Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 5

Ten tekst został napisany specjalnie dla nas, ale zanim pojawił się tu w kolejny czwartek, autor już dawno opublikował go i u siebie. A więc jednak reblog.

Przekraczając granice

wpis z 12 czerwca 2017 roku

Rok po

Minął już ponad rok od czasu mojej niefortunnej przygody w Maroko, rany fizyczne się zabliźniły, moja psychika też wraca do normy. Dzięki pracy z psychologiem oraz dużej pomocy przyjaciół i rodziny, wraca mi też pamięć. Oczywiście są w niej jeszcze spore luki, a informacje które pojawiają się w mojej głowie, są dość chaotyczne i czasami trudno umiejscowić je w czasie.

Ostatnio, dzięki pytaniom, jakie do mnie trafiły, zacząłem się zastanawiać nad tym, co ta ubiegłoroczna historia zmieniła w moim życiu. Czy doszedłem do jakiś odkrywczych wniosków?

Po pierwsze niewątpliwie przez sito zostały przepuszczone moje znajomości, przyjaźnie i stosunki rodzinne. Kilka z nich zweryfikowało się in plus, były też niestety i takie, które mocno rozczarowały i doprowadziły wręcz do zerwania stosunków.

Po drugie, nie mniej ważne, stoczyłem walkę z samym sobą, ze swoim wewnętrznym strachem, oporami i uprzedzeniami. Zaistniała sytuacja wzmocniła mnie, pozwoliła mi spojrzeć na siebie jako ważny element tworzący i kształtujący otaczający nas wszechświat.

Dzięki marokańskiej historii wiem, że życie nie jest nam dane po to, abyśmy tylko gromadzili, czy ciągle gonili króliczka. Życie jest darem, który powinniśmy wykorzystać, aby spełniać swoje marzenia (trochę zdrowego egoizmu jest jak najbardziej wskazane). Moim są podróże, poznawanie nowych miejsc, ludzi i historii.

Chyba tylko ja wiem, ile wysiłku psychicznego kosztowało mnie przełamanie się i wyruszanie w kolejne podróże, które odbywałem w ostatnim czasie. Na początku bałem się sam wyjść z domu, potem był pierwszy wyjazd z miasta, pierwszy nocleg w hostelu, wyjazd zagraniczny, gdzie wszyscy mówią w obcym języku. Nie wiem czy dałbym sobie z tym wszystkim sam radę, na szczęście miałem pomoc w postaci terapeuty i, co nie mniej ważne, przyjaciół.

Już na początku ubiegłego millenium jeden z największych filozofów i poetów – Horacy, użył sentencji, która mimo upływu około tysiąca lat nadal się sprawdza i jak najbardziej pasuje do życia (choć w dzisiejszych czasach wielu o niej zapomina, lub źle ją interpretuje).

Carpe diem – oddaje sens egzystencji, nie odkładajcie wszystkich pragnień i radości na później, moja historia pokazuje, że tak naprawdę nie możemy być pewni tego co nas spotka za parę chwil (i to niezależnie od tego jak dokładnie prowadzone byłyby nasze terminarze). Nauczcie się łapać radość z tego co nas otacza, z tych ulotnych chwil, które potrafią znikać tak szybko jak przelatujący koło nas piękny motyl. Bo w ogólnym rozrachunku nie ważne jest jak duże mamy konto, iloma samochodami jeździmy, czy jak dobrze zaopatrzona jest nasza szafa. Prawdziwym kolorytem życia są bowiem nasze przeżycia i ludzie, których spotykamy na swojej drodze.

Stuart 27

Picture of the moon You gave to me that night.
The stars were out to play, the moon was shining bright.
If only I had known that it would end so soon.
I was left with a picture of the moon.

Widok księżyca, który dałaś mi tamtej nocy.
Gwiazdy bawiły się na niebie, księżyc świecił jasno.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to się tak szybko skończy
I że zostanie mi tylko widok księżyca.

Van Morrison, Picture of the moon

Joanna Trümner

Przygotowania

Ta niedziela strasznie się dłużyła. „Są dni, które nie mają końca. Kiedy to przestanie tak boleć?”, pomyślał, zastanawiając się jak zabić kolejne godziny i doczekać poniedziałku. Nie potrafił wyjść z labiryntu złych, smutnych, pełnych żalu i smutku myśli. Patrzył na świecące za oknami słońce i zdecydował się na spontaniczną wycieczkę do domu starców, w którym kiedyś pracował. Przypomniały mu się koncerty muzyki, które dawał pacjentom i radość, jaką widział w ich oczach, i z przerażeniem uzmysłowił sobie, że od jego ostatniej wizyty tam minęły całe dwa lata. Ciekaw był zmian, które tam w tym czasie zaszły. Przy wejściu do budynku Stuart od razu rozpoznał charakterystyczny zapach starości i środków dezynfekcyjnych. „W tej kwestii nic się nie zmieniło”, pomyślał i zadał sobie pytanie, dlaczego tu właściwie przyszedł, czego szukał – wspomnień szczęśliwszych czasów? powrotu do początku pobytu w Sydney? spokoju, który dawała mu świadomość, że czeka na kobietę, z którą przejdzie przez resztę życia?

W jadalni spotkał kilku mieszkańców, wpatrzonych w ekran telewizora, jedyną osobą, która go rozpoznała była stuletnia pani Bennet. „A kiedy nam znowu coś zagrasz?”, zapytała z kokieterią w głosie. W tym momencie pożałował, że nie przyniósł ze sobą gitary, żeby chociaż na chwilę muzyką przerwać dziwną atmosferę w jadalni. „Oni wyglądają jak ludzie, którzy już tylko czekają na przyjście śmierci, wszystko inne od dawna przestało ich interesować”, pomyślał z litością. W hallu natknął się na pielęgniarza, z którym w czasach pracy w ośrodku wychodził na przerwy na papierosa. Z zaskoczeniem zdał sobie sprawę z tego, że nie pamięta jego imienia. Pielęgniarz opowiedział mu o oszczędnościach, wprowadzonych przez nowe kierownictwo i o tym, jak niewielu mieszkańców odwiedza ktoś z rodziny. „Starzy ludzie nie mają tu żadnych dodatkowych zajęć – jedzą, śpią, oglądają telewizję i czekają na koniec. Jedynymi atrakcjami są comiesięczne wizyty uczniów z sąsiedniej szkoły”.

Stuart z ulgą opuścił to miejsce, w którym przed kilkoma laty przeżył wiele szczęśliwych chwil, „jak dobrze, że ja mam jeszcze tyle lat przed sobą”, pomyślał w drodze do domu.

W połowie czerwca przyleciała do Sydney matka z Nieznajomym. Goście zamierzali zatrzymać się na trzy noce u Stuarta, a potem udać się w podróż po Australii. „Po tym koszmarnym locie musimy u ciebie odpocząć”, powiedział Nathan przy przywitaniu na lotnisku. Stuart od pierwszego spojrzenia poczuł do niego sympatię. Wieczorem wspólnie zjedli kolację w chińskiej restauracji i Nat opowiedział mu o sobie. Był, jak to nazywał, „we wcześniejszym życiu” pediatrą i ten zawód był jego wielką pasją. Nie miał własnych dzieci, młod chodził zi pacjenci mu je zastępowali. Praca była sensem jego życia, a roześmiane dziecięce oczy i wdzięczność rodziców były najpiękniejszą zapłatą. Nie potrafił pogodzić się ze śmiercią dzieci, a co najmniej raz w roku tracił jednego ze swoich pacjentów, przegrywał walkę z białaczką i innymi chorobami, na które medycyna nie znalazła jeszcze żadnego remedium. W miarę upływu lat czuł na sobie coraz mocniej ciężar i bezsilność, przygniatało go uczucie niemocy i niesprawiedliwości losu, z każdym zmarłym pacjentem i w nim coś wygasało i odbierało mu ochotę do dalszego życia.

Długo walczył z myślami, po wielu nieprzespanych nocach zdecydował się zrezygnować z prowadzenia praktyki lekarskiej. Sprzedał ją z zyskiem i zaczął na nowo szukać sensu w życiu. Rozstał się z żoną i przeprowadził z Brighton do Walton. „Tam nikogo nie znałem, w nowym domu chciałem zacząć nowe życie. Początki nie były dobre, przez długie miesiące tkwiłem w depresji. W punkcie zero – bez rodziny, bez zawodu, bez celu. I wtedy poznałem twoją mamę. To była najlepsza terapia”, uśmiechnął się, patrząc na matkę Stuarta.

Nat przekonał go do siebie szczerością i ciepłem. Kilka dni wizyty minęło bardzo szybko, Stuart wracał z pracy do posprzątanego mieszkania, w którym czekał na niego obiad. Miał ochotę przytulić się do matki, tak jak kiedyś, kiedy był dzieckiem, i podziękować jej za ciepło, które wniosła do jego domu i za piękne uczucie, że ktoś na niego czeka. Wieczorami rozmawiali o Sydney i o wrażeniu, jakie to miasto na nich zrobiło. Obydwoje unikali tematu Meg, wiedząc, jak bardzo to rozstanie musi jeszcze boleć. „Zachowują się tak, jakby Meg nigdy nie zaistniała w moim życiu”, pomyślał, czując równocześnie wdzięczność za to, że nikt nie zadaje mu pytań, na które on sam nie zna odpowiedzi. Często rozmawiali o przyszłej karierze muzycznej Stuarta. Nat miał dużo dobrych pomysłów, namawiał go do nagrania w studio profesjonalnej płyty, którą można byłoby wysyłać do wytwórni muzycznych. W trakcie tych rozmśw w notesie Stuarta powstał skrupulatnie zapisany plan działań na następnych kilka miesięcy. Nat spędził godziny na szukaniu w bibliotece adresów agencji muzycznych na terenie całej Australii. Większość z jego propozycji była tak dobra i logiczna, że Stuartowi w pewnm momencie nasunęła się myśł „Więc mam 60-letniego menadżera, który swoim zapałem przerasta niejednego z młodszych kolegów”.

Wizyta matki i jej partnera w Sydney trwała za krótko, pomyślał Stuart żegnając gości. Z zaskoczeniem uświadomił sobie, że w ciągu kilku dni ich wizyty był tak zajęty, że ani razu nie pomyślał o Meg. „Może powinienem odkreślać takie wieczory, tak jak więzień skreśla na kalendarzu dni. Przecież czeka na mnie wielka przygoda, powinienem w końcu przestać żyć przeszłością i zamknąć za sobą drzwi do tego, co było kiedyś”, pomyślał z przyjemnością. „Za kilka miesięcy będę wolnym człowiekiem, jednym z niewielu, którzy robią to, co jest ich przeznaczeniem. Mam pieniądze, które w najgorszym wypadku pozwolą mi przeżyć następnych kilka lat. Mam rodzinę i sprawdzonego przyjaciela. A ten potworny smutek przestał paraliżować każdą moją myśl”. Pierwszy samotny wieczór w mieszkaniu spędził na słuchaniu płyty Billie Holiday, którą Nat przywiózł mu w prezencie.

Od dnia, kiedy poinformował dyrektora szkoły o swoich planach, praca z uczniami przestała być dla niego ciężarem. Poczuł ulgę i starał się zatrzeć niemiłe wspomnienia uczniów z okresu po rozstaniu z Meg, powoli przemieniał się z powrotem w ich ulubionego nauczyciela, który był cierpliwy i miał dużo poczucia humoru.

