Nowa polska proza z Australii

Lech Milewski

Dieta rencisty – fikcja (na razie)

Bernie obudził się. Usłyszał miękki, regularny dźwięk dzwonka. Na ekranie migała data: 17 marca, godzina 7:00. Wyskoczył z łóżka czując lekki skurcz w żołądku – ostatni dzień pracy. Tymczasem na ekranie falowało zachęcająco logo gimnazjum. Ramka w lewym dolnym rogu zawierała podsumowanie:
Bernard M Scott – wiek 59, mężczyzna.
Wzrost 178 cm, waga 73 kilo.
Spalić 600 kalorii.
Bernie chwycił ręcznik i zbiegł na dół. Gdy wrócił po 45 minutach pływania i ćwiczeń w siłowni czuł silny głód. Spojrzał z pewną obawą na ekran.

Poranna porcja: 450 kalorii – informował ekran.

– Nie jest źle – mruknął Bernie podstawiając kubek pod kranik. Kubek napełnił się żółtawą papką.
– Nie było złe – potwierdził płucząc kubek wodą i wypijając resztki odżywczej substancji.
– Co też to mogło być? – zastanowił się – 524 albo 628.

APŻ – Automatyczny Program Żywienia to był projekt, z którego Bernie był najbardziej dumny. Ostatnie 5 lat spędził na programowaniu i testowaniu tego kolosalnego przedsięwzięcia, które zrewolucjonizowało ludzkie odżywianie. APŻ kontrolowało zapotrzebowanie każdego abonenta na energię, minerały i witaminy i dostarczało właściwą mieszankę do kranu w kuchni klienta.
Po kilku miesiącach rodzenia się w bólach, projekt okazał się wielkim sukcesem. Niewątpliwie przyczyniło się do tego poparcie rządu, który wprowadził system w armii i instytucjach rządowych. Wkrótce wielkie korporacje poszły za przykładem rządu i obecnie praktycznie wszyscy ludzie zatrudnieni w większych instytucjach oraz mieszkający w domach rencistów byli podłączeni do systemu.

Była już 8:28 gdy Bernie wreszcie połączył się ze służbowym portalem. Na ekranie wyświetliła się lista dziennych zadań:
12:30 Zakończyć pracę nad zadaniem 132
14:30 Sporządzić raport końcowy
15:00 Ceremonia pożegnania Bernie Scotta ( podwieczorek )
15:30 Koniec pracy.

– Pamiętają o wszystkim – westchnął Bernie z ulgą.
Spojrzał jeszcze raz na listę. A do tego jacy szczodrzy, prawie ćwierć dnia wolnego. No cóż chyba zasługuje się na jakieś względy po 35 latach pracy.
Przeczytał uważnie treść zadania 132 i pogrążył się w testowaniu jakiejś zawiłej funkcji. Praca szła gładko, czuł jak przez jego mózg przepływa przyjemna ciepła fala wysiłku i zadowolenia. Bernie lubił tę pracę i z pewnym lękiem myślał o czekającej go emeryturze.
Inni ludzie jakoś się przyzwyczajają, przyzwyczaję się i ja – dodawał sobie otuchy.
Bernie przypomniał sobie Franka. Ten gość cały czas po pracy spędzał w swoim wychuchanym ogródku. A odkąd przeszedł na emeryturę dwa miesiące temu, to hula po całym świecie. Ostatnia pocztówka jaką Bernie dostał od Franka była wysłana z Peru.
– Toż dwa miesiące temu Frank nie potrafiłby znaleźć Peru na mapie – zachichotał Bernie – doprawdy ludzie zmieniają styl życia, gdy przejdą na rentę.
Faktem było, że rząd mocno zachęcał ludzi do utrzymywania aktywnego trybu życia po przejściu na emeryturę. Ci którzy przenieśli wszystkie swoje oszczędności na rządowy fundusz emerytalny otrzymywali jako bonus 3-miesięczne wakacje zagraniczne w pełni finansowane przez rząd.
– Jak też człowiek się czuje, gdy nie korzysta z Automatycznego Programu Żywienia? – zastanawiał się Bernie. Toż to musi być bardzo niezdrowe i rujnujące żołądek, to żywienie w hotelach i restauracjach.
Była dopiero 11:25, gdy Bernie zakończył zadania na dzień dzisiejszy. Rozejrzał się ze zdziwieniem. A więc jestem już na emeryturze.
Zaczął przeglądać foldery i wyrzucać niektóre pliki. Zatrzymał się nad jednym ze swoich programów systemu APŻ, który uruchamiał moduł optymizujący mieszankę na następny posiłek. Szybko wprowadził swoje dane personalne, dzisiejszą datę, ustawił czas na 8:00 rano i uruchomił program.
Numer 628 – wyświetliło się na ekranie.
– A więc dobrze zgadłem co było na śniadanie – a co też mi dadzą na kolację?
Przestawił czas na 18:30 i nacisnął guzik.
– Numer 1371.
– 1371? – zdumiał się Bernie. A cóż to może być?
Ale nie było czasu na dalsze rozmyślania bo na ekranie pojawił się komunikat o lunchu.
Lunch – 300 kalorii (zredukowany ze względu na podwieczorek).
– O wszystkim pomyśleli dranie – mruknął Bernie napełniając kubek rzadką mieszanką. Nie chciało mu się nawet zgadywać, co też to mogło być.

Wrócił do pracy i właśnie zamykał końcowy raport, gdy terminal wezwał go do przełączenia się na tryb konferencyjny. Ekran był teraz podzielony na 3 sektory. Rumiana twarz Kena McCormicka uśmiechała się do Berniego z lewej strony, środkowa część ekranu była pusta zaś prawy sektor wypełniała lista nazwisk osób obecnych na ceremonii.
Drodzy koledzy – zaczął Ken i środkowa część ekranu zaczęła się z wolna wypełniać tekstem jego przemówienia. Bernie umieścił kursor na nazwisku Grega i pstryknął w klawisz myszy.
– Jak się masz Bernie? – zapytał Greg.
– A cóż za nudy.
– Nie bądź cyniczny Bernie, wszyscy cenimy twoją pracę.
– Zawracanie… – Bernie przerwał wpół słowa, bo Ken właśnie skończył i patrzył na niego z ekranu z wyrazem oczekiwania na twarzy.
Bernie pospiesznie przeleciał przez listę plików i nacisnął klawisz. Przez chwilę słuchał z niedowierzaniem nie poznając własnego głosu po czym rozluźnił się, bo jednak rozpoznał zdania swojego pożegnalnego przemówienia.
Gratulacje! Dobra robota! Trzymaj się Bernie! – życzenia przepływały przez ekran, każde w osobnym baloniku w kształcie chmurki. Długa lista podpisów przesuwała się na prawym marginesie.

Bernie zażądał wydruku. W tym samym momencie uśmiechnięta twarz Neil’a pojawiła się na ekranie.
– Hej Bernie, co będziesz teraz porabiać?
– Tak naprawdę to jeszcze nie wiem, ale na początek zrobię sobie dłuższą przerwę.
– Jeszcze jeden podróżnik, co? A pamiętasz Patryka? Właśnie dostałem od niego pocztówkę z Hiszpanii.
– Przy okazji, Neil – przerwał Bernie – Czy wiesz co to jest mieszanka 1371?
– Nie mam pojęcia ale te wszystkie numery powyżej tysiąca to specjalny program rządowy. A dlaczego pytasz?
– Nic takiego, właśnie sprawdzałem co będzie dzisiaj na kolację.
– Racja Bernie, jesteś już emerytem, na rządowej diecie. Coś ci powiem, ta dieta jest bardzo ekonomiczna. Bardzo.
Koniec przerwy – zamigotało na całą szerokość ekranu. Bernie wrócił do trybu pracy i wkrótce zakończył sesję.
– Jestem wolny – powiedział i rozejrzał się dookoła.
Walizka była już spakowana i wszystko gotowe do podróży. Nie pozostało nic do zrobienia. Przełączył terminal na tryb rekreacyjny. Sport, jakieś quizy, program dla dzieci. W sam raz dla dzieci i rencistów – pomyślał wyciągając się na kanapie.

Gdy się obudził, w pokoju było już ciemno.
– A to uciąłem sobie drzemkę – mruknął ze zdziwieniem.
– Jestem emerytem. – zadeklarował – aha, miałem zapytać Neil’a o tę rzadową dietę, przypomniał sobie Bernie i wystukał na klawiaturze nazwisko.
Terminal zajęty, zostaw wiadomość – odpowiedział komputer.
Bernie skasował połączenie i spojrzał na zegarek. Było już po siódmej i czuł głód.
– Musiałem chyba przespać komunikat o obiedzie – pomyślał. No cóż, spróbujmy tej rządowej papki. – Numer 1371, wyłaź! – zakomenderował Bernie wpisując zlecenie na posiłek na terminalu.
Bernard M Scott – wiek 60, mężczyzna
Wzrost 178 cm waga 73 kg.

Bernie czekał chwilę na wyświetlenie wartości energetycznej posiłku, ale nic więcej nie pokazało się na ekranie. Podstawił kubek pod kranem i obserwował jak brązowawa substancja wypełniła naczynie.
– Pachnie nieźle – zauważył – i smakuje nienajgorzej – dodał po pierwszym hauście.
Wziął duży łyk pokarmu i usiadł na kanapie.
– Nie jest złe – powtórzył.
I wtedy poczuł jak gorąca fala zbiera mu się w żołądku, rośnie, wznosi się do gardła, do mózgu…
– Numer 1371- wyszeptał Bernie z wysiłkiem i opadł na kanapę. Jego szklane oczy patrzyły martwo na ekran, na którym wyświetlała się instrukcja:
APŻ – podsumowanie: efektywność 100%
Zadania:
– usunąć ciało
– wydezynfekować pomieszczenie
– przekazać wszystkie przedmioty osobiste do magazynu
– wysłać pocztówki z trasy nr 17 na listę adresową nr 378.

