Bystrzanowice

Zofia Slaska
wspomnienia spisane zostały w roku 2009 przez wnuka Jacka Slaskiego i wydane w postaci rodzinnej broszurki w nakładzie kilkudziesięciu egzemplarzy. Fragment tych wspomnień, o roku 1945, już tu publikowałam.

W roku 1933 mój ojciec wziął w dzierżawę majątek Bystrzanowice, który należał do majątku Raczyńskich w Złotym Potoku. Bystrzanowice leżały 8 kilometrów jazdy lasem od Złotego Potoku, w powiecie częstochowskim. Ojciec prowadził tam gospodarkę rolną i hodował konie.

Prawdziwy dom…

dwor-bystrzanowiceW Bystrzanowicach był prawdzwy dom, rodzice byli u siebie, mama była panią domu, zarządzała też ogrodem. Ciekawe, że ogrodnikiem w Bystrzanowicach był stary Piotr Mizgała, który był ogrodniczkiem w pałacu, gdy moja mama jako dziewczynka tam mieszkała. Został potem ogrodnikiem w pałacu, ale miał sentyment do mojej mamy i przeszedł do pracy u niej. Ogród był ogromny, miał 8 hektarów, był sad, szparagarnia, duża plantacja truskawek.

stanislaw-konstancjaDwór w Bystrzanowicach wciąż jeszcze stoi, byłam tam kiedyś z dziećmi, a kilka lat temu twój tata, Marek, też tam pojechał ze swoimi dziećmi. Był to duży dom murowany, który miał dziewięcioro drzwi zewnętrznych. Mieszkaliśmy tam my we troje, nauczycielka jedna, druga, a w czasie wojny mieszkała u nas masa osób: wysiedleni z Warszawy, rodzina, Hulewicze i tacy państwo Zwolińscy, których ojciec znał jeszcze z czasów jak pracował na Wołyniu. Był pan Zwoliński, wuj Leon, z synem, co córkę, Danusię, stracił w powstaniu, a ciotkę wywieźli na roboty do Niemiec, ale zostało to jakoś tak załatwione, że już na Boże Narodzenie 1944 roku wróciła.

Przed wojną rodzice prowadzili duże gospodarstwo, w samej kuchni było pięć osób służby, ale we dworze mieszkały tylko dwie. Z tego Mszczonowa, gdzie ojciec przedtem pracował, przyjechała za ojcem do Bystrzanowic jedna rodzina – Jędrzejowscy. On był inwalidą, nie miał nogi, tylko protezę. Jędrzejowski był stróżem nocnym, jego żona zajmowała się świniami i drobiem, zięć był fornalem, jeździł wozem drabiniastym, Jadzia nie pracowała, a młodsza ich córka Stefka przychodziła się bawić ze mną i Rozmarynką. Pamiętam, że urządzałyśmy przedstawienia. I cała ta rodzina przyjechała za moim ojcem, bo mój ojciec był dobrym pracodawcą, uczciwym, dobrze gospodarował, był sumienny, akuratny.

Gospodarstwo…

Gospodarstwo było dobrze prowadzone, przynosiło dochody, ale nie były to kokosy. Zresztą też nie było zbyt wiele czasu. Mój ojciec objął Bystrzanowice w 1933 roku, a w 1939 roku wybuchła wojna. Ojciec hodował konie, a to jest przedsięwzięcie gospodarcze, które się planuje na wiele lat i w pierwszych latach nie przynosi dochodów. Majątek, który miał rozpłodowego ogiera, tak jak to było w Bystrzanowicach, podpisywał umowę, że będzie hodował konie dla wojska. Wojsko dawało pieniądze, był ogier, który pokrywał klacze.
Ten pierwszy wyhodowany przez mojego ojca trzylatek, tzw. prymus, stawał do remontu – to były takie egzaminy dla koni trzylatków, czy się nadają do służby – dopiero tuż przed wojną. I był jeden, potem było ich więcej, nawet pięć w roku, ale to już była wojna, dużo koni zabierała partyzantka, a konie musiały też pracować w polu. Ja też miałam klaczkę, Łunę. Jeździłam konno przez całe dzieciństwo – ostatni raz rok przed ślubem, w 1948 roku. Byłam na obozie harcerskim na Ziemi Lubuskiej, w okolicach Rzepina, kawałek dalej była granica z Niemcami. Mieliśmy obóz na terenie PGR-u i tam miałam okazję jeździć, nie miałam butów z cholewami, nie miałam bryczesów, miałam czyjeś spodnie od dresu i własne zwykłe buty, ale jeździć się dało bardzo dobrze.