Na początku grudnia spotkał się z Tomem w pubie na piwie i opowiedział mu o przygotowaniach do trasy koncertowej, o godzinach ślęczenia w bibliotece i studiowania książek telefonicznych dużych miast w Australii, rozmowach telefonicznych i konkretnych terminach koncertów w Melbourne, Perth i Canberze. „Cieszę się, że znowu nabrałeś ochoty do życia”, powiedział Tom. „Uspokajam się, bo mam plany i nową drogę przed sobą, najgorsze, co mogłoby się teraz zdarzyć, to gdybym ją spotkał gdzieś z nim i wszystko zaczęłoby się od początku. Ale niedługo wyjadę z Sydney i nie będę się musiał niczego obawiać”, odpowiedział Stuart.

Kilka dni przed Bożym Narodzeniem zadzwonił do niego Lucas, ksiądz z kościoła, do którego chodziła Meg z zapytaniem, czy nie chciałby podczas świąt dać koncertu w kościele. Stuart chciał uciąć tę rozmowę jak najszybciej, jedynym łącznikiem pomiędzy Lucasem a nim była Meg i nie chciał rozmawiać na temat ich rozstania. Ku jemu zaskoczeniu rozmowa była bardzo przyjemna. Lucas – mężczyzna, który prawdopodobnie nigdy nie przeszedł w życiu miłosnego zawodu i zdrady, okazał mu wiele zrozumienia i ciepła. Ciepła, które brzmiało w jego głosie, nawet w chwili, kiedy Stuart kategorycznie odmówił przyjścia do kościoła. „Pamiętaj, najważniejsze w życiu, to umieć przeczekać”, powiedział Lucas na zakończenie rozmowy. „Gdybyś potrzebował pomocy, kontaktów albo pieniędzy, daj mi znać, chętnie ci pomogę, wiem przecież że masz talent”. Odkładając słuchawkę Stuart pomyślał, że ma szczęście do ludzi. Jedyną osobą na której się zawiódł był Ian, który od miesięcy nie odzywał się do niego.

Boże Narodzenie i Sylwestra spędził z Tomem. Od kilku dni przestał pracować w szkole, był więc wolnym człowiekiem i nie mógł doczekać się pierwszego koncertu na początku stycznia w Melbourne. Przez szczęśliwy przypadek udało mu się podnająć mieszkanie kuzynce Toma, która przyjechała na studia do Sydney. „Powoli wszystko samo się układa”, pomyślał patrząc na pełnię księżyca za oknami mieszkania.

Cdn.

Amor, Amor…

Krystyna Koziewicz

Amory

Historie miłosne, okazuje się, mają sporą poczytność, sama tego na tym blogu doświadczyłam jakiś czas temu. Być może jest tak, bo niejeden z nas chciałby dowiedzieć się, jak wygląda u innych miłość, jak wygląda życie kochającej się pary? Mówi się, że miłość zaślepia, ale kto wie, może jednak coś, nie widząc, widzimy, może konfrontując się z naszymi uczuciami, dowiadujemy się nieco więcej o sobie?

Obserwując znane mi szczęśliwe pary, zauważam jedną wspólną cechę, sprzyjającą długiemu pożyciu. Otóż, akceptacja partnera takim, jakim jest, bez próby wywierania nacisku i wymagania zmian oraz spora dawka osobistej wolności.

Przykładem niech będzie poniższa historia.

W domu, w którym mieszkam, pojawił się osiem lat temu nowy bywalec, nieco dziwacznie ubrany, wyglądem przypominający clocharda, ale uprzejmy, grzeczny, pozdrawiał wszystkich napotkanych ludzi. Niekiedy zdarzało się, że mijaliśmy się na korytarzu, w bramie wejściowej czy na ulicy. Pewnego razu, staliśmy oboje przed wejściem do naszego domu, moją uwagę przykuła gestykulacja owego gościa, który przesyłał całusy komuś z ostatniego piętra. Spojrzałam dyskretnie w górę i własnym oczom nie wierzyłam – ten ktoś miłośnie pozdrawiał moją polską sąsiadkę, panią, która liczyła sobie p0nad 75 wiosenek. I owszem, miała sympatyczny wyraz twarzy, gładką jasną cerę, która odmładzała ją o dobre dziesięć lat… Wiele lat była samotna, cieszyłam się więc, że po wielu, wielu latach życia w samotności znalazła bratnią duszę. Tylko dlaczego związała się z bezdomnym?, zastanawiałam się.

No tak, jak pamiętam – zawsze miała dobre serce dla ludzi w potrzebie, regularnie wysyłała pieniądze do Afryki, wpłacała datki dla rozmaitych fundacji charytatywnych. Pomyślałam sobie, że to jej misja życiowa – pomagać innym. Zatem nie powinno mnie było dziwić, że zajęła się facetem z tzw. marginesu społecznego. W skrytości bałam się jednak, że zostanie podstępnie wykorzystana.

Z moją sąsiadką spotykałyśmy się dawniej na kawę, czasem na obiad, raz u mnie, raz u niej. Od jakiegoś czasu nie było pogaduszek, co świadczyło, że aktualnie nie jest to towarzysko konieczne.

W dalszym ciągu widywałyśmy się jednak w windzie czy przed budynkiem, zatrzymywałyśmy się na krótkie pogaduszki. Za którymś razem przyznała, że poznała mężczyznę o 28 lat młodszego, który zwyczajnie zagadał ją na ulicy, zapraszając na kawę do pobliskiej kawiarenki. Od tej pory znajomość zaczęła się stopniowo rozwijać, on potrzebował kogoś z kim mógłby porozmawiać, ona tak samo. Lubił wypić, ale na wesoło – jak powiadała. Nie był alkoholikiem, pił piwo wieczorami, które mu szumiało w głowie do następnego dnia. Zakazała mu jednak odwiedzin, jeśli był pod wpływem alkoholu, nie otwierała drzwi. Była w swej decyzji konsekwentna, facetowi chyba zależało na niej, skoro był trzeźwy – przynajmniej w dzień wizyt.

Wygląd mężczyzny, jak sama stwierdziła, jej nie przeszkadzał. Chwaliła go za zamiłowanie do porządku i higieny osobistej. Na moje oko z wyglądu przypominał skrzyżowanie świętego Mikołaja z kimś, kto dopiero wyszedł z lasu, takie sympatyczne straszydełko. Włosy sięgały mu do tyłka, niekiedy związane w kucyka, broda długa, cieniutka, jak mysi ogonek, szerokawe spodnie majtające podczas chodzenia. Ponieważ był bardzo miły, nikt w okolicy go nie zaczepiał, grzecznie się odkłaniano. Na mój widok okazywał radość, pewnie zmiarkował, że jestem rodaczką jego oblubienicy.

W bloku komentowano ten związek, i z uwagi na wygląd, i różnicę wiekową. Moja sąsiadka, Turczynka, zazdrościła, że taka stara i ma miłość, a ona po czterdziestce i zero seksu od dziesięciu lat.

Co się okazało, związek tej starszej kobiety z młodszym partnerem z roku na rok rozkwitał coraz intensywniej. Sąsiadka pochwaliła się, że miło spędzają razem czas, grając w karty, oglądając filmy przyrodnicze, na dyskusjach, rozmowach podczas spaceru po parku. Raz się wygadała z lekkim uśmieszkiem, że za bardzo ją niekiedy „męczy”, ale co mam zrobić?, powiedziała pytająco. To była jedyna słodka skarga na faceta. Spotykali się codziennie i widać było, że czerpią radość z tego bycia razem. Od sąsiadki słyszałam same zalety i zachwyty o partnerze, widziałam, że jest zadowolona. Rozstawali się zazwyczaj po południu, ponieważ on lubił programy sportowe i muzyczne, ona z kolei lubiła rozwiązywać krzyżówki i robótki ręczne.

Niestety, historia tej niezwykłej znajomości niedawno się zakończyła, przetrwała osiem lat i trwałaby do tej pory, gdyby nie postępująca demencja sąsiadki. Od roku objawy stawały się niebezpieczne dla życia. Parę razy straciła orientację w mieście, gubiła pieniądze, drogę do lekarza, o mało nie spaliła własnego mieszkania. Mężczyzna opiekował się nią troskliwie, jednak stwierdził, że potrzebuje fachowej pomocy. Wezwał rodzinę z Polski.

Podczas ostatniej wizyty synów, kiedy już nie rozpoznała swoich bliskich, dzieci zadecydowały, że zabiorą matkę do Polski i umieszczą w domu opieki. Było mi smutno, kiedy się o tym dowiedziałam, nie miałam okazji pożegnać się z nią – tak szybko została zabrana.

Po wyprowadzce sąsiadki ciekawiło mnie, co się stało z jej facetem, bo przestałam go widywać, a mieszka w pobliżu. Od innej zaprzyjaźnionej sąsiadki dowiedziałam się, że ów mężczyzna strasznie rozpacza, całkowicie załamał się, popadł w depresję i nie wychodzi z domu. Ponoć ciężko się rozchorował. A może powrócił do nałogu?

No cóż, jedno muszę stwierdzić – na pewno połączyło ich piękne uczucie – chęć bycia razem. Dawali sobie to, czego każde z nich potrzebowało – siebie nawzajem.

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 4

Przekraczając granice

Amnezyjne podsumowanie

wpis z 17 kwietnia 2016 roku

Teksty dotyczące utraty pamięci i pierwszych dni po tym zdarzeniu zakończyłem w momencie wylotu do kraju.

A jak sytuacja wygląda teraz, po pewnym już czasie? Jak pewnie się domyślacie, pierwsze tygodnie upłynęły mi na ciągłych wizytach u lekarzy. Wiele pytań, skanów, prześwietleń i badań krwi.

Moje ciało powoli już wraca do normy, rany fizyczne pogoiły się (zostały jedynie blizny), wyniki krwi na początku odbiegające od normy, teraz do niej już wracają, jednym słowem fizycznie czuję się już znacznie lepiej.

No dobra, a co z pamięcią i psychiką, spytacie? Czy wróciła mi już pamięć?

Niestety pamięć jako taka na razie mi jeszcze nie wróciła, wracają, jak to określili lekarze, tak zwane automatyzmy. Co to dokładnie oznacza? Nauczyłem się ponownie, jak obsługiwać telefon czy komputer (zajęło mi to w sumie kilka dni, ale to wróciło), idę w dobrym kierunku, choć nie wiem, dlaczego go obrałem itp. Moje ręce, nogi i inne części ciała przypomniały sobie, co należy robić w danych sytuacjach, nawet tych bardziej skomplikowanych. Choć, nie ukrywajmy, daleko im jeszcze do doskonałości, ale przynajmniej widać już poprawę.

badanie 1

Lekarze są zgodni, wyniki badań i postępy, które czynię dobrze rokują na przyszłość. Pamięć powinna mi wrócić w przeciągu kilku miesięcy. Fajnie, ale to jednak mi nie wystarcza, ja chciałbym, aby wróciła JUŻ. Wygląda na to, że w tej sprawie jestem niecierpliwy jak małe dziecko, które chce dostać zabawkę lub wyjść na dwór.

Dzięki pomocy przyjaciół, znajomych i rodziny zaczynam powoli składać swoje „stare” życie w całość, ale, jakby nie było, to jest to ich wizja mojego życia. Czy takie właśnie było? Czy ja je tak widziałem i odczuwałem? Tego nie wiem, pozostaje to dla mnie cały czas zagadką i pewnie nic się nie zmieni do czasu, aż odzyskam „swoje” wspomnienia.
Lekarze studzą moje nadzieje z tym związane i twierdzą, że to będą kolejne, pojawiające się w różnej kolejności, skrawki, które będę układał niczym wielkie życiowe puzzle. Nic nie stanie się tak naraz, jak za dotknięciem różdżki. Co więcej, mogą pozostać jakieś fragmenty, które będą dla mnie długo, lub nawet na zawsze okryte mgłą zapomnienia.

