Reblog: Hiszpańskie dzieci

It’s About Time – hier the same in English

Kilkakrotnie już odwiedzaliśmy wspólnie ten niezwykły blog o sztuce, odkryty parę lat temu przez moją siostrę. Dziś XVI i XVII-wieczne hiszpańskie dzieci, i nie myślmy, że skoro znamy infantki w czarnych i białych sukniach oraz obraz ze służącymi, to już znamy hiszpańskie dzieci. Blog prowadzi

Zanim jednak podążymy tropem hiszpańskich obrazów wybranych przez Barbarę, spójrzmy na dwa obrazy namalowane przez Włoszkę – Sofonisbę Anguissolę.

Rok 1555. Trzy siostry Anguissola przy partyjce szachów (nota bene – obraz znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Poznaniu!) Jakie te dziewczynki są tu żywe, wesołe, przekorne i filuterne. Malarka miała zaledwie dwadzieścia kilka lat. W cztery lata później wezwano ją na dwór królewski w Toledo – została nadworną malarką Filipa II i nauczycielką jego młodziutkiej, smutnej żony Izabeli. Izabela, a właściwie Elżbeta Walezjanka, była trzecią żoną Filipa – miała 14 lat, gdy wysłano ją jako królową do Hiszpanii.

Gdy w roku 1570 Sofonisba namalowała infantki hiszpańskie, Clarę Eugenię  i Catalinę Micaelę, dziewczynki nie były ani figlarne, ani ożywione, jak siostry Anguisolla, tu już mamy rzeczywiście dzieci złapane w pułapkę. Portrety dzieci Filipa II zostały namalowane przez Alonso Sancheza Coello, malarza hiszpańskiego (1531-1588). Barbara przypisuje mu również i ten podwójny portret księżniczek hiszpańskich, o którym ja wiem, że namalowała go Sofonisba. Ale jakaż różnica między wesołymi siostrami włoskimi, a smutnymi infantkami z Hiszpanii.

Dzieci renesansowych władców – pisze Barbara – ubierano jak małych dorosłych, a ich strój świadczył o statusie majątkowym i społecznym rodziców. Portrety te powstawały być może jako informacja dla rodziców przyszłego małżonka. Był to czas, gdy małżeństwa, zwłaszcza królewskie, kojarzono gdy kandydaci do ślubu byli właściwie jeszcze dziećmi. Takie kontrakty małżeńskie miały cementować koalicje społeczne, polityczne i majątkowe obu królewskich rodów. Portret infanta zaświadczał więc o zamożności, pozycji i wysokim urodzeniu. Zwyczaj portretowania dzieci przeszedł z rodów królewskich do kręgów arystokracji i szlachty. Tu już jednak nie można było aż tak przechwalać się luksusem, w którym pławią się dzieci królewskie. W wieku od XVI do XVIII w całej niemal Europie obowiązywały surowe prawa, dozwalające poszczególnym grupom społecznym noszenie odpowiadających ich stanowi strojów i biżuterii. Bogate tkaniny, koronki i biżuteria miały być zastrzeżone dla arystokracji, były więc jeszcze jednym elementem podkreślającym zróżnicowanie społeczne. Jednak niestety, a może raczej “stety”, prawa te były nader trudne do wyegzekwowania. Miłośnicy literaury polskiej na pewno przypomną sobie, że na owe surowe prawa skarżyła się piękna pani Flora, wdowa po majstrze passamonniku, w gdańskiej powieści Deotymy “Panienka z okienka”.

Ale oczywiście drakońskie prawa nie dotyczyły królów i ich dzieci.

Ciekawy komentarz do tego wpisu znalazł się na Facebooku, tak ciekawy, że postanowiłam go tu dołączyć. Piotr Loch napisał mianowicie:

Sofonisba Anguissola ciekawie sportretowana została w książce Roberta C. Davisa i Beth Landsmith “Ludzie renesansu – Umysły, które ukształtowały erę nowożytną”. Próbują oni tłumaczyć tę dość niezwykłą umiejętność oddania emocji na twarzach portretowanych dzieci. Sofonisba, ze względu na to, że była kobietą nie mogła wynajmować obcych mężczyzn w charakterze modeli przez co nie mogła podejmować poważniejszych tematów religijnych czy historycznych. Z konieczności zajmowała się malarstwem portretowym – odpowiednim dla szanowanej arystokratki. “Początkowo oznaczało to malowanie bez końca członków własnej rodziny i samej siebie, dzięki czemu wypracowała własny styl, w którym na plan pierwszy wysuwała się charakterystyka psychologiczna postaci ukazanych z czułością i dbałością o szczegóły. Na niektórych jej rodzinnych portretach widać upodobanie do żartobliwych scen z życia codziennego, w czym o ponad pokolenie wyprzedziła twórczość holenderskich malarzy rodzajowych zwanych “bamboccianti.” Sofonisba korespondowała z Michałem Aniołem. Hołd złożył jej osobiście Peter Paul Rubens, który zajął jej miejsce nadwornego malarza na dworze Hiszpanii, a także Antoon van Dyck. Jej życie to gotowy scenariusz filmowy. Ostatni autoportret namalowała w wieku 90 lat. Malując infantki w Hiszpanii chyba poddała się sztywności etykiety. A może te hiszpańskie córy tak wcześnie weszły w swoje monarsze role – i Sofonisbie nie pozostało nic innego jak je w nich odmalować. I jeszcze jedna ciekawa (tak sądzę) informacja. Skąd to dziwne imię? “Anguissolowie, ród drobnej szlachty z położonej na północy Italii Cremony, mieli zwyczaj nazywać swych potomków na cześć starożytnych kartagińskich bohaterów. Hamilkar Anguissola, syn Hannibala, nazwał swojego syna Hazdrubalem, a córkę Sofonisbą.”

Po lewej u góry datowany na rok 1550 portret Carlosa, księcia Asturii (Don Carlos, szalony infant), dziedzica króla Filipa II. Po prawej – Rudolf II, cesarz świętego cesarstwa rzymskiego, król Czech, Węgier i Chorwacji, arcyksiążę austriacki (portret z roku 1560). Poniżej infantki Izabela oraz Izabela Clara Eugenia z małpką, córki króla Filipa II, te same, które kilka lat wcześniej sportretowała Sofonisba. Również Coello namalował podwójny portret obu dziewczynek.

 

Infanci Don Diego i Don Felipe na portrecie podwójnym, a poniżej sam infant Filip, synowie czwartej żony króla, Anny Austriaczki. Nota bene, król był wujkiem swej małżonki.

Infant Filip został rzeczywistym następcą tronu Filipa II i odziedziczył po nim największe państwo na świecie, obejmujące Hiszpanię, Austrię, Bałkany i Niederlandy, Burgundię, całe południowe Włochy, posiadłości w Nowym Świecie i Filipiny, nazwane tak zresztą na cześć jego ojca. W ciągu swego panowania postradał większą część schedy znajdującej się poza Półwyspem Iberyjskim, zdobywając za to Portugalię. Przegrał też większość wojen, z których do historii przeszła zwłaszcza wojna z Anglią (pamiętamy, oczywiście, Francis Drake, golibroda króla Hiszpanii). No ale też przyznajmy, miał z kim przegrywać – królowa Elżbieta, król francuski, Henryk IV (ten, który stwierdził, że Paryż wart jest mszy) i wreszcie Wilhelm Orański. Miał pecha, biedny Filip.

Filip ożenił się z Małgorzatą Austriaczką. Dano mu do wyboru trzy siostry. Spodobała mu się najmłodsza, jednak ojciec zadecydował, że najstarsza siostra bardziej się nadaje. Czyli wybór był taki raczej pozorny. Na szczęście, jeśli można to nazwać szczęściem, najstarsza księżniczka umarła i królowi pozwolono ożenić się z wybranką. Urodziła mu ona ośmioro dzieci. Portretowali je już jednak inni malarze. Po śmierci królowej Izabeli wyjechała z Hiszpanii Sofonisba, a Coello zmarł w roku 1588. Filip został królem w roku 1598 i rządził do roku 1621. Jego dzieci malowali Juan Pantoja de la Cruz (1553–1608) i Bartolomé González y Serrano (1564–1627).

Pokażę je następnym razem.

San Michele

Ewa Maria Slaska

Dwaj poeci, muzyk i tancerz

W Wenecji popłynęłam na cmentarz czyli na wyspę San Michele. Była piękna pogoda, miałam czas, mogłam chodzić po cmentarzu jak mi się długo podobało, a najważniejsze – nie byłam całkiem sama, bo to by napawało chyba lekkim strachem, ale nie, tu i ówdzie widać było jakiegoś odwiedzającego, jednak nie trzeba się też było przepychać w tłumie turystów. Jeśli docierasz do San Michele, to znaczy, że musiało ci na tym zależeć.

sanMichele2014 (3)Mnie zależało. Właściwie głównie z uwagi na Ezrę Pounda. Zawsze robi mi się paskudnie, jak o nim myślę. Bo z jednej strony niezwykły poeta i nadzwyczajny przyjaciel poetów i pisarzy, Eliota, Tagorego, Joyce’a, Hemingwaya, wspaniały niezależny duch, wolny człowiek, wyprostowany, by użyć faustowskiego pojęcia.

