Reblog: Madonna

ryneksztuki-reblogNa portalu “Rynek i sztuka” ukazał się dwa miesiące temu fascynujący artykuł o dwóch Madonnach pod jodłami Lucasa Cranacha Starszego.

Paulina Barysz

2MadonnyDawno temu we Wrocławiu…

Nasz „film” powinien rozpocząć się u początków XVI stulecia, gdy Joachim Lindlau, członek kapituły katedralnej, postanawia ufundować dla katedry we Wrocławiu obraz niezwykły, zarówno pod względem artystycznym, jak i ideowym. Wiedziony celem swego zamierzenia Lindlau udał się do jednego z doskonalszych malarzy niemieckich, Lucasa Cranacha Starszego  i jego pracowni w Wittenberdze. Stamtąd przywiózł Madonnę pod jodłami, wybitnej urody dzieło o subtelnym rysunku i wrażliwym wyrazie miłości Matki i Syna. Obraz został umieszczony w ołtarzu kaplicy Świętego Jana Ewangelisty. Bez nagłych zwrotów akcji fabułę możemy przenieść do XX wieku.

Madonna1Pociski okupantów nie oszczędzały Wrocławia. Bomby boleśnie raniły najważniejsze punkty miasta i najpiękniejsze zabytki – katedry, rezydencje, kamienice, muzea. Ostrów Tumski ucierpiał najmocniej. Kłęby dymu i cień ruin wisiały nad miastem, które dawno zapomniało już o swym zaprzeszłym rytmie i uroku. W żalu i w niezgodzie z niesprawiedliwością wojennych działań należało zadbać o zabytki, przynajmniej te „ruchome”. W mocy była wszak czwarta konwencja haska z 1907 roku, nakazująca chronić dobra kultury podczas trwania wojny. W 1943 roku Wrocław przystępuje więc do wielkiej ewakuacji swoich zabytków. Wśród ratowanych przed nalotami obiektów jest między innymi Madonna pod jodłami. Wtedy, nagle, bez uprzedzenia obraz rozpoczyna wędrówkę. Tułaczkę wojenną pozbawioną wzruszającego pożegnania i obietnic rychłego powrotu – nie ma czasu, nie ma czasu! Cięcie!

***
Powiem tylko tyle, obraz wędruje, wraca, a kiedyś, nagle, okazuje się, że są dwa takie obrazy. Potem jest nie tyle film sensacyjny, co żmudna walka biurokratów w zjednoczonej Europie, ale jednak po różnych stronach granicy. A potem…

***

Madonna2

Szczęśliwe zakończenie

W 1985 roku w niemieckim czasopiśmie Bunte (również Stern) ukazał się artykuł, w którym dokładnie opisano losy Madonny pod jodłami. Autorzy nie pominęli istotnego faktu wykonania kopii obrazu przez księdza Zimmera i Georga Kupke. W artykule padły daty, nazwiska, miejsca i wzmianka, że ostatni właściciel obrazu mieszka w Szwajcarii i zamierza sprzedać malowidło. W żadnym stopniu nie przyczyniło się to jednak do rozwiązania zagadki, gdzie znajduje się utracone dzieło. Śledztwo umorzono z braku dowodów, a archidiecezja wrocławska zdawała się powracać do dawnego stanu inwentarza. Przełom nastąpił dopiero po 27 latach, gdy do Wrocławia przyszedł list, nadawcą zaś była diecezja w St. Gallen. Anonimowy kolekcjoner, właściciel oryginalnej Madonny pod jodłami, przekazał poszukiwaną stratę wojenną szwajcarskiemu kościołowi z prośbą o zwrócenie go prawowitym właścicielom. Biskupi niezwłocznie podjęli decyzję o ostatecznym przekazaniu obrazu pierwotnym posiadaczom, dla których w zamierzeniu początkowym dzieło powstało. Owym prawowitym właścicielem była oczywiście katedra wrocławska!

Ostatnie akapity scenariusza opowieści obejmują początek 2012 roku, czyli początki negocjacji polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych z biskupstwem St. Gallen Negocjacje zakończyły się wielkim sukcesem, bo już w lipcu Madonna pod jodłami powróciła do Wrocławia po wojennej tułaczce. Solidne kino akcji z obowiązkowym szczęśliwym zakończeniem!

Czytaj całość

Z archiwum Exodusu 5 – tekst ostatecznie ostatni (podobno)

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

Exodus5

Zbigniew Milewicz

WIO KONIKU…

Minibar 56. Oddajesz sześć par spodni, sześć bluz, cztery koszule z długim, cztery z krótkim rękawem, trzy krawaty i trzy muszki…
Pryszczaty Dieter liczy z właściwą dla magazyniera skrupulatnością.
Wszystkie części uniformu kolejowego stewarda, które fasowałem siedem
miesięcy temu, musi mieć – ponieważ odchodzę z firmy – z powrotem na ladzie, oczywiście idealnie odświeżone.
– A gdzie muszka – pyta?
Wskazuję obojętnie na sufit, po którym ospale łażą skrzydlate stworzenia. Młody człowiek ze zdumieniem wybałusza na mnie gały i powtarza wolno nazwę rzeczownika, który kojarzy mu się tylko z odpowiednią pozycją w rejestrze. Dla podtrzymania żartu udaję, że nie wiem o co mu chodzi; tamten przechodzi więc na mowę gestów zrozumiałą dla każdego ,,kanake”. Rysuje dłońmi pod swoją brodą, najpierw małego, później już z pewnym zniecierpliwieniem tak nieproporcjonalnie dużego motyla, że siedząca przy sąsiednim biurku Marica, rodem z Bośni, nie potrafi dłużej powstrzymać śmiechu.
W czasie pierwszej, samodzielnej jazdy J C694 do Frankfurtu, nie było mi tak wesoło. Wydawało mi się, że wszyscy podróżni w wagonie widzą, jak mi się trzęsą ręce przy nalewaniu kawy i jak bezskutecznie próbuję wyłowić szczypczykami kiełbasę z pojemnika. Bockwursty tańczą w wodzie jak żywe i kiedy wreszcie wydaje mi się, że jednego już mam, ściśnięty zbyt mocno wyskakuje z aluminiowych obręczy i łagodnym łukiem spada na gazetę, którą czyta pod oknem pan w garniturze.
– Tego nie zamawiałem – oponuje z humorem poszkodowany, podczas, gdy ja – czerwony chyba, jak mój kubrak – spieszę do niego z serwetką i przeprosinami.
– Praktyka, czyni mistrza – dodaje ktoś inny uspokajająco.
Miałem szczęście do kulturalnej i wyrozumiałej klienteli właściwie w czasie większości mzch kolejowych podróży, które odbyłem jako pracownik Deutsche Service Gesellschaft der Bahn w Monachium, firmy stanowiącej odpowiednik polskiego WARS-u. Trafiały się oczywiście wypadki złośliwości i chamstwa, czasami podłożył „świnię” któryś ze współtowarzyszy pracy, ale po czterdziestce człowiek na ogół nie ma już złudzeń, że żyje na najlepszym ze światów. Nawet, jeżeli tkwi w samym jego tłustym pępku.
W DSG przygrubawa jest tylko część biuralistów i obsługi wagonów restauracyjnych. Minibarami powożą na ogół szczuplaki, o twardych mięśniach i zdeformowanych kręgosłupach, jeżeli zbyt ostro przkładają się do roboty. Do podstawowego osprzętu „konia” (najczęściej rasy bałkańskiej i wschodnioeuropejskiej) – jak nazywa się ich w kolejowym żargonie – należy czterokołowy wózek. Wyposażony jest w dzwonek, dwa spore termosy do kawy, pojemnik na gorące lciełbaski i mnóstwo przegródek, w których umieszcza się różne dania barowe, napoje i papierosy. Pusty pojazd waży 30 kg, pełny około 80. Do tego dochodzą dwie metalowe skrzynie z zapasami jadła i napojów, stanowiące podręczny magazyn „konia”, dodatkowe termosy z wrzątkiem, no i skrzynie z napojami, z tzw. drugiej rezerwy „na wszelki wypadek”. W zamian za średnią gażę 2.500 DM miesięcznie, „koń” musi być bowiem przygotowany na każdy apetyt podróżnych.
– Cały swój majdan pakujesz najpierw na paletę i wózek elektryczny, który prowadzi człowiek z transportu i jedziesz na peron, gdzie stoi twój pociąg – tłumaczę Nowemu. – Do odjazdu masz tylko l0 minut, trzeba się więc spieszyć. Za butelkę służbowego piwa, wózkowy pomoże ci jak należy w przeładowaniu towaru do przedziału służbowego. Bez piwa – wiadomo – pójdzie mu gorzej.
Nowy jest Słowakiem i zamierza przyjść do pracy w DSG, na stanowisko, które właśnie zwolniłem z powodu kłopotów z kręgosłupem. Siedzimy przy piwie w jugosłowiańskiej knajpie nieopodal firmy, w tej samej, w której parę miesięcy temu Stanko Makedonec wprowadzał mnie w tajniki zawodu ,,konia”. Tym razem ja jestem instruktorem.
– Jeżeli jedziesz na przykład do Frankfurtu przez Würzburg – a ta trasa powtarza się najczęściej – zaczynasz objazd przedziałów dopiero od Augsburga. Wcześniej się nie opłaca. Do tego czasu wypełniasz papiery, wpisujesz dokładnie stan towarów przed podróżą, okładasz colę i piwo w skrzyni suchym lodem, wypalasz sobie papierosa. I startujesz. Nie zapomnij o dzwonku, ale za mocno nim nie hałasuj, bo niektórzy z rana chcą jeszcze pospać. Rano Niemcy wypijają przede wszystkim morze kawy, czasami biorą kanapkę, niektórzy piwo na kaca. No i musisz być na luzie, ale z dystansem, uprzejmy. Kiedy zobaczysz, że jakiejś samotnej brzyduli jest smutno, powiedz jej jakieś miłe słówko. Na pewno zrobi się jej przyjemniej i zamówi coś u ciebie, nawet gdyby wcześniej nie chciała.
– A jak z napiwkami? – ożywia się Nowy.
– Różnie, na zbyt wiele nie licz. Piętnaście, dwadzieścia marek na dzień, to jest wszystko. Miewają gest Bawarczycy i ludzie z Kolonii, ale najwięcej dadzą ci Szwajcarzy, jak będziesz miał pociąg do Zurychu. Najmniej Anglicy i uważaj na Holendrów, mogą cię wykantować z guldenami. Koło Aschaffenburga lubi wpadać kontrola z DSG. Sprawdzą, ile już sprzedałeś, uprzejmie zapytają, czy masz jakieś problemy, a przy okazji zajrzą do skrzyń, czy nie wieziesz lewego towaru. Kiedy pojedziesz przez Stuttgart, bądź pewien, że sprzedasz dużo bockwurstów, ale dla Stuttgartli 10 pfenigów napiwku to już majątek.
– No dobrze, objeżdżam te swoje przedziały po kilka razy i co dalej? – pyta Słowak.
– Na pół godziny przed Frankfurtem kończysz robotę, pakujesz manele i przenosisz wszystko na korytarz, przed drzwi wyjściowe, żeby o wyładować na peron. Masz 5-7 minut czasu, później pociąg jedzie dalej do Hamburga. Jeżeli podejdzie człowiek z transportu z paletą, żeby pomóc ci przy wyładunku, to wszystko gra. W przeciwnym razie sam musisz poszukać na peronie wolnej palety i przeładować wszystko. Kiedy jest luz na peronie i w pociągu, to się wyrobisz.
– A przy tłoku? – niepokoi się Nowy.
– Może być różnie – odpowiadam wymijająco, mając w pamięci przygodę we Frankfurcie z paletą, której zawartość podróżni – pewno niechcący – zmietli pod koła pociągu. Byli to jacyś nagrzani kibice, jadący na mecz do Hamburga.
– Do powrotnego pociągu do Monachium, gdzie odwalasz drugą część roboty, masz czasem tylko 10 minut. Jeżeli jednak nie zmienią ci w ostatniej chwili peronu, to praktycznie powinieneś zdążyć – kończę.
Przemilczam fakt, że w Hannoverze na wyładunek góry towarów z pociągu są tylko 3 minuty czasu, albo że chłopcy z Bundeswehry lubią sobie, niekiedy dla kawału, „pożyczyć” z wózka butelkę wina albo papierosy, bo Nowy jakby wyraźnie oklapł. Mówi, że jeszcze zastanowi się, czy pójść za „konia” i ja go rozumiem.
Jest zwyczaj, że nowym starzy stawiają piwo w knajpie przy DSG. Zamawiam więc jeszcze jedną kolejkę i opowiadam mu jednak tamtą historię z paletą i kibicami.
Tak chyba lepiej.

