Sprzed dziesięciu lat

RD autor wczorajszego wpisu czyli Ryszard Dąbrowski

przysłał mi mój własny tekst o jego wystawie napisany przeze mnie dokładnie 10 lat temu, w lutym 2004 roku! W tekście pojawi się nawet wczorajsze Naunders.

Ewa Maria Slaska

Tekst do wystawy fotograficznej Ryszarda Dąbrowskiego „Przypadkowa przeszłość” eksponowanej w marcu i kwietniu 2004 roku w „Małej Galerii” w Gorzowie Wielkopolskim.

Przypadkowa przeszłość

Gdy fotografik prosi pisarkę o napisanie tekstu do katalogu wystawy, musi się liczyć z tym, że zamówiony produkt okaże się raczej zestawem myśli literackich niż fachową analizą prezentowanego materiału. Gdy Ryszard Dąbrowski, którego znam już prawie dwadzieścia lat, poprosił mnie o refleksje na temat wystawy PRZYPADKOWA PRZESZŁOŚĆ sprawa okazała się – przypadkowo? – o tyle ciekawsza, że jestem nie tylko pisarką, ale również z wykształcenia archeolożką, a zatem człowiekiem profesjonalnie zajmującym się przeszłością. Przypadkową? Zazwyczaj tak. Z czym bowiem ma do czynienia archeolog, jeżeli nie z przypadkowymi, materialnymi fragmentami minionego czasu, z których to przecież umysł badacza a nie uczestników historii tworzy pewien, tylko pozornie spójny, a naprawdę dowolny i przypadkowy obraz przeszłości. Prace Dąbrowskiego okazały się dla archeologa i pisarza (archeolożki i pisarki) inspirującym materiałem do przemyśleń.

01Dąbrowski twierdzi, że od ponad dwudziestu lat zbiera pierwsze, niedoświetlone, na poły doświetlone lub „strzelone na rozgrzewkę” klatki filmów. Można by powiedzieć, że powstała z tego kolekcja, zbiór czy archiwum, a jednak nie użyłabym tu żadnego z tych słów. To nie pasja zbieracza przyświecała wrzucaniu do szuflady tego narastającego latami stosu ścinków, odpadków normalnej, codziennej pracy człowieka parającego się fotografią. Nie było to archiwum badacza, bo Dąbrowski nie opatrzył poszczególnych fragmentów datą czy opisem. Ale nie był to w żadnym razie śmietnik. Najbliższą analogią tego dziwnego zbioru wydaje się żydowska geniza, miejsce, gdzie wrzucano wszystko, co zostało napisane, a aktualnie nie było potrzebne. Słowa pisanego się nie wyrzucało, bo “było u Boga”, wszystko wędrowało do genizy, czy była to wielka gliniana amfora, jaskinia skalna czy komórka, schowek, skrytka. Z sześciuset zgromadzonych negatywów czarno-białych fotografii, dwieście klatek zostało przez artystę dopuszczonych do następnego etapu, do selekcji tego, co można i chce się pokazać odbiorcy. Dopiero ten etap, twierdzi Dąbrowski, był prawdziwym działaniem twórczym. Do finału doszło czterdzieści zdjęć.

02Zwoje z genizy w Qumran odsłoniły genezę wielu tekstów biblijnych, były cennym materiałem do badań nad początkami chrześcijaństwa. Wybrane negatywy z „genizy” Dąbrowskiego odsłaniają genezę procesu twórczego. Bo w procesie kreacji nie temat jest ważny, a samo tworzenie. Punktem wyjścia wystawy czterdziestu zdjęć Dąbrowskiego jest NIC. Nieważny, przeznaczony do wyrzucenia, przypadkowo przechowany negatyw. Mniej niż śmiecie będące tworzywem trash-art. Biała płaszczyzna niczego z czarnym śladem klamerki, którą przyczepia się negatyw do wysuszenia. Czerń i biel. Te zdjęcia, mówi Dąbrowski, są miłosną deklaracją. Miłość do niczego? Nie, to miłość do fotografii czarno-białej. Z bieli niczego wyłaniają się przypadkowe momenty. Ale ten przypadek, twierdzi Dąbrowski, to nie tylko pewien moment rzeczywistości, bo również moment, gdy widz zaczyna podlegać czarno-białej magii fotografii.

03Zdjęcia działają początkowo jak abstrakcja. Stopniowo jednak dochodzi do głosu rzeczywistość, podłoga, trotuar, kamienny bruk. Pokój, ściana, jakaś pseudonaftowa lampa, jakiś obraz na ścianie i znowu aparat obsuwa się w dół, łóżko, zmięta pościel, pierwszy cień człowieka, pierwszy w serii zdjęć, a może pierwszy w ogóle, zatem adam albo ewa, początek, gen wyjściowy i geneza obecności człowieka w świecie. Świat zastany, woda, drzewo, świat przetworzony, ulica, przystań, schody, to Wiedeń, nagrobek, nagle bardzo wyraźny, z dokładnie dającym się odczytać napisem po niemiecku, Karl Waldegger z Naunders w Austrii umarł, pozostawiając pogrążoną w żalu rodzinę, wieniec i latarnię, pokój dziecka z wielkim misiem, to Berlin. U góry i u dołu czarno-białych zdjęć rytmiczna powtarzalność kodów technicznych, nazwy filmów, numery klatek, strzałki, pokazujące kierunek przewijania filmu.

04Coraz mniej bieli, szarość ciemnieje, nie wiadomo, czy noc to moment, gdy zaszło słońce, czy przeciwnie, zaszło, bo nadeszła ciemność ostatniej niemal całkiem czarnej klatki, która przecież jednak nadal była klatką pierwszą, niepotrzebną, odrzuconą, na przemiał, na rozkurz, dla szczurów, do genizy. Na zagładę. Na ocalenie. Na przypomnienie, że był kiedyś czas, gdy to fotograf musiał być mistrzem, by zdjęcie okazało się dziełem sztuki. Gdy to fotograf a nie komputer był autorem efektów, chwytów, tricków, bo to on decydował o naświetleniu, o czerni, bieli, smudze cienia na tle wody. Cyfrowy aparat fotograficzny to mały komputer, który być może wie lepiej niż człowiek, jakie parametry techniczne trzeba spełnić, by zdjęcie było w pełni, w stu procentach udane. W cyfrowym aparacie fotograficznym nie ma pierwszych klatek, które zawsze były nie do użytku. Pierwsze zdjęcie wykonane cyfrowym aparatem fotograficznym jest zawsze tak samo dobre (albo tak samo marne) jak ostatnie. Ta wystawa, mówi Dąbrowski, to moje pożegnanie z fotografią analogową, choć być może jeszcze długo nie kupię sobie aparatu cyfrowego.

05„Być może” należy do repertuaru słów o przypadku i jego nieograniczonych możliwościach. „Być może” oznacza, że przyszłość jest niepewna, nieokreślona, zaledwie możliwa. Być może kupię aparat cyfrowy. Być może długo go jeszcze nie kupię. Przyszłość jest niepewna, przeszłość przypadkowa, a teraźniejszość, jak twierdzą naukowcy, trwa co najwyżej trzy sekundy. Tyle potrzebuje mózg, by przetworzyć teraźniejszość w przeszłość. A przecież wszystko, czego ludzkość dokonała na przestrzeni dziejów a człowiek na przestrzeni życia, dokonuje się tylko w teraźniejszości. Być może wcale i nigdy nie udało się nam stworzyć niczego spójnego, żadnej trwałej i sensownej całości, żadnego prawdziwego zdjęcia, może to tylko nasz mózg przez trzy sekundy porządkuje nasz świat i może to, co robimy to naprawdę zawsze i tylko pierwsze zdjęcie. Czasem prześwietlone, czasem niedoświetlone.

06

Na zakończenie zimy i tłusty czwartek

W Berlinie już wiosna, kwiaty kwitną, ptaki śpiewają, koty wrzeszczą. Mimo to… W sprawie pytania, wiosna to już, czy zima jeszcze pozwolę sobie przytoczyć rozmowę z wnukiem, która jest majstersztykiem erystyki.

Dziecię: kupa śniegu, zima!
Ja: kwiatki kwitną, wiosna!
Dziecię: lód na rzece, zima!
Ja: niedźwiedzie się obudziły, wiosna!
Dziecię: zimno, zima!

Ma dziecię rację, niestety.

Ale przecież się kończy. No kończy się, mówię! Dziś tłusty czwartek.

Na zakończenie zimy przytoczę tu więc maila, którego dostałam już jakiś czas temu – zima była wtedy w pełni – ale wciąż pojawiały się jakieś pilniejsze sprawy, a doprawdy to najwyższa pora, żeby go opublikować.

R.D.

Hallo,
urlop, urlop i po urlopie, a teraz kilka z niego reminiscencji.
Po raz 28 bylismy na nartach w Nauders, w małej wiosce/miasteczku w Austrii, w trójkącie Austria, Włochy, Szwajcaria. Mieszka tam 1.500 osób i mają 5 kościołów oraz jedną murowaną kapliczkę. Z tych kościołów, najstarszy jest nieustająco zamknięty, gdyż restauruje się tam nieustająco zabytkowe polichromie.

Jak zawsze będąc w Nuders odbywamy tam nasze tradycyjne rytuały.

SAMSUNG CAMERA PICTURESPo pierwsze – odwiedzamy zawsze nasz ulubiony kościółek (panoramiczne zdjęcia o kącie widzenia 220 stopni), w którym może się pomieścić aż 12 osób.

SAMSUNG CAMERA PICTURESWystawiony w nim na ołtarzu stary obraz, przedstawia Marię ze zmarłym Jezusem.

25 marca 1799 roku, podczas wojny francuskiej, jeden z żołnierzy przebił bagnetem policzek Marii (skąd my to znamy?). Maryja skierowała oczy ku niebu, a z oczu popłynęły jej łzy. W odpowiedzi Bóg spowodował, iż Francuzi zostali z Nauders wyparci. G. zapalała w tym kościółku zawsze jeden znicz (kiedyś 5 szylingów, a teraz 0,50 €), a w tym roku wznieciła aż dwa, jeden za żyjących a drugi za zmarłych (w 2013 roku zmarły dwie bliskie nam osoby oraz dwoje krewnych). Ja, ateista, zawsze wprawiam w ruch mały dzwon umocowany w małej dzwonnicy.

Mój znajomy z czasów “partyzanckich” w latach 197-1979, katolicki ksiądz, twierdzi, iż dzwonienie dzwonami kościelnymi jest też modlitwą (!). No i w ten sposób i ja staję się agnostykiem.

Po drugie – odwiedzamy murowaną kapliczkę postawioną w miejscu, gdzie w 1308 roku zeszła lawina i zabiła trzy osoby. Po raz drugi zdarzyło się to w 1988 roku, ale już bez ofiar w ludziach. Zapalamy tam zawsze jedną świeczkę.

