Santiago de Compostela. Santa Irena.

Ewa Maria Slaska

Środa, 3 października 2007 roku

Przestało mi się podobać w drodze. Pogoda ładna, trasa niezbyt ciężka, ale jest paskudnie. Jesteśmy jako pielgrzymi wydani na łup komercji i dobrze jeśli tylko komercji, bo często jest ona podszyta oszustwem lub cwaniactwem. Do końca zostało 50 kilometrów i trzeba je odwalić, przecież nie będę kończyć na dwa dni przed Santiago de Compostela, tylko dlatego że czuję się jak głupek wystrychnięty na dudka. Bo pewnie nie przyszłam tu, bo naprawdę chciałam, tylko omamiła mnie cała ta sprawna maszyna do wbijania nam w głowę, że Droga to coś Wielkiego, to Prawdziwa Pielgrzymka, Przeżycie, Głębia…

Jakże mnie własna głębokość przygnębia,
wstchnęła głębia.
No no,
odpowiedziało dno.

Ot, właśnie. Dno.

Dziś mało nie umarłam ze zmęczenia. Dowlokłam się do jakiejś restauracji, która była zamknięta, bo obsługa miała przerwę na swój własny obiad. Ale jednak otworzyła mi starsza pani i najwyraźniej musiałam wyglądać jak ktoś, kto właśnie umarł ze zmęczenia, bo nic nie mówiąc kazała mi wejść. Podała gorącą wodę na herbatę i usmażyła tortillę, która nareszcie, chyba po raz pierwszy, była świeżutka i gorąca.

Powiedziała mi, że do schroniska jest jeszcze tylko kilometr, ale był to ten słynny galicyjski kilometr, który liczy mniej więcej trzy kilometry i trwa godzinę. W ogóle liczenie kilometrów stało się ostatnio niezwykle skomplikowane, bo inną odległość pokazują drogowskazy, inną moja mądra karteczka i jeszcze inną słupki ustawiane dla pielgrzymów. Te są najmilsze, bo na nich droga do Santiago jest zawsze najkrótsza, a rozbieżność między informacjami potrafi sięgnąć nawet 10 kilometrów.

Między słupkami a moją karteczką zawsze są 2-3 kilometry na niekorzyść rzeczywistości.  Najgorsze są drogowskazy, można by rzec, OK, szosą jest dalej, ale tak nie jest, bo szosa jest wytyczona prosto, a pielgrzymia ścieżka kręci się wokół niej jak bluszcz wokół dębu. Nawet pielgrzymie strzałki potrafią wyprowadzić na manowce. Tego przedtem nigdzie nie było, tak jakby ktoś nam tu celowo dokuczał, jakby skradał się przed nami lub za nami jakiś Poltergeist. Mniejsza, trzeba iść. Na słupku dwie strzałki, w lewo i w prawo. Diabli wiedzą, co to oznacza. Wybieram strzałkę w lewo i trafiam do dzikiego lasu.

Wrony kraczą przeraźliwie, mostki nie mają poręczy, pastwiska nie ogrodzone, idę przez wielkie bagno porośnięte pałką wodną, gdzieś w krzakach charczy jakieś zwierzę. Lis? Miejmy nadzieję, że lis? Bo już dzik na ten przykład… Nagle uświadamiam sobie, że to bardzo dziwne, że są jakieś dzikie zwierzęta, bo jak dotąd nie było żadnych, nawet wiewiórek ani zajęcy. Były tylko ptaki, owady i jaszczurki, ślimaki, a poza tym stworzenia domowe: psy, koty, gęsi, owce, osły, krowy i najgorsze ze wszystkich, gorsze nawet od luzem puszczonych byków – muchy.

Mosca bastarda! Raz widziałam konika polnego, raz – myszy. Nie było wszystkich strachów pielgrzyma, dzikich byków, skorpionów, jadowitych węży, bezpańskich psów. To oczywiście mamy do zawdzięczenia komercji. Jeśli chce się zarobić na każdej szklance wody ze studni podanej pielgrzymowi, trzeba mu zapewnić komfort. Diabli wiedzą, gdzie jestem? Jakiś ponurak spotkany po drodze zapewnia, że si si, camino. Wreszcie docieram do jakiejś wioski, są znowu słupki, które jak gdyby nigdy nic podejmują liczenie, pomijając las, przez który właśnie przeszłam. Trzy kilometry strachów całkiem na darmo. I nadal nie jestem w Santa Irena. Wciąż mam do schroniska galicyjski kilometr.

Ogarnia mnie przeraźliwe poczucie bezradności. Jestem śmieszna i bez sensu. Mała, stara, w strasznie ciążkich butach, brudnych spodniach, spocona, zakurzona. Kretyński widok i równie kretyńskie życie. Tracę ostatnie resztki sił, kręci mi się w głowie. To już nie depresja pielgrzyma, tylko prawdziwe zasłabnięcie. Osuwam się pod przydrożne drzewo, a zanim stracę przytomność zastanawiam się, jak to teraz będzie. Umrę to umrę, no problem, ale jeśli mnie ktoś znajdzie, to pewnie zadzwoni po pogotowie i karetka zabierze mnie do Santiago. I co wtedy? Przepadło czy zaliczą mi Drogę? A jak nie zaliczą, to będę musiała tu wracać, do tej wioski upiorów za lasem strachów, i iść od nowa. I od nowa. Mój prywatny, pielgrzymkowy Dzień świstaka.

Ale wszystko zawsze mija. Mija słabość, mija droga bez końca. Dochodzę do Santa Irena. Jest nieźle. Schronisko jest miłe, są koce i wanna w łazience. Nad łóżkiem ktoś napisał – 21 km por Santiago. GRACIAS DIO! To prawda, Bogu niech będą dzięki. Pokoje sześcioosobowe. W pokoju trzy młode dziewczyny z Izraela i niemiecki strażak z Frankfurtu nad Menem.

Pożyczam od niego Biblię, otwieram na chybił trafił i czytam o Eliaszu, którego zabiera do nieba ognisty pojazd. Hmmm, Eliasz, patron strażaków. Niemiec radzi, żebym sobie przeczytała listy św. Jakuba. Nie przyszło mi to dotąd do głowy, a przecież do Jakuba idziemy. Ale to nie ten Jakub, my idziemy do Starszego, a listy pisał Młodszy, podobno jakiś krewniak Jezusa. Zapisuję urywek nr 14. Co za praktyczne urządzenie, ta Biblia, ponumerowana supermaszyna wiary jeszcze lepsza niż supermaszyna komercji, która wbija nam do głowy, że najlepsze mięso jest z Kobo, najlepszy zachód słońca w Oia na Santorini, a najlepsza pielgrzymka – do Santiago. Mięsa nie jem, ale w Oia już byłam, a teraz idę do Santiago. Komercja, maszyna do wywoływania potrzeb, których nie mamy i które by nam nawet nie przyszły do głowy. I co z tego, że „mam na swoją obronę” czytaną przed 40 laty książkę Jadwigi Żylińskiej, Wyspa dziwnego żartu. I cóż, że idę, bo tak obiecałam mojej siostrzenicy. Miałyśmy iść razem, ona urodziła dziecko i nie mogła, poszłam więc sama dla nas obu. Wszystko to nieważne, ważne, że idę i że komercja ma z tego zyski.

Gdy po latach spisuję te notatki z Drogi, natychmiast trafiam w internecie na odpowiedni fragment. To samo, co wtedy czytałam, ale po polsku. Jakub, list pierwszy. 12. Błogosławiony mąż, który wytrwa w pokusie, gdy bowiem zostanie poddany próbie, otrzyma wieniec życia, obiecany przez Pana tym, którzy Go miłują. 13. Kto doznaje pokusy, niech nie mówi, że Bóg go kusi. Bóg bowiem ani nie podlega pokusie ku złemu, ani też nikogo nie kusi. 14. To własna pożądliwość wystawia każdego na pokusę i nęci. 15. Następnie pożądliwość, gdy pocznie, rodzi grzech, a skoro grzech dojrzeje, przynosi śmierć. 16. Nie dajcie się zwodzić, bracia moi umiłowani!