Poetry in all languages – Pete Seeger

Adam Slaski

27 stycznia zmarł w wieku 94 lat Pete Seeger. W celu upamiętnienia tego wybitnego muzyka proponuję ogłosić na blogu plebiscyt na najlepszy cover Where have all the flowers gone. Przesłuchałem na youtube sporo wersji i zgłaszam następujące kandydatury:

Czuję, że istnieje jakaś piękna wersja hiszpańska, niestety te, które odnalazłem były dość słabe.

Warto wspomnieć jeszcze dwa słowa o powstaniu utworu. Niezawodna Wikipedia donosi, że Seeger zainspirował się kozacką pieśnią przytoczoną w Cichym Donie i połączył ją z tradycyjną rosyjską melodią. Ostateczny kształt angielskiemu tekstowi nadał Joe Hickerson w 1960 roku.

А где ж гуси?
В камыш ушли.
А где ж камыш?
Девки выжали.
А где ж девки?
Девки замуж ушли.
А где ж казаки?
На войну пошли …

Und wo sind die Gänse?
Sie liefen ins Schilf.
Und wo ist das Schilf hin?
Von Mädchen gemäht.
Und wo sind die Mädchen?
Verheiratet längst!
Und wo die Kosaken?
Sind fort in den Krieg!

Where are the geese?
They ran into the reeds.
Where have the reeds gone?
Gathered by the girls
Where are the girls?
They’ve all taken husbands.
Where are the men?
They have gone off to war.

Zwróciłem też uwagę na pewną różnicę w wymowie oryginału i polskiego przekładu. To niuans, ale wydaje mi się, że regularna budowa angielskiego tekstu bardzo mocno eksponuje wizję wojen, które powtarzają się cyklicznie dziesiątkując każde kolejne pokolenie. “Oh, when will they ever learn?” pyta podmiot liryczny, ale kwiaty porosły już mogiły tych, którzy mogli tę naukę wyciągnąć.

Polski przekład nie jest tak jednoznacznie antywojenny. Przeciwnie, można go potraktować jako piosenkę patriotyczną, a w każdym razie martyrologiczną. Szkoda, ale taka jest polska kultura – strasznie zmilitaryzowana. A jaki jest przekład niemiecki? Sądzę, że analiza innych tłumaczeń też okaże się interesująca i liczę na blogobywalców.

Gdzie są kwiaty z tamtych lat? Piękne kwiaty…
Gdzie są kwiaty z tamtych lat? – Czas zatarł ślad…
Gdzie są kwiaty z tamtych lat? Każda z dziewcząt wzięła kwiat…
Kto wie czy było tak… Kto wie czy było tak…

Gdzie dziewczęta z tamtych lat? Jak te kwiaty…
Gdzie dziewczęta z tamtych lat? – Czas zatarł ślad…
Gdzie dziewczęta z tamtych lat? Za chłopcami poszły w świat…
Kto wie czy było tak… Kto wie czy było tak…

Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Dzielne chwaty…
Gdzie są chłopcy z tamtych lat? – Czas zatarł ślad…
Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Na żołnierski poszli szlak…
Kto wie czy było tak… Kto wie czy było tak…

Gdzie żołnierzy naszych kwiat? Tych sprzed laty
Gdzie żołnierzy naszych kwiat? – Czas zatarł ślad…
Gdzie żołnierzy naszych kwiat? Tam gdzie w polu krzyża znak…
Kto wie czy było tak… Kto wie czy było tak…

Gdzie mogiły z dawnych lat? – Tam gdzie kwiaty…
Gdzie mogiły z dawnych lat? – Czas zatarł ślad…
Gdzie mogiły z dawnych lat? Tam gdzie kwiaty posiał wiatr…
Kto wie czy było tak… Kto wie czy było tak…

Pozdrowienia,
Adam Slaski

EMS: Nie ma jak Marlena Dietrich!

Do Czytelników po 13 latach, czyli 10 stycznia 2026 roku: większości tych nagrań nie ma, w każdym razie nie pod tymi linkami, które znalazł autor. Bo jest tak,  że mój blog istnieje nieprzerwanie od grudnia 2012 roku (pamiętajmy! co noc jeden wpis! ani jednej nocki przerwy!), a inne blogi, strony i portale dawno zniknęły, tak jak owe kwiaty z dawnych lat.

Mama tłumaczy

Wywiady ze starych kaset magnetofonowych zostały skonwertowane do formatu wav przez KWiK TV. Dzięki temu mogłam je spisać. Dziękuję! W sumie mam trzy takie kasety – nigdy ich przedtem nie słyszałam. Dwa tygodnie temu opublikowałam pierwszą część wywiadu, tydzień temu – drugą, dziś – trzecią, za tydzień – zakończenie.

aniol2Anna Sobecka (i Ewa Maria Slaska) o Irenie Kuran-Boguckiej

Anna Sobecka: Język polski, język hiszpański należą do odrębnych grup lingwistycznych? Jaka jest możliwość, żeby oddać maksymalnie wiernie, choćby coś z tej magii, o której Pani mówi, co jest u Lorki? Co jest języku hiszpańskim. Jak oddać to w języku polskim?

Irena Kuran Bogucka: Odpowiedź jest taka, że właściwie w sztuce nic nie jest łatwe. Sztuka ma zawsze dwie fazy – rzemiosło i polot. Już dawno to wymyśliłam, jeszcze robiąc grafikę, że samo rzemiosło nie wzleci, a sam polot nie chodzi.

Można naśladować w języku polskim bardzo dużo dźwięków hiszpańskich. Mogę Pani powiedzieć taki przykład, to jest napisane w książce, ale kto nie przeczyta tego po hiszpańsku, ten nie będzie wiedział jak przekład blisko idzie tego dźwięku.

El almidón de su enagua
me sonaba en el oído,
como una pieza de seda
rasgada por diez cuchillos.