W trzecim pod względem wielkości kościele wystawiona jest zawsze w grudniu i styczniu szopka. Wynika z niej jednoznacznie, iż Jezus byl Austriakiem urodzonym w Nauders. Dowodzi tego panorama szczytów oraz model głównego kościoła w Nauders znajdujące się w tle stajenki.

SAMSUNG CAMERA PICTURESPozwalam sobie przesłac Wam jeszcze panoramiczne zdjęcie z najwyższego punktu na który da się wjechać i zjechać nartami – 2850 m.

SAMSUNG CAMERA PICTURESŻyczymy wam zdrowia i może się kiedyś spotkamy w Nauders na nartach.

GrGrGo

Lech Milewski

Graham Greene w Goslar

Na początku kwietnia 1950 roku w angielskiej prasie ukazała się informacja o pobycie Grahama Greene w hotelu Klause w Goslar, w górach Harzu, blisko granicy między zachodnimi i wschodnimi Niemcami. Informacji towarzyszyły domysły, że pisarz pewnie zbiera tu materiał do kolejnej powieści sensacyjnej rozgrywającej się w zimnowojennym klimacie.

799px-Goslar_Panorama
Ta poprzednia powieść to oczywiście The Third Man, której akcja rozgrywała się w podzielonym na cztery strefy okupacyjne Wiedniu.
Swoją drogą to zastanawiające, że wszyscy dokładnie wiedzą o podziale, a jeszcze bardziej o połączeniu, Niemiec a prawie nikt nie pamięta, że Austria, i osobno Wiedeń, była również podzielona na strefy okupacyjne i to w pewnym sensie dłużej niż Niemcy. Dwa państwa niemieckie zostały utworzone już w 1949 roku zaś neutralna Austria, na szczęście tylko jedna, dopiero w roku 1955.

Spekulacje angielskich gazet były słuszne. Film The Third Man wyprodukowany na podstawie książki Grahama Greena osiągnął wielki sukces i producent Alexander Korda oraz reżyser Carol Reed postanowili iść za ciosem. Żeby zachęcić pisarza Carol Reed wspominał mu, że sama Greta Garbo wyraziła zainteresowanie rolą w takim filmie.

Góry Harzu wydawały się idealnym miejscem na mistyczną i dwuznaczną sensacyjną opowieść. Granica między brytyjską i sowiecką strefą okupacyjną przebiegała u podnóża legendarnego szczytu Brocken, miejsca corocznego wiosennego (30 kwietnia) sabatu czarownic – Nocy Walpurgii  – uwiecznionej w Fauście Goethego.
Tu znowu dygresja. Imię Walpurgia kojarzyło mi się z jakąś rozpasaną germańską Babą Jagą, tymczasem okazuje się, że była to pobożna angielska mniszka – KLIK – która przybyła do królestwa Franków nawracać pogan. Natomiast pogańskie pochodzenia Nocy Walpurgii jest oczywiste – wiosenne święto ognia, zwierciadlane odbicie jesiennego Halloween, który celebrowany jest dokładnie 6 miesięcy później.
Dodatkowym istotnym elementem były informacje o złożach uranu odkrytych w pobliżu miejscowości Eisleben, co podnosiło rangę działania angielskiego wywiadu. Proszę zresztą zajrzeć tutaj – KLIK – żeby przekonać się jak poważna była to wtedy sprawa. Na szczęście dla historycznego miasta (miejsce urodzin Marcina Lutra) oczekiwania były mocno przesadzone, złoża były tak ubogie, że nie nadawały się do eksploatacji.

Efektem wizyty Graham Greena w Goslar było “film treatment” pod tytułem No Man’s Land. Termin “film treatment” nie ma dokładnego odpowiednika w innych językach. Wikipedia wyjaśnia – KLIK – że jest to coś pośredniego między katalogiem scen a scenariuszem. Nie jestem znawcą kulis kinematografii i według mnie No Man’s Land to krótka powieść nie sugerująca w żaden sposób filmowych aspiracji, raczej przeciwnie – książka zawiera wiele refleksji niemożliwych do wizualnej prezentacji.

Projekt zakończył się niepowodzeniem – filmu nie wyprodukowano, książke wydano dopiero w 2004 roku czyli 13 lat po śmierci autora.

Moje osobiste wrażenie – to na pewno jest Graham Greene – pracownicy wywiadu, dwuznaczność moralna, zdrada, uczucia religijne. Jednak przeżyłem rozczarowanie – to nie był Graham Greene, który w innych książkach obdarowywał mnie tyloma silnymi i sprzecznymi emocjami.

Recenzenci książki tłumaczą to rozwijającym się w tym okresie romansem żonatego Grahama Greena z, również zamężną, Catherine Walston. Podczas pobytu w Goslar Greene przeżywał poważne rozterki. Z jednej strony, w swoich listach do Catherine, snuł plany małżeństwa i szczęśłiwej przyszłości. Z drugiej, otrzymywał informacje, że Catherine spotyka się z jakimś angielskim oficerem, a ona sama pisała mu jakie dywany i zasłony kupuje do nowej rezydencji swojego męża.
W listach do Carola Reeda i do Catherine Walston Greene wielokrotnie wspomina o zmęczeniu. To zmęczenie widać w powieści bardzo wyraźnie. Sceny romansu między głównymi bohaterami powieści – Brownem i Clarą – wydają się być pisane jakoś pospiesznie, czasem zakrawają na parodię, można odnieść wrażenie, że autor nie miał do nich cierpliwości, jakby chciał, żeby to wszystko jak najszybciej pomyślnie się zakończyło.

Jak widać plany filmowe zakończyły się wprawdzie szybko, ale całkiem niepomyślnie. Co innego osiągnięcia literackie – wydana dwa lata później powieść The End of Affair inspirowana tym samym romansem osiągnęła spory sukces i doczekała się dwóch adaptacji fimowych – KLIK.

Wracając do No Man’s Land
Po pierwsze znalazłem w tej książce typowy dla Greena lekko ironiczny dystans do bohaterów i okoliczności. Informacje o znaczeniu militarnym uranu w Górach Harzu Greene kwituje komentarzem, że obie strony są gotowe spalić ludzkość w nuklearnym piecu.
Po drugie – przewrotność – największy wróg, oficer KGB Starhov, to najbardziej sympatyczna postać powieści. Jego nazwisko to mutacja nazwiska Stachov z powieści Turgieniewa – W przededniu. Odwołania do Turgieniewa są zresztą bardzo częste. Dominuje w nich to, co Greenowi najbardziej było potrzebne – spokój.
Po trzecie – nurt religijny, oczywiście katolicki. Tu znowu rozczarowanie – cudowna grota maryjna w Ilsenhoff jest wyłącznie miejscem gwałtownych akcji, nie posiada żadnego mistycznego czy religijnego wymiaru. Również rozczarował mnie zignorowanie sąsiedztwa nawiedzanej przez czarownice góry Brocken.
Po czwarte – topografia. Akcja powieści rozgrywa się na niewielkim terenie między resortem wypoczynkowym Bad Harzburg, w którym stacjonują wojska brytyjskie, wioską Hoffengeise i stacją kolejową Walkenried. Jak wspomniałem wcześniej cudowna grota znajduje się w Ilsenhoff. Nie znalazłem takiej miejscowości na mapie, podejrzewam że inspiracją do tej nazwy była miejscowość Ilsenburg, w której jednak nie ma i nie było żadnej cudownej groty.

640px-GoslarInnenstadtCzemuż więc czytelnicy tego blogu zawdzięczają tak rozczarowujący wpis? Podczas mojej lektury No Man’s Land ukazał się na tym blogu wpis Ach jak przyjemnieKLIK – w którym autorka wspomina o górach Harzu i Goslar po czym… zmienia temat. Uznałem to za przewrotność godną Grahama Greenea i postanowiłem odpłacić pięknym za nadobne.

PS. No już dobrze, dobrze, za tydzień w tym samym miejscu i o tej samej porze  moja opowieść o Goslar i okolicach. Groty Maryjnej nigdy nie widziałam, chyba GrGr sobie wymyślił.

Cysorz…

Ewa Maria Slaska, …to ma klawe życie

23 lutego wieczorem Róża Stolarczyk napisała w mojej ulubionej grupie Fani Bułata Okudżawy:

Pomyślałam, że trzeba o nim powiedzieć – dziś w nocy zmarł Tadeusz Chyła – cysorz polskiego kabaretu, starego, dobrego i klasycznego stylu.

Wiadomość roznosi się w przeciągu kilku chwil. Na Facebooku wszyscy reagują tak samo, ja zresztą też. Wszyscy ze wszystkim dzielą się youtubową wersją Cysorza, opatrzoną następującym komentarzem:

Opole 1979 rok. Jedna z kultowych piosenek satyrycznych z drugiej połowy lat 70. Słowa: Andrzej Waligórski Muzyka: Tadeusz Chyła

Tadeusz Chyła (ur. 1933) – polski piosenkarz, kompozytor i gitarzysta, znany z wykonywania ballad okraszonych humorem i satyrą. W roku 1968 założył z kolegami śpiewający kabaret Silna Grupa pod Wezwaniem. Należeli tu Kazimierz Grześkowiak, Jacek Nieżychowski i Andrzej Zakrzewski. Chyła był jej członkiem do 1970 r.
– Andrzej Waligórski (1926 – 1992) – polski aktor, poeta, satyryk, dziennikarz, długoletni współpracownik Polskiego Radia we Wrocławiu. Genialny tekściarz.
Nie umiem śpiewać niemal nie znam żadnych piosenek na pamięć. Ale znam Cysorza (… to ma klawe życie), i Kniazia Dreptaka (zdumiał się kniaź, koszulę spuścił, co ją miał ściągnąć przez głowę), i Balladę o Mumiach (to nie żadna pokraka w staroegipskim stylu)… Był taki rok, że bez opamiętania słuchaliśmy z moim pierwszym chłopakiem ballad Chyły. Było to zresztą jeszcze w czasach przed Cysorzem. Pewnego dnia, gdy rodzice gdzieś wyszli, a my mieliśmy koniecznie zostać w domu, żeby Kasia nie była sama, odkryliśmy w taśmotece Mamy nagranie jego ballad. Kasia poszła spać, a my migdaliliśmy się w pracowni Mamy na kanapie (w porównaniu z tym, co dzisiaj Bravo zaleca bardzo młodym nastolatkom, byliśmy jednak nadzwyczaj przyzwoici). Była to pierwsza okazja w naszym szkolnym romansie, że byliśmy sami ze sobą, ale oczywiście był też Chyła. I tak już pozostanie. Szkolna miłość, szkolna erotyka lat 60, i wcale nie szkolna, bo wyszukana i dorosła muzyka. Może to była nagrana płyta z 1966 roku, co by oznaczało, że była nadzwyczajnie wręcz świeża – Tadeusz Chyła: Tadeusz Chyła śpiewa własne ballady – ale może były to po prostu nagrania z radia. I Mama i jej przyjaciele godzinami słuchali radia, po to, by “upolować” coś ciekawego. Wydaje mi się znamienne, że bardzo dobrą muzykę puszczano wówczas w Muzyce i aktualnościach, audycji propagandowej, choć była to, tak mi się dziś wydaje, inteligentnie zrobiona propaganda.