Och, no dobrze, nie dam się zwodzić. Dobranoc. Jutro Santiago de Compostela.

Reblog: Pani od polskiego

Była również moją panią od polskiego. Jakieś 40 lat po maturze przyjechałam do Gdańska na konferencję. Zobaczyłam ją wśród widzów. Gdy tylko zaczęła się przerwa, wstałam, żeby podejść do niej, przedstawić się i przywitać. Zobaczyła mnie z daleka i zawołała: O, Ewa!

Była wspaniałą nauczycielką. Już to TU na blogu napisałam. Uczyła nas w “Jedynce” czyli I Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku. To takie liceum położone między gotyckim kościołem świętego Bartłomieja, neogotycką biblioteką Polskiej Akademii Nauk i bramą Stoczni Gdańskiej (im. Lenina). Trudno o lepsze koordynaty mojego życia.

Na fali. Blog Włodzimierza Machnikowskiego

Wspomnienie o Pani od polskiego z “Jedynki” (wt, 14 października 2014)

Śmierć Haliny Mierzwińskiej przywołała w mojej pamięci obrazek z Donaldem Tuskiem. Był rok 1995. Z Darkiem Podbereskim, czyli radiowym Łosiem, zaszliśmy do I LO, gdzie uroczyście świętowano 50-lecie powstania szkoły. Wychodząc natknęliśmy się na rozpędzonego przyszłego premiera RP, wówczas pracującego nad cyklem albumów “Był sobie Gdańsk”. “Jest Mierzwina?” – rzucił i popędził dalej na spotkanie ze swoją i naszą polonistką.

Niech się nie obrazi profesor Józef Bachórz, u którego pisałem pracę magisterską o Rosjanach w dziełach romantycznych wieszczów. Niech się nie gniewa profesor Małgorzata Czermińska, która próbowała natchnąć mnie poetyką i Stefan Chwin, który budził nasze sumienia krzykiem: “ludzie, dlaczego nie czytacie?” Niech nie boczą się inni wybitni nauczyciele, których miałem szczęście spotkać na swej drodze. Niektórzy żyją już tylko we wspomnieniach – jak Jan Drzeżdżon, który w ramach fakultetu z folklorystyki woził nas po swoich Kaszubach od Wąglikowic po Swarzewo, snując opowieści w języku ojców.

Najważniejszym nauczycielem w kilkunastoletniej edukacji była dla mnie i pewnie dla większości nas, którzy wyszliśmy spod jej ręki, Halina Mierzwińska.

Już pierwszy kontakt był wstrząsający i motywujący. Tytuł zeszytu do języka polskiego brzmiał ” Rękopis człowieka myślącego…” Naprawdę głupio było się nie uczyć. Do tego stresujące wezwania do odpowiedzi na fotel stojący na podeście przed całą klasą. Kółko filmowe, które sprawiało, że w poniedziałkowy wieczór drugi raz przychodziliśmy do szkoły. Przeglądy filmów Zanussiego i kino radzieckie z lat 20-tych – tematy, o których nie mielibyśmy pojęcia i seanse, na które nigdy byśmy nie trafili. To wszystko ze Stocznią w tle w gorącym czasie sierpnia 80 i z wielkimi oknami biblioteki PAN, które zdarzało nam się wybijać w czasie gry w piłkę. Za karę po latach już jako studenci spędzaliśmy w czytelni długie godziny, by spełnić uniwersyteckie wymogi.

“Halina” czy “Mierzwina” , jak zwykliśmy o niej mówić zaraziła nas słowem, poezją, filmem i ciekawością świata. Była osobą charyzmatyczną i budzącą respekt. Budowała relację mistrz – uczeń, której w tej chwili w polskiej szkole próżno szukać. Bez niej Magda Brząkała nie zostałaby słynnym psychologiem, Zbychu Kaźmierczyk doktorem na UG, Andrzej Gierczak księdzem, ja dziennikarzem, a być może także Donald Tusk – premierem.

Jedyne co możemy w ramach zobowiązania do pamięci o Niej, to bronić wrażliwości, którą nas zaraziła. Bronić przed jałowością treści panoszących się wokół i przed tymi, którzy o byle czymś, mówią, że to ważne.

Halinę Mierzwińską pożegnaliśmy w piątek 17 października 2014 roku na Cmentarzu Witomińskim. Tego samego dnia rano w Jej “Brygidzie” odbyła się msza żałobna.

***
Ewa Maria Slaska

Wszystko, co ten szczeniak (chodził do szkoły w latach 80!), Włodzimierz Machnikowski, tu napisał jest szczerą prawdą. Nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy, gdyby nie Mierzwińska.

Przeglądam mój zeszyt do polskiego z drugiej klasy Liceum. Jedyny. Inne się nie zachowały. Jak ja ładnie i porządnie pisałam. Wypracowanie o znaczeniu języka w życiu człowieka. O architekturze gotyckiej na podstawie prelekcji w Muzeum Narodowym (była tam z nami!). O świecie pojęć człowieka średniowiecznego. Refleksyjny opis najpiękniejszego zabytku gotyckiego w Gdańsku (opisałam kościół św. Trójcy). Proces narodzin pisarza na podstawie Martina Edena.

(…) Lata wytężonej pracy, barwny, realistyczny, nieznany w dotychczasowej literaturze obraz świata, bogactwo stylu – wszystko to zapewniało książkom Martina Edena zasłużony sukces. Za sukcesem przyszła sława, pieniądze, popularność, mogła przyjść miłość i szczęście. Dlaczego odebrał sobie życie w chwili tryumfu? Co symbolizuje ten jedyny nie autobiograficzny moment książki? Sądzę, że jest to przede wszystkim wyraz pogardy dla otaczającego świata. Póki walczył, wyrażał tę pogardę po prostu samym faktem tworzenia. Uznany, ceniony, rozchwytywany, uwielbiany znalazł już tylko jedno, ostatnie wyjście, jedną ostatnią odpowiedź i odszedł na zawsze.

Pamiętam, pokłóciłam się z całą klasą o samobójstwo Martina. Wnioski klasy były oczywiste. Samobójstwo to zdrada społeczeństwa, zdrada samego siebie, czyn wbrew naturze, załamanie, którego Eden nie potrafił przezwyciężyć. A ja? No a ja, że miał prawo. Był wolnym człowiekiem i miał prawo.
Mierzwińska pozwoliła mi tak myśleć i to mówić, wbrew całej klasie i, jak sądzę, wbrew sobie.

W ogóle się nie zmieniłam.

Pod wypracowaniem informacja o tym, jakie tematy dostaniemy na klasówce. Przepisuję, bo się zdziwiłam, że tacy byliśmy inteligentni… Pierwszy temat jest normalny, ale drugi!

1/ Krytyczna ocena Ruth i jej środowiska (ta Ruth była ukochaną Martina Edena – dopisek dzisiejszy dla tych, którzy może nie pamiętają)

2/ Konflikt jednostki ze społeczeństwem na podstawie własnych obserwacji i doświadczeń.

!

***

Z rejestru grobów na cmentarzu witomińskim:

śp. HALINA MIERZWIŃSKA

ur. 1930-08-25
zm. 2014-10-12

sektor I, rząd 16, grób 19.

