Co widziałam w kinie?

Bardzo dużo chodzę do kina, co zdaje się jest w przypadku pań w moim wieku już dość rzadkie, bo często jest tak, że jestem jedyną siwowłosą osobą na sali. Nie przeszkadza mi to. Lubię kino, lubię magię chodzenia do kina, a przede wszystkim lubię ten inny świat, który na dwie godziny zastępuje mi moje własne życie.

Filmy, które obejrzałam latem 2019 roku były, jak rzadko, prawie wszystkie świetne. Widziałam ich w tym roku tyle, że nawet nie wiem, czy wymienię je tu wszystkie.

Roma, film Alfonsa Cuarón (Meksyk), który wygrał w biegu do Oskara z Zimną wojną i chyba słusznie. Podobnie jak film Pawlikowskiego również Roma jest filmem, którego znaczenie rozumie się tylko wtedy, jeśli zna się tło polityczne filmu. W filmie Polaka – czasy stalinowskie, u Meksykańczyka – rok 1971 i masakrę rewolty studenckiej przez rządowe oddziały paramilitarne w dniu Bożego Ciała.

Ból i blask Pedro Almodovara (Hiszpania) z Penelopą Cruz i Banderasem.

Deszczowy dzień w Nowym Jorku Woody Allena, który nikomu się chyba nie podobał, tylko mnie, jak sądzę głównie z uwagi na wspaniałą rolę młodego aktora francusko-amerykańskiego Timothée Chalameta.

Wszystkie trzy filmy po części autobiograficzne, opowiadają o dzieciństwie i dorastaniu wrażliwych młodych ludzi.

Podobnie jak w Romie, również w nowym filmie Tarantino nie da się dobrze zrozumieć intencji reżysera bez znajomości historii. Pewnego razu w… Hollywood – Quentin Tarantino, znakomity jak za czasów Pulp Fiction, ze wspaniałymi kreacjami Brada Pitta i Leonarda di Caprio (obejrzałam dwa razy – raz po niemiecku z dubbingiem i raz po polsku z oryginalnym głosem i podpisami – dubbing to doprawdy kretyński wynalazek dla analfabetów). Film jest nową, tarantinowską wersją historii morderstw, jakich dopuściła się banda Mansona w willi Romana Polańskiego w Hollywood, ma więc mnóstwo polskich odniesień. Samego Polańskiego gra polski aktor Rafał Zawierucha.

Burning, koreański film Lee Chang-donga wg opowiadania Murakamiego. Również ten film był w tym roku typowany do Oskara jako najlepszy film nie-angielskojęzyczny.

Gdy go obejrzałam byłam zachwycona jakością wykonania, precyzją scenariusza, grą aktorów, ale zniechęcona do treści filmu i jego zapowiadającego się od pierwszych scen okrucieństwa.

Co ciekawe, dokładnie tak samo oceniłam drugi film koreański, który obejrzałam w tym roku – Parasite Bong Joon-ho’a.

Oba mi się nie podobały, ale oba obejrzałam z zainteresowaniem, ba – fascynacją. I przyznaję, że najbardziej w obu filmach interesowała mnie nie akcja, lecz po prostu Korea. Niezwykłe inne życie. Czułam się jak w czasach Komuny, gdy chodziliśmy do kina, żeby oglądać, jak się żyje na Zachodzie, tylko że teraz interesujący jest przeciwnie – Wschód. I to nie Japonia i nie Chiny, lecz właśnie Korea.

Film Bong Joon-ho’a zyskał w Korei niemal natychmiast status kina kultowego, nic więc dziwnego, że podczas projekcji w Berlinie sala była pełna Koreańczyków.

I jeszcze jedno zaskakujące podobieństwo – w filmie Parasite i oczywiście w Deszczowym dniu pada wściekły deszcz.

Cmentarz żydowski w Nicei

Cimetière juif

Uwaga – nie wszystkie motywy w tym filmiku naprawdę sfotografowano na cmentarzu żydowskim w Nicei.  I w ogóle w sieci jest okropny bałagan, niektóre groby pojawiają się wiele razy na różnych cmentarzach, innych nie ma, nie wiadomo – już nie ma, w ogóle nie ma,

Prochy z Auschwitz.


Mydło wyprodukowane w Auschwitz, Majdanku i Treblince.

Zmarli, którzy urodzili się wszędzie, w krajach arabskich, w północnej Afryce, we wszystkich trzech częściach Polski pod zaborami. W Rumunii, Armenii i na Ukrainie. W Beserabii i Erewaniu, Berlinie, Pradze, Lwowie i Trypolisie. Czasem cenotafy, jak ten Maurycego Łukowskiego, najczęściej groby tych, którzy urodzili się wszędzie, a umarli w tu, w ciepłym łagodnym klimacie Lazurowego Wybrzeża, w Nicei, w Eze, w Mentonie.

Najstarszy grób z roku 1540.

Leży tu kilka znanych osobistości, nicejski malarz, śpiewaczka operowa, matka Garibaldiego, Rosa, zmarła w roku 1852. Na wielu grobach stoją bardzo ekspresyjne rzeźby, przedstawiające postaci ludzkie – widać w odległym uzdrowisku można sobie było na więcej pozwolić niż w rodzinnej Łodzi czy Berlinie.

Leży tu też słynny René Goscinny (1926-1977), autor komiksów (Asterix & Obelisk, Lucky Luke) i słynnych książeczek o Mikołajku.

Polacy.

Fanny Moszkowicz, o której rodzina pisze po angielsku, tylko tyle, że była matką, ale zostawia jej w nazwisku sz i cz, choć inni członkowie rodziny używają już pisowni łatwiejszej do wymówienia dla cudzoziemców – np. Moskowitz. Anna Lichtenbaum z domu Eisenmann, rówieśniczka mojej praprababki, z nagrobkiem po polsku.

Ze wszystkich nagrobków wybieram jeden i próbuję dociec, kto tu leży. Wyobrażam sobie, że to pisarz, rzeczywistość mnie jednak surowo zawodzi.

Fortunato Liscia, urodzony w Tunezji w roku 1840, zmarł w Nicei w roku 1910. Wybrałam ten nagrobek, oczywiście z uwagi na książki, już w Nicei, ale nie studiowałam szczegółów. Dopiero teraz widzę, że Fortunato miał, jak ja, 70 lat.