Tego chłopaka przestałam kochać, albo on mnie, nie pamiętam. Zresztą wyjechałam do innego miasta na studia, a gdy wróciłam, to przychodził czasem, a ja nie mogłam się nadziwić, bo był taki nieciekawy, taki materialistycznie nastawiony do życia, taki cwany i wyrachowany. Po latach objawił się raz jeszcze w życiu naszej rodziny, co zakończyło się po prostu złowrogo, ale ja już dawno byłam daleko, w Berlinie, za górami, za morzami i nie miałam z tym nic wspólnego, oprócz zdumienia, że człowiek, który był moją pierwszą miłością, mógł się okazać aż taki podły.

Jego więc przestałam kochać, ale napisałabym, że Chyłę kocham nadal, choć, oczywiście, nie napiszę, bo w dzisiejszych czasach nie używa się takich sformułowań…

List z kina

Katarzyna Krenz

Droga Siostro,

przecież Ty to wszystko wiesz, bo też tam wtedy byłaś…

Przez lata było nam smutno, bo nie mieliśmy filmu o naszym największym współczesnym – obok Papieża – bohaterze narodowym. Poprowadził nas drogą Wolności, został Laureatem Pokojowej Nagrody Nobla i prezydentem Polski, a nie miał pomnika z wyrytym na cokole „Naród – swojemu Bohaterowi”, nie doczekał się też (chyba?) porządnej i faktograficznie uporządkowanej biografii. Film miał spełnić to zadanie, zaspokoić nasze oczekiwania. I teraz taki film – dzięki Andrzejowi Wajdzie i Januszowi Głowackiemu – już mamy. I… po norwidowsku jeszcze nam smutniej.

Dlaczego? Z kilku powodów, przy czym uzasadnienie każdego z powodów powinno zaczynać się od słów: Smutno nam, ponieważ ten film to stracona okazja…

A zatem, po pierwsze: ten film to stracona okazja, ponieważ nie powstanie już więcej, a przynajmniej bardzo długo, drugi film o Lechu Wałęsie. A obraz, który otrzymaliśmy – za życia bohatera, to prawda, ale jednak mocno spóźniony – jest z wielu powodów nieprawdziwy. Przede wszystkim dlatego, że napisany został przez scenarzystę z pozycji narratora wszystko-wiedzącego, z perspektywy czasu, z dystansu. To się widzi, a zwłaszcza czuje – zabrakło dynamiki decyzji ad hoc, gdzieś zginęła emocja, nie ujawniło się to straszliwe napięcie, które towarzyszyło naszym dniom, tygodniom, a jak się miało okazać – nie opuściło nas przez lata. Zabrakło również naszej euforii, naszej nadziei.

Omni-wiedzący scenarzysta kazał opowiedzieć bohaterowi naszej wspólnej historii wersję widzianą z pozycji już ugruntowanej, przedstawić sprawy, z których duża część już się wydarzyła – podczas wywiadu, jakiego udzielił on Orianie Fallaci w marcu 1981 roku, w swoim mieszkaniu na gdańskiej Zaspie. I Wałęsa – znakomity w tej roli Robert Więckiewicz – odpowiada na pytania z dystansu, już jako pewny swego i czujący moc przywódca, który pociągnął za sobą tłumy i który wygrał negocjacje z władzą. Bo jeśli nawet nie był to jeszcze koniec gry, to na pewno był to już koniec mitu – że Lenin wiecznie żywy, a komunizm nigdy nie upadnie. (Tu ciekawy zabieg: o ile słuch nas nie mylił, w scenach wywiadu słyszymy autentyczny głos Wałęsy, pochodzący z taśm nagranych podczas tego spotkania). Wywiad został przerwany, bo cała rodzina w komplecie… musiała pójść do kościoła. Co Orianę mocno ubodło. Przegrała wprawdzie z panem Bogiem, ale uznała, że Wałęsa to próżny, pretensjonalny i pewny siebie ignorant.

Sam wywiad też nie poszedł najlepiej, bo Wałęsa, zdaniem OF, okazał się ignorantem etc. Ale spójrzmy na to z drugiej strony: to ona, Oriana F.,  wciąż pyta – dlaczego zrobił to, co myślał robiąc tamto, czy nie boi się, że…? I Wałęsa, siłą rzeczy, każde zdanie musi zacząć od: JA. Zadano mu pytanie, a on odpowiada. Ja zrobiłem to i ja pomyślałem tamto, bo… ja taki jestem. Dlaczego? Tego Wałęsa już nie wie. Bo tak po prostu jest, że on – jest szybki. Nie zastanawia się, tylko działa, i innych ciągnie za sobą do działania, zgodnie z hasłem, które kiedyś (a dokładniej: właśnie wtedy) wisiało na ścianie w jednej z pracowni gdańskiego Miasto-Projektu: „Tu się nie myśli, tu się robi”. Wszelka refleksja, a więc i ocena post factum, jest z góry założonym przekłamaniem, chwytem literackim, dobrym w powieści, ale nie w życiu, ponieważ nie oddaje bezrefleksyjnej natury samego Wałęsy. Nie oddaje też impulsywnej natury odwagi ani wynikającego z tejże i równie bezrefleksyjnego – bohaterstwa. Nie tylko Wałęsy! Wszyscy wokół niego musieli działać podobnie jak on, ryzykować tu i teraz, natychmiast, bo wypadki toczyły się szybko i na gadanie nie było zwyczajnie czasu. Ale to on miał charyzmę i odwagę. To on miał błyskawiczny refleks, dzięki któremu zawsze znalazł ripostę w porę, a nie dopiero na schodach, gdy było już za późno. Po co Oriana o to pytała, skoro to było widać gołym okiem? Wałęsa porywał innych do działania, a oni szli za nim jak w dym. Dlatego nie wierzę, że jego koledzy, czekając w dniu strajku na stoczni (Wałęsa się spóźnił, bo musiał „zmylić pogonie”, stąd słynny skok przez płot), mogli powiedzieć, a choćby tylko pomyśleć: „Spóźnia się? Aha, nie przyjdzie, rozmyślił się.” Wałęsa – rozmyślić się? Pan raczy żartować, panie Januszu.

To, nota bene, dobrze wymyślona scena, metaforyczna i symboliczna: płot jest za wysoki, żeby dało się go przeskoczyć, odbijając się z ziemi, Wałęsa wspina się więc na śmietnik i z niego przeskakuje – ku przyszłej wolności. Ale, ale: czy myśmy wtedy mieli takie duże plastikowe pojemniki na śmieci? Na kółeczkach?

Po drugie: ten film to stracona okazja, ponieważ Oriana Fallaci zajęła tyle czasu ekranowego, że na wiele innych – ważnych! – spraw i wydarzeń w filmie zabrakło miejsca. A szkoda. Bo OF przyjechała, pogadała, nie spodobało jej się, więc odjechała, przepraszam za tę obcesową skrótowość, ale tyle mam miejsca w tej recenzji dla OF, więcej nie mogę jej zaoferować. A inni byli tu naprawdę – jakże wielu wspaniałych ludzi.

„Wywiad ilustrowany” to dość stary chwyt, zarówno literacki jak filmowy, ale właśnie tylko chwyt. Dziennikarka zadaje zawiłe pytania teoretyczne, Wałęsa odpowiada („Ja…”), a potem widzimy ilustrację pytania – inscenizowaną scenę lub odnośny fragment jakiejś autentycznej taśmy filmowej, telewizyjnej lub ubeckiej, wszystko jedno. To odbiera tamtym dramatycznym wydarzeniom „pazur” dramatyzmu, była już o tym mowa. Oglądając, nie boimy się, bo wiemy, że to reenactment, aktorzy tylko pokazują nam, jak było, krew nie jest prawdziwa. A myśmy wtedy naprawdę się bali. Co będzie jutro? Jakie represje spotkają nas wszystkich za to, co tam na stoczni się dzieje? Kogo wywalą z roboty, ilu zaaresztują, czy wejdzie milicja czy wojsko? A jeśli wojsko, to polskie czy ruskie? Wszyscy byliśmy wiecznie na nasłuchu, czekając na to, co powie nam Wolna Europa, po domach drukowała się bibuła, którą potem niejedna młoda matka kolportowała, rozwożąc po mieście paczki ukryte pod materacykiem w dziecięcym wózku. Wszyscy „byliśmy umoczeni”, tak jak Wałęsa, i on to wiedział. I musiał się bać tak jak my, nie tylko o żonę i dzieci, ale i o ludzi. Żadnych prób generalnych, idziemy, robimy. Nie tylko Wałęsa, sam. My również, z nim. Co prowadzi nas do trzeciego „ponieważ”.

Po trzecie: ten film to stracona okazja, ponieważ NAS tam nie ma. A myśmy wszyscy tam byli. Gdańsk, Warszawa, Poznań, Śląsk. Kraków, Zakopane. LUDZIE. Nie tylko działacze, nie tylko intelektualiści, nie tylko politycy, lecz również – my, ludzie. My, naród. I nasze rodziny, bo jak się coś robiło, a wszyscy wtedy coś robiliśmy i każdy miał coś za uszami, to wiedzieliśmy, że odpowiadać będzie cała rodzina – kogo zamkną, kogo wywalą z roboty, czyjego dzieciaka nie wpuszczą na studia, władza miała długie ręce i jeszcze dłuższą pamięć.

I naszych prywatnych domów też tam nie ma. A przecież w rzeczywistości były! Nasze prywatne mieszkania, gdzie siedzieliśmy jak w klatkach, bo gdzież tu pójść? Do kawiarni?! W tych naszych „little boxes” słuchaliśmy Wolnej Europy z uchem przy radiu, ale też pakowaliśmy paczki dla tych, co w więzieniach i obozach dla internowanych, dzieląc się kartkowym zaopatrzeniem (papierosy, papier toaletowy, kawa), rozdzielaliśmy leki i rzeczy z darów dla potrzebujących. W tych naszych małych klitkach wielu z nas ukrywało nie tylko bibułę, ale i ludzi poszukiwanych przez bezpiekę. I zawsze nakarmiliśmy każdego, kto się zjawił w progu, tym, co mieliśmy – kartkowym byle czym, bo nic innego w sklepach nie było. A w razie potrzeby rozkładaliśmy materace na podłodze, żeby przybysze mogli przenocować. I jeszcze mieliśmy siły i energię, by wymyślać genialnie celne kawały, bo może rozrywek za wiele nie było, ale inteligencji i szybkiego refleksu – i potrzeby śmiechu dla odreagowania – nigdy nam nie brakowało.