To jest z Mężatki niewiernej, Cygan prowadzi dziewczynę nad rzekę, wsłuchuje się w szelest jej halek i już wyobraża sobie jak będzie z niej zdzierał te halki dziesięcioma szponami, dziesięcioma palcami. I ja tak to przetłumaczyłam:

Krochmal jej halki w mych uszach
szumiał i sztywno szeleścił
Jak zwój jedwabiu przez dziesięć
sztyletów darty na części

Jak świetnie można porolować hiszpańskie „r”.

El torro de la reyerta se sube por las paredes

To ze Zwady.

Groźny byk zwady okrutnej przez zbocza parowu pędzi.

aniol1Hiszpański ma bardo dużo zbieżności dźwiękowych z polskim. Poza tym więcej, Hiszpania podobnie jak Polska była najechana, Polska była najeżdżana, Hiszpania została najechana przez… Wschód, pre Maurów, przez Arabów. U nas były najazdy turko-tatarskie, tam są pewne elementy arabskie w języku, które można u nas naśladować. Żeby nie mówić wąsko tylko o moich możliwościach, czy Pani pamięta jak pisze Słowacki o emirze Rzewuskim w Dumiez modlitwą Araba był w gmachach Khaaba, jaki to jest Orient? Oczywiście ja bardzo dobrze znam polską literaturę, w końcu tłumacz czymś się musi żywić, nie można tłumaczyć, znając tylko język potocznych rozmów.

No i co jeszcze? Polski ma coś, czego nie ma nawet włoski, tak niby fonetycznie blisko spokrewniony z hiszpańskim. El sentimento tragico de la vida – poczucie tragizmu życia. Tutaj znowu się opieramy o wieszczów, o ten okres nocy zaborów, o tę późniejszą, krótszą, ale jeszcze straszniejszą noc okupacji, i Mickiewicz, i Słowacki, i Baczyński dadzą nam to poczucie tragizmu życia.

A reszta to się dzieje poza świadomością. Jak się już to wszystko wie, to reszta się będzie działa sama, albo się nie będzie działa w ogóle.

Mówiła Pani o bloku utworów Lorki w Pani przekładzie, który zamieściła „Literatura na świecie”. I tam był fragment prozy. Ale to był jeden z nielicznych chyba fragmentów prozy Federica Garcii Lorki, które Pani tłumaczyła. Bo tłumaczyła Pani, tłumaczy Pani przede wszystkim… chyba nawet wyłącznie poezję.

aniol3Wie Pani, proza Lorki to nie była proza literacka. To były przeważnie prelekcje czy też eseje na temat kultury hiszpańskiej. Nie wiem, czy byłyby tak atrakcyjne dla naszego Czytelnika, który tej kultury tak nie zna. Natomiast niewątpliwie, jeśli się Pani zapozna z jego życiorysem, który przygotowuję do następnej książki – tam dużo fragmentów jest z jego własnej prozy. Jego wypowiedzi na temat tradycji Romancera, na temat tradycji Głębokiej Pieśni, na temat urody języka hiszpańskiego. To było bardzo ciekawe, ale chyba nie byłoby to interesujące dla polskiego Czytelnika. Co innego „Literatura na świecie”, która jest pismem specjalistycznym, a co innego książka, którą człowiek trzyma przy łóżku i czyta dla własnej przyjemności. W życiorysie, który teraz piszę będzie bardzo dużo cytatów czy z jego korespondencji, czy właśnie z tych referatów, esejów, odczytów, może raczej odczytów niż referatów, które miewał na temat kultury hiszpańskiej. Ale ja oczywiście przeczytałam prozę Lorki. Zresztą czytałam wszystko, korespondencję, dramaty, strzępki listów, notatki, wszystko, cokolwiek pozostało. Otóż: Lorka czytywał swoje wiersze głośno. On twierdził, że wiersz czytany tylko wzrokiem, traci swoją istotę, swoją melodię, dźwięk. I tutaj żeśmy się spotkali. A mówił – fantastycznie! I swoje wiersze mówił fantastycznie. I jak on mówił te swoje wiersze! Już od lat mówił je w gronie przyjaciół, znajomych, kolegów, innych poetów. Czyli – wiersze Lorca czytywał w gronie najbliższych, a prelekcje miewał na temat kultury Hiszpanii, ale w którymś momencie te dwa elementy się spotkały. W 1926 roku w Valladolid Lorca miał pierwsze otwarte wystąpienie, gdzie recytował romance z nowo powstałego, jeszcze nie ukończonego Romancera cygańskiego i gdzie miał prelekcję o tym romacero właśnie. Mówił na temat własnych wierszy, a trochę na temat własnych inspiracji. „Strzeżcie się” mówił, zapowiadając występ, poeta Guillermo de Torre, „kiedy ukończy swą pieśń, wszyscy będziemy w jego mocy. Chcę was ostrzec, słuchać Lorki, to znaczy poddać się jego poezji”. I dalej: „Za pomocą jakiej magii sztuka dla wybranych identyfikuje się tutaj ze sztuką dla wszystkich? Oto wielki sekret Federica Garcíi Lorki. Jego poezja jest i tradycyjna, i nowoczesna. A publiczność tę poezję rozumie. A publiczność zachwycona. Jakim cudem? Co to się stało?” Czy to było rzucanie uroków?

Okazuje się, że to rzucanie uroków, o którym Mama mówiła tydzień temu, może działać również na przestrzeni lat. I z dużej odległości.

***
Na zakończenie Ryszard Maria Fiszbach, fragment recitalu. Wydaje mi się, że i on nie żyje. Mama bardzo go lubiła i wysoko ceniła jego wykonania Lorki. W Internecie w wyszukiwarce osób pochowanych znalazłam informację: ur. 1935-03-25, zm. 1997-08-02. www.filmpolski.pl nie podaje jednak, że umarł, pisze natomiast, co następuje:
Aktor. W latach 1960-62 występował w Teatrze Ziemi Opolskiej w Opolu, w latach 1962-64 2 Teatrze im. Siemaszkowej w Rzeszowie, w latach 1964-65 w Teatrze 7.15 w Łodzi, w latach 1965-66 w Teatrze im. Jaracza w Łodzi, w latach 1966-67 w Estradzie Łódzkiej. W latach 1967-69 aktor Teatru im. Mickiewicza w Częstochowie, w latach 1969-72 Teatru Polskiego w Bydgoszczy, w latach 1972-83 Teatru Dramatycznego w Gdyni. W latach 1983-87 współpracował z Bałtycką Agencją Artystyczną. W latach 1987-90 występował w Teatrze Dramatycznym w Elblągu, w latach 1990-91 w Teatrze Powszechnym w Radomiu, w latach 1991-94 w Teatrze Dramatycznym w Legnicy.

Za tydzień – koniec wywiadu, trochę o książkach i trochę muzyki

Ach, święty Walenty…

Krystyna Koziewicz

Czy to jest miłość…

O fascynacji młodzieńców do starszej wiekiem kobiety pisze się bardzo rzadko. Odnosi się wrażenie jakby, problem w ogóle nie istniał. A przecież jest, to wiem… istnieją przypadki zakochania się pomimo dużej różnicy wieku. Weźmy przykład moich dwóch sąsiadek z bloku, jedna z nich związana jest od roku z mężczyzną o 27 lat młodszym. Czy jest szczęśliwa, tego nie wiem, ale obserwuję u niej duże zmiany na korzyść. Druga jest w związku ślubnym z młodszym o 20 lat facetem z Portugalii, ponoć jest im dobrze ze sobą – tak powiada. Nie pytałam o szczegóły, w każdym bądź razie obie pary wyglądają na zadowolone z partnerów i wcale się nie wstydzą paradować po mieście.
Natomiast w przypadku mężczyzn, jeśli różnica nie jest zbyt widoczna to nie ma sensacji w temacie. Wiemy, jak to jest, gdy w pewnym wieku chłopy zaczynają wariować, szukając potwierdzenia atrakcyjności wśród młodych dziewcząt, zostawiając małżonki z dzieciakami. Bez znieczulenia. Kobiecie natomiast jakoś nie wypada pokazywać się w towarzystwie młodego, bo zaraz pada ciekawskie pytanie, czy to syn, brat czy wnuczek? Dość typowa reakcja.

W moich wspomnieniach przywołam gehennę, jaką przeżyłam z młodym mężczyzną, który długo zadręczał nasz dom bezustannymi odwiedzinami. Po prostu zakochał się i kiedy o tym myślę, zastanawiam się, co ich fascynuje i czego szukają młodzi mężczyźni? Co ma wtedy kobieta zrobić z taką miłością? Przecież z góry wiadomo, że młodzi mężczyźni raczej dla przygody wiążą się ze starszymi kobietami. Może potrzebują opiekuńczości partnerki, jej dobrych rad, bo ze względu na ego nie bardzo mają ochotę słuchać rad swoich rówieśniczek. Dojrzała kobieta w stosunku do młodszego nie ma wielkich wymagań, doświadczenie seksualne przewyższa wszelkie umiejętności jego koleżanek, co najzwyczajniej w świecie pewnie ich bardzo „kręci”.
A jeśli dojrzała kobieta wiąże się z młodszym mężczyzną to na plus jest fascynacja młodością, która w ten sposób odmładza ją nie tylko mentalnie, ale jest też dostrzegana przez otoczenie.

W literaturze też znajdziemy ciekawe wątki zakochania się, jak choćby w kultowej powieści Rodziewiczówny “Lato leśnych ludzi”, gdzie do chaty w lesie przysyłają chłopaka, licealistę, który kochał się w kobiecie o kilkadziesiąt lat starszej i ponoć chciał sie truć czy strzelać.
No i pysznie, tylko, że naprawdę w tej chacie mieszkały… same kobiety, a Rodziewiczówna była Rosomakiem. To ciekawe, kogo naprawdę tym paniom tam przysłali i czy to chłopakowi pomogło?