Santiago de Compostela. Melide

Ewa Maria Slaska

Wtorek, 2 października 2007 roku

Okazuje się, że muszę jednak zdradzić czytelnikom pewną tajemnicę, dotąd zgrabnie ukrywaną – otóż wędruję BEZ śpiwora. Wszyscy mają, tylko ja nie. Ale śpiwór jest duży i waży, nawet jeśli jest lekki, a ja jestem mała, chuda (no, wtedy byłam chuda) i nie mam w ogóle siły. To co mnie prowadzi i w Drodze, i w życiu to siła woli, a nie siła fizyczna. Ważę 55 kilo, mój plecak nie powinien więc przekroczyć wagi 5,5 kilograma, a i tak noszę 7 kilo. Mam chyba najlżejszy plecak z jakim może wędrować pielgrzym i nie zmuszam siły woli, by mi nosiła śpiwór. W schroniskach zawsze były koce i jak dotąd nigdy jeszcze nie odczułam dotkliwie, że jestem wyposażona gorzej niż inni.

Ale jest jesień, noce stają się chłodne, a w Hospital da Cruz nie ma hospitalera. Umościłam sobie leże z płóciennego śpiwora (to mam ze sobą!), chusty i peleryny, wkładam rajstopy, spodnie, dwa podkoszulki i sweter i wtedy pojawia się hospitalera. Ona. Nie mówi w żadnym języku. Manta, pytam. No tenga, odpowiada. Aha, nie ma. Już się odwracam na pięcie, gdy kobieta zatrzymuje mnie. Esperar! Jednak, co to znaczy kobieta! Empatia i myślenie o innych wbudowane już w łonie matki. Po chwili prznosi mi ogromny… obrus koronkowy! Waży chyba ze dwa kilo, składamy go wspólnie do wielkości koca! Cudownie! Maravillosamente!

W schronisku tokowisko. Dwie Szwajcarki i ja wycofujemy się do kuchni. Trzy starsze panie otoczone masą rozbuchanej młodzieży w różnym wieku, bo są i starsi. Jedna z moich towarzyszek, piękna, szczupła czarnowłosa, zawsze starannie uczesana (ciekawe, jak ona to robi, bo ja zawsze jestem potargana) i zawsze wieczorem w długiej spódnicy, mówi: Ich freue mich, dass ich an der Bälzerei da nicht mehr teil haben muss.  Cieszę się, że nie muszę już brać udziału w tych tańcach godowych. To odpowiedź pięknej czarnowłosej demonicy na zdanie kozłowatego gnoma: Du bist eine alte Frau.

Po dwóch dniach w Galicji i pierwszym na ostatniej setce kilometrów już widać nowe zasady rządzące pielgrzymowaniem. Z ubikacji zniknął papier toaletowy, w schroniskach nie ma kocy, książek, jedzenia pozostawionego przez innych wędrowców, gorącej wody, kawy, herbaty, czasem nie ma już nawet naczyń… Ale za to wioski na ostatnich stu kilometrach nie cuchną krowim gnojem! Nie wiem jak i dlaczego, bo krowy nadal są, choć trochę inne – nie ma już tych brązowych, a pojawiły się swojskie czarno-białe.

Jestem osobą, która boi się krów. Naprawdę i symbolicznie. Krowy to mój postrach. Tymczasem w Galicji nie ma mowy o tym, że można by się bać krów, bo są wszędzie. Idę drogą i nagle czuję za uchem ciepły oddech. Z jakiejś bocznej drogi wyszła krowa i teraz idziemy razem, ramię w ramię.

Na ostatnich stu kilometrach skończyła się magia Drogi, nie tylko dlatego że słupki uporczywie jak metronom odmierzają kilometry, czas i twoje własne tempo. Wszystko jest uregulowane i nie ma już magicznej zabawy wędrowców z drogą, krzyżyków z patyków i traw, figur z kamieni, przywiązanych do drzewa wstążek, napisów. Jedyne, co pozostało, to tradycyjne spichlerze zbożowe, ustawione na wysokich słupach w ochronie przed myszami.

Na ostatnich kilometrach przed Santiago de Compostela wyraźnie widać, że Camino to przemysł turystyczny, a po drodze idą tylko turyści. Nikt już wspólnie nie gotuje, nie siedzi się wieczorem razem na przyzbie, nie gawędzi, nie śpiewa. Nie ma chłopaków z gitarami. Drogowskazy prowadzą do hosteli położonych poza wsią, a skąd nieobeznany z życiem pielgrzym ma wiedzieć, że gdyby się oderwał od drogowskazów i po prostu poszedł do wioski, to przy kościele znalazłby być może jeszcze schronisko takie, jakie przedtem wszędzie spotykał na drodze. Ale i to nie zawsze, bo niekiedy maszyny noclegowe wypchnęły już z wiosek tradycyjne schroniska kościelne.

Te nowe schroniska nie są nawet specjalnie drogie, nie kosztują wprawdzie co łaska i nie ma już wszechobecnej przedtem ceny 5 euro, ale ich cena jest jeszcze do przyjęcia, 7-8, czasem 10 euro. Schroniska są sterylnie czyste, ale nie ma w nich dbałości o wędrowca i poczucia wspólnoty.

Smutno już teraz i w drodze, i wieczorem, tęskno za takimi schroniskami jak Belorado, Bercianos, St. Nicolaus czy Ruitelan, a te tutaj jeszcze jakoś tak ulokowano, że jutro trzeba przejść 30 kilometrów, a ostatniego dnia tylko 20, i nie można sobie tego ułożyć inaczej. Po drodze nie ma sklepów, czyli musisz, Wędrowcze, jeść w barach i restauracjach, a kawa, którą ci tu zaoferują i która zawsze już kosztuje 1 euro, nie ma przejrzystości bursztynu i zapachu mokki, lecz urąga swojej nazwie.

Ciekawe, że przyroda współgra z ludzkimi czynami, bo zmieniły się też rzeki. Zniknęły czyste, szybkie potoki górskie, pojawiły się szerokie, leniwe rzeki o czarnej wodzie. Na ostatnie 50 kilometrów wchodzisz do Hadesu, Wędrowcze.

Uwaga, fotka z internetu, ta postawna blondynka to nie ja

Reblog: Why we “love” to read?

EMS: It is my grandson 13 years ago as we the first time went to library.

Santiago de Compostela. Gonzar i Hospital de la Cruz

Ewa Maria Slaska

2 października 2007 roku. Poniedziałek

Schronisko w Sarrii zostało zbudowane na surowym kamieniu. Wiem, w powiedzeniu jest to surowy korzeń czyli lokalizacja przeprowadzona w miejscu dotąd niezagospodarowanym i niezamieszkanym, ale schronisko w Sarrii zostało zbudowane na surowym kamieniu. Kamień na kamieniu, kamienny dom zbudowany na wielkiej skale. Skała buduje ściany i podłogi. Po deszczu skała spływa wodą. Dosłownie.

Schronisko jest pełne Niemców, którzy przybyli tu chyba jako zorganizowana grupa. Są to po części nie tyle Niemcy, co ludzie z Niemiec, między innymi smutne małżeństwo Polaków. Oboje koło czterdziestki, on wygląda młodziej niż ona, ona prosta, mało atrakcyjna, on z pewnymi ambicjami, zapatrzony w przywódcę grupy, wielkiego przystojnego Niemca, może księdza w cywilu. Widzę tu coś więcej niż tylko intelektualną fascynację i naśladownictwo. Jako pisarka czuję, że życie napisało tu jakąś tragedię, jakiś kozi tan.