Naszych domów w tym filmie nie ma. Jest za to tłum na ulicach, ten z kronik telewizyjnych, filmowych lub ubeckich – smutny i… socjalistycznie brzydki, dla mediów zachodnich w sam raz atrakcyjny materiał. A mnie to porusza i jest mi smutno, bo to prawda, że niemal wszyscy mieszkaliśmy wtedy w blokach i te bloki były ohydnie brzydkie, a mieszkania nieludzko ciasne (norma 10 metrów kwadratowych na głowę), ale – pamiętasz, Ewo? – potrafiliśmy zrobić coś z niczego i niekoniecznie i nie wszyscy za całe wyposażenie mieliśmy wersalki, pralki Franie i meblościanki ze szklankami zamiast filiżanek. Czuliśmy się współczesnymi Europejczykami, a nie mieszkańcami skansenu absurdu, mieliśmy potrzeby estetyczne i duchowe. Staraliśmy się, by nasze życie upływało w przestrzeni może skromnej, ale estetycznej, na ścianach wisiały dobre obrazy, a nasze biblioteki uginały się od książek.

W tym filmie nas nie ma. Ani naszych miast, ani naszych domów, ani nas. Jest tylko mieszkanie Wałęsy na Zaspie, o którym Fallaci mówi z przekąsem: „Phi, walczy z komunistami, a mieszkanie od nich przyjął!” Jeśli opowiadanie toczy się post factum, w oparciu o materiały i dokumenty, to można było sięgnąć do książki Danuty Wałęsowej, gdzie opisuje ona, jak to było, gdy nagle pod ich dom na Stogach zajechały jakieś „służbowe” nyski, panowie weszli bez pytania i bez pytania zgarnęli skromny dobytek, a potem bez pytania całą rodzinę (chyba bez Wałęsy, który akurat gdzieś działał albo „siedział”) wywieźli do bloku na Zaspie, do jakiegoś  mieszkania „wygospodarowanego” naprędce, bo władza nagle oprzytomniała, że może to jednak źle wygląda, żeby człowiek o którym zaczyna być głośno za Zachodzie, mieszkał w takich warunkach. Oriana Fallaci mogła tego nie wiedzieć, bo nie słuchała dość uważnie, podobnie jak nie wiedziała, że do tamtej Polski nie za bardzo wypadało przyjechać w eleganckim futrze, a potem świecić takimi czerwonymi paznokciami na ekranie. Jak człowiek idzie na pogrzeb, to ubiera się na czarno, jak jedzie do biednego kraju, to niekoniecznie musi przyjechać w starych łachach, ale niekoniecznie też musi to być futro. Wystarczyłby kożuszek zakopiański, też ciepły.

Po czwarte: ten film to stracona okazja, ponieważ napisanie muzyki (mocnej, znakomitej) zlecono kompozytorowi, Pawłowi Mykietynowi, który ma obecnie 42 lata (rocznik ‘71) i najwidoczniej nie pamięta, że naszym bardem narodowym był wtedy Kaczmarski. To Kaczmarski, wspólnie z Gintrowskim i Łapińskim stworzyli trio i przygotowali program poetycki „Mury” (tytułowa piosenka była pieśnią innego barda – katalończyka Lluisa Llacha). To słowa Kaczmarskiego i muzyka Gintrowskiego nas ukształtowały, to tej muzyki słuchaliśmy, i to „Mury” intonowaliśmy w trudnych – i tak, również wielkich i podniosłych – chwilach. „Mury” stały się nieformalnym hymnem Solidarności i symbolem walki o wolność. A mury runą… – i runęły! Prawda, były też zespoły rockowe i wiele z ich piosenek stało się „cytatami”, którymi chętnie się posługiwaliśmy. Ale robiąc pierwszy i jedyny, jak dotąd, film o Wałęsie, odebrano głos naszemu bardowi, który ten głos wykrzyczał za naszą i waszą wolność, i umarł na raka krtani. Gdy o tym myślę, jest mi jeszcze smutniej. Bo tak się nie robi.

W tym miejscu – gdy mowa o sztuce – dodam słowo o Kościele. Bo Kościoła też w filmie zabrakło. Nie chodzi tu o zbiorową modlitwę, o wyznanie wiary, opowiedzenie się po stronie katolików, nic z tych rzeczy. Kościół w tamtych czasach pełnił inną funkcję, był naszym bastionem narodowym, pomagał nam zachować tożsamość, miedzy innymi poprzez sztukę – przedstawienia teatralne, koncerty, wystawy. Kościół pomagał nam również materialnie, bo to do kościołów w głównej mierze, jako do swego rodzaju męża zaufania, napływały transporty z darami z Zachodu. Kościół był naszą kryjówką duchową, a dla wielu działaczy również kryjówką w dosłownym znaczeniu tego słowa.

Po piąte: ten film to stracona okazja, ponieważ nie pokazuje, jak to było naprawdę. Niech ktoś wreszcie powie to głośno: my, naród, nie byliśmy agentami ani współpracownikami, myśmy po prostu żyli w tym kraju. A on był tak zorganizowany, że w każdej instytucji, w każdym przedszkolu i każdej szkole, w każdej fabryce i w ogóle w każdym miejscu ktoś był „oni”, a my byliśmy „my”. To oni byli wśród nas, a nie – my byliśmy u nich. Oni z nami zaczynali rozmowy, oni nas podchodzili, oni podsuwali jakieś kartki do podpisania (to akurat dobra scena w filmie, i wydaje się dość prawdziwa: Wałęsa nie czyta, co podpisuje, bo żona właśnie rodzi w szpitalu pierwszego syna i jemu zależy tylko na tym, żeby się stamtąd wydostać). To oni nas podpytywali, kusili stanowiskami i paszportami, mieszkaniami bez kolejki i szynką ze sklepów za żółtymi firankami. Ci, co nas oskarżają o kolaborację, nic nie wiedzą albo sobie z nas kpią. Każdy z nas miał z tymi ludźmi styczność, wiedząc, nie wiedząc, podejrzewając lub nie. Zresztą „oni” byli nieźle wyszkoleni w sztuce kamuflażu, nasze podejrzenie budzili jedynie ci, którzy mogli „jakby” więcej od nas. Załatwić pralkę i mieszkanie od ręki, a choćby tylko bilet na samolot do Warszawy, ale też wyjść z zadymy bez szwanku. Czy myśmy się dawali na te gadki i podszepty brać, to już jest całkiem inna kwestia. Wiedzieć POTEM (i osądzać) jest łatwo, a wiedzieć „tu i teraz”? Kto tego nie przeżył, ten nie wie, a to znaczy również, że go „tam i wtedy” po prostu z nami nie było. Janusz Głowacki nie do końca wiedział, jak było w stanie wojennym, ponieważ stan wojenny zastał go w Ameryce.

Była jeszcze jedna drobna współzależność – poprzednie pokolenia przerabiały już ten temat w związku z wojną, dziwi więc, że ktoś z nas może o to jeszcze pytać. Z władzą nie należało wchodzić w układy (niegodne), zadzierać (niebezpieczne), snuć konszachty (współpraca agenturalna), iść na kompromisy (wszystko albo nic, ale co będzie jak wejdą Ruskie). Ale władzę można było wykorzystać. I ci, co byli bliżej „źródełek” rozmaitego rodzaju, mogli dla nas coś załatwić, uszczknąć, a choćby tylko czegoś się dowiedzieć. Przykład Gintrowskiego to wyjaśni: w latach 80 pracował jako kompozytor muzyki filmowej – stworzył muzykę do ponad 20 filmów; z czegoś musiał żyć, poza tym pisał świetną muzykę. Koncertował wyłącznie poza oficjalnymi scenami, między innymi w salach Muzeum Archidiecezji, a wykonania studyjne jego piosenek nagrywano nieoficjalnie i wydawano w drugim obiegu. W Wikipedii czytamy: „Życie codzienne Gintrowskiego było całkowicie podporządkowane działalności podziemnej, przykładem jego dyspozycyjności była gotowość do prowadzenia koncertów organizowanych ze względów bezpieczeństwa jedynie z kilkugodzinnym wyprzedzeniem.” I dalej: „W trakcie realizacji nagrań do filmu ‘Matka Królów’ nielegalnie nagrał w studio państwowej Telewizji Polskiej płytę ‘Pamiątki’, a później w podobny sposób utrwalony został program ‘Raport z oblężonego miasta’ w studio Akademii Muzycznej.”

Po szóste: ten film to stracona okazja z powodu – jakby to ująć? – grzechu zaniedbania. Gdyby Oriana Fallaci zajęła mniej czasu i miejsca na ekranie, może znalazłoby się miejsce dla innych, jak Gieremek i Mazowiecki, jak Kuroń i Mikołajska, jak…. I możemy być pewni, że aktorzy zażądaliby znacznie mniej niż Monica Bellucci, która wstępnie miała zagrać Orianę, ale projekt upadł z powodu (braku) miliona euro w budżecie producenta filmu. O Kaczmarskim już pisałam. Ale może należałoby jeszcze wyjaśnić, że tamtej nocy, 13 grudnia, do mieszkania Wałęsów osobiście przyjechali Tadeusz Fiszbach i prof. Jerzy Kołodziejski. Dwa różne buty Fiszbacha przeszły do historii, dlatego znalazły się na ekranie. Ale film nie dopowiedział, że Fiszbach należał do tych partyjnych działaczy, którzy wierzyli w ludzkie oblicze socjalizmu, tak, tacy ludzie też byli, partyjni a przyzwoici, i I sekretarz KW PZPR do nich należał. I gdańszczanie to pamiętają. Musiał to pamiętać również Wałęsa, gdy w lipcu 1989 roku proponował mu kandydowanie na stanowisko prezydenta przeciwko generałowi Jaruzelskiemu, jednak Tadeusz Fiszbach tej propozycji nie przyjął.

Tamtej nocy z domów wyciągnięto i przewieziono do obozów internowania nie tylko Wałęsę. Aresztowani razem z Wałęsą działacze Solidarności to byli nasi sąsiedzi, przyjaciele, członkowie naszych rodzin. Kobiety i mężczyźni, cała rzesza. Ilu? O tym film nie wspomina. Widzimy tylko Wałęsę, tylko z jego powrotu cieszy się Danuta (cudowna Agnieszka Grochowska, urocza, mądra i absolutnie bezbłędna, oprócz… jednego anachronicznego „tak?” na końcu zdania, o które mam lekki żal, bo to dziś tak się dziwnie kończy zdania w Polsce, myśmy wtedy tak nie mówili).

