Sylt 2. Groby i tablice.

Ewa Maria Slaska

Krysi Koziewicz, Kasi Krenz, Julicie Bielak

Nie wiedziałam, że znajdę na Sylcie taką tablicę. Gdy siedziałam już w pociągu jadącym do Westerlandu, dostałam smsa od Krysi Koziewicz. Nie tylko, że przypomniała mi, że trzeba się na Sylcie spotkać z berlińskimi punkami, to na dodatek poinformowała mnie, że mam poszukać tej tablicy. Dzięki Krysia.

Tablica umieszczona jest na ścianie ratusza miasta Westerland, stolicy Syltu. Erygowano ją dziewięć lat temu, starannie budując zdania tak, by nie było wątpliwości, o co chodzi, ale zarazem tak, by żadne z nich nie wydrapało czytającym oczu i nie wyrwało serca. Pamięć w Westerlandzie zaistniała, ale nie boli i nie zadaje ran.


Były dom kuracyjny, dziś ratusz. To tu przez wiele lat burmistrzem był Heinz Rainefarth, niemiecki dowódca SS i policji niemieckiej, SS Gruppenführer, który w czasie powstania warszawskiego, w dniach od 5 do 7 sierpnia 1944 roku odpowiadał za rzeź Woli. Jak pisze Wikipedia “była to  największa jednostkowa masakra ludności cywilnej dokonana w Europie w czasie II wojny światowej, a zarazem największa w historii jednostkowa zbrodnia popełniona na narodzie polskim”. “W licznych masowych i indywidualnych egzekucjach zamordowano tysiące polskich mężczyzn, kobiet i dzieci, w tym pacjentów i personel trzech wolskich szpitali. Masakrze towarzyszyły gwałty, rabunki i podpalenia.”

Myślę o tym, że mój pradziadek był ordynatorem oddziału laryngologicznego i pneumologicznego Szpitala na Czystem, który dziś nosi nazwę Szpitala Wolskiego im. doktor Anny Gostyńskiej. I że umarł w roku 1937. Jakie to szczęście umrzeć na czas.

I dalej, inny wpis w Wikipedii:

“Heinz Reinefarth (1903-1979), niemiecki wojskowy, od 1932 członek NSDAP, SS-Gruppenführer i Generalleutnant der Waffen-SS. Zbrodniarz hitlerowski, odpowiedzialny za liczne zbrodnie wojenne, popełnione przez wojska niemieckie podczas tłumienia powstania warszawskiego.

Po wojnie zachodnioniemiecki polityk. W latach 1951–1967 burmistrz miasta Westerland*, w okresie od 1958 do 1967 roku poseł do Landtagu Szlezwika-Holsztynu.

Nigdy nie poniósł odpowiedzialności za popełnione zbrodnie.”

Moja siostra, Katarzyna Krenz i Julita Bielak napisały o tym niezwykłą powieść, thriller, który dzieje się na tej właśnie wyspie i dotyczy, między innymi, tej właśnie sprawy. Pamięci, czy raczej Niepamięci potomnych.

Księżyc myśliwych

To świetna książka. Nie ma jej w księgarniach, ale zawsze można liczyć na Allegro, Gandalfa albo Merlina.


HIER / TU napisałam po niemiecku o rzezi Woli / habe ich über Wola Massaker auf Deutsch geschrieben.

* Daty się nie zgadzają, wiem. Nic na to nie poradzę. I wydaje mi się to nieważne. Facet był zbrodniarzem wojennym i przez długie lata był politykiem i burmistrzem tego miasta; świadczy to o nim, świadczy to o polityce niemieckiej, o tym, jaką farsą był proces denazyfikacji Niemiec po wojnie, ale świadczy też po prostu o ludziach, którzy tu żyli, budowali to piękne, dostatnie miasto i wybierali zbrodniarza jako burmistrza.