Podobno najważniejsze jest teraz dla mnie unikanie stresu. Łatwo się mówi, spróbujcie się nie stresować, gdy z prawie czterdziestu trzech przeżytych lat pamiętacie tylko dwa miesiące i gdy co niektórzy naciskają, żebyście przypomnieli sobie dokładnie jakąś rzecz, bo to ważne. Cholera, przecież wiem, że to ważne i co z tego, jak w głowie mam pustkę.

No dobrze, tyle o pamięci. Słyszę też często pytania, jak się z tym czuję psychicznie. No cóż, tu bywa różnie, są lepsze i gorsze dni, chwile radości i chwile zwątpienia. Całe szczęście, że stanowczo w moim życiu przeważają ludzie mi przychylni, którzy już dużo mi pomogli, podtrzymali na duchu i na bieżąco dalej to robią. Trafiło mi się gdzieś takie stwierdzenie „Prawdziwym bogactwem człowieka, są jego przyjaciele” (nie jestem pewien, czy dokładnie to zacytowałem, ale sens był właśnie taki), dziś mogę się pod nim podpisać obiema rękami. Gdyby nie oni, mój stan psychiczny byłby dużo gorszy.

Ostatnie wydarzenia zweryfikowały tez listę osób mi bliskich, czasami na korzyść, a czasami wręcz odwrotnie. Świat potrafi zaskakiwać, ale to dobrze, gdyby tak nie było, nasze życie byłoby monotonne i mdłe jak niedoprawiona potrawa.

badanie 2

Na tym kończę to krótkie amnezyjne podsumowanie i wskakuję w buty, lekarze doradzają mi dużo wychodzenia z domu i spacerów ulicami miasta, które powinienem znać jak własną kieszeń, bo przeżyłem w nim połowę swojego życia, a niestety tak nie jest. Plusem tego powtórnego odkrywania jest jednak na pewno to, że podczas tych wypadów oczyszczam umysł i po powrocie mogę go katować, po raz kolejny, obrazami utrwalonymi na fotografiach, filmach i opowiadaniach z mojego życia. Mój mózg musi teraz pracować na podwójnych obrotach, nie mogę dać mu zapaść w niebyt rozkosznej laby. Ciągłe pobudzanie tej szarej masy przyczyni się podobno do szybszego powrotu pamięci, tak aby pytanie „A pamiętasz jak…?” nie było już koszmarem.

Dopisek po roku za tydzień

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 3

Przekraczając granice

“Myślał indyk o niedzieli…”

Wpis z 29 marca 2016 roku

Pora na zakończenie mojej „pamiętliwej” marokańskiej historii, która choć czasami brzmi jak skrócony scenariusz filmu, to jednak dla mnie była prawdziwym horrorem, choć dzięki niej dowiedziałem się ilu wspaniałych ludzi jest moimi przyjaciółmi i znajomymi. Ale żeby nie przeciągać, przechodzę do relacji.

I nastała sobota, dzień w którym miałem opuścić Maroko i polecieć do Berlina, skąd mieli mnie odebrać przyjaciele i zawieźć do Polski. Wstałem skoro świt, pakować nie było co, więc po prysznicu udałem się do restauracji na śniadanie. Byłem pierwszy, nawet jeszcze nie wszystko zostało powykładane na szwedzki stół. Wziąłem płatki owocowe i zalałem je mlekiem, potem wypiłem sok pomarańczowy i już byłem gotowy do drogi. Przez następne trzydzieści minut chodziłem po pokoju jak dziki lew (a właściwie lwica, lwy są podobno bardzo leniwe) w klatce, w końcu zadzwonił telefon – podstawiono dla mnie taksówkę i przyszła moja opiekunka.

Jak ja się cieszyłem, po wymeldowaniu mnie z hotelu wsiedliśmy do taksówki i ruszyliśmy w kierunku lotniska, znajdującego się poza miastem. Po około 30 minutach jazdy, które upłynęły mi na ciekawej rozmowie z moja opiekunką, stanęliśmy przed lotniskowym wejściem. W Agadirze pierwsze bramki bezpieczeństwa są już na wejściu do budynku, ale to raczej takie lipne zabezpieczenie. Gdy przez nie przechodziłem miałem scyzoryk i dużą metalową sprzączkę od paska, wiec odezwał się sygnał, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.

W związku z tym, że nie rozpoczęto jeszcze odprawy, usiedliśmy przy kawiarnianym stoliku i wypiliśmy kawę, kontynuując rozmowę. Po chwili konwersacji mogliśmy już ruszyć po wyczekiwany przeze mnie stempel wyjazdowy na karcie pokładowej, którą miałem już wydrukowaną i ściskałem kurczowo w ręce.

I w tym właśnie momencie sprawdziło się przysłowie „Myślał indyk o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścieli”, gdy podeszliśmy do pani, która z pięknym uśmiechem miała mnie odprawić, ta spojrzała na bielejący na mojej głowie bandaż i zapytała, czy mam pozwolenie od lekarza na lot samolotem (no jakże bym mógł mieć, skoro konsul stwierdziła, że nie będzie potrzebne). Po próbach wyjaśnienia podejmowanych przez moja opiekunkę, skierowano nas do szefa rzeczonej pani, który również kategorycznie odmówił wpuszczenia mnie na pokład samolotu bez zaświadczenia lekarskiego, na nic zdała się również jego rozmowa z Konsul RP, powiedział nie i koniec.

Całe powietrze ze mnie uszło, myślałem że tam padnę – fatum jakieś czy co. Dobrze, że miałem kogoś, kto mnie pocieszył na miejscu i dodał otuchy. Jeden telefon i nasza rządowa przedstawicielka poprosiła moja opiekunkę, by wróciła ze mną do hotelu, a ona postara się załatwić lekarza na cito. Szybko ruszyliśmy na postój i dogadaliśmy się z taksówkarzem co do ceny (200 dh). W połowie trasy, gdy byliśmy już na dwujezdniowej drodze przedzielonej pasem zieleni, w torebce mojej opiekunki odezwał się telefon. Dzwoniła pani Konsul RP z pytaniem, czy jeszcze jesteśmy na lotnisku, gdy usłyszała, że nie, poprosiła byśmy zawrócili, bo najprawdopodobniej jakiś lekarz podjedzie tam do nas. Zapaliło się jakieś zielone światełko w mojej głowie. Kierowca nie widział problemu stanął na środku drogi, a potem nie namyślając się długo, zawrócił przez pas zieleni i już jechaliśmy z powrotem. Gdy wpadliśmy na halę lotniska usiedliśmy i czekaliśmy na obiecanego lekarza. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po kilkunastu minutach zadzwoniła znowu pani Konsul RP i stwierdziła, że musimy jednak jechać do hotelu, gdzie będzie na nas czekać sekretarka konsula honorowego i zaprowadzi mnie do lekarza, który wyda stosowne zaświadczenie. W dalszym ciągu mieliśmy jeszcze czas, choć kurczył się on nieustannie.

glowa

Po dojechaniu na miejsce, udaliśmy się z miłą sekretarką (przypominam, że znała tylko arabski i francuski) do prywatnego gabinetu neurologa, na którego musieliśmy poczekać około 30 minut ponieważ… kończył operację w pobliskim szpitalu. Gdy już dotarł na miejsce, wydał mi skierowanie na tomograf, prawie biegiem udaliśmy się do pobliskiej kliniki, prowadzonej przez przyjaciela rzeczonego neurologa, gdzie bez kolejki dostałem się do pomieszczenia, w którym mój mózg miał zostać prześwietlony. Kiedy zostałem już wygodnie ułożony, usztywniono mi głowę i zacząłem powoli wjeżdżać do wielkiej plastikowej rolki (tak mi się to skojarzyło wtedy), zacząłem się śmiać, bo pomyślałem sobie, że pewnie zaraz wszystko się popsuje i badanie się odwlecze i nie zdążę na samolot. No cóż mam chyba jakieś zdolności paranormalne, czyżbym był jasnowidzem?

Urządzenie co prawda działało bez zarzutu, ale zanim otrzymaliśmy kliszę z przekrojami mojej głowy, a potem zaświadczenie o braku przeciwwskazań do podróży lotniczych, do mojego odlotu zostały dwie minuty. Nie było już więc sensu jechać na lotnisko. Choć starałem się robić dobrą minę, w środku mnie wszystko się gotowało, byłem zły i zrezygnowany zarazem. Poza tym zostałem znowu bez pieniędzy – badania w prywatnych klinikach nie należą do tanich, choć podobno i tak policzyli mi stawki minimalne. Neurolog wypisał mi też receptę na leki i zdjął bandaż, stwierdzając, że wystarczą plasterki ściągające, które… mam sobie kupić razem z lekami w aptece. K…a, za co pomyślałem, całe szczęście, że była przy mnie moja opiekunka, która miała anielską cierpliwość i ogromną przebojowość. Wyłuszczyła cały problem sekretarce konsula honorowego i wprost wymusiła na niej, żeby ta zapłaciła za potrzebne medykamenty, jednocześnie skontaktowała się z panią Konsul RP, aby załatwić sprawę mojego dalszego pobytu w Maroko, do chwili kolejnego, bliżej nie określonego jeszcze w czasie wylotu do Polski.

Po kilkunastu minutach wszystko było jasne, leki wykupione, a ja wróciłem do tego samego hotelu, choć pokój dostałem inny. Personel witał mnie jak stałego bywalca, a wszyscy się wesoło uśmiechali. Po pewnym czasie dowiedziałem się, że spędzę tu kolejne trzy dni (dzięki dla przyjaciół w biurze turystycznym, którzy tak ekspresowo załatwili mi bilet lotniczy), a moja rodzina po raz kolejny przeleje pieniądze. No dobra, dotrą w poniedziałek, a jedyne ciuchy założyłem w piątek, już myślałem w sposób cywilizowany, więc zauważyłem ten problem. Okazało się, że moja opiekunka jest niezastąpiona, sama udała się na miejscowy targ, gdzie, za własne pieniądze, zakupiła mi bieliznę, oraz koszulkę (oczywiście wcześniej spytała o rozmiar). Gdy je przyniosła nawet pozwoliła sobie na mały żarcik, twierdząc, że nie wiedziała jaki kolor lubię, więc kupiła wszystko różowe, niech będzie pomyślałem, wstydliwy nie jestem, więc może być róż. Okazało się jednak, że różu tam nigdzie nie było, koszulka była czarna i pasowała idealnie, reszta też była w porządku.

Pozostałe do wylotu dni spędziłem na spotkaniach i spacerach z moją opiekunką, dzięki temu poznałem Agadir i trochę odpocząłem psychicznie. Brak pamięci był nawet jednego z tych dni powodem śmiesznej sytuacji. Gdy wyszedłem do lobby na spotkanie opiekunki okazało się, że wszystko udekorowane jest na czerwono, a na szybach porozwieszane były serca – jak pewnie już się domyślacie były to walentynki. Po krótkiej rozmowie doszliśmy do wniosku, że to również trochę moje święto, ponieważ święty Walenty jest też patronem… chorych umysłowo (a jakby nie było, amnezja dotyczy też umysłu). Dzień przed wylotem dowiedziałem się, że moja opiekunka niestety nie będzie mogła ze mną pojechać na lotnisko i towarzyszyć mi będzie sekretarka konsula honorowego.