Był jednym z najważniejszych poetów światowej Moderny.

Esra PoundZ drugiej zaś strony to co wszyscy wiemy – świadomy, lojalny i wierny aż po koniec wojny wielbiciel Mussoliniego i włoskiego faszyzmu. Możemy go za to krytykować, ale piszę to w Berlinie, w Niemczech, gdzie przecież latami wielbiono po wojnie twórców wspierających i wspieranych przez Hitlera – Herberta von Karajana, Gustafa Gründgensa, Arno Brekera, Leni Rifenstahl. Przeszli gładko jak po ubitym trakcie od wyznawania nazistowskiego reżimu do Republiki Niemieckiej i nikt ich za to nie oskarżył, nie skazał na śmierć, nie zapędził w chorobę psychiczną, nie wsadził do klatki i nie wystawił na ludzką nienawiść i pogardę. A Pounda trzymano w klatce. 6 tygodni w klatce.

Był wrogiem. Można zrozumieć. Nienawidził Amerykanów, za to, że się bez reszty oddali kapitalistom i zaprzedali bankom, a to było, miało być wyjaśnieniem jego antysemityzmu. Bo był antyimperialistą, antykapitalistą, antysemitą! Był.

Ale do klatki!

Kochał literaturę europejską i w ogóle europejskie dziedzictwo kulturalne. Kochał Wenecję. Gdy dotarł tu po raz pierwszy w roku 1908, przypłynął na Gibraltar na pokładzie statku przewożącego bydło, a potem dostał się psim swędem na stronę europejską, pokonał większość drogi na piechotę, by wreszcie wyczerpany i głodny dotrzeć do Serenissimy. Tu też w trzy miesiące po przybyciu wydał własnym sumptem swój pierwszy tom wierszy.

Po dwunastu latach w psychuszce został w roku 1958 wypuszczony, państwo amerykańskie zakończyło proces przeciw Poundowi, dano mu paszport i pozwolono wyjechać. Pojechał do Wenecji i tu umarł 1 listopada 1972 roku.

Ezra Pound – Pakt

Zawieram z tobą układ, Walcie Whitmanie,
Dość długo już nie mogłem cię znosić
Przychodzę do ciebie jak wyrostek
Który miał upartego ojca
Jestem już w tym wieku, że mogę zaprzyjaźnić się
Tyś pierwszy ściął pień drzewa
Teraz jest czas rzeźbienia w nim.
Z tej samej my tkanki, z tych samych korzeni
Niech będzie więc pakt między nami.

Tłumaczył Leszek Elektorowicz

brodsky2 (1) 2Leży w tym samym kwartale co Pound. Josif Brodski (1940-1996), rosyjski poeta-dysydent, więzień reżimu, laureat nagrody Nobla, słynny autor słynnego W półtora pokoju. Umarł w Stanach Zjednoczonych, pochowano go w Wenecji.

Przy wejściu na cmentarz dostałam w portierni kartkę z planem nekropolii, na którym zaznaczono, gdzie znajdują się groby znanych osobistości. Po drodze odwiedzającego prowadzą też strzałki, Brodski i Pound, Strawiński i Diagilew, ale gdy dojdzie się do wyznaczonego kwartału, nic już poza wytrwałością nie doprowadzi człowieka do poszukiwanego grobu. W kwartale ewangelickim, gdzie leżą Pound i Brodski znajduję mały drewniany domek na nóżce prawie kurzej. Nic nie tłumaczy, co to za domek, otwieram, znajduję oprawioną w gruby plastik kartkę z historią cmentarza i poskładane, zniszczone świstki. To listy, które odwiedzający położyli na grobie Brodskiego.

brodsky3Здравствуйте Иосиф Александрович.

Rozumiem: można kochać pełniej, mocniej,
nieskazitelniej. Można, tak jak syn Kybele,
wtopić się w mrok i pod postacią nocy
wkraść się w twoje obszary. Można jeszcze wiele:
na przykład twoje rysy z molekuł i drobin
odtwarzać mozolnymi stalówki ruchami.
Albo, wbijając w lustro wzrok, tłumaczyć sobie,
że ty – to ja; bo kogóż właściwie kochamy,
jeśli nie siebie? Ale losowi zapiszmy
punkt: w naszym jutrze – choćby zwlekały zegarki –
już wybuchała ta bomba, która wszystko niszczy,
pozostawiając tylko meble albo garnki.
Nieważne, kto tu zbiegiem, kto przed kim ucieka:
nas ani przestrzeń, ani czas nie swata
i do tego, jakimi będziemy na wieki,
lepiej przywyknąć w dzisiejszym dniu świata.

Tłumaczył Stanisław Barańczak

Zanim znalazłam grób poety, odczytuję napis sugerujący polskość. Ale może to jednak Rosjanka. Nadia Ianewicz-Janiewski (oba nazwiska przez “w”), 27.02.1833 – 28.03.1860. Miała 27 lat. Czy to jedna z tych nieszczęsnych zakochanych, wywiezionych przez rodzinę daleko od kochanka, która zmarła w Wenecji z miłości i zgryzoty. Nie mam nadziei, że znajdę ją w internecie, pytam jednak. Nie ma jej, bo niby dlaczego miałaby być?

Na innym grobie napis La via, la verita, la vita – Droga, prawda, życie.

Dwaj następni artyści znajdują się tuż obok, w tzw. kwartale greckim.

diagilew (1)-3xdiagilew

Sergiej Diagilew, a przy sąsiedniej ścianie Igor Strawiński i jego druga żona Vera de Bosset, tancerka.

strawinski (1)-2strawinski (4)-3x Tancerzowi kładą na grobie baletki, pisarzowi listy, wiersze, czasem książki, co można by położyć na grobie muzyka? Widać nie ja jedna nie wiem, na grobie Strawińskiego nic nie ma.

Bardzo sztywno to wygląda na tym nagrobku, a tymczasem – w roku 1956 koło szkoły San Fantin ktoś mu zrobił takie zdjęcie:

strawinski i koty w Wenecji

Kardynał i aborcja

… czyli o tym, jak Mama chodziła do szkoły interweniować w mojej sprawie.

Ewa Maria Slaska

Kardynał

Mama nie zajmowała się tym, co robimy w szkole. Nie przejęła się nawet zbytnio, jak sąsiadka zaprowadziła Kasię-pierwszoklasistkę na test do szkoły baletowej, Kasia test zdała, została uczennicą baletówki, a Mama słowem nie pisnęła, że bez jej zgody, że za dużo obowiązków, że dziecko za małe.

Przyznaję, że nie wiem, kto u nas chodził na wywiadówki w szkole, bo jakoś dziwnie podejrzewam, że nie Mama. Ale mimo to Mama co najmniej dwa razy poszła do szkoły, żeby przeciwstawić się ukaraniu mnie. I w obu wypadkach – nigdy mi tego nie wypomniała.

Myślę, że oba wypadki zdarzyły się w roku 1966.

ja2Był rok Tysiąclecia Państwa Polskiego, rocznica, którą Komuna zmuszona była obchodzić, bo Polska jako kraj nie posiadała innej daty założycielskiej, tylko ten nieszczęsny rok 966, rok Chrztu Polski. Ale jak to Komuna, uroczystość się obchodziło, ale i jednocześnie nie wolno jej było obchodzić. Do Gdańska z okazji rocznicy przyjechał kardynał Wyszyński, wciąż jeszcze, po 10 latach, w aurze męczennika Komuny. Cały Gdańsk wybierał  się na powitanie. Cały Gdańsk podległy Komunie na to powitanie iść jednak nie mógł. Każda instytucja na swój sposób próbowała rozwiązać ten skomplikowany problem. W naszym Liceum, a byłam wtedy w 10 klasie, kazano nam wszystkim iść obowiązkowo do kina na jakiś film o Leninie w Poroninie czy coś w tym rodzaju. Nie wybierałam się na powitanie Wyszyńskiego, nie lubię akcji zbiorowych, i skoro jakoś zawsze udawało mi się wymigać od pochodów pierwszomajowych, to zamierzałam się również wymigać od stania w tłumie i czekania, aż przejedzie Kardynał. No ale przecież nie zamierzałam też iść do kina na Lenina z Poronina. Podobnie jak Kardynał, tak i Lenin nie wchodził po prostu w rachubę.

ja3Poszłam więc na spacer nad morze. Bardzo lubiłam takie spacery. Był 28 maja. Do Katedry Oliwskiej przyjechała kawalkada samochodów wioząca Prymasa i towarzyszących mu ponad 40 biskupów i kardynałów. Był wśród nich również Wojtyła.
Według szacunków PRL-owskich funkcjonariuszy, którzy często mieli zwyczaj zaniżać liczby związane z Kościołem, w Bazylice i na placu przed nią zgromadziło się ok. 30 tys. osób. I to mimo że ówczesne władze starały się odciągać od uczestnictwa w kościelnych uroczystościach. Zorganizowano wojewódzki wiec ludności wiejskiej z okazji Święta Ludowego w Wejherowie, duży festyn kulturalny z okazji zakończenia dni książki, prasy i oświaty na molo w Sopocie, turniej żużlowy z udziałem zawodników czechosłowackich w Gdańsku oraz mecz piłki nożnej pomiędzy Lechią Gdańsk a Ruchem Chorzów. Ponadto część młodzieży szkolnej wzięła udział w kilkudniowych wycieczkach poza teren Gdańska.