Podobno w Konopnickiej, jak miała 50 lat, kochał się na zabój młody chłopak i nie mogła się od niego opędzić. Czyli wypisz wymaluj moja historia, tylko ja byłam wtedy dużo młodsza.

No i był taki film reżysera Bogdanowicza, kiedyś bardzo słynny, nazywał się “Ostatni seans filmowy” i tam też podobna historia jak ta niżej opisana, kiedy chłopak ze szkoły i kolega syna kocha się w mamie kolegi.

Na koniec więc coś z życia wzięte. Jest mężatka, jest dwóch synów i kolega z klasy, który często przychodził z wizytą. Zbyt często, ale niczego szczególnego nie zauważono, ot, chłopcy mieli wspólne zainteresowania, tematy, gry, zabawy. Pewnego razu, kiedy synowie pojechali na wakacje, niespodziewanie pojawił się ów młodzieniec. Już w drzwiach został poinformowany, że „przecież synowie wyjechali i wrócą za dwa tygodnie”. No, to już wiecie, że to byłam ja…
– Ale ja do Pani przyszedłem – oznajmia.
– Do mnie, stało sie coś? – miałam na myśli moje dzieci.
Zaniepokojona i podenerwowana wpuściłam do domu, pytając, o co chodzi? To, co usłyszałam zaskoczyło mnie całkowicie.
– Zakochałem się w Pani i to trwa od pół roku, nie mogę przestać o Pani myśleć, spać, ciągle mam Panią przed oczami.
Słucham, a on, że chce tu bywać częściej i, co ciekawe, zastrzega, że mam się nie dziwić, bo on dużo czytał na ten temat i taka miłość istnieje naprawdę.
– A jakiej spodziewasz się reakcji z mojej strony?
Gadałam prawdopodobnie bez sensu, bo nigdy nie znalazłam się w podobnej sytuacji. Oczywiście, żadne argumenty, że jest w wieku syna, że jestem mężatką, że to mnie śmieszy, nie przekonały młodzieńca. Prosił, bym zastanowiła się i do następnego dnia dała mu odpowiedź, czy wyjadę z nim na wakacje pod namioty. O mało nie spadłam z fotela, słysząc propozycję wspólnego wyjazdu.
– A co miałabym robić pod namiotem?
– Jak to co, kochać się do upadłego… – odważnie wyjaśnił chłopak.
Byłam w szoku, pewnie myślał sobie, że skoro mąż na saksach, to ja być może potrzebuję najzwyczajniej seksu…Może i dobrze myślał, ale oczywiście nie zgodziłam się. Strasznie się zdenerwował, kiedy kategorycznie odmówiłam. Wyszedł obrażony, trzaskając drzwiami, aż cały dom się zachwiał. Nawet się trochę wystraszyłam, że sobie coś zrobi…
Po jakimś czasie, kiedy chłopcy wrócili z wakacji, znowu się pojawił, przychodził jak zwykle do syna, który początkowo o niczym nie wiedział. Siedział zawsze osowiały, jakiś dziwny, jak nieobecny – stwierdził mój syn. Stan ten trwał prawie rok. W końcu powiedziałam synowi o koledze, ale i tak niewiele to zmieniło. Przychodził nadal wprawdzie rzadko, ale pojawiał się, przynosząc a to lody, a to ciastka, a to coca colę. A mnie wcale nie było do śmiechu, byłam zła, chciałam mu siebie obrzydzić i mieć święty spokój. Wyjazd na Zachód dał kres niechcianej miłości!

Wspomnienia wróciły niedawno, kiedy po wielu latach na Naszej Klasie na moim profilu pojawił się kilka razy. Ręce mi opadły, jeszcze go interesowałam… Po tylu latach… Ach, święty Walenty!

Co pokolenie…

przekroj0Ewa Maria Slaska

Kiedyś, wieki temu, w „Przekroju” pojawił się taki felietonik Lucynki i Paulinki, emancypowanych i nowoczesnych kobiet PRL-u, o tym, że aby prawidłowo dbać o urodę trzeba zrobić… I tu następowała wyliczanka, z której nic nie pamiętam, ale jestem przekonana, że musiała tam być gimnastyka poranna całego ciała i osobno gimnastyka szyi (kobiety w tamtej epoce bardzo musiały dbać o szyję), na pewno było mycie zębów po jedzeniu i może zimny prysznic… A to długaśne wyliczenie kończyło się konkluzją “i to wszystko zajmie ci nie więcej niż 10 minut dziennie”.

Lucynka i Paulinka to Barbara Hoff i Janina Ipohorska. W „Przekroju” Hoff prowadziła rubrykę „Moda”, a Ipohorska o modzie pisała i udzielała porad savoir vivre’u jako Jan Kamyczek. Hoff miała świetne pomysły na ciuchy, dające się zrobić z rzeczy dostępnych i tanich. Jeszcze ja, pokolenie później, nosiłam zaprojektowane przez nią tanie sukienki sztruksowe z tak zwanej kolekcji “Przekroju”.

Lucynka i Paulinka to były dwie młode kobiety, które rozmawiały o modzie i stylu życia. Wymyślały nowe słowa, a niektóre z nich weszły na stałe do polszczyzny, np. wdzianko, kufajka czy lejba, skrzyżowanie polskiego słowa “leje” z niemieckim “Leibchen” – koszulka.

Moja Mama bardzo lubiła Lucynkę i Paulinkę, jak w ogóle cały “Przekrój”, a już ten felietonik cytowała nadzwyczaj często, naigrywając się z paniuś, które całe życie spędzają przed lustrem, jakby nie wiedziały, że prawdziwym sensem życia jest uprawianie Sztuki. Ale i ona miała dla nas w zanadrzu kilka porad. Na przykład – to w kwestii wyjaśnienia problemu szyi w latach 50 i 60 – czymkolwiek smarujesz twarz, smaruj i szyję, a jeśli nakładasz makijaż na twarz, nakładaj go i na szyję, bo nic bardziej nie zdradza wieku kobiety niż dekolt i szyja. Albo: zawsze smaruj łokcie kremem. I: jeśli się ładnie ubrałaś i wyszłaś, nigdy nie skub i nie poprawiaj ubrania na sobie ani fryzury. Nie odginaj małego palca przy piciu herbaty, bo to elegancja z przedmieścia, i nie podnoś spódniczki, siadając w tramwaju czy w autobusie – trudno, najwyżej się pogniecie. Nie siorb, nie mlaskaj, nie odzywaj się przy jedzeniu, siedź prosto i głupio się nie uśmiechaj, nie mieszaj głośno łyżeczką w kubku, zasłaniaj buzię przy ziewaniu, ale też – “to zawsze ładnie, jeśli młoda panienka ma coś białego przy twarzy”.

przekroj1

Minęło …dziesiąt lat i na Facebooku pojawia się taki oto tekst Katarzyny Nowickiej:

Mówią, iż należy codziennie jeść jedno jabłko ze względu na żelazo i jednego banana ze względu na potas.
I też jedną pomarańczę na wit. C i pół melona żeby poprawić trawienie, oraz filiżankę zielonej herbaty bez cukru, aby zapobiegać cukrzycy. Każdego dnia należy pić dwa litry wody (tak, a potem je wysiusiać na co schodzi dwukrotnie więcej czasu niż na wypicie).
Codziennie należy pić Activię lub inny jogurt, żeby mieć L. Casei Defensis, i choć nikt nie wie, co to za g…… jest, wygląda na to że jeśli codziennie nie zjesz półtora melona zaczynasz widzieć ludzi niewyraźnie. Codziennie jedną aspirynę żeby zapobiegać zawałowi i lampkę czerwonego wina w tym samym celu, plus jeszcze jedną białego na układ nerwowy. I jedno piwo, już nie pamiętam na co. Jeśli wypijesz to wszystko razem, to nawet jeśli od razu dostaniesz wylewu, to nie masz się co przejmować, bo nawet się nie zorientujesz.
Codziennie trzeba jeść błonnik. Dużo, ogromne ilości błonnika.
Należy przyjmować od sześciu do ośmiu posiłków dziennie, lekkich, oczywiście, nie zapominając o dokładnym pogryzieniu sto razy każdego kęsa.
Zróbmy małe obliczono – już na samo jedzenie zejdzie Ci z pięć godzinek.
A, po każdym posiłku należy umyć zęby, to znaczy po Activii i błonniku zęby, po jabłku zęby, po bananie zęby… i tak, dokąd starczy zębów.
Lepiej powiększ łazienkę i wstaw sprzęt audio, ponieważ między wodą, błonnikiem i zębami spędzisz tam dziennie wiele godzin.
Trzeba spać osiem godzin i pracować kolejne osiem, plus pięć jakich potrzebujemy na jedzenie = 21. Jeśli nie spotka Cię coś niespodziewanego, zostają Ci trzy. Wg statystyk oglądamy telewizję trzy godziny dziennie.
No dobrze, już nie możesz, bo codziennie trzeba spacerować co najmniej pół godziny (dane z doświadczenia – lepiej po 15 minutach wracaj, bo inaczej z pól godziny zrobi Ci się godzina).
Należy dbać o przyjaźnie, gdyż są jak rośliny, należy je podlewać codziennie, i jak jedziesz na wakacje, to, jak sądzę, również.
Ponadto należy być dobrze poinformowanym, więc trzeba czytać co najmniej dwa dzienniki i jeden artykuł z czasopisma, żeby porównać informacje.
A! trzeba uprawiać seks każdego dnia, ale bez popadania w rutynę, trzeba być innowacyjnym, kreatywnym, odnowić uczucie pożądania. To wymaga czasu. A co dopiero, jeśli ma to być seks tantryczny! (Seks tantryczny jest aktem duchowego i cielesnego zespolenia).
(Celem przypomnienia: po każdym posiłku myjemy zęby!)
Na koniec z moich obliczeń wychodzi mi jakieś 29 godzin dziennie.
Jedyne rozwiązanie jakie przychodzi mi do głowy, to robienie kilku rzeczy na raz, na przykład: bierzesz prysznic w zimnej wodzie i z otwartymi ustami, w ten sposób połykasz 2 litry wody.
Wychodząc z łazienki ze szczoteczką do zębów w ustach uprawiasz seks (tantryczny) ze swoim partnerem, który w międzyczasie ogląda telewizję, i opowiada Ci, co się dzieje na ekranie.
W czasie gdy myjesz zęby, masz jeszcze jedną wolną rękę?
Zadzwoń do przyjaciół!! I do rodziców!! Wypij wino (po telefonie do rodziców przyda się).
Uff… Jeśli zostały Ci jeszcze dwie minuty, to prześlij to dalej do przyjaciół (których trzeba podlewać jak rośliny).
A teraz już Was zostawiam, bo z jogurtem, połową melona, piwem, pierwszym litrem wody i trzecim posiłkiem z błonnikiem, nie wiem już co zrobić, ale pilnie potrzebuję ubikacji.
A! Po drodze wezmę szczoteczkę do zębów…