Te polskie tablice nagrobne znajduję w Westerlandzie na Sylcie, gdy idę odwiedzić obóz berlińskich punków. Wyznaczyłam sobie trasę na mapie, najpierw Kościelna, potem Młyńska, a potem już Obwodnica. Na Sylcie nazwy ulic jeszcze coś znaczą. Na Kościelnej kościół, niestety zamknięty, na Młyńskiej stare zabudowania młyna. Obwodnica znajduje się na obwodzie miasta. U wejściu na Młyńską strzałka: Groby wojenne 200 metrów.

Koło kościoła stary cmentarz, pełen gęstych żywopłotów i kwiatów. Na starych kamiennych tablicach teksty o dzielnych kapitanach okrętów.

Stoję już przed kościołem, gdy pojawia się miła starsza pani i pyta, czy potrzebuję pomocy? Mówię, że nie, że byłam na cmentarzu, bardzo mi się podoba, teraz zamierzam odwiedzić groby wojenne, a potem pójdę do punków. Zaprowadzę panią, mówi pani, nasze groby wojenne nie tak łatwo znaleźć. Kawałek dalej nowy cmentarz, wchodzimy i po lewej zatrzymujemy się przed kwaterą grobów wojennych.

“Tu jest dużo grobów rosyjskich i polskich robotników przymusowych i dużo grobów dzieci”, mówi pani. “Nie wiadomo, dlaczego umarły. Może z zimna, może z głodu.”

Na tablicach niekiedy napisy po polsku, litery “ś. p.”

Tadzio Byczkowski, urodził się i umarł w styczniu 1946 roku. Rok po wojnie. Ale jego grób ulokowano w kwaterze grobów wojennych. Dlaczego?

Stanisław Starzyński umarł w lipcu 1945 roku.

Po wojnie. Dlaczego więc jest tu pochowany?

Przed wojną Sylt był chętnie odwiedzany przez prominentnych nazistów i uważany był za szykowne miejsce. Trudno się dziwić, jest tu 40 kilometrów ładnej plaży. Podczas wojny przez jakiś czas przygotowywano wyspę do odparcia ataku wroga,przygotowano miejsca walki dla 10 tysięcy żołnierzy. Do walk jednak nie doszło. Wojna w zasadzie oszczędziła wyspę. W roku 1939 i 1940 Sylt został kilkakrotnie zbombardowany przez Brytyjczyków, ale cywilna infrastruktura wyspy nie odniosła szkód. Po bezwarunkowej kapitulacji Niemiec wyspa została zajęta przez Brytyjczyków. Nikt nie stawiał oporu.

Dlaczego więc umarli ci Polacy i Rosjanie? I jakie to w ogóle są groby wojenne, skoro nie było wojny?

Sylt 1. Pogoda dla punków i bogaczy.

Krysi Koziewicz, która już w zeszłym roku z uciechą opowiadała mi o tym, co się dzieje na Sylcie.

Niewiele obejrzałam we Fryzji Północnej poza miasteczkiem Bredstedt. Ale jednak udało mi się dotrzeć do Flensburga i na Sylt. Flensburg to piękne małe miasto, które wydało mi się mniejsze wprawdzie, ale bardzo podobne do Gdańska. We Flensburgu mieszka 90 tysięcy mieszkańców, w Gdańsku prawie pół miliona, ale w centrum jest podobnie – ruchliwie, gwarnie, kolorowo, pachnie morzem, kawą i deskami ze starych okrętów.


Niemieckim kierowcom Flensburg kojarzy się jednak przede wszystkim z tzw. “punktami” za niezgodną z przepisami jazdę samochodem (“Punkte in Flensburg”). Mieści się tu bowiem Kraftfahrt-Bundesamt, niemiecki centralny urząd ds. komunikacji drogowej. “Flensburg daje i odbiera”, daje punkty, odbiera prawo jazdy i kogo obchodzi, że tam tak ładnie.