Tego samego dnia ze stypendium we Włoszech wróciła Mama. Gdy przyszło pismo ze szkoły, informujące rodziców, że zostałam ukarana za zwagarowanie z obowiązkowego popołudniowego wyjścia całej klasy do kina, Mama poszła do szkoły, pokazała swoje skierowanie na stypendium kulturalne we Włoszech, bilet lotniczy z Rzymu do Warszawy oraz bilet kolejowy na powrót do Gdańska, i oznajmiła, że jej kochająca córka była na dworcu witać wracającą z podróży Matkę. Dano mi święty spokój.
Mama nigdy mi tego nie wypomniała, że wprawdzie nie chciałam ani Lenina, ani Kardynała, ale jednak również jej. Często o tym opowiadała, bo była dumna, że udało się jej wygrać ze szkołą, traktowaną tu jako przedłużone ramię władzy, ale nigdy nie miała do mnie o to pretensji.
Nie wiem, być może już wtedy było wiadomo, że ja na wszystko odpowiadam Nie.

Aborcja

ja1Sprawa z aborcją musiała się zdarzyć albo w tym samym roku, albo, najwyżej, rok wcześniej. W ramach zajęć szkolnych przyszła na lekcję lekarka, która najwyraźniej miała nas nastraszyć. Zostaliśmy najpierw poinformowani o tym, jak odbywa się stosunek seksualny, a potem pani opowiedziała nam, jakie potworne mogą być konsekwencje uprawiania seksu. Była więc mowa o syfilisie, rzeżączce i tryprze, ale i o niechcianej ciąży. Niechcianą ciążę można usunąć w szpitalu, ale często głupie i nieuświadomione dziewczyny udają się do jakichś podejrzanych konowałów lub co gorsza tzw. babek, które usuwają ciążę przekłuwając płód szydełkiem, co w konse…
W tym momencie zwaliłam się z ławki na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut. Wychowawczyni odprowadziła mnie do gabinetu higienistki, a sekretarka zadzwoniła po rodziców, żeby mnie zabrali do domu. Moje liceum mieściło się tuż koło bramy Stoczni Gdańskiej, przyszedł więc po mnie Ojciec, który pracował w Biurze Projektowym Stoczni. Następnego dnia Mama musiała się stawić w szkole. Pani Dyrektor poinformowała ją, że skoro tak emocjonalnie zareagowałam na treść lekcji, to znaczy, że albo jestem w ciąży albo ją właśnie usunęłam. Mama zbladła, wstała i przez zaciśnięte zęby powiedziała (o jak dobrze umiem to sobie wyobrazić!), że opowiadanie młodym ludziom takich okropieństw jest niepedagogiczne i że albo szkoła wycofa swoje bzdurne zarzuty, albo ona naskarży w prasie, że najlepsze ponoć liceum w Gdańsku dyskwalifikuje się jako instytucja pedagogiczna.
Tym razem też zostawiono mnie w świętym spokoju.

Na ten temat jednak nigdy więcej nie było mowy, ani w szkole, ani w domu. Sprawa wróciła dziwnym rykoszetem w kilka lat później. Byłam już mężatką. Pewnego wieczora poszliśmy z mężem do znajomych na kolację. Koleżanka właśnie wróciła ze szpitala ginekologicznego i, jak to w Polsce, w trakcie jedzenia opowiedziała nam szczegółowo o wykonanych zabiegach. Otóż trzeba było wykonać kuretaż czyli wy… W tym momencie zwaliłam się z krzesła na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut.

Nikt nigdy nie stwierdził, dlaczego tak emocjonalnie reaguję na takie opowieści, a ja też nie wiem.

PS. W międzyczasie Jerzy Łuczak, który już nam kiedyś zorganizował wpis o noblistach żydowskich, do których Polska się nie przyznaje, przyjaciel rodziny Boguckich od zawsze, nadesłał króciutki tekścik, pasujący wprost rewelacyjnie do tego wpisu. Na moją prośbę Jurek podsyła mi informacje o Mamie i Ojcu, zwłaszcza o czasach lub miejscach, których nie mogę znać ani pamiętać.

Dla nas, studentów z zaliczonym I półroczem studiów jeszcze z okupacyjnej Warszawy (“Kursy Kreśleń Technicznych Inżyniera Jagodzińskiego”) udokumentowanym Indeksem Studiów z wpisami poszczególnych profesorów, z których większość podjęła swoje obowiązki na utworzonej po zakończeniu działań wojennych Politechnice Gdańskiej, stworzono “instytucję” pod nazwą (chyba) “zastępca studenta”. Pracowaliśmy we dnie, prowadząc pomocnicze ćwiczenia z “normalnymi” studentami lub przygotowując materiały do takich ćwiczeń dla profesora – szefa katedry. Za to “noc była nasza”, bo uzupełnianie własnych studiów prowadziliśmy właśnie nocą.

Ufff, jaki długi ten wstęp, ale właśnie często dopiero o świcie wstawaliśmy znad książki (zwykle skryptu – tłumaczenia z niemieckiego, angielskiego, czy rzadziej francuskiego), aby stanąć do obowiązków “zarobkowych”.
I właśnie takiego dnia, pracując w sekretariacie politechniki, ujrzałem przed sobą osóbkę zdecydowaną wręcz do “walki wręcz” w obronie praw swego męża, któremu biurokratyczne i niczym innym nie uzasadnione względy (tu znaczyło to, że właśnie ja to te “względy”) odmawiają praw do przyjęcia na studia politechniczne.

To była Irena, drobna, szczupła, o czarnych włosach, wyrazistym głębokim spojrzeniu, i równie interesującym, głębokim glosie, a podmiotem obrony był Darek, który właśnie zakończył był naukę w “Conradinum”, czymś w rodzaju liceum technicznego ze specjalnością budowy “jednostek pływających”, i tylko względy formalne, których naprawdę nie miałem prawa zmienić, jako pracownik pomocniczy sekretariatu, uniemożliwiały mu zostanie studentem.
Długo pozostałem pod wrażeniem, że miałem do czynienia z kimś niezwykłym.

No więc tak wyglądała Mama, gdy stawała w obronie swojej rodziny! Wspaniałe!

Szybko pospieszam dodać, że z autobiografii Ojca nie wyłaniają się jakieś szczególne problemy związane z rozpoczęciem studiów. Najwidoczniej względy formalne były jakąś przeszkodą doraźną:

Po roku wypełnionym intensywną nauką w Conradinum i pracą przyszedł czas egzaminów końcowych. Pisemne zdałem na tyle dobrze, że z ustnych zostałem zwolniony, i tym sposobem, właściwie bez większych maturalnych emocji, zakończyłem okres średniego wykształcenia, stając się zarazem studentem wydziału budowy okrętów Politechniki Gdańskiej.
W październiku 1946 roku zasiadłem w jednej z nielicznych ocalałych sal wykładowych wypalonego gmachu głównego Politechniki, by wysłuchać pierwszego wykładu z matematyki u prof. Mariana Czerwińskiego.

Droga do Santiago de Compostela. Carrión de los Condes.

Ewa Maria Slaska

Czwartek, 20 września

Mam przed sobą 23 kilometry do Calzadilla de la Cueza. Tylko 23 kilometry, ale za to pierwszą godzinę w zimnisku pod górę, a reszta w słońcu, upale i kurzu. Postanawiam, że od jutra będę rano wkładać również rękawiczki. To ostatnia rzecz, z tych które mam w plecaku, których jeszcze nie używałam. Nawet onuce miałam już na sobie w jakiś ulewny deszcz. Do pierwszej i jedynej miejscowości na trasie – Carrión de los Condes – zaledwie 5 kilometrów i przelatuję je jak czarownica na miotle, ale to pewnie dlatego, że ciemno i zimno.

W Carrión poszłam na mszę do kościoła św. Klary – nie, to zdanie trzeba zapisać odwrotnie. Weszłam do ogromnego kościoła i ponieważ zaczynała się msza – zostałam. Opłacało się z kilku powodów – duchowy pomijam. Po pierwsze: ksiądz był bardzo gruby i sam, pytam więc, kto mu się pomógł ubrać w szaty i ornaty? Te szaty były nader uroczyste, wspaniała koronkowa alba i czerwony ornat. Był sam i prowadził mszę w tych uroczystych szatach wydawałoby się, że dla nikogo – mnie pomijam. Był sam i w liturgii towarzyszyła mu taśma albo płyta z nagraniem. Bardzo to było śmieszne. Ale Podniesienie jednak odprawił on osobiście.  Dopiero po czasie zauważyłam, że wielka część kościoła jest oddzielona gęstą kratą od nawy głównej i siedzi tam cała gromada mniszek. Jasne! Przecież jesteśmy klasztorze! Z kielichem w garści ksiądz podszedł do kraty, ktoś mu otworzył, ksiądz jednak nie wszedł do klauzury, a tylko wsunął tam ręce i tak udzielał komunii. Dopiero po mszy można było obejrzeć śliczną kapliczkę umieszczoną w klauzurze – wyglądała jak mały domek dla lalek, słodko i starannie umeblowany dla lalki, która tam mieszkała czyli Matki Boskiej. W kapliczce kafelki, ołtarzyk, obrazki na bocznych ścianach – marzenie każdej dziewczynki o własnej Matce Boskiej we własnym domku.