DR2Autor tekstu dopisał w mailu co następuje:
Do akcji poderwal mnie Twój cykl – nowa polska proza. Wyobraź sobie, że i ja popełniłem dwa drobne utwory. Nie wiem, czy pierwszy z nich kwalifikuje się do tej kategorii, bo napisałem go po angielsku i nie jest nowy – został opublikowany w październiku 1988 roku w pismie Computing. Mało tego – wygrał nagrodę miesiąca – patrz tekst w ramce po lewej stronie. Kilka lat później przetłumaczyłem to na polski. Czytając teraz, stwierdziłem, że moje wizje technologii przyszłości nie są jeszcze przestarzałe. Załączam osobno ilustrację do opowiadania. Pewnie chronią ją prawa autorskie i nie można jej publikowac w blogu, ale Tobie pokażę.

A ja dodam: no trudno, może chronią ją prawa autorskie i nie można jej opublikować, ale w końcu robię tylko przedruk i proszę węszacza sieciowego o uwzględnienie jako okoliczności łagodzącej faktu, iż zrobiłam to dla honoru autora, rysownika i gazety!

Sady Pradziadka. Babcia Małgorzata (2)

1_Malgorzata_Doktorowicz-HrebnickaAndrzej Rejman

Babcia Małgorzata. Zabajkale

Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka, fot St. Doktorowicz-Hrebnicki ok. 1912

Biorę do ręki zapisane ołówkiem dzienniki babci Małgorzaty z podróży zabajkalskiej z lat 1913-1914. (Dla przypomnienia, podróżowała z mężem – Stanisławem, który na zlecenie Komitetu Geologicznego w Petersburgu prowadził badania oraz opracowywał mapy geologiczne na południe od jeziora Bajkał)

Po żmudnej redakcji wielu osób wspomnienia te zostały opublikowane przez Państwowy Instytut Geologiczny w Warszawie, ale czytanie ich w oryginalnej wersji jeszcze szybciej przenosi mnie o sto lat wstecz. W zeszycie znajduję pozostawione przez babcię zasuszone kwiaty i rośliny, skrawki rysunków…

2.dzienniki_zabajkalskie_Malgorzaty_HrebnickiejDzienniki zabajkalskie babci Małgorzaty

Czytam fragment o Buriatach i ich wierzeniach:

(20 lipca 1914 Zabajkale, rejon rzek Ubukun i Orongoj, płn-wsch od Jeziora Gęsiego)

…Po przyjeździe bardzo prędko zrobiła się burza. Ze wszystkich stron grzmiało, chmury szły w różnych kierunkach. Na koniec stanęły prawie, bo wiatru zupełnie nie było. Bardzo straszno, bo zupełnie cicho, deszczu ani kropli, a tymczasem pioruny łoskoczą. Jeden uderzył w ziemię o jakie półtorej wiorsty stąd. Deszcz zaczął padać już przy końcu i bardzo mało.

5._Zabajkale_Malgorzata_Hrebnicka_na_ulubionym_koniu_Babcia Małgorzata na koniu (pod tekstem drugie, podobne zdjęcie)

Dżamasaran* mówi, że u nich w książkach pisze na konto burzy tak: lata bóg Łun po niebie i ogonem macha (błyskawica). A ogon złożony z obręczy i stąd huk. Czasem spada, jak było razu jednego, tak że cielsko 2-wiorstowe zagrodziło całą rzeczkę. Potem jest taki rak, który połyka słońce, księżyc przy zaćmieniach, nowiu. To jest zemsta z następującego powodu: w niebie urny z ofiarną wodą pilnował pies, goły, bez sierści. Razu jednego zrobiło się mu bardzo zimno. Wtedy powiedział rak: „dam tobie skórę z sierścią, a ty mi pozwól podejść do ofiarnej urny”. Pies zgodził się i odtąd chodzi obrośnięty sierścią. A rak wypił wodę świętą i zachował się bardzo nieprzyzwoicie. Bogowie, zobaczywszy co się stało, bardzo przerazili się. Wylać zawartości urny nie można było, bo płyn trafiłby na ziemię i spowodował wielkie zniszczenie, gdyż był bardzo jadowity. Zebrali się bogowie na naradę, urządzili posiedzenie i koniec końców zdecydowali wypić płyn. W rezultacie twarze im trochę pociemniały. Jeden święty rozciął raka po połowie. Tylną część bardzo jadowitą, która upadła na ziemię, zmleli i z proszku tego zrobiły się meszki (z drobniejszych części), osy i inne (z bujniejszych), a także węże, w ogóle wszelkie żywioły trapiące człowieka. Rak teraz mści się, a że niema tylnej części, więc połknięte słońce, księżyc zaraz że znowu wychodzą w całości. Ziemia jest płaska, a ludziom dlatego zdaje się, że kulista, bo w ziemi jest magnes, który jeżeli płynąć na okręcie przyciąga strzałkę kompasa i tylko zdaje się, że okręt jedzie w tym samym kierunku, temczasem on zmienia takowy i przypływa do tego samego miejsca, zkąd wyszedł. Nic żyjącego nie możno zabijać, nawet mrówki, chyba nie chcąc, a także węża, bo chociaż ostatni i zabija człowieka swoim jadem, ale człowiek na przykład zarzyna baranów, a jego za to nikt nie zabija. Mniejszy grzech zabijać zwierzynę, ptaków z fuzyi, niż za pomocą kopanych jam i innych sideł, bo w ostatnim wypadku zabijanie liczy się od chwili postawienia pułapki aż do końca, a po wtóre zwierz zastrzelony omyli się i stanąwszy przed bogiem powie, że jego piorun zabił.

4_Zabajkale_oboz_fot_Stanislaw_Doktorowicz-HrebnickiDżamasaran obiecał lamie, że tylko do 50 lat będzie zajmować się myślistwem. Za to, że teraz poluje nie ma prawa rżnąć baranów, krów, w ogóle domowych zwierząt.

W religji ich tak samo jest przedstawienie o raju i piekle. Raj – ogród, gdzie dużo jagód i różnego jedzenia, nie gorąco, nie chłodno, nic nie trzeba robić. Piekło – kilkanaście więzień z różnemi mękami, gdzie piłują, wlewają płynny ołów do uszu tym, kto podsłuchiwał i t. p. Ludzie na tamtym świecie średniej grzeszności nie idą do piekła, a zamieniają się w różne zwierzęta, płazy.

3 „империи” (królestwa, przyp. mój): jedna, tam gdzie my żyjemy, druga nad nami i 3-cia pod nami, w których żyją tacy sami ludzie. –

___________________

*Dżamsaran – buriacki przewodnik

3._Malgorzata_Doktorowicz-Hrebnicka_na_koniu_

 

Metropolinnen zwischen Streit und Küche

Aśka & Reńka

askarenka
UNSER HELMUT

AŚKA: Weil das war so:

REŃKA: Aśka, kommt zurück, aus der Heimat, beladen mit echter Wurst mit Knoblauch und sauren Gurken, aufgewühlt wie die Ostsee im Sturm, und schon ab der Schwelle schreit sie:

AŚKA: Es wird keine Freundschaft zwischen unseren Völkern geben, nimmer und nie in der Welt! In dem Eurocity-Warszawa-Berlin-Express, an der Grenze, als die deutschen Zollbeamten kamen, normal, der Frost ist mir über die Knochen gegangen, weil ein Gemurmel ging durch den Zug, und alle Polen, die nach Berlin schmieren, flüsterten: „Gestapo, Gestapo.“

REŃKA: Aśka, mach keine Mistgabel aus einer Nadel.

AŚKA: Und auf dem Hauptbahnhof – dieses Poster, gross wie ein 3-Stock-Werk-Haus, und was steht drauf?

REŃKA: „Entdecke Polen, Polen ist nicht so wie du denkst“.

AŚKA: Reńka, das impliziert doch, dass jeder schlecht von Polen denkt, als wäre Polen ein komplettes Arsch und normal die dritte Welt. Und noch schlimmer, eine Deutsche hat zu mir gesagt: „Oh, Sie sind Polin, hätte ich nicht gedacht“ – und die dachte noch das ist ein Kompliment.“

REŃKA: Du Aśka, brüll nicht wie der Hund, wo sie ihm auf den Schwanz getreten sind, sonst hört noch dieser Helmut, was du über ihn sagst.

AŚKA: Dieser patentierte Deutsche, Baujahr 1933?

REŃKA: Genau, dieser unser Quasi-Nachbar aus der vierten Etage, ist unter uns gezogen, weil er nicht mehr soviel Treppen laufen kann.

REŃKA: Und Aśka überkommt die unbenannte, unbestimmte Angst.

AŚKA: Reńka, der ist doch ein Periskop und Seismograph. Wenn der wohnt direkt unter uns, kommt er ständig in unsere Bude, macht seinen privaten Blitzkrieg und schreit, dass wir trampeln, und polnisch reden, und das ist laut und überhaupt emotional, der ist doch wie diese Erika Steinbach – im Kleinformat.

REŃKA: Und Aśka greift zu einer Aldi-Tüte.

AŚKA: Reńka, hier, pack deine Kippen und unsere Katze – wir ziehen aus.

REŃKA: Aldi-Tüten zum Packen? Bin ich ein Penner?

AŚKA: Nicht Penner, aber Polin und nicht gerade up-to-date: die nennen hier die Alditüten „Polenkoffer“ – das ist doch allgemein bekannt. Los, beweg dich, worauf wartest du, auf Applaus?

REŃKA: Und Aśka schaufelt in ihre Alditüte alles was sie schafft:

AŚKA: drei Lockenwickler,

REŃKA: ihre Trockenhaube

AŚKA: weil die noch neu ist,

REŃKA: den Elefanten,

AŚKA: mit dem Rüssel nach oben, zuständig für Glück

REŃKA: den Espresso-Café

AŚKA: für teures Geld,

REŃKA: den Computer von dem sie sich nie trennt,

AŚKA: und zwei rosane Decken für das Ambiente.