I tak nadszedł wtorek, dzień kolejnego mojego wylotu. Myślicie, że było łatwo? Chyba już wiecie, że tak nie mogło być, ale nie będę Was trzymał w niepewności do kolejnego dnia.

Rano odjechałem taksówką z hotelu żegnany przez uśmiechnięty personel, towarzyszyła mi oczywiście znana już sekretarka konsula honorowego. Kobieta miła, uśmiechnięta, z którą niestety nie mogłem porozmawiać, gdyż mój zasób słów francuskich to: bonjour, bonsoir, d’accord, oui, oraz, i tu Was zadziwię, la paille (skąd to wiem nie mam bladego pojęcia).

Pierwsze moje zdziwienie nastąpiło, gdy taksówka zatrzymała się nagle na środku drogi, a pani sekretarka otworzyła drzwi i wysiadła (pomyślałem sobie – może straciłem pamięć, ale to na pewno nie jest lotnisko), okazało się, że chciała się przesiąść na przednie siedzenie, bo raziło ją słońce. OK, myślę, jedziemy dalej, będzie dobrze, hmm… źle może nie było, ale taksówka znów się zatrzymała, a pani sekretarka znowu wysiadła, co jest grane pomyślałem – przecież nie ma już gdzie się przesiąść. Za chwilę wszystko było jednak jasne, kobieta wyskoczyła na chwilę zrobić… zakupy w pobliskim sklepie.

Gdy już dotarliśmy na lotnisko i podeszliśmy do stanowiska odprawy, pokazałem wydrukowaną kartę pokładową, wraz z zaświadczeniem od lekarza i… okazało się, że pani to nie wystarczy, musimy udać się do jej szefa. Cholera, scenariusz znowu się powtarza, to pierwsze, co przyszło mi na myśl. U szefowej wywiązała się zażarta rozmowa miedzy nią a sekretarką, która nagle została odsunięta, a mnie spytano po angielsku, czy sobie sam poradzę w samolocie – a tu cię mam pomyślałem – oczywiście, że sobie poradzę. Szefowa myślała, że będzie przebiegła i spytała, jaki jest mój ostateczny cel podróży – odpowiedziałem z uśmiechem, że Polska, na to ona z triumfującym wyrazem twarzy – a samolot leci przecież do Berlina, to ja na to – z Berlina odbiorą mnie przyjaciele. Chwilę pomyślała i kazała nam wyjść z gabinetu i udała się do innych drzwi, po chwili dowiedziałem się, że kontaktowała się z kapitanem samolotu, czy ten pozwoli mi wejść na pokład. Na moje szczęście wyraził zgodę.

Reszta to był już pikuś, kolejne dwie bramki, strasznie przyglądający mi się pogranicznik (no tak w paszporcie byłem gładko ogolony, a przed nim stał facet z pokaźnym zarostem na twarzy) i już czekałem na samolot.

Lot minął mi spokojnie, a przyjaciele czekali już na mnie z utęsknieniem.

***
W jednym z komentarzy pod wpisem autor napisał: Lekarze są dobrej myśli, więc i ja jestem przepełniony nadzieją, że wszystko wróci. Strach już mi minął, czasami wkrada się jeszcze zwątpienie i zdezorientowanie, ale walczę z tym, a dzięki pomocy przyjaciół, znajomych, a czasami i osób postronnych, składam swoją przeszłość do kupy.
Jedno wiem, na pewno zdarzenie, które mnie spotkało nie zabiło we mnie pasji do podróży, gdy słyszę relacje znajomych, gdy przeglądam mojego bloga oraz wykonane przeze mnie zdjęcia, twierdzę, że świat jest piękny i warto go poznawać. Ja teraz robię to na nowo, na razie poznaję miasto, w którym się wychowałem, potem, gdy już przejdę proces rekonwalescencji (a więc raczej w przyszłym roku) mam zamiar odwiedzić miejsca, które podobno bardzo lubiłem – Włochy i Paryż.
Ważne jest też dla mnie to, że wiem, że wokół mnie jest wiele życzliwych osób, które kibicują mi w powrocie do zdrowia, dodaje to naprawdę dużo siły.

Za tydzień – podsumowania, sprzed roku i po roku…

Stuart 26

Joanna Trümner

I drink good coffee every morning
Comes from a place that’s far away
And when I’m done I feel like talking
Without you here there is less to say
Don’t want you thinking I’m unhappy
What is closer to the truth
If I lived till I was a hundred and two
I just don’t think I’ll ever get over you

Codziennie rano piję dobrą kawę,
Która pochodzi z dalekiego miejsca,
A kiedy po kawie chcę z kimś porozmawiać
Bez ciebie mam mniej do powiedzenia.
Nie chcę, byś myślała, że jestem nieszczęśliwy
Chociaż to jest bardzo bliskie prawdy.
Nawet jeśli dożyję do lat stu i dwu
Nie pogodzę się z tym że odeszłaś

 I Just Don’t Think I’ll Ever Get Over You, Colin Hay

Nowy etap

Stuart rozgościł się na dobre u Toma. Mieszkanie pod jednym dachem z przyjacielem, które miało być tylko czasową prowizorką, trwało kilka tygodni i bardzo ich do siebie zbliżyło. Tom był prawdziwym przyjacielem – nie tylko słuchał godzinami zwierzeń i dzielił smutek, przejął również niewdzięczne zadanie skontaktowania się z Meg i odebrania od niej dwóch walizek z rzeczami i – oczywiście – gitary. Chociaż Tom nigdy nie okazał, że wspólne mieszkanie stało się dla niego problemem i nigdy nie zapytał się o jego dalsze plany, Stuart zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma prawa wystawiać tej przyjaźni na dłuższą próbę i codziennie obiecywał sobie w duchu, że zmobilizuje resztkę energii i zajmie się szukaniem mieszkania.

Tym razem szczęście uśmiechnęło się do niego, na tablicy z ogłoszeniami w kiosku, gdzie codziennie kupował gazetę i papierosy, znalazł informację o wolnym mieszkaniu w okolicy. Tego samego dnia zadzwonił pod podany numer telefonu i w kilka dni później podpisał umowę o wynajęciu mieszkania w bezpośrednim sąsiedztwie Toma.

W tym małym, dwupokojowym mieszkaniu zaczynał swoje nowe życie, życie po Meg. Przez kilka następnych tygodni był tak zajęty remontem mieszkania, szukaniem mebli i niezbędnych do życia rzeczy, że ze zdziwieniem stwierdził, że zdarzają się dni, kiedy dziewczyna ani razu nie pojawiła się w jego myślach. Kiedy mieszkanie było już urządzone, podczas pierwszych samotnych wieczorów w nowym miejscu, myśli o Meg powróciły jednak i były tak intensywne, jakby przez ostatnie tygodnie drzemały w jego głowie zbierając siły na powrót.

Walczył z nimi biorąc do ręki gitarę. Komponował nowe piosenki pełne melancholii i smutku, zastępujące łzy i godzinami zastanawiał się nad tym, w którym momencie ich związku coś zaczęło się między nimi psuć, czego nie zauważył, gdzie popełnił błąd. Z nienawiścią i niemocą myślał o lekarzu, dla którego Meg go zostawiła. Oczami wyobraźni widział scenę, w której mężczyzna po raz pierwszy całuje jego dziewczynę siedząc na łóżku w pokoju w szpitalu. Im bardziej starał się przejąć kontrolę nad tymi myślami i zapomnieć, tym bardziej docierał do niego ból i rozczarowanie. Powtarzane przez Toma wielokrotnie słowa pocieszenia, o czasie, który leczy rany brzmiały w jego uszach jak szyderstwo. Jego ból stawał się z każdym dniem coraz mocniejszy. Były dni, kiedy nie potrafił nawet na chwilę wyjść z labiryntu złych myśli.

Doszło do tego, że z niechęcią obserwował rozwijającą się na jego oczach historię miłosną pary uczniów w jednej jego klas. Widział, jak wymieniają spojrzenia, jak nie mogą doczekać się przerwy, żeby w końcu móc chodzić po korytarzach szkoły trzymając się za ręce i obnosić się ze swoją miłością. Chciał podejść do nich, wziąć ich na bok i powiedzieć, żeby dali sobie spokój, zrezygnowali z marzeń o tym, że razem przejdą choćby część życia, że to nie ma sensu. „Niech się sami o tym przekonają”, pomyślał przywołując się do porządku. Dyrektor szkoły zauważył, że Stuart często jest nieobecny duchem i że nie wkłada już w zajęcia tyle serca, co kiedyś. Widząc, że stał się rozdrażniony, wymagający i niesprawiedliwy wobec uczniów, że przestał być jednym z najbardziej lubianych nauczycieli w szkole, zaprosił go na rozmowę do swojego gabinetu.

„Czy ma Pan jakieś kłopoty? Mam nadzieję, że narzeczona już wyszła ze szpitala”, zaczął niezręcznie rozmowę. „Rozstaliśmy się”, odpowiedział Stuart, dziwiąc się równocześnie, że w tych dwóch słowach można było zamknąć cały ten koszmar, który przeżywał od kilku miesięcy. „Myślałem, że stało się coś gorszego. A przez takie rozstania każdy z nas musi co najmniej raz przejść”, skomentował, zaskakując Stuarta ponownie swym brakiem wyczucia. „Ja cię na szczęście nie muszę już długo znosić”, pomyślał Stuart opuszczając gabinet dyrektora. Podjął decyzję, że ten rok szkolny będzie ostatnim rokiem pracy jako nauczyciela. Tom wyperswadował mu natychmiastowe zrezygnowanie z tej pracy, wiedział, jak bardzo przyjaciel potrzebował w swojej obecnej sytuacji codziennej rutyny i regularnych zadań. Ta rutyna broniła go od całkowitego skupienia się na złych myślach i od ucieczki w alkohol.

Przez pierwsze tygodnie po rozstaniu Stuart wypijał co wieczór pół butelki whisky. Czasami sam się dziwił, że rano jest w stanie wstać i pójść do pracy. Pewnego wieczoru zdecydował się zadzwonić do Kate i w końcu poinformować swoją rodzinę o zmianach. Siostra zaniemówiła, a kiedy w końcu odzyskała głos, powiedziała: „A ja zawsze myślałam, że Wam się nic takiego nie może się zdarzyć. To było aż zbyt idealne, takie na zawsze”. „Ja też tak myślałem”, odpowiedział drżącym głosem. „Uważaj na siebie i staraj się nie pić”, zakończyła rozmowę Kate. W tym momencie Stuarta opanowało dziwne uczucie ulgi, z wdzięcznością pomyślał o tym, że w oddalonym o tysiące kilometrów od Sydney Berlinie ktoś będzie codziennie o nim myślał i martwił się o niego.

Kryzys, w którym się znalazł, był testem dla ludzi, którzy do tej pory byli dla niego najważniejsi. Egzaminem, który nie wszyscy przyjaciele zdali. Spotkanie z Ianem było dla niego wielkim rozczarowaniem. Ian podsumował nową sytuację przyjaciela słowami: „Nie pomogę ci, niestety, ja sam ledwo co wychodzę na prostą i nie chcę się obciążać problemami innych ludzi”. „Meg nigdy za nim nie przepadała, mówiła, że jest Narcyzem. Czy zawsze będę patrzył na ludzi jej oczami?”, zastanawiał się. „No cóż, na razie trzeba sobie tę znajomość odpuścić, może to zresztą moja wina, nikt nie przepada przecież za towarzystwem ludzi smutnych, złamanych, nie wiedzących co dalej ze sobą zrobić?”