Co pokolenie to samo. Zalecenia się zmieniają, ale nie ich ilość. A Katarzyna nie wpisała tu jeszcze żadnych zasad związanych z gotowaniem. Zacznijmy więc: nie jedz w knajpach, tylko gotuj sama, nie kupuj półproduktów, przygotowuj je sama, nie smaż na dziewicy (mam oczywiście na myśli oliwę z oliwek wyciskaną na zimno zwaną “vergine”) ani na maśle, więc jak zapomniałaś, to szoruj do sklepu po olej rzepakowy (groza – za moich czasów nikt nie brał oleju rzepakowego do ust!), cebulkę trzeba dusić na oliwie 20 minut, bo coś tam, nie wiem co, szpinak blanszować trzy minuty, ale za to przedtem myć godzinę, bo w świeżym są tony piachu. Czosnek drobno siekać, a nie wyciskać przez wyciskarkę, jajek nie smażyć tylko gotować 7 minut, to nie będą miały szkodliwego cholesterolu, masło (aha, znowu masło) najlepiej klarować podwójnie (co najwyżej pół godziny), rosół redukować przez 12 godzin, wodę przegotować, ostudzić, wstawić w metalowym kubeczku do zamrażarki, po 12 godzinach wyjąć, rozmrozić i wypić na czczo, będzie coś, też nie wiem co, ale na pewno dobrze… nie używać mąki z pszenicy, żyta i jęczmienia, tylko zrobić sobie samej z owsa, prosa i kaszy gryczanej. Nie pić mleka tylko wyekstrahować sobie z migdałów mleko migdałowe, a z ryżu mleko ryżowe… A sojowe lepiej nie, bo be. A frytki upiec w piecu, a naleśniki usmażyć bez żółtek, a nie smażyć na tłuszczu, bo wszystko be, a potem na całą noc po pubach i klubach, i piwko, wódeczka, piwko, papierosek…

A na zakończenie – wpisałam w google’a hasło: “i to wszystko zajmie mi nie więcej niż 10 minut” i w 0, 61 s. otrzymałam “około 35,800,000” wyników.

Całuję!

Pirat i jego kapitan 2

Lech Milewski

Kapitan

Źródło zdjęcia – abc.net.au – program festiwalu Antenna.

Starszy mężczyzna ma oczy zasłonięte grubym zwojem bandaży. Niepewnie stąpa po wąskich, krętych korytarzach. Idący za nim osobnik kieruje go w stronę metalowych schodów, takich jak na statku. Potem jeszcze kilka kroków i wchodzą do pomieszczenia wyglądającego jak gabinet lekarski. Pomagają mężczyźnie usiąść na krześle. Nagle rozlega się strzał z broni palnej.

Powyższa scena to początek filmu The Captain and his Pirate, o którym pisałem 2 tygodnie temu TUTAJ – KLIK.

Film jest refleksją na temat porwania i przetrzymywania przez piratów niemieckego statku przez 121 dni. Reżyser filmu – Andy Wollf – prezentuje dość szokującą tezę – dowódca piratów był jedyną osobą doceniajacą wysiłki kapitana zmierzające do uratowania załogi – armator całkowicie je lekceważył a załoga traciła zaufanie do kapitana.

Uważam film za dobrze zrobiony i przekonujący. Tytułowy pirat jest inteligentny, dowcipny i potwierdza tezę autora. Zachęciło mnie to do przeczytania książki autorstwa kapitana Krzysztofa Kotiuka – Hansa Stavanger – KLIK.

Książka relacjonuje dokładnie, dzień po dniu, przebieg wydarzeń. Większość książki stanowią kopie korespondencji między statkiem i kompanią. Prócz tego książka zawiera relacje żony kapitana oraz jej korespondencję z mężem, z armatorem i wreszcie z redaktorem Spiegla i niemieckimi politykami. Jest to bardzo surowa lecz pasjonująca lektura. Niestety obraz jaki się z niej wyłania nie zawiera inteligencji, dowcipu ani polotu. Wręcz przeciwnie.

Zaczęło się to tak:
“Sobota, 04.04.09
Piękny, słoneczny poranek. Półtora dnia do Mombasy. Wszyscy cieszą się zaplanowanym na dziś grillem. Mały prosiaczek już zamarynowany przez Filipińczyków czeka na rozpoczęcie grillowania.
Siedzę w kabinie przygotowuję ostatnie miesięczne rozliczenie do wysłania z Mombasy pocztą do Kompanii.
– Panie kapitanie, proszę szybko na mostek – krzyczy do słuchawki telefonicznej wachtowy, trzeci oficer – speedboat przybliża się z dużą szybkością z SW, naszego kontrkursu…
Nakazałem natychmiast zmienić kurs na przeciwny. Błyskawicznie zerwałem się z miejsca i na mostek. Zdążyłem tylko zdjąć mój kapitański sygnet i obrączkę i wcisnąłem je w ziemię w doniczce z kwiatkiem w salonie.”

Uwaga: wszystkie cytaty w tym wpisie pochodzą z książki Krzysztofa Kotiuka – Hansa Stavanger.

Następuje dramatyczna ucieczka i pościg. Statek jest w ciągłej łączności z Anty Piracy Centre w Dubaju skąd otrzymuje techniczne wskazówki jak wymanewrować piratów. Kapitan uprzedza te wskazówki i po mistrzowsku prowadzi statek.
Jednak już tego samego dnia, w deszczowym Monachium, żona kapitana otrzymuje wiadomość:
“Heute Morgen ist der Hansa Stavanger von Piraten gekapert. Verbindung mit Schiff ist abgebrochen, mehr wissen wir nicht.”

Załoga statku spędziła ponad 6 godzin na gaszeniu pożarów wznieconych przez piracke rakiety. Nocleg na gołych deskach pokładu.
Następnego dnia w polu widzenia pojawia się niemiecka fregata Karlsruhe. Za późno i za blisko. Piraci wymierzają karabiny maszynowe w załogę – zatrzymaj ich – polecają kapitanowi. Fregata odpływa na bezpieczną odległość.

Tego samego dnia w Monachium, żonę kapitana odwiedzają przedstawiciele policji – BKA – BundesKriminalAmt. Informują, że pertraktacje mogą potrwać 4 do 8 tygodni, taki jest standard w podobnych przypadkach.

Standard – znaczy jesteśmy w cywilizowanym świecie. Napady pirackie u wybrzeży Somalii przybrały takie rozmiary, że uzasadnione stało się opracowanie odpowiednich procedur. To wprowadza równowagę. Armator wie w jaki sposób pertraktować z piratami, piraci wiedzą, że otrzymają jakieś pieniądze. Jedyni, którzy mogą mieć jakieś obawy i wątpliwości to zakładnicy. Poważne obawy i wątpliwości.

“Poniedziałek 7.04.09
… przyjechał największy zbój – główny negocjator. Zażądał 15 milionów. Pozwolił na rozmowę, więc rozmawiałem z kompanią. Będą robić wszystko, aby zapłacic kaucję.”

Piraci nakazują żeglugę w stronę wybrzeża Somalii. Mijają 3 dni bez żadnej wiadomości ze strony kompanii.

“Sobota (wielkanocna) 11.04.09
Po wielu próbach dodzwoniłem się również do negocjatora ze strony kompanii. Odpowiedział mi arogancko, że wie co robi. Na moje prośby o wysłanie jakiegokolwiek maila do piratów odpowiedział… że zbliżają się święta i wszystkie banki są zamknięte.”
Chyba nie miałem jednak racji pisząc wcześniej, że w książce brak jest dowcipu.