REŃKA: Dich hat wohl in Polen ein Braunbär überfallen, der einzige der da noch lebt – wo sollen wir wohnen? Unter der Oder-Neisse-Brücke?

REŃKA: Aber Aśka rennt wie eine Ameise durch unsere Küche und die dritte Alditüte hat sie schon vollgepackt.

AŚKA: Aber Reńka hat vor nichts Angst,

REŃKA: und garantiert nicht vor so einem Helmut,

AŚKA: und damit Helmut es hört, lacht und trampelt sie wie das Militär. Reńka, hör auf zu gehen, und überhaupt zu atmen, sonst sagt Helmut, dass du ihm die Ruhe klaust, weil wir klauen doch alles, so hat es ihnen beigebracht dieser ihr Harald in diesem ihren Programm um Mitternacht:

REŃKA: „Willst du nach Polen fahren, dein Auto ist schon da.“ – Ha, ha, ha. Aśka, im Geiste dieses unseres polnischen Katholizismus: wir vergeben ihnen. Weil wir haben einen spezifischen Sinn für Gerechtigkeit: wenn wer hat, warum hab nicht auch ich? Darum haben wir den Deutschland-Protzwagen mitgehen lassen – was sollten wir machen, wenn wir waren arm.

AŚKA: Und auf einmal ein Geräusch,

REŃKA: dass Aśka vor Schreck ihre Polenkoffer fallen lässt,

AŚKA: wir gucken durch das Fenster – und da:

REŃKA: Helmut bis zum Gürtel in der Mülltonne

AŚKA: trampelt rum, auf diesem Müll, dass die Funken springen,

REŃKA: normal, wie ein Rumpelstielzchen.

AŚKA: Reńka, guck diesen Helmut an, er stampft den Müll zusammen und hofft, wenn er fleissig stampft, passt mehr rein und die Betriebskosten sinken. Wenn ein Pole sieht diesen Helmut-Geiz, bekommt er Kieferndruck.

REŃKA: Aśka, lieber du fühl dich ein, in diese seine Situation, weil normal diese Alliierten, haben ihm alles weggenommen, damit er nicht wieder Waffen machen kann, und jede Mark vier Mal von allen Seiten hat er angeguckt, bevor er sie ausgegeben hat. So hat er eben diese Geizsucht bekommen. Aber Aśka stopft Reńka die polnische Knoblauchwurst in den Mund, damit sie sich verstopft und endlich schweigt.

AŚKA: Das war doch seine eigene Schuld, nicht wir haben die Helmuts, sondern die Helmuts haben uns überfallen. Aber Reńka ist heute ganz pc und pädagogisch.

REŃKA: Aśka, du leidest an der Verstopfung nach diesem Krieg, aber ich jetzt, normal, werde die erste Ehrenpatronin der deutsch-polnischen Freundschaft, und verkünde die neue zwischen-nationale Amnesie.

AŚKA: Terefere und blablabla, dein Bewusstsein spaltet sich dir, weil selber sagst du: „Rede nicht deutsch in der Küche und nicht wenn ich koche, weil mir die Suppe verdirbt.“

REŃKA: Du sagst es, Aśka, hier ist das Schwein begraben, weil wir den Hass auf die Deutschen in die Wiege gelegt bekommen haben, aber mit gutem Beispiel schreite ich voran und den Helmut gleich begütige ich: ich bringe ihm die polnischen Gurken und Wurst und Wodka noch dazu und auf gute Nachbarschaftsbeziehungen werde ich mit ihm trinken bis wir beide unter den Tisch fallen, ganz nach polnischer Art! Aber Aśka nimmt die Wurst und die Gurken und versteckt sie in ihrem Bett, unter ihrer Bettdecke, und setzt sich obendrauf.

AŚKA: Nichts gibst du dem. Du weißt doch, wie die polnischen Weiber an der Grenze sagen: die Helmuts sind gekommen, wieder fressen sie uns alles leer. Heile endlich diese Krankheit der polnischen Seele, diese deine Gastfreundschaft!

REŃKA: Aber Aśka, wenn du ihn genau anschaust, diesen Helmut, von einem Polen unterscheidet er sich nicht, sogar den Schnurrbart hat er wie Walesa.

AŚKA: Wieso nimmst du den in Schutz, hat es dich verdreht oder was? Da wird Reńka ganz blass, weil sie alles kann, nur lügen kann sie nicht. Sie krabbelt unter den Tisch, und mit einem schwachen Stimmchen, wie der Vogel, der aus seinem Nest gefallen ist, flüstert sie:

REŃKA: Weil Aśka, eine deutsche Leiche in meinem polnischen Keller habe ich. Weil ich stamme doch aus Posen, und das war eine deutsche Stadt, und mein eigener privater Opa, mein Dziadzia, der wie ein Pflaster für meine Seele war, der war doch ein patentierter Deutscher. Und Aśka sieht aus, als träfe sie ein Schlag.

AŚKA: Dein Opa ein Helmut? Du, meine Reńka, die Slavin in Persona, bist eine Deutsche? Hätte ich nie gedacht.

REŃKA: Ja, Aśka, die Deutschheit habe ich mit der Milch meiner Mutter gesaugt. Und Aśka bekommt eine emotionale Überflutung.

AŚKA: Aber Reńka, wenn du auch ein Helmut bist, dann hat sich doch alles schon vermischt, und dann an dieser deiner zwischennationalen Amnesie beteilige ich mich.

REŃKA: Und Aśka holt aus ihrem Bett die Wurst, packt sie sogar auf einen Teller, und sie fliegt, normal, Richtung Tür, wie ein Torpedo, zu Helmut.

REŃKA UND AŚKA:

UND SO HAT REŃKA AŚKA WEICHGEKLOPFT UND SIE MIT
DEN HELMUTS VERSÖHNT.

Die kleine große Welt (11)

Monika Wrzosek-Müller

Dolomiti-Bruneck-Schifahren

Langsam gingen ihr die Ziele, die Zufälle und ihre kleine aber auch große Welt aus. Es gab natürlich Städte, die sie immer wieder mit Begeisterung besichtigte, aber das rutschte zu sehr ins Fremdenführer-Programm; sie war unentschlossen, sollte sie alles erfinden oder noch mal genauer ihre Erinnerungen durchforsten und nach wichtigen, prägenden Momenten suchen.

Was sie fand, war wenig sommerlich, auf jeden Fall abkühlend und vielleicht für den ganz heißen, schwülen Sommerabend bestimmt.

Es gab viele Winterreisen; sie waren freilich immer vom Schifahren geprägt, von langen weißen Pisten, von Gondeln, Sesselliften, Schihütten, von Menschenmassen mit und ohne Schier, mit und ohne Schihelme, mit Sonnenbrillen – und das war in fast allen Regionen, wo sie Schi gefahren war, gleich. Na ja, der Zustand der Pisten variierte manchmal; sie waren besser oder schlechter präpariert. Abends sah man beleuchtete Pistenraupen, die sich in atemberaubenden Höhen bewegten, dabei den Schnee vor sich her wälzten, alle Loipen und Pisten ebneten, glatt und makellos. Was für eine Wonne war das dann, wenn man am morgen als erster Schiläufer durch glatte, unberührte Pisten fuhr, seine Spur als erster hinterließ, in Schwüngen, in Kurven, in einem Takt, den dein Körper und der Untergrund dir vorgaben, nach unten sauste. Das war fast allen Schigebieten gemeinsam, immer fuhr man nach oben, sah sich die Landschaft rundherum an, der erste Blick auf die Bergspitzen und Täler manchmal mit Nebelschwaden unten und der Schifahrer oben auf dem Gipfel, über den Wolken, schwebend in der Gondel oder dem Sessellift, oder stehend und staunend über so viel Freiheit und Weite, befreit. So ein Schiurlaub gab ihr Kraft und Zuversicht für mindestens die nächsten zwei, drei Monate; fütterte den Körper aber auch die Seele mit Licht, das nicht nur von der Sonne kam, sondern auch von den weißen Pisten. Wie wohlig und schön müde fühlte man sich dann am Abend nach einem Tag oben auf den Brettern, die gar nicht mehr aus Holz sind, sondern irgendwelche High-Tech-Erfindungen, immer neu; mal kurz und breit, dann wieder länger und schmaler. Das wunderbare Gefühl der körperlichen Müdigkeit verbunden mit intensiver Durchblutung in der Höhe versetzte einen manchmal in einen Rausch, den die einen in viel Alkohol zu ertränken versuchten, die anderen in gesundem, ruhigem Schlaf, der ihr wie etwas Heiliges vorkam.

Ihr schönstes Schigebiet war in der Alta Badia in den Dolomiten. Sie wohnten zwar sehr unromantisch am Plan de Corones auf ladinisch, oder ganz plump am Kronplatz. Südtirol liegt schon auf der anderen Seite des Brenners, die Sonne schien hier heller, das Essen war unvergleichlich gut und es funktionierte wirklich alles. Das schöne Städtchen Bruneck/ Brunico im Pustertal lag ganz nah, man konnte einkaufen gehen, das Schloss mit dem von Reinhard Messner gegründeten Mountain Museum über Bergvölker besichtigen, in vielen Cafés vorzüglichen Kaffee trinken aber auch sehr schmackhafte Apfel- oder Topfenstrudel essen; es war alles da: die italienische Lässigkeit und Leichtigkeit verbunden mit der germanischen Ordentlichkeit und Perfektionismus.