Z Anglii wpłynęły na konto pieniądze ze spadku po wujku Stuarcie. „W zasadzie moje życie powoli się układa”, powiedział do Toma podczas wspólnego wypadu na plażę. „Nagle jestem zamożny, mam nowe mieszkanie i pracę. I w końcu wiem, czego w życiu chcę. Jedyne, czego brakuje, to kobieta, której będę mógł znowu zaufać”. „Tego od losu nie można wyegzekwować”, skomentował Tom z żalem w głosie.

Nadeszły wakacje i Święta Wielkanocne. Tom wyjechał na tydzień do rodziny w Adelajdzie i powierzył przyjacielowi opiekę nad swoim mieszkaniem i kotem. Mimo obaw Stuarta, że przez nadmiar wolnego czasu nie będzie potrafił wyjść z labiryntu swoich myśli, tydzień w mieszkaniu Toma był dla niego bardzo dobrym czasem. W końcu potrafił się skoncentrować na pisaniu nowych utworów. Muzyka zajmowała go tak bardzo, że bywały dni, kiedy ani przez moment nie przeszło mu przez głowę pytanie, co teraz może robić Meg. Obecność kota była dużą radością. Zwierzę siedziało koło niego, gdy grał na gitarze nowe akordy i obserwowało go zaciekawionym wzrokiem, tak jakby chciało powiedzieć: „To niezłe” albo „Coś tu trzeba zmienić”. Stuart ze zdziwieniem stwierdził, że będzie mu brakowało zwierzęcia ocierającego się o jego nogi, przytulającego się do niego w najmniej spodziewanych momentach i czekającego na jego pojawienie się w drzwiach.

Miał teraz czas, żeby się zastanowić nad kolejnymi krokami w życiu. Zdecydował, że podczas wakacji uda się w podróż po Australii. Zacznie od występów w knajpach. Mieszkania w Sydney na razie nie zlikwiduje, może je przecież komuś podnająć. Nagle zobaczył swoją przyszłość w sposób bardzo wyrazisty. Dało mu to tyle siły i spokoju, że zebrał się na odwagę i zadzwonił do Meg. Umówił z nią termin odebrania wreszcie reszty rzeczy z mieszkania. Po raz pierwszy od czterech miesięcy miał ją zobaczyć. Bał się tego spotkania, nie wiedział, czy nie będzie przy tym jej nowego partnera. To byłoby dla niego najgorszym scenariuszem. Bał się swojej reakcji, tego, że będzie ją prosił o powrót, o litość dla wspólnych lat, o miłość.

A kiedy w końcu znalazł się w mieszkaniu, które jeszcze do niedawna było jego wspólnym domem z Meg, wiedział, że to jeden z najtrudniejszych dni w jego życiu. Rozmawiali ze sobą jak dwójka ludzi, którzy chcą jak najszybciej zejść sobie z oczu. Resztka rzeczy Stuarta stała w dwóch walizkach w korytarzu. „Mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi”, powiedziała na pożegnanie. „Powodzenia”, odpowiedział, wiedząc, że nie wyobraża sobie spotkania jej jeszcze kiedykolwiek.

Cdn.

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 2

Przekraczając granice

„La mémoire marocaine”

Wpis z 28 marca 2016 roku

W poprzednim wpisie przybliżyłem Wam pierwsze chwile, które pozostały w mojej pamięci, po utracie czterdziestu trzech lat życia. Dzisiaj, tak jak Wam obiecałem, dalszy ciąg mojej marokańskiej historii.

Po tym jak w końcu dowiedziałem się, że już nie powinienem się bać, i że zaraz dotrę do hotel, myślałem, że może być już tylko lepiej i w pewnym sensie tak było. Załadowawszy mnie ponownie do policyjnego busa marokańscy stróże prawa dowieźli mnie w ciągu kilku minut do mieszczącego się w centrum miasta hotelu. Gdy podeszliśmy wszyscy do recepcji nogi pode mną uginały się z powodu wyczerpania, a moi opiekunowie starali się szybko wyłuszczyć sprawę stojącej za kontuarem recepcjonistce. Niestety pojawił się kolejny problem, bo to oni dostali telefoniczne potwierdzenie gwarancji konsulatu, że opłaty za pokój zostaną uiszczone, hotel takiej informacji nie dostał, więc nie można było mnie zameldować. Całą sytuację wyłuszczył mi polskojęzyczny Marokańczyk, zapewniając jednocześnie żebym się nie denerwował, bo oni już wszystko załatwią. Zaprowadził mnie do stojących w hotelowym lobby foteli i powiedział żebym usiadł, bo już na pewno zostanę w tym miejscu, poprosił też obsługę hotelową o butelkę wody, którą mi przyniesiono, a sam wraz z policjantami próbował załatwić sprawę meldunku. Udało im się to po około 30 minutach, w ciągu których zdążyłem już przysnąć, w całkiem wygodnym fotelu i jego słowa o tym, że już mogę iść do pokoju docierały do mnie jak przez mgłę.

15969-NQV61Z

Po wkroczeniu do pokoju, recepcjonistka, która mnie tam zaprowadziła osobiście, powiedziała mi po angielsku, że za chwilę przyniosą mi jeszcze coś do zjedzenia i spytała, czy mam jakieś życzenia. Nie miałem żadnych poza jednym – paść na łóżko i spać. W czasie około 15 minut czekania na posiłek siedziałem na łóżku, prawie bez ruchu, wpatrując się w jeden punkt na ścianie (nic tam nie było, po prostu mój umysł całkowicie się wyłączył). Gdy kelnerka przyniosła mi dość spora pizzę i życzyła smacznego, kiwnąłem tylko głową. Myślicie pewnie, że rzuciłem się zaraz potem na ten zdawałoby się rarytas dla wygłodzonego człowieka, otóż nie, wcale nie odczuwałem głodu, wziąłem do ręki jeden niewielki kawałek i przeżuwając, poczłapałem do łazienki, gdy spojrzałem w lustro, to się przeraziłem, wtedy pierwszy raz zobaczyłem swoją twarz oraz tors, całe w strupach zakrzepłej krwi i dużych ciemnych siniakach (najgorzej wyglądała głowa i brzuch). Nawet nie miałem siły, aby się umyć, zresztą prawdę powiedziawszy, nawet o tym nie pomyślałem, tak jak stałem doczłapałem do łóżka i rozebrany do połowy, w butach, padłem na nie, nawet nie myśląc o wchodzeniu pod kołdrę.

Przespałem całą noc, obudziło mnie dopiero natarczywe pukanie do drzwi, gdy je otworzyłem zobaczyłem kelnera, który spytał czy przyjdę do restauracji hotelowej na śniadanie, odpowiedziałem, że wolę zjeść w pokoju. Po chwili otrzymałem sandwicha z tuńczykiem i duża szklankę świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego. Sok owszem wypiłem, ale kanapki zjadłem tylko kawałek (tak miałem skurczony żołądek, że każdy kęs podchodził mi pod gardło). Ponownie położyłem się do łóżka, zasłoniwszy uprzednio rolety antywłamaniowe – och, jak mnie raziło wcześniej to słońce. Po chwili otrzymałem telefon, gdy niezbyt pewnym głosem powiedziałem halo, usłyszałem poprawną polszczyznę i kobietę, która poinformowała mnie, że jest konsulem RP. Nie potrafiłem wydusić słowa, do oczu napłynęły mi znowu łzy i zacząłem szlochać. Pani konsul spytała, czy u mnie wszystko dobrze i czy hotel opiekuje się mną należycie. Wydukałem, że owszem hotel jest OK, ale ja nic nie pamiętam i jestem przerażony. Zapewniła mnie, że nie mam się obawiać, bo moi przyjaciele już działają i jak najszybciej załatwią mi powrotny lot do Polski, a moja mama i przyjaciółka zadzwonią do mnie jeszcze tego samego dnia. Powiedziała też, że już wiedzą o mojej amnezji i są w kontakcie z polskimi lekarzami, którzy zaraz po powrocie zajmą się moją głową (to najważniejsze) oraz ogólnym stanem zdrowia. Po tej rozmowie zjadłem drugi kawałek, „wczorajszej” pizzy, a potem w oczekiwaniu na zapowiedziane telefony położyłem się na łóżku. Rozmowa z moją przyjaciółką wywołała u mnie kolejna falę szlochu, która zaczęła się po jej stwierdzeniu „Mam na imię… pewnie teraz mnie nie pamiętasz…”, kolejne zapewnienia, że wszystko będzie dobrze i najprawdopodobniej do Polski polecę za cztery dni, trochę podniosły mnie na duchu. Czekając na telefon od mamy znowu drzemałem, ale zacząłem czuć, że coś mnie kłuje w udo. Gdy mu się przyjrzałem zauważyłem, że coś niewielkiego jest w nie wbite, niewiele myśląc, złapałem to w paznokcie i powoli zacząłem to wyciągać, jakie było moje zdziwienie gdy w końcu w moich palcach znalazł się około 3-4 centymetrowy kolec kaktusa. Zacząłem się więc oglądać, ku mojemu zdziwieniu i przerażeniu odnalazłem takich dziewięć. Pod wieczór zacząłem czuć jakiś smród, cholera, to ja tak śmierdzę, zauważyłem, więc zrzuciłem moje jedyne ciuchy i poczłapałem pod prysznic. Potem ległem nago na łóżku przykrywając się kocem. Cała energia psychiczna, którą dały mi rozmowy telefoniczne, gdzieś się ulotniła, znowu zacząłem szlochać z rozpaczy. Brak jakichkolwiek wspomnień, czy choćby kojarzenia twarzy jest straszny i nikomu go nie życzę (czuje się wtedy dużą dezorientację i strach – tak nie boję się tego przyznać, strasznie się bałem).

W ciągu dwóch następnych dni mój stan psychiczny się nie zmienił, spędzałem je na leżeniu, szlochaniu z rozpaczy i spaniu. Moje ciuchy (przypominam, że były to jedyne, które miałem) pokojówki wzięły do prania, telefony od pani konsul trochę podnosiły mnie na duchu, ale tylko na chwilę.

Na trzeci dzień mojego pobytu w hotelu otrzymałem wyprane ciuchy, a wieczorem zadzwoniła pani konsul i poinformowała mnie, że kolejnego dnia będę miał dwie wizyty. Pierwszą osobą, która mnie miała odwiedzić była sekretarka konsula honorowego, która miała mi przynieść bilet na samolot, zapłacić za hotel, oraz zostawić trochę pieniędzy na taksówkę, czy drobne zakupy. Drugą znajoma moich znajomych, która rezyduje w Agadirze i pracuje w jednym z większych polskich biur turystycznych.