W wielkanocną niedzielę przychodzi faks z kompanii, który stawia sprawę jasno:
“..We ask that the crew does not become involved in making negotiations with the pirates: this should only be done by me on behalf of the Company, here in Germany.”

Tymczasem na statku…
“Poniedziałek 13.04.09
Piraci używają toalety bez spuszczania wody. Dwa razy dziennie de‐zynfekujemy toaletę, by utrzymać jakąkolwiek higienę. Najgorsze, że siły opuszczają załogę i już mam dwóch chorych. Ukraiński trzeci oficer, Sława. i spawacz pokładowy mają gorączkę. Początek grypy. Piraci także są chorzy. Boję się, żeby te brudasy nie przyniosły nam z lądu jakiegoś bakcyla.”

Tymczasem u żony kapitana…
“Dziś dotarł do mnie mail od Krzysztofa, który zawierał długo oczekiwany faks od armatora do załogi. Po przeczytaniu zesztywniałam. W treści faksu napisano, że armator troszczy się cały czas o rodziny, a oprócz tego wyznaczono wyraźnie godziny pod telefonem, w których są gotowi do rozmów z piratami. Tego już było za wiele. Po pierwsze, nikt z ramienia armatora się o nas nie troszczył, po drugie – w sytuacji porwania, gdy zakładnicy siedząpod bronią 24 godziny na dobę i czekają na pomoc–oni mają tylko dwie godziny na rozmowy i podjęcie kontaktu!
Chciałam od opiekunów z BKA telefony innych rodzin, spytano mnie:
– Chce Pani tego naprawdę, jest Pani to potrzebne?
Może myśleli, że wspólnie rozmawiając, będziemy rozpalać nasze emocje, a to nie było wskazane. Należało nas uspakajać i trzymać z dala od prasy, ponieważ – jak mówiono – nagłośnienie sprawy może szkodzić pertraktacjom. No cóż, musiałam to zaakceptować, bo przecież nie chciałam zaszkodzić pertraktacjom.”

“Środa 15.04.09
W dniu dzisiejszym piraci przechwycili pięć kolejnych statków. Niezły biznes. A ze strony kompanii dalej nic. Po kolacji zwykle zbiórka na mostku. Tym razem zarządzono, że wszyscy ze służby śpią na mostku. Oświadczono nam, że w przypadku ataku dostaniemy od nich broń i będziemy strzelać do napastników. Piraci będą z tyłu za naszymi plecami i też będą strzelać do atakujących, a w razie konieczności będą strzelać do nas. Panika wśród załogi, cała noc nieprzespana. Cały czas kontrola na radarze, czy nikomu nie przyjdzie do głowy jakiś oswabadzający manewr.
Informacja z BBC – mówią, że niemieckie wojska wylądowały w Kenii w Mombasie i szykują jakiś atak. Dokładnie nie wiadomo, co i kiedy?
Mój Boże, co oni znów wymyślili? Jeśli w ogóle chcą coś robić, niech robią to dyskretnie…”

“Czartek 16.04.09
O 10.15 zadzwonił Peter.
– Today will be lucky day…
Proponujemy 600 tysięcy USD – rzucił bezczelnie.
Abdi zaczął się śmiać i kazał mu napisać to i wysłać faksem. Peter powiedział, że nie może, porozmawia z kompanią i będzie dzwonił jutro.
I to była cała szczęśliwa wiadomość.”

W ciągu następnych 4 dni piraci dwukrotnie obniżają wysokość okupu, na 5 i 3 miliony dolarów. Kompania milczy.

21.04.09 – czyli 17 dni od chwili porwania rozgrywa się scena, od której rozpocząlem ten wpis. Tym razem nie w klinice neuro-psychiatrycznej, lecz na rozpalonym słońcem statku.

“- Kompania nie odpowiada, lekceważy nas, będziemy rozstrzeliwać każdego po kolei – rzucili.
Wszyscy zamarli w przerażeniu…
…Dwóch piratów podskoczyło do mnie, postawiło mnie na nogi, trzeci zdjął okulary i zakleił mi oczy taśmą. Poczułem, że dwóch piratów bierze mnie pod ręce i wyprowadza z mostku. Idziemy powolutku po schodach na dół…
…Huknął strzał, potem drugi. Myślałem, że już nie żyję. Kule przeszłymi kilka milimetrów od głowy. Jednak nie chcą mnie zastrzelić, to widać, to znów jakaś cholerna gra nerwów.
– Siadaj i dzwoń do kompanii – rozkazuje „Zębaty”.
– Opowiedz dokładnie, co się wydarzyło. Jeżeli nie zareagują, to jutro powtarzamy, ale już naprawdę. Podnoszę słuchawkę i wykręcam numer. Nie mogę wypowiedzieć nawet słowa. Piraci kierują wentylator w stronę mojej głowy, to pomaga mi trochę ochłonąć.
Opowiadam moją historię. Peter jest lodowaty w rozmowie, nie wytrzymuję i zaczynam płakać.
– Ty bydlaku! Czy nie rozumiesz, że oni chcieli nas rozstrzelać? – krzyczę i odkładam słuchawkę.”

Tu zakończę cytaty z książki. Kapitana i jego załogę czekało jeszcze 104 dni życia w takiej atmosferze. Do tego nastapiło dramatyczne pogorszenie warunków bytowania gdyż skończyły się zapasy wody i żywności.

Pertraktacje zakończyły się zapłaceniem okupu w wysokości 2.75 miliona dolarów. W którymś momencie piraci byli gotowi zaakceptować 2.5 miliona. Dlaczego więc to się ciągnęło 104 dni?
Na to pytanie brak jest odpowiedzi.

Wrócę więc do filmu – czy między kapitanem i szefem piratów nawiązała się jakaś nić wzajemnego szacunku, zrozumienia, współpracy?
Z książki nie wynika nic podobnego. Po pierwsze nie można w niej jednoznacznie odnaleźć Ahado – jednej z głównych postaci filmu.
Po drugie nie wynika z niej, żeby kapitan miał problemy z dyscypliną załogi. Wprawdzie trzech marynarzy pochodzących z Tuvalu brata się z piratami, ale oni już wcześniej stwarzali problemy. Osobna sprawa to stopniowe pogarszanie się stanu fizycznego i psychicznego załogi. Marynarze przestają reagować na wysiłki kapitana zmierzające do poprawienia ich nastroju. Niektórzy ulegają sugestiom piratów i zaczynają żuć khat.
Po trzecie, poza jednym przypadkiem, nie ma żadnej wzmianki o jakimkolwiek “ludzkim” kontakcie z piratami.
Faktem natomiast jest, że piraci, natrafiwszy na betonowy opór kompanii, pozwalają części załogi kontaktować się z rodzinami. To nie był żaden humanitarny gest, lecz szukanie nieformalnych kanałów, które pomogą zakończyć negocjacje.
Właśnie ta metoda przyniosła rezultaty. Żona kapitana wbrew radom policji skontaktowała się z redakcją Der Spiegel i doprowadziła do publikacji artykułu o porwanym statku. Napisała również list do kanclerz Angeli Merkel.

3 sierpnia rano lekki samolot zrzuca okup. Zgadza się. O godzinie 13:56 piraci wysyłają email potwierdzający spełnienie ich warunków. O godzinie 19 ostatnia łódź z piratami odbija od statku. Dwie minuty później ląduje na statku helikopter z niemieckiej fregaty Meklemburg Vorpommern.

Jednak nie mogę się powstrzymac przed umieszczeniem jeszcze jednego cytatu z książki:
“Idę do mojej całkowicie spalonej kabiny. Szukam donicy z kwiatami. Pozostała tylko spalona ziemia. Wielka radość. To prawie niemożliwe! Znalazłem mój kapitański sygnet i obrączkę ukrytą przed piratami.”

Kapitan traktowany był przez dowództwo fregaty z najwyższym respektem, załoga – z ujmujacą troską. Jedyny cień na te radosne chwile rzuca kompania. Kategorycznie zabrania kapitanowi udzielania jakichkolwiek wywiadów i odmawia zgody na przeprowadznie w Mombasie badania lekarskiego załogi.

Wtorek 11 sierpnia – godzina 8:30 lądowanie w Monachium. Koniec książki.

Po pokazie filmu w Melbourne odbyło się spotkanie z kapitanem Kotiukiem, z którego dowiedziałem się dalszego ciągu. W biurze kompanii czekało na kapitana wypowiedzenie. Związki zawodowe pomogły załatwić terapię psychologiczną oraz rentę.
Z każdego zdania kapitana przebijał wielki i uzasadniony żal do kompanii. W tym kontekście piraci prezentują się dużo bardziej ludzko. Wykorzystał to Andy Wollf w swoim filmie, lecz moim zdaniem przedstawił mocno zniekształcony obraz.

Pomyślałem z żalem, że wydarzenia na statku i sytuacja w Somalii były tak pokrętne, że przydałoby się tutaj pióro rangi Grahama Greena.

Koty pana Chardina

Ewa Maria Slaska

Koty już tu były kilkakrotnie i to tak fascynujące, że aż ręka swędziała, żeby sprawdzić w Sieci, czy jest (a na pewno jest) strona lub wręcz strony zatytułowane we wszystkich możliwych językach “koty w sztuce”. Ale powstrzymałam się. Internet to pożyteczny instrument, ale nie chcę, żeby mi odbierał radość odkrywania i równie wielką radość dostawania. Gdy Maryna Over, przyjaciółka z Facebooka, przysyła mi takiego oto kota:

kot-pani-domuto radość z tego podarunku jest w zimowy poranek wręcz niebotyczna. Obraz namalował Charles Joseph Grips w roku 1881 i zatytułował “A Domestic Interior”, ale ktoś kiedyś dodał do tego obrazu na Facebooku jeszcze cudny komentarz po włosku: quando l’ospite dipinge il padrone di casa… – gdy gospodarz maluje właściciela… Aha, czyli to kuchnia Gripsa i jego kot.