Urodził się w Médina de Tunis. Był synem Moise Liscia i Scemamy Seroni, jego bratem był Vittorio Liscia. Fortunato ożenił się 20 marca 1861 roku Giulią Liscia (być może kuzynką, bo nazywała się Liscia Liscia – urodziła się w roku 1843 w Livorno); miał liczną rodzinę: córki Fanny, Fortunatę, Adelę i Matyldę oraz synów – Adolfo i Gustavo.
Liscia po włosku to “gładki, gładka”, ale także nazwa małego miasteczka w Abruzji (Abruzzo) we Włoszech i rzeki na wyspie Sardynii, niewykluczone więc, że Fortunato i Giulia mieli nazwiska pochodzące od nazwy miejscowości, tak jak polskie nazwiska Berliner, Lubliner, Warschauer lub Amsterdamski. Dziś w Liscii w Abruzji mieszka 700 osób, dawniej była to pewnie mała wioska. Sardyńska rzeka w latach 50 została przegrodzona tamą, która nazwa się Diga del Liscia.

Człowiek, który ma taki dostatni grób, był na pewno zamożny. Ale w jakiej dziedzinie działał? W sieci pojawiają się zdjęcia budynków podpisane Fortunato Liscia, informacja o hacjendzie i biżuteria. Jak by jednak nie było, wygląda na to, że Fortunato Liscia nie był pisarzem (a takie żywiłam złudzenia, fotografując jego grób w Nicei) i że księgi mają charakter symboliczny:

Księgi występują bardzo często i w różny sposób, pisze Monika Krajewska, w artykule nt. symboliki nagrobków żydowskich, pojedyncza — zamknięta lub otwarta, niekiedy w dłoni, rząd ksiąg zwróconych grzbietem do widza, całe szafy z książkami. Czasem na stronach otwartych książek lub grzbietach bywają wyryte tytuły modlitewni­ków lub dzieł rabinicznych, a na grobach uczonych można spotkać księgi z tytułami ich dzieł (…). Motyw księgi, zdobiący nieraz całe kwatery cmentarza, jest wyrazem uczoności, spełniania religijnego nakazu studiowania Tory i Talmudu, a więc cnót wysoko cenionych przez społeczność żydowską. Jego wszechobecność każe jednak sądzić, że chodzi często o uczoność przypisywaną zmarłemu raczej niż autentyczną.

W innym artykule Krajewska pisze, że…

w końcu XIX w. i w XX w. na wielkomiejskich cmentarzach żydowskich (…) powstały pomniki o motywach stylowych i symbolicznych zaczerpniętych z cmentarzy chrześcijańskich, np. obeliski, kolumny z urną lub draperią, rzeźbione sarkofagi (…)

I tak to nas, zwykłych ludzi, rzeczywistość ze snu budzi. Myślałam, że pisarz, a tu księga jest tylko symbolem. Myślałam, że mądry, a tu, metaforycznie, każdy zmarły jest mądry. Myślałam, że wrażliwy, a tu po prostu moda i jeszcze na dodatek naśladownictwo. Czego ja tu sobie nie myślałam…

Na zakończenie jeszcze jeden grób z cmentarza żydowskiego w Nicei – Sylwio Maurice Asseo, urodzony w roku 1923, zmarł w roku 1931. Miał jak na owe czasy nowoczesne zabawki – kolejkę, autko, samolocik…

 

 

Was mich wundert (immer noch)

Ewa Maria Slaska

Wir sind alle Kriminelle. Und Idioten obendrauf.

Die Impressionen und Reflexionen, die ich hier präsentieren werde sammelten sich in den letzten Wochen an und sie taten es nicht umsonst. Ich gewann von ihnen den oben formulierten Eindruck: Man hält sich gegenseitig für Kriminellen, die unter Kontrolle der Polizei gehören, und obendrauf findet man, dass die Mitmenschen einfach Idioten sind.

Beweise? Bitte sehr.

Ich wohne in einer schöner Kleinhäuser- und Niedrigmiethäuser-Siedlung, die, gegründet Ende des 19. Jahrhunderts und ausgebaut in den 20ern, mal Gartenstadt hieß. Und es ist wohl wahr – wir wohnen in einer Gartenidylle. Man stellt die Körbe voll mit Fallobst geladen auf die Straßen, damit die anderen es sich nehmen können, man hat größtenteils Gartenzäune entfernt, damit wir das Gefühl haben, es ist alles unser. Man macht Straßenpartys, Grünanlagenpicknicks und Plantchbeckenkonzerte, man, man, man…

Nun ja…

Eine kleine Nebenstraße. Zwei große Quittenbäume sind im September vor einem Haus voll goldener Früchte, es sind so viele, dass entweder macht man eine Produktionskette für Marmeladen, Süßwerk und Liköre, oder die magischen Birnen fallen runter und verfaulen. Auf dem Baum hängt ein Zettel:
Dieb, nimm die Früchte nicht weg, komm nach 1. Oktober, dann werden sie gesammelt und verteilt.
Die Botschaft ist klar und einleuchtend, soll gar friedlich anmuten, wieso aber beginnt sie mit dem Wort DIEB, wieso nicht Nachbar, Freund, Kumpel, Passant, gar Fremder? Nein, DIEB.

Eine andere kleine Straße. Vor dem Haus hat man einen Miniatur-Park gezaubert. In einem Kreis von Rosen wurde ein kleiner runder Platz eingerichtet, schön mit Steinquader ausgelegt. Mitten des Kreises wurde eine Bank gestellt, genauso eine wie in einem richtigen Park nur kleiner. Es gibt sogar ein gewundener Pfad zur Straße hin, ebenfalls mit schön bearbeiteten Steinen gepflastert. Alles sehr geschmackvoll. Nicht mein Still vielleicht, aber an sich eine bildhübsche Anlage, die nie von jemandem benutzt wird. Mindesten seit zehn Jahren als ich hier in der Nähe wohne, habe ich auf der Bank nie jemandem gesehen.

Offensichtlich irre ich mich. Seit ein paar Wochen klebt auf der Bank ein Zettel in einer Plastikhülle. Von der Strasse her lässt sich nicht entziffern, was da geschrieben steht. Ich komme also näher (betrete das Grundstück!) und lese: Es ist unser privates Grundstück. Beim Betreten und Banknutzen wird sofort die Polizei gerufen. Also. SOFORT und POLIZEI. Und natürlich UNSER und PRIVAT. Am nächsten Tag, um den Eindruck ein Bißl zu besänftigen, hat man neben dem Zettel zwei Plüschbären gesetzt. Aber das Wort POLIZEI bleibt.

