Droga do Santiago, jeszcze Najera

Ewa Maria Slaska

Środa 12 września (dodatek)

Przeszłam 28 kilometrów, ostatnie były już bardzo trudne. Wydaje mi się, że moja aktualna norma powinna wynosić 20 kilometrów. Najgorsze są postoje, a właściwie – posiady, bo potem tylko z najwyższym trudem można się zmusić do dalszego ruchu. Ale jak się już złapie trans, można iść i iść, szkoda tylko, że z tego transu ciągle trzeba wychodzić do realu, bo jednak należy uważać. Przede wszystkim nie wolno przegapić strzałek, które niekiedy żółcą się gęsto, ale niekiedy są rozsiane bardzo skąpo.

plotazorfa
Camino jest jakąś wspólną magiczną zabawą pielgrzymów, którzy co jakiś czas zmieniają swe magiczne obrządki. Dziś były najpierw płoty z wplecionymi krzyżykami, ale gdy tylko droga wchodzi w góry, pojawiają się figurki ułożone z kamieni. Kamienie są okrągłe lub owalne i wcale niełatwo ułożyć z nich człowieczka, czasem też pojawiają się kopczyki, kurhanki, strzałki, małe ołtarze. Na szczycie kamienisto-gliniastej góry, kiedy mam najgorszy moment w ciągu całej dzisiejszej wędrówki, w nadludzkim niemal wysiłku z siedmiu kamieni układam magiczną figurkę dla owej młodej kobiety z rodziny, żeby już na pewno ten guzek, nie wiadomo czy rakowy, przestał ją straszyć.
Te kamienne figurki wyglądają bardzo archaicznie, jak jakieś idole plemienne z epoki kamienia. Niekiedy są wysokie, niekiedy grube i okrągłe jak Wenus z Willendorfu. Mają znaczenie nie tylko magiczne, bo tam gdzie nie ma strzałek, taka figurka też posłuży za drogowskaz.

4.0M DigitalCAM
Muchy. Nie ma co więcej pisać. Jest po prostu bardzo dużo much.

Ludzie. Na trasie jest bardzo dużo ludzi w moim wieku, a więc niemłodych, ale i sporo starszych. Jest też naprawdę dużo kobiet w moim wieku. I równie dużo kobiet samotnych, w różnym wieku. Spotykam dwóch Szkotów w spódnicach, dwóch Hiszpanów z psami, czterech Niemców. Przede mną idzie jakiś Polak, bo czasem pisze na drodze coś po polsku i podaje datę. Jest też Czech, który ułożył na ziemi dużą chustkę do nosa i przycisnął ją kamieniami. Na chustce napisał Ahoj moja Mila v Santiago.

Dzisiejsza trasa nie była gorsza niż wszystkie dotychczasowe, nie tu, wszędzie. Najbardziej może przypominała wędrówkę przez góry na greckiej wyspie Rodos i kupowanie owocowego bimbru od górali. W Grecji to legalne, bimber kupowało się w butelkach bez etykietek na wiejskim targu.

Podczas pielgrzymki najbardziej daje w kość, że musisz iść dalej, bo inaczej nie dojdziesz do schroniska. W kilka lat później w Portugalii, gdzie praktycznie rzecz biorąc w ogóle nie było schronisk, kończyłyśmy dzienny etap, gdy byłyśmy już bardzo zmęczone, a nadarzało się coś, gdzie można by było przenocować. Na camina franca człowiek jest nastawiony na nocowanie w schroniskach i na etapy podane w paszporcie pielgrzyma. Schronisko w Najera otwierano o 14.30. Ja doszłam koło 15, ale już w godzinę później odsyłano pielgrzymów z kwitkiem czyli dalej. Myślę, że tego bym dziś nie zniosła.

Albergue-Municipal-in-Najera

Spałam po prawej, pod drugim oknem.
Do schroniska nie wolno wchodzić w butach. Zostawia się je na metalowych regałach. Wspaniały widok – kilkadziesiąt par zakurzonych buciorów.
botasenalberguenajeraPowoli uczę się, jaki jest rytm dnia. Wstajemy o 6 rano. W Najera nie będzie śniadania, to nie przytułek w parafii tylko zwykłe schronisko. Kawa z automatu, baton, magdalenka czy bułka ze sklepiku, i ruszamy. Koło 14 – 15 docieramy na miejsce, pół godziny odpoczynku, prysznic, pranie, drzemka i wyjście do miasta na obiad, zakupy i zwiedzanie. Między 21 a 22 powrót, bo o 22 drugiej zamkną schronisko na głucho. To dlatego wczoraj w Logrono mnie nie wpuścili. Czyli nie obejrzę dziś meczu Hiszpanii z Litwą (albo Łotwą). W gazecie jest napisane Letonia, a ja nie wiem, co to za państwo. Teraz sprawdzam. Jednak Łotwa. W barze zamawiam tortillę, ale jest tylko jedna mała porcja, na zimno! Więc zjadam jeszcze sałatkę ziemniaczaną. Tortilla jest OK, staram się nie zwracać uwagi na to, czy jest w niej boczek (jest!), ale sałatka to ewidentna ohyda.

W mieście dużo średniowiecznych zabytków i pomnik świętego króla Ferdynanda. Umarł w roku 1252 i wtedy przypominam sobie, że to ten, co się utopił podczas wyprawy krzyżowej. Ktoś mu zawiązał na szyi żółtą chustkę pielgrzyma. Oczywiście temu na pomniku, a nie temu, co się 800 lat temu utopił.

W schronisku odkrywam, że jest kuchnia, nawet nieźle wyposażona i że można sobie gotować, ale nie wiem, czy to kiedyś zrobię, bo kupowanie jedzenia na jedną osobę mija się chyba z celem. Zostawię tyle jedzenia (następni na tym skorzystają), że koszty będą takie same jak jakaś prosta potrawa w lokalnej tawernie. Są też komputery z dostępem do internetu i pralki. Tego wszystkiego wczoraj w schronisku kościelnym nie było, była za to miła domowa atmosfera, wszyscy ze sobą rozmawiali, a rano było wspólne śniadanie. Czyli jak zawsze – coś za coś.
W każdym razie ugotowałam sobie garnek herbaty, siedzę przed hotelem, piszę i popijam herbatę.
Jest dobrze.

Nad nami granatowe niebo, przed nami wielka skała czerwonego piaskowca ze średniowiecznymi jaskiniami wykutymi w skale, po lewej rzeka Najarillo, po prawej wąskie uliczki starego miasta. Tamtędy jutro ruszymy w drogę.