Jak wyglądał dzień powszedni w Bystrzanowicach?

W Bystrzanowicach był rządca, który wstawał najwcześniej ze wszystkich, bo musiał dopilnować dojenia krów i transportu mleka pociągiem do Częstochowy. W międzyczasie fornale zadawali obrok koniom i wyruszali na roboty. Nas budzono o 7.00 rano, bo o 8.00 się zaczynały lekcje. Lekcje były oczywiście w domu, a uczyłam się czy to z Tomkiem Bocheńskim, czy to z innymi dziećmi w moim wieku, na przykład z Rozmarynką Wolską. Tomek przyjeżdżał po Bożym Narodzeniu i zostawał do końca roku szkolnego. Tak więc wstawaliśmy i jedliśmy śniadanie razem z nauczycielką. Rodzice jedli osobno, ojciec wcześniej, bo o 8.00 już albo urzędował w kancelarii albo wyjeżdżał w pole. A mama może z nami jadała, tego nie pamiętam. Na pewno mama też wstawała wcześnie. Wszyscy wstawali wcześnie. I zawsze się wstawało o 7.00. Nawet w niedziele. Bo lekcje były od poniedziałku do soboty, a w niedzielę się jechało do kościoła na 9.00, a żeby dojechać na 9.00, trzeba było wyjechać o 8.00 rano. No chyba, że była nadzwyczajna sprawa i ktoś był przeziębiony, to nie musiał jechać w niedzielę do kościoła. W dzień normalny po śniadaniu były lekcje, a obiad był o pierwszej, albo nawet o w pół do pierwszej. Na stodole był dzwon i o 12.00 jakiś podwórzowy dzwonił, a wtedy wszyscy schodzili z pola na posiłek. Robotnicy mieszkali w czworakach i tam jedli z rodzinami, a we dworze obiad był o tej samej porze. Rządca też żywił się we dworze, ale nie jadał z nami, tylko jedna ze służących niosła mu obiad w menażkach do jego mieszkania, w takim domku, już poza podwórzem. W tym domku z jednej strony mieszkał ogrodnik z żoną i czwórką dzieci. Te dzieci to już wszystko byli dorośli ludzie. Jeden z synów ogrodnika to był stolarz i ja wciąż mam tu meble, które on wykonał. I w tym domku ogrodnika było z drugiej strony osobne wejście do mieszkania rządcy. Rządca był kawaler, dlatego miał tylko pokój i kuchnię. Nie wiem, jak ze sławojką było. W moich wspomnieniach wraca często „chatka bliźniaków”. To było właśnie tam, taki pokój, do którego się wchodziło z tej samej sionki, co do mieszkania rządcy. W tym domku często mieszkali ojciec Stanisława Augusta i jego brat. Oni uwielbiali tam mieszkać. I tam im się nosiło śniadanie, ale już na obiad i kolację to przychodzili do dworu.

To kto siedział przy stole podczas obiadu we dworze?

Moi rodzice, nauczycielka i my. A jak byli goście, to goście.

A po obiedzie?