Gdy rozmawiam w łazience z tą kobietą, potwierdza moje przypuszczenia, choć oczywiscie nie wszystkie. To pielgrzymka ewangelików, przystojny Niemiec jest pastorem, właśnie się ożenił.  No tak, idę do knajpy, ale marna, i do kościoła, gdzie bardzo składny chór wiernych śpiewa piękną pieśń, mam wrażenie, że pielgrzymkową, w każdym razie powtarzają się w niej słowa Peregrinos caminantes, pielgrzymi wędrujący po drodze. A może nawet po Drodze. Wśród wiernych przepiękna starsza pani. Wygląda jak hiszpańska Szymborska.

Okazuje się jednak, że jest tu wprawdzie mowa o pielgrzymowaniu, ale nie jest to pieśń pielgrzymkowa.

Hacia ti morada Santa,
hacia ti tierra del Salvador,
peregrinos caminantes,
vamos hacia ti.
X
Venimos a tu mesa,
sellaremos tu Pacto,
comeremos tu carne,
tu sangre nos limpiará.
X
Reinaremos contigo,
en tu morada santa,
beberemos tu sangre,
tu fe nos salvará.
X
Somos tu pueblo Santo,
que hoy camina unido;
Tú vas entre nosotros,
tu amor nos guiará.
X
Tú eres el camino.
Tu eres la esperanza
Hermano entre los pobres.
Amen, Aleluya.
Do Twojego domu
do Twojej zbawczej ziemi,
my pielgrzymi wędrujemy,
i przybywamy do Ciebie.
X
Przychodzimy do Twego stołu,
zawrzemy z Tobą przymierze,
będziemy jeść Twoje ciało,
Twa krew nas oczyści.
X
Będziemy z Tobą królować
w Twoim świętym przybytku,
będziemy pić Twą krew,
która nas zbawi.
X
Jesteśmy Twoim świętym ludem,
co dziś kroczy zjednoczony,
idziesz z nami,
Twoja miłość nas prowadzi.
X
Jesteś naszą drogą,
jesteś naszą nadzieją,
bratem jesteś ubogich.
Amen Alleluja

Tłumaczyła Kinga KWIK TV

Rano stajemy wobec strasznej prawdy, wszystko, co wczoraj przemokło, dziś jest nadal mokre. I oto muszę zareklamować moje wspaniałe skarpetki. Wkładam na stopy mokre skarpetki, na to mokre buciory i… noga jest przyjemnie sucha! Tyle, że mokre buty są potwornie ciężkie, a schnąc z powrotem zmoczą skarpetki.

Wyruszam o szarym świcie, idę ciemnymi ścieżkami, pod jakimś rozwalonym mostem, z którego zwieszają sie szare pnącza. Nader romatycznie. Podoba mi się, że nie boję się tak iść sama po ciemku w obcym miejscu. Ale też pielgrzymie ścieżki w Galicji są znacznie ładniejsze niż gdzie indziej, lepiej się więc nimi wędruje.

O godzinie 10 mijam słupek z napisem 100 kilometrów. To ważny punkt na trasie, bo trzeba pokonać minimum sto kilometrów, żeby święte oficjum w Santiago de Compostela uznało cię za pielgrzyma. Obok ogromny parking, pełen autobusów. Stąd rusza nawałnica, która będzie nam towarzyszyła aż do celu.

Po drodze wspaniała ogromna rzeka, długi most, a na przeciwległym brzegu duże górskie miasto – Portomarín. Nie zostaję tu jednak, choć piękne miasto kusi, po raz pierwszy bowiem od kiedy wyruszyłam do Hiszpanii, muszę pilnować czasu, bo moja siostra i szwagier, którzy już od kilku lat mieszkają czasowo w Portugalii (szwagier jest profesorem na uniwersytecie w Covillah), umówili się ze mną 4 października wieczorem pod katedrą w Santiago de Compostela.

Dochodzę do Gonzar, skąd już tylko 82 kilometry do Santiago de Compostela. W schronisku nieskazitelnie czysto i samoobsługa – sami sobie wbijamy stemple, sami się wpisujemy do książki gości, sami wrzucamy datek do skrzynki. I sami z siebie mamy się jutro do 8 rano wynieść ze schroniska. Pięknie, tylko tu nie ma NIC DO ROBOTY. Nie ma ludzi, nie ma gazet, nie ma książek, nie ma internetu, nie ma knajpy, nie ma gdzie pospacerować, bo naokoło same pola… No tenga! No tenga! No tenga!

Przychodzi jakaś Hiszpanka, wymieniamy uwagi o schronisku, ona robi siusiu, ja pakuję plecak i uciekamy w te pędy do następnej wioski. Nieważne co tam będzie, na pewno będzie lepiej niż tu.

I jest tokowisko. Jak miło!

Koty, małpy i koty małpy

Ewa Maria Slaska

frieda-kahlo-malpka-kotRaz były tu już razem, na autoportrecie Fridy Kahlo (1907-1954). Dwa czarne niezależne zwierzęta, tak jak i sama Frida. Kobieta, kot i małpa. Wydaje się, że uda się je oswoić i udomowić, ale to tylko pozory, zawsze się może zdarzyć, że uciekną z klatki, tej prawdziwej i tej symbolicznej, podrapią, ugryzą, wybiorą wolność. Ale nawet jeśli wciąż są obok nas, to coś sobie myślą. Coś myślą, nie wiadomo co, coś,  co się wymyka spod kontroli i nie daje okiełznać.

To moja interpretacja, już o tym pisałam. Historycy sztuki widzą w tym autoportrecie Fridę jako Królową Cierpienia, kot jest tu symbolem nieszczęścia i śmierci, małpa – to zwierzę piekielne, uosobienie diabła. Nie podoba mi się ta interpretacja (jeszcze jak mi się nie podoba!), postanowiłam ją więc zignorować.

O tym też już tu pisałam. Bo są małpy, które nazywano kotami. Koczkodany czyli koty morskie. Tak je widział Alfred Brehm, słynny XIX-wieczny badacz życia zwierząt. Wydał wspaniałą książkę Illustrirten Thierlebens (Życie i obyczaje zwierząt) wydaną po polsku w Warszawie w roku 1873.

AlfredBrehmKoczkodanyPapcio Zwierzaków, jak Niemcy pieszczotliwie nazywają swojego najsłynniejszego przyrodnika, nader lubił koczkodany, wychwalał ich wesołe usposobienie, podkreślał, że umieją pływać (stąd ich niemiecka nazwa!), i w ogóle uważał, że są to najmilsze i najładniejsze małpki, które nie bez powodu w każdym ogrodzie zoologicznym są ulubieńcami zwiedzających. Koczkodany lubią życie w wilgotnych lasach, nigdy nie cierpią głodu i nic im nie grozi, bo z każdym wrogiem świetnie sobie dają radę. Innego zdania był Kornel Makuszyński, który wprawdzie podkreślał, że są to stworzenia nadzwyczaj figlarne i sympatyczne, ale że jednak mają wrogów, bo… strasznie boją się węża.

Prawdę mówiąc, nie znalazłam nigdzie informacji, do jakiego gatunku małp(ek) należy Fiki Miki, ale po lekturze zachwycających opowiastek Brehma o koczkodanach, wydaje mi się, że może być tylko rozbrykanym koczkodanem. Jeśli ktoś wie coś więcej na ten temat, to niech nam, proszę, napisze.

fiki-miki

Nota bene, ta małpka to już dobrze starsza pani, ma 80 lat i obchodzi w tym roku urodziny!

malpka-murzyn-David Klöcker EhrenstrahlBrehm twierdzi, że koczkodany występują zawsze tam, gdzie żyją również… papugi.

No i proszę – na zakończenie jedna z małpek nadesłanych mi przez Marynę Over. Szwedzki malarz barokowy David Klöcker Ehrenstahl (1629-1698), nadworny portrecista królowej Eleonory, żony Karola X Gustawa (to ten od “potopu szwedzkiego”).