In einem der Häuser gibt es Party. Bin ja auch eingeladen. Nach wunderbarem Essen und schönen Plaudern im Garten gehen wir nach Hause. Vor mir zwei ältere Damen, beide schon sehr schlecht auf den Beinen. Der Ausgang besteht aus vier kleinen Stufen ohne Gelände. Eine der Damen hat sichtlich Schwierigkeiten damit. Die andere und ich eilen ihr zur Hilfe, halten sie, sozusagen, fest im Griff und bringen sie nach unten. Eigentlich ist es verboten, sagt sie. In Berlin muss man ab drei Stufen ein Gelände einmontieren. Man kann die Polizei rufen.
Ich schaue sie verdutzt an. Wir waren doch bei einer Freundin. POLIZEI RUFEN? Ist es ihr ernst? Sind die POLIZEI und VERBOT einzige Kategorien, in denen sie denken kann? Stadt zum Beispiel zu sagen, dass man vielleicht mit Gertrud darüber sprechen soll, irgendetwas bei der Sache zu unternehmen.

OK, aber nicht nur unsere Gartenidylle bereitet mir Kopfzerbrechen. Ab und zu muss ich doch raus in die grosse Welt. Zum Beispiel in ein Ministeriumshaus. Ich bin eine Urlaubsvertretung für meine Freundin. Das tue ich schon seit ein paar Jahren, jetzt arbeitet sie aber in einem neuen Raum. Ich gehe in die kleine Teeküche nebenan. Es ist eigentlich keine richtige Teeküche, sondern eh ein sparsam eingerichtet Rattenloch. Ich warte, bis das Wasser kocht und schaue mir eine komplizierte Kombination aus Kabel und Schalter, die es erlaubt (zwingt) jeglicher Wasserkochgang drei Mal zu versichern. Mir ist ein bisschen mulmig. Wieso denkt man nicht, dass wir imstande sind, Wasser zu kochen ohne gleich große Schäden einzurichten. Wieso setzt man voraus, dass wir hier etwas falsch machen werden. Und dann, jaaaa, dann sehe ich, dass daneben noch ein Zettel hängt. Ich lese es und glaube meinen Augen nicht:

Also SCHWEINESTALL, CHAOS, GESTOHLENES ESSEN… Nicht Mal Kühlschrank gibt es in dieser Küche, keine Schubladen, keine Schränke, wo ist das Essen, das irgendjemand hier stehlen kann? Und wenn es hier auch etwas gäbe und zugleich jemand, der es stehlen möchte, was hätte er stehlen können – ein Teebeutel ab und zu, ein Löffel Kaffee, zwei Weintrauben? Was kann man groß in diesem Rattenloch verrichten? Wer ist auf die Idee gekommen, hier so eine Beleidigung aufzukleben? Ja klar, auch hier sieht man wieder ein laues Versuch, wie bei der Bank zwischen den Rosen, die Sache zu entschärfen, damit jemand über kleine Geschenke schreibt. Aber wieso nimmt er/sie den Zettel nicht einfach weg. Wieso erlauben alle Küchenutzer, dass das Ding da sichtlich seit langem klebt?

Was seid ihr alle? Auf Polnisch werde ich fragen: pogięło Was? Seid ihr gekrümmt worden?

Zur allgemeinen Aufheiterung zeige ich hier noch etwas, was uns ausnahmsweise nicht für Diebe hält, wohl aber für Idioten. Schaut ihr euch das an.

Telefonieren und Gewinnen

Habt ihr es gesehen? Dann bitte, sagt mir, WO ist die Telefon-Nummer, die man anrufen soll???

Barataria w każdym domu

Ewa Maria Slaska

Pani i pan stoją w pokoju i ściskają się niedwuznacznie. Pan chciałby przejść do działań w pozycji wygodniejszej, ale pani wysuwa się z objęć kochanka (a może zresztą męża) i biegnie do kuchni, aby wyjąć z lodówki globulki ZET. Taka była treść pierwszej reklamy kinowej, jaką zapamiętałam. Zasadniczo bowiem w polskim kinie nie było żadnych reklam, a tylko Polska Kronika Filmowa. A tu reklama. I to taka! O seksie! Nie wiadomo, czy małżeńskim. W kinie. Zapachniało wielkim światem miłości, dorosłości, wolności.

Gdy opowiadam pewnemu bardzo młodemu człowiekowi o tej reklamie, nie chce mi wierzyć, ale nie mogę mu pokazać tej reklamy – nie ma jej w internecie czyli po prostu nie ma już jej na świecie.

Ale to szukanie wprowadza mnie w cały tajemniczy świat peerelowskiej antykoncepcji. Prezerwatywy, które jeśli wierzyć dowcipom, często były wybrakowane, jak przecież cała produkcja komunistyczna. Globulki ZET, ręcznie ugniatane i wyciskane też ręcznie w foremkach do wafelków, jakieś dziwne kapturki.

Z Wikipedii:

Globulki ze środkiem plemnikobójczym wprowadza się do pochwy około 15 minut przed stosunkiem. Pod wpływem ciepła globulka zamienia się w pianę, stanowiącą mechaniczną i chemiczną barierę dla plemników. Przy każdym kolejnym stosunku lub po godzinie od założenia należy założyć kolejną globulkę.

Hasło cytowane przez znajomą chemiczkę – chemia żywi, chemia zdrowi, chemia zapobiega przyrostowi.

Ale to teoria. W kraju panuje ciemnota niebywała. Zdarzają się wypadki połykania prezerwatyw. Użytkownicy skarżą się, że globulki pienią się w… ustach. Kobiety najbardziej wierzą w trzy dni niepłodne przed i trzy po miesiączce, co jest chyba odmianą kościelnego kalendarzyka. Mężczyźni w tak zwaną “ucieczkę” czyli stosunek przerywany. Teraz, gdy szukam filmiku o globulkach ZET, czytam gdzieś, że stosunek przerywany to nie jest metoda zapobiegania ciąży. To ja się pytam – ale co to w takim razie jest? Taka perwersyjna odmiana seksu?

Te i inne rewelacje znajduję w jakimś cytowanym pokątnie artykule Ewy Winnickiej z Polityki.

Eugeniusz Siwik, czytam u pani Ewy, ginekolog, prekursor porodów domowych, także współpracował z Towarzystwem Świadomego Macierzyństwa. Porównałby je do antykoncepcyjnego Don Kichota, który walczy z wiatrakami oporu zogniskowanego wśród nauczycieli, księży czy innych o tradycyjnie wstydliwie ukształtowanych światopoglądach.

Ale zdanie! No, ale pomijając styl, sens jest jasny. O antykoncepcji polskiej myślało się poprzez słowo wstydliwość. Też mówię – cały świat to jedna wielka wyspa Barataria, od początku do końca skłamana i oszukana. Wszyscy się pieprzą, ale wszyscy są wstydliwi.