Za to wszyscy wiedzą, że na Sylcie jest “samo najlepsze” (czyli najbogatsze) życie w Niemczech. Ci bogaci żyją sobie na Sylcie w pięknych drogich domach, mają piękne drogie samochody, jedzą piękne drogie jedzenie (tak, tak, również ośmiorniczki i pieczone obierki ziemniaków) i piją szampana z truskawkami.

Continue reading “Sylt 1. Pogoda dla punków i bogaczy.” →

Transsyb (0)

To już było tu, ale tylko fragment

Zbigniew Milewicz

W sierpniu 2007 roku, w polsko-rosyjskiej polityce wiało chłodem, nie jakuckim mrozem, jak dzisiaj, ale już nie było letnio. Ociepliło się dopiero w listopadzie, kiedy resetowy Donald Tusk doszedł do władzy; ja wtedy odpoczywałem już po wojażach transsyberyjskich w domu i nawet jeszcze nie zabierałem się do pisania. Dlaczego tam pojechałem? Chciałem zobaczyć na własne oczy, jaka jest Rosja i jej mieszkańcy. To mi się częściowo udało, jednak swoje wrażenia opublikowałem na tym blogu dopiero w styczniu 2013 r. Świat wyglądał wtedy już inaczej, niż parę lat wcześniej – po rosyjskiej napaści krwawiła Gruzja, w Polsce opłakiwano ofiary tragedii smoleńskiej, liczono pokłosie I i II wojny w Czeczenii. Dzisiaj świat wygląda jeszcze gorzej, bo Rosjanie mają na rękach także krew syryjską i ukraińską. Za naszą wschodnią granicą ta wojna, którą wywołał Kreml, trwa niestety nadal. Z medialnych doniesień wynika, że mimo fatalnej prasy Federacja Rosyjska nie narzeka jednak na brak zainteresowania ze strony zagranicznych turystów. Prym wiodą wśród nich Chińczycy, sporo jest Niemców, ale podobno nie brakuje też Polaków. Fake newsy to – Made in Russia – czy prawda?

Wobec tego zapraszam na podróż do czasu przeszłego dokonanego tego kraju. Jego polityczna geografia już się w międzyczasie trochę zmieniła, ale rzeki, tajga, góry i miejscowości, przez które przejeżdżałem, pozostały tam, gdzie były. Z ludźmi jest inaczej, bo są zmienni, niezależnie od szerokości geograficznej. Pokazuję takie twarze, jakie zapamiętałem. Twarze nie idealne, ale przeważnie ludzkie. Wśród oprawców z Buczy i Mariupola takich nie znajdziecie, choć przecież nie wiem, czy na przykład pocieszny handlarz Miszka, albo Igor z Władywostoku też tam nie byli.

Zasada pierwsza – wierz, ale sprawdzaj

PS od Adminki: To ja zaproponowałam autorowi, żebyśmy wrócili do jego starej, już tu kiedyś w skrócie opublikowanej, relacji z podróży koleją transsyberyjską. Skłoniło mnie do tego kilka powodów. Pierwszy wydawał mi się najważniejszy – myślałam, że nigdy już tam nie pojedziemy. My, Polacy. Nie tylko dlatego że teraz tam wojna, myślałam bowiem, że nawet jak ta cholerna wojna kiedyś się skończy, to Rosja jeszcze przez dziesiątki lat będzie wrogiem i przecież nie jeździ się turystycznie do oprawcy. W każdym razie nie od razu, co dla mnie oznaczało, że nigdy. I pomyślałam, że od lat chciałam przejechać przez Syberię tą koleją, a moje chęci wzmogła jeszcze lektura Lodu Jacka Dukaja, którą to powieść uważam za jedną z najlepszych we współczesnej literaturze polskiej i często w myślach do niej wracam, ale nigdy tego nie zrobiłam, a teraz też i nie zrobię.

Napisałam do autora, wyłuszczyłam powody (że nigdy i że Dukaj) i spytałam, czy chciałby może wrócić do tych tekstów.