Der Dolomiti-Superskipass war zwar teuer, aber er erlaubte jeden Tag auf anderen Pisten zu fahren, manchmal mehr als 50 Km, ohne ein einziges Mal auf denselben Ort zu treffen. Die Landschaften um Armenterola, Pedraches und Cinque Torri waren so schön, oft leer mit ein paar verlorenen Schifahrern, mit super organisierten Schihütten und wunderbar präparierten Pisten. Die längste Abfahrt vom Lagazuoi mit ihren 8, 5 Km auf der langen Schleife der Route um die Schauplätze der Schlachten des Ersten Weltkriegs war eine der abwechslungsreichsten, an fantastischen Ausblicken reichen Touren. Auch die Ausstellung über den Ersten Weltkrieg im Deutschen Historischen Museum Berlin konnte ihr nicht erklären, warum sich Österreicher und Italiener ausgerechnet dort so erbittert bekämpft hatten, in die schwindelnder Höhe mit steilsten Anstiegen. Für die Schifahrer wurde dann eine Gondelbahn gebaut, die einen ganz steil nach oben befördert; an der Gebirgswand waren die Spuren des Stellungskriegs zu sehen. Die Skitour machten sie mehrfach mit Freunden, beginnend mit dem Schlange stehen für den Ski Bus zum Lagazuoi, endend mit einer wunderbarem Runde mit Aperol-Spritz oder Kaffee auf der Terrasse des Luxushotels Armenterola. Es gab immer Sonnenschein, nicht immer genug Schnee, so dass man das letzte, flache Stück nicht mehr auf den Skiern bewältigen konnte, die hier von Pferden gezogen wurden, sondern sich in ein Sammeltaxi zwängen musste. Auf jeden Fall waren diese Gegenden reine Naturschönheiten: die rosa Granitfelsen, die in der Sonne manchmal rötlich leuchteten, und dann die eingefrorenen Wasserfälle, die in türkis-bläulichen Tönen schimmerten. Am Nachmittag wurde der Schnee oft schwerer, manchmal sogar matschig, die Beine mussten arbeiten, damit man vorankam.

Oft kamen mehrere Schipisten zusammen, so dass man aufpassen musste, wer aus welcher Richtung kam und wer Vorfahrt hatte. Plötzlich stieß sie mit jemandem zusammen, unerwartet und unkontrolliert, taumelte, rollte nach unten, ein Schi lag oben, die Bindung war aufgegangen. Mehrere Schifahrer standen um sie und einen jungen Mann herum. Jemand beschimpfte sie, dass sie von links kommend hätte aufpassen müssen, und überhaupt wo wäre denn ihr Skihelm. Der Ton war brüsk, fast unfreundlich, sie war sich eigentlich keiner Schuld bewusst; derjenige, mit dem sie zusammengestoßen war, saß still am Boden, es ging ihm aber gut. Der schimpfende Mann wollte ihre Personalien aufnehmen, sie wäre die Schuldige gewesen, der junge Mann wehrte ab. Da kamen schon ihre Freunde und der schimpfende Mann verstummte; es stellte sich heraus, es war ihr Wirt, der Besitzer der Pension, in der sie jedes Jahr während der Schiwoche wohnten. Gleich wurde die Tonlage geändert, der junge Mann stand auf, sie auch und alle zusammen fuhren sie ganz langsam nach unten und tranken einen Kaffee zusammen. Von Schuld oder Unschuld wurde kein Wort mehr gesprochen.

Nowa polska proza 2

Anna Rosner

Niektóre rzeczy się nie zmieniają

14 września 2014

Jakiś czas temu zorientowałem się, że mnie okradziono. Przyznaję, od kradzieży do chwili, w której ją zauważyłem, minęło kilka dni. Stało się tak dlatego, że nie sprawdzam codziennie stanu konta, choć może powinienem. Jestem starej daty i wiem, że błyskawicznie zorientowałbym się, gdyby ktoś włamał się do mojego mieszkania czy bezczelnie wyciągnął mi z kieszeni portfel. Do samej idei złodziejstwa internetowego jeszcze się nie przyzwyczaiłem.

Okazało się, że choć nie grywam w kasynach, moja karta została obciążona wpłatą do jednego z nich. Co więcej, był to wirtualny przybytek oferujący zatracenie się w rozmaitych grach hazardowych, których zasad nawet nie znam.

Szczęściem w nieszczęściu, konto które próbowano mi ogołocić mam tylko na potrzeby transakcji internetowych. Leży na nim nieco pieniędzy, ale jest to kwota niewielka, ot wystarczająca na kupienie książki czy jakiejś płyty. Resztę trzymam w innym banku. Może jestem staromodny, ale nie głupi. Przynajmniej nie aż tak…

Jak każdy myślący trzeźwo człowiek, kiedy już nieco ochłonąłem, zadzwoniłem do banku zastrzec kartę. Odsłuchałem kilku taktów dość irytującej melodyjki i komunikatu o tym, że rozmowa jest nagrywana. W końcu odezwał się automat:

– For English press zero. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kredytów gotówkowych, wybierz jeden. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kredytów hipotecznych, wybierz dwa. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kredytów samochodowych, wybierz trzy. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kart kredytowych, wybierz cztery. Jeśli chcesz połączyć się z konsultantem w sprawie spłaty rat, wybierz pięć. Jeśli chcesz sprawdzić stan swojego konta, wybierz sześć. Jeśli chcesz zgłosić awarię naszego portalu internetowego, wybierz siedem. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę dotyczącą lokat krótko- i długoterminowych, wybierz osiem. Jeśli chcesz zablokować kartę, wybierz dziewięć.

Bank twierdzi, że zablokowanie karty zajmuje góra minutę, widać chodzi im o inne minuty, niż te, które znam ja. Lekko zniesmaczony wcisnąłem dziewiątkę. Ze słuchawki popłynęła ta sama, radosna melodyjka – nowoczesna być może w okresie pierwszych komputerów.

– Przepraszamy, w tej chwili wszyscy konsultanci są zajęci, prosimy pozostać na linii lub zadzwonić później – usłyszałem po około dwóch minutach.

Choć kradzieży dokonano kilka dni temu, postanowiłem wykazać się uporem. Mogłem jeszcze wybrać się banku, ale w oddziale najbliżej mojego domu zawsze są kolejki. Lepiej już czekać z kubkiem kawy w ręce, niż wśród zirytowanych klientów.

Komunikat powtórzył się jeszcze raz. Gdy melodyjka po raz trzeci zbliżała się do końca, w słuchawce odezwał się kobiecy głos.

– Dzień dobry, Andżelika Winiarska, w czym mogę pomóc?
– Dzień dobry – odpowiedziałem odruchowo, choć wcale nie uważałem, że był dobry. – Chciałem zastrzec kartę.
– Rozumiem. A czy może jest pan zainteresowany naszą nową linią kredytów? Może pan dostać pożyczkę specjalnie dla pana sprofilowaną, pasującą do pana potrzeb i możliwości…
– Proszę pani – przerwałem jej. – Chciałem zastrzec kartę, okradziono mnie.
– Oczywiście. Proszę pana imię i nazwisko.

Przedstawiłem się i dorzuciłem na wszelki wypadek adres.

– Dziękuję. Jeszcze trzy pytania weryfikujące. Przepraszam, ale muszę mieć pewność, że jest pan osobą, za którą się pan podaje.
– Proszę… – westchnąłem, zastanawiając się, po co miałbym podawać się za kogoś innego i blokować nie należącą do mnie kartę.

Dziewczyna spytała o nazwisko rodowe mojej matki, moje drugie imię i o to, czy mam już kredyt hipoteczny. Bałem się powiedzieć, że nie, ale uznałem, że lepiej nie kłamać.

– Jeśli nie ma pan kredytu hipotecznego – zareagowała błyskawicznie, – może być pan nim zainteresowany. Widzę w komputerze ile ma pan lat, ma pan także regularne dochody. Czas najwyższy kupić sobie mieszkanie, a z naszymi kredytami…
– Proszę pani, ja już mam mieszkanie.
– Rozumiem. Z pewnością przydałoby się panu drugie – skwitowała.
– A po co? – spytałem z czystej ciekawości. Nigdy nie przeszło mi przez głowę, że mogę potrzebować drugiego mieszania, ale może jest coś, o czym nie wiem?
– Własne mieszkanie, nie wynajmowane i nie należące do kogoś obcego, to skarb. Nikt pana nie kontroluje, nie zabrania remontów czy przemeblowania. Jest pan po prostu, że tak powiem, na swoim!
– Ale ja już mam własne mieszkanie. Pytam, po co mi drugie?
– Zawsze może się przydać – odpowiedziała krótko i rzeczowo.

Może uznała, że mam żonę i potrzebuję miejsca, w którym mógłbym się spotykać z kochanką? Tylko, jeśli byłbym żonaty, jak zdołałbym przed nią ukryć fakt wzięcia kredytu na mieszanie dla kochanki? Czy nie tak zaczyna się przynajmniej część filmów dokumentalnych na kanałach telewizji typu Discovery Investigation?