Winnicka pisze:

Długie lata antykoncepcja była sprawą bardziej wstydliwą niż aborcja. Kiedy kobieta zachodziła w niechcianą ciążę, poświęcała się i rodziła lub szła na zabieg, „bo miała pecha”. Natomiast ta, która zapobiegliwie starała się do niechcianej ciąży nie dopuścić, przy czym interesowała się prezerwatywą lub kapturkiem, uznawana była za osobę o krzywym kręgosłupie moralnym, wspominają seksuolodzy. Takie zainteresowanie oznaczało, że seks nie zdarza się kobiecie mimochodem. O zgrozo, być może jest nawet pozamałżeński i satysfakcjonujący. Słowem: ona interesuje się seksem, a wiadomo, że takimi rzeczami interesują się tylko prostytutki.

PRL cierpiał na seksualną schizofrenię. Z jednej strony o seksie się nie mówiło, a państwo było pruderyjne, z drugiej jednak strony wolny człowiek socjalistyczny miał być naprawdę wolny, a zatem wolno mu było uprawiać wolny seks. Jednak…

Szybko okazało się, że niekontrolowane obcowanie płciowe może rozregulować plany produkcyjne, demograficzne, mieszkaniowe i zaopatrzeniowe państwa. Kobiety miały pójść do pracy, nadmierne rodzenie dzieci wyłączało je z produkcyjnego cyklu, przeludnienie narażało społeczeństwo na niedobory, pokątne aborcje powodowały alarmującą śmiertelność, która w nowoczesnym państwie nie powinna była mieć miejsca. Nowoczesność, tłumaczono, oznacza niewielką liczbę potomków. Jednym ruchem państwo postanowiło zapobiec dzietności oraz zdrowotnym komplikacjom poaborcyjnym.

W roku 1956 wprowadzono prawo usuwania ciąży.

Społeczeństwu starano się więc uświadomić w końcu, że są sposoby, by decydować o własnej płodności. Sposoby te były ciągle wadliwe oraz trudno dostępne. W każdym razie świadomi żenującej podaży w 1958 r. działacze z TŚM własnym sumptem założyli przedsiębiorstwo o nazwie Securitas i uruchomili linię produkcyjną słynnej globulki Zet, a potem innych środków zabezpieczających. Produkcja miała charakter chałupniczy, niewystarczający. Równolegle z produkcją globulki ruszyła akcja „A”. Uprawiających seks traktowano cały czas jak grupę spiskowców. Gazety informowały tajemniczo: Globulka Zet zapobiega. „Nie dawaj dupulki bez Zet globulki” – pouczały podwórkowe wierszyki.

Globulka robiła karierę za granicą. W połowie lat 60 państwo R. pojechali na autokarową wycieczkę do Jugosławii. W schowkach nad siedzeniami upchano handlowy zapas globulek, które jednak pod wpływem południowej temperatury stopiły się i zaczęły kapać na głowy turystów. Ulepione ponownie sprzedano miejscowym amatorom, którzy następnego dnia wrócili z reklamacją. Globulki się pieniły, a ich pozostałości można było znaleźć w organizmie kobiety jeszcze długo po zbliżeniu.

Tylko margaryna mleczna przeciw ciąży jest skuteczna, głosił pewien podwórkowy wierszyk. No, ale może jednak globulkę?

 

Donkichoty za płoty (Barataria)

Ewa Maria Slaska

Tyle się tego nazbierało przez to lato, że nie wiadomo, w co ręce włożyć. A więc znowu bez ładu i składu kolejna porcja dowodów, że Don Kichot jest wszędzie, mimo że nikt go przecież nie czyta.

Proszę, fragment tekstu zacytowany na Facebooku przez Justynę Sobolewską. Jak schować pieniądze, żeby nikt nie znalazł:

– Hajs masz przy sobie, tak?
– Nie… Schowałem w tym starym wydaniu Moby Dicka.
Tym, co się rozpada, z Penguin Books. Błyszczące książki w miękkich okładkach ktoś mógłby gwizdnąć, ale Melville jest obszarpany. A Zbrodnię i karę mam po rosyjsku, tego też nikt nie tknie!
– Co? Nie masz kasy przy sobie?
– Wziąłem tyle, co na wydatki. I wydałem.
– No nie!
– I jeszcze schowałem trochę w Don Kichocie z Taniej Książki, tam też nikt nie będzie szukał.

Jachym Topol, Wrażliwy człowiek, przeł. Dorota Dobrew, Wydawnictwo Czarne

No cóż. Nie byłabym taka pewna. Kiedyś, dawno temu, opiekowałam się przez miesiąc pewnym mieszkaniem. Utarło się, że wieczorami na lampkę wina wpadali niemieccy sąsiedzi. Kiedyś rozmowa zeszła na to, czy warto jechać do Polski, wyjęłam z półki atlas samochodowy Polski (taki podłużny w brązowej plastikowej okładce – wszyscy, co żyli w PRL-u muszą pamiętać ten atlas). Sąsiedzi wzięli na kilka dni atlas do domu, żeby sobie spokojnie postudiować trasy i odległości. Pożyczyłam im ten atlas bez jakiejkolwiek głębszej myśli – byliśmy osobami czekającymi na azyl. Nasi sąsiedzi Niemcy mogli jechać do Polski, my – nie. Pożyczyłam i zapomniałam. Sąsiedzi też zapomnieli, tak to bywa z książkami. Właściciel mieszkania i atlasu wrócił, ja się przeniosłam do siebie. Po kilku dniach telefon. Gdzie jest atlas!? Gdzie jest atlas?! Na moje szczęście atlas spokojnie leżał u sąsiadów, a pod okładką nietknięte (bo niezauważone) spore oszczędności.

Obraz przedstawiający koszulkę z Don Kichotem Picassa, wystawiony w Domu Kultury Klub Skolwin na Skolwinie (dzielnica Szczecina); Marek Maj, poeta, kierownik kulturalny tej szacownej placówki im. Don Kichota (o czym już pisała Ela Kargol), podpisał to zdjęcie na Facebooku: Kolega z pracy z kolegą

***
Kolega, ach tak. Kilka dni temu, też przy okazji jakiejś kolacji z winem kolega (inny) zapytał, czy już wreszcie przeczytałam książki Marca-Uwego Klinga o kangurze. Doradza mi to już od roku i doprawdy się na mnie obrazi, jeśli tego wreszcie nie zrobię. Następnego dnia wśród książek wyłożonych do zabrania u mnie w domu na klatce schodowej znajduję odpowiednią książkę, a w niej we wstępie zdanie wygöoszone przez kangura:

So nehmt für Euren Prolog doch einfach die Vorrede aus Leben und Taten des scharfsinnigen Edlen Don Quijote de la Mancha und tauscht ein paar Schlüsselwörter aus.

***
Kolejny kolega, znowu na Facebooku, Jarek Łukasik (jego też już TU prezentowałam), ale to nie on jest autorem tej oto “mądrości ludowej”:

A jak myślicie – kto to wymyślił? No?