Na obrazie małpki i papugi – tytuł obrazu Pojke med papegojor och markattor (Chłopiec z papugami i małpkami) świadczy chyba o tym, że te małpki to nasze koty morskie czyli koczkodany. Biała papuga to na pewno kakadu, a ta szara to może nimfa, choć trudno powiedzieć, bo nie do końca jest jasne, czy ma ona na głowie koronę z piór czy też ktoś przyozdobił ją maleńkim wiankiem.

Na zakończenie, żeby według klasycznego wzoru budowy tekstu, zamknąć go tym, czym się zaczyna – jeszcze jeden autoportret Fridy Kahlo, tym razem z papugą. Kolejny autoportret? Oczywiście. W końcu ze 143 obrazów, jakie pozostawiła, 55 to autoportrety.

Papuga to symbol próżności, motyle – oznaczają duszę, gąsienice – przypominają o sile przemiany, która z paskudztwa tworzy piękno. Gąsienica bezwzględnie dąży do celu, nie może ustać w drodze, bo wtedy nie zmieni się, pozostanie brzydka i odrażająca.

Reblog: New Jews in Poland

  • The Guardian, Sunday 25 January 2015 18.22 GMT
    Thanks to the Facebook Group Róża Jerychońska for sharing this text

The third-generation Polish Jews rediscovering long-buried roots

Judaism has a history dating back 1,000 years in Poland but most see the country as a site of Jewish death and suffering

A family in Szeroka Street at the heart of the Jewish quarter in Krakow. Photograph: Eastway Pictures

First Agnieszka Markowska found a suspicious baptism certificate, then a trail of false names and invented hometowns. Hidden behind them was a Jewish family history her grandmother had sworn she would take to the grave.

“When I showed her what I had discovered, she still denied she knew anything,” said Markowska. So she made her way to Krakow’s Jewish Community Centre, the heart of resurgent Jewish life in a city that has long been more associated with Jewish tragedy.

“If my great-grandparents were Jewish, I wanted to know what they believed, what festivals they celebrated, how they lived. I exist because of them, and want to preserve their memory,” said Markowska, who now marks Jewish holidays herself.

The 45-year-old is part of a growing number of “third-generation” Polish Jews – they count back to the first generation of Holocaust survivors – who are rediscovering roots assiduously buried by parents and grandparents trying to escape death camps and then antisemitism, and helping to rebuild Jewish life in Poland.

Judaism has a history going back more than 1,000 years in the country, but because the Nazis carried out most of the murderous work of the Holocaust in occupied Poland, and reduced a population of more than three million to just a few thousand, many outside the country see it only as a site of Jewish death and suffering. Krakow was particularly notorious, with an infamous ghetto, and just an hour’s drive from Auschwitz.

“Many people in Israel have a very dark view of Poland,” said Kfir Katz, an Israeli with Polish roots who has settled in Krakow after months of research into family roots that allowed him to claim Polish citizenship.

His mother warned him the country her parents had fled was just a “vast cemetery”, but instead he found a community several hundred strong, four active synagogues, and a Jewish cultural festival that draws thousands of visitors each summer.

If some of the Jewish-quarter restaurants with Hebrew names sell pork dishes, there is also a better supply of kosher food than there has been for decades, and shabbat dinners are celebrated by open windows.

It was a slow journey, though, for the handful of Holocaust survivors who decided to stay on in the ruins of a city that was once home to more than 60,000 Jews.

“I was never in hiding, but I was never saying ‘Hi, I’m Henryk Meller, I’m Jewish,’ either,” said one community leader, who was born in 1931 and lost both parents and his only sister during the war. “My friends know, some of them are antisemitic. But that’s the thing in Poland, each antisemite has his own Jew who is his best friend.”

Poles are the single largest group on the Yad Vashem Holocaust memorial’s list of “righteous among the nations” in Israel, those who risked their own lives to save Jewish friends, neighbours, colleagues or acquaintances.

But prejudice also has deep roots. Many Polish Jews survived the Holocaust only because they had fled pogroms before the Nazis arrived. And within months of the liberation of Auschwitz, dozens more had died in new pogroms and fights over confiscated property.

In 1968, one faction within the communist government launched a cynical antisemitic campaign, as part of an internal power struggle, which cost hundreds of people their jobs and prompted thousands more to leave for Israel.

For decades there was not even a rabbi based in the city, said Meller, whose own son has immigrated to Israel. Meller never wanted to leave, and was key to the founding in 2008 of the Jewish Community Centre (JCC) in Krakow, a welcoming building which hosts everything from shabbat dinners and Torah study to make-up lessons and belly dancing.

Funded by UK charity World Jewish Relief, with support from Prince Charles, who opened it, it provides a meeting place for the existing community, but also somewhere for Poles who uncover a secret family history to explore Jewish culture, religion and history.

Olga Danek grew up in a house full of Jewish books and artefacts, and was taken several times as a child to Auschwitz and the spooky, deserted former Jewish quarter of Krakow. Still, she celebrated Christmas and Easter, and was stunned to be told, aged 12, “your grandmother was Jewish”.

“My first feeling when my mother told me I was Jewish was ‘OK, but maybe the community don’t want me’,” said Danek, now 28 and head of the student group at the JCC.

“You don’t have the papers, you don’t have the Jewish knowledge, what are you going to do? I think I was afraid, that I was not Jewish enough for them.”

In her group of 16 young Poles, only one grew up knowing she was Jewish. The rest share dramatic stories of deathbed confessions, fearfully guarded secrets or reluctant admissions drawn out after months of research in dusty archives. In many of their families Jewish identity in effect skipped a generation. Some Holocaust survivors lied to their children to protect them. Others, such as Danek’s mother, knew the family secret but felt it was too dangerous to acknowledge.

“She was born in 1961, and after 1968 we didn’t have an official Jewish life. You were told, ‘If you are Jewish you must go to Israel, you are not Polish’ – it was very difficult. I think she is afraid to be Jewish,” Danek says.

Pope John Paul II did much to tackle antisemitic attitudes, condemning them outright, visiting Auschwitz to pray in 1979, on his first visit to the country since becoming leader of the world’s Catholics, and forging high-profile relationships with Jews and Jewish communities.

The spectre still haunts Krakow, though. On a road near the JCC, a large piece of football graffiti reads Cracovia JG – or Krakow Jewish Gang, with a star of David. When Markowska told one friend that she was Jewish, the woman replied “Don’t worry, I will still like you”, and Danek’s mother frets about her wearing a star of David in public.

For Danek that lingering prejudice, and the long shadow cast by the horrors of the Holocaust, is just one more reason to celebrate Jewish life in Krakow.

“Many people think the Jewish community doesn’t exist here, and so it’s important to me to show that we do,” Danek said. “I want to show that we are not prisoners of the Holocaust. We are living here in Poland.”

Santiago de Compostela. Sarria

Ewa Maria Slaska

1 października 2007 roku. Niedziela. Leje.

Wczoraj ostatnie osiem kilometrów były po prostu cudowne. Z plecakiem maszerowało się lepiej niż bez, pogoda była piękna, zachwycające zielone góry wokół, ale droga dnem dolin, weekendowicze zniknęli i już się więcej nie pojawili, a po drodze w jakiejś typowej galicyjskiej rozpapranej wiosce można było kupić maliny, co odbywało się tak – w błocie (choć pewnie to była gnojówka) stał sobie stolik, a na stoliku pudełeczka z malinami, puszka po mleku skondensowanym do wrzucania pieniędzy i napis 1 euro. I już. W schronisku odbywa się taniec godowy młodych Hiszpanów i pielgrzymek. Dwie Kanadyjki i ja salwujemy się ucieczką na spacer. Gdy wracamy, w sali pusto – wszystkie pary się rozeszły po okolicy w poszukiwaniu zacisznego zakątka. No i dobrze, niech im będzie na zdrowie.