zosia-rozmarynkaPo obiedzie to myśmy się kładły, Rozmarynka i ja, leżałyśmy na podłodze na dywaniku, a mamusia nam czytała. Po polsku. Mamusia uczyła nas francuskiego i religii. Reszty uczyła nas nauczycielka, cały normalny kurs szkolny. Wszystko, łącznie ze śpiewem. Po obiedzie szło się z nauczycielką na spacer, zawsze, obowiązkowo, niezależnie od pogody. Czasem, ale to już było wielkie święto, mama szła z nami na spacer, ojciec nigdy. Ja już wtedy umiałam jeździć konno, ale to nie zastępowało spaceru. Konno się jeździło w czasie wakacji. Ze spaceru wracało się na podwieczorek, a od podwieczorku do kolacji, najprzód się odrabiało lekcje, a jak się odrobiło zadania, to można było się pobawić. To był czas wolny, taka rekreacja. I kolacja była o w pół do ósmej.
Gdy miałam 8 lat, czyli jak już mieszkaliśmy w Bystrzanowicach. Niania Cicia wciąż z nami mieszkała, ale przyjechała też nauczycielka, która miała mnie uczyć. Była też jeszcze guwernantka, Francuzka. Rodzina uznała, że trzy panie do jednej małej dziewczynki to za dużo szczęścia, i Cicia pojechała opiekować się w Karminie najmłodszą siostrą wuja Kajetana Morawskiego, Anusią, która się właśnie urodziła. Okropnie to przeżywałam, bo kochałam Cicię miłością wielką.

Jakie były twoje nauczycielki i guwernantki?

zosia-guwernantkaTe nauczycielki, Francuzki i Angielki, załatwiało się przez specjalne biuro. Często nie mówiły po polsku, np. moja Angielka mówiła po francusku, ale to starannie ukryto przede mną, żebym się uczyła angielskiego, a nie mówiła po francusku. Bo przedtem przez trzy lata była u nas mademoiselle de la Bord, która nas, mnie i taką dziewczynkę Lidzię, uczyła francuskiego, i ja w tym wieku miałam pewnie większy zasób słów po francusku niż po polsku.

Opowiedz trochę o samych Bystrzanowicach.

Bystrzanowice to była wieś i duży majątek, liczył 300 hektarów i zaliczał się do kategorii tzw. małych folwarków. Niestety ziemia była marna, same piaski, i dobrze rosły tylko kartofle. Ale już w latach 20 w Złotym Potoku, koło stacji kolejowej, bardzo rozumnie została zbudowana syropiarnia – produkowało się syrop z ziemniaków, z którego wytwarzano cukierki i mączkę ziemniaczaną czyli krochmal. Właściwie stacja i syropiarnia znajdowały się w wiosce, która się nazywała Julianka, ale ponieważ ziemię pod stację dał majątek Złoty Potok, to stacja też się tak nazywała.

Te ziemniaki…

Ziemniaki się kopie w październiku i zawsze była cała wielka akcja. Zwoziło się ziemniaki na pole na tyłach obory i stodół, i tam się budowało kopce. Sypanie kopców to bardzo specjalna technika. Trzeba było wykopać rowy, wyłożyć słomą, ułożyć ziemniaki, też je okryć słomą i obsypać ziemią na tyle grubo, żeby nie przemarzły. I w styczniu, ale tu już nie sklecę, musiała być temperatura poniżej 10 stopni, mój ojciec najmował z sąsiednich wiosek gospodarzy z wozami, to były takie specjalne wozy, jakby skrzynie, i przez trzy dni wywoziło się ziemniaki do syropiarni oddalonej o 13 kilometrów, czy nawet 15 km, bo 13 km było do stacji kolejowej, a syropiarnia była dalej jeszcze niż stacja. W syropiarni podnosiło się z tyłu klapę wozu, osadzoną w łożyskach i wysypywało się ziemniaki.

Jakie było najbliższe miasto w okolicy?

Częstochowa, ale to było daleko, 30 kilometrów, dlatego wcale się tam często nie jeździło. W ogóle do dużych miast jeździło się rzadko. W 1939 roku byłam pierwszy raz w Warszawie. Mamusia zabrała tam nas, mnie i Tomka Bocheńskiego, mojego kuzyna, syna siostry mojej mamy, Zofii Bocheńskiej, z domu Morawskiej. Oni mieszkali pod Krakowem, ale jak siostra Tomka umarła, on został sam i wtedy za drogo było wujostwu mieć nauczycielkę tylko dla Tomka, żeby się uczył w domu, więc Tomek mieszkał w Bystrzanowicach i tu się uczył. Przyjeżdżał do Bystrzanowic po Bożym Narodzeniu i zostawał do czerwca. Przerabiał tu swoją klasę, ale nie uczyliśmy się we dwójkę, bo ja byłam młodsza od niego. Przez pewien czas mieszkała też u nas moja kuzynka Rozmarynka Wolska, córka kuzynki mojego ojca, wnuczka poetki Maryli Wolskiej, której syn ożenił się z cioteczną siostrą mojego ojca. Mieli szóstkę dzieci, najpierw jeszcze piątkę, bo Piotruś się urodził dopiero na początku wojny. I Rozmarynka była  chyba ze trzy lata w Bystrzanowicach.