***
Ale to oczywiście głupota, wynagródźmy ją więc sobie tym (pseudo)renesansowym Don Kichotem, spotkanym w Krakowie w Muzeum Europeum (Paul Emile Machault, Don Kichot, ok. połowy XIX wieku). Na stronie muzeum Dorota Dec pisze:

Don Kichot, bohater wydanej w 1605 roku słynnej powieści Miguela de Cervantesa, jako pełen fantazji romantyczny rycerz, zapalczywie walczący z wiatrakami, a także obrońca wszystkich uciśnionych, stał się z czasem symbolem europejskich idealistów podejmujących się zadań przerastających ich siły, bądź wręcz niewykonalnych.

 

 

 

 

 

 

 

Z kolei w Warszawie na wystawie grafiki w Zachęcie dwa Don Kichoty Stefana Rassalskiego z lat 60. A w sieci znalazłam jeszcze jedną grafikę z tego cyklu.

Reblog: Mentona

Pojutrze lecę do Nicei, a potem jedziemy z Iwoną do Mentony.
Dziękuję, moja kochana!
Reblog wpisu z 10 lutego 2018 roku.

Ewa Maria Slaska (tekst) i Iwona Schweizer (inspiracja i sponsoring)

Menton czyli Mentona, miasto na Lazurowym Wybrzeżu we Francji. Pewnie bym nawet nie wiedziała, że istnieje, ale podczas zbierania materiałów do książki o rodzinie wypłynęło zdjęcie pradziadków, już w podeszłym wieku, na bulwarze w Mentonie.

I jak to zwykle w takich wypadkach bywa, niedługo później przyjechała przyjaciółka „z Ameryki” czyli Iwona, współautorka tego wpisu, obejrzała moją książkę o cmentarzach i powiedziała, „a w Mentonie jest na cmentarzu taki biały anioł, to grób Polki, Lewandowskiej”. A potem przysłała dwa zdjęcia.

Właśnie minęło 107 lat od jej śmierci.

Zaglądam do Wikipedii i znajduję skąpą notatkę o mieście. Połowę wpisu stanowi informacja o pochowanych tu Polakach. Grzebano ich na dwóch sąsiadujących ze sobą wzgórzach – cmentarzu Trabuquet czyli Katapulty i cmentarzu Vieux Château – Starego Zamku. Średniowieczny zamek w Mentonie wybudowano na wzgórzu zwanym Colla Regna, 78 m nad poziomem morza. W ciągu trzech wieków przechodził różne koleje losu i został ostatecznie opuszczony w 1650 roku. Ruiny, znacjonalizowane w czasie Rewolucji, zakupiła gmina Mentona w 1807 roku z przeznaczeniem na cmentarz. Zdjęcie grobu Lewandowskich jest wizytówką i miasta, i samego cmentarza na Wzgórzu Zamkowym.

W 1873 roku, pisze Wikipedia, w Mentonie zmarł Władysław Krasiński, najstarszy syn Zygmunta Krasińskiego. W 1880 roku zmarł tu zesłaniec i pisarz Bronisław Zaleski, a 18 marca 1899 roku – Izabella Działyńska i w tym samym roku – Feliks Kołyszko, jeden z przywódców Powstania styczniowego na Litwie. Pochowano tu także takich polskich malarzy jak: Konstanty Przecławski i Władysław Hirszel.

O Lewandowskiej Wikipedia nie wspomina, a, mimo iż kęs czasu już upłynął od wizyty Iwony w Berlinie, autorka zdjęć i duchowa współautorka tego wpisu nadal nie znalazła notatek z wycieczki na Riwierę w maju 2015 roku. Szukam więc w internecie.

Niemal natychmiast znajduję hasło l’tombeau de lewandowska. Zdjęcie już znam, bardziej interesuje mnie podpis, ale i on niewiele wnosi do tego, co już wiem: Grave of the Polish Lewandowska family in the cemetery of Menton (Alpes-Maritimes, France), with an allegory of the Resurrection.

Czyli nie Anioł tylko Rezurekcja (duszy? ciała? utraconej ojczyzny?) i nie grób Janiny, lecz całej familii Lewandowskich. Znajduję jeszcze jedno zdjęcie. W tle zdjęcia Iwony są Alpy, a tu w dole widać Morze Śródziemne. Niezwykła jest lokalizacja grobu a przeto i samej rzeźby, sugerująca, że dusza nieśmiertelna wyrywa się właśnie teraz, w tej chwili do lotu ku niebu.

Na cmentarzu pochowano mnóstwo sławnych osób, w tym słynnego grafika Art Nouevau, Aubreya Beardsleya. Urodził się w roku 1872, zmarł w wieku lat 26 w Mentonie. Ilustrował Salome Oskara Wilde’a, a jego prace są symbolem stylistyki secesyjnej. Zmarł na gruźlicę i przychodzi mi do głowy, że mogło tak być, że do Mentony przyjeżdżali gruźlicy, żeby tu umrzeć. A mój pradziadek, znany lekarz warszawski, był specjalistą chorób laryngologicznych i płucnych, jeździł do słynnego Davos, żeby się zaznajomić ze stosowaniem zabiegu odmy płucnej i to on zastosował ją po raz pierwszy w Polsce. Niewykluczone, że taki pan, nawet jadąc na wakacje, coś tam przy okazji chciał zobaczyć, co wiązało się z jego profesją.

Janina z Jełowickich Lewandowska żyła 27 lat i przypuszczam, że podobnie jak Beardsley zmarła w Mentonie na gruźlicę. Moje przypuszczenie potwierdza zbąszyński poradnik turystyczny online, którego autorem jest Roman Rzepa: Mentona była ulubionym miejscem wypoczynku dla ludzi majętnych chorych na gruźlicę. Łagodny klimat korzystnie wpływał na organizm zmęczony walka z chorobą. (…) Na cmentarzu w Menton znajduje się przepiękny nagrobek Janiny z Jełowickich Lewandowskiej. Jest to dzieło Donato Barcaglio, znanego rzeźbiarza włoskiego, laureata licznych nagród tak w Europie, jak i w Ameryce, a także właściciela największej pracowni rzeźbiarskiej w Mediolanie. Pomnik ma formę masywnego, elegancko zdobionego sarkofagu z otwartym wiekiem, z którego ulatuje piękna, spowita w miękki całun, postać młodej kobiety. Identyczna rzeźba znajduje się na Powązkach.
Jak już wiemy, ta kobieta to Zmartwychwstanie – Rezurekcja. Sprawdzam informację o Powązkach i zaiste – rzeźba Barcagalio zdobi tu grób Lusi (Heleny) Raciborowskiej (1881-1899). Dziewczyna była jeszcze młodsza niż Janina i żyła zaledwie 18 lat. „Sowa”, autor bloga o Powązkach pisze: Jest to chyba najpiękniejszy pomnik Starych Powązek, chociaż (niestety) ani on polski, ani – w skali świata 😉 – jedyny. O pięknej, spowitej w miękki całun, postaci niewieściej (co cytował już Rzepa) autor pisze dalej: Ręce ma złożone w geście modlitwy, a zarazem zachwytu, twarz pełną szczęścia i radości zwróconą ku niebu. Jakże się tu bowiem nie cieszyć: oto zabrzmiały dźwięki trąb anielskich i bezgrzeszna (z pewnością 😉), niespełna osiemnastoletnia Lusia unosi się do Raju.