– To ja przedstawię panu naszą ofertę.
– Proszę pani – wypaliłem, nie chcąc marnować ani mojego, ani jej czasu. – Ja nie chcę kredytu. Chciałem zastrzec kartę, której użyto bez mojej wiedzy.
– Rozumiem. A czy ma pan pewność, że karty nie użyły na przykład pańskie dzieci?
– Mam. I to absolutną. Nie mam dzieci, przynajmniej tak mi się wydaje.
– No, to może żona?
– Nie mam żony.
– W takim razie może rodzice?
– Proszę pani…
– Jeśli mieszka pan z rodzicami, mamy szeroką ofertę kredytów hipotecznych…
– Proszę pani – rzuciłem nieco głośniej i ostrzej, niż chciałem. – Czy może pani zablokować tę kartę? Ktoś użył jej do wykonania transakcji elektronicznej bez mojej wiedzy.
– I to nie był pan?
– Nie… To nie byłem ja – warknąłem. Rozmowa nieco mnie przerażała i, szczerze powiedziawszy, dobijała. Wiedząc już, jakim torem krążą przynajmniej niektóre z jej myśli, szybko dodałem:– Nie były to też moje dzieci, moja żona, ani rodzice.
– Rozumiem. Już blokuję.
– Dziękuję…

Już miałem skończyć rozmowę, kiedy przyszło mi do głowy, że mógłbym od razu załatwić jeszcze jedną sprawę. Być może przemawiała przeze mnie naiwność, rozbudzona tym, że już po kwadransie karta była zablokowana? Może po prostu nadmierny optymizm? Nie wiem. Po prostu nagle z moich ust padło pozornie niewinne pytanie:

– A czy przy okazji może pani ustawić w systemie prośbę o wystawienie mi nowej karty?
– Do jednego konta przysługuje tylko jedna karta. No, chyba że chce pan kogoś uprawomocnić do konta. Na przykład żonę, rodzica, albo pełnoletnie dziecko.
– Proszę pani, zablokowała mi pani kartę. Chcą po prostu drugą, w miejsce pierwszej.
– Rozumiem. A czy tę zablokowaną panu skradziono?
– Nie, mam ją przed sobą. Ktoś pewnie przechwycił jej dane, a potem użył. Nie wiem, może skorzystał z danych zostawionych przeze mnie na jakiejś stronie, może zeskanował w jakiejś restauracji…
– Rozumiem. Oczywiście możemy to zrobić, ale musi pan przyjść do naszego oddziału z dokumentem z komendy. Chodzi o przyjęcie zgłoszenia o kradzieży i rozpoczęciu dochodzenia. Takie procedury. Przy okazji dodam, że z takim dokumentem może pan wypełnić wniosek o zwrot skradzionej kwoty. Gdyby ukradziono panu kartę, nic z tego by nie wyszło, ale jeśli przedstawi ją pan w banku, procedura będzie mogła zostać otwarta. Oczywiście rozpatrywanie potrwa zapewne około kwartału, ale zawsze warto napisać takie coś. Pana to nic nie kosztuje, a jeśli to rzeczywiście była kradzież, bank będzie musiał oddać panu pańskie pieniądze. Zresztą, pewnie pan o tym nie wie, bo taka informacja jest niedostępna z profilu klienta, ale ja tu mam wyświetloną informację, że ta wpłata, którą pana obciążona, była piątą próbą z tą kartą. Wcześniejsze opiewały na zbyt wysokie kwoty, tylko ostatnia została zrealizowana.
– Ja to? – spytałem szczerze zainteresowany. Zaskoczyła mnie, że rozgadała się na inny temat, niż kredyty hipoteczne.
– Wszystko działo się w euro. Ktoś próbował najpierw wpłacić tysiąc pięćset, potem tysiąc, pięćset i dwieście. Dopiero przy ostatniej próbie, tej na pięćdziesiąt, okazało się, że miał pan dość środków, żeby wpłata się udała. Udostępnimy te dane policji, kiedy zwróci się do nas o szczegóły. Jeśli zgłosi pan sprawę, będą musieli się do nas odezwać.
– Dziękuję za informację – powiedziałem i rzeczywiście byłem jej wdzięczny. – Co prawda to niewielka kwota, ale taka możliwość bardzo mnie cieszy. Tak jak i to, że nie miałem na tym koncie więcej.
– Cóż, kwota nie jest imponująca. Przepraszam, że tak mówię, w końcu każda złotówka się liczy, ale w zeszłym tygodniu rozmawiałam z kobietą, której ukradziono kilkanaście tysięcy.
– No tak, przy niej moja sprawa to pikuś – przyznałem.
– Mam nadzieję, że się panu uda odzyskać pieniądze. Bank stać na to, żeby je panu zwrócić. Nie puści ich pan z torbami, a szczerze panu powiem, że lubię, jak muszą komuś oddać pieniądze. Wszyscy bankowcy to skur… dranie.

Nie bardzo wiedziałem, jak zareagować na takie wyznanie. Po rozmowie z infolinią spodziewałem się wielu rzeczy, ale nie tego. W końcu, żeby przerwać milczenie, powiedziałem pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy:

– Wie pani, że rozmowa jest nagrywana? Był o tym cały komunikat.
– Ach tak, wiem, ale niech się pan nie przejmuje. My te nagrania kasujemy, żeby klient nie mógł złożyć zażalenia. Pan napisze skargę, poda moje nazwisko i godzinę rozmowy, a potem okaże się, że akurat aparatura rejestrująca nawaliła. Bank dba o swoje, za moje zachowanie nikt panu odszkodowania nie wypłaci, chyba że sam pan nagrywa.
– Nie, nie nagrywam – odparłem, w lekkim szoku. Przyznaję, byłem naiwny wierząc w to, że rzeczywiście mnie nagrywają.
– No, to jestem kryta – roześmiała się. – Pan też. Pan się nie przejmuje tymi komunikatami, pic na wodę fotomontaż. Ale wracając do sprawy, musi pan iść na komendę i złożyć zawiadomienie. Tam dadzą panu taki świstek, że wszczęli dochodzenie. Z tym przychodzi pan do nas, prosi o wydanie nowej karty i jednocześnie zgłasza skargę na wadliwe zabezpieczenie tej starej. Oczywiście musi pan tę zablokowaną kartę pokazać, żeby udowodnić, że jej nie skradziono. Od siebie dodam, że skuteczność postępowania wynosi około osiemdziesięciu procent.
– Bardzo pani dziękuję. Miło wiedzieć, że pracownicy banku udzielają i takich informacji. Wyobrażałem sobie, że szczegółowe opowiadanie o takich procedurach nie jest zalecane, a tu taka niespodzianka.
– No i miał pan rację. Generalnie mówią, żebyśmy o tym nie rozpowiadali, ale odkąd nasze płace zależą od ilości udzielonych kredytów, mam to w dupie. Tak jak i moi koledzy. Wie pan, oni z nami pogrywają, to my z nimi też.

Pożegnałem się z panią Andżeliką i uznałem, że około połowy pracy już za mną. Pozostało iść na policję, zgłosić wszystko, dostać kwitek i wpaść do banku. Nie miałem pojęcia ile emocji tego dnia jeszcze mnie czekało…

* * *

Komenda rejonowa (jak to się pięknie nazywa) odpowiednia do mojego miejsca zamieszkania, znajduje się około pięciu minut spacerkiem ode mnie. Wrzuciłem do plecaka książkę, przygotowany na to, że mogę spędzić chwilkę w poczekalni, butelkę wody, nieszczęsną kartę i wydruk ze strony internetowej banku. Przygotowany, jak mi się wydawało, najlepiej jak mogłem, ruszyłem na spotkanie stróżów prawa. Przyznam, nieco się denerwowałem, ale każdy czułby się nieswojo w czasie pierwszej wizyty w takim miejscu. Do tej pory miałem do czynienia z mundurowymi tylko w czasie kontroli na drodze i raz, gdy zaczepiłem patrol, by powiedzieć, że za rogiem ulicy kilku wyrostków demolowało przystanek tramwajowy. Wtedy nawet nie poprosili o moje dane, żeby mnie później przesłuchać.

Komisariat mnie nie rozczarował. Okazał się jednocześnie miejscem fascynującym, nieco surrealistycznym i przerażającym. Wchodząc tu nie miałem pojęcia, w jak niebezpiecznym mieście mieszkam. Teraz już wiem i żyję w przekonaniu, że jestem szczęśliwcem. Nie tylko dlatego, że przez tyle lat nie padłem ofiarą żadnego „poważnego przestępstwa”, ale i dlatego, że miałem okazję posiedzieć na komendzie i zapoznać się z „materiałami prewencyjnymi”.

Za przeszklonymi drzwiami wejściowymi znajdowało się niewielkie pomieszczenie. Stały w nim dwa stoliki i kilka krzeseł. Po przeciwnej stronie dyżurował posterunkowy, dla bezpieczeństwa oddzielony od poszkodowanych, zgłaszających przestępstwa i wykroczenia, kuloodporną szybą – w końcu jak prewencja, to prewencja! Były też drzwi prowadzące w głąb komendy, nie przeszklone, za to wyposażone w panel wymagający wprowadzenia specjalnego kodu.

Stanąłem w kolejce do posterunkowego i czekałem grzecznie na swoją kolej. W międzyczasie siwiejący jegomość opowiadał mu o tym, jak bardzo go prześladowano:
– Proszę pana, panie sierżancie, te gówniarze żyć mi nie dają! Głośna muzyka cały dzień! Wieczorami mażą po klatce schodowej. Wczoraj śmietnik spalili! Chciałem złożyć na nich donos! Jestem dozorcą tego domu i to na mnie spoczywa odpowiedzialność za śmietniki. Wie pan, jakie teraz będę miał problemy?
– A ma pan pewność, że to oni podpalili?
– A kto inny? Panie sierżancie, nie urodziłem się wczoraj! Ja dobrze wiem, że to oni!
– Dobrze, niech pan usiądzie i wypełni druczek. Potem mi go pan odda i jak tylko któryś z policjantów będzie wolny, wezwie pana do złożenia zeznań.
– Dobra – rzucił siwowłosy i szybko dodał: – To znaczy kiedy? Bo wie pan, żona z obiadem czeka! Za godzinę powinienem być w domu!

Policjant wskazał palcem na grupkę czekających petentów i znudzonym głosem poinformował go, że może wyjść przed budynek i zadzwonić do żony, albo wrócić z wypełnionym papierzyskiem później.

Siwowłosy odszedł do jednego ze stolików i zaczął wypełniać. Jegomość przede mną zbliżył nos do niewielkiego otworu w szybie i wymamrotał:

– Żem się zgłosić miał…
– Dowód pan da.
– Co?
– Dowodzik!

Mężczyzna zerknął na mnie z ukosa, jakbym chciał mu wyrwać plastikowy dokument tożsamości, podał go policjantowi i dodał:

– Żem się zgłosić miał. Nakaz mam.
– Zgadza się, tyle że wczoraj się pan miał zgłosić. Dlaczego wczoraj pan nie przyszedł?
– Żem nie mógł, nie?
– A dlaczego? Jest pan niepracujący, na warunkowym. Co ma pan ważniejszego od odwiedzania nas co drugi dzień?
– Panie, z kolegami żem się spotkał, nie? Popiliśmy i żem się zapomniał…
– Tak? A gdzie się wczoraj było? Koło dziewiętnastej? Nie w monopolowym na rogu?
– Ja? Nigdy! To tam jest jakiś monopolowy?
– Dobra, dowodzik zatrzymuję, a wy tu poczekacie na przesłuchanie.

