz über Vorbereitungen von Hasen und Kaninchen im Werk von Miguel Cervantes. Man hatte die beiden Tiere gebraten, aus dem Fleisch die Empanadas vorbereitet – gefüllte Teigpasteten, oder in saurer Marinade eingelegt. Man machte auch Gigote (das Fleisch kleingehackt, gebraten und dann gekocht). Aber es gibt auch barocke Variationen, wie z.B. Fleisch in eigenem Blut des Tieres gekocht oder mit sog. “Gingebrada” verfeinert – mit Lebkuchen, Ingwer, Mandeln, Zitrone und Zucker.