Jak pamiętamy, „WRONA” działała sprawnie i z zaskoczenia. Już 12 grudnia wieczorem, w ramach akcji pod kryptonimem „Jodła” (sic?! jak w „Klossie” albo w „Czterech pancernych”?!), rozpoczęły się, wg wcześniej przygotowanych list, systematyczne aresztowania osób postrzeganych przez władze jako potencjalne zagrożenie dla ustroju. W sumie, w czasie stanu wojennego aresztowano ponad 10 tysięcy osób, w tym wiele po kilka razy. Ci ludzie są częścią wielkiego wałęsowego JA, i gdyby nie Fallaci na ekranie, może znalazłoby się dla nich miejsce. Wielu z nich jeszcze żyje, wielu z nich schorowanych, ze złamanym życiem po przebytych wyrokach, z nadszarpniętym zdrowiem po brutalnych przesłuchaniach, zmaga się z biedą, w zapomnieniu. Ten film byłby dla nich ważny, gdy oddał im przynajmniej mały hołd, gdy o wielkich hołdach, a choćby tylko o rencie kombatanckiej dla nich państwo do tej pory nie zdążyło jeszcze pomyśleć. Wie o tym najlepiej Mirosław Chojecki, który organizuje dla nich zbiórkę pieniędzy – na czynsz i leki.

Ten film zastanawia. Dlaczego?

Dlaczego? Dlaczego scenariusza nie napisał ktoś, kto nie tylko dowiedział się o tym, jak było, bo obejrzał kroniki i przeczytał materiały archiwalne, relacje świadków czy opracowania historyków, lecz kto – był tam wtedy z nami? Bo, prawdę mówiąc, gdy o tym teraz myślę, Mirosław Chojecki wiedziałby, jak napisać taki scenariusz. Jego również stan wojenny zatrzymał na Zachodzie, we Francji. Ale, jakby to powiedzieć: można być blisko i nic nie widzieć, można być daleko i wiedzieć bardzo dużo. Chojecki wiedział i działał, m.in. organizując wysyłkę (czyt.: szmugiel) maszyn drukarskich do kraju, był więc – blisko.

Dlaczego? Dlaczego Wajda tak wiele pominął, a poszedł w stronę wizji powierzchownej i nie do końca prawdziwej? I proszę mnie nie napominać, że temat duży i skomplikowany. Skrótowość niekoniecznie musi być powierzchowna, a metafora niekoniecznie musi być przekłamaniem. Jeśli się drąży dość głęboko, to się znajduje, i właściwe słowa, i właściwy ton, wiem, bo piszę wiersze, rzadko, ale piszę, rzadko, bo dużo czasu schodzi mi na drążenie.

I dlaczego? Dlaczego w sieci krąży tak mało recenzji na temat filmu? Nie mówię o oficjalnych „blurbach” i „zajawkach”, bo to są materiały promujące, maszyna marketingowa. Mówię o recenzjach w dawnym rozumieniu, kiedy to dziennikarz szedł do kina, oglądał film, reagował emocjonalnie, następnie przetwarzał całą rzecz intelektualnie, a potem – pisał. Wiem, to wymaga czasu. I wiem: dziś już się nie pisze „prawdziwych” recenzji, bo wszystkim tak się spieszy, że jak nie dostaną od zainteresowanego artysty tak zwanego „gotowca”, to nikt nic nie napisze. A przecież zarówno film narodowego reżysera Wajdy, jak postać bohatera narodowego Lecha Wałęsy zasługuje na refleksję, uczciwą i obiektywną, ale również osobistą i uczciwie subiektywną. Bo chociaż film mnie zawiódł i zasmucił, to przecież na uczciwą recenzję zasługuje.

Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, i Lech Wałęsa na pewno nie raz już się o tym przekonał. Ale możliwe też, że film spóźniony o tyle lat, został jednak zrobiony zbyt wcześnie. Spóźnił się, ponieważ kolorowa bańka wolności dawno się rozprysła, a wraz z nią nasze ideały i wspaniałe poczucie wspólnoty, kiedy to wszyscy żyliśmy w jednakowej biedzie, ale też byliśmy braćmi w szacunku i poświęceniu dla Ojczyzny, i nikt jeszcze nie wstydził się słowa patriotyzm, które od tejże Ojczyzny się wywodzi. Tamten poryw euforii pełnej nadziei, jakże dla nas wtedy charakterystyczny i ważny, został brutalnie złamany przez stan wojenny. 13 grudnia był mróz, śnieg skrzypiał pod butami. W naszych domach zapanowała martwa, pełna przerażenia cisza.

Nie chciałabym by moja recenzja, dość surowa, przyznaję, uplasowała się gdzieś pośród tak rozpowszechnionego obecnie ogólnonarodowego tonu jadu i nienawiści. Proszę mi tego nie robić, nie bluzgam nienawiścią, szanuję wszystkich twórców, którzy przyczynili się do powstania tego filmu. Lech Wałęsa doczekał się filmu o sobie, i w pełni na to zasłużył. Miał więcej szczęścia niż Kościuszko czy Kiliński, i wielu innych naszych bohaterów narodowych. Lecz mimo wszystko trudno oprzeć się wrażeniu, że film Wajdy i Głowackiego spóźnił się, a zarazem spóźnił się nie dość i został zrobiony zbyt wcześnie. Dlaczego? Ponieważ los naszego bohatera narodowego poszedł już w zapomnienie. Dziś mało kogo obchodzi On i nasza wspólna uboga a bohaterska przeszłość. Młodzież dzisiaj biegnie, nie oglądając się w przeszłość, zajęta swoimi sprawami i swoją przyszłością. Zauważy naszego bohatera – i doceni – dopiero gdy przyjdzie jego czas. Wtedy – kiedyś, po najdłuższym życiu – ktoś postawi mu pomnik. Ktoś  inny przypomni sobie o filmie „Wałęsa, człowiek z nadziei”, sięgnie do zakurzonej filmoteki narodowej i… nie dowie się, jacy byliśmy naprawdę.

Walesa_film_set

Wałęsa. Człowiek z nadziei

Film o Lechu Wałęsie, który razem z “Solidarnością” walczył o Polskę wolną od komunizmu.
gatunek: Biograficzny / Dramat
produkcja: Polska
premiera: 4 października 2013 (Polska) 5 września 2013 (świat)
reżyseria: Andrzej Wajda
scenariusz: Janusz Głowacki
muzyka: Paweł Mykietyn
zdjęcia: Paweł Edelman

Obsada

Robert Więckiewicz jako Lech Wałęsa
Agnieszka Grochowska jako Danuta Wałęsa
Iwona Bielska jako Ilona, sąsiadka Wałęsów
Zbigniew Zamachowski jako Nawiślak
Dorota Wellman jako Henryka Krzywonos
Maria Rosaria Omaggio jako Oriana Fallaci
Mirosław Baka jako dyrektor stoczni
Michał Czernecki jako wicedyrektor stoczni
Grzegorz Małecki jako funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa
Marcin Hycnar jako stoczniowiec
Piotr Probosz jako Czesław Mijak
Wiktor Malinowski jako Jarosław Wałęsa w wieku 3–5 lat
Marcel Głogowski jako Bogdan Wałęsa w wieku 8–10 lat
Kamil Jaworski jako Przemysław Wałęsa w wieku 5–7 lat
Cezary Kosiński jako Majchrzak
Ewa Kolasińska jako pracownica w stoczni
Maciej Stuhr jako ksiądz
Małgorzata Zajączkowska jako sprzedawczyni
Wojciech Kalarus jako przewodniczący
Mateusz Kościukiewicz jako Krzysiek
Barbara Babilińska jako pielęgniarka
Henryk Gołębiewski jako chłop przy blokadzie

Maryna i koty

Przez wiele miesięcy zawsze w niedzielę pojawiał się tu wpis poetycki, z reguły z muzyką lub nagraniem recytacji, z reguły w wielu językach. Od dziś poezja ustępuje miejsca kotom. A dokładniej Marynie i jej kotom. Maryna Over prowadzi na Facebooku piękną stronę o sztuce No woman no cry, z zawodu jest (chyba) krytykiem (krytyczką?) teatralnym(ą), w każdym razie studiowała na Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Poza tym jest miłośniczką sztuki, jamników i kotów, chociaż może kotami zajęła się tylko dzięki moim zachwytom, bo podobno ma alergię na koty. W ciągu ostatnich tygodni dostałam od niej mnóstwo wyszukanych nie wiadomo gdzie i jak obrazów z kotami.

Koty pana Chardina

Koty once mehr

Stare papiery 9 i koty

Bestiarium mojej siostry

Поэзия / Тимур Шаов (Жизнь котов)

lost catTak, widać, że koty już były na tym blogu, po części właśnie dzięki Marynie. Od dziś będą się tu pojawiać co tydzień, w niedziele, bo niedziela to dobry czas dla kotów. Można się powylegiwać, polenić…

Zaczniemy od cytatu, przysłanego przez moją siostrę. “You can never know your cat. In fact, you can never know anyone as completely as you want. But that’s okay, love is better” – Caroline Paul in “Lost Cat”.

Caroline Paul was recovering from a bad accident and thought things couldn’t get worse. But then her beloved cat Tibia disappeared. She and her partner, illustrator Wendy MacNaughton, mourned his loss. Yet weeks later, Tibia waltzed back into their lives. His owners were overjoyed. But they were also… jealous? Betrayed? Where had their sweet anxious cat disappeared to? Had he become a swashbuckling cat adventurer? Did he love someone else more? His owners were determined to find out.

Using GPS technology, cat cameras, psychics, the web, and animal communicators, the authors of Lost Cat embarked on a quest to discover what their cat did when they weren’t around. Told through writer Caroline Paul’s rich and warmly poignant narrative and illustrator Wendy MacNaughton’s stunning and hilarious 4-color illustrations, Lost Cat is a book for animal lovers, pet owners, and anyone who has ever done anything desperate for love.

Dzisiejszy wpis z kotami Maryny poświęcę sobie – kobiecie w sukience, z kotem na kolanach. Lubię, jeśli sukienka jest niebieska.

Raz już tu była dziewczyna z kotem w niebieskiej sukience. Ale jest ich więcej.

Gwen John (British painter, 1876-1939-kotGwen John, british painter, 1876-1939. Wikipedia wrote:
She was a Welsh artist who worked in France for most of her career. Her paintings, mainly portraits of anonymous female sitters, are rendered in a range of closely related tones. Although she was overshadowed during her lifetime by her brother Augustus John, her reputation has grown steadily since her death.

And further!

In the autumn of 1903, she travelled to France with her friend Dorelia McNeill (who would later become Augustus John’s second wife). Upon landing in Bordeaux, they set off on a walking tour with their art equipment in hand, intending to reach Rome. Sleeping in fields and living on money earned along the way by selling portrait sketches, they made it as far as Toulouse.

Max Liebermann, Old woman with a cat 1878, Getty MuseumMax Liebermann, Old woman with a cat 1878, Getty Museum

Najlepszy niemiecki impresjonista. Żyd. Żył w latach 1847-1935. Mieszkał w Berlinie, w dużym domu koło Bramy Brandenburskiej (Pariser Platz 7) i był za życia tak sławny, że był jedynym prywatnym człowiekiem, którego adres podawano w niemieckich beadekerach.