Mężczyzna, klnąc na czym świat stoi, odtoczył się na ostatnie wolne krzesełko, a posterunkowy zatrzasnął mi drzwiczki, chroniące otworki w szybie, przed samym nosem. Odwrócił się do kolegi, sprawdzającego coś w dokumentach:

– Przyszedł Pietraszewski, weźcie go z Mieciem i przemaglujcie. Wczoraj ktoś obrobił monopolowy, ten na rogu. Rysopis się zgadza, wykrywalność nam wzrośnie.

Kolega posterunkowego odłożył papiery, naciągnął na głowę czapkę z orzełkiem, i ruszył szukać tajemniczego Miecia. Posterunkowy zaś wrócił na swoje krzesło, ciężko westchnął i otwierając ponownie okienko, rzucił:

– Co się stało?
– Dzień dobry – zacząłem, ale nie doczekałem się odzewu. – Chciałem zgłosić kradzież.
– Samochód, kieszonkowa czy włamanie?
– Włamanie na konto przy użyciu karty. Przez internet.
– Łatwo nie będzie, od razu uprzedzam – rzucił, szukając odpowiedniego formularza. – Dowodzik pan ma?

Podałem mu dokument i wziąłem papier z nagłówkiem zgłoszenie przestępstwa cyfrowego/internetowego.

– Proszę – powiedział oddając i dowód – niech pan usiądzie i wypełni druczek. Zaraz ktoś pana wezwie. Druczek da pan przesłuchującemu.

Podziękowałem i ruszyłem wypełniać formularz. Wszystkie krzesła były zajęte, stanąłem więc pod ścianą i wyciągnąłem z plecaka książkę. Użyłem jej jako podkładki i wypełniłem wszystkie rubryczki – imię, nazwisko, adres, pesel, karalność, ilość wyroków, paragrafy z których mnie skazano, ewentualne miejsce odbywania wyroku… Zupełnie, jakby z góry zakładali, że byłem karany. Nie było możliwości zaznaczenia „pierwsza wizyta na komisariacie”.

Gdy skończyłem, rozejrzałem się uważniej po pomieszczeniu. Praktycznie całą powierzchnię ścian szczelnie wypełniały korkowe tablice z przyczepionymi plakatami. Najbardziej uroczy wydał mi się ten, informujący o wyborach dzielnicowego roku. Głosować można było na komendzie. Może nawet bym się skusił, ale nie mam pojęcia, kto jest moim dzielnicowym. Zawsze wydawało mi się, że poznaje się go wtedy, kiedy ma się problemy z prawem. Jeśli wszystko jest w porządku, raczej nie mają zwyczaju składać wizyt obywatelom. Mnie przynajmniej nigdy żaden nie zaszczycił… Może głosują na nich poszukiwani? Albo recydywiści?

Interesujący był też ten o możliwości przebadania na komendzie alkomatem. Zgadzam się z tym, że nie należy prowadzić pod wpływem – to dość oczywiste. Plakat nie byłby tak śmieszny, gdyby nie doczepiono do niego informacji o tym, że najbliższy dostępny publicznie alkomat znajduje się w Piasecznie. Dwadzieścia minut jazdy i już wiesz, czy możesz jechać dalej!

Tam, gdzie nie było plakatów, przymocowano stojaki na ulotki. Jedne były mniejsze, inne większe. Od informacji dla maltretowanych żon i ofiar gwałtów aż po poradnik postępowania w przypadku dokonania „zatrzymania obywatelskiego”. Okazuje się bowiem, że myli się ten, kto uważa, że takiego zatrzymania dokonuje się w odruchu poczucia odpowiedzialności cywilnej. Jest to rzecz, do której należy się skrupulatnie przygotować.

Wziąłem jedną z nich, z planem późniejszego przejrzenia. W końcu lepiej wiedzieć jak się zachowywać w takiej sytuacji, niż działać „na wariata”. Nie planuję nikogo zatrzymywać, zawsze wydawało mi się sensowniejsze zadzwonienie po patrol, albo spisanie numerów rejestracyjnych, ale już wiem, że rzeczywistość potrafi zaskakiwać ludzi nieprzygotowanych.

Zaraz obok obwieszczenia o półkoloniach policyjnych dla nastolatków znalazłem wydruki ze strony z najgroźniejszymi, poszukiwanymi zbrodniarzami. Wszyscy wyglądali tak, jakby okradziono ich z uroku osobistego zaraz po urodzeniu. Najszkaradniejszy podejrzewany był o przestępstwa matrymonialne. Do tablicy przypięto też wizerunki kilku morderców, gwałcicieli i rabusiów. Fakt, wyglądali podejrzanie, trzeba im to przyznać. Niesymetryczne oczy, niedopasowane nosy, włosy jak teatralne peruki i czoła wskazujące na wodogłowie. Myślę, że zamiast zajmować się poszukiwaniem tych ludzi, komendant powinien zastanowić się nad możliwością zatrudnienia innego grafika.

Przy klawiaturze numerycznej, pilnującej dostępu do reszty komendy, zauważyłem słuchawkę. Nie był to cały aparat, lecz słuchawka z kablem wychodzącym ze ściany. Obok znajdowało się kilka istotnych porad dla tych, którzy chcieliby skorzystać z telefonu. Przeczytałem je od deski do deski i nie mogłem wyjść z podziwu. Policja myśli o wszystkim, nawet o tym, że może odwiedzić ich ktoś, kto nigdy z takiego urządzenia nie korzystał.

Uwaga, telefon wewnętrzny. Jeśli chcesz zadzwonić, podnieś słuchawkę i wybierz numer wewnętrzny. Numer poda oficer dyżurny – przygotuj nazwisko oficera zajmującego się Twoją sprawą i dowód tożsamości. Jeśli numer jest zajęty, trzeba spróbować za chwilę, ponieważ z pewnością ktoś przez ten telefon rozmawia. Jeśli usłyszysz sygnał, oznacza to, że numer nie jest zajęty i ktoś za chwilę odbierze. Jeśli nie odbiera, trzeba spróbować za chwilę, ponieważ z pewnością ktoś wyszedł na chwilę z pokoju.

Zanim mnie wezwano, zdążyłem zapoznać się ze wszystkimi informacjami. Wiem już, co grozi za obrazę funkcjonariusza na służbie jak i to, że każdy funkcjonariusz jest na służbie całą dobę, nawet na urlopie. Wiem, co trzeba zrobić, żeby dostać pozwolenie na broń i że otrzymanie takowego graniczy z cudem. Wiem jakie są statystyki i wykrywalność kradzieży samochodów, włamań i morderstw w całym mieście (ze szczególnym uwzględnieniem mojej dzielnicy). Zapoznałem się ze wszystkimi telefonami zaufania i możliwością zgłoszenia kogoś do projektu rodziny patologicznej (niestety, nikt nie przewidział nagrody za patologiczną rodzinę roku). Dowiedziałem się, że bimber szkodzi – nie tylko na wzrok, ale i życiorys, w przypadku wykrycia produkcji i aresztowania. Dowiedziałem się jak rozpoznać prawdziwą odznakę od fałszywki i czym powinny charakteryzować się policyjne mundury. Ale nie skorzystałem z możliwości oznakowania roweru, sprawdzenia czy mój samochód nie był kradziony i czy nikt nie używa mojego routera do ściągania niedozwolonych treści pornograficznych. Teraz zastanawiam się, czy to nie był błąd, ale nie mam zamiaru wracać na komisariat, póki ktoś mnie do tego nie zmusi.

W końcu tajemnicze drzwi otworzyły się i młoda policjantka zawołała mnie po nazwisku. Jak w szkole, kiedy matematyczka wywoływała do tablicy…

– Dzień dobry – powiedziałem z przyzwyczajenia. – To ja, chciałem zgłosić…
– Proszę za mną, przejdźmy do pokoiku.

Takiej propozycji nie mogłem odmówić. Ruszyłem za nią, podziwiając stan komendy. Ze ścian łuszczyła się farba i odpadał tynk, połowa jarzeniówek nie działała. Nie widziałem też ani jednego plakatu, widać wszystkie powiesili tak, by umilić czas ludziom w poczekalni. Korytarz był praktycznie pusty, jedynymi osobami poza nami była starsza pani o kulach i towarzyszący jej młody policjant. Kobieta wyraźnie protestowała, a on przepraszając tłumaczył, że w komendzie nie ma windy, a zdjęcia podejrzanych można przeglądać tylko na drugim piętrze.

– Pan wejdzie – odezwała się w końcu pani oficer, mająca się mną zająć. Przytrzymała mi też drzwi, na których powieszono tabliczkę z wygrawerowanym „wydział do spraw walki z cyberprzestępczością”.

Myślałem, że trafiłem w odpowiednie miejsce. W końcu padłem ofiarą przestępstwa w cyberprzestrzeni. Kilku funkcjonariuszy znających się na komputerach z pewnością szybko zdołałoby ustalić, jak doszło do kradzieży. Przy odrobinie szczęścia może nawet udałoby się im złapać dowcipnisia? W końcu ciągle się słyszy, że anonimowość w internecie to mrzonka. Jasne, nie spodziewałem się pokoju pełnego monitorów, ludzi walących w klawiaturę z prędkością światła i mnóstwa migających światełek. To, co ujrzałem, nieco mnie zaskoczyło.