Zasypiam w ciszy i przez sen słyszę kolejne powroty romansowiczów – głośne szepty, psykania, chichoty. Chyba całą noc się tak kotłują, a o bladym świcie dwoje Francuzów wyrusza na trasę, potwornie głośno zwijając jakieś szeleszczące folie, którymi nocą oddzielają siebie i swoje śpiwory od kontaktu ze światem.

Wyruszam zaraz za nimi, już nie mogę zasnąć. Jest zimno, ciemno i ponuro. Wieje zimny, ponury wiatr. Jestem sama na drodze. Zaraz będzie lało. Ogarnia mnie potworne przygnębienie. Co ja tu robię? Po co?

Zaraz za wioską dwa drogowskazy, oba do Sarrii, jeden przez Samos a drugi przez St. Xil. Chcę iść przez St. Xil, bo droga krótsza, ale gdy wreszcie pomiędzy wielkimi pokręconymi dębami widzę jakieś budynki, wiem, że drogowskazy mnie wyprowadziły na manowce, bo jestem w Samos, a przede mną na dole wielki, wspaniały klasztor.

Piję kawę i zastanawiam się, czy warto czekać do 12, kiedy mnisi wpuszczą pielgrzmów na mszę. Klasztor i kościół można zwiedzać dopiero potem. Rezygnuję jednak. Zaraz będzie lało, nie wiem czy można w Samos przenocowac, bo na mojej mądrej karteczce jest droga przez St. Xil a nie przez Samos. Myślę, że lepiej iść do Sarrii. To takie trochę większe miasto, a już mi trochę tęskno za jakimś miastem, za sklepami, normalną restauracją, dostępem do internetu. Marzy mi się też kąpiel w wannie i pralka, a spotkany po drodze Anglik, twierdzi, że w Sarrii you will have everything! O! No to vamos peregrina, do wanny!

Klasztor w Samos. This photo of Camino de Santiago is courtesy of TripAdvisor

Zaczyna padać. Chowam się pod mostem, może da się przeczekać deszcz. Ciekawe, rośnie pokrzywa, ale pachnie mięta. Ciągle pada, wychodzę na drogę i w deszczu docieram do najbliższego baru. Nie ma wolnych stolików, przysiadam się do jakiejś rozgadanej, wesołej grupy młodych Hiszpanów. Kolorowi, ale niewielu ich i mili. Może dlatego mili, że jest ich tylko czworo. Rozmawiamy po hiszpańsku. O! Przeklinamy muchy, bo deszcz sprawia, że postanowiły zjeść nas żywcem. Jak jest po polsku mosca, pyta młoda Hiszpanka, mucha mówię i tak tworzymy nowe zawołanie: mucha bastarda, wstrętna mosca.

Ciągle pada, chcemy iść wytyczoną trasą, ale się nie da, natychmiast toniemy w lepkim błocie, wracamy jak niepyszni na szosę. Lluvia bastarda. Gdy wychodziliśmy z baru, dołączyli do nas inni, widocznie zarażeni naszym zdecydowaniem. Jest nas zatem całkiem sporo, tych, którzy mimo deszczu chcą dojść do Sarrii. Idziemy szybkim miarowym krokiem, tempo nadaje młoda Hiszpanka od wstrętnej muchy, nawołując od czoła grupy lluvia bastarda, lluvia bastarda… Idziemy. Pod górę, pod deszcz, pod wiatr. Z dębów lecą na nas wielkie żołędzie. Po szosie płynie rzeka. Co jakiś czas ktoś z grupy odpada, ale my, młodzi Hiszpanie i ja, idziemy. Na szosie nie ma słupków, nie wiemy, ile jeszcze musimy przejść, żeby dotrzeć do miasta, do restauracji, do wanny i do pralki, wreszcie drogowskaz. 10 kilometrów. Idziemy jak maszyny do pokonywania deszczu. Nie zmieniamy tempa. Jeszcze cztery kilometry. Przed nami bar, możnaby wejść, ogrzać się, napić się kawy, ale nie, nie ma sensu przerywać transu, idziemy dalej, leje, leje, ulewa, lluvia bastarda, potop.

Wreszcie Sarria. Jest nas już z powrotem tylko pięcioro. Wspinamy się na wysokie schody (escaliera bastarda!), dopadamy do albergue, gdzie jest… pięć ostatnich miejsc, pralka, suszarka i wanna!

Gdy się zameldowaliśmy i przebraliśmy, przestaje padać.

Poesieprojekt: Poem space mobil

Nicola Caroli (und Ewa Maria Slaska)

By heart – ein Poesieprojekt

Von August bis Dezember 2014 führten die Poesievermittlerin Nicola Caroli und die Künstlerin Karen Brosi den Workshop by heart mit SchülerInnen im Alter von 9 bis 12 Jahren aus 4 Schulklassen durch.

by heart ist ein Gedicht- und Objektbauworkshop basierend auf einem Gedichtaustausch zwischen SchülerInnen und SeniorInnen im Wedding. SchülerInnen von 4 Schulklassen lernen die Lieblingsgedichte von 4 SeniorInnen kennen und führen Interviews mit den SeniorInnen zu ihrem Gedicht durch. Mit der Poesievermittlerin Nicola Caroli  schreiben sie ein Antwortgedicht. Die Gedichte werden aufgenommen und in einer Herzbox, die die SchülerInnen mit der bildenden Künstlerin Karen Brosi bauen, installiert. Die Herzboxen werden in öffentlichen und privaten Räumen und im Rahmen einer Herzdemo mit allen TeilnehmerInnen präsentiert.

Das Ziel des Projektes ist ein Austausch zwischen Generationen, bei dem die Wirkung von einem Gedicht, das man auswendig kennt, oder buchstäblich “im Herzen hat”, im Leben eines Menschen für die SchülerInnen erfahrbar wird.

Ich, Ewa Maria Slaska, war eine der oben genannten Seniorinnen. Als mich Nicola Mal gefragt hat, ob ich mitmachen werde, antwortete ich mit JA. Daraufhin musste ich mein Lieblingsgedicht vorschlagen. Ohne viel nachzudenken nannte ich zwei Gedichte. Erst als ich sie schon genannt habe, sah ich, dass ich generell auf Polen und in letzten Zeiten dazu noch auf Famieliensachen fixiert bin. Beide von mir ausgewählte Gedichte wurden im Deutsch geschrieben, in beiden geht es um meine Heimat – Polen, beide wurden aus dem Deutschen ins Polnische von meiner Mama, Irena Kuran Bogucka, übersetzt, beide habe ich dann in der 2. Nummer der zweisprachigen Literaturanthologie WIR (1995) veröffentlicht. In Deutschland waren sie bekannt, oder mindestens – wenn man wollte, könnte man sie im deutschen Sprachraum finden. Für den polnischsprachigen Raum war es in beiden Fällen die Erstpublikation.

Kaddish von Mascha Kaléko (1942)

Rot schreit der Mohn auf Polens grünen Feldern,
In Polens schwarzen Wäldern lauert der Tod.
Verwest die gelben Garben.
Die sie gesät, sie starben.
Die bleichen Mütter darben.
Die Kinder weinen: Brot.

Vom Nest verscheucht, die kleinen Vögel schweigen.
Die Bäume klagen mit erhobnen Zweigen,
Und wenn sie flüsternd sich zur Weichsel neigen,
Gen Osten wehend ihren trüben Psalm
In bärtiger Juden betender Gebärde.
Dann bebt die weite, blutgetränkte Erde,
Und Steine weinen.