W roku 1898 jako członek jury der “Großen Berliner Kunstausstellung” (Wielkiej Wystawy Sztuki w Berlinie) nominuje do nagrody prace Käthe Kollwitz i Waltera Leistikowa. Cesarz Wilhelm II nie zgadza się na tę nominację, co sprawia, że Liebermann i inni artyści zakładają własną grupę artystyczną, znaną w historii sztuki jako Secesja Berlińska.

Boldini-kotGiovanni Boldini (1842 – 1931), włoski malarz, który większą część życia spędził we Francji. Był portrecistą ważnych mężczyzn i słynnych pięknych kobiet Belle Époque. Namalowany przez niego portret Marthe de Florian, aktorki, kurtyzany i przyjaciółki artysty, został w roku 2010 odkryty w jej paryskim mieszkaniu, opuszczonym przez nią w roku 1942. Marthe uciekła przed hitlerowcami na południe Francji i już nigdy nie wróciła do Paryża. Mieszkanie przez 70 lat było zamknięte. Gdy je przypadkiem odkryto, świat obiegło zdjęcie wspaniałego, zabałaganionego wnętrza. Na portrecie Marthe jest ubrana w atłasową suknię i boa w kolorze starego różu.  Portret został namalowany w roku 1888, gdy aktorka miała 24 lata. Gdy umarła w roku 2007, miała 91 lat. Ocenia się, że portret jest wart ponad trzy miliony euro.

Wojciech FangorWojciech Fangor. Urodził się w roku 1922 w Warszawie. Malarz, plakacista, rzeźbiarz. W swoim czasie jeden z czołowych przedstawicieli socrealizmu, człowiek, który namalował słynną “Matkę Koreankę”. I jest to bardzo dobry obraz. Popatrzcie.

W roku 1961 wyjechał na wiele lat z kraju. Do Polski wrócił w roku 1999.  W latach 1964-65 mieszkał w Berlinie, ale nigdy nie znalazłam tu śladów jego pobytu. Nikt go też nigdy tu nie wspominał. Natomiast wiele lat później nazwisko artysty pojawiło się w berlińskich wiadomościach typu kronika kryminalna. Wiadomość miała zostać tak sformułowana, żeby nikt niczego się nie dowiedział.  Oto niejaki Sławomir S., lat 36, Polak, remontował wraz z kolegami berlińskie mieszkanie znanego polskiego kolekcjonera sztuki. Obraz Fangora, na czas remontu przechowywany skrzyni, został ukradziony w gabinecie dentystycznym, w akcie zemsty za niesolidne rozliczenie pracy ekipy. Panowie budowlańcy nie znali wartości dzieła.
Jestem z Berlina, znam tego słynnego kolekcjonera sztuki-dentystę, posiadacza największej bodaj czy nie na świecie kolekcji elementów rozebranego i rozsprzedanego Muru Berlińskiego. Ciekawe, czemu nie można było w notce opisać wszystkiego prostym ludzkim językiem. I ciekawe, czy jest to nieudolność dziennikarza czy przesadne wymogi ochrony danych osobowych Pana Zbieracza. Zresztą poczytajcie sami: http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Kradziez-cennego-obrazu-Wojciecha-Fangora-Zarzuty-dla-pieciu-osob,wid,14953661,wiadomosc.html?ticaid=11238f

PS. Napisałam ten wpis 17 lutego. To Międzynarodowy Dzień Kota, zapoczątkowany w Perugii w celu obrony kotów przed zabobonami. Dziś już nikt nie pamięta, że to dlatego ustanowiono ten dzień. Dziś po prostu wszyscy dzielili się ze wszystkimi kotami. Oto jeden z łupów zdobytych na Facebooku tego dnia:

http://culture.pl/pl/artykul/kot-a-sprawa-polska-polscy-artysci-i-ich-koty

Mama i Lorca

Wywiady ze starych kaset magnetofonowych zostały skonwertowane do formatu wav przez KWiK TV. Dzięki temu mogłam ich odsłuchać. Dziękuję! W sumie mam trzy takie kasety, wszystkie zostały już przetworzone. Nigdy ich przedtem nie słyszałam. Prawie miesiąc temu opublikowałam pierwszą część wywiadów, dwa tygodnie temu – drugą, przed tygodniem – trzecią, a dziś – zakończenie.

lorca-alberti2Anna Sobecka (i Ewa Maria Slaska) o Irenie Kuran-Boguckiej

Za wydanie wierszy zebranych Rafaela Albertiego – “Chłodna mięta mórz”, Wydawnictwo Morskie 1986 – Mama otrzymała stypendium rządu Hiszpanii za najlepsze światowe tłumaczenie literatury hiszpańskiej. Pojechała wtedy do Hiszpanii, gdzie odwiedziła miejsca związane z życiem Lorki.

romancero Anna Sobecka: Czy ta możliwość pozwoliła jeszcze lepiej poznać samego Lorkę? Czy w tych miejscach czuła Pani obecność jego ducha i działanie tej magii?

Irena Kuran-Bogucka: To było trochę inaczej. Więcej uzyskałam w tamtym czasie, jeśli chodzi o działanie ducha, przez to, że to już był ten czas, kiedy się świetnie rozwinęła wiedza o jego poezji. Bo jak wiadomo, jak dyktator doprowadzi czy dopuści do zamordowania poety, to bardzo nie lubi, żeby później o tym mówiono. I ci, co w pierwszych latach po śmierci Lorki próbowali studiować jego życie i twórczość, nie mieli łatwego zadania. Natomiast po powrocie z emigracji, tej Wielkiej Emigracji Hiszpańskiej, poetów emigrantów, a zwłaszcza rodziny Lorki, odkryto mnóstwo nieznanych przedtem materiałów, też studia, już swobodnie prowadzone, poszły dalej. To mi dużo dało. Natomiast, co mi dało na przykład pojechanie do Fuente Vaqueros, miejsca, gdzie Lorka się urodził. Lorka ma taki wiersz, bardzo wczesny, z pierwszego tomu, Książka wierszyTopole ze srebra. Ja sobie wyobraziłam, nie widząc przedtem tych drzew, że są to topole o takich srebrno szarawych listkach, bo wiadomo, że liście topoli, też wierzby, nie jest bardzo jaskrawozielony. A tymczasem pojechałam tam na przedwiośniu i nagle zrozumiałam, co to są topole ze srebra. Jak jest przedwiośnie, to u nas drzewa na tle już wiosennego nieba są czarne, we Włoszech są seledynowe, złotawe, różowe, a w Hiszpanii są srebrne. W tym wypadku wykształcenie malarskie mi dopomogło do zauważania takich właśnie pozornie błahych, a istotnych dla całego obrazu rzeczy.

Mówiła Pani o poezji Lorki, o jej pięknie i o jej magii. Porozmawiajmy może teraz o samym poecie. Jakim on był nie tylko poetą, ale człowiekiem?

Trudno to powiedzieć. Ja będę próbowała o tym pisać, już mam jakieś maszynopisy, ale żeby znaleźć klucz do rozumienia tej twórczości, warto wiedzieć oczywiście, jakim był człowiekiem? Spróbuję dać odpowiedź i z góry wiem, że ta odpowiedź nie będzie pełna ani kompletna. Wiem, że nie zdołam. Ale też biografowie – najbliżsi przyjaciele – piszą o nim rzeczy tak różne, rozbieżne, wręcz przeciwstawne. A wszystko, co piszą, jest prawdę. Jorge Guillén, jego przyjaciel, rówieśnik i biograf, też poeta, opisuje przyjaciela pełnego pogody, życzliwego, lubianego, w każdej chwili życie jego owiane było natchnieniem, Pablo Neruda mówi – „Nigdy nie widziałem osoby tak pełnej magii, tak radosnej, tak pogodnej, tak serdecznej.” Lorka zresztą wspomina żarty i figle, z czasów swoich studiów zwłaszcza, natomiast w przedmowie do drugiego wydania dzieł wszystkich Vincente Alexander, noblista późniejszy, też rówieśnik i przyjaciel Lorki, pisał: „miał serce zdolne do namiętności, jak rzadko kto, a zdolność do miłości i cierpienia uszlachetniała jego czoło”. Wiele kochał, w co nie chcieli wierzyć ludzie powierzchowni i cierpiał przez tę miłość bardziej niż ktokolwiek przypuszczał. Jego bardzo dobry znawca, którego poznałam w Hiszpanii, Miguel Garcia Posada – Garcia nie znaczy, że był krewnym, to bardzo pospolite nazwisko – w odniesieniu do Lorki używa słowa „wieloosobowość”. On miał mnóstwo wcieleń i żadne z nich nie było imitacją, każde było jakimś autentycznym fragmentem jego osobowości i odczuć.

Jak wyglądał?

Zdjęcie pokazuje Andaluzyjczyka o gładkich czarnych włosach, ciemnych oczach, dość takich grubo ciosanych, właściwie chłopskich rysach. Zdjęcie nam nie mówi NIC. Jego przyjaciel, który z nim się na przestrzeni lat spotykał, Carlos Morla Lynch, który napisał zresztą książkę „W Hiszpanii z Frederikiem”, notuje takie słowa: „nie można utrzymywać, że Lorka jest piękny, ale nie można też twierdzić, że tak nie jest, gdyś bije z niego coś, co budzi powszechną sympatię.” Musiał być nie urodą, lecz osobowością fantastyczny. Bo tak to nie odróżniał się od średniego wyglądu Andaluzyjczyka tamtego czasu, był też średniego wzrostu, i, jak Pani wie, do starości nigdy nie doszedł – nie wiadomo, jak starość wyżłobiłaby tę twarz. Ale jeszcze trzeba dodać, że niezależnie od ładunku, jaki niesie jego poezja, ktokolwiek się z nim zetknął, choćby pobieżnie, przez wiele lat go nie zapomniał. Jego przyjaciel, admirator wielki, chwilami też i rywal, Rafael Alberti, jeszcze 40 lat po jego śmierci, w latach 70, pisał – „spróbuję opisać ten pejzaż, ale czy ja dam radę, lepiej by to zrobił Federico”.

sonetyA nad czym Pani teraz pracuje?

Między innymi jest to absolutnie nikomu nie znany, nie istniejący w całości fragment tomu „Sonety ciemnej miłości”, które dopiero w ostatniej dekadzie zostały odkryte w licznych jak wspominałam, brulionach, przywiezionych przez rodzinę, która uszła do Ameryki przed prześladowaniami. I tych sonetów nie zna niemal nikt, mało kto widział, niemal nikt nie tłumaczył. Ja mam wszystkie, jakie istnieją, nikt nie wie, czy wszystkie ocalały. Istniejących jest jedenaście. Bardzo piękne, wstrząsające erotyki, o tyle osobliwe, że sonet nie był ulubioną formą Lorki.