Kobieta usiadła za biurkiem i powiedziała:

– Niech pan siada. Starszy aspirant, Magdalena Obłokowska, spiszemy zeznania i zobaczymy, co da się zrobić.
– Oczywiście… Ma pani zamiar pisać ręcznie?
– A widzi pan tu gdzieś jakiś komputer?
– Nie – przyznałem, choć nie spodobał mi się jej drwiący ton głosu.
– Podejrzewam, że spotkał się pan z powszechną opinią o niedofinansowaniu służb mundurowych, prawda? Otóż nasza komenda stanowi tu jaskrawy przykład problemów finansowych całego sektora – ciągnęła, wyciągając z szuflady ozdobiony pstrokatą okładką szkolny zeszyt i ołówek. – Procedura jest prosta. Spiszę pana zeznania, przeczyta je pan potem i podpisze się pod nimi.
– Mam dyktować?
– Tak. Unikamy w ten sposób nieczytelnego pisma, kiedyś prosiliśmy każdego, żeby sam pisał, ale to się nie sprawdza. Następnie prześlę te dokumenty do stażysty, który wprowadzi je do komputerowego formularza. Po zatwierdzeniu formularz prześlemy do centrali walki z cyberprzestępczością i tam się panem zajmą. Rozumie pan?
– Chyba tak… Ile trwa taka procedura?
– Za około miesiąca dokumenty powinny dotrzeć do odpowiedniej komendy. Nie wiem ile spraw mają koledzy, ale nie spodziewałabym się na pana miejscu szybkiego rozwiązania problemu.
– Rozumiem. A zaświadczenie o wszczęciu postępowania? Wie pani, bank czegoś takiego potrzebuje.
– Ach, takie coś mogę panu od ręki wystawić, nie ma problemu, ale najpierw spiszemy zeznania. O jakiej kwocie mowa?
– Pięćdziesiąt euro – przyznałem, a ona spojrzała na mnie wzrokiem wyrażającym coś z pogranicza litości i niedowierzania.
– I chce się panu takie coś zgłaszać?
– Zostałem okradziony – odparłem po chwili, gdy udało mi się dojść do siebie. – Uczono mnie, żeby w takich sytuacjach zwracać się do stróżów prawa. Bank twierdzi, że może zwrócić mi skradzioną kwotę, co uważam za sprawiedliwe i zamierzam się o to ubiegać. Problem w tym, że potrzebuję od państwa odpowiedniego kwitka, który umożliwi wszczęcie procedury.
– Ja to wszystko rozumiem, ale wie pan, po pierwsze szanse na ustalenie sprawcy są niewielkie, po drugie z taką kwotą sprawa zostanie prawie natychmiast zamknięta z powodu niskiej szkodliwości czynu. Bank może panu te pieniądze odda, ale tylko dlatego, że kwota jest niewielka. Oni na tym praktycznie nic nie tracą, a pan, opowiadając znajomym o ich zachowaniu, zrobi im lepszą reklamę niż najlepszy reżyser i najdroższy aktor w godzinach najwyższej oglądalności telewizji.

Posłałem jej spojrzenie z pogranicza obrazy funkcjonariusza na służbie. Zrozumiała, że wytrąciła mnie z równowagi i rzuciła:

– Jeśli chce pan zgłaszać, lepiej żeby miał pan świadomość, jak to się skończy.
– Mam ją – przyznałem, choć moja wiara w sprawiedliwość została mocno podkopana.
– W takim razie pozwoli pan, że pouczę pana o karze za składanie fałszywych zeznań – mruknęła, podsuwając mi zalaminowany kartonik z adekwatnym paragrafem. – Był pan karany? Jeśli tak, proszę podać paragraf, rok skazania, miejsce odbywania wyroku i jego długość.
– Szczęśliwie nie byłem…
– To widać…

Przez kolejne dwie godziny odpowiadałem na jej pytania, a ona skrupulatnie spisywała każde moje słowo. Dobrze, że mam komórkę z dostępem do internetu, bo jak się okazało, kilka razy musiałem sprawdzić to i owo w sieci – między innymi adres strony kasyna, w którym nigdy nie grałem. Pod koniec rzeczywiście dała mi chwilę na przeczytanie zeznań. Pod ostatnim zdaniem dopisała „transkrybcja st. asp. M.O.” Postanowiłem zachować obywatelską postawę i nie zwracać policji uwagi na ortografię. Niektóre rzeczy się nie zmieniają. Tak samo było kiedyś, tak samo jest teraz. Pewnie mają tyle niedziałających jarzeniówek na korytarzu, bo „na miejscu jest zbyt mało policjantów, by wkręcić żarówkę”.

Pytaniem pozostaje czy zmarnowałem ten dzień, czy nie. Wszystko zajęło mi tyle czasu, że nic już tego dnia nie zrobiłem… poza kupieniem butelki czegoś wysokoprocentowego i obejrzeniem filmu o mafii. Nie napisałem artykułu, który miałem napisać. Nie spotkałem się z kolegami z pracy, nie uzgodniłem z nimi kilku ważnych rzeczy. Jednak bank po zaledwie czterech miesiącach oddał mi moje pieniądze, co sprawia, że uznać można, iż w jeden dzień zarobiłem pięćdziesiąt euro. Pokręcona to logika, a kredytu hipotecznego i drugiego mieszkania nadal nie mam.

Kupała w Skiroławkach

Poprosiłam Zbyszka Milewicza, naszego specjalistę do spraw cielesnych, żeby przygotował jakiś wpis na Kupałę, a ten wykpił się na całej linii, napisał mianowicie: Ewuniu, nie napiszę nic na święto Kupały, bo kawał lenia ze mnie. Chciałem podeprzeć się prozą Zbigniewa Nienackiego, który w Raz w roku w Skirolawkach dał bardzo soczysty obraz tych pogańskich obrzędów, ale nie mogłem nigdzie znaleźć jego książki. Może Tobie by się udało, w Berlinie.

Porządnemu redaktorowi naczelnemu zawsze się udaje spełnić życzenia swoich autorów. Opis wprawdzie nie jest tak soczysty, jak to Zbyszek zapamiętał, ale proszę bardzo, przypomnijmy sobie niewinny świat PRL (był rok 1983!), w którym Skiroławki zakwalifikowane zostały jako ubrana w pozory literatury pornografia. I tak to zapamiętaliśmy, seks na każdej stronie… Ach.

Zbigniew Nienacki

Raz w roku w Skiroławkach
Rozdział 34
O kwiecie paproci i krótkiej chwili szczęścia

Z początkiem czerwca w Skiroławkach noc trwa już zaledwie niecałe osiem godzin, przez co — zdaniem proboszcza Mizerery — diabeł ma mniejszy dostęp do człowieka, gdyż jako Król Ciemności lubi przede wszystkim mrok nocny. Tedy zaraz po święcie Bożego Ciała Mizerera bierze urlop i wyrusza nad morze, gdzie wdycha zapach jodu. W tym czasie duszpasterstwem zajmuje się wikary oraz częściej niż zazwyczaj przyjeżdża pastor Dawid Knothe i po okolicznych wioskach w prywatnych domach lub kaplicach odprawia swoje protestanckie nabożeństwa. Bóg jest bowiem jeden, natomiast zło jawi się w rozmaitych postaciach i na wszelkie sposoby należy z nim wojować. Umówił się więc proboszcz Mizerera z pastorem Knothe, że gdy któremuś z nich urlop się przydarzy czy choroba albo, jak to było w przypadku pastora, że na uniwersytecie przewód doktorski otworzył o pieśniach ludowych zebranych przez pastora Gizewiusza, jak nie jeden, to drugi będą dbali o to, aby do ludzkich serc nie wkradło się zwątpienie czy niewiara.

Myliłby się bowiem ten, kto by sądził, że Szatan tak zupełnie w czerwcu próżnuje. Czy to nie koło świętego Jana zdarzają że od wieków wśród ludu rozmaite zberezeństwa, panny łatwiej tracą cnotę, a mężatki chętniej decydują się na zdradę swych mężów? Tak mówi tradycja, którą szanuje pisarz Lubiński, choć doktor Niegłowicz odrobinę z niej pokpiwa, twierdząc, że kobieta przez cały rok wytwarza ciała naukowo zwane ciałami rujotwórczymi, tedy cały rok skazana jest na cielesne pokusy, ale w czerwcu są one po prostu bardziej widoczne, gdyż noc trwa krócej i ciemność ich nie osłania. Kto ma rację -trudno tę sprawę rozstrzygnąć. Jedno wydaje się pewne, a to mianowicie, że o kobietach, dobrze lub źle, przyjemnie się w czerwcu rozmawia, podobnie zresztą jak w każdym innym miesiącu.

Z początkiem czerwca jezioro zmienia swoją barwę. Z modrego, jak oczy zmarłej córki Jonasza Wątrucha, staje się ciemnoniebieskie, a potem zielonkawe. W Skiroławkach przekwitają bzy, nad łąkami latają motyle, a nocami krąży wokół stodół gacek wielkouch. W zbożach zakwitają pierwsze chwasty — purpurowoliliowe kąkole, ciemnoniebieskie ostróżeczki i rumian polny. A w okopowych kwitnie różowy groszek bulwiasty i żółty szczawik.

Na bagnach i torfowiskach za domem doktora na kępach turzyc pokładają się pędy przytulii błotnej okrytej białym kwieciem. Żółci się tojeść, jak gwiazdy skrzą się kwiaty jaskra wielkiego, a na pełzających po ziemi pędach żurawiny pokazują się malutkie ciemnoróżowe płatki kwiatuszków. W lasach kwitną głogi, kalina, berberys, znaleźć można kwiat lilii złotogłowej, a z nią i fijołek leśny. Na sosnach widać młode szpilki, a na szczytach świerków sterczą czerwonawe szyszeczki podobne do kolorowych świeczek.
Zielonymi liśćmi okryte są już nawet najstarsze dęby, które ostrożnie i nieufnie otwierają pąki. Powiadają ludzie, że w czerwcu w lasach na jedną noc zakwita paproć, a kto ją ujrzy — staje się szczęśliwym. I jest to szczerą prawdą, ponieważ człowiek bywa szczęśliwym tylko na jedną noc, na krótki czas. Nigdzie nie jest powiedziane, że człowiek ma być szczęśliwym zawsze, przez całe swoje życie i to rozumie mędrzec, który tylko czasem, na krótką chwilę, czuje się szczęśliwy. Natomiast głupiec i prostak idzie do lasu, aby szukać kwiatu paproci, znajduje go jednak tylko w baśniach, gdyż głupiec i prostak nie wiedziałby nawet, co robić ze swoim szczęściem.