No tak, mała dziewczynka czyli ja. Uwielbiałam wtedy książkę Tarcza i kaptur Pii Górskiej, powieść o życiu św. Klary. Na pewno była to powieść bardzo świętobliwa, ale ja z niej odczytywałam przede wszystkim historię miłosną. Klara pochodzi z bogatej rodziny i postanawia przyłączyć się do świętego Franciszka, który wtedy jest już wydziedziczonym biedakiem, w końcu on sam też był z zamożnej rodziny. Klara chce się poświęcić biednym i Bogu, ale dla mnie było to zakochanie, Klara zakochała się we Franciszku i robi wszystko, by być blisko niego. Ciekawe, jakbym to teraz odczytała, gdyby się tak zdarzyło, że wzięłabym tę książkę po raz pierwszy do ręki? Nie mogę być do końca pewna, ale nie jest wykluczone, że to ta powieść ukształtowała moje dziewczyńskie pojęcie o tym, co to jest miłość. A te dziewczyńskie pojęcia mają potem okropnie długi żywot.
Zapomniałam o tym sto lat temu, ale natychmiast mi się przypomniało, jak tylko weszłam do kościoła. Dziękuję świętej Klarze, która stoi sobie w środku barokowego ołtarza, ubrana w nader twarzowy habit.

Oczywiście nie twierdzę, że spędziłam życie na modłach i pracy jak Klara, co to to nie, ale to od Pii Górskiej (nota bene, czy to nie zachwycające, jak imię nas określa na życie – Pia czyli pobożna organizowała naukę religii w ochronkach i przytuliskach i pisała pobożne książki) dowiedziałam się, że poważnego mężczyznę zdobywa się, dzieląc jego zainteresowania. No! W ciągu życia priorytety mi się nieco przestawiły i teraz od wielu lat jestem zdania, że warty uwagi jest tylko ten facet, który dzieli moje zainteresowania, ale w końcu wychodzi na jedno. Trzeba mieć o czym rozmawiać, a to się dobrze udaje, jak się ma wspólne zainteresowania.

Tyle słów Ewy Marii na tę świętą środę.

W czasie realnym przebywamy właśnie oboje, Tomasz Fetzki i ja, na konferencji w Szczecinie 🙂

Prezent na urodziny czyli…

Ewa Maria Slaska o roli przypadku w ludzkim życiu

dedykuję Marynie Over

Były moje urodziny. Nie mogłam w nocy spać. Nie mogłam i nie mogłam. Gdy już się zorientowałam, że to takie niespanie, kiedy nic nie pomoże, zapaliłam światło i sięgnęłam po książkę. Było to jednak poważne dzieło, a gdy nie można spać, nie można czytać Dzieł, tylko książki znane i lubiane. Tak to po latach zapewne 30 sięgnęłam po Opowieści mojej żony. Przeczytałam kilka opowiadań, po kolei, bo ja nie lubię skakać z rozdziału do rozdziału, tylko lubię, żeby wszystko było po kolei. Ciekawe, że jak sama piszę, to nie piszę po kolei. Ale to akurat w tym miejscu nieważne. Czytałam więc, a oczy powoli zaczęły mi się kleić. Gdy skończyłam czytać, zasnęłam.

Mirosław Żuławski

KER

Odbywały się właśnie Dni Książki i rozmowa dotyczyła różnych korzyści, jakie przynosi lektura, oraz roli książki w podnoszeniu kwalifikacji osobistych. Panie robiły na drutach, a mężczyźni nie robili nic, tylko wałkonili się w słońcu.
– Jeśli o mnie chodzi – powiedziała moja żona – to zawsze byłam zapaloną czytelniczką, ale pewnego razu czytanie książek nie tylko nie pomogło mi i nie wyszło na dobre, ale nawet poważnie przeszkodziło w nauczeniu się czegoś, na czym mi ogromnie zależało. Stąd wniosek, że nie należy generalizować i przesadzać, przypisując książkom i lekturze same dobre strony.
– Opowiedz! Opowiedz! – zawołały panie.
Moja żona szybko policzyła drutem oczka w robótce, którą zaraz przełożyła z jednego druta na drugi.
– Było to – powiedziała moja żona – w pierwszych latach po wojnie. Dziwnym zbiegiem wypadków, możliwym tylko w owych czasach, mój mąż został skierowany do pracy w ambasadzie w Paryżu. Z wyjazdu pamiętam tylko tyle, że przez cały dzień biegałam po Warszawie za jakimś kapeluszem, bo jeżeli wtedy w Paryżu modne były kapelusze, to żadna kobieta nie pokaże się bez kapelusza. Teraz zresztą, znowu są modne.

Po przyjeździe czułam się bardzo nieszczęśliwa, bo nie rozumiałam nic z tego, co do mnie mówią, chociaż w gimnazjum miałam zawsze piątkę z francuskiego. Wobec tego mąż mój postanowił, że pojadę na dwa miesiące letnie do Bretanii, i to zupełnie sama, tak żebym miała od rana do wieczora do czynienia wyłącznie z językiem francuskim. Pojechałam więc do takiej małej, rybackiej dziury i zamieszkałam w hoteliku, który stał nad samym morzem.

Właścicielką tego hoteliku była pani Cochennec. Miała lat osiemdziesiąt, nosiła wysoki, koronkowy czepek, który nazywa się bigouden, i nie umiała ani czytać, ani pisać. Wieczorami zapraszała mnie na rozmówkę i kieliszek wiśni w koniaku, co bardzo lubiła. I to była moja jedyna konwersacja w ciągu dnia!

Przesiadywałam całymi dniami na plaży, czytając książki i patrząc na przypływy i odpływy morza. Zmieniały one zupełnie wygląd zatoki, bo w czasie wielkich przypływów morze wypełniało ją aż po samą plażę, a w czasie odpływów ocean uciekał daleko, odsłaniając skały, pośród których brodzili ludzie w poszukiwaniu krabów, małży i krewetek.

Byłam zupełnie samotna. Do tej miejscowości przyjeżdżały przeważnie matki z dziećmi, była to tak zwana plaża rodzinna, nikt się mną nie interesował, przesiadywałam więc całymi godzinami nad morzem, czytając książki i martwiąc się, że tak nigdy nie nauczę się francuskiego. Na pewno było tam ładnie i ciekawie, ale kiedy człowiek jest taki zupełnie sam, to czuje się nieszczęśliwy nawet w najpiękniejszym miejscu na ziemi. Powiedziałabym nawet, że im gdzieś jest ładniej, tym więcej dokucza samotność. A ponieważ tam było naprawdę bardzo ładnie, więc samotność dokuczała mi ogromnie. W dodatku nie robiłam żadnych postępów we francuskim, a przecież pojechałam tam po to, żeby język właził mi przez cały dzień do głowy przez uszy. Mój mąż twierdził, że to jest jedyna metoda i że on tak właśnie nauczył się francuskiego, kiedy za studenckich czasów spędził jakiś czas w Paryżu. Dziś jestem prawie pewna, że musiał sobie sprawić jakiś słownik, którego z całą pewnością nie wkładał na noc pod poduszkę, lecz postępował z nim wprost przeciwnie.

Obruszyłem się, bo w pobliżu znajdowały się osoby nieletnie i strzygły uszami, ale moja żona spojrzała tylko na mnie i powiedziała:
– Ale on się i tak nigdy do niczego nie przyzna.
Wolałem więc nie wchodzić na ten grząski grunt, na którym nikt nie może czuć się pewnie, i puściłem to mimo uszu, a moja żona powiedziała:

Powiedziałam o tym wszystkim pani Cochennec, która zamyśliła się na króciutko, nigdy nie widziałam, żeby zamyśliła się na dłużej niż na króciutko, i zapytała, co robię całymi dniami na plaży. Kiedy jej powiedziałam, że czytam książki, podniosła obie ręce i oczy ku niebu, a raczej ku sufitowi, bo to się działo przy kontuarze, na którym stały nasze wiśnie w koniaku, i zawołała: “Książki! Dobry Boże! Któraż szanująca się matka rodziny podejdzie do kobiety, trwoniącej czas na czytanie książki!”
I kazała mi zabrać ze sobą na plażę wełnę i druty. Powiedziałam jej, że nie umiem robić na drutach. Odpowiedziała, że to bardzo dobrze, że nie umiem robić na drutach, i poradziła, żebym usiadła na dobrze widocznym miejscu i manipulowała drutami tak, żeby z daleka było widać, że nie umiem robić na drutach. Tak też uczyniłam i gdy tylko te panie zobaczyły, że chciałabym robić na drutach, ale nie mam o tym zielonego pojęcia, zleciały się ze wszystkich stron i zaczęły mówić do mnie jedna przez drugą, tak że do końca pobytu miałam już konwersację i kiedy mój mąż po mnie przyjechał, paplałam już z tymi paniami tak, że nie mógł się zupełnie połapać, o co chodzi. Tak to nauczyłam się robić na drutach i dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o wkraczaniu cudownych przypadków w życie ludzkie, o czym wam może kiedyś opowiem.

Ale panie chciały koniecznie usłyszeć natychmiast o cudownych interwencjach przypadku w życie ludzkie, bo tak naprawdę to jest właśnie to, na co wszyscy liczymy, choć nie lubimy się do tego przyznawać. Gromadzimy więc po kryjomu wszelkie fakty świadczące o takich przypadkach w nadziei, że i nam się także coś podobnego przytrafi.
Moja żona policzyła znowu oczka w robótce, dotykając ich po kolei drutem, i powiedziała:
– W czasie naszych wieczornych posiedzeń przy wiśniach w koniaku pani Cochennec opowiedziała mi swoje życie ze szczegółami. Ja już mam takie szczęście, że kogo tylko spotkam, to zaraz opowiada mi swoje życie ze szczegółami, ale to chyba dlatego, że, jak wam już mówiłam, ludzie obchodzą mnie najbardziej ze wszystkiego na świecie. Nikt przecież nie wpadnie na pomysł opowiadania o sobie komuś, kogo interesują tylko ryby albo znaczki pocztowe, czy też komuś, kto interesuje się tylko samym sobą, to jest niczym, jak nie wskazując palcem niektóre osoby.

Postanowiłem udawać, że drzemię na leżaku, więc moja żona ciągnęła dalej:

– Pani Cochennec pochodziła z biednej, ale za to licznej rodziny, więc od dziecka była służącą u jednych państwa w Quimperlé, bo te właśnie biedne, ale liczne rodziny bretońskie dostarczają Francji od wieków marynarzy, żołnierzy i pracownic domowych. Kiedy miała lat osiemnaście, poznała młodego cieślę, który pracował przy restauracji katedry w niedalekim Quimper. Cieśla miał złote włosy i niebieskie oczy, których pani Cochennec nigdy nie mogła zapomnieć, więc ślub odbył się w kościele w Quimperlé i zaraz potem urodziła się Jeannette. W czasie mojego pobytu miała już własne dzieci, ale to nie ma nic do rzeczy, wróćmy więc do czasów, kiedy była maleńkim, ślicznym noworodkiem. Wówczas bowiem wydarzyło się nieszczęście: złotowłosy i niebieskooki cieśla zabił się spadając z wieży katedry w Quimper, pozostawiając żonie i córeczce w spadku jedynie mały domek, w którego kupnie ulokował wszystkie swe oszczędności. Pozostawszy bez środków do życia pani Cochennec zamieszkała w tym domku, zajmując wraz z córeczką kuchnię a jedyną izbę i co parę lat wyklejała jej ściany nowymi, czystymi tapetami. Ale któregoś lata tapicer oświadczył, że nie można naklejać tak bez końca jednych tapet na drugie, że trzeba zedrzeć te, które już zostały naklejone, i zacząć wszystko od nowa. Pani Chochennec targowała się z nim zawzięcie, bo powiększyło to znacznie koszty przygotowania izby do sezonu, ale tapicer był nieugięty i postawił na swoim.
Poczęli więc zrywać tapety, a mała Jeannette dzielnie im w tym pomagała. Oderwała z wielkim trudem płat tapety, ale zaraz przestała, bo zobaczyła pod nią kawałek czyjejś nogi.
Krzyknęła z wrażenia, więc pani Cochennec i tapicer przybiegli kolejno i wtedy oni także zobaczyli tę nogę. Wyglądała spod zdartej tapety wymalowana na murze olejną farbą i choć nie była tak całkiem podobna do prawdziwej nogi, można się było domyślać, że to ma być noga.
Moja żona przerwała i popatrzała na nas, jakby chciała sprawdzić, czy wyobrażamy sobie należycie tamtą izbę i tamtych troje oglądających namalowaną na ścianie nogę, a my widzieliśmy to wszystko tak dokładnie, jak widzi się zawsze bardzo dawne wydarzenia i ludzi, których nie spotkało się nigdy.
– Wtedy – mówiła dalej moja żona – tapicer zerwał własnoręcznie resztę tapety ze ściany, odkrywając w całej okazałości wielkie malowidło, płaskie i bez perspektywy, na którym niebo miało kolor, jaki powinna mieć ziemia, a za to ziemia była czerwona i niebieska, jak niebo o zachodzie słońca.
“Trzeba będzie zamazać wapnem – powiedziała ze zmartwieniem pani Cochennec. – Bohomaz taki jakiś.”
Ale tapicer powiedział surowo, żeby się nie ważyła dotknąć tego malowidła, dopóki on nie wróci, a jeśliby go broń Boże dotknęła, to on więcej ręki nie przyłoży do tapetowania izby, co było wystarczającą groźbą, bo drugiego tapicera nie było w całej okolicy. Wsiadł na rower i pojechał do Quimperlé, skąd wrócił pod wieczór prowadząc ze sobą brodatego malarza w rozwianej pelerynie i w ogromnym berecie. Malarz zażądał zaraz cidre’u, bo dzień był upalny, pani Cochennec miała w piwnicy dobry, musujący i chłodny cidre chowany dla letników, więc ten malarz wypił cztery butelki tego cidre’u i kiedy już miał dość, powiedział, że nie dałby ani czterech sous za bohomaz na ścianie, po czym wsiadł na rower i odjechał z powrotem do Quimperlé.

Pani Cochennec wiedziała z góry, że tak się to skończy, i zaczęła użalać się na niepotrzebną stratę czasu i cidre’u, lato już się zaczynało, w kiosku naprzeciwko ustawiano już ruszt do smażenia bretońskich naleśników, a tapetowanie pokoiku jeszcze się nawet nie rozpoczęło. Ale tapicer tylko na nią popatrzył, ale za to tak, że umilkła od razu. Poszedł do sklepikarza, zastawił rower, żeby mieć na bilet do Quimper, i wrócił nazajutrz w południe prowadząc ze sobą trzech panów ubranych z miejska, którzy ledwie rzucili na obraz okiem, zaraz zaczęli wydawać okrzyki i podnosić w górę ramiona, jakby stało się jakieś nieszczęście, nie chcieli pić cidre’u, tylko zaraz zabrali się z powrotem, a nazajutrz powrócili z wozem transportowym i czterema murarzami, którym kazano wyciąć obraz wraz ze ścianą i załadować na wóz, a pani Cochennec kazali coś podpisać krzyżykami przy świadkach i dali jej czterdzieści tysięcy franków w złocie, co było bardzo dużą sumą, jako że działo się to wszystko przed pierwszą wojną światową, kiedy pienądz był jeszcze coś wart. Za te pieniądze pani Cochennec wybudowała pensjonat, w którym mieszkała, a Jeannette poszła do szkoły i została nauczycielką, potem wyszła za mąż i miała dużo dzieci.

Moja żona umilkła i najwyraźniej uważała opowiadanie za skończone. Widać to było po jej minie i ze sposobu, w jaki zabrała się do robienia na drutach.
– No dobrze – spytaliśmy. – A co to był za obraz?
– To nie ma nic do rzeczy – powiedziała moja żona – co to był za obraz. Nie zmienia bowiem w niczym sensu opowieści, której treścią jest ingerencja przypadku w życie ludzkie, a nie przyczynek do historii sztuki. Ale jeśli już chcecie koniecznie wiedzieć, to wam powiem: to był najprawdziwszy Gauguin. Powstał zapewne w czasie drugiego pobytu malarza w Bretanii. Gauguin musiał nie mieć któregoś dnia na płótno, co mu się często zdarzało, i począł malować na ścianie izby, którą wynajmował, żeby dać upust rozsadzającej go pasji twórczej. W ten sposób, gdyby Gauguin miał dość pieniędzy na płótno, pani Cochennec tapetowałaby do końca życia swój jedyny pokoik. Być może, jakiś inny przypadek sprawił, że Gauguin nie miał na płótno akurat wtedy, kiedy miał natchnienie. Być też może, że młody cieśla całkiem przypadkowo kupił właśnie ten domek, a nie inny, bo tam było zawsze pełno domków do kupienia. Ale nie było przypadkiem, że tapicer nie pozwolił zamazać obrazu wapnem, jak chciała pani Chochennec, i może to on jest właściwym bohaterem tej historii, obok domku oczywiście, a domek po bretońsku nazywa się “ker”. Już jesteście zadowoleni?
Potaknęliśmy chórem, a wtedy moja żona podniosła wzrok znad robótki, popatrzyła na nas i powiedziała:
– Cóż to za przerażający brak wyobraźni! Myślicie naprawdę, że to jest wszystko, co na ten temat można powiedzieć? Nikt z was nawet nie pomyślał o człowieku, który był przekonany, że zrobił świetny interes, sprzedając młodemu cieśli z Quimperlé za parę franków walący się domek, zawierający coś, co warte było czterdzieści tysięcy franków w złocie. Ale to już zupełnie inna historia i może ją jeszcze kiedyś opowiem.

Rano mogłabym napisać Wam w ramach porad kulturalnych, że zapewne nikt już nie czyta Opowieści mojej żony, a szkoda, bo to dobra literatura i warto do niej po latach zajrzeć ponownie. Albo po raz pierwszy. I wtedy się okaże, że nie pojedliśmy wszystkich rozumów i przed nami też był już ktoś, kto rozmyślał o sprawach gender, nie wiedząc zapewne, że słowo takie w ogóle istnieje, albo że może być problemem.

I na tym by się skończyło. Ale nie, bo oto – i możecie mówić co chcecie, ale jeśli to nie jest cudowny przypadek, to jest to jeszcze bardziej cudowna telepatia. Bo oto w urodzinowy poranek Maryna Over przysłała mi na Facebooka ten oto obraz:

Paul Gauguin, Mulatka z rudą małpeczką

Wszystko się zgadza, jest nawet noga jak żywa. Nie mam pojęcia, jaki obraz Gauguina odkrył tapeciarz pani Cochennec, nie wiem nawet, czy to była prawda, czy opowieść. Ważne jednak, że Maryna przysłała mi na urodziny właśnie ten obraz!

Droga do Santiago de Compostela. Villarcázar de Sirga

Ewa Maria Slaska

Trzydzieści kilometrów, środa, 19 września

Waldi i ja wychodzimy ze schroniska jako ostatni. O w pół do dziewiątej! Ale Waldi tak prowadzi swoje pielgrzymkowe życie. Po dziesięciu trasach tam i z powrotem dobrze wie, że nie ma się po co spieszyć. Idziemy do mostu, przysiadamy na brzeżku i popatrując na wodę palimy pożegnalnego papierosa. Oboje wiemy, że możemy się już nie spotkać (choć i owszem spotkamy się, bo Waldi dwa razy przyjedzie do mnie do Berlina; niestety jak wiele wakacyjnych znajomości, a pielgrzymka jest też rodzajem wakacji, okaże się, że znakomite porozumienie z dala od domu nie przekłada się na dobrą znajomość w normalnym życiu.)

Wstajemy, otrzepujemy spodnie. Waldi odwraca się i idzie w stronę Rioji, ja przed siebie, do Santiago. Ale Santiago jeszcze daleko, na razie, przechodząc przez most, wchodzę do prowincji Palencia.

Dochodzę do Frómisty. Jest tu wspaniały kościół, o którym mówił mi już Waldi – mam się tu zatrzymać na dłużej i zadumać – jak na Hiszpanię świątynia zaiste niezwykła, bo całkowicie pozbawiona białych stiuków i przepysznych złoceń. No ale też jest to budowla romańska. Najczystsza forma architektoniczna, jaką w życiu widziałam.

Na zewnątrz jest mnóstwo znakomitych rzeźb średniowiecznych, ale rzeczywiście Waldi miał rację, największe wrażenie robi wnętrze, czego niestety pożyczone z sieci zdjęcie w ogóle nie oddaje. Bo, co ciekawe, w internecie jest mnóstwo zdjęć kościoła z zewnątrz i niemal nie ma fot ze środka. (Dopisek z roku 2026: pożyczone z sieci zdjęcie i tak już zniknęło. Trudno.)

Paskudny dzień. W jednym ze sklepów sprzedawczyni próbuje mi wmówić, że nie zapłaciłam za papierosy, w drugim straszny Cygan z poranioną twarzą sprzedaje mi dwie marchewki i dwa jabłka, i dopisuje jedno euro do ceny za to, że jestem obca.

Och, Mamo, tyle zostało z dumnych Gitanos Lorki!

Droga jest najpierw bardzo ładna, wzdłuż kanału kastylijskiego, ale potem okropna, wzdłuż szosy, w upale, a gdy wreszcie po 30 kilometrach, a to pierwszy taki dzień, że tyle przejdę, docieram na miejsce, w jednym schronisku nie ma miejsca, a w drugim jest wprawdzie jedno, ale za to nie ma hospitalera i nie wiem, czy mogę je zająć. Rzucam rzeczy na łóżko, ściągam buty i piszę, ale nie robię nic więcej, bo jeśli mnie tu nie przyjmą, to muszę iść sześć kilometrów do następnej miejscowości, albo schować pielgrzymią dumę w kieszeń i wziąć pokój w hotelu. Mogę też oczywiście spać na dworze, co jest pewną godną zastanowienia opcją, ale mieszczka zwycięża hippiskę i wybija jej z głowy takie pomysły.

W Villarcázar de Sirga też jest piękny kościół gotycki z cudowną figurą Matki Boskiej, przy czym słowo cudowna, oznacza, że słynie cudami, bo tak poza tym – całkiem normalna gotycka rzeźba w wielkim, bogatym ołtarzu, jak to w Hiszpanii.

W schronisku, w którym się bez zgody właściciela ulokowałam, jest prześlicznie, znacznie ładniej niż w wielkim albuergo, gdzie nocują wszyscy pielgrzymi. Jest miejsce na 10 osób, 9 już się zalegalizowało, tylko ja póki co nie wiem, co dalej. Wokół domku soczysta zielona trawa, w środku patio pełne kwiatów, ładna rustykalna kuchnia, a w kuchni nawet dzbanek do zagotowania wody. Robię sobie herbatę i poznaję się z najmilszymi ludźmi, jakich spotkałam na trasie. Zapraszają mnie na spagetti z sosem pomidorowym. Ja wnoszę do tego posiłku surówkę z jabłek i marchewki kupionych u strasznego Cygana. Porozumiewamy się po angielsku, co moim rozmówcom idzie dość kulawo. Gdy mówią, że są z Eisenstadt w Austrii, przechodzimy na niemiecki i taki jest początek prawdziwej przyjaźni. Hannes i Methe trzy miesiące temu wzięli ślub, a po uroczystości przebrali się w stroje do wędrówki, wzieli plecaki i tego samego wieczora wyruszyli do Santiago. To w linii prostej prawie trzy tysiące kilometrów, zakładając, że na każdych stu kilometrach nadkłada się ok 10 kilometrów, trasa, jaką przebyli wyniosła już około 2700 kilometrów. Przed nimi, jak przede mną, jeszcze około 400 kilometrów, w sumie ponad trzy tysiące.

– Dlaczego? – pytam zafascynowana.
– Bo nie jesteśmy gotowi, żeby już zacząć życie pełne obowiązków. Najpierw chcemy kilka miesięcy przeżyć tylko dla siebie.
– A potem?
– A potem kupimy farmę i założymy ekologiczne gospodarstwo mleczne.
– Ach – mówię – farma szczęśliwych krów.
To taki idiom niemiecki, który wyjaśnia wszystkie uwarunkowania ekonomiczne, etyczne i “stajlajfowe” tego, co chcą zrobić zapaleńcy-nowożeńcy.

Obliczamy, że za jakieś dwa tygodnie powinniśmy być w Santiago. I rzeczywiście, będziemy szli w miarę równo i spotkamy się jeszcze raz czy drugi na trasie, a potem na mszy dla pielgrzymów w katedrze w Santiago. “Dwoje Austriaków z Eisenstadt”, wyczyta mnich, który odlicza wszystkich pielgrzymów, jacy od poprzedniej mszy w samo południe pojawili się w mieście świętego Jakuba od Gwiezdnych Pól. “Jedna Polka z Logrono, dwoje Francuzów z Le Puy, czterech Niemców z Pampluny, czterech Niemców z Roncesvalles, czterech Niemców z Burgos”. Nazwy miejscowości nie są naszym miejscem pochodzenia, lecz punktem, z którego wyruszyliśmy na trasę. Tych czterech Niemców spotyka się wszędzie. Są wszędzie i są w każdym wieku. To ewidentna konsekwencja wielkiej popularności książki Hape Kerkerlinga, niemieckiego komika. Nie jestem pewna, ale być może na tej drodze Francuzów – camina franca – jest już więcej Teutonów niż Gallów. Nic jednak nie wyjaśnia, dlaczego ci Niemcy ruszają zawsze we czterech?
Niemiecką popularność pielgrzymki do Santiago de Compostela odczuję dotkliwie po powrocie. Ci, którym nie chce się tyłka ruszyć, żeby pójść do kiosku po gazetę, będą patrzyli z pobłażliwą pogardą na kobietę, która przeszła sama 700 kilometrów, a ich główne zainteresowanie, podkreślone obleśnym szelmowskim uśmieszkiem, będzie dotyczyło… życia seksualnego pielgrzymów.
Po kilku takich rozmowach zaczęłam starannie ukrywać fakt, że kiedykolwiek poszłam do Santiago.

PS. Gdzieś mi chyba umknęła konieczność zapisania dla porządku, że dostałam miejsce w tym ślicznym schronisku i spędziłam cały wieczór siedząc wśród kwiatów i zapisując wrażenia z obu dni. Wczoraj nie mogłam tego zrobić, bo w kościele świętego Mikołaja nie było elektryczności, a zajęć było tyle, że nie zdążyłam nic napisać “za jasnego”.

Berlin: Wielka Wojna reloaded

Ewa Maria Slaska

Dla Jarosława Suchoplesa

Projekt “Wystawy”

Przez dobre pół tego roku zajmowałam się Wielką Wojną. Miałam do napisania dwa referaty na ten temat i żeby je napisać, musiałam przeprowadzić sporo poszukiwań, tak terenowych, jak w bibliotekach i archiwach. W międzyczasie nadeszła wiadoma setna rocznica i do zadań codziennych, poświęconych Wielkiej Wojnie naszych przodków, doszły jeszcze tworzone na bieżąco wpisy na blogu, moje i cudze, które jednak to ja musiałam zainspirować, sprowokować i, rzecz jasna, zadministrować. Gdy dwutygodniowa seria na blogowisku się skończyła, zaczęłam mój prywatny i z niczym nie związany projekt, polegający na zwiedzeniu WSZYSTKICH wystaw, jakie zostały zorganizowane w Berlinie na temat I Wojny Światowej. Gdy już obejrzałam kilka tych wystaw, w berlińskim magazynie programowym TIP przeczytałam artykuł na ten sam temat. Znalazł się tam też spis tych wystaw, których, jak się okazało, jest więcej niż myślałam. Redakcja doliczyła się mianowicie ośmiu ekspozycji, ja obejrzałam je wszystkie, plus jeszcze jedną, której na liście nie było. Dziewięć. Projekt “Wystawy” zajął mi praktycznie rzecz biorąc cały sierpień i…

Najpierw jednak wymieńmy te wystawy. Na liście TIP-a znalazły się następujące ekspozycje:

1914–1918. Der erste Weltkrieg  / I Wojna Światowa
Deutsches Historisches Museum, Unter den Linden 2, Mitte, täglich bis/codziennie do 30.11.

Der gefühlte Krieg 
/ Wojna odczuta Museum Europäischer Kulturen, 
Arnimallee 25, Dahlem, täglich bis/codziennie do 28.6.2015

Der erste Weltkrieg in der 
jüdischen Erinnerung 
/ I Wojna Światowa we wspomnieniu żydowskim
Jüdisches Museum, Lindenstraße 9-14, Kreuz­berg, täglich bis/codziennie do 16.11.

Mahnung und Verlockung

 /Napomnienie i pokusa
Käthe-Kollwitz-Museum, Fasanenstraße 24, Charlottenburg, täglich bis/codziennie do 6.11.

Die große Illusion / Wielkie złudzenie
Collegium Hungaricum Berlin, 
Dorotheenstraße 12, Mitte, täglich bis/codziennie do 26.10.

1914. Das Ende der Belle Époque / Koniec Belle Époque
Bröhan-Museum, Schloßstraße 1 a, 
Charlottenburg, Di–So bis / wtorek- niedziela do 31.8. ( Achtung! Die Ausstellung ist zum Ende, man soll sich aber unbedingt die Dauerausstellung anschaen, die immer nur dieses ein Thema betrachtet: Das Ende einer schönen Epoche / Uwaga wystawa się skończyła, ale należy obejrzeć wystawę stałą, która właściwie zawsze jest o tym właśnie, o końcu pewnej epoki)

Avantgarde! / Awangarda!
Sonderausstellungshallen Kulturforum, Matthäikirchplatz, Tiergarten, täglich bis/codziennie do 12.10.

A ja dodam jeszcze wystawę:

Die Welt um 1914. Farbfotografie vor dem Großen Krieg Świat koło roku 1914. Kolorowa fotografia przed Wielką Wojną
Martin-Gropius-Bau Berlin, Niederkirchnerstraße 7, Kreuzberg, täglich bis/codziennie do 2.11.

No i teraz jest pora na to, co chciałam powyżej napisać po “i” i trzech kropkach. Wszystkie wystawy warto obejrzeć, może najmniej tę, która jest sztandarowym produktem Berlina z okazji rocznicy czyli wystawę o Wielkiej Wojnie w Niemieckim Muzeum Historycznym (DHM), która jest bardzo dokładna, bardzo porządna, bardzo nudna, bardzo czarna i jest tam bardzo, bardzo… zimno! Szczerze powiedziawszy na wszystkich wystawach w Berlinie było dotychczas ciemno lub co najmniej ciemnawo, a teraz na dodatek jest jeszcze zimno, widocznie takie są najnowsze osiągnięcia muzealnictwa.

Najładniejsze są wystawy o Awangardzie i o końcu Pięknej Epoki, bo pokazują ładne obrazy, ładne przedmioty codziennego użytku i ładne meble.

Najlepsza natomiast jest wystawa o wojnie i uczuciach w Muzeum Kultur Europejskich. Pozornie wydaje się ona trochę niepozbierana tematycznie, bo składają się na nią najróżnorodniejsze tematy, każdy zaprezentowany w innej scenerii i poprzez inną metodykę wystawienniczą, ale mimo to jest to wystawa bardzo konsekwentnie skupiona na jednym tylko temacie: uczucia. Uczucia tamtych ludzi podczas tamtej wojny, ale też nasze uczucia, gdy patrzymy na wojnę, słuchamy o wojnie, widzimy obrazki z wystawy i myślimy o tym, że każda wojna jest inna, a przecież każda nas w sposób straszliwy rani uczuciowo. I że nic nie mija, wszystko gdzieś jest i wszystko może wrócić i do nas. Interesujące, że kurator wystawy wymieniając uczucia, jakie pojawiają się w obliczu wojny, wymienia przede wszystkim strach i niepewność, a tymczasem dla mnie podstawowym uczuciem “wojennym” jest rozpacz. Rozpacz i zwątpienie czyli Verzweiflung.

Natomiast z punktu widzenia Polaków wszystkie te wystawy mają jedną przeogromną wadę – nas tam nie ma! Pojawimy się ułamkowo w wystawie w DHM, gdzie jest Piłsudski oraz informacja, że naukowcy towarzyszący wojskom odkryli nieznanych im dotąd tubylców czyli… polską kulturę żydowską. Poza tym nie ma Polski, nie ma sprawy polskiej, nie ma – poza wzmianką o Piłsudskim – wysiłków Polaków o odzyskanie niepodległości, nie ma frontu na terenie Polski, nie ma Polaków w Armii Pruskiej, czyli Niemieckiej, czy Cesarskiej, nie ma polskich artystów awangardowych (a przecież współpracowali z Niemcami, a część z nich działała i tworzyła w Berlinie), nie ma nas nigdy i nigdzie. Powtórzę raz jeszcze: NIE MA NAS! Z niemieckiego punktu widzenia była to niemiecka wojna stoczona z Francuzami i Belgami. Gdzieś tam przyplątali się do niej Australijczycy i Amerykanie, z oddali majaczą jacyś Rosjanie, ale Polaków nie ma. Niewidzialni, niedotykalni…

Pasjanse i jajecznica

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Ten akapit pojawił się już na blogu “Jak udusić kurę…”:

Zacznę od leniwego, nazwijmy to tak, przepisu na jajecznicę, tak jak ją smażyła nasza Mama. Uwierzcie mi, nikt nie umie usmażyć takiej jajecznicy! Na patelni rozgrzewamy masło, wrzucamy 2 lub 3 jajka, solimy i… czekamy. Gdy jajka zaczną się ścinać, przegarniamy je raz i drugi widelcem. Od niechcenia. Nie mieszamy, nie robimy papki! Jajecznica Mamy nie jest żółta, lecz składa się z wyraźnych, ale dobrze ściętych, warstw białka i żółtka i układa się trochę jak… moreny.
No tak, lepiej nie potrafię tego opisać. Spróbujcie uzyskać taki stan jajeczny, a zobaczycie, że rzecz jest nieporównywalna z niczym.

Jeść prosto z patelenki, na stojąco, pogryzając grubą, krzywo ukrojoną pajdę świeżutkiego chleba, takiego, co w każdej piekarni kosztował cztery złote. Masło, które Mama wyjęła z lodówki w momencie, gdy zaczynała smażyć jajecznicę, wciąż jeszcze było twarde, nie dawało się na tej kromce rozsmarować, leżało więc na niej w plasterkach.

Pyszne.

jajecznicamamy

Nie wiem czemu, ale ta jajecznica, ten chleb, to masło kojarzą mi się też ze sposobem, w jaki Mama kładła pasjanse. W rodzinie zawsze ktoś kładzie pasjanse. Pierwszy był Dziadek Wiktor, po nim Mama, w naszym pokoleniu chyba my wszystkie cztery kuzynki, ale na pewno Kasia i ja, w następnej generacji Michał, syn Kasi, a ja już zaczęłam pokazywać Antosiowi, co to jest pasjans.

Wszyscy kładziemy tzw. Grób Napoleona zwanego inaczej Wielkim Napoleonem, przy czym Mama rozkładała 12 kart i dokładała kolejne karty 4,5 raza, a my, namówione przez Marię, rozkładamy 13 kart i dokładamy 4 razy. Podobno tak kładł Napoleona Dziadek. Niezależnie od tego, jak kładziemy, to Napoleon wychodzi nadzwyczaj rzadko.
Mama kładła jeszcze Galerię obrazów, a to dlatego, że, no… Galeria Obrazów, a mój szwagier i ja kładziemy jeszcze pasjansa, który po niemiecku nazywa się… górka rozrządowa, a po polsku nie wiem jak, ale może jest to po prostu prześcieradło.

Jacek Dehnel przysłał mi po latach taki komentarz: Natrafiłem na wpis o pasjansach. „Górka rozrządowa” nazywa się „Płachta Potockiego”, acz ja układam z jednej talii (układa się trzy razy, tak że za każdym razem trochę rosnie; przy układaniu z dwóch talii jest znacznie więcej kombinacji więc zakładam, że układa się raz).

przescieradlo-pocz-koniecPrześcieradło, początek i koniec

Pasjansa się kładzie kartami a nie w komputerze! Karty są stare. Niekiedy tak zniszczone, że niemal nieczytelne. Mamy karty były duże i już ze starości grube. Mama układała je na biurku, no, jakby to powiedzieć – niechlujnie, krzywo, w nierównych szeregach, właściwie raczej je rzucała na swoje miejsce niż kładła. Nie zapomnę tego biurka.

pudelkonakarty

Stare pudełko Mamy na karty i stare karty w środku (foto – Kasia).

napoleonTo mój Napoleon. Karty są stare, ale nie zniszczyły się. Nie wiem, jak to się stało. Pewnie po prostu teraz produkuje się je z innych materiałów.

Ciocia Janka opowiadała też taką historię rodzinną o pasjansach stawianych przez Dziadka Wiktora. Już po wojnie Dziadek był redaktorem gazety Kinotechnik. Redakcja była w Warszawie, drukarnia w Krakowie. Dziadek musiał więc ciągle jeździć do Krakowa, gdzie się zatrzymywał w Hotelu Francuskim.

I zawsze prosił, że musi mieć duży stół. W pokoju były jakieś takie stoliki, a on z naciskiem powtarzał, że musi mieć duży stół, bo musi rozłożyć wszystkie papiery, łamać numer, kleić itd. Wcale nie po to był mu potrzebny duży stół. Ojciec nie umiał stawiać pasjansa małymi kartami pasjansowymi, bo nie umiał tego robić w okularach do czytania. I jeździł zawsze z dwoma taliami kart, takich normalnych jak do brydża. A stawiał pasjanse namiętnie – Wielkiego Napoleona, gdzie trzeba położyć 13 kart, i na takim małym stoliczku Napoleon się nie mieścił. Było więc wiadomo, że „Pan redaktor przyjechał, trzeba mu stół duży dać”. Dawali mu duży stół i on stawiał pasjansa.

A przy okazji – zdjęcie biurka, na którym dziadek kiedyś stawiał pasjanse. Dziś w użyciu przez warszawską rzeźbiarkę.

Biurko-dziadkaWiktora-klein

Na marginesie dodam, że inny polski Dziadek, Piłsudski, korzystał jednak z małego stolika. Ale używał małych kart i okularów.

https://i0.wp.com/penszko.blog.polityka.pl/wp-content/uploads/2010/11/cld_2.jpg

Jimmy

Okazuje się, że Facebook nie bez powodu połączył mnie z Aleksandrą. Niewątpliwie podzielamy zamiłowanie do chodzenia po cmentarzach, a tę wędrówkę, jak się okazuje, każda z nas odbywa za każdą wizytą w Paryżu.

czarna kotkaAleksandra Hołownia

Ilekroć jestem w Paryżu wędruję po ulubionym „chińskim” Belleville. Uwielbiam włóczyć się po ulicach tej dzielnicy, ale najbardziej lubię cmentarz Père Lachaise. Grób Jima Morrisona odkryłam przypadkiem. Pewnego deszczowego, jesiennego dnia 2012 roku zamiast na targi sztuki FIAC poszłam na Père Lachaise. Szłam bez celu, podziwiając piękną architekturę grobowców. Usiadłam na ławce nieopodal miejsca, gdzie spoczywał Balzac. Wtedy właśnie zaczęła się do mnie łasić czarna kotka. Wcale się nie bała. Była bardzo podobna do mojej kotki Susi, która zdechła pół roku temu. Pomyślałam sobie, że pewnie musi być głodna. Opuściłam cmentarz i w pobliskim sklepie mięsnym kupiłam dla niej kurzą wątróbkę, a w markecie suche żarcie. Gdy po pół godzinie dotarłam w to samo miejsce, zwierzątka już nie było. Rozrzuciłam pokarm dokoła ławki. Niestety siedzące na drzewach kruki widziały wszystko. Dwa ptaszyska sfrunęły na ziemię i ukradły wątróbkę przeznaczoną dla „wcielenia Susi”, zabierając ją na drzewo.

kruk2 Czekałam długo, ale już się nie pojawiła. Poszłam dalej przyłączając do grupy Amerykanów. W ten sposób trafiłam do grobu Jima Morrisona. Dookoła stało pełno ludzi. Wszyscy robili zdjęcia. Jakiś chudy Fancuz o wyglądzie hipisa uczył chińskie turystki piosenki: „Come on Baby light my fire …” Ekstrawagancka blondynka z bukietem kwiatów przeskoczyła barierkę otaczającą mocno zdewastowany grobowiec. Rzuciła kwiaty i czerwonymi od szminki ustami całowała resztki tablicy z nazwiskiem idola. Fani Morrisona latami nie tylko upamiętniali swoje imiona, upiększając bazgrołami i graffiti stojące obok drzewa, ale także konsekwentnie odłupywali granitową płytę. Zaintrygowała mnie ilość wykonywanych przy grobie zdjęć. Samo miejsce podobnie jak spoczywający w nim piosenkarz stało się magnesem publiczności. Postanowiłam utrwalić tę niezwykłą atmosferę na wideo.

kalkowaniekalkowanie2
Ewa Maria Slaska

Kiedyś na tym grobie było popiersie. Widziałam je na własne oczy, jak po raz pierwszy pojechałam do Paryża pod koniec lat 80. Wtedy szło się od głównej bramy za strzałkami pokazującymi drogę do grobu.


Potem przez wiele lat jeździłam gdzie indziej i jak przyjechałam do Paryża w tym roku, popiersia nie było.
  Nie było też strzałek, ale, przyznaję, wchodziliśmy innym wejściem. Zapytałam Aleksandrę o popiersie.

Aleksandra

NIE, na grobie nie było żadnego popiersia. Fani wszystko rozkradli, a z resztek  płyty grobowej odłupywano kamienie na pamiątkę . Jak mi się skończył akumulator i już nie mogłam nagrywać, to przyszła dziewczyna, która rzuciła się na grób i całowała kamienie. Ale to byl rok 2012, bo w tym roku wiosną grób był jakby odnowiony, lecz nadal bez popiersia.

morrisson-dalsze (1)Ewa Maria

Znalazłam jednak informację o grobie w sieci:

Morrison is buried in the Pere Lachaise Cemetery in Paris, one of the city’s most visited tourist attractions. The grave had no official marker until French officials placed a shield over it, which was stolen in 1973. In 1981, Croatian sculptor Mladen Mikulin placed a bust of Morrison and the new gravestone with Morrison’s name at the grave to commemorate the 10th anniversary of his death; the bust was defaced through the years by cemetery vandals and later stolen in 1988.  In the 1990s Morrison’s father, George Stephen Morrison, placed a flat stone on the grave with the Greek inscription: ΚΑΤΑ ΤΟΝ ΔΑΙΜΟΝΑ ΕΑΥΤΟΥ, literally meaning “according to his own daemon” and usually interpreted as “true to his own spirit”. Mikulin later made two more Morrison portraits in bronze but is awaiting the license to place a new sculpture on the tomb.

morrisson-dalszemorrisson-dalsze (4)Aleksandra

Dzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Rocznica

Katarzyna Krenz, Rocznica

Szary płaszcz na wieszaku
z pomiętą chustką do nosa
w prawej kieszeni.
Zapach?
Tak, zapach trwa dłużej
niż pamięć, ciało
niż twoje życie –
smużka wody kolońskiej
gałązka lawendy
przewiązana wspomnieniem
aptecznej woni
mieszaniny kropli na serce
na nerwy
i na ból żołądka.

Wtulam twarz w szary zapach.

To było tak dawno.
To było tak niedawno.

mamagrob

Ewa Maria Slaska, Rocznica

Było lato. Umarła. Siedzieliśmy w ławkach kościoła św. Mikołaja na gdańskiej Starówce. Kasia miała na głowie śliczny czarny kapelusik z woalką, ja też miałam włożyć podobny, ale poprzedniego dnia powiesiłam go na lampie i przepaliłam. Było dużo ludzi. Ksiądz coś mówił, ale już wtedy nie wiedziałam, co. Płakałam. Miałam czerwone oczy i zapuchnięty nos. Wtedy do kościoła wleciał gołąb, widzieliśmy jak wlatuje przez wielkie otwarte odrzwia. Doleciał nad ołtarz i zaczął kręcić rundy pod sklepieniem. W kółko, w kółko, cały czas w kółko. Do końca mszy.

Nikt z nas nie miał wątpliwości, że to była ONA.

Minęło 19 lat. Rok temu zaczęłam o niej pisać.

***

Irena Kuran-Bogucka umarła 21 sierpnia 1995 roku