***

Cierpienia miłosne

Ten ogień, który pochłania i nęka,
Ten pejzaż szary od końca do końca.
Ten ból przez jedną myśl spośród tysiąca.
Ta niebios, świata i chwili udręka.

Ten płacz krwi, która zdobić się nie lęka
liry bez tętna; ta żagiew paląca.
Ten ciężar morza, co w odmęt mnie strąca.
Ten skorpion w piersi mojej – co za męka!

Wieńcem miłości są, rannego łożem,
gdzie ja, bezsenny, śnię, że jesteś ze mną
w mej piersi, pośród ruin i zniszczenia.

I choć roztropność ocalić mnie może,
twe serce stwarza mi dolinę ciemną
cykuty, gorzkiej wiedzy i cierpienia.

z tomiku “Sonety ciemnej miłości” Instytut Wydawniczy Świadectwo, Bydgoszcz 1994

Czasy były takie, że Mama bardzo ostrożnie podchodziła do tematu miłości homoseksualnej w życiu Lorki. Dziś, po 20 latach europejskiej dyskusji o homoseksualizmie i po filmie Paula Morissona “Little ashes” (“Popiołki”) z roku 2008, homoseksualizm poety dla nikogo nie jest już mroczną tajemnicą. Piszę o tym, bo pamiętam, ile wysiłku kosztowało Mamę tłumaczenie tych sonetów tak, by nie było wiadomo, czy obiektem miłości jest kobieta czy mężczyzna.

Wróćmy jednak raz jeszcze do spisanego tu i prezentowanego przez ostatnie tygodnie wywiadu Anny Sobeckiej z Mamą. Wywiad kończy się tą właśnie muzyką:

Pisarze i cmentarze

Ewa Maria Slaska

Poszwendałam się po paryskich cmentarzach, spotkałam różnych ciekawych ludzi, może jeszcze do nich dojdziemy, ale na razie pisarze.

Père-Lachaise, największy cmentarz w Paryżu. Pochowano na nim milion osób. Milion!

Honoré de Balzac. 1799-1850. Boże jak oni wszyscy krótko żyli i ile w tym życiu zdążyli zrobić! Boy wydał w Polsce całą Komedię ludzką i były to 34 tomy. A są przecież jeszcze powieści, spoza cyklu. Z Eweliną Hańską ożenił się w… no tak, w Berdyczowie! Pisz do mnie na Berdyczów.

balzak
Marcel Proust. 1871 – 1922. Największy pisarz XX wieku. Tak uważała Mama i, no cóż, ja chyba też tak uważam. Latami czytałam jego siedmiotomową powieść co roku. Teraz zdarza się to jednak rzadziej i właściwie czytam już tylko trzy pierwsze tomy. Dalej, gdy literackie przetworzenie homoseksualizmu staje się absurdalne, książka mnie odrzuca. Ale czerwony krzak głogu, jeden jedyny w szeregu krzaków kwitnących na biało, będzie mi towarzyszył do śmierci. Albo zdanie Swanna: I pomyśleć, że zmarnowałem życie na zabieganie o kobietę, która mi się nawet nie podoba. No i oczywiście magdalenki, ciasteczka w kształcie muszli, pieczone dla pielgrzymów na drodze św. Jakuba. I przyzwyczajenie, pilna prządka…

Foto1057Grób Prousta bardzo źle wygląda. Oczywiście substancja grobu jest OK, ale ten tzw. entourage. Widać, że grób jest odwiedzany, ale ślad tych odwiedzin to zwykłe śmietnisko. Ten sam problem, tylko w jeszcze większym natężeniu, zuważymy potem na grobie Jima Morrisona. Grób wygląda po prostu katastrofalnie i jeszcze jest otoczony płotem, żeby nie można było podchodzić.

Yvan & Claire Goll, naprzeciwko grobu Chopina. Ciekawe, że najpierw zobaczyłam ich grób, a dopiero potem Chopina.

Je n’aurai pas duré plus que l’écume
Aux lèvres de la vague sur le sable
Né sous aucune étoile un soir sans lune
Mon nom ne fut qu’un sanglot périssable

I did not last longer than the spume
On the lips of the wave on the sand
Born under no star on a moonless night
My name was only a perishable sob

Nie trwałem dłużej niż morskiej piany czas
Gdy po wargach fali na piasku zostanie
Urodziłem się w noc bez księżyca i gwiazd
A imię me było jak bezgłośne łkanie

Na grobie cytat z wiersza Yvana Golla z cyklu Jan bez ziemi, króla, który był dla poety symbolem jego własnego losu. Goll był urodzonym we Francji niemieckim Żydem, pacyfistą, wiecznym tułaczem. Mieszkał w Szwajcarii, we Francji, w roku 1939 uciekł z Francji do USA, po wojnie powrócił do Paryża. Zmarł na białaczkę.

Claire Goll była także poetką, pisarką i dziennikarką, bardzo wysoko cenioną przez niemieckie feministki 25 lat temu. Wszystkie czytały(śmy) autobiografię pisarki wydaną w roku 1976 we Francji: Ich verzeihe keinem. Eine literarische Chronique scandaleuse unserer Zeit (Nikomu nie wybaczam. Literacka kronika skandaliczna naszych czasów). Było tam jedno zdanie, którego przez przyzwoitość tu nie przytoczę, zachęcając do przeczytania książki. Było ono na ustach wszystkich, choć dotyczyło… innego organu.

Miguel Angel Asturias, pisarz i dyplomata, był synem Metysa i Indianki. Wikipedia podaje, że matka pochodziła z plemienia Majów. Zachodzi więc pytanie, dlaczego Asturiasowi wzniesiono pomnik w stylu azteckim? No ale nie czepiajmy się drobiazgów. Dostał literacką nagrodę Nobla za Trylogię bananową, ale ja najbardziej lubię jego maleńką opowieść, zatytułowaną Zwierciadło Lidy Sal. To on, a nie, jakby się nam wydawało, Gabriel Garcia Marquez, był twórcą realizmu magicznego.

AsturiasCmentarz Montmartre. Emile Zola i Heine.

Foto1114Zola. 1840 – 1902. Pisarz, który udowodnił, że słowo pisane może pokonać reżim, zmowę i antysemityzm. W Wikipedii czytamy, że w roku 1898 Zola zaangażował się w obronę francuskiego oficera oskarżonego o zdradę – Alfreda Dreyfusa, publikując na pierwszej stronie paryskiego dziennika L’Aurore artykuł J’Accuse (Oskarżam!). Przyczynił się tym w ważkim stopniu do rehabilitacji Dreyfusa, choć sam popadł w niełaskę, a jego książki znalazły się na indeksie.

Nie przepadam za jego książkami, naturalizm w literaturze jest ciężkim zadaniem do odrobienia, ale oczywiście wiem, że nie było rady, jeśli pisarz miał powstrzymać rozbuchany kapitalizm, to trzeba było tak pisać.
No i oczywiście zawsze jeszcze jest
Wszystko dla pań.

Foto1122Zola popadł w niełaskę, a jego książki znalazły się na indeksie. To samo spotkało drugiego człowieka pióra, którego grób odwiedzam na cmentarzu Montmartre – Heinricha Heinego. 1797 – 1856. Wspaniały poeta, prześmiewczy, ironiczny, zaangażowany.

Hej, króla Wiswamitrę
gna coś na trudy wciąż nowe,
chce przez pokutę i boje
Wasiszty pozyskać krowę.

O królu Wiswamitro,
jakiś ty wół kwadratowy,
że tak się kajasz i walczysz,
a wszystko – dla jednej krowy.

Uwielbiam!
Obiektem jego krytyki, byli nie tylko nieszczęśni indyjscy władcy, lecz przede wszystkim agresywna polityka państwa pruskiego. To, co pisał, podlegało, jak wszystko i wszędzie, nie tylko Heine w XIX wieku, cenzurze. Oto jego wiersz z Buch Le Grand:

Niemieccy cenzorzy     ——  ——  —— ———— ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——   Durnie     ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——

Na grobie znajduje się poważniejszy jego wiersz:

Podobno był jednym z pierwszych Niemców, którzy umieli pływać.

Na Cmentarzu Montmartre należałoby również pójść na grób Juliusza Słowackiego. Jego samego tam oczywiście nie ma, leży na Wawelu, obok Mickiewicza, ale na cmentarzu pozostał odnowiony, pierwotny grób poety, zaprojektowany przez jego przyjaciela, francuskiego artystę Charles’a Pétiniaud-Dubos.

I wreszcie Cmentarz Montparnasse. Sartre, Simone de Beauvoir, Cortazar, Ionesko.

Foto1126On (1905 – 1980) znany jest wszystkim, ale chyba już rzadko czytany. Ostatnio pojawił się znowu, gdy Michel Gondry sfilmował powieść Borisa Viana Piana złudzeń. W Dziewczynie z lilią Jean-Sol Partre czyli Sartre to bufon. Więcej TU.

Ona (1908 – 1986) jest do dziś kochana przez feministki z całego świata. Przyjeżdżają na grób, składają kwiaty i całują płytę nagrobną, a ślady szminki są zawsze świeże.

Foto1129

Eugene Ionesco (1909 – 1994) i Madame Ionesco. Z ręką na sercu – wiemy, że wielki był, ale czy ktoś z nas go czytał? Chodziliśmy “na Ionesko” do teatru. To tak, oczywiście. Nie dziwota zresztą, jest przecież najczęściej grywanym współczesnym autorem sztuk teatralnych. Widzieliśmy na pewno Lekcję i Łysą śpiewaczkęKrzesła. Nosorożce.

A tymczasem pisał masę innych rzeczy. Pamiętniki, powieści, eseje, wiersze, książki dla dzieci.

Był też malarzem.

Gdy umarł, cały świat wiedział, że na Montparnasie pochowano “króla teatru absurdu”.  W roku 2014 jego sztuk nie ma w teatrach w Warszawie i Berlinie.

Foto1132I ostatni, najukochańszy, absurdalny, kultowy… Naszukałam się jego grobu jak głupia. W końcu machnęłam ręką na porównywanie rzeczywistości z planem. Wiedziałam, że jest w lewo od grobu Ionesco i tak długo chodziłam między grobami, aż znalazłam.

Julio Cortazar (1914-1984)

Mam wrażenie, że urodziłam się z jego książkami w ręku. Gra w klasy. W 80 światów dookoła dnia. Model do składania. O kronopiach i famach. Można czytać i czytać bez przerwy. Moje egzemplarze jego książek wyglądają jak te na grobie. Zaczytane w strzępy. Ale może to wina jakości książek wydawanych w PRL.