Wie o tym doktor Niegłowicz i nie chodzi do lasu po kwiat paproci, a tylko leczy ludzi w ośrodku zdrowia. Wie o tym również pisarz Lubiński i dlatego jeśli w czerwcu zagląda do lasu, to tylko po to, aby pani Basieńce przynieść bukiecik leśnych fijołków. Po kwiat paproci wybrała się jedynie pani Luiza, nauczycielka tuż przed emeryturą, gdyż nigdy przez całe swoje życie nie czuła się ani przez chwilę szczęśliwą. Lecz tego dziwnego kwiatu należy szukać o dwunastej w nocy, a ona zawróciła o zmroku, aby, broń Boże, ktoś sobie coś złego o niej nie pomyślał.

Tak naprawdę to ten kwiat znalazła tylko piękna Brygida, lekarka weterynarii z Trumiejek, choć wcale nie poszła po niego do lasu. Ze swoim chorym dzieckiem przyjechała do doktora na półwysep, gdyż tego dnia doktor miał dzień wolny od pracy, a ona nie darzyła zaufaniem pani doktor Kuraś. Niegłowicz osłuchał dziecko, tu i ówdzie dotykał swoimi palcami tak delikatnie, jakby to nie istota ludzka była a jakiś drobny kwiatek. Dał Brygidzie butelkę z kroplami i powiedział, że dziecku już pod wieczór minie gorączka, a za trzy dni będzie zupełnie zdrowe.
— Myślałam, że dziecko wypełni mi cały świat i zabierze całe serce. Ale ono zabrało mi tylko połowę świata i połowę serca — powiedziała do doktora Brygida, jakby tłumacząc się mu, że ma nieślubne dziecko, nawet nie wiadomo od kogo.
Popatrzył też doktor w duże, dziwnie smutne oczy Brygidy, które były jak oczy jałowicy, pogłaskał Brygidę po jej czarnych puszystych włosach i także smutnie się uśmiechnął.
Zapragnęła Brygida powiedzieć doktorowi coś miłego i serdecznego, ale ilekroć znalazła się przy nim, niczym nie wyjaśniony i nawet dla niej samej niezrozumiały gniew ją ogarniał na niego i jego sposób życia. Głośno bowiem było w okolicy, że stara Makuchowa kobiety mu na noc drzwiami z tarasu do sypialni sprowadzała jak loszki do knura. I dlatego, choć winna mu była słowa podziękowania za zbadanie dziecka i lekarstwa na chorobę, szykując się do opuszczenia gabinetu lekarskiego nie potrafiła się powstrzymać, aby nie napytać złośliwie:
— Czy wciąż jeszcze, doktorze, musi pan najpierw kobietę upokorzyć, zanim w nią pan wejdzie?
— Tak — wyznał szczerze.
I ta jego po prostu bezczelna szczerość jeszcze większą złość w niej rozbudziła.
— Pan nie jest chyba zdolny do prawdziwej miłości —zawołała. — Nigdy też pan nie będzie miał do czynienia z kobietą wartą miłości. Bo czy taka kobieta pozwoli się upokorzyć mężczyźnie? Mamy takie same prawa jak mężczyźni, nie jesteśmy gorszymi od mężczyzn istotami. Nie pozwolimy się upokarzać.
— Nie namawiam pani, panno Brygido — odparł jej doktor — choć przyznaję, że jest pani najpiękniejszą kobietą w całej gminie Trumiejki. Wiele razy myślałem, że można by panią zaprosić do mojej sypialni, wiem jednak, że nie da się pani upokorzyć.
— Nigdy! Nigdy! — oświadczyła z mocą Brygida.
— To i lepiej — powiedział doktor.
— Dlaczego “lepiej”? — spytała.
— Nie interesują mnie kobiety warte miłości. Byłem już raz w życiu zakochany. Otrzymałem w zamian tylko cierpienie. Nie pragnę, aby to samo powtórzyło się po raz wtóry.
Ucieszyła się Brygida, że powiedział o niej jako o kobiecie wartej miłości, ogromna radość i wielka tkliwość wypełniła jej serce. Ale nie chciała mu tego okazać. Wzięła dziecko na rękę i zaraz odjechała. Ale była przez chwilę szczęśliwa, chyba bardzo krótko, przez taką chwilę jak kwitnie paproć.

Nadzieję na krótką chwilę szczęścia przeżyła i pani Halinka Turlej, gdy wracając z początkiem czerwca ze szkoły liczyła sobie, ile to jeszcze dni pozostało jej do końca roku szkolnego, a także myślała o tym, że przed trzema dniami zepsuł się silnik w hydroforze leśniczówki, wstąpi więc do Porwasza i zapyta go, czy może wykąpać się w jego łazience ze starą armaturą. Niestety, nadzieja zaraz prysła. Już z daleka zobaczyła, że u Porwasza okna są szeroko otwarte i gruba żona gajowego Widłąga myje szyby, wypinając w stronę drogi swój szeroki zad. Na ten widok zrobiło się pani Halince bardzo smutno, minęła dom Porwasza, a w leśniczówce zrobiła awanturę mężowi, że nie stara się o naprawę hydroforu. Kładąc się spać dwukrotnie przekręciła klucz w drzwiach do swego pokoju.


Wioska Jerzwałd, pierwowzór Skiroławek

Sady Pradziadka. Babcia Małgorzata (1)

Malgorzata_Hrebnicka_zrywa_kartke_z_kalendarza_PetersburAndrzej Rejman

Babcia

Babcia Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka odeszła ostatnia.
Wszyscy jej najbliżsi, oprócz wnuka, piszącego te wspomnienie – zmarli wcześniej. Dwoje małych dzieci pochowała jeszcze w Rosji, tuż po rewolucji.

Syn Kazimierz został rozstrzelany w sierpniu 1944 pod Skierniewicami, gdy miał 22 lata. Nie udało mu się dotrzeć do Sadu Pomologicznego Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (sad ten był od początku okupacji pod zarządem niemieckim). Kazimierz chciał schronić się u Aleksandra Rejmana, kolegi ze studiów swej siostry Julii. Niestety, nie mając przy sobie dokumentów, został zatrzymany przez żandarmerię niemiecką i na miejscu rozstrzelany 18 sierpnia 1944 roku.
Akurat w tym czasie były alianckie zrzuty i Niemcy przeczesywali teren.

Malgorzata_Hrebnicka_z_corka_Julia_Petersburg_ok_1916Córka Hrebnickich, Julia, jako jedyne ich dziecko przeżyła wojnę, lecz zmarła po ciężkiej chorobie w 1970 w Warszawie, osierociwszy 13 letniego syna, Andrzeja.
Mąż babci – Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki odszedł w grudniu 1974 roku przed Nowym Rokiem, w ciszy, niepostrzeżenie, jakby we śnie.

Był od żony starszy o rok. Wykształcony w petersburskiej Akademii Górniczej geolog, kartograf, badacz złóż węgli, zabierał żonę na wyprawy geologiczne. Tak było w latach 1913-1914, gdy pojechali razem na Zabajkale. Byli rok po ślubie. Z wypraw tych babcia Małgorzata przywiozła notatki, rysunki, szkice, i wiele wrażeń i sił do dalszego życia. A czasy były niespokojne. Z drugiej wyprawy na Zabajkale wracali tuż po rozpoczęciu Pierwszej Wojny Światowej.
Babcia skrupulatnie pisała dzienniki podróży, dzienniki lektur, pisała dużo i ładnie, często nawiązując do otaczającej przyrody, dodając swe refleksje nad losem i ludzkością.

Urodzona w styczniu 1890 roku, (w grudniu 1889 wg starego juliańskiego kalendarza, który zmieniono dopiero w 1917 roku) wychowywała się z matką, najpierw w Moskwie, potem w Petersburgu.

Zabajkale_1913_fot_St_Hrebnicki_na_pierwszym_planie_MalgUkończyła z wyróżnieniem (złoty medal) Gimnazjum Żeńskie w Moskwie w 1907 roku, a w 1912 roku uzupełniające kursy pedagogiczne uprawniające do nauczania w niższych klasach szkoły średniej.
Obdarzona nie tylko talentem literackim, ale też oryginalną urodą, żywym temperamentem i humorem, co znalazło wyraz także we wspomnieniach, które pisała.
Większość zachowała się – część z nich została wydana przez Państwowy Instytut Geologiczny w Warszawie – najciekawsze fragmenty przytoczę w następnych odcinkach.

zdjęcia – fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki:

1/ Magorzata Doktorowicz-Hrebnicka z córką Julią, Petersburg ok 1916.
2/ Magorzata Doktorowicz-Hrebnicka zrywa kartkę z kalendarza, Petersburg ok 1914.
3/Zabajkale 1913. Na pierwszym planie Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka z koniem

Berliner Strassenmusik

Für Sigrid

Letztens bin ich zu einem sehr gelungenem Geburtstag eingeladen und Mo Calaz war eine der mehreren Trophäen, die ich von diesem Event so zu sagen “nach Hause” genommen habe. Er sang dort, er ist nämlich, wie er selber sagt, “buchbar”, und in der Woche trifft man ihm auf dem sog. Türken Markt. Immer Dienstag und Freitag, zwischen 12:00 und 14:00 Uhr.

Der Markt am Maybachufer in Neukölln ist mit der U-Bahn Linie 8 (U-Bhf. Schönleinstraße) zu erreichen. Außerdem hält dort der Bus 140.

maybachufer