Wer wird in diesem Jahr den Schofar blasen
Den Stummen Betern unterm Rasen,
Den Hunderttausend, die kein Grabstein nennt.
Und die nur Gott allein beim Namen kennt.
Saß er doch wahrlich strenge zu Gericht,
Sie alle aus dem Lebensbuch zu streichen.
Herr, möge der Bäume Beten Dich erreichen.
Wir zünden heute unser letztes Licht.

Das zweite Gedicht war von Martin Pohl

Der Flug der Graugänse

Wohin, ihr Graugänse, geht euer Flug?
Wer hat euch die Winde empfohlen?
Wir folgen des Heiligen Martins Spur;
Seitdem Vater Karel nach Rom hinausfuhr,
Zieht es die Graugans nach Polen.

Was wißt ihr Graugänse von einem Land
lm Fron von den Herren bestohlen?
Ein Lied hat Sankt Martin nach Polen gebracht
Von grünenden Fluren in herbstlicher Nacht,
Vom niemals verlorenen Polen.

Wartet, ihr Graugänse, wir kommen mit
Auf leisen und flutfesten Sohlen.
So spannt euren Schimmel an, folgt unserm Schrei,
Und laßt unsre Schwestern, die Weißgänse, frei
Im Morgenwind rot über Polen.

1980 / 88

Nicola wählte das Gedicht von Mascha Kaléko aus. Ich war unsicher, ob es klappen wird, da es doch eine Werkstatt mit Kindern sein sollte. Ich dachte, das Thema vom Kaddisch sei zu ernst für die Kindern, zu traumatisch. Ich hätte viel lieber das Gedicht von Martin Pohl genommen.

Die Schülerinnen haben das Gedicht gelesen und darüber diskutiert, ob sie selber oder in der Familie solchen schwieriegen Problemem begegnet sind. Sie sprachen über den 2. Weltkrieg und Adolf Hitler, über den Balkankrieg und über den Bau der Berliner Mauer.
Erst dann wurde ich in die Schule eingeladen. In einem Interview sollte ich von mir erzählen und erklären, weshalb das Gedicht von Mascha Kaléko mein Lieblingsgedicht ist.

Es war Dezember 2014. Im Januar 2015 folgte eine Einladung:

SONY DSC

Präsentation von by heart findet am Donnerstag, 22. Januar 2015, 11.25 Uhr in der Carl-Kraemer-Grundschule.
Im Namen der SchülerInnen der Klassen 5a hat Daniel den Brief unterschrieben.
Ich kam, ich sah und ich hörte. Die SchülerInnen trugen ihre Gedichte vor und präsentierten ihre selbstgebauten Audioobjekte und Zeichnungen aus dem Kunstunterricht.

Erst bei dieser Präsentation habe ich Gelegenheit gehabt, zu hören, was die SchülerInnen selber zu diesem schwierigen Thema geschrieben haben. Trotz meiner ursprünglichen Unsicherheit musste ich feststellen, dass die Sache unglaublich gut geworden ist, um nicht zu sagen – phänomenal! Ich war beeindruckt und begeistert.

Petrija

In Serbien und Kroatien war vier Jahre Krieg.
Serben wollten mit den Kroaten zusammen sein,
in einem Land.
Die Kroaten wollten das nicht.
Der serbische Präsident entschied,
dass die Serben Krieg machen sollten.

Den Apfelbaum meiner Mutter
hat mein Opa ihr geschenkt.
Meine Mutter hat den Apfelbaum wachsen lassen.
Als der Krieg begann,
wurde der Apfelbaum von Raketen beschossen
und ist verbrannt.

Ich bete dafür,
dass der Apfelbaum meiner Mutter wieder wächst.

SONY DSCIrem

Sie haben die Berliner Mauer nachts gebaut.
Sie wurde aus Steinen gebaut.
Es gab zwei Seiten: Ost Berlin und West Berlin.
An der Mauer in Ost Berlin standen viele Soldaten,
so dass die Menschen nicht fliehen konnten.
Die West Berliner wurden gut behandelt.
In West Berlin gab es viel zu essen
und schöne Sachen zum anziehen.
In Ost Berlin haben sie die Menschen schlecht behandelt.
Die West Berliner wollten, dass die Ost Berliner
auch ein gutes Leben haben.
In Ost Berlin gab es wenig zu trinken.
Wenn es regnet, gibt es mehr Wasser.
Das Wasser geht in der Erde
von Ost Berlin oder von West Berlin
in die andere Seite.
Das Wasser macht die Mauer nass.
Wenn es regnet,
regnet es auf beiden Seiten.

Mehmet

Die Städte waren unter Feuer, gelb wie die Sonne.
Das Feuer ist sehr heiß und bewegt sich hin und her.
Und es wird mehr.
Die Menschen hauten ab von den Städten
und die Schuldigen halfen und die,
die den Armen kein Brot oder Essen gaben
verbrannten.
Das Opfer Fest wird helfen,
damit arme Menschen etwas zu essen bekommen.

Mehr ist hier zu finden.

Poesivermittlerin: Nicola Caroli
Projekt-Koordinatorin: Catherine Launay
Bildende Künstlerin (und Autorin der Photos in diesem Beitrag): Karen Brosi

Droga do Santiago de Compostela. Tricastela

Ewa Maria Slaska

drugizeszytTo mój drugi zeszyt z Drogi. Nie jest taki ładny jak ten pierwszy, starannie wybierany w Berlinie. Kupiłam go na trasie i był jaki był – musiał być w kratkę i musiał mieć twardą okładkę. Znalazłam go w sklepiku na szczycie góry O´Cebreiro.

Sobota, jak mi się wydaje, 30 września 2007 roku.

Po śniadaniu oddaję plecak panom ze schroniska. Zawiozą mi go, ale nie do odległej o 30 kilometrów Tricasteli, gdzie zamierzam dzisiaj nocować, lecz do Fonfrii, co jest okropną nazwą i leży o 8 kilometrów bliżej. No i dobrze. Przede mną wielka góra, ostatnia taka góra na trasie, i chcę zobaczyć, jak to jest, gdy się idzie bez obciążenia. Nie widzę specjalnej korzyści z wydania 5 euro na transport, bo organizm już przywykł do siedmiu kilogramów na grzbiecie i wcale nie odczuwa ich braku jako ułatwienia. Przeciwnie – zataczam się jak pijak. Po czterech kilometrach zaczyna się góra – na szczęście krok się normuje i jakoś da się iść. Spotkani po drodze znajomi z trasy – czterech Niemców z Akwizgranu – naśmiewają się trochę z laleczkowatego wygodnictwa, o które, jak twierdzą, wcale mnie nie podejrzewali. Mówią, że oddając plecak, powinnam była wypakować ciężary do plastikowej torby, a plecak wypchać balonem i go nadmuchać. Patrzę na nich zdumiona. Balonem? A skąd na trasie wziąć balon? I po co? Czy to ułatwia chodzenie? Okazuje się, że nie, nie ułatwia, ale pozwala zachować twarz, bo prawdziwy pielgrzym chodzi przecież z plecakiem. Obznajomieni z regułami pseudopielgrzymki pseudopielgrzymi zaopatrują się w balony już  w rodzinnym mieście. Podbnie jak istnieje niepisana umowa między taksówkarzami wożącymi pielgrzymów a pielgrzymami, że rano taksówki czekają w ukryciu, za rogiem, w zaułku i tak też odbywa się po południu “dostawa” na miejsce. Samochody nie podjeżdżają pod schronisko, tym niemniej w każdej wiosce co najmniej kilka osób żyje z tego, że wożą pielgrzymów lub ich bagaże.