Janina też.

„Sowa” pisze dalej:

Nagrobek ten doskonale pokazuje, na co było stać rzeźbiarzy włoskich przełomu XIX/XX w. Cała kompozycja pełna jest dynamiki i ruchu, podkreślonych przez rozwiane szaty zmartwychwstałej, układające się w miękkie fałdy. Artyście udało się niemal ożywić kamień, gdyż postać Lusi, choć wykonana przecież z twardego marmuru, sprawia wrażenie lekkiej, jakby naprawdę unoszonej przez niebiańskie powiewy. Cała scena zdaje się uchwyconą niczym na fotografii, świadcząc o perfekcyjnym warsztacie artysty.

Podziwiać należy nie tylko mistrzostwo dłuta, ale i hmm… „inżynierii rzeźbiarskiej”. Figura zmarłej jest bowiem mocno odchylona od pionu, a jednocześnie przymocowana do podłoża na dosyć niewielkiej powierzchni. Cała ta konstrukcja wytrzymała jednak niemal sto lat i dopiero na początku XXI w. konieczna była pilna interwencja konserwatorska, gdyż sarkofag zaczął pękać.

Właśnie dynamika rzeźby Barcaglia zdecydowanie wyróżnia pomnik Lusi spośród innych nagrobków powązkowskich. Można śmiało powiedzieć, że nie ma drugiego tak „żywego” posągu w naszym „mieście umarłych”, bo też polska skulptura (zwłaszcza cmentarna) rządziła się innymi prawami niż włoska. Na cmentarzu winien bowiem dominować nastrój powagi, któremu odpowiadały formy statyczne, a nie jakieś tam rwące się w niebiosa, rozegzaltowane niewiasty. Dlatego też włoski weryzm, zwłaszcza w tak „czystej” formie, jak pomnik Lusi, jest na Starych Powązkach reprezentowany zaledwie przez kilka nagrobków, na czele z najbardziej okazałym monumentem, właśnie Raciborowskich.

Na Cmentarzu Powązkowskim jest to jedyny tego typu i klasy nagrobek, ale okazuje się, że w skali światowej to żaden unikat. Na cmentarzu w Menton znajduje się nagrobek Janiny z Jełowickich Lewandowskiej, który jest prawie taki sam jak Lusi Raciborowskiej. Drobne różnice występują w sarkofagu: „warszawski” ma mniejsze wieko i brak na nim kartuszy herbowych (Jełowicki i Dołęga). Ponadto, konserwacje przeprowadzone w ostatnich latach, sprawiły, że powązkowska rzeźba prezentuje się świeżo, a kontury nie są tak wygładzone, jak na pomniku we Francji.

Wybór nagrobka dla młodej kobiety w Mentonie i dziewczyny na Powązkach odbył się zapewne na zasadzie kontaktów rodzinnych. Badacz kresowych genealogii rodzinnych, Krzysztof Pankowski ustalił, że rodzina Raciborowskich pochodziła z Podola, podobnie jak familie Lewandowskich oraz Jełowickich. Raciborowscy i Lewandowscy byli bliskimi sąsiadami: Wolica Zarubieniecka, należąca do Raciborowskich, była o 12 kilometrów oddalona od posiadłości Lewandowskich – Chodorkowa. A że w owych czasach małżeństwa aranżowano miedzy sąsiadami, nie może dziwić, że Wincenty Raciborowski ożenił się z Antoniną Lewandowską. Również Jełowiccy pochodzili z Podola. Niestety nic nie wiadomo nie tylko o samej Janinie, ale też nie bardzo wiadomo, który to Lewandowski się z nią ożenił. Pankowski przypuszcza, że mógł to być jeden z tzw. synów niedziedziczących z Chodorkowa, być może związany z Francją profesor Nikodem Lewandowski, po którym pozostała w Chodorkowie bogata biblioteka polsko-francuska. Więzy rodzinne i sąsiedzkie tłumaczyłyby zatem, dlaczego nagrobki na cmentarzach w Warszawie i w Mentonie są niemal identyczne.

Der Comenius Garten

In zwei Tagen laden wir zu einer Stadtbesichtigung in Rixdorf ein. Heute möchten wir über einen Garten berichten, den wir an dem Tag besuchen werden. Der Comenius Garten.

Alles beginnt mit einer Überraschung. Man geht die Richardstrasse entlang, die Hauptstrasse des sog. Bömischen Dorfes in Berlin. Auf einer Seite der Strasse kleine Häusschen, die so typisch für Rixdorf sind, auf der anderen – das sieht man an jeder Stadtteilkarte – der Comenius Garten. Eine nicht besonders spektakuläre Grünanlage, rechts Büume, daneben Rasen, der Kiesweg, ein paar Banken, kleine Greenoase, die von der Strasse von einem Holzzaun getrennt ist. Holzzaun, kleines Tor. Zu. Man schaut irritiert, findet die Infotafel mit Öffnungszeiten, prüft nach. Ja, es ist geöffnet. Ist aber zu.

Und wenn man es nicht weiß, kommt man nicht rein. So einfach ist es. Man muss wissen, um etwas zu erreichen. Lernen, Infos sammeln, nachdenken… Ganz im Sinne des Comenius, der ein Pädagoge war.

Johann Amos Comenius
(Komensky)

* 28. März 1592 in Nivnice, Südostmähren; † 15. November 1670 in Amsterdam, war ein tschechischer evangelischer Philosoph, Theologe und Pädagoge sowie Bischof der Unität der Böhmischen Brüder aus der Markgrafschaft Mähren.

Bild von Comenius (gemalt zwischen 1650 und 1670 bei Jürgen Ovens) im Rijksmuseum in Amsterdam.

 
Der Garten befindet sich eigentlich hinter der kleinen Grünanlage, die man von der Strasse sieht und ist ganz nach Comenius Idee omnes omnia omnino excoli angelegt, was ungefähr bedeutet, dass wir unser ganzes Leben lernen. Wir beginnen schon als Embryos und Enden im Moment des Todes.