Po przebudzeniu w piątek postanowiłem, że skoro będę miał dwie wizyty (niestety nie wiedziałem o której) to postaram się jakoś wyglądać. Gdy już się odświeżyłem i ubrałem w czyste ciuchy, doszedłem do wniosku, że muszę spróbować wyjść z pokoju (który stał się moją osobistą twierdzą rozpaczy) podszedłem do drzwi i położyłem rękę na klamce, wtedy dopadł mnie irracjonalny strach. Stałem tak jakiś czas, zanim zebrałem się w sobie i wyszedłem na korytarz, aby udać się na śniadanie. W restauracji, stojąc przy szwedzkim bufecie, usłyszałem dobiegający od strony jednego ze stolików język polski. Zagryzłem wargi i postanowiłem podejść do pary, która przy nim siedziała. Przywitałem się i powiedziałem, że jestem polskim turystą, i że straciłem pamięć, chwilę porozmawialiśmy, a na koniec dziewczyna zaproponowała mi, że jak wieczorem wrócą z wycieczki, na którą się wybierali, to spojrzy na moją ranę na głowie i poprawi mi opatrunek (okazało się że jest pielęgniarką), a pamięć mi pewnie wróci i mam się nie przejmować zbytnio. Po śniadaniu psychicznie podbudowany wróciłem do pokoju i czekałem na wizyty. Pierwsza przyszła sekretarka polskiego konsula honorowego i tu spotkało mnie wielkie zdziwienie, kobieta (bardzo zresztą miła) nie znała ani polskiego, ani angielskiego. Dzięki pomocy recepcjonistki udało się jednak dogadać i wszystko załatwiliśmy. Dowiedziałem się też, że prowadziłem blog, w którym opisywałem moje podróże. Recepcjonistka zaproponowała mi, że mogę skorzystać z hotelowego komputera i zobaczyć, co pisałem. Byłem jej wdzięczny, w końcu jakieś źródło zaczepienia, czegoś się o sobie dowiem. Poszedłem za nią do business room-u, gdzie posadziła mnie przed tak samo wielkim, jak starym monitorem (przeraziłem się, jak się to obsługuje, to też uleciało z mojej głowy wraz z pamięcią). Pracownica hotelu wyczuła moje zdenerwowanie i pomogła mi w obsłudze, oraz uruchomiła mojego bloga, z czasem odkryłem, że przeglądanie go nie jest wcale takie trudne, za to bolesne. Po kilkunastu minutach wpatrywania się w migoczące na ekranie zdjęcia z moich wyjazdów, zaczęła mnie boleć głowa. Poznawanie mojej przeszłości zostało jednak przerwane, zostałem poproszony do recepcji, bo dzwoniono do mnie, była to druga osoba, która miała mnie odwiedzić tego dnia – będę na pół godziny stwierdził miły kobiecy głos. Wróciłem szybko do pokoju i poprawiłem bandaż na głowie, rozdarcia na koszulce postarałem się zamaskować i czekałem. Za chwilę rozbrzmiał w moim pokoju dzwonek telefonu i poinformowano mnie, że mam przyjść do lobby.

Gdy tam dotarłem zobaczyłem młodą ładną dziewczynę, która wyciągnęła na powitanie rękę i przedstawiła się. Chwilę porozmawialiśmy, dowiedziałem się, że pojedzie ze mną w sobotę na lotnisko i pomoże w wylocie, bardzo się z tego ucieszyłem. Po pewnym czasie dziewczyna spytała, czy chciałbym się gdzieś przejść z nią – strach ścisnął mi serce, mam wyjść poza hotel? ale jednocześnie zadziałało poczucie wstydu, kurde, człowieku ładna dziewczyna chce z tobą iść na kawę, a ty się boisz. No i oczywiście zgodziłem się, nie żałowałem tego, była bowiem świetną rozmówczynią i moja psychika się rozluźniła, a ja poczułem się pewniej. Umówiliśmy się na poranek kolejnego dnia, bo linie lotnicze zażyczyły sobie stawiennictwa na odprawie cztery godziny przed wylotem. Okazało się, że nie było to jedyne nasze spotkanie tego dnia. Po południu moja opiekunka zadzwoniła i powiedziała, że konsul poprosiła ją, żeby przeszła się jeszcze ze mną na komisariat, aby uzyskać oficjalne potwierdzenie napadu i kradzieży moich rzeczy. Gdy dotarliśmy na policję, potraktowano nas w typowo marokańskim stylu, tzn. miło wysłuchano naszych tłumaczeń i prośby, ale odmówiono przyjęcia jakiegokolwiek zgłoszenia, ponieważ według nich powinniśmy udać się w tej sprawie do Marakeszu (totalna spychologia). Wróciliśmy wiec do hotelu i pożegnaliśmy się. Pielęgniarka, która miała do mnie dotrzeć jednak się nie zjawiła, więc położyłem się spać.

Kolejny dzień miał być dniem mojego powrotu do Polski i spotkań z przyjaciółmi oraz rodziną.

Myślicie, że tak się stało – no cóż niczego w życiu nie można brać za pewnik, ale o tym napiszę jutro.

Czyli, wiecie już, u mnie za tydzień, Adminka

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 1

Od jakiegoś czasu autor tego wpisu lajkuje różne posty na moim blogu, zajrzałam więc do niego, żeby zobaczyć, cóż ci on za jeden. Poczytałam to i owo, przeskakując z wpisu na wpis, i nagle zdębiałam… Dlaczego? O tym już niech autor sam napisze. Będziemy tę historię czytać jeszcze przez trzy najbliższe czwartki. A może i potem też, po prostu o podróżach i życiu, zobaczymy…

Przekraczając granice

Czy aby na pewno?

Wpis z 27 marca 2016 roku

Wielu z nas często myśli o tym, że chciałoby zapomnieć o jakichś chwilach, zdarzeniach z życia, czy traumach. Ja pewnie też wiele razy tak myślałem, do czasu aż… wyjechałem do Maroko i wybrałem się w góry Atlas, gdzie w wyniku wypadku lub napaści straciłem pamięć. Tak, tak nie pamiętam całego swojego życia, całych 43 lat, aż do momentu opuszczenia szpitala w Marakeszu (obecnie jestem w Polsce pod opieką neurologa i psychologa, którzy są dobrej myśli i twierdzą, że pamięć wróci mi w ciągu kilku miesięcy, choć możliwe, że nie cała).

Ta podróż miała być pewnie kolejną, z której relacjami miałem się z Wami dzielić, i co nawet, z tego co widzę na tym blogu, zacząłem się z tego wywiązywać. No cóż, pech, karma, czy ludzka głupota zniweczyły moje plany.

mozg

Moje „nowe” życie zaczęło się pewnego lutowego wieczora, z chwilą opuszczenia szpitala, gdy całkowicie zdezorientowany, bez bagażu i pieniędzy (130 dh, teoretycznie starcza na przysłowiowe waciki) zacząłem się błąkać po ulicach jednego z piękniejszych marokańskich miast. W wielkim białym bandażu na głowie i twarzy w dużych świeżych strupach krwi, nie budziłem zbytniego zaufania, choć prawdę mówiąc miałem to głęboko gdzieś. Po jakimś bliżej nieokreślonym czasie trafiłem na plac budowy, gdzie znużony schowałem się za krzakami i ułożyłem do snu na betonowej płycie – temperatura kilka stopni powyżej zera nie przerażała mnie, mój umysł przestał pracować, chciałem tylko jednego – spać.

Gdy obudziłem się, zaczęło już szarzeć niebo, zaczynał się nowy dzień – mój pierwszy dzień walki o powrót do kraju i odzyskanie pamięci.

Ze znalezionego w kieszeni moich bojówek paszportu poznałem swoje imię i nazwisko, oraz dowiedziałem się że jestem Polakiem, natomiast w głowie dudniły mi dwa słowa „konsulat” i „Agadir”. Powłócząc nogami (utrata krwi i brak jedzenia i wody), poczłapałem w kierunku, który wskazał mi napotkany po drodze człowiek. Po dość długim marszu, często przerywanym postojami na złapanie oddechu, dotarłem w okolice dworca kolejowego i autobusowego. Jacyś ludzie wskazali mi kasy tego drugiego. Ledwie słyszalnym i drżącym głosem spytałem o cenę biletu do Agadiru, i tu moje pierwsze zdziwienie – 100 dh, opatrzność nade mną czuwała. Kupiłem bilet, mój autobus odjeżdżał za 4 godziny, więc usiadłem na siedzeniu w poczekalni i zapadłem w sen. Nie dane mi jednak było wypocząć, mój niechlujny wygląd, oraz ubranie i buty przesiąknięte zaschniętą krwią przyciągnęły uwagę policjanta, który zaczął coś do mnie mówić. No tak, ale bądź tu człowieku mądry i zrozum arabski, sięgnąłem więc do kieszeni i podałem mu mój bilet, o dziwo wystarczyło, odczepił się. Gdy znowu przysypiałem, ten uparty gość znowu stanął przede mną, grrr – czego on znowu chce, pomyślałem, a on zaczął dawać mi znaki, żebym za nim poszedł, co było robić, wstałem i poszedłem. Wyszliśmy przed budynek, a on zaczyna pokazywać mi moją kieszeń, po raz kolejny wyciągnąłem i pokazałem mu bilet, facet go złapał wyciągnął długopis i zaczął skreślać informacje o godzinie odjazdu i miejscu w autobusie, zawzięcie przy tym mówiąc (oczywiście po arabsku). Za chwilę wziął mnie pod rękę i zaprowadził do stojącego nieopodal autobusu, palcem wskazał na tablicę z kierunkiem jazdy i wepchnął mnie do środka, okazało się, że we wcześniejszym autobusie do Agadiru było jedno miejsce wolne. Idę spać, pomyślałem, i tak też zrobiłem, spałem całą drogę.

Po kilku godzinach jazdy, bynajmniej nie pokrzepiony snem, wraz z innymi ludźmi wyszedłem na płytę dworca w Agadirze. Jako że Maroko jest państwem policyjnym, nie miałem problemu ze znalezieniem policjanta, którego zacząłem wypytywać o konsulat (no dobrze wypytywać to za dużo powiedziane, rzucałem słowami – nic nie pamiętam, gdzie jest polski konsulat, proszę o pomoc). Po konsultacjach ze swoim kolegą, policjant wskazał mi drogę na… komisariat policji. Gdy po około 20 minutach doczłapałem we wskazane miejsce okazało się, że niestety nikt tam nie zna angielskiego, że o polskim już nie wspomnę (Maroko to kraj francuskojęzyczny, a i w tym języku wielu nie potrafi tam rozmawiać). Po kolejnych konsultacjach wsadzono mnie do przejeżdżającej taksówki i podano taksówkarzowi cel podróży, o jak ja się głupi cieszyłem, że zaraz trafię w polskie ręce. Taksówka zatrzymała się pod dużym budynkiem, który okazał się głównym komisariatem policji w Agadirze (kolejne drobniaki opuściły moją kieszeń), tam znowu od początku zacząłem tłumaczyć o co mi chodzi i znowu zostałem odesłany, tym razem na drugą stronę tego budynku, gdzie w końcu ktoś mnie zrozumiał, po 10 minutach oczekiwania dostałem karteczkę z dwoma numerami telefonu i informacją, że w Agadirze nie ma polskiego konsulatu i mam sobie do niego zadzwonić. Dla nich sprawa była załatwiona, nawet nie chciano mi użyczyć telefonu (mój został mi skradziony).