Przepisuję 10 przykazań pielgrzyma ze ściany. Jest wersja angielska i hiszpańska.
1/ Podążaj za strzałkami ponad wszystko.
2/ Nie pokonuj kilometrów nadaremno.
3/ Pamiętaj byś dzień święty święcił.
4/ Dzwoń do ojca swego i matki swojej.
5/ Nie zatrzymuj się.
6/ Nie noś brudnych skarpetek.
7/ Nie skarż się i nie narzekaj.
8/ Nie podawaj bliźniemu swemu fałszywych odległości.
9/ Nawet nie myśl, że mógłbyś przerwać pielgrzymkę.
10/ Nie pożądaj rzeczy bliźniego swego w drodze, a zwłaszcza jego butelek z wodą.
A najważniejsze: idź mimo wszystko i dbaj o bagaż bliźniego swego jak o swój własny.

Jutro do Santo Domingo Della Calzada.

Lato leśnych ludzi

Odwiedziłam na tzw. Dzikich Mazurach, nieopodal granicy polsko-rosyjskiej, małą, niemal opuszczoną wioskę – Ściborki. Została uratowana od losu Sowiegorogu przez dwoje zapaleńców – Dariusza Morsztyna i jego żonę, Justynę. Przyjechali tu z dwoma synami (dziś jest już ich trzech), doprowadzili do porządku kilka chat, stworzyli muzeum indiańskie i eskimoskie, prowadzą warsztaty dla młodzieży, hodują psy husky, Dariusz jest zawodowym maszerem – człowiekiem, kierującym saniami zaprzężonymi w psy. Podczas wypraw maszerskich w ekstremalnych warunkach on i jego psy pokonują ponad 1000 kilometrów.

wilk2

Morsztynowie przygarnęli na dożywocie stare zwierzęta, psy, koty, konie, zakładają muzeum rodzinne i muzeum Marii Rodziewiczówny. Założyli Republikę Ściborską, położoną w najbardziej dzikim rejonie Mazur Garbatych, na terenie gminy Banie Mazurskie. To autentyczne odludzie, kilometr od malutkiej wioski Ściborki, zamieszkałej głównie przez ludność pochodzenia ukraińskiego, na skraju Lasów Skaliskich i Gór Klewińskich. Tu samochody mogą dojechać dopiero od niedawna, nie ma zasięgu telefonu, a wokół tylko las, pasące się krowy i dzikie zwierzęta…

wilk1Nie da się o wszystkim, co robi rodzina Morsztynów, napisać w jednym poście.

SONY DSCRepublika Ściborska Morsztynów i oni sami będą powracać na tym blogu jeszcze nie raz. Dziś najbardziej palący i aktualny ich zdaniem temat – Muzeum Marii Rodziewiczówny. Ten temat jest bliski również mnie samej. Wielokrotnie w tym wpisie wspominana powieść Lato leśnych ludzi była w dzieciństwie i młodości moją ulubioną książką. Rodziewiczówna była też ukochaną pisarką mojej teściowej.  Mój (były) mąż ma na imię Marek, a dostał je na cześć bohatera powieści Dewajtis, wzruszającej kresowej historii o miłości, odpowiedzialności i cudownej przyrodzie. Egzemplarz książki, zaczytanej w strzępy przez moją ukochaną teściową, znajduje się od roku w moim posiadaniu.

Dariusz Morsztyn / Biegnący Wilk

baner_rodziewiczonwa

MARIA RODZIEWICZÓWNA
1863-1944
Przed wojną uznawana była za jedną z najwybitniejszych polskich pisarek. Jedyna autorka, która dosłownie wprowadzała w czyn głoszone przez siebie treści. Niezwykle zaradna, pracowita kobieta. Jako siedemnastolatka, po śmierci ojca przejęła bardzo zadłużone 1500-hektarowe gospodarstwo – wyprowadziła je z długów (co nie udało się ani ojcu ani starszemu bratu), spłaciła brata i siostrę, budowała kościoły, pomniki (m.in. Traugutta), zakładała polskie szkoły, prowadziła organizację wspomagającą ziemian na Polesiu, napisała 44 powieści. Była pisarką, rolniczką, ogrodniczką, zarządczynią, pszczelarką, wyrabiała sama meble, ubierała się w tradycyjne stroje poleskie, całe miesiące spędzała w chacie leśnych ludzi, znała się na zwierzętach, była ornitologiem. Przez całe życie oddana pracy społecznej, nawet w ostatnich dniach Powstania Warszawskiego z noszy pomagała powstańcom. Niezwykła patriotka, określana „strażniczką kresowych stanic”. Jej powieści, bardzo realistyczne i prawdziwe, są niezwykłą skarbnica wiedzy o przedwojennej Polsce, a szczególnie wsi.
Po wojnie znalazła się na indeksie, co związane było z faktem, że była reprezentantką Kresów i osobą antysowiecką. Dlaczego jednak to trwa aż do dziś? A przecież tak jest. Rodziewiczówna nie ma nigdzie swojego miejsca, nawet najmniejszej izby pamięci. Jej dom (zachował się nawet jej pokój) na Białorusi w Hruszowej (obecnie Gruszewo) to ruina i slums. Po leśniczówce Leonów, w której zmarła, nie ma śladu.
Dla dzisiejszego społeczeństwa to doskonały nauczyciel, patriota i Wielka Polka.
Jej powieść „Lato Leśnych Ludzi” – uznawana za najlepszą polską powieść na temat przyrody – jest już zupełnie zapomniana, tak jak inne jej dzieła…
W Ściborowie chcemy to zmienić, już teraz jest tu izba pamięci, a ma powstać poświęcone Rodziewiczównie muzeum.
Rok 2014 jest do tego idealnym momentem. To 150 rocznica jej urodzin (urodziła się po Powstaniu Styczniowym, a jej matka po urodzeniu dziecka została zesłana na Syberię) i 70 rocznica śmierci (zmarła w wyniku trudów Powstania Warszawskiego i obozu dla Warszawiaków w Pruszkowie).

Idea Muzeum Marii Rodziewiczówny

Nawet w chwili śmierci Maria Rodziewiczówna wspominała ze swoją dozgonną przyjaciółką – Jadwigą Skirmunttówną – najwspanialsze chwile w życiu, czyli te spędzone w chacie leśnych ludzi. Książka Lato Leśnych Ludzi jest niezwykła właśnie dlatego, że jest to wierny opis autentycznych przeżyć trzech wspaniałych osób. Dlatego jest taka głęboka, prawdziwa i opisuje przyrodę „od środka”. Nazywana jest „księgą ksiąg”, „leśną biblią”, „polską Księgą Dżungli”. Różnica między rzeczywistością, a opisem jest tylko taka, że w książce przygody przeżywają trzej mężczyźni (Rosomak, Żuraw, Pantera), a w rzeczywistości pod tymi postaciami ukrywają się trzy kobiety: Maria Rodziewiczówna, Jadwiga Skirmunttówna, Maria Jastrzębska.
Zarówno powieść, jak też sama autorka mogą w dzisiejszych „wirtualnych”, oddalonych od przyrody czasach odegrać niezwykle ważną rolę wychowawczą i edukacyjną. Muzeum Marii Rodziewiczówny będzie żywym elementem stałej pracy edukacyjnej i wychowawczej. Będzie można „dotknąć prawdziwej historii”, a też przywrócimy polskiemu społeczeństwu pisarkę i jej dzieło, a w szczególności powieść „Lato Leśnych Ludzi”.

page2Kogo to zainteresuje?