Może…

Konkurs dla Polaków na emigracji

logo konkursuFavoryta.com wraz z honorowanymi patronami:
Konsulem Generalnym RP w Sydney,
Stowarzyszeniem Wspólnota Polska,
Muzeum Emigracji w Gdyni,
oraz patronem medialnym TVP Polonia,
ogłaszają:

KONKURS LITERACKI
dla Polonii na Świecie
“Jeden Dzień. Polska jaką, pamiętam.”
W 25-lecie
Wolności

Patronat Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego

Konkurs będzie trwał
od 1 MARCA do 1 MAJA 2014

ZGŁOSZENIA SĄ BEZPŁATNE

Zgłoszenia prosimy wysyłać na adres:
office@favoryta.com

Prace wszystkich Finalistów
zostaną wydane w antologii emigracyjnej

Dla każdego z nas, Polaków mieszkających poza krajem, Ojczyzna oznacza coś innego, inne przeżycia, inne obrazy, inne historyczne i życiowe doświadczenia… inny dzień.
Dla jednych mógł to być dzień ślubu (a może rozwodu?), dla innych dzień ukończenia szkoły, dzień narodzin dziecka, dzień w którym byliśmy świadkami historycznej chwili, a może był to po prostu jakiś zwykły powszedni dzień podobny do wielu innych dni.
Kiedy wspominamy Polskę z czasu sprzed emigracji, często nasze wspomnienia biegną do takiego właśnie jednego dnia, i dla nas emigrantów, ten Jeden Dzień staje się dniem szczególnie bliskim.
Uchwyćmy ten dzień i tym samym uchwyćmy to, jaka jest Polska, którą pamiętamy!

JURY
(w porządku alfabetycznym nazwisk):

Dr Anna Habryn jest założycielką Mt Kosciuszko Inc. Autorka scenariusza filmowego, szuki teatralnej i słuchowiska radiowego o Strzeleckim oraz współautorka książki pt. “Ballad of an Explorer or Life and Deeds of Sir Paul Edmund de Strzelecki”. Autorka powieści oraz zbiorów poetyckich i nagrodzonego wyróżnieniem w konkursie Paperback in Your Hand tomiku “The Dance of Looks”. Mieszka w Australii.

Krystyna Kierebinski jest absolwentką wydziału Historii Sztuki Uniwersytetu w Sztokholmie. Główna pomysłodawczyni tematu konkursu literackiego ‘Jeden Dzień. Polska jaką pamiętam’. Mieszka w Szwecji.

Dr hab. Jan Lenczarowicz jest historykiem, absolwentem Wydziału Historyczno-Filozoficznego UJ. Był członkiem Komitetu Badań nad Migracjami Ludności i Polonią przy Prezydium PAN (2007-2010), obecnie jest członkiem Komitetu Badań nad Migracjami PAN, Międzywydziałowej Komisji Polskiej Akademii Umiejętności do Badań Diaspory Polskiej oraz European Association for Studies of Australia. Mieszka w Polsce.

Prof. dr hab. Anna Nasiłowska jest absolwentką polonistyki UW. Od 1987 – pracownik naukowy Istytutu Badań Literackich PAN, od 2010 roku profesor zwyczjny. Od 1990 roku – w redakcji dwumiesięcznika “Teksty Drugie“. Od 2007 kierownik studium creative writing (pracowni literackiej) przy IBL PAN. Debiutowała w prasie literackiej w 1977 roku, cyklem wierszy ogłoszonym na łamach miesięcznika “Nowy Wyraz”. Od 1978 – publikuje teksty krytyczno-literackie. Mieszka w Polsce.

Dr Janusz Wróbel jest absolwentem polonistyki i lingwistyki UJ w Krakowie. Pracował w Instytucie Badań Polonijnych UJ oraz na kilku amerykańskich uniwersytetach (ostatnio jako profesor i szef wydziału polonistyki oraz studiów wschodnio-centralno-europejskich w Madonna University). Jest licencjonowanym psychologiem i psychoterapeutą. Autor wielu publikacji naukowych, oraz tomiku poetyckiego “Cztery Pory Tutaj”. Mieszka w USA.

NAGRODY

Zostanie wybrany jeden Zwycięzca.
Zostaną przyznane dwa Wyróżnienia:
– Wyróżnienie dla pracy prozatorskiej
– Wyróżnienie dla pracy poetyckiej

Zwycięzca otrzyma:
Nagrodę Główną ufundowaną przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych:
pokrycie kosztów tygodniowego pobytu w Polsce obejmujące koszty hotelu, podróży po Polsce oraz koszty wstępu do muzeów.
Nagroda nie obejmuje pokrycia kosztów podróży do i z Polski.
Nagrodę ufundowaną przez organizatora:
możliwość nieodpłatnego opublikowania własnej książki w oficynie niezależnych autorów Favoryta (pakiet wydawniczy).

Autor najlepszej pracy z Australii otrzyma:
Nagrodę Specjalną Konsula RP w Sydney – iPad oraz lunch/kolację z Panią Konsul Generalną w jednej z sydneyskich restauracji (gdyby laureatem został ktoś spoza Sydney, Konsulat ufunduje również bilet lotniczy do Sydney).

***

31 maja 2014. Czas mija – poniżej lista finalistów i lista osób nagrodzonych:

Z 60 utworów nadesłanych w ciągu 2 miesięcy z 12 krajów, jury konkursu wybrało 31 Finalistów (w kolejności przysłanych zgłoszeń). I, proszę Państwa, świat jest mały – wśród finalistów są tylko dwie osoby z Niemiec, z tego jedna – to moja koleżanka z pracy.

Edward Wójciak (Kanada)
Beata Gołembiowska Nawrocka (Kanada)
Marika Biber (Australia)
Stanisław Tremtiaczy (Australia)
Adam Lizakowski (USA)
Maria Challot (Francja)
Joanna Trumner (Niemcy)
Bożena Helena Mazur-Nowak (Wlk Brytania)
Danuta Dagair (Wlk Brytania)
Jerzy Krysiak (Australia)
Krzysztof Deja (Australia)
Maryla Rose (Australia)
Aleksandra Tomasik (USA)
Tomasz Zackiewicz (Australia)
Anna Sawińska (Korea)
Patrycja Estrada (USA)
Piotr Maciejewicz (USA)
Kazimierz Wierzbicki (USA)
Anna Nassif (Australia)
Joanna Piotrowicz (Wlk Brytania)
Agnieszka Koltun Colla (Australia)
Linda Jakubowska (Hiszpania)
Paweł Waryszak (Australia)
Marta Bielewicz (Wlk Brytania)
Aleksandra Wójtowicz (Australia)
Monika Moj (Niemcy)
Irena Lucewicz (Australia)
Krystyna Morawski (Australia)
Lenke Ritter (Węgry)
Anna Nejman (USA)
Jacek Wąsowicz (Wlk Brytania)

A oto nagrodzeni:

Z W Y C I Ę Z C Y
K o n k u r s u
L i t e r a c k i e g o !

Zwycięzcą konkursu JEDEN DZIEŃ
został ADAM LIZAKOWSKI (USA) za poemat pt.
“Niedziela siódmy dzień tygodnia”.

Wyróżnienie w kategorii proza otrzymuje Monika Moj (Niemcy) za utwór pt. “Przyrzeknij mi, mamo.”
Wyróżnienie w kategorii poezja otrzymuje Maryla Rose za tryptyk “Wiosna w czerwieni i błękicie”.

Nagrodę specjalną Konsula RP w Sydney dla najwyżej ocenionej pracy z Australii, otrzymuje Jerzy Krysiak za utwór pt. “Rozmowa z Rudą”.

Gratulujemy serdecznie WSZYSTKIM finalistom

Reblog: New York Times

reblog-nytimesWidzicie, prawda, co dziś rebloguję? No! Dziękuję Pewnej Pannie, za to że mogłam jej wydrukować ten tekst i przy okazji zobaczyć, że jest to tekst z New York Timesa, że napisała go Joyce Carol Oates, bo to tak, jakby artykuł w Polityce napisał nie Dehnel, nie Witkowski i nie Masłowska, tylko, no, Szymborska.
I jeszcze takie cudne zdjęcie.

0126-bks-COVER-master675

To tam mieszkam. Za-mieszkam.

26eliot-master180Joyce Carol Oates recenzuje książkę o tym jak autorkę  Rebekę Mead (Rebecca Mead) zainspirowało czytanie innej autorki, piszącej, co oczywiście wszyscy wiemy, pod męskim pseudonimem: George Eliot. Zaczyna jednak od długiej i zabawnej listy innych książek opisujących czytanie innych książek.

She “makes Middlemarchers of us all”: George Eliot, left, and her admirer Rebecca Mead. Photographs: Left, from London Stereoscopic Company/Getty Images; right, by Elisabeth C. Prochnik

Life-in-Middlemarch-hires-cover-298x248Chodzi o książkę:
MY LIFE IN MIDDLEMARCH
By Rebecca Mead
293 pp. Crown Publishers. $25

zainspirowaną czytaniem książki Eliota Middlemarch:

Middlemarch-300x292

XXX
A oto fragment tekstu Joyce Carol Oates:

… Rebecca Mead’s “My Life in Middlemarch” is a beguilingly straightforward, resolutely orthodox and unshowy account of the writer’s lifelong admiration for George Eliot and for “Middlemarch: A Study of Provincial Life” in particular — the Victorian novel, first published in the early 1870s, that was described by Virginia Woolf as “one of the few English novels written for grown-up people.”

There is no irony or postmodernist posturing in Mead’s forthright, unequivocal and unwavering endorsement of George Eliot as both a great novelist and a role model for bright, ambitious, provincially born girls like herself, eager to escape their intellectually impoverished hometowns — “Oxford was my immediate goal, but anywhere would do.” At the age of 17, when Mead first reads “Middlemarch,” her identification with Eliot’s 19-year-old heroine, Dorothea Brooke, is immediate and unqualified, and it will last for decades. The book’s theme, “a young woman’s desire for a substantial, rewarding, meaningful life,” was “certainly one with which Eliot had been long preoccupied… And it’s a theme that has made many young women, myself included, feel that ‘Middlemarch’ is speaking directly to us. How on earth might one contain one’s intolerable, overpowering, private yearnings? Where is a woman to put her energies? How is she to express her longings? What can she do to exercise her potential and affect the lives of others? What, in the end, is a young woman to do with herself?”

Today such earnest questions are more likely to be found in young adult fiction, but Victorian writers took seriously their duties, as Mead puts it, to “instruct and enlighten.” Eliot’s “inspiring principle,” she adds, was to create work that would “gladden and chasten human hearts.” Nor are these questions likely to have been applicable to Victorian women of the working class: Dorothea Brooke is the daughter of a well-to-do family, and financial concern will not guide her life choices. Instead, not unlike Henry James’s equally idealistic, naïve and well-to-do young heroine, Isabel Archer, in “The Portrait of a Lady,” Dorothea makes a disastrous marriage guided by bourgeois Victorian marital expectations: “The really delightful marriage must be that where your husband was a sort of father, and could teach you even Hebrew, if you wished it.”

Further / Dalej