Zrezygnowany wyszedłem na ulicę i nie wiedząc gdzie się udać, zacząłem pierwszy raz tego dnia płakać. I wtedy natknąłem się na wychodzącego z pracy, porządnie i schludnie wyglądającego policjanta, który o dziwo podszedł do mnie i spytał po angielsku, co się stało, gdy wyjaśniłem mu ciągle zalewając się łzami, jaki mam problem, wziął ode mnie kartkę z numerami i wyciągnął swój telefon, niestety się nie dodzwonił, ale nie poddał się. Powiedział mi, że mam iść za nim i wsiedliśmy do jego prywatnego samochodu, po czym pojechał ze mną na posterunek policji turystycznej, gdzie od wejścia zrobił straszną awanturę, po której od razu się mną zajęto. Dostałem małą butelkę wody, a po chwili podjechał policyjny bus do którego przedniej kabiny mnie załadowano, około pół godziny krążyliśmy po mieście, aż w końcu się zatrzymaliśmy. Głowa sama mi już opadała i zaczynał się kolejny etap mojej „wszystkojedności”, poczułem jednak lekkie szturchnięcie, to młody policjant w koszulce z dużym sierpem i młotem okraszonej napisem CCCP, coś mi z uśmiechem pokazywał. Gdy mój wzrok podążył za jego palcem ujrzałem łopoczącą na wietrze flagę, miała barwy biało-czerwone, a na jej środku dumnie prężył pierś orzeł w koronie – znowu poleciały mi łzy, tym razem z radości i ulgi. Niestety po około dwudziestominutowym postoju pod, jak się później okazało, polskim konsulatem honorowym, pojechaliśmy znowu na komisariat policji, gdzie powiedziano mi, że mam się nie denerwować, bo wszystko już będzie OK i zaraz przyjdzie, ktoś znający język polski i zajmie się moją sprawą. „Zaraz” trwało kilka godzin, w czasie których zapadłem w sen. Obudził mnie stojący Marokańczyk, który łamanym polskim (nauczył się go podczas kilkuletniego pobytu w Poznaniu), uspokoił mnie, że wszystko już jest załatwione i zaraz pojedziemy do hotelu, gdzie będę przebywał aż do wylotu do Polski.

Dalszą część mojej marokańskiej historii opiszę jutro, a zapewniam Was, że działo się jeszcze dużo nim wróciłem do kraju.

Ale u mnie nie ma tak dobrze, dalszego ciągu historii dowiecie się za tydzień. Na pociechę zacytuję Wam tu jeden z komntarzy, zamieszczonych pod tym wpisem: Gdyby nie to, że zdarzyło Ci się to naprawdę, można by pomyśleć, że to scenariusz jakiegoś kryminału. Ale jesteś w Polsce, żyjesz, zatem mogę spokojnie poczekać na dalszy ciąg opowieści.
Adminka

Stuart 25

Day after day
The clock is ticking and winding away
Where are you tonight?
I can still hear the chimes
Oh, why, oh why
What I’ve got in the end
Is a life to try and mend
And all I need is a chance to be myself again

Dzień po dniu zegar wybija godziny
I nakręca się ponownie.
Gdzie jesteś dzisiaj wieczorem?
Ciągle jeszcze słyszę melodię kurantów.
Dlaczego wszystko, co mi pozostało
To życie, które muszę spróbować naprawić.
A wszystko, czego potrzebuję to szansa, żeby znowu być sobą

Scott Matthews, Myself again

Joanna Trümner

Zmiany

Stuart przedłużył pobyt w Anglii o tydzień, koniecznie chciał być na pogrzebie wuja, który nawet zza grobu dalej odgrywał w jego życiu rolę anioła stróża. W dniu pogrzebu w kancelarii notariusza w Camden Town rodzina poznała testament zmarłego. Stuart-senior przekazał dzieciom swojej siostry – Stuartowi i Kate po piętnaście tysięcy funtów. Najstarsza siostra Eve wymieniona była w testamencie pełnym ironii zdaniem: „Eve w bardzo konsekwentny sposób wyegzekwowała ode mnie swój spadek na długo przed moją chorobą. Życzę jej więcej szczęścia i pokory w życiu.” Z niesmakiem Stuartowi przeszła przez głowę myśl. „Na pewno przeczuwała to i dlatego nie przyjechała do Londynu, tłumacząc się chorobą dzieci”. Matka dostała w spadku po bracie najcenniejszy, warty kilka tysięcy funtów obraz z jego galerii, a wieloletni partner życiowy Brian odziedziczył dom i pozostałe obrazy. Podczas odczytywania testamentu wuja Stuart pomyślał, jak przyda mu się ta odziedziczona suma. Po zakupie pierścionka zaręczynowego i niespodziewanej podróży do Anglii konto w banku świeciło pustkami: „On mi nawet po śmierci umie pomóc”, pomyślał z wdzięcznością.

Podczas tego pobytu w Anglii, który stał pod znakiem choroby i śmierci Stuarta-seniora, zabrakło mu czasu na wizytę w domu rodzinnym w Walton. Zdaniem Kate niczego nie stracił: „Tam nic się od twojej ostatniej wizyty nie zmieniło i nie zmieni. Powinniśmy być szczęśliwi, że udało nam się stamtąd wyrwać”.

W samolocie do Sydney Stuart doszedł do wniosku, że po tylu perypetiach życiowych wraca do miejsca, które stało dla niego domem… Na lotnisku czekali na niego rodzice Meg. Rozpoznał ich od razu w tłumie – byli tak zajęci rozmową, że wydawać by się mogło, że cały świat dookoła przestał dla nich istnieć. Liza przywitała go z uśmiechem: „Meg czeka w domu, zdziwisz się, jak szybko dochodzi do siebie”.

Mieszkanie bardzo zmieniło się podczas jego nieobecności – w wazonie stały świeże kwiaty, lodówka wypełniona była po brzegi, panował sterylny porządek, nigdzie nie leżały jego porozrzucane w pośpiechu po podłodze ubrania. Wprawiło go to w zakłopotanie, ze wstydem przypomniał sobie bałagan, jaki zostawił przed wyjazdem do Anglii. „Najważniejsze, że w końcu Meg jest z powrotem w domu”, pomyślał całując ją na przywitanie. I mimo że odwzajemniła jego pocałunek. nie mógł się oprzeć wrażeniu, że jest między nimi dystans, że ostatnie cztery miesiące wprowadziły do ich związku element obcości i to go przeraziło. „Przecież nic się między nami przez ten cholerny wypadek nie zmieniło”, pomyślał, próbując uspokoić sam siebie.

Ale jednak Stuart coraz silniej czuł, że coś się jednak zmieniło. Meg nie wróciła jeszcze do pracy, spędzała czas w domu, a trzy razy w tygodniu chodziła do położonego o kilka ulic dalej gabinetu na fizjoterapię. Wieczorami często wychodziła, tłumacząc, że „musi nadrobić zaległości towarzyskie”. Wracała z tych spotkań w środku nocy. Jej dziwne zachowanie bardzo go bolało i zdecydował się na przeprowadzenie z nią rozmowy. Czuł, że dzieje się coś bardzo niedobrego. Ciągle jeszcze miał nadzieję, że to tylko chwilowy kryzys, część procesu rekonwalescencji, tym bardziej, że sypiali ze sobą i za każdym razem przeżywali to bardziej intensywnie i piękniej niż przed jej pobytem w szpitalu: „To trochę tak, jakby to miał być ostatni raz”, pomyślał Stuart wstając po kolejnej nieprzespanej nocy do pracy.

Przez kilka dni zastanawiał się, jak zacząć tę rozmowę, wreszcie w słoneczne niedzielne popołudnie odważył się zapytać Meg wprost: „Czy coś się między nami zmieniło? Obiecaliśmy sobie, że zawsze będziemy szczerzy”. Meg unikała jego wzroku i dopiero po długiej chwili powiedziała: „Zakochałam się w kimś innym. Takie rzeczy się po prostu zdarzają, w tym nie ma ani twojej ani mojej winy”. Z rozgoryczeniem Stuart przypomniał sobie, że dokładnie tymi samymi słowami uspakajał niedawno w szpitalu w Londynie wyrzuty sumienia Briana.

„Czy to ten lekarz, który cię operował?”, zapytał Stuart, chociaż w duchu znał odpowiedź na to pytanie. „Tak, to on. Uwierz, naprawdę nie sądziłam, że coś takiego może mi się zdarzyć. Byłam pewna, że to z tobą jest prawdziwe i takie na zawsze”. „Ale nie było”, powiedział Stuart, czując jak drży mu głos. „To nie tak. Dużo o nas myślałam, nie wiem, kiedy staliśmy się przede wszystkim parą przyjaciół, dwójką ludzi, która idzie razem przez życie, kiedy to, co uważałam za miłość, zmieniło się w przyzwyczajenie, kiedy zabrakło między nami iskrzenia się. Czuję się bardzo winna, wiem, że nigdy się na tobie nie zawiodłam, ale ja naprawdę nie potrafię tego zmienić. Przez te miesiące w szpitalu on przychodził do mnie co wieczór, siadał przy moim łóżku i prowadziliśmy długie rozmowy. Mamy wspólne zainteresowania, podobny pogląd na życie, nieudane, nieszczęśliwe dzieciństwa. Sama nie wiem, jak to się stało, ale nie mogłam się doczekać jego przyjścia, zła byłam na dni, kiedy miał wolne, liczyłam godziny do kolejnego spotkania. Czekałam na te randki w szpitalu jak ktoś, kto zakochał się po raz pierwszy. A ty byłeś częścią starego życia. Jest mi bardzo przykro, ale już cię nie kocham”.

Po ciszy, która zapanowała między nimi, Stuart walczył z odruchem, żeby złapać ją za rękę i prosić o szansę. Jak mogła przekreślić cztery wspólnie spędzone lata w imię jakiejś przygody, która jest jedną wielką niewiadomą?

Równocześnie wiedział, że nawet gdyby ona kiedykolwiek do niego wróciła, ta jej obecna miłość, zawsze stałaby pomiędzy nimi. Czuł się upokorzony i nie chciał upokarzać się jeszcze mocniej, prosząc Meg o litość nad sobą i nad wspólnie spędzonymi latami.

Meg w milczeniu zdjęła z ręki pierścionek zaręczynowy. Stuart nie mógł znieść milczenia, które zapanowało w mieszkaniu, nie mógł znieść samego tego mieszkania, które jeszcze do niedawna było miejscem ich wspólnego szczęścia, zamknął za sobą cicho drzwi i wyszedł. Szedł przed siebie i po długim spacerze ulicami Sydney zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie sam unieść tego bólu. Zdecydował się pójść do zaprawionego w nieszczęśliwych historiach miłosnych Toma.

Przyjaciel od razu rozpoznał po minie Stuarta, że musiało stać się coś strasznego. Stuart opowiedział mu o swojej rozmowie z Meg, o podejrzeniu, które miał już od dawna, o rozczarowaniu i bólu. Tom był wspaniałym, uważnym słuchaczem, prawdopodobnie rozpoznawał w słowach Stuarta swoje własne uczucia, nie przerywał jego potoku słów i nie wpatrywał się z ciekawością w jego twarz – widział, że przyjaciel walczy ze łzami. Nie komentował zwierzeń, czasami zadał jakieś pytanie, jakby chciał przejąć od przyjaciela część bólu. A kiedy Stuartowi zabrakło już słów do opisania swojego rozgoryczenia, Tom położył mu delikatnie rękę na kolanie i powiedział: „Tak po prostu miało być, po coś to było potrzebne. Może po to, żebyś znowu zabrał się za pisanie piosenek i pocieszał innych. Za kilka lat zapomnisz o tym, będziesz myślał o Meg z sympatią, do wszystkiego trzeba czasu”.

Przespał się kilka godzin na kanapie u przyjaciela. Rano wyszedł do pracy w pożyczonej od Toma, o wiele za dużej koszuli. W drodze do szkoły myślał o tym, że bez przyjaciela nie zniósłby tej nocy. Tom zaproponował mu, żeby wprowadził się do niego na jakiś czas, bo mieszkanie pod tym samym dachem z Meg będzie torturą.