Dlaczego wujek Tomek i Rozmarynka mieszkali w Bystrzanowicach?

Bo ja bym wyrosła na okropną egoistkę i rozpuszczoną – mój ojciec mnie bardzo rozpuszczał. Ale mama trzymała mnie w ryzach i dbała o to, żebym miała wokół siebie rówieśników. W moim pokoleniu niemal nie było jedynaków, nawet dwójka była dość rzadka. W rodzinach miało się dużo dzieci, troje i więcej.

Czy jeździliście w tamtym czasie?

tomekbochMama zabrała mnie i Tomka do Warszawy. Ale tylko raz. Za granicę, do Paryża czy Wiednia nie wyjeżdżało się w ogóle. A morze zobaczyłam chyba dopiero po I roku uniwersytetu. Takie wyjazdy były za drogie. Mama obiecała mi, że chyba po 6 klasie pojadę nad morze, ale zdążyłam przed wojną skończyć tylko 5 klas. Ale jeździło się co roku. Do rodziny. Jeździło się do Planty, dopóki żyli moi dziadkowie – mama zabierała mnie, jak jechała odwiedzić rodziców. Podróżowało się pociągiem. Najpierw jechało się końmi do stacji Złoty Potok, która leżała na linii Częstochowa – Kielce, a potem koleją, do Kielc, do Krakowa. W Kielcach mieszkała siostra mojego ojca, tak że tam też się jeździło w odwiedziny. I w Kielcach trzeba się też było przesiąść, żeby pojechać do Krakowa. O, a zimą 1938 roku dostaliśmy oboje z Tomkiem od babci Morawskiej, dziadek już nie żył, wyjazd na 2 tygodnie na narty. Mieszkaliśmy na Bukowinie, w pensjonacie. Z Tomkiem pojechała ciocia Zosia czyli jego mama, a ze mną panna Ala, moja nauczycielka. Moja Mama przyjechała na jeden dzień, jak kończył się nasz pobyt i zabrała mnie do Zakopanego, żeby się spotkać z bratową i synami Pawłem, Andrzejem i Tadziem. Panna Ala już pojechała do domu, bo przez nasz wyjazd nie miała urlopu i nie była u rodziny na święta. My z mamą z Zakopanego pojechałyśmy do Krakowa i dalej też do domu. W Krakowie było wspaniale. Mieszkało się w hotelu, chodziło do restauracji i można było samemu zamawiać. Ja zawsze zamawiałam to samo – kotlet mielony, bo to była jedyna rzecz, o której wiedziałam, że zjem. W domu też bywały kotlety mielone, ale bywały też różne niedobre rzeczy, na przykład wątróbki. Takie rzeczy, które trzeba było zjeść i nie wolno było nawet mrugnąć, ale to nie było dobre. A tam mogłam zamówić sama – kotlet mielony i lody. W Krakowie była rodzina i tam się chodziło z wizytą. Do Górskich się chodziło, do cioci Bisi Sapieżanki się chodziło i do takiej pani, panny Butrym, która była guwernantką mojej mamy, jeszcze w Złotym Potoku.
Ale po sąsiedztwie niewiele się jeździło.

Ciąg dalszy za tydzień

3 thoughts on “Bystrzanowice”

    1. To znaczy nie z Jackiem Slaskim, bo ten się wychowywał na Kielecczyźnie, w Turnawcu, a z jego przyszłą żoną Zosią Grabkowską. Ale generalnie – świat jest mały. O tym będzie więcej w niedzielę.

  1. Nadzwyczajne. Już rzuciłam okiem na te zapisy w archiwum Karty – zaraz to wydrukuje, nagram i wszystko zabiore do Teściowej, u której będę za dwa tygodnie.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.