Sam Grips działał w Belgii, był znany w Anglii i w Niemczech, ale był Holendrem, żył w latach 1825-1920, a malował jakby się urodził co najmnie o sto lat wcześniej. Albo o dwieście. Jak Peter de Hooch. Czyli co? Eklektyzm. Deprecjonująca nazwa, podczas gdy Grips jest po prostu cudny. Czyli co, jak mi się podoba, to znaczy, że mam nieciekawy, mieszczański gust i lubię to, co ładne. Tzw. kalokagacja, fuj, każdy prawdziwy modernista odwróciłby się ode mnie z niesmakiem. A ja z uporem – Grips, wnętrza, flamandzkie klimaty, koty, meble, piękny…

okazjaczynizlodziejaOkazja czyni złodzieja, 1875

Ciekawe, czy chodzi o to, że klatka jest być może otwarta, ptaszek wyleci, a kot jak to kot – skoczy i złapie. Moja poprzednia kotka – Matylda – potrafiła wyskoczyć za balustradę balkonu, upolować ptaka i wskoczyć z powrotem. Przynosiła takie truchełko do pokoju, tryumfalnie składała mi u stóp i żądała pochwał oraz szynki, bo sama takiego jadła nie konsumowała. To miałam zjeść ja, Królowa tego dwuosobowego stada dzikich łowców.

Ale tak naprawdę tematem dzisiejszego wpisu są koty pana Chardina. Jeden z nich zresztą też nadesłany przez Marynę, która odwiedziła w Madrycie Muzeum  Thyssena-Bornemiszy. Reszta objawiła się sama.

chardin-kot-rybyWłaściwie są to koty bardzo dramatyczne i, jak na dzisiejsze czasy, niemiłe do oglądania. Bo te koty pana Chardin łażą jak koty Gripsa po kuchni, ale kuchnia Gripsa jest sterylna, a kuchnia Chardina jest tłem dla rozpasanej orgii jedzenia, które się zaraz będzie spożywać, i to jedzenia połączonego z zabijaniem. Nie można mieć o to pretensji do Chardina. Inni też tak malowali.

 The_Ray -dwie

Campi Vincenzo-kot

To Vinzenzo Campi (1530/1535 lub 1536 – 1591). Wtedy tak się jadało i zresztą dziś nadal się tak jada. Tylko sklepy usuwają konsumentowi sprzed oczu co bardziej naturalistyczne widoki. Poza tym wcale nie wszystkie obrazy były takie krwiożercze, bo – wróćmy do pana Chardina – były i takie piramidy truskawek – to obraz z kolekcji prywatnej, szkoda że nie mojej…

truskawkiJean-Baptiste_Siméon_Chardin-wokularach

ale najmilszy jest chyba obraz z Luwru przedstawiający samego artystę – w okularach.
To on, Jean-Baptiste Siméon Chardin, urodzony 2 listopada 1699 w Paryżu, zmarły 6 grudnia 1779 roku – też w Paryżu, tak jak widział sam siebie na kilka lat przed śmiercią, w roku 1775.
I czyż nie piękne ma nakrycie głowy? Turban, wstążka, daszek… Wszystko w beżowych różach. Pani Poseł Kempa dałaby mu za to po oturbanionej głowie.

Zaniedługo następne koty od Maryny!

Z archiwum Exodusu 4 – (przed)ostatni tekst

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

kolornadzieiZbigniew Milewicz

Kolor nadziei

Do Monachium najlepiej przyjechać na wiosnę, kiedy zielenią się drzewa w jego licznych parkach i dzięki pracowitości gastarbeiterów, reprezentacyjne punkty miasta, przygotowane na przyjęcie turystów z całego świata, przypominają różnokolorowy strojny bukiet. Poza tym o tej porze roku ludzie wydają się być dla siebie wzajemnie życzliwsi, bo częściej niż na przykład deszczową jesienią uśmiechają się do siebie i prześcigają w różnych gestach, które wyglądają efektownie, a niewiele kosztują.

Na przybyszach ze Wschodu nieodmiennie robi to duże wrażenie. Żurnalista, który dwa lata temu przyjechał tutaj z rodziną na „pochodzenie” i czasami zapisuje w zeszycie różne swoje spostrzeżenia i refleksje, odnotował na początku m.in.: „Centrum miasta, dokładnie zapchane samochodami, ale powietrze, jak na wsi. Chodniki są tak wysprzątane, że można byłoby z nich jeść.” Przy fontannie na Wasserburgeplatzu siedzą na ławeczce dwie niemłode już kobiety. Z wyglądu zadbane, beztroskie, rozprawiają o czymś z wielkim ożywieniem. Co jakiś czas wybuchają śmiechem, żywiołowym, jak u nastolatek. To jest tak zwana złota jesień życia. Czym się w końcu mają martwić, rentą ze starego portfela, która zapewnia im przeżycie tylko połowy miesiąca? Staniem w kolejkach, albo tym, że wnuczka chodzi w dziurawych butach do szkoły, bo innych nie ma, a na szewca zięć będzie mógł sobie pozwolić dopiero przy następnej wypłacie? To nie są ich problemy.”

Kiedy obserwował tamte dwie panie, które mogły mieć grubo po 70, przyszła na myśl jego zmarła przed czterema laty mama. Kobieta, która dzielnie radziła sobie w swoim trudnym życiu i dla innych ludzi miała zawsze pogodną twarz, zawsze gotowa spieszyć im z dobrą radą i pomocą. Zdaniem Żurnalisty za mało dbała o siebie i dlatego tak wcześnie, w wieku 63 lat, odeszła. Mogła jeszcze pożyć, pomyślał wtedy, po raz nie wiadomo który.

Po raz pierwszy ,,naciął” się na tej osławionej, zachodniej kulturze bycia, parę tygodni po przyjeździe, w „Aldim”. Nietypowo, jak na przeciętnych klientów tej firmy, bo nadęcie elegancko ubrany facet, bez ceregieli wypchnął go tuż przed kasą z kolejki. Kiedy Żurnalista kulawą niemczyzną zaczął domagać się wyjaśnień, zobaczył w odpowiedzi ironiczny wzrok Pana, który nie ma zwyczaju dyskutować z istotą niższego rzędu. Nie mniej usłyszał kilka słów pod swoim adresem, wypowiedzianych z uprzejmą pogardą, z których zrozumiał tylko jedno: ,,Ausländer”. Bardzo wiele kosztowało go, aby nie dać przyjemniaczkowi w ten jego środkowoeuropejski uśmiech.

Później otrzymał lekcję pokory od referenta w „socjalu”, w urzędzie do spraw pracy i od drobnego, polskiego przedsiębiorcy, który zatrudniał go dorywczo „na czarno”, przy robotach drogowych na przedmieściach Monachium. Urzędnicy dziwili się, że człowiek niby biegły w robocie papierkowej nie może połapać się w formularzach i potrzebnych załącznikach, więc wiele razy musiał je korygować i uzupełniać, zanim łaskawie przyjęto jego sprawę do rozpatrzenia. Natomiast rodak, za trzy dni ciężkiej pracy, rzucił mu 100 marek, a z reklamacjami doradził pójść na policję.

Z tamtego początkowego okresu najgorzej wspomina jednak spotkanie z kierowniczką pewnego działu w urzędzie mieszkaniowym, którą przyszedł prosić o przyznanie jego rodzinie bardziej ludzkich warunków lokalowych. Od miesięcy gnieździli się bowiem w cztery osoby w jednej ciasnej klitce domu dla azylantów i przesiedleńców, pozbawionym łazienek i ze wspólną kuchnią.
– Jesteście już uznani za Niemców? – padło pierwsze pytanie.
– Jeszcze nie – odparli Żurnalista i jego żona.
– W takim razie przykro mi, ale nie możemy wam nic innego zaoferować.
Szpakowata, krótko ostrzyżona kobieta, ubrana w zielonkawą, zapiętą pod szyję bluzkę i spodnie męskiego kroju, wstała zza biurka, na znak, że wizyta skończona. Petenci próbowali jednak postawić na swoim. Ich młodszy syn przeszedł wkrótce po urodzeniu skomplikowaną chorobę i z tego powodu potrzebował większego komfortu, a starszy nie miał gdzie odrabiać lekcji. Urzędniczka ledwo raczyła rzucić okiem na oficjalne zaświadczenie lekarskie i pismo ze szkoły. Nie jej wina, że wszyscy chcą mieszkać w Monachium, a z dzieckiem, które w wymaga szczególnej opieki, najlepiej wyjechać na prowincję, tam są lepsze warunki mieszkaniowe.
– I do widzenia – dodała widząc, że Żurnalista chce jeszcze coś powiedzieć. – Możemy porozmawiać, kiedy otrzymacie obywatelstwo.