W międzyczasie Facebook, który jak wiadomo czyta wszystko, co piszemy, podsłuchuje, o czym mówimy, a czasem, tak mi się wydaje, czyta w myślach, podsunął tę niewiarygodną, tak mi się wydawało, informację, że turystyka w Rosji kwitnie i ma się lepiej niż przed wojną. I to mimo sankcji nałożonych na Moskwę za inwazję na Ukrainę, które spowodowały zawieszenie lotów z większości krajów europejskich. W zeszłym roku sytuacja rosyjskiej turystyki była dramatyczna. Pandemia, brak wiz elektronicznych, brak możliwości płacenia kartami bankowymi i brak bezpośrednich lotów spowodowały ogromny spadek liczby turystów. Podawano nawet, że o 95-97%. I nagle, po roku wojny radykalna zmiana. Napływ turystów wzrósł o 130 % (naprawdę tak się liczy?).
Jak już napisał autor, najwięcej turystów przyjeżdża do Rosji z Chin, druga w kolejce jest Turcja, Niemcy są na trzecim miejscu, Polacy w pierwszej dziesiątce.
Nie mamy wstydu, czy nie myślimy? Czy może Rosja stała się po prostu tania?
Kto i dlaczego jeździ do Rosji?

Nie wiem, ale jednak nie jedźmy, kochani moi Czytelnicy, do Rosji. Poczytajmy fajny opis podróży przed kilkunastu laty i pomyślmy, że to dziś dla ludzi wrażliwych takie samo fantasy jak Lód Dukaja.

Zaczynamy za tydzień (zawsze we wtorki)

Irlandia, wyspa kwiatów

Ewa Maria Slaska

Jakiś czas temu ktoś, kto być może wcale nie wrócił z Irlandii, ale wszystko o niej wiedział, a może tylko uważał, że wie, powiedział mi, że w Irlandii w ogóle nie ma kwiatów i że jest to pierwszy kraj na świecie, w którym tak jest. I że jest to konsekwencja zorganizowania gospodarki wokół pastwisk.

Zapytałam nawet, czy pastwisko to nie łąka, czyli same kwiaty, ale dowiedziałam się, że łąki zostały wyplenione, irlandzkie pastwisko to trawa, na trawie krowy, od krów mleko, z mleka masło Kerry Gold.

Ziemia bez kwiatów to jedna z apokaliptycznych wizji naszego życia. Nie będzie deszczu, nie będzie wody, nie będzie pszczół, nie będzie kwiatów, nie będzie życia, owoców, jarzyn, motyli, ludzi, miłości…

Continue reading “Irlandia, wyspa kwiatów” →

Mój Kreuzberg

Ewa Maria Slaska

Gedanken über Kreuzberg (1985 – 2023)

Berlin 1985. Ich landete hier als eine politische Emigrantin. Heutzutage nennt man uns Solidarność-Emigranten.

Zuerst eine vorsichtige Erkundung: Ich war doch gegen Kreuzberg als auch gegen Feminismus immun, weil ich aus Polen kam, aus dem Land, in dem Feministinnen wie die Linken ihre tiefste Niederlage erleben mussten. Damals. Ist es jetzt anders?

Nach sechs Monaten fanden wir eine große Wohnung am Chamissoplatz und unsere polnischen bekannten fragten uns, ob wir nicht Angst hätten, weil wir jetzt in Kreuzberg leben müssten, wo so viele Linken, Chaoten und Türken wohnen. Es sei gefährlich.

Continue reading “Mój Kreuzberg” →

Podróż z Don Kichotem

Ewa Maria Slaska

Eli, Ewie, Januszowi i Piotrowi, magicznym ludziom z podziękowaniem za magiczne dni w Lublinie.