Podczas zajęć w szkole Stuart był nieobecny myślami, zadał uczniom jakieś zadania z podręcznika i chciał tylko, żeby wszyscy zostawili go w spokoju. Uczniowie wyczuli, że z ich ulubionym nauczycielem dzieje się coś niedobrego, odrabiali lekcje w kompletnej ciszy. Stuart patrzył na świecące za oknami klasy słońce i pomyślał z żalem: „Teraz jestem zupełnie wolny, nie muszę się z nikim liczyć, mogę skoncentrować się wyłącznie na muzyce”.

Cdn.

Stuart 24

Here may come a time
You just can’t seem to find your way
For every door you walk on to
Seems like they get slammed in your face
That? s when you need someone
Someone that you can call
And when all your faith is gone
Feels like you can’t go on
Let it be me

Może nadejść taki czas,
Kiedy nie będziesz mógł znaleźć dalszej drogi

Z każdym otwarciem drzwi
Przed nosem zatrzasną ci kolejne
I wtedy będziesz potrzebował
Kogoś do kogo możesz się zwrócić
Gdy stracisz wiarę
I nie będziesz w stanie zrobić kolejnego kroku
Pozwól żebym to ja był tą osobą

Ray LaMontagne – Let It Be Me

Joanna Trümner

Pożegnanie

Zbliżał się koniec roku, Stuart cieszył się na ponad miesięczny urlop od pracy w szkole. Z niecierpliwością czekał na wyjście Meg ze szpitala za kilka dni i wykorzystywał ciszę, która zapanowała w jego mieszkaniu od czasu, kiedy Liza zaczęła spędzać każdą wolną chwilę z Chrisem – ojcem Meg, na pisanie nowych utworów. Liza przedłużyła swój pobyt w Sydney o miesiąc. Zaskakująca miłość rodziców Meg – dwójki ludzi, którzy po trzydziestu latach zaczęli poznawać się na nowo, nabierała szybkiego tempa. Stuart patrzył z zaskoczeniem na tę dwójkę starszych ludzi, która zachowywała się jak para zakochanych nastolatków i z trudnością rozstawała na kilka godzin. „Życie pisze niesamowite historie”, myślał patrząc na nich podczas odwiedzin w szpitalu, „ktoś, kto ich nie zna, mógłby pomyśleć, że ma przed sobą rodzinę, która zawsze była razem”.

Nie mógł doczekać się Sylwestra, końca roku 1981 – roku, który przyniósł wiele złych, niepotrzebnych wydarzeń. W kilka godzin przed północą siedział na niewygodnym krześle w pokoju szpitalnym. Opowiadał Meg o planach porzucenia pracy w szkole i życia z muzyki. „Musisz to zrobić, inaczej będziesz kimś, kto przez całe życie będzie żałował, że z wygodnictwa nawet nie próbował znaleźć swojej drogi”, skomentowała. Krótko po północy ktoś nieśmiało zapukał do drzwi pokoju. Stuart od razu rozpoznał lekarza, który operował jego dziewczynę w tę fatalną noc przed czteroma miesiącami, kiedy los decydował o tym, czy będzie dalej żyła. „Chciałem złożyć życzenia noworoczne mojej ulubionej pacjentce”, powiedział podchodząc do łóżka. „Meg, zostało ci jeszcze tylko pięć dni pobytu w szpitalu, mam nadzieję, że i po twoim wyjściu na wolność będziemy mieli okazję do dalszych ciekawych rozmów”, powiedział. Stuart poczuł rosnącą zazdrość, zaskoczyła go intymność tej rozmowy, nagle wydało mu się, że pokój stał się za ciasny dla trójki ludzi. Zdał sobie sprawę z tego, jak mało wie o dziesiątkach godzin, które jego dziewczyna spędziła na czekaniu na kolejną wizytę, badania i zabiegi. Nic nie wiedział o „ciekawych rozmowach” pomiędzy lekarzem a młodą psycholożką, o tym, jak Meg spędzała czas, o jej czekaniu i wrażeniu, że stoi na bocznym torze życia. „Czas już, żeby w końcu była w domu”, pomyślał.

W kilka godzin później wrócił do swojego mieszkania, już na schodach usłyszał odgłos dzwoniącego telefonu. Dzwoniła matka: „Musisz koniecznie przylecieć, Stuart umiera na raka, bardzo chce się z Tobą przed śmiercią zobaczyć”. „Jak mogłem do niego tak długo nie zadzwonić?”, pomyślał ze wstydem, przypominając sobie ostatnią rozmowę z wujkiem, od której minął ponad miesiąc. Rozmowę zakończoną słowami Stuarta-seniora: „Kto wie, czy jeszcze się kiedykolwiek zobaczymy”, słowami, które teraz nagle nabrały sensu. Stuart-senior – jego ukochany wujek, dobra, życzliwa dusza, której opiekuńcze skrzydła czuł nad sobą przez wiele lat, umierał.

Następnego dnia poszedł rano do szpitala i powiedział Meg, że musi na co najmniej dwa tygodnie wyjechać do Anglii. Dziewczyna uspokoiła jego obawy, że nie da sobie rady po powrocie ze szpitala. „Poradzę sobie, musisz do niego polecieć. Mną się przecież mogą w tym czasie zająć rodzice”. W kilka dni później Stuart wsiadł do samolotu, a podczas długiego lotu przypominał sobie spotkania z wujkiem i jego partnerem, koncerty w ich galerii i cztery lata pobytu w Londynie.  „Ten nowy rok fatalnie się zaczyna”, pomyślał i mimowolnie przed jego oczami pojawiła się twarz młodego lekarza ze szpitala.

W Londynie na lotnisku czekał na niego Brian, partner i wspólnik Stuarta seniora. „Jest fatalnie, to dla niego bardzo ważne, że jesteś. To rak płuc i lekarze nie dają nam żadnej nadziei. Do śmierci zostało mu prawdopodobnie kilka dni, w najlepszym wypadku tydzień, albo dwa. Nie zdziw się, on ma straszne bóle i dostaje morfinę, a przez to nie zawsze wie, co się wokół niego dzieje.” Stuart wszedł więc do budynku szpitala „Royal Hospital” z obawą, czy uda mu się jeszcze w ogóle porozmawiać z człowiekiem, któremu tak wiele zawdzięczał i na którym zawsze mógł polegać. Przyszli razem z Brianem. Na widok chorego z trudem powstrzymał łzy – choroba zmieniła tego przystojnego mężczyznę w karykaturę człowieka, zapadnięte policzki, jeden cienki kosmyk włosów na środku głowy i przebarwienia skóry, wyglądające na rany po poparzeniach, nadały jego wyglądowi coś niesamowitego. Z myśli wyrwał go głośny szept pacjenta: „Bardzo się cieszę, że jesteś. Ostatnio dużo o tobie myślałem, żegnam się przecież z wami wszystkimi”.

Stuart przejął inicjatywę prowadzenia rozmowy, ale w pewnym momencie przerwał swoje opowiadanie o nowościach w Sydney, bo poczuł, że chory jest bardzo zmęczony. Zostawił pacjenta samego i poszedł do szpitalnej stołówki, gdzie czekał na niego Brian.

Brian powiedział Stuartowi, że choroba pojawiła się nagle, wtedy, gdy, niestety, obaj mieli ze sobą duże problemy. „Przez ostatnie lata byliśmy przede wszystkim partnerami i przyjaciółmi”, mówił Brian. “W ciągu ostatnich lat spadło na nas niemało kłopotów. Podjęliśmy kilka złych decyzji, zainwestowaliśmy pieniądze w obrazy, których nikt nie chce kupić. Zdarzało się, że nie mieliśmy pieniędzy na czynsz. Na szczęście od roku ta zła passa się skończyła, galeria znowu przynosi niezłe zyski. Wszystko to bardzo zmieniło nasz związek – ja przestałem w którymś momencie wierzyć w to, że go jeszcze kocham. No i kogoś poznałem.” Brian był wyraźnie zakłopotany. „Do końca życia nie pozbędę się uczucia, że jego rak jest moją winą. Tamtą historię skończyłem, jak tylko dowiedziałem się o jego chorobie, dopiero wtedy zrozumiałem, że on jest dla mnie najważniejszą osobą na świecie.” Stuart nie wiedział jak zareagować na intymne zwierzenia Briana. „Najważniejsze, że teraz przy nim jesteś. Ważne, żeby wiedział, że nie jest sam i że jest kochany”, powiedział, próbując uspokoić wyrzuty sumienia Briana.

Następnego dnia Stuart-senior był w lepszej formie. Po kilku minutach rozmowy spytał siostrzeńca o jego muzykę. „Nigdy o niej nie zapominaj, masz talent i musisz coś z nim zrobić. Ja też zawsze marzyłem o własnej galerii, zawsze wierzyłem w to, że kiedyś mi się to uda. Proszę cię nie rezygnuj. Większość ludzi nie ma żadnego celu, przeżywa to życie niczego nie pragnąc – a ciepłe mieszkanie i obiad to nie wszystko”. Stuart-senior mówił ostatnie słowa tak emocjonalnie, że przez chwilę sprawiał wrażenie człowieka zdrowego, który za chwilę wstanie z łóżka i pójdzie przygotowywać kolejną wystawę, prawie można było zapomnieć, że zostało mu zaledwie kilka dni.

Zaraz po tym wybuchu emocji pacjent zasnął, Stuart zostawił go więc w spokoju i poszedł do kantyny. Tam z radością zobaczył, że przy stoliku razem z Brianem siedzą jego matka i siostra Kate. Przywitał się z nimi, z pewnym rozczuleniem wziął z rąk matki ciepłą kurtkę, którą zostawił w domu wyjeżdżając do Australii. „Matka zawsze pozostaje matką, jak to dobrze”, pomyślał, bo przez ten spontaniczny przyjazd nie przygotował się do zimy, a ta, w nowym roku 1982, po raz pierwszy od wielu lat, dawała się w Anglii we znaki. Londyn był biały – śnieg, o istnieniu którego Stuart zapomniał, utrudniał co prawda życie w mieście, paraliżując jego komunikację, ale zmienił równocześnie obraz metropolii – miasto miało w sobie teraz coś niewinnego, czystego i optymistycznego.

Rozmowa przy stoliku w stołówce dotyczyła głównie chorych – zarówno Stuarta-seniora jak i Meg. Brian zadecydował o tym, kto i jak długo będzie odwiedzał Stuarta. Następna w kolejce była matka. Brian wręczył Stuartowi klucz do domu, sam zdecydował się zostać na noc przy łóżku chorego. Wieczorem Stuart, Kate i matka zasiedli ze szklaneczką w ręku w salonie Briana i Stuarta i opowiadali sobie nowiny. Stuart odnosił wrażenie, że wszyscy troje starają się unikać tematu nowego związku matki, może dlatego że nie był przecież częścią ich wspólnej przeszłości, był czymś świeżym, nowym, należącym do innego, właściwie nie znanego im, dzieciom, etapu życia.

Kate była w ciąży i nie mogła doczekać się urodzin dziecka, którego pragnęła od lat.

Matka obiecała Stuartowi, że w maju przyjedzie do Sydney. „Czy mogę kogoś ze sobą wziąć?”, spytała, a z jej tonu Stuart wywnioskował, że nieznany nowy partner jest dla niej ważny. Stuart pomyślał, że matka odmłodniała i po raz pierwszy od lat sprawia wrażenie osoby szczęśliwej. O trzeciej nad ranem zbudził ich odgłos dzwoniącego telefonu. Brian płakał. Przed kilkoma minutami Stuart umarł.

Cdn