1. Młodzież. Dla nich powieść „Lato Leśnych Ludzi” wręcz powinna stać się lekturą obowiązkową. Byłaby to alternatywa do komputerowego świata, w którym uczestniczą. Urealnienie świata, przybliżenie do przyrody, a także przeniesienie w autentyczny świat Przygody jest dla współczesnej młodzieży niezwykle ważny z punktu widzenia współczesnych pułapek cywilizacyjnych.

2. Harcerze. To „Lato Leśnych Ludzi” (pierwsze wydanie w 1920 roku) miało bardzo duży wpływ na rozwój kierunku wychowawczego w harcerstwie zwanego „puszczaństwem”. Jest to system wychowawczy oparty na pracy z przyrodą, pozbawiany elementów militarystycznych. Dzisiaj niestety traktowany bardzo marginalnie. To najdoskonalszy system wychowawczy wobec przyrody, otaczającego świata.
republika-zasady
3. Kresowiacy. Maria Rodziewiczówna, to ich sztandarowa postać, ich przewodniczka i „Strażniczka Kresowych Stanic”. Większość osób związanych z Kresami jest już w podeszłym wieku i należy się spieszyć z budową Muzeum Marii Rodziewiczówny, aby jak najwięcej osób mogło je zobaczyć. Zobaczyć swój świat i swoją ziemię z jej historią.

Taka tablica wita podróżnika u wejścia do Republiki Ściborskiej

GORĄCY APEL O WSPARCIE I POMOC
przy
  społecznej budowie Muzeum Marii Rodziewiczówny

Od 6 lat prowadzimy badania związane z książką Lato Leśnych Ludzi i Marią Rodziewiczówną. Im więcej się zajmujemy tym tematem, tym bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, że tak genialne dzieło i tak niezwykła postać nie mogą pójść w zapomnienie.

Powstał unikalny zbiór eksponatów i ciągle przybywają nowe. Tylko w ostatnich miesiącach udało się zakupić m.in. książkę lato Leśnych Ludzi z 1943 roku – wydaną w Jerozolimie przez Armię Andersa! – kilka zupełnie nieznanych zdjęć Rodziewiczówny i chaty leśnych ludzi.

Zatem kolekcja do muzeum stale się powiększa – mamy już ponad 270 autentycznych eksponatów, związanych z pisarką lub jej niezwykłym dziełem – zapraszamy do Republiki Ściborskiej, gdzie można je obejrzeć.

Nie ma co do tego wątpliwości – Muzeum Marii Rodziewiczówny i książki Lato Leśnych Ludzi – musi powstać aby było miejsce gdzie tą wiedzę można będzie stale stosować do rozwijania puszczańskich i ekologicznych idei oraz aby wiedza o polskiej księdze dżungli nie wygasła.  Do działań włączyli się pierwsi wolontariusze. Ale sami nie damy rady – potrzebujemy Waszej pomocy.

Co teraz robimy?

Ten rok to 150 rocznica urodzin pisarki (jej rodzice za udział w Powstaniu Styczniowym zostali zesłani na Syberię. Matce pozwolono tylko urodzić córkę Marię i 10 dni później musiała udać się na wschód…) i 70 rocznica śmierci (trudy Powstania Warszawskiego wykończyły już i tak wiekową pisarkę – można w najnowszym filmie “Powstanie Warszawskie” zobaczyć autentyczne kadry z jej udziałem).

Czyli – jak nie teraz, to kiedy?

Przygotowujemy cały cykl upamiętnienia udziału Marii Rodziewiczówny w Powstaniu Warszawskim. Będzie specjalna gra miejska śladami pisarki z udziałem grup rekonstrukcyjnych, wystawa, uroczystości na Powązkach przy grobie Rodziewiczówny oraz spotkanie z prezentacjami na jej temat. Już teraz zapraszamy do udziału w tych działaniach.

Udało się nam przekonać władze, parafię, gimnazjum i radnych gminy Skierniewice aby upamiętnić miejsce śmierci pisarki w Żelaznej – powstaną dwa obeliski, Gimnazjum w Żelaznej zorganizuje konferencję, a także są plany stworzenia szlaku edukacyjnego – wszystko w dniu jej śmierci – 6 listopada.

Trwają prace nad projektem architektonicznym budowy repliki chaty leśnych ludzi jako miejsca Muzeum Marii Rodziewiczówny.

Wszystkie dotychczasowe badania, działania, zakupy eksponatów są realizowane ze środków prywatnych. To działalność niekomercyjna – jakże jednak potrzebna.

My angażujemy w to bardzo dużo swoich środków – niestety budowa muzeum przekracza nasze możliwości.

To od nas wszystkich zależy czy chcemy aby tak wspaniała powieść – Lato Leśnych Ludzi i jej autorka – nie odeszły do historii.

Teraz szczególnie potrzebujemy pomocy:

– przy promocji zbiórki funduszy

– wolontariackiej pomocy przy promocji projektu oraz oprawie graficznej, (sami jesteśmy słabymi internautami….. i mamy zbyt wolny internet)

– organizacji spotkań autorskich z których dochód zostanie przekazany na budowę muzeum.

ZA WSZELKĄ POMOC W IMIENIU IDEI DZIĘKUJEMY.

Na naszych stronach internetowych publikujemy felietony związane z Marią Rodziewiczówną, naszymi badaniami. Będziemy podawali tam informacje zupełnie dotąd nieznane – ZAPRASZAMY DO CYKLICZNEJ LEKTURY i przekazywanie tych informacji dalej.

Justyna i Dariusz Morsztyn

kontakt: 0604 29 29 97, biegnacy-wilk@post.pl

Najświeższe relacje   będą ukazywały się na naszym FB  https://www.facebook.com/biegnacywilk

Droga do Santiago. Najera

Ewa Maria Slaska

Środa, 12 września

Wstaję o 6 rano. W kuchni śniadanie przygotowane dla pielgrzymów przez wolontariuszy obsługujących schronisko. Kawa, pieczywo, margaryna, nutella, dżemy. Proszę o pieczątkę w paszporcie pielgrzyma, ale stempel trzeba było wziąć wieczorem od miłej Holenderki, która mnie wpuściła. Dziś nie ma ani Holenderki, ani pieczątki. To ma być mój pierwszy stempel, nie chcę rezygnować. Wychodzę na spacer, oglądam kościół św. Jakuba. Z zaułków wychodzą pielgrzymi i idą na zachód. OK, a zatem wiem, w którą stronę mam iść. Robię rundkę w małym labiryncie na placu Santiago i idę do schroniska, do którego się wczoraj nie dostałam. Dziś wychodzą stąd mnogie rzesze. Intuicja mnie nie zawodzi. Dostaję stempel, wracam po plecak i ruszam.
W mieście trasa świetnie oznaczona niebieskimi szyldami, ale za miastem gubię się natychmiast. Ktoś zawraca mnie z drogi i pokazuje żółte strzałki. Żółte strzałki, łamago, każdy pielgrzym wie, że to po strzałkach dojdzie aż do katedry św. Jakuba w Santiago. Każdy, ale nie ja, bo ja dopiero ruszyłam, a przedtem się w ogóle nie przygotowałam. Nie chciałam czy nie pomyślałam? Nie wiem. W każdym razie nie mam mapy, przewodnika, opisów, mam tylko paszport pielgrzyma, karteczkę, którą znalazłam przed chwilą na podłodze w schronisku, a która pokazuje codzienne odcinki trasy, i nieograniczone pokłady ufności, że dotrę do celu. Chłopak, który za Logrono pokazuje mi strzałki i prawidłowy kierunek, jest na pewno wysłannikiem Opatrzności, która ma nade mną czuwać i czuwa.
Trasa wiedzie pięknym parkiem nad jeziorem. Wzdłuż drogi mnóstwo jeżyn. Po raz pierwszy widzę spontaniczną twórczość pielgrzymów, a może to zresztą magia a nie sztuka – wplecione w płot małe krzyżyki z gałązek. Wplatam i swój w intencji młodej kobiety z rodziny, która czeka na wyniki badań onkologicznych. Na końcu parku sklecona z desek buda – Officio Marcelinho. W budzie mnich w brązowym habicie przybija pieczątki, rozdaje jabłka, herbatniki, kamyki z żółtą strzałką i kostury.

kamienodmarcelinha                                                       Kamień od Marcelinha

Po trzech godzinach pierwszy postój, w ruinach szpitala z XII wieku. To szpital dla pielgrzymów ufundowany przez donę Marię Ramirez.

Navaretta, śliczne kamienne miasteczko, placyk z ujęciem wody, kawiarnia, targ, kościół, jakich potem w drodze będzie jeszcze bardzo dużo – kamienna surowa budowla a w środku barokowy ołtarz skąpany w złocie. Przy ołtarzu bocznym rusztowanie, a na nim cztery kobiety gwarzą i czyszczą to złote bogactwo. Kościół tonie w ciemnościach, widać tylko te cztery kobiety i złotą figurę Matki Boskiej. Potem ktoś zapala światło, tajemniczy połyskujący mrok znika i zostaje tylko złoty barokowy jarmark.

Idę dalej, nie zatrzymując się na kawę w kawiarni. Jestem nowa w drodze, jeszcze nie wiem, jak ważna jest na trasie kawiarnia.

Po drodze gałązki i badyle dosłownie oblepione przez ślimaki.

Ventosa. Do Najery jeszcze 10 kilometrów. Droga paskudna, ubita glina wzdłuż autostrady. Szlak pielgrzymi szedł przedtem tam, gdzie teraz pędzą auta. Wszędzie po drodze będzie widać, że Camino to wprawdzie dziedzictwo kulturowe Europy, i w Hiszpanii się o nie dba, ale nie aż tak, żeby można było obronić pielgrzymie drogi i dróżki. Przez stulecia ludzie wybierali optymalną drogę, a potem wylano ją asfaltem i oddano pojazdom. Nie ma cienia, nie ma wody. Siedzę na betonowym mostku ponad suchym rowem na poboczu. Po szosie pędzą ciężarówki, gdy widzą pielgrzyma – trąbią i porykują.

Przed wyjazdem obejrzałam w Berlinie francuską komedię „San Jaques”. Zabawna, miła. Jeden z bohaterów wyrusza w drogę bez niczego i całą drogę nic nie ma. Ale po prawdzie na Camino jest inaczej, jak nic nie masz, to w każdym schronisku jest coś, co zostawili inni – plecaki, swetry, latarki, kosmetyki. Możesz się zaopatrzyć, ale możesz też zostawić to, czego nie potrzebujesz. Nie musisz, jak dwoje innych bohaterów, ukradkiem wyrzucać na pobocze zbędnych rzeczy – zostawiasz je dla innych.

Na wzgórzu stoi ul z kamienia, czyli coś w rodzaju włoskiego trullo. To pomnik ku czci Rolanda, który pokonał tu jakiegoś syryjskiego olbrzyma, namiestnika Najery. Przeciwnik Rolanda miał ponad trzy metry wzrostu i ważył ponad 200 kilo. Walka trwała cały dzień, noc i dzień następny aż do wieczora.

O 14.30 docieram do Najery. Ostatnie 2-3 kilometry drogi, już na obrzeżach miasta, to jakiś jawny koszmar. Cementownie, żwirownie, upał, kurz i końca nie widać. Muchy. Na przydrożnym murze wiersz o pielgrzymie. Podobno jest też po niemiecku, ale ja widziałam tylko ten.

poemW schronisku przechodzę chrzest bojowy pielgrzymki. Jest kolejka, a jak wreszcie dochodzę do celu, dowiaduję się, że schronisko składa się z jednej tylko sali, ale za to na sto osób. Pierwszy prawdziwy pielgrzymi nocleg. Ale jak to mi potem powie jeden ze spotkanych na trasie Polaków, to pielgrzymka, a nie spacer dla przyjemności po ukwieconych łąkach. Nie wiem, czy zasnę w sali ze stu innymi osobami, ale 28 kilometrów w nogach, upał, pranie białych dżinsów w kamiennym korycie z zimną wodą i zwiedzanie miasta robią swoje. Zasypiam jak zabita.

Droga do Santiago de Compostella. Logrono.

No proszę, jak na razie pierwsza i jedyna dziura w tym, co przygotowałam na czerwiec i co w międzyczasie samo przyszło. Miał być tekst o mazurskiej hortiterapii, ale nie dotarł na czas. A zatem, zgodnie z zapowiedzią, pierwszy tekst z pielgrzymki do Santiago de Compostela w 2007 roku. Kolejne będą się pojawiać, ale, uprzedzam, nader nieregularnie.

Ewa Maria Slaska

Wtorek 9.09.07

W nocy śni mi się, że wyjechałam do Hiszpanii bez butów do wędrowania, tylko z kozaczkami na obcasie.

Wychodzę z domu o 8. W kościele św. Bonifacego biją dzwony.

W metrze cztery starsze panie. Jadą do sanatorium z intencją, wir ärgern uns nicht, egal was kommt. (Nie będziemy się wściekać o nic). Moja intencja. Też ją trzeba w tym miejscu napisać wyraźnie. Dojść do Santiago de Compostela, a potem do Finisterre. I wejść do morza.

Przez ostatnie miesiące tylko myśl o Santiago i Finisterre pomagała mi wytrzymać. Jestem koszmarnie przygnębiona. Robię to, co trzeba zrobić, pracuję, wypełniam obowiązki, uśmiecham się. Jakie to fałszywe.

Pilgerausweis_KarteW Madrycie postanawiam wsiąść do pierwszego autobus dojeżdżającego do jakiegoś miasta na trasie do Santiago. Stoję przed okienkiem z paszportem pielgrzyma w ręku, patrzę na listę miejscowości i pytam. Puente la Reina? Jutro. Estella? Jutro. Pampluna? Jutro. Logrono? Za dwie godziny. Tak to jadę do Logrono, skąd jest równo 600 kilometrów do Santiago, 700 do Finisterre. W Logrono był właśnie zamach ETA. Autobus stoi w czarnych czeluściach dworca autobusowego jak w Hadesie. Wyjeżdżamy czarnym tunelem.

W autobusie rozmawiają tylko kobiety, wszyscy mężczyźni milczą. Na trasie pielgrzymki czekają mnie bezpańskie psy, dzikie byki i jadowite węże. W każdym razie takie informacje przekazali mi przed wyjazdem ci, którzy tam byli i coś wiedzą. Póki co jednak w autobusie luksusowo – klimatyzacja. Telewizja, woda, podwieczorek, gazety.

LogronoZdjęcie z tzw. wspólnych zasobów. Most przez rzekę Ebro, po prawej katedra Santa Maria Redonda.

Santa Maria Redonda, kościół św. Jakuba

No to Logrono. Piękne miasto. Romańskie kościoły i XIX-wieczne ulice, cudowne, szerokie, pełne kwiatów, fontann i latarni. Do schroniska doszłam prawie jak po sznurku, ale jest już wieczór, schronisko jest zamknięte. Pukam, ale nie było mi otworzone. Idę tuż obok, do kościoła świętego Jakuba, to w końcu musi być pielgrzymkowy kościół i tam, proszę, pukam i zostaje mi otworzone. Jest schronisko, nie ma miejsca, ale widocznie z kościoła nikogo się nie odsyła z kwitkiem. Dostaję kanapę w biurze parafialnym. Zasypiam przy dźwięku dzwonów.

Dobranoc. Dobra noc.

Relacja z pewnego wyjazdu

Ewa Maria Slaska

Był mroczny dzień. Wiał wiatr i było zimno. Gdy dojechałyśmy na miejsce, nad kościołem i parkiem latały stada wron. Oczywiście krakały przeraźliwie, jak to wrony. Trawniki usiane były czarnymi wronimi piórami. Kościół był otwarty ale całkowicie bez życia. Gdyby nie wikipedia nie wiedziałabym, że barokowy kościół ma za patrona świętego Jakuba. Przed kościołem nie było tablicy informacyjnej, historii, nazwy, godzin odprawiania mszy. Nic oprócz kilku dziwacznych haseł wyciętych z brystolu oraz kolorowego plakatu ostrzegającego przed gender i pedofilią. W kościele nie było nikogo, nie było też ani jednego obrazu przedstawiającego Jakuba Apostoła ani emblematów związanych z pielgrzymkami do jego grobu – muszli, kosturów, kapeluszy. W połowie czerwca kościół był udekorowany sztucznymi białymi kwiatami. Była sobota przed południem, a w mieście widać było, pojedynczo lub grupkami, zaniedbanych mężczyzn, wygladających jak bezdomni lub pijacy, a może jak bezdomni pijacy. Nie było ludzi, a więc nie było kogo zapytać o drogę. Pierwszy człowiek, z którym próbowałam porozmawiać, nie usłyszał mnie, bo szczekały psy. Drugi – bo piłą elektryczną przecinał dachówki. Wreszcie przestał, otrzepał się z pyłu, pokazał ręką kierunek. Po lewej miał być cmentarz, po prawej miejsce pamięci. W pustkowiu płaskich pól, otoczony wielkimi kwaderami piaskowca stał cmentarz, na którym poza zbitą gęstwą roślin i kamieniem pamiątkowo-informacyjnym nie było żadnego grobu. Cmentarz był jadalny tak jak latem jadalna jest łąka, a jesienią las. Rosły tam łany poziomek, kwitła róża, której płatki można by przerobić na konfitury, i biały bez do racuchów i na syrop.  Na kamieniu pamięci naprzeciwko modlitwa za umarłych i fragemt spalonych drzwi. Wszędzie kamienie. Z tyłu rząd domów, być może przedwojennych. Napisy. Tak to tu. Dokładnie w tym miejscu. Ludzie wyciągnęli sąsiadów z ich domów, zapędzili ich tu właśnie do stodoły, a stodołę spalili.

Kim jestem w tym scenariuszu? Przychodzą po mnie? Wchodzi Wojciech, z którym ojciec orał pole i jego syn Józek, z którym chodziłam do jednej klasy. Stary Franciszek i dwóch innych. Marcin? Staszek? I co? Jak to się odbywa. Wczoraj rozmawiałam z Józkiem przez płot, jedliśmy wiśnie, oganialiśmy się od much, jego krowa muczała za plecami, a dziś przyszli i co? Są uzbrojeni. Przeciw komu? Przeciw mamie, tacie i mnie? No nie! Więc nie są uzbrojeni. Po prostu każą nam wyjść. I iść pod las koło cmentarza do stodoły. A tam już są inni.

Tego nie można sobie wyobrazić. To  nie anonimowi oprawcy i anonimowe ofiary. To Józek, Franek, Staś i my, Ryfka, Szlomo, Salcia. Jeszcze wczoraj Józek zebrał dla mnie poziomki i włożył je do koszyczka zmyślnie uplecionego z liści dębu.

No ale jakby było na odwrót. Jakbym to ja miała iść po Icka, z którym się wczoraj przekomarzałam za stodołą. Ja, Hanka, bo kobiety też miały pójść. Mężczyźni wzięli widły i łopaty, my – grabie. Bo łatwiej było, gdy się to zrobiło razem. Sam nikt by nie poszedł. Ale też sam nikt nie chciał zostać.

Edda twierdzi, że uczucia, jakie nimi rządziły to strach, chciwość i nienawiść. A ja czuję tylko zdziwienie, bo jak to, przecież jeszcze wczoraj…

Wczoraj tam byłyśmy. Zrobiłam zdjęcia, ale nie są tu potrzebne. Wczoraj pojechałyśmy. Wczoraj wyjechałyśmy.

Wczoraj.

rimg0019PS. Gdy wyjeżdżałyśmy, w uliczce obok rynku zaczął się palić dom. Widziałyśmy kłęby dymu, czułyśmy zapach palonych szmat, a nikt nawet głowy nie odrócił.

Myślę, że nawet jak na moje potrzeby, było w tym pobycie za dużo znaków, symboli i metafor.

Wiechert i Gałczyński

Ewa Maria Slaska

Ernst Wiechert. Konstanty Ildefons Gałczyński. Już kiedyś, kilkadziesiąt lat temu, podróżowałam ich śladem. Mój syn miał właśnie iść do szkoły, jeździliśmy maluchem po Mazurach pod koniec sierpnia, jarzębiny czerwieniały, w Puszczy Boreckiej, czarnej jak wnętrze pieca chlebowego, wśród dymiących kup żubrzych rosły wielkie białe muchomory sromotnikowe, nad Bełdanami latały żurawie i czaple, w  klasztorze starowierów w Wojnowie żyły jeszcze starutkie siostrzyczki zakonne, w Ukcie pachniało miętą, a w Przykopie wspaniały wujek pisarz smażył nam brunatne muchomory jadalne, o czym już TU kiedyś pisałam. Szukaliśmy wówczas Sowirogu z powieści Wiecherta Dzieci Jeronimów, ale nie znaleźliśmy. Była to pierwsza moja podróż literacka, w której mi się nie powiodło, owszem trafiliśmy do leśniczówki Pranie, ale nie była to żadna wielka sztuka dojechać do Prania i zobaczyć Chmiel na jelenich rogach.  Ale Sowirogu nie było. Wiele lat później, już w innym towarzystwie szukałam na wyspie Ios grobu Homera i też go nie znaleźliśmy. W lesie mazurskim nie było nic w leśnej przecince nad jeziorem, a miały być przynajmniej fundamenty wiejskich chat. Na greckiej wyspie nie było nic oprócz skał, nad którymi latały, krzycząc przeraźliwie, wielkie czarne ptaki. A przecież spotkany po drodze staruszek na ośle, uśmiechając się bezzębnie, radośnie do nas pokrzykiwał, że tak tam, i machał rąką, tam Όμηρος!, co, jak każdy wie, znaczy przecież Omiros czyli Homer. Skaliste bezdroża i leśny dukt, a jeszcze powinnam przypomnieć tu samotne i równie nieudane łażenie po polach w poszukiwaniu kopalni krzemienia pasiastego w Krzemionkach Opatowskich, które wprawdzie również zakończyło się porażką, ale przynajmniej nie była to porażka literacka.

Tak więc oczywiście ma sens, że zgodziłam się w trzydzieści lat później uczestniczyć w prowadzonym przez Zosię Wojciechowska z Mrągowa i Bogusława Flecka z Berlina projekcie Śladami poetów. Bo widziałam już w międzyczasie Krzemionki Opatowskie, za kilka dni zobaczę Sowiróg, a wtedy pozostanie mi jeszcze tylko wyjazd na Ios i wreszcie czar pokonam zły...

domgalczynskiegoNa zdjęciu moja koleżanka z projektu, Edda Frerker, przed biblioteką miejską w Aninie, gdzie do początku wojny stał domek Gałczyńskiego, a kilka lat temu umieszczono kamień pamiątkowy ku czci poety. Mieszkańcy Anina ustawili cztery takie kamienie – ku czci Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego przed biblioteką, ku czci księdza Jerzego Popiełuszki przed kościołem, ku czci księdza Jana Twardowskiego przed domem Aldony Kraus, lekarki, przyjaciółki poety, u której ksiądz spędzał miesiące letnie i wreszcie ku czci Juliana Tuwima, który mieszkał w domu zajętym później przez Piotra Jaroszewicza. Ponieważ Jaroszewicz i jego żona zostali tu okrutnie zamordowani, kamień został ustawiony tuż obok, przed szkołą.

Po Aninie oprowadził nas, przypadkowo spotkany malarz, wnuk słynnego rysownika Jerzego Zaruby, autora mojej ulubionej książki “Z pamiętników bywalca”. Zaprosił nas do Warszawy, proponując, żebyśmy odwiedziły na Pradze antykwariat, kawiarnię i galerię Stara Praga. Starszy pan zachwycił nas erudycją – sam zresztą powiedział skromnie, że wie o Aninie wszystko. No i wspaniale, bo bez niego nie znalazłybyśmy ani domu Tuwima, ani Gałczyńskiego, ani pamiątkowych kamieni, ani starych domów, ani… Czyli Anin.

Zobacz też: http://pl.wikipedia.org/wiki/Ernst_Wiechert

 

O wyjeździe na Mazury, poecie, pisarzu, malarzach, księdzu i pogromie, a także o pielgrzymce do Santiago de Compostela

zeszytymojeEwa Maria Slaska

Dwa dni temu wyjechałam z Berlina na kilka tygodni. Wrócę 25 czerwca. Na ten czas przygotowałam kilkanaście wpisów-pewniaków. Są poniedziałkowe wiersze Kasi Krenz o Starym Poecie, są w środy teksty Doroty Cygan o życiu, co pewien czas pojawią się wiersze i/lub grafiki Kasi Kulikowskiej, jest felieton Zbyszka i wreszcie długo wyczekiwane opowiadanie Joasi. Na wtorki przyobiecał się Tomasz Fetzki z tekstami o Kresach Zachodnich. Ale zostaje kilka wolnych dni. Mamy zamiar, moja towarzyszka podróży, Edda Elsa i ja, wypełnić te dni zapiskami, zdjęciami, filmami z naszych przedsięwzięć mazurskich. Zasadniczo będziemy poszukiwać na Mazurach śladów Ernsta Wiecherta i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, ale już wiemy, że chcemy zrobić i zobaczyć trochę więcej, trochę inaczej, trochę gdzie indziej.  Mamy oczywiście w planie odwiedziny w Sowirogu i Praniu, ale na pewno wybierzemy się też na Wielki Błękit – polsko-litewski plener malarski w Jędrychowie, na pewno odwiedzimy Gałkowo, koło Rucianego-Nidy, gdzie znajduje się dwór hrabiny von Dönhoff. Pojedziemy do Warszawy na spotkanie Kirą Gałczyńską…

zeszytbabciZ przerażeniem i niechęcią, ale i poczuciem, że nie da się inaczej, myślę o tym, że zamierzamy odwiedzić Jedwabne. Postanowiłam tak w kwietniu, podczas spotkania Drugiego Pokolenia w Śródborowie. Organizatorki przygotowały dla nas rozmowę z księdzem Wojciechem Lemańskim. Ksiądz Wojciech opowiadał o tym, dlaczego jeździ do Treblinki i dlaczego do Jedwabnego, nie opowiadał natomiast ani o tym, dlaczego arcybiskup Hoser go nie lubi, ani dlaczego wyrzucono go z parafii. Jednakże odpowiadał na nasze pytania, a te siłą rzeczy dotyczyły tego problemu. Ksiądz Lemański ujął nas wszystkich spokojem. Odpowiadał na pytania rzeczowo, bez emocji, bez nienawiści czy poczucia krzywdy, ale w głębokim poczuciu, że jeśli chce się żyć i pełnić posługę kapłańską w zgodzie z sumieniem, nie można inaczej. Jaki piękny był to język, jakie było w nim poszanowanie ludzkiego życia i ludzkiej śmierci.

Mamy więc intensywne plany.

zeszytmamyNa wszelki wypadek jednak, gdyby się okazało, że nie zdążyłyśmy przygotować aktualnego wpisu, postanowiłam zostawić w sieci zabezpieczenie w postaci przygotowanych wpisów “na zaś”. Długo zastanawiałam się nad tym, co mam przygotować. I w końcu postanowiłam sięgnąć po prostu do moich starych zeszytów. Są one pełne zapisków, niekiedy konsekwentnych, niekiedy chaotycznych i sama już nie pamiętam, co i kiedy w nich zapisywałam. Zeszyty, jak zawsze, okazały się skarbem i skarbcem. Nie wszystkie są zresztą moje. Jest na przykład zeszyt mojej Mamy ze szkicami z Libanu. Są notatki mojej Babki o mnie, ale i chyba w ogóle o naszym życiu w Gdańsku, gdy byłam bardzo mała. Na pierwszej stronie Babcia zanotowała, wyrazy, jakie mówiłam i zapisała, że miałam wtedy 2 lata i 3 miesiące. Cecez – przecież, bonzaj – zawiąż, gadio – radio, i Hewa Bucka. To ja, Ewa Bogucka.

Znalazłam też swój zeszyt do polskiego sprzed 50 lat. Lekcja 1 z dnia 2 września 64. Dzień moich urodzin, ale to chyba nie miało znaczenia. Temat: Jakie jest znaczenie języka w życiu człowieka jako jednostki, w życiu społeczeństwa i narodu.

Byłam w drugiej klasie liceum, temat wypracowania musiała nam podyktować nasza polonistka, moja ukochana nauczycielka, Halina Mierzwińska. Była w Gdańsku słynną osobą, słynną z niekonwencjonalnych zachowań. Gdy nas uczyła, była niezamężna (nie była starą panną, o nie!, składając podanie o przyjęcie jej do DKF w klubie Żak, napisała w uzasadnieniu, że prosi o przyjęcie, bo jest… rozwódką!) i żyła w związku partnerskim z niejakim Kasprem. Poznaliśmy go kiedyś, gdy Mierzwa zaprosiła nas do siebie do domu. Niech Was, proszę, nie myli pozornie obelżywe przezwisko, jakie jej nadaliśmy. Nie było obelżywe, po prostu z jej nazwiska można było zrobić tylko taką ksywkę, nie było na to żadnej rady.

Mierzwińska umarła jesienią 2014 roku. Wspominają ją jako wspaniałą polonistkę profesor Ewa Nawrocka i Włodzimierz Machnikowski.

zeszytszkolnyMyślę, że do tego zeszytu jeszcze wrócę. Niemal nie zmieniłam poglądów. Jest wiele czynników łączących naród, ale prawie wszystkie można zniszczyć. Najtrudniej jest zniszczyć język, zapisałam w wypracowaniu. Libelt pisze, że “naród żyje dopóki język jego żyje, bez języka narodowego nie ma narodu.”

Na początek jednak postanowiłam, że spiszę wreszcie porządnie zapiski z drogi do Santiago de Compostela. Byłam tam po raz pierwszy jesienią 2007 roku, po raz drugi – latem 2012 roku. Po raz drugi poszłam z Kingą, która robiła piękne zdjęcia, co skłoniło mnie do w miarę szybkiego spisania moich wrażeń i zilustrowania ich owymi zdjęciami.Tak powstał blog Camino Costa Portuges.

zeszytmojTymczasem owa pierwsza pielgrzymka została spisana nadzwyczaj strzępiaście. Kilka wpisów, ostro ocenzurowanych przeze mnie samą, przetłumaczyłam na niemiecki i opublikowałam na blogu Halka (Halka-PL), kilka urywków po polsku ukazało się na blogu “Kura…” no i było opowiadanie pod tym tytułem. Do nich wrócę w odpowiednim czasie, bo są, łagodnie mówiąc, poplątane chronologicznie. A tymczasem spiszę tu, po siedmiu latach, po prostu zapiski z drogi.

Czyli, jeśli w najbliższych tygodniach pojawi się tu Santiago de Compostela, wiedzcie, że Mazury tak nas pochłonęły, Eddę i mnie, że nie było czasu, żeby pisać na bieżąco.

Albo nawaliło łącze z internetem.

Uściski

Wasza Ewa (Edda przesyła ukłony)

PS. Zdjęcia zeszytów. Na samej górze zeszyty na biurku. A potem z góry na dół: zeszyt Babci, zeszyt Mamy, mój zeszyt szkolny i moje zeszyty z pielgrzymki.

麻將/麻将. Mahjong.

Ewa Maria Slaska

Zapewne wielu z Was zna mahjonga czy też madżonga jako grę internetową, polegającą na mechanicznym zrzucaniu klocków parami. Ja gram TU.

Tych stron jest w internecie masa, niekiedy znacznie ładniejszych niż to, co oferuje moja Maya, ale już się do niej przywiązałam. Czyli przyznaję się – tak, grywam w sieciowego mahjonga, gdy jestem tak zmęczona, że nie mam siły nic robić, a wciąż jeszcze jest za wcześnie, żeby iść spać. Grywam, ale zawsze wtedy myślę o tym, jak to przez pokolenia grywało się u nas w prawdziwego mahjonga. Grywali moi Dziadkowie, grała moja Mama w dzieciństwie, graliśmy my.

mahjong-majaObawiam się jednak, że niewielu z moich czytelników zna tego prawdziwego mahjonga, inteligentną i skomplikowaną chińską grę z użyciem 144 kostek. Gra była śliczna, kostki malownicze i tajemnicze, a układy w grze, podobne do tych, jakie trzeba uzyskać w kartach (trójki, czwórki, sekwensy), nosiły nadzwyczajne poetyckie nazwy, na przykład zrywanie kwiecia śliwowego z dachu, zakopany skarb, wijący się wąż, cztery błogosławieństwa unoszące się nad progiem, wyłowienie księżyca z dna morza, ale też na przykład… blef Hitlera, układ, który na pewno istniał w naszych zapisach (korzystaliśmy z książeczek, które kiedyś Mama przetłumaczyła, a ja przepisywałam na maszynie), ale nie ma go w ogóle w internecie. Jak mi się wydaje – w żadnym języku.

Już sam opis w Wikipedii, całkowicie pozbawiony poezji i mistyki, pokazuje, jak skomplikowana była to gra. W dawnych Chinach grywano w nią hazardowo. Mężczyźni spotykali się w herbaciarniach, gdzie jak mieli pecha tracili domy, pola, zwierzęta, a gdy już nie mieli nic, to można jeszcze było oddać w niewolę żonę, córki, synów, a nawet siebie samego. Wydaje mi się, że kolejność oddawania własności osobie wygrywającej była właśnie taka, i to nie tylko w mahjonga i nie tylko w Chinach. W opowiadaniu Paula Austera Muzyka przypadku, o grze w pokera, dwaj pechowcy kończą tym, że stają się niewolnikami zwycięzcy i budują… mur. Nie chiński, ale jednak mur.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAMahjong zaczyna się od tego, że się buduje mur. Nie, zaczyna się od tego, że myje się czyli tasuje kości. Potem buduje się mur.

zabojstwoAle przedtem jeszcze przychodzą goście. U Agaty Christie wyglądało to tak:

Madżong i Klub Szanghajski (Zabójstwo Rogera Ackroyda). Stare wydanie z roku 1956. Są też oczywiście nowe.

Tego wieczoru graliśmy w madżonga. Ta prosta rozrywka jest bardzo popularna w King’s Abbot. Goście przychodzą już po kolacji, w kaloszach i nieprzemakalnych płaszczach, potem piją kawę, jedzą kanapki i ciasto.

Tym razem przyszli do nas panna Ganett i pułkownik Carter, który mieszka niedaleko kościoła.
W czasie takich spotkań wymienia się sporo plotek i to czasem przeszkadza w grze. Przedtem urządzaliśmy brydża – gadanego brydża najgorszego gatunku. Jednakże doszliśmy do wniosku, że madżong jest grą znacznie spokojniejszą. Nikt się nie irytuje na partnera, że wyszedł w taką a nie inna kartę, i chociaż w dalszym ciągu krytykuje się otwarcie posunięcia przeciwnika, nie psuje nastroju owa przykra brydżowa zawziętość. (…)
Potem panna Ganett zajęła się kawą, a Karolina wyciągnęła pudło z madżongiem i wysypała na stół kamienie.
– Mycie kamieni! – W zamyśle pułkownika Cartera miał to być dowcip. – Mycie kamieni, tak to nazywaliśmy w Klubie Szanghajskim.
Zarówno ja, jak i Karolina byliśmy w głębi duszy przekonani, że pułkownik Carter w życiu nie postawił nogi w Klubie Szanghajskim. Co więcej, że nigdy nie wytknął nosa dalej na wschód poza garnizon w Indiach, gdzie manipulował wojskowymi zapasami konserw mięsnych i śliwkową marmoladą w czasie wielkiej wojny. Ale pułkownik bardzo lubi snuć żołnierskie wspomnienia, a my, skromni ludzie w King’s Abbot, pozwalamy każdemu pławić się dowolnie w jego słabościach.

Czyli wspaniała, klasyczna Agata Christie. Spokojne angielskie miasteczko King’s Abbot. Tu wszyscy znają wszystkich i wszystko o wszystkich wiedzą, albo myślą, że wiedzą. Historię opowiada dobroduszny doktor Sheppard. A jego sąsiadem jest ni mniej, ni więcej, tylko Herkules Poirot, który przeszedł na emeryturę i hoduje… dynie.

W tym rozdziale dwie panie i dwóch panów z lokalnego światka grając w mahjonga rozmawiają o zbrodni i wymieniają się lokalnymi plotkami. A grają, że użyję słów naszej autorki, jak Chińczycy:

— Gdybyś tylko grała nieco szybciej, moja droga — powiedziała Karolina, kiedy panna Ganett wahała się, co odrzucić. — Chińczycy kładą swoje kamienie tak szybko, że wydaje się, że to ptaki dziobią.

2005-07-08_MahjongZnalazłam to zdjęcie na jakimś chińskim blogu, wydaje mi się, że jest dość nowe.

W końcu, pisząc tego posta, przeczytałam z ogromną przyjemnością całą powieść Agaty Christie. Znalazłam ją na chomiku. A przy okazji, szukając dla Was cytatu z Agaty Christie po polsku (ja to czytałam po angielsku, ale ja całą Agatę Christi przeczytałam po angielsku, bo tak się uczyłam angielskiego, pomiędzy wielką damą brytyjskiego kryminału, a Kubusiem Puchatkiem, wielkim brytyjskim filozofem) – długie wyszło to wtrącenie, chyba więc zacznę od początku… Otóż, szukając cytatu o mahjongu dowiedziałam się od anonimowego blogera że, cytuję: A, byłbym zapomniał o samym zakończeniu, które jest naprawdę zaskakujące. Jest ono tak pomysłowe i nowatorskie, że nawet wykluczono za nie autorkę z Klubu Detektywów, organizacji zrzeszającej pisarzy powieści detektywistycznych. Więc jeśli chcecie się dowiedzieć, za co można wylecieć z takiego stowarzyszenia, koniecznie przeczytajcie tę książkę.

___________________________

Tak więc przygotowałam Wam na dziś wpis z dwiema porządnymi poradami kulturalnymi. Czytajcie Agatę Christie (Agatha Christie, tłum. Jan Zakrzewski, Zabójstwo Rogera Ackroyda, Prószyński i S-ka, 2000) i grajcie w mahjonga, a kupcie go np. TU. Nie jest tani, ale jest piękny i będzie służył jeszcze waszym wnukom. A dla zachęty jeszcze jeden cytat z Agaty Christie:

— Bzdura! — oświadczyła Karolina, układając swoje kamienie. — Musisz znać jakieś interesujące szczegóły. Przez chwilę nic nie odpowiadałem. Ledwo wierzyłem oczom. Czytałem o takiej rzeczy jak doskonała wygrana, to znaczy madżong w pierwszym doborze kamieni, ale nie sądziłem, by mnie coś podobnego mogło się zdarzyć. Ze źle ukrywanym triumfem wyłożyłem kamienie na stół.
— Jak to mówią w Klubie Szanghajskim — zauważyłem — tin–ho, doskonała wygrana.
Pułkownikowi omal oczy nie wyszły na wierzch.
— Na honor! — zawołał. — Co za nadzwyczajna rzecz! Nigdy jeszcze nie widziałem
czegoś podobnego!

Ja też nie.