Wie man in den Garten docht reinkommen kann und wie er aussieht, dies erzählen wir in zwei Tage.

See you am 15. September um 14 Uhr vor der Neuköllner Oper.

Für alle andere kommt die Erklärung heute nacht 🙂

 

 

O utopiach (Barataria)

Dla Konrada

Ewa Maria Slaska

Młody człowiek spędził u mnie jakąś część wakacji. Rozmawialiśmy o różnych ważnych sprawach, choć tak naprawdę to nie wiem, czy rozmawialiśmy o utopiach. Ale na pewno były podskórnie cały czas obecne. Jego zajmują utopie, bo jest jeszcze młody, mnie – bo już jestem stara.

On wie, czego chce, ja wiem, czego się nie da osiągnąć, choć mimo to nie należy ustawać w wysiłkach.

Inteligentni młodzi ludzie czytają inteligentne książki i pełnymi garściami czerpią z nich wiedzę o świecie. Dziesięć lat temu inny wówczas taki młody inteligentny człowiek poinformował mnie, czerpiąc wiedzę z mądrych książek, że każdy w Niemczech zarabia  (minimum) 3000 euro miesięcznie i odłożył na boku średnio milion euro. Młody człowiek mieszkał w Polsce, a ja w Niemczech i mimo że bywał u mnie i widział na własne oczy, że ani trzy tysiące co miesiąc, ani odłożony milion, za nic nie mogliśmy się porozumieć, bo teoria była mocniejsza.

Choć chętnie bym na nią przystała.

Inteligentna książka przeczytana latem 2019 roku dotyczy ekonomii. Zawsze i wszystko co mądre, musi dotyczyć ekonomii – wszyscy to wiedzą oprócz ludzi z mojego pokolenia z PRL-u, bo w PRL-u ekonomia była śmiertelnie nudnym elementem ucisku socjalistycznego, a zajmowanie się nią obiecywało wprawdzie karierę, zarobki i wyjazdy za granicę, ale nie wynikały one z nabytej na studiach wiedzy, lecz z zaprzedania duszy komunie.

A tego nie chcieliśmy. Chcieliśmy być wolni, co rozumieliśmy jako stan, że możemy robić, co chcemy, i jako sytuację, w której nie musimy robić tego, czego inni od nas chcą. Warunkiem uzyskania takiego stanu było studiowanie czegoś bardzo nie-komunistycznego i zarazem nie-pragmatycznego. Lekarz i dentysta byli wprawdzie lepsi od ekonomistów, ale ciążyło na nich odium, że studiuje się “to” nie z zamiłowania, lecz z chęci zysku, co nieomalże zrównywało zawody w białych fartuchach z producentami lodów, parasolek i torebek. Nikt zresztą nie wiedział na pewno, czy zawody obiecujące dobre zarobki, nie obiecują ich w zamian za potulne zachowanie. Zresztą gdy byłam studentką, osobiście nie znałam nikogo, kto by studiował medycynę (choć oczywiście znałam lekarzy i miałam ich również w rodzinie).

Nie mieliśmy kontaktu ze światem zewnętrznym, nie wiedzieliśmy więc, że na Zachodzie tacy jak my studiowali różnego rodzaju nauki społeczne. My, siłą rzeczy, wybieraliśmy zawody humanistyczne, nieważne, a zatem nie skłaniające władzy do korumpowania nas. Tak myśleliśmy.

Byliśmy bandą utopistów i wymarzyliśmy sobie świat, który teraz mamy i który jest, niestety, podłym wynalazkiem. Skąd mogliśmy wiedzieć, że świat wolności od stałej pracy, a zatem (tak myśleliśmy) nacisku z góry, okaże się przedpieklem. To świat poszarpanego życia i biegania jak kot z pęcherzem za najgłupszymi nawet zleceniami. I nawet, jak w peerelowskim kabarecie, nie ma czasu, żeby załadować taczki. Nauczyliśmy się w tej wymarzonej przez nas utopii pierwszej i podstawowej zasady, jakiej w PRL-u w ogóle nie znaliśmy: wolność kosztuje! Nie jesteś wolny, jeśli przymierasz głodem. Trzeba było studiować coś konkretnego, zarobić jakieś konkretne pieniądze, założyć jakiś biznes, zostać prywaciarzem, ba, nawet bogato się ożenić lub wydać za mąż – mniejsza o to jak, ale trzeba było zadbać o to, by mieć w życiu pieniądze, bo bez pieniędzy nie kupimy i nie utrzymamy nawet rozpadającej się stajni na zapadłej wsi, w której my, wolne duchy i wolni ludzie, moglibyśmy się spotykać z innymi wolnymi duchami.

Ponadto nie chcieliśmy chodzić do pracy, przedkładaliśmy nad biuro i comiesięczny zarobek pracę wolnego umysłu w wolnym świecie, a  miała to być również taka praca, która zapewni nam rozwój wewnętrzny. Haha.

To się dziś nazywa praca na umowach śmieciowych. I taki był złośliwy koniec utopii mojego pokolenia. Jesteśmy biedni, nie mamy stałej pracy i stałych dochodów, harujemy w głupich pracach, niezgodnych z naszym wykształceniem i niegodnych naszych możliwości intelektualnych, niczego się nie dorobiliśmy, jeśli coś mamy to tylko dlatego, że nasi rodzice nam coś zostawili… Jesteśmy starzy i nie stać nas nawet na to, by sfinansować cokolwiek na większą skalę i udzielić komukolwiek jakiejkolwiek pomocy. Możemy co najwyżej pozbierać pieniądze na wydanie tomiku wierszy. Więcej, nawet zbiorowym wysiłkiem, nie osiągniemy.

Przeżyliśmy na tej drodze od młodzieńczych utopii do ich starczej realizacji kilka chwil zdumienia. Gdy upadła Komuna ze zdumieniem dowiedzieliśmy się, że dorabiają się nawet najszlachetniejsi, że organizowaniem coraz lepszych zarobków i zamożnego bytu zajęli się zarówno działacze solidarności jak księża.

Dowiedzieliśmy się też, że na Zachodzie utopiami zajmują się dobrze ustawieni starcy, a nie, jak u nas, młodzi ludzie nie posiadający niczego.

Było też oczywiście odkrycie, że podczas gdy my walczyliśmy za wolność naszą i waszą, o zlikwidowanie komuny, uznanie pacyfizmu i wegetarianizmu, miłości wolnej od konwenansów i przymusu ślubu i macierzyństwa, gdy konstruowaliśmy podwaliny tego, jak ma wyglądać świat przestrzegający praw kobiet, dzieci, chorych, kolorowych, starców i inwalidów, gejów i lesbijek, pod naszymi skrzydłami, nawet nie pół pokolenia po nas wyrośli ludzie, którzy bez żenady weszli na miejsca, których my nie zajęliśmy, bo mieliśmy w głowie wolność, równość, solidarność, i na tych miejscach nieźle się dorobili.