Pojechałam do Lublina na konferencję Lublinerów. Tak się czasem zdarza przypadkiem, ale tu ja sama i różne duchy opiekuńcze zadbały o to, bym na pewno nie przegapiła tej konferencji. Tak naprawdę zjazd mnie w ogóle nie dotyczy, bo jest to spotkanie byłych żydowskich mieszkańców Lublina i ich potomków. Pierwszy ich zjazd odbył się w roku 1947, następny w 70 lat później, a ten tegoroczny – teraz właśnie. Ja się wzięłam na tym zjeździe, bo moja rodzina, a właściwie jedna jej linia, nazywała się Lublinerowie, a to oznaczało w sposób nie dopuszczający odstępstw, że tak naprawdę kiedyś cała rodzina stąd wyszła. Ale, choć przez lata zajmowałam się ludźmi z tego rodu, nigdy nie odkryłam związku między najstarszym znanym mi Lublinerem z mojej rodziny a tym pięknym renesansowym miastem.

Continue reading “Podróż z Don Kichotem” →

Pozdrowienia dla Don Kichota (wiatraki)

Ela Kargol, Krysia Koziewicz, Ewa Maria Slaska

Żary i okolice

Amsterdam

Berlin

Bredstedt (Fryzja Północna)


Fragment mojej powieści Sen amerykański. Pokolenie Solidarności. Fragment zupełnie niezwiązany z tematem i treścią tej powieści.

Continue reading “Pozdrowienia dla Don Kichota (wiatraki)” →

Pokolenie Solidarności 29

Ewa Maria Slaska

Appalachian Trail (1988)

Appalachian Trail, w skrócie A.T., fascynował Stefana od przyjazdu. Stefan lubił chodzić, twierdził, że wtedy myśli się układają i uczucia łagodnieją. AT ma 3,5 tysięcy kilometrów długości i jest najdłuższą trasą tylko do wędrówki na świecie, bo na wielu trasach powstały drogi, szosy, autostrady, na wielu nowoczesność wysiudała wędrujących na skraje, pobocza i obrzeża, a w Appalachach było jak było, kiedy w roku 1921 otwarto oznakowany i lekko uregulowany szlak, który jednak przez ostatnie stulecie praktycznie nadal był pozostawiony sam sobie. Stefan kupił sobie mapę i czasem patrzył na tę wspaniałą linię, która zaczynała się w Maine na górze Katahdin, a kończyła w Springer Mountain w Georgii i przechodziła przez 14 stanów. Georgia, North Carolina, Tennessee, powtarzał w duchu, Virginia, West Virginia, Maryland, Pennsylvania, New Jersey, New York, Connecticut, Massachusetts, Vermont, New Hampshire i Maine. Plaża, basen, pamiątki, restauracje.

Gdy planowali wakacje w roku 1986 i Bianka starannie obliczała, ile muszą mieć “kasy”, tak mówiła, żeby pojechać na dwa tygodnie do Martha’s Vineyard, Stefan zapytał, czy nie lepiej kupić sprzęt i pójść w góry. Dzieciom to się nawet podobało, jakaś koleżanka Małgosi ze szkoły była nawet rok wcześniej na AT z dziadkami, Małgosia wiedziała więc, że to nawet szykowne, tak “rzucić cywilizację i spędzić wakacje w naturze”. Może nawet użyła słowa “dzicz”. Jak zwykle okazało się jednak, że to Bianka ma rację, a nie on, bo nie stać ich było na kupno namiotu, czterech materacy, śpiworów, plecaków, palnika bunsenowskiego i kochera, a przecież były jeszcze potrzebne buty, skarpety, spodnie, swetry, skafandry i peleryny. Z wyjazdu do Martha’s Vineyard też nic nie wyszło, bo było to stanowczo za szykowne miejsce, a zatem za drogie. Słowo “szykowne”, “smart”, było tego lata najważniejszym określeniem, jakiego Małgosia i Basia używały na określenie dosłownie wszystkiego, o co warto było zabiegać. Jego przeciwieństwem było słowo “posh”, które z rangi przymiotnika określającego luksus spadało właśnie do roli obelgi – snobistyczne drobnomieszczańskie ambicje i aspiracje były z całą pewnością “posh”.

Continue reading “Pokolenie Solidarności 29” →