W międzyczasie otrzymali już owe niemieckie papiery i stali się kandydatami do mieszkania socjalnego, podlegają innej urzędniczce w urzędzie mieszkaniowym, która jest bardzo miła w obejściu. Kiedy tylko odwiedzają ją, aby zapytać, czy nie ma dobrych nowin w ich sprawie, niezmiennie łagodnie odpowiada, że jeszcze komputer nie wybrał ich numeru, ale nie powinni tracić nadziei i, tu zawsze lekko wzdycha, cierpliwości.

W pokojach i poczekalniach niemieckich urzędów stoi zawsze dużo rozmaitych roślin doniczkowych. Czasami ich zieleń jest przywiędła i zakurzona, ale mimo to nie przestaje być ona kolorem nadziei. Nadziei na uregulowanie prawnego statusu, na otrzymanie własnego dachu nad głową, na znalezienie dobrej pracy. Może dobrze, że praca niemieckiego aparatu urzędniczego jest tak powolna, że czasami nie widać, aby tryby machiny w ogóle się poruszały. Dzięki temu ludzie korzystający z jej usług, mają ważny cel w życiu – pokonać inercję bezwładnej materii. Ci nieliczni, którym się owa sztuka, zanim umrą, udaje, stają przed niezwykle skomplikowanym problemem: co dalej?

Tego momentu Żurnalista bardzo się obawia. Udokumentowanym Niemcem już jest, własne mieszkanie może uda mu się otrzymać do 2000 roku i jeżeli do tego czasu opanuje niemiecki, to przyjmie stanowisko naczelnego redaktora ,,Süddeutsche Zeitung”, po pomniejsze funkcje w branży go nie zainteresują. Obawia się jednak, że wówczas dojdzie do wniosku, że to wszystko o co zabiegał i co wreszcie osiągnął, nie było warte zachodu, że w pogoni za swoim życiowym sukcesem zagubił coś ważniejszego, mianowicie wartości ludzkie, które wpajano mu w rodzinnym domu – otwarcie na potrzeby innych, zamknięcie na nienawiść i na kompromis ze złem oraz cnotę skromności.

Pani Julii, która jest dobrą znajomą Żurnalisty i jego rodziny, wpajano w domu podobne cechy, w związku z powyższym programowo do niczego na Zachodzie nie doszła. W linii żeńskiej jej rodzina wywodzi się z Wileńszczyzny, po mieczu – ze Śląska. Przodkowie pani Julii walczyli w powstaniach Listopadowym i Styczniowym, w legionach i Powstaniu Warszawskim. Zajmowali się nauką, prawem i polityką, część rodziny miała zacięcie pedagogiczne. Dziadek pani Julii po kądzieli był założycielem jednej z warszawskich uczelni technicznych. Babcia, profesorka gimnazjum, zakochana w poezji i literaturze romantycznej, karmiła wnuczki strofami z „Pana Tadeusza”(którego znała na pamięć), balladami i opowieściami o antenatach, którzy stawali zbrojnie w obronie Ojczyzny. Na poczesnym miejscu w rodzinnym domu wisiał obraz Wojciecha Kossaka, przedstawiający bohaterską dziewicę Emilię Plater. Z początkiem lat 60, wskutek nagonki gomułkowskiej na inteligencję, co to ,,karmiła się krwawym dorobkiem klasy robotniczej”, rodzina 16-letniej wówczas Julii wyemigrowała z Warszawy do Monachium. To była dla nich, pamięta, trudna decyzja. Ojciec, były AK-owiec, lekarz, pochodził z Katowic. Chciał zdobyć w Monachium tzw. dokumenty na „pochodzenie”, a później z całą rodziną ruszyć dalej. RFN miało być dla nich tylko stacją przesiadkową i po czasie dopięli swego, ale nie wszyscy. Rodzice wraz z młodszym rodzeństwem Julii osiedlili się we Francji, w Bretanii. Tam ojcu i mamie udało się ponownie otworzyć gabinety lekarskie. Julia po ukończeniu gimnazjum poszła na studia medyczne, ale pewien Bawarczyk tak skutecznie zakręcił się koło niej, że w końcu wybrała małżeństwo i do dziś mieszka w Monachium. Ma trzech synów, najstarszy rozpocznie w tym roku studia na politechnice, dwaj pozostali chodzą jeszcze do szkoły średniej. W domu mówią z mamą po polsku i po niemiecku z ojcem. Najmłodszy odziedziczył po przodkach prawnicze zainteresowania, ciągnie go także w stronę polityki. Niedawno oświadczył na rodzinnym forum, że chciałby w przyszłości studiować w Polsce. Panią Julię zatkało ze wzruszenia. Zawsze marzyła o tym, aby przynajmniej któryś z jej synów pociągnął kiedyś tam, gdzie są korzenie ich drzewa. Wychowując ich robiła wszystko, aby tak się stało. Po mężu, człowieku na szczęście światłym i tolerancyjnym, ma niemieckie obywatelstwo, ale dusza, serce i charakter pozostały, tak przynajmniej przypuszcza – polskie. Większość czasu poświęca na bieganie z rodakami – tymi, którzy dopiero co przyjechali do RFN i nie znają jeszcze języka – po monachijskich urzędach, wypisuje dla nich stosy różnych podań, a kiedy trzeba, występuje w roli tłumacza przed sądem. Oczywiście za ,,dziękuję”, o którym nawet, bywa, niektórzy zapominają. Żurnalista z rodziną mają jej też sporo do zawdzięczenia.

– Tak mnie uczono kiedyś w domu – mówi pani Julia – że człowiek nie żyje dla siebie wyłącznie i że dawanie jest ważniejsze od brania. Co z tego mam? Zadowolenie, jak mi się uda czasami komuś pomóc, a to bardzo dużo znaczy.

Dzisiejszy artykuł miał być ostatnim przedrukiem tekstów Zbyszka z Exodusu, tymczasem dziś Zbyszek znalazł na biurku jeszcze jeden felieton. Zmieniłam więc tytuł dzisiejszy na “(przed)ostatni tekst”, a za tydzień – tekst ostatni, “Wio koniku”

Poetry – Poesie – Poezja / Amy Lowell

Der Komponist Juan María Solare hat 2007-08 “Lacquer Prints” für Gesang und Schlagzeug vertont / Composition of Juan María Solare.

Urodziła się 9 lutego 1874 roku, równo 140 lat temu. Amy Lowell (1874 – 1925), jedna z najbardziej oryginalnych poetek amerykańskich, pochodziła z tak bogatej rodziny, że w jej rodzinnym mieście Brookline w stanie Massachusetts mieszkańcy mawiali, iż Cabotowie są tak bogaci, że przestają tylko z Lowellami, a Lowellowie – tylko z Bogiem. Była zaprzyjaźniona z Ezrą Poundem, który nazywał ją hippopoetess, poetką-hipopotamem. LowellpicI rzeczywiście była ogromną ogromną dziwaczką. Sypiała codziennie do 13, w łóżku z 16 poduszkami (ani jednej mniej!), paliła cygara (i to dużo!), miała 7 psów i przyjaciółkę, Adę Dwyer Russell, aktorkę. Współczesne feministki twierdzą, że angażowała się w walkę o prawa kobiet, z kolei jej współcześni głoszą tezę wręcz przeciwną, że mianowicie nie znosiła feminizmu. Jej poezja, głównie wiersz wolny, należy do modernistycznego nurtu zwanego imaginizmem, o którym Pound mawiał, że w jej wydaniu jest to jednak raczej amyginizm.

amy-hokkuArgentyński kompozytor Juan María Solare, który od lat mieszka w Niemczech, napisał w latach 2007-08 muzykę na śpiew i perkusję do cyklu wierszy Amy Lowell “Lacquer Prints” /”Obrazki z laki”. Były to wiersze naśladujące bądź interpretujące hokku, japońską poezją XVIII-wieczną, którą dziś znamy lepiej jako haiku, poezję zncznie bardziej niż hokku zdyscyplinowaną, uprawianą jednak dopiero od XIX wieku.

A ponieważ kilka dni temu był chiński, japoński i wietnamski Nowy Rok, rozpoczynający rok Konia, zacytuję tu  hokku Amy Lowell na Nowy Rok
z tomu “Pictures of the floating world. Lacquer Prints and Chinoiseries”.

Again the New Year Festival

I have drunk your health
In the red-lacquer wine cups,
But the wind bells on the bronze lanterns
In my garden
Are corroded and fallen.

Wieder das Neujahrfest

Ich trank auf deine Gesudheit
Vom rot lackierten Becher,
Aber die Windglocken in den bronzenen Laternen
In meinem Garten
Sind gerostet und fallen runter.

Übersetzt von Ewa Maria Slaska
Es ist nicht ausgeschloßen, dass Amy Lowell dabei an das traditionelle japanische Glockenspiel dachte, das am Neujahrsvortag in den buddhistischen Tempeln veranstaltet wird, damit man die Sünden des alten Jahres von sich abschüttelt. Wenn also die Glocken runterfallen, wäre es, ganz privat, ein schlechtes Zeichen für das kommende Jahr.

I znowu Nowy Rok

Wypiłem twoje zdrowie
Z polakierowanego na czerwono kielicha,
Ale dzwonki zawieszone w brązowych latarniach
W mym ogrodzie
Zardzewiały i spadły.

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska
Niewykluczone, że Amy Lowell nawiązuje tu do japońskiej tradycji uderzania w wigilię Nowego Roku 108 razy w dzwony w świątyniach buddyjskich, co pozwala wiernym zrzucić z siebie stare grzechy. Jeżeli zatem dzwonki zardzewiały i spadły, to jest to być może w mikro wymiarze zły omen.