Ale chyba najgorszym zdumieniem było to, że zanim minęło ćwierć wieku, to, co osiągnęliśmy, przestało kogokowiek obchodzić, nasze utopie przejęli bogaci i rozsiedli się szczupłymi bogatymi tyłkami na naszych starych kanapach, które nagle stały się cool. Naszą sztukę produkują teraz agencje, nasze myśli – tekściarze, nasze ubrania – disajnerzy.

I to wszystko moglibyśmy byli przewidzieć, gdybyśmy czytali mądre książki i studiowali ekonomię. Ale myśmy czytali Manna, Prousta i Joyce’a, starych zapatrzonych w siebie, nudnych mężczyzn. I żebyśmy przynajmniej czytali Balzaka – on wiedział, jak to jest być człowiekiem, który nie ma pieniędzy w świecie, który te pieniądze ma.

Po tej wycieczce w perelowski świat mojej młodości wracam wreszcie to głównego tematu tego wpisu czyli mądrej książki przeczytanej tego lata przez mądrego młodego człowieka.

O yeah: The point is: to keep walking. Robić. Nie oglądać się, czy to coś daje. Bo jak nie będzie idealistów, którzy ustawili na horyzoncie utopię i idą do niej, mimo że wiedzą, iż jej nie osiągną, a sami zemrą w biedzie i zapomnieniu, świat stanie się potworną areną bezwzględnej walki o zysk. Jeśli myślicie, że już to mamy, to gwarantuję wam, że się mylicie. Jak zabraknie idealistów i utopii, nawet wywóz śmieci przestanie funkcjonować jak należy. Bądźmy więc zadowoleni, że wciąż komuś się chce okupować Wall Street, a komuś, mimo Aspergera, stanąć z transparentem pod budynkiem senatu, że są młodzi ludzie, którym się chce uciekać ze szkoły na piątkowe demonstracje i że jest Ania Alboth, która postanowiła dojść do Aleppo, aby zwrócić oczy świata na zbrodnie wojenne w Syrii.

Bo jak nas nie będzie, nas i takich jak my…

Kolejna królewska zagadka

Ewa Maria Slaska

Jakoś mi tak tego lata zeszło na królów i królowe. Kto to?

Dla Konrada

Urodziła się w Trzebnicy.

Przez 42 lata była królową i rezydowała w pewnym słynnym pałacu dłużej niż jakikolwiek z jej poprzedników i następców płci obojga.

Jej mąż był królem i wnukiem króla, ojciec też był królem i to nawet dwukrotnie.

W ciągu dziesięciu lat urodziła dziesięcioro dzieci. Jeden z jej wnuków też był królem.

Była piękna i utalentowana.


I zagadka dodatkowa, dla bardzo dociekliwych. Królowa otrzymała od pewnego króla serwis do herbaty i czekolady wykonany w fabryce porcelany w Miśni, w ulubionym przez nią chińskim stylu. W skład serwisu wchodziło po 12 filiżanek ze spodeczkami do herbaty i do czekolady, odpowiednie dzbanki, dzbanuszki i cukiernice, piecyki do podgrzewania i… duża miska. Do czego służyła miska?

Jezioro kości Roopkund

Ewa Maria Slaska

Okropne wypadki na Giewoncie skłaniają do przypomnienia innych kończących się śmiercią katastrof górskich. Jest ich oczywiście wiele, ale zapewne najbardziej tajemnicze śmierci skrywają Himalaje, a już zwłaszcza tzw. Jezioro Kości.

Roopkund – zagadkowe Jezioro Szkieletów zlokalizowane jest w niemal całkowicie odizolowanej części Himalajów, na wysokości ponad 5000 metrów nad poziomem morza. Na dnie jeziora i na jego brzegach znajduje się około 500 ludzkich szkieletów. Jezioro zostało odkryte stosunkowo niedawno, bo dopiero w roku 1942 przez strażnika parku narodowego. Datowanie za pomocą węgla radioaktywnego wykazało, że szkielety pochodzą z czasów pomiędzy XII a XV wiekiem, jednak najstarsze znalazły się tu już w X wieku, a najnowsze – w XVIII, dzieli je więc tysiąc lat.

Skąd się wzięły te szkielety? Kto to był? Co się działo nad jeziorem Roopkund? Ofiary z ludzi jak w Chichen Itza? Mordy rytualne? Samobójstwa? Zemsta bogów gór? Nieznane bakterie albo wirusy? Jedna z teorii głosi, że były to gradobicia – grad miał mieć wielkość piłek tenisowych. Ofiar mogło być więcej, ich szkielety mogły zostać zasypane przez lawiny i osuwiska kamieni, mogły też zostać wchłonięte przez okoliczne lodowce, bo lód, jak wiadomo, wędruje. Ale nawet jeśli tak było – po co na przestrzeni tysiąca lat kilkaset osób przybyło do miejsca, gdzie nic nie ma i które nie leży na szlaku prowadzącym do jakiejś ludzkiej osady?

Można by się zastanowić, czy nie była to mistyfikacja, mająca zapewnić tym odludnym okolicom trochę turystycznego rozgłosu. Byłaby to może teoria najbliższa prawdy, ale rok 1942 doprawdy najgorzej na świecie nadawał się, by podjąć działania mające skłonić turystów do wycieczek. Już raczej do ucieczek. Ale czy było to miejsce, do którego można było uciekać z udręczonej Europy?

Ostatnie badania antropologiczne wykazują, że niektórzy zmarli byli duzi, a niektórzy mali. Cóż, można by powiedzieć, że wszędzie są ludzie mali i duzi, ale ponoć są to różnice rasowe. Byli więc przedstawiciele rasy wysokiej i rasy niskiej. Niektórzy z nich są… Europejczykami z okolic Grecji, a dokładniej Krety, to zapewne ci wyżsi. Dopóki nie było wiadomo, że niektóre szkielety są o tysiąc lat starsze od innych, dopisano jezioru Roopkund romantyczną historię – przybył tu kiedyś orszak świętujących władców z ogromną świtą (to ci wysocy), któremu towarzyszyła oczywiście masa tragarzy (to ci niżsi). Ich przybycie nie spodobało się bogini i zesłała na nich straszliwą zamieć. Podobno są nawet pieśni na ten temat. No ale nie ucztowali przecież tysiąca lat.


Cóż, może poproszę kochanych Czytelników, aby zechcieli utworzyć teorię, wyjaśniającą, co się wydarzało przez tysiąc lat nad Jeziorem Szkieletów? Można by nawet napisać jakieś opowiadanie :-).