Jestem w drodze już prawie trzy tygodnie i dopiero teraz się dowiaduję, jak to funkcjonuje. Mało tego, po południu, już na miejscu, w Tricasteli, dowiem się jeszcze, że pielgrzymka to jedno wielkie bezpłatne tokowisko głuszców, gdzie każdy liczy albo na spotkanie romantycznej miłości życia, albo na tani, wesoły seks. Dużo taniego wesołego seksu. Niby powinnam to była wiedzieć, pisała o tym ta nawiedzona Shirley MacLaine, a też i w śmiesznym francuskim filmie Saint Jaques, który obejrzałam na ostatnią chwilę przed wyjazdem do Hiszpanii, też było mnóstwo seksu. Jednak ani filmu, ani wynurzeń egzaltowanej aktorki z Hollywood, nie potraktowałam poważnie i jak głuchy głuszec i ślepy ślepowron przeszłam prawie 500 kilometrów niczego nie zauważając i niczego nie słysząc.

Idę pod górę, i pod górę, i pod górę, aż docieram do wesołego schroniska La Faba. Właściwie wcale nie chcę się tu zatrzymywać, ale lekko napity i mocno upalony hippie z dredami zaprasza na kawę. To już drugie hippisowskie schronisko na Camino, jakie napotkałam po drodze. Przed domem posąg Ganesza, hinduskiego boga wszelkiej pomyślności.

W schronisku wegetariański bufet, tak samo jak wczoraj w Villafranca. Nawet marmolada taka sama. I ludzie tacy sami, a niektórzy nawet ci sami. Widocznie idą według jakiejś dla nich wytyczonej trasy, a nie tak jak ja – na chybił trafił. W kącie taki sam jak wczoraj karton małych niewydarzonych jabłek do wzięcia, wielka cukinia, taka chyba na 30 osób, i gruszki. Nie biorę, bo jabłka i moje zęby z trudem się zgadzają, a nie będę targać jabłek, choćby i za darmo, przez 25 kilometrów, żeby je sobie wieczorem obrać i pokroić.

Kawa jak to kawa w Hiszpanii, jak dobra to bardzo dobra, ale jak niedobra to neska, tu, jak niemal wszędzie w drodze, neska. Powoli się przyzwyczajam i do neski, i do herbaty gotowanej w mikrofalówce, ale lubić nie lubię, trudno. Wrzucam hippisom 1 euro do skrzynki za plastikowy kubeczek neski, bo przecież po to zaprosili na tę kawę, i idę. Jeszcze prawie pięć kilometrów pod górę. Droga ładna, ale następna wioska, Laguna, po prostu straszna, ciasna, pełna śmieci, krowich kup i targanych przez wiatr plastikowych płacht, takich do zawijania balotów słomy. Płachty są z jednej strony czarne, z drugiej białe, wioska wygląda więc, jakby jej mieszkańcy brutalnie się tu rozprawili z oddziałem dominikanów. Weszłam do prowincji Galicja i jeszcze tego nie wiem, ale odtąd większość wiosek po drodze będzie tak wyglądała, ciasne osiedla, bez roślin, ale za to pełne krowich kup i płynącej rynsztokami gnojówki. Kamienne wiejskie domy, stodoły i obory byłyby nawet imponujące i na swój dziki sposób piękne, ale ten brud i smród sprawiają, że nie można się nimi zachwycać.

Za to tak zwane okoliczności przyrody poza wioskami nadzwyczajne. Ogromne góry pokryte ogromnymi zielonymi łąkami, a między nimi głębokie zielone doliny. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam taki ogromnych zielonych górskich stoków, chociaż pewnie łżę, bo oczywiście były takie stoki w Himalajach. Niewielkie stada łagodnych brązowych krów. To bogactwo Galicji, ongiś bodaj czy nie najbiedniejszej prowincji Hiszpanii, którą odgórnym dekretem postanowiono przed laty zamienić w krainę mleka, mięsa i masła. Udało się, ale Galicja wciąż jeszcze nie znalazła swojej estetycznej i symbolicznej tożsamości. Dla świata Galicja to tylko ośmiornice, krowy i Santiago de Compostela. Dochodzę na szczyt góry O´Cebreiro, gdzie mieści się wioska złożona z kościoła i restauracji. Wydaje mi się, że nie jest to w ogóle prawdziwa wieś, lecz ponura, szara sztuczna osada na potrzeby pielgrzymów. W każdym ponurym szarym domu mieści się restauracja, gdzie należy zjeść Polbo a feira albo Pulpo gajego, ośmiornicę po galicyjsku. Należy zjeść, koniecznie trzeba zjeść, każdy zjada. A ja nie. Monthy Pyton się kłania.

Pada, jest szaro i ponuro. Nawet ścieżka przez las, pełna połamanych drzew, jest szara i ponura. Mijam nieprzeliczone zwały kamieni, sugerujące, że albo są to lawiny, które obsunęły się z góry na nasz pielgrzymi szlak, albo materiały, z których my, pątnicy, wyprodukujemy lawiny i zwalimy je na głowy tych na dole.
Schodzę na dół. Teraz już tak będzie, w górę i na dół. Na dół i na zachód, do wąskiej doliny między wielkimi górami. Za wioską Liñares słupek z czerwoną muszlą. 150 kilometrów do Santiago de Compostela. I odtąd co pół kilometra: 149,5, 149, 148,5… Sprawa staje się poważna. Pielgrzymie zapomnij o hippisowskiej zasadzie, że droga sama w sobie jest celem. Celem jest Santiago de Compostela! Jesteśmy w Galicji i idziemy do konkretnego celu.

Po drodze wzgórze z figurą świętego Rocha jako pielgrzyma. Jest patronem pątników, sam pielgrzymował do Rzymu, opiekował się w drodze chorymi na dżumę, chroni więc też przed zarazą. Wszędzie na trasie pełno jego wizerunków, niekiedy nie wiadomo, czy to Roch czy sam święty Jakub, taki brodaty facet z kosturem, patron Olsztyna.

Gdy stoję koło Rocha, zaczyna padać deszcz i wtedy na szosie pojawia się, jak na jakiejś chińskiej akwareli, sznur ludzi pod kolorowymi parasolami. Skąd oni się tu tak nagle wzięli? Rozglądam się, ale nigdzie nie widać żadnego autobusu, nie przwieziono ich więc, sami przyszli. Nie wiem, skąd się wzięli, ale wiem, kto to. To tak zwani weekendowi pielgrzymi, tacy sami, jak ci, których tydzień temu spotkałam w Sahagun. Kolorowi. To słowo wymyślono w Zakopanem, określa tych w drogich ciuchach i z drogim sprzętem. Bo to wszystko, co sobie kupują, jest kolorowe jak domek Barbie. Tu na trasie weekendowicze też się odróżniają kolorystyką od reszty świata. Kobiety w żakiecikach i pantofelkach, dziewczyny z neseserkami. Podchodzę bliżej, przysłuchuję się – Hiszpanie. Wykrzykują zachwyceni, bo na łące wśród brązowych krów pasie się osiołek, a oni nie mają jeszcze zdjęcia z osiołkiem! Drażnią na maksa, ale są tak ogromną grupą, że idąc zwykłym tempem nie daję rady ich wyminąć. Przyspieszam i zaczynam brutalną przepychankę. Kończę niemal biegiem, przedzieram się przez tłum kolorowych, mijam jakieś trzy pielgrzymki z plecakami i, o rany!, jednego rowerzystę, co znaczy, że mam przyspieszenie jak Super Kwęk. Droga nagle zaczyna ostro podchodzić pod górę, tu wysiądą wszyscy, jak amen w pacierzu, ale co mnie to obchodzi, i tak ich wszystkich wyminęłam, pędzę, pędzę… Tak to ja, ta sama, która trzy tygodnie temu w drugiej połowie dnia wlokła się noga za nogą. Pędzę, przede mną Fonfria, knajpa, w której mam sobie odebrać plecak, wpadam i… hamuję jak Bugs Bunny. Plecaków